OGŁOSZENIE

Przepraszamy,
blog chwilowo ma przerwę.

Mamy nadzieję, że niedługo wrócimy!

czwartek, 2 czerwca 2011

126. W stepie szerokim, czyli z sierpem i kosą gdzie oczy poniosą


Drodzy Czytelnicy! W bieżącym odcinku czekają na Was aż dwa opowiadania. Pierwsze pochodzi z forum Nowej Fantastyki, drugie z bloga. Mają one jednak pewną cechę wspólną: zaczynają się od sceny w której boChater przemierza głuszę i nie ma nic do Picia. Ale Picio i tak mu przywali!
Przygotujmy się więc na spotkanie z naiwnym Samsonem i straszliwym Strażnikiem, a także z elfką jak z obrazka i Niedźwiedzią Kawalerią - a wszystko to w oparach bagiennego ziela, którym handluje nasz znajomy krasnolud Gorag. Indżoj!

Analizują: Murazor, Kura, Sineira i Gabs.


Wiatr wieje tam, gdzie chce

http://www.fantastyka.pl/4,3936.html
Dodał: Dongo  2011-03-23  20:11


Zmrok zapadał szybko. Za szybko, jak na tę porę roku.
Koniec świata blisko.
“Rozmowy o pogodzie staną się interesujące przy pierwszych oznakach końca świata” S. J. Lec.

Słońce chowało się już za zębatą linią odległego lasu. Przed jeźdźcem rozciągało się pustkowie, miejsce bez cienia cywilizacji, bez śladu człowieka. Tylko trawa, gdzieniegdzie mała brzoza wychylała się znad kępy traw i ziół.
Trawa wychylała się zza trawy.
I ziół. Przypuszczalnie tych samych, które palił Gorag.

Pachniało czerwcem. Od dawna nie padało, powietrze było ciężkie, obciążone dodatkowo zapachem mięty i rumianku.
W oddali co chwila rozbrzmiewało głuche “łup! łup!” - to ciężki zapach opadał na ziemię.

Było cicho, nawet koń zachował ciszę, delikatnie wchodząc aż po brzuch w trawę.
Zazwyczaj bowiem gadał więcej niż Osioł ze Shreka.
Koń wchodził “delikatnie”? Na paluszkach tuptał, czy kopytka sobie owinął gąbką???

Jeździec wcale się nie spieszył, widział bowiem, że dzisiejszego dnia i tak nie zajedzie daleko.
To może niech się lepiej zajmie zakładaniem obozowiska, póki ma jeszcze odrobinę dziennego światła, co? Zwłaszcza, że “ciężkie powietrze” zdaje się zapowiadać burzę.

Przez chwilę uważnie przysłuchiwał się, sprawdzał, czy może jednak znajdzie jakiegoś człowieka w tym morzu traw.
Dobra, ale po co? Chce, by ktoś mu opowiedział bajkę na dobranoc, czy jak?
To może być logiczne. Brak człowieka, brak zagrożenia.
Есть человек, есть проблем. Нет человека, нет проблема. (Сталин)

Usłyszał w odpowiedzi tylko ciche granie konika polnego.
“Indianie!” - pomyślał jeździec.
“Kuzyn Ziutek?” - zdziwił się koń.

Z nieba znikła już pomarańczowa poświata zachodzącego słońca. Za szybko, jak na oczekiwania samotnego jeźdźca.
Nie zdążył się wpasować w kadr, cholera.

Dalsza podróż okazała się niemożliwa. Ciemności, jakie zapanowały, uniemożliwiały rozpoznanie kierunku.
A gwiazd nie było? Skoro zachód był na pomarańczowo, to niebo było dość pogodne.
Jeździec miał poważną wadę wzroku, gwiazd nie widział.

Jeździec zsiadł z konia, podprowadził za uzdę do pobliskiego drzewa i przywiązał. Drzewo, które już dawno obumarło, było jedyną rośliną w pobliżu, nie licząc wszechobecnej trawy.
Brzozy i zioła się obraziły i poszły w długą.

Zaczęło się robić coraz chłodniej, wiatr delikatnie przemykał między uschłymi gałęziami. Jeździec zdjął siodło i przywiązany do niego gruby koc, położył pod drzewem i pewnie zabrałby się za jedzenie kolacji, gdyby tylko miał coś jeszcze w swoim worku podróżniczym.
Niestety, w worku kryły się jedynie przepocone onuce, których zapach skutecznie odstraszał zwierzynę w promieniu kilometra.

Dla pewności sprawdził jeszcze raz, ale przypomniał sobie, że dzisiejszego dnia sprawdzał już cztery razy, a każdym razem efekt był taki sam - wciąż był głodny.
Aczkolwiek aromat onuc pozwalał nieco stłumić to uczucie.
Sprawdzał już cztery razy, wiedział, że nic nie ma, ale zajrzał ponownie - może w międzyczasie dobra wróżka podrzuciła mu przynajmniej kanapkę z szynką i ogórkiem?

Rozejrzał się dookoła, ale nie znalazł nic, co nadawałoby się do zjedzenia.
A koniki polne? Podobno są nawet smaczne.
Matko borsko. To jakiś step poczarnobylski, że ani kuropatwy, ani zająca, ani żadnej innej polnej zwierzyny? Chyba, że on tak się rozgląda i czeka, aż mu żarcie samo na talerz wlezie.

Z braku ciekawszych perspektyw położył się na trawie, oparł głowę na siodle i przykrył się kocem. Po chwili stwierdził jednak, że wiatr jest zbyt zimny, a jego koc zbyt cienki.
Przed chwilą był gruby...
Skurczył się pod wpływem zimna.

Wstał, szukając czegoś, z czego można było rozpalić ognisko, ale widział tylko trawę. I uschnięte drzewo. Nie zastanawiał się więc długo, wyciągnął miecz i z rozmachem zaczął uderzać w martwe drzewko.
Mieczem?!
Musiał się zbyt mocno zaciągnąć aromatem onuc, inaczej nie da się tej głupoty wytłumaczyć.

Gałęzie nie były grube (To po cholerę tępił miecz, skoro lepiej byłoby je połamać???), więc szybko zebrał odpowiednią ilość drewna, wyjął z torby krzesiwo, które dziwnym zbiegiem okoliczności zabrał i rozpalił ognisko.
Krzesiwo. Taki przypadkowy element bagażu w trakcie długiej podróży. Dziwnym zbiegiem okoliczności zabrał również konia?
A miecz też tak jakoś “się zaplatał” między bagaże.
No, skoro krzesiwo zabrał tylko przez zbieg okoliczności, to przestaję się dziwić, że o jedzeniu nie pamiętał.

Suche gałęzie szybko poddawały się płomieniom.
Podobnie jak okoliczne trawy sięgające - jak pamiętamy - aż po koński brzuch.
Może to był Koń Przewalskiego.

Dzięki ognisku, jeździec mógł zobaczyć swoje najbliższe otoczenie. Kątem oka złowił ruch, trawa [na ponad metr wysoka] pochyliła się, jakby pod ciężarem stóp, ale nikogo nie było widać. Po chwili znów, tylko bliżej ogniska. Jeździec zamknął oczy, sądził, że to zwykły omam, spowodowany zmęczeniem albo brakiem jedzenia.
Ok. Zrozumiałabym, gdyby jeździec np. uciekał w popłochu przed wrogiem, zdążywszy złapać tylko to, co miał pod ręką. Zrozumiałabym, gdyby stracił sakwy i trzos w spotkaniu z rozbójnikami na drodze (ale wtedy byłoby zapewne i po koniu, i po mieczu). Zrozumiałabym wreszcie, gdyby padła wzmianka, że w krainie panuje głód. Ale nie. Facet jedzie sobie spokojnie, najwyraźniej zaplanowaną trasą - WIĘC DLACZEGO TA ŁAJZA, WIEDZĄC, ŻE PRZED NIM PUSTKOWIE, NIE ZAOPATRZYŁA SIĘ W JAKIEŚ ZAPASY?
Zasługuje, by zdechnąć z głodu, ot co.

Gdy je otworzył, zobaczył przed sobą wysoką postać. Mężczyznę, z kapturem na głowie, odzianym w coś, co przypominało żebracze łachy, przewiązane kawałkiem byle jakiego sznura.
Zwizualizujmy sobie: kaptur odziany w łachy przewiązane sznurem.
Zwizualizowałam. Wyglądał, jakby gdzieś po drodze zaplątał się w pranie, co je ciotka Tekla wywiesiła do wyschnięcia.

Jeździec ponownie zamknął i otworzył oczy, ale przybysz ani myślał znikać .
Jeździec ani myślał wyciągać miecza, tylko robił wiatr rzęsami.
Starając się przy tym wyglądać uroczo.

Wręcz przeciwnie - usiadł przy ognisku i wyciągnął ręce, chciwie chłonąc ciepło ognia. [Buka...] [Nie strasz mnie] Nie wyglądał na zbója, ani tym bardziej na zwykłego podróżnego. Milczał, zwrócony twarzą do ognia. Nie miał przy sobie broni.
Miał za to sznur i ręce. Moja erpegowa paranoja podpowiada, że to aż nadto.
Ponadto, mógł być magiem, specjalistą od zaklęć niewerbalnych. Cholera wie, co to za świat i jakie typy po nim chodzą.

