czwartek, 3 września 2020

397. Hej żeglujże, żeglarzu, czyli w drodze na Wyspy Szczęśliwe (Ucieczka z kraju kobiet, cz. 2/2)

Drodzy Czytelnicy!

Przed wakacjami pożegnaliśmy się z Wami pierwszą częścią analizy tego wiekopomnego dzieła, które twórczo rozwija wizję znaną nam z “Seksmisji”: świat pozbawiony mężczyzn. Dziś wracamy, aby poznać więcej sekretów tej dystopii. Jak wygląda życie seksualne obywatelek? Skąd się biorą nowe pokolenia? Jak dokonała się kobieca rewolucja? I przede wszystkim: gdzie znajdą schronienie nasze uciekinierki i uwolnieni przez nich mężczyźni? Oraz czy wszyscy bezpiecznie dotrą do wymarzonych Wysp Szczęśliwych?

Indżojcie!


Analizują: Kura, Vaherem i Kazik


Dominik Wang

Ucieczka z kraju kobiet

Wydawnictwo AlterNatywne, 2019


część 1





ucieczka 


W tym samym czasie Francesca Karbon pełniła wartę nieopodal bramy ogrodu. Od kilku godzin jej wierzeje (wierzeje Franceski? wierzeje bramy?) były zamknięte na cztery spusty, było cicho, jak zawsze, i spokojnie, dlatego nieśpiesznie dreptała wzdłuż wąskiej ścieżynki, wydeptywanej cierpliwie kroczek po kroczku każdej nocki nocy w oczekiwaniu zbawczego poraniusia poranka. Jej myśli krążyły swobodnie niezmącone żadnym hałasem otaczającej rzeczywistości.

Cisza dzwoniła w uszach, dając tym samym do zrozumienia, że jest coś na rzeczy.

Brzmi jak przemyślenia matki trzylatka. 


Nie potrafiła nazwać odmienności tej atmosfery, ale była pewna, że w tę noc, parną i bezchmurną, powinno się coś wydarzyć. Wyczuwała od pewnego czasu -- a nie umiała określić początku owego stanu -- dziwną, gęstniejącą atmosferę, zbiegi okoliczności, symboli, pewne elementy na pozór sobie obce zaczęły pasować do siebie jak w bajkowej układance. I nie mogła wyciągnąć z tego odpowiednich wniosków.

O co tu naprawdę chodzi? Czyżby to był plan gry, której nie potrafiła objąć rozumem? Tego nie wiedziała. Była tu ze względu na dalszą część dwudziestoczterogodzinnej służby. Zresztą bardzo nużącej, standardowej.

Jej podstawowe zadanie polegało na tym, aby odnotowywać w służbowym notesie te zwiedzające, które przez zwykłe młodzieńcze gapiostwo, lub opacznie rozumiany zapał, zbłądziły w zaułkach ogrodowych i nie zdążyły opuścić terenu ogrodu przed zamknięciem. Zazwyczaj były to pary rozbawionych dziewcząt, które ową niesforność traktowały jak dobrą zabawę w kolejną letnią noc i nie uświadamiały sobie konieczności poniesienia konsekwencji za swój niestosowny wybryk.

(…)



Uniosła brwi i wytrzeszczyła oczy. 

https://media1.tenor.com/images/7af4748cbb3992221c2092a673b5c57b/tenor.gif?itemid=3526873


Grupa ludzi wyskakiwała chaotycznie zza ogrodowej siatki niczym dojrzałe owoce z przewróconego koszyka, wypchnięte nieznaną siłą w cztery strony świata. 

Wypchnięte nieznaną siłą… Cierpię czytając, ale wiem że gdybym był fizykiem, cierpiałbym jeszcze mocniej. 


Działo się to bardzo szybko, tak że stanęła skamieniała, próbując zrozumieć, co się stało. Przecież w ogrodzie były same zwierzęta… Skąd zatem wzięli się ci ludzie? 

Zdumiała się funkcjonariuszka, której głównym zadaniem było wyganianie z ogrodu spóźnialskich. 


Stop! Chwileczkę! Musiała pomyśleć. Byle szybko! Ała, boli! Tak, poznaje ich! To ona, to oni! Są, nareszcie ich ma! Widziała już ich tego dnia. Kilka razy mignęli jej przed oczami, czasami nawet bardzo blisko.

Tak, teraz przypomina sobie tę grupkę szepczących dziewcząt. Cały czas trzymały się razem. Zupełnie tak, jakby spoiwem ich przyjaźni była niebezpieczna tajemnica, przed którą często ostrzegano w akademii. 

Mujborze, to korytarz w każdej szkole jest wylęgarnią terrorystek. 


A teraz wszyscy znikali z jej pola widzenia. Prawdopodobnie na zawsze. Sytuacja była niecodzienna, ach, zabawne to słowo -- niecodzienna, raczej nieconocna, i, tak jak ci ludzie, którzy wyskoczyli z ogrodu, zupełnie nie pasowała do czasu i miejsca.

Pls, kill me. 


Oczywiście to wszystko było niepokojące, ale w takiej chwili musiała dokonać trudnego wyboru, który stanął naprzeciw nauce systemu, na przekór tej uporczywie wbijanej do głowy zasadzie: czekać na rozkaz. A więc? Co robić? Usłyszała nagle władczy głos swojej dowódczyni.

– Co zrobisz, kadetko Karbon?

– Jak to co? — zapytała samą siebie i odpowiedziała ulubionym słowem dowódczyni: — Reakcja! – I, próbując wszcząć zgodny z regulaminem alarm, krzyknęła: – Za nimi! Za nimi!

– Za nimi! – odpowiedziały nocne świerszcze i sowy, bo nikogo innego wokół nie było. 

Autor bardzo, bardzo stara się pokazać jak głupi jest ten kobiecy system, ale jak durni byli faceci w tym uniwersum, że ktoś tak niekompetentny dał radę sprowadzić ich do roli zwierząt w zoo? 


Z każdym okrzykiem próbowała zerwać się do biegu to w jedną, to w drugą stronę. Nie mogła się jednak zdecydować, w którą ruszyć. 

https://www.animatedimages.org/data/media/114/animated-police-and-cop-image-0033.gif

No… w stronę uciekających? Choć ja optowałbym za odwróceniem się na pięcie i zniknięciem z fabuły. 


W końcu zdała sobie sprawę z faktu, że jest jedyną w okolicy przedstawicielką prawa, która jest świadkiem zdarzenia i że tylko ona może zapobiec przestępstwu.

I nie miała przy sobie żadnego urządzenia, przez które mogłaby prosić o wsparcie? 

Nie zapominaj, że KOBIETY NIE UMIĄ W TECHNIKĘ, więc tajniki produkcji telefonów, radioodbiorników czy innych GPSów zapewne wyginęły wraz z mężczyznami. 

A tak to trzeba biec na komisariat i włączyć Bat(Woman)-Sygnał.


 Musi jednak podjąć samodzielną decyzję! Musi dokonać wyboru. A tego przecież nie było na zajęciach w akademii. Tego akurat nie uczono.

A czego ich uczono? Wytrzeszczania oczu i panikowania? 


Zaczęła szeptać; może z rezygnacją, a może właśnie w ten sposób dodawała sobie odwagi.

– Za nimi, za nimi! Hej, za nimi!

Kiedy młoda strażniczka podjęła trudną dla pełnionej funkcji decyzję, pełniona funkcja przyjęła to ze smutkiem ale i zrozumieniem uciekinierzy znikali już za narożnikami najbliższych budynków. Wziąwszy na cel ostatnią dwójkę, która jakimś cudem była jeszcze widoczna na końcu ulicy, ruszyła w pościg. Na pierwszej prostej szybko nadrobiła utracony wahaniem dystans, ale uciekinierzy ginęli już w mrocznych zaułkach pobliskich zabudowań. Kluczyli. Gubiła ich i odnajdywała, jak to w pościgu bywa, fortuna zmienną jest.

Na szczęście rzucali za sobą okruszki, bo inaczej byłoby kiepsko. 


(…)


Franceska Karbon śledzi uciekinierów, na słuch, bo z oczu już dawno ich straciła, a my dostajemy opis miasta… które zaczyna wyglądać dziwnie znajomo.




Funkcjonariuszka zauważyła jeszcze jeden ruch. Przy ścianie sąsiedniej ulicy pracowicie uwijała się młoda kobieta i spokojnie, bez pośpiechu, jakby nic nie mogło jej zagrozić, kaligrafowała łagodnym pismem wzorowej uczennicy jakieś słowa. Bezczelna wandalka, pomyślała Karbon, wyszła już tak daleko od swojego rejonu, czuła się bardzo pewnie, nie widać, żeby się rozglądała, niedobrze, niedobrze – to jest kolejny kamyk do ogródka wątpliwości. 

Na widok wandalki Francesca poczuła wątpliwości, czy w ogóle nadaje się do tej służby. Tyle nieznanych zagrożeń, a ona sama jedna!



Francesca Karbon spojrzała na napis, którego poszczególne litery łzawiły krwistoczerwoną farbą, krzycząc: ZAMKNĄĆ BABIZNĘ, UWOLNIĆ MĘŻCZYZNĘ! W tym momencie pędzel dekadentki upadł na chodnik, znacząc na płytach makabryczne ślady, a ona niespiesznie odeszła, więc i funkcjonariuszka, nie wiedząc jeszcze, co tak naprawdę powinna o tym wszystkim myśleć, wróciła wykonywania swojego zadania.

JAK WYGLĄDAŁO JEJ SZKOLENIE!? 

To jest najbardziej niekompetentny reżim w historii antyutopii. 

Ruch oporu kaligrafujący delikatnie pędzlem po murach też rozczula.


(...)

Uciekający z tupotem przetoczyli się przez otwartą przestrzeń niewielkiego Placu Intelektu i Urody. Kostki pożartych mężczyzn, którymi wybrukowano plac, bardziej niż zwykle tchnęły pustką i samotnością. 

Ach, samotność kostki brukowej, tkwiącej ciasno pośród identycznych kostek, jakaż to przejmująca metafora losu współczesnego człowieka samotnego w tłumie!


A w tle sterczał pomnik siedzącej Aglaonike, która palcem wskazywała niebo, a w drugiej ręce dzierżyła nieodzowne w swojej pracy astrolabium. (...) Starożytna astronomka po trzech prawie tysiącleciach wygnania z kart nauki i herstorii została w końcu uhonorowana odpowiadającym jej postaci monumentem. 

Całkiem mi się podoba to nawiązanie do “Kopernik była kobietą”! 


Nie bez powodu ulokowano go naprzeciwko głównego wejścia do Kobiecej Akademii Naukowej – to właśnie w tym miejscu wykuwano najcenniejsze myśli żeńskich umysłów naukowych ostatnich wieków.


(...)

Puste ulice niosły głuchy odgłos kroków uciekinierów. Dziesięć par nóg powodowało zbyt duży rozgardiasz, aby mogła teraz przeoczyć kierunek ucieczki. 

Tupali jak stado pijanych słoni; standard, gdy w najgłębszej konspirze ucieka się z nielegalnie uwolnionymi więźniami. 

Dziewczyny miały pewnie buty do “kobiecego tańca irlandzkiego”. 


Strażniczka już nie miała żadnych trudności z ich lokalizacją. Złapała szczęśliwą nić Ariadny i nie miała zamiaru jej wypuszczać. Ta nić nareszcie wyprowadzi ją z pełnego nikczemnych zachowań i podstępnych starć miejskiego labiryntu. Ku lepszemu światu, gdzie szczęście rośnie na drzewach i nikt nie czyni drugiemu, co jemu niemiłe.

Co? 

https://64.media.tumblr.com/f84c22c895b5ca756d445cce1a32a77b/tumblr_inline_nmfbapY5Fr1t507a3_500.gifv

Eh, naprawdę załamuje mnie jak źle to jest napisane. 


Teraz, kiedy deptała im po piętach i kiedy minęli już pomnik Nike, funkcjonariuszka niebezpiecznie zbliżyła się do nich. Przystanęła, aby nabrać dystansu. 

Na tym polega łapanie przestępców. Na nabieraniu bezpiecznego dystansu. 

Pewnie płacą jej premię za czas pościgu. Im dłużej i im bardziej zawzięcie goni, tym więcej dostaje. 

Wszak nie o to chodzi, by złapać króliczka...


Mimochodem spojrzała w górę, na wojowniczą boginię znaną przede wszystkim z tego, że miecz unosiła nad głowami zdekapitowanych po wojnie mężczyzn, których dumne niegdyś części ciała, niczym kolorowe piłki plażowe (<3), spoczywały u jej stóp. A ich ciała rozciągały się pod nią jak basenowe ręczniki. Spod tego pomnika doskonale widziała uciekinierów, jak chyłkiem przebiegają wzdłuż neoklasycystycznego Zamku Królowych.

Była to najpiękniejsza w tej części świata rezydencja królowych i miejsce ważnych spotkań państwowych. Znała mijane obiekty od dzieciństwa, ale dopiero od kilku miesięcy intrygowały ją nazwy: obrzydliwie szumne, pełne buty i nadęcia. I z tego powodu godne były zainteresowania, bo prędzej czy później prowadzi to do prawdy poprzez trudny gąszcz splecionych ze sobą informacji.

“Ta nazwa… Zamek Królowych… to brzmi podejrzanie! Na pewno kryje się tu jakieś drugie dno!”


Nagle uciekinierzy skręcili ku rzece. Stało się to tuż przy kolumnie Victorii, która jeszcze w czasach męskiej dominacji ukazywała niejakiego Zygmunta, ichniego króla, i była nie tylko symbolem męskiego próżniactwa, ale wręcz stworzyła wielu gnuśniejących w jej cieniu próżniaków, zwanych od imienia górującego nad nimi protektora. 

Ej, serio? Warszawskich żuli nazywa się “zygmuntami”? Pierwsze słyszę! 


Po wojnie, którą mężczyźni z kretesem przegrali, nieliczni osobnicy starali się jeszcze tu gromadzić, próbując odtworzyć łajdacką populację (...a w jakiż to sposób, jeżeli mogę dopytać?). Stało się inaczej, karząca ręka kobiecej sprawiedliwości skutecznie wypleniła zarazę, która szczurom podobna toczyła się ku kanałom i rzece.

A więc tam zamierzali się udać! W swoje strony, nad rzekę. 

Ale zaraz! Jeżeli jesteśmy w Warszawie, to miejskie ZOO znajduje się po drugiej stronie Wisły! W jaki sposób, uciekając z niego w stronę rzeki, mijali Nike, Kolumnę Zygmunta Victorii i Zamek?!

Choć oczywiście minęło +300 lat, może gdzieś powstało inne. 


Nienawidziła jej podobnie jak każda szanująca się funkcjonariuszka. 

Kochasz rzekę? Znaczy, nie szanujesz się, you bitch! 


O tej porze było tam bardzo niebezpiecznie i żadna rozsądna dziewczyna nie zapuściłaby się sama w te rejony.

A cóż tam się strasznego działo w tym superbezpiecznym państwie pustych nocą ulic? Krokodyle wychodziły z kanałów na żer? Otchłań kusiła? Człowiek się gubił w sitowiu własnych myśli?


Właśnie jej rozsądek został zagłuszony, ponieważ od rozumnych argumentów silniejsza była wytresowana ambicja. 

Dobra ambicja, dobra! Do nogi! 


Szczególnie silne było uczucie niechęci dzielenia się sukcesem, na który długo się pracowało. 

Znaczy, na ten konkretny – góra pół godziny. 


Odrobina chciwości w jej środowisku była mile widziana, bo sprzyjała kontroli rywalizacji i osiąganych celów, a co za tym idzie samych kadetek. No i mundur funkcjonariuszki także zobowiązywał do odpowiedniego zachowania.

Regulamin służby nakazywał podjęcie pościgu i tak właśnie zrobiła. Chociaż bez rozkazu. Krok w krok podążała za grupą podejrzanych ludzi, a być może i zwierząt.

Zwróciła swój wzrok ku rzece, wijącej się pośród okolicznych wzgórz jak śniąca kobieta, której ciało szuka ochłody w gorącej od sennych majaków pościeli. 

Wijącej się? Pośród wzgórz? W Warszawie? Zaraz jeszcze przeczytamy o szumiących wodospadach… 

Cicho tam, autor miał takie piękne porównanie i musiał go użyć? A że ukształtowanie terenu nie pasuje do tego konkretnego miejsca? Phi! 


W dzień jej wody płynęły leniwie i urzekały swoim urokiem nieświadome spacerowiczki. Natomiast nocą chlupotała złowrogo, by w przypływie złości uwolnić swoją dzikość. W nieznany sposób wdzierała się w serca i dusze młodych dziewcząt, które przychodziły tutaj letnią nocą i zazwyczaj w samotności nago wkraczały w rzeczny nurt, żeby dokonać jakiejś tajemniczej ablucji. 

Mam nadzieję, że w przyszłości oczyszczalnia “Czajka” działa jak marzenie. 

Mnie się żartowało z tą kuszącą otchłanią. 


Niektóre stały tylko do kolan zanurzone w wodzie, aby rzeczna tafla pospołu ze światłem jasnego miesiąca owijała całość postaci tajemniczym blaskiem. W ten sposób dokonywały symbolicznej przemiany swojej osobowości. I ku zdziwieniu otoczenia z dnia na dzień zaczynały zachowywać się tajemniczo, bo swobodnie i naturalnie.

Swobodnie i naturalnie = tajemniczo. Aha. 


Zupełnie odmiennie niż je uczono do tej pory w szkołach, gdzie panował wojskowy dryl. Takie zachowanie było wysoce podejrzane i zasługiwało na odpowiednio surowe konsekwencje. Ku zdumieniu ciała pedagogicznego okazywało się, że kuźnia wykuła nie ten metal, co trzeba i trudno było odnaleźć przyczynę tej niepożądanej odmiany. A one przezornie przenosiły się zaraz na drugi brzeg, mając na uwadze jeden tylko cel: dołączyć do awangardowych grup. Mówiły wtedy o wolności i równości, zaczynały tańczyć i grać przedstawieniach teatralnych, organizować happeningi, malować, śpiewać, pisać wiersze, opowiadania i pieśni dziadowskie (dlaczego dziadowskie??? bo babskie to wiadomo :/). Były wówczas takie szczęśliwe.

Rzeka ta dzieliła miasto na pół; prawa strona była zwana dekadencką z tego powodu, że niespotykane wcześniej swoboda wyrażania myśli i niezrozumiały współczesnym artyzm płynęły tutaj wartkim strumieniem, a ludzie byli otwarci i niezależni. Odważnie formułowano myśli, wiele publikowano, a nieprawe teksty, które nie mogły znaleźć uznania po drugiej stronie, tutaj bez ograniczeń mogły kwitnąć w periodykach całkowicie wolnych i otwartych. 

Znaczy, w totalitarnym państwie wystarczy przedostać się na drugą stronę rzeki, by trafić do oazy wolności? Jakie to proste! 


Intelektualizm rozwijał się nieskrępowany więzami żelaznych zasad. W skostniałym i chłodnym mieszczaństwie niszczono niezależność działania, spychając do podziemia wszystko, co wiązało się z ideą wolności.

Czeej, bo się pogubiłam. Na prawej stronie kwitła swoboda wyrażania myśli, a ludzie byli otwarci i niezależni, a jednocześnie niszczono niezależność działania – czy panu ałtoru pomieszały się zdania z dwóch różnych opisów? 


Natomiast lewa część dbała o system, to stąd w większości pochodziły kobiety ze służb porządkowych. Wiadomo, lewaczki. Tak jak Francesca Karbon. Systematycznie, kilka razy w miesiącu i zgodnie z rozkazami wypuszczały swoje praworządne macki w gąszcz dekadenckich ulic. Takich miejsc, gdzie ruja i poróbstwo [porubstwo], oczywiście w ich rozumieniu, szerzyły się w zastraszającym tempie, nie mogły zostawić samopas. Szły wówczas sprawdzoną w akcjach pacyfikacyjnych kobiecą (a jakże) falangą i energicznie wymiatały ulice z niepotrzebnego zdrowemu społeczeństwu balastu. Aresztowane dekadentki i nieliczni ocaleli mężczyźni znikali w przepastnych podziemiach instytucji reedukacyjnych, aby tam, w tych pełnych nieszczęścia i nieszczęśników kazamatach pracować dla dobra interesu państwowego. Kara była sroga, a wielu już nigdy nie ujrzało światła dziennego. Jednak każdego dnia przynajmniej jedna kobieta oddalała się od wyznaczonego życia idealnego, aby móc żyć w pozornym chaosie, świecie swobody i nieszkodliwej samowoli. Mężczyźni to co innego, oni nie mieli wyjścia i jako osobnicy ustawowo wykluczeni ze społecznego współżycia skazani byli na dożywotnią banicję lub uwięzienie. Nie dotyczyło to kobiet, chociaż niektóre z nich na własne życzenie rezygnowały z wygodnej kariery oraz życia i robiły wszystko, co w ich mocy, aby wesprzeć drugą stronę barykady. I najdziwniejsze, że czasem im się to udawało.

