czwartek, 11 września 2014

269. Krzyżacka waści mać, czyli Przyłbice i Kangury (Burzliwe lata, cz. 2)


I tak dotarliśmy do miejsca, w którym analizatorzy o dobrych serduszkach pragną podsunąć aŁtorowi listę książek o Średniowieczu. Nie tylko ciężkich do czytania opracowań dotyczących kultury wieków średnich, ale przede wszystkim powieści, z których mógłby dowiedzieć się jak wyglądały miasta, jak wyglądały turnieje rycerskie i ówczesne obyczaje. Jak budować fabułę, aby zaciekawić czytelnika, jak przekonująco przedstawić bohaterów i co zrobić, aby z opisu bitew nie wiało nudą, a z całej akcji - mimowolnym komizmem.  
Natomiast analizatorzy źli, ci o duszach czarnych jak smoła, biorą się do pracy, wyjąc potępieńczo.
Zapraszamy, powyjcie i Wy, Drodzy Czytelnicy.


Analizują: Jasza, Kura, Purpurat, Sineira i Babatunde Wolaka.


ROZDZIAŁ II  
Zatrzymawszy się na skraju lasu, gród potężny przed sobą mając [a puszczę i bagna za sobą ostawiając] [i urwisko, nie zapominajmy], stali jak zauroczeni, bo większość rycerzy jeszcze takiego grodu na oczy nie widziała. Tylko nieliczni mogli się tym poszczycić, że widzieli gród krakowski będąc w nim osobiście.
Reszta widziała gród krakowski jeno na landszaftach przez domokrążnych handlarzy sprzedawanych.
Ergo - większość była ślepa, skoro będąc na miejscu nie widziała miasta. Trudne czasy, zaiste.


– Tak, jak powiedział imć Kalesanty. - Oto gród znamienity przed nami. - Staniemy tu krótko i niechaj każdy swój wygląd poprawi, ażeby wszyscy, którzy nas zobaczą wjeżdżających do grodu, zapamiętali rycerzy spod herbów Działosza i Bekesz.
Jako wyjątkowo chędogich i pachnących.
Z włosem starannie utrefionym.
Kołtun zawsze starannie zbakierowany na prawo. Tak ma rycerstwo wyglądać.


To powiedziawszy zwrócił się do Miłoszy. - Teraz ciebie zastąpi Maćków. On będzie pilnował Gotfryda, a ty będziesz chorągiew trzymał, wjeżdżając na dwór królewski.
Zaraz… tak z marszu wprost na Wawel?
Królowi do sypialni.
A jak akurat będzie w wychodku?
To nie ma sprawy, poczekają.
“Wjazd na chatę” nabiera nowego znaczenia.


- Zasłużyłeś na to. Do drugiej chorągwi wytyczy kogoś imć pan Mścisław. Po chwili do drugiej chorągwi został wyznaczony Bolko.
Trochę, co prawda, już poszarzał na twarzy i czuć go z lekka było, ale przysiągł, że nieść będzie sztandar, póki mu ręce nie odpadną.
Jaki czas był już trupem? Tydzień, dwa?
Ale w kroku był jeszcze świeży.


Przygotowania do wjazdu trwały krótko i tak uformowany (przeczytałam “uperfumowany”!) oddział zbrojnych ruszył ku miastu. Przodem jechali imć panowie Kalesanty, Zbysław, January i Mścisław, tylko przed nimi podążali z chorągwiami Miłosza i Bolko.
A przed nimi biegł mały dobosz, wjazd do miasta oznajmiając, a przed nim...
A przed wyżej wymienionym galopował stary Procházka.


Gród coraz wyraźniej widać było, coraz potężniejszy się stawał, gdy przybliżali się do niego. Potężne ceglaste mury [kamienne] oplatały go wokoło, tylko wyższy strzelisty słup [szubienicy?] i wieże górowały nad nim, dowodząc swej wielkości.
Bo gdyby nie górowały, to by dowodziły swej małości.


Nad murami górowały gdzieniegdzie potężne drzewa [dowodząc swej wielkości], stanowiące o tym, że gród to stary i znamienity.
Nie, szanowny aŁtorze - w średniowiecznych miastach nie było miejsca na parki ze starodrzewem. Planty krakowskie powstały dopiero w XIX wieku, po wyburzeniu murów obronnych.
A może górowały od zewnątrz? Żeby wygodniej było do środka zaglądać, czy coś...


Słońce chyliło się blisko horyzontu, gdy dojechali wreszcie do bramy grodu, która natychmiast została otwarta.
Brama na fotokomórkę.
Generalnie - bramy miejskie były otwarte w dzień, a zamykane na noc; kto się spóźnił, ten szukał noclegu za murami, choćby to był rycerz znamienity. Kalesanty, jak widać, zdążył przed zachodem słońca, więc nikt nie musiał fatygować się z otwieraniem.


Wjechali do miasta. Miłosza z niedowierzaniem, które było w jego oczach [żebyśmy sobie nie pomyśleli, że w pięcie], przyglądał się grodowi. Zresztą nie on jeden, prawie na wszystkich gród zrobił ogromne wrażenie. Przejechawszy aleje wybrukowaną [proszę, niech to nie będą Aleje Trzech Wieszczów…], zobaczyli dziedziniec okrągły
Jasssne. Okrągły jak kółeczko.
Nie przyszło im do głowy, że wjechali do studni.


na którym moc koni [ang. horsepower] stała. Były one pilnowane przez kilku ludzi, którzy siedzieli na ogrodzeniu, obserwując wszystko dokoła.
Po prostu - parking strzeżony.
I to strzeżony na okrągło.
Tradycja gości od “kierowniku, popilnować samochodzika?” jest dłuższa, niż myślałem.


Zobaczyli dużo zatkniętych chorągwi z herbami, które stanowiły, czyje to konie tu stoją.
A to - średniowieczny odpowiednik tabliczek z numerem rejestracyjnym przy miejscach parkingowych.
Nawet nie chcę wiedzieć, gdzie te chorągwie były powtykane… Biedne konie!


Podjechali bliżej. Zobaczyli potężnego chłopa kierującego (ruchem?) się ku nim, który podniósł rękę, jakby ich pozdrawiając.
A on miał na myśli tylko “halt! z koni!”
Wszystkie miejsca zajęte! Proszę kierować się w stronę parkingu dodatkowego i nie blokować przejazdu!
Mam właśnie wizję piętrowego parkingu w kryptach pod Wawelem. To nie jest dobre.


- Witam w grodzie, mości dobrodzieje, w imieniu króla polskiego.
W piętnastym wieku jeszcze nie znano słowa “kabotyn”, lecz ten parkingowy był ojcem duchowym tego pojęcia.
No nie wiem, może miał pieczątkę “z upoważnienia”?
Chłop tak swobodnie rycerzy zagaduje - musiał mieć niezłe plecy.


- Tu możecie konie zostawić i chorągwie, a tu dalej jest zajazd, w którym głód zaspokoić możecie. - Jak wiecie, jutro odbędzie się sejmik, na którym Jego Królewska Mość będzie was gościł, i na którym będzie rozmawiał z wami o sprawach dotyczących naszej ziemi.
Ojej, chyba nam coś umknęło.
Autor uznał, że nie ma co pisać o takich oczywistościach jak to, że bohaterowie po drodze zadzwonili do sekretariatu królewskiego i umówili się na spotkanie.
Ze wszystkimi czterema. Plus Maćków.


To powiedziawszy, jeszcze raz podniósł rękę do góry, z pozdrowieniem i odwróciwszy się odszedł. Zembrzuski poczekał, aż szlachta z koni zsiądzie i dopiero z konia zeskoczył, a za nim zsiedli pozostali.
Hm, to zdanie sugeruje, że Zembrzuski nie był szlachcicem...
Bo był tylko ochroniarzem, ot co.


Przywiązali konie do ogrodzenia i weszli do olbrzymiej sali, w której gwar był niesamowity.
Była to zapewne stołówka studencka.
Z tradycyjnym krakowskim daniem, kurczakiem poniewieranym.


Zembrzuski podszedł do imć Kalesantego i powiedział. - Mości panie, muszę odłączyć od was [zasilanie], by zabezpieczyć należycie tego łotra Gotfryda, by nie uciekł. To powiedziawszy poszedł do Maćkowego, który pilnował Gotfryda.
- Idźcie za mną. Skierowali się na drugą stronę dziedzińca, gdzie były okna zakratowane.
Bingo! Kraków jako miasto wśród borów, bez kamienic, bez tłumu mieszczan, opustoszałe jak po zarazie, ale za to ze starodrzewem, gdzie okrągłe place zakończone są kratą.
I z szubienicą widoczną z dala, górującą nawet nad Wawelem.
Czy tylko mnie z tego zdania wynika, że Maćków się rozmnożył, i to przez podział?


Wiedział Zembrzuski, że tam będzie mógł zostawić Gotfryda do dnia jutrzejszego. Wszedł na schody i zakołatał do potężnych drzwi.
Nie tylko parking mają, ale też przechowalnię bagażu.


Po chwili usłyszał szczęk zasuw i w drzwiach stanął drab o głowę wyższy od Zembrzuskiego. - Mości panowie, mamy naszego, który przeszedł na usługi zakonu i który z polecenia jego różne czyny nikczemne czynił. Został pojmany i będzie jutro przed króla postawiony, jako świadectwo zdrady, a jednocześnie powie, kto z zakonu wydał mu rozkaz, aby napaść na nas w drodze do Krakowa.
Panie Zembrzuski, a co to draba odźwiernego obchodzi? Każ mu się do wachmajstra odwachu prowadzić, a nie spowiadaj się przed ciurą.
Lubi się przechwalać i tyle.
Chyba po drodze sobie chlapnął, bo w oczach mu się dwoi, skoro samotnego draba nazywa “panami”.
Drab był tak wysoki, że Zembrzuski potraktował go podwójnie.


- Już my go tu przetrzymamy. Od nas jeszcze nikt nie uciekł. To mówiąc przejął Gotfryda i w głąb poprowadził. Zembrzuski poszedł również, zostawiając Maćkowego na schodach. Po chwili zobaczył Gotfryda w ciasnej celi z głową opuszczoną, celi przedzielonej kratami od korytarza.
Strażnik z dumą brzęknął kluczami po kratach. - Amerykański patent takie cele! Żadne tam lochy i ciemnice, u nas nowoczesność w domu i zagrodzie!
Cela z głową opuszczoną to zaiste novum. A może to była Celina?
Zobaczył go w ciasnej Celinie…?! Dobrze tam więźniów przyjmowali… :D


Drab zamknął kratę i odezwał się do Zembrzuskiego. - Możecie być spokojni, mości panie, już ja go dopilnuję. - Tu mamy więcej różnych obwiesi i nie tylko jego trzeba pilnować.
Drab delikatnie daje do zrozumienia, że za ekstra dozór należałoby zapłacić, ale Zembrzuski nie łapie aluzji.
Może wyprztykał się na parkingowych.


Zembrzuski rozejrzał się i dopiero teraz zobaczył, że w wielu celach siedzą ludzie, którzy w grodzie prawo naruszyli.
Bo przedtem myślał, że są w piwniczce winnej albo w składziku niepotrzebnych rupieci.


Spokojny ruszył korytarzem kierunku potężnych drzwi i wyszedłszy na schody. [postawił kropkę, by podkreślić doniosłość tego wyjścia]


Rzekł do Maćkowego. - Spokojny jestem o Gotfryda. - Może i warunki nie najlepsze, ale strawę dobrą mają. Towarzystwa mu też nie zabraknie, jako i rozrywek.
Nie wziął za aresztanta żadnego kwitu zwrotnego? Jak on go teraz odbierze?
- Nie mamy pańskiego jeńca i co pan nam zrobi?


Gwar na sali nie cichł, a przeciwnie zmagał się [z ciszą - i wygrywał], gdyż gości przednich przybywało. Zjeżdżała się szlachta ze wszystkich stron, bo i powód był nie błahy. Naraz imć Kalesanty spojrzał w drzwi i dostrzegł znajomego sobie imć pana Dokutowicza. A i Dokutowicz zobaczywszy Kalesantego, uśmiechnął się do niego i doszedł.
Tak przy wszystkich?!?
Don Kaleson musiał robić naprawdę PIORUNUJĄCE wrażenie :D


- Miło mi imć pana widzieć, mości dobrodzieju. - A i mnie również. Odparł Kalesanty. Dokutowicz usiadłszy koło niego, dysputę zaczął prowadzić. A było, o czym mówić, bo i oni mieli przygody z Krzyżakami, z którymi dwukrotnie się starli, straciwszy kilku swoich. Gdy świece zaczęły przygasać, gwar cichł i wreszcie zapanowała cisza. Ludzie zmęczeni podróżą i walkami z Krzyżakami pojadłszy i napiwszy się, posnęli przy stołach i nawet nikomu nie przyszło do głowy szukać innego spania.
No tak… myśmy tu sobie kpili, że zasypiają z twarzą wtuloną w kotlet schabowy panierowany, a tymczasem aŁtor tak na serio… *ómiera*
Czyżby przedawkował ekranizację “Ogniem i mieczem”?


Jest śniadanie, są poranne czynności...
Następnie pojawia się dostojnik, który ogłasza zebranym plan dnia:


Zaraz po jedzeniu szlachta uprawniona do udziału w sejmiku uda się na dwór królewski, gdzie sala jest przygotowana.
Reszta ma czas wolny i może iść do Sukiennic.
(w tym Kalesanty, bo przecież był to sejmik szlachty małopolskiej, a on był z Wołynia)
Ojtam, za jakieś 165 lat Wołyń już będzie w Małopolsce.
Poza tym lewe wejściówki można kupić u starego Józwy, tylko on drogo bierze, taki syn.


Rad jestem, że tylu waści zjechało w trosce o nasze dobro.
A myślałby kto, że wasze, a tu proszę, władza wprost mówi, że jak dobro, to tylko “nasze”.


Wszyscy wysłuchali tej mowy w milczeniu.
To była najkrótsza mowa, więc nic dziwnego, że wszystkich zatkało.
Wtrącić się nie było jak, taka była krótka.


Nawet imć Kalesanty pobladł na myśl, że wreszcie przyszedł czas, by kraj ratować od błędów popełnionych w przeszłości.
Taak, cofanie się w czasie, by naprawić dawne błędy, zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem.
Ci pradziadkowie zawsze się pchają w nieodpowiednie miejsca w nieodpowiednim czasie.
Bo gdzie Opolczyk, gdzie Wołyń?


Bardzo szybko szlachta uporała się z potrzebami i zaczęła zbierać się pod gospodą, a gdy już tłumu nie przybywało, a ogonek do wychodka zniknął, ruszyli w kierunku dworu. Szli w milczeniu ubrani różnokolorowo i ten barwny korowód przeszedł przez plac zamkowy.
Powtórz. Przez co?
Ten w Warszawie czy ten w Lublinie?


Znalazł się w korytarzach zamku, gdzie został przeprowadzony przez dostojnika do sali tronowej. Goście zajęli miejsca w ławach przygotowanych dla nich. Imć pan Kalesanty, z siostrzeńcem usiadłszy w drugim rzędzie, mieli Kokutowicza i Mścisława przed sobą, zaś Zbysław zasiadał za nimi.
Ok, a teraz niech mi ktoś wyjaśni - Kalesanty z Wołynia też przyjechał skarżyć się na Krzyżaków? Daleko ich zaniosło, psubratów…
Kiedy Kara Mustafa, wielki mistrz Krzyżaków,
Szedł z licznemi zastępy przez Alpy na Kraków...


Gdy na sali zrobiło się cicho, bo każdy znalazłszy miejsce zasiadł, odezwały się dzwony i na salę w towarzystwie świty składającej się z dostojników, a również i osobistości kościelnych, wszedł król Polski Władysław Jagiełło. Król przywitał zebranych i zasiadł przed nimi.
Najpierw zasiadł, potem przywitał. Król to nie byle kierownik, żeby się gościom od progu kłaniać.


Za nim uczynili to wszyscy z orszaku.
Nooo, to musiało sporo potrwać…
Zwłaszcza, jak się ci z orszaku rzucili wszystkim grabki ściskać i misiaczka robić.


Imć pan Kalesanty poczuł, że krew zaczyna mocniej krążyć w jego żyłach, bo dawno nie brał udziału w takiej ceremonii. Rzekł. - O ileż piękniejsze byłoby to powitanie, gdyby kraj był wolnym.
NA LITOŚĆ BOSKĄ, PRZECIEŻ JEST. Jest wolny, potężny i będzie taki jeszcze przez kilkaset lat, co, do cholery, trzeba mieć we łbie, żeby takie kocopoły wypisywać???
Syndrom oblężonej twierdzy ma w naszym kraju długą tradycję.
Bo Kalesanty to po prostu taki pan-dziad z lutnią. Żyje w innej czasoprzestrzeni, takiej bardziej… hmm… precelkowatej.


Wtem król wstał i przemówił. - Mości panowie. Szlachto Rzeczypospolitej! Zwołałem [Zwołaliśmy. My, Król] ten sejmik, by zaczerpnąć opinii waszej, co do dalszych losów naszej ojczyzny.
I wytłumaczcie nam jeszcze Wasza Miłość, od kiedy sejmiki król zwołuje? I od kiedy na sejmikach słuchano opinii przybłędów z innych dzielnic?
Może autor wzoruje się na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej?


Chciałbym abyście szczerze mówili, co waszmościom na sercu leży. Może wspólnie Rzeczypospolitą naprawimy?
Pomożecie? Pomożemy!
A szlachta - zrób to sam!


Powiedziawszy to król usiadł i ręką dał znak, by dysputę rozpocząć. Wstał imć pan Dowgiałło, jeden z najstarszych ludzi na sali i rzekł.
Po czym zesromał się, postawił kropkę na końcu zdania i umilkł.
Jak Dowgiałło, to pewnie Litwin. Co on robi w Krakowie, zamiast u wielkiego księcia Witolda?
Na Litwie trwała kolejna wojenka z Krzyżakami, to co się miał narażać.


Dobra, aŁtorze, bo widzę, że się nie dogadamy. Mamy rok 1405, Korona i Litwa stanowią dwa ODRĘBNE państwa połączone jedynie unią personalną. Dowgiałło jako Litwin jest poddanym nie Jagiełły a Witolda, Kalesanty-wołyniak także. "Żeś znad Niemna, żeś Polak, mieszkaniec Europy" - to pieśń ho ho ho, jak bardzo odległej przyszłości.


- Królu nasz.
... złocisty! - Tak można szeptać do barmana.
Nie możemy tolerować dłużej wyczynów krzyżackich, którzy podstępnie grabią nasze ziemie.
Następnie zaś, jak pamiętamy z poprzedniej części, sieją niepokój.
Jak również podstępnie orzą i okopują. Straszą, że chędożyć będą. To grabież i łupież!
I straszliwe krzyżackie mordy.
A zatem w skład sił Zakonu, oprócz braci i knechtów, wchodzili także wyczyni.


Ogniem i mieczem zwalczają opór.
A czym mają zwalczać? Maścią na odciski?
Najlepsza jest szara maść,
Nie trzeba jej grubo kłaść,
Nacierać wszędy
Aż zginą mendy…
[M. Białoszewski, Pamiętnik z powstania warszawskiego]
Ale jaki opór? Aerodynamiczny? Elektryczny?
Topór. Z jedną literką odciętą mieczem.


