czwartek, 10 maja 2012

173. Dwóch kowali panny Alic, czyli Kiedy szliśmy przez Atlantyk (1/3)


Drodzy Czytelnicy! Opko, które dziś Wam prezentujemy, liczy sobie już kilka lat. Mamy szczerą nadzieję, że aŁtorka przez ten czas nauczyła się pisać lepiej... albo porzuciła pisanie w ogóle. A tymczasem - co my tu mamy, mujborze! Projektanta mody blaszanej, żaglowce z napędem atomowym, fetysz dużych panów z dużymi młotami, ludzką rozgwiazdę, a także... Najbardziej z Dupy Wzięty Crossover Stulecia. Indżoj!

http://kapitan-alic.mylog.pl/



Analizują: Mikan, Dzidka, Sineira i Kura.

Bohaterowie

Alic de Gloth

Dziewczyna, która nienawidzi wszelakich zakazów i nakazów.
Będzie nakaz jazdy w lewo, pojedzie w prawo. Brawo!
No nie wiem. Nakaz jazdy w lewo implikuje zakaz jazdy na wprost i w prawo. A wszak zakazów ona też nienawidzi ;)
Zapętli się i będzie jeździć w kółko.
Raczej stanie na środku skrzyżowania i ani w tę, ani wewtę.

Uparta i zawsze musi postawić na swoim. Gdy była małym dzieckiem była faszerowana opowieściami o piratach (rodzice rozcinali jej brzuszek i wpychali do środka tanie powieści drukowane na kiepskim papierze), które zaczęły ją coraz bardziej fascynować. Nie raz używa swojej urody by dopiąć swego. Potrafi omamić każdego mężczyznę. Nawet Jacka Sparrowa, jednak on traktuje ją jak kolejną przygodę.
Czyli go omamiła, ale tylko trochę?
Omamiła, ale nie do końca. Rum był skuteczniejszy.
*napawa się urodą powyższego oksymoronu*

Świetnie włada białą jak i wszelkiego rodzaju bronią palną. Potrafi dowodzić morską bitwą
I tego wszystkiego nauczyła się, słuchając morskich opowieści? Czy może aŁtorka ma napad radosnej twórczości?
Bardziej mnie interesuje, jak się dowodzi bitwą. Ta “bitwa” to jakaś nieznana literaturze przedmiotu jednostka wojskowa?
Nie czepiam się. Błąd logiczny, owszem, ale używany nawet w publikacjach i książkach *ubolewa*.

i ma sporą charyzmę-nawet najgroźniejsze wilki morskie zmieniają się przy niej w baranki i bez szmerania słuchają rozkazów.
Mary Sue detected. Please deactivate your brain.
A ma jakieś, pewnie, siedemnaście lat? Wilki morskie najpierw by ją zgwałciły, potem parę razy przeciągnęły pod kilem i w charakterze mielonki zeżarły do chlebka.

Buntownicza kobieta. Musi postawić na swoim .Znakomicie posługuje się wszelakiego rodzaju bonia (taką z elewacji?) białą jak i palną.
Powtarzasz się, narratorze.

Potrafi zapanować nad załogą i jest zdolna nimi rządzić. Jej serce jest rozerwane miedzy chęcią bycia z Jackiem i wolnością. Często ma problem co wybrać.
I tak oto Mary Sue wynalazła związek otwarty, a cała reszta załogi cieszyła się z tego niepomiernie.
“- Pijmy zdrowie Alice! - Zdrowie! - Zdrowie! - Jak Alice będzie zdrowa, to i my będziemy zdrowi.”

Jack Sparrow
Przysięgam, że przeczytałam “Jerry Springer”.

Szalony pijaczyna. Mężczyzna który potrafi zrobić wodę z mózgu, oszukać każdego, wykorzystać kobietę. Kocha swoją Perłę, którą ciągle ktoś mu kradnie i morze, lecz do tego trzeba wliczyć Alice dla której jest gotowy zrobić prawie wszystko.
Znaczy, wliczamy Alice do morza?
Nie, zaliczamy ją do pewnej ilości zwierząt.

Elizabeth Swann Turner
Piękna kobieta, matka. Rozerwana miedzy światami umarłych a żywych. Walczy o uwolnienie Willa z obowiązku przeprowadzania dusz. Potrafi dowodzić morską bitwą.
Załoga słucha ją jak nikogo innego. Wiele razy dowiodła swojej odpowiedzialności za swoje czyny.
Znaczy, była wielokrotnie skazana?

Póki co wychodzi na to, że kobiety sprawdzają się lepiej w morskich bitwach, niż starzy wyjadacze
Starzy wyjadacze tylko czyszczą babom oficerki.

Bill Turner
Syn Elziabeth i Willa. Nie lzia, Elziabeth, nie lzia!
Ojtam ojtam, czasem i na trzeźwo się palcówkę strzeli (in immortal words of Rekin Dziewicojad).

Chłopiec bardzo energiczny i wesoły. Często chce udowodnić wszystkim, że jest godny nazwiska Turner, lecz czasem mu to nie wychodzi.
Babcia Tina wywiera presję.

Will Turner
Kapitan Latającego Holendra. Kochający ojciec i kochanek. Odpowiedzialny mężczyzna. Zaczyna stawać się jak Jack. Za wszelką cenę chce znaleźć się w świecie żywych.
Nie żeby ten opis miał COKOLWIEK wspólnego z akcją opka, w którym Will od początku do końca przebywa jak najbardziej w świecie żywych.

Tia Dalma
Matka Alice, kochanka Davyego Jonesa. Władczyni mórz, bóstwo. Inaczej zwana Calypso.

Hector Barbossa
Ojciec Alice, mąż Tia Dalmy. Pierwszy oficer Jacka Sparrowa.
O proszę, jak tu się komuś szczęści. Tia ma i męża i kochanka :)

Gibbs
Najlepszy przyjaciel Jacka Sparrowa.

Cotton
Ojciec Jacka Sparrowa
Silk
Matka Jacka Sparrowa
Polyester
Gatki Jacka Sparrowa


Rozdział I
Przedstawienie
Teraz jestem pierwszym oficerem na Czarnej Perle. Wiem, że trudno w to uwierzyć. Na początek opowiem wam piękną Historię o pięknej dziewczynie i głupim (ale pięknym?) kapitanie. Jak się domyślacie jest o opowieść o mnie. O Alic de Gloth.
O dziewczynie, której urwało literkę.

Więc cofnijmy się o lata w 1743 roku. W skrócie: mój ojciec Hector Barbossa, a matka AnaMarija Dalma zwana Tią Dalmą.
A nazwisko de Gloth ma po ciotecznej praprababce?
To tylko przydomek. Niezbyt pochlebny (patrz pkt. 2).

Mam rodzeństwo zacznę od najmłodszych: Jack, Lily, Madeline i John mają po pięć-siedem lat, a najstarsze rodzeństwo Veleine- dwadzieścia, Jacuqline- dziewiętnaście, Mireje-dwadzieścia, no i ja Alic- osiemnaście.
Znaczy, Tia Dalma najpierw urodziła czwórkę dzieci w ciągu trzech lat, potem miała jedenaście lat spokoju - Barbossa pewnie szlajał się gdzieś po drugiej stronie kuli ziemskiej - a potem dzielny pirat wrócił i strzelił następną serię?
Tak, żeby miała w co ręce włożyć na długie lata, a  nie myślała o głupotach.

Przenieśmy się do piątego lipca 1743 roku. Było bardzo upalne lato. Ja i Armani jeździliśmy konno po plaży.
Dior truchtał za nami na osiołku.
A Versace biegł z tyłu i zbierał końskie pączki.
Armani miał na nazwisko Giorgio?

Nie należałam i nie należę do kochanych córeczek tatusia, więc zadawałam się z samymi chłopcami.
A jak się ma jedno do drugiego?
Tatusiowie mający “kochane córeczki tatusia” nie pozwalają im zadawać się z chłopcami.

Najbardziej go lubiłam. Był miły, zabawny i zawsze wiedział jak się zachowa.
Na przykład, że za chwilę rzuci się na ziemię wrzeszcząc i tupiąc.

Niestety, ale jego rodzice umarli, więc czasem zapraszaliśmy go do naszej posiadłości na obiad. Byliśmy najbogatszą rodziną we Francji.
Król  Ludwik XV tylko zgrzytał zębami na myśl o ich majątku.
A takie płotki jak Bontemps czy Beaujon żebrały u jego drzwi.

Swoją drogą filmowy Barbossa został korsarzem na służbie króla Anglii, więc doprawdy nie wiem, co on robi we Francji.
Poprosił o azyl ;)
*przegląda tekst* W sumie nie wiemy, w jakim momencie toczy się akcja opka, więc...
Ejno, wiemy, parę zdań wcześniej masz datę!
Ale chodzi mi o odniesienie do filmów, nie o datę. Pomyślmy. Skoro Tia i Hector mają dorosłe dzieci, to rzecz dzieje się już po czwartej czę...
*przytrzymuje Sine za ręce i patrzy głęboko w oczy* Sine. Przestań. Sensu i tak nie znajdziesz, a rozum zgubić możesz.
*łka rozpaczliwie* Tu się NIC nie trzyma kupyyyy!!!
*nalewa po kusztyczku kardamonówki 70%* Lepiej?
Ufff. Lepiej. Ale trzymaj tę flachę w pogotowiu.

Kiedyś nawet podarowaliśmy mu konia. Pięknego czarnego ogiera czystej Arabskiej krwi. Młodzieniec miał swoją kuźnię w której czasem pomagałam mu.
Jak przystało na panienkę z dobrego domu, Alic interesowała się modą i asystowała Armaniemu przy tworzeniu nowej kolekcji.

Gdy sobie tak galopowaliśmy popołudniami na naszych koniach, a teraz chodzi mi o ten piąty lipca.
A jakby zsiedli z koni, to chodziłoby jej o piętnasty grudnia?
Galopu, galopu, nagle WTEM piąty lipca!
To koń miał na imię Piąty Lipca, tak zrozumiałam.

Po jakimś czasie na horyzoncie pojawił się statek z Francuską flagą na czele.
Zdecyduj się, kochanie - z Francuzką i flagą na maszcie czy francuską flagą na... chwila, co ja paCZę? Na czym on miał tę flagę???
*wyobraża sobie galion z flagą wbitą w środek czoła*
Czy hiper-duper zamek najbogatszego szlachcica we Francji znajdował się w Normandii, Bretanii czy na Lazurowym Wybrzeżu? To trzecie raczej odpada, bo mowa jest o Atlantyku. A więc rodzinka ma swoje włości tam, gdzie wiatry łeb urywają?

-Patrz!- krzyknęłam, lecz Armani nie ucieszył się gdy z radością zeszłam z konia.
Kwikk! To zdanie jest przecudnej urody. Trudno, by się facet cieszył, gdy panna z radością schodzi z... khem, dobra, już milczę...
To trzeba zejść z konia, żeby obejrzeć statek? Dziwne, doprawdy.

- Armani stało się coś?- spytałam, a on zaś pokazał palcem na piracką banderę na statku.
-Choć (burza huczy wokół nas, do góry wznieśmy skroń!) Alic do domu. Tam będziesz bezpieczna- powiedział.
Zamkniemy drzwi na kłódkę, na pewno nic się nie stanie.
Ta francuska flaga wisiała obok pirackiej? Kwik.

-Nie! Nigdzie nie idę! Będę z nimi walczyć!- krzyknęłam wyjmując mój drewniany mieczyk, który kiedyś zrobiłam z Armanim jak byliśmy jeszcze mali.



Skoro już nie są mali, to dlaczego, na Wielkiego Cthulhu, ona jeszcze nosi drewniany mieczyk?!?
I jak zamierza nim walczyć z kimkolwiek?
Ach, bo niewinni są, rąk ich nie pokalała ni krew, ni stal (bitwy rozgrywała na papierze, grając z ojcem w statki).

-Niby tym chcesz z nimi wygra?- spytał.
Mary Sue wygrywa samym spojrzeniem!

Miał racje nie miałam szans.
-Liczą się chęci- odparłam szybko mając nadzieję, że się już odczepi i nie będzie marudził,
Eee... znaczy odczepi się i pozwoli tej kretynce lecieć z drewnianym mieczykiem na bandę piratów?
W sumie, może to i jakiś sposób, padną ze śmiechu na sam widok.

lecz on zagrał nie fair.
-Alic albo wejdziesz na tego przeklętego konia i pojedziesz do domu, lub twój ojciec dowie się, że zamiast do kościoła w niedzielę chodzisz mi pomaga w kuźni!
-Alic Barbossa!- odwróciłam się i zobaczyłam ojca- czy to prawda?- Spytał wściekły.
I dotąd nikt się nie zorientował, że panienka nie bywa w kościele. Córka najbogatszego człowieka we Francji lata samopas, a stada służących, pokojówek, panien do towarzystwa i innego tałatajstwa, które się wokół bogaczy kręci,  tego nie widzą.
A w ogóle najbogatsza rodzina we Francji zasuwa co niedzielę do parafialnego kościółka, bo przodkowie nie pomyśleli, że w pałacu przyda się kaplica, nikt też nie zatrudnił kapelana.
Natomiast tatuś tak się umiał kamuflować, że nikt go nie zauważył na płaskiej jak stół  plaży.
Ukrył się pod końskim brzuchem, skubaniec.

-Teraz nie czas na wytłumaczenia ojcze! Piraci na horyzoncie!- krzyknęłam pokazując palcem na statek zbliżający się do brzegu.
D-Day!
Chmielewska strawersowała Atlantyk!