Im bardziej strażniczka zbliżała się do rzeki, tym bardziej czuła się niepewnie i zwalniała bieg. Na tym gruncie musiała uważać, bo tu nawet wiatr władzy nie sprzyjał. Wszystkie to wiedziały, dlatego tak daleko nie zapuszczały się w pojedynkę.

Karbon nie miała zamiaru wzywać przez radio pomocy (aha, czyli jednak mają taką technologię!), bo jego szum mógł być słyszany z daleka i 

...i zbuntowani uciekinierzy mogliby ją odkryć i zabić? 



sukces miałby wtedy niejedną matkę, dlatego wyłączyła je.

Aha. 




Kiedy biegła po raz kolejny za uciekającymi, obiema rękami podtrzymywała podskakujące akcesoria, które obijając się o siebie, mogły zdradzić jej obecność. 

Dlaczego mam wizję, jak leci, trzymając się za cycki… 

hrrgnh colonel im trying to sneak around but im dummy thicc and the clap from my ass cheeks keeps alerting the conspirators



Na ulicach nie było nikogo. Między uśpionymi budynkami swobodnie hulał wiatr, a ciemne okna przypominały o ciszy, należnej śpiącym obywatelkom.

To miasto nocą było wymarłe. Ani jedna kobieta nie musiała w szponach strachu przechodzić spiesznym krokiem, ponieważ ani jedna nie szła zbyt wcześnie do pracy ani też z niej nie wracała spóźniona. W Kobiecym Kodeksie Pracy surowo zakazano nadgodzin. Spotkań towarzyskich nie było, bo, jak głoszono oficjalnie, takie spotkania osłabiają umysł, ciało oraz chęć pracy nad sobą, otoczeniem i sukcesem. Nieskromne, ale efektowne: punktualność, pracowitość i precyzja ogarnęły świat — przynajmniej z państwowego punktu widzenia.

Ach tak, totalitarny reżim sprawił, że wszyscy stali się introwertykami. I nikt nie musi pracować na nockach, czy wcześniej wstać, choćby po to by rano każdy mógł kupić świeżutki chlebek i bułeczki.  

Ciekawe, że miasto “wymarłe” nocą kojarzy mi się właśnie z ludźmi w szponach strachu, obawiającymi się wyściubić nosa za drzwi. 


W domach za dnia cztery ściany zionęły krzyczącą pustką, ciszą o rozmiarach największych gór, potrafiących nawet najmniejszym skinieniem stworzyć echo. 

Byłoby naprawdę miło, gdyby autor przestał starać się o to, by każde zdanie zionęłą głębią i przekazywało COŚ. COŚ WIELKIEGO I WAŻNEGO. 

https://media.giphy.com/media/xT0xeJpnrWC4XWblEk/giphy.gif


Meble nie miały tandetnych bibelotów, które banałem i pociesznością nadałyby twórczym umysłom i tęsknym duszom życiodajnej strawy. 

Reżym zakazał sztuki, kolorów, dizajnów, obywatelki mieszkały w szarych barakach wypełnionych prostokątnymi meblami, a co się będziemy. 


Zimne łoża (w dystopiach nie ma gnuśnych kołder, śpimy klasycznie na pokrzywach) chłonęły niepokój każdego ciała, które zmęczone wymyślaną za dnia tresurą nocą nie miały komu oddać nagromadzonego napięcia.

No bo jakże to tak, bez mężczyzny…?! Baba z babą…?! To się nie godzi! 



(...)

Francesca rozejrzała się uważnie. W zasięgu wzroku nie było żadnych funkcjonariuszek. A to było bardzo dziwne! A gdyby tak potrzebowała wsparcia? Ulice powinny być przecież stale patrolowane. Regulamin wymagał aby w godzinach nocnych patrole pojawiały się na każdej ulicy. Nie rozumiała tej anomalii. 

Jeszcze nigdy nie zetknęła się bezpośrednio z działaniem Imperatywu Narracyjnego. 

Ale po co patrolować ulice, skoro nocą nie używała ich żadna kobieta? To nie imperatyw, to cięcia budżetowe. 

Also jeszcze przed chwilą nie chciała wzywać wsparcia, a teraz się dziwi że w okolicy żadnego wsparcia nie ma. 


Mimo to postanowiła kontynuować swoją spontanicznie podjętą misję.


(…) W tej chwili domyśliła się celu ich ucieczki – zmierzali w kierunku Syrena. 

Okey…


Tego z fiutem. 

Okey!

https://i.redd.it/7eaxbn88zfm11.png


To musi być tam, tylko tam, bo tam nie ma nic innego.

Nic! Szczere, łyse pole, a w jego centrum ten epicki monument. Którego autorka bardzo postarała się, żeby zaznaczyć pewne… kluczowe detale. 

BTW, co by to było, otworzyć książkę dziejącą się w naszym uniwersum, a tam fragment “zmierzali w kierunku Syrenki. Tej z cipą”...

Skoro narrator wyszczególnia, że ten Syren ma fiuta, to czy gdzieś w Warszawie jest jeszcze Syren z cipą? 


 Pewna swoich domysłów zwolniła, bo teraz, kiedy, jej zdaniem, był już prawie finisz, musiała być podwójnie ostrożna.

Kiedy w oddali pojawił się ciemny pomnik Syrena, zatrzymała się i spojrzała na niego z góry. Była zauroczona jego widokiem. Biła od niego jakaś nieznana siła, która dopiero teraz jej uzmysłowiła, że majestat jego czarnej półboskiej postaci, szczególnie w nocy, nabierał nieznanej do tej pory wyjątkowości. Odbijał się wyraźnie na tle czarnej rzeki i obrastającej ją dziko roślinności. 

Eh, po prostu był podświetlony, a ta już o majestacie i nieznanej sile...


Nigdy jeszcze nie była o tej porze nad rzeką. Nie było tu ani żywego ducha oprócz oczywiście uciekinierów.

(...)

Cała grupa rozłożyła się wokół pomnika na odpoczynek. Najwidoczniej na coś czekali. Funkcjonariuszka musiała koniecznie poznać prawdę. O co w tym wszystkim chodzi?

Karbon zbiegła po schodach, przycupnęła za obeliskiem usadowionym pośrodku niewielkiego trawnika i czekała.

Ciemny kamień z mosiężną tablicą upamiętniał żołnierki poległe podczas Wielkiego Kobiecego Powstania, które wybuchło w mieście ponad trzysta lat temu przeciwko męskiemu uciskowi, i późniejszej Wielkiej Wojny z Mężczyznami. Było to na pograniczu epok, a wielki głaz narzutowy przyroda ustawiła w tym miejscu o wiele wcześniej, zapewne z nadzieją na spełnienie tak godnego zadania jak to, które zaistniało dopiero za nowych, kobiecych rządów. (...)

Miliony lat temu przez Europę sunął powoli lodowiec i myślał: o, tu wyżłobię dolinę, tu zostawię jeziorko, a tu – pyk! – upuszczę taki ładny głazik, w sam raz będzie na pomniczek! 


Francesca wywraca się w błoto i Ma Refleksje: 

Przyroda in situ była obrzydliwa, pełna brudu, zarazków i robactwa. Tak jak mężczyźni, którzy wzięli się z przyrody i na powrót stali się jej częścią. Nienawidziła i jednego, i drugiego. Tego ją uczono przecież od najmłodszych lat, przyzwyczajając jednocześnie do czystej nowoczesności.


Bla, bla, Franceska przez nieostrożność spada ze skarpy do wody i na chwilę traci przytomność; ma zwidy jakichś… rusałek? Po czym budzi się… recytując wiersz, którego, przysięgłaby, wcześniej nie znała.



(...)

Funkcjonariuszka ocknęła się, a jej usta mimowolnie poruszały się, ale nie z zimna i przerażenia, jakby się mogło wydawać, tylko nieświadomym poruszone tchnieniem wypluwały te oto słowa: „Na trawy leżę płytkim dnie wciśnięta. Twarzą w szczaw chłodny... Wiatr pachnie i mięta... Wszystko jest wokół latem i niedzielą”8


8 „Godzina, której nie było", M. Wolska, Fundacja Festina Lente, 2013, Warszawa, s. 8.



Następnie ma wizję świata, w którym mężczyźni i kobiety swobodnie spacerują nadrzecznymi bulwarami, dzieci się bawią, wszyscy są spokojni i szczęśliwi. Przekonuje sama siebie, że takiego świata nigdy nie było, bo na herstorii tego nie uczono. Wreszcie udaje jej się wygramolić z wody, podczas gdy uciekinierzy cały czas siedzą pod pomnikiem Syrena, jakby na coś czekali.


(…)

– Kto to jest? Ten nad nami? – Wskazał palcem pomnik górującej nad nimi postaci mężczyzny z wielkim fallusem w stanie wzwodu. I dzieci koło tego przechodzą na spacerach?! Mamusie im tłumaczą, że to wieszak na ręcznik.  Postać miała męski tors i organ, ale zamiast nóg – rybi ogon, pełen wielkich łusek, połyskujących jednakowo olśniewająco zarówno w słońcu, jak i przy blasku księżyca.

– To jest właśnie Syren – wyjaśniła Viola.

– Syren? – zdziwił się pytający.

– Zawsze tu stał – dodała. – Często jest pokazywany na widokówkach z naszego miasta. 

NIE ROZUMIEM.

Mamy tu świat, w którym wyeliminowano mężczyzn z życia społecznego, przerobiono historię na herstorię, pozmieniano nazwy, zastąpiono męskie postacie na pomnikach żeńskimi, a tu… Syrenka warszawska zostaje przerobiona na faceta ze sterczącym fallusem…?!

Nie ogarniam tej logiki. 

Też nie wiem o czym myślał autor, skoro bohaterka wcześniej mija przerobioną kolumnę Zygmunta. 


To jest bardzo charakterystyczne miejsce, jego, w pewnym sensie, najważniejsza część, jak serce albo inny równie ważny organ. Wabi nas tutaj swoją witalnością, urodą oraz aurą starej legendy. – Wzięła głęboki oddech i czuła niesłychaną dumę z faktu, że będzie wysłuchana. – Posłuchajcie. Syren jest postacią z naszej mitologii. A legenda mówi, że ta, która swoimi dłońmi zakryje obwód jego przyrodzenia (geeeeez…), spełni wszystkie swoje marzenia, nawet te największe i najbardziej ukryte przed światem, w których zostaje księdzem, bratem lub opatem, oj dana dana, a jej kariera i szczęście tak mocno rozkwitną że nie będą miały sobie równych – przerwała dla zaczerpnięcia oddechu, ale zaraz potem kontynuowała: – Spójrzcie tutaj. – Viola wskazała jedną stronę fallusa, na której napis: NIE DZIELI NAS NIC. – To podstawowa zasada ruchu oporu – dodała z poważną miną.

- Piękne, prawda? -- wtrąciła Helena takim tonem, że nikt nie mógł zrozumieć, czy chodziło jej o egalitarne słowa, czy też o sterczącego penisa.

Och, autorze, przestań się z nami przekomarzać… 


– A z drugiej strony – ciągnęła Viola – intrygujące są skrzydełka motyla. Uwaga! – krzyknęła.

Pstryknęła palcami – pstryk, pink, pink – w jąderka Syrena, które wystylizowane — pstryk, pink, pink – na wielobarwne skrzydła motyla pomysłową dłonią – pstryk, pink, pink – jakiejś awangardowej artystki pociesznie zatrzepotały na wietrze – pink, pink!

Eeee, jeszcze raz. 

Jaja kamiennego Syrena… trzepoczą na wietrze? 

Czy to ma być taki symbol delikatnej, kruchej męskości?

Być może. Męskość potrafi być bardzo delikatna i krucha, jeśli wiesz, gdzie wycelować kolano. 


Zabrzmiała piękna, prawie niebiańska muzyka, a każdy słyszał co innego, zupełnie jakby dzwoniąca tonacja zależna była od indywidualnych wyobrażeń, skrytych oczekiwań i całkiem sprzeczna z wystudiowaną w nowoczesnym społeczeństwie postawą.

W każdym akapicie dzieje się coś podniosłego i wzniosłego. Już wiem co przypomina mi styl autora: to literacki odpowiedniki efektów montażowych z Bollywoodu. 


https://www.youtube.com/watch?v=APHcYegE6ns


 I byłyby się zjawiły obrazy, będące wytęsknioną imaginacją niedoświadczonych żywotów, które żyły już od dawna w świecie pełnym ograniczeń i sztuczności, gdyby nie głośny śmiech.

— Ha, ha, ha, ha, ha...! – zaśmiała się Viola.

Nagle rozległ się głuchy dźwięk i jedna z masywnych płyt cokołu odsunęła się ociężale, powodując groźne tony podobne dźwiękom nadchodzącej burzy. Odsłoniła się tajemnicza czeluść. Z ciemnej szczeliny buchnęła chłodna stęchlizna, która smagnęła odorem po twarzach najbliżej stojących. Wszyscy odsunęli się, a w czarnym jak smoła otworze zajaśniała czyjaś uśmiechnięta twarz.

Znaleźli tajne leże żula Zygmunta. 


Tunele


Okazuje się, że w cokole Syrena znajduje się wejście do podziemnych tuneli; grupka pod przewodnictwem nastoletniej kurierki zaczyna przeprawę. Za nimi podąża Francesca Karbon, której jakimś sposobem udało się odtworzyć sekwencję otwierającą właz. W tunelach mieszkają mężczyźni, zachowując stare zwyczaje i styl życia – jedzą mięso, a także zbierają wszelkie możliwe graty i szpargały, co “na górze” jest zakazane. 


Dawniej takie rupieciarnie palono publicznie na stosach, raz nawet wzięła udział w takiej akcji. Od jakiegoś czasu w tej sprawie panowała cisza, która z łatwością dawała się wytłumaczyć tym, że już nie spotykało się tak często tego typu lamusów. A trzeba przyznać, że było to nawet dość popularną rozrywką, zważywszy szczególnie na spontaniczność tego typu wydarzeń i atmosferę wspólnoty, która powstawała nagłym impulsem niewytłumaczalnego pochodzenia. 

Kobiety zbierały się wtedy tłumnie wokół obszernych placów, aby wspólnymi siłami pastwić się nad rzeczami męskiego świata. Nienawidziły męskiego świata szczególnie wtedy, kiedy naprędce zorganizowano gdzieś w pobliżu nowoczesne autodafe. Zabijano jakiegoś okrzykniętego obłąkanym, obłożonego książkami (ach tak!, książki, typowo męskie bibeloty, nieznane żeńskiemu półświatkowi) i wieloma zbędnymi szpargałami męskiego marudera. Wokół stosu porządku pilnowały dobrze uzbrojone funkcjonariuszki. Euforia siły, jedności i nienawiści łączyła zebrane jakąś bliżej nieznaną potęgą idei i dobrzmiewała razem z dogasającym stosem, ulatywała w ciemność, bo stamtąd pochodziła. 

Jedną z pierwszych ofiar stosów był lokalny fanatyk wędkarstwa. Odszedł, tuląc do siebie wędki, haczyki i najstarsze numery Super Karpia.  


(...)


Donosy zyskały miano społecznie pożytecznej informacji i były powszechnie stosowane. Niektóre kadetki nawet się z nimi nie kryły i bez pardonu wzajemnie się okradały, następnie atakując donosem poszkodowane konkurentki. Kara często spadała na obydwie zainteresowane, ale to już się nie liczyło, bo ważna była satysfakcja z dokonanego donosu. Przełożonym jednak nie w smak była chwiejąca się linia jedności kobiecego świata. To była plaga, zbiorowy pokaz masochistycznych dążeń do unicestwienia otoczenia, a przy okazji siebie samej, samokrytyka ślepo wyćwiczonych organizmów społecznych. 

To w końcu popierano donosy, czy je tępiono, bo się pogubiłam. 

Donos jest najwyższą formą dojrzałości obywatelskiej?... 

(...)



Dziwne to było. Jakby nie czuła się na siłach wypracować sobie wizyty w przyzwoitym Domu Rozkoszy, w których wyselekcjonowani pod względem zdrowia, urody i kondycji fizycznej osobnicy męscy przyjmowali na godziny. Tego typu utajnione przybytki były niezbędnym katalizatorem w nowoczesnym systemie państwowym i rozsiane były po całym kraju jak urokliwe chabry po łące. Wizyta w jednym z nich należała się każdej funkcjonariuszce jak mężczyźnie buda. 

No nie wiem, jeśli powszechnie traktuje się tutaj mężczyzn jak zwierzęta, to burdel z takimi gromadziłby raczej koneserki dość perwersyjnych rozrywek. 


Bo każda ma prawo do rozkoszy! O ile wykaże się w pracy dobrymi wynikami, lojalnością oraz nienaganną postawą funkcjonariuszki. 

Nie ma, że tak za darmo; za darmo to sobie może co najwyżej palcówkę zrobić. 

Ale jak to, kobieca ręka dotykająca waginy?? Przecież to gejowskie :/


***


Francesca wyciągnęła dwa notesy: czerwony, w którym zapisywała tylko służbowe informacje, odłożyła na bok, oraz niebieski, zawierający spostrzeżenia, osobiste uwagi, przeżycia. 

Hej, pani policjantko, czy pani przypadkiem teraz kogoś nie ściga? 

Gdy zlikwidowano prostackie pistolety, główną bronią funkcjonariuszek stały się bullet journale. 

Mam wrażenie, że zastosowano tu narrację typową dla gier komputerowych: gdzie poboczne postacie albo antagoniści, mimo iż wokół pali się, wali i ogólnie apokalipsa, mają czas pisać długie notatki i zostawiać je tu i tam, by mógł znaleźć je bohater.

Raczej bohater, który w środku akcji znajduje czas na uaktualnienie dziennika na wypadek, gdyby gracz potrzebował wskazówek. 


W notatniku niebieskim znalazł się poniższy zapis:

"Oto on. Dom Rozkoszy. Budynek jakich wiele. (...) Być może dom nie był często odwiedzany, ale za to każda kobieta pracująca w państwowych instytucjach starała się otrzymać Karnet Rozkoszy, o którym słyszała tyle dobrego.

(...) W każdym pokoju oczekiwał mężczyzna, który uświadomiony w sprawie, kto jest jego panią, przyjmował zasłużone dla Państwa obywatelki w geście pełnym pokory i uniżenia. 

Któregoś dnia i mnie przyznano Karnet Rozkoszy z państwową pieczęcią i odręcznym dopiskiem: »Bilet wielokrotnej realizacji usług specjalnych. Na okazicielkę«. 


Francesca udaje się do Domu Rozkoszy uzbrojona… w pigułkę nasenną. Pomysł ten podsunęła jej znaleziona podczas obławy na “dekadencki obóz” książka “Śpiące piękności” nieznanego autora – nieznanego, bo cenzura usunęła jego nazwisko z karty tytułowej książki; stąd zresztą Francesca domyśla się, że to autor, nie autorka. 


Na cichym pięterku, po obu stronach wąskiego korytarza lśniły ciekawością drzwi – każde innego koloru, z innym wzorem, inną skrywające tajemnicę, a na każdej tabliczce wypisano nazwę jednego męskiego osobnika. 

“Włoski Ogier”, “Grzmocisław”, “Chujogrom”, a dla intelektualistek – “dr J. E. Baka”. 


Burdelmadame poprowadziła mnie do odpowiednich drzwi, zapraszająco uchyliła je i rzuciwszy znaczący uśmiech oraz słowo »powodzenia«, dyskretnie się oddaliła.

(...)

Kiedy kochanek, zupełnie nagi, wyłoniwszy się z amarantowego blasku świec z gracją starożytnego herosa, powiedział aksamitnym głosem »Jesteś moją panią!«, wszystko nabrało barwy odmiennej, jaskrawszej, takiej, której się łatwo nie zapomina i która wspomniana w chwili słabości, wymuszonej prozą życia, może na długo stać się jedyną pocieszycielką. Oby to nigdy nie miało miejsca!