***

- Dobra, koniec odpoczynku. - Przemówił nagle tajemniczy przybysz. - Przedstawisz się, czy mam sobie iść?
Zabiorę zabawki i zmienię ognisko.
No a sam to się nie przedstawił, impertynent.
Cham i prostak! Po tych zakapturzonych nie można się spodziewać niczego dobrego.
A idź, zapraszał cię kto?

- Wybacz. - Odparł zmieszany jeździec. - Nazywam się Samson.
Miodek?

- Dobre imię. Czytałem kiedyś o Samsonie. Był to wielki siłacz, w pojedynkę powalał wszystkich swoich wrogów. Został zdradzony przez osobę, którą pokochał, a która przyniosła mu zgubę.
- A’propos, zapomniałem przedstawić. To moja klacz, Dalila.
Przybysz uprzejmie nie wspomniał o tym, że Samson co prawda wielkim siłaczem był, ale dla równowagi - inteligencją nie grzeszył.

- Zatem nie mam się czego bać, - Zaśmiał się Samson. - Chyba, że zdradzi mnie mój własny miecz.
“Jestem Roch Kowalski, a to Pani Kowalska. Innej nie chcę.”
Wysoce prawdopodobne, jeśli dalej będzie używał miecza do rąbania drew.

- Nie lekceważyłbym tego. - Powiedział przybysz patrząc w ogień. - Czasem coś, co wydaje nam się nieprawdopodobne, staje się faktem. Może nie teraz, może nie dziś. Ale kiedyś.
- Mówiłeś coś?
- Nie, raczej nie. A jeśli tak, to nie było to nic ważnego.
Wiesz, wędrując samotnie przez stepy, nabrałem zwyczaju rozmawiania z samym sobą.

Zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Reinald.
Prawie jak Reinmar, co w zestawieniu z Samsonem wcaaaale się z niczym nie kojarzy.

Jestem prostym mnichem, który zapomniał, jakiemu bogu służy. Tak, powiedziałem o sobie już chyba wszystko. Niewiele tego jest, bo jestem byle kim.
“I całe szczęście, że zapomniał” - mruknął jeden z bogów - “Bo byłby obciach, gdyby się wydało, że mam na składzie takich łachmaniarzy.”
Brak miejsc - drugi z bogów profilaktycznie zamknął listę służących mu mnichów i wywiesił ogłoszenie na drzwiach świątyni - Jeszcze coś mu się pomyli i tu przylezie.

Zapadła cisza, przerywana trzaskiem ognia. Oprócz małego kręgu wokół ogniska, wszystko tonęło w mroku. Reinald wciąż miał na głowie kaptur, ale widać było, że nie ma złych zamiarów.
Przypomina mi to pewnego LARP-a, w którym brałam udział. Założenie kaptura oznaczało niewidzialność, a ponieważ była to umiejętność używana głównie przez skrytobójców i złodziei, gracze bardzo szybko nauczyli się “przypadkiem” oddalać się od każdej osoby, która wciągnęła kaptur na łeb;)
No ale temu dobry charakter aż lśnił i przeświecał przez kaptur.

- Co przywiodło cię w te strony? - Przerwał ciszę Samson. - Jak udało ci się ukryć przede mną na tym pustkowiu?
- Nie ukrywałem się, byłem tu cały czas. Może to ty nie chciałeś zobaczyć mnie?
Hmmm, w tej metrowej trawie?
*węszy podejrzliwie* Coś mi tu pachnie New Age’ową filozofią...

- Nie, jestem przekonany, że nie było cię tu jeszcze pół godziny temu. - Samson rzucił podejrzliwym wzrokiem na przybysza. - Nie wydaje mi się, abyś był zwykłym mnichem.
- Przenikliwy jesteś, Samsonie. To prawda, nie jestem prostym mnichem.
Ale skrzywionym.
Z bardzo pokręconą psychiką.

Dwa lata temu zostałem wyrzucony z mojego klasztoru, za używanie magii. Przez długi czas ścigała mnie Inkwizycja, mając nadzieję na spalenie mnie przy jak największej liczbie widzów. Jak widzisz, - Reinald uśmiechnął się lekko. - jeszcze im się to nie udało.
- Od tego czasu mam takie śmieszne natręctwo. Jak tylko widzę ogień, zaraz do niego podchodzę. Ciągnie mnie jakoś, rozumiesz.
Następny dureń. Zwierzać się ze swych kłopotów z Inkwizycją obcemu człowiekowi, widzianemu pierwszy raz w życiu... A skąd wiesz, mój drogi, czy Samson nie pracuje dla tej instytucji?

- A więc to tak... Magia? Czyli dlatego...
- Tak. Ukrywałem się przed tobą, bo nie znałem twoich zamiarów. Ale okazało się, że mamy wspólne.
- Czyżby? - Odezwał się po chwili Samson. - Nie wydaje mi się.
- Nie bądź taki aspołeczny, koleś! Nie chcesz pogadać z pokręconym mnichem?
Mamy wspólny zamiar przenocować pod tym drzewkiem, chroniąc się nawzajem przed nocnym chłodem...

- Obydwoje jesteśmy na tych polach. [No dobra, “obydwoje”, przyznawać się, który jest babą!] Z taką różnicą, że ja tu zostanę na zawsze, a ty może kiedyś stąd wyjedziesz.
I to są te wspólne zamiary?
Te wspólne zamiary mogą łacno się kryć w słowie “obydwoje”.
“Może kiedyś stąd wyjedziesz”. Powiało mhrockiem.

- Nie może, a na pewno. - Pokiwał głową Samson. - Bez jedzenia nie zamierzam zabawić tu długo.
Co innego, gdyby miał wałówkę. Tkwienie pośrodku morza traw jest takie... stymulujące.

Reinald poruszył dłonią, a z jego szerokiego rękawa wypadł kawałek chleba i dwa jabłka, choć nie wydawałoby się, że były tam wcześniej. Magia - pomyślał Samson. Ciekaw jestem, czy da się nią najeść.
Lepiej nie próbować, bo potem się wydala żywioły.
Wody nie wyczarował? Głód jak głód, ale nasz Samson i jego koń powinni też zdychać z pragnienia.

Wyciągnął rękę po chleb, dziękując delikatnym skinieniem głowy. Chleb nie był dobry, ale przynajmniej sycący, a o to Samsonowi chodziło. Reinald nie wydawał się głodny. Patrzył w ogień, od czasu do czasu odganiając jakiegoś natrętnego komara.
Co robi komar na środku trawiastej równiny, na której drzewa usychają?
Zaplątał się tam, tak samo jak Samson - i bardzo ucieszył, że już nie musi zdychać z głodu.

- Dlaczego masz zamiar zostać tu na zawsze? - Zapytał Samson z pełnymi ustami. - Przecież nikt nie kazał ci tu siedzieć. Przecież możesz stąd odejść
- Moja ucieczka z klasztoru wiązała się z klątwą. Zostałem uwięziony na tych polach. Jestem strzeżony dniem i nocą. Czekam więc na kogoś kto pokona mojego Strażnika.
Byli go w stanie tak skląć, żeby nie mógł opuścić pól, a na stosik zawlec już nie byli w stanie? Dziwne.
Daj spokój, Pisak już dawno zapomniał, że pisał coś o jakimś stosie.
Klątwa: Punkt 1: Będziesz siedział na tych polach po kres dni swoich. Punkt 2: Zawleczenie cię na stos nie jest sprzeczne z punktem 1.
A punkt 1 da się łatwo połączyć z punktem 2, podpalając trawę - czemu nikt na to nie wpadł?

Ja nie mam broni, a nawet jeślibym miał, to sam bym sobie nie poradził. Dlatego czekam na śmiałka, który wyzwoli mnie z klątwy.
- Ten Strażnik, to kto, tak właściwie, jest? Nikogo nie widać.
- To duch. Nie widać go, bo podąża tam, gdzie wieje wiatr, a wiatr wieje tam gdzie chce.
Ewangelią pojechał.
W końcu mnich!
(Murazorze, naprawdę nie masz nic lepszego do roboty, niż strzec tego oberwańca?)
(Ja się do tego nie przyznaję, to zupełnie inny duch, zresztą równie ofermowaty co Samson.)

Zobaczy go ten, kto będzie chciał z nim walczyć.
A jak się przeciwnikowi odechce, to znowu zniknie.
To  mi przypomina takie drzwi, przez które mógł przejść tylko ktoś, kto tego nie chciał.

Znów cisza. Samson, kompletnie wytrącony ze snu, zastanawiał się nad tym, co powiedział Reinald. Mógł mu pomóc. Choć wahał się, czy na pewno będzie to dobra decyzja.
Nadstawiać karku za obcego faceta, w zamian za kawał chleba i dwa jabłka? Nie, to nie jest dobra decyzja. To się nazywa “głupota heroiczna” i ani w życiu, ani w erpegach nie prowadzi do niczego dobrego.
Za Milijony kocham i cierpię katusze... a nie, to już było.
Do tego stopnia głód mu we łbie pomieszał?

- Czy był ktoś, kto próbował go już pokonać?
- Owszem. - Odparł po długiej chwili Reinald. - Byli tacy. Ale, jak widzisz już ich nie ma.
Byli, ale nie ma. 

 

(z dedykacją dla Dzidki)

Strażnik to duch okrutny. Nie daruje nikomu, kto raz go wyzwał. Nie jest to łatwy przeciwnik. Jeszcze nie widziałem, aby odniósł jakąkolwiek ranę. Walczy nie tyle mieczem, co strachem. Powoduje, że jego przeciwnikom zginają się kolana, ręka drętwieje, a ciało przestaje ich słuchać.
Podobny efekt można osiągnąć przy użyciu pałki. Wystarczy dobrze walnąć w czerep.
E tam. Mnie wystarczy zrobić kolokwium z całek.
Więc, mój drogi, zrób to dla mnie i wyzwij go... Chcesz jeszcze jabłuszko?

