czwartek, 3 grudnia 2020

403. Wawrzyniec I Pobożny, czyli Europa w szponach szatana (Narodziny Metanoi)

 

Drodzy Czytelnicy!

Grudniowy wieczór to najlepsza pora, by zanurzyć się w świecie ponurej dystopii. Czas: rok 2100. Miejsce: gdzieś w Europie. Ostatni ocalały konserwatysta zrobi wszystko, by ochronić swą rodzinę. Ale czy jego system wartości przetrwa w konfrontacji z potężnymi i mrocznymi siłami?

Indżojcie!


Stanisław Krajski: Narodziny Metanoi

wyd. Agencja SGK, 1999


Tekst na podstawie wersji zamieszczonej na blogu:


https://kukonfederacjibarskiej.wordpress.com/ksiazki-2/narodziny-metanoi-powiesc/?fbclid=IwAR01qCxjOsJqoEiacZAQH0sUyEzkLieFUhD4AeL7NLdxjnS2PY0cqd1l03g


Analizują: Kura, Vaherem i Kazik


Od Autora:

Oddaję Państwu do rąk swój debiut powieściowy. Dziś zdaję sobie sprawę z tego, że pierwszą książkę powinno się, w zasadzie, napisać tylko tak dla wprawy, by zaraz wrzucić ją do ognia. 

Ale jak można było pozbawić literaturę polską tak głębokiego i wartościowego dzieła! 


Nigdy bowiem, chyba, nie da się w niej uniknąć jakiejś nieporadności, chropowatości, różnych warsztatowych błędów i wpadek. Oczywiście wszystko to starałem się usunąć, poprawić, skorygować. Nie wiem czy do końca to mi się udało. Nie mogłem jednak zniszczyć tej książki. Opisuje ona przecież ważny początek wielkiej historii, początek, bez którego by jej po prostu nie było.

Tak to zwykle bywa: bez początku nie ma ciągu dalszego. Oto niezgłębiona tajemnica Wszechświata… 

Czyli to jeden z tych przypadków, kiedy autor musi, inaczej się udusi… 


A poza tym wydarzenia w niej opisane stały się, w jakiejś mierze, cząstką mnie samego. Polubiłem swoich bohaterów. Pokochałem ich wręcz jak swoją rodzinę. Wiem, że trudno mi będzie któregoś z nich skazać w przyszłości na śmierć.

Wow. Ja wiem, że można się zakochać w bohaterze literackim czy filmowym, ale miłość do manekina z kartonu to już jakiś wyższy level. 

Nie ma nic złego w lubieniu stworzonych przez siebie postaci… o ile twórca zachowuje przy tym świadomość roli jaką te postacie muszą spełnić, porażek które muszą ponieść, trudów które muszą przezwyciężyć… 

Zobaczymy jak wyjdzie tutaj. 


„Narodziny Metanoji” to pierwszy z przynajmniej pietnastu tomów powieści-rzeki. 


https://1.bp.blogspot.com/--K4ifgpi9kY/XdlAZL5YxYI/AAAAAAAGc0Q/Fkz4ntAKErwhKJgP1Bdv3E2u-1CAUxvxgCLcBGAsYHQ/s1600/WeMustntPanicPANCI.gif

“Powieści-rzeki”? Piętnastotomowej? To już można mówić słowotokowej Niagarze… 

No dobra, poproszę o spoiler. Książka została wydana w 1999 roku, jak tam z kolejnymi tomami? Wyszło coś? 

Owszem, tom drugi pt. “Miłość i zbrodnia” w 2000. 


(...)


Rozdział I

1 stycznia 2100 r.


Bohater budzi się rano i wychodzi z psem na spacer, przy okazji dokonując “podsumowania życia”. Kapitanie Ekspozycjo, zapraszamy!


Uświadamiam sobie, że ten fakt, iż obudziłem się w nowym wieku jakoś mną wstrząsnął. 

Ależ możesz się uspokoić; jeszcze nie. Nowy wiek zacznie się w roku 2101, na razie wciąż trwa stary, oddychaj. 


(...)

No tak. Polski nie ma już od 50 lat. 

https://static.ftpn.pl/imgcache/750x430/c/uploads/cropit/16044070461d3a3fff9e90f37a15a1de260cc0b372dc3be8df313840862cd9b8a4d8caea63.jpg 

“You did it. The crazy son of a bitch, you did it”


Tęsknię za nią bardzo, choć nawet nie mogę jej pamiętać. Znam ją z opowieści dziadka i z książek. 

To wiele tłumaczy.


Wciąż mówi o niej ojciec. (Ts, ts, za kilka akapitów dowiemy się, że ojciec od lat nie żyje.) W naszej rodzinie jest ona żywa. Żyjemy w tym euroregionie Mazowsze, euroregionie, który staje się coraz bardziej pusty i martwy, i tęsknimy za Polską.

Młodzi najczęściej wyjeżdżają na całe lata albo i na stałe do Bajdocji (tak w naszej rodzinie nazywamy Zachód). Bajdocja, to nie tylko kraina absurdu, ale również, od już chyba kilkunastu lat, gigantyczny dom starców, bogatych, hipochondrycznych, egocentrycznych, zdziwaczałych starców, którzy za wszelką cenę pragną wciąż być dwudziestolatkami i korzystać z życia ile wlezie. Gdy idzie się ulicami Berlina, Paryża, Londynu czy Amsterdamu, ze wszystkim stron słychać sygnały karetek pogotowia. Staruszkowie mrą na ulicach jak muchy. Zapewne padając na bruk po całonocnych balangach, gdzie wciąż byli młodzi duchem.

A młodzi Polacy nie nadążają biegać do nich z łyżkami wody. 

Nie Polacy, Mazowszanie! Czy tam inni euroregionianie. 


Jesteśmy pokoleniem opiekunów i pielęgniarek, służących, śmieciarzy, pomywaczy i grabarzy. Następne pokolenie będzie już pewnie tylko pokoleniem grabarzy.

Ostatni schodzi do krypty i zasuwa za sobą płytę.  


(...)


Bla, bla, Warszawa jak i cały euroregion pustoszeją, bo wszyscy wyjeżdżają pracować na Zachód. Ci, co zostają, ćpią na potęgę coraz to nowe specyfiki i popełniają samobójstwa albo lądują w psychiatrykach. Ogólnie syf, kiła i mogiła. 


W śmietniku grzebie jakiś człowiek. Ubrany jest w zieloną kurtkę, pomarańczowe spodnie i niebieskie buty. To strój „Papug” – współczesnych kloszardów, którzy wywodzą się najczęściej z inteligencji i tworzą przedziwną, ulubioną przez mass media, subkulturę. Trochę przypominają starożytnych stoików. 

Niby kloszardzi, niby śmietnik, ale każdy ma kolorystycznie przepisowy mundurek. 

Euromazowiecki MOPS sprawdza to i za brak mundurka odbiera zasiłek. 


(...)

Na Mazowszu, jak zresztą w pozostałych euroregionach byłej Polski, na scenie politycznej funkcjonują w zasadzie tylko dwie partie – Sojusz Centrolewicy i Unia Centroprawicy. Ta pierwsza, akcentuje socjal, który zresztą jest – można powiedzieć – wszechobecny – dziesiątki zasiłków, zapomóg, bezpłatnych świadczeń i wciąż rosnące podatki. Ta druga, akcentuje tzw. uniwersalne wartości – tolerancję, wolność, równość, braterstwo, demokrację, prawa człowieka i obywatela skutecznie ubezwłasnowolniając państwo i zapewniając bezkarność chuliganom, przestępcom, narkomanom, satanistom i dziesiątkom innych sekt, które zagnieżdżają się już w szkolnictwie i mass mediach i przenikają struktury państwa.

Pamiętajcie, drogie dzieci, prawa człowieka to pierwszy stopień do satanizmu! 

Nie powiem, nie wiem na kogo bym zagłosował w tej sytuacji. 

Ale że też autor posądza prawicę o takie wywrotowe pomysły…?! 

To chyba ma pokazywać ostateczny upadek, nawet prawica nie jest już prawicą, tylko rozwodnioną centroprawicą bez żadnych dawnych ideałów. 


Kościół katolicki, do którego przyznaje się 10% społeczeństwa


https://thumbs.gfycat.com/AbsoluteIncompatibleBluefish-max-1mb.gif


Głosem Bogusława Wołoszańskiego: Po wielkiej fali apostazji w latach dwudziestych XXI wieku gwoździem do trumny stało się wycofanie finansowania Kościołów przez państwo, zastąpione wprowadzeniem podatku wyznaniowego. Oszczędni Polacy masowo zaczęli się deklarować jako ateiści (podobne przypadki miały miejsce już wcześniej, w środowisku polskich emigrantów w Niemczech). Ta druga fala apostazji została nazwana ekonomiczną, w przeciwieństwie do pierwszej – ideologicznej. 



 skupia się na działalności charytatywnej. Parafie funkcjonują w oparciu o tzw. wspólnoty podstawowe – niewielkie grupki katolików, którzy modlą się i odwiedzają biednych i chorych. W życiu społecznym czy politycznym katolików nie widać. 

Remizy, sale gimnastyczne i kanalizacja stoją takie biedne, niepoświęcone… 


Stapiają się z resztą świata przyjmując jego reguły i warunki. Powołań kapłańskich jest coraz mniej. Już dziś na dwie parafia Mazowsza przypada jeden ksiądz.

Zapamiętajmy. 


Mass media, głównie anglojęzyczne, osiągnęły już dno. 

Tymczasem w polskich ciągle ktoś puka od spodu. 


Prasa to przeważnie pisma kobiece, w których więcej kolorowych obrazków niż tekstu, tzw. pisma dla mężczyzn, które kiedyś nazywano świerszczykami i brukowce, które karmią swoich czytelników plotkami i wyssanymi z palca niesamowitymi historiami typu „Kosmici znów wylądowali”. Najlepsze wśród stacji telewizyjnych są te, które nadają tylko stare dwudziestowieczne filmy. 

“Mechaniczna pomarańcza” – 1971

“Teksańska masakra piłą mechaniczną” – 1974

“Emmanuelle” – 1974

“Obcy” - 1979

“Terminator” – 1984

“Predator” – 1987

“Wściekłe psy” – 1992



W programach pozostałych królują głupie konkursy, programy poszczególnych sekt (Kościół katolicki też ma swoje półgodzinne, cotygodniowe okienko),

Autor nazywa KK sektą? No proszę, tego bym się nie spodziewała! 

Och, i te biedne pół godzinki wciśnięte pomiędzy Filozofię Jedi a Słowiańską Żertwę...


tasiemcowe seriale, w których życie gwiazd pokazywane jest minuta po minucie nie pomijając oczywiście życia seksualnego, a nawet wizyt w ubikacji 

Ten kanał nazywa się “Świeżutko z okrężnicy”.


i wiadomości co dwie godziny, w których relacjonuje się wyłącznie ostatnie posunięcia władz Unii Europejskiej i władz lokalnych, katastrofy, wypadki, sport, krwawe walki gladiatorów

Czyli ktoś w końcu ruszył dupę i przywrócił Imperium Rzymskie? 



 i tzw. wydarzenia kulturalne czyli, przeważnie, koncerty neorockowe, superhardmetalowe i najczęściej satanistyczne, uliczne happeningi. 

Sounds rad, I’m in

Oh boy, nie mogę się doczekać ultra trash metalu i hiper power metalu. 


Reklama zajmuje co najmniej połowę czasu antenowego. Jest ordynarna, nasycona seksem i przemocą, nachalna. Przeciętny obywatel Unii, także obywatel Mazowsza spędza przed telewizorem ponad sześć godzin dziennie.

Amatorzy. 


Największą oglądalność mają konkursy, których uczestnicy wygrywają kwoty pozwalające po kupieniu dużej posiadłości z domem i basenem kąpielowym, żyć w niej spokojnie do końca życia. 

Niestety, długość tego życia jest uzależniona od poziomu inflacji. 


Kto chce wziąć udział w takim konkursie musi wykupić, za duże pieniądze, tzw. voucher. Każdego dnia odbywa się, oczywiście również w telewizji, losowanie. Szczęśliwcy stają do kilkuetapowego konkursu, który jest relacjonowany na żywo. Nie pozwalamy dzieciom ich oglądać (ale sami nie mamy oporów), bo upokorzenia, jakim muszą poddawać się ci „szczęśliwcy” w ramach poszczególnych konkurencji nie mają już granic. Tak więc np. w jednym z takich sylwestrowych konkursów panie biorące w nim udział musiały doprowadzić do wzwodu swoich partnerów.

Dalsza część programu jedynie dla naszych abonentów w systemie pay-per-view!


Radiostacje nadają głównie muzykę skomponowaną i wykonywaną przez komputery. 

Która jest totalnym upadkiem sztuki i powstaje techniką “- Komputer, zrób mnie muzykę”, komputer przez kwadrans BI BO BUP, wracasz i jest nowy hicior.

Przez twe oczy zielone, Szatanie, oszalałem… 



Przetykana jest ona obficie reklamami i wypowiedziami radiosłuchaczy, za które muszą płacić, ale za to mogą mówić, co tylko chcą. Nazywa się to Hyde Park. Nikt nie wie, co oznacza ta nazwa, choć pradziadek tłumaczył, że ma coś wspólnego ze skrzynkami od mydła. W większości są to wiązanki przekleństw skierowane pod adresem przełożonych w pracy, władz państwowych czy sąsiadów, sprośne propozycje pod adresem spikerek lub coś, co można nazwać ogólnym świntuszeniem.


No i tak o. Autor wytrząsnął w tej ekspozycji zestaw typowych lęków Prawicowego Publicysty; widzieliśmy to i w “Operacji Chusta” Terlikowskiego i w “Epoce Antychrysta” Lisickiego. Czy to powieść Krajskiego była dla nich wzorem? Może tak, może nie, ja tu widzę raczej pewną wspólnotę poglądów i wizji świata, która sprawia, że wszystkie te dystopie pisane są na jedno kopyto. Choć trzeba przyznać, że wizje Krajskiego są zadziwiająco ubogie pod względem rozpasania seksualnego społeczeństwa przyszłości; gdzie tam skromnym wzmiankom o erotycznym teleturnieju do opisów nagich lesbijek-furrysek u Lisickiego. 

Może tak właśnie wygląda rozwój gatunku. 


(...)

Dość już mam tego „w ogóle”. Co ja tu robię w tym świecie? To nie jest mój świat. Co będzie ze mną? Co będzie z moją rodziną? Czy nie utoniemy w tej „rzece Babilonu”? Skończyłem studia filozoficzne na Katolickim Uniwersytecie w Warszawie ucząc się nowinek, które delikatnie mówiąc, pachną modernizmem i pogaństwem, i studiując równolegle św. Tomasza z Akwinu i pozostałych Doktorów Kościoła. 

Uwielbiam te mroczne dystopie, w których Kościół jest tak okrutnie prześladowany, że aż nikt nie robi bohaterom problemów z powodu studiowania na katolickiej uczelni. 

Która też stoi sobie i funkcjonuje (ile może być osób na roku? Z pięć?) jak gdyby nic. W kraju specjalizującym się w byciu tanią siłą roboczą, z 10% katolików i satanistami szalejącymi na ulicach. 


Rozpocząłem pracę w naszym rodzinnym wydawnictwie, które po śmierci ojca prowadzimy wraz z trzema braćmi. 

Żywy czy martwy – nadal nawija o Polsce i że kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów. 


Wydajemy wszystko, co się tylko sprzeda 

Wszystko. Zapamiętajmy – wszystko. 


od książek kucharskich po dziewiętnastowieczne romanse. 


Cóż z tego, że kontynuujemy tradycję wydawnictwa wypuszczając w niewielkich nakładach w oryginale i pięciu językach Doktorów Kościoła, jeżeli stanowi to 5% naszej działalności.

Reszta to pewnie vanity press. 

Mam wrażenie, że to i tak dużo w kraju, w którym katolików jest 10%, a większość zainteresowana raczej pragmatyczną działalnością dobroczynną niż czytaniem Doktorów Kościoła w oryginale. 



(Mam pomysł: niech połączą przyjemne z pożytecznym i zaczną wydawać “Książkę kucharską św. Tomasza”!

“Na pokuszenie” - gorący XIX-wieczny romans o zakonnicy przeplatany przepisami na ciasta siostry Anieli)


Narrator nadal smęci i narzeka, narzeka i smęci, i tak przechodzimy do rozdziału drugiego. 



(...)

Rozdział II

Rozruchy


Budzi mnie telefon. Patrzę na zegarek. Jest 7.00. Zrywam się z łóżka. Podnoszę słuchawkę.

Telefon, widzę, całkiem retro – może jeszcze z obrotową tarczą? 


– Włącz radio – słyszę głos Leona, mojego najstarszego brata.

– Nie wychodźcie z domu – dodaje i odkłada słuchawkę.

Zamiast cokolwiek wyjaśnić, BO PO CO. Niech braciszek ma niespodziankę, jak wyjrzy przez okno. 

Niespodzianka? Uwielbiam wybuchowe niespodzianki!


Idę do kuchni, nastawiam radio, robię sobie kawę. Spiker mówi szybko podnieconym głosem. Od trzeciej w nocy na ulicach Warszawy trwają zamieszki. Jest już 20 zabitych, w tym 18 policjantów i 100 rannych, w tym 80 policjantów. 

...nie macie wrażenia, że ci policjanci są jacyś tacy lamerscy?

No wiesz, mają za przeciwników prawdziwy uzbrojony gang, a nie kobiety z parasolkami, fleszami i legitymacjami poselskimi. 


Zaczęło się od tego, że w nocy samochód policyjny jadący na sygnale wpadł na grupę tzw. Aniołów Śmierci, reprezentujących szczególnie agresywną subkulturę marginesu, którzy wybiegli nagle na jezdnię goniąc jakiegoś zapóźnionego przechodnia. Trzech Aniołów zostało rannych, jeden bardzo ciężko. Dwóm policjantom udało się uciec. Kierowca został zatłuczony na śmierć.

Czyli radiowóz przejechał po trzech Aniołach, których towarzysze zatłukli kierowcę, ale pozostała dwójka uciekła. Jak rozumiem, z buta?

Ciągnęli zapałki, który się poświęci, żeby zatrzymać napastników.  


 Natychmiast przyjechały policyjne posiłki i zaczęła się regularna bitwa, która ze Śródmieścia przeniosła się w kilka godzin do innych dzielnic. O trzeciej w nocy zmarł w szpitalu ranny Anioł. Wiadomość o tym rozeszła się szybko po wszystkich subkulturach i gangach młodzieżowych poprzez komórki ich przywódców. 

W przyszłości najwyraźniej nie działa żaden internet. 

Komórki połączonych ze sobą neuronów szefów gangów. Kilkaset osób ruszyło niczym rój na rozkaz królowych matek. 


Kilkusetosobowe bandy uzbrojone w noże i pałki elektryczne szły przez miasto, niszcząc po drodze samochody i wystawy sklepów, w kierunku Komendy Głównej Policji, skandując: „Śmierć za śmierć, śmierć glinom”. 

Hasło trochę niewygodne do skandowania.


Wbrew oczekiwaniom policji zamieszki nie skończyły się nad ranem. Trwają nadal i przybierają na sile.

Kilkusetosobowe, pewnie w jakimś stopniu konkurencyjne gangi mające między sobą bogatą historię “a bo ten kiedyś tamtego” zrobiły sobie uzbrojony wypad na miasto, a policja przyjęła strategię “no, jakoś to będzie, do rana im przejdzie”. No niby można. 


W pokoju dzwoni budzik. Za chwilę wchodzi do kuchni zaspana Jadwiga. Za nią sznurkiem dzieciaki. Referuję sytuację.

– Dzieci nie pójdą do szkoły – stwierdza żona. – Ty też lepiej siedź w domu.

O 8.00 nowe wiadomości. Spiker jąka się z przejęcia. Znaczna część Śródmieścia się pali. Straż pożarna nie może dojechać. Wszędzie barykady. Coraz więcej zabitych i rannych.

Ta rekonstrukcja historyczna trochę się wymknęła spod kontroli. 


Policja dalej używa tylko broni obezwładniającej i granatów gazowych. W studiu radiowym jakieś zamieszanie, szybka niezrozumiała wymiana zdań, jakby kłótnia. Po chwili słychać głos dziennikarza, który jest w samym środku walk. Mówi przez komórkę:

– Jestem w pobliżu sklepu z bronią myśliwską i sportową przy ul. Giordano Bruno. 

Broń myśliwska? Polowanie? W tym unijnym piekle przepisów i praw człowieka wycelowanych w wolność?

Aj, Kazik, bo ty nie wiesz na co się poluje w 2100. Pewnie na prawicowców, ot co!


Tłum wyłamał właśnie drzwi. Wdzierają się do środka. Najbliższy oddział policji znajduje się około 50 metrów stąd. Próbują się tu przedrzeć. Nie mają jednak większych szans. Atakuje ich kilkudziesięcioosobowa grupa młodzieży. Są obrzucani kamieniami i butelkami z benzyną. Jedna z butelek rozbija się o ścianę domu. Stojący obok policjant zamienia się w żywą pochodnię. Koledzy próbują go ugasić. Nie są mu jednak w stanie pomóc, bo właśnie zostają zaatakowani od tyłu przez grupę Aniołów Śmierci. Ze sklepu wylegają młodzi ludzie uzbrojeni w sztucery i karabinki sportowe. Zaczynają strzelać w kierunku policjantów. Dwóch policjantów pada. Wszyscy krzyczą. Uciekają. Coraz więcej osób strzela. Płonący policjant przewraca się na ziemię. Jeszcze się rusza. Jego twarz czernieje.