-Cholera- powiedział pod nosem mój ojciec.-idźcie do domu. Alic ty przebierz się za opiekunkę do dzieci, a ty Armani za kamerdynera. Będziecie małżeństwem.
-Ale dlaczego?- spytaliśmy oboje.
-Jack Sparrow Kapitan Czarnej Perły wielki babiarz, a nie chce byś wpadła w jego ręce-
Niech Alic przebierze się za kamerdynera, a Armani za nianię, to jeszcze bardziej zamąci w głowie Sparrowowi.
Mogą się jeszcze przebrać za lampę i fotel. Jak szaleć, to szaleć.

powiedział, po czym pogalopowaliśmy do domu. Pośpiesznie do niego weszliśmy, a moja matka podała nam ubrania i pomogła nam się ubrać.
Ależ intryga, mujeju. A to nie prościej byłoby zamknąć pannę w jej własnym pokoju, a Armaniemu kazać wrócić, skąd przyszedł?
Jack Sparrow nie rusza opiekunek do dzieci i żon? Znacznie utrudnia sobie podboje.
Widocznie uważa je za towar z niższej półki.

Co prawda Jack wtedy był kapitanem mojego ojca, a mój ojciec był tak jak by drugim kapitanem lecz nie oficerem.
Taaaa. Kucharzem pewnie był, kucharz to też ważna persona na statku!
Bo kapitan jest drugi po bogu, a kucharz... tylko kucharz wie, co wrzuca do gara ;>

-dzieci!- krzyknęła Matka- Alic będzie udawać opiekunkę do dzieci...
Ciekawe, dlaczego tylko ją tak ukrywają, ma przecież jeszcze trzy starsze siostry... Może tamte niewydarzone jakieś?
Może już zdążyły postradać kwiat swego dziewictwa, och, och. *załamuje ręce*
Źle je przebierano.
Tak, pomysł z przebraniem za kanapę zdecydowanie się nie sprawdził.

-Ale ona jest moją siostrą!- krzyknęła mała, słodka Lily i przytuliła się do moje nogi.
-Wiem, lecz proszę was. Jesteście w teatrze aktorami i musicie zagra jak najlepiej- powiedziała mama.
-A Armani?- spytała Veleine z lekkim uśmiechem.
-Gra jej męża!- powiedziała stanowczo matka i poszła. Wszystkie dzieci poszły na górę, więc ja jako opiekunka poszłam za nimi. Wyglądałam okropnie, ale przeżyje dla dobra rodziny.
Prawdziwa, stuprocentowa boChaterka opka! *wzrusza się* Nawet podczas trzęsienia ziemi będzie się przejmować wyglądem.

-To tu...o w mordę!- Krzyknął Jack. Ochrypły niski głos usłyszały wszystkie dzieci i zleciały na dół. Utrapienie z nimi. Jak zwykle poszłam za nimi.
“Jak zwykle” - to się nazywa wczucie w rolę!

Zaczęłam wchodzić po schodach.- A to pewnie twoja córka!- krzyknął Jack. Oburzyłam się. Czy aż tak jestem podobna do ojca? Może z charakteru, ale nie z wyglądu. Bardziej przypominam moją kuzynkę Elizabeth Swann.
Tak się tylko upewnię, że córka czarnej Tii Dalmy lico ma zapewne białe jak płatek śniegu?
Ciiiicho! Nie mów aŁtorce, że Tia Dalma była czarna, bo jej psujesz koncept!
Taaaa, mnie też wzrusza koncept mieszanego małżeństwa we Francji w połowie XVIII wieku.

Wspominałam już, że jesteśmy spokrewnieni z rodziną Swann? Chyba nie.
Jeden z punktów Testu na Mary Sue zapytuje “czy twój bohater jest spokrewniony z którąś z kanonicznych postaci?”. Tu, jak widać, aż z trzema.

-Nie, to opiekunka do dzieci- oznajmił mój ojciec.
-Za ładna na opiekunkę- powiedział Jack z lekkim uśmiechem.
Jack jest kapitanem jej ojca. Służą razem na jednym statku, podejrzewam, że dość długo.I nigdy nie widział jego dzieci???
No przecież nie zabierał bachorów w rejs, a na lądzie widać nie utrzymywał stosunków towarzyskich z kapitanem. Jeszcze by się wydało, że jest od niego bogatszy... (ha, chyba się właśnie wydało i stąd ta niespodziewana wizyta!).

[podstęp z opiekunką generalnie się udaje, wieczór mija w miarę spokojnie]

Następnego ranka obudziły mnie ptaki za oknem i szum morskich fal. Wstałam i zaczęłam się szykować do wyjścia na konie. Gdy byłam już gotowa, ktoś zapukał do mych drzwi.
-Alic mogę?- spytał ojciec.
-Tak..- powiedziałam krótko.
-Gdzie idziesz?- spytał.
-Jak zwykle na konie z Armanim- odparłam- przecież codziennie tam chodzę- dodałam po chwili.
W związku z czym jej reputacja praktycznie nie istniała, a szansa na zamążpójście równa była zeru. Hallo, aŁtoreczko, umieściłaś akcję w XVIII wieku, pamiętasz?
Może tatuś po powrocie z rejsu policzył sobie na palcach i wyszło mu, że w międzyczasie Davy Jones wpadł z wizytą? To co się będzie troszczył o przyszłość bękarta.

-Aha- powiedział i wyszedł lecz po chwili wrócił i rzucił mi coś podobnego do szabli lecz było to dłuższe.- Samurajski miecz...jak wrócisz nauczę ciebie walczy- powiedział i poszedł.
Katana od szabli różni się paroma cechami, ale  niekoniecznie akurat długością. Ba, szabla mogłaby być dłuższa (zależy od typu).

Spojrzałam na Mój miecz. Był piękny. Miał czarną rączkę (od patelni) i pokrowiec (na ubrania) tez, lecz był lekko pozłacany. Wyjęłam miecz z pokrowca. Bez niego był jeszcze ładniejszy.
A teraz wyjmij go z pochwy, oślico. Przeżyjesz niespodziankę!

Miał coś wygrawerowane po Japońsku, lecz nie znam go więc nie wiem co to znaczy. Schowałam miecz i zeszłam na dół. Ujrzałam Jacka z ojcem w ogrodzie, więc szybko związałam włosy i miałam już wychodzi, lecz jednak zauważyli mnie.
-Tomas!- krzyknął mój ojciec. Wiedziałam, że to do mnie uwielbiał nabija się z Jacka, a teraz miał okazję.
Poprzedniego dnia też miał. Chyba że coś nam umknęło.

Odwróciłam się i podeszłam do ojca. Tata położył mi rękę na ramieniu.
-Mój najstarszy syn Tomas- Próbowałam ukryć śmiech, lecz wreszcie nie wytrzymałam i wybuchłam śmiechem. Jack spojrzał na mnie wrogo i odwrócił się.
Próbuję coś konstruktywnego napisać, ale mi nie wychodzi. Czy aŁtoreczka robi z Jacka idiotę ? Po co była ta maskarada z opiekunką, skoro teraz boChaterka robi za syna?
O patrzcie, to prawie trafiłam :D
Ałtorka nam subtelnie daje do zrozumienia, że boCHaterka jest płaska jak deska?
I ma wypukłość na spojeniu łonowym?

Dobrze, że mama potrafi czarować... wyczarowała stertę owoców a na niej kaczkę.
*facepalm*
A jako że nic w przyrodzie nie ginie, biedna wielodzietna wieśniaczka z zagrody w lesie nagle zobaczyła ogołoconą jabłonkę i pustą grzędę po jedynej kaczce-żywicielce.
Znając Jacka, należało raczej wyczarować beczułkę rumu.

Po chwili ojciec dał mi znak, że mogę już iść. Weszłam do stajni, lecz nie była w niej żadnego konia. Zaczęłam iść głąb niej, gdy usłyszałam czyjeś kroki za mną. Spojrzałam na cień postaci. Było ich chyba trzech lub czterech i wszyscy dzierżyli szablę w ręce.
Jedną, wspólnie.
Jedna dla wszystkich, wszyscy do jednej!
Cień też mieli jeden. Byli jak bracia (syjamscy) i wszystko mieli wspólne.
Wszystko nie. Ale zrośnięci byli, co za pech, kuśką.
*ma wizję ludzkiej rozgwiazdy*

Rozejrzałam się by poszukać czegoś co by nadało się na broń. Zauważyłam łopatę, kosę, widły i Armaniego w oddali na koniu.
Więc podbiegłam, złapałam konia za tylne nogi, zakręciłam nim w powietrzu i sru!
A potem poprawiłam Armanim.
Versace zza winkla atakował końskimi pączkami.

Uznałam, że widły będą najlepsze więc wiele się nie zastanawiając wskoczyłam na beczkę, zdjęłam widły z haka, po czym zeskoczyłam na ziemie razem z nimi (przebijając sobie stopę). Było widać zaskoczenie na twarzach piratów. Zaczęli mi grozić szablami, a ja im widłami.
- A ti ti ti, nu nu nu, bo jak my cię szablami!...
- A ti ti ti, nu nu nu, bo jak ja was widłami!...

Nagle jeden z nich wyrwał mi je z dłoni.
Rozumiem, że zdanie “świetnie włada wszelką bronią” wideł nie dotyczy?
Może tam miało być “broną”?

Teraz to powinnam błaga o litość, lecz nie należałam i nie należę do takich co o nią błagają. Usłyszałam za sobą tupot końskich kopyt. Armani złapał mnie w pasie i wciągnął na konia, po czym zeskoczył z niego dzierżąc szablę w ręce.
A te wszystkie walki konne i piesze odbywają się w stajni, przypominam.

Nawet dobrze sobie z nimi radził, lecz po chwili zaczął przegrywać.
Ale dopiero zaczął. Piraci byli na tyle uprzejmi, że nie zabili go od razu, czekali aż jego przegrywanie stanie się odpowiednio dojrzałe.
Mary Sue zaś patrzyła uprzejmie, co będzie dalej, uciekać nie miała zamiaru.

Po chwili w oddali ujrzałam ojca ze Sparrowem. Gdy ojciec zobaczył, że Armani nie radzi sobie z Piratami podbiegł do niego z szablą w ręku i zaczął mu pomaga. Sparrow też, lecz zaczął im przeszkadzać.
Plątał się pod nogami i zaczepiał o nogawki.
Czyli, że Sparrow walczy ze swoimi ludźmi? Czy na wyspie są jeszcze jacyś inni piraci, których statku nikt nie był uprzejmy dostrzec?
Bo to byli powietrzni piraci.

Zeskoczyłam z konia, złapałam łopatę i podeszłam do Sparrowa, po czym zamachnęłam się i walnęłam go w pysk. On natomiast upadł na ziemie jak długi.
Piraci są lepsi, niż ich kapitan, Alice jest lepsza od kapitana, ale gorsza od piratów, Armani plasuje się gdzieś pośrodku, koń w czołówce, bo ma cztery nogi.
Kuro!!! Podaj pacjentce kardamonówkę!
Cholera, muszę szybko nastawić nową porcję...

-Dobry cios- powiedział Armani. Ojciec uśmiechnął się tylko.
-Gdzie konie?- spytałam patrząc jak piraci uciekają.
-Na pastwisku- odparł ojciec i zaczął odchodzić.
Chwila. Konie, które normalnie powinny być w stajni (bo bohaterka przyszła pojeździć, jak to robiła codziennie), zostały wyprowadzone na pastwisko. Przez kogo? Piraci zastawili pułapkę na boChaterkę? Ojciec zastawił pułapkę na piratów? O co chodzi w tej scenie?
W tej, jak również w wielu kolejnych, chodzi o to, ze aŁtorka w nieporadny sposób usiłuje opisać, co widziała na filmie - wzbudzając przy tym podejrzenia, że niewiele z niego zrozumiała.

-Choć- powiedział Armani i po chwili byliśmy u niego w kuźni.
Choć burza huczy wokół nas, do góry wznieśmy skroń.

-Przecież dziś nie jest niedziela- powiedziałam.
Na drzwiach wisi przecież informacja, że kuźnia czynna tylko w weekendy.

-Trudno, lecz pomożesz mi ku ku-ku! ku-ku! kordelasy dla ciebie- powiedział z uśmiechem.- Choć- powiedział. Pode szłam do niego jak mi kazał i stanęłam przed nim.- Jednał ręką trzymasz żeliwo, a drugą młotek- zaczął mi tłumaczy jak wyrabia broń, lecz ja go w ogóle nie słuchałam.
I słusznie, bo kretyna, który chce kuć broń z ŻELIWA, absolutnie nie należy wpuszczać do kuźni.
W dodatku chce kuć ją MŁOTKIEM.

Patrzyłam tylko na jego umięśnione ręce.- No to teraz spróbuj sama- powiedział po jakimś czasie.
-Co?- spytałam rozkojarzona.
-No teraz sama spróbuj- powtórzył.
-Nie!- powiedziałam.
-Boisz się?!- jak ja nie lubię jak on takie zadaje pytania!
Bo to jest najtańsza sztuczka z arsenału taniej psychomanipulacji.

-Nie, lecz nie chce popsuć- powiedziałam, gdy zaczął do mnie podchodzić.
-Nie chcesz tu by?- spytał.
-Armani nie o to chodzi. Po prostu nie umiem- powiedziałam.
No przecież sama napisałaś, luba aŁtoreczko, że panienka zamiast do kościoła w niedzielę chodzi pomagać Armaniemu w kuźni. Chcesz powiedzieć, że niczego się dotąd nie nauczyła?
Nauczyła... jak rozgrzewać pręty.
I dowiedziała się, jak ciągnąć... stal.
Oraz jak przytrzymywać konia... żeby nie wierzgał.

Myślałam, że już pójdzie, lecz jednak się myliłam. Złapał mnie za policzek i namiętnie pocałował. Nie miałam mu tego za złe. Po chwili podszedł do ognia i znów walił w żelazo.
Niemamskojarzeń, niemam... ee, co Was będę okłamywać, mam:D


Rozdział II
Uwielbiam wesela! Już mówię, że kolejka dla wszystkich!
Uwielbiam kolejki! Już mówię, że wszystkim będzie wesoło!
(No co, tak samo bez sensu i z dupy wzięte.)