Do moich płuc napłynął jeden ledwie zauważalny oddech, który pozwolił na ton rozkazu, niepozostawiający złudzeń:

– Połknij to!

Mężczyzna bez protestu przyjął pigułkę i chwilę później oddychał spokojnie przez sen, rozłożony na łożu z narzuconą aksamitną narzutą.

Jego nagie ciało, gdy znalazło się pod chłodnym przykryciem, niezwłocznie pokryło się gęsią skórką, może w obawie przed dokonaniem czegoś, czego będzie trzeba żałować do końca życia. 

Ale tak… przez sen? 


Rokokowe krzesło zapraszało miękkim obiciem. Jego chłód natychmiast zniknął, kiedy moje ciało zatopiło się w nim. Ta pozycja sprzyjała rozmyślaniom.

(...)

Noc spędzona na rozmyślaniach obok śpiącego pięknisia, bez dotykania i pieszczenia go, dłużyła się. 

Francesca postanowiła ćwiczyć silną wolę, czy jak? 


W końcu zmęczenie zmorzyło moje zmęczone ciało, aby, tak jak w »Śpiących pięknościach«, pojawiły się sny i wspomnienia, takie, które warto zapamiętać i które dadzą jakąś wskazówkę do wykorzystania w codziennym życiu.

Jednak kiedy piszę te słowa, żadnego snu już nie pamiętam, ale wiem, że mogą one wskazywać drogę. Mogą pojawić się nieproszone, wywołać wizje radosne albo przerażające, ale to ja decyduję, czy skorzystam z tych porad sennych.

(...)

– Mam nadzieję, że wizyta była udana? zapytała burdelrnadame, zawzięcie notując coś w zeszycie.

Sprawiała wrażenie kogoś, kto za wszelką cenę stara się uniknąć kontaktu wzrokowego, co od razu wydało mi się mocno niepokojące. Czyżby miała jakieś podejrzenia? Tego wykluczyć nie można.

Uśmiechnęła się znacząco i podniosła na mnie wzrok.

– Jeśli będzie pani potrzebować nasienia – zagaiła, ukazując probówkę spod lady – proszę dać znać, To niewielki wydatek, a naszej społeczności potrzebne są nowe, solidne obywatelki. Takie właśnie jak pani.

Moje zdziwienie mogło wydawać się jej dziwne, ponieważ od dawna handlowano nasieniem z Domu Rozkoszy i nie była to informacja, która zaskakiwała nawet funkcjonariuszki. Wcześniej koniecznością była wycieczka w dekadenckie rejony i nabywanie nasienia u bezpłatnego męskiego źródła, 

...ale ktoś stwierdził, że nima tak za darmo! Akcyza!


ale życie czasami idzie w parze z postępem i pewne udogodnienia coraz bardziej zbliżają się do obywatelek. Zastanawia mnie jeszcze fakt, że ta kontrabanda jest tak łatwa do zdobycia w instytucji państwowej.

A jak dochodziło do oficjalnego rozmnażania, wspieranego przez państwo? Bo tu mamy nasienie spod lady, a wizyta w dekadenckich rejonach też nie wygląda na politykę oficjalnie aprobowaną przez rząd…

Sadzono wielkie pola kapusty i wdrożono program “Bocianie gniazdo na każdym domu”. 

No fajnie, ktoś kupi nasienie pod ladą i co? Zabarykaduje do porodu w domu? Urzędnikom powie, że “a, ktoś podrzucił mi smarka na wycieraczkę, to wzięłam”?


Burdelmadame dopowiedziała utartym sformułowaniem:

– Zapraszamy ponownie.

To Dom Rozkoszy, który należał się każdej obywatelce sumiennie wykonującej swoje obowiązki”.



Francesca, zamiast gonić uciekinierów, pogrąża się we wspomnieniach czasu, jaki spędziła w akademii. Była outsiderką, brzydziły ją donosy i zacięta rywalizacja, czas poza zajęciami spędzała samotnie w swoim pokoju, oddając się lekturze. 


Na półce jedynego regału, który wisiał pomiędzy wizerunkami przywódczyń państwa, leżał najnowszy numer tygodnika "The New Times”. To było najbardziej poczytne pismo kobiece, drugiego o takim nakładzie i sile oddziaływania na społeczeństwo nie było. 

He, he, wizja przyszłości w której gazety coś jeszcze znaczą. Zrozumiałbym, gdyby powieść została napisana jeszcze w latach 80tych lub 90tych, ale nie w 2019 roku…

No, to jest w ogóle taka przyszłość bardzo retro; papierowe gazety to jedno, ale zauważ, że żadna z postaci nie posiada telefonu komórkowego, czy jakiegokolwiek narzędzia służącego do komunikacji (poza Franceską, która ma radio), zero wzmianek o komputerach, robotach czy innej technologii, a bohaterki jadą na wycieczkę zdezelowanym autokarem. 


Wiadomości o polityce i gospodarce mieszały się w nim z różnymi poradami kosmetycznymi, kulinarnymi (oczywiście) oraz niewyszukanym humorem, na przykład: „Ilu mężczyzn potrzeba do wkręcenia żarówki? Pięciu. Jeden trzyma żarówkę, stojąc na krześle, które obracają dwaj następni, a kolejnych dwóch stoi na czatach”. 

Ilu autorów retro-future-dystopii było trzeba do wymyślenia tego dowcipu? 


Każda szanująca się kobieta je kupowała, może nie regularnie, ale raz na jakiś czas musiała się gdzieś z nim pokazać. A to w tramwaju, a to w kawiarni, a to w innym miejscu, które było tłumnie odwiedzane przez kobiety. Taka była moda na czytelnictwo, żeby nie powiedzieć pozorowanie czytelniczych nawyków.

Na gazecie piętrzyło się kilka broszurowych egzemplarzy „Wielkiej Karty Podstawowych Praw Kobiet", Praw było wiele, a ich mało zachęcające do lektury prawnicze sformułowania należało znać i recytować w odpowiedniej ku temu chwili. Nie było od tego odwołania. Publikacja ta była nowa, jej poprawione wydanie pochodziło z renomowanej paryskiej drukarni. Słowem: lektura obowiązkowa w ekskluzywnej oprawie.

Tuż obok znajdowało się kolekcjonerskie wydanie „Norymberskich Ustaw Płciowych”

*wzdech*

Musiałeś, autorze, musiałeś? 


 obiekt pożądania wielu koleżanek, zazwyczaj zdeklarowanych służbistek, nieskorych do ciężkiej pracy. Ich umizgi i aluzje zbywała milczeniem pełnym pysznego zwycięstwa. Książkę otrzymała na zakończenie kolejnego etapu kształcenia za wzorową naukę w akademii, uzyskując najwyższą lokatę z całego rocznika, i była z tego powodu niezwykle dumna.


W jeden egzemplarz „The New Timesa” owinięta była rozchwytywana wśród młodych kadetek powieść „Pięćdziesiąt twarzy Christiny Grey. Przygoda 119” (i żodyn po grubości się nie domyślił, że to nie gazeta, żodyn!). Była to jedna z tych książek, które wydawano w masowych ilościach, dotowane przez państwo zaspokajały niewyszukany głód intelektualny obywatelek pozbawionych ambitniejszych oczekiwań. 

Pytanie, o czym były przygody Christiny Grey, skoro faceci zepchnięci są do roli zwierząt, ewentualnie seks-niewolników, a jak przekonamy się później, na lesbijskie seksy władza też patrzy niezbyt przychylnym okiem? 



Mimo ich niebotycznych ilości znikały w zastraszającym tempie, dając do zrozumienia, że w społeczeństwie istnieje kolejne niepokojące zjawisko.

W społeczeństwie istnieje kolejne niepokojące zjawisko, pomyślał Vaherem, widząc jak na lubimyczytać blogerki książkowe oceniają “Ucieczkę…” na 10, 9 czy 8 gwiazdek… 

...Żartujesz?

Chciałbym. 

 

(...)


Westchnęła i ponownie, z rozkoszą buszującą w każdej części ciała, zanurzyła się we wspomnieniach. A uciekinierzy myk, myk, myk… Przypomniała sobie prysznic zasnuty gorącą mgiełką, ten sam, pod który niespodziewanie wsunęła się współlokatorka. Mlecznobiała zasłona nie pozwalała na swobodną obserwację, w zamian zmysł dotyku zyskał na znaczeniu. Na początku zadrżały dłonie. Drżały z taką siłą, że ledwie muskały wrażliwą skórę, okraszoną spływającymi po niej kroplami. Niepewność zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i wobec rosnącej przyjemności zabawa z wolna zaczęła nabierać pożądliwych rumieńców. Młodzieńcza śmiałość dodała pewności czułym ruchom, a pomysły brały się z odważnych i skrywanych do tej pory sennych instynktów, Rozkosz stała się rzeczywistością, ich ciała na długo złączyły się w jedno. Pod palcami, które błądziły w poszukiwaniu rozkosznego spazmu, ostatniego pragnienia triumfu, szczytu spragnionego organizmu, dawało się poczuć to wszystko, co było do tej pory nieznane, ukryte, latami tłamszone w imię jedności i porządku. Uczucia mieszały się ze sobą, znikały myśli oraz litery stanowiące o ich znaczeniu. 

Mam wizję rozwiewających się komiksowych dymków. 


A kiedy doszło już do kulminacyjnego pomieszania zmysłów, ogólnego szaleństwa i wariactwa, pozostało im na zakończenie wyjęczeć coś jakby hymn, krótką rozkoszną pieśń. 

– Kadetko Karbon, co to za wrzaski? Czy coś się stało?

– Nic, nic, pani sierżant! To tylko… eee… koty się za oknem marcują! 


Siła, z którą te dwa ciała przylgnęły do siebie i która nie pozwalała im się oderwać, wzięła się z duszy niespokojnej, więzionej latami w świecie niewygodnych zasad. Zasłonięte gorącymi kłębami pary, oddały się we władanie gromadzonej miesiącami żądzy. Tych igraszek nie daje się zdusić żadnymi zakazami, karą, nagrodą, ogniem piekielnym czy niebiańską fantazją.

Przebrnąć przez takie fragmenty pozwala mi tylko wyobrażanie sobie, że czyta je Nicolas Cage. 


System represji jest wobec nich zupełnie bezradny. Zabawa ta bowiem rozkwita, kiedy w otoczeniu brak jest dostatecznej przeciwwagi, a odruchy ciała i serca muszą znaleźć odbiorcę z natury. 


Nic... stało się... i już się nie odstanie. Artykuł 140 § 1 Regulaminu Pełnienia Służby stanowił: „Kto propaguje lub inicjuje nieobyczajny czyn homoseksualny, ulega mu jednorazowo lub kontynuuje go w systemie ciągłym, podlega karze dyscyplinarnej orzekanej przez przełożoną według taryfikatora kar (załącznik nr 3 do Regulaminu Pełnienia Służby)”.

Ale… ale dlaczego kobiecy reżim jest przeciwko “czynom homoseksualnym”? Jakoś totalnie mi się to gryzie z dotychczasową wizją. Tym bardziej, że takie antylesbijskie postawy kojarzą się z konserwatywnymi, prawicowymi poglądami i kościołem. Imo autor po prostu chciał dodać pikanterii opisywanym seksom i nie przejmował się tym, czy pasuje to do wykreowanego świata. Znowu. 

Ale dlaczego Cię to dziwi? Z tej książki konserwatyzm aż się wylewa, a jedyne, co odróżnia autora od większości prawicowych pisarzy to to, że nie poświęca zbytniej uwagi Kościołowi i nie biadoli nad upadkiem chrześcijaństwa. 

Niemniej fakt, reżim poczyna sobie dziwnie, tak jakby zależało mu na stworzeniu społeczeństwa incelek. Seks z mężczyznami jest reglamentowany, z kobietami – zakazany, założę się, że masturbacja też jest niemile widziana. Żeby chociaż miały taką pigułkę jak w “Seksmisji”, przekształcającą popęd płciowy w pęd do kariery… W dodatku sam autor przyznaje, że system jest bezradny wobec osób łamiących te przepisy. 


W efekcie obie poniosły przykre konsekwencje – ona trafiła na pogardzaną przez wszystkie kadetki służbę w okolicy ogrodu zoologicznego, a koleżanka… a mniejsza o to… już jej nie zobaczy. Czego nie można było powiedzieć o emocjach, którym obie uległy w przypływie uwolnionej słabości, a które powracały tak często, jak tylko przyszła na to ochota młodym ludziom, żyjącym w nieciekawym, ich zdaniem, społeczeństwie.



Kolejny męski osobnik, jakiego widzi Francesca, chodzi po swym pokoju, recytując fragmenty “Dziadów” Mickiewicza. Serio, nic nie zmyślam! 



Uciekinierzy tymczasem, mimo że Francesca straciła sporo czasu pogrążając się we wspomnieniach, nie oddalili się zbytnio – są wciąż w zasięgu jej wzroku, poprzez kratki wentylacyjne patrząc na podziemną fabrykę-więzienie. 

No jak w Bollywood, czas stanął, a Francesca przeżywała wspomnienia. 

 

Widzieli pracujące dekadentki, którym nie podobał się ustanowiony porządek i zbuntowały się na miarę swoich możliwości. W ramach kary za podniesiony sprzeciw musiały odpracować swoje winy razem z mężczyznami, pracującymi ciężko, mozolnie, bez życia, energii, traktowanymi o wiele gorzej niż towarzyszki niedoli, które tylko za swoją kobiecość mogły liczyć na łagodniejsze traktowanie i w dużej mierze pełniły tylko funkcje nadzorcze.

Mężczyźni natomiast zajmowali najniższy szczebel więziennej hierarchii. Trudnili się pracami wymagającymi większych nakładów sił i o zwiększonym ryzyku utraty zdrowia lub życia. Byli jak woły robocze, uwiązane sznurkiem do wozu i niezliczonych zajęć. Oczywiście z upływem czasu odbijało się to na ich wyglądzie, tężyźnie i samopoczuciu. 

Z upływem czasu? W innym miejscu mamy wspomniane, że już niemowlęta były zabierane matkom i wychowywane na niewolników wykonujących najcięższe prace, więc nie spodziewałabym się po nich jakiejś szczególnej tężyzny. 


Szwalnie i kuchnie, które dawnymi czasy zapełniały kobiety, także były pełne skazanych mężczyzn, bo tutaj było najtrudniej. Przygnieceni ciężarem prac robili na obserwujących przygnębiające wrażenie.

Nagle w tym kieracie pojawił się zgrzyt. Niespodziewanie zakotłowało się wśród skazańców, bo jeden z pracujących zasłabł i upadł. Nadzorczynie jeszcze nie zdążyły zauważyć tej anomalii, gdy na pomoc ruszyło kilku innych więźniów, którzy z niezwykłą jak na ich stan prędkością podnieśli osłabionego kompana i podparłszy go ramionami, kontynuowali pracę.

Wszystko wróciło do kołatającej rytmicznie niedoli kołowrotu. Zdarzenie to dodało otuchy pozostałym, gdyż wieść o tym, że nie są sami, że w pobliżu czekają osoby, które być może w chwili ostatecznej słabości podadzą pomocną dłoń, była naprawdę budująca i rozchodziła się szeptem, z ust do ust, jak słowa błogosławionej otuchy.

To brzmi tak, jakby pomogli mu co najmniej jacyś członkowie ruchu oporu… a nie po prostu współwięźniowie. 


Żal im było patrzeć na to wszystko i mieć świadomość, że dla polepszenia własnego losu trzeba porzucić tych nieszczęśników. Z bólem serca oderwali się od obserwacji i ruszyli dalej.

Tymczasem funkcjonariuszka zaabsorbowana milczącym postojem uciekinierów, sporo zresztą ryzykując, tak ją zżerała ciekawość, zbliżyła się do kratek wentylacyjnych i to, co wstrząsnęło poprzednikami, skwitowała powszechnie stosowanym wśród służb porządkowych wyrażeniem:

– Dziejowa sprawiedliwość. Nie mamy dla was współczucia.

(…)

Zajrzała jeszcze przez drugą kratkę, tę, którą ominęli uciekający. Ujrzała wnętrze zakładu jubilerskiego, gdzie na stołach, oprócz złota, srebra, bursztynu i egzotycznych kamieni, piętrzyły się złowieszczo na małych stosach kości i kły dzikich bestii oraz męskie zęby. Dużo męskich zębów, które jako elementy zwierzęcego układu kostnego idealnie nadawały się do tworzenia naszyjników czy innych równie pożądanych ozdób. Nadziane wespół z bursztynami lądowały na szyjach i przegubach dłoni co bogatszych przedstawicielek świata biznesu, sportu i polityki.

Bardziej tró byłoby, gdyby same im te zęby wybijały. 


Przez kolejne okienko wentylacyjne Francesca widzi jak mieszkańcy podziemi, kobiety i mężczyźni wspólnie, już raczej nie więźniowie – odgrywają sztukę teatralną. Jest to kolejna rozrywka, jako dekadencka, zakazana “na górze”. Sztuka jest adaptacją “Lalki” Prusa. 

Dobrze że nie wystawiali “Córki Wokulskiego”. *Flashbacki atakują*. 


Porządna i pragmatyczna obywatelka wyzbywa się drążącej duszę uczuciowości. Jej szkodliwość społeczna polega zwłaszcza na tym, że stwarza niebezpieczeństwo dla skutecznego działania, zaślepia i osłabia zdrowe organizmy. Czas przeznaczony na miłość jest czasem straconym i niepotrzebnym nowoczesnym obywatelkom. O tym wiedzą już małe dziewczynki! Jednakże czy może być tak, że teatralne bajania mają związek z rzeczywistością? Powoli docierała do niej świadomość istnienia czegoś więcej niż to, co do tej pory znała.

Przerwała rozmyślania, bo uświadomiła sobie, że nie dochodzi do niej żaden odgłos wydawany wcześniej przez uciekinierów. Każdą cząstką swojego ciała poczuła strach, zimny strach. Nie może ich stracić! Zgubić ich to znaczy zgubić swoją przyszłość. Właśnie to byłoby największą zbrodnią, a nie jakaś tam antyczna miłość.

Ja się dziwię, że przy tej metodzie pościgu nie zgubiła ich już parę godzin wcześniej… 


Zauważyła światło w tunelu, które falowało od ciepłych wyziewów napływających z różnych stron, w oddali majaczyły jak senne zjawy postacie uciekinierów i tej jednej wyjątkowej uciekinierki. Zakręciło jej się w głowie i nieznany żar oblał jej ciało, dlatego trzymając się ścian, postanowiła iść powoli. Ku przyszłości. Wymarzonej przyszłości, która zbliżała się wielkimi krokami.


muzeum herstorii naturalnej


Uciekinierzy z ciasnych podziemnych korytarzy wydostają się do pomieszczeń Muzeum Herstorii Naturalnej, dawno nieużywanych i zamkniętych. Jest to dla autora pretekstem do snucia długich rozważań o kulturze i sztuce, które sobie darujemy, przytaczając tylko co ciekawsze fragmenty. 


– Pierwsza sala przedstawia biblijną historię Ady i Ewy. Posłuchajcie. – Kurierka wczuła się w rolę przewodniczki i zaczęła czytać tekst z podwieszonej u wejścia planszy: – "Na początku była Bogini Matka. Dwie rajskie niewiasty, Ada i Ewa, wzięły sobie mężów, tak jak Pani nakazała. A oni im usługiwali, w trudzie, pocie czoła i bez żadnej radości zdobywali dla nich pożywienie przez wszystkie dni swoje. I to było dobre, rzekła pani. I błogosławiła im. I dała całą ziemię, którą potomkinie, tak liczne jak gwiazdy niebieskie, wzięły na wieki w posiadanie. Na początku była Bogini Matka". – Gdy skończyła czytać, dodała: – To fragment świętej księgi KOHAR, leży od lat nietknięta, o tam, na stoliczku, i zakurzona jest zupełnie tak, jak to zapomniane muzeum.  

KOHAR – czyżby Kobiecy Zohar


(...)


Mężczyźni jednak wyraźnie ociągali się z odejściem, ponieważ dla nich wszystko było nowe. Niektórzy po raz pierwszy byli poza ogrodem. Ba, nawet poza klatką! Nic zatem dziwnego, że wszystko budziło w nich podziw, a czasami lęk i obawę przed nieznaną potęgą wiedzy. I śmiało zabrali się do eksplorowania świata, bo przy takich kobietach, co tu ukrywać, nie można okazywać lęku, a tylko zachwyt, energię i zainteresowanie. 

A jak nie okażą stosownego zachwytu, to w ryj! 