Głos dziennikarza nagle się urywa. Przez chwilę słychać muzykę. Przerywa ją spiker mówiąc o tym, że został powołany specjalny sztab rządowy, który zastanawia się w tej chwili, czy należy rozdać policjantom ostrą amunicję.

Znaczy: każdy obywatel może sobie bez problemów kupić broń jaką chce, ale policja chodzi nieuzbrojona? 


Ściszam radio. Siedzimy przez chwilę w milczeniu.

– Trzeba zrobić większe zakupy – mówię. – Wyprowadzę też Rudego.

– Tylko uważaj – Jadwiga jest przerażona.

Wychodzę na ulicę. Jest spokojnie. W sklepie kolejka. Ludzie zdenerwowani, podekscytowani, komentują dzisiejsze wydarzenia. Wszyscy robią zakupy na kilka dni.

Papier toaletowy, nie zapominajcie o papierze! 

Mieszkańcy powinni solidarnie wykupić całą broń i amunicję w mieście. Jakby łobuzy nie miały czym strzelać, to by zamieszki same się skończyły, proste. 


Wychodzę ze sklepu obładowany jak wielbłąd. Już tu słychać strzały i wybuchy. Czuć swąd spalenizny. Nad Śródmieściem unosi się czarny dym. Przystaję. Spoglądam w dal. Wdycham napalm. Ziewam. Czekam aż Rudy się wybiega. Upominam go, żeby wysikał się na zapas, bo nie wiadomo, kiedy wyjdzie znowu. Uświadamiam sobie, że pierwszy raz od wielu miesięcy będę miał czas dla siebie i rodziny.

Typowa refleksja człowieka w mieście ogarniętym zamieszkami. Jak wybuchło Powstanie Warszawskie, to też pierwszym uczuciem mieszkańców była ulga, że już nie muszą do pracy. 

(Tego wam w szkole nie powiedzą!!!)


Bohater wraca do domu i rozsnuwa przed żoną plany przeprowadzki z miasta gdzieś na prowincję, kusząc sielskim życiem na łonie natury. A oto biznesplan:


(...)

– Wynajęlibyśmy komuś mieszkanie – stwierdziłem – To już byłoby sporo grosza. Wiesz jak teraz, po tych wszystkich pożarach i zniszczeniach, ceny pójdą w górę? Trochę mamy pieniędzy na koncie. Wystarczy, żeby kupić, gdzieś na Mazurach, jakąś opuszczoną chałupę. 

Dzieci uczyłby miejscowy druid, znachorce płaciłoby się zebranymi borówkami.

Jeżu, jakbym czytał Vademecum ojca Korwina. Twój dzieciak choruje? Panie, przeprowadź się pan na wieś, dziś można pracować zdalnie (przypominam, że to książka napisana na początku latach dziewięćdziesiątych), mieszkanie w mieście można komuś wynająć…


Robilibyśmy redakcję i korektę książek. Z tego też coś by było. Kokosy, prawdziwe kokosy. Wydawnictwo mogłoby przestać dawać te prace na zewnątrz. Spróbowałbym coś pisać. Z tego mogłyby być większe pieniądze. 

Mam nawet już pomysł na powieść: “Etap dziejowy Lucypera”. Albo “Misja >Humerał<”, jeszcze się zobaczy.


Poza tym, jakby nie było, jestem przecież właścicielem wydawnictwa w jednej czwartej. Jakiś dochód mamy tu więc zapewniony. Słowo klucz: “jakiś”. Pieniędzy mielibyśmy aż za dużo. Na wsi życie kosztowałoby nas jedną piątą tego co tutaj. Chłopaki chodziliby do wiejskiej szkoły, a my byśmy ich douczali. Mielibyśmy przecież masę czasu dla nich. Moglibyśmy ułożyć własny program nauczania, taką prawdziwą szkołę. 

Gość jest dopiero od kilku godzin w dobrowolnej izolacji, a już zaczyna mieć najdziksze fantazje z nudów. 


Bracia by sobie poradzili. Myślę, że nie robiliby tu trudności.

– Wiesz, że boję się wsi, pustych przestrzeni, ciemności, piorunów, krów, gęsi i pająków. 

O tak, zwłaszcza gęsi. Gęsi są najgorsze. HONK! 


Dom na odludziu. Jeszcze nas napadną – Jadwiga ujawniła swoje niepokoje. – Jakoś nie mogę sobie tej naszej sielanki wyobrazić.

A praca Jadwigi? Też może rzucić ją ot, tak w pięć minut? A może, jako żona prawdziwego tradycjonalisty – nie pracuje zawodowo? 


– Ale pomyśl – byłem trochę poirytowany (rozmawiam z żoną, której nie podobają się moje pomysły i muszę wymyślić argumenty, NAJGORZEJ). – Bylibyśmy całą dobę razem. Jadwiga zzieleniała na twarzy, zapewne z radości. Mamy Rudego. Kupilibyśmy jakiegoś obronnego psa. Mam pistolet gazowy. Jakbyś chciała, to sprawiłbym sobie normalny. Kupilibyśmy dom obok jakichś ludzi. Tutaj cię szybciej zabiją. Widzisz, co się dzieje.

O, ot tak sprawiłby sobie pistolet, w tej Polsce anno domini 2100? Tej opanowanej przez ideologie zgniłego zachodu? Also ciągle mam wrażenie unoszącego się w atmosferze książki korwinizmu… 


– Nie denerwuj się – żona uśmiechnęła się trochę, jak mi się wydawało, z przymusem. – Może i masz rację. Daj mi więcej czasu.

– No, dobrze – burknąłem. – Przemyśl sobie to wszystko. Masz pięć minut. 

Byłem już zdecydowany. Poczekam – pomyślałem – Jadwiga musi się zgodzić. Zawsze prędzej czy później, zgadzała się ze mną. Wydawała tylko coraz więcej pieniędzy na superkryjące podkłady. Okoliczności są sprzyjające. Rozruchy, jak wszystko na to wskazuje, dopiero się rozkręcają. Za kilka dni będzie inaczej śpiewać.

O, a ja czekam na koncert twoich melodii po tych kilku miesiącach mieszkania na wyludnionej prowincji (przypominam twoje własne słowa: “wieś mazowiecka umarła już dawno”). Takiej z autobusem raz na tydzień, godziną drogi do sklepu i marznięciem w “opuszczonej chałupie” pomiędzy wyklinaniem na Internet niepozwalający na sensowną pracę zdalną a domowym nauczaniem.

Oni tu pewnie nie mają internetu nawet. Do pracy i nauczania zdalnego będą wykorzystywać radio. 


Trzy dni później siedzieliśmy całą rodziną przy śniadaniu i słuchaliśmy radia. Od rozpoczęcia rozruchów nie wychyliliśmy nosa z domu. Biedny Rudy załatwiał się na balkonie. Było coraz gorzej. Walki docierały już nawet do naszej dzielnicy. W mass mediach królował, jak dotąd, ton optymizmu. Wciąż słyszeliśmy:”Nadciągają posiłki z innych euroregionów. Niedługo to się skończy. Zamieszki powoli wygasają. Krzywa zgonów się wypłaszcza.” Dziś, pierwszy raz, ton był inny. Spiker mówił powoli, uroczyście, zgnębionym tonem:

– Zamieszki przybierają na sile. Trwają nie tylko w Warszawie, ale również w większości miast Mazowsza. Zginęło już 420 policjantów i 50 cywili, w tym 40 osób przypadkowych. Rannych jest 1000 policjantów i 400 cywili, w tym 200 osób przypadkowych. 

Walczący bardzo uważają, żeby nie zabić nikogo ponad wyznaczoną okrągłą liczbę. Gorzej, jeśli do tej liczby brakuje im paru osób… 


Spłonęło 113 budynków, zniszczono 2300 samochodów, zdemolowano i okradziono 1200 sklepów. Aresztowano 2000 osób. Dziś rano tłum zaatakował jadący pod eskortą samochód wicepremiera Mazowsza Samuela Grinberga. 

No ossszywiście, bo jakże inaczej może się nazywać premier jakiegoś europejskiego landu, jak! 


Ochrona otworzyła ogień zabijając 5 osób. Napastnicy odpowiedzieli ogniem ze sztucerów i broni krótkiej i obrzucili samochód kamieniami i butelkami z benzyną. Zginął wicepremier, jego sekretarz i 6 członków obstawy. Komendant warszawskiej policji oświadczył wczoraj późnym wieczorem, że jeżeli nie pozwoli się policji na użycie ostrej amunicji, jej oddziały wycofają się z ulic. Obradujący dziś w nocy parlament Mazowsza wprowadził od 4.00 stan wyjątkowy na terenie naszego euroregionu i uchwalił ustawy specjalne zezwalające policji na zastosowanie wszelkich środków mogących doprowadzić do przywrócenia spokoju, wprowadzających godzinę policyjną między 21.00 a 6.00, umożliwiających premierowi podjęcie, w razie konieczności, decyzji o użyciu wojska w tłumieniu zamieszek. Dziś rano komendant warszawskiej policji wezwał mieszkańców Warszawy do pozostania w domach i oświadczył, że policja może strzelać bez ostrzeżenia do osób podejrzanych.


Ostatecznie tym, co przekonuje Jadwigę jest fakt, że zamieszki przenoszą się w pobliże ich mieszkania, a ich dziecko zostaje ranne, kiedy coś – kamień? kula? – wybija szybę w oknie. 


(...)

Uświadomiłem sobie, że jest nieprzytomny. W tym momencie wbiegła do kuchni Jadwiga. Zatrzymała się nagle, zbladła, zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Uderzyłem ją kilka razy w twarz otwartą dłonią. Natychmiast oprzytomniała.

Dude 😬

A myślałaś, że żartowałam z tymi superkryjącymi podkładami? 

Yyyyygh. 


(...)

Gdy dochodziłem do samochodu niosąc wciąż nieprzytomnego Alberta, Jadwiga siedziała już za kierownicą. Ruszyła z piskiem opon. Przejechała przez trawnik łamiąc krzaki i dewastując budkę telefoniczną (!), która z trzaskiem się przewróciła. Potem zahaczyła o saturator i ledwo wyminęła stojak reklamujący sklep z discmanami - jakże charakterystyczne elementy pejzażu przełomu XXI/XXII wieku. Na ulicy było akurat pusto. Gdy jednak skręciliśmy w kierunku szpitala czerniakowskiego zobaczyliśmy tłum idący środkiem jezdni, tłum podpitych wyraźnie, wrzeszczących mężczyzn, rzucających kamieniami w witryny sklepów i okna domów. Zobaczyłem, jak twarz Jadwigi tężeje, staje się surowa. Żona nacisnęła klakson i przyspieszyła. W naszym kierunku posypały się kamienie. Jeden trafił w dach samochodu. Zbliżaliśmy się z zawrotną prędkością do tłumu. Młodzi ludzie zaczęli uciekać na boki. Dwóch wyraźnie pijanych stanęło w rozkroku na środku ulicy. W rękach trzymali kamienie, gotowi do rzutu. Krzyczeli coś obelżywie. Ich twarze wykrzywiała wściekłość. Jadwiga tylko się pochyliła. Samochód jeszcze przyspieszył. Jeden z mężczyzn rzucił w naszą stronę kamieniem. Przednia szybka pokryła się drobną pajęczyną pęknięć. W tym samym momencie samochód wpadł na nich. Mężczyzna z lewej odepchnięty uderzeniem upadł na chodnik. Ten z prawej próbował odskoczyć. Już nie zdąrzył. Główny bohaterze, może jeszcze raz przemyśl to zwalnianie korekty dla oszczędności, co? Jego ciało głucho uderzyło w maskę samochodu i przetoczyło się przez dach. Nawet się nie obejrzeliśmy.

Katolicy roku!


(...)


Rozdział III

Narada rodzinna

Bohater zwołuje rodzinną naradę ze swymi braćmi i ich żonami; tam przedstawia swój plan przeprowadzki. I cóż za przypadek, okazuje się, że mają doskonałą miejscówkę! 


(...)

– A ja mam lepszy pomysł – przerwał moje jąkanie Cyryl. – Chyba wszyscy zapomnieliście, że mamy małą posiadłość pod Warszawą pod dziadku. Kiedy ostatni raz byliście w Kosewku? To dla nich idealne miejsce. 50 km od Warszawy, 3 km od Pomiechówka. Dom w niezłym stanie. Wszystkie wygody. Sad, ogród, 2 hektary ziemi. Zabudowania gospodarcze. Domek letni. Wszystko to nad rzeką i blisko lasu. 

Skoro tak na amen zapomnieli o swoim ranczu w Kosewku, to, hm, dom w “niezłym stanie”...

https://tustolica.pl/foto/69424_a.jpg

I z Mazur zrobił się domek pod Warszawą… 


Gdyby tam się przenieśli Wawrzyniec mógłby często wpadać do Warszawy i praktycznie nic nie zmieniłoby się w jego pracy dla wydawnictwa. Jakby jednak chciał nie opuszczać wsi, także nie byłoby kłopotu. Mógłby robić redakcję, korekty. Może też coś, by wreszcie napisał. Przydałby się nam jakiś bestseller.

Zacznij od powieści-rzeki w piętnastu tomach, a potem się zobaczy. 


Jeśli Wawrzyniec zacząłby pisać, miałby blisko wszystkie źródła, archiwa, biblioteki. Każdą rzecz szybko by otrzymał. 

Bo nie internet, internetu w Euroregionie Mazowsze nie znamy. 

Można by tłumaczyć, że książka jest dość stara (wydanie 1999), ale mimo wszystko w końcówce lat 90. internet już w Polsce działa, na łączach telefonicznych, ale jednak. Tymczasem tutaj – podobnie jak u Wanga, pamiętacie? – rozwój mediów zatrzymał się na telewizji i dalej ani kroku. 

(Oczywiście zdaję sobie sprawę, że autor nie miał ambicji napisania SF, rozwój techniczny go nie obchodzi, a jedynie upadek moralny społeczeństwa przyszłości)

Może dla obydwu autorów telewizja wydawała się szczytem ludzkich osiągnięć w komunikacji? To w sumie smutne, że autor pisząc o 2100 roku nawet nie próbuje wymyślić choć jednego interesującego wynalazku. 

Żeby chociaż wymyślił jakąś interesującą perwersję, a i tutaj nic. 


Ale zobaczcie. Chce wsi, to niech będzie konsekwentny. Na wsi żyją rolnicy. Niech będzie rolnikiem, nietypowym, ale rolnikiem. Mówicie, że mam hopla na punkcie zdrowej żywności. Sami jednak wiecie, co my jemy. Sama chemia, hormony, inżynieria genetyczna. Niech zacznie uprawiać ziemię, hodować zwierzaki. Pomyślcie, wszyscy mielibyśmy smaczne, zdrowe ziemniaki, cebulę, inne warzywa, owoce, jajka, mleko, mięso, a oni mieliby i radość, i utrzymanie. Radość, czystą radość z rodziny przychodzącej po gotowe!

To stara tradycja wywodząca się z OLX



Jakby jeszcze Wawrzyniec dorabiał w wydawnictwie, żyć nie umierać.

– Jesteś genialny – Jadwiga była zachwycona.

Nie będzie taka zachwycona, jak się okaże, że cała uprawa, hodowla i inne wiejskie radości zostaną na jej głowie, bo przecież mąż ma pracę w wydawnictwie, a wieczorami pisze bestseller. 

Wiadomo, baba nic w mieście nie robi, to akurat się porusza: krowy wydoi, kury nakarmi, chwasty wyrwie, grządki podleje, świniaka ubije, chleb upiecze, owoce z sadu pozbiera, dzieciakom zrobi szkołę domową z autorskim programem nauczania… Do takich prościzn nie trzeba kończyć filozofii na KUWie! 


(...)

W tym momencie do pokoju wpadła z krzykiem dzieciarnia domagając się włączenia telewizora. Alf – przedpotopowy serial i ulubiony film większości dzieci zaczynał się za pięć minut.

Naprawdę nie rozumiem, po co umieszczać akcję w 2100 roku, gdy autorska wyobraźnie cierpi na impotencję i nie jest w stanie wymyślić niczego oryginalnego w związku z osadzeniem fabuły w tak odległym czasie. 

Bo jedyne, o co chodzi, to pokazanie zgubnego wpływu Unii Europejskiej i upadku wszelkich wartości, przed którym może uchronić jedynie powrót do skrajnego konserwatyzmu.  

(...)


Rozdział IV

Wiosna

Jadwiga, Wawrzyniec i ich dzieci przeprowadzają się do Kosewka, remontują dom, życie upływa im sielsko i radośnie, nikt nie pamięta o żadnych zamieszkach, nic się nie dzieje, nananana. Ale nawet na sielskiej wsi pojawiają się Problemy…


Do kuchni wpadł zapłakany Bazyli.

– Mamo, mamo – rzucił się Jadwidze w ramiona.

– Co się stało? – Jadwiga przytuliła go mocno.

– Jak rozbieraliśmy się do lekcji WF-u wszedł do szatni nauczyciel, zobaczył, że mam medalik na szyi, zerwał go, rzucił na ziemię i zaczął strasznie krzyczeć „Nie wolno ci tego świństwa nosić w szkole”. Poszedł ze mną do wychowawczyni. Ona też zaczęła na mnie krzyczeć. Powiedziała, że obniży mi stopień ze sprawowania i że mam jutro przed lekcjami przyprowadzić matkę albo ojca.

– Bandyci – Jadwiga była wściekła i to słowo samo wyrwało się jej z ust.

Myślałby kto, że tak ją oburza nauczyciel wchodzący do szatni pełnej przebierających się dzieci…  

Wieś jako ostoja walki z tradycją. W Wawie mógł nosić medalik, a na jakimś zadupiu nie? 


– Pójdziemy do wychowawczyni oboje – powiedział Wawrzyniec do Bazylego – nie martw się.

Ej, przeszliśmy nagle na narrację trzecioosobową? Dlaczego? 

Bo główny bohater był tak oburzony zajściem, że wyszedł z siebie i stanął obok. 

Warzyniec: (ʘ‿ʘ)ノ✿”Hold my flower”
Narrator: ✿\(。-_-。)


Rodzice idą do wychowawczyni, ale muszą poczekać, bo ta rozmawia właśnie z inną matką. 


(...)

– Słucham panią – zwróciła się do kobiety.

– Wczoraj jedna z matek w szatni, gdzie była prawie cała klasa i kilku rodziców powiedziała do innej matki wskazując na mojego syna: „Chyba nie powinniśmy się zgadzać na to, by nasze dzieci chodziły z małpą do jednej klasy. A swoją drogą ci jego rodzice są jacyś dziwni. Przecież jest aborcja, eutanazja. Mogli go uśpić. Po co taki żyje?” Mój syn, jak pani wie, jest po porażeniu mózgowym i oprócz skrzywionej twarzy i częściowego niedowładu jednej ręki i jednej nogi jest zupełnie normalny. 

Medycyna końca XXI wieku jest bezradna, a szczodrze rozdawane przez Sojusz Centrolewicy zasiłki i zapomogi też w żaden sposób nie starczają na rehabilitację. 

Za zasiłki można kupić tylko dragi - jak cię przyłapią na przewalaniu na chleb albo leki, to zakuwają cię w dyby na rynku.


Słyszał to. Popłakał się. Słyszały to inne dzieci. Śmiały się. On teraz nie chce chodzić do szkoły. Co pani zamierza z tym zrobić?

– Wie pani – twarz nauczycielki zrobiła się surowa – w pełni zgadzam się z tą matką. Pani syn jest odmieńcem, kaleką. To stwarza nam wszystkim w szkole poważne problemy. Dzieci się boją, że rzuci zły urok, a rodzice, że skwasi mleko krowom. Najlepiej byłoby, jakby pani posłała go do innej szkoły. Dla takich są przecież szkoły tzw. integracyjne czy specjalne. Ja też dziwię się państwu. Po co pozwoliliście mu żyć. Tyle niepotrzebnych kłopotów, wydatków. Przecież tzw. szeroka eutanazja jest dozwolona od ponad pięćdziesięciu lat. Wszyscy z niej korzystają, bo to wielkie udogodnienie i błogosławieństwo dla społeczeństwa. Nie lepiej było go uśpić i sprawić sobie nowe, normalne dziecko?

...to kto właściwie chodzi do tych szkół integracyjnych czy specjalnych? 

Nauczyciel, żeby posiedzieć 8 godzin przed tablicą w pustej sali, i fajrant. 


Kobieta zerwała się z miejsca i wybiegła z pokoju. Jadwiga wyszła za nią. 

Zaraz, ta rozmowa z nauczycielką odbyła się przy innych rodzicach? Szkoda, że nie od razu na antenie lokalnego radio. 


– Pan jest ojcem Bazylego – stwierdziła nauczycielka patrząc na Wawrzyńca – Czy państwo nie znacie przepisów Unii Europejskiej? W szkole nie wolno manifestować swoich poglądów religijnych. Na szczęście nasze szkoły są neutralne światopoglądowo. Pana syn obraził uczucia religijne nauczyciela WF-u, który jest satanistą. 