Weszłam do domu. Było tam pełno ludzi, a zwłaszcza marynarzy.
Gołąb lubi siedzieć na oknie, a zwłaszcza na parapecie.

Spojrzeli na mnie bardzo podejrzliwie i jeden z nich podszedł do mnie. Złapał moje ręce i związał na plecach.
-Mogę wiedzie o co tu chodzi?- spytałam, lecz zakneblował mi usta.
No proszę, jak łatwo można obezwładnić tę kobietę, co to zawsze stawia na swoim, wie jak walczyć, a wszystkie wilki morskie wyjadają jej z ręki.

Po chwili zamiast na obiedzie byłam w celi. W powietrzu czuło się wilgoć. Siedziałam tam na tej wilgotnej ziemi i czekałam aż mnie piorun trzaśnie bo właśnie zaczął pada deszcz.
W celi? Musiało to potęgować uczucie wilgoci.
Stare, dobre, ubeckie metody.

[W celi siedzi też matka Alic i reszta jej rodzeństwa. Nie dowiadujemy się, dlaczego właściwie piraci ich uwięzili ani w jaki sposób udało im się tak łatwo opanować dwór “najbogatszego człowieka we Francji”, który na litość! musiał mieć przecież jakąś służbę zdolną do obrony!]

Siedzieliśmy tam chyba cały dzień. Zdążyliśmy nawet spać. Spałabym dłużej gdy poczułam czyjąś rękę na moim ramieniu. Odwróciła się by zobaczyć kto to...- Puść moje ramię zboczeńcu!- wrzasnęłam chyba na całe więzienie. Pirat spojrzał na mnie i uśmiechnął się złośliwie.
- Podsunęłaś mi niezłą myśl, kwiatuszku - zarechotał pirat i zaczął szukać kluczy od celi.

-Słoneczko nie bój się mnie...- zaczął, lecz ja przecisnęłam nogę przez kraty i kopnęłam go w twarz.
-Alic co ty robisz?- spytała matka.
- Nie kop pana, bo się spocisz!
Trzewiki zedrzesz, jak ty się zachowujesz?!
Czubkiem go, idiotko, czubkiem!

-Nic...- powiedziałam i próbowałam wyciągnąć nogę z krat.- Kurde nie da się- powiedziałam. Trzeba dodać, że byłam nie źle wkurzona, bo mi noga utknęła w kratach. A tak łatwo weszła.


Wreszcie, nie wiem jak to zrobiłam, ale jakiś promień światła wyszedł z mojej ręki i uderzył w kraty po czym bez problemu wyjęłam nogę (od stołu). Mama spojrzała na mnie z zaskoczeniem.
-Jak się tego nauczyłaś?- spytała zaniepokojona.
-Ty nas nie uczysz czarów!- krzyknęły moje starsze siostry.
-Alic musiała się sama nauczyć, bo jej nie uczę!- krzyknęła matka.
I to, że umiem czarować i w pięć sekund mogłabym was wyciągnąć z tego więzienia, nie ma tu nic do rzeczy!

-Ale o co wam chodzi?!- krzyknęłam. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na idiotę, po czym nastała niezręczna cisza.
Rodzina się zorientowała, że niechcący niemal zdradziła starannie ukrywaną prawdę o stanie umysłu Alic.

[Ni stąd ni zowąd pojawia się Barbossa, uwalnia rodzinę - też bez żadnych wyjaśnień - i każe im się pakować]

-Alic ubieraj się w suknie (wszystkie na raz???) jest w twoim pokoju- powiedział ojciec po czym weszłam pośpiesznie na górę i ubrałam się.
-Hector o co chodzi?- spytała Matka.
-Jesteście tu bardzo niebezpieczni...- zaczął- (Znaczy stanowicie zagrożenie, więc trzeba was odizolować.) Dzieci pójdą do rodzin we Francji (jako forma sabotażu), Alic popłynie do Port Royal (które uległo zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w 1692 roku, ale twórcy filmów o tym zapomnieli) z Kampanią Wschodnio-indyjską- powiedział, gdy zeszłam już na dół.- Alic trzymaj- powiedział mój ojciec wręczając mi jedną monetą ze skarbu Corteza, oraz mój miecz.
To po cholerę kazał jej zakładać suknię, nie lepsze byłyby pluderki?
Ciekawe, czy kAmpania Wschodnio-Indyjska będzie udana.

-Uważaj na siebie- powiedziała matka i przytuliła mnie.
-Zobaczymy się jeszcze- dodał ojciec.- Teraz jesteś Alic de Gloth i nas nie znasz...
-Ale...
-Żadnych ale Alic, słuchaj ojca. I na pewno się jeszcze spotkamy- powiedzieli i zamknęli za mną drzwi.
Po czym w ciszy odtańczyli taniec zwycięstwa. Nareszcie sami! Wolni! Hurra!
Wyjechali do Port Royal wszyscy nasi podopieczni...

W prawdzie mówiąc nie chciałam opuszczać rodziny. Nawet nie miałam czasu pożegnać się z Armanim, więc zboczyłam z trasy i weszłam do jego kuźni. Było w niej dziwnie cicho. Rozejrzałam się do o koła, gdy nagle zobaczyłam Armaniego leżącego na ziemi w kałuży krwi.
-Armani...- podbiegłam do niego. Jeszcze oddychał.
-Alic...
-Tak jestem Armani... (BoChaterka jest doppelgangerem?) - odgarnęłam mu włosy z nad czoła.- Co się stało?- spytałam.
-Ładnie wyglądasz- powiedział z lekkim uśmiechem. Uśmiechnęłam się do niego.
-Co się stało?- spytałam ponownie, lecz on już nie kontaktował ze światem żywych.
Biedaczek, aŁtorka dobiła go czym prędzej, bo musiałaby wyjaśnić sytuację, a tego wysiłku mogłaby nie wytrzymać.

-Kocham cię Alic...- po tych słowach wyzioną ducha. Po policzkach spłynęły mi łzy.
Pocałowałam go w czoło, po czym wyszłam zabierając miecz. Szłam w stronę plaży, a łzy same mi spływały po policzkach. No pewnie, krucafux, że same, a co, KTOŚ miał jej spływać?! Po jakimś czasie ujrzałam statek. Otarłam łzy i weszłam na niego.
Tak sobie prosto z tej plaży hop! i wskoczyła, nie zamoczywszy nawet bucików.
Może to nie był statek, tylko mała płaskodenka?
Z tej rozpaczy nie zauważyła, że plaża się skończyła i że leci po wodzie.
Albo statek przywarował na plaży, żeby się dama wysilać nie musiała. Nawet schody ruchome miał.

-Pani to kto?- spytał jakiś marynarz.
-Alic de Gloth...- odpowiedziałam krótko.
-Proszę dalej panienko- dodał po chwili. - Poproszę płaszcz i kapelusz, zaraz zawołam jaśnie pana.
Statek był nawet ładny. Było to bardzo dziwne, lecz żaden marynarz nie zauważył mojego miecza.
Z tego wynika, że uroda statku oszałamiała marynarzy do tego stopnia, że nie zauważyli miecza.
Całymi dniami snuli się po pokładzie z rozmarzonym wzrokiem, gładzili liny, tulili się do masztów...
Prawdziwy Statek Miłości.

Może to i dobrze? Po chwili odbiliśmy od brzegu.
-Ty pewnie jesteś Alic- powiedział jakiś mężczyzna obok mnie.
-Alic de Gloth- powiedziałam.
-Cutler Beckett- powiedział i wyciągnął rękę. Alic spojrzała na niego.
Po czym wrzuciła do morza narratora. Za bardzo się panoszył.

-Miło mi poznać- odparła.
-Tam będzie panienki kajuta- powiedział pokazując palcem.
*przykłada zimny kompres* Najpierw on zwraca się do niej per “ty”. Pewnie świnie razem pasali. Potem się sobie wzajemnie przedstawiają (nic, że obyczajowo rodem raczej z XXI niż XVIII wieku, nic, że to ona powinna pierwsza podać mu rękę), a następnie facet mówi jak ubogi służący: “to panienki kajuta”.

Alic uśmiechnęłam się, po czym weszłam do kajuty.
Narrator dostał morskiej choroby i miota się pomiędzy pierwszą a trzecią osobą.
A tak swoją drogą to zauważcie, że najwyraźniej jej pojawienie się na statku było wcześniej ustalone. Statek to nie taksówka, ojciec musiał to zaplanować ze spooorym wyprzedzeniem.

Rozejrzałam się, po czym złapałam miecz i schowałam pod łóżko.
Był to bowiem jedyny miecz na statku i mógł budzić kontrowersje.

Podróż była dość nudna. Byłam jedynką kobietą na pokładzie. A kto był kobietą dwójką? Po całych trzech dniach byłam już w Port Royal.
Kurde, w trzy dni żaglowcem przez Atlantyk, toż musieli zapierdzielać jak torpeda!

Kiedy szliśmy przez Atlantyk
(łej hej, roluj go!)
Pozrywało wszystkie wanty,
Pośród wiatru ryku, gwizdu
Resztki żagli poszły w pizdu,
Jak od rufy nam zawiało,
Nawet reje połamało,
Taki był cholerny sztorm!


[Alic zamieszkuje u Elizabeth Swann, następnego dnia ma się odbyć ślub Elizabeth z Willem]

-Witam i o zdrowie pytam!- krzyknął Jack. Jeszcze tu go brakowało.
-Jack co ty tu robisz?- spytała zaskoczona Elizabeth.
Właśnie. Dopiero co wybierałeś się do Francji odwiedzić twego dawnego pierwszego oficera!

-A przyszedłem, bo wiem, że szykuje się wesele! Uwielbiam wesela! Już mówię, że kolejka dla wszystkich!- zaczął się wydzierać. Czasami szkoda mi jego. Taki kretyn, ale zarazem ma głowę na karku.
Znaczy, Jack to  taki standardowy baśniowy Głupi Jasio, co zawsze na koniec okazuje się sprytniejszy od swych mądrych braci, tak?
Ma już zdechłą wronę i trzewik, jeszcze błotko i gotowe!

Weszłam do salonu, gdzie mianowicie siedział Jack bardzo nie kulturalnie siedział (znaczy, miał nabiał na wierzchu?) (bawił się krakowską), ale to szczegół (szczegół miał na wierzchu, aha!), i moja kuzynka Elizabeth.
Elizabeth miał na wierzchu!

-A oto moja kuzynka Alic- powiedziała z uśmiechem. Jack spojrzał na mnie.
-Czy ja ciebie już kiedyś nie widziałem?- spytał podchodząc do mnie.- Byłaś opiekunką u Barobssy. Tak! Pamiętam cię!- krzyknął.
A potem byłaś synem! A różowe słonie wiązały kokardkę na ogonie!
Barobssa, parobek od gnoju, zsunął czapkę na tył głowy i się podrapał. Jako żywo nie miał żadnej opiekunki.
Rany borskie, nie ogarniam. Alic przebiera się w suknie, pędem wsiada na statek, płynie trzy dni, żeby uciec od Jacka. Po czym... spotyka Jacka *facepalm*.
Przed przeznaczeniem nie da się uciec!
Ale tez i Jack musiał dobrze zapierniczać, żeby zdążyć przed nią.

-Wydaje ci się! I nie pamiętam kiedy to przeliśmy na „ty”- powiedziałam ze złośliwym uśmiechem i poszłam do ogrodu, a za mną nieszczęsny Jack.
Nooo, to mu powiedziałaś, aż mu w pięty poszło.
Sponiewierała go tak, że się nieszczęsny nie pozbiera.

-Mogę mówić ci po imieniu panno Alic?- spytał natrętnie Jack.
-Nie- odpowiedziałam krótko, bo nie miałam ochoty gadać z kretynem.
-Ale dlaczego?- spytał mając nadzieję, że wreszcie ulegnę.
-Powiedziałam nie wyraźnie?!- spytałam. Byłam strasznie wściekła na niego. Wreszcie dał mi spokój. W tym momencie wpadłam na genialny pomysł, że przebiorę się za młodzieńca i zaciągnę się na Czarną Perłę.
Nie przypomina Wam to Sakurci, która z nienawiści do kapitana zakradała się na statek?
Wroga należy zawsze mieć na oku, by nie wywinął żadnego numeru!
Bo jak ja się napatrzę, to tak nienawidzę!

Tylko było jedna i to wielkie „ale”. Skąd wezmę ubrania.
Ups, zapomniałam się spakować!

Ta zagadka akurat nie była trudna do odgadnięcia. Wystarczyło iść do Willa, który na pewno ma jakiś strój, który pasował by na mnie.
Przypadkiem jesteśmy tego samego wzrostu i pozostałych rozmiarów.

Weszłam do jego kuźni, po czym rozejrzałam się dokładnie.
Następny kowal, aŁtoreczka ma chyba jakiś fetysz.
No ja się wcale nie dziwię, kowal, kawał chłopa, mrrr... (nawiasem mówiąc, twórcy filmu też się popisali, angażując do tej roli wątłego Orlando Blooma).

Po chwili zobaczyłam Willa, który walił w żelazo.
Słyszałam już różne określenia tej czynności, ale walenie w żelazo to coś nowego.
Will był twardy jak stal.
I tak samo gorący.

Uśmiechnęłam się lekko.
Też bym się uśmiechnęła, skoro był twardy jak stal.

-Will..-zaczęłam niepewnie.
-Alic witaj stało się coś?- spytał.
-Nie, lecz ma do ciebie pytanie
Kto ma pytanie? To żelazo?
Taaaa. “Ile jeszcze będziesz tak walić, kretynie?”