Prawych ludzi Rzeczypospolitej, w lochach trzymają.
Mają nadzieję, że przy przejściu poniżej temperatury krytycznej nastąpi spadek rezystancji.
Taki Zembrzuski w tej swojej gromadce to już w pokojowej jest jak nadprzewodnik.


Kpią sobie z prawa naszego. Coraz więcej ziemi znajduje się w ich posiadaniu.
Pewnie Komisja Majątkowa im daje.
I mordy w kubeł o tym, że Opolczyk zadłużył się w Zakonie, dając im w zastaw ziemię dobrzyńską, aby prowadzić swoją prywatną wojenkę z Jagiełłą.
Ojtam, kto by wywlekał takie brudy na temat fundatora Jasnej Góry.


Ok, akurat Dowgiałło faktycznie mógł mieć pretensje o ziemię, bo na mocy postanowień tego samego pokoju w Raciążu oddano Krzyżakom Żmudź. Ale! pretensje te powinien kierować w pierwszej kolejności do swego władcy, Witolda, gdyż:
“Witold snuł wielkie plany podboju ziem ruskich, aż po Morze Czarne, by wzmocnić i rozszerzyć swą władzę. Musiał jednak najpierw pokonać Tatarów. Dlatego, za cenę pomocy w realizacji tych planów, Witold zawarł z zakonem układ w Ostrowie Salińskim (1398), bez porozumienia z królem polskim, i oddał krzyżakom Żmudź. Zakon osiągnął wówczas dwa ważne cele polityczne: zajął Żmudź, o którą walczył od stu lat, i poróżnił Witolda z Jagiełłą. (...) Klęska Witolda nad Worsklą w bitwie z Tatarami (1399) zmieniła kurs jego polityki. Nastąpiło zbliżenie z Polską i pojednanie z Jagiełłą, utwierdzone nową ugodą polsko-litewską w Wilnie i Radomiu (1401). (...) Na Żmudzi tymczasem wybuchło powstanie przeciw zakonowi (1401), które zostało wprawdzie stłumione, ale niepokoje nie ustały. Próbą porozumienia zakonu - zaabsorbowanego wówczas walką o Gotlandię - z Polską i Litwą była ugoda w Raciążu (1404). Dzięki niej krzyżacy oddali Polsce - za cenę wykupu - Ziemię Dobrzyńską, ale Litwa - zajęta jednoczeniem ziem ruskich - ponownie zrzekła się Żmudzi.”
Edward Potkowski: Grunwald 1410, seria: Dzieje narodu i państwa polskiego, Kraków 1994.

Jagiełło spytał. - Kto, z waszmości starł się z Krzyżakami, jadąc do Krakowa?
“Zetrzeć się z waszmości” to coś jak “przeszyć z eskorty”?
Dziki Litwin ma po prostu problemy z polską deklinacją.
O interpunkcji nie wspominając.
Moment. Jedno mi nie gra - skąd król wie, że ktoś w ogóle się starł? Varys usłyszał od ptaszków i mu przekazał?
Jak już było wspomniane w poprzedniej części - hałas towarzyszący starciu niósł się daleko.


Niech wstanie.
A kto Krzyżaka zabił - rączka w górę!
A kogo Krzyżacy zabili - dodał król, patrząc znacząco na Bolka - ten niech obok kominka siędzie, tam szwung lepszy i zapach się po sali nie będzie rozchodził.


Wstali, a król głową pokiwał. Było ich dwunastu. Było pewne, że w dwunastu przypadkach, Krzyżacy napadli na ludzi Rzeczypospolitej, zdążających do Krakowa i poginęli ludzie w walkach. Król zasępił się. Wiedział, że musi wysłuchać wszystkich i nie kierować się emocjami, oraz podjąć trudną decyzję, co dalej robić. Jednocześnie wiedział, że Rzeczypospolita [ghrrrr!] jest zbyt słaba, aby stawić czoło zakonowi. [O’rly???] Wiedział, że trzeba sojuszu z Litwą, aby móc się rozprawić z Krzyżakami.
Sam jesteś sojuszem Korony z Litwą, panie Jogaila.


Wiedział również, że ciężkie czasy nadeszły nad Rzeczypospolitą.
Jak wezmę patelnię, jak przydzwonię w łeb, jak pogonię z powrotem do podstawówki, uczyć się deklinacji!
Ja wezmę drugą i pogonię na lekcje historii.
A ja w akcie bezsilności trzecią. Komu jajecznicy?
Bardzo poproszę z trzech jaj, i tak będzie mieć więcej sensu niż to opko.


Gdy Dowgiałło skończył mowę, głos zabrał imć Kalesanty. - Królu, przyjechałem z mymi ludźmi, z Wołynia.
- A po jaką cholerę? - Uprzejmość Króla była już na wyczerpaniu.


W drodze do grodu krakowskiego czterokrotnie odparliśmy ataki Krzyżaków. Wyglądało na to, że chcieli abyśmy zawrócili nie dojechawszy do Krakowa.
To tłumaczy nieudolność Krzyżaków - mieli tylko straszyć, nie zabijać.
- Tak się starali Bracia Zakonni, żeby on mi dupy nie zawracał, a wszystko poszło jak psu w kiszkę. - Król ukrył twarz w dłoniach i cicho szlochał.
Jak w myszykiszkę.


Tylko dzięki waleczności ludzi naszych, dojechaliśmy i będziemy zawsze na tej ziemi.
- Niniejszym oświadczam, że już się stąd nie ruszę. Przez zasiedzenie Małopolskę zajmę i co mi zrobisz? - Tu gest nieprzystojny uczynił.
A wołyńskie nasze posiadłości niech diabli wezmą. Dość mamy mieszkania na zadupiu.
Kalesanty szedł pod prąd: jak wszyscy wybierają się kolonizować Ruś, to on se przyjdzie z Wołynia do Małopolski.
Wbije krzyż na brzegu Wisły i pioniersko zakrzyknie, że zajmuje te ziemie w imieniu królestwa Hiszpanii. A co.


Rozległy się brawa. W tej samej chwili rozwarły się drzwi na salę i wszedł Hynek z Rogowa.
Wyjątkowo - również postać historyczna; wariant imienia wspomnianego wcześniej Hińczy.
Którego wynorał Sienkiewicz i umieścił w “Krzyżakach”.


- Poselstwo od Wielkiego Mistrza Krzyżackiego zajechało do Krakowa i was Królu o audiencję prosi.
Tak znienacka? Bez korespondencji poprzedzającej wysłanie posłów, bez wcześniejszych umów i wyznaczania terminów, a tylko w myśl zasady “przechodziłem, widzę światło w oknach, to wpadłem na imprezę”?
Z tragarzami.
AŁtor chce podkreślić krzyżacką butę, bezczelność i brak wychowania.


- Jakem powiedział. Nie mam tajemnic przed naszymi, więc niech wejdą i wyjawią cel swego przybycia. Hynek wyszedł z sali, a po chwili wielkie drzwi rozwarły się i stanęło w nich trzech zakonników ubranych w zbroje, które było widać spod długich płaszczy. Pierwszy z nich Zygfryd,
Na płaszczu miał przypięty plastikowy identyfikator z imieniem.
A przynajmniej zygzak i frytkę.
Tenże Zygfryd, który wkrótce awansuje na główny czarny charakter opka… tfu, powieści, do końca nie doczeka się żadnego nazwiska. Najwyraźniej Krzyżacy znali się między sobą tak dobrze, że nie potrzebowali żadnych rozróżnień, nazwisk czy przydomków… Zresztą to samo dotyczy opkowych Polaków, aż dziwne, że aŁtor nie stosuje tak oczywistego dla realiów średniowiecza nazywania postaci od miejsca pochodzenia czy zamieszkania. Wydawać by się mogło, że ktoś, kto zaczytuje się Sienkiewiczem, zapamięta sobie tych wszystkich Maćków z Bogdańca czy Powałów z Taczewa, nie?
Wyjątkiem jest Zembrzuski, który ma nazwisko, ale za to nie ma imienia. No i trudno też się połapać, czy “Maćków” to imię, nazwisko, patronimik czy Puszajtis-wie-co-jeszcze.
A nazwiska typu -ski, -cki też wykształciły się z tych “odmiejscowych”, więc XV-wieczny Zembrzuski powinien zwać się np. Zychem z Zembrzowa albo jakoś podobnie.


skłoniwszy się królowi Polskiemu powiedział. - Najjaśniejszy panie, w imieniu Mistrza Zakonu chcę złożyć skargę, na niektórych z tych ludzi, którzy siedzą na sali. Za to, że przywykli mieczem rozmawiać, z braćmi zakonu.
A z siostrami zakonu rozmawiać buzdyganem.
Umiejscowienie przecinka sugeruje, że zdaniem Zygfryda jedni i drudzy przywykli mieczem rozmawiać, więc czego on właściwie chce?
Czepia się dla samego czepiania, albowiem zły Krzyżak to jest.


Podczas, gdy jechali oni do Krakowa w kilku miejscach pobili braci zakonnych.
Tak brutalnie, że aż im przecinek przerzuciło o pięć słów w lewo.


Przeto proszę, wielki Królu w imieniu Mistrza Zakonu o ukaranie winnych, by w przyszłości takie zdarzenia miejsca nie miały.
No, całkiem jak sprawa ze Zbyszkiem z Bogdańca… tylko jakby jednak nie.
Kto to jest “wielki Król w imieniu Mistrza Zakonu”? Zygfryd sugeruje, że Jagiełło jest krzyżackim pełnomocnikiem?
Agentura wpływu. A krzyżacy przyjechali pod osłoną sztucznej mgły.
Przebrani za brzozy i imitujący śmigło (pióropuszami).


Na sali powstała wrzawa, którą król rękę podniósłszy uciszył.
Kombinacje z szykiem zdania sprawiają wrażenie, że król uciszył rękę.


- Ja mam inne wieści, ale najlepiej niech powiedzą to ci, których ta sprawa bezpośrednio dotyczy. Las rąk podniósł się do góry, ale król wskazał na Dokutowicza. - Mów waść.
Jak w szkole, no zupełnie jak w szkole.


Opowieść Dokutowicza była krótka. Mówił, że podczas ich postoju na skraju puszczy, gdy do spania się sposobili zjadłszy wieczerzę, jeden z ludzi zameldował, iż widział przez moment Krzyżaka przyglądającego się im. - Najjaśniejszy Panie, choć była szarówka, w blasku ognia zobaczyłem twarz. Nie był to nikt z naszych.
Na czole miał taki świecący w ciemnościach krzyż, stąd, mimo szarówki, poznałem, że Krzyżak.
Przyglądał się. Trudno o lepszy dowód, że miał złe zamiary.


Po chwili twarz zniknęła. My na szczęście ostrzeżeni, czujność zdwoiliśmy, a oni, gdy ognie przygasły ruszyli na nas. Myśleli, że nas zaskoczą i łatwo się z nami rozprawią. Mości królu, oni nie stają do walki jak rycerze, tylko podstępnie śmierć zadają. - Fałsz. Krzyknął Krzyżak.
Ale tak jakoś bez przekonania, nawet głosu nie podniósł.
Ech, przy takim zapisie dialogów, jaki serwuje aŁtor, nigdy nic nie wiadomo. Może król grał z kimś z nudów w  “prawdę i fałsz”, a Krzyżak krzyknął, bo go mysz ugryzła w piętę.


Ale król Polski upomniał Zygfryda, że te słowa wypowiedział sławny rycerz, który w przeszłości zawsze był ceniony za prawdę w słowie. Tym bardziej teraz, gdy lata spadły na niego, a głowę pokryła siwizna. - Mów waść dalej. Rzekł król do Dokutowicza, a ten ciągnął zeznanie. - Wywiązała się walka, ale my czujni nie daliśmy się zaskoczyć. Mając przy swoim boku rycerzy znamienitych, odparłem ich ataki. Kilku z nich zostało, gdyż zlegli.
Dzieciątka zdrowe jednakowóż rodząc.
Ale że mpreg w tak bogobojnym opku? Koniec świata!
AŁtorze drogi, pomiędzy “zlec” a “polec” jest zasadnicza różnica… Powiedziałabym, na miarę życia i śmierci!
Pozostaje mieć nadzieję, że aŁtor miał na myśli zapadnięcie na chorobę obłożną.


Byli to przeważnie knechci, ale i u nas ludzie poginęli. U nich jeden starszy poległ i został, a miał przy sobie to oto pismo.
Co zauważyliśmy przy obdzieraniu trupa.
Gorzej by było, gdyby poległ i sobie poszedł.
Jak Bolko.


To mówiąc, Dokutowicz wyjął zwinięty rulon, rozwinął go i przeczytał. Był to rozkaz wydany w Malborku, mówiący o tym, aby ludzi zmierzających do Krakowa rozbijać [a jadących do Birż piwem wytruć. Plagiat z Sienkiewicza bije po oczach] by tym samym wywołać niepewność w Rzeczypospolitej.
O, i tutaj to słowo odmienione jest prawidłowo, mam jednak poważne podejrzenia, że wyszło tak przypadkiem.
Aż żal, że na tym etapie to jeszcze raczej nikt o Malborku nie mówił. Poza wszystkim, to ten Dokutowicz to mąż wielmi uczony. Czyta, i to jeszcze w obcym języku...


Dokutowicz skończył, a Zygfryd za przykazaniem króla zaczął. - Taki rozkaz nigdy nie był wydany, mości Królu.
Pieczęć Wielkiego Mistrza została sfałszowana, a tak w ogóle, to hakerzy weszli na naszą stronę i podrabiają korespondencję.
Najgorzej to się z fejsa nie wylogować.


Wiara nam na to nie pozwala.
O’rly? I to mówi przedstawiciel jednego z zakonów powstałych podczas krucjat? Wprawdzie na początku coś tam ściemnialiście z jakimś szpitalem, ale szybko wam przeszło.


Nigdy nie podżegaliśmy braci zakonnych do napaści. Na sali znów wrzawa powstała i każdy chciał coś powiedzieć, ale król zdecydowanie uciszył wszystkich i wskazał na imć pana Kalesantego.
A wskazał go, gdyż Kalesanty wyróżniał się nietypowym strojem i za pasem zatkniętą miał jakąś machinerię dziwaczną, której król chciał się bliżej przyjrzeć. Cóż to mogło być?


Kalesanty podniósł się powoli i rzekł. - Królu najjaśniejszy [Wasza Najjaśniejsza Miłość] i wy mości panowie. Wszyscy wiemy, że to prawda, co rzekł mości Dokutowicz. Znam go tak dawno, że za jego słowa ręczę.
A waść kim jesteś, że twemu słowu mamy ufać?
Jak nie zaufacie, to zacznę wrzeszczeć i walić pięścią w stół.


[Bla bla bla, Zygfryd zapiera się, że Krzyżacy nikogo nie napadają, bo wiara im nie pozwala; wtem! Maćków wprowadza Gotfryda, który zeznaje, że robił wszystko na rozkaz Zygfryda. Potem pojawiają się Frida i Fryderyk, a na salę wjeżdża Friedenspanzer... tfu, wróć, na mózg mi się rzuciło.]


Gotfryd głowę opuścił i czekał na decyzję króla, a król powiedział. - Osądzimy cię później, bo teraz nie zebraliśmy się w tym celu, więc kto, do stu perkunów, go tu przyprowadził??? A do Zygfryda rzekł. - Przekaż Wielkiemu Mistrzowi Zakonu, że z poselstwem do niego wybrać się zamierzam
Co?! To jest tak durne, że brak mi słów na komentarz.
No z poselstwem. Nie wiemy tylko, od kogo. Może z poselstwem od cara Wszechrosji?
Mam wizję Jagiełły pokornie stojącego u bram Malborka i proszącego o posłuchanie...
“Konrad, otwórz! To ja, Władek! Pogadać chciałem!”
Taki to i król. Nie Jagiełło chyba, a jakiś Władysław Jagiełka.
Canossa czy Marienburg - co za różnica...


i jeżeli dojdzie do tego spotkania omówimy wszystko, co nas i zakon tyczy.
Bo dzisiejsze spotkanie, to sam rozumiesz… Niepotrzebnie się fatygowałeś!
A jak do spotkania nie dojdzie, to róbta co chceta, tera mie sie nie chce z wami gadać.


Widać było, że Zygfryd nie jest zadowolony, z takiego obrotu sprawy. Z miną posępną skłonił się królowi i wyszedł. Za nim dwóch braci zakonnych.
A ja się zastanawiam, kto ich wpuścił? Jak wiadomo, przybyli bez zapowiedzi, bez uzgadniania i bez żadnych listów uwierzytelniających, jakie należałoby przedstawić na dworze władcy. W dodatku przyszli bez celu, to znaczy - nie przynieśli ani poczty dyplomatycznej, ani żadnych innych dokumentów od Wielkiego Mistrza dla króla Jagiełły.
Chodziło im chyba tylko o sam status posła, dzięki któremu mogli prowokować incydenty.


Na dobrą sprawę, nie wiadomo po co się pojawili na tym khę… sejmiku.
Szpiegować!
Zaistnieć!
BO TAK!


Gotfryd został odprowadzony przez Maćkowego do celi, a na sali wśród szlachty widać było nerwowość związaną, z kłamstwami Zygfryda.
Profesorze Freud, jak wygląda nerwowość związana?
Dość głupio - odpowiedział Freud.
Kłamstwa też wyglądały głupio, bo miały futerko w fioletowe ciapki i oczy na szypułkach.
I tu już wujek Freud zapłakał.


Król uciszył wszystkich i powiedział. - Bardzo cenię sobie mości panów wypowiedzi i wszystkie pod uwagę wezmę w imię dobra Rzeczypospolitej. Dalszy ciąg obrad przenoszę na dzień jutrzejszy. To powiedziawszy wstał, a wszyscy z sali skłonili głowy, podnosząc je dopiero, gdy drzwi do sali zamknęły się za królem.
A wówczas szlachta wstała, intonując pieśń prastarą: “Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!”.
Gdy zakończyli, ktoś łamiącym się tenorkiem zaczął: “Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”.
A po nim jeszcze czyjś podpity głos ryknął: “Nic się nie stałło, Jogajło, nic się nie stałło!”.
“Swoją barkę pozostawiam na brzegu” - dobiegło z komnat niewieścich.


Majestatycznie, powoli i w milczeniu opuszczali salę, tak jakby każdy myślał już, co przyniesie dzień jutrzejszy. Od Zembrzuskiego dowiedzieli się, że w grodzie organizują różne zawody.
Bieg w workach, wyścigi z jajkiem na łyżce.
Przeciąganie tegoż jajka przez nogawicę.
Konkurs tańca weselnego na gazecie.
Wspinaczkę po namydlonym słupie.
Ten słup, który górował nad murami miejskimi, czekał już nasmarowany mydłem na śmiałków, którzy wlezą na szczyt i złapią koszyk z kiełbasą.
Dobrze, jeśli tylko do tego był przewidziany.


- Mają odbyć się walki. Strzelanie z łuków i kuszy do celu. Jazdy zręcznościowej na koniach nie przewidziano, bo Tatarzyn pohaniec.
I to wszystko (powtórzmy!) w grodzie.
Jazda zręcznościowa…? Znaczy, woltyżerkę tam uprawiali, jak w cyrku, ku uciesze gawiedzi?
W pełnej zbroi.
Po schodach na wieżę Kościoła Mariackiego.