Oszzzywiście, bo nie mógłby być, nie wiem, buddystą, muzułmaninem czy wyznawcą Latającego Potwora Spaghetti. 

To jest piękne. To zdanie powinno trafić do bazy najbardziej chwalebnych cytatów z analiz. Wyobrażam sobie adaptację filmową tej książki i wysiłek aktorki, by wypowiedzieć tę kwestię i zachować kamienną twarz. 

Mógłby to być początek kariery filmowej tej pani z “Wiadomości”, ona nie takie rzeczy wygłaszała z kamienną twarzą. 


Mam nadzieję, że się to nie powtórzy, ale i tak pana syn będzie miał obniżoną ocenę ze sprawowania.

– Chcielibyśmy natychmiast odebrać syna ze szkoły – powiedział Wawrzyniec.

– To niemożliwe. Jest koniec roku szkolnego.

– Wie pani co? – Wawrzyniec był na pozór spokojny, każde słowo wypowiadał powoli – zaprowadzę zaraz syna do poradni zdrowia psychicznego i powiem, że wywołaliście państwo u niego głęboki stres. Psycholog z nim porozmawia. Zrobi mu parę testów. Wyda odpowiednią opinię. Z tą opinią udam się do sądu i oskarżę was o spowodowanie u mojego syna trwałego urazu psychicznego i zażądam odszkodowania. Może panią pochwalą, że tak gorliwie strzeże pani neutralności światopoglądowej szkoły. Może nawet dostanie pani za to premię, ale i tak nie wypłaci mi się pani do końca życia.

A to ją podszedł, co za sprytny pomysł!

Tylko że nie wiem, czy taka akcja nie skończyłaby się mimo wszystko wyrokiem dla rodziców. Skoro wiedzą, że noszenie symboli religijnych w szkole jest nielegalne, to sami narażają dziecko na podobne stresy, każąc mu nosić medalik. I mogłoby się okazać, że Wawrzyniec i Jadwiga budzą się z ręką w nocniku i odebranymi prawami rodzicielskimi…  

Aż dziw, że w tym obłąkanym świecie, co chrześcijan boi się i nienawidzi, jeszcze im żadne unijne Barnevernet nie wyważyło nad ranem drzwi...


Wychowawczyni Bazylego była wyraźnie i to ciężko przerażona. Ręce jej drżały.

– Zaraz napiszę opinię i wniosek o to, by wydano państwu w sekretariacie papiery syna. Z dyrektorem sama załatwię.


Ostatecznie i matka chorego dziecka i nasi bohaterowie decydują się przenieść swoje dzieci od nowego roku do katolickiej szkoły w Płońsku. 

Byłoby zabawnie, gdyby ta szkoła też przestrzegała przepisów Unii Europejskiej. 

No, przypuszczam, że szkół wyznaniowych ten zakaz nie dotyczy ;)

(...)



Rozdział V

Każdy orzeł chroni swoje gniazdo

Do Wawrzyńca dzwoni brat i oznajmia mu, że ma propozycję nie do odrzucenia: on przyjeżdża na miesiąc do Kosewka, a im załatwił w tym czasie pobyt w Beskidzie Sądeckim. 

(...)

Zrób to dla mnie. Potrzebuję Kosewka, jak powietrza. Wiesz, ostatnio nam się nie układa z żoną. Wiesz. Mam intuicję, że tylko Kosewko będzie lekarstwem na nasze bolączki. Wawrzyniec proszę cię. Błagam cię. Zrób to dla mnie.

W głosie Tomasza było coś takiego, że dreszcz przeszedł Wawrzyńcowi po plecach.

Przypomniał sobie jak kiedyś, podstępnie zwiedziony przez tytuł, obejrzał “Ojca chrzestnego”...


– Daj mi pół godziny. Zadzwonię do ciebie – powiedział i odłożył słuchawkę.

Następnego dnia rodzina Wawrzyńca była już w drodze do Zwardonia, bo tak nazywała się miejscowość, do której skierował ich Tomasz. (No nie domyślilibyśmy się). W południe przekroczyli granicę euroregionu Mazowsze i znaleźli się w Małopolsce, jednym z największych euroregionów Europy Środkowej. Mijali opustoszałe wsie i podupadłe, wyludnione miasta.

– To także była kiedyś Polska – powiedział Wawrzyniec do dzieci – Zobaczcie, co z nią zrobili. Kiedyś jednak się odrodzi. Mam nadzieję, że tego jescze doczekacie.

Koło szesnastej wjechali w góry. Zaczęło się pustkowie. Tylko gdzieniegdzie spotykało się wielkie posiadłości zachodnioeuropejskiej bonzówy. Zatrzymali się w Żywcu na obiad. Wykąpali się w jeziorze, zwiedzili stare miasto. Na ulicach, w sklepach i restauracjach, dominował język francuski i niemiecki. Żywiec stał się, jak łatwo to było zauważyć, centrum rozrywkowym dla francuskich i austriackich letników, którzy w okolicznych górach mieli swoje posiadłości. Jednym i drugim znudziły się Alpy – a może wyparli ich stamtąd Amerykanie? A może Alp już nie ma? Ruszyli w stronę granicy. Tu można było spotkać jeszcze polskie wioski. Pas strefy nadgranicznej wyłączony był bowiem z wolnego obrotu ziemią. Unia chciała jak najbardziej izolować jedyne narodowe państwo Europy – Słowację. 

Hmmmm… Jeśli Słowacja jest jedynym narodowym, pozaunijnym państwem Europy, to co w takim razie z Ukrainą, Białorusią i Rosją? Też są w Unii? 

Może uznano je za wschodnią dzicz, która należy do Azji? Albo w ogóle już nie istnieją. 

Albo za wschodnią granicą jest już tylko Zona. 


Wioski te zamieszkiwali górale, którzy oparli się ogólnoeuropejskim tendencjom i klepali biedę trwając na swojej ojcowiźnie, przywiązani do ziemi, gór, tradycji. Było ich już niewielu.

Większość jednak nie oparła się ogólnoeuropejskim tendencjom do bycia raczej bogatym niż biednym. 


Mazowiecka telewizja pokazywała niekiedy obrazki z ich życia, tak jak pokazywała obrazki z życia ostatnich pigmejów czy aborygenów. W biurach turystycznych wielką popularnością cieszyły się ”poverty safaries”, a miejscowa dzieciarnia utrzymywała całe rodziny z wysępionych dutków. 


(...)

W Milówce na posterunku policji rodzina załatwia pozwolenie na pobyt w strefie nadgranicznej. Przyznają się, że zamierzają zwiedzić Słowację i nocować w schronisku niejakiego Zadory. Na wieść o ich planach urzędnicy ze wszystkich sił starają się ich zniechęcić. 

(...)

– Będziecie państwo poddani rewizji osobistej. Najpierw dzieci – zwrócił się do stojącego przy drzwiach policjanta.

Ten sprawnie obmacał chłopców. Bazyli zaczął płakać. Jego bracia byli bliscy płaczu. Jadwiga była wyraźnie przerażona. Policjantka wyprowadziła ją. Urzędnik kazał Wawrzyńcowi udać się do sąsiedniego pokoju i rozebrać się do naga. Dwóch policjantów przeszukiwało jego rzeczy, trzeci kazał mu się pochylić, założył gumową rękawiczkę i wsadził mu palce w odbyt. Gdy znalazł się wreszcie z powrotem w „pokoju przesłuchań” była tam już Jadwiga, zdenerwowana, czerwona na twarzy. Urzędnik uśmiechnął się nieszczerze i zapytał:

– Czy państwo zdajecie sobie sprawę z tego, kim jest Stanisław Zadora?

– Wiem tylko, że to znajomy mego brata. Brat zapewnił mnie, że to porządny, uczciwy człowiek – stwierdził sucho Wawrzyniec.

Urzędnik odnotował w formularzu: “Znajomości z elementem wywrotowym”. 


– On ma wywrotowe, wsteczne poglądy. Jest podejrzany o utrzymywanie kontaktów z poszukiwanymi przez nas terrorystami i słowackimi faszystami. Od dawna jest pod naszą stałą obserwacją. Przeciwko niemu toczy się śledztwo. Ale nadal prowadzi schronisko i przyjmuje turystów, bo dlaczego nie. Być może, iż w najbliższym czasie zostaną mu przedstawione konkretne zarzuty i zostanie postawiony przed sądem – oświadczył urzędnik – Z takimi ludźmi lepiej się nie zadawać. Z tego powodu mogą mieć państwo poważne kłopoty.

– Jedziemy do jego schroniska odpocząć. Reszta nas nie obchodzi – Jadwiga już się uspokoiła i teraz była wyraźnie wściekła.

To co to było, jak była niespokojna…?


– Czy państwo wiecie, jakim krajem jest Słowacja? Czy wiecie, że to faszystowskie państwo? Czy wiecie, jaki tam jest prymitywizm, bandytyzm, ile napadów na cudzoziemców? – urzędnik mówił podniesionym głosem z nieskrywaną już wściekłością.

– Ale panie, jaką za to mają tam turystykę aborcyjną!... Planujemy pójść szlakiem zabytkowych klinik. 


Wszystko kończy się nie tylko upokorzeniem, ale i mandatem, gdy policjanci złośliwie tłuką jedno ze świateł w samochodzie Wawrzyńca. 


Siedzieli w kawiarni w Milówce i popijając zimny sok starali się uspokoić.

– Wiedziałem, że to są świnie – stwierdziła Jadwiga – ale moja wiedza była jednak dotąd całkowicie teoretyczna. A nawiasem mówiąc, twój brat mógł nas uprzedzić o tego typu kłopotach.

– E tam, niespodzianki są najlepsze! 


– Nie mieliśmy dużo czasu na rozmowę – Wawrzyniec starał się go usprawiedliwić – Może założył zresztą, że to jest oczywiste, że będziemy się tego spodziewać.

A może nie powiedział, bo jest złośliwym sukinsynem i celowo wpakował brata w kłopoty…?

Brat Wawrzyńca ze złością cisnął najpierw słuchawką, a potem całym telefonem w ogień. A więc przetrwali kontrolę graniczną! No cóż, trudno. Wszak to dopiero początek ich “wakacji”, które dość szybko się urwą, a wtedy cała dacza w Kosewku będzie jego! 



(...)

Docierają do schroniska; wieczorem rozmawiają z jego właścicielem.


Wawrzyniec opowiedział panu Zadorze o przygodach w Milówce. Zadora pokiwał głową ze zrozumieniem:

– Staram się umacniać polską świadomość na tym terenie. Tutaj nie jest jeszcze tak źle. Górale, można powiedzieć, w większości utożsamiają się z Polską i Kościołem. Trzeba jednak wciąż przypominać, trzeba pielęgnować miłość ojczyzny, trzeba podtrzymywać miłość do Boga, wierność Kościołowi. Nie jestem tutaj sam. Jest nas przynajmniej kilkunastu takich działaczy Polaków-katolików. Władze robią wszystko, żeby zrobić z nas oszołomów i przestępców.

– A jak jest na Słowacji? – zapytała Jadwiga.

– Sami zobaczycie. Powiem tylko, że zazdroszczę Słowakom. Spotykamy się tutaj w schronisku. Rozmawiamy o przyszłości Polski i Słowacji. Słowacja to jest niepodległe, autentycznie niepodległe, normalne, narodowe państwo. 

Z Ukrainą nie wiadomo co, a reszta sąsiadów to Unia Europejska. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić to “normalne” funkcjonowanie Słowacji i to, że stać ich na pokazywanie fucka Unii. 

Autor może się zapatrzył na Szwajcarię, która nie jest w Unii, a jest bogata i liczy się na scenie międzynarodowej. Niestety, Słowacja w tym układzie realizowałaby raczej scenariusz Cypru Północnego albo Naddniestrza.  


Wiele możemy się od nich nauczyć. Jeśli chcemy żeby Polska była Polską musimy, oczywiście na swój własny sposób, powtórzyć wiele ich posunięć, skorzystać z ich doświadczeń.

Z braku Czech oddzielimy się od Wielkopolski. 


(...)

Niebo zaczęło jaśnieć, gdy szli spać. Słychać było już pierwsze, zbudzone ptaki. Polska jest piękna – powtarzał cicho Wawrzyniec wchodząc za Jadwigą po schodach na pierwsze piętro schroniska, gdzie znajdował się nasz pokój.

Narrator trochę się zdziwił, gdy Wawrzyniec wpakował mu się pod kołdrę. 


Rodzinka wybiera się na wycieczkę do Słowacji.


W ostatniej chwili zdążyli na jedyny w ciągu dnia pociąg do Słowacji. Wykupili bilety do Żyliny. Kontrola celna była długa i upokarzająca. Powtórzył się, tylko w skróconej wersji, scenariusz z Milówki. Wreszcie pociąg ruszył i rodzina Wawrzyńca znalazła się, pierwszy raz w życiu, poza granicami Unii Europejskiej. Na pierwszej słowackiej stacji – Skalite-Serafinow wsiadła jedna osoba, kobieta około trzydziestki. Usiadła, z torebki wyciągnęła gazetę i zagłębiła się w lekturze.

– Zobacz, co ona czyta – Jadwiga trąciła wpatrzonego w okno Wawrzyńca.

– Katolickie Noviny – Wawrzyniec odczytał tytuł – No popatrz. U nas nie ma już żadnego katolickiego pisma. Ale za to są katolickie uniwersytety i szkoły. Staroświecka, słowacka ciuchcia jechała bardzo powoli.

Ciuchcia? 

W 2100? 

Oh boy. 

Pytanie, czy w tej narracji “staroświecka” to jakiś model z 2060, czy złom z 1940… A może jedyny pociąg przemierzający Słowację wyglądał TAK.


 Mieli zatem czas nie tylko na podziwianie krajobrazów, ale i na obserwację życia tego przedziwnego i nieznanego kraju.

Ich uwagę zwróciła duża liczba kościołów, kapliczek i krzyży przydrożnych. Z pociągu było widać, że są zadbane. Pod krzyżami zasadzone były kwiaty. Widać było, jak do kościołów i kapliczek wchodzą ludzie. Pod dworcem w Czadcy, gdzie oczekiwali pół godziny na przesiadkę, zwrócili uwagę na to, że we wszystkich stojących na parkingu samochodach przy wewętrznych lusterkach są zawieszone różańce.


Oczywiście NIE MOŻE się obyć bez sucharów na temat języka słowackiego. *Wzdech* *wywracanie oczami*

(...)

– No bo mamo. Wszedłem na dworzec – relacjonował Bazyli – i zacząłem szukać toalety. Patrzę, a nad jednymi drzwiami napisane było „sro”. No to pomyślałem, że to toaleta. Ale tam było jakieś biuro. Później zobaczyłem tablicę z napisem „odchody”. Czego się śmiejecie. Nie śmiejcie się. Ale to nie była toaleta. Potem zobaczyłem napis „kupa”. Przestańcie się śmiać. Tam też nie było toalety. Później zobaczyłem napis „odbyt”. Ale to też było jakieś biuro. Wreszcie znalazłem drzwi, na których było napisane „kibel”. No to już byłem pewny, że to kibel…

– Nie mów tak brzydko – Jadwiga miała od śmiechu łzy w oczach.

– Ale mamo, tam tak było napisane. Ale to była restauracja, a ja już nie mogłem wytrzymać. No i przybiegłem.

– Zaraz sprawdzę to wszystko w „Rozmówkach polsko-słowackich”, które pożyczył nam pan Zadora – powiedział krztusząc się ze śmiechu Warzyniec.

Zaczął wertować małą książeczkę.

– „Sro” to jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, „odchody” to odjazdy pociągów, „kupa” to kupno, „odbyt” to zbyt, a „kibel” to zachód. 

“Zachód” to “západ”, pajacu, skąd ci się ten kibel wziął… (pewnie z dowcipu o “szukaniu męża na zachodzie”). Reszta się zgadza, ale generalnie dowcipasek na poziomie “tłumaczeń” typu “drevni kocur” albo “szmaticzku na paticzku”.

Dobrze, że dzieciak nie zaczepiał ludzi, mówiąc, że czegoś szuka… 

(I dobrze, że nie pojechali na Węgry, bo jakby zobaczyli szyld “Cipo Ruha” to by umarli)


Pewnie ta restauracja, sądząc po wyglądzie, nazywa się „Dziki zachód” (Divoký západ. Chyba że restauracja nazywa się “Dzikie wiadro”, to owszem, “Divoký kybel”) – Wawrzyniec zamknął „Rozmówki” – No, trzeba nam iść.

– Ten język słowacki, to fajny język – powiedział Albert do Franciszka.


(Konsultacje z języka słowackiego - Peter S.)

(...)


Rodzinka idzie na kawę w Żylinie. 



Usiedli przy stoliku w kawiarence na świeżym powietrzu blisko wielkiej fontanny na rynku głównym. Przeżyli szok płacąc za trzy soki, cztery lody, dwie kawy z bitą śmietaną i szklankę białego wina. Zapłacili bowiem 100 koron – równowartość dwóch ECU, sumy, za którą na Mazowszu można było kupić bilet autobusowy lub bułkę. 

ECU? No tak, powieść z końcówki lat 90., kiedy jeszcze istniała jeszcze taka jednostka rozliczeniowa – nie waluta! – w 1999 zastąpiona przez euro. 



Pijąc kawę i wino, jedząc lody, patrzyli na przechodzących ludzi.

– Może i wyglądają biedniej niż mieszkańcy Unii Europejskiej – powiedział Wawrzyniec ale zobacz, prawie wszyscy są uśmiechnieci i jacyś tacy ludzcy, bliscy. Wielu jest ludzi młodych i w średnim wieku. Wiele matek z małymi dziećmi w wózkach.

– No własnie. Teraz już wiem – powiedziała Jadwiga, gdy już wypiła swoją kawę – na czym polega ta różnica. W porównaniu z Zachodnią Europą czy nawet Mazowszem, gdzie na ulicach przeważają ludzie starsi i zniedołężniali, gdzie aż roi się od bezdomnych, żebraków, wariatów, gdzie ludzkie twarze są smutne, zacięte, w najlepszym wypadku obojętne tutaj jest coś takiego co można nazwać normalnym światem. 

Może to jest PLAN.

Za kilka-kilkanaście lat, jak już europejscy staruszkowie wymrą, a narkomani do reszty się zaćpają, zza gór marszowym krokiem wyjdą hufce młodych, zdrowych Słowaków i zasiedlą opuszczone tereny? 



Ale wiesz. Mam wielką prośbę. Powiedz, że się zgadzasz.

– Wiem, wiem. Chcesz pochodzić po sklepach – Warzyniec był zrezygnowany – Dobrze, tylko nie ciągaj nas ze sobą. My się powłóczymy po mieście.

Ugggghh, jak już MUSISZ, to idźże sobie kupić coś, na co nas normalnie nie stać - tylko mnie w to nie mieszaj.

Ale zauważ – musi go prosić o pozwolenie… Pieniądze też pewnie pan jej łaskawie wydziela, no bo przecież małżonka nie pracuje zawodowo. 


(...)

– Zaczęłam od największego domu towarowego w Żylinie – stwierdziła Jadwiga – I tu przeżyłam pierwszy szok. Słowacja to raj dla kobiet. Mówię ci. Żałuj, że ze mną nie byłeś. Odwiedzałam sklepy w Paryżu, Berlinie, Wiedniu, Londynie. Czarna rozpacz. Wszędzie to samo co w Warszawie.To ten cholerny, totalny globalizm. Nawet nie można zaszpanować przed koleżankami, że coś się przywiozło z samego Paryża. Już dawno straciłam serce do zakupów (ojej!). Do sklepów zaglądam tylko z przyzwyczajenia. Co to za życie? Cóż znaczy życie kobiety bez sklepów z nieznanymi towarami? (Dobrze kombinujesz, autorze - jest niczym, po prostu niczym!) A tu same nieznane towary. I to nie żaden chłam. Czułam się jak w muzeum. Te kołowrotki, te drewniane łyżki, te krosna! Krążyłam jak w transie od stoiska do stoiska. Od sklepu do sklepu. Przymierzyłam chyba ze sto rzeczy. Kupiłam sobie dwie sukienki, trzy bluzki, dwie spódnice, dwie pary butów i różne drobiazgi. A co u was?

– Nie widzisz – Wawrzyniec wskazał na torby, które dźwigali chłopcy.

– Jak wam się podobają słowackie zabawki? – spytała zwracając się do Bazylego.

– Tutaj jest tysiąc razy więcej zabawek niż u nas i są tysiąc razy ładniejsze – powiedział zachwycony.

Może i biedniejsza ta Słowacja - ale za to jaka bogata!


(...)


Kiedy wracają do schroniska, właściciel robi im wykład o historii Słowacji. W skrócie: dzięki temu, że “Słowacja wycofała się z integracji z Unią i rozpoczęła realizację własnego programu narodowego rozwoju” zyskała o wiele większe bogactwo i wyższy poziom życia niż kraje Unii, która jednak, w celach propagandowych, wpompowała w Europę Wschodnią miliardy ECU, aby stworzyć wrażenie, że Słowacja jest krajem – w porównaniu – biednym i zacofanym. 