Zawsze to okazja do zdobycia materiału na nowy naszyjnik, nieprawdaż.


(...)


Weszli do środka. Światło punktowych reflektorów, zgrabnie zamocowanych w podłodze, wyławiało z otoczenia niezwykłą w swej mroczności tonację przemieszanych odcieni: burgunda i purpury, karmazynu i pąsu. 

– Imponujące!

– Wspaniałe!

– Precyzyjnie dobrane!

– Boskie!

– Oto co potrafią kobiece dłonie!

– Widzę, że się podoba – pochwaliła kurierka i skrzywiła się niepotrzebnie z odrazą, gdy z ust mężczyzn popłynęły słowa:

– O, kurde, no, no.

– Ja pierdzielę, kto by pomyślał.

– Cholera, czegoś takiego...

– A myśmy tyle czasu... ech, do czorta.

– Motyla noga!

– Ty też terefere. 

– No mucha nie siada!

– Pani kierowniczko, całujemy rączki.

– No, no, same dzieła, arcy... arcydzieła.

Komentarze panów były bardziej toporne, niż się można było spodziewać, ale dziewczęca wyrozumiałość wzięła się ze zrozumienia faktu, iż spędzili większość życia bez żadnego kształcenia i nie można się dziwić, że w najprostszy sposób próbują opisywać świat.

To na pewno ci sami faceci uwolnieni z zoo? Nikt ich przypadkiem po drodze nie wymienił na inne modele? Bo u tamtych przynajmniej jeden rzucał cytatami po łacinie… 

Pomijając, że w ogóle ktoś zawracał sobie głowę ich jakąkolwiek edukacją - jak na ludzi, którzy “pierwszy raz byli poza ogrodem, ba, nawet poza klatką”, naprawdę szaleją z tą kompetencją językową. 


 I tak jak myślały, tak postąpiły. Wybaczyły. 

– Sala ta w doskonały sposób oddaje ducha... – zaczęła wyjaśniać kurierka, ale zawahała się w momencie, kiedy ujrzała na twarzach zgromadzonych zachwyt w objęciach podziwu i zaaferowanie otulone natchnieniem. 

Mniej więcej takie:

https://i.pinimg.com/originals/23/68/79/236879521903959c6e883d5744e6b789.gif



Tymczasem prowadząca uciekinierów kurierka rozpoznaje jedną z grupy, Katarzynę, jako tę, która przez nieprzestrzeganie zasad konspiracji omal nie doprowadziła do potężnej wpadki w organizacji Wolny Świat. Jednak, ze względu na młody wiek, nie zlikwidowano jej, a jedynie wydalono. Więc wróciła oknem. 

Śledząca ich Francesca ma dziwne objawy na widok obrazów prerafaelitów…


Tuż za nimi pojawiła się funkcjonariuszka. Wsunęła się do Sali Rudej tak zwinnie i bezszelestnie, że sama zdziwiła się swojej kociej gracji. Usta rozchyliła w zachwycie i zastygła w pół kroku. Czuła, jak jej mięśnie na całym ciele ogarnęły dziwne drgawki, które nie wiadomo skąd się wzięły i falami nawiedzały jej ciało. Z zimna? Podziwu? Czy samotności, która dopiero w tej sali ujawniła się ze zdwojoną mocą? (...)

Francesca Karbon krzyknęła przeciągle, owiniętymi bólem głoskami:

– Nieee!



Nogi mocniej zadrżały i ugięły się, nie mogąc utrzymać ciężaru ciała. Zwinęła się w kłębek. Upadła, a jej się zdawało, że nie upadła jeszcze, że wciąż ciało stało na miękkim ułożyła się podłożu, w ogóle nie czując uderzenia i chłodu posadzki, bo zupełnie zniknęły ziemskie wrażenia w powstającej otchłani. Oczy miała zamknięte, a jednak widziała wyraźnie wirujące twarze z obrazów, kobiece, natchnione, piękne. Wirowały wokół niej w szalonym tańcu, bojaźliwie odchodząc od wyznaczonych na wieki ról.

Bojaźliwie wirowały w szalonym tańcu, autor ma takie wyczucie słowa, że tylko pozazdrościć. 


Czy to była właśnie ta siła, przed którą ostrzegano obywatelki? Emocje, zaklęte w złoconych ramach, sceny, gesty znane tylko chcącym je odkryć, poznać i poczuć wieloma zmysłami, wyszły naprzeciw pustemu naczyniu.


Francesca ma wizję postaci wyglądającej jak kobieta z obrazów, która podchodzi do niej, głaszcze po policzku i wygłasza zdanie “Color di amore e di pieta sembianti”. Strażniczka traci przytomność.  

Wycieczka trafia do sali poświęconej historii herstorii współczesnej. 


Następna sala była nowocześnie wyposażona i przypominała bardziej centrum multimedialne jakiejś czołowej partii politycznej niż pomieszczenie muzealne. O dziwo, zgromadzony sprzęt był najnowszej klasy (taśmy szpulowe, piloty na kablu, no wszystko nówka nieśmigana), wszystko odkurzone, tak jakby co jakiś czas odbywały się tutaj jakieś spotkania. Na ścianach umieszczono partyjne symbole solarne: flagi, portrety, chorągwie, totemy, proporce, odznaki, czyli wszystko to, co jest niezbędne każdemu ugrupowaniu propagującemu kult jednostki. Podłogę, ściany i sufit wyłożono purpurowym aksamitem, a po bokach zwisały ciężkie story z partyjnymi emblematami Wypełnione czerwienią, czernią i bielą. Nowoczesny, cyfrowy projektor terkotał dziwacznie głośno, zupełnie jak na starych kronikach filmowych, a jego światło rzucało jasną smugę na telebim.

- Najwybitniejsza w dziejach świata i najbardziej skuteczna działaczka feministyczna Floda von Hetril - powiedziała ironicznie kurierka, puszczając dość wymownie oczko.

Hmmmm, Floda von Hetril? A któż to może być? Autorze, daj jakieś jaśniejsze wskazówki, bo jesteś taki enigmatyczny! 

Eh, to już wiadomo skąd te “norymberskie ustawy płciowe”.



- Daj to na wielki ekran, niech poznają J E J herstorię. I zrób głośniej - zaproponowała z uśmiechem Katarzyna.

- OK - odpowiedziała z radością kurierka.

No co? Mamy czas, wcale nie obawiamy się pościgu, możemy sobie pooglądać, posłuchać… 


Wszyscy zwrócili się ku telebimowi. Głos, który wypełnił salę, był przytłumiony, ale wyraźny. Zagłuszał nawet chrapanie cieci. 

Na ogromnym ekranie zawieszonym na ścianie pojawił się obraz przedstawiający wielki wiec partyjny, łudząco przypominający pewne dawno minione zgromadzenia. Przepływające kadry szczelnie wypełniały butne żołnierki i wiwatujące w tłumie kobiety różnych profesji. Szereg monstrualnych rozmiarów symboli solarnych swobodnie powiewał na wietrze.

Symboli solarnych, hm, hm… A może hinduskich symboli szczęścia? 


Floda von Hetril z charakterystycznym kobiecym wąsikiem (więcej wskazówek, autorze, więcej, nadal nie rozpoznaję!), który odpowiadał ówczesnej modzie, stanęła na mównicy, by w płomiennym przemówieniu, i charakterystycznym mlaskaniem, porwać zebrane fanatyczne zwolenniczki. „Rodaczki, obywatelki, żołnierki i robotnice. Nadszedł czas wyczekiwanej rozprawy z męskim robactwem, które nadal bezczelnie i z upodobaniem, równym bydła pozbawionego kultury, praw i rozumu toczy zdrowy organizm kobiecego świata. Męskość to zboczenie wyrosłe z brudu i ognia, agresji oraz nieprzemyślanej rozrzutności swojej populacji..."

Dobra, ja wysiadam, a ty autorze odjeżdżaj razem z peronem. Nie rozumiem. Nie wiem. Po co ten żeński Hitler tutaj? Po co? 

Mój mózg rozpaczliwie chwyta się wytłumaczenia, że to alternatywna linia czasowa, w której aliantom udało się faszerowanie Hitlera kobiecymi hormonami.


Na telebimach stadionowych, do wtóru wściekłego przemówienia, ukazały się sceny przedstawiające prymitywne życie mężczyzn, odartych z godności i żyjących w nędzy. Spali w barłogach rozlokowanych bezpośrednio na ulicach, odziewali się strzępami ubrań i podobni do owadzich kokonów smętnie snuli się ulicami gett, które powstawały na terenach podbitych przez żołnierki Flody. Te dumnie maszerowały w rytm wojskowego marsza, a na ich twarzach malowała się buta zwyciężczyń i ślepy fanatyzm.

Floda przybierała wówczas postawę dumnej przywódczyni, dumnej na wskroś, dumnej do ostatniej pochwy wśród maszerujących bagnetów. Słowa płynęły dalej:

"...Mężczyźni to robactwo, które podstępnie i w tchórzliwym chaosie stoi na drodze uporządkowanej kobiecości. Tej kobiecości, która nie może poddać się męskiej dominacji i za wszelką cenę musi stawić czoło tym, których twarde przeznaczenie zrzuca ze skały świata rękami zdrowych Spartanek... ”

Tak, tak, widzimy analogię, dostrzegamy grozę i nieludzkość systemu, a jakże. Bo przecież oczywiście trzeba było pokazać, jaki ten feminizm zuuuuy, krwiożerczy i morderczy. I wiecie co? To mnie wkurwia. Heloł, serio, w feminizmie naprawdę nie chodzi o zdeptanie mężczyzn i pozbawienie ich wszelkich praw, czy wręcz fizyczną eliminację. A takie właśnie wizje produkują umysły przerażonych “brodaczy” i panałtor nie jest tu wyjątkiem. Tak tylko przypomnę, że “Seksmisja” to nie źródło historyczne ani deklaracja ideowa...

Wydaje mi się, że chodzi o “jeszcze”. Jeszcze nie teraz, ale gdy tym feminazistkom ustąpi się tu i tam, to zaraz nam mężczyznom zrobią tatuaże i wyślą do obozu! 

NO WEŚ, Vahu, ja tutaj tak ładnie ściemniam, a Ty zdradzasz wszystkie nasze tajne plany! 


(...)


- Mam już powoli dość tych korytarzy - rzuciła zniechęcona wędrówką Izabela.

Wiem co czujesz!


 (...)

- I musimy się po nich tak beztrosko włóczyć? - zapytała Katarzyna, rzucając kurierce spojrzenie pełne nienawiści.

Już wie - domyśliła się kurierka - że ja wiem.

- Dlaczego beztrosko? - odparła Izabela.

- Zauważyłaś, że nikt nas nie gonił? - odpowiedziała pytaniem Katarzyna.

- To chyba dobrze?

- Nie tak zupełnie nikt. Przecież całe miasto musiało ożyć po tej ucieczce. Kilku mężczyzn i kilka uczennic zapadło się pod ziemię. Ciekawy zbieg okoliczności. A kiedy na górze szaleje terror, ty mówisz o beztrosce.

Jak bardzo byłaby rozczarowana, gdyby się dowiedziała, że nikt ich nie gonił oprócz jednej, samotnej Franceski Karbon? 

Całe miasto w tej chwili słodko śpi i ma to wszystko w dupie. Przecież nawet nie uruchomiły alarmu, skąd przeświadczenie, że całe miasto już wie?

Choć z drugiej strony… co z wycieczką? Po kilku godzinach nauczycielka nadal nie zauważyła zniknięcia uczennic? 

Nie zauważyła podczas liczenia “czy wszyscy już są, sprawdźcie sąsiadów”, podczas jazdy autokarem, podczas wysiadania, rodzi– eee, matki? w każdym razie opiekunki nie wykonały zaniepokojonych telefonów, że gdzie te ich córki… Wcięło je to wcięło, po co drążyć temat.


(...)


- A właściwie dlaczego nie mogliśmy iść górą? Po co tyle ceregieli? Przecież górą byłoby szybciej - powiedziała wyraźnie już zmęczona Izabela.

- Przejście górą byłoby zbyt niebezpieczne. Funkcjonariuszki mają bardzo dobry system inwigilacji miasta i okolicy. W każdej chwili mogą poderwać do działania dowolną ilość oficerek i szeregowych.

No chyba że u jednej aktywuje się “duma i ambicja” i nie skorzysta z “bardzo dobrego systemu inwigilacji miasta i okolicy, dzięki któremu mogą poderwać do działania dowolną ilość i oficerek i szeregowych” (czyt. radio). 

W sumie to ciekawe, że miejski monitoring nie zauważył dziwnej grupki biegnącej nocą przez opustoszałe miasto i ścigającej ją oficerki. 


Trafiają do następnej sali, poświęconej czytelnictwu; okazuje się, że literatura tworzona przez mężczyzn została zakazana i skazana na zapomnienie, a jeśli jednak jakąś książkę zdecydowano się dopuścić do obiegu, nazwisko autora przekształcano na kobiece – i tak np. autorką “Folwarku zwierzęcego” została “Lady Orwell”. Swoją drogą, zupełnie nie rozumiem, dlaczego społeczeństwo totalitarne zechciało zachować akurat Orwella. 

A to akurat proste, przecież każdy wie że faceci to świnie. :P 

W temacie świń to ja kwiczę, że socjaliście Orwellowi przeklinającemu nierówne klasy społeczne dowalono to “lady”, no co za potwarz. 


(...)

- Walczymy także o to, aby już nikt nie opisywał tylko złej strony męskości - teraz słowa do mężczyzn skierowała Helena, która jeśli już się odzywała, to tylko wtedy, kiedy miała coś ważnego do powiedzenia - bo macie też dobrą stronę, o której się nie mówi, a my kobiety mamy złą stronę swojego postępowania, której oficjalnie się nie ujawnia. To przykre i niegodne ludzkiego zachowania.

- Naiwne ideały — mruknęła do siebie Katarzyna, która odeszła na bok, aby się uspokoić i wziąć kilka głębszych oddechów — a tak naprawdę każda chce mieć własnego fiuta. Jednego, tylko dla siebie, biedne robaczki, słomiane chude lance, miękkie i słabe makolągwy, ugięte czoła, bezsilne nogi, i chcą takiego do głaskania... tylko dla siebie. Rzeczywiście, stuprocentowa kobieca empatia.

To jest akurat ten moment, kiedy w stu procentach zgadzam się z Katarzyną. Dziewczynom nie chodzi o żadne tam prawa mężczyzn, a jedynie, by mieć faceta wyłącznie dla siebie i nieograniczony dostęp do seksu, na co inne mieszkanki kraju kobiet  muszą zasłużyć pracą i “nienaganną postawą”. 

Ale są przy tym miłe i wybaczają mówienie “kurde” w muzeum, więc gdzie problem


Uciekinierzy docierają wreszcie do wyjścia, nad brzeg rzeki, gdzie czeka na nich “ekskluzywny jacht”. Korzystając z okazji, kurierka postanawia wyrównać rachunki z Katarzyną: podstępnie atakuje ją paralizatorem i przykuwa kajdankami do rury. 


Teraz już nie stanowiła zagrożenia, a kiedy tu trochę poleży, zajmą się nią mężczyźni, którzy nocami krążą po korytarzach. 

W sensie że co? Zgwałcą ją i oczywiście nawrócą na słuszne poglądy? Po prostu zgwałcą, kogo obchodzą jej poglądy. Dajcie mi wiadro. Nie, nie to. To duże, dziesieciolitrowe. 


To czasami nieciekawe towarzystwo, ale cóż, taka jest kara za złośliwość, podkładanie nóg i podkopywanie morale całej grupy, czyli akt wyższej konieczności.


- Będziesz dla nich prezentem, Kasiuniu - wysyczała kurierka i przeraziła się mściwych słów i postawy, o którą nie posądzała się nawet w najgorszych koszmarach.

Nie mogła postąpić inaczej; nie wobec osoby, która stanowiła zagrożenie. Zresztą miała prawo do tego typu zabiegów, o ile w grę wchodziło powodzenie misji.

Ależ mogła - wystarczyło zaatakować Katarzynę już na jachcie i tam skuć. 


Dołączyła do grupy i z pomocą mężczyzny, który nawet na nią zaczekał, zamknęła ciężkie wrota. O dziwo, nikt nie zainteresował się losem Katarzyny, a milczenie, które zakradło się do grupy, świadczyło wymownie o słuszności działań kurierki. 

A może nikt nie chciał się wychylać, by nie skończyć tak samo? 


Jednak jej oczy szukały kogoś, kto przyjmie wytłumaczenie: nie było innego wyjścia, musiałaś tak postąpić, wyeliminować niebezpieczeństwo zagrażające powodzeniu całej operacji, racja jest po twojej stronie. I był ktoś taki, kto w ułamku sekundy zrozumiał jej postępowanie.

Mężczyzna, który pomógł z masywnymi wrotami, spojrzał jej w oczy i powiedział:

- Nie pasowała do nas.

Kurierka uśmiechnęła się.

Oto bratnia dusza - pomyślała.

- Jej uszczypliwości - kontynuował - były nie do zniesienia. Wszyscy rozumieją, że zaczęła stanowić zagrożenie.

Jak sieknęła Ciętą Ripostą, wszyscy krwawili przez trzy dni! 


Serio, winą Katarzyny jest to, że jest sceptyczna, ironiczna i złośliwa, a jej odzywki nie podobają się grupie. I owszem, ma na sumieniu wcześniejsze złamanie zasad konspiracji, które niemal doprowadziło do wpadki, ale nie ma dowodów na to, że była konfidentką. 


(...)


podróż


Jacht z uciekinierami odpływa; jakimś cudem, mimo wszystkich opóźnień, dostaje się na niego też Francesca Karbon i niezauważona ukrywa gdzieś pod pokładem. 


W międzyczasie dziewczęta, będące w coraz lepszym humorze, przygotowały kolację. Składały się na nią zgromadzone przed podróżą zdrowe produkty, pochodzące z własnych ogródków ekologicznych.

Mężczyźni byli przyzwyczajeni do innego trybu żywienia: tłustych, nieprzyprawionych, gotowanych z oszczędności w jednym wspólnym kotle mięsnych posiłków, które z łaski rzucano do plastikowych misek. 

I serio, zero warzyw? Ale wszyscy oczywiście mają mocne, bielutkie zęby osadzone w zdrowych dziąsłach? 

W sumie to autor tego nie przemyślał: mięso pewnie musiało sporo kosztować, nawet gdy przygotowywano je w taki byle jaki sposób. Karmienie ich warzywami wyszłoby taniej. 

W sumie to – czy widzisz tutaj JEDNĄ rzecz, jaką autor przemyślał?

...nie. 


Teraz trudno im było przyzwyczaić się do samego widoku fantazyjnych posiłków, które przybrały różne formy wedle upodobań uskrzydlonych szczęściem kulinarnych artystek. Dopiero teraz uświadomili sobie, że od dawna nie mieli nic przyzwoitego w ustach. Poczuli siłę głodu powstałego po solidnym wysiłku, a ich wzrok, którym łakomie pochłaniali przygotowywane dania, przeczył obiegowym informacjom, jakoby odrzucali wegetariańskie potrawy.

Na stole wylądowały składniki: pomidor, szczaw, ogórek, por, brukselka, batat, marchew, sałata, koperek, szczypiorek, amarantus, cieciorka, soczewica, rzodkiewka, niebieski i żółty ser, pieczarki, żurawina, orzechy włoskie, zielone i czerwone winogrona. 

I one to wszystko nosiły ze sobą cały czas? Przypomnę, wizyta w ZOO była zakończeniem kilkudniowej autokarowej wycieczki, kiepsko widzę stan tych pomidorów, szczawiu i rzodkiewek… Ser, po kilku dniach w upale, też chyba niezbyt apetyczny, a o winogronach lepiej nie wspominać. 

Imo to raczej ruch oporu zadbał o pełną spiżarnię na jachcie. 

“Pochodzące z własnych ogródków ekologicznych”, rzekł panałtor. 

Ogródki ekologiczne ruchu oporu! 

Rosną tam naprawdę bombowe dynie. 


Części jadalne sprawnie oddzielone zostały od niejadalnych i dziewczęta przygotowały kilka dań. Kotlety z soczewicy i pieczarek, ogórkowe ruloniki z humusem i kolendrą, warzywne curry z soczewicy i batatów, pieczone bataty z soczewicą i pomidorami, dwie barwne sałatki warzywne, na deser zrobione przez Violę jej ulubione batoniki amarantusowe. 