Zembrzuski potrzebował zezwolenia od imć pana Kalesantego na udział w tych zmaganiach.
Nieno… Albo Zembrzuski jest rycerzem, wówczas może wziąć udział w turnieju bez niczyjego pozwolenia, albo jest poddanym, a wtedy udziału w turnieju RYCERSKIM wziąć mu nie wolno!


- A weź ludzi. Ja sam chętnie popatrzę, tylko postarajcie się, aby wszyscy zobaczyli, jakich rycerzy mamy na Wołyniu.
Imć Zembrzuski jakby na te słowa czekał, a usłyszawszy je odwrócił się do swoich i powiedział. - Mamy przyzwolenie wziąć udział w turniejach.
I wszyscy jego ludzie zaczęli sobie piątki przybijać, robić żółwiki i powiewać marynarą.


Ustalimy, kto i w jakim orężu szczęścia spróbuje.
Bo na przykład Maćków jest dobry w ping-ponga, a Miłosza świetnie gra w łapki!
Ja jednak proponuję półtalerze. No, ewentualnie szlapary. :D
Wybrany i bardzo szczęśliwy był Maćków do walki na miecze, Przecław do walki na topory i Miłosza, który przy pomocy łuku sławy miał szukć.
A Miłosza to już z pewnością nie był rycerzem - przypomnijmy, to chłopak, co u Krzyżaków krowy pasał, a potem uciekł i poszedł na służbę do Kalesantego.
Ale ok, przyjmijmy, że obok turnieju rycerskiego odbywały się też zawody dla ludu.
Już widzę, jak on tej sławy szuka, jak Anton, Agaton i Iwan szukali żon. Nie daj Bór, a trafi Wasylisę Pięknolicą i będzie problem.


Później przyszła wiadomość, że w turnieju mając zgodę króla, zmierzą się i bracia zakonni, którzy z Zygfrydem na zamku zostali.
Po pierwsze, zwierzchnikiem nad rycerzami zakonnymi był nie król Polski, a Wielki Mistrz i jedynie on mógł udzielić zgody na udział w turnieju. Po drugie - mało prawdopodobne, by takiej udzielił, gdyż “Braciom nie wskazane jest brać udział w ślubach, turniejach i innych rycerskich spotkaniach, aczkolwiek mogą nawiedzić owe spotkania jeśli przyczyni to chwały zakonowi.” (tu wyjątki z reguły zakonnej).
Po trzecie, po cholerę te łajzy tam jeszcze siedzą?
Specjalnie pchają się tam, gdzie mogą narobić zamieszania. Nie musi być z sensem.
Za to spektakularnie - i owszem.


Zygfryd wierzył, że pokazując swoją wyższość w walkach ukażą, że gdyby napadali na Polaków i gdyby to była prawda, nie przegrywaliby w tych bitwach. Taka myśl zaświtała w głowie Zygfryda i natychmiast poczuł, że wygrywając w turnieju, zmienić może zdanie Króla Polskiego. I z tego chciał Zygfryd skorzystać, a że mając w swych szeregach dobrych rycerzy zaryzykował. Dlatego zgłosił ich, aby brali udział w walkach.
Wyjątkowo chytry plan. Równie dobry jak pułapki wśród bagien i inne takie cuda myśli wojskowej.
Trzeba ich było posłać do szwalni zamkowej. Gdyby król ich zobaczył, jak szyją koszule, to też by nie uwierzył, że kogokolwiek napadają.


Po południu, gdy wszyscy posilili się w gospodzie (jednej jedynej na cały Kraków), zaczęli zbierać się na podzamczu. Było to ogromne pole przylegające do murów obronnych, na którym to polu miały odbywać się walki. Od strony murów stały podwyższenia, na których mieli zasiąść obserwatorzy i które już teraz w połowie były zajęte.
Na każdym siedzeniu siedział ktoś jednym półdupkiem.


Na samej górze stał fotel czerwienią wyłożony dla Jego Królewskiej Mości, gdyż wszyscy wierzyli w to, że król Jagiełło zaszczyci ich swą obecnością.
Nikomu do głowy nie przyszło, aby postawić obok drugi fotel? Nikt nie wierzył, że przyjdzie z królową, swoją żoną Anną Cylejską?
Przyjęli, że weźmie żonę na kolana.


Na niższym rzędzie zasiedli bracia zakonni z Zygfrydem i widać było, że zadowolenie mają, bo oczy im świeciły bystro.
“Zadowolenie mają” brzmi jak germanizm.
Nic dziwnego, wszak to Niemce.
Jezu, przeczytałem “na niższej grzędzie”. Nie jest dobrze.


Turniej, turniej, coraz durniej. Opisy są tak drętwe, że najstraszliwsza jest walka z nudą. Dla zachowania równowagi ducha wracam do czytania “Gry o tron”. Co i aŁtorowi polecam.


Naraz rozległy się słowa. - Król idzie. Wszyscy wstali z pokłonem, a Jagiełło usiadłszy ze swymi przybocznymi nakazał turniej rozpoczynać. Za chwilę pierwsza para stanęła do walki.
I rozpoczęła ognistą rumbą.


Walczyli na miecze. Naprzeciw Maćkowego stanął, tak jak i on okryty zbroją Melesław z Chorągwi Częstochowskiej.
A to Maćków jest rycerzem??? Kurnać, cały czas mi się zdawało, że człowiekiem niższego stanu, może sługą, może giermkiem Zembrzuskiego…
I jakiej znowu Chorągwi Częstochowskiej? ZHP?
Chyba tak, bo jeśli chodzi o jednostki wojskowe, to mógł być ewentualnie z chorągwi Ziemi Krakowskiej.
Częstochowa w tamtym okresie to nie było nawet miasto powiatowe…
Pachnący nowością klasztor i co najwyżej kilka wiosek służebnych.


Imię Melesław (Melex-sławny?) występuje jeszcze w innej powieści aŁtora. Oraz, jak się zapewne domyślacie, nigdzie indziej.


Król dał znak i walka rozpoczęła się. Maćków ruszył ostro. Zbijał mieczem bąki, ale Melesław bronił się dzielnie, parując ciosy. I tak sobie grali w zbijaka. Jednak z biegiem czasu sił nie starczało, gdyż uderzenia Maćkowego były piekielnie mocne. Z obozu Melesława była rzucona chusta na murawę i walka została przerwana.
W dzisiejszych pojedynkach bokserskich rzucenie ręcznika na ring jest przyznaniem się do przegranej.
No, to by się zgadzało, pytanie tylko, czy średniowiecze znało taki zwyczaj.
AŁtorowi chyba się pokićkało z zarzucaniem białej chusty na głowę skazańca.
Z całą natomiast pewnością rzucanie ręcznika występowało na turnieju baranów w jednym z odcinków “Kajka i Kokosza”.
Przy okazji: Maćków powinien był zabrać broń i zbroję przegranego.


Maćków skłonił się królowi i uniósłszy miecz nad głowę wrócił do swoich. Usiadł ciężko dysząc. W drugiej parze przed obliczem zebranych ukazał się potężny Krzyżak zakuty w pancerz, a naprzeciw niego mniejszy wzrostem rycerz od Mścisława, zwany Dowgiłłem.
Yyy, ale to nie jest ten “jeden z najstarszych ludzi na sali”? *sprawdza* Nie, tamten to był Dowgiałło.
Tak czy inaczej, mamy tu Mścisława - prawdopodobnie Węgra, gdyż posługuje się herbem węgierskiego pochodzenia, który w Polsce pojawi się kilkaset lat później, w drużynie ma Litwinów, a pochodzi z gródka bez nazwy gdzieś w Małopolsce.
Taki miszmasz w sumie pasuje do Rusi Zakarpackiej.


[Krzyżak wygrywa, a Zygfryd puszy się i oznajmia, że “rycerze zakonni nie przegrywają tak łatwo”. Obiecuje również sygnet temu, kto pokona jego rycerza. Do walki staje Maćków]


Padły ciosy z obu stron z niesamowitą siłą i Krzyżak zachwiał się przy kolejnym uderzeniu, ale szybko wrócił do równowagi. Maćków napierał nieprzerwanie. Dość długo trwało zmaganie i dopiero teraz widać było, że siły Krzyżaka opuszczają, ale nadal broni się chytrze.
No ba, ja się nie dziwię, przed chwilą stoczył jedną walkę i nawet nie odpoczął. Maćków przynajmniej miał czas odzipnąć.
Nie ma mowy, aby zmęczony dwiema walkami “bronił się mężnie”, prawda?
- Jak się broni Krzyżak, drogie dzieci?
- Krzyżak broni się chytrze!
Szkoda tylko, że aŁtor nie opisał, na czym owa chytrość polegała.
“Mam recenzję, że jest ona napisana pięknie, ponieważ jestem również poetą, co znacznie ułatwia mi opisywanie bitew, opisywanie przygód moich bohaterów i zdarzeń historycznych." Tak oświadczył aŁtor na forum. http://www.dspublishing.fora.pl/wasza-tworczosc,3/opinie-czytelnikow-na-temat-ksiazki-burzliwe-lata-wyd-w-dsp,171.html
A ja już liczyłem, że ten styl to tylko tak na potrzeby prozy - khem, khem - artystycznej. No i zonk.


Na raz dwa [trzy robimy meksykańską falę!] potężne uderzenia spadły na niego. Po drugim, miecz wypadł mu z dłoni, a ostrze miecza Maćkowego znalazło się na wprost szyi Krzyżaka. Rozległy się oklaski. Krzyżak opuścił głowę i odszedł do swoich. Maćków stanął na wprost Zygfryda i powiedział.
- Nie walczyłem Panie dla pierścienia twego. Chciałem wygrać, aby rozwiało się to, na co tak Panie liczyłeś po cichu w swoich myślach.
Maćków telepata! Jasnowidz i cyrkowiec, potrafiący czytać myśli. Nawet po niemiecku.
A potem wyciągnął jeszcze ukradkiem z kieszeni podręczny słownik cytatów i dodał: “Idź złoto do złota; my, Polacy, wolimy żelazo i żelazem bronić się będziemy”.


Król uśmiechnął się. Zrozumiał, że ma do dyspozycji nie tylko ludzi silnych, ale i mądrych. Zygfryd pobladł. Nie spodziewał się takiego upokorzenia.
Taaaa, wcale się nie spodziewał, wystawiając do walki zmęczonego rycerza.
Nie spodziewał się Wróża Macieja.


Teraz jeszcze mocniej przygryzł wargi i postanowił, że sam stanie do walki na topory z kimś godnym siebie.
A tu niespodzianka, wylosowali mu kolejnego chłopka od krów.
Albo drwala.
He’s a lumberjack and he’s OK...


Obwieścił to wszystkim, lecz król, aby uspokoić atmosferę nakazał, aby odbyło się strzelanie do celu, a tamtą potyczkę odłożyć na czas późniejszy. Liczył, że Zygfryd zmieni zdanie, lecz on nadal obstawał przy swoim wierząc w siebie.
Raczej nie mając wyjścia: gdyby zrezygnował, straciłby cześć rycerską.
A król mu nie mógł zabronić, bo?
Czemu król się właściwie tak przejmował fochem jakiegoś Krzyżaka, żeby aż zmieniać porządek turnieju?


Był przecież rycerzem w wielu bojach zaprawionym i właśnie topór był jego ulubioną bronią.
Był również posłem, któremu z racji pełnionej funkcji nie wolno było występować w turniejach.
Może to był taki właśnie chitry krzyżacki podstęp: liczył, że przeciwnika zdyskwalifikują!
Lub że przeciwnik będzie się bał uszkodzić posła, by potem nie musieć szukać jakiejś Danusi z nałęczką.


Tymczasem ustawiono już cele dla łuczników. Odległość od razu była znaczna, aby tylko ci najlepsi do walki stawali.
Nie mamy czasu, rozumicie, trzeba uwinąć się z wszystkim w jedno popołudnie!
Tak się jednak pechowo złożyło, że ci najgorsi nie dali się zniechęcić. Przypadkowe ofiary ich wysiłków pochowano później we wspólnej mogiłce, ukradkiem i bez świadków.
I stąd wieś Mogiła pod Krakowem.


Stanęło do niej również kilku knechtów krzyżackich z nadzieją, że może któryś z nich poprawi humor Zygfryda, który teraz ochłonąwszy zrozumiał, że zagalopował się w swoich poczynaniach. Ale słów już cofnąć nie mógł. Dopiero teraz żałował swej porywczości. Pomyślał. - Co będzie, gdy znajdzie się ktoś, kto mnie pokona? Jak to przyjmą w Malborku, gdy się dowiedzą.
Wielki Mistrz może być nieco zirytowany.
Phi, to pikuś, o wiele gorsze będzie to, że koledzy się będą śmiali.
Nie będzie miał życia w szatni po WFie.


Strach, choć za wszelką cenę nie chciał pokazać tego, ścisnął go za gardło.
Strach ściskał go bardzo dyskretnie, patrząc w drugą stronę i pogwizdując. - Ja? Ja tylko tędy przechodziłem!


Król dał znak, by zawody strzeleckie rozpoczynali.
Zawody strzeleckie darujemy sobie. Wygrał Miłosza.
Cóż za ekstraordynaryjna siurpryza! (Tylko że Fcale nie.)


I przyszedł czas na ostatnie walki, te najcięższe, gdzie tarcze i topory w ruch iść miały. Zygfryd przygotowywał się do nich przy pomocy knechtów, którzy w zbroję go zakuwali.
Położyli go na kowadle i szybciutko - pach! pach! pach! - zakuli.
Gdy zakuwali mu fartuch, to najpierw rechotał, bo miał łaskotki, ale jak zobaczył młot nad swoim przyrodzeniem, to umilkł.


Wtem król wstał i oznajmił, że walka na topory będzie jedna. - Z naszej strony stanie do niej, Hynek z Rogowa.
Tu rozległ się jęk zawodu pozostałych rycerzy. Tyle zakuwania na nic!


Właśnie Hynek wyznaczony przeze mnie stanie do tej walki. Zapadła cisza, bo nikt nie spodziewał się takiego rozwiązania. Tylko Hynek wiedział, bo prosił króla o to.
Miał facet niezłe chody u władzy!
Układ i sitwa, tfu.


Wiedział i Zygfryd, dlaczego tak się stało. Przed rokiem Zygfryd spotkał kuriera polskiego jadącego do króla. Ujął go i umieścił w baszcie. Kurier ów nie chcąc zdradzić tajemnicy, z czym do króla jechał, wzrok stracił, po czym w niewoli życie sobie odebrał.
Ktoś tu się chyba bardzo przejął losami Michała Strogowa, kuriera carskiego.


Takie wiadomości otrzymał wtedy Hynek, a kurier był jego bratankiem.
I król, wiedząc o tym, świadomie ryzykuje, że jego wasal zabije posła w ramach prywaty?
Oko za oko, ząb za ząb, poseł za kuriera.


Teraz, choć nie na śmierć, ale chciał się zmierzyć z Zygfrydem, by ta walka, choć trochę go uspokoiła.
Gdyż od dawna nie spał i ręce tak mu latały, że nie potrafił szklanicy w nich utrzymać. Medyk mówił mu, żeby stresów unikać, spokój zachowując. Co kilka niedziel kazał co innego. A to  moczenie nóg w kwaśnym mleku, picie cuchnących dekoktów, a to kisiel z wilczych jagód (po którym wszyscy się uspokajali), ale jego uspokoić mogło go tylko jedno - ustawka z Krzyżakiem!


UWAGA! Teraz walka na śmierć i życie! Emocje, emocje jak na rybach!
Chyba karpiowatych...


Walka trwała długo, to Hynek, to Zygfryd byli w opałach. Na przemian. A czasami jednocześnie. Pot spływał im po twarzach, ale było widać zmęczenie tylko u Zygfryda, który hełm z głowy zrzucił.
I pot z czoła otarł kolczugą.
Hynek tymczasem był świeży i wesolutki jak stado prosiątek w deszcz, co od czasu do czasu objawiało się radosnym pląsaniem, połączonym z zawadiackim pobrzękiwaniem zbroją.


Ale przez to, że nie miał hełmu było widać również przerażenie, gdyż coraz mniej sił w nim pozostawało.
Tak, tak… Hełmy noszono nie dla ochrony głowy w czasie walki, ale tylko po to, aby ukryć uczucia miotające rycerzem. Jasssne…
Dlatego też miały taki dziwny kształt  i nie dało się zdjąć ich z głowy jednym ruchem. Nie był ci to berecik z antenką.
Tak, tak, drogi aŁtorze, dopisz jeszcze, że Krzyżakowi onuce śmierdziały, a z nosa zwisały smarki, co sobie będziesz żałował.


Hynek nacierał jeszcze mocniej, choć również pot zalewał mu oczy. I nagle starli się tarczami tak mocno, że Zygfrydowi topór wyleciał z ręki.
Ale że co, że tarczę i topór trzymał w tej samej ręce?
Przytrzymał tarczę drugą ręką, więc topór wypuścił.


Nogi zgięły się i runął na kolana. W ciężkiej zbroi nie mógł się podnieść.
Hm, wdział do walki pieszej zbroję tak ciężką, że upadłszy, nie może się podnieść? Samobójca, czy co?
Liczył na to, że upadnie na przeciwnika i w ten sposób załatwi sprawę.
Hynek mu wraził tarczę w mięTkie.


Walka została przerwana. Sędzia zaczął liczyć do dziesięciu. Zygfrydowi knechci przyszli z pomocą, a on ich odtrąciwszy wstał z wysiłkiem niesamowitym i wtedy usłyszał głos Hynka. - Myślę, że doczekam chwili i gdy Bóg pozwoli, naprawdę zginiesz z mojej ręki. To powiedziawszy Hynek odwrócił się i ciężko odszedł do swoich, by wyzbyć się zbroi, która zaczynała mu ciążyć.
Tak. Odwrócił się tyłem do przeciwnika. W szrankach.
Tak oto Zygfryd wygrał walkowerem.


Skończyły się walki. Król opuścił w wielkim zadowoleniu zebranych.
Natomiast publika buczała z oburzeniem, bo nie było walk na kopie, czyli najważniejszej części porządnego turnieju.
I uwaga na marginesie - turnieje wyłaniały zwyciężcę w kolejnych (ojej - ciekawostka!) TURACH walk, więc trwały kilka dni.
I w ogóle żadnych nagród, ani czegoś takiego...
Barbarzyńca Jogaiła miał gdzieś te zachodnie wymysły, nie miał zamiaru się tak długo nudzić, więc skrócił imprezę do minimum i poszedł w długą.


To samo uczynili w pośpiechu Krzyżacy, którzy wcześniej z królem uzgodnili, że po walkach odjadą. Tak się też stało.
Tak bez odpoczynku? Gotowi się ochwacić!
To był kolejny chitry podstęp krzyżacki: odjedziemy jak najprędzej, by pozbawić was przeciwników, o!