- A magia? Mówiłeś, że znasz się na czarach. Mógłbyś pomóc mi go pokonać.
- To bezskuteczne. Moje czary nic nie wskórają. Nie mogę walczyć z własnym Strażnikiem.
Klątwa: Punkt 3: Walka z własnym Strażnikiem jest niemożliwa. Bo tak.
Taaa, Samson zdecydowanie ma coś po swoim biblijnym imienniku - tę rozkoszną naiwność, która nie pozwala mu zauważyć, jak Reinald go wkręca.

Jedyne, co mogę zrobić, to modlić się. Choć nie wiem, czy ma to jeszcze jakiś sens. Czemu bogowie mieliby o mnie pamiętać, skoro ja nie pamiętałem o nich? Ale dość na dzisiaj. Idź spać, Samsonie. Przed nami długa droga, musisz wypocząć. Kto wie, co spotka nas jutro? Może jutra już nie będzie...
Gdyż ponieważ?
Gdyż ponieważ na koniec rozmowy trzeba rzucić jakiś efektowny bon mot, inaczej się nie liczy.
Aaaaa! Nie będzie jutra!!!

Śpij, ja popilnuję ogniska. Zapowiada się chłodna noc.
Śpij spokojnie. Mój groźny strażnik nic ci nie zrobi. Bo tak.
Ba, co tam strażnik! Taki zakapturzony mnich nie może przecież być nikim podejrzanym, prawda? Na przykład wiernym wyznawcą któregoś z uroczych Bogów Chaosu. Że co, że to nie ta bajka? Chaos czai się wszędzie, mwachachacha!
***

Samson, za radą Reinalda udał się na spoczynek. Zasnął prawie natychmiast, wpatrzony w słaby już płomień ogniska. Przez głowę przewijało mu się wiele myśli. Usnął, choć miał wrażenie, że to, co się działo, odbywa się naprawdę.
Znaczy, że naprawdę leży wśród traw, przy ognisku?
Sen mara, patrzajcie wiara
Jak się zmącić w głowie stara
I zamulić mózg chłopiska
Na glebie koło ogniska.
Samson gotów wnet uwierzyć
Że faktycznie tutaj leży!
Znajomy dziekan opowiadał: “Śniło mi się kiedyś, że jestem na radzie wydziału. Budzę się - i jestem na radzie wydziału!”

We śnie widział siebie samego. Wokół było ciemno, wiedział tylko, że idzie przez trawiastą łąkę. Nie było nic słychać. W pewnym momencie ujrzał w mroku klęczącą postać, z rękoma wzniesionymi do nieba. Twarz zasłonięta była kapturem. Znam go - przemknęło przez głowę Samsona. Ale to tylko sen, tylko sen. A może nie?
Spróbuj zapalić światło, to najskuteczniejszy reality check.

Nagle klęcząca postać przemawia. Najpierw cicho, później coraz głośniej. Jedyne, co mogę zrobić, to modlić się. - Mówi postać. - On nie daruje nikomu, już za późno. Za późno na co? - pyta Samson. Ale postać milczy. Wiatr, przedtem delikatnie szumiący, teraz gwałtownym podmuchem pochyla trawę. To bezskuteczne. - Znów odzywa się klęczący, tym razem jeszcze głośniej. - Podąża tam, gdzie wieje wiatr. Wiatr? Czy duch? Nikt nie wie dokąd podąża wiatr.
Dlatego prognozy pogody przeważnie można sobie w tyłek wsadzić.

Postać opuszcza wzniesione ręce. Pochyla głowę, jakby w pokorze przed kimś, lub czymś. Niewiele czasu zostało. - Mówi ktoś inny. Kto wie, co będzie jutro? Reinald miał rację, jutra nie będzie.
Lepsze jutro było wczoraj.

Zostanie tylko noc. Noc i wiatr, który wieje tam gdzie chce. I Strażnik, czekający na godnego przeciwnika.
W gruncie rzeczy Strażnik ma tak samo przekichane jak Reinald. Czekać na przeciwnika, zamiast go samemu poszukać - nuuuudaaaa!

W oddali rozległ się grom.
A grom też gromił, kędy chciał.

Samson chciał się obudzić, ale nie mógł. Czuł strach. Przed tym co widział. Bo pośród ciemności i trawy zobaczył Strażnika. Stał, oparty o uschłe drzewo. Pochylał się nad dwoma postaciami. Jedna spała, otulona kocem. Druga siedziała obok, na głowie miała kaptur. Strażnik dobył miecz, zawieszony na plecach. Wiatr szumiał, przemykał między suchymi gałęziami drzewa. Rozwiewał czarne pióra w hełmie Strażnika, tworzące coś na kształt skrzydeł. Strażnik wzniósł miecz w górę, piorun zalśnił nagłym refleksem, odbity od srebrnej klingi.
Mamusiu, Kurgan jak żywy!!!

Nagle wszystko zamarło. Ucichł wiatr, Strażnik na chwilę powstrzymał uderzenie. Czekał na grom, który musiał nastąpić po błyskawicy. Grom rozlega się gwałtownie wśród zupełnej ciszy.
Wśród nocnej ciszy grom się rozchodzi!
Wstań, czytelniku, opko się rodzi!

Strażnik wznosi miecz jeszcze wyżej i zadaje cios. Jego ofiarą jest mężczyzna, śpiący przy ognisku. Samson, który w bezruchu przypatrywał się całej sytuacji chciał uciec. Nie myślał już o niczym innym. Ale jego kolana uginały się pod nim (trudno, żeby się pod nim uginały cudze kolana)[Właściwie to... A nie, to nie ta sytuacja;], ręce drętwiały, ciało odmawiało posłuszeństwa. Strażnik odwrócił się w jego stronę, jego palące spojrzenie przewierciło Samsona na wylot. Przecież to sen, to nie dzieje się naprawdę. - myślał nieustannie Samson.

Tylko sen. - Przemówił Strażnik, a głos jego brzmiał jak trąby anielskie. - Ale już niedługo się spotkamy. Bo przecież tak miało być. Zostało napisane, że się spotkamy, Samsonie. I to, że jeden z nas zginie również. Teraz okaże się tylko kto. Ale to nie ważne. (Nieważne. Łącznie pisane.) Ważny jest wiatr. On przywiał ciebie do mnie. I to on rozstrzygnie o tym, czy biedny Reinald zostanie uwolniony spod klątwy. Kto wie, co będzie jutro? A może jutra nie będzie? Strażnik rozwinął ukryte dotąd wielkie białe skrzydła, jak u anioła, i wzleciał w niebo, szyderczo się śmiejąc. Ten śmiech zbudził Samsona ze snu. Strach pomyśleć, co mogłoby się jeszcze wydarzyć, gdyby się nie obudził. Samson nie chciał o tym wiedzieć.
Ja też nie chcę.
Znam człeka, któremu się śniło, że musi podnieść strasznie ciężki worek. Targa go do góry i targa, a worek nic. Więc targa jeszcze mocniej. I jakby się nie obudził, to by sobie cały worek wytargał.

Tak bajdełejem, opis snu jest całkiem udany. Pisak ładnie zbudował nastrój, głupot nie sadził, a my czepiamy się tego fragmentu li i jedynie z rozpędu, bośmy złośliwe bestie.
No. Ale już nie będziemy, słowo!
***

Zerwał się gwałtownie, budząc drzemiącego na siedząco Reinalda. Ognisko już dogasało. Po ich lewej stronie pojawiła się bladobłękitna poświata, zapowiadająca wschód słońca.
Eos, różanopalca bogini jutrzenki, zmarzła tej nocy tak bardzo, że aż jej paluszki zsiniały.

Rosa zdążyła pokryć trawy, wszędzie było mokro. Samson tez był mokry, zlany potem przez nocny koszmar, teraz nie rozbudzonym jeszcze spojrzeniem rozglądał się, jakby nie wiedząc gdzie jest. Z wielkim trudem wstał. Pomimo snu był zmęczony. Z chciwością wypił czystą wodę, podaną w kubku przez Reinalda. Nie wiadomo, skąd ją wziął.
Miejmy nadzieję, że nie czytał “Achai” i nie zainspirował się scenami z obozu rekrutów...
[Głaszcze Kurę po grzebyku.] Ciii, przecież mają rosę, nie panikuj...

- Miałeś sen. - Reinald stwierdził, nie spytał. - Rozumiem, że nie był ciekawy.
- Ależ był! Jak w starej chińskiej klątwie: “Obyś miał ciekawe sny!”

Co widziałeś?
- Wiele rzeczy, o których nie chciałbym opowiadać. - Odparł sucho Samson. - Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?
- Nie, nie mam. Zresztą nie musze pytać co ci się śniło. Ja również widziałem ten sen. Można powiedzieć, że dzięki magii. - Uprzedził cisnące się na usta Samsona pytanie.
Nie szkodzi, że nie chcesz o tym mówić, już ci wlazłem do głowy i obejrzałem, co chciałem.

- Czy myślisz, że to będzie sen proroczy?
- Nie wiem, ale wszystko wskazuje na to, że dziś otrzymasz odpowiedź.
- Tak, decyzja zapadła. - Rzekł w zadumie Samson. - Co teraz? Mam czekać na Strażnika?
- Jeśli chcesz z nim walczyć i powziąłeś już ostateczną decyzję, to pojawi się kiedy zechce. Tak jak wiatr. Oczekuj wiatru.