Czyli potrawy praco- i czasochłonne, w sam raz do przygotowania w ciasnej kuchni na jachcie i dla kilkunastu solidnie wygłodzonych osób. 

Pani, to ekskluzywny jacht, pewnie ma kuchnię wielką jak Sejm. I pewnie w ogóle nie zwrócił uwagi służb bezpieczeństwa reżimu. 


Na koniec niektóre z dań oblano własnej roboty sosem limonkowo-miodowym i wreszcie znalazły się na designerskich półmiskach o różnych jaskrawych kolorach, których nie potrafiliby nawet nazwać. Tak podane potrawy nabrały wówczas bardzo apetycznego wyglądu okraszonego wspaniałym aromatem.

Mężczyźni zazwyczaj nieuznający zieleniny, jak zwykli nazywać zdrową żywność, 

Uhm, nie tyle “nieuznający”, co po prostu “niemający nigdy okazji spróbować”.

Nawiasem mówiąc, po latach żywienia wyłącznie mięsem taka porcja węglowodanów i błonnika… Przewiduję problemy. 

Ile przeciętnie toalet jest na “ekskluzywnych jachtach”? Czy czytelnicy się orientują? 

Sądzisz, że te chłopaki prosto z klatki w ogóle umieliby skorzystać z toalety? 

Tak w sumie to przypomniała mi się scena z książki “Pod piracką flagą” Michaela Crichtona, gdzie struci żeglarze siedzieli na relingu, jeden obok drugiego, wystawiając zadki za burtę. 



zaczęli z ciekawością zerkać na przygotowany posiłek i dopiero w tej chwili doznali niezwykle silnego uczucia głodu. Do każdego z nich powędrował smakowicie wypełniony półmisek oraz słowa "proszę" i "życzę smacznego". Było to doświadczenie zupełnie odmienne od tego, które do tej pory znali, czyli smagania bykowcem oraz wrzucania do klatek gotowanych mięs i tego poniżającego rozkazu:

- No... żryj. Żryj! Pokaż pani, jak smakuje!

Nie zdziwiłabym się, gdyby każdy w tym momencie porwał swój talerz i pobiegł ukryć się w jakimś kącie, żeby zjeść, zanim oberwie batem. Oni nie byli wychowywani tylko tresowani, takich nawyków nie jest łatwo się pozbyć. 


Bla, bla, płyną i jest nudno. Przez noc docierają Wisłą do morza, wszyscy snują plany, co też będą porabiać jak już dotrą do Wysp Szczęśliwych, a mężczyznom zostają nadane imiona, bo do tej pory nie mieli. 


Cały kolejny dzień spędzili na zaproponowanej poprzedniego wieczoru zabawie nadawania mężczyznom imion. 

Ty będziesz Ciapuś. A ty Fafik. 


W wielu społecznościach to przecież kobiety nadawały mężczyznom imiona, zatem miały pełne prawo robić to samo na statku. 

Generalnie w tym społeczeństwie kobiety mają pełne prawo do wszystkiego, a mężczyźni do niczego, więc jakby chciały ich sobie pomalować na zielono, to też – kto by im zabronił? 


Już jako mali chłopcy otrzymywali numery, które przez całe życie starali się zakrywać długimi rękawami. Ciąg bolesnych cyfr był poniżający zarówno wtedy, kiedy nosili je zgodnie z obowiązującym prawem, jak i w sytuacji, gdy starali się je usunąć w konspiracyjnych warunkach. I widać było, że nawet teraz, daleko od lądu, numery sprawiają im jakiś ból, mękę nieopisaną, ponieważ od czasu do czasu pocierali miejsce z numerem, tak jakby chcieli je wymazać i wyrzucić raz na zawsze ze swego ciała i pamięci. (...)

Panałtor wali aluzjami z subtelnością młota udarowego… 

To jest subtelność walca drogowego rozjeżdżającego misie Haribo. 


Pozostali w społeczeństwie mężczyźni byli zazwyczaj uwięzieni w fabrykach albo na galerach produkujących energię elektryczną. 

O, to ciekawe. Chodzili w kieracie? Pedałowali na stacjonarnych rowerkach? Co się stało ze starymi, dobrymi elektrowniami? 

Galery produkujące energię elektryczna. Przepraszam, ale nie mogę. XD Myślicie że machali tam wiosłami, czy może to tylko taka nazwa, a oni siedzieli w rządku jeden za drugim na rowerkach i pedałowali, by wytworzyć prąd? 


Skutkowało to przymusową numeracją porządkową, natomiast nielicznym, którzy zdołali się uratować od obowiązkowej identyfikacji numerycznej, życie upływało na ciągłym ukrywaniu się w podziemiach.

Rodzącym się chłopcom nie nadawano imion z zasady, ponieważ i tak mieli zniknąć w ramach działań ustawy mizoandryjskiej. 

To jakaś bardzo bogobojna dystopia, skoro obywatelki, dowiadując się, że płód jest płci męskiej (zakładam, że mają tam jakieś badania?), a zatem jest bezwartościowym podczłowiekiem i zaraz po urodzeniu zostanie im i tak odebrany – decydują się jednak donosić ciążę i urodzić. 

Serio, autor mnie zaskakuje. Większość konserwatywnych pisarzy nie odpuściłaby sobie przerażających obrazów przymusowych aborcji, eutanazji i szalejącej rozpusty, czego się w końcu spodziewać po społeczeństwie krwiożerczych feministek, które swoje powstanie zawdzięcza żeńskiej Hitlerzycy – a ten wydaje się zupełnie niezainteresowany. 


Potem chłopcy znikali w czeluściach instytucji zajmujących się sterylizacją i przystosowaniem społecznym. 

Sterylizacją? Jeśli mężczyźni byli masowo sterylizowani, jak to społeczeństwo się rozmnażało? 

Selekcjonowano grupę od której później pobierano nasienie do in vitro? 


Tak naprawdę nie było już większego sensu nadawanie imienia czemuś, co i tak miało określony cel: pracowniczą wegetację jako numer identyfikacyjny, który tatuowano starym sprawdzonym sposobem na przedramieniu. 

*ciężki wzdech*


Oczywiście część kobiet wiedziona matczyną miłością broniła swoich synków, ale na dłuższą metę było to skazane na porażkę. 

Ten system jest tak niespójny i pełen sprzeczności, że głowa mała. Dlaczego reżim w ogóle pozwala, by wciąż rodziło się tylu chłopców? Chyba że faktycznie wytwarzają tam prąd na korbkę i potrzebują tłumów niewolników… 


Nielicznym, najbardziej zaciętym w swoim postanowieniu, udawała się ta sztuka i chłopcy od razu trafiali do podziemia, aby otrzymywać swoje imiona i nosić je z dumą.


Hint: mimo otrzymania imion mężczyźni nadal są dla czytelnika kompletnie od siebie nieodróżnialni. W sumie, bohaterki tak samo… Z Kaśką porzucono na brzegu jakiekolwiek cechy charakteru. Tymczasem sterniczka jachtu (będąca chyba jednocześnie jego kapitanką i w ogóle całą załogą, bo nie pojawiają się wzmianki o nikim innym) rozmyśla o panującej na Wyspach Szczęśliwych zasadzie wspólności mężów i planuje chapsnąć dla siebie któregoś z przewożonych właśnie uciekinierów, a najlepiej wszystkich – ale nie teraz, trochę później, jak już nimi się nacieszą ich wybawicielki. Grupka dzieli się na pary i wszyscy są szczęśliwi; tylko Laura jest jakoś niezadowolona z przysługującego jej Williama. 

Aż tu wtem! Izabela dokonuje wstrząsającego odkrycia. 


Innym razem podczas kolejnej zabawy w chowanego, która okazała się najlepszą ze wszystkich dotychczasowych zabaw, ponieważ na jachcie znajdowało się mnóstwo zakamarków, mogących służyć za kryjówkę, co zresztą z powodzeniem wykorzystali uczestnicy,

Tak, dokładnie. Towarzystwo spędza czas na statku wesoło się bawiąc, a to w chowanego, a to w inne zabawy na poziomie wczesnej podstawówki. Mężczyźni, którzy całe życie przeżyli w niewoli, w upokarzających warunkach, nie mają z tego powodu najmniejszych problemów psychicznych, żadnego tam PTSD czy cuś. Szczęście, harmonia i sielanka, a wieczorami – radosne i nieskrępowane seksy. Oczywiście ci świeżo wypuszczeni z klatek faceci są doskonałymi, czułymi kochankami…  

No co, instynkt! 

Also, to naprawdę musiał być cholernie duży jacht. Ciekawe jak przepłynął przez zaporę we Włocławku. 

Zależnie od potrzeb, rozkładał się jak origami. Najbardziej na orgie. 


doszło do niebywałego odkrycia. Izabela zamierzała się schować w skrzyni umieszczonej na rufie, która była przeznaczona na akcesoria żeglarskie i miała spore rozmiary, dlatego w sam raz nadawała się do tego, aby można było się w niej ukryć. Podbiegła, bo zabawa już trwała, podniosła wieko i przełożyła nogę, gdy z niemym zdumieniem dokonała niesłychanej demaskacji. Spomiędzy splątanych lin, haków, zaczepów i kapoków wystawała głowa przedstawicielki władzy! Widoczny był także czarny mundur funkcjonariuszki, jej szczęśliwy numer osobisty 324 oraz złocona plakietka z imieniem i nazwiskiem Francesca Karbon. W pierwszej chwili wydawało się Izabeli, że dziewczyna nie żyje, tak spokojnie spała. Musiała stanąć w bezruchu, wstrzymać oddech i uważniej się przyjrzeć, aby dostrzec, że jej piersi lekko unoszą się i opadają. Wtedy uspokoiła się, bo strażniczka spała snem sprawiedliwych.

Izabela cicho zamknęła wieko skrzyni i zwołała naradę.

Towarzystwo było niepocieszone przerwą w zabawie, tupało i płakało, ale kiedy każdy poznał przyczynę, przestał narzekać. Decyzja zapadła szybko i jednomyślnie: wyciągnąć konfidentkę! Przecież tu, na otwartym morzu nie stanowiła dla nich żadnego ryzyka. A wręcz odwrotnie: to ona więcej ryzykowała. Potem dziewczęta zaczęły martwić się o jej zdrowie, przecież przez tyle dni ukrywania się musiała nic nie jeść i nie pić. 

Znaczy, one przypuszczają, że przez cały czas leżała w skrzyni i spała jak jakaś Śpiąca Królewna…? 

Zapadła w letarg. 

W Śpiączkę Opkową! 


A poza tym jak to możliwe, że tak długo wytrzymała w ukryciu? Pomyślały, że koniecznie trzeba ją obudzić i obejrzeć, wypytać, czy nie jest może głodna. I jak postanowiły, tak zrobiły.

Natomiast mężczyźni byli bardzo sceptyczni co do tego pomysłu, uważali, że przedstawicielka władzy jest niereformowalna, na wskroś przeszyta złem i że nawet tak daleko od lądu może napytać im biedy.

Dlatego przezornie trzymali się z daleka, a któryś z nich nawet zaproponował:

— Zabijmy ją.

Pomysł ten na szczęście nie zyskał aprobaty, bo mogliby w ten sposób napytać sobie większej biedy, aniżeli byliby w stanie znieść. 

Taaaa, a jak zostawili Katarzynę przykutą do rury, to było spoko. 


Kierowani jednak zwykłą ludzką ciekawością, która pcha ludzi do poznania wielu czasami niebezpiecznych i niepotrzebnych rzeczy, podążali za dziewczynami. Zatrzymali się dopiero kiedy stanęły dziewczęta. Nie widzieli, która otwierała wieko skrzyni, ale dobrze widzieli wstającą funkcjonariuszkę.


Niespodziewanie Francesca Karbon zaczyna się rozbierać. Nikt nie wie, o co chodzi, aż…


I nagle dłonie strażniczki jednym szybkim ruchem odchyliły znienawidzony czarny uniform, a spod jego czerni, odcinającej się od nieprzyjemnej szarzyzny pomieszczenia, odpadły sztuczne piersi wraz z biustonoszem. 

To nas tu o mało nie wykastrowały, a ty cycki sobie, cyganie, przyprawiasz?

https://i.wpimg.pl/0/1024x0/i.wp.pl/a/f/film/033/42/16/0261642.jpg


Mundur, który z powodzeniem kształtował latami funkcjonariuszkę, opadł na ziemię, jak wstrętna maska, która do tej pory ciążyła na jej twarzy, maska zimna, bez wyrazu, narzucona wolą tyrańskiego społeczeństwa. Zebrane z wielkim zdumieniem zobaczyły ciało... mężczyzny.

Co za plot twist, o mujeju!

No dobra, to doskonale wyjaśnia powściągliwość Franceski w burdelu: bała się zdemaskowania. Ale na litość boską, przecież ona przynajmniej raz uprawiała seks z kobietą! I co, koleżanka nie zauważyła, że kadetka Karbon jakoś się różni od niej samej i od innych dziewczyn, jakie znała…?! 

To proste, była pod prysznicem w mundurze. 

A na serio, to pewnie o tamtych seksach autor już zapomniał. A może… współlokatorka pod prysznicem też była facetem? 

I żaden by nie poleciał pierwszy donieść na “koleżankę”, żeby oddalić podejrzenia od siebie? 


Pojawiła się kwestia, czy ta scena oznacza, że Francesca Karbon była osobą transpłciową...? Mistycyzm Popkulturowy pisze o tym tak:

Weźmy choćby kwestię Franceski Karbon. Nie mam najmniejszego pojęcia czy autor w ogóle wie o istnieniu osób trans i wątek jej odrzucenia kobiecości świadomie ma podłoże transfobiczne? Czy to jakaś zbyt mocno wbudowana w tekst metafora kobiecości dominującej nad mężczyznami tak mocno, że literalnie każe im żyć życiem kobiet? Czy Francesca jest w ogóle trans kobietą? Książka dostarcza nam sporych fragmentów, w których ta bohaterka prowadzi monologi wewnętrzne i obserwujemy świat jej oczami. Zawsze konsekwentnie myśli o sobie jak o kobiecie. Z drugiej strony niewykluczone, że autor wprowadził ten zabieg wyłącznie po to, by ujawnienie męskości Franceski było bardziej szokującym, niespodziewanym zwrotem akcji. Każda z tych opcji jest bezdennie głupia i obraźliwa. Mój problem polega na tym, że nie potrafię stwierdzić, która z nich jest częścią budowanej przez Wanga narracji, co sprawia, że nie mam pojęcia, z którym rodzajem głupoty powinienem w tym przypadku polemizować. 


No więc jeśli o mnie chodzi, wybieram bramkę numer 2: całe przedstawianie Franceski jako kobiety, włącznie z jej monologami wewnętrznymi, służy wyłącznie temu, by wykonać szokujący plot twist. Książka jest przesiąknięta konserwatywnymi poglądami (zakaz stosunków homoseksualnych w państwie, gdzie prawie nie ma mężczyzn, NO HEJ), a przy tym cała emanuje taką jakąś staroświeckością, że nie sądzę, aby kwestia osób transpłciowych w ogóle zahaczała o świadomość autora*. W dodatku scena ujawnienia się Franceski wyraźnie nawiązuje do zdemaskowania Jej Ekscelencji w Seksmisji, co moim zdaniem jest wyraźnym tropem wskazującym, że Franceska, podobnie jak Ekscelencja, tylko się ukrywała aby uniknąć prześladowania.

...I ktoś tego Franceskę wziął za niemowlęcia i nie tylko uchował przed systemem, ale zrobił to na tyle cwanie, żeby dał radę wkręcić się do służb specjalnych. Gdzie wiecie, są pewnie regularnie robione badania lekarskie, trzeba się nieraz przy kimś przebrać, skądś wytrzasnąć sztuczne piersi… a to wszystko w otoczeniu fanatyczek reżimu zafiksowanych na donosach. Ale przecież najważniejsze, żeby czytelnik zrobił “:O!!!”.


*) ewentualnie zahacza, ale właśnie w takim staro-wujkowo-januszowym wydaniu: że osoba transpłciowa to taki “chłop, co się przebiera za babę”, ale wystarczy, żeby się zakochał w naprawdę ładnej dziewczynie, a mu przejdzie.  



Zapanowała cisza, która jak ciemność zmierzała wprost do wielkiego wybuchu.

- O, moja Bogini! Będzie mój! - zdecydowała aksamitnym głosem Laura i z namaszczeniem przesunęła dłonią po jego torsie. Pomacała mięśnie i zajrzała w zęby. 

Poznała go, kroczył przecież jej śladem od samego ogrodu, a teraz jest na wyciągnięcie ręki.

Koleżanki uśmiechnęły się lubieżnie, ale z pełnym zrozumieniem dla zachowania rówieśniczki. Jej też się coś należy. Niech bierze, niech ma, przeszła z nimi całą drogę.

I żadna nie zawołała “To niesprawiedliwe, ona już ma Williama, po co jej dwóch!”?


- Bierz - zgodziła się z nią Izabela. - Jest twój, chociaż to ja go znalazłam, ale... jest twój.

No to jest po prostu piękne, jak te wielkie bojowniczki o prawa mężczyzn i ich wyzwolicielki nie mają żadnych oporów przed traktowaniem ich jednak jak niewolników i przekazywaniem sobie nawzajem jak rzecz. 

Ach, ci durni mężczyźni. Myśleli, że będą mogli o sobie decydować? Mieć wolną wolę? 


(...)


Wyszli z kajuty. Obojgu należała się teraz chwila intymności, chwila, która wiele znaczy w czasie pierwszego zbliżenia i która zawsze następuje, jak pierwsza konsumpcja najnowszego nabytku, znacząca długi okres wzajemnej egzystencji.

Konsumpcja najnowszego nabytku – to chyba dobre podsumowanie tego, jak Laura i inne dziewczyny traktują swoje zdobycze. 


Francesca otrzymuje imię Franciszek i wszyscy są zadowoleni – oprócz Williama, poprzedniego partnera Laury, który nie rozumie, czemu tak nagle został odrzucony. Ale i on znajduje amatorkę…


Sterniczka nie namyślała się długo, wzięła go sobie, zgodnie z tym, co wcześniej zaplanowała. Czekała tylko na odpowiedni moment, który teraz szczęśliwie nastąpił.


(...)


wyspy


Po długiej i nudnej podróży (serio, zero zagrożeń związanych z jakimś pościgiem, koniecznością unikania straży granicznej, czy choćby ze złą pogodą) towarzystwo dociera wreszcie do wyczekiwanych Wysp Szczęśliwych. Na spotkanie wychodzą im mieszkańcy – kobiety i mężczyźni o wszystkich kolorach skóry, radośni i uśmiechnięci – i wszyscy nadzy. Witają przybyszów, nakładają im na głowy frygijskie czapki, symbol wyzwoleńców (“taką mamy tradycję”), a potem zaczynają tańczyć. 


Chwycili się za ręce i tańczyli parami, trójkami, aż w końcu zrobili kółeczko wokół przybyłych. Obtańcowali ich kilka razy i śmieli się przy tym głośno. 

W końcu ktoś krzyknął na całe gardło:

– Dzisiaj mamy Katarzynki i Andrzejki! Dla każdego coś dobrego. Dotarliście na czas. Znowu będzie zabawa! 

Mujeju, płynęli… 11 miesięcy?! Przypomnę, że akcja zaczyna się 1 stycznia. 

Przypomnę tylko, że odległość z Warszawy do Gdańska (około 400 kilometrów według mojego pobieżnego mierzenia na google maps) przebyli w jedną noc. Nawet jeśli przyjmiemy, że w ciągu doby pokonują te 400 km, to w ciągu 11 miesięcy… ekipa pokonała 132 tysiące kilometrów. Równik ma około 40 tysięcy. Ktoś tu chyba się zgubił. 

Albo brał przykład z Mojżesza, który wraz z Izraelitami czterdzieści lat błąkał się po skrawku pustyni, który można przejść w kilka dni. 

(Serio, to autor najpewniej zapomniał, że pisał cokolwiek o 1 stycznia, zwłaszcza że opisuje również panującą wtedy letnią pogodę i upał, a nie mamy nawet słowa wyjaśnienia tej anomalii.)


Przywódca miejscowych wyjaśnia, że choć oni chętnie przyjmują wszystkich, to nie wszyscy chcą u nich zostać, a oni to szanują. Sterniczki mogą przewieźć niechętnych na inną wyspę, a nawet można zamieszkać na własnej (spory muszą mieć ten archipelag). Znakiem, że goście chcą u nich pozostać, jest zdjęcie ubrań, co robią wszyscy oprócz Laury i Franciszka. 