Czyli Słowacja jest bogatsza… ale biedniejsza, bo biedni sąsiedzi w ramach propagandy dostali ogromne dotacje i stali się bogaci. Nie, nie czekajcie na mnie, zobaczymy się na miejscu. 

Mujborze, jak strasznie rozczarowany musiał się poczuć autor, kiedy w 2004 roku Słowacja przystąpiła do Unii Europejskiej… 

A czy autor jakoś opisał tę strategię rozwoju, dzięki któremu biedny kraj byłego bloku wschodniego stał się europejskim tygrysem gospodarczym? 

No… tak. W skrócie: po upadku komuny prywatyzacja na Słowacji szła powoli i z oporami, więc “zachodnie koncerny przejęły tylko niewielką część słowackiego majątku narodowego”. Następnie, kiedy Słowacja wycofała się z integracji, Unia odpowiedziała “blokadą gospodarczą i naukowo-techniczną”, która wywołała w kraju poważny kryzys. Ale...

Słowacy jednak zareagowali na blokadę niechęcią wobec Unii i zintegrowali się wokół rządzących partii politycznych. Praktycznie cały naród słowacki zaangażował się w budowę nowej, suwerennej Słowacji, co po kilkunastu już latach przyniosło zadziwiająco pozytywne rezultaty. 

Ach, gdyby tylko dynastia Kimów z Korei Północnej też postawiła na takie rozwiązanie! 


– Nie wiedziełem o tym – Wawrzyniec był zaskoczony.

– Słowacja gospodarczo wyprzedziła Czechy i Węgry – mówił zadora – a nawet Polskę, zyskała gospodarczą autonomię, umocniła swoją tożsamość narodową.

Ot, i cała tajemnica!



Miły wieczór przerywa nagłe wtargnięcie przerażonej, zapłakanej staruszki, uciekającej przed synami, którzy chcą ją zabić. Zadora ukrywa kobietę, a synom, którzy wpadają parę minut później, mówi, że poszła w stronę Zwardonia. 

(...)

– No, niech pani wreszcie opowiada. Dlaczego pani synowie chcieliby panią zabić?

– Abo to proszę pana ostatnie dwa lata już marudzili, że ze mnie darmozjad. A wczoraj, gdy myłam po obiedzie naczynia pośliznęłam się wylewając wodę przed domem i nie mogłam się podnieść. Zawieźli mnie do lekarza. Zrobił zdjęcie nogi i założył mi gips, i powiedział, że za stara jestem, że noga mi się już dobrze nie zrośnie, że już będę taka kaleka na zawsze. A później powiedział, żebym usiadła na korytarzu, bo on ma do pomówienia z synami. Chciałam wiedzieć, co też on ma im do powiedzenia i cicho przykuśtykałam pod drzwi i zaczęłam podsłuchiwać, a on im powiedział, że lepiej mnie uśpić, bo już żadnego nie będzie ze mnie pożytku, tylko że za dwa dni, bo musi załatwić papiery, pozwolenie znaczy się. Synowie się ucieszyli i zgodzili. O, niepazerne na emeryturę? No, to i dzisiaj uciekłam, jak poszli na piwo.

Twarde są te góralskie staruszki, co tam dla takiej złamana noga! 

Jak mus to mus. 


(...)

– Ale jak to – wyjąkała Jadwiga – od kiedy to można zabić w majestacie prawa swoją starą matkę. Przecież nawet pojęcie tzw. szerokiej eutanazji czegoś takiego nie obejmuje.

– A, to widzę, że pani nie jest na bieżąco. Miesiąc temu – stwierdził Zadora – wyszło nowe prawo zezwalające na usypianie starych ludzi, którzy ukończyli już osiemdziesiąty rok życia i ulegli jakiemuś wypadkowi czy zachorowali na jakąś chorobę nieuleczalną. Chodzi o to, by ludzie starzy nie byli ciężarem dla swoich bliskich albo państwa. Jak mają swoje pieniądze wystarczające na pokrycie utrzymania i opieki, to mogą żyć, ale tacy i tak uciekają z Europy, bo się boją, że ukatrupi ich jakiś gorliwy zwolennik eutanazji.

Autorze, czemu od razu nie nakazać urzędowo wywalania emerytów na żebry, co się będziemy!

Żebry są za mało szatańskie. 


(...)

Następnego dnia w schronisku pojawia się grupa turystów z Polski oraz, niezależnie od nich, turysta-ksiądz (można poznać po tym, że wędruje w sutannie), który oczywiście wdaje się w rozmowy z naszymi bohaterami i robi im wykład, jak też obecnie wygląda sytuacja Kościoła katolickiego w Europie ogólnie, a “euroregionie Mazowsze” szczególnie. W skrócie: wszystko opanowali masoni i różokrzyżowcy, a Kościół w Europie to:


– Kościół na Zachodzie to, w sensie doktrynalnym, mieszanina protestantyzmu i New Age, a w perspektywie codziennej praktyki, także pomieszanie z poplątaniem, trochę pogaństwa, dużo materialistycznego liberalizmu i szczypta Ewangelii, a przede wszystkim pragmatyzm i chęć przypodobania się wielkim, jak zresztą i małym, tego świata – w konsekwencji ni pies ni wydra.

Nie wiem, jak tam kwestia Niu Ejdżu, masonów i różokrzyżowców, ale ten kawałek o przypodobaniu się wielkim tego świata brzmi bardzo aktualnie. 


Jeden z turystów głośno protestuje przeciwko “wszechobecnym chrześcijańskim bzdurom” i zabiera swoje towarzystwo na piwo. Na miejscu pozostaje tylko młode małżeństwo, a małżonka jest wyraźnie zdegustowana:


(...)


– Heniek, jakie ty masz towarzystwo. Gdybym wiedziała, nigdy nie zgodziłabym się spędzać z nimi wakacji.

– Nie wiedziałem – powiedział mężczyzna bezradnie – Nie wiedziałem, że są tacy. W pracy nigdy nie rozmawiamy o tych sprawach.

– Co z ciebie za katolik, jeżeli nie dajesz świadectwa swojej wierze? – oburzyła się kobieta. – Co to ma znaczyć, że nie rozmawiacie o “tych sprawach”? Ani razu nie zaproponowałeś wspólnej modlitwy przed odpaleniem komputerów? 

– Jakoś nie było okazji – powiedział potulnie mężczyzna i wbił wzrok w podłogę.

– Przepraszam księdza i państwa – kobieta zwróciła się do nas – za tych naszych znajomych. Nie przyznaję się od dziś do nich. Chyba nie będziemy dalej z nimi szli – spojrzała na męża.

– Dobrze, kochanie, ale co im powiemy – mężczyzna był wyraźnie przestraszony.

– Powiedz im, że jako katolik nie zadajesz się z wrogami Kościoła – kobieta była wyraźnie wściekła.

GRUBO. 


– Może lepiej powiem im, że źle się poczułaś i musimy tu zostać – mężczyzna był już wyraźnie w panice – Wiesz, nie chcę, żeby stosunki w pracy źle się układały. Poza tym to może zaszkodzić mojej karierze zawodowej.

– To, co jest dla ciebie ważniejsze. Chrystus czy kariera zawodowa – wściekłość kobiety dosięgała już chyba szczytu – Albo inaczej postawię to pytanie. Powiedz mi jasno i wyraźnie. Co jest dla ciebie ważniejsze ja czy twoja kariera zawodowa?

Czy następne będzie pytanie “Co jest ważniejsze, ja czy Chrystus”?

A w ogóle – pani to gdzie się uchowała, że nie spotkała się z takimi sytuacjami we własnej pracy? Ok, ona widocznie też, jako prawdziwa tradycjonalistka, nie pracuje i pozostaje na utrzymaniu męża. Ale wcześniej, w szkole, w ogóle w życiu? Nigdy nie była zmuszona sama szukać kompromisu albo zacisnąć zęby i ukryć swoje poglądy, że teraz z takim brakiem zrozumienia podchodzi do problemów męża?

Zgodnie z logiką Wawrzyńca, Heniek powinien sprzedać żonie kilka plaskaczy by przestała panikować… 

Gdzie się uchowała? Może na jednej z tych nieistniejących już wsi, z domowym programem nauczania. 


Bla bla, mąż usprawiedliwia się mętnie, że on chciałby dawać świadectwo, ale wie, że jak zacznie, to szef go wyrzuci z pracy i co on ma biedny zrobić, co ma zrobić. Żona ma doskonałe rozwiązanie: 


(...)

– Heniek. To wszystko nieważne. Rzuć w diabły tę pracę. Nie musisz robić kariery. Nie musimy być bogaci. Nie musimy mieć domu z basenem. Załóż jakiś mały interes. Wydawnictwo albo trzaśnij jakiś bestseller. Możemy biedować. Byleś był taki jak przed ślubem. Żebyśmy tylko się kochali. Mieli dzieci. Wychowali je na dobrych Polaków i katolików. A jak nie znajdziesz dobrej pracy, to będziemy utrzymywać te dzieciaki z socjalu od złej Unii. 

– Naprawdę? – mężczyzna miał wyraźnie w oczach łzy – Wiesz, myślałem, że to tobie zależy na tym wszystkim, że oczekujesz ode mnie, iż stworzę ci dobre warunki materialne. To naprawdę wszystko było tylko dla ciebie. Chcesz, to pójdę na górę i splunę im w twarz, a Jackowi dam w mordę.

– Głuptasie – kobieta przytuliła się do niego – Nie musisz nikomu zaraz pluć w twarz ani nikomu dawać w mordę. Ale po powrocie z urlopu złożysz wymówienie? – spytała z niepokojem.

– Oczywiście – mężczyzna przygarnął ją do siebie – Już dawno Zdzisiek proponował mi spółkę, żebyśmy założyli małą hurtownię pod Warszawą. Z klauzulą sumienia, będziemy obsługiwać wyłącznie katolickich klientów. Zaraz do niego zadzwonię. Jest tu telefon? – zwrócił się do Zadory.

Dopiero teraz oboje przypomnieli sobie o naszej obecności.

A tam, przypomnieli, może po prostu lubią robić sceny przy ludziach. 


(...)

– Niewielu księży chodzi dziś chyba w sutannach i modli się publicznie poza kościelnymi budynkami. Ja przynajmniej takiego nie spotkałam – zauważyła Joanna.

Swoją drogą, już sobie wyobrażam, co zrobili pogranicznicy z księdzem! W sutannie! Wybierającym się na Słowację! I jeszcze zamierzającym nocować u tego podejrzanego Zadory!!!

(W ogóle, jakim cudem po takim “gorącym przyjęciu” ktokolwiek decyduje się na wędrówkę po tych okolicach…)


– Ksiądz Adam w ogóle jest nietypowy. Opowiadał nam różne szokujące rzeczy o Kościele mazowieckim – stwierdził Wawrzyniec.

– Skąd się ksiądz taki wziął? – zapytała Jadwiga.

– Rodzice, przede wszystkim matka – ksiądz wstał, dorzucił kilka polan do ognia na kominku i kontynuował – No wiecie, kiedy mamusia i tatuś się kochają, to przytulają się tak mocno… Matka nauczyła mnie całej katolickiej i polskiej tradycji, wpoiła mi miłość do niej. Już jak miałem dwanaście lat mówiła mi o św. Tomaszu z Akwinu, św. Franciszku Salezym, św. Janie od Krzyża, św. Katarzynie ze Sienny i pozostałych Doktorach Kościoła. Pod koniec podstawówki zacząłem czytać ich dzieła. Później matka podtykała mi książki ultramontanów, o. Jacka Woronieckiego, ks. Żychlińskiego, Kosteckiego, Sopoćki.

Jadwiga pilnie notowała. Program domowego nauczania jak znalazł!


– A kim byli ci ultramontanie? – zainteresował się Zadora.

– A to długa historia, na cały wieczór. Może kiedyś wam ją opowiem – ksiądz jakby oklapł. Był już wyraźnie zmęczony.

Czytelnicy odetchnęli z ulgą. 


(...)


Rozdział VI

Dotyk Boga


Rodzina Wawrzyńca stała przed Watykanem. Lipcowe słońce grzało niemiłosiernie. Niebo prawdziwie po włosku błękitne i bez jednej chmurki nosiło jednak na sobie ślady miejskiego smogu.

– Jeszcze tydzień temu, gdyby ktoś mi powiedział, że będziemy dziś stali na placu św. Piotra to roześmiałabym mu się w nos – powiedziała Jadwiga. – Jednak jesteśmy wariaci.

– To nie my jesteśmy wariaci tylko ksiądz Adam i pan Zadora – uśmiechnął się Wawrzyniec – Gdyby ksiądz Adam nie opowiedział nam o Monte Saint Angelo (chodzi chyba o Monte Sant’Angelo) i nie stwierdził, że musimy odwiedzić to miejsce i to natychmiast, a Zadora nie poparł go i nie powiedział, że to byłby grzech, gdybyśmy nie pojechali, to nigdy byśmy się tu nie znaleźli.

A pieniądze na ten niespodziewany wyjazd spadły z nieba, dodatkowy czas tak samo, no i brat Wawrzyńca z pewnością był wniebowzięty, że przez kilka tygodni dłużej będzie doglądał ich gospodarstwa. Przecież karmienie kurek, krówek i koników to sama przyjemność i relaks. 

(No dobra, nie mają krów i koni tylko drób, króliki i kozę oraz pieseła, no ale to też żywina, o którą trzeba dbać.)



(...)

– Papież Jan Paweł X jest już jednak bardzo stary i słaby. 

Znaczy, od czasów Jana Pawła II wszyscy ciurkiem brali te same imiona? Co za brak fantazji, doprawdy. 

Albo Watykan stał się bardziej demokratyczny i teraz wybiera się papieży na max  dwie kadencje, stąd nabili tyle numerków. :P

Tak, na dwie kadencje, jedną dożywotnią, drugą pośmiertną :P


Pod koniec audiencji generalnej głos mu drżał i ledwo podniósł się z miejsca, gdy się skończyła – zauważyła Jadwiga.

– Już dwadzieścia lat jest papieżem. (Cholera, długie te kadencje :p) A nie był wcale taki młody podczas konklawe. Już dawno skończył osiemdziesiąt lat – stwierdził Wawrzyniec – A poza tym tobie też drżałby głos, jakbyś usłyszała okrzyki „Śmierć papieżowi. Niech żyje szatan”.

– To nie pierwszy raz. Poganie nienawidzą papieża, choć on przecież robi wszystko, by go nie atakowali. Tonuje wypowiedzi. Wciąż apeluje o to, by katolicy ich nie drażnili. 

Podejrzewam, że w tak zlaicyzowanym społeczeństwie papież byłby raczej ciekawostką; turyści przychodziliby oglądać audiencję generalną, robili focie i kupowali pamiątki, tak jak oglądają, nie wiem, zegar Orloj w Pradze. 

Obawiam się, że wizja “pogan” niekoncentrujących swojego życia wokół niszczenia katolicyzmu i zajmujących się po prostu swoimi sprawami to zbytnie science fiction dla autora.

Z innej beczki: o jak mnie męczą ekspozycyjne dialogi tego małżeństwa, które nie mają nic wspólnego z tym jak rozmawiają ludzie w związku… 

Jak rozmawiają ludzie w ogóle.


No, chodźmy. Połazimy jeszcze po Rzymie. Pojutrze przecież trzeba nam jechać dalej.


(...)


Szokująca scenka nr 1: na ulicy mężczyzna dokonuje samospalenia, nikt nie daje za to nawet pół faka, dogorywającego trupa okoliczni sklepikarze przykrywają kartonami, żeby im nie odstraszał klientów. 


(...)

Ludzie siedzący na ławkach przed Kościołem obserwujący beznamiętnie tę scenę wrócili do rozmów i lektury gazet. Jadwiga i Wawrzyniec podeszli do tablic pozostawionych przez mężczyznę.

– Co tu jest napisane? – zapytała wzburzona Jadwiga.

– „Unia Europejska to piekło. Rządzi nią szatan” – przetłumaczył Wawrzyniec.

Wstrząsające, po prostu wstrząsające, wyobrażasz sobie? Ci obojętni ludzie są zdolni do wszystkiego, nie wiem, na przykład do wjechania na pełnym gazie w człowieka stojącego przed maską i zwiania z miejsca wypadku, pewnie nawet by się nie obejrzeli za siebie...


(...)


Szokująca scenka nr 2: 

– To jest fontanna Di Trevi – Jadwiga zwróciła się do chłopców – legenda mówi, że ten, kto wrzuci do niej pieniążek wróci tutaj ponownie.

– Daj mamo pieniążek, daj, mamo, mamo – chłopcy zaczęli się przekrzykiwać.

– A to jest Piazza Venezia – jeden z najpiękniejszych ponoć placów świata – Jadwiga patrzyła zachwycona na plac.

Obydwa miejsce dzieli jakieś sześćset metrów, więc wyobrażam sobie Jadwigę, która usłyszawszy “daj pinondz matka” zaciska usta i ciągnie za sobą dzieciaki, by im obwieścić “to jest Plac Wenecki”. Also o gustach się nie dyskutuje, ale w samym Rzymie są co najmniej dwa ładniejsze place. :P


Nagle, gdzieś z bocznej uliczki, wypadła grupa wyrostków w czarnych spodniach i kurtkach. Wszyscy mieli włosy ufarbowane na zielono. Ale to wszyscy, żaden się nie wyłamał z jakimś niebieskim, różowym czy żółtym. To pewnie subkultura skupiona na ekologii i wegetarianizmie.  Podbiegli do jakiegoś młodego małżeństwa z dziecięcym wózkiem. Przewrócili mężczynę i zaczęli go kopać w głowę i brzuch. Jeden z nich uderzył w twarz młodą kobietę. Drugi złapał za rączki wózka i zaczął nim gwałtownie potrząsać. Kobieta zaczęła krzyczeć. Ludzie zatrzymali się i patrzyli. Nikt nie interweniował. Wawrzyniec ruszył w ich kierunku, by pomóc napadniętym, gdy jak spod ziemi wyrosło dwóch włoskich policjantów. Zaczęli pałować wyrostków. Ci, oprócz jednego, uciekli. Kolejna sprawna akcja policji zakończona spektakularnym sukcesem! Policjanci zatrzymali najbardziej agresywnego. W tym momencie z tłumu wyszedł starszy pan z siwa brodą. Zaczął krzyczeć, wyraźnie na policjantów. Wyciągnął z kieszeni jakąś legitymację, podsunął im pod oczy. I dostał gazem. (Przprszm, musiałam)

– Co się dzieje? – zapytała Jadwiga – Co on mówi?

Wawrzyniec, który kiedyś uczył się kilka lat włoskiego zaczął objaśniać:

– Ten z brodą mówi, że jest posłem do Parlamentu Europejskiego. Pokazał swoja poselską legitymację. Mówi, że nie wolno tak traktować młodzieży, że powinno się im tylko delikatnie zwrócić uwagę, że jak się będzie ich traktować brutalnie i ciągać po komisariatach, to odbije się to negatywnie na ich psychice i utrudni im rozwój, że to ich zestresuje. Domaga się, żeby puścili tego chłopaka – Zmyślał na szybko Wawrzyn, który dzięki kiedyśtamtejszej nauce włoskiego rozpoznawał co trzecie słowo.

– To już koniec świata – westchnęła Jadwiga – Chyba go nie wypuszczą.

Policjanci puścili chłopaka. Nawet go przeprosili. Stał chwilę uśmiechając się cynicznie i patrząc prosto w oczy kobiecie, którą przed chwilą uderzył w twarz. Później obrócił się w stronę starszego pana z brodą, który właśnie odchodził, podbiegł do niego i kopnął go w siedzenie. Napadnięci i niektórzy cudzoziemcy zaczęli klaskać. Policjanci stali nieruchomo i uśmiechali się złośliwie. Poseł do Parlamentu wielce zdziwiony odwrócił się trzymając ręką za bolące miejsce. Chłopak plunął mu w twarz i spokojnie odszedł.

– Sprawiedliwości stało się zadość – powiedziała z satysfakcją Jadwiga. 

Fajna historyjka, idealna na anegdotkę opowiedzianą z pełną powagą przez wujka na rodzinnej imprezie, żeby reszta starszych krewnych mogła pokomentować w stylu “co za zwariowane czasy”, “ta dzisiejsza młodzież, kiedyś to pasem, a dziś…”. 


(...)

Bohaterowie oglądają Schody Hiszpańskie. 


– Kiedyś ludzie wiedzieli, co to jest piękno – powiedziała Jadwiga siadając u szczytu schodów i spoglądając w dół.

– To było dawno, bardzo dawno – Wawrzyniec pokiwał głową – już wiek XX zostawił po sobie wyłącznie żelbetonowe i szklane maszkary, których większość wyburzono w następnym wieku zastępując je jeszcze gorszymi potworkami.

E no, bez przesady, po XXI wieku też pozostały piękne zabytki sztuki sakralnej, na przykład bazylika w Licheniu albo Świątynia Opatrzności Bożej!

Jeju, no nie mogę znieść tych ich dialogów. 


– Dopiero we Włoszech można sobie do końca uświadomić, w jakich barbarzyńskich czasach żyjemy, jak barbarzyńska jest Europa już od ponad dwustu lat – Jadwiga wyraźnie posmutniała – zobaczcie chłopcy, to zbudowali ludzie, którzy żyli w kulturze i cywilizacji chrześcijańskiej.