Niebo było szare, słońce powoli zajmowało swoje miejsce na niebie, leniwie wyciągając promienie nad horyzont. Reinald szedł pieszo, Samson prowadził konia za uzdę. Kierowali się w stronę lasu, zostawiając wschodzące słońce za plecami.
- Czemu nie ściągniesz kaptura? - Spytał Samson. - Chyba możesz mi zaufać.
- Mogę. - przyznał Reinald. - Ale nie widzę takiej potrzeby.
Nie, kuźwa. Proszę obcego człowieka o przysługę, która może kosztować go życie, ale w zamian nie chcę nawet pokazać swej durnej gęby. Ghrrr!

Samson nie zadawał więcej pytań. Szli powoli przez trawy, wokół nie było już nawet drzew. Wiatr znów zaczął poruszać źdźbłami. Na początku słaby, później stawał się coraz mocniejszy. W powietrzu czuło się coś ciężkiego. Coś obcego.
Fasolkę po bretońsku?
Tam było “oczekuj wiatru”, nie “wiatrów” ;)

- Czy to już? - zapytał znów Samson. - Wieje wiatr.
- Tak. Wydaje się, że tak. Dziękuję Samsonie. Zaszczytem było cię poznać.
- Daj spokój. Jeszcze żyję i nie zamierzam tego zmieniać.
- Wiem, ale wole powiedzieć zawczasu, niż w ogóle. - Uśmiechnął się lekko Reinald.
Bo grunt to dodać komuś otuchy przed walką.
No weź, jeszcze by nie zdążył i taka piękna odzywka by się zmarnowała.

- Chyba czas na mnie. Teraz musisz zostać sam, ja nie mogę ci pomóc. Będę się modlił, jeśli tylko przypomnę sobie jakiegoś boga. Marne to będzie wsparcie.
Znaczy: idź i odwal za mnie mokrą robotę, a ja cię nawet nie nie wesprę duchowo, BO PRZECIEŻ PO CO.

- Poradzę sobie. Nie jestem byle workiem mięsa. - Odparł Samson, motywując siebie samego do walki. - Bywaj, Reinaldzie.
Reinald zniknął równie nagle, jak się pojawił.
I oby nie wracał, bo wkurwia mnie coraz bardziej, pasożyt jeden.

Samson dobył miecz, splunął na ostrze. Wiatr się wzmagał. Pierwsze chmury pojawiły się na niebie. Niebie, które przybrało kolor krwi.

***

Strażnik sfrunął z nieba, pojawiając się w miejscu, gdzie przed chwilą wisiała nieruchomo chmura. Wyglądał tak samo, jak we śnie. Może z tą różnicą, że w rzeczywistości był jeszcze straszniejszy.
Był piekielnie mhhhroczny i  wyglądał TAK.
O, ba! Gracze w M:tG dobrze wiedzą jak straszne są takie potwory, które straszą samą możliwością pojawienia się..

[Opis walki jest wcale niezły i dynamiczny - dlatego też nie będziemy się nad nim pastwić, kto ciekawy, niech sobie przeczyta wersję oryginalną. Niestety, walka kończy się źle dla Samsona]
BTW proponuję przy czytaniu włączyć sobie “Skończyłem rozpoczynaj” Armii i podumać o inspiracjach.
***

Zobaczył nad sobą postać. Wysoką, ubraną w byle jakie łachmany. Na głowie miała kaptur. Znał tę postać dość dobrze.
- Reinald?
- Nie mów nic. - Mnich zrobił krótki gest ręką, nakazując milczenie. - Masz złamane żebro, musisz wypocząć. Nieźle się dałeś załatwić. Ale udało ci się.
Taaa, udało ci się dostać solidny wpiernicz. Cieszysz się?

- Jak to się stało? Przecież umarłem, zabił mnie Strażnik. Jestem już w niebie?
- Wierz mi, daleko ci jeszcze do nieba. - Zaśmiał się szczerze Reinald. - Obserwowałem waszą walkę. Muszę przyznać, wałczyłeś dobrze. Ale to nie walką pokonałeś Strażnika.
A czym? Siłą miłości atomowego serca?
SiłOM i godnościOM osobistOM.

- Więc ja go jednak pokonałem? - Samson zachłysnął się podaną wodą. - Przecież upadłem na ziemię. A później... Już nie pamiętam...
- Przecież mówię, ze nie pokonałeś go walką. Strażnik czekał na godnego przeciwnika. A ty byłeś dla niego godnym przeciwnikiem, Samsonie. Więc Strażnik sobie darował.
Reinaldzie, nie kompromituj się. Znaczyłoby to, że twój straszny i groźny Strażnik spierdziela w podskokach na sam widok byle wędrowca z mieczem?
Nie, on po prostu założył się z kumplami, że nikt mu nie podskoczy, a teraz przegrał zakład.
Przepraszam na chwilę, muszę iść odebrać wygraną.

Widocznie ta walka była dla niego wystarczająca. Klątwa została przerwana. A dzięki mojej magii jeszcze żyjesz.
Wygląda na to, że Strażnik znudził się strażnikowaniem do tego stopnia, że wystarczyło mu zglanowanie kogokolwiek, kto się zgodził na zglanowanie.
Powinien był zglanować tego całego Reinalda. Chyba, że klątwa mu zabraniała.

- A więc to prawda, wciąż żyję. Choć wydaje mi się, że umarłem. Ale pozostańmy przy twojej wersji. Dziękuję. Nie przypuszczałem, że tak się to skończy. Myślałem, że... to już koniec.
- To dopiero początek. - Powiedział w zadumie Reinald.
Teraz nie uwolnisz się ode mnie przez najbliższe ćwierć wieku!
- Coś się kończy - powiedzial Geralt z wysilkiem. - Coś się kończy, Jaskier.
- Nie - zaprzeczył poważnie poeta. - Coś się zaczyna. (Sapkowski)
(...czyli rozmowy w Sylwestra o północy)

- Nie dziękuj. Ja jestem ci winien znacznie więcej. Pomoc to mój obowiązek. A o tym, że żyjesz zdążysz się jeszcze przekonać. A zwłaszcza, gdy nie przestaniesz się ruszać i zadawać głupich pytań.
Aha. Facet prawie dał się za niego zabić, ale ma nie zadawać głupich pytań. Jak to miło!

Samson spojrzał w niebo. Zrobiło się błękitne, nie widać było chmur. Zapowiadał się piękny dzień. Kolejny dzień, który mógł być ostatnim. Ale nie był. Bo wszystko się dopiero zaczynało.
Swoją drogą, to co niektórzy mają z tym rozważaniem o dniach możliwie ostatnich? Czy ktoś z Szanownych Czytelników wstaje rano z myślą “kolejny dzień, może być moim ostatnim” czy raczej “znowu ten w trybiki kopany budzik dzwoni”?
Rozważanie o dniu ostatnim brzmi bardziej wzniośle, a patos, jak wiadomo, jest nieodłącznym elementem Opowieści z Przesłaniem.
A budzik dzwoni, kiedy chce.
Bój to jeeeest nasz ostaaaatni... e... ekhem... przepraszam.

- Uwolniłem cię. - Stwierdził bez cienia dumy Samson. - Co teraz masz zamiar zrobić?
POPATRZ! MAM CZAS! NARESZCIE MAM CZAS!
Albert cofnął się nerwowo.
- A teraz, kiedy już go pan ma, co z nim zrobi? - zapytał.
Śmierć dosiadł konia.
ZAMIERZAM GO SPĘDZIĆ.(Pratchett)

- Pewnie zostanę jakiś czas przy tobie. - Reinald wstał, przeciągnął się. Widać było, że wolność mu służy. - Ktoś musi się jeszcze tobą opiekować. A później? Cóż... Ruszę w świat, ciesząc się wolnością. Jeszcze nie wiem, w którą stronę. Pójdę tam, gdzie powieje wiatr. Bo tylko on wieje tam, gdzie chce.
Nieprawda! Ja też stąd wieję. Gdzie chcę!

Fruuuuuu... I oto powiał wiatr i przeniósł nas w całkiem inny step!



http://imitacje.pinger.pl/

-czym właściwie jest ludzkie życie? kim jestem i gdzie jest moje miejsce? czy na pewno robię to co powinienem?
Czym się różni krokodyl?
Co komu do jemu?
Dlaczego Kura przeszła przez ulicę? O, pardą...
Skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy?
Banan jest dobry, ale skórka jeszcze lepsza.