Przed wieczorem już Krzyżaków w zamku nie było, a polscy rycerze i szlachta, do późnego wieczora, a właściwie nocy, siedząc w karczmach prawili o tym, co się stało dzisiaj. Tylko ci, którzy brali udział w zawodach siedzieli cicho, jakby jeszcze raz to przeżywali.
Widzicie taką scenę? Turniej wygrany, w gospodzie wrzawa, tłum rycerzy opija zwycięstwo, a kilku gości siedzi z boku, od czasu do czasu wzdychają i z rozmarzonym wzrokiem sączą z dzbana herbatkę miętową. Lekce sobie ważąc zwyczaj, że zwyciężca turnieju urządza biesiadę jak się patrzy.
Co się im dziwisz, turniej był byle jaki, to i świętować nie ma czego. Bo jak potem powiedzieć, że się turniej wygrało, skoro na pytanie, ilu się pokonało przeciwników trzeba odpowiedzieć, że tylko jednego?
Turniej o pietruszkę to i impreza drętwa. A że do tego poziom jak meczu towarzyskiego Polska-Antarktyda (wynik 0:3)...


Po śniadaniu szlachta zaczęła się sposobić do drugiego dnia obrad, które niebawem się rozpoczęły. Rozpoczął je król, tymi słowami. - Dziękuję wszystkim, którzy w dniu wczorajszym chwały orężowi polskiemu przydali, pokazując, jaką mamy odpowiedź na butę zakonu.
Ja [My] król Polski, chylę [chylimy - pluralis maiestaticus nie na darmo funkcjonuje od stuleci] czoła przed nimi. To powiedziawszy usiadł,
wprowadzając tym samym dysonans poznawczy


a głos zabrał podskarbi królewski. Rozmowy toczyły się o finansach, których jakże wielkie były potrzeby na wypadek wojny z Krzyżakami.
Gadka o podatkach jest samym dobrem dla skacowanych słuchaczy.
Jakim cudem ogół procesów związanych z gromadzeniem, rozporządzaniem i wydawaniem pieniądza może mieć wielkie potrzeby - nie wiem, ale to pewnie dlatego, że księgową nie jestem.


Rozmowy poważne, to też przeciągały się długo.
Od tego ciągnięcia aż się wyrazy rozrywały.


Dopiero teraz wszyscy uświadomili sobie, że w chwili obecnej nie stać Rzeczypospolitej na prowadzenie wojny, z Krzyżakami.
Chyba psychicznie. Oh, wait.
Może walka z rozpasanymi przecinkami byłaby tańsza? Wystarczyłby szkolny podręcznik za kilka złotych i gotowe. I na wszelki wypadek drugi, do historii, aby aŁtor dowiedział się czegoś o potędze Polski Jagiellonów.


Tu odezwał się Jagiełło. - Mości panowie, czekajmy cierpliwie i róbmy wszystko, aby kraj znów do potęgi doprowadzić.
A co, upadł był? Kiedy?
Każde pokolenie myśli, że żyje w czasach schyłkowych. Albo chociaż mocno przejściowych.


Póki, co, będziemy paktować z Litwą i przymierza z nią szukać, aby w przyszłości Swidrygiełło stanął u boku naszego rycerstwa, a przeciw Krzyżakom.
Bo Witold powiedział, że cznia to wszystko i jedzie łowić ryby.
W Worskli od paru lat były wyjątkowo dorodne.
Władeczku, chyba skleroza cię rąbie i zapomniałeś, że na tę okoliczność już łońskiego roku załatwiłeś bullę papieską!


To powiedziawszy król podziękował wszystkim i o poufności obrad przypomniał.
Tej samej poufności, w ramach której poprzedniego dnia wpuścił na obrady Krzyżaków.
Twierdząc przy tym, że przed naszymi nie ma tajemnic.


Pobłogosławił wszystkich znakiem krzyża ręką wykonanym i wyszedł z sali.
I tak oto kończy się sławetny sejmik: nie wiadomo czym.
Tym się kończy, czym się i zaczął.
Ciekaw jestem, czym innym aŁtor chciałby robić znak krzyża. Boję się myśleć.


Szlachta polska stała w milczeniu, a gdy król wyszedł i oni zaczęli wychodzić, rozmowy prowadząc.
I zastanawiając się, po co właściwie przebyli taki szmat drogi i zmitrężyli tyle czasu, skoro konkretów było mniej niż na niedzielnym kazaniu.


Dało się odczuć, że nikt z obecnych nie był zadowolony z tego, że Krzyżacy będą nadal na ziemiach polskich, a jednocześnie ludzie rozumieli sytuację, w której była Rzeczypospolita.


Część szlachty po obradach sposobiła swe oddziały do wyjazdu z grodu. A imć Kalesanty podszedł do Zembrzuskiego i powiedział.
- Jutro trzeba gotować się do drogi. Dzisiaj jeszcze dowiemy się, jaki los spotka Gotfryda, no i gród trzeba na spokojnie obejrzeć, bo nie prędko znów obaj w nim staniemy.
Zwiedzić zabytki, suweniry dla rodziny pokupować, wysłać gołębiem pocztowym kartki “Pozdrowienia z Krakowa”...
No i koniecznie dać sobie sporządzić konterfekt ze smokiem!


Zbysław również na jutrzejszy dzień wyznaczył wyjazd do Trzyciąża i rad był, że razem pod gród, z ludźmi imć pana Kalesantego przybędzie. Mścisław zaś zarządził, aby Dowgiłło zebrał ludzi i wyruszyli przed wieczorem.
Szukać zaginionej litery [a] z nazwiska.
Cholera wie, czego szukać, bo mamy tu dwie postaci o bardzo podobnych nazwiskach: DowgiAłłę, który przemawiał na sejmiku (“imć pan Dowgiałło” - odmiana jak “Jagiełło”) oraz Dowgiłła (“rycerz od Mścisława, zwany Dowgiłłem” - a zatem odmiana “Dowgiłł”, jak “Radziwiłł”).


Spieszno mu było do domu, gdyż żona jego miała rodzić, a i syna chciał, czym prędzej zobaczyć.
I dać mu gościniec - przygarść przecinków.
Weź, wsadzi je do nosa albo w ucho i gdzie będziesz waść medyka szukał?
Wiedział, że to będzie syn, bo mu medykus uczony pokazał w takim magicznym pudełku, które z cudzoziemska “ułesgie” nazywał.


[Rankiem wyrusza też Kalesanty ze swoim orszakiem]


Jechali w milczeniu. Kilka koni szło luzem trzymanych na postronku, a na jednym z nich koło od karety przytroczone było, które imć Kalesanty kazał w grodzie zrobić.
Kołodziej nawet się nie zdziwił, gdy Kalesanty rozstawił ręce i powiedział: “O, takie duże!  Na jutro”.
“Dojazdówka” nigdy już nie zabrzmi tak samo.


Chciał, bowiem, gdy dojadą do rzeki koło założyć, by dalszą drogę karetą przemierzać, gdyż ze względu na lata, które sobie liczył, kareta wygodniejszą dla niego była.
Tak, i to jest to miejsce, mniej więcej w połowie pierwszego tomu, kiedy dowiadujemy się czegokolwiek o Kalesantym, oprócz tego, że jest z Wołynia i herbu Działosza. Co prawda opis to nadal coś, do czego aŁtor się nie zniży, ale cieszmy się tym, co mamy. A propos, czy ktoś pamięta, że don Kaleson podróżuje z siostrzeńcem, Januarym? Ten to chyba w ogóle jest duchem, bo do tej pory nawet się nie odezwał!
Może niemowa.
Nieśmiały taki…
Wstyda się majestatu.


Póki, co jechał obok Zbysława rozglądając się wokoło. I znów dojechali do kniei gęstej, w której trakt drogę wytyczał. Zapuściwszy się w niego dostrzegli ślady koni Mścisława, który tędy wczoraj ze swoimi jechał.
A poznał to po monogramie, który był wyryty na podkowach i odbijał się niczym pieczęć.
Trakt niby od samej stolicy wiedzie, a puściuteńki! Żadnych podróżnych, żadnych wozów kupieckich, żadnego rycerstwa, co z sejmiku wraca, jeno ta jedna, samotna grupa mścisławowa ślady zostawiła na dziewiczej ziemi.
Bo wszystkich innych Krzyżacy porozbijali.
A sępy szybko zeżarły.


Zembrzuski zobaczył ślady kilku koni lżejszych, zostawione po prawej stronie duktu, gdy tymczasem ślady głębokie widać było wyraźnie z lewej strony. - Co, to za ślady – pomyślał.
Kangurze? Rysie? Tygrysie?
Zaś tam, panocku, krówskie i tyla.


Myślą tą podzielił się z imć Kalesantym i Zbysławem. - Myślisz waść, że to mogą być ślady knechtów krzyżackich, którzy w kusze zbrojni jadą na koniach lżejszych, a szybszych?
Nie, aści aŁtorze - Kraków miał przywilej “prawa składu” ius stapulae , czyli nakaz że wszyscy podróżujący w okolicy kupcy muszą zajechać do Krakowa i tam sprzedawać swoje towary.
Jacy tam kupcy, po tych drogach poruszają się i ślady zostawiają wyłącznie Krzyżacy i ścigający ich Polacy, względnie Polacy i ścigający ich Krzyżacy, względnie straż gminna z radarem konnym.
A skąd, to oddział Scoia'tael ścigający Apaczów.
I szukający potwora z Loc Muinne?


- Wszystko możliwe, mości panie - odrzekł Zembrzuski. - Oby tylko nie było tak, jak mi myśli przychodzą. Odwróciwszy się bacznie obserwował, po czym ruszył do przodu. Zbliżył się do Maćkowego. - Musisz uważać. Knechtów krzyżackich przed sobą mamy. Może zasadzkę szykują.
W tym ksioopku bycie Krzyżakiem to potworna nuda. Nic tylko ślady zostawiać i pułapki szykować, jak Mitteleuropa długa i szeroka.
Tylko po co, skoro już po sejmiku?
Ot tak. Dla fantazji.


Bądź czujny. Podjechał do Miłoszy i rzekł. - Gdy, zbliżymy się do polany pojedziesz przodem i zobaczysz, czy przy zwalonym drzewie czegoś nie knują.
Tym jednym, jedynym zwalonym drzewie w całej wielkiej puszczy.
Mogą siedzieć w kółku i mamrotać do siebie szeptem. Knuju, knuju. “know you, know you”.
Albo siedzieć przy kociołku i bulgotać. Wtedy uważaj szczególnie, bo jak ci powiedzą, że zostaniesz królem...
To wtedy las do ciebie przyjdzie, a nie ty do lasu.
*rozgląda się nerwowo za mydłem*


Wiedział, że Krzyżacy wzięliby do niewoli chętnie kogoś z ważniejszych, aby dowiedzieć się, o czym radzili z królem na sejmiku w Krakowie. Byłyby to dla nich ważne wieści.
Jeszcze łatwiej (i bezpieczniej) byłoby mieć kogoś przekupionego, kto wszystko chętnie opowie.
Widocznie mają problemy finansowe i nie stać ich na łapówki.


Wkrótce dojechali do polany. Oczom ich ukazał się straszny widok. Polana zasiana była trupami. Konie leżały dookoła.
Jako “garnir”. Takie nędzne skrawki sałaty i pomidorów na ozdobę talerza.
Popatrzyli na po germańsku precyzyjnie zasiane trupy. “Ozime”, pomyślał Zembrzuski.


Rozejrzawszy się wokoło zsiedli z koni. Zobaczyli Mścisława z mieczem w ręku, który leżał przy koniu przebity włócznią.
Czyli Krzyżacy nie mieli ochoty brać jeńców, tylko po prostu zabijali jak leci. Kilka kilometrów za murami Krakowa!
I to zaraz po tym, jak z oburzeniem odpierali oskarżenia o napaści i twierdzili, że nikogo nie napadają. AŁtorze, nie rób z nich kompletnych kretynów, dobrze?


Na rękach nie miał pierścieni, które zwykł nosić. Pozostały tylko ślady po nich.
A na kopytach konia pozostały tylko ślady podków.
Może były miedziane, po miedzianych ma się zielony nalot na skórze.
Krzyżacy po prostu przyjechali po złom.


Także i rycerzy jego było widać. Po walce leżeli porozrzucani na polanie. Nie było widać ani jednego Krzyżaka, który by leżał w pobliżu.
Nie było również widać potężnych kmieci Mścisława.
Ani ludzi z oddziału Dowgiłła, którzy mieli z nimi jechać.
Nie było też widać Marsjan, i to było najbardziej podejrzane.


- Widać zabrali swoich, aby nie spadła na nich odpowiedzialność.
Tak, tak… Zabrali swoich zabitych na wozy. Oznaczyli je jako “Ładunek 200” i kurcgalopkiem odesłali do komturii.
A trupy Polaków zostawili na widoku, żeby łatwo je było znaleźć. Taaak, to się trzyma kupy.


Zembrzuski wysłał jednego ze swoich, by powrócił do Krakowa i przekazał wiadomość o śmierci Mścisława i jego rycerzy.
Zapamiętajmy tę informację, przyda nam się w przyszłości.


- Czyżby Zygfryd zemścił się za swoje niepowodzenia w grodzie.
Z powyższego wyłania się obraz Krzyżaków jako kiziorów z Targówka, którzy, upokorzeni przez kogoś w uczciwej walce, zasadzają się na niego kupą w ustronnym miejscu.
Ba, jeszcze gorzej, bo upokorzył ich kto inny (Maćków i Hynek), a napadli na innego.
Był tak zdenerwowany, że musiał komuś dać w zęby. A swoją drogą - kto odróżniał Mścisława od Zbysława?
Dla niemieckiego ucha jedno i to samo. A zresztą wszystko jedno, te postacie i tak są wszystkie nieodróżnialne od siebie nawzajem i od lasu, przez który jadą.


Przecież wyjechał z wcześniej.
“Wcześniej” jako miejsce pobytu. Ciekawe, czym nas jeszcze nas ci rycerze zaskoczą.


Jak musiał zaskoczyć Mścisława, by tak go pokonać.
Wyskoczył zza krzaka, zrobił BUUU!, a Mścisław skamieniał z zaskoczenia i dał się zabić.


Przecież wyjeżdżając z Krakowa jego oddział nie przedstawiał tak znacznej siły.
Rozmnożyli się przez pączkowanie.
Nie pierwszy raz przecież. Rozmnażanie między akapitami to ich tajna broń.
Ale… czyj oddział?


To były pytania, które zaprzątały umysły wszystkich rycerzy, którzy zobaczyli Mścisława i jego ludzi pokonanych. W końcu odezwał się imć Kalesanty. - Musimy zebrać ich i mogiłę zrobić.
Na kupkę ładnie ułożyć, przyklepać równo…
“Zebrać” sugeruje, że byli w kawałkach.
Dobry tatar - tylko siekany.


Potem wyślemy jednego z naszych z wiadomością do grodu Mścisława, by nie oczekiwali ich po próżnicy.
No ja nie wiem, jednego wysyłać, to jak na pewną śmierć!
Doliczy się go do tych poprzednich, im więcej trupów, tym lepiej brzmi narzekanie na krzyżackie mordy.
A ja po prostu napawam się zręcznością i subtelnością tego zdania. “Dajcie se ludki spokój, nie ma co czekać - wyrżnęli wszystkich, co tak będziecie ich bez sensu wypatrywać. Zostało coś z obiadu?”


To powiedziawszy wyznaczył ludzi do kopania grobu, a pozostali znosili ciała w pobliże dołu. Po ceremonii pochówku, krótko stali w milczeniu nad mogiłą, po czym wsiedli na konie.
AŁtor odważnie wprowadza do XV-wiecznej Polski ideę pogrzebu świeckiego.
A podobno do Krakowa blisko, czyżby wszystkich księży czarci porwali?


Słońce nie wiadomo, kiedy przechyliło się ku zachodowi, a oni przecież tak nie daleko oddalili się od Krakowa i już tyle nieszczęść się wydarzyło. Dojechali do zwalonego drzewa i wyciętym przejściem [w tym drzewie?] przeszli na drugą stronę.
Chyba na drugą stronę lustra.
Jakoś mi się to skojarzyło z baobabem, też z Sienkiewicza.


Spiesząc oddalili się od ponurego miejsca, miejsca ostatniej drogi Mścisława.
Nie ma czegoś takiego jak “miejsce ostatniej drogi”! Jest miejsce śmierci, miejsce pochówku, miejsce ostatniej bitwy!
Jest również określenie “ostatnia droga”, odnoszące się - tadam, tadam! - do konduktu pogrzebowego.
Spieszno im było nie bez kozery. Wiedzieli, że pozbawiony chrześcijańskiego pochówku Mścisław może powrócić jako strzygoń albo inszy upiór.
Już jeden Bolko wystarczył.


Chcieli przed wieczorem, opuścić puszczę. Przed zmierzeniem wyjechali z niej.
Jako geodeci też się nie sprawdzili.


Tylko po lewej stronie ciągła [ciągnęła!] się ona, jak okiem sięgnąć.
A po prawej, tradycyjnie, bagno.
Się ciągło, a od czasu do czasu bulgło.


Przed sobą mieli ogromne połacie ziemi niczym nieprzysłonięte i choć jechali w milczeniu przeżywając to, co stało się na polanie, widać było, że konie raźniej idą, z woli jeźdźców.
Nie rozumiem. Czy konie były na tyle empatyczne, że czuły raźność jeźdźców, którzy robili smutne miny, ale im w duszach grało?
Oraz dlaczego połacie były nieprzyzwoicie nieprzysłonięte?
Krzyżacy, w przerwach pomiędzy jedną zasadzką a drugą, odsłaniali je bezwstydnie.


Imć Kalesanty podjechał do Zembrzuskiego i rzekł. - Cofnij waść rozkazy. Wszyscy pojedziemy do grodu Mścisława. Nadłożymy drogi, by zobaczyli i nasze smutne twarze.
Gdy zobaczą “i nasze smutne twarze”, to od razu zrobi im się radośniej.
Na stypę chcą się załapać, ot, co.


Może trza będzie komuś pomóc, a tego jeden jeździec nie załatwi.
Nawet razem z koniem.
I wszyscy konni i wszyscy dworzanie.
Złożyć do kupy nie byli go w stanie.


[Kompania zatrzymuje się na nocleg]


Zembrzuski odezwał się. - Dobre miejsce waść wybrałeś [w szczerym polu, gdzie widać nas jak na dłoni] tylko warty postawię, co byśmy mogli spokojnie wypocząć. Po chwili wszyscy jedli w milczeniu. Po ciemku, gdyż ogniska nie były palone.
Niewątpliwie spożywali chłodnik litewski.
Bo też i na tym polu nie bardzo było co palić.


Tylko na niebie bezchmurnym gwiazd było bez liku, a i księżyc rozjaśniał tę ciemność.
Zaprawdę na pole wasze zaległo, a musicie rozjaśnić mroki?


Nikt w obozie nie odzywał się. Wszyscy jedli w milczeniu [bo chołodziec litewski trzeba jeść milczkiem i żwawo], a po jedzeniu, niektórzy zaczęli przygotowywać legowiska [i gawry, a potem gromadzić igliwie i żołędzie]. Zembrzuski jeszcze raz obszedł warty i czujność nakazał, choć wiedział, że Kalesanty miejsce bezpieczne wybrał. Świt obudził go pierwszymi promieniami słońca. Podniósł się i rozejrzał wokoło. Dostrzegł konie, które pasły się w pobliżu, a których dwóch ludzi od Zbysława pilnowało.


Po chwili wszyscy byli na nogach, a imć, Kalesanty krzyknął.
Bo od Interpunkcji w ryja dostał.