Laura dyskretnie uciskała dłoń partnera, a ten w odpowiedzi nieznacznymi ruchami dawał sygnały oczami. Rozumieli się bez słów i zdążyli się już poznać na tyle, aby w ułamku sekundy podjąć jednoznaczną decyzję i nie robić tego, na co oboje nie mają ochoty. Nie, nie chodziło im o wstyd, czy o niechęć do poznanych właśnie ludzi, kórzy, co tu ukrywać, nie zrobili na tej dwójce dobrego wrażenia. Jakimś ukrytym w człowieku zmysłem czuli, że jest w nich coś dziwnego, coś, czego nie potrafili nazwać ani opisać i co nakazało obudzić nieufność. Chodziło o coś, co dawało się jednak zauważyć w mającym zamydlić oczy zachowaniu. Dosłyszeli lekką sztuczność ziejącą ostrzegawczo z jednej niewłaściwej nuty ukrytej w otoczeniu, w geście, słowie, rzeczy. 

A pod dwunastoma materacami leżało ziarnko grochu. 


Brakowało pełni swobody na tej szczęśliwej wyspie, o kórej wieści rozchodziły się szeptem, o nocnej porze, po kątach pełnych nadziei. Brakowało tego i tam, w świecie, który nie bez trudu porzucili. Było to dla nich nie do przyjęcia, dlatego nadal stali w swoich ubraniach i pomimo pierwszej fali euforii nie zamierzali naśladować pozostałych z grupy. 

Laura poczuła się w obowiązku odparować, zgodnie z młodzieżowym zwyczajem:

– Ale mam nadzieję, że możemy zadecydować, co robić dalej?

(...)

– Mamy już ustalone plany – skłamała z łatwością Laura.

Franciszek przytaknął, że tak jest w istocie, że plany mają skrystalizowane i że zdanie ich jest zgodne i od dawna ustalone. Chrząknął przy tym, bo nie przywykł jeszcze do tego typu rozmów, wcześniej był, przepraszam, była, tylko narzędziem do wykonywania rozkazów. 

A to, przepraszam, cokolwiek się zmieniło? 


(...)

– Każdy... – odchrząknął po raz kolejny [przywódca] – ...ma swoją wyspę i jeśli już na nią dotrze, pozostaje tam. Ta wyspa – wskazał ręką wyspę dookoła siebie – widocznie nie jest wam pisana.

– Tak, widocznie nie jest im pisana – rzekła sterniczka ze spokojem, pyknęła dwa razy z ulubionej fajeczki i spróbowała jeszcze raz rozładować scenę pożegnania. – Weźmiemy Montespan. – Postukała fajką w dłoń. – Jest dobra na krótkie rejsy.

– Tak, weźcie Montespan, wszyscy ją tutaj znają – potwierdził mężczyzna, który domyślał się, że sterniczka zrobi z tymi odszczepieńcami to samo, co z poprzednikami. 

Uu, zabrzmiało groźnie! 



Laura i Franciszek odpływają na inną wyspę. Pozostali znów tańczą na plaży, śpiewając przy tym starą pieśń… No nie zgadniecie. 


Po prostu – Polska pod każdą szerokością geograficzną! 



Kiedy jacht przepływa na drugą stronę wyspy, okazuje się, że w jej dalszej części, niewidocznej z plaży, nie jest już tak pięknie: cała pokryta jest zbudowanymi z byle czego slumsami. Dobijają do kolejnej wyspy. 



Obejrzeli się i stwierdzili, że poprzednia wyspa zmalała do rozmiarów paznokcia małego palca, który Franciszek wyciągnął przed siebie dla porównania i westchnął "Ech, życie". Przynajmniej będą mieli blisko do siebie, gdyby zaszła taka potrzeba.

No rzeczywiście, rzut beretem :D


– Nic z tego, robaczki – wtrąciła sterniczka, kiedy zorientowała się, o czym myślą. – Nie ma odwiedzin. Ta zasada jest ściśle przestrzegana i tylko Montespan może się swobodnie poruszać między wyspami, pozostałe jednostki wiele ryzykują samotnymi rejsami.

– Piraci? – zapytała Laura.

– I kanibale – zażartowała w odpowiedzi, a oni uwierzyli.

 

(...)


Laura i Franciszek dostają na własność domek z ogródkiem, tyle że domek (kryty strzechą) jest od dawna niezamieszkały i dość mocno zrujnowany. Na pożegnanie sterniczka wręcza im prezent.


Zatrzymała się przed wejściem do chaty i wręczyła parze bogato zdobione pudełko i czarną torbę, kóra towarzyszyła im od początku podróży. W środku drewnianego pudełka znajdowały się dwa kunsztownie wykonane rewolwery rozdzielnego ładowania z ozdobionymi rękojeściami z kości słoniowej. Lufy także zawierały zdobienia z wykorzystaniem roślinnych motywów, które zawijały się fantazyjnie od samej nasady po rękojeść. Kilka drobnych gadżetów, ulokowanych w pudełku wokół broni, dodawało tylko ekskluzywności temu prezentowi. 

Powiedziała:

– Mogą wam się przydać. Czasem tu nie jest bezpiecznie. Dacie sobie radę, skoro macie w sobie tyle odwagi. (...)

Uhm, zdobione zabytkowe rewolwery, pewnie pojedynkowe… A może coś bardziej praktycznego i nowoczesnego? 


(...)

– Sterniczko! Jak ci na imię? – zdążyła zakrzyknąć Laura, ale wiatr, mocniejszy tym razem, zupełnie rozgonił jej głos.

– Ja wiem – odparł Franciszek.

Laura spojrzała na niego pytająco, a on odparł:

– Nadzieja. 

– Nadzieja?

– Tak, Nadzieja to popularne imię. Nadia. Nadieżda. Hope. Nadine. Esperance. Różnie brzmi, a wszędzie znaczy to samo. Nadzieja. Od urodzenia jest Nadzieją, tak powiedziała. 

Jakie to symboliczne!


(...)

Laura udała się do kuchni i po pewnym czasie rzekła:

– Ale nie mamy nic do jedzenia – z rezygnacją spojrzała na Franciszka – przejrzałam szafki, spiżarnię i nie znalazłam nic. 

– A pistolety mamy? – zapytał.

– Mamy.

– A strzelać umiemy?

– Że co? 

– Książki mamy?

– Mamy. – Zaśmiała się.

– A jakąś kucharską?

– Że co? 

– Pościele?

– Są. 

– I siebie nawzajem?

– Czyli mamy wszystko, co jest potrzebne do życia. – Laura przypomniała słowa Nadziei. 

– Jutro coś złowię, jakąś rybę, może znajdę coś w lesie. Damy sobie radę – odpowiedział Franciszek, który nigdy w życiu niczego nie złowił ani nie złapał, no ale w końcu jest mężczyzną, same geny mu podpowiedzą, co i jak i zaproponował, aby zapomnieć o ssaniu w żołądkach i zająć się pracą. 

– Dała nam broń, torbę z książkami, pościele, o jedzeniu zapomniała. 

– Zapomniała. Zupełnie jakby posiłek nie był nam potrzebny.

– Do rana przeżyjemy. 

*ponure mwahahahahahahaha*


Spojrzeli na siebie z uśmiechem i wspólnie zaczęli przenosić sprzęty.



Aż tu wtem! okazuje się, że na wyspie mają sąsiadów. Zjawiają się niejacy Miranda i Nick. 


Para była tak samo uśmiechnięta, jak ci z poprzedniej wyspy, co wzbudziło pewne podejrzenia. 


Goście i gospodarze spędzają cały wieczór na rozmowie (nie wspomniano, aby Miranda i Nick przynieśli cokolwiek do jedzenia), Miranda opisuje początki ich życia na wyspie, niebezpieczeństwa, jakie ona skrywa (jadowite węże i pająki, takie tam), na koniec wręcza Laurze książkę… “Sonety odeskie” Mickiewicza, z zaznaczonym fragmentem, który jakoby “uratował niejedno życie”. 



***

Na ścieżce Nick zapytał Mirandę:

– Zostawiłaś pudełko?

– O... za kogo ty mnie masz. – Cmoknęła go w policzek.

– Za mistrzynię w swoim fachu – odparł Nick i zaraz po tym oddał pocałunek. 

– Nie zapomnij przyjść jutro po torbę.

– Pewnie znowu będą książki.

– To dobrze. A nawet wspaniale. Bo szczęśliwy jest dom, w którym książki są.

– Tak, szczęśliwy jest dom, w którym książki są. 

Trzymali się za ręce i szli tak długo, aż zniknęli za ciemnymi sylwetkami palm, za którymi stał ich dom.

To tam kryła się ich enklawa, ich spokojne gniazdko, do którego obcych nie mieli zamiaru dopuszczać. 


***

Właśnie wtedy wieczko uśpionego pudełka zostawionego przez Mirandę odskoczyło i zaszurało coś w nim niespokojnie. Wychynęła z niego zabójczo obleśna istota i przez niedomknięte okno u szczytu uśpionego domu wślizgnęła się do środka. Czarna wdowa. 

Okey, po pierwsze: jad Czarnej Wdowy jest silny, ale rzadko śmiertelny dla człowieka - pająk po prostu wstrzykuje go za mało przy ukąszeniu. Po drugie pozwala nam to na ustalenie gdzie znajdują się Wyspy Szczęśliwe: jesteśmy gdzieś na Karaibach… lub Hawajach. 


Przyroda zawsze rządziła się swoimi prawami, tak że i tym razem niespokojnie dreptała włochatymi nóżkami po rzadko odwiedzanym terytorium. Przemierzała ostrożnie wnętrze przytulnego domku, aby rozprawić się z intruzami, tak, jak to nie jeden już raz miała w zwyczaju uczynić. Miała jedno tylko zadanie. Zabić. Czy w tym pudełku siedziała Natasha Romanoff? Po długiej, mozolnej penetracji zostawiła odrobinę śmiertelnego jadu. 


kres


(...)

Franciszek i Laura po wyjściu gości nie zasnęli. Nadmiar wrażeń rozgrzał ich do białości, a wnioski wynikające z zachowania Mirandy oraz Nicka wzbudziły w nich jakąś nieokreśloną obawę, lęk pierwotny, który ujawnia się w chwilach bliżej nieznanego zagrożenia. (...)

Jak się uśmiechali, to było im widać takie kły! 


Laura odczytała zaznaczony przez Mirandę fragment "Sonetów odeskich":

– "A jeśli autor po zawiłej probie/ Parę miłośną naostatek złączył,/ Zagasisz świecę i pomyślisz sobie:/ Czemu nasz romans tak się nie zakończył?..." Rozumiesz aluzję? – zapytała, odkładając książkę na stół. 

– Jest aż nadto wymowna – odpowiedział Franciszek. 

...serio? 



W największej ciszy spakowali kilka rzeczy i wymknęli się z domu. Udali się w kierunku przystani, ledwo widocznej w ciemnościach. (...) Zastanawiali się tylko, czy znajdą tę łódkę, którą widzieli, gdy przypływali z Nadzieją. Na szczęście nadal była na swoi miejscu. Odetchnęli z ulgą, kiedy zobaczyli na jej dnie dwa wiosła. Wskoczyli do niej i czym prędzej, nie bez żalu, a popędzani strachem, odpłynęli. Wiosłowali z całych sił, raz mocniej, raz słabiej. Zmieniali się często przy wiosłach, aby dać odpocząć zmęczonym mięśniom. 

Aha, czyli w środku nocy rzucają wszystko i uciekają, jakby ich gonił sam Cthulhu… bo przeczytali całkiem niewinny wers z wiersza poświęconego niespełnionej miłości...?

Serio, jeśli Miranda chciała im zostawić ostrzeżenie, to przecież mogła wybrać tyle innych pasujących fragmentów literatury! Scenę z “Hamleta”, kiedy duch króla opisuje, jak został otruty? Coś o pająkach, skorpionach, innych jadowitych paskudztwach? 

I oczywiście łódka z wiosłami była na miejscu. Ale imperatyw narracyjny zawalił sprawę, skoro nie było w niej jedzenia. 


Ocean był spokojny, fale niewielkie i chwilami wydawało się, że on im w ten sposób pomaga. Kiedy podczas kolejnego odpowczynku dryfowali w milczeniu, czarna torba, leżąca naprzeciw, kusiła, bo jeszcze nie mieli okazji do niej zajrzeć. Laura otworzyła ją i wzięła pierwszą z brzegu książkę – "Rozmowy w Asolo".

Przewertowała ją i rzekła:

– Nazwisko nieczytelne, jak zwykle. Ech, cymelia. Przyjemnie, że są. – Włożyła ją z powrotem pomiędzy inne książki. 

Mignęły tytuły: "Astrea", "Baśnie", "Burza", "Dekameron", "Dziady", "Fraszki", "Krzyżacy", "Lalka", "Lizystrata", "Ogniem i mieczem", "Podróż sentymentalna", "Potop", "Pragnienie triumfu", "Quo vadis", "Sonety odeskie", "Uczta", "Wierna rzeka", "Życie nowe". 

To jest ta sama torba, którą uciekinierki zabrały jeszcze z ZOO. Jak widać, najważniejszym wyposażeniem na nową drogę życia, z dala od cywilizacji – jest odpowiedni zestaw lektur.  

Żeby to były chociaż jakieś poradniki Bear Gryllsa. 

https://i.kym-cdn.com/entries/icons/original/000/023/987/overcome.jpg


Co tam Bear Grylls, są ważniejsze tematy. Jak widzę, książki zostały dobrane według pewnego klucza: po pierwsze, sama klasyka, po drugie w każdej ważnym tematem jest miłość. Może umrą z głodu, ale przynajmniej wyedukowani. 

(Ja bym tam jeszcze dołożyła jakąś Wisłocką…)



Płyną, płyną, aż tu wtem! widzą sylwetkę jachtu Montespan. Na jego pokładzie jest oczywiście ich znajoma sterniczka Nadzieja.  


Sterniczka oznajmiła, że zamierzała dostarczyć im trochę zapasów. Już wie, co się stało! To Miranda poinformowała ją o ich ucieczce. 

Skąd o niej wiedziała? 


Jak? Miranda poczuła sympatię do Laury i Franciszka, to było aż nadto widoczne. 

Gdzie, kiedy, jak? Przysięgam, że nic nie zauważyłam, a choć do Waszego użytku tnę to pierdololo jak mogę, to sama uczciwie przeczytałam.  

Poczuła taką sympatię, że aż im zostawiła swojego ulubionego pająka.

W sumie… to komu ten pająk wstrzyknął jad? 

Pewnie jakiejś biednej myszy. 



Po powrocie do domu, gdy okazało się, że sterniczka zawitała do Mirandy, aby zapytać o wrażenia z wizyty u nowych mieszkańców wyspy, przekazała wiadomość o konieczności natychmiastowej ewakuacji. 

Ale zaraz. Przecież mieliśmy wyraźną sugestię, że sterniczka uczestniczy w spisku mającym na celu pozbywanie się przybyszów, którzy nie pasują do społeczności Wysp Szczęśliwych, i że to nie pierwszy raz, kiedy zostawiła takich gdzieś na pewną śmierć. 

Autorowi zmieniła się koncepcja? 

Poza tym, jeśli Miranda “przekazała wiadomość o konieczności natychmiastowej ewakuacji” to nie mogła “poinformować o ucieczce”. 


W ten sposób uratowała swoich sąsiadów. Przed śmiercią? Uwięzieniem? Tego już Nadzieja nie powiedziała. Liczyło się tu i teraz. 

(...)

U rufy uwiązana była większa łódź, taka, która może nie wygra głównej nagrody w regatach, ale za to doskonale nadaje się na podróż długą i trudną. 

Uhm… łódka to nie przyczepka samochodowa, holowanie na wodzie ma swoje zasady, z których chyba najważniejszą jest, że na jednostce holowanej powinien znajdować się sternik. 

A poza tym… Jacht Montespan cały czas pływał z takim ogonem, czy może Nadzieja odwiozła Laurę i Franciszka na wyspę Mirandy, wróciła po zapasy (ojej, taka gapa jestem, nie dałam wam nic do jedzenia!), wróciła na wyspę, spotkała się z Mirandą, dowiedziała się, że tamci powinni uciekać, wróciła na główną wyspę, wyposażyła i zabrała łódkę i znów wypłynęła, licząc na to, że spotkają się gdzieś na środku morza? 


Wyposażona była w silnik, wiosła, zapasy paliwa, wody, żywności oraz cenne rady doświadczonej żeglarki. Najważniejsze jednak było to, że została dopasowana do potrzeb dwóch osób na morzu. Sterniczka wybrała na wyświetlaczu nawigacji odpowiedni kierunek (o borze, ma nawigację z wyświetlaczem, a już myślałam, że tylko kompas i sekstans!) i weszła na jacht, powiedziawszy na ostatek, aby płynęli według jej wskazań, a wszystko zakończy się pomyślnie. Płyńcie na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja! Młodzi ludzie podziękowali jej za wszystko i wyruszyli, machając długo na pożegnanie. 


Laura i Franciszek dostają jeszcze od sterniczki list z Europejskiego Ogrodu Zoologicznego, zaadresowany “Do tych, którym się udało”, z instrukcją, aby otworzyć go, gdy już będą całkiem bezpieczni. Płyną wiele dni i nocy, na wiosłach, bo chcą oszczędzać paliwo do silnika. 



Kiedy dla wytchnienia robili sobie przerwę, wiosła tkwiły w dulkach nieruchomo. Laura opuszczała wtedy zmęczone ręce, spoglądała na obrzmiałe odciski, powstałe od ściskania grubego drzewca, i dla makabrycznej zabawy pokazywała je wybrankowi.

Machała nimi przed jego twarzą, a wówczas Franciszek mówił:

– Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj.

– Proszę – odpowiadała bez żadnych oporów. 

A on chwytał energicznie za drewniane przyrządy i wiosłował do utraty tchu. Potem się zmienili i jeszcze raz, i ponownie. Za każdym razem jedno z nich mówiło z uśmiechem:

– Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj. 

Skąd w ogóle znają to zdanie? Czy na herstorii uczą o mężu, który pomagał żonie? A, nie, pewnie tak samo jak z historią biblijną – przerobili to na dwie żony. Hm, też nie, przecież związki lesbijskie są zakazane. 



Powtarzali to zdanie wielokrotnie, tak im się to spodobało. I płynęli, zmieniając się w zgodzie, radości i satysfakcji ze wspólnego wysiłku. Coraz częściej milczeli, ogarnięci chmarą posępnych myśli i rezygnacją, bez pomysłu na dalszy rozwój sytuacji. 

Uwielbiam, jak autor tak w kolejnych zdaniach sam sobie zaprzecza. 


A swoją drogą, totalnie wyobrażam sobie tę radość, zgodę i satysfakcję. Mała łódeczka na środku oceanu, codzienna ciężka praca pod palącym słońcem, kurczące się zapasy jedzenia i wody, i dwoje ludzi, którzy praktycznie się nie znają, których połączyła tylko fizyczna fascynacja. Jak ja to widzę, to Wy nawet nie. 


(...)

Czasem tylko Franciszek pocieszał siebie i Laurę tymi oto słowami:

– Znajdziemy swoją wyspę. Zobaczysz, znajdziemy taką, na której będziemy mogli żyć. W końcu ją znajdziemy. Razem ją znajdziemy, ty i ja. 

Laura zwracała swe duże, zielone oczy na Franciszka i z niewymuszonym uśmiechem odpowiadała:

– Znajdziemy. Razem. Nawet jeśli przeznaczymy na to całe swoje życie. 

Może jednak odpalcie ten silnik… 


Otwierają w końcu list z Ogrodu Zoologicznego. Nadawczynią jest dr Maria, przewodniczka, która oprowadzała po nim dziewczyny. 


(...)

Niełatwo było mi czasem pojąć, jak mocne musi być uczucie tych, którzy po raz pierwszy się zobaczywszy, ujrzeli przenikające się dusze i podjęli zamiar wspólnego spędzenia życia. Z radością spoglądałam w twarze rozpromienione miłością 

Widok tańca erotycznego przed onanizującym się kolesiem też był bardzo wzruszający. 


i na każdym kroku żywię się nadzieją, że wybaczone mi będzie moje zbyt sztywne zachowanie. To oficjalne, bo w głębi serca życzyłam i w dalszym ciągu życzę szczęścia, zdrowia i spełnienia marzeń. Marzeń, których nie ma! Tak twierdzą naukowczynie... 