-powoli od natłoku łatwych, ale trudnych myśli zaczynała boleć głowa -
Z łagodną natarczywością stwierdzam, że mnie też. A to dopiero początek!
Mózg protestuje przeciw marnowaniu jego potencjału.

po co tak postępować? - kopnięty kamień potoczył się po piaszczystej zbitej ścieżce, która była dość wąska.
Słyszę ten wyrzut w głosie kamienia.
To nie kamień czynił wyrzuty, to zbita ścieżka.
A moim zdaniem kopnął żółwia.

po bokach szerzyła się sucha równina. trawa wypalona przez ciepłe letnie dni, miała słomiany kolor, a miejscami przebijała brązowoczarna wyschnięta ziemia.
Mężczyzna idący ścieżką snuł się powoli, a zaraz za nim podążał cień. miał długi skórzany płaszcz po same kostki.
Wot - negatyw. Idzie sobie cień w skórzanym płaszczu, a za nim snuje się człowiek.
Biedny cień, pewnie mu gorąco w tej skórze.

szycia były bardo twarde i widoczne z dużej odległości.
Maj gad, liną okrętową ten płaszcz szyli, czy co?
Lina stalową w czerwonym PCV.

choć najbardziej przykuwający wzrok był ogromny miecz umiejscowiony na plecach. z krwistoczerwoną rękojeścią, do której przyczepiona była wstążka ze srebrnymi dzwoneczkami.
Złe devianty bolą całe życie. Na co komu dzwoneczki przy mieczu, żeby się nie zgubił?!
Może bohater pochodzi z Indonezji, tam zdobienie rękojeści dzwoneczkami było w modzie.
Odgłosy walki na miecze: brzdęk, dzyń, brzdęk, dzyń, brzdęk, dzyń, dzyń dzyń?
Brzdęk, brzdęk, ale mu przydzwonił!

silny wiatr powiewał jego czarne włosy, które przy promieniach słońca mały poblask zieleni.
Ktoś tu coś mówił o deviantach?...
Może ogłosimy konkurs - poszukiwanie pierwowzoru tej postaci? Bo jestem absolutnie pewna, ze to opis jakiegoś konkretnego obrazka.
[pogrążą się o oglądaniu tych wszystkich długowłosych facetów z mieczami, których Wujcio Gugiel tak usłużnie podsuwa]

odsłaniał jego twarz, zmęczoną, choć młodą. jeszcze z drobnymi znamionami skórnymi. szare oczy, miały w sobie odrobinę młodzieńczego blasku, którego (którą, bo tę odrobinę!) było strasznie ciężko dojrzeć.
W przeciwieństwie do szwów na płaszczu ;)
Ale podobnie do podmiotu w przeciętnym zdaniu z przeciętnego opka.

chłopak miał kocie źrenice, i lekko pociągnięte w górę uszy. szedł powoli, obserwując równiny, szukając czegokolwiek, co wybawi go z nudy.
Rozerwałby jakiegoś kota.
Albo pobawił się granatem.
Albo zdjął z głowy chochlika, który ciągnie go za uszy.

- jeszcze z dwa dni do miasta- splunął przed czarny, skórzany, zniszczony but. - nie mam pieniędzy, jedzenia, a też żadnej rzeki nie widzę, abym mógł się napoić. cholera, nawet jednego zwierzęcia tutaj nie ma, aby je upolować. od2 dni nic nie jadłem...
Nosz mać, następna dupa wołowa, co się wybiera w pustkowie bez żadnego wyposażenia, ghrrrr!
Wybranie się bez zapasów w głuszę staje się w wypadku opek przygodowych tak samo kanoniczne jak zejście na śniadanie w opkach romansowych.

-do kogo to mówisz?
chłopak energicznie wyjął jednym ruchem miecz z pochw i
Jeden mecz, kilka pochew... pardon, pochw... i jeszcze kilku części brakuje i młynek do kawy gotowy.
Bo ten miecz był taki ogromny, że jedna pochew... tfu, jedna pochwa  nie starczyła.

półobrotem celował już w osobę mówiącą za nim. była to młoda półelfka.
Gdyby była to cała elfka, to celowałby całym obrotem, to logiczne.
Strażnik Pustkowia. Z półobrotu ją!

co dziwne w ogniście czerwonych lekko sfalowanych włosach. [Znaczy, cała we włosach była? Taki czerwony Wookie?] [Kto wie, zobacz dalej...] ciemnofioletowa peleryna okrywała jej ciało, więc ciężko było zobaczyć je wyposażenie.[dlaczego pomyślałam o cyckach?]  jedyne w co można było stwierdzić jest wyposażona to dość duża kosa.
Żniwiarz? Ufarbowałeś się?
Znalazłem odpowiedniego dewianta!!! Są cycki, jest kosa, włosy nawet połyskują na czerwono, co prawda peleryna jest bardziej granatowa...

- kim jesteś? - warknął, mrużąc oczy. dokładnie ją obserwował. dziewczyna lekko się zaśmiała zakrywając dłonią usta. -druidka?
Ej, kolego, przed chwilą twierdziłeś, że półelfka!
Dlaczego z bezmiaru wspomnień z lat dziecinnych nagle wróciło do mnie TO?
To coś zawsze mnie przerażało.

dziewczyna tylko lekko się zahihrała.
O właśnie... Kto wymyślił, że hihotać powinno się pisać przez CH? Przecież tam wyraźnie samo H słychać. Tak jak w i hihrać.
Nieprawda, jak chichoczą Źli, to wyraźnie słychać CH.
Ona jest z Kresów, odróżnia dźwięczne “H” i bezdźwięczne “CH”, ot co!

chłopak wciąż z wciągniętą w jej stronę bronią bacznie obserwował.
- schowaj chłopie już tą [ tĘ!] broń - nałożyła kaptur obszyty wilczą skórą na czerwone włosy- tak druidka.
Druidka powinna latać ze złotym sierpem, nie z kosą.
Hm, nie wydaje Wam się, że musi im być trochę gorąco w tych strojach?
Aczkolwiek, znając manierę fantastycznych ilustracji, panna ma zapewne pod peleryną tylko skórzane bikini.
Ewentualnie stanik kolczy.
Ponoć chainmail bikini ma jako bonus depilację w standardzie.
Ałć.

- po co do mnie mówisz? - warknął.
- I o czym ty do mnie rozmawiasz?

- ach jaki ty przyjazny- powoli obeszła go dokoła. spod peleryny wystawały na przemian chude nogi odziane w skórzane buty do przed kolan.
Jeden but był do kolana, a drugi przed nie.
I na przemian nogi i co innego.
Kolano bojowe składa się z przedkolana bojowego, kolana bojowego i zakolana bojowego. Przedkolanie kolana bojowego składa się z przedkolania przedkolania...

przyglądała mu się bacznie- to ty jesteś Murmok?
Nie, tłumok. Przemierzam świat bez prowiantu i warczę na widok każdego, kto ewentualnie mógłby się ze mą podzielić wałówą.
Nie daj bór coś zjem, przestanę marudzić i będę musiał zostać bohaterem dobrej książki. Tak przynajmniej jestem kanoniczny.

- a co Cię to?
Co ją to co?
To ją to to.

- mam zadanie dla niego. powiedziano mi że zmierza na wschód, do Azanaby, podobno jest bardzo silny i wiecznie bez pieniędzy, bo wszystko przetraca na głupoty...
-skończ już lepiej kobieto. tak to ja jestem Murmok.-wyprostował się i schował miecz do pochwy.
Błąd. A jeśli panna ma zlecenie na twoją głowę?
To najpierw wygłosi Standardowe Oświadczenie ZUego Bohatera, następnie będzie się przez kilka minut przechwalać, jak to szybko i bezlitośnie Murmoka ubije, by na koniec potknąć się o własną kosę.

- o co chodzi?
- no więc widzisz, sprawa wygląda następująco: kojarzysz władcę mający swój gród za brzozowym lasem, na północ od rzeki Krawiery?
Kojarzysz odmianę imiesłowów przez przypadki?
Kojarzywsząwszy.

jak on się zwał... hmm - postukała się  głowę, próbując sobie przypomnieć- nigdy nie miałam głowy do nazwisk, dlatego sama go nie mam [wołają mnie: Ej Ty W Czerwonych Włosach i Fioletowym Płaszczu]-zaśmiała się szczerze- ale mniejsza z tym. prosi Ciebie jako wojownika o zabicie pewnego stworzenia. płaci podobno bardzo wysoką stawkę- uśmiechnęła się zachęcającą, ruszając brwiami. - co ty na to?
On to zrobi, bo to jego profesja.

- właściwie w Azanabe nic na mnie nie czeka. daleko jest jego gród?
- na zwierzęciu dotrzemy tam zanim się ściemni.
Na wyścigowym ślimaku, na przykład.
Musieli by być mini-ludkami.
Jeśli to był TEN ślimak, to faktycznie, mogliby dotrzeć;P

- ale ja nie posiadam konia...- rzekł poważnie.
- hahaha, ja też nie!- krzyknęła półelfka,
*Odsuwa wyjątkowo sprośne myśli...*
Biedny Murmok, biedny... Aaaa! To dlatego ma taki ogromniasty miecz! Kompensacja!

klasnęła w dłonie i zaczęła coś mówić po [w!!!] niezrozumiałym dla Murmoka języku. nagle zaczęła przemieniać się w ogromnego niedźwiedzia. na 4 łapach, miała 2 metry.
Baba jak niedźwiedź...
Yeah, Bear Cavalry rules!!!:D

Murmok uśmiechnął się lekko pod nosem i bez słowa wskoczył na grzbiet zwierzęciu.
Dosiadł jej i pojechaaaaali! ;)
A potem ona jego i skończyła się jazda.
A może jednak nie?