- Wyjeżdżamy mości panowie zaraz, aby drogi nadłożyć, bo gdy przyjdzie skwar, będziemy mogli zaszyć się w cieniu i gorąc przeczekać.
No i tak o. Skwar zawsze przeczekują, ale myślałby kto, że nadrobią to, jadąc w nocy - nieeee, ledwie się zmierzcha, już się zatrzymują, bo przecież spać pora. A jeszcze taki popas, śmaki popas, a jeszcze zatrzymać się, by Krzyżaków zmylić, jak za rok do domu zajadą, to będzie dobrze.
A potem będą opowiadać żonom jakieś głodne kawałki o cyklopach, worach z wiatrami, wrednych czarodziejkach, potworach i gniewie bogów.


Te słowa jakby rozbudziły niektórych, bo po chwili wszyscy w siodłach siedzieli, a chorągiew z herbem Działosza znalazła się na przedzie. Do południa przejechali znaczną drogę i dopiero teraz ich oczom ukazała się rzeka. Podjechali do niej, aby konie spragnione mogły się napić i ochłodzić.
Tjaaa… zgrzanym koniom bardzo dobrze robi pławienie w zimnej rzece. Naprawdę.
No przecież się mówi o “końskim zdrowiu”, więc te opowieści o zapaleniu płuc to MUSZĄ być bzdury.


Stali jakiś czas, po czym imć Kalesanty odezwał się do Zbysława. - Myślę, że waść nie będziesz przeciwko, co byśmy i my wykąpali się w rzece.
Zbysław zaśmiał się.
A co go tak rozśmieszyło?
Sugestia, że miałby się znowu w tym roku kąpać.


Gdy konie się napiły, wyjechali na brzeg i zsiedli z nich. - Nie daleko, powinien być most, a przy nim kareta - rzekł Kalesanty do Zembrzuskiego. - Może wysłać dwóch, z kołem, aby je założyli i przyjechali tutaj. - Nie mości dobrodzieju - odezwał się Kalesanty. Razem po odpoczynku pojedziemy, tak będzie bezpieczniej. Nim się obejrzeli rycerstwo już w wodzie siedziało.
Odzienia się nie pozbywszy?
Taplając się radośnie, bawiąc łódeczkami i gumowymi kaczuszkami.
Śmiechu, radosnego pluskania i szczebiotu było co niemiara. Aż echo się niosło po lesie.
A konie tymczasem dostawały kolki jeden po drugim.


Poszli bliżej drugiego brzegu, gdzie woda głęboka była, ale nie na tyle, by gruntu pod nogami nie mieli.
rejs-2.jpg


Długo siedzieli w wodzie, aż głód przypomniał o sobie.
...a kolczugi zaczęła zżerać rdza.


Wtedy ruszyli z wody, wychodząc na brzeg.
I ruszyli do stołówki.
Śpiewając wesoło:
“Słoneczko nasze rozchmurz buzię
bo nie do twarzy ci w tej chmurze
Słoneczko nasze, rozchmurz się,
Maszerować z tobą będzie lżej! “
A potem:
“Lato, lato, lato czeka,  
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,  
A tam ciągle nie ma nas.”


Przyglądał im się Zembrzuski, który dopiero teraz dostrzegł w ich oczach inny wyraz od tego, jaki mieli, gdy zobaczyli pobitych ludzi Mścisława.
Wtedy może byli zezłoszczeni, teraz radość tryskała z ich lic.
Ojtam ojtam, prastare śpiochy z ócz wypłukali, to i wyraz był inny.


- Coś dziwnego? Przecież widzieli w swym życiu nie jedno.
Gdyż mieli zeza i wszystko widzieli podwójnie.


W niejednej bitwie brali udział, a nigdy nie widziałem ich tak smutnych.
Może to niestrawność?


Nad brzegiem rzeki kępa drzew była, więc w niej obozem rozłożyli się, aby przeczekać skwar. Dopiero teraz Zembrzuski rozkazy wydawszy, co by obozu pilnować w kierunku wody, bo z wody Licho jakieś wyjść może i kwiat rycerstwa wydusi, poszedł i dostrzegł imć Kalesantego, oraz Zbysława, którym tylko głowy z nad wody wystawały.
Nie wiem, skąd u nich ta nagła beztroska, ponoć jadą przez okolicę, gdzie co krzaczek, to Krzyżaczek… Chciałabym zobaczyć ich miny, gdy nagle z lasu ruszą zbrojni, a oni będą musieli uciekać z wody golutcy jak ich matka urodziła!
A może kąpali się w zbrojach?
Oj, to musieli potem skrzypieć przeraźliwie. Ma ktoś oliwiarkę?


Szedł i zanurzył się przy drugim brzegu. Chwilę postał.
Nie wiem, jak aŁtor wyobraża sobie piętnastowieczny męski strój kąpielowy, ale pewnie jakoś inaczej.
Nie wiem, dla mnie z tego fragmentu wynika, że on wlazł do wody tak jak stał, w ubraniu.
Szedł i zanurzył się - to jasne, że bagno go znienacka wciągnęło.


Poczuł przyjemny chłód wody. Pomyślał. - Gdyby tak nie trzeba było obawiać się wrogów, życie nie było by takie złe.
A tu w wodzie:
Są pijawki
do zabawki.
Komarzątka
wampirzątka.


Po chwili był na brzegu. Wrócił do rzeczywistości, za którą, jako dowódca odpowiadał.
Jest dowódcą rzeczywistości?
Jest jednocześnie immanentny i transcendentalny?
Na pewno wymyka się logice.


W chwilę później dostrzegł imć Kalesantego i Zbysława w obozie. Lżej mu się zrobiło.
Odetchnął z ulgą, bo już się zaczął obawiać, czy ich jakowaś wodnica nie porwała.


Usiadł, przymknął oczy, a było tak spokojnie, że dopiero teraz przyszedł czas, by pomyśleć o swoich. Miał, bowiem dwóch synów i córkę, których bardzo kochał. Żony nie
Ale co “nie”? Nie kochał jej?
Nie miał.
Nie kochał, bo nie miał.


gdyż ta umarła przy porodzie ostatniej córki.
Rola położnej bywa niebezpieczna, ale żeby aż tak?
Dziecko kopnęło tak mocno, że rozbiło położnej głowę.


Wiedział, że oddala się widzenie z nimi, gdyż przyszło zboczyć z drogi, aby do grodu Mścisława wieści smutne zawieść.
Wiedli te wieści na postronku.
Miejmy nadzieję, że nie chodzi o słynny gród Mścisław koło Mohylewa, bo nie ma szansy, aby do końca stulecia tam dojechal.


Z tych rozmyślań wybił go krzyk. - Mości komendancie. Z lasu wyjechało trzech jeźdźców, a za nimi jeszcze kilkunastu, którzy zdaje się, że ich gonią.
Ale może tylko przypadkowo podążają w tym samym kierunku. A krzyk był tak beznamiętny, że nawet wykrzykników nie zawierał.
Taż to nuda, panie. Co chwilę z lasu jakaś kupa wylatuje, ktoś kogoś ściga, no ile można.
Jeźdźcy uprzejmie poczekali, aż rycerstwo wykąpie się, wypluszcze, obeschnie na słoneczku i przyodziewę włoży, dopiero ruszyli.
Inaczej zesromaliby się na widok rycerskiego honoru.


Zembrzuski wstał i spojrzał. Rzeczywiście od strony południowej, choć jeszcze było daleko, nadjeżdżało trzech jeźdźców, którzy gnali swe konie. Przewaga była znaczna, więc Zembrzuski zdecydował. - Jadą w naszym kierunku ku rzece, jakby w niej ratunku szukali. Konie nasze przytrzymać, a gdy już nas miną, wyjeżdżamy im naprzeciw. - Zatrzymamy tych, co ich gonią - odezwał się Zbysław. Po chwili wszyscy wiedzieli, co mają czynić.
Przy czym nie bierzemy pod uwagę tego, że to może sukinsyny uciekają przed Siłami Dobra.
Mieli zieloną obwódkę. Wrogowie mieliby czerwoną.


Odczekawszy chwilę, gdy uciekający ich mijali objeżdżając drzewa, ruszyli. Zbysław bez trudu zatrzymał uciekających, gdyż oni dojechawszy do rzeki konie wstrzymali. A Zembrzuski pognał za goniącymi. Dostrzegł, że to knechci krzyżaccy.
No nie mów, waćpan, niemożliwe!
Ojej! Wszyscy jesteśmy zdumieni i zaskoczeni. Naprawdę.


Widząc, że tamci nie chcą się zatrzymać, a zawróciwszy uciekają, dał znak ręką. Kilku łuczników, a wśród nich i Miłosza wysunęło się naprzód. W pełnym galopie naciągnęli łuki i wypuścili strzały.
W pełnym galopie.
Tatarzy jacy, czy ki wuj?
No przecież od początku mówiłam, że Apacze.
Apacze ciągle, Apacze, a sensu wciąż nie widzę.


Zobaczyli, jak trzech knechtów zsuwa się z koni na ziemię. Jeszcze raz łuki naciągnęli i zaświszczały strzały. I tym razem dwóch knechtów wyrzuciwszy ręce spadło z koni.
Powtórzmy: w pełnym galopie.
No przeca to przełożony na warunki średnioweczne standard filmów sensacyjnych, w których dwudziestu chłopa z karabinami maszynowymi nie jest w stanie nawet zranić bohatera, a ten w biegu, czy galopie, czy jadąc motorem z prędkością 200 km/h wąskimi uliczkami starego miasta, wyciąga pistolet i po kolei kładzie wszystkich trupem.
A ostatnim strzałem z pistoletu strąca wraży helikopter.
A kule (i strzały też!) muszą obowiązkowo świszczeć.


Byli blisko, mając konie wypoczęte i wtedy knechci wiedząc, że są bez szans, konie zatrzymali. Zembrzuski ze swymi dojechał do nich i zobaczył, że niektórzy mają na sobie kolczatki, to rzeczywiście musiały być kolczatki, a nie kolczugi, skoro nie chroniły przed strzałami a uzbrojeni są w lekki miecz [jeden na wszystkich - nawet u Krzyżaków zdarzały się trudności z zaopatrzeniem] i kusze przewieszone przez plecy.
Knechci. Miecze. Kusze. Obok siebie, w dwu zdaniach. Ok, równoległa rzeczywistość ma swoje prawa.


- Dlaczego goniliście tych ludzi? Odezwał się. Wtedy jeden z Krzyżaków powiedział. - To buntownicy z Piaskowej [Pieskowej!!!] Skały. Miał być wyrok na nich wykonany, z polecenia komtura zakonu. Ścigamy ich, aby przed jego obliczem stanęli - powiedział ten, który nimi dowodził.
A co to komtura obchodzi, że kilkaset kilometrów za granicą jego komturii jakieś chłopstwo się przeciwko czemuś buntuje?
Eeee… zdaniem aŁtora, Polska najwyraźniej jest pod krzyżacką okupacją, komturie mieszczą się w każdym większym mieście (serio, dalej w tekście będziemy mieć komtura poznańskiego), Zakon traktuje miejscową ludność jak SWOICH poddanych - i tylko nie do końca rozumiem, jak w takim razie aŁtor widzi rolę Jagiełły. Może jest figurantem, utrzymywanym na tronie tylko dla pozoru? A bór jeden wie.


A teraz pobawmy się tekstem, żeby pokazać jakie żarty wychodzą, gdy aŁtor eksperymentuje z zapisem dialogów:

Po chwili dwóch chłopaków i białogłowa stanęli przed nim. - Kto, waści?
Odezwał się Zembrzuski. - Jesteśmy z małej osady rybackiej, w dole rzeki, panie.
A mówiliście, że z Wołynia!


Kilka dni temu knechci napadli nas. Kilku ludzi uciekło za rzekę, kilku zabili, a nas zabrali do zamku, skąd uciekliśmy.
A z jakiego zamku uciekliście, bo mówią, że jesteście z Pieskowej Skały? Tak tylko pytam, z ciekawości - gdzież to pod Krakowem jest twierdza krzyżacka?
W Smoczej Jamie!


Pomógł nam w tym jeden zakonnik. Nie wiemy, dlaczego, ale pomógł i stąd tu jesteśmy. - A konie skąd macie? - A od zakonnika, mości panie.
Zembrzuski spojrzał na imć pana Kalesantego. - Możliwe to, aby w zakonie byli i dobrzy ludzie?
Niiii, skąd, przyjmują ich dopiero po okazaniu podpisanego przez samego Belzebuba świadectwa niemoralności.


Kazali przywołać knechtów krzyżackich i Kalesanty rzekł. - Rozkaz wypełnialiście, tedy wolno was puszczę, jednak bez oręża. Oni z nami zostaną. Wskazał na trójkę młodych. - Jako, że wedle prawa nie zawinili nic. Dowodzący Krzyżakami zrozumiał, co to oznacza. Rad był, że jego głowa i kamratów na miejscu zostanie.
Cechą dystynktywną polskiego rycerza było to, że brzydził się krwią i w ogóle był łagodny oraz trawożerny.


[Uratowana trójka to rodzeństwo Dobrosław i Dobrawa oraz Janko. Ich bliskich wymordowali Krzyżacy, a jakże.]

- Sługą wiernym, waści będę, przysięgam na rodziców moich poległych w grodzie. A on, jeszcze mały. Tu spojrzał na Janko.
Maćków, Kalesanty, Miłosza, nieodmienialny przez przypadki Janko - doceńmy kreatywność w tworzeniu odjechanych imion.
Nie zapominajmy o Melexosławie.
Nooo, na takiego Cztana z Rogowa aŁtor nie wpadłby, choćby trzy lata myślał.

- Ale ręczę za niego, bo to dobry chłopak. Kalesanty wysłuchał go, po czym powiedział. - Szybko wypocząłeś. Jedź tedy i zmień tego, który chorągiew naszą trzyma. Teraz ty nas pod nią poprowadzisz, boć przecież już należysz do Działoszy.
Już go przyjął do herbu? Chłopaka, którego widział pierwszy raz w życiu?
Taki zwyczaj. Nawet ten znajdek, sierota po pastuchach, miał być wychowany na rycerza.
Działosza jest jak Borg. Został zasymilowany.


Dobrosław ruszył ostro. Bardzo był rad, że taki zaszczyt go spotkał. Chorągiew przejął i dumnie przodem jechał. Przed wieczorem dotarli do mostu i już z daleka zobaczyli, że po karecie tylko popiół został i części żelazne, których ogień nie strawił.
Jak nic - chuligani benzyną ją oblali i podpalili.
Czy ktoś pamięta jeszcze o Januarym, siostrzeńcu Kalesantego? Z wujem w karecie jechał na sejmik; słowem nawet się nie odezwał i zniknął. Podejrzewam, że zasiedział się w tej karecie i razem z nią spłonął.
Albo to on ją podpalił, gdyż nie miał co robić.
I uszedł do Krzyżaków.


- To psubraty. Odezwał się Kalesanty. - Nawet i temu nie dali spokoju.
Taką rzekę łez mi tu wylej.

Teraz zły był, że Zembrzuskiego nie posłuchał, gdy ten mówił, aby wysłać z kołem dwóch ludzi. Może przybyliby w porę i karetę uratowali.
Uratowaliby ją przed wandalizmem oddziału Krzyżaków, którzy oczywiście zostaliby zmieceni w proch. Gdyż dwóch ciurów z kołem od karety stanowiłoby siłę nie do odparcia.
Jak się taki ciura rozpędzi, zakręci kołem, to może narobić niezłego zamieszania.


Może teraz wygodniej zniósłby trudy dalszej drogi. W chwilę po tym złość mu minęła, bo przejechawszy most postanowili, że tutaj zanocują. - Wspaniałe miejsce przy wodzie, bardzo dobre na nocleg – rzekł Kalesanty.
Na tym samym polu bitwy co wcześniej, tylko troszkę dalej.

Prędko rozbili obóz, a jadło z koni zdjąwszy, szykowali się do wieczerzy.
OK. Domyślam się o co chodzi, ale czy aŁtor naprawdę nie zna słowa “juki”?!
Ja tam miałam wizję befsztyka tatarskiego w swej oryginalnej postaci, tj. mięsa przewożonego pod końskim siodłem.
U mnie było gorzej. Wyobraźnia podsunęła zdejmowanie z koni jadła, czyli jakąś wersję wycinania mięsa.


Dobrosław, z siostrą i Janko siedzieli przy chorągwi, jakby czuwali nad nią.
Ale może tylko zastanawiali się, jakby tu ją pociąć na kawałki i gatki sobie poszyć.


[Nastał ranek, jadą dalej]


Miłosza teraz dopiero przyjrzał się dziewczynie. Jechała ona obok Kalesantego, gdyż tak waść zarządził. I Kalesanty również to zobaczył.
Że laska jedzie koło niego?


Widział zachwyt w oczach Miłoszy i pomyślał. - Dobraną parą byliby, on czarny jak król nocy, a ona z płowymi włosami.
Doceniajmy te okruchy opisów, bo więcej nie dostaniemy.


Odwrócił wzrok, by Miłosza mógł się napatrzyć.
Poprawił się w siodle, wypiął pierś, przygładził włosy i przybrał bohaterską minę.
Teraz był pewien, że Miłosza zwróci na niego uwagę.
A myślałby kto, że to Kalesanty jest senpajem ;)
Maćków nie był zazdrosny?


A i dziewczyna dostrzegła wzrok Miłoszy i uśmiechnęła się do niego. Na twarzy koloru czerwonego jej przybyło zielonych pryszczy. Kalesanty zobaczył, że koń Miłoszy coraz bliżej drobi, więc odezwał się. - Podjedź bliżej. Gdy Miłosza to uczynił - rzekł do niego. - Jedź koło niej, a pilnuj bacznie, aby nic się jej nie stało w drodze. Może kiedyś nagrodę otrzymasz, gdy się dobrze wywiążesz.
Ta. Rękę z szeroko pojętymi przyległościami.
Mhm. Szerokim marginesem cięcia.


[Młodzi przestawiają się sobie, a na dźwięk imienia Miłosza, dziewczyna rumieni się jak różyczka]
- Ładnie. Powiedziała dziewczyna i zarumieniła się jeszcze bardziej. Dalej już jechali w milczeniu, dopiero po pewnym czasie Miłosza znów się odezwał. - Powiedz, dlaczego tak dobrze konno jeździsz? Widziałem jak galopowałaś ze swoimi i nigdy bym nie przypuszczał, że to dziewczyna ucieka z nimi.
Jak widzimy, nowa bohaterka jest skrzyżowaniem Gniewka, syna rybaka i Jagienki z Krzyżaków.

- Często z ojcem jeździłam na polowania.
Tak, ojczulko z rybackiej wioski w dole Prądnika miał taką fantazję, aby na polowania jeździć?
Łowiła szczupaki w lesie.
Bo przecież nie może przyznać się do kłusowania w królewskiej puszczy.


- To i orężem władasz nieźle? Spytał Miłosza i uśmiech zawitał na jego twarzy. - Ano, władam.
Dobrawa herbu Sójka.


Odrzekła dziewczyna i jakby na potwierdzenie tego wyciągnęła ręce po łuk Miłoszy, który miał przez ramię przełożony. Zdjął go i podał, wraz ze strzałą wyjętą z kołczanu. Dziewczyna podniosła łuk do góry i kątem oka zobaczyła w górze sępa, który zniżał lot, jakby zdobycz wypatrzył i wtedy strzała pomknęła ku niemu. Zatrzepotał się w górze i runął na ziemię.
Teraz już wiadomo, dlaczego dziś nie ma w Polsce aż tylu sępów.
Przejdź się po parkingu pod hipermarketem...