Nie jedźcie nigdy do Indii, w życiu nie wytłumaczycie synom, co to Tadź Mahal. 

A te budynki, o tam, są ruinami, bo ludzie kultury i cywilizacji chrześcijańskiej zdewastowali je, by mieć materiały na budowę swoich kościołów. 


Szokująca scenka nr 3: młody człowiek traci przytomność na ulicy, ale kiedy Wawrzyniec i Jadwiga wzywają do niego karetkę, lekarze uśmiercają mężczyznę – gdyż był bezdomny i nie stać go było na leczenie, a tak to przynajmniej jego skóra przyda się na przeszczepy. 

Tak działa wolny rynek! 

(...)


Podczas zwiedzania Rzymu poznają mówiącego łamaną polszczyzną księdza Mario, syna Polki i Włocha. Ksiądz Mario jest właścicielem dużej posiadłości pod Rzymem, do której zaprasza ich w gości. 


(...)


Wieczorem rodzina Wawrzyńca objuczona walizkami wygramoliła się z bagażowej taksówki pod wskazanym przez księdza adresem. Stali przed wspaniałym renesansowym pałacem położonym w rozległym parku.

Hmm, gdybym był księdzem i chciałbym zorganizować wielkie sex party w stylu starego dobrego bunga bunga, to wybrałbym właśnie takie miejsce. 

A gdybyś był konserwatywnym eurodeputowanym?  


– To nie jest duży dom, tylko książęca rezydencja – zauważyła Jadwiga.

Wawrzyniec zbliżył się do olbrzymiej, zabytkowej bramy i znalazł przy furtce dzwonek. Nacisnął guzik.

Po długiej chwili rozległo się na żwirze zasłoniętej krzewami drogi podjazdowej do pałacu, głośne szuranie i pod furtką pojawił się ubrany w liberię, jakby wzięty prosto z kostiumowego filmu, stary lokaj. (...)

Pałac wyglądał z bliska jeszcze bardziej okazale. Ksiądz Mario wprowadził rodzinę Wawrzyńca do środka.

– Ta doma zbudowal moja pradziadka – wyjaśnił.

No to albo budynek jest tylko w stylu renesansowym, albo ksiądz Mario pochodzi z naprawdę długowiecznego rodu. 


Marmury, dębowe, rzeźbione boazerie, stylowe meble dominowały na parterze. Na górze było bardziej nowocześnie, choć i tu przeważał styl z przełomu XIX i XX wieku.

Secesja? Ładnie. 


– To nazywane sypialnia królewska, urządzona przez moja dziadka. To będzie wasza apartamenta – ks. Mario pokazał Jadwidze i Wawrzyńcowi wielki pokój z łazienką i tarasem z widokiem na park. – Na przeciwko są pokoja chlopców. Zapraszam zaraz na kolacja.

Hm, ciekawe, czy ksiądz Mario tak serdecznie zaprasza do siebie wszystkich przypadkowo spotkanych turystów…? 

Tylko tych, których dzieci wpadną mu w oko. ;) 

(przepraszam, musiałem!)

(...)


– Nie być dobrze. Kościoła jest rozdarta, spoganizowana. Nie ma dyscyplina. Dużo herezja. Dużo głupota. Katoliki zagubione, księża zagubione. Biskupa siedzieć cicho albo też zagubione. Duża piąta kolumna, masoni, New Age, Różokrzyżowca, Transformersa, Pokemona i Hell-o Kicia. Jednak tworzyć się być coraz silniejsza nowy ruch w Kościoła. W nim i biskupa, i księża, i świecka. On nawiązywać do tradycja. On chcieć przeciwstawiać się temu świata, temu struktura grzechu. On chcieć konsekwentna katolicyzma. Ja być w ta rucha.

– A czy ten ruch jest także w Europie Środkowej? Czy jest, na przykład, na Mazowszu? – zainteresowała się Jadwiga.

– On być w całym Kościoła. On nie mieć formalna organizacja. On rodzić się w ludzka dusza. Wy mówić o księdzu Adam. On być na pewno w ta rucha.

Oj, na pewno rucha, rucha. 


(...)


Bohaterowie jadą do Monte Sant’Angelo, gdzie znajduje się – no, zgadnijcie, co?! – tłumnie odwiedzane sanktuarium! 

(Generalnie ja mam wrażenie, że autor opisał po prostu swoje własne wspomnienia z wycieczki po Włoszech, w ogóle nie zadając sobie trudu zastanowienia się, jak sanktuaria i tym podobne miejsca funkcjonują w tym nowym świecie i kto chciałby je odwiedzać). 

W parku spotykają starszego mężczyznę, który okazuje się Amerykaninem polskiego pochodzenia, przedstawia się jako Jan i zaprzyjaźnia się z nimi. Opowiada im o miejscowej tradycji – do miasteczka przyjeżdżają ludzie nieuleczalnie chorzy, by tam umrzeć; on sam przyjechał tutaj dokładnie w tym samym celu. 

Wakacje płyną sobie spokojnie dzień za dniem, rodzinka chodzi po pięknych miasteczkach, uroczych knajpkach, podziwia widoki, je smaczne jedzenie i pije doskonałe wino, i tak trwa sielanka… dopóki panu autoru wtem! się nie przypomni, że przecież świat XXII wieku jest straszny, okrutny i zepsuty do szpiku kości, i trzeba natychmiast na dowód tego dać jakąś Szokującą Scenkę. I tak podczas obiadu w jakieś tawernie zaczepia ich mała dziewczynka, proponując usługi seksualne. Oburzony Wawrzyniec wzywa właściciela… 


– To jego córka – Wawrzyniec ciężko westchnął – Ma dziesięć lat. W tym wieku wolno już przecież, według prawa Unii Europejskiej, prowadzić nieskrępowane niczym życie seksualne. 

O, jakbyś się zdziwił, panocku, jakbyś się zdziwił… 


On jest zadowolony, że córka, choć jeszcze chodzi do szkoły podstawowej, już zarabia. Na początku zbierała w ten sposób na klocki lego. Później jej zarobki stały się tak duże, że zaczęła finansowo wspierać ojca. Ostatnie dni jej nie było, bo z jej usług korzystało stare niemieckie małżeństwo, które przyjechało do Manfredonii na wakacje. Wzięli ją do siebie i byli, jak mówi jej ojciec, bardzo dla niej dobrzy. Nie bili jej jak niektórzy inni goście ani nie zmuszali jej do żadnych okropności, po prostu sobie z nią pofiglowali, tak powiedział i dużo, bardzo dużo zapłacili. Mówił, że za te pieniądze kupi nowe stoły i krzesła do restauracji, i pojedzie z żoną i córką we wrześniu na tygodniowe wakacje do Grecji.

A co sobie kupił za pieniądze od tych, którzy bili i zmuszali? 


– Straszne, co za zezwierzęcenie – Jadwidze wyraźnie było niedobrze, odsunęła od siebie filiżankę z niedopitą kawą – Więcej tu nie przyjdziemy.


(...)

Wawrzyniec w parku rozmawia z panem Janem, gdy wtem!


Nagle, obok nich przebiegł kilkunastoletni chłopak głośno coś krzycząc i dał szczupaka przez barierkę. Wawrzyniec podbiegł do niej i spojrzał w dół. Ciało chłopaka leżało wśród skał roztrzaskane. Z występu, gdzieś w połowie ściany skalnej, spływała krew. Wawrzyniec siadł na ławce blady. Otarł zimny pot z czoła.

– Co to było? Dlaczego on to zrobił? – zapytał pana Jana.

– To już piąty w tym miesiącu – powiedział pan Jan – a chyba czterdziesty z tych, których tu widziałem. To są młodzi sataniści. 

Ale żeś się pan uparł na tych satanistów, naprawdę. 


Każdy z nich ma przy sobie list, że jego śmierć jest dowodem na to, że szatan zamieszkał na Monte Saint Angelo i jest tu wciąż obecny.

A pan Jan wie o tym, bo…? Osobiście obszukiwał trupy? 

Wiesz, grosz do grosza itd., trzeba z czegoś żyć czekając na śmierć. ;) 


– A co na to władze? – Wawrzyniec powoli dochodził do siebie.

– Raz policja interweniowała. Złapała kilkunastoletniego chłopca przed samą balustradą i odwieźli go do policyjnej izby dziecka. Rodzice chłopca, również sataniści, zgłosili się do jednego z posłów parlamentu tego euroregionu. Ten złożył interpelację poselską. Parlament uznał, że policjanci nadużyli swojej władzy i naruszyli prawa człowieka, że naruszyli wolność religijną uniemożliwiając sataniście spełnienia tego, co nakazuje jego religia. Policjanci zostali ukarani, a chłopak i tak dwa dni później roztrzaskał się o skały.

– A jak pan to znosi, no, że tak tu skaczą? – spytał Wawrzyniec – Przecież to straszne.

– Ja? Ja ich jeszcze popycham! 


– Wiesz, widziałem gorsze rzeczy w swoim życiu – powiedział spokojnie pan Jan – ci chłopcy przypominają mi wciąż o tym, że ten, kto nie trwa przy Chrystusie jest zgubiony.

Jak przez tydzień nie zobaczę kolejnego samobójcy, czuję, że moja wiara dramatycznie słabnie. 

Podobnie jak stopień wypchania portfela. 

(...)


Pod wpływem rozmów z panem Janem Wawrzyniec doznaje olśnienia i już wie, co chce dalej w życiu robić:


Możemy przerobić stodołę na dom gościnny, kupić za grosze więcej ziemi (takie wiesz, grosze walające się po kieszeni, co to więcej może kosztować, taka ziemia), uruchomić mały ośrodek katolickiej i polskiej myśli zapraszając do niego w pierwszym rzędzie rodzinę i znajomych, choćby między innymi księdza Adama, Joannę i Henryka, których poznaliśmy w górach. Trzeba by rozejrzeć się w warszawskim środowisku katolickim. Na początek byłaby to taka mała akademia i centrum badawcze zajmujące się myślą Doktorów Kościoła, polskich ultramontanów, filozofów i teologów polskiego okresu międzywojennego i drugiej połowy XX wieku. (...)

Ziemia za bezcen i puste chałupy proszące się o przejęcie w kraju z całą mozaiką przeróżnych religii… Headcanon: ośrodek rekolekcyjny Wawrzyna będzie musiał walczyć z całkiem potężnym rynkiem sekciarskich enklaw, które wyrastają na opuszczonej mazowieckiej wsi jak grzyby po deszczu. 


Powinniśmy doprowadzić do tego, by w Kosewku powstał kawałek Polski, by zamieszkali obok nas ludzie tak samo myślący, posiadający te same cele. 

Wikipedia 2101, hasło “Polska”: “państwo nieuznawane ze stolicą w domu Wawrzyńca, obejmujące tereny prawego skraju wsi Kosewka (euroregion Mazowsze). Pełną niepodległość ogłosiła 11 listopada 2101 r. Jest uznawana wyłącznie przez Słowację i braci Wawrzyńca, którzy sami nie są uznawani za osobne państwa przez większość świata. Formalnie w Polsce funkcjonuje monarchia, w której pełnię władzy posiada papież.”

“W imieniu papieża, który jest daleko, za górami (łac. ultramontanus) na miejscu władzę sprawuje ksiażę Wawrzyniec I Pobożny i jego małżonka Jadwiga Cierpliwa.”


Powinniśmy, z czasem oczywiście, doprowadzić do tego, by w Kosewku powstał Uniwersytet będący nie tylko promieniującym i pączkującym radioaktywnym pierwotniakiem centrum badań i formacji, ale również wzrastającą wciąż wspólnotą, wspólnotą życia, idei i działania, prawdy i Chrystusa, wspólnotą, poprzez którą odbudowałoby się zdrowe, polskie społeczeństwo. (...)

Tu przerwał, lecz róg trzymał. 


Moglibyśmy stworzyć polską gminę w centrum euroregionu Mazowsze, gminę, którą zamieszkiwaliby tylko ortodoksyjni katolicy i prawdziwy Polacy, gminę, w której wszystko, każda piędź ziemi, każdy budynek należałby do nich. 

A słowo stało się ciałem!

https://bezprawnik.pl/katolickie-osiedle/



Na jej terenie byłby nasz katolicki i polski uniwersytet, nasze szkoły podstawowe i szkoła średnia, może radiostacja, może nawet stacja telewizyjna, ale na pewno nasza codzienna gazeta i, może, nawet inne czasopisma (może nawet – strach wymówić to słowo – internet?), gminie, do której ściągaliby Polacy nie tylko z polskich euroregionów, ale również z całej Europy, z całego świata. Później mogłaby powstać druga, trzecia, czwarta taka gmina. Moglibyśmy się rozprzestrzeniać na północ i wschód tam, gdzie ziemia leży odłogiem, gdzie są tak słabo zaludnione tereny. Moglibyśmy się rozprzestrzeniać i powoli, krok za krokiem budować zalążek prawdziwej, wolnej Polski.

Wiadomo, jak Polska to tylko katolicka. Prawdziwymi Polakami nie byli ani Mikołaj Rej, ani generał Józef Bem, ani Józef Piłsudski, ani Adam Małysz… 


(...)

Rodzina udaje się do San Giovanni Rotondo, gdzie – no kto by pomyślał! – prężnie działa sanktuarium ojca Pio. Pielgrzymi tradycyjnie zostawiają przy jego trumnie banknoty, aby “wykupić” sobie łaskę świętego; nasi bohaterowie są zgorszeni tym zabobonem. 


Gdy wyszli z klasztoru zaczęli oglądać stoiska z dewocjonaliami. Na jednym znich zobaczyli, obok oprawionych w ramki zdjęć ojca Pio i plastikowych figurek Matki Bożej, figurki szatana i różne magiczne amulety. Sprzedawca rozpoznał widocznie, że są Polakami po reklamówce z Biedronki, bo zagadał do nich łamaną polszczyzną:

– Matka Boża dobra dla dusza, szatan dobra dla ciało. Wy kupić oba. To wam dać szczęście.

Jakaś kobieta, która stała obok nich już dłuższą chwilę i wyraźnie miała problem co kupić wreszcie się zdecydowała. Wybrała duży krzyżyk i figurkę szatana. Gdy odchodzili pocałowała najpierw nogi Chrystusa, a później kopyta szatana.

Tak, bo przypadkowa turystka z pewnością kupowała jedno i drugie jako przedmiot kultu, a nie po prostu pamiątkę-durnostojkę. 


– No, widzisz. Jest jeszcze gorzej niż mówiłem – powiedział Wawrzyniec.

Poszli zwiedzić miasto. Przed samym centrum zobaczyli duży, piękny, stary park. Był otoczony drucianą siatką. Nad bramą widniał wielki napis PARADISE.

– To znaczy raj – Jadwiga pochwaliła się swoją znajomością języków obcych.

No spoko, w XXII wieku pani jest bardzo dumna, bo zna jedno słowo po angielsku. 


Przy bramie stała oszklona budka, w której siedziało dwóch mężczyzn w białych kitlach. Obok niej stała karetka pogotowia. Przy wejściu był tłok. Przez bramę wchodzili i wychodzili turyści i pielgrzymi śmiejąc się i o czymś zawzięcie dyskutując.

– Musi tam być jakaś wielka atrakcja, kiedy taki tłok. Chodźmy, zobaczymy – stwierdziła Jadwiga.

Weszli. Po całym parku rozstawione były estetyczne pawilony. Dochodziła z nich dyskretna muzyka. Podeszli do jednego z nich. Nad wejściem widniał napis HEROINA. Ze środka wytoczył się młody człowiek o mętnym spojrzeniu i bladej twarzy, i upadł na trawę. Zaraz jednak wstał i pobiegł między drzewa krzycząc dziko. Wawrzyniec i Jadwiga wymienili przerażone spojrzenie. Chłopcy śmieli się nie za bardzo chyba wiedząc, co się tu dzieje. 

Fajne te dzieciaki, takie nie za bystre. 


Zobaczyli drugie wyjście. Szybko poszli w tamtą stronę. Po drodze mijali pawilony z napisami nad wejściem: „LSD”, „KOKAINA”, „EXTASY”, „OPIUM”.

– Ale się wpakowaliśmy – powiedziała Jadwiga – To było piekło a nie raj.

No ale zaraz, jak to działa? Człowiek idzie sobie do takiego parku rozrywki, dostaje działkę heroiny, leci między drzewa krzycząc dziko… a jakiś czas później wychodzi sobie stamtąd świeżutki, dyskutując i śmiejąc się, jakby nigdy nic? Przecież nasi bohaterowie przy bramie nic nie podejrzewali.

W tej karetce muszą mieć jakieś potężne otrzeźwiałki i najwyraźniej są w stanie zafundować gościom trip bez żadnych konsekwencji. 

Medycyna ci u nas w Unii stanęła wysoko, wysoko…  


(...)


Pan Jan opowiada historię swego życia. W skrócie: dorobił się grubych milionów na handlu bronią (wyposażał w nią terrorystów, reżimy i walczące ze sobą afrykańskie plemiona, przyjemniaczek), ale zaraził się jakimś wirusem w Afryce i zostało mu dwa lata życia. Wtedy się nawrócił, całkiem jak sienkiewiczowski Latarnik – dzięki polskim książkom, które dostał w spadku po rodzicach. Spotkanie z Wawrzyńcem uznał za znak od Boga i postanowił przeznaczyć cały swój majątek na realizację jego planów stworzenia “Metanoi”. 

Matko, co to był za wyjazd pełen wrażeń - inwazyjna kontrola na granicy, dwa samobójstwa, uciekająca ofiara przemocy domowej, napad, morderstwo za bycie biednym, zawędrowanie do jaskini narkomanów… No strach jechać na wakacje. 

Ale trzeba przyznać, że po naszych bohaterach spływa to jak po kaczusi; pięć minut po tym jak byli świadkami samospalenia, jakby nigdy nic podziwiają zabytki Rzymu. 

No jak główną reakcją bohaterów na wielkie zamieszki z płonącym miastem w tle jest refleksja, że spędzą rodzinnie czas...


Rozdział VII

Pierwsze przygotowania


Bla bla, w Kosewku zbiera się towarzystwo – rodzina Wawrzyńca, ksiądz Mario, ksiądz Adam i jego przyjaciele, poznany we Włoszech pan Jan oraz małżeństwo kłócące się w schronisku – Joanna i Henryk, a także właściciel schroniska, Zadora. Błyskawicznie wykupują grunty i budynki pod przyszłą działalność fundacji. 


Dom został błyskawicznie, w ciągu dziesięciu dni wyremontowany i zmodernizowany. Większość budynków w Kosewku, jak zresztą w całej gminie, została już wykupiona i należała do zarejestrowanej przez prawników pana Jana w USA Fundacji Metanoja. Fakt, że była to amerykańska fundacja uniemożliwiał władzom Mazowsza i urzędnikom Unii Europejskiej ingerować w jej sprawy, a przede wszystkim ją rozwiązać. 

Aha, czyli doszliśmy jednak do etapu, w którym amerykańskie instytucje są wyjęte spod polskiego prawa? 


Do fundacji należały między innymi wszystkie zbudowane jeszcze w XX wieku, a teraz nieużywane ośrodki wczasowe nad rzeką w samym Kosewku i pobliskich miejscowościach. Najlepszym nabytkiem był trzypiętrowy budynek położony prawie naprzeciwko domu Wawrzyńca, zbudowany jeszcze w czasach PRL-u jako dom wypoczynkowy „Przyszłość” dla wyższych funkcjonariuszy państwowych. 

O proszę. 

W czwartym rozdziale mamy dłuższy fragment dotyczący sielskiego życia na wsi, pominęliśmy go, bo nic ciekawego tam się nie działo. Niemniej ze wszystkich opisów wynika, że Kosewko jest małą, liczącą ledwie kilka domów wioseczką, a dom Wawrzyńca stoi na uboczu, tuż nad rzeką. Słowa nie było o PRL-owskich domach wypoczynkowych. 

Bo były zarośnięte krzaczorami, przez które nic nie było widać. 


Prezesem fundacji został oczywiście Wawrzyniec. Ależ naturalnie. 

Ksiądz Adam starał się o zwolnienie z obowiązków duszpasterskich w swojej parafii i miał zostać kapelanem powołanej przez fundację uczelni, która miała rozpocząć swoje funkcjonowanie w gmachu „Przyszłości”.

Biskup trochę się krzywił, bo teraz najbliższy ksiądz zamiast dwóch musiał obsługiwać cztery parafie, ale oczywiście go zwolnił. 


(...)

Poprzedniego dnia omawiano najtrudniejsze problemy: sprawę kadry naukowej i przyznania statusu prawnego uczelni. Ksiądz Adam potrafił wskazać zaledwie trzech profesorów, dwóch teologów i jednego filozofa, którzy odpowiadaliby przyjętym kryteriom. Wziął na siebie obowiązek skontaktowania się z nimi i przekonania ich do tego, by przenieśli się do Kosewka.

– Szanowny panie profesorze, mam dla pana znakomitą propozycję! Proszę zostawić karierę naukową na uniwersytecie w stolicy i przenieść się do naszej szkółki. Oferujemy świeże powietrze, zdrowe jedzenie, pracę w młodym, dynamicznym zespole i mnóstwo dysput o masonach i różokrzyżowcach. To jak, umowa stoi? 