-Słucham ciebie
-Czy masz może jakąś koszulę, buty oraz spodnie dla mnie?- spytałam mając nadzieję, że nie będzie się pytać: A po jaką cholerę mi to potrzebne.
-A po co ci moje ubrania?
Eeee, no wiesz... Lubię przebierać się w przepocone ubrania mężczyzn pracujących fizycznie. Jakbyś znał jeszcze jakiegoś drwala...

-Zbyt dużo mówienia, więc...
-Więc ja posłucham- powiedział.
-Wszystko zaczęło się od tego...- i zaczęłam mu opowiadać całą historię.- No i uważam, że Jack kazał go zabić- po bardzo długim czasie zakończyłam, tę nudnawą historyjkę.
Will trzymał się dzielnie, szczypał się w udo, zaciskał zęby, aby powstrzymać ziewanie, lecz gdy Alic dotarła do podstępu z opiekunką i kamerdynerem, nie wytrzymał i zachrapał głośno.

-Czyli mam rozumieć, że chcesz przebrać się za młodzieńca, zaciągnąć się na perłę, a potem zabić Jacka?- spytał.
-Tak- powiedziałam z uśmiechem.
-To jest bez sensu- odparł.
Głos rozsądku! Polejcie mu, dobrze gada!
Niestety, głos rozsądku został  zakrzyczany, zadeptany i zmaltretowany i nawet przestał już ledwo dyszeć.


-Niby czemu tak sądzisz?
-Bo jeśli walczysz tak jak Elizabeth...
-Walczę lepiej od ciebie- oznajmiłam krótko.
Taaaaak. Widzieliśmy to podczas twojej walki z piratami, miszczyni.

-No to się przekonajmy- powiedział.
-Mam walczyć w sukni?- spytałam.
Nie. W kisielu.
Więc rozbieraj się.

-A nie umiesz?- spytał ze złośliwym uśmiechem. Złapałam pierwszą lepszą szablę (odyniec się nieco zdziwił) i zaczęliśmy walczyć. Dobry był. Pierwszy cios o mało by mnie nie zabił, lecz dzięki Bogu byłam szybsza i uciekłam spod noża.
Spod noża tego rzeźnika, co odyńca oprawiał?
Taaaa, zaraz się dowiemy, ze Will walczył brzytwą.

Jeszcze kilka razy tak mocno uderzył, że myślałam, że skonam, no ale wreszcie wyrwałam mu szable z ręki.
- Waćpan machasz jak cepem! - rzekłam z niesmakiem.

Po czym przyłożyłam mu szable do szyi, lecz nie zabiłam go tylko podałam mu rękę.- Naprawdę jesteś dobra- powiedział z uśmiechem i dał mi to o co go prosiłam.
W ten sposób, drogie dziewuchy,
Zdobywało się dawniej ciuchy.


Bardzo sie ciesze, że tak bardzo wam się podoba moje nowe opowiadanie. Przyznam się, że to jeden z najleprzych pomysłów na opowiadanie.
Pytanie...
Jakie postacie chcecie by się znalazły w opowiadaniu?
1.Elfy z LOTR wraz z innymi postaciami między innymi Merry&Pippin
1 a. Rydż Forester & Marysia Voldemordzianka
2.Jakieś ważne osoby dla Alic...była miłość
2 a. Richard Burton i Elizabeth Taylor. Jako backup - Józef Cyrankiewicz i Nina Andrycz.
3.Jakiś amant...(Casanowa- ktory bedzie ja podrywac)(jesli ma się pojawić to moze jakieś wskazówki do jego postaci i harakteru bym wiedziała...:D)
3 a. Itachi popełniający harakiri
4.Miłość Jacka
5. Barack Obama i Władimir Putin. Jak szaleć, to szaleć.
6. Woli i Tysio.

osobiscie jestem za pierwsza propozycja, lecz chce wiedzieć, czego wy oczekujecie od opowiadania...:)
Odrobiny sensu...?

Pozdrawiam wszystkich komętujących i czytających. Pamiętajcie klawiatura nie gryzie!
A SZKODA!

Komentujcie wytrwale...:*
Tegoooo chciałaaaaś, spragniona komci, no to je dostałaaaaaś...
Na pewno bardzo się ucieszy i ucałuje nasze święte analizatorskie ręce.

Rozdział III
A zostanie po tym ładny ślad

Po chwili byłam gotowa do drogi. Jeszcze związałam włosy i część z nich z chowałam pod kapelusz, po czym usiadłam w kącie.
Żeby schować pozostałą część włosów pod spodenki.

[do kuźni wpada Jack Sparrow, by oznajmić Willowi, że Elizabeth po raz kolejny przełożyła ślub (w domyśle: bo nie potrafi wybrać między nimi dwoma). Alice korzysta z sytuacji i prosi Willa, by razem z nią wybrał się na Czarną Perłę.
Czyli zaproponowała mu pójście na browca?]

Prawda była taka, że chciałam się do niego zbliżyć i to, że nie lubię sama chodzić w miejsca nie znane. Więc moim zdaniem były to odpowiednie powody, by poszedł ze mną.
Walka z piratami to co innego, tutaj nie potrzebuję pomocy mężczyzny.

-Jeśli ci tak bardzo na tym zależy to...
-To?- przerwałam mu szybko.
-To wieczorem u mnie w kuźni- odparł i poszedł dalej. Uśmiechnęłam się, a w głębi duszy skakałam z radości. Żal mi go było, bo naprawdę kochał Elizabeth, lecz będę miała szansę go odbić.
I ponieważ mi go żal, zafunduję mu odrobinę wyrzutów sumienia i może jakąś malusią depresyjkę, tak dla ubarwienia życia.
Moja kuzynka Elizabeth
Należy do tych złych kobiet,
Co nie są twej uwagi warte!
Więc zapisz ze mną nową kartę
I ulecz mnie z ciężkiego żalu
Po mym poprzednim koch... kowalu.

Pod tym względem byłam dziwna. Gdy na przykład narzeczony mojej koleżanki mi się strasznie podobał to starałam się go odbić. Najczęściej się udawało, lecz w tym przypadku, będzie gorzej.
No tak. Wychodzi na to, że rodzice wysłali ją na Karaiby nie z obawy przed jakimś tam niebezpieczeństwem, a po prostu dla uniknięcia skandalu, ot i wsio.
Dziwna? Ja bym powiedziała, że najzwyczajniej wredna.
Przy czym z tej wypowiedzi wynika, że zrobiła to co najmniej trzy razy - co potem robiła z tymi odbitymi narzeczonymi? Zrzucała ich z wieży, w pogardzie dla chwiejności ich uczuć?

Nastał bardzo oczekiwany wieczór. Myślałam, że się go nie doczekam. Normalnie szok! No, ale zaczęłam iść w stronę kuźni Willa, gdy spotkałam go po drodze.
-Witam. Czy pani aby do mnie?- spytał z lekkim uśmiechem na twarzy. Też się uśmiechnęłam.
-Wydaje mi się, że tak- powiedziałam.
-To zmiana planów. Idziemy na Perłę- powiedział i zaczęliśmy iść.
Najpierw każde z nas podniosło po jednej nodze. Potem przemieściliśmy te nogi w przód, ale nie za daleko, żeby nie stracić równowagi. Następnie postawiliśmy je na ziemi, po czym powtórzyliśmy te same czynności, tym razem używając drugich nóg. To działało!

Po chwili stanęłam przed wielkim statkiem z czarnymi żaglami i z kapitanem [też czarnym], którego nie chcieli nawet w piekle [już w ogóle najczarniejszym]. No może trochę przesadziłam, ale musiało to zabrzmieć tak wiecie...No tak mocno.
Kwik! Kocham aŁtoreczkowe usprawiedliwienia.

Spojrzałam na Willa, który uśmiechnął się lekko.
-Przestawienie czas zacząć- powiedział.- Jack!- krzyknął, a Jack zaraz zjawił się obok mnie i Willa.- Ten młodzieniec od dziecka marzył by być pod twoim rozkazem- oznajmił Will.
Ale tylko jednym rozkazem. To taka piracka umowa o dzieło.

-Przecież to jeszcze dziecko...
-Mam siedemnaście lat. Jestem w dobrym wieku by zaciągnąć się na statek- odparłam zmienionym głosem. Ochrypłym sznapsbarytonem.
-Wchodź- powiedział Jack i razem z Willem weszłam na pokład. Na moje nieszczęście była tam też Elizabeth, ale mam nadzieje, że da sobie spokój z Willem.
No ba. Co z tego, że jest jej narzeczonym, skoro Mary Sue już na nim położyła łapę.
Hehe, a pomyślałaś, że teoretycznie mają w tej chwili tak koło czterdziechy i są narzeczonymi od co najmniej dwudziestu lat?
O, to całkiem jak Wołodyjowski i Anusia Borzobohata. Ciekawe, czy Elizabeth też zemrze, nim się ślubu doczeka (a Will pójdzie do klasztoru).
Anusia była narzeczoną Wołodyjowskiego przez dwadzieścia lat?! No to nie dziwię się, że umarła ze zniecierpliwienia.
Trochę krócej. I to on odwlekał ślub.
Chwileczkę, stop. Czy aŁtorka nie powiedziała, że Will ma obowiązek przeprowadzania dusz i nie ma go w świecie żywych? Czemu on się tutaj plącze?
*growlując* BO TAAAK!
Bo jest ładny.

Po chwili byliśmy już na otwartym morzu.
Po chwili to mogli co najwyżej stawiać żagle. Wypłynięcie na otwarte morze zajmuje trochę więcej niż chwilę.
Oni tam mają jakieś żaglowce z turbodoładowaniem, nie zapominajmy, że z Francji na Karaiby dopłynęła w trzy dni.

Nie miałam się czego bać, prócz Gibsa, który znał wszystkich. Przyglądał mi się bardzo uważnie. Przecież tylko Elizabeth i Will wiedzieli kim naprawdę jestem, więc chyba nie powiedzą Jackowi. Podszedł do mnie Jack.
-Pociągniesz chłopcze?- spytał.
Uuuu... Ostro.
Nie, proszę zapakować.

Spojrzałam na butelkę, po czym złapałam i pociągnęłam zdrowo. Wykrzywiło mnie na wszystkie strony, ale przełknęłam niesmaczny trunek.- Widzę, że nie pierwszy raz pijesz rum- oznajmił Jack.
-Musiałem coś pić by być piratem- odparłam bez tchu w płucach.
Przypomina mi to kawał o małym rockersie:D

Siedziałam spokojnie na schodach do mostku kapitańskiego, gdy podszedł do mnie jakiś pirat grożąc mi szablą. Szczerze mówiąc nie chciało mi się z nim walczyć, więc zignorowałam wyzwanie, lecz reszta załogi zrobiła to samo.
Też go zignorowała. Był to bowiem okrętowy pomyleniec, któremu pomieszało się w głowie po tym, jak kapitan za jakieś przewinienie kazał go przeciągnąć trzy razy pod kilem.

Rozejrzałam się dookoła. Przed kajutą stał Jack opierając się o drzwi, lecz zaraz wszedł do pomieszczenia. Wyjęłam swój Samurajski miecz. Tak naprawdę nie wiedziałam jak zacząć walkę.
Ostrym do przodu!
Zamknij oczy i poczekaj, aż sami się nadzieją.
“Umie władać wszelką bronią”, tak tylko przypominam...
Bronisława Wszelka, to była jej osobista pokojówka, która wyjechała do Francji z kaszubskiej wioski za chlebem.

Nie miałam doświadczenia. Lecz ciągle nie wiedziałam po co Jack by miał mnie zabijać, czy aby Elizabeth lub Will powiedzieli mu kim jestem? Zacisnęłam mocniej rękę na rączce (Krrrrwiii!!!) i zaczęłam walkę. Nie było tak łatwo jak by się wydawało. Gdzieś około trzydzieści piratów skoczyło na mnie z szablami. Po chwili połowa była już zabita.
Bo w tym tłoku pozabijali się nawzajem.
Taaaaa. Nasze niedoświadczone dziewczę, machając kataną jak cepem, ukatrupiło piętnastu wilków morskich, co niejeden abordaż przeżyli. A już w ogóle nie powiem, co sądzę o kapitanie, który pozwala na takie burdy na swoim statku...
“Trzydzieści piratów tu skacze z szablami,
z gramatycznymi chcąc walczyć błędami!”

Nie powiem, ale wyglądałam pięknie! Moja biała koszula miała piękne krwisto czerwone plamy! A w dodatku były mokre!
Nie martw się, przyjdzie pani w różowym i pomoże ci usunąć wszystkie plamy!
I tak została miss mokrej pirackiej koszuli.
Chromolić piratów, co dybią na moje życie! Bluzka mi się poplamiła! I złamał paznokieć!

-Dosyć tego!- krzyknął Gibs wyjmując mnie z tego tłoku szabli i trupów.
Widząc, jak “młodzieniec” martwi się poplamioną koszulą, Gibs domyślił się, że coś tu nie gra. Mam wizję, jak boChaterkę wyjmuje ze stosu trupów. Za skórę na karku, jak kota.

- Do kapitana idziemy- powiedział z dziwnym uśmiechem. Po chwili byliśmy przed kajutą Jacka. Gibs trzymał mnie mocno za rękę, gdy zapukał do drzwi.
-Czego?!- wrzasnął Jack pijanym głosem. W tym momencie wiedziałam co się szykuje. Gibs nic nie mówiąc wszedł i zamkną drzwi.
-A ten młodzieniec po jaką cholerę mi tu?- spytał Jack.
-Młodzieniec?- spytał Gibs, po czym zdjął mi kapelusz i rozdarł koszulę pod którą dzięki Bogu był gorset.- Masz swojego młodzieńca- dodał po chwili.
No co? I młodzieńcom zdarza się nosić gorsety.
Ba, w niektórych kręgach to nawet bardzo modne!