Miłosza pokiwał głową. A i imć Kalesanty i Zembrzuski widząc to, byli szczerze zdziwieni. Zembrzuski pomyślał o córce, którą również konno jeździć nauczył, gdyż od małego garnęła się do koni. - Ale żeby tak łukiem władać? Kalesanty odezwał się. - Jeszcze jednego rycerza masz, waść w swojej drużynie. Po czym zaśmiał się. - Ciekawym, co ona jeszcze potrafi.
Stary zbereźnik.
Ejno. Może smakosz? Może ma na myśli gotowanie?


Dobrosław i Janko jechali na przedzie, a obok nich Maćków, który przyglądał się Dobrosławowi, gdy ten chorągiew w ręku trzymał. - Silny jest, jedną ręką na wietrze, chorągiew utrzymuje. Pod okiem Zembrzuskiego szybko wyrośnie na rycerza. Dobrosław dumny był z tego, że tak krótko jest w obozie, a takim zaszczytem został obdarzony.
Cóż, po prostu Bolko już się ostatecznie rozłożył.
Obawiam się, że gnijący w upale Bolko ostatecznie odpłynął w czasie pikniku nad rzeką.


[Drużyna dojeżdża do rozstaju dróg, Kalesanty decyduje się pojechać do grodu Mścisława, a Zbysław wraca do siebie, do Trzyciąża]


Kalesanty rozumiał jego obawy, bo niedaleko Trzaciąża zakonni klasztor wznosili i zubożała ta okolica, z bezpieczeństwa.
Za to ubogaciła się zgrozą. I przecinkami.
Bo polszczyzna aŁtora ubogą jest nad podziw.
Trzymajcie mnie ludzie, dla aŁtora nie tylko knecht jest synonimem rycerza, ale i klasztor - zamku...
A może i cystersi, krwi łakomi, zza klauzury wypuszczali się na żer?
Ja przypuszczam, że aŁtorowi się pomerdało z bożogrobcami z Miechowa. Taki zakon rycerski czy inny, a kto by tam rozróżniał, wszystko jedna swołocz.
(Albo - mhehehehehehe - z klasztorem panien norbertanek z Imbramowic, do którego niegdyś należała wieś Trzyciąż!)
:hamster_evillaugh:


Tak trudno siostry od Krzyżaków odróżnić.
No pewnie! Te białe habity takie mylące, a welon z daleka wygląda całkiem jak hełm.


Pożegnali się ze Zbysławem i rycerzami jego. Ruszyli na trakt, który prowadził do grodu Mścisława. Miał on w herbie swoim orli pazur, a nad nim miecz.
Aaaaaha.
Mścisława poznaliśmy jako rycerza pieczętującego się herbem Bekesz. Pomijając drobny i nic nieznaczący fakt, że herb ten jeszcze wówczas nie był w Polsce używany, może aŁtor łaskawie nam wyjaśni, który z tych kształtów uznał za miecz?


640px-POL_COA_Bekesz.svg.png


Ruszyli, a Zembrzuski zamyślił się. Znów w mniejszej sile przyszło im jechać i jeszcze nie do domu swego. Rzekł do Kalesantego. Przejedziemy drogą w pole, a zbliżywszy się do lasu, damy koniom wypocząć i rozejrzymy się, co by jakaś niespodzianka na nas nie spadła.
Na przykład gołąb nie obsrał...
Tak właśnie. W 1405 rycerstwo polskie mogło obawiać się tylko ataku ptasiego guana, a nie partyzantów krzyżackich.





Teraz Zembrzuski odezwał się do dziewczyny. - Ciężkie życie mości panno w drużynie. Trzeba spać pod gołym niebem, niekiedy jeszcze pilnie baczyć, aby rano żywym się zbudzić.
Bo zbudzić się martwym, to niezła grzybnia.
Bolko mógłby to potwierdzić.


- Drugie to prawda, ale pierwsze nie - odparła dziewczyna. Zwykłam spać pod gołym niebem, gdyż z ojcem na polowania często jeździłam.
Ona podobno była z małej rybackiej wioski… Mimo to z ojcem jeździła na polowania - może nawet z sokołami?  Widocznie w wyobraźni aŁtora małopolskie chłopstwo w XV wieku było bardzo zamożne. Każdy miał wierzchowca w stajence i dość drogie hobby. Nie dziwię się Krzyżakom, że chcieli złupić najbogatsze państwo na świecie, gdzie chłopi żyli jak lordowie angielscy [pięćset lat później].
Ojtam, dalej w opku będziemy mieć kmieci, którzy prosto od pługa idą pomiędzy królewskich rycerzy, więc…
A może była córką pana tej wioski, albo przynajmniej sołtysa? To by jakoś tłumaczyło, dlaczego nie trafiła wraz z bratem pod miecz - Krzyżacy pojmali ich dla okupu.


W lesie spaliśmy i tam inny wróg, niż tu, na nas czyhał. Mrówki!!! A dyć, w lesie pełno niedźwiedzi - dodała. - Odważna szelma - pomyślał imć Kalesanty. A jak wie, co odpowiedzieć. Miłoszy coraz bardziej się podobała. Po rozmowie humory wszystkim poprawiły się, a gdy pojedli, sen mimo zmęczenia nie przychodził.
A mówiła matula: nie obżerać się na noc!


Dobrawa oparła się o brata. Obok niej legł Janko, nieco dalej Miłosza, któremu też myśli sen odbierały, myśli o Dobrawie.
Ale bał się, że cokolwiek zrobi, to będzie ukarany ślepotą, głuchotą i imbecylizmem.


Chciał, aby już był ranek, aby mógł ją, choć widzieć. A i Dobrawa usypiając o nim myślała. Świt wstał. Obudził ich potężny głos, imć Kalesantego.
Jako że nie miał ławy, aby w nią tłuc pięścią, wykorzystał do tego niepotrzebne koło od spalonej karety.


- Do drogi czas się sposobić, abyśmy jeszcze dziś u grodu Mścisława stanęli.
A gród Mścisława to ma jakąś nazwę…? Tak tylko pytam...
Jeszcze nie ma, bo nikt tam jak dotąd nie zabił piekarza.


Niebawem wszyscy w siodłach siedzieli i znów Dobrosław chorągiew trzymając, prowadził jezdnych. Obok niego jechał Maćków. Długo jechali wzdłuż lasu, gdyż trakt tak prowadził, ale nagle droga załamała się, w las skręcając. - Musimy tu waść jechać?
A tu masz waść maść kłaść.


Ciekawostka dla aŁtora: im skrót od Waszej Miłości był krótszy, tym konduita rozmówcy marniejsza. Wasza Miłość -> Waszmość -> Waszeć -> Waść -> aść.

Zagłębiwszy się mocno w las, ujrzeli człowieka idącego naprzeciw nim. Podjechali bliżej niego i Zembrzuski spytał. - Kto, waści i dokąd zmierzasz? - Jestem Spytko, kiedyś rycerskiego stanu.
Ale za jakieś szalbierstwa odebrano mu szlachectwo. Musiał nieźle nabrykać, bo żeby pozbawić rycerza herbu, to trzeba było mu udowodnić zdradę stanu, zamach na władcę - zbrodnię tego kalibru. A potem i tak wykonywano egzekucję.
Domniemywam, że dla aŁtora rozdzianie ze zbroi i przebranie w cywilne ciuchy jest równoznaczne z odebraniem szlachectwa.


Teraz do domu wracam od Krzyżaków. Przesiedziałem w ich lochach dwa roki i dzień temu zostałem wypuszczony.
A Spytko pewnikiem z Jurandowa?


To dla mnie dalsza kara. Wiedzą o tym zbóje. Na jedno oko słabo widzę [czyli na drugie oko całkiem nieźle], a w rękach miecza nie poradzę. Tedy, gdy uznali, że bać się mnie nie muszą, puścili, abym dalszej goryczy zaznał.
Mów sobie, mów… Postawmy się na miejscu Krzyżaków, którzy mając do czynienia z kolesiem o zaburzonym polu widzenia i niepewnej ręce. Nic dziwnego, że starali się go jak najprędzej pozbyć. Nie chcieli się narażać.


- A gdzież twój dom - spytał imć Kalesanty.
- Do Trzyciąża idę, mości panie, do grodu Zbysława.
To on żył na łaskawym chlebie u Zbysława? Przecież jako rycerz, musiał mieć swój majątek. To jeszcze nie te czasy, gdy we dworach roiło się od wujków rezydentów, zubożałych kuzynek i zlicytowanych pociotków.
Tylko to właśnie jest BYŁY rycerz, a więc i jego majątek zapewne jest już były.


Jedź waść z nami, bo sam do Trzyciąża nie dojdziesz pieszo.
My, konno, tych kilka mil jedziemy przez całą niedzielę.


- Dajcie konia - krzyknął imć pan Kalesanty. Picie i kawał mięsiwa też podajcie.
Niech go skręt kiszek trafi, kiedy się nażre mięsa po dwóch latach głodowania w lochach!


Gdy koń stał gotowy do jazdy przed Spytkiem,
gdyż nie ma lepszej metody na rozruszanie starych gnatów, jak jogging za koniem.
Z całą pewnością zdrowsze to niż być wleczonym po ziemi za rzeczonym koniem.


Maćków wsadził go na konia, gdyż ten sam nie mógł podnieść nogi na tyle, aby ją w strzemię włożyć.
Mamy więc dość osobliwy obrazek: koń jadący konno (wierzchem), lekko anglezujący w siodle ze strzemionami, a za nim truchtający Spytko z Jurandowa.


- W drodze pojesz! Odezwał się imć Kalesanty.
Ojej, nie będzie popasu?
Z powodu jakiegoś typa zamęczonego niemal na śmierć? Niiii, a po co?
Dwa lata u Krzyżaków wycierpiał, to widać silny chłop, więc i to wytrzyma.


Pilno nam do grodu Mścisława. Dopiero teraz zobaczył, że Spytko ubrany jest w wór, w którym wycięto otwory na głowę i ręce. Nogi miał bose, a twarz porosłą gęstą brodą i wąsami.

- Jaką podłością musieli się kierować zakonni, aby tak człowieka zniszczyć i upodlić - rzekł Kalesanty.
Przynajmniej nie wycięli mu oczu i nie wykapali języka.
I golarza do niego nie dopuścili, zbóje! Wszak rycerz musi się ogolić, inaczej herb swój traci i wszyscy się z niego śmieją. Takie upodlenie!
Taaaa, gawędzą tak już dobrą chwilę, ale dopiero teraz dostrzegł! A może jak popatrzy dłużej, dostrzeże na Spytku biały płaszcz z krzyżem…?
AŁtor się zorientował, że przydałby się znowu jakiś opis. Co z tego, że ciut za późno.


Dobrze, że choć tego nie wiedzą, że swym postępowaniem wzbudzają nienawiść rycerstwa polskiego i wszystkich ludzi. Zembrzuski nakazał wolniej jechać, by Spytko posilił się i pragnienie ugasił. Jechali obok niego, aby dokładnie widzieć, czy sił w nim starcza, by na koniu się utrzymać.
Zembrzuski co chwila sprawdzał stan paska siły i paska zdrowia nad głową Spytka.
A wystarczyło przykempić za jakimś drzewem. Zaraz by odzyskał siły.


Dojechali drogą do skrzyżowania i Spytko odezwał się. - Z tej drogi, wskazał ręką, ja przyszedłem. Nie daleko tam są Krzyżacy. Swój zamek mają.
Ooook. Gdzieś koło Trzyciąża Krzyżacy mają swój zamek, dla niepoznaki czasami zwany klasztorem. Z tego zamku kontrolują okoliczne ziemie, napadają miejscowych, a Jagiełło nic. Co więcej, na zamku muszą utrzymywać wciąż liczną załogę, bo jak pamiętamy, nasi bohaterowie ścierali się po drodze ze sporymi, nawet stuosobowymi oddziałami. Pytanie: skąd biorą ludzi, żywność, uzbrojenie? Teleportują, sprowadzają mostem powietrznym (te sępy!), czy może mają jakiś eksterytorialny korytarz z Prus wprost pod Kraków, na którym nikt nie ma prawa ich zaczepiać?
Nikt tego nie wie i nawet nie próbujmy zrozumieć.
Może ci konkretni Krzyżacy to nie ludzie. Może boCHaterowie rzeczywiście z pająkami walczą. To by wyjaśniało i ich liczebność na tym obszarze, i łatwość, z jaką ich pokonują, i obojętność króla.
Sugerujesz, że na tym obozie wędrownym grzybków pojedli i mają ostre zwidy?
Albo droga do Krakowa prowadzi przez Mroczną Puszczę.


Nikt nie wiedział, że w tej chwili obserwuje ich dwoje oczu. Był to knecht krzyżacki wracający z listem do zamku, w którym Spytko przebywał. A usłyszawszy, że konie z naprzeciwka idą, ukrył się w kupie gałęzi, tylko oczy [na szypułkach] z nich wystawały.
Ślimak?
Nie:
pug-wearing-funny-glasses-620x.jpg


Słyszeć nie słyszał, ale dostrzegł Spytkę. Znał go, bo widział prowadzonego na przesłuchania do komtura.
Mało, że Krzyżacy pod Trzyciążem mają zamek, ale nawet komturii się dorobili!


Dla porządku przypomnę, że Małopolska była strzeżona przez Szlak Orlich Gniazd, czyli łańcuch warownych zamków, stanowiących ówczesny odpowiednik Linii Maginota.
W tym przypadku mamy do czynienia z tajemną krzyżacką Linią Imaginota.
Ha! A może Krzyżacy opanowali właśnie Orle Gniazda i trzymają Jagiełłę w oblężeniu?
Byłoby to jakieś wytłumaczenie. *gryzie z rozpaczy blat biurka*


Tymczasem Krzyżak odjechawszy na bezpieczną odległość gnał nie szczędząc konia. Dojechawszy do zamku zsiadł ze spienionego konia i poprosił o posłuchanie. Zawiadomiono komtura, który akurat drzemki zaznawał.
Gdyż leniuszkiem i śpioszkiem był nad wyraz.
Wrócił niedawno z Ziemi Świętej, gdzie weszła mu w zwyczaj południowa sjesta.


Zły był, że mu przeszkadzają, ale kroki swe skierował do sali, gdzie wprowadzono przybyłego jeźdźca. Jeździec podał list, a komtur - krzyknął. - To po to mnie budziliście! List mógł poczekać! Jeździec odezwał się. - Nie wiem panie, czy puściliście wolno tego Polaka, bom widział go w oddziale zbrojnym. Zdaje się jadącym do grodu Mścisława.
Widziałem go na wolności, ale nie wiem, czy go puściliście. Pure logic.


- To nie możliwe - krzyknął komtur. Prawda, że puściłem go w chwili słabości [wyrywał się, tom i nie utrzymał], ale na pewno o swoich siłach nie mógł dojść dalej, niż do lasu. A tak blisko na pewno nie zapuściliby się Polacy.
Aści aŁtorze, tworzący kocopoły i jakieś przedziwne Komturie Małopolskie! Wróć asan do szkolnych podręczników, bo hadko czytać te brednie.


Kogoś innego widział przypominającego tego psa! Krzyczał. Stary był i siwy, ale wrogość z niego nie ustępowała. - To był on panie. Nie mogłem się pomylić. - To, dlaczego nie zabiłeś tego psa! Krzyczał komtur. - Byłem sam, a ich wielu. Złapaliby mnie, a list wiozłem. I tylko ten list i te słowa uratowały go przed dalszym gniewem komtura. - Natychmiast weźmiesz kilku ludzi i ruszysz. Nie wracaj bez wieści, że ten pies żyje!
Mówiąc po ludzku i bez podwójnego zaprzeczenia - chodzi o to, że jeśli Spytko umrze, to komtur będzie zły.
*drapie się po głowie* Chyba nie o to aŁtorowi chodziło, no ale fakt - logika zdania wskazuje…
Co zdania?


[Komtur wyjawia swój chitreńki plan: wypuścił Spytka umęczonego niemal na śmierć po to, by ten miał świadomość, że jest wolny, a i tak nie przeżyje. Cóż, przeliczył się…]


W chwilę później tętent koni na dziedzińcu zamkowym oznajmił, że ludzie jego, z rozkazem wyjechali. Blady uśmiech zawitał na jego twarzy, ale na krótko, bowiem przypomniała mu się chwila, gdy Spytkę pojmali. Wielu jego zakonnych wtedy padło, gdy nacierali na niego, a wśród nich jeden najmilszy sercu, po którym wielka żałość została. Był to, bowiem wnuk jego, Gustaw.
Wnuk komtura, przypomnijmy, zakonnika. Nie mówię, że to niemożliwe, ale jednak nie powinien tak się tym chwalić.
Przy okazji odnotujmy kolejną dyskretną zrzynkę z “Krzyżaków”: Zygfryd de Löwe też bardzo przeżywał, gdy mu syna usiekli.


Tymczasem Krzyżacy wyjechali na trakt prowadzący w kierunku lasu, ale traktem nie pojechali, tylko gnali na przełaj [przez bagno? no, nie przez urwisko, raczej], aby możliwie najszybciej znaleźć się za oddziałem, w którym jechał Spytko.
Nie trzyjcie oczu. Nie PRZED, ale ZA oddziałem. Zresztą, co się dziwić. Po jednej stronie jar, po drugiej jak zawsze - bagno, a pułapka zastawiona za wojskiem.


W tym czasie Polacy dojechali do źródła, które biło czystą wodą,
A nie jakąś zanieczyszczoną krzyżackim truchłem.
a o którym Zembrzuski wiedział, że tu jest. Woda była czysta, jak kryształ. Spływała ze źródła wyrobionym korytem leniwie w dół pola, w kierunku lasu skąd przybyli.
- W lesie płynie gęstwiną - odezwał się Zembrzuski. - Ale tu mamy jej do syta.
Dużo nam jej nie potrzeba, bo gród niedaleko, ale trzeba chwilę stanąć. Konie niech się napiją. To mówiąc podjechał do Spytki. - Masz waść świeżą wodę, obmyj się nieco i zrzuć ten wór z siebie, bo patrzyć [patrzeć] nie mogę.
Razisz waćpan moje poczucie estetyki!

Dostaniesz inne ubranie. A ty pomóż - odezwał się do Maćkowego. Sam objechał, aby sprawdzić, czy bezpieczny jest ten postój. Spytce zimna woda przyniosła ulgę nieopisaną
Jasssne. Zanurzmy storturowanego człowieka w lodowatej wodzie, a zaraz odzyska siły. AŁtorowi też polecam zimną kąpiel, aby wiedział o czym pisze.
Jaaaaszu, toż stare przysłowie pszczół mówi “Zimna woda zdrowia doda!”


a i jadło, które przedtem spożył dodawało sił. Poczuł się nieco lepiej i gdy zbierali się do drogi, a przebranego już Maćków na konia wsadził, było widać, że będzie żył.
Nowe ubranie daje +10 do żywotności.
A w każdym razie +20 do prezencji, więc jeśli nawet umrze, to przynajmniej w dobrych ciuchach.


Ruszyli. Na przedzie znów Dobrosław, Maćków i chorągiew powiewająca na wietrze. Spytko poczuł się lepiej, tylko oko, na które trochę widział, bolało go bardzo.