Wykłady dla maks trzech osób, zapłata w jajach i mleku. 


Problemy te rozwiązał ksiądz Mario, który przedstawił listę dziesięciu odpowiednich profesorów z całej Europy i zobowiązał się ich przekonać. 

No spoko, totalnie widzę, jak do Kosewka przyjeżdżają profesorowie z Rzymu czy Bolonii. 


Stwierdził też, iż może załatwić rejestrację uczelni w jednym z włoskich euroregionów, gdzie miał pewne wpływy. Rejestracja taka, zgodnie z prawem Unii Europejskiej, pociągała za sobą uznanie uczelni na terenie całej Europy. Pojawił się nowy problem. Fakt zatrudnienia w uczelni dziesięciu obcokrajowców uniemożliwiał prowadzenie wszystkich zajęć w języku polskim. 

Och, czyżby piękne plany odbudowy Polski zaczynając od uniwersytetu miały się wykrzaczyć na takiej głupiej przeszkodzie? 


Wprowadzenie jako języka wykładowego języka angielskiego nikomu nie przypadło do gustu. Brrrr, to język pogański, laicki i szatański! Ksiądz Adam zaproponował, by językiem wykładowym była łacina, co zmusiłoby wszystkich, tak wykładowców jak i studentów do perfekcyjnego jej opanowania i co za tym idzie stworzyłoby możliwość do [do] bezpośredniego kontaktu z myślą największych Doktorów Kościoła i świętych.

– Panie profesorze, to zanim pan przyjedzie korzystać z naszego świeżego powietrza, zdrowego jedzenia i uroków pracy w młodym, dynamicznym zespole, stawiamy jeszcze jeden warunek… 

Łacina w XXII wieku jako język wykładowy! Wymóg jej perfekcyjnego opanowania! On naprawdę nie chce, żeby ktokolwiek z tej garstki zainteresowanych się zapisał na te zajęcia. Qualem blennum.


(...)

Przemawia Cyryl, jeden ze starszych braci Wawrzyńca:

– Zwracam też uwagę na to, że moglibyśmy oprócz zajęcia się sprawami wydawniczymi podjąć wszyscy zajęcia dydaktyczne. Ojciec zadbał przecież o nasze wykształcenie i dosłownie nas zmusił do zrobienia doktoratów. Prosiliśmy, błagaliśmy, ze łzami całowaliśmy jego stopy, ale był nieugięty! W związku z tym Wawrzyniec zna świetnie filozofię św. Tomasza z Akwinu, Robert teksty św. Augustyna, Antoni pisał przecież pracę o życiu religijnym człowieka w ujęciu św. Jana od Krzyża i św. Teresy i Avilla, a ja przesiedziałem pięć lat nad tekstami św. Bernarda z Clairvoux. Wiele z tego już na pewno zapomnieliśmy, ale możemy sobie przecież szybko to przypomnieć, a i pogłębić naszą wiedzę. Ja zawsze marzyłem o pracy naukowej.

No proszę, jak to nie należy przejmować się jakimiś bzdurami o zawodach poszukiwanych na rynku pracy. Zawsze się znajdzie nisza dla specjalisty od dawnych mistyków!


– Nigdy o tym nie mówiłeś – zdziwiła się Renata, jego żona.

– Cyryl ma rację, że też ja na to nie wpadłem – Robert był niepocieszony.

– Nie mówiłeś, że masz taką wykształconą rodzinę – powiedział do Wawrzyńca z wyrzutem pan Jan.

– Nie wiedziałem… – powiedział bezradnie Wawrzyniec. – Nikt z nas nie wiedział. Dopiero teraz jakiś głos… nie wiem skąd… nas oświecił. 

– Wszystkim nam to, oprócz – jak się okazało – Cyryla, wyleciało z głowy – stanął w obronie Wawrzyńca Robert. 

Ooooj tam, doktorat – zakuć, zdać, zapomnieć. 


Przez tyle lat byliśmy przecież takimi sobie zwykłymi wyrobnikami – powiedział z wyraźną goryczą.

Ciekawe, co sobie przypomną w następnym rozdziale. Że mają skitrane w piwnicy skrzynie złota po wujku-piracie? 

Który sam został świętym i mają po nim całą kolekcję relikwii drugiego stopnia, w tym galeon. 


(...)

Plany nabierają rozmachu:


– Biorąc pod uwagę tę koncepcję należałoby dostosować także do niej zabudowę i architekturę Kosewka – zamiast akademików proponuję wznieść takie małe stare miasto,  otoczyć je domkami z ogródkami, gdzie mieszkaliby studenci starszych lat w trakcie roku akademickiego, a które latem byłyby swego rodzaju apartamentami pierwszej kategorii, a sale wykładowe i budynki zaplecza tak pomyśleć, aby również stanowiły ozdobę i miały wpływ na ogólną atmosferę miejscowości, jak również mogłyby być w różny sposób wykorzystane latem. 

Tak, zbudujcie od razu też kawiarnie, z trzy budki z ksero i dworzec autobusowy - przecież na nikomu nieznany uniwerek specjalizujący się w katolickiej filozofii z łaciną jako wykładowym będą walić dzikie tłumy! Dzikie tłumy nadzianych studentów gotowych na wynajmowanie całych luksusowych domków z ogródkami!

Och, oni mają jeszcze lepsze pomysły na to, jak uczynić uniwerek samowystarczalnym, a nawet dochodowym. Studenci oczywiście płaciliby czesne, ale dla tych, których nie byłoby stać, przewidziano inne opcje:

Studenci mogliby wykonywać wszelkie prace administracyjne i należące zwykle do tzw. zaplecza technicznego, które nie wymagałyby specjalnych kwalifikacji. Należałoby też pomyśleć o tym, aby Metanoja stała się samowystarczalna lub prawie samowystarczalna w kwestii żywności. Mamy przecież tyle ziemi. Tutaj również zatrudnienie, także poza rokiem akademickim, znaleźliby studenci.

I tak powstała Akademia Rolniczo-Teologiczna, z katedrami Orki na Ugorze, Rzucania Pereł przed Wieprze i Siania Kąkolu w Zbożu. 

(...)


Można by też spiętrzyć wodę w rzece i utworzyć sztuczne jezioro z piaszczystymi plażami i kąpieliskami. Ukształtowanie terenu stwarza do tego świetne warunki. Możemy też przekopać kanały albo jakąś mierzeję, zawrócić bieg rzeki, co to dla nas. Może by jaką górę usypać, byłaby akurat na drogę krzyżową. Warto by też zagospodarować łąki nad Bugonarwią tworząc tam campingi i zmodyfikowaną wersję tzw. Wiosek Radości, które znam z wysp na morzach południowych. Mogłyby one stanowić swego rodzaju drugą strefę, gdzie mógłby przyjechać każdy. Do strefy pierwszej wpuszczalibyśmy tylko za okazaniem świadectwa chrztu i zaświadczenia od proboszcza. Można by tu stworzyć odpowiedni program rozrywkowo-kulturalny, poprzez który upowszechnialibyście w stonowany i delikatny, oczywiście, sposób swoje idee. Zorganizujemy Eurowizję Teolo, gdzie wykonawcy będą śpiewać o nauce Doktorów Kościoła. Festiwal chrześcijańskiej paszy! Na małej i dużej rzece uruchomiłbym rejsy niewielkich płaskodennych stateczków. Mogłyby nawet przywoźić ludzi z Warszawy. Zbudowałbym też kolejkę wąskotorową w stylu końca XIX wieku, która łączyłaby ze sobą poszczególne ośrodki i przechodziła przez najpiękniejsze miejsca okolicy, w których zresztą należałoby zbudować sezonowe kawiarenki, knajpki, hoteliki.

Lepiej znajdźcie szybko te skrzynie złota, bo obawiam się, że majątek pana Jana może nie starczyć. 

Wszystko obmyślili wokół tego uniwerka: krajobraz, architekturę, strefy, kawiarnie-śmarnie, cały park rozrywki - a jaki tam konkretnie ten plan nauczania? No Tomasz z Akwinu, alleluja i do przodu. 

Już chyba wiem skąd inspiracje czerpał ojciec Tadeusz Rydzyk: klik

(...)


Rozdział VIII

Jak grom z jasnego nieba


Pewnego ranka umiera papież Jan Paweł X. Komentatorzy liczą na duże zmiany w Kościele katolickim: 


(...)

Przyszedł najwyższy czas na głębokie zmiany w kościele. I wszystko wskazuje na to, że teraz one nastąpią, że Kościół katolicki przestanie być wsteczną zmurszałą instytucją i dogoni świat. Niezależni watykanolodzy zgodnie przyznają, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że nowym papieżem zostanie znany ze swego liberalizmu i tolerancji amerykański kardynał Bob Karlenberg.

Domyślam się, że to aluzja do jakiegoś znanego nazwiska z końcówki lat 90., ale niestety – nic się tak szybko nie starzeje jak aktualne aluzje. 


(...)

Wawrzyniec siedział w swoim gabinecie i tworzył tygodniowy program zgrupowania kandydatów na studentów (tych całych pięciu), opracowywał schematy rozmów kwalifikacyjnych (Dzień dobry, przyjęty!), sporządzał listy książek, które według niego musiały się znaleźć w bibliotece uczelni. Kłopot polegał na tym, że trzeba było wynająć człowieka, który by krążył po bibliotekach uniwersyteckich i kościelnych, i kserował wskazane pozycje. (Internet nadal nie istnieje). W księgarniach bowiem i antykwariatach nic nie można było dostać poza różnego typu poradnikami, książkami kucharskimi, romansami i kryminałami, i oczywiście literaturą spod znaku New Age.

A spora część tej literatury pochodziła z wydawnictwa naszego Wawrzyńca.

No jak to, nie pamiętamy? “Wydajemy wszystko, co się sprzeda”...!


Swoją drogą, w XXII wieku to już był Very Old Age… 

Odświeżona wersja: Newer Age

(...)


W wiadomościach telewizyjnych pojawia się wywiad z kardynałem Życikiem (o, a tę aluzję rozpoznaję – chodzi zapewne o biskupa Życińskiego, który uchodził swego czasu za niezmiernie światowego i postępowego. Terlikowski w “Operacji Chusta” też go obsmarował), który wyraża nadzieję, że pod przewodnictwem nowego, postępowego papieża, Kościół pozbędzie się swej “zmurszałości” i “zaściankowości”.


(...)


Mówiono, że wreszcie będzie demokracja w Kościele katolickim, że na pewno kobiety będą mogły wreszcie być kapłanami, a homoseksualiści i lesbijki będą mogli związać się sakramentalnym węzłem małżeńskim. 

No proszę, a byłam pewna, że w tym błądzącym, spoganizowanym Kościele, opanowanym przez masonów i różokrzyżowców, już dawno wprowadzono takie regulacje. 


Mówiono o „unowocześnieniu” doktryny katolickiej, zmianach w spojrzeniu Kościoła na wiele kluczowych kwestii moralnych. Jeden z księży powiedział: „Mam nadzieję, że Kościół nie tylko uzna w końcu środki antykoncepcyjne za normalne, moralnie godziwe, środki regulacji urodzin, ale wreszcie zaakceptujeto, że w trudnych sytuacjach należy dokonywać aborcji”.

⁺✧(◕ᴗ◕✿)⁺✧


(...)


W dzień pogrzebu telewizja pokazała wielką manifestację, jaka odbyła się przed Watykanem. Dominowały transparenty – „Umarł król! Niech żyje król!”, „W piekle już się tobą zajmą”, „Niedługo szatan będzie papieżem, a papież będzie jego sługą”.

No ale co takiego zrobił biedny Jan Paweł X, chronił pedofili, czy co… 


(...)


Na ekranie telewizora ukazały się reklamy. Prawie każda z jakimś akcentem klerykalnym. W XXII wieku nic nie sprzedaje się tak jak religia. Na przykład jedna z nich pokazywała monstrualnie grubego kardynała, którego księża próbowali wepchnąć do samochodu. Potem ukazało się na ekranie pudełko z jakimś specyfikiem pomocnym przy odchudzaniu i cienki dziecięcy głosik powiedział: „Nie miałby takich kłopotów, gdyby stosował tabletki odchudzające P65”. W innej, która była reklamą specyfiku mającego zapobiegać niestrawności pokazany był papież, który trzymał się za brzuch i nie mógł powiedzieć słowa, bo mu się odbijało. Po reklamach pokazano teledysk Jacoba Rosenbluma (a jakże), który zaśpiewał pieśń ku czci bogini Gai, w której refrenie powtarzały się słowa: „Papież dla mnie nic nie znaczy, bo dla mnie bogiem jest matka ziemia”.

“I dlatego wyśpiewuję już dwudziestą zwrotkę o tym, jak bardzo nie daję faka”. 


(...)


Okazuje się, że na konklawe zjawia się prawie dwa razy więcej kardynałów niż się spodziewano; 145 zamiast 83, i nikt nie wie, kim są ci dodatkowi. Pojawia się teoria, że papież nominował ich w tajemnicy, tworząc drugą, sekretną strukturę Kościoła. Procedura kościelna dopuszcza taką możliwość: papież może mianować kardynałów in pectore (w sercu), nie ogłaszając ich nazwisk publicznie (np. kiedy mogłoby to narazić nowego kardynała na niebezpieczeństwo). Jednak takiemu kardynałowi przysługują wszelkie prawa – w tym do uczestnictwa w konklawe – dopiero po publicznym ogłoszeniu jego nazwiska. Szukam w opku wzmianki, czy papież Jan Paweł X ogłosił w jakikolwiek sposób oficjalnie nazwiska swoich nominatów, choćby w testamencie, ale nie znajduję – jedynie informacje, że mieli “się ujawnić” po jego śmierci. Hm, jeśli nie było żadnych dowodów na papieską wolę, to z prawnego punktu widzenia byli uzurpatorami.


No ale, legalnie czy nie, wreszcie zostaje ogłoszony wybór: to niejaki kardynał Mario Morro. Cóż się okazuje: to znajomy naszych bohaterów, śmiesznie mówiący po polsku ksiądz Mario!

Prawdę mówiąc, w ogóle mnie to nie zdziwiło. 



Rozdział IX

Szatan nie śpi

Trzyma kredens.


(...)

Bazyli przyniósł stos gazet. Ich pierwsze strony krzyczały wielkimi tytułami: „W Kościele wraca średniowiecze”, „Kontratak katolickiej reakcji”, „Tajny agent ciemnogrodu – papieżem”, „Jan Paweł X okazał się wilkiem w owczej skórze”.

Ej, serio…

Przypominam, że mamy do czynienia ze zlaicyzowaną, obojętną religijnie Europą, gdzie katolicyzm od dawna nie jest wyznaniem dominującym. Kościół ma w mediach pół godziny raz na tydzień. Wybór nowego papieża może i wzbudziłby pewne zainteresowanie jako ciekawy, starożytny zwyczaj, ale aż taką histerię? 


(...)

Nowy papież chce odwiedzić Monte Sant’Angelo, które jest dla niego ważnym miejscem. 


– Jest godzina jedenasta – powiedział komentator telewizji VNV – papieski helikopter trochę się spóźnia. Dwie minuty temu powinien już wylądować.

Pośrodku ekranu ukazała się mała plamka, która szybko zaczęła rosnąć. Widać już było zarysy helikoptera.

– Jest, jest – głos komentatora dotąd spokojny, przybrał ton charakterystyczny dla komentatorów sportowych relacjonujących zbliżenie się piłkarzy pod bramką przeciwnika – za chwilę będzie lądował.

W tym momencie zza łańcucha gór wystrzeliła świetlista smuga. Wzbiła się w niebo, skręciła pod ostrym kątem i zetknęła się z helikopterem. Oślepiający błysk rozświetlił cały ekran telewizora. Za chwilę można było usłyszeć potężny huk eksplozji. Na ekranie pojawił się widok rozlatujących się we wszystkie strony szczątków helikoptera.

– Co za tragedia, co za tragedia – krzyczał komentator VNV – papież nie żyje, wszyscy nie żyją. Co za tragedia.

W jego głosie pobrzmiewała nutka satysfakcji. 



(...)


Tymczasem ktoś podłożył bombę również w samochodzie Wawrzyńca; na szczęście, zanim ten zdążył wsiąść, zawołała go żona i to mu uratowało życie. A dlaczego Jadwiga tak głośno wołała męża?


– Wyobraź sobie, że papież żyje! Nic mu się nie stało! Przyjechał na Monte Saint Angelo samochodem – Jadwiga miała łzy w oczach, tym razem łzy szczęścia.

– Helikopter – zaczął wyjaśniać Antoni – przelatywał koło Foggii, na której obrzeżach na jednym z parafialnych cmentarzy pochowany został ojciec papieża. Papież podjął nagle decyzję, że odwiedzi grób ojca i pomodli się przy nim. Helikopter wylądował na pobliskiej łące. Na cmentarzu papież spotkał starego proboszcza, który w dzieciństwie był jego katechetą, a później spowiednikiem i przewodnikiem duchowym. Papież chciał go ze sobą zabrać helikopterem na Monte Saint Angelo. Gdy okazało się, ze nie ma już w nim miejsca, zdecydował się pojechać na Monte Saint Angelo z tym księdzem jego samochodem. Gdy rakieta trafiła w helikopter byli w nim, oprócz pilota, osobisty sekretarz papieża i nowy rzecznik prasowy Watykanu.

Co za szczęście, że papież jest skromnym człowiekiem, który, jak mu powiedzą, że nie ma miejsca, to nie każe swoim podwładnym wysiadać, tylko pokornie idzie do samochodu. 


(...)


Rozdział X

Drugi wymiar metanoi.


Ksiądz Adam wyjaśnia, w jaki sposób papież przeprowadził swój “pośmiertny zamach stanu”. Faktycznie, tworzył tajną, równoległą strukturę w Kościele, wyświęcając posłusznych sobie biskupów i kardynałów. 


(...)

– Po piętnastu latach takiej konsekwentnej działalności zbudował w Kościele swego rodzaju państwo w państwie, organizację funkcjonującą w ramach Kościoła, która nie ujawniała się przez całe lata przygotowując się w tym czasie do objęcia rządów bezpośrednio po jego śmierci. (...)

Czy w planach były również krwawe czystki zwolenników starego porządku?


Według najbardziej pesymistycznego scenariusza mogłoby się tak zdarzyć, że nagle katolicy dowiedzieliby się, że są dwa Kościoły katolickie i dwóch papieży, tak jak to już miało miejsce w historii Kościoła, i mieliby trudności z rozpoznaniem, który z tych Kościołów i papieży jest, tak naprawdę, tym właściwym.

W sumie – z punktu widzenia zlaicyzowanego społeczeństwa XXII wieku byłaby to burza w bardzo malutkiej szklance wody. 


Ks. Adam wstał. Zrobił kilka skłonów. Spojrzał w niebo.

Sięgnął po hantle. Wycisnął kilka razy. Biceps sam się nie zrobi. 


– Aby tego uniknąć – kontynuował śledząc wzrokiem klucz dzikich kaczek – został opracowany specjalny plan postępowania i powołany przez samego papieża Jana Pawła X specjalny zespół liczący ponad tysiąc osób, działający we wszystkich diecezjach wszystkich Kościołów lokalnych, którego zadaniem byłoby uniemożliwienie buntu przeciwko prawowitej władzy kościelnej i spowodowanie, aby nowy papież panował nad całym Kościołem.

W dzień po wyborze na biurkach wielu biskupów pojawiły się tajemnicze czarne teczki z lakoniczną notatką: “Jeśli nie chcesz, żeby to zostało ujawnione…”


 „My, obecni na tej sali – powiedział do nas biskup Hutka – będziemy spełniać w tym planie kluczową rolę.” Dostaliśmy do dyspozycji ponad pięćdziesiąt telefonów komórkowych połączonych z internetem. 

Cholercia, to PIERWSZA wzmianka w tym opku o istnieniu w ogóle internetu! 


Tą drogą docierały do nas informacje z ponad pięciuset punktów na całym świecie. Były one zakodowane. 

Widzę tych emisariuszy jak przemykają bocznymi uliczkami do szemranych kafejek internetowych, jak oglądając się co chwila przez ramię wklepują kody… W tle motyw muzyczny z Archiwum X. 


Po odkodowaniu ich i odpowiedniej selekcji łączyliśmy je w jeden, znowu zakodowany, pakiet i przekazywaliśmy do centrum dowodzenia mieszczącego się w Rzymie. Stamtąd o każdej godzinie parzystej spływały do nas, również zakodowane, informacje połączone z odpowiednimi instrukcjami, które przekazywaliśmy do kilku tysięcy punktów na świecie.

– Panie majorze, melduję, że odebrałem jakieś podejrzane komunikaty, ktoś ciągle powtarza “Ja osika, ja osika, wzywam sosnę…”

– To nic takiego, kapitanie, to tylko ekolodzy zwołują się na doroczną wege-orgię w Puszczy Białowieskiej. Wracajcie do nasłuchu!


Bla, bla, dalsza długa część rozdziału opisuje powstanie nowej diecezji i takie tam, nic ciekawego. Wszyscy się cieszą, modlą i płaczą, media z oburzeniem relacjonują śmiałe pomysły nowego papieża Leona XIV (hm, dlaczego nie Jana Pawła XI?), Wawrzyniec z nadzieją patrzy w przyszłość, koniec.