-Zostaw nas samych Gibs- powiedział Jack.
-Co?
-To co słyszałeś! Zostaw nas samych- powtórzył. Gibs posłusznie wyszedł.
Za drzwiami palnął się w czoło. - No tak, zapomniałem, że kapitan ma prawo do pierwszej nocy!

Gdy drzwi sie zamknęły Jack zaczął podchodzić do mnie. Pogłaskał mnie po policzku, a ja w tym samym czasie odwróciła głowę.- Uparta...- powiedział jak by chciał mi to uświadomić.- A może zdradzisz mi swoje imię?- spytał Jack popijając rum.
Przecież, kurnać, mówił do niej po imieniu, gdy się spotkali w domu Swannów!
Ale wtedy była inaczej ubrana, to wystarcza, żeby zmylić przeciętnego blogaskowego badassa.
Poza tym nadużywanie alkoholu niszczy komórki mózgowe. U Jacka pojawiły się pierwsze objawy - kłopoty z pamięcią.
Eee tam, Jackowi nie zaszkodzi nawet Pangalaktyczny Gardłogrzmot.

Nic nie powiedziałam. Miałam go dosyć i jego załogi. Cały świat sprzeciwił się mi.
Nikt mnie nie koooochaaaa!

- Zapytałem jak ci na imię- powtórzył, lecz ja nadal milczałam jak grób.- Więc jeśli tak bardzo ci zależy spędzić ze mną czas, to ja sobie usiądę- odparł zadowolony ze swojego pomysłu.- A może rumu?- męczył mnie pytaniami jak nikt inny. Już wolałam głupie pytania Johna, które były o wiele leprze [i gróbrze od Robin Chuda] od tych co mówił Jack.
Nie, no, pytanie o imię to szczyt głupoty, serio, serio.

Stałam tam bardzo długo. Nic nie mówiłam tylko patrzyłam w jeden punkt.- Panie Gibs!- krzykną Jack patrząc na mnie.
-Kapitanie?- zapytał stary pijak.
-Zabierz ją do celi- Gibs uśmiechnął się.- Albo nie! Zostaw ją może wreszcie zacznie mówić- odparł. Po chwili znalazłam się na pokładzie.
Gibbs jak zwykle wszystko pokręcił.
A Jack zapomniał, do kogo ma lecieć z pretensjami o tak wstrętne kłamstwo, że zamiast chłopa na pokładzie ma babę?

Wszyscy patrzyli na mnie jak na mięso i ślinili się na mój widok jak psy.
… które ktoś wykastrował. Dlaczego wszyscy piraci w opkach są impotentami?
Proooszę Cię, wolałabyś tu przygody Milenki-Marlenki?
Przynajmniej miałyby więcej sensu niż to... to coś.
Pornosy z piratami są przynajmniej śmieszne.

Podszedł do mnie Will.
-Co ci się stało Alic?- spytał zapinając mi koszulę. Nic nie powiedziałam tylko wtuliłam się w jego pierś. Nie miałam ochoty na żadną rozmowę. Na nic nie miałam ochoty. Chciałam się tylko przytulić.
Cała załoga może cię przytulić, zejdź tylko pod pokład, księżniczko. (Milenko, wróć!)

Nastał kolejny dzień. Obudziłam się w kajucie przytulona do Willa.
A Elizabeth gdzie? Will już zdążył nakarmić nią ryby?
Elizabeth jest przyzwoitą panienką i nie sypia z narzeczonym przed ślubem.
Natomiast z kapitanem statku...
No wiesz, władza to silny afrodyzjak.

Sama byłam zaskoczona tym co zobaczyłam, ale byłam ubrana!
Jeno pluderki były takie jakieś nieco poszarpane.
Nie spodziewała się tego po sobie.

Will jeszcze spał, więc nie chciałam mu przeszkadzać, więc postanowiłam wstać bardzo po cichu i wyjść tak samo. Udało się! Wyszłam bezszelestnie na pokład. Na moje nieszczęście był tam Jack, więc od razu wiedziałam, że zacznie coś komentować, lub pytać się jak mam na imię.
Ciesz się, kretynko, że jeszcze nie kazał cię przeciągnąć pod kilem.
Albo przynajmniej wychłostać. Zapytaj Willa, jak to było, gdy podpadł Davy’emu Jonesowi!

-Więc moja najukochańsza ślicznotko może powiesz mi jak się nazywasz?- spytał ponownie. Spojrzałam na niego z ironią i poszłam dalej.- Mam rozumieć, że nie posiadasz imienia, więc będę nazywać ciebie...- nastała chwila ciszy co oznaczało, że chce mi dowalić.- Rozpustnica...- powiedział ze złośliwym uśmiechem na twarzy.
Teraz się wyjaśniło, dlaczego pozwolił jej żyć. Rozpoznał ją od pierwszego kopa, a historyjki o kolejnych kowalach panny Alic były szeroko znane na morzach i oceanach.

Odwróciłam się łapiąc za miecz. (który podobno był ukryty w jej kajucie  pod łóżkiem. Accio miecz!) Podeszłam do Jacka i przyłożyłam mu ostrze do szyi.
-Alic...- powiedziałam przez zaciśnięte zęby. Przycisnęłam mocniej broń do jego szyi by zapamiętał moje imie na wieki. W oczach Jacka było widać zaskoczenie oraz strach.
Nasza główna metoda to zaskoczenie... Zaskoczenie i strach... Dwie metody: strach i zaskoczenie... I bezwzględna skuteczność. Trzy metody: strach, zaskoczenie, bezwzględna skuteczność... I niemalże fanatyczne oddanie papieżowi. Cztery... Nie... Wśród naszych metod... Wśród naszych metod są takie elementy jak... strach, zaskoczenie...
Jack nigdy nie był w takiej sytuacji, pływał po morzach i oceanach, ale głównie pił. Nie znał żadnych chwytów, ani sposobów... Boru, czemu ja szukam w tym jeszcze logiki?

Nasze usta dziwnym trafem były bardzo blisko. Uśmiechnęłam się złośliwie, po czym odeszłam chowając miecz do pochwy.
Ooo, już nie do “pokrowca”? Robimy postępy, brawo, bravissimo! *wyciera szmatą nadmiar ściekającej ironii*
Ja nie jestem pewna, gdzie ona ten miecz schowała...

-I jak jej na imię? Rozpustnica?- spytał Gibs podchodząc do Jacka. Jack spojrzał na niego i trzepnął go w głowę.- A tobie co Jack?!- wrzasną Gibs.
-Panna Alic jej na imię- powiedział Jack patrząc jak odchodzę. Właśnie o to mi chodziło. By zapamiętał moje imie na wieki. By wiedział, że ja...zrobiłam mu tą (TĘ!!! Tę, ty płastugo wędzona!) bliznę na szyi. A zostanie po tym ładny ślad.
A tymczasem załoga, widząc, że byle chłystek grozi kapitanowi bronią, a ten nic - zbuntowała się i wysadziła Jacka na pierwszej z brzegu bezludnej wyspie, nawet bez beczułki rumu na pociechę.

Rozdział IV
Miałam krew na koszuli, twarzy...
Nastała kolejna niespokojna noc, ponieważ dotarliśmy na Tortugę. Nie podobało mi się tam. Na początku! Przywitało nas dużo ludzi. Nawet ich nie znałam, lecz oni uważali, że mnie znają.
I że mają prawo mnie oceniać, foch!
Celebrytka!

Weszliśmy do jakiejś tam traweny.
Trawena - tawerna w Amsterdamie.
Raczej miejsce, gdzie po obiedzie przychodzi się trawić.

Usiedliśmy gdzieś przy jakimś (tam) stoliku. Nie obeszło się bez (jakiegoś tam) mordobicia. Spojrzałam na Jacka zachowującego sie jak baba i wyszłam gdzieś tam.
Bo wychodziło mu to lepiej niż jej, więc poczuła się zagrożona w swojej kobiecości.
Ciekawa jestem, na czym polegało jego babskie zachowanie. Szydełkował szpadą?

Poszłam na plażę. Było tam cicho i spokojnie. Usiadłam na ciepłym od słońca piachu. Wpatrzyłam się w fale morskie, które spokojnie oblewały brzeg plaży. Nagle znalazłam się w moim domu, lecz jedenaście lat temu.
Nie trzeba było zjadać przypadkowych rybek.

-Alic...-zawołał mnie mój ojciec. Po chwili po schodach zbiegła mała dziewczynka w złotej sukni. To byłam ja. Pamiętam to. Ojciec złapał mnie za rękę i poszliśmy do salonu. Oczywiście poszłam za nimi by nic nie uciekło mojej uwadze.
No, trudno byłoby inaczej, skoro złapał cię za rękę i prowadził, nieprawdaż?

Siedzieli tam goście. Był tam nawet Jack. Lecz jeszcze jako marynarz.
Więc Jack widział już wcześniej dzieci Barbossy! Przebieranie Alic za opiekunkę straciło resztki jakiegokolwiek sensu. AŁtoreczko, czy Ty w ogóle wiesz, co piszesz?
No co Ty, naprawdę sądzisz, że pisząc czwarty rozdział będzie jeszcze pamiętać, co nabazgrała w pierwszym?

Obok niego siedziała kobieta w blond włosach. Wyglądała nawet ładnie.- Oto moja cór...
-Jestem Alic Barbossa de Gloth Rozmarine Torsez księżniczka Francji- powiedziałam z wysoko podniesioną głową.
Glut Rozmazany na Torsie. Bardzo ładnie.
Oregano et Kardamon.
Parsley, sage, rosemary and thyme.
Christmas time, mistletoe and wine.


Kiedyś używaliśmy prawdziwego nazwiska. Mówiąc wszystkim, że mam na imię Alic de Gloth nie kłamałam, lecz to jest jedna część mojego nazwiska. Wszyscy zaczęli się śmiać.- A oto moja kuzynka hrabina Elizabeth Swann de Gloth Rozmarine Torsez- dodałam po chwili.
Jak wiadomo, boCHaterka bez co najmniej trzyczęściowego nazwiska się nie liczy.
A ojciec przykazujący boChaterce, że “teraz jest Alic de Gloth” popełnił intrygę stulecia!

Wszyscy spojrzeli na małą Elizabeth. Uśmiechnęłam się lekko. Jako ja ta duża Alic. Wszyscy zaczęli rozmawiać. Ja nadal stałam na środku, lecz Elizabeth już poszła.
-Witaj o pani moja..- powiedział Armani kłaniając się przede mną.
-Nie musisz przede mną klękać- odparłam i złapałam go za ręce. Gdy zobaczyłam Jacka w towarzystwie dostojnie ubranej damy to naprawdę z ręką na sercu mówię, że się lekko zdziwiłam.Jedenaście lat temu, mając kilka latek
BoChaterka wiedziała, że z Jacka gagatek
I mimo że od ziemi ledwie odstawała
Jego zwyczajom godowym już się dziwowała.

A teraz, Drodzy Czytelnicy, przygotujcie się na niezły mindfuck...
Prosimy mieć pod ręką whiskacza (pijący), papieroski (palący) lub meliskę (abstynenci)...
I poduszkę (siedzący przed biurkiem).

-Gimli! Rusz dupę kaleko!
Tak, Najdrożsi Czytelnicy, dobrze przeczytaliście.
Gimli.
Gimli.
GIMLI!!!
Nie. Ja się nie zgadzam. Protestuję! *z nadzieją* A może to prowokacja?

-Dupek! Każe mi biegać! Nie lubię biegać!- mamrotał pod nosem. – Legolasie! Nie jestem długodystansowcem! Zróbmy 5 minut przerwy!
Dla tych, co mieli jeszcze cień nadziei - nie, nie połączyły się nam niechcący dwa wordowskie dokumenty z dwoma różnymi opkami... Really, really, really sorry, dudes!!!


[http://www.allgraphics123.com/ag/01/9503/9503.jpg]

Elf zignorował prośbę swojego przyjaciela. Biegł dalej, nie zwracając uwagi na marudzenie krasnoluda. Byłoby im o wiele łatwiej prowadzić pościg gdyby był dzień, lub gdyby chociaż uciekinierka nie wpadła na pomysł aby wbiec do lasu.
-Chyba już ich zgubiłam…- pomyślała Lothwen stając przy jakimś drzewie. Nagle ujrzała postać, która biegła w jej stronę. Zaczęła uciekać dalej, jednak Legolas ją doganiał. Biegła jak najszybciej mogła, lecz elf i tak ją złapał. Dziewczyna potknęła się o jakiś kamień i upadała [w zwolnionym tempie] na ziemie, a na nią wywrócił się książe Mrocznej Puszczy. Po chwili oboje zorientowali się, że nie są już w lesie i wcale nie jest noc, wręcz przeciwnie. Był dzień, a oni znajdowali się na pokładzie statku gdzie wszyscy gapili się na nich jak na idiotów.


-Złaź ze mnie!!!- wrzasnęła Lothwen. Właściwie Legolas już zapomniał po co w ogóle gonił tą elfkę.
Może ukradła mu ulubioną spinkę do włosów?

Był zbyt zdezorientowany i zszokowany całą tą dziwną sytuacją by mógł pamiętać COKOLWIEK.
Przecież całkiem niedawno wędrował z drużyną pierścienia, a tu pach! i goni boru ducha winną elfkę w jakimś opku.
Ojno, przypiliło go po prostu.