[Dobrawa razem z Miłoszą oddziela się od grupy, aby nazbierać ziół, które pomogą na chore oko Spytka.]


Wtem usłyszeli odgłos, jakby ktoś naśladował ptaka.
Obojętnie jakiego. Kukułka, puszczyk, sikorka, wrona, skowronek czy kaczka. Ćwir-ćwir-kra-uchu-kwa-kwa. Jeden tak się zapamiętał, że zaczął wyciągać przecudne słowicze trele.
Słychać też było donośne tupanie, gdy ktoś naśladował strusia.


Miłosza skrył konia w krzakach przy lesie, a i Dobrawa stanęła przy nim, trzymając mocno ziele, które zdążyła zerwać. Głos powtórzył się raz i jeszcze raz.
A teraz, Drodzy Czytelnicy mamy ćwiczenia z wyobraźni: na polanie kilku takich facetów ćwierka, kracze i kuka. Samo dobro, nieprawdaż?


- Czyżby nasi byli blisko? – Spytał Miłosza. - A ci zmawiają się w ten sposób.
Sam tego nie wiesz, niedojdo, gdzie “nasi”?


Okazuje się, że to jednak nie “nasi” a knechci pilnujący koni.


- Są bardzo blisko - powiedział Miłosza, pewny, że i swoi na moment stanęli.
Był pewny, bo cały czas byli w kontakcie przez małe nadajniczki ukryte w kolczugach. Przepraszam, kolczatkach.


Teraz razem konie krzyżackie minęli. I zaraz rozległ się krzyk. Zobaczyli, że knechci pędzą do koni na oślep.
Wrzeszcząc, wymachując rękami i tratując się nawzajem.

Gdyby ktoś martwił się o naszych bohaterów, to bądźcie spokojni - przeżyli. We dwójkę zatrzymali oddział Krzyżaków.
Dajcie popcornu, nadchodzi scena batalistyczna.


Miłosza wziął łuk od Dobrawy, a jej mieczyk podał.
Taki mały, lekki, specjalnie kuty dla damskiej rączki. Mieczyk…
Kwiatka jej wręczył po prostu.


Wypuścił strzałę i pierwszy z krzyżackich knechtów na ziemię runął. Naciągnął ponownie. Knechci zorientowali się, że są w zasadzce. Jęli uciekać w bok, ale gdy pierwszy z nich na ziemię się osunął, a zobaczyli w nim strzałę, stanęli.
Powiedzieli do siebie: “Ooo, strzała! Jesteśmy w pułapce.”


Zrozumieli, że bez koni nie mają szans. Po chwili, z drugiej strony Maćków wyskoczył, a za nim kilku zbrojnych. Czterech Krzyżaków zostało poprowadzonych przed oblicze imć Kalesantego.
Opis bitwy jest równie epicki, co ten z opka o Potterze “Rozpętała się wielka bitwa i Voldemort zginął”
Jak to szło? “Dynamiczna, wciągająca akcja”? No fakt, tak dynamiczna, że zanim się człowiek zorientuje, to już po wszystkim, a wciągająca pewnie dlatego, że po prawej jest bagno.


Ruszyli w milczeniu i dopiero teraz Miłosza z Dobrawą podjechali do Spytki. Miłosza rzekł.


- Mamy mości panie ziele. Przyłożymy ci je do oczu, obwiążemy głowę i konia [też obwiążemy] poprowadzimy, bo będziesz jechał nic nie widząc. Spytko skinął głową. Po przyłożeniu liści i obwiązaniu głowy, jechali obok niego, konia prowadząc,
Czyli jak powiedzieli, tak zrobili.
Można na nich polegać jak na Zawiszy.


Ten pechowo stąpnął, zachwiał się, ale zaraz do równowagi wrócił. Spytko poprawił się w siodle i zaraz poczuł ulgę.
Kaj rzyć, kaj oko?! Jeśli na ból oka pomaga poprawienie się w siodle, to hmmm… jakby to powiedzieć… musiało być bardzo niewygodne.

Poczuł chłód na oku, który zaczął łagodzić ból. Gdy słońce zniżyło się wyraźnie i nie było go widać zza drzew, wyjechali z lasu. Znów zobaczyli kulę czerwoną zachodzącego słońca na horyzoncie. W tej czerwieni zobaczyli gród Mścisława.


Wzdrygnął się Zembrzuski, bo ta czerwień kojarzyła mu się z inną.
rosyjski pl 21(1).jpg
http://atelierwolff.pl/public/images/rosyjski%20pl%2021%281%29.jpg

Otrząsnął się, i do ludzi krzyknął. - Kasztel przed nami! Maćków rusz ostro i powiadom, kto do grodu zmierza, by nie było zaskoczenia!
Aby nas nie ostrzelano!


Maćków konia pognał i w chwil parę przy grodzie się znalazł. Stanął przed fosą, gdyż ona kasztelu broniła i czekał. Naraz głos z góry się odezwał. - Kto, i z czym do nas? - Jest tu imć pan Kalesanty, wraz z rycerstwem swoim. Pod chorągwią idziemy, z herbu Działosza. Z czym, nie pora o tym mówić, wyjawi to sam imć Kalesanty. Krzyknął Zembrzuski i zaraz most został opuszczony na fosę, a brama się rozwarła.
I już wiemy, że Maćków to alter ego Zembrzuskiego.
Bo on tak za Maćkowym/Maćkowem krzyczał, żeby się ten ostatni w zeznaniach nie poplątał. Przynajmniej za bardzo.


Ukazało się w niej kilku zbrojnych, którzy podjechali do Maćkowego. - A to ty? Odezwał się jeden z nich, którego i Maćków poznał. Brał z nim udział w turnieju przed laty, gdy kraj był spokojniejszy. - Wieści pewnie od Mścisława wieziecie. Chyba coś zatrzymało go w drodze i nie wie jeszcze, że syn mu się urodził. Chłop potężny, który już nie długo miecz dźwignie.
Matka zmarła przy porodzie, bo ją rozerwało, a dzieciaka, póki nie nauczy się chodzić, będziem w wózeczku na boje z Krzyżakami wyprawiać.
I w ten właśnie sposób wynaleziono czołg.

Maćków nic nie odpowiedział, odwrócił się i zobaczył swoich, którzy już do fosy dojeżdżali. Zobaczyli kasztel skromny przed sobą. Przed nim pola rozległe i za nim, aż po horyzont, na którym las majaczył.
Ach, te nowoczesne rozwiązania urbanistyczne! - pomyślał Maćków, widząc pola i lasy WEWNĄTRZ otaczającej gródek fosy.


Mamy dowód, że aŁtor nie odróżnia grodu od zamku…


Zatrzymawszy się na chwilę, imć Kalesanty pozdrowił rycerzy i przez fosę wjechali na dziedziniec [czyli na rynek?] grodu. Wokoło stały dzieci i kobiety, które przyglądały się wjeżdżającym. Na schodach prowadzących do zamku [zamek, niby karczma, stał przy rynku? Ciekawe rozwiązanie, w Średniowieczu nieznane] stała sędziwa białogłowa, a obok młodsza, córka Mścisława. Kalesanty nie zsiadając z konia - rzekł.
Rycerskie obyczaje mając w odwłoku. Zejście z konia było wyrazem szacunku dla rozmówcy. Tym bardziej, że miał przekazać wiadomość o śmierci syna.
Za to narrator przypomina mi tego lektora dla niewidomych w “Rozmowach w toku”, który oznajmia np. “Wchodzi blondynka w niebieskiej bluzce”.


- Wieści przywozimy szanowne panie, tylko szkoda, że tak smutne. Ciężko o tym mówić, ale wypowiedzieć je muszę.
Może jednak zejdziesz z konia? Albo niech pachołki cię z siodła zrzucą?


Zobaczył, że kobiety zaczęły płakać, te na schodach, i te również, które im się przyglądały. Nie musiał już kończyć, bo i tak w tym nieludzkim płaczu, słów nie byłoby słychać.
Darły się jak zawodowe płaczki na pogrzebie.

Stali tak dłuższą chwile,
zastanawiając się co dalej począć, bo cała ta sytuacja była bardzo niezręczna
po czym starsza łzy otarłszy, powiedziała. - Jestem matką Mścisława. Zapraszam waści na odpoczynek i wieczerzę. Śmierć z narodzinami zeszła się w parę. - Po tych słowach odwróciła się i nakazała. - Nie wolno nic mówić żonie Mścisława, bo słaba ona jeszcze. Sił musi nabrać.
Miejmy nadzieję, że ma komnatę od drugiej strony i okna na dziedziniec nie wychodzą...


Później, po wieczerzy, najpierw się najadł, skurczybyk opowiedział imć pan Kalesanty wszystko, co zobaczył na polanie, a również podał miejsce, gdzie ich znaleźli. Matka słuchała tej opowieści w milczeniu, ale gdy imć, Kalesanty skończył, spytała. - Czy to Krzyżacy?
Według mnie to kangury, może jakieś inne szujstwo, ale Krzyżacy nie mieli prawa być w tej okolicy.
Jaszu, Ty to wiesz i my to wiemy, ale aŁtor tego widać nie wie...
Repetitio mater studiorum est. Mam w każdym razie taką nadzieję.
W tym opku jest tyle powtórzeń, że powoli mam wrażenie, że raczej stultorum.

[Kalesanty opowiada, jak natknęli się na trupy Mścisława i jego ludzi, oraz jak spotkali Spytka.]

Zobaczył, że Zembrzuski też tu jest i prowadzi rozmowę z kimś, z zamku. Podszedł do nich. Zembrzuski przywitał go, a do tamtego powiedział. - To jest imć pan, a to jest Kalesanty, a to imć pan Dokutowicz, który z zaproszeniem [od kogo?] przybył do Mścisława. - Smutne to. Odrzekł Kalesanty, przywitawszy się z nim. W chwilę później gwarno było w salonie,
Powtórz… W CZYM???
Tak. W takiej scenerii:
z15521695V,Rezydencja-Wiktora-Pszonki.jpg


Proponuję od razu w saloonie.
To by tłumaczyło trochę ich obyczaje. No, i Apaczów.


bo przy stołach inni zasiedli i rozmawiali. Później przyszły kobiety, matka z córką, aby w posiłku towarzyszyć. Przed jedzeniem imć pan Kalesanty podniósł się, a za nim wszyscy wstali i tak w milczeniu stojąc, żegnali się z Mścisławem i poległymi ludźmi jego.
Japierdziu, uczcili go minutą ciszy…!
Mało tego! Zdaje się, że strzelili akademię ku czci:


Po czym imć pan Kalesanty powiedział. - Gościmy w twoim domu i bardzo żałujemy, że nie jesteś wśród nas. Może przyjdzie ten dzień, że ciebie szczególnie pomścimy, Mścisławie. To powiedziawszy usiadł, a wszyscy za nim usiedli.


Po jedzeniu, gdy sala była uprzątnięta, wprowadzono na rozkaz imć Kalesantego, pierwszego z knechtów, Płewe.


- Powiedział, że tak go zwą? Zembrzuski spytał. Mów, z czyjego rozkazu jechaliście zabić tego schorowanego człowieka? Wskazał na Spytkę, który przy głównym stole siedział.


- Mów - odezwał się do niego Zembrzuski. - Mów wszystko a odjedziesz wolnym. Nie spodziewał się, że otrzyma odpowiedź i to taką, która rozwiąże wiele zagadek. - Mieliśmy rozkaz od komtura, by tego oto człowieka zabić.
Aaaaa, rozkaz od komtura, wszystko jasne!
Matka jest tylko jedna, komtur też. Tylko męski.


Znaliśmy go, bo dość długo u nas przebywał. Był on u nas w lochach. Wczoraj o świcie komtur wypuścił go na wolność, a już po południu wydał ten rozkaz.
Bo oczywiście jeńca nie można było bez rozgłosu załatwić w kiblu (© W.W. Putin). Tym Krzyżakom musiało się strasznie nudzić, a komtur dokładał wszelkich starań, żeby zorganizować im rozrywki.
Albo też komtur zmiennym jest jak panna na wydaniu.


Widziałeś Zygfryda na zamku?
- Widziałem panie, moc rannych sprowadził. - Co, wiesz jeszcze? - Za kilka dni, gdy wydobrzeją, komtur wesprze ich swoimi [rannymi] i mają udać się do Malborka. Wieści jakoweś zawieść mają, ale to wszystko, co wiem.
Sporo wie, jak na ciurę, pachołka od koni…
I to takiego, co tylko na chwilę wpadł na zamek, jeśli dobrze zrozumiałem intrygę.


- Rozwiązać mu ręce - powiedział Zembrzuski. A, gdy już rozkaz wykonano, rzekł. - Puścimy was wolno, tak jak powiedziałem.


Tamtych dwóch nie. Komturowi powiecie, że rozkaz wykonaliście i Spytko nie żyje. Waszych knechtów pojmaliśmy, a wy zdołaliście zbiec.
Zara, moment, zdawało mi się, że przesłuchują właśnie knechtów, a nie braci zakonnych?


- Co zrobimy z tymi dwoma? - Spytał Maćków. - Pojadą z nami do Trzyciąża, a tam ze Zbysławem pomyślimy. Teraz dopiero odezwała się matka Mścisława. - Słyszałeś waść, że ci, którzy zabili mego syna jadą do Malborka? Chwila wyśmienita, aby im odpłacić i nie dopuścić, by do Malborka dojechali.
Ona też miała na imię Mścisława. Podziwiam szlachetne intencje, ale to, co ta białogłowa szykuje, to casus belli.


Muszą to być ważne wieści, skoro tak długą drogę zamierzają dla nich przebyć.
Bo ta komturia, co jest tutaj za miedzą, nie wystarczy.


Proszę waści o pomoc, aby nasza siła była większa. Do walki tej, nawet chłopów zwołam.
Upał jest, znaczy - lato w pełni, żniwa za pasem. Czniać tam chłopskie poletka, ale kto obrobi dworski majątek? Same baby?!


Oni też pomogą.
Średniowieczne chłopstwo było wyjątkowo zajadłe i żądne krwi, ale tylko wtedy, gdy napadali na dwór swego pana. Na wszelkie inne wojenki lali ciepłym moczem.
Wiesz, w takiej sytuacji, jaką nam aŁtor przedstawił, to jestem w stanie wyobrazić sobie nawet i powstanie chłopskie - w końcu mamy tu obcego najeźdźcę, który gnębi, łupi, morduje, pali miasta i wioski itp. Ot, takie powstanie na Żmudzi, tylko przeniesione na teren Korony. Szkoda tylko, że z prawdą historyczną to nie ma nic wspólnego...

Na to imć Kalesanty, odrzekł. - Do domu czas, ale odmówić nie możemy, bo to i nasz wspólny wróg. Wyślę tedy ludzi do zamku komtura, co by Zygfryda na oczach mieli.
Ciekawe, do którego? W XIV w. wymienia się następujące komturie na terenie prusko - pomorskim: w Elblągu, Królewcu, Chełmnie, Toruniu, Nieszawie, Radzyniu, Grudziądzu, Pokrzywnie, Kowalewie, Bierzgłowie, Popowie, Golubie, Brodnicy, Malborku, Brandenburgii, Gniewie, Świeciu, Gdańsku, Człuchowie, Tucholi, Ostródzie, Bałdze, w Pruskim Holądzie, Rynie, Ragnecie, Kłapejdzie oraz Dzierzgoniu.  [http://www.wmalborku.republika.pl/krzyzacy_wladze.html]
Może to taki komtur in partibus infidelium.

I poznajmy teraz chytrość krzyżacką:
Dwaj knechci, którzy zostali z jego rozkazu w kasztelu, wykorzystali moment sposobny do ucieczki.
Przy czym nie mamy ani słowa o tym “momencie sposobnym”, ani w jakich warunkach przebywają dwaj jeńcy. W każdym razie nie jest to więzienie.


Jeden z nich sobie znanym sposobem zdjął sznur z rąk i zaatakował strażnika. Ten nie spodziewając się tego, dał się pięścią powalić.
Ta dynamiczna akcja… Normalnie “potraktował go pięścią, aż zemdlał”.


Po chwili też drugi knecht miał ręce wolne. I dopiero teraz, gdy mieli ręce wolne przyszła myśl, co będzie, gdy ich złapią.
Uwolnili ręce tylko po to, aby się nimi złapać za głowę z przerażenia.


Wiedzieli, że muszą ujść z kasztelu, lecz aby to uczynić potrzebowali innego ubioru.
I sforsowania zalesionej fosy, ale to detal.


Zdjęli ubiór z tego, który ich pilnował, a który na jednego z nich doskonale pasował, po czym związali mu ręce, a usta zakneblowali.
Szkoda, że nie odwrotnie.


Tak go zostawiając, ruszyli na schody.
Jeden w stroju strażnika, a drugi goły?
Jak studenci w “Lalce”: jeden bez koszuli, ale w majtkach, a drugi bez majtek, lecz za to w koszuli.


Weszli do góry i rozejrzeli się.
Jak w amerykańskim horrorze - gdy coś bohatera goni, zawsze ucieka na strych.


Górny korytarz był pusty. Czas ich naglił, lecz nie chcieli ryzykować, to też powoli przemknęli korytarzem do drzwi, które zobaczyli.
BINGO! Jest korytarz, są drzwi...


Te drzwi prowadziły na dziedziniec.
Ojej, jakie zdziwko! Biegną w górę i WTEM! znajdują się na dziedzińcu.
Widocznie jednak byli w lochach.
To były bardzo wygodne lochy, zbudowane z całym poszanowaniem dla godności ludzkiej. Żadnych krat, dębowych drzwi, zamków, kłódek. Nic, co mogłoby wywołać traumę i jakikolwiek dyskomfort u uwięzionych.


Szczęście było przy nich, ale nie wiedzieli teraz, że wkrótce się od nich odwróci. Zembrzuski nakazał zmianę wartownika i Maćków wziąwszy jednego ze swoich zszedł na dół. Zobaczył leżącego, który już przytomność odzyskał, alarm wszczynając. Rozbiegli się wszyscy za uciekającymi, a po kilku chwilach byli już złapani.
Czy mogę prostym, analizatorskim słowem rzec - nie ogarniam?
No, tych rozbiegniętych ktoś połapał i zagonił z powrotem, jak kury do kojca.


[Rankiem drużyna wyrusza dalej.]


Wstał świt i przyszła pora wyjazdu. Pożegnali się i ruszyli przez bramę fosą.
Z tego wynika, że fosa biegła przez bramę.
Bezdennie Głupi Johnson przyjmował zlecenia ze wszystkich czasów i światów.


Tylko stukot kopyt końskich obwieszczał, jak liczny i silny oddział wyrusza. - Lasem pojedziemy - odezwał się Zembrzuski. Zaraz skręcili w kierunku, gdzie było najbliżej do niego. Jechali wolno, bo mieli jeńców, a i Spytko jechał z nimi, gdyż za żadną namową nie chciał w grodzie zostać. Czuł się znacznie lepiej, ale i tak, z trudem na konia wsiadał. Wolno jadąc dotarli do lasu.


Mając ludzi przy zamku zakonnym (?), nie obawiali się niczego, boć to ludzie miejscowi, znający tutaj każdy kąt.
Bo rozumicie, póki imć Kalesanty nie dał rozkazu, by szpiegować Krzyżaków, nikomu to nie przyszło do głowy.