Z zapowiadanych dalszych piętnastu tomów powstał jeszcze drugi – “Miłość i zbrodnia”. Według opisu na Lubimy Czytać:
“Jest rok 2100. Unia Europejska - pogańskie superpaństwo nie obejmuje jedynie Słowacji. Kościół katolicki jest słaby, zliberalizowany i zinfiltrowany przez neopogaństwo. Nowy papież chce "przemeblować" Kościół i Europę, doprowadzić do tego, co zdarzyło się w pierwszych wiekach. Między innymi wspiera grupę Polaków, którzy tworzą pod Warszawą enklawę chrześcijaństwa - Metanoję. (...) Służby specjalne Unii Europejskiej robią wszystko, by nie dopuścić do rozwoju Metanoi posuwając się nawet do zbrodni.”

Może to też kiedyś zanalizujemy… 


Z nowo powstałego uniwersytetu analizatorskiego pozdrawia kadra dydaktyczna:

prof. dr hab. niejednokr. przeł. Kura – Rektor Wszechmogący

prof. dr rehab. Kazik – Prorektor ds. Czystości Ideologicznej, Kierownik Katedry Języków Nieodwołalnie Martwych 

prof. dr habemus papam Vaherem – Tajny Prodziekan ds. Dręczenia Studentów


oraz student Maskotek, na traktorze, zgłębiający Tomasza z Akwinu podczas orki.

62 komentarze:

Kuba Grom pisze...

"Przez twe oczy zielone, Szatanie, oszalałem…" - słuchałbym!

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

No przyznam, że brzmi to jak coś, czego napisanie już w gimnazjum uznałam za pomysł zbyt naiwny i jednostronny... I naprawdę wystarczyłoby temu komentarzy o niespójności treści, bez dodatków pod tytułem "Haha ksionc pedofil" i "Ci konserwatyści to wszyscy uciskajo kobiety, ot co!" i innych tego typu, wysnutych nie bezpośrednio z tekstu, a z uprzedzenia (zupełnie zrozumiałego - ja pewnie robiłabym zupełnie nieintencjonalnie to samo z opowiadaniem człowieka o poglądach np skrajnie feministycznych) do prezentowanego przez autora światopoglądu. Generalnie moim zdaniem analizowanie tekstów autora o skrajnie odmiennym światopoglądzie powinno albo w ogóle się nie odbywać albo odbywać bez tego światopoglądu po drodze wyśmiewania i z pewną ostrożnością żeby nie szukać w niektórych miejscach problemów na siłę (co mam wrażenie kilka razy to zaszło), bo w innym wypadku propaguje się postawę "mogę napisać byle chłam, ważne, żeby postępowy!".

Anonimowy pisze...

Ojej, docent doktor Stan Krajski! Legenda Radia Maryja, bojownik od różokrzyżowców i niegrzecznych zup! Jego programy dot. savoir-vivre są klasyką surrealistycznej telewizji - w necie są fragmenty, zainteresowani powinni natentychmiast iść i szukać. Przeczytałam tylko fragment analizy, ale oczywiście, że p. Stanisław pisze o pensjonatach, jest ich fanem wielkim... kiedyś chyba nawet prowadził bloga z recenzjami [pamiętam fotkę, na której wpełzał pod łóżko z sejfem]. <3

fascynujący człowiek, piękna analiza [jestem w połowie]. wracam do lektury!

.ce

Anonimowy pisze...

Ktoś chyba słuchał "mamy butelki z benzyną i kamienie wymierzone w ciebie" opisując zamieszki :)

Anonimowy pisze...

Co za koszmar... świat według ortodoksów. :D

Anonimowy pisze...

Czytając o plaskaczach na uspokojenie, obrażaniu uczyć religijnych satanisty i gorliwych zwolennikach eutanazji musiałam się upewnić, że to oryginalny tekst, a nie wasze komentarze.
Szokujące Scenki są tak szokująco absurdalne, że mam wrażenie, że autor pisał je w swoim PARADISE.

Nefariel pisze...

" I naprawdę wystarczyłoby temu komentarzy o niespójności treści, bez dodatków pod tytułem "Haha ksionc pedofil" i "Ci konserwatyści to wszyscy uciskajo kobiety, ot co!" i innych tego typu, wysnutych nie bezpośrednio z tekstu, a z uprzedzenia"
Ale chwila, jak to niewysnutych bezpośrednio z tekstu? Przecież główny bohater leje żonę.

Anonimowy pisze...

Kurczę, a mi się koncepcja staromodnej, łacińskojęzycznej akademii ukrytej wśród lasów naprawdę podoba. Tylko musiałby to opisać ktoś, kto umie pisać i przede wszystkim stworzyć pełnokrwistych bohaterów zmagających się z przeszkodami na swojej drodze, a nie pan od jedzenia zupy.

Caedmon

RedHatMeg pisze...

Ale wiecie co, to jest taki trochę Period Piece, i nie chodzi mi tylko o to, że w tym tekście internatu nima, choć powinien być w przyszłości.

Mamy tutaj ino wizję dystopii związaną z lękami niektórych Polaków przed wstąpieniem do Unii, z "bezstresowym wychowaniem" młodzieży, z subkulturą metalową (będącą wszak czcicielami szatana) i ogólnie zachodnią zgnilizną jako skoncentrowaną na seksie i przemocy.

Nie powiem, wyszło pokracznie, ale - tak jak w przypadku "Ucieczki z kraju kobiet" - taką skrajnie lewacką, opresyjną wobec każdego, kto myśli inaczej dystopię można by umiejętnie napisać, tylko trzeba by to lepiej przemyśleć. Dzisiaj to nawet lepiej widać, ale nie u nas, tylko w Ameryce. Taka dystopia wpasowałaby się w cancel culture, w przymykanie oczu na przewinienia bardziej lewicowych polityków, czy w ludzi głoszących tolerancję, ale jednocześnie twierdzących, że pewne grupy są z gruntu złe, bo ich przodkowie kiedyś dopuścili się zbrodni. Dystopie wszak polegają na tym, że zauważa się pewien niepokojący trend w społeczności, a potem pokazuje jakby wyglądał świat, w którym ten trend doprowadzony by został do skrajności. Do tego potrzebna jest o wiele szerszy ogląd niż to, co zaprezentował pisak.

Ale tekst o obrażonych uczuciach religijnych zapewne specjalnie miał zabrzmieć absurdalnie, bo autor chciał pokazać, że tu takie paradoksy są.

Anonimowy pisze...


Szczerze mówiąc, żenująca bzdura. Facet wymusza swoje widzimisię,bije żonę,a dalej jest tylko gorzej.
Ciekawe,jak by sobie poradził dzielny autor na wsi, jakby musiał zabić i obrać kurę....Albo uczyć dzieci..hehe ..o ewolucji?

Chomik

Anonimowy pisze...

Uwielbiam te mroczne dystopie, w których Kościół jest tak okrutnie prześladowany, że aż nikt nie robi bohaterom problemów z powodu studiowania na katolickiej uczelni.
Może to było tajne nauczanie, bo Biedna Prześladowana Prawica musiała ukrywać chęć zgłębiania nauk Kościoła Katolickiego?

“Na pokuszenie” - gorący XIX-wieczny romans o zakonnicy przeplatany przepisami na ciasta siostry Anieli
Czytałbym :P

Spiker mówi szybko podnieconym głosem.
(...)
Spiker jąka się z przejęcia.
(...)
Spiker mówił powoli, uroczyście, zgnębionym tonem
(...)
– Jest, jest – głos komentatora dotąd spokojny, przybrał ton charakterystyczny dla komentatorów sportowych relacjonujących zbliżenie się piłkarzy pod bramką przeciwnika – za chwilę będzie lądował.

Czy nikt w tym ksioopku nie potrafi relacjonować wydarzeń normalnym tonem?

Dzieci uczyłby miejscowy druid
E tam, jakie dzieci? Druid wykładałby na tej ukrytej łacińskojęzycznej uczelni.

Mamy Rudego. Kupilibyśmy jakiegoś obronnego psa. Mam pistolet gazowy. Jakbyś chciała, to sprawiłbym sobie normalny.
To trochę brzmi tak, jakby chciał mieć obronnego psa zamiast Rudego...

Od rozpoczęcia rozruchów nie wychyliliśmy nosa z domu. Biedny Rudy załatwiał się na balkonie.
Chyba mimo wszystko lepsze to, niż ryzykowanie, że psu coś się stanie.

Uświadomiłem sobie, że jest nieprzytomny. W tym momencie wbiegła do kuchni Jadwiga. Zatrzymała się nagle, zbladła, zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Uderzyłem ją kilka razy w twarz otwartą dłonią. Natychmiast oprzytomniała.
Gdyby aŁtor zadał sobie trud przedstawienia jego przeżyć wewnętrznych w tamtym momentcie - taka reakcja byłaby nawet wytłumaczalna tak, żeby czytelnik nie znienawidził bohatera na wejściu. Jego Wysokość Wawrzyniec I zobaczył swoje dziecko, nieprzytomne (i ranne?), nie mając pojęcia, co zrobić - spanikował, następnie wpadła tam jego żona, jeszcze bardziej spanikowana od niego, więc on próbował radzić sobie w tej sytuacji, jak tylko umiał - a że NIE umiał, to już inna sprawa... A później przepraszałby żonę, że stracił głowę i postąpił jak skończony idiota.

To dla nich idealne miejsce. 50 km od Warszawy, 3 km od Pomiechówka. Dom w niezłym stanie. Wszystkie wygody. Sad, ogród, 2 hektary ziemi.
Boru, jakie te wszystkie dokładne wartości są irytujące.

Jeśli chcemy żeby Polska była Polską musimy, oczywiście na swój własny sposób, powtórzyć wiele ich posunięć, skorzystać z ich doświadczeń.
Z braku Czech oddzielimy się od Wielkopolski.

Nie no, od drugiej połowy wsi.

– Głuptasie – kobieta przytuliła się do niego – Nie musisz nikomu zaraz pluć w twarz ani nikomu dawać w mordę. Ale po powrocie z urlopu złożysz wymówienie? – spytała z niepokojem.
– Oczywiście – mężczyzna przygarnął ją do siebie – Już dawno Zdzisiek proponował mi spółkę, żebyśmy założyli małą hurtownię pod Warszawą.

...to było pisane na serio? O.o

Swoją drogą, już sobie wyobrażam, co zrobili pogranicznicy z księdzem! W sutannie! Wybierającym się na Słowację!
Może sutannę założył już po przekroczeniu granicy?

na dwie kadencje, jedną dożywotnią, drugą pośmiertną
Pośmiertna kończy się z chwilą rozkładu.

Wpis na Wikipedii o Polsce 2101 jest cudny.

No ale co takiego zrobił biedny Jan Paweł X, chronił pedofili, czy co…
Niewątpliwie stosował nadwiślański styl menadżerski.

Bazyli przyniósł stos gazet. Ich pierwsze strony krzyczały wielkimi tytułami: „W Kościele wraca średniowiecze”, „Kontratak katolickiej reakcji”, „Tajny agent ciemnogrodu – papieżem”, „Jan Paweł X okazał się wilkiem w owczej skórze”.
Ej, serio…
Przypominam, że mamy do czynienia ze zlaicyzowaną, obojętną religijnie Europą, gdzie katolicyzm od dawna nie jest wyznaniem dominującym. Kościół ma w mediach pół godziny raz na tydzień. Wybór nowego papieża może i wzbudziłby pewne zainteresowanie jako ciekawy, starożytny zwyczaj, ale aż taką histerię?

Wydaje mi się, że po prostu potraktowali to jako sensację, tak jak dzisiaj traktowałoby się na przykład jakieś szczególnie szokujące wiadomości o sektach.

Kżyżak

Hrotgar pisze...

To jest tak durne, że byłoby śmieszne, gdyby nie było horrendalnie nudne. Nic się tu kupy nie trzyma, aż ciężko uwierzyć, że ktoś z pełną powagą pisze takie głupoty.

RedHatMeg pisze...

"Gdyby aŁtor zadał sobie trud przedstawienia jego przeżyć wewnętrznych w tamtym momentcie - taka reakcja byłaby nawet wytłumaczalna tak, żeby czytelnik nie znienawidził bohatera na wejściu. Jego Wysokość Wawrzyniec I zobaczył swoje dziecko, nieprzytomne (i ranne?), nie mając pojęcia, co zrobić - spanikował, następnie wpadła tam jego żona, jeszcze bardziej spanikowana od niego, więc on próbował radzić sobie w tej sytuacji, jak tylko umiał - a że NIE umiał, to już inna sprawa... A później przepraszałby żonę, że stracił głowę i postąpił jak skończony idiota."
Ja mam wrażenie, że ta scena spoliczkowaniem miała być jedną z tych, które czasem jeszcze się trafiają w filmach, mianowicie: jedna postać panikuje lub histeryzuje, a sytuacja jest taka, że nie można sobie na takie rzeczy pozwolić. Tak więc druga postać uderza drugą, aby sprowadzić ją na ziemię...
Tylko to się robi, kurwa, RAZ. Jeden policzek, postać ocucona, można iść dalej. Autor najwyraźniej się nie kapnął, że to tak działa.

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

A, faktycznie, mój błąd :/ niemniej to o księdzach podtrzymuję - ani to tam potrzebne, ani specjalnie śmieszne (chyba, że kogoś bardzo śmieszy oskarżanie kogoś o różne paskudztwa tylko dlatego, że ktoś z jego grupy społecznej takiego paskudztwa się dopuścił. Może więc dorzućmy kilka żartów z serii "wszyscy czarnoskórzy to złodzieje"... Albo lepiej, przecież wiele przypadków pedofilii jest homoseksualna, zacznijmy za każdym razem śmiać się z gejów, że pewnie mają ochotę na małych chłopców! A jeśli to nie jest śmieszne (bo nie jest) to czemu stosowanie tego samego w stosunku do księży nagle jest? "bo oni sobie wybrali że będą księżmi..." No dobra, to feministki! Wszystkie to szalone faszystki które mężczyzn to najchętniej by wybiły! Musi tak być, bo przecież są głośne przypadki feministek które tak uważają... Prawda?) przepraszam za to, ale mam wrażenie, że ludzie zapominają, że" żartując" tak z księży oskarżają o pedofilię spirą grupę ludzi w której ogromna większość jest niewinna.
A powyższa ksiunżka naprawdę nie potrzebuje wypełniania analizy tego typu treściami na siłę - w samym tekście jest wystarczająco dużo głupot żeby komentarzy było gęsto.

Nefariel pisze...

*ziew* Nie, ani homoseksualiści, ani czarni, ani nawet feministki nie są jednolitą, ściśle zhierarchizowaną organizacją po cichu przyzwalającą na pedofilię. Kościół nią jest. I takie żarty nie są "wypełnianiem na siłę", tylko czymś, co samo się ciśnie na myśl przy czytaniu produktów o biednych uciśnionych chrześcijanach. No tacy oni biedni i uciśnieni, że stoją ponad prawem.

Vaherem pisze...

Do komentarze Nef dodam tylko to: https://aszdziennik.pl/131547,kuria-z-wroclawia-chciala-65-tys-zl-od-ofiary-ksiedza-pedofila

Tak, to aszdziennik, ale sytuacja jest prawdziwa. Kolejna odsłona tego jak KK walczy z pedofilią. Episkopat temat praktycznie olewa. KK broni życia od poczęcia, szkoda tylko że jakoś nie obchodzi go co się dzieje z życiem takiej ofiary. Księża-pedofile są przenoszeni do innych parafii, albo co ostatnio modniejsze - za granice, np na Ukrainę. Dodajmy całkowita bierność państwa rządzonego przez PiS w tej materii...

Naprawdę, te żarciki nie muszą wszystkich śmieszyć, ale nie mówcie mi że KK sobie na nie nie zapracował, ani też że dzieje mu się z tego powodu jakaś straszna krzywda.

Anonimowy pisze...

Mokry sen Stasia K. AD 1999
Ciekawe, czy w grudniu 2020 pan Stanisław dalej cieszy się z płonącego Śródmieścia i bezradnej (wobec mięśniaków) policji?

DocHunter pisze...

>Może więc dorzućmy kilka żartów z serii "wszyscy czarnoskórzy to złodzieje"...

Ziomeczku, można przestać być chrześcijaninem albo wymagać od chrześcijańskich duchownych uczciwości. Twoje porównanie jest więc hipokryzją...

>Albo lepiej, przecież wiele przypadków pedofilii jest homoseksualna, zacznijmy za każdym razem śmiać się z gejów, że pewnie mają ochotę na małych chłopców!

Przecież to właśnie robisz - Kościół Katolicki promuje ohydne, nienawistne kłamstwo, że geje odpowiedzialni są za molestowanie, a ty je szerzysz. Wbrew oficjalnym naukom kościoła katolickiego, osoba mająca pociąg do dzieci płci męskiej może go nie czuć do dorosłych mężczyzn.

>ludzie zapominają, że" żartując" tak z księży oskarżają o pedofilię spirą grupę ludzi w której ogromna większość jest niewinna.

Przecież nie jest - przystępując do pedofilskiej mafii nie jesteś niewinny, bo czerpiesz profity z działalności mafijnej.

kura z biura pisze...


Z decyzją zostania księdzem jest trochę tak, jak ze wstępowaniem do policji - człowiek może to zrobić powodowany najlepszymi, najszczerszymi intencjami, a ocknąć się jako część opresyjnej struktury, która zamiast chronić słabszych, to ich gnębi, a chroni jedynie swoich.
To fakt, za brud, który się do nich przykleja, uczciwi księża mogą podziękować swoim biskupom. Również sporo księży, którzy sami nigdy nikogo nie skrzywdzili, winnych jest przynajmniej milczenia.
Ale z drugiej strony, założenie, że ludzie wstępują do seminariów, bo liczą na "profity z działalności mafijnej" jest jednak grubym uproszczeniem. Znów nawiązując do policji: pewnie są tam tacy, co wstąpili, bo lubią się popisywać przemocą i marzą o pałowaniu demonstrantów. Ale jest też sporo takich, co chcą łapać bandziorów i chronić ofiary.
I to jest fakt, należy wymagać od jednych i drugich (znaczy, i księży, i policjantów) uczciwości i zachowania się zgodnie ze swymi szczytnymi zasadami, a nie ukrywania brudnych praktyk.

RedHatMeg pisze...

Kura ujęła to najlepiej.

A wracając do prześladowań chrześcijan - takowe są w dzisiejszym świecie i to nawet takie naprawdę potworne, ale zwykle widoczne są raczej tam, gdzie chrześcijanie są mniejszością (Chiny, Pakistan, Arabia Saudyjska...). Niemniej jednak zdarzają się przypadki w krajach zachodnich, gdzie np. demoluje się albo wysadza kościoły. Na te bardziej dosadne prześladowania zwykle nie zwraca się na Zachodzie uwagi (pomijając, być może, bombę w kościele egipskich koptów), a czasem nawet trafiają się jacyś ludzie, którzy albo twierdzą, że chrześcijaństwo nie jest prześladowane, albo uważają, że te prześladowania są usprawiedliwione, no bo na Zachodzie chrześcijaństwo się panoszy i w ogóle.

Tak więc dzisiaj można by było zrobić sensowną dystopię/komentarz, mając te fakty na uwadze. Sama dawno, dawno temu myślałam o tym, jak mogłaby wyglądać antyteistyczna dystopia, gdzie religia uważana byłaby za zło wcielone, zabobony itd., i choć mało z tego wyszło, dowiedziałam się, że kiedyś nawet napisał taką dystopię i choć brzmi ona trochę podobnie do tego, co widzimy tutaj (plus jeszcze przychodzi Antychryst), to jednak chciałabym ją przeczytać i sama się przekonać jak wyszła. Nosi tytuł "Lord of the World", a jej autorem jest Robert Hugh Benson.

Anonimowy pisze...

Ach, aż mi się łezka zakręciła w oku na wspomnienie szatanistycznej młodzieży z zielonymi włosami na superheavymetalowych koncertach :D Dzisiejsze nastolatki nie wiedzą, jak to jest być omenem upadku ludzkości i zbierać krzywe spojrzenia od takich panów Stanisławów za fioletowe pasemka lub koszulki "pogańskich" kapel ;)

Bardzo ciekawa kapsuła czasu konserwatywnych paranoi, czytając analizę porównywałem to do Ucieczki z Kraju Kobiet i strrrrrrasznych scenariuszy, które tam wymyślano. Mentalność się zmienia, zmieniają się obyczaje, ale głęboka kujowość dzieł tworzonych li i jedynie ku nakarmieniu syndromu oblężonej twierdzy pozostaje taka sama.

Van

Unknown pisze...

Akurat postępowe chłamy też tu były analizowane, np. 365 dni

Anonimowy pisze...