Przynajmniej to co działo się przez ostatnie 24 godziny.
-Wiesz… Może i nie jesteśmy do siebie pokojowo nastawieni, ale sądzę iż najlepszą rzeczą byłoby nie przypominać sobie starych krzywd i przykrości?- zapytał książe
-Chyba masz rację- odpowiedziała mu elfka. Lothwen i Legolas byli otoczeni przez zgraję piratów, którzy gapili się na nich jak na orków.
Nie przesadzajmy z tą “zgrają” - trzydziestu zaatakowało naszą Mary Sue, połowa poległa, zostało raptem nieco ponad tuzin.
Znaczy się, oni się ganiali po statku i nagle wtem zgraja piratów? Kapitan chyba też nie ogarnia tej kuwety, nic dziwnego, że siedzi w kajucie i pije.
Lepiej: oni się ganiali po lesie i nagle wtem! statek i zgraja piratów!
*siada i pije*

Jedyne logiczne wytłumaczenie, to to, że Legolas skaleczył się w palec, z którego kapnęła krew prosto na fotografię jego ciotecznej babki Eleonory, zabarwiając trzymaną przez nią różę na pąsowo, a następnie Legolas postanowił iść na basen i przestawić stary rodzinny zegar o godzinę do tyłu, no i...
...a przy okazji Legolas był świstoklikiem, więc każdy, kto dotknął go choćby czubkiem palca...


Nagle usłyszeli głośne kroki. Wielki napakowany mężczyzna wyszedł z pod pokładu, niosąc w jednej ręce jakiś topór, zaś w drugiej coś małego i włochatego.
Proszę, powiedzcie, że ona ma na myśli szczura!!!

-Postaw mnie na ziemie prostaku! Jak tylko dorwę się do mojego topora to pożałujesz!- wrzeszczał krasnolud.
*warczy* Jak zaraz lutnę aŁtorkę w łeb dwuręcznym toporem, to jej się odechce określania krasnoluda mianem “czegoś małego i włochatego”:/
Nawet ja, nieznająca kanonu LOTR, wykonałam soczysty facepalm.

-Kapitanie! Znalazłem go pod pokładem! Co mam z nim zrobić?!- zapytał umięśniony facet.
Spuścić na tarczy po schodach.

-Alic wstawaj- usłyszałam głos Willa. Otworzyłam oczy.- Nareszcie. Jack jest strasznie wkurzony, jacyś dziwni ludzie są na pokładzie i mówi, że to twoja wina, że oni są u nas- odparł.
A poza tym krowy przestały dawać mleko, kury się nie niosą a ryby robią głupie miny i to też jest wina Tus... tfu, Merysójki.
Założę się, że i tak nie zostanie wyjaśnione, dlaczego mianowicie to jej wina - prawda?
Proszę, wybierz sobie wyjaśnienie: a) bo tak, b) ojtam ojtam.

Nie kapowałam o co mu chodzi, ale wstałam i wyszła na pokład. Jack już szedł wściekły.
-Alic! Cholera jasna!- zaczął swoją wiązankę. Spojrzałam na niego z pogardą, gdyż zerwali mnie ze snu i byłam zaspana.-Co to jest?!- Krzykną[ł] pokazując na przybyszów.
-Nie ludzie...- odparłam.
To nie ludzie – to wilki! To mówiłem ja – Jarząbek Wacław.

-To ja też wiem! Ale konkretnie...?- krzyknął. Przybysze mieli szpiczaste uszy i patrzyli na mnie z dziwną dumą.
-Elfy!- powiedziałam na odczepnego. Jack spojrzał na mnie zaskoczony. Przybysze byli jeszcze bardziej zaskoczeni.
Zwłaszcza Gimli musiał być w tym momencie mocno zaskoczony.
Lęgną się wszędzie, tfu, na psa urok!

-Jeśli wiesz kim oni są to się nimi zaopiekujesz- powiedział i odszedł.
Jeśli kiedyś, na morzu czy lądzie, spotkam takie duże, zielone, z mackami, ani słowem się nie zająknę, że to Cthulhu.

-Nie!- krzyknęłam za nim- krzyknęłam za nim- ja niańką nie jestem!- lecz Jack i tak nie zwrócił uwagi na moje krzyki. Spojrzałam na przybyszów. Nie miałam najmniejszego zamiaru się nimi zajmować, gdyż byłam nie źle zmęczona.
Taaak? A czym, jeśli wolno spytać?

Wczoraj przez dzionek cały
Polerowała kindżały.
A potem padła na łoże
I połykała węgorze.
A jeszcze potem przez godzinkę
nadziewała nimi brzoskwinkę.

Jack kazał skuć przybyszów, więc ich pilnowałam.
A teraz niech ktoś mi wyjaśni, dlaczego zaprawieni w bojach członkowie Drużyny Pierścienia dali się tak łatwo pojmać...

Nastała noc. Jak zwykle miałam czuwanie na pokładzie, więc chodziłam w te i na zad (inflanckiej kobyły) by się nie znudzić.
AŁtoreczka odsłania przed nami nieznane aspekty życia duchowego na pokładzie Czarnej Perły. Okazuje się, że piraci byli ludźmi bogobojnymi i oddawali się pobożnym rozmyślaniom podczas cyklicznych seansów nocnego czuwania.
Taaaa, piszemy opko o morskich wyprawach, a z fachowym słownictwem nie zapoznamy się choćby symbolicznie... W sumie należy się cieszyć, że nie nazywa pokładu “podłogą” a masztu “tym słupem na środku”.
- Bulaj!  - Sam sobie bulaj, debilu!

Przybysze dziwnie się na mnie patrzyli. Wreszcie usiadłam na burcie na przeciwko ich.
“Na przeciwko” czego ich?

-I co się gapisz?!- krzyknęły elfy.- Nie patrz się!
Okrętowe szczury stanęły słupka i zwróciły na mnie płonące czerwienią oczy.
- Cokolwiek bierzesz, zmniejsz dawkę! - zapiszczały chórem.
- Odstaw już te ryby! Odstaw je! - zawył w oddali Kraken.
Bo paczeć to tylko kto inny może.

-Po moim trupie!- odpowiedziałam. Nagle zobaczyłam w ciemnościach sylwetkę mężczyzny dzierżącego w ręce miecz. Wyłonił się z mgły.
-Więc się doczekałaś- odparł i już mnie prawie uderzył mieczem.
*trzyma kciuki za tajemniczego przybysza*
Azrael się wkurwił?
Raczej Tolkien.

Gdyby nie mój świetny refleks to bym wąchała kwiatki od spodu.
Gdzież on był, gdy ci wyrwali widły z rąk?
Odwrócił się i udał, że niczego nie widzi, a chmurka na niebie ma taki interesujący kształt!

-O co ci chodzi?!- spytałam
-O nic. Chcę uwolnić moich przyjaciół- rzekł podchodząc do elfów. Po chwili przybysze byli wolni, a ja nadal leżałam na pokładzie i nie widziałam o co chodzi.
Ona naprawdę jest naćpana. Inaczej się tego nie da wyjaśnić.

-Alic czy zamierzasz tak leżeć cały wieczór?!- krzyknął Jack z kajuty.
Tak! Tu mi ciepło, tu mi dobrze. Tu się będę rozmnażać!

Po chwili wstałam. Nadal nie wiedziałam o co chodzi, ale nie miałam zamiaru nadal siedzieć na pokładzie. Postanowiłam, że pójdę do swojej kajuty. W niej miałam pełno map o których Jack nie wiedział. Nie lubił jeśli jego załoga uczyła się czytać mapy. Przecież to on jest kapitanem.
Skąd, do cholery, miała te mapy, skoro wlazła na Czarną Perłę w jednej koszuli, podając się za kandydata na chłopca okrętowego? I dlaczego ma własną kajutę?
Z tych samych powodów, dla których opkowa Mionka ma własne, jednoosobowe, ale dwupokojowe dormitorium :)
Tymczasem więźniowie uciekli, ale nikogo to nie obeszło, a strażniczka nie poniosła żadnych konsekwencji. Normalka, mieszczuchu.

Nastał kolejny słoneczny poranek. Było dosyć zimno więc ubrałam płacz.
Długi, męski, nieużywany. Pożyczyła od Kałlica.

Cała załoga jeszcze spała. [Nocna wachta też.] Było tak pięknie cicho...marzenie by było tak zawsze. Po jakimś czasie wszyscy zaczęli powracać do życia. Jedni szorowali pokład a inni pucowali broń [sobie nawzajem]. Legolas palił hasz (a mówiłam!) Elronda,
Aaa... znaczy, jednak nie uciekli, a nieznajomy z mieczem trudził się po nic?

a Lothwen porównywała mapę Śródziemna z mapą skradzioną z kajuty Sparrowa.

Nagle z pod pokładu wyłonił się Kucharz niosący jakichś małych ludzików o niewiarygodnie wielkich stopach, które na dodatek tego były jeszcze owłosione.
-KAPITANIE! Te dwa krasnoludy wyżerają nam zapasy!
-Nie jesteśmy krasnoludami!- wrzasnął Merry
-Właśnie! Jesteśmy hobbitami! – dodał Pippin – To Gimli jest krasnoludem!
My jesteśmy hobbitami, hob sa sa, hob sa sa...


-A co z różnica? – zapytał Jack
-A taka, że hobbity są od nas niższe i nie kopią w ziemi!- odpowiedział Gimli trzymając topór, jakby miał zaraz rąbnąć Sparrowa
Krasnoludy nie kopią w ziemi, w  przeciwieństwie do hobbitów. To nie Gimli, to jakiś przebieraniec. Nawiasem mówiąc, aŁtorka już nigdy więcej nie wspomni ani o krasnoludzie, ani o hobbitach. Zapewne sama nie wiedziała, po co ich wrzuciła w ten bajzel.
No, czasami pojawia się enigmatyczne “elfy i ich przyjaciele”.

-ODWAL SIĘ OD NIEGO! WIEM, ŻE ZAZDROŚCISZ ALE JA NIE MAM ZAMIARU GO ODDAWAĆ!- ktoś wrzasnął. Najwyraźniej Aragonowi nie spodobało się to, że jakiś śmierdzący pirat dotyka jego miecz. *atak kaszlu* Jack zmierzył mężczyznę wzrokiem oraz uśmiechnął się znacząco.
Wiedział doskonale, że nie chodziło o miecz, tylko o niziołka.
Jesteś pewna? Mam wrażenie, że Jack chciałby obejrzeć miecz Aragorna z bardzo bliska.

-Dobra! Alic powinna sie nimi zająć- powiedział go Martyego [MacFly? Wcale bym się nie zdziwiła, widząc tu jeszcze i jego!], po czym poszedł do kajuty.
-Alic!- krzyknął karzeł.
-Tak?!- krzyknęłam zrywając się z krzesła. Do mojej kajuty wszedł Marty. Minę miał dziwną gdy zobaczył mapy.
-Alic czytasz mapy? Przecież Jack zabronił- rzekł krótko.
- Ooo, to te kolorowe serwetki to są mapy? Jejku, nigdy bym się nie domyśliła! - zaszczebiotałaby słodko boChaterka, gdyby miała chociaż jedną szarą komórkę. Ale nie ma.
Ja mam tylko pytanie, na jaką cholerę ona czyta te mapy? W pewnym momencie podejdzie do Jacka i powie “hej wiesz, powinniśmy wziąć kurs na Mordercze Wyspy”?

-Wiem, lecz...proszę cię nic mu nie mów- odpowiedziałam.- Stało sie coś, że mnie wołałeś?- spytałam.
-Ach tak! Jack kazał byś zajęła się tymi przybyszami- powiedział- i możesz być spokojna nic mu nie powiem- powiedział i wyszedł.
Po czym pobiegł do kapitana i zapytał, co dostanie za ciekawą informację.

Schowałam mapy i wyszłam na pokład. Przybysze siedzieli pod schodami na mostek. Spojrzałam na nich. Zdziwiło mnie to, że palili hasz, ale to mały szczegół.
Ojtam, widocznie znaleźli zapasik, który zabrałaś w “traweny”.
Natomiast Jack ciągle pije, ale to nikogo nie dziwi.

-I co się tak gapisz?- spytał jeden z nich.
-Legolasie jaki ty nie miły!- Krzyknął Aragorn.
- Legolasie, jak możesz! Fi donc!

Uśmiechałam się tylko.
-Faktycznie przepraszam...- odparł po chwili.


[Alic wdaje się w gimnazjalną pyskówkę, a następnie bójkę z elfką. Żałość i żenada - ciach!]


Rozdział V
Czy przypominam kobietę?
Nie wiem, poka cycki.

[Następnego ranka]

-Mam do ciebie interes- rzekł. [Jack]
-A co z niego będę mieć?- spytałam. Wiedziałam, że Jack jest skąpy więc mu nie pomogę.
-Później ustalimy cenę. Musisz mi pomóc z negocjacjami z Barbossą- powiedział.
-Ale po co?- spytałam, gdy ujrzałam jego statek na horyzoncie.- Zgadzam się.- powiedziałam. Jack zadowolony pocałował mnie w policzek. Nie pamiętam jakim cudem, ale znalazłam się na pokładzie Barbossy (dali ci w łeb i przerzucili na pokład, z ulgą żegnając tak niewygodny ładunek), a Perła stała w ogniach.
Jack teleportuje pocałunkiem! Nie chcę nawet myśleć, gdzie lądują te panienki, z którymi się kocha...
Co gorsza, jego pocałunki działają jak bomba zapalająca.
Tak tylko zapytam, gdzie właściwie Barbossa ma pokład...
Barbossa ma pokład, a Perła staje w ogniach, znaczy gwałtownie się rumieni? Ani chybi jakaś zamiana dusz.

[Barbossa nie poznaje własnej córki ani kuzynki Elizabeth i każe załodze Jacka skakać do morza.]

- Teraz ty Panienko- rzekł. Weszłam na deskę i spojrzałam na niego.- Ale szkoda by było by takie ciuszki się zmarnowały, a zwłaszcza koszula- rzekł.
Co za chwalebna oszczędność!
Taaa, zwłaszcza jeśli to ta sama koszula, w której Alic uprawiała radosne mordobicie.
Więc się rozbieraj i skacz nago.