I takiego pierdololo mamy półtorej strony, ale najciekawsze jest na końcu. 


Przy okazji donoszę (zgadnijcie: z przyjemnością, czy odrazą?), że pani Gertruda otruła się zaraz po Waszej ucieczce, antycznym przymuszona sposobem, za deprawowanie młodzieży. A mnie się wydaje, że nie mogła znieść przykrej świadomości ucieczki jej podopiecznych. 

To zmuszono ją, czy sama podjęła tę decyzję? 


Bo to była pierwsza zorganizowana ucieczka na taką skalę. W jednej chwili zniknęło pięć obywatelek. 

Serio? A cała narracja zdawała się wskazywać, że takie rzeczy tam się dzieją stale, że co chwilę ktoś im znika z systemu – jeśli nie odpływając na Wyspy Szczęśliwe, to przynajmniej przenosząc się na drugą stronę rzeki. 


Przepraszam – siedem. Ponieważ w dwa dni po Waszym wyczynie coś zaczęło pękać w idealnym ciele państwowego mechanizmu. Prysnęły jeszcze dwie uczennice. Jednak pocieszający (dla kogo?) jest fakt, że zrobiły to na własną rękę i co najważniejsze: nadal są nieuchwytne. Ruch oporu też ich szuka, aby im pomóc. 

Jakby tego było mało, obywatelki dowiedziały się o ucieczce pewnej funkcjonariuszki, powiązanej z eskapadą uciekających uczennic. Niebywałe! Czegoś takiego jeszcze nie było, przedstawicielka prawa porzuciła służbę! 

Aha, jasne. 

Po pierwsze, zniknięcie Franceski w tym samym czasie, co buntowniczek, wcale nie musiało być zinterpretowane jako ucieczka – a, na przykład, jako śmierć z ich ręki. 

Po drugie, gdyby nawet władza miała pewność, że Francesca uciekła, to tym bardziej nie podałaby takiej informacji do publicznej wiadomości! 


Jak myślicie: dlaczego? Cóż, wygląda na to, że gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo.

Cóż, wygląda na to, że żadna z postaci nie potrafi się powstrzymać od wtrącania z dupy wziętych łacińskich sentencji. 


Z całego serca gratuluję

dr Maria


Czekajcie. Znaczy, dr Maria napisała ten list co najmniej dwa dni po ucieczce dziewczyn i wręczyła go – komu? Sterniczka Nadzieja przecież płynęła cały czas razem z tamtymi. No dobrze, może komuś innemu z ruchu oporu, może list dotarł na Wyspy Szczęśliwe przed nimi i cały czas czekał na “te dziewczyny, które uciekły z ZOO w Warszawie, nie znam ich nazwisk, ale na pewno będziecie wiedzieć, o kogo chodzi”. 



Bla bla, pewnego dnia niesiona siłą Imperatywu Narracyjnego łódź wpływa prosto do zatoczki przy kolejnej wyspie. Franciszek i Laura postanawiają właśnie tam się osiedlić.



epilog

WRESZCIE.



Na skraju lasu pełnego pociesznych jeży, zwinnych saren, skocznych zajęcy oraz dumnych wilków i niedźwiedzi (biedne misie nie zasłużyły na żaden epitet), zdrowych jagód, borówek, malin i plejady grzybów, nieprzebranych bogactw natury, lasu, w którym smukłe brzozy bieleją na tle bladej zieleni i spłowiałego brązu kory drzewnej; lasu, który zlewa się w zbitą ścianę omszałych drzew; wiekowy, ale jeszcze bardzo silny mężczyzna pracowicie rąbał drewno. 

– Uff! – Narrator, na skraju uduszenia, rozpaczliwie wciągnął powietrze. 

Btw, zastanawia mnie klimat tej… wyspy? Archipelag Wysp Szczęśliwych leżał w tropikach, tu mamy wyraźnie przyrodę strefy klimatu umiarkowanego. Aż tak daleko zapłynęli na tych wiosłach? 

Wschodnie wybrzeże USA? Kanada? 

Z Karaibów do Kanady na wiosłach… Podoba mi się ta wizja! 

Prawdziwa miłość dodawała im sił! 

I naszła mnie taka myśl: co się stało z Ameryką? Bo sytuacja na świecie wygląda tak, jakby reżim był tylko w Europie i (najprawdopodobniej) Karaiby to już bezpieczne miejsce gdzie nie sięga jego władza. 

No nie wiem, na początku mamy informację, że z mapy świata zniknęły granice państw, cały stał się jednością, więc, jak rozumiem, kobieca rewolucja zwyciężyła wszędzie. A Wyspy Szczęśliwe… zgodnie ze staroświecką wizją autora pewnie leżą gdzieś, gdzie nie sięga cywilizacja, gdzie na mapie są już tylko białe plamy. 


(...)

Tu był jego raj, eden jego żony i sielskie dzieciństwo dzieci oraz wnuków. 

Te wnuki mnie trochę niepokoją. Jeśli Franciszek i Laura trafili na bezludną wyspę… 


Żyli tak od wielu już lat, w zgodzie z rytmem wyznaczanym własnoręcznie wykonaną pracą i nadchodzącymi porami roku. 

(...)

Na drodze, wysuwającej się z lasu żółtą wstęgą wśród spokojnego pejzażu, pojawiła się owca, potem druga, trzecia i kolejna. W końcu całe stado o trudnej do zliczenia ilości wylało się na ubitą drogę. (...) 

Tuż za nimi para młodych ludzi radośnie poganiała witkami swoją trzódkę, wydając rytmicznie jakieś okrzyki, ni to skandowania, ni to śpiewu. (...) Gdyby się do nich zbliżyć, można było usłyszeć takie oto słowa:

"Nie będę sobie warkocz trefiła,

Tylko włos zwiążę splątany:

Bobym się bardziey jeszcze spóźniła,

A móy tam tęskni kochany". 


[Autor cytuje tutaj tekst według wydania dzieł Karpińskiego z 1826 roku; w przypadku innych fragmentów poezji jest podobnie – jak najstarsze wydanie!]


Bla bla, na werandzie drewnianego domeczku siedzi babcia Laura, przy filiżance kawy i talerzyku kruchych ciastek; zbiegają się do niej wnuczęta, aby jeszcze raz posłuchać swojej ulubionej opowieści. 


 

Gdzieś w oddali odezwały się dzwony z najwyższej wieży kościelnej, które biły i biły, a ich dźwięczne echo rozbiegało się po okolicy. 

Czy to kościół Bogini? 

Po co im w ogóle kościół!? I to taki z wieżą kościelną? 


Wszyscy zastygli w bezruchu aby policzyć uderzenia. 

– Dwunasta – zawołała wesołym tonem druga dziewczynka. 

Dzieci skupiły się wokół kobiety o włosach siwych i pogodnym uśmiechu. Całą gromadką przylgnęły do niej w pełnym dziecięcej ciekawości oczekiwaniu. Wiatr zaszumiał, poruszył ostatnimi liśćmi na drzewach oraz dywanem leżącym na ziemi, owinął się wokół twarzy zebranych nad książką i babcia zaczęła czytać.

Cykady jeszcze grały, kędy jasne ramiona promienne ostatnim akordem oświetliły liście klonów, dębów oraz osik. 


koniec


Ja wiem, co się tutaj zadziało. Franciszek i Laura zostali jednak schwytani przez siły porządkowe Państwa Kobiet i dostali propozycję nie do odrzucenia: zamieszkać w skansenie, codziennie od 9 do 17 odtwarzać przed zwiedzającymi życie naszych przodków i sprzedawać ciasteczka własnego wypieku. Tak było, ja wam mówię! 


Z tropikalnej, szczęśliwej wyspy pozdrawiają goli Analizatorzy,

a Maskotek poszedł łowić ryby, kraby i jadowite pająki na powitanie gości. 



P.S.

Drodzy Czytelnicy! Podzielę się z Wami taką moją jedną rozkminą i mam nadzieję, że Was zainteresuje. Otóż – co by było, gdyby faktycznie powstało takie społeczeństwo kobiet? Nie sztucznie stworzone jak tutaj, ale prawdziwe, gdzie w wyniku jakiejś katastrofy genetycznej przestali się rodzić biologiczni mężczyźni. Minęło kilkaset lat, ludzkość nie wyginęła, bo opanowała rozmnażanie np. przez klonowanie, ale mężczyźni są już naprawdę reliktem odległej przeszłości. Jak wyglądałaby koncepcja płci w tym społeczeństwie? Może, wobec braku tej opozycji męskie-żeńskie, jaka definiuje nasze społeczeństwo, pojęcie płci stałoby się bardziej zróżnicowane i zniuansowane? A może w ogóle by zaginęło (poza rozważaniami historycznymi)? Zapraszam do dyskusji! 






35 komentarzy:

ZaKotem pisze...

"Tak, tak, widzimy analogię, dostrzegamy grozę i nieludzkość systemu, a jakże. Bo przecież oczywiście trzeba było pokazać, jaki ten feminizm zuuuuy, krwiożerczy i morderczy. I wiecie co? To mnie wkurwia. Heloł, serio, w feminizmie naprawdę nie chodzi o zdeptanie mężczyzn i pozbawienie ich wszelkich praw, czy wręcz fizyczną eliminację. A takie właśnie wizje produkują umysły przerażonych “brodaczy” i panałtor nie jest tu wyjątkiem. Tak tylko przypomnę, że “Seksmisja” to nie źródło historyczne ani deklaracja ideowa..."

A ja bym chciał przypomnieć, że w "Seksmisji" kobiety wcale nie wyeliminowały mężczyzn - oni sami się wyeliminowali, a przy okazji także cywilizację. Negatywne nastawienie do nich resztki kobiet, które przejęły zgliszcza, jest więc zupełnie zrozumiałe.

A jak wyglądałoby społeczeństwo złożone z samych kobiet? Otóż dokładnie tak, jak społeczeństwo obupłciowe. Kształt cywilizacji dyktuje ekonomia, nie biologia.

Konto Podsumowujące pisze...

UWAGA!!!!

https://noc-pelna-cieni.blogspot.com/

Tam są treści ZBANOWANE PRZEZ KURĘ! Usuwała je pracowicie przez parę godzin, a znalazły się na Armadzie w środku TEJ NOCY1

Wchodźcie i oglądajcie skany, zanim skasuje ten komentarz

kura z biura pisze...

Zostawiam komentarz z linkiem do blogaska autora/ki/ów nocnej inby pod analizą, niech każdy ma możliwość przeczytać i samodzielnie ocenić zawarte treści oraz ich autora/kę/ów.
Oraz chwilowo wyłączam możliwość dalszej zabawy.

tszczesn pisze...

"Męskość potrafi być bardzo delikatna i krucha, jeśli wiesz, gdzie wycelować kolano."

Piękne zdanie, jakby wyjęte ze Świata Dysku :)

Ela TBG pisze...

To było absurdalne. I tyle. Chyba bym wolała już te Kosmiczne Konie które zaczęliście w maju.
BTW, ja też czytam takie Ą Ę książki, Lalki i Dekamerony. Tylko że mnie “klasyka” nauczyła chyba czegoś odwrotnego, niż Pana Ałtora.

RedHatMeg pisze...

Dystopia o feminizmie ma duży potencjał, bo ten ruch ma swoje problemy, ale autor podszedł do tego od dupy strony, nie zgłębił tematu i w rezultacie mamy kolejne wypociny incela. Pod poprzednią analizą przedstawiłam kilka pomysłów jak to by mogło wyglądać, a podczas lektury tej analizy przyszło mi jeszcze parę rozwiązań, które zwrócą uwagę na pewne problemy w zachodnim feminizmie:
- oczywiście, lesbijskie związki powinny być nie tylko dozwolone, ale i chwalone, jako jedynie dobre i słuszne. Powinna też być zaprzęgnięta do działania propaganda, że kobiety w związkach z mężczyznami były wiecznie nieszczęśliwe, wręcz maltretowane i wykorzystywane, w myśl zasady, że mężczyzna to brutal i chodzące przyrodzenie, i nadaje się tylko do robienia dzieci. Przemoc to była dawno, za patriarchatu, a teraz jest wolność! Z tym, że taki sposób myślenia sprawia, że cierpią na tym ofiary przemocy w lesbijskich związkach i czują, że nikomu nie mogą powiedzieć o piekle, które przechodzą.
- można poprzez postać Franciszka/Franceski przedstawić transfobiczne podejście niektórych feministek, które uważają, że transpłciowa kobieta to nie kobieta (a jeszcze dodać taki wewnętrzny konflikt, czy czasem rzeczywiście ma dysforię, czy może chce przywilejów). Zresztą, można i pójść w drugą stronę - pokazać biologiczną kobietę czującą, że jest mężczyzną więzionym w kobiecym ciele i jak to wpływa na jej psychikę w społeczeństwie, które uważa, że mężczyzna to najgorsze ścierwo.
- wątek z Domami Rozkoszy można by poprowadzić dalej: pokazać, że kobiety patrzą lubieżnie na mężczyzn tak samo jak mężczyźni patrzyli kiedyś na kobiety; i że nawet niektóre z nich łakną ciała nieletniego chłopaka.
- zamiast wymyślać żeńską wersję Hitlera można było zacytować Manifest SCUM (Society for Cutting Up Men), bo tam są różne takie mizandryczne, które pasowałyby lepiej i wyglądałyby bardziej naturalne.

Wbrew pozorom to porównanie do Hitlera (aczkolwiek z dupy i bez pomysłu) ma sens, po pierwsze dlatego, że - tak jak każdy ruch - feministki mają również wśród swojego tłumu jednostki skrajne (wystarczy chociażby wspomnieć Valerie Solanas, autorkę wyżej wspomnianego Manifestu), a po drugie dlatego, że zdarzają się (głównie na Zachodzie) komentarze na temat "białych, heteroseksualnych, nietranspłciowych mężczyznach", w których w zasadzie nawołuje się wręcz do ludobójstwa. Jednak autor poleciał po najniższej linii oporu i stworzył takie nie wiadomo co, marnując potencjał tej dystopii.

Vaherem pisze...

A nie zgodzę się z tobą ZaKotem. Cywilizacja to nie tylko ekonomia... mnie na przykład zastanawia co stałoby się z religią. Np. w katolicyzmie funkcje kapłańskie sprawują mężczyźni, ale bardziej wierzące (to tylko moje "wydaje mi się) są kobiety. Więc jak zniknięcie mężczyzn wpłynęłoby na katolicyzm i kształt tej religii? Czy Bóg Ojciec musiałby ustąpić Matce Boskiej?

I oh boy, ciekawe co by się stało z wierzeniami muzułmanek.

Tszczesn dzięki, też miałem takie skojarzenie gdy je napisałem. :D

Nefariel pisze...

Vahu, stawiam że muzułmanki skupiłyby się na takich postaciach, jak Aisza czy Hadidża. Nawet gdyby nie doszły do wniosku, że Prorok była kobietą, to materiału do kształtowania miałyby dużo (szczególnie że nie należy zapominać, że wczesny islam naprawdę bardzo podniósł pozycję kobiet). Myślę, że mogłaby też powstać półświecka tradycja mówiąca o mężczyznach jako o mitycznych duchach opiekuńczych, zapewniających bogactwo, potomstwo i pomyślność.

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

O, prawda. To co zrobił autor, to nawet nie była linia najmniejszego oporu... Jego dystopia jest niespójna.

Ciekawy byłby temat patrzenia na cechy charakteu kojarzone z męskością i kobiecością. Czy tradycyjna kobiecość byłaby hołubiona, czy może dyskryminowana (jak to robi część współczesnych feministek), a kobiety z natury bardziej wrażliwe i delikatne byłyby oskarżane o "sympatyzowanie z patriarchalną wizją społeczeństwa" lub po prostu uznawane za słabe i bezwartościowe? To też jeden z problemów jaki ma część aktywizmu feministycznego - "kobieta może być kim chce... No chyba, że chce pełnić tradycyjne role kobiece, wtedy jest głupia".
Generalnie tematów jest dużo. Ale autor chyba zapomniał, że jak się pisze o problemach jakiejś ideologii, to wypadałoby się z nią najpierw zapoznać.

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

Prawdopodobnie jednak trochę inaczej, bo sam fakt istnienia płci biologicznych także kształtuje ekonomię (... A ekonomia nie jest jedynym czynnikiem kształtującym cywilizację swoją drogą.), ponadto pewne cechy osobowości mają inny rozkład w populacji mężczyzn i w populacji kobiet. Na przykład przestępstwa popełniane przez mężczyzn i kobiety się różnią (jako ogół, w proporcjach) , co pewnie kształtowałoby jakoś służby mundurowe. Okres prawdopodobnie nie byłby tematem tabu. Inaczej wyglądałaby sprawa macierzyństwa.
Cały przemysł związany z antykoncepcją by nie istniał. Homoseksualizm prawdopodobnie nie byłby tematem napędzającym wiele dyskusji politycznych. Seks zupełnie przestałby się kojarzyć z rozmnażaniem.
Różnic byłoby sporo.

Anonimowy pisze...

Skoro w przekazach ludowych płynąca woda miała być nieprzekraczalną barierą dla wszelkiego zła i magii, może tu stała się barierą dla logiki?

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

No więc...
Nie ma to jak nawalić ekspozycji w trakcie pościgu. Dosłownie w każdym innym miejscu byłoby lepiej.

Ze wszystkich rzeczy, za które ktokolwiek kiedykolwiek obwinił The Opresyjny Patriarchat, autor wybrał akurat... Naturę i przyrodę. Czyli według (części?) feminizmu symbol kobiet, podczas gdy za symbol mężczyzn uważa się cywilizację. Do tego stopnia, że winą za niszczenie środowiska obarcza się w niektórych kręgach Patriarchat,bo natura to symbol kobiety i jakby kobiety rządziły to by nie było problemu czy coś... W ogóle moim zdaniem reżim oparty o kult kobiety powinien właśnie hołubić matkę ziemię, naturę i "artystyczny nieład" jako opozycję do zuej techniki i miast...
Tym bardziej, że mieszkanki reżimu nie jedzą mięsa, więc pójście tym tropem byłoby logiczne.
Mężczyźni są przez autora traktowani tak, jak przez kobiety w książce : przedmiotowo. Nie mają osobowości ani cech charakteru.
To, jak potraktowano Kasię, jakoś tak mi przypomniało Mury... "Ten z nami, ten przeciw nam, kto sam, ten nasz najgorszy wróg".
Można by było pójść tym tropem, zwłaszcza, że kobiety nadal traktują mężczyzn jak zabawki, no ale.
I w ogóle im dalej w las, tym głupiej i mniej wiadomo co się dzieje. Pościg brzmiał gorzej niż ten, który napisałam w wieku lat 15,a to już wyczyn.

Hrotgar pisze...

Wygląda to tak, jakby autorowi gdzieś w połowie tekstu znudziło się pisanie. Wyprztykał się z pomysłów, skończył mu się skromny zapas dowcipów, a pozbawione charakterów marionetki były mu obojętne. Na koniec zapomniał, co właściwie chciał napisać, bo włączyło mu się sielskie marzenie o domku, żonie, dzieciach i wnukach.

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

Co do Chrześcijaństwa - Matka Boska nie jest boginią (co czasem trzeba ludziom przypominać, zwłaszcza w krajach gdzie w czasach przedchrześcijańskich panował silny kult Bogini Matki), prawdopodobnie bardziej poszłoby to w stronę Boga jako istoty poza płciowością (co nie jest sprzeczne z dogmatami, chociaż niepełne ze względu na to, że Jezus jednak miał ciało i było to ciało płci męskiej), a Biblia byłaby pełna przypisów "wtedy jeszcze mężczyźni chodzili po Ziemi",bo praktycznie nie da się jej przeredagować na tylko jedną płeć. Możliwe, że mężczyźni staliby się dla tego społeczeństwa czymś takim, jak dla nas Atlantydzi.
A jeśli nastałby reżim mizoandryczny, to pewnie albo zakazaliby chrześcijaństwa w ogóle (jako kojarzonego z patriarchatem) albo może próbowali by wersji "Jezus była kobietą" która myślę, że by im się wpasowała w narrację - taki reżim mógłby nawet "urozmaicić" ewangelię o stwierdzenie, że Jezus zginęła bo była kobietą i źli mężczyźni nie mogli znieść że wyraża własne zdanie.

Anonimowy pisze...

na początek mogłyby zmienić kalendarz solarny na księżycowy.Księżyc od zawsze był kojarzony z matriarchatem a cykl księżycowy odpowiada cyklowi menstruacyjnemu kobiety. Natomiast Słońce i kalendarz solarny należy do patriarchatu.
Do tego zmiana religii na pogański kult Bogini Matki lub Potrójnej Bogini-dziewicy,Matki i Staruchy

Anonimowy pisze...