Story time!
1. "Obraził uczucia religijne gościa od Wf-u, który jest satanistą" szybki flashback do drugiej klasy szkoły podstawowej, gdzie babka na zastępstwie wywaliła z sali dwóch chłopaków, bo oboje mieli piórniki z Harrym Potterem, i prymuskę, bo na jej koszulce był (była?) Hello Kitty i miała długopis z jednorożcem (prymuska, nie diabelski kotek). Plus, cała trójka dostała uwagi.
2. (już nie story ☹) Naprawdę ktoś jeszcze czuje się urażony wspominaniem o pedofilii w Kościele? Przez lata winnych przenoszono do innych parafii, nie dbając zupełnie o ofiary. I to nikomu nie przeszkadzało. Ale wspomnieć o tym, że pedofile w kościele istnieją i nagle odzywa się tłum oburzonych. Nie wszyscy księża są pedofilami (no ja nie jestem, na przykład), ale udawanie, że nic się nigdy nie stało i teraz powinniśmy siedzieć cicho i o tym nie wspominać jest złe.
3. Do Unknown: moja kuzynka twierdzi, że to nie jest postępowy chłam, tylko tradycjonalistyczny jedynie owinięty w papierek postępowego. Mógłby ktoś poprzeć albo zaprzeczyć jej tezie? Jakoś nie mam ochoty tego czytać.
Gabryjel

kura z biura pisze...

@Gabryjel:
Chłam jest "postępowy" w takim sensie, że bohaterka jest wyzwolona seksualnie i nie krępuje się pod tym względem w najmniejszym stopniu. A tradycjonalistyczny w takim, że nie widzi siebie w żaden inny sposób jak tylko u boku bogatego mężczyzny, który będzie jej zapewniał luksusowe życie; nie ma żadnych własnych pragnień i planów poza złapaniem takiego, a jeśli ten ją zawiedzie, to wymianą go na lepszy model.

ZaKotem pisze...

RedHatMeg: Stworzenie spójnej dystopii antyreligijnej jest możliwe i nawet dosyć proste zważywszy, że taka dystopia... istniała. Wystarczy pożyć trochę źródeł na temat życia w ZSRR, w szczególności w latach 20-30. I na przykład to życie zupełnie nie wyglądało tak, że można było sobie założyć księgarnię albo wydawnictwo i za jego pomocą szerzyć dowolną imperialistyczną wrogą ideologię. Nawet w czasach NEPu. Porażająco śmieszne jest to, że ałtor chce przedstawić Prześladowany Kościół, ale jedyne, co mu się kojarzy z prześladowaniem, to niedawanie na tacę miliardów piniędzy podatników. Stworzeni przez jego wyobraźnię Źli nie wpadają nawet na oczywisty pomysł zamknięcia szkół katolickich.

Problem z foliarzami jest taki, że oni łykają wszystkie dowolnie sprzeczne ze sobą teorie, byle tylko były spiskowe. Dla nich Ziemia może być równocześnie płaska i być wnętrzem kuli, na jedno wychodzi, bo NASA kłamie. I tak jest w przypadku Ałtora. Jewropa jest zła, bo to kraj niewyżytych staruszków, ale Jewropa jest zła, bo tam młodzi zabijają babcie. Jewropa jest zła, bo doprowadza do nędzy, ale Jewropa jest zła, bo pompuje piniądze do biednych krajów i w celach propagandowych je wzbogaca. Jewropa jest zła, bo wszyscy tylko siedzą na zasiłkach i drapią się w dupe (dziwne, że nie ma: i bachorów stado robią dla zasiłków), ale Jewropa jest zła, bo zmusza ludzi do gonienia za mamoną i karierą i człowiek nie ma nawet czasu, żeby żonie czule dać w pysk. Jewropa jest złym państwem policyjnym, ale policja jewropejska nie ma nawet broni do walki ze zorganizowanymi bandytami (a może to Żołnierze Wyklęci, ci Aniołowie Śmierdzący?) a każdy obywatel najwyraźniej może se kupić pistolet. Rozpiwszechnia się w Jewropie satanizm, a sataniści najwyraźniej sami eliminują się z doboru naturalnego przed osiągnięciem dojrzałości, bo to im nakazuje ich religia.

Ałtor te wszystkie sprzeczności jest w stanie przedstawić niemalże w jednym akapicie i nie wiadomo czemu Bóg Stwórca Logiki go pieronem z jasnego nieba nie pieprznął. Ale może mu za karę tylko rozum odebrał.

Ethlenn pisze...

Mam podejrzenia, że imię i nazwisko Ałtora to pseudonim artystyczny naszego miłościwie nam panującego ministra edukacji...

Anonimowy pisze...

To ja się tylko przyczepię:
Zwardoń, Żywiec, Milówka i okolice to Beskid Żywiecki, a nie Sądecki :)

Anonimowy pisze...

@ZaKotem:

Myślę, że źródłem tej niespójności jest to, że autor chciał przedstawić UE AD 2100 jako taki totalitaryzm w białych rękawiczkach, gdzie teoretycznie wszystko wszystkim wolno, ale w praktyce chrześcijanom łatwo spotkać się z pozwem za naruszenie uczuć religijnych (przez noszenie medalika na własnej szyi...) albo z ostracyzmem i łatką fundamentalisty.
No, ale nie potrafi pisać i dlatego w praktyce wychodzi okrutny totalitaryzm, gdzie możesz sobie spokojnie wyjechać za unijną granicę, bez żadnych wiz, wizyt w ubecji albo ubiegania się o paszport, a szkoły i uczelnie katolickie działają bez przeszkód.

@Ethlenn

A nie, to jest realna i w pewnych kręgach całkiem znana postać, publicysta Radia Maryja.

Caedmon

Anonimowy pisze...

Krystu... Jak mi jest przykro jak czytam takie teksty. Wyłapuje miejsca, w których wedle zamysłu autora mam zapłonąć świętym oburzeniem, rozpłynąć się we współczuciu, zostać ujętą szlachetnością bohaterów albo coś innego, szczytnego i wzniosłego. A ja nie robię nic z tego, bo chce mi się płakać ze śmiechu nad naiwnością autora. A potem stwierdzam, że nie powinnam się śmiać, powinnam współczuć autorowi, ma przekichane. Musi wytrzymywać sam ze sobą w świecie, którego nie rozumie ni w ząb.

HAL-9000 pisze...

Bardzo męczące to "dzieło", nie chciałabym czytać go bez analizy.
Zastanawia mnie ilość tych staruszków na zachodzie, co to się nimi młodzi "Polacy" opiekują (przez co "kraj" się wyludnia), w dobie wszechobecnej i, zdaje się, nawet popularnej eutanazji.
Swojego czasu byłam wielbicielem dystopii i maniacko czytałam tego rodzaju książki jedna po drugiej - to co czytam nie brzmi dla mnie jak dystopia. Mam wrażenie, że nawet koło żadnej nie leżało. O ile sam zamysł nie jest zły, taki alternatywny świat moralnie upadłej, "totalitarnej" Unii Europejskiej - o tyle wykonanie mnie nie przekonało. A już dobiło mnie skupienie wokół katolicyzmu. Nie dlatego, że razi mnie obronny stosunek tej książki do KK, po prostu nie lubię ciągłego skupiania się na jednym tylko motywie. Chętnie przeczytałabym wizję świata opartą na założeniach autora - tylko obejmującą wszystkie aspekty codzienności i rzetelnie komentującą widzianą rzeczywistość.
Ale za analizę bardzo dziękuję, cieszę się że mogłam ją przeczytać. Serdeczne pozdrowienia dla autorów analizy a także dla całej Niezatapialnej.

Kuba Grom pisze...

Tego rodzaju dystopie da się sensownie przeprowadzić, ale nie wtedy, gdy są rozpięte na takim zerojedynkowym kontraście między Naszą Dobrą Ideologią a Ich Złą Ideologią. I nie wtedy, gdy autor tak bardzo chce przeprowadzić parabolę do znanych mu idei, że poświęca na jej rzecz realizm. To mi przypomina trochę dystopię z jednego z opowiadań Vonnegutta o państwie, gdzie w ramach wyrównywania szans silni nosili na ciele ciężarki a piękni maski. Tylko że tam było czuć, że to w pewnym sensie parodia na temat dystopii a nie coś podawanego serio.

Nefrusobek pisze...

Nie mam własnych komentarzy, więc wypiszę wasze najlepsze:

"Staruszkowie mrą na ulicach jak muchy." Zapewne padając na bruk po całonocnych balangach, gdzie wciąż byli młodzi duchem.

Za "Obcego" i "Predatora", Kuro - <3

Ta rekonstrukcja historyczna trochę się wymknęła spod kontroli.

"Wyciągnął z kieszeni jakąś legitymację, podsunął im pod oczy." I dostał gazem. (Przprszm, musiałam)

Jak przez tydzień nie zobaczę kolejnego samobójcy, czuję, że moja wiara dramatycznie słabnie.
Podobnie jak stopień wypchania portfela.


Wikipedia 2101, hasło “Polska”: “państwo nieuznawane ze stolicą w domu Wawrzyńca, obejmujące tereny prawego skraju wsi Kosewka (euroregion Mazowsze). Pełną niepodległość ogłosiła 11 listopada 2101 r. Jest uznawana wyłącznie przez Słowację i braci Wawrzyńca, którzy sami nie są uznawani za osobne państwa przez większość świata. Formalnie w Polsce funkcjonuje monarchia, w której pełnię władzy posiada papież.”

"Szatan nie śpi"
Trzyma kredens.


Ałtor wywodzi się chyba z tej samej szkoły myślenia, co ten od koniołaków. Poziom przesadyzmu i wielkosprawizmu ten sam.

Swoją drogą - opko religijne to chyba nowość na tej stronie.

MM pisze...

''rodzina Wawrzyńca objuczona walizkami wygramoliła się z bagażowej taksówki'' - Czyli... to było dwoje dorosłych, kierowca i dwójka (trójka?) dzieci w nieokreślonym wieku, tak? A podróżowali 'na pace', siedząc na swoich własnych walizkach, pełnych rzeczy na zagraniczną podróż oraz pamiątek? Jak wyglądają bagażowe taksówki? W jakim wieku są te dzieci? Pominęliście jakieś oczywistości czy to autor nie ogarnia i wyobraża sobie idealnie zdyscyplinowaną katolicką rodzinę, z gatunku tych, które w TvTrwam prezentują? (No wiecie, milcząca żona zajmująca się 5 dzieci, które są nauczane w domu i to głównie Pisma. Tak, był taki wywiad kiedyś w tv.)

A skoro mowa o rodzinie. Możecie mi powiedzieć o co kaman z tym beksą-Bazylim? To jakieś ulubione dziecko, czy jedyne, które potrafi się komunikować także słowem, a nie tylko płaczem? I co z Rudym zrobili wyjeżdżając na wakacje? Wspominają o nim jeszcze kiedyś?

''Nie mówiłeś, że masz taką wykształconą rodzinę'' - Więc.. Ojciec posłał wszystkich trzech synów, by zrobili takie same doktoraty na katolickiej uczelni z teologii i filozofii itp.? A potem zatrudnił ich we własnym wydawnictwie, bo doskonale wiedział, że z takim wykształceniem będą bezużyteczni i prześladowani? I mimo, że poświęcili na to całą swoją młodość, żadna z ich żon podczas poznawania się itd. nie zapytała kim w ogóle są, tak no.. z zawodu, wykształcenia i co robią w wolnym czasie? A nawet jeśli któraś zapytała to zapomniała o całej tej przeszłości, bo... Imperatyw jej kazał?


Nie mogę się doczekać, kiedy pod wpływem tej lektury wszyscy mężczyźni, pracujący z przymusu dla kobiet, na niechcianych stanowiskach, rzucą pracę i wyprowadzą się na wieś i zaczną żyć z małych, rodzinnych spółek, robiących tylko odpowiednie rzeczy w odpowiednim gronie zaufanych osób o takich samych poglądach. Za małe, ale zgodne z sumieniem pieniądze. I zaczną za nie utrzymywać wielodzietną rodzinę. Z niepracującymi żonami. Może przy okazji zrobią doktoraty z filozofii i przygarną jakieś zwierzę. W wolnym czasie oczywiście. Poświęcając się przy okazji całkowicie życiu rodzinnemu. Totalnie. Całkowicie. Tak.

Anonimowy pisze...

Kurczę, kiedyś lubiłam czytać analizy na tej stronie, ale ostatnio wchodzę tu i po chwili mam dość. Mam wrażenie, że kiedyś było bardziej merytorycznie, a teraz to wygląda jak czepianie się na siłę, wyśmiewanie światopoglądów (i to w dodatku bohaterów, jednak u was są one równoznaczne z poglądami autorów), żartowanie z rzeczy, które nie wynikają z tekstu.
Może po prostu wolałam analizy blogasków, a nie książek:)
Pozdrawiam, Lipcowa

Kao pisze...

Wiecie może czemu ekipa PLUS-a zrobiła prywatnego bloga? Chcę żeby mnie zaprosiły ale nwm jak ;(

Takimeikika pisze...

O, chciałam też o to zapytać:( Weszłam sobie coby powspominać, a tam, że tak to ujmę, dupa;(

Ela TBG pisze...

Właśnie. Smuteczeq:(

Anonimowy pisze...

PLUS nie jest dostępny? :O

Dla spragnionych PLUS-owych analiz natychmiast:
http://web.archive.org/web/20161127154638/http://przyczajona-logika.blogspot.com/
(Jeśli webarchive nie działa od razu - "retry", tyle razy, ile będzie trzeba, dopóki nie zadziała. Za którymś razem się udaje.)

Kżyżak

Anonimowy pisze...

będzie dziś analiza?

Anonimowy pisze...

Szczerze mówiąc ta książka to wydaje się praktycznie o niczym. Poza "hur dur sataniści z zielonymi włosami i koszulkach metalowców napadają na TRADYCYJNE polskie rodziny" to nie zawiera w sobie żadnych sensownych treści. Główny bohater z rodziną jeżdżą sobie po świecie, który w aspekcie technologicznym jest niczym z lat 80, i go sobie ocenia, nie mając żadnych prawdziwych zmartwień poza "jĘstTĘ pRzEśLaDoWaNy zA wIaRĘ kAtOlIcKą", co sprowadza się do dziwnych rozmów z nauczycielką, nieprzyjemnej sytuacji z celnikami na granicy i świętym oburzeniem z tego co inni robią, ale jakoś na spokojnie mają funkcjonujące uniwersytety, szkoły oraz stałe zatrudnienie, a nawet mogą sobie zakładać "enklawy" izolujące ich od reszty społeczeństwa. Czytałam kilka książek osadzonych w dystopiach i naprawdę, to w żaden sposób nie przypomina niczego co mogłoby się wpisywać w ten gatunek. Gdzie jest beznadziejność świata, system który FAKTYCZNIE jest opresyjny i zmusza ich do podporządkowania się? W dystopii wyłamywanie się z szeregu kończy się wyrzuceniem z pracy, wyalienowaniem lub śmiercią.
Nie wspominam już nawet, że w większości walka z systemem kończy się porażką, bo samotna jednostka nie jest wystarczająca aby coś zmienić albo inni są zbyt zindoktrynowani, aby mogło się to udać.
To nie jest dystopia, to paranoiczna wizja chorego autora, któremu się wydaje, że toczy jakąś walkę przeciwko lewakom i, o zgrozo, Satanistom i LGBT.
Tutaj może dodam, że sama jestem katoliczką i to co ten pan wypisuje to w żadnym stopniu nie jest katolicyzm, tylko jak to lubię nazywać, "sekciarski katolicyzm".

Bardzo fajna recenzja, ale przyznaję, gryzłam na niej zęby, bo aż za bardzo przypomina mi to obecną sytuację w kraju. Dla jasności, mówię o głównych bohaterach.

Kao pisze...

Nie da sie :/

Anonimowy pisze...


Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z tych wszystkich plag - wegetarianie, cykliści, szataniści i wolnomyśliciele - najgorsza dla autora jest brrrr młodzież.

Szokująca scenka nr 3: młody człowiek traci przytomność na ulicy, ale kiedy Wawrzyniec i Jadwiga wzywają do niego karetkę, lekarze uśmiercają mężczyznę – gdyż był bezdomny i nie stać go było na leczenie, a tak to przynajmniej jego skóra przyda się na przeszczepy.

Tak działa wolny rynek!


Nienienie! Nie rozumisz, pała, siadaj! Toż to właśnie SOCJALIZM!!!

Nefrusobek pisze...

Skąd te opóźnienia w analizie (która powinna być 17-go)? Jakaś przerwa świąteczna?

Anonimowy pisze...

Ta "książka" brzmi jakby napisał ją jakiś ksiądz z Bractwa Piusa X. Zgniły zachód, upadające obyczaje, loże masońskie w KK... Brakuje mi tylko ciągłego mówienia o innych orientacjach jako zboczeństwach. Z resztą szkoda o nich gadać.

Anonimowy pisze...


Wszystkiego naj naj!
Zdrowia i spokoju i dużo humoru!
Niech Moc zawsze będzie z Wami!

Chomik

Hrotgar pisze...

Szczęścia i zdrowia w Nowym Roku, dobrego humoru i mnóstwa przyjemności, niech Wam los sprzyja i dobry Wen niech Was nie opuszcza!

Anonimowy pisze...

Armado droga, życzę wam wesołych świąt i lepszego nowego roku. Wierzę, że się nie poddacie.

Ela TBG

miss.physics pisze...

Imho różnica polega na tym, że geje wykorzystujący dzieci trafiliby do więzienia lub chociaż na salę sądową.

Anonimowy pisze...

Myślałam że może coś przegapiłam ale chyba nie tylko ja jestem zdezorientowana :(

Anonimowy pisze...

Ociepanie. Co to jest?
Jak oni są niby biedni, to ja też chcę.
Wakacje w kilku krajach, wykupiona cała wioska... Panie, fajne to życie w reżimie!

A tak serio, to dość przykre dzieło. Przerażające, że istnieją ludzie, którzy na poważnie mają takie poglądy, brr.

Anonimowy pisze...

Jedna uwaga MPD nawet rehabilitowane raczej nie pozostanie niezauważalne,poza tym stopień ciężkości choroby może być rozmaity. Inną sprawa, że większość zachorowań wynika z komplikacji okołoporodowych, ale już dzisiaj istnieje terapia tlenowa dla noworodków która ogranicza ewentualne szkody z nich wynikające.

Anonimowy pisze...

Aha,@eksterytorialnysyndrombobra: ta scena w pałacyku księdza Mario jest dla mnie... dziwna i niepokojąca, niezależnie od tego, czy Mario to ksiądz, czy nie. Poznany dość przypadkowo cudzoziemiec zaprasza do swojego domu. Okazuje się, że to wielki, stary pałacyk, położony gdzieś w dyskretnym miejscu, ze służbą. Rodzice dostają apartament, a ich dzieci mają mieszkać oddzielnie? Mój mamowy instynkt, po przeczytaniu słów: "na przeciwko są pokoja chlopców. Zapraszam zaraz na kolacja" odpalił alarm i ryknął: NIE ROZDZIELAĆ SIĘ I DZIECI PILNOWAĆ!!!

Olszyna

Anonimowy pisze...

Hej, jak się trzymacie? Planujecie jeszcze analizy?

Anonimowy pisze...

Dawno temu niepochlebnie o tym dzielę wypowiadał się Rafał A. Ziemkiewicz, więc skoro osoba bliska światopoglądowo tak mówiła to znaczy że to jest stan faktyczny.

Treść wygląda jak fantazja autora na punkcie stworzenia przedsięwzięcia biznesowego na odcinku "konserwatywne wydawnictwo katolickie plus agroturystyka, edukacja niepubliczna i eventy" przyćmiewające Radio Maryja. Ale wyszło jak wyszło, wydawaniem własnym sumptem grafomanii...

Anonimowy pisze...

Według Wikipedii autor dostał bana w mediach Rydzyka za antysemityzm , oraz, i tu cytat, "(...) Miało to związek z propagowaniem przez niego poglądów niezgodnych z nauczaniem kościoła katolickiego (m.in. tych dotyczących Intronizacji Chrystusa na Króla Polski) (...)".

Ma kanał na YT gdzie lekceważy pandemie covida i startował z list Brauauna i KORWiN.

Cytując Ziemkiewicza: "Zero zdziwień".

Anonimowy pisze...

Anonimowy pisze...

Czytałam kilka książek osadzonych w dystopiach i naprawdę, to w żaden sposób nie przypomina niczego co mogłoby się wpisywać w ten gatunek. Gdzie jest beznadziejność świata, system który FAKTYCZNIE jest opresyjny i zmusza ich do podporządkowania się?

To nie dystopia, to utopia dla autora: zepsuty świat gdzie można głosić ortodoksyjną "dobrą nowinę" z enklawy bez konsekwencji dla siebie i najbliższych i nawet na tym zarobić.

Anonimowy pisze...

Jest jakaś dłuższa przerwa czy nakwa została porzucona?

kura z biura pisze...

Przerwa, tylko przerwa :)

Ela TBG pisze...

Boru Wszechlistnemu niech będą dzięki:)

Nadia pisze...

Może szykuje się coś grubego? Dlatego tak.
Ale nic to! Ja dziś miałam ubaw z analizy o nieogarniętym imperium imperatora poległej technologii :D

ZaKotem pisze...

Mnie i bez mamowego instynktu włączają się wspomnienia o typowych filmach z wampirami.

ZaKotem pisze...

Dobre spostrzeżenie. Mam wrażenie, że fanatycy w zasadzie marzą o takim "zepsuciu" i nic ich tak nie mierzi, jak jakieś bezbożniki ośmielające się zachowywać ogólnie przyzwoicie.