Zwierze biegło bardzo szybko. musiało znać dobrze drogę, bo omijało wszystkie bezpiecznie wyglądające miejsca, ze względu na zasadzki w nic umieszczone.
Biegło tylko tymi niebezpiecznymi, bo tam ryzyko wpadnięcia w wilczy dół, obrzucenia kamieniami czy dostania się pod grad strzał jest absolutnie minimalne.
No, jakaś logika w tym jest - ja też umieszczałabym pułapkę w miejscu, które wygląda absolutnie sielsko i spokojnie ;)
Pokrętna ta logika.
Przeciwnie, to bardzo logiczna droga do paranoi.

wybiegłszy z lasu zatrzymało się. Murmok nie wiedząc po co, siedział dalej, wtem zamieniła się z powrotem w półefa. chłopak spadł w dół na trawę.
- mogłaś ostrzec kobieto! - krzyknął masując sobie tył głowy.
- biedny królewicz- zaśmiała się cicho - teraz chodźmy tą drogą- wskazała na brukowaną ulicę.
Półelfia nawigacja.
Przeszła w “tryb pieszego”.

-jak Cie zwą?
-Erin, jak mówiłam wcześniej nie wiem nawet czy coś dalej miałam. właściwie mało pamiętam z mojego dzieciństwa. pamiętam tylko historię nauk u druidów.
Standardowy dupochron aŁtoreczki, której się nie chce wymyślać kompletnej historii bohatera.

dochodzimy do bramy, nie odzywaj się.- zrobił parę kroków na przód i podeszła do strażników stojący przed bramą. zaczęła z nimi rozmawiać, gestykulować.
...a teraz będzie najtrudniejsze: DO ME-TA-LU!

po chwili pomachała wołająco ręką do Murmoka, a on podążył za nią.
- po robocie staiasz mi bagienne ziele i piwo w tej oto karczmie - wskazała palcem na mały budynek - będę tu czekać.
- skąd wiesz że tu wrócę?
- nie wiem. zobaczę.
A jak nie wrócisz, to zobaczysz!

Erin siedziała przy kuflu piwa. obserwowała karczmę spod byka.
Byk nie postulował zmiany pozycji.

na suficie był obrzydliwy grzyb,
Sromotnik bezwstydny.

śmierdziało stęchlizną (Nie stęchlizną, tylko padliną, przecież Sromotnik śmierdzi padliną.), wszystko było przesiąknięte wilgocią. do tego smród alkoholu, wywołał i druidki odruch wymiotny, ale kiedy sama złożyła zamówienie, to wszystkie złe cechy przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Ciekawe, dlaczego w opkach i opowiadaniach fantasy karczma zawsze musi być obleśna, zasyfiona i śmierdząca. Karczmarze prowadzili swoje przybytki za karę?
Nie warto było się wysilać, skoro klienci kręcili nosami tylko do momentu złożenia pierwszego zamówienia.

usiadła w rogu i obserwowała ludzi, nieludzi, oraz inne stwory wchodzące i wychodzące z pomieszczenia.
“Jeźdźcy i piesi wyszli przez bramę pozostawiając ślady ludzkie i końskie.”

mała sprzeczka o zapłacenie za trunki, komuś nie pasują kelnerki,
Mnie też nie pasują. Do reszty realiów (?) opka.
Nie wiem czemu, przypomniały mi się Milenka i Pati, “roznoszące drinki w skompych strojach”.

bo odkrywają za mało ciała,
A nie, to nie one...

jeszcze inny zasypia na stole z przepicia.
Z twarzą wtuloną w kotlet schabowy, panierowany.

Erin uśmiecha się pod nosem. wszystko jest w starym porządku, zwykły rutynowy dzień . tęskniła za takim życiem.
Polegającym na siedzeniu w najgorszej mordowni w okolicy i napawaniu się smrodem.
Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakiś fetysz ma...

Dziewczyna wyciągnęła bagienne ziele i pociągnęła dwa duże buchy.
Za moich czasów mówiło się “szlugi”...
Nie, szlugi to ćmiki, a buchy to sztachy.

po chwili było już jej naprawdę miło. euforia wypełniała jej umysł, wszystko jakby zwolniło, dźwięki falowały, powietrze oplatało dookoła.
To już wiemy, czym się zajął Gorag na emeryturze. Dystrybucją ziela.

- wiedziała. - uśmiechnęła się pod nosem. Murmok rozglądał się po karczmie w poszukiwaniu jej.
Przeczytałem - “w poszukiwaniu jaj”...

czysty i bez zadrapań, po czym można było wnioskować, że dopiero doszło do porozumienia z władcą.
Gdyby wrócił czysty, ale z zadrapaniami, świadczyłoby to o zawarciu porozumienia z władczynią.
A gdyby wrócił brudny, lecz niepodrapany, oznaczałoby to przymierze z dziewką służebną.
Zaś “brudny i podrapany” oznaczałoby bliskie spotkanie z jakimś dachowcem.

podszedł do karczmarza i zamówił kufel piwa, a do tego zasmażaną kapustę. usiadł do stolika obok Erin i się jej bacznie przyglądał.
- jak tam twoje zadanie? - z leniwym uśmiechem zapytała chłopaka.
- jutro idę to zniszczyć. jakiś asag się tam panoszy. są niegroźne, ale ludzie się boją.
- wiem- zaśmiała się- one jedzą krety i owady.
Głupie te ludzie, doprawdy, sprowadzać z dala wojownika i płacić gotówką za zabicie jakiejś niegroźnej żywiny... Gdyby boCHater choć trochę myślał, już powinien mu się zapalić czerwony guziczek z napisem “Podstęp!!!”.
Marnują dobry biznes. Złapać i wozić z ogłoszeniem “Masz problem z kretami w swoim ogrodzie? Nie martw się! Nadeszła krecia godzina!”

wiem, wiem. w końcu przerobiło się nie jedną sekcje zwłok, różnym stworzeniom. ach - westchnęła głośno i pociągnęła bucha. karczmarz podszedł do stołu i postawił zamówienie Murmoka.
- przepraszam panią lecz tutaj nie palimy.
W zaplutej, cuchnącej mordowni karczmarz tytułuje jakąś przybłędę “panią”. Hell yeah.
I na dodatek ma w lokalu zakaz palenia.
Wyprzedza swoje czasy o drobne parę stuleci. Dlatego ma też kelnerki, zamiast normalnych dziewek służebnych, szynkarek czy innych takich przestarzałych modeli.
A odpowiednikiem knajpianego Internetu byłyby system posłańców?

-już gasze- wyluzowana, powoi zagasiła zostawiając sobie na potem bagienne ziele - a waśnie Mum, chcesz bucha? - podała mu ziele.
- nie dzięki, nie lubię takich środków - odrzekł sucho, a dziewczyna wzięła rękę chowając ziele. - i nie mów nigdy więcej na mnie Mum...
- wedle rozkazu Mum.
- chyba coś powiedziałem?- podirytował się, aż mu brew zaczęła drgać.
“Ja się będę musiał terapii jakiejś poddać po tym wszystkim. O, już mi oko lata...”

Erin nie odezwała się słowem, tylko pociągnęła łyk piwa. mocne było, śmierdziało, niby najwyższa jakość, ale można by polemizować.
Pamiętajcie, drogie dzieci, jak piwo śmierdzi, to jest najwyższej jakości.

- znasz jakieś miejsce do spania?
- nie.- sucho powiedziała mając głowę odwróconą w stronę dwóch młodych łuczników z Katerherbu. śmiali się i dotykali w nieprzyzwoitych miejscach.
Nie ma czegoś takiego jak “nieprzyzwoite miejsca”, chyba że były to samobieżne części ciała, które się brzydko zachowywały.

nagle jeden wstał, drugi za nim. pierwszy złapał drugiego za dłoń i wyszli z karczmy, Erin się zasmuciła, ubiła oglądać miłość między innymi, a szczególnie jednej płci.
Matulu, to oczekiwała, że na środku karczmy zaczną pochędóżkę?
Żeby ich  ktoś ubił?

- tylko tyle masz do powiedzenia? - dopił do końca piwo.
- szybko pijesz- zauważyła i obsunęła się na ławce, opierając głowę o deki.
- Zabieraj ten łeb! - warknął oburzony DJ. Znaczy tego, wędrowny minstrel.

- zawsze jak jest obrażona mało mówi!
ich głowy zwróciły się w prawo, a przed nimi stała efka, w płaszczu podobnym do płaszcza Erin.
Nie płaszcz, Efka, bo tu miejsca brak...

Erin zmrużyła oczy i bacznie zmierzyła elfkę.
Miarą krawiecką. Porównała wyniki z baza danych i stwierdziła, że koleżanka zaokrągliła się przez wakacje i nabrała kształtów.

-czego tu szukasz Trias?
Jury i Kredy.
"Sylur, miocen, oligocen, minerały - świat podziemny jest wspaniały!" (Tytus, Romek i A’Tomek, księga XV)

- ciebie kochanie! - usiadła blisko Erin - tęskniłam, nie wiedziałam że będziesz znowu w Mesicie.
… bo ostatnio zrobiłaś niezły Meksyk, że opowiadali o tym nawet w stolicy.

- no bo niby po co miałabym to tobie mówić? - półefka odwróciła głowę i spojrzała na Murmoka.
- kto to jest? - zapytał
- Trias, miło! - wrzasnęła czarnowłosa. jej włosy były długie aż do pasa, a skośna grzywka przysłaniała pół twarzy. - Eni chodźmy do mnie.
- nie mów Eni..
- dlaczego Eni?- zakpił Murmok.
Bo aŁtorka musiała wymyślić coś równie idiotycznego i z czapy wziętego, co “Mum”.