Przepraszam, jeśli to złe miejsce na zadanie pytania. Czy forum stało się forum zamkniętym? Co trzeba zrobić żeby dostać akceptację i dołączyć?

Katniss

Anonimowy pisze...


O,jesteście! Fajnie Was znowu czytać.Szkoda,że tekst taki marny.
Jakoś mi się wydawało,ze pójdzie to w innym kierunku,a tu wyspy,pająki jakieś!
Jak wyglądałaby koncepcja płci w tym społeczeństwie?
W ogóle zniknęłaby koncepcja płci,bo nie byłaby już istotna..Męskość istniała by jako mit,legenda..
"Młodsza siostro,istnieli kiedyś mężczyźni,rozrzucali skarpetki po domu i oglądali mecze...""Eee,siostro,bujasz!"
Jak najbardziej pochwalano by lesbijstwo jako seks doskonały.
A autor fapał nad tym,co pisał do brudnej szufladki.
Pozdrawiam bardzo

Chomik

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

Myślę, że nie doskonały a jedyny istniejący... Związki heteroseksualne istniałyby tylko w legendach razem z mężczyznami.
Tak więc seks lesbijski byłby prawdopodobnie postrzegany jako tak samo doskonały jak używanie nóg do chodzenia. Prawdopodobnie nikt by się nawet nad tym nie zastanawiał... Chociaż część kobiet powinna nadal odczuwać pociąg seksualny do mężczyzn teoretycznie (to tak szybko nie zanika, większość kobiet jednak czuje pociąg do mężczyzn + jest to jeden z podstawowych odruchów) co by było w sumie dość tragiczne - pożądać kontaktu z wymarłymi istotami.

Nefariel pisze...

"Chociaż część kobiet powinna nadal odczuwać pociąg seksualny do mężczyzn teoretycznie (to tak szybko nie zanika, większość kobiet jednak czuje pociąg do mężczyzn + jest to jeden z podstawowych odruchów) co by było w sumie dość tragiczne - pożądać kontaktu z wymarłymi istotami."
Ale ile materiału na okołofoliarskie sf by z tego wynikło!

Dama z Rzeki pisze...

Heeeej, wróciliście!!!

"Mam nadzieję, że w przyszłości oczyszczalnia “Czajka” działa jak marzenie."
Ja tam mam wrażenie, że to właśnie aromat z nienaprawionej (w końcu kobity ni umią w technikę) „Czajki” tak przepełnia grozą obywatelki.

"Miliony lat temu przez Europę sunął powoli lodowiec i myślał: o, tu wyżłobię dolinę, tu zostawię jeziorko, a tu – pyk! – upuszczę taki ładny głazik, w sam raz będzie na pomniczek!"
Myślący lodowiec z "Mamutka Lutka"! :D
*Geolog mode-on* Od 1 mln (południowopolskie) do 130 tysięcy lat (środkowopolskie) temu, inaczej głazy narzutowe mogłyby nie wytrzymać na pozycjach. *Geolog mode-off*
Poza tym – nadinterpretacja jest taka cool… i biblijna. A ludzie nie umieją transportować kilkutonowych kamulców (dobra, one nie muszą mieć dźwigów, ale bale i sznury to chyba tak?).


Osobiście bardzo lubię klimaty retro-futuro (Obcy rządzi!), ale tutaj to ewidentne niedopatrzenie.

Ktoś mi wyjaśni, o co kaman z tą Nocą Pełną Cieni?

Ten twór to była masakra. Czy moglibyście wrócić do planety konisiów-tulisiów, plis?

W temacie społeczeństwa kobiet - ja tam specem (czy tam specką) nie jestem, więc musiałabym głębiej nad tym pomyśleć, w tym co odpowiada za cywilizację, ale niedawno czytałam artykuł, w którym opisywano nierówność płci. Min.: niedostosowane dla ciężarnych samochody czy umundurowania, które po prostu "przeadaptowuje" się z męskich. Na pewno w takim kobiecym społeczeństwie inaczej wyglądałyby w takim wypadku przedmioty użytku codziennego, projektowane specjalnie dla kobiet. Służba zdrowia uległaby też zmianie, bo kobiety mają inne objawy niż mężczyźni, choćby w przypadku zawału serca. Nie jestem tylko pewna, jak patrzono by na osoby transseksualne, bo tolerancja u obu płci jest chyba na tym samym poziomie. O religii się nie wypowiadam.
(No i nie byłoby tych wpieniających tekstów babci "No kto to widział, żeby dziewczyna oglądała takie jatki [chodziło o Predatora]!".)

PS. Swego czasu wpadłam na pomysł napisania opowiadania, które działoby się w przyszłości - w jednej z pozaziemskich kolonii mieszkańcy, w wyniku promieniowania i miejscowych mikroorganizmów, zmieniliby swoją biologię, a konkretniej to kobiety wykształciłyby partenogenezę, a mężczyźni by wymarli. Prace w toku.

Anonimowy pisze...

Samo z Rzeki, Noc Pełna Cieni polegała na ciśnięciu na Armadę jakichś 500 komentarzy teatralnego spamu w środku nocy po analizie (Bush, Husajn i reszta). Kura pokasowała to, ale był już osobny blog z treścią i screenami. No to pozwoliła, żeby był do tego spamu link w komentarzu. Tyle.



Mewa

Anonimowy pisze...

I tylko kuni żal... (wróci jeszcze ta analiza o przesłodkich kosmicznych koniach?).
Pytanie mam o ten nieszczęsny popęd seksualny. Czy w książce jest gdziekolwiek wspomniane cokolwiek na temat prób ingerencji w tę jakże naturalną potrzebę? W "Seksmisji" rozwiązano to prostym "weź pigułkę" (na co oczywiście równie prostym lekarstwem był urok głównych bohaterów, noale...), co przynajmniej powinno autora powyższego dzieła uwrażliwić na fakt, iż JAKOŚ to trzeba pod tym kątem rozwiązać, jeśli społeczeństwo kobiece te ileś set lat żyje kisząc się w kobiecym sosie. Albo związki homoseksualne są naturalne i nikt nie robi z nich żadnej afery albo popęd seksualny jest uznany za coś niepożądanego i podejmowane są różnorodne próby jego eliminacji. Bo z tego, co pamiętam z pierwszej części, to jakieś zamotanie z tym było - tu się kobiety jakoś wstydziły spojrzeć przychylnym okiem na drugą kobietę, tam się od razu śliniły na widok kawałka męskiego ciała... Trochę to tak wygląda, jakby autor doszedł do wniosku, że katalizatorem potrzeb tego typu u kobiet (u większości kobiet?) może być wyłącznie mężczyzna, więc skoro mężczyzn nie ma, to kobiety naturalnie mają żadnych popędów seksualnych nie odczuwać (a jeśli odczuwają, to wykorzystując te biedne egzemplarze z zoo).
Z góry przepraszam, jeśli moje pytanie nie bierze pod uwagę jakiejś oczywistej oczywistości, czarno na białym w tekście napisanej, ale jakoś nie mam na razie ochoty przedzierać się przez tę część dzieła, więc tylko tak po łebkach przejechałam analizę wstępnie.
Bea

kura z biura pisze...

Bea, nie jest to rozwiązane w żaden sposób. Autor zakłada, że jedyny pociąg, jaki kobiety mogą poczuć, to do mężczyzn, jedynym zaspokojeniem popędu jest seks z mężczyzną i koniec. Związki lesbijskie są zakazane, a po ujawnieniu - karane, seks z mężczyzną jest na kartki, a przeciętna kobieta po prostu nie ma możliwości zaspokoić popędu, bo nie.

Anonimowy pisze...

Dziękuję za odpowiedź. Czyli dobrze mi się wydawało, że pomimo faktu, iż kobiety dzielą i rządzą przez ponad 300 lat, ich seksualność jest warunkowana obecnością/nieobecnością mężczyzn. Związki lesbijskie są zakazane oficjalnie? To dziura (fabularna) jest większa, niż myślałam. Bo wychodzi na to, że w takim razie, związki hetero są... legalne? Tyle, że nie ma z kim ich nawiązywać? Toż to kobiety powinny te szczątkowe egzemplarze męskie na rękach nosić i której by się udało takiego do chałupy zagonić, to kurczowo trzymać, nieba uchylać i nie wypuszczać, a nie jakieś tam klatki, pseudo zoo i inne dziadostwo odczyniać. Chyba, że po prostu w ogóle związki (jakiekolwiek) są zakazane, a ideałem przeciętnej obywatelki jest żyjąca w samotności i pracująca na rzecz wspólnego dobra mróweczka, niemająca żadnych pobocznych i niepraktycznych z punktu widzenia społeczeństwa potrzeb. Ale co w takim razie z niezabronioną prawnie (jak rozumiem) możliwością "skorzystania" z męskich ciał w ramach zaspokojenia? Elity tylko mają dostęp do tego rzadkiego zasobu?
Ta niechęć do związków by się nawet dała uzasadnić (np. w kręgach władzy i ogólnie w głównym nurcie światopoglądowym w dalszym ciągu dominują konserwatywne, przekazywane z pokolenia na pokolenie poglądy, że seks miał służyć głównie prokreacji, a skoro prokreacja zachodzi w inny sposób, to seks obywatelkom potrzebny nie jest do niczego), tylko wtedy konieczny byłby oficjalny sposób na zapobieganie fizycznemu odczuwaniu popędu, żeby to miało ręce i nogi. Jakoś scenarzystom "Seksmisji" mogło to przyjść do głowy te trzydzieści kilka lat temu. Tyle, że do takiego podejścia trzeba mieć trochę szerszą perspektywę i nie zakładać z góry, że kobieta to tylko na widok mężczyzny odczuwa pożądanie, a jak nie ma mężczyzn, to większość (bo jednak autor dopuścił możliwość istnienia mniejszości - stąd zakaz związków homo) po prostu straci zainteresowanie sferą seksu ot tak i już, pstryk i nie ma.
Bea

Anonimowy pisze...

Przy okazji przepraszam, że wstawiłam znak równości pomiędzy byciem w związku a miłością fizyczną, wiem, że to uproszczenie, ale już wolę nie pytać, co np. z platonicznymi związkami pomiędzy kobietami w tym - ekhem! - uniwersum. Czy także są zakazane, czy nie są, czy dwie kobiety mogą "wspólnie prowadzić gospodarstwo domowe" i (jeśli by mogły) jak w takim razie się by udowadniało, iż nie jest się w związku z pełnym inwentarzem, podpadającym pod paragraf. Podejrzewam, że takich kwestii w tym dziele nie poruszono w ogóle.
Mam ogólne wrażenie, iż te "zasady świata przedstawionego" w tejże pozycji książkowej, mogłyby jakoś tam zadziałać tuż po przekształceniu świata na kobiecy, tak do plus minus dwudziestu lat po przejęciu władzy, gdy nowy ład by się jeszcze kształtował. Chyba wtedy by się udało uniknąć kilku nielogiczności fabularnych (np. tego, skąd mężczyźni wiedzą, które ubrania są męskie, a które kobiece - po prostu by to pamiętali, przynajmniej ci starsi z nich). A tak, wiele z tych zasad, jak na trzysta lat z hakiem nowego porządku, wygląda na zaskakująco chaotycznie na kolanie napisanych...
Bea

Sineira pisze...

Muszę przyznać, że tekst oryginalny jest urzekający. Burdele "rozsiane po całym kraju jak urokliwe chabry po łące" sprowadziły samotna łzę w kącik oka mego.

Ela TBG pisze...

Kwiiik!

Anonimowy pisze...

Mam nadzieję, że wiecie, iż Aglaonike jest prawdziwą historyczną postacią (https://www.google.com/url?sa=t&source=web&rct=j&url=https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Aglaonike&ved=2ahUKEwic4oDSjdzrAhVko4sKHeZ_BloQmhMwBnoECAUQAg&usg=AOvVaw2IFe4ul6Okz3q_y3GJhDBg), a nie jakimś "alter ego Kopernika", tym bardziej, że znalezienie tej informacji wymagało jakichś dziesięciu sekund guglowania.
Ale hej, przynajmniej już wiemy, że pomnik zbudowano najprawdopodobniej gdzieś między 2800 a 2900 rokiem, czyli mamy jakąś przesłankę odnośnie czasu akcji!

Ale to prawda, że świat przedstawiony jest zrobiony na skróty i to bardzo. Założę się że, skoro są papierochy "Babskie", to jest i zespół Girls, który gra takie hity jak "Najpiękniejszy Chłopaku", "Mój Kochany", "Baba z Mazur", "Łobuziara", "Rudy Chłopak" etc.

Czy ktoś mi może wytłumaczyć w jaki sposób hasło "Faceci są be" rozwinęło się w "Zaszlachtować sztukę, kolekcjonowanie do gazu, przyroda dla lwów!"?

Całą książkę można podsumować jednym zdaniem - "quidquid Latine dictum sit, altum videtur".

Anonimowy pisze...

Mam nadzieję, że wiecie, iż Aglaonike jest prawdziwą historyczną postacią (https://www.google.com/url?sa=t&source=web&rct=j&url=https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Aglaonike&ved=2ahUKEwic4oDSjdzrAhVko4sKHeZ_BloQmhMwBnoECAUQAg&usg=AOvVaw2IFe4ul6Okz3q_y3GJhDBg), a nie jakimś "alter ego Kopernika", tym bardziej, że znalezienie tej informacji wymagało jakichś dziesięciu sekund guglowania.
Ale hej, przynajmniej już wiemy, że pomnik zbudowano najprawdopodobniej gdzieś między 2800 a 2900 rokiem, czyli mamy jakąś przesłankę odnośnie czasu akcji!

Ale to prawda, że świat przedstawiony jest zrobiony na skróty i to bardzo. Założę się że, skoro są papierochy "Babskie", to jest i zespół Girls, który gra takie hity jak "Najpiękniejszy Chłopaku", "Mój Kochany", "Baba z Mazur", "Łobuziara", "Rudy Chłopak" etc.

Czy ktoś mi może wytłumaczyć w jaki sposób hasło "Faceci są be" rozwinęło się w "Zaszlachtować sztukę, kolekcjonowanie do gazu, przyroda dla lwów!"?

Całą książkę można podsumować jednym zdaniem - "quidquid Latine dictum sit, altum videtur".

ZaKotem pisze...

'Prawdopodobnie jednak trochę inaczej, bo sam fakt istnienia płci biologicznych także kształtuje ekonomię (... A ekonomia nie jest jedynym czynnikiem kształtującym cywilizację swoją drogą.), ponadto pewne cechy osobowości mają inny rozkład w populacji mężczyzn i w populacji kobiet. Na przykład przestępstwa popełniane przez mężczyzn i kobiety się różnią (jako ogół, w proporcjach) , co pewnie kształtowałoby jakoś służby mundurowe."
Owszem, np. mężczyźni są o wiele lepszymi (w sensie: skuteczniejszymi) bandytami niż kobiety, bo są silniejsi fizycznie. To znaczy że kobiety próbujące bandyctwa zazwyczaj są eliminowane przez męską konkurencję w zarodku - w końcu bandyci wywodzą się z takiegoż samego środowiska, ci damscy bokserzy. Ale gdyby nie było tego czynnika hamującego, nic by nie przeszkadzało w rozwoju damskiej przemocy.
" Okres prawdopodobnie nie byłby tematem tabu. "
Niby czemu? Czy to mężczyźni zabraniają kobietom nawijać o okresach? Przecież to kobiety uczą dziewczynki, co wypada. Generalnie wszystko związane z wydalaniem różnych odpadów z ciała jest tematem tabu. O robieniu kupy też że sobą nie gadamy, a przecież wszystkim płciom zdarza się to o wiele częściej, niż okres.

"Inaczej wyglądałaby sprawa macierzyństwa."
Jak inaczej? Dziecko wymaga stałej opieki matki, która w tym czasie nie może za bardzo zadbać o siebie. A więc albo ktoś musi dbać o jej dobrobyt - czyli małżeństwo konserwatywne, tyle że jednopłciowe - albo podzieli się obowiązkami po równo z drugą osobą - czyli małżeństwo partnerskie. Są tylko te dwa możliwe modele, tak samo w populacji obupłciowej, jak tylko żeńskiej.
"Cały przemysł związany z antykoncepcją by nie istniał. Homoseksualizm prawdopodobnie nie byłby tematem napędzającym wiele dyskusji politycznych."
No to pewnie tak, ale to różnice w zasadzie kosmetyczne. Tak jak to, że w społeczeństwie czarnoskórych nie istnieje biznes solariów.
"Seks zupełnie przestałby się kojarzyć z rozmnażaniem."
Ale to raczej nie jest związane z jednopłciowością, tylko z techniką rozmnażania, która by taką jednopłciowość umożliwiała. Kiedy taka technologia się upowszechni (bo np. umożliwi eliminację chorób genetycznych), seks i tak przestanie się kojarzyć z rozmnażaniem.

Unknown pisze...

Ok to będzie moja teoria- chrześcijaństwo przerobione na kult Marii Magdaleny. Najpierw potwierdzenie że była żoną Jezusa (o czym ponoć się spekuluje, poprawcie mnie jeśli się mylę), potem stopniowe przypisywanie jej kolejnych cudów i tak dalej. Aż jestem zaskoczona że autor na to nie wpadł- na etapie który jest przedstawiony w książce to Jezus czyścił by stopy Marii :P

Unknown pisze...

Jakoś strasznie to "branie sobie facetów" podczas rejsu zajechało mi Huxleyem :D

Anonimowy pisze...

Muszę przyznać że fantazje pana Dominika doszczętnie mnie wynudziły. Trzymam kciuki żeby w następnej analizie było więcej mięska. :)

Nefariel pisze...

"" Okres prawdopodobnie nie byłby tematem tabu. "
Niby czemu? Czy to mężczyźni zabraniają kobietom nawijać o okresach? Przecież to kobiety uczą dziewczynki, co wypada."
Nah, bzdura. Nie bierzesz pod uwagę dwóch rzeczy: po pierwsze, kobiety uczą dziewczynki funkcjonowania w ramach systemu (przez który same są opresjonowane, ale nie umieją, nie chcą albo w ogóle nie wiedzą, że mogą mu się przeciwstawić - i nie mówię tu tylko o okresie, bo argument z czynnościami fizjologicznymi jest w miarę legitny, tylko też np. o "szanowaniu się"). Po drugie, okres jest tabu, bo należy utrzymywać go w sekrecie przed mężczyznami - tabuizacja okresu to nie tylko niechwalenie się chodzeniem na rekord z liczbą zużytych tamponów, ale także wstyd przed kupnem podpasek (sic), przechowywaniem i przenoszeniem ich (sic!!!) czy niebieska krew w reklamach podpasek. Jak już mówiłam, trop z tabuizacją czynności fizjologicznej nie jest niepoprawny, ale z drugiej strony zakup papieru toaletowego jest kompletnie przezroczysty (zakup artykułów higienicznych dla wielu kobiet i dziewczynek taki nie jest), a w reklamach nie pojawia się fioletowy kał. Zresztą żadna inna krew nie jest tak tabuizowana, jak miesięczna.

"Dziecko wymaga stałej opieki matki, która w tym czasie nie może za bardzo zadbać o siebie. A więc albo ktoś musi dbać o jej dobrobyt - czyli małżeństwo konserwatywne, tyle że jednopłciowe - albo podzieli się obowiązkami po równo z drugą osobą - czyli małżeństwo partnerskie. Są tylko te dwa możliwe modele, tak samo w populacji obupłciowej, jak tylko żeńskiej"
Bzduraaaaaaaaa-a. Kłania się idea mlecznych mamek, żłobków, kibuców, wreszcie babć. Opieka matki nad noworodkiem nie zawsze i nie wszędzie była głównym modelem i myślę że praktycznie nigdy i nigdzie nie jedynym.

"Kiedy taka technologia się upowszechni (bo np. umożliwi eliminację chorób genetycznych), seks i tak przestanie się kojarzyć z rozmnażaniem."
Nie, wtedy rozmnażanie przestanie kojarzyć się z seksem. Seks przestanie kojarzyć się z rozmnażaniem zaniknie możliwość rozmnażania płciowego.

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

Unknown - te "spekulacje" to fikcja literacka w książce Kod da Vinci, bez poparcia praktycznie. Ale faktycznie mogliby próbować - doskonała baza do Jezusa-kobiety