Zdjęłam koszulę pod którą był gorset. Spojrzałam na niego.
-Zmuszać własną córkę do rozbierania przed takimi psami...wstydź się!- krzyknęłam i wskoczyłam do wody.
To, że kazał jest skakać do wody, już mniej ją boli.

-Alic..Alic!- krzyknął za mną.
Po cyckach ją rozpoznał???
Po gorsecie. Miał wyhaftowany herb rodowy.

[ Nasi bohaterowie dopływają na małą wyspę]

-Wejdź tam i zobacz co tam jest- powiedział pokazując na wielką komnatę w piachu.
O kurde, trafili do Brobdingnagu i napotkali zamek z piasku, który miejscowe dzieciaki zbudowały na plaży!

-Sam sobie tam wejdź!- krzyknęłam.
-No wiesz ja jestem kapitanem...
A kapitan wchodzi pierwszy i schodzi ostatni.

-Taki z ciebie kapitan jak z koziej...
-Alic no wejdź tam bo Jack będzie marudził- ten argument Willa mnie przekonał.
Albo się rozpłacze!

Wszystko zniosę, ale nie marudzenie Jacka. Zmierzyłam Sparrowa wzrokiem i weszłam do przeklętej komnaty.
Nad wejściem był napis “Przeklęta Komnata. Wstęp darmowy. Czynne we wszystkie dni tygodnia oprócz poniedziałku.”

-Światło!
-Co?- spytał Jack nachylając się nad wejściem. Wystawiłam głowę.
-Dajcie mi światło!- krzyknęłam
-A skąd ja ci kochana wezmę światło?!- powiedział inteligentnie Jack.
Jaki jest sens robienia z Jacka S. takiego czegoś, powie mi ktoś?
Nie!
Sensu nie ma, ale aŁtorka widzi sens w podkreślaniu wszechzajebistości naszej Alic (nie czytać Alik!).

-Tak jak nasi przodkowie gdy żyły dinozaury!- odpowiedziałam mu gdy Will podał mi palącą się pochodnie.
Którą zrobił z piasku zaraz po tym jak ukręcił z niego bicz.
Hmmm, boCHaterka miała przodków w czasach dinozaurów? IMHO to sporo wyjaśnia :P

-Jak tyś to zrobił?- spytał Jack.
Bardzo łatwo, pstryk i światło!

-No wiesz lata praktyki- odpowiedział mu. Wszyscy zaczęli się śmiać, (ach, to był Element Komiczny?) a ja zniknęłam w ciemnościach. Dużo miejsca tam by było gdyby nie te wszystkie pułki i półeczki.
To nie komnata, to schron wojskowy!
Pułki siedziały na półeczkach. Trafili do tajnej bazy Liliputów.
A może to Terakotowa Armia?

Znalazłam nawet rum, ale to mnie nie pocieszało. Poszłam w głąb. Było tam pełno pajęczyn.
Strach, groza i mhrock!!!

[...]
Po chwili wyszłam z kufrem w rękach. Kufra mać... Bo miała napisać, kuflem... Wszyscy spojrzeli na mnie.
Albo ma krzepę jak Pudzian, albo to nie był żaden kufer a co najwyżej szkatułka.
Kuferek na kosmetyki.

-Co tam jest?- Spytał Jack.
-Złoto?- dodał po chwili Raggeti.
-Klejnoty?- dopowiedział John.
-Nie- odpowiedziałam, po czym upuściłam kufer, który z powodu wstrząsu otworzył się i wyleciały damskie ubrania.
Prawie zgadłam:D
I całe napięcie diabli wzięli. Pół godziny budowania nastroju, tylko po to, żeby boChaterka wyciągnęła z jaskini kufer z ciuchami.
Przepraszam: pół godziny CZEGO?...

-Alic czy ja wyglądam na kobietę?- spytał Jack.
-Zależy w jakiej sytuacji- odpowiedziałam.
A teraz się szybciutko ogol i popraw makijaż.

-A co zamierzasz z tym zrobić?- spytał pokazując na ubrania.
-No wszyscy się przebierzemy! Nie starczy dla wszystkich, więc ubierają się tylko ci najsilniejsi-
I robimy na plaży bal przebierańców!

Jack wypiął pierś do przodu.- A pod spódnicami będą mieć innych ludzi mniejszych- powiedziałam.
Moja polonistka z liceum, która wszędzie widziała motywy biblijne, pewnie by się ucieszyła:

Ałtorka sugeruje, że załoga Sparrowa składała się z niziołków?
Albo z Ciut Ludzi.

Jack podniósł jedną brew.
-Alic ty się dobrze czujesz?- spytał.
-Oczywiście. Kto uważa, że mój pomysł jest świetny?!- nikt nie podniósł ręki.- Boże! Przecież na statkach są sami faceci! I są spragnieni uczuć! Więc gdy zobaczą stado kobiet to na pewno nam pomogą!- powiedziałam.
Jest pewna głęboka prawda w tych słowach. Oraz pewna bolesna i równie głęboka nieprawda.
A jak ci spragnieni, ehem, UCZUĆ faceci dopadną już swoje wybranki, podniosą im spódnice i zobaczą fiuty, to ucieszą się tak bardzo i tak głęboką wdzięczność im okażą, że.
Stado kobiet o żylastych ramionach na pewno nie wzbudzi niczyich podejrzeń.
Ogolić się też chyba nie było czasu, prawda?
Swoją drogą, motyw jest bardzo klasyczny, jeszcze z “Karmazynowego Pirata”.

[Ostatnia z sukni jest suknią ślubną. Jak sądzicie, komu przypadła w udziale?]
-Bardzo dobry pomysł!- powiedział Jack. Skrzywiona przebrałam się w suknię. Była biała, więc szybko się pobrudziła. W dodatku jeszcze przypłyną[ł] spalony wrak Perły.
I zaczął mi się ocierać o kolana, zostawiając smugi sadzy na koronkach.


[Do brzegu wyspy podpływa angielski statek]

-Panie gdzie chcą się dostać?- zapytał kapitan.
Tak po prostu. Bez cienia zdziwienia, że na brzegu bezludnej wyspy ot tak stoi sobie stadko bab, w dodatku z panną młodą w pełnym rynsztunku.
Prawdziwy Anglik. Okazywanie uczuć jest w złym tonie.

-Do Port Royal...tak będzie najlepiej- odpowiedziała Elizabeth.
Taxi! Do portu, szybko, migusiem!

(...)
Kapitan skrzywił się lekko. Nie pasowało mi w nim to, że pachniał alkoholem.
Przywykłam bowiem do tego, że marynarze wonieją różami i bzem.

-Wywiesić banderę!- krzykną[ł]. Flaga Angielska zniknęła pod Jolly Roger. Piraci z przeciwnej załogi uśmiechnęli się lekko i złośliwie.
- A teraz szanowne panie raczą zdjąć szatki i przystąpić do wypełniania obowiązków! - z galanterią rzekł kapitan.
- Jesteśmy spragnieni uczuć! - zawyła załoga.

Spojrzałam na Jacka, który był tak na mnie wściekły, że bardziej już nie można. Wyjeliśmy równocześnie broń i wymierzyliśmy w przeciwną załogę. Czarna perła poszła w nasze ślady.
Czarna Perła wyjęła broń? Ta sama Czarna Perła, której SPALONY WRAK podziwialiśmy kilka zdań temu?
I który to spalony wrak, zamiast pójść na dno, tak sobie wygodnie przydryfował akurat w pobliże tamtej wysepki...
Po czym wyjął broń i wymierzył w przeciwną załogę.

- A to co do cholery?!- krzyknął wściekły Kapitan.
-Niespodzianka- rzekłam i uk(ł)ułam go końcem Katany [w dupę]. Myśląc, że mi nic nie zrobi [no jakżeby śmiał tknąć merysujkę!] odwróciłam się w stronę załogi Jacka, gdy poczułam coś zimnego z moim ciele [zonk!!!]. Spojrzałam na mój brzuch...miałam wbitą szablę w plecy. Usta napełniły mi się krwią, a oczy zrobiły sie blade i przepełnione strachem.
Hurra!!! *skacze z radości i wyciąga czerwone wino, żeby oblać tę radosną okazję*
Spojrzała na swój brzuch i zobaczyła, że ma szablę wbitą w plecy. Sine, polej tego wina, bo ja osłabłam.
Brzuch to jeszcze nic! Ona widzi, że jej oczy zrobiły się blade i przepełnione! Może ma takie magiczne lusterko, które ciągle lewituje przed jej twarzyczką, by mogła podziwiać swą urodę?

-Alic...- krzyknął Will i podbiegł do mnie. W tym momencie straciłam siły i upadłam bezwładnie na ziemie.- Alic...- zaczął klepać mnie po policzku.
Taaaaa, bardzo jej to pomoże, naprawdę bardzo.
Jak będzie miała rumiane policzki, to zaoszczędzą na tanatokosmetyce.

Cała załoga Jacka zebrała się nade mną. Jack podszedł do mnie. Spojrzałam na niego mętnym wzrokiem.
-Nienawidzę ciebie Jack...- to były ostatnie moje słowa wypowiedziane na ziemi. Dopiero wtedy Elizabeth dostała się do mnie. Uklęknęła przede mną.
BoChaterka jest martwa, a jednak nadal pełni rolę narratora. Cóż za ofiarność! Jakie oddanie sprawie! Jestem niepomiernie wzruszona i ronię samotną, kryształową łzę.
BoCHaterka stała się głodnym duchem...
Co za nieprawdopodobnie rozwydrzone babsko. Jack przyjął ją na swój statek, dał kajutę i żarcie, robić nic nie musiała, prawie z nią nie rozmawiał, generalnie dał jej święty spokój przez większość opka. Ale rozumiem, że przeciw komuś ta nienawiść za szablę w plecach, skierowana być musi.

-Alic...- powiedziała przez łzy głaskając mnie po głowie. Wstała i spojrzała na Kapitana. Wyrwała mu szable z ręki i wymierzyła w niego. Załoga Jacka spojrzała na nią.- No... wyjmijcie szable...walczcie!- krzyknęła zdesperowana dziewczyna. Piraci spojrzeli po kolei na siebie. Gibs jako pierwszy wyją [i zawodzą] szable i zaczął walczyć z piratami. W jego ślady poszła cała załoga Jacka, a elfy zaopiekowały się moim ciałem.
Zaszyły je w jutowy worek i wrzuciły do morza.
No nie, nie bądź taka. Spuściły do morza po desce.

Po jakimś czasie dobrzy piraci-czyli piraci z załogi Jacka pokonali złych piratów.
Lubię te epickie opisy scen batalistycznych...
Krótko, treściwie i na temat :D

*************************************************
A co do opini o moim blogu!
1.opinie obrażające z wulgaryzmami i komentujace tresc, bochaterow (hihi) oraz te krote beda w tresci miec "Maryśka Zet"lub cos w tym stylu beda usuwane z komentarzy!
To nie o nas, my piszemy o Maryśkach S.

2.wszystkie opinie a zwlaszcza te obrazliwe krore maja mnie przekonac ze moje opowiadanie to totalne dno...maja byc umieszczane w ksiedze gosci! inaczej beda usuwane z komentarzy
3.opini pochwalnych te punkty nie dotycza
Przepraszam, ja nie mogę, właśnie się popłakałam ze śmiechu...

4.osoby nieprzestrzegajace tego...przykro mi ale ich komentache beda usuwane a jesli mam ich blogi w ulubionych pozegnaja sie z byciem na tej liscie...
Taka straszna groźba chyba podpada pod jakiś paragraf? Narażenie na uszczerbek na zdrowiu z powodu pęknięcia ze śmiechu to nie przelewki.
Ja jeszcze proszę o wyjaśnienie znaczenia tajemniczych słów: krote, krore, komentache. Coś jak ebe, mebe matristope z “Marii i Magdaleny”? :)
Komentache to potomkowie Komanczów i Apaczów. Ałtorka zapowiada eksterminację północnoamerykańskich Indian!

mysle ze rozdzial wam sie podobal :) zapraszam do komentowania...:)
Nie ma sprawy. Ale to za tydzień.

Z brzegu bezludnej wyspy pełnej brodatych babsztyli  pozdrawiają: Kura z leczniczą kardamonówką, Sineira rąbiąca krasnoludzkim toporem, Dzidka popijająca bezalkoholowy rum, i Mikan rzucająca broną na odległość,
natomiast Maskotek odbudowuje spaloną Czarną Perłę za pomocą żeliwnego młotka i drewnianej piły.

28 komentarzy:

Nolofinwë pisze...

Łoboru, łoboru, łoboru. Przepraszam, ale nie mam siły na nic konstruktywniejszego. To opko bije rekordy głupoty mniej więcej w miejscu, gdzie pojawia się ten nieszczęsny crossover. Wcześniej jest zwyczajnie idiotyczne.

Anonimowy pisze...

Analiza genialna, a opko... nooo, uroczo absurdalne, zwłaszcza w momencie crossoveru. Naprawdę borska rzecz, dawno się tak nie śmiałam!
Btw, fetysz boChaterki (aŁtorki?) związany z dużymi panami z dużymi młotami jak najbardziej zrozumiały :D
Nie macie czasem wrażenia, że boChaterka to jakaś Zakamuflowana Opcja ProPiSowska? Ciągle ten Alik i Alik i nijak nie da się tego przeczytać inaczej.

Gratuluję cud-analizy!
Altair B.

Dziewczyna Renesansu pisze...

A coś bardziej konstruktywnego napiszę później.

Jako fanka kapitana Jacka Wróbla czuję się... źle. Bardzo źle. Nawet nie wiedziałam, że o tym też można napisać opko. Znaczy, wiem, że da się napisać opko o wszystkim, ale nie sądziłam, że ktoś wpadnie na pomysł zamieszczenia opka o "Piratach..." na blogasku.