- zamknij się!- syknęła- słuchaj Trias, odpuść sobie. dobrze wiesz jak jest. jestem tutaj z nim- wskazała na Murmoka. ten zrobił większe oczy, ale nie rzekł ani słowa.
- nie kłam mnie!- warknęła elfka- wiem że nie.
- zapytaj się wiec go [a będziesz wiedzieć to].
Będziesz wiedzieć to, że ona kłamie go.
więc zaśpiewaj to, do-re-la-la-mi-do.
Zastanawiam się nad popularnością formy “kłamać kogoś” w opkach. Może to jakiś regionalizm?
Dukaizm. “Lód”, rozdział “O ojcu najzimniejszym”.
To już prędzej archaizm - o znajomość “Lodu” aŁtorki nie posądzam.

to prawda?- Trias spojrzała błagająco na Murmoka. Erin w tym czasie patrzyła złym wzrokiem. ten tylko kiwnął głową. Trias wstała od stołu i uciekła na zewnątrz.
- kto to był?
- dawna znajoma.
- znajoma?
- czy to ważne?
- tak?
-niby dlaczego? jaki masz cel w tym aby wiedzieć, aby znać historię mojego życia. nic o mnie nie wiesz, nawet nie wiesz jaką mam siłę.
Ona ma siłę, nie wiesz, jak wielką!

co potrafię, może chcę cie tylko wykorzystać, a może po prostu, a zresztą... nie ważne.
Nieważne to taka góra zamieszkana przez gnomy w uniwersum Dragolance. Czyżby Erin była kuzynką Tanisa Półelfa?

zapadła niezręczna cisza, którą przerwał głos karczmarza, który wołał swoje kelnerki. ogólnie tłoczno się zrobiło w karczmie. każdy bo męczącym dniu chciał się napić i napełnić energią. trzaskanie o siebie kufli, piosenki pijackie oraz wrzaski, macanych kobiet. które podśmiewały się do partnerów. do karczmy kolejny raz weszła Trias.
Wchodzi, wychodzi, zaś wchodzi... A zdecydowałaby się!
Przypomina mi to kawał o babie, którą wszystko wkur... (uwaga, 18+!)

teraz Murmok mógł jej się przyglądnąć dokładniej, gdyż płacz trzymała w dłoniach.
Szloch niosła w torbie zarzuconej na ramiona, a nieco rozpaczy zawiesiła sobie na szyi w srebrnym medalionie.
W uszach miała kolczyki z samotnych, kryształowych łez.

była szczupła, ale bez przesady. ze skórzanych spodni lekko wychodziły ściśnięte boczki.
Matko Borska, teraz rozumiem, czemu nastolatki wciskają się w spodnie o dwa rozmiary za małe. Najwyraźniej muffintopsy są uważane za fajne! Błeee...
Błeee...
Zaiste, zdumiewającym jest, że hołdują modzie tak starożytnej!

do paska miała przyczepiony sierp.
A do szelek młot.

miała małe blizny na rękach. pewnie nabawiła się ich podczas nauk poskramiania zwierząt.
Może się nie umiała zbyt dobrze tym sierpem posługiwać.

spojrzał w tym momencie na ręce Erin i się zdziwił, że ta nie posiadała żadnej.
Nie posiadała również sierpa. Ni młota. Tylko tę głupią kosę.
Raz sierpem raz młotem półelfią hołotę!

Trias zamówiła kufel piwa i usiadła do stolika przy którym siedziała Erin i Murmok.
- po co tu znów przyszłaś?- zapytała zamulona Erin.
Odgarniając z czoła szuwary i strącając z nosa rzęsę i spirodelę.
Pijawki figlarnie zwisały jej z łydek.

- tak jakoś wyszło nietaktownie z mojej strony. chciałam normalnie porozmawiać, ale widzę że ty raczej już nie jesteś w stanie, co?- uśmiechnęła się ironicznie i spojrzała w pianę piwa. Erin obserwowała bacznie każdy jej ruch. Trais jak zwykle męczyła się z piwem. wypiła zaledwie 1/5 kufla a już się krzywiła.
To po kiego grzyba zamówiła piwo? Zatrzymała się w rozwoju na etapie durnej małolaty, która przy pomocy piwa próbuje imponować koleżankom?
Widać piwo było doskonałej jakości, znaczy: śmierdziało pod niebiosa.
Zaś cała trójka wyglądała mniej-więcej TAK.

Erin się zaśmiała lekko i sięgnęła po jej kufel.
- Może niech ona już więcej nie pije?- zwrócił sie do Trias Murmok.
- nie wiesz chłopie jaką ona ma mocną głowę. zmuliło ją po bagniaku,
“Żółty - muli.” (Mumio)

jak zwykle jarała. ech uważaj na to, bo przez jej jaranie jeszcze nie raz wpadniecie w jakieś kłopoty.
I w bagno.

- długo się znacie?- zaciekawił się Murmok. Erin spoglądała tylko na ich twarze mając przy swoich ustach kufel. nie za bardzo słyszała o czym rozmawiali, bo w karczmie zrobiło się strasznie głośno. przyjechał brad (Pitt?) i grał melodie o wielkich czynach. ale nie rozumiała ich tekstu (bo to melodie były, nie teksty, sama napisałaś!), przez to że każdy dźwięk się ze sobą zlewał.
Azaliż bard z dalekiej przybył Finlandyjej?
Albo innej huńskiej krainy?
Igen, él egy gyöngyhajú lány,
Álmodtam, vagy igaz talán,
Gyöngyhaj azóta rég
Mély tengerbe ért

- właściwie ponad pół wieku. w tym samym czasie pobierałyśmy nauki. zawsze się zaczynała z kimś, bo nie jest czystym elfem.
Ale CO się zaczynała? Bić? Gzić?
Myć?

nienawidziała jak ktoś oceniał ją po pozorach, to wtedy uświadamiała swoją mocą innych. wiele razy dostała po dupie, z  głównym kapłanem jakie miała starcia - usmeichnęła się do wspomnień- ach ale miałyśmy szacunek, każdy nas znał.
Tylko dorośli z politowaniem kiwali głowami.

właściwe inni nas nawet lubili, ale Eni jest dziwną osobą w kontaktach między osobami. szybko umie się dostosować, ale...
-czemu Eni?- przerwał jej w pół zdania
- Eni? a Eni, o to ci chodzi- zaśmiała się do siebie- zabije mnie jak ci powiem.
- obronie cię, jestem silny.
Jam ci ubił wrednego asaga, czy jak się to cholerstwo zwie! No wiesz, to, co jest niegroźne i pożera krety.

Trias zaczęła się aż zanosić ze śmiechu. nagle poczuła na swojej szyi rękę Erin która ja pociągnęła do góry.
- chodź, będę rzygać...
To Element Komiczny, czy doświadczenia własne aŁtorki?

- zaaz wracamy- zaśmiała się Trias i wyszła z Erin na zewnątrz. Czerwonowłosa odbiegła kawałek, upadła na kolana i zwymiotowała.
- masz jeszcze - przerwała kaszleniem- napar z jemioły? - plując śliną próbowała się podnieść.- Trias szybko!
Jemioła? A nie dziewanna?
Wanna już niepotrzebna, paw wypuszczon został.

- już, zaraz sprawdzę. o masz szczęście, akurat ostatnia porcja. trzeba będzie się wybrać na oberżyny.
Za Wikipedią: Psianka podłużna, znana jako oberżyna, bakłażan, gruszka miłosna, jajko krzewiaste i bakman. Zwłaszcza ta ostatnia nazwa sugeruje, że oberżyny mogą faktycznie pomóc ZBAKANEJ elfce.

kiedy będzie 6 dzień księżycowego miesiąca?
Nooo... szóstego?

- mnie się pytasz? - zasmarkana wycierała twarz w pelerynę- kurde to za 20 dni. a ja sprzedałam swój złoty sierp, czym ja obetnę? - bełkotała sobie powoli.
Aaaa, “oberżyny” bo “oberżnąć”! Łał.
Ciesz się, że nie “obrzezanie”.
Elfka z elfką wśród brzeziny
Urządziły obrzeziny.
Jedna rżnęła sierpem złotym,
Druga kaca miała po tym.
Czy dużego, czy małego,
Miała kaca moralnego?
Moralnego? Fizycznego?
W każdym razie szkodliwego.

- chodź do środka, twój mężczyzna czeka- rzuciła Trias czekając na reakcje Erin.
Reakcję typu “zadzieram kiecę i lecę”?

- dobra, poczekaj... poczekaj! Triaaas! nie idź tam beze mnie! - krzyczała do elfki która dochodziła do drzwi. - chodź się przejść. musimy porozmawiać - Trias spojrzała na nią badawczo, weszła do karczmy, ale po chwili wyszły.
Miota nimi aŁtorka w tę i we w tę.
Aż drzwi nie nadążają skrzypieć.
Weszła jedna, wyszły dwie,
Trias w drzwiach rozmnożyła się.
Czy się szybko sklonowała?
Nie, to Erin się tak schlała.

- po co tam byłaś? - pociągała nosem Erin
- powiedzieć twojemu mężczyźnie że idziemy się przewietrzyć.
*wkurza się* A co to, do szmurwy nędzy, Iran? Kobieta nie może sama się ruszyć, musi mieć męskiego opiekuna?
Ejno, chłopu trza powiedzieć, coby się nie zaczął martwić, nie poleciał na ratunek i nie zobaczył... Aaaa, to już sami doczytajcie.