A oni zaszyli się w lesie w dobrej widoczności i cały zamek krzyżacki na oczach mieli.
A o tym zamku nie wiedział wcześniej nikt, ani rycerstwo polskie, ani król.
Może to był taki dmuchany zamek, jak w wesołym miasteczku dla dzieci?
A może to był wędrowny zamek Hauru; wtedy rzeczywiście - dzisiaj tu, jutro tam...


Tymczasem Zembrzuski, gdy już do lasu wjechali, rzekł do Maćkowego. - Nie daleko jest wodopój i z dobrych źródeł tu woda płynie. Może zasadzimy się na zwierza?
Gdyż mości panowie na sawannie jesteśmy, a tu zwierzynę tylko u wodopoju dopaść można.


Wywiedziałem się, że Krzyżacy aż tu się zapuszczają i trzebią zwierzynę.
W związku z tym my se też potrzebimy, a co!


Pojechałbym na zwiad i zobaczył, bo pod zakon nie mamy się, co spieszyć. Tamci może za kilka dni ruszą, a mięso suszone na późniejsze potrzeby, ostać może. Teraz ognie można jeszcze rozpalić. - Dobrą radę dajesz. Wtrącił imć Kalesanty. - Niech Maćków jedzie, bo i ja z chęcią świeżego mięsa bym pojadł.
Bo w kasztelu… nic nie chciałem mówić, bo to niegrzecznie, ale jakimś podśmiardłym nas częstowano - rzekł i rzygnął dyskretnie.
I nadmiernie nafaszerowanym przecinkami.


A i zakonni będą go mniej mieć. Zaśmiał się. Maćków ruszył galopem na przez las. Drugiego konia za cugle trzymał.
Tak… Galopem przez las na polowanie. Sam dla siebie był nagonką, łowczym i myśliwym.
I zwierzyną.

Jednak niezadługo tak pędził, bo według tego, co się dowiedział, od wiewiórek? wodopój powinien być blisko. Zdjął łuk z pleców, konia przywiązał i ruszył.
Wiedział, że odległość znaczna, ale wierzył w swoje siły. Wyjął z kołczanu dwie strzały. Jedną nałożył na cięciwę, a drugą położył na gałęzi choiny, obok której stał.
Łatwiej byłoby chyba wbić ją w ziemię albo chociaż przesunąć kołczan bardziej do przodu, ale widocznie Maćków nie lubił łatwych rozwiązań.


Podniósł łuk do góry i przymierzył. Po chwili wypuścił strzałę, a gdy ta doszła celu, stado rozpierzchło się, tylko jedna na miejscu pozostała.
Strzała była niezmiernie zdziwiona tym wszystkim.


Wziął strzałę i nałożył ponownie. Nie chciał ubijać starego jelenia, więc wybrał łanie, która zbliżała się po skosie do niego. I tym razem strzała doszła celu. Sarna przekoziołkowała pędem i zległa na murawie.
Co za pudlarz, strzelał do łani, a trafił sarnę.
Cudem krowy nie ustrzelił.
Albo kangura.


Później po stadzie nie było już śladu, chyba, że kopyt, bo tych pełno było przy strumieniu.
Maćków na oczy słabował, to i stado koni wziął za jelenie, a śladów kopyt nie odróżnił od racic.


Z wolna ruszył po konie, które przyprowadził na polanę. Po chwili obie sarny leżały obok siebie. Przygotował je do drogi, zarzucając na luźnego konia. Po czym wskoczył na drugiego i z wolna ruszył, w kierunku swoich. Dojechawszy do nich, powiedział. - Teraz możemy świeżego mięsa pojeść, mości komendancie. Świeże ono, że aż pachnie.
Świeża krew, jeszcze ciepła, mmmm, a wątroba jeszcze paruje, mlask!


Skusiło to imć, Kalesantego,
Ok, ja rozumiem, skąd maniackie stawianie przecinków przed “więc”, “co”, “gdzie” - jak się człowiek obkuje na blachę regułek, a nie zrozumie zasad, to tak wychodzi. Ale dlaczego, na litość bora, aŁtor uparcie stawia przecinek po “imć”???
Odpowiedź zna tylko wiatr...
który postój dłuższy nakazał, bo jeszcze odległość od siedziby zakonu była taka, że śmiało mogli ogniska palić.
Nie dziwię się. Do najbliższej siedziby Krzyżaków były setki mil.


A wiatr też sprzyjał, bo dął ponad drzewami w kierunku przeciwnym do drogi, którą jechali. Sarny były szybko przygotowane do pieczenia. I ogień wkrótce zapłonął. Zaraz po tym przybył człowiek Mścisława z wieścią o knechcie, który z zamku wyjechał. - Żeby on tylko dymu nie zobaczył. Po co mają Krzyżacy wiedzieć, że ktoś się zbliża do nich. Dalej piekli, a gdy mięso było już upieczone, uczta była przednia.

Gdy skończyli jadło, imć Kalesanty, rzekł. - Spieszyć się nie mamy, co.
Bo co? Polszczyzna Kalesantego jest dość dziwaczna.


Po takim jedzeniu poleżeć trzeba koniecznie.
Pół godzinki dla słoninki!
[Rany, nie mogę, oni mnie rozwalają - niby jadą przez kraj pełen obcego wojska, gdzie zasadzki i niebezpieczeństwa co krok, a tu to w rzeczce się kąpią, to drzemkę poobiednią odprawiają…]
A w sumie kręcą się w kółko po Małopolsce.

Ale niezadługo ruszyli, bo woleli w zasadzce czekać na krzyżackich rycerzy.
Pewnie zasadzkę zgotowali na trakcie między jarem a bagnem.


Ten krewki, bo tak było po nim widać, zaraz pojechał do swoich, aby do oddziału dołączyli, bo droga do Malborka w inną stronę biegła, niż oni byli ukryci. A oddział przemieszczał się w kierunku traktu biegnącego w stronę Malborka.
Ke?
Mówiłam, to ten eksterytorialny korytarz.
“Ke?” to bardzo adekwatny komentarz do całego powyższego fragmentu.


Przed wieczorem byli już w obozie i znów Zembrzuski wysłał zwiad. Tym razem swoich na skraj lasu, co by bacznie czuwali, aby nikt z zamku niepostrzeżenie nie wyjechał. Ruszyli, a Zembrzuski, powiedział. - Jutro trakt do Malborka obstawimy i będziemy czekać. Może wreszcie uda się pojmać Zygfryda. Odjedziemy traktem na tyle, aby pomocy nie mogli się spodziewać z zakonu. I aby szczęku oręża nie było słychać w zamku. Kalesanty dodał. - Pojedziemy lasem, co by śladów nie zostawić. Musimy tego łotra złapać, choćbym miał nie wiem ile drogi nadłożyć. I do króla go zawieść, aby go osądził, no chyba, że w boju polegnie.
Czekajcie, czy mnie się dobrze zdaje, że Kalesanty ma zamiar wkroczyć na teren Państwa Zakonnego, porwać Zygfryda, wywieźć i postawić przed królem polskim, żeby ten go osądził? Kim jemu się wydaje, że jest, średniowiecznym Szymonem Wiesenthalem?
Nie martw się. Oni tydzień jechali z Trzyciąża do Krakowa, więc zanim dojadą do Malborka, to Państwo Krzyżackie upadnie, a Albrecht Hohenzollern złoży hołd pruski.

[Nasi boChaterowie ganiają po lasach za Zygfrydem, ale nie udaje im się go ująć, w związku z czym Kalesanty rezygnuje i wraca na Wołyń. Opuszczamy ten fragment, bo nie ma w nim nic, czego nie skomentowaliśmy już wcześniej, a czyta się go wyjątkowo ciężko.]

Z rodzimego trójkąta bermudzkiego Kraków - Trzyciąż - Gródek Bezimienny pozdrawiają: Jasza w salonie, Babatunde siodłający kangura, Purpurat bawiący się kołem od karety, Kura zakuwająca rycerzy w fartuchy i Sineira, którą bagno wciągło i bulgło,

a Maskotek, siedząc na szczycie namydlonego słupa, obżera się kiełbasą.

24 komentarze:

Anonimowy pisze...

"Chciałbym abyście szczerze mówili, co waszmościom na sercu leży. Może wspólnie Rzeczypospolitą naprawimy?"

Jaka, kurnać, Rzeczpospolita?! Przecież to było jeszcze Królestwo Polskie. Rzeczpospolita to najwcześniej od 1454r, czyli statutów nieszawskich, które dopiero stanowiły podwaliny demokracji szlacheckiej. Wiem, że kiedyś tam wcześniej w dokumencie bodaj do Kazimierza Wielkiego ta nazwa się pojawiła, ale to nie jest podstawa, żeby sądzić, że za Jagiełły była w powszechnym użyciu. I to Jagiełły, któremu idee rządów szlachty nie były najbliższe.
Przedawkowanie sienkiewiczowskiej trylogii i tyle.

Freya

Anonimowy pisze...

Bardzo podoba mi się scena polowania na sarny/łanie.
"Po chwili wypuścił strzałę, a gdy ta doszła celu, stado rozpierzchło się, tylko jedna na miejscu pozostała".
Musi głucha ta łania, ślepa i bez czucia.
"Nie chciał ubijać starego jelenia, więc wybrał łanie, która zbliżała się po skosie do niego."
A podobno zostało tylko jedno zwierzę. Nawiasem mówiąc, gdyby łania nie zmieniła się w sarnę, ktoś tu miałby przekichane: na jelenie w średniowiecznej Polsce można było polować tylko po uzyskaniu specjalnego pozwolenia od króla, i to nawet na własnych ziemiach!
"Sarna przekoziołkowała pędem i zległa na murawie."
Naprawdę nie lubię bohaterów, którzy strzelają do saren w zaawansowanej ciąży i to tak nieudolnie, że postrzelona sarna zamiast szybko umrzeć, daje jeszcze radę urodzić młode, którego nawet nie może wykarmić, bo zostaje zaraz upieczona! Powiedzcie, że Maćków ginie na końcu, chytrze ustrzelony przez Krzyżaka!

DocHunter pisze...

Chciałbym nieśmiało zauważyć, że wtedy w zasadzie w Polsce byli jeszcze panosze, i było sporo wolnych kmieci, nie tylko na królewszczyznach, więc w teorii różni NPCe mogliby czasem postawić się rycerzowi (zwłaszcza jakiemuś ruskiemu bojarowi z Wołynia), mimo, że nie byli szlachtą.

Wątpię jednak, czy autor o tym wiedział.

KlaŁn Szyderca pisze...

Stary Prohazka mnie rozwalił, a potem było już tylko lepiej. Tego mi było trza w ten ponury dzień.

ja, Kosmeonautka pisze...

Matko jedyna, jakim koszmarem jest ten wytwór. Nie przestaje mnie to zadziwiać.

Jakoś w poprzedniej części udało mi się strząsnąć z siebie to wrażenie, ale teraz po prostu nie mogłam pozbyć się wizji tej kompanii jako stada hobbitów, które więcej czasu spędzają na popasie niż faktycznym podróżowaniu.

Anonimowy pisze...

Pół dnia się męczę z tą analizą, od czterech godzin już ją czytam. Już mniejsza z tymi historycznymi nieścisłościami, ale jakie to jest nudne! Bohaterowie od dwóch rozdziałów jadą, popasają, jadą, popasają, jadą… zzz (przysnęła z nudów).

Opisy walk są tak dynamiczne jak pacjenci idący do wychodka na oddziale geriatrycznym.

Ag

Mela Bruxa pisze...

"A wskazał go, gdyż Kalesanty wyróżniał się nietypowym strojem i za pasem zatkniętą miał jakąś machinerię dziwaczną, której król chciał się bliżej przyjrzeć. Cóż to mogło być?"
Ja myślę, że on po prostu cieszył się na króla widok.

Korodzik pisze...

A, więc jednak Zygfryd i Gotfryd to dwie różne osoby. Co nie zmienia faktu, że pokałapućkali się Ałtorowi/wydawcy w słowie wstępnym.

baba_potwór pisze...

Przestałam ogarniać kuwetę. Zarejestrowałam tyle, że te łajzy co chwila robią sobie przerwę jak robotnicy drogowi. I obowiązkowo w lesie albo na polu, bo instytucja gospody czy zajazdu na ziemie polskie nie dotarła. Pisanie takich bredni powinno być karane publiczną chłostą.

Anonimowy pisze...

Tak bardzo nudnego i pozbawionego sensu materiału (jednocześnie udającego coś więcej) dawno na oczy nie widziałam, tym bardziej doceniam Waszą pracę. Ile nerwów straciłam nad tym tfforem - i to z Waszymi komentarzami - to tylko jeden Bóg wie. Cały czas mam cichą nadzieję, że to jakiś skrzętnie zaplanowany, boleśnie wredny żart ze strony aŁtora, bo nie mieści mi się w głowie, że ludzie mogą takie rzeczy płodzić na poważnie. Niewiarygodne, po prostu niewiarygodne.

A Zembrzuski jako dowódca rzeczywistości mnie Ómar. Uważam, że wraz z tym tytułem (koniecznie! z tym tytułem) mógłby spokojnie zyskać miano odkrycia na miarę Kolonasa Waazona.

Carly

Anonimowy pisze...

Baardzo długie,ale baaardzo fajne!
Nie mamy pańskiego jeńca i co pan nam zrobi?
Najgorzej to się z fejsa nie wylogować.
Salon,sępy - to bardzo tfórcze jest.
Tego,kto to wydał należałoby za końmi włóczyć i żeby mu sepy wątrobę wyżerały.
Wam to nie szkodzi tak czytać w dużej ilości?Biedacy moi.

Chomik

Anonimowy pisze...

Rozważaliście może analizę "Demona Żądzy" Dominiki Szałomskiej? Nie jestem pewna, czy oficjalna premiera już była, a jak nie, to w tym miesiącu będzie z tego co wyczytałam.
Autorce brakuje czasami najbardziej podstawowych podstaw, ale wzięła się i uparła, że wyda książkę. No i wydała... Dodam, że w Novae Res, jeśli coś Wam to mówi. Przy okazji każdy ze swoich 3 blogów z grafomańskimi opkami uparcie nazywa "książkami".
Nie wiadomo czy lepiej się śmiać, czy może płakać, kiedy się widzi, jakie ona ma wysokie mniemanie o swoich umiejętnościach.

Anonimowy pisze...

dla Krzyżaków to nie był Malbork, tylko Marienburg... kompletny brak researchu autora.

Barty "Młodsza" pisze...

Jeżeli to coś podoba się Polonii Amerykańskiej, to czarno to widzę. A właściwie to nic nie widzę. Mósk, fzrog i zuóh przestały działać.
Zbyt wiele z historii nie pamiętam, ale na Merlina, czy przed napisaniem czegokolwiek nie powinno się sprawdzić ówczesnych realiów, aby zachować ... śladowe prawdopodobieństwo? Czy lepiej liczyć na zachwyt spragnionych "serc pokrzepienia"? /wali głową w stolik/
I, do stu Innych za Murem, nie cukrzyć Kazimierza z Władysławem!!!
Gratulacje i jeszcze raz gratulacje za cierpliwość i hart ducha.

Anonimowy pisze...

Kaj rzyć, kaj oko?!

"Radzieccy neurolodzy odkryli nerw łączący oko bezpośrednio z dupą.
Kiedy ukłuli pacjenta igłą w dupę, w jego oku pojawiła się łza.
Kiedy wbili igłę w oko, pacjent się zesrał."
Autor to wiedział.

Anonimowy pisze...

Boru, jakie to jest złe... Podziwiam Was za wytrwałość, bo zasnęłam z nudów po pierwszych akapitach. Jak można napisać coś tak beznadziejnego, bez sprawdzonych realiów i jeszcze mieć tyle pozytywnych opinii Polonii Amerykańskiej?!
Micha

atha pisze...

Dawnom się tak nie uśmiała... Ale muszę sobie dawkować tę analizę, bo już mi się na składnię rzuca :D

AŁtor powinien zostać solidnie wybatożony pod pierwszym lepszym pręgierzem za taki twór. Jak historii ze szczegółami nie znam, tak czytając to coś raz po raz przeżywałam tak zwane łotdefaki. Czytał to ktoś w ogóle przed wydaniem?!
"Powieść nominowana do książki roku 2010 w dziale Literatura piękna." http://lubimyczytac.pl/ksiazka/121779/burzliwe-lata-tom-i CO?!

Anonimowy pisze...

Trzy dni czytałam, bo tak to było złe. Analiza piękna.

S.H

Anonimowy pisze...

A mnie rozłożyło na łopatki jeszcze coś innego. Drogi Spytko, bez gaci, z gołymi nogami, dupą gołą, z gołym pindolem siedzi na koniu. I jedzie.
Brzmi to jak jakaś tortura. Nogi obdarte do krwi, o wyższych partiach jestestwa nie wspominając.
No, chyba, że na oklep jechał, ale tak czy siak, nie dziwię się, że wybrał galopek za koniem ;)

reiter

Anonimowy pisze...

Czołem.

Jestem dość zdezorientowany - nigdy wcześniej nie miałem tego problemu, ale czy ktoś może dać link do źródła tego opowiadania (jeśli takowe jeszcze istnieje gdzieś w Internetach) i do części pierwszej pastwienia się nad nim? Nigdzie nie widzę go w archiwum.

Anonimowy pisze...

Anonimowy z 16 września 2014 13:06, a nie wystarczy kliknąć pod postem na odnośnik "Starsze posty", który przeniesie Cię do poprzedniej analizy? A poza tym, ksioopko pochodzi z wydaje.pl, więc żeby je poczytać, trzeba zapłacić.

Anonimowy pisze...

Drodzy Analizatorzy,
teoretycznie jako historyk powinienem znęcać się nad brakiem researchu ile wlezie, ale... mam wrażenie, że to by było jak kopanie przedszkolaka.
Chciałem skomentować inną rzecz. Ałtor powołuje się ponoć na Sienkiewicza jako na wzór. O Sienkiewiczu można mieć różne opinie ("pierwszorzędny pisarz drugorzędny..." etc.), ale miał on świetnie opanowany warsztat i był szczególnie dobry w budowaniu postaci. Zwłaszcza "Trylogia" aż się kłębi od wyrazistych, zapadających w pamięć bohaterów na wszystkich planach.
I widać od razu, że pisak nie nauczył się tego od rzekomo admirowanego Sienkiewicza ani za grosz. Ci wszyscy Zembrzuscy, Maćkowi, Kalesonowie są tak płascy, że mogliby być wycięci z tektury. Któryś z analizatorów świetnie napisał, że oni są nieodróżnialni od siebie nawzajem i od lasu.
I mnie ta totalna nieprzemakalność pisaka na dobry przykład właśnie szokuje najbardziej.

Pozdrawiam,
Caedmon

Anonimowy pisze...

Czytałam to na raty, każdego dnia fragmencik, coby już totalnie nie zlasować sobie mózgu. Nudne to straszliwie, a brak obeznania AŁtora w historii boli tak bardzo. Wyrazy podziwu dla analizatorów, że przebrneli przez to coś.

Alice

Anonimowy pisze...

O jeżu i borze, ludzie, ale Wy macie zdrowie żeby to czytać! Dawno mnie tu nie było i to błąd. Spłakałam się dziś rzewnymi łzami radości. Całuję szanownych Analizatorów!