Aa zresztą.
Połowa mojego mózgu nie funkcjonuje już dobrze. Gdybym czytała opcio w wersji pierwotnej, zostałabym pewnie warzywem.

P.S. Dzięki za podlinkowanie testu na Mary Sue, przyda się :).

Dziewczyna Renesansu pisze...

Na początku był *Headdesk*, ale coś mi zeżarło :)

Kłaniam się.

musivum pisze...

Opko samo w sobie powala głupotą i brakiem sensu - ale "regulamin komentowania" wygrywa. Żeby to pierwszy taki "regulamin" i "straszak na niemiłe komcie"... W szkole aŁtorka pewnie piszczy w kierunku nauczycielki: "Pani mi nie zaznacza tych błędów, pani mi nie kreśli kartek zeszytu na czerwono!" (miałam takie przypadki. Efekt zamurowania ze zdumienia murowany).
Jestem ciekawa, co będzie za tydzień, bo wyobrażenie sobie dalszej części tego czegoś przekracza moje możliwości.

Dobrze znów czytać analizę :)

Ome

Procella pisze...

Czy stężenie absurdu dalej rośnie w takim tempie? Już się boję części trzeciej :o

Merkav pisze...

łojej - widzie, że teraz to nawet oglądanie ze zrozumieniem jest sztuką.

Predator/AA/Merkav

Anonimowy pisze...

O. Matko. Święta. Przecież to jest horror jakiś - podziwiam Was, że udało się Wam to przeanalizować, bo ja z ledwością mogłam to tylko przeczytać :)
I tak mi się przypomniało... Opowiadań o piratach i marynarzach napisałam (w zeszycikach w kratkę ;) ) w IV - V klasie podstawówki mniej więcej pierdyliard - też głupie to było jak nie wiem co, ale i tak się to chyba nieco bardziej trzymało kupy niż ten koszmarek...

Bumburus pisze...

Ło matko.
I córko.
I cała rodzino.

Szacun, żeście to zmogły i nie powariowały.

Hasło: wisra tervill. Teraz Will... hm, załatwi grubszą potrzebę?

Babatunde Wolaka pisze...

Ave!

"Bardziej mnie interesuje, jak się dowodzi bitwą. Ta “bitwa” to jakaś nieznana literaturze przedmiotu jednostka wojskowa?"
*naciągane wyjaśnienie* kalka językowa - w literaturze anglojęzycznej "battle" to formacja średniowieczna, na nasze mniej więcej hufiec. Chociaż aŁtoreczka mogła też zjeść dwie litery i chodziło jej o to, że Alic dowodzi RYbitwą. Też bez sensu, ale za to bardziej obrazowe.

"Przysięgam, że przeczytałam “Jerry Springer”."
To był lewy sierpowy.

Lekkie czepiactwo: "nielzia" pisze się razem, samo "lzia" w przyrodzie nie występuje.

"Rozumiem, że zdanie “świetnie włada wszelką bronią” wideł nie dotyczy?"
Cóż, formalnie widły nie są bronią, tylko narzędziem gospodarskim, więc Alic nie musiała umieć nimi władać.

"Słyszałam już różne określenia tej czynności, ale walenie w żelazo to coś nowego."
Czyli "walenie w żelazo" oznacza to samo, co "dojenie morświna"?

"Jakie postacie chcecie by się znalazły w opowiadaniu?"
Uzupełniłbym listę o Klimenta Woroszyłowa i Henryka Jagodę w scenie yaoi.

"jeden z najleprzych pomysłów na opowiadanie"
najleprzy = najbardziej trędowaty.

Na komentowanie crossover po prostu nie mam siły, ale nawiązanie do "Misia" postawiło mnie na nogi.

"Ja jeszcze proszę o wyjaśnienie znaczenia tajemniczych słów: krote, krore, komentache."

To pierwsze kojarzy mi się z ropuchą po niemiecku, a to drugie - z indyjskim określeniem 10 milionów.

Po raz pierwszy czytałem analizę pod wpływem. Jednak trzeba przyznać, że na trzeźwo mocniej trzepie.

Hasło: edups. Dobre podsumowanie tego opka.

Anonimowy pisze...

Oj dobre!Fajnie,że znów jesteście brakowało mi Was w czwartek.
Serio z tą kardamonówką? Tego nie piłam..Imbirówkę tak.
Analiza świetna,aż trudno wyliczyć wszystkie teksty,po których rechotałam radośnie.

A Versace biegł z tyłu i zbierał końskie pączki.Statek Miłości Chmielewska i Elizabeth na wierzchu Bronisława Wszelka..
- Jesteśmy spragnieni uczuć! - zawyła załoga.

Cudo!
Opko przypomina taki rysunek Mleczki :Batman ,Zorro,jakiś helikopter,facet na krześle rezyserskim gryzie palce i podpis:reżyser stracił panowanie nad serialem....
Chomik

Anonimowy pisze...

Ależ to było straszne O.o
Boję się drugiej części. Boję się, że spotkam tam Rutkowskiego lub Voldemorta albo w trzeciej minucie usłyszę strzały.
Natomiast analiza... No genialne jesteście dziewczyny :)

Anonimowy pisze...

Rany boskie, to dzieUo ma aż trzy części analizy?! W sumie co się dziwić, Mary Sue nigdy nie ginie...

Opko jest niesamowite, przekroczyło wszystkie dopuszczalne granice absurdu. Ale muszę przyznać, że nie mogę się doczekać następnego czwartku. Jak można przebić Legolasa na pokładzie Czarnej Perły, Barbossę nie będącego w stanie poznać własnego dziecka, o ile jest ono w poplamionej koszuli i walkę miedzy "złymi" i "dobrymi" piratami?

Maryboo

Anonimowy pisze...

"Słyszałam już różne określenia tej czynności, ale walenie w żelazo to coś nowego."
Mnie coś świta że w "Oku smoka" mówiło się o "kuźni kobiety" i "żelazie mężczyzny" tyle że dotyczyło to stosunków wzajemnych.

Magrat pisze...

Przysięgam, z początku myślałam, że to opko felinologiczno-polityczne. Nawet teraz czytam Alic jak 'Alik'.

Anonimowy pisze...

Cud, panie, Piratów analizują!!! Z początku jakoś słabo, ale potem się rozkręciłyście. Liczę na utrzymanie tej tendencji w dalszych częściach. Na razie dzięki za Bronisławę Wszelką i szydełkowanie szpadą. :)

Cotton
Ojciec Jacka Sparrowa
Silk
Matka Jacka Sparrowa
Polyester
Gatki Jacka Sparrowa

O, analizie nie umkną nawet scenarzyści PotC? ;) Cotton to postać kanoniczna. Co do ekstremalnie niekanonicznej roli, to zaciskam oczy, głęboko oddycham i powtarzam sobie "doceń oryginalność, doceń oryginalność".

Ochrypły niski głos usłyszały wszystkie dzieci i zleciały na dół.
Jak ulęgałki...? Nu, faktycznie, to ci GŁOS.

Wyjęłam miecz z pokrowca.
Wzruszonam, chlip. Jak naście lat temu Krzysztof Piasecki w monologu mówił, że trza znaleźć polityczniejszą nazwę na ubranko dla miecza, nie myślałam, że jednak dożyję...

Czy aŁtoreczka robi z Jacka idiotę ?
W PotCblogaskach to praktycznie fanon...

A jako że nic w przyrodzie nie ginie, biedna wielodzietna wieśniaczka z zagrody w lesie nagle zobaczyła ogołoconą jabłonkę i pustą grzędę po jedynej kaczce-żywicielce.
To było śliczne. [ociera łezkę] Ale ja tu się śmiać przyszłam, ej!

Rozumiem, że zdanie “świetnie włada wszelką bronią” wideł nie dotyczy?
Autorka nadzwyczaj subtelnie daje do zrozumienia, że wideł nie uważa za broń. :>

Piraci są lepsi, niż ich kapitan, Alice jest lepsza od kapitana, ale gorsza od piratów, Armani plasuje się gdzieś pośrodku, koń w czołówce, bo ma cztery nogi.
No co? To taki typ fica, pairing Escher/Möbius.

właśnie zaczął pada deszcz.
W celi? Musiało to potęgować uczucie wilgoci.

Nie wyciągajmy pochopnych wniosków, nic o tej celi nie wiadomo. Może to była architektura oszczędnościowa, bezdachowo-bezścienna. Albo była taka wielka, że miała własny klimat.

Albo statek przywarował na plaży, żeby się dama wysilać nie musiała. Nawet schody ruchome miał.
Pożyczył wiaderko od Davy'ego Jonesa...

Martyego [MacFly? Wcale bym się nie zdziwiła, widząc tu jeszcze i jego!]
[khe, khe] Też postać kanoniczna. Ale jeśli jednak McFly, to przepraszam, pozdrówcie ewentualne DeLoreany. Swoją drogą, to by tłumaczyło Atlantyk w trzy dni. No chyba, że to faktycznie jakiś Martyego, nie Marty...

Stado kobiet o żylastych ramionach na pewno nie wzbudzi niczyich podejrzeń.
Ogolić się też chyba nie było czasu, prawda?

Et, detale. A przez trzy miesiące między portami można to i owo zapomnieć. A przynajmniej nie wybrzydzać.

Aletheia

Anonimowy pisze...

Khem! To ja się przywitam, dzień dobry, komentuję po raz pierwszy.

Uczepię się drobnego szczegółu kanonicznego w imię Piratów z Karaibów - w trzeciej części Barbossa, jako kapitan, udziela Willowi i Elizabeth ślubu w czasie bitwy. Dzieją się przy okazji rzeczy godne cytowania, ale ja nie o tym :D

Ogółem umarłam głęboko, między innymi przy Itachim popełniającym harakiri (też miałam ochotę to zrobić). Następnej części już się doczekać nie mogę, do przyszłego czwartku ;)

Neeto.

Anonimowy pisze...

Chcecie powiedzieć, że to coś ma dalszy ciąg? Nie wiem, jak to możliwe przy tym stężeniu absurdów. Całe opowiadanie sprawia wrażenie napisanego po trzydniowym ochleju, na ciężkich narkotykach, we śnie, na oddziale zamkniętym. No i jeszcze...

"Will Turner
Kapitan Latającego Holendra. Kochający ojciec i kochanek."

Jaki znów kochanek? Czyj kochanek? Przecież pod koniec trzeciej części wzięli ślub z Elizabeth.

"Cotton
Ojciec Jacka Sparrowa"

Jaki ojciec, do ciężkiej grypy? Kanonicznym ojcem Jacka jest Keith Richards^W^Wkapitan Teague.

A skoro przy Richardsie jesteśmy, to może skorzystam z jego pomocy przy podsumowaniu swojej reakcji na to dzieło:

Laugh, I nearly died

Anonimowy pisze...

Opko jest nudne,denne i złe. Za głupie,za nudne i za denne,żeby się zniżać do analizy:-( Ale jeśli istnieje jakikolwiek powód,by się nim zająć to właśnie to (z tyłka wzięte, co prawda) połączenie z "Władcą...". Czegoś takiego jeszcze nie było,a ja cenię nowatorstwo- choćby w tak żenującej postaci.
Zadziwiłam się więc chwileczkę i już więcej nie chcę... starczy już tego niedobrego. Nie ma już nic nie zawierającego Jacka?

Dzidka pisze...

Kij od szczotki też nie jest bronią sensu stricto, co nie zmienia faktu, że można nim nawet zabić. Skoro boCHaterka umie się posługiwać każdą bronią, to nie zrobi pożytku z wideł?

Winky pisze...

Łał, opko na blogasku, które jest SKOŃCZONE. O_O Rzadkość to zaiste. Instrukcje aŁtorki na końcu rozłożyły mnie na łopatki.<3

Maladie pisze...

Jak wczoraj czytałam analizę, to popłakałam się ze śmiechu. Trzeba przyznać, że blogasek przecudnej urody, a i analizatorzy dzielnie podkręcają poziom absurdu ;)
Aż nie mogę się doczekać kolejnych części :D

hasło:iansdreg cifereg
dlaczego wszędzie prześladują mnie cyferki?

Margotka pisze...

Tęskniłam za wami, moi drodzy :)

Pigmejka pisze...

"-Po moim trupie!- odpowiedziałam. Nagle zobaczyłam w ciemnościach sylwetkę mężczyzny dzierżącego w ręce miecz. Wyłonił się z mgły.
-Więc się doczekałaś- odparł i już mnie prawie uderzył mieczem.
*trzyma kciuki za tajemniczego przybysza*
Azrael się wkurwił?
Raczej Tolkien."

Oj, przydałoby się, żeby tam wpadł na pokład i zrobił porządek z całą tą pożal się Borze załogą! Jakby co, mogę mu pomóc moją dzidą bojową.

Wspaniała analiza - jeszcze teraz trochę pochlipuję w kątku z uciechy.

Tuśka pisze...

Świetna analiza, cudowny blogasek przesycony wręcz aŁtorkizmem, już się nie mogę doczekać pozostałych części! Pomysł na interaktywne opko, w którym czytelnicy wybierają postaci byłby rewolucyjny, gdyby nie pokazywał braku inwencji aŁtorki przy tworzeniu fabuły.

A "walenie w żelazo" to określenie warte rozpropagowania :D.

Anonimowy pisze...

Ja w kwesti technicznej, strona się coś krzaczy... I wcięło analizy 171 i 172.

Anonimowy pisze...

O ja cię sunę, kiedy ostatnio mieliśmy na talerzu martwą boCHaterkę? Już zapomniałam, ile z takiego zgonu radości! :D


Hasz

kura z biura pisze...

Nie ciesz się tak, przeczytaj nowy odcinek... :P