- dobrze wiesz że nim nie jest. ale potrzebuję jego pomocy, jest silny. a dobrze wiesz że nawet razem byśmy sobie w tym niporadziły.
Zastanawiam się czy to bardziej od NIP-u czy od Nipponu się wywodzi.
Wujek Gugiel twierdzi, że Nipo to jakiś hiphopowiec z Dominikany. Może to ten bard, co się w karczmie produkował?

a znasz mnie...- spojrzała w dół. Trias ją obeszła i złapała jej twarz w dłonie. wyciągnęła zza pazuchy chustę, lekkim zaklęciem ją zwilżyła (starożytnym zaklęciem splunięcia, jak mniemam) i wytarła twarz Erin. - jesteś na mnie zła? - zaczęła płakać
- Nie, dobrze wiesz że nie. - Trias złapała mocno półelfkę i przysunęła ją do siebie. - dobrze wiesz że nie- powtórzyła głaszcząc ją po głowie. otarła jej łzy i przybliżyła swoje usta do ust czerwonowłosej. całowała ją powoli, ale bardzo namiętnie.
Przypominam, że Erin przed chwilą zwymiotowała.
Jeżuuu, idę po oberżynę...
Dziewanna?...

jakby ten pocałunek miałby wystarczyć na co najmniej wiek. obie powoli obsunęły się na ziemię. Trias mocno trzymała bezwładną Erin. położyła ją na ziemi i usiadła okrakiem. całowała ją mocniej i mocniej. swoją dłoń wsunęła do jej bielizny, aby poczuć ciepło jej ciała.
I w tym jakże ekscytującym momencie aŁtorce urwało się od natchnienia.
Wykońcówkowała z niepisaniowości, jak jakiś Białoszewski.
Murmok zmartwychwstał i urwał jej od internetu.

Spod wyjątkowo obskurnej Tawerny pozdrawiają Was: Kura z drugiej strony drogi,  Murazor z wanną dziewanny, Sineira z obrzynem z oberżyny, Gaba z kosą na zwierzęciu
oraz Maskotek buchający zielem.




16 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Pierwsze opowiadanie nawet mi się podobało. Na początku było chyba nie do końca przemyślane, ale później autor stworzył ciekawy klimat dzięki któremu czytało mi się dosyć przyjemnie. ;D Nie wiem o co chodziło w tym drugim opku, ale przysięgam, że Gorag nie miał z tym nic wspólnego, chociaż pewnie zainteresowałby go taka rasowa mieszanka xD Analizatorzy jak zwykle wymiatają ;D Pozdrawiam, Marw ;)

Anonimowy pisze...

"Zastanawiam się nad popularnością formy “kłamać kogoś” w opkach. Może to jakiś regionalizm?" - wydaje mi się, że to regionalizm. Jestem z Białegostoku i przyzwyczaiłam się do takiej formy, naprawdę. Tutaj każdy tak mówi. Na początku ciągle wszystkich poprawiałam, ale teraz się przyzwyczaiłam i po prostu to ignoruję. Inaczej się nie da, serio :)

mikan pisze...

Urzekła mnie knajpa, w której można się uchlać do nieprzytomności, ale za to nie można palić. :)

Anonimowy pisze...

Też jestem z Podlasia, okolic Białegostoku ale jeszcze nie słyszałam żeby ktoś używał formy “kłamać kogoś”, głównie raczej różnorakie rusycyzmy.

hasło: bellja -bela? Pijany jak bela.

Falco pisze...

*zawstydzona* No... mi się czasem zdarza wstawać z myślą, że to może być mój ostatni dzień... Ale się nie przyznaję, bo potem ludzie mówią, że mam schizofrenię. ^^'

"spojrzał w tym momencie na ręce Erin i się zdziwił, że ta nie posiadała żadnej.
Nie posiadała również sierpa. Ni młota. Tylko tę głupią kosę.
Raz sierpem raz młotem półelfią hołotę!"
Zrozumiałam, że nie posiadała żadnej ręki.

Analiza jak zwykle wyborna! Analizy fantasTy rulez!!!

hasło: estrop. Po prostu E-Strop. Patrzysz w sufit i widzisz reklamę. Patrzysz w podłogę i widzisz blue screena.

Dzidka pisze...

No żeby urwać w takim momencie!
Dziękuję za dedykację *przesyła rozmaślony uśmiech*

rafal_ost pisze...

Szanowne Panie Analizatorki... (Murazorze wybacz)
Dobrnąłem tylko do połowy pierwszego opowiadanka. Było równie ekscytujące, co pasztet z Biedronki (choć ten ostatni daje się zjeść i, co więcej, posiada on pewne marne wartości odżywcze). Zdaję sobie sprawę, że nie co dzień Marlenka się trafia... choć i tak, nawet abstrahując od jej podobnej treści... to opko było zwyczajnie nudne. Nawet nie wybitnie złe.

Absolutnie nie zamierzam Was postponować (komentarze dały radę, jak zawsze), ale treść... kiepsko.

I jedna uwaga od kogoś znającego język Imperium - "Есть человек, есть проблем. Нет человека, нет проблема. (Сталин)"

Wyraz "проблема" jest w rosyjskim rodzaju żeńskiego!! (teraz ja nawaliłem, bo nie zainstalowałem wsparcia dla rosyjskiego w FF, ale powinno być: est' chelovek, est' problema. Net cheloveka, net problemy). Bez urazy, ale jakoś tak mam :)

Anonimowy pisze...

Co masz do biedronki!? Kaczyński się odezwał, :p

Ej, to pierwsze opowiadanie nie było takie głupie.

AA

jasza pisze...

>Chyba, że zdradzi mnie mój własny miecz.

A gdy uwodził zakonnice
rycerz przyprawił se wielkie cyce
i włożył habit, lecz
zdradził go jego miecz,
bo mu unosił spódnice.

Scenka z samsonową klaczką Dalilą do łez prześmieszna!

Shady Eyes pisze...

Wykońcówkowała z niepisaniowości, jak jakiś Białoszewski.

Tylko nie 'jakiś'! :3 Mistrzowi Mironowi należy się szacunek!

Dzidka pisze...

@rafal_ost - skoro komentarze "dały radę", to o co chodzi? My nie pisujemy opek. My je tylko analizujemy. A jak widać, nawet z nudnej treści wychodzi dobra anmaliza.

Dzięki (w imieniu analizatorów tego opka) za poprawkę co do języka rosyjskiego, zastanawiam się tylko, po co "angielska" transkrypcja? Nie można było napisać zwyczajnie "jest czieławiek?" Pytam, bo jestem żywo zirytowana, kiedy widzę taką pisownię np. na billboardach, nazwisk, które w Polsce od wielu lat mają się dobrze, a dzięki tej transkrypcji brzmią niezrozumiale. Na przykład ALLA POUGATSHOVA albo od bardzo dawna mieszkający w Polsce zgasły już celebryta Zhora Korolyov...

Goma pisze...

Faktycznie pierwsze opowiadanie nie było takie złe, ale i tak dobrze, że się pojawiło, bo na przykład wierszyk o śnie mnie rozbroił ^^ Drugie do analizy idealne, co sprzyjało też większej ilości spadnięć z krzesła.
Pozdrawiam!

Anonimowy pisze...

genialne,zakrztusiłam się w pracy,dobrze,ze petenci się nie pętali po pokoju.
"punkt 1 da się łatwo połączyć z punktem 2, podpalając trawę - czemu nikt na to nie wpadł?"
było świetne,ale test o tym że opko się rodzi..bomba!
chomik

Anonimowy pisze...

Pierwsze opowiadanie zdecydowanie psuje nieprzemyślany początek i happy end na siłę: jakby Samson powiedzmy wyszedł na godnego przeciwnika, acz niestety... w związku z czym musiał na przykład zostać nowym strażnikiem, albo wręcz nowym więźniem, byłoby dużo lepiej. Tak czy tak wróżę autorowi niezłą przyszłość. Zwłaszcza jeśli przeczyta analizę.
[hasło: unfin - blogspot też się nie zgadza z zakończeniem?]

To drugie natomiast to... no cóż, próba napisania opka o sobie i swoich znajomych od Metina czy innego MMORPG. I podziwiam poczucie misji u Analizatorów - sama nawet bym tego nie próbowała czytać.

Z pozdrowieniami
Frej.

Anonimowy pisze...

Wybaczcie, że piszę tak późno. Pierwszy raz, szczerze powiedziawszy widzę takie miejsce, dostałem na NowejFantastyce wiadomość, ze moje opowiadanie zostało gdzieśtam przez kogośtam zanalizowane, więc stwierdziłem, że zobaczę co to jest. Nawet nie wiecie, jak się uśmiałem, czytając komentarze, szczególne pozdrowienia dla analizujących ;) Nie wiedziałem, ze z mojego opowiadania, swoją drogą napisanego dawno, dawno temu, jako jedno z moich pierwszych opowiadań, można wyciągnać tyle śmiesznych dupereli :D Jestem mile zaskoczony, że okazało się na tyle tandetne, by zasłużyć na tak dogłębną analizę, po prostu szok :D Naiwny Samson też pewnie cieszy się, że okazał się na tyle naiwny i głupi, by rozbawić niektórych do łez. :D

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za poprawienie humoru! ;D

Dongo

Antypaladyn Pedigri pisze...

Styl pierwszego opowiadania mi się nawet podoba. Owszem, mogłoby być ciekawsze, walka ze strażnikiem opowiedziana, a nie streszczona po fakcie i rozwiązana deus ex machiną.

Co do drugiego... Boże, jak ja nienawidzę luzackiej narracji, jakbym słyszał gimnazjalistę ze krokiem w kolanach.

Jedna z fajniejszych analiz, ale niektóre linki nie działają.