czwartek, 7 lutego 2013

210. Anglicy w Warszawie, czyli Krótka instrukcja, jak nie pisać o okupacji

Wstęp pierwszy, wstępny ;)

Drodzy Czytelnicy!
Analiza, którą dziś Wam przedstawiamy, została nadesłana na konkurs ogłoszony jakiś czas temu na forum. Jako jedyna, a więc, siłą rzeczy, wygrała. 
Pogratulujmy więc Broz-Tito i Deneve, pierwszym odważnym!



Ponieważ jednak po przeczytaniu stwierdziliśmy, że na kościach tego opka zostało jeszcze sporo mięsa do obgryzienia, za zgodą Autorek analizy, postanowiliśmy dołączyć i też dopisać własne uwagi.
Są takie opka, które w duszach analizatorów czynią wielki zamęt, a w mózgach - większy bałagan, niż inne. Do nich należą tFory historyczne, których akcja dzieje się nie w baśniowo-fantastycznym średniowieczu, ale w doskonale zbadanej i opisanej rzeczywistości, jak choćby w czasach II wojny światowej. Było tu takie jedno, dziejące się w  okupowanym Krakowie (analizy nr 133 i 134) z Kaulitzami w rolach głównych.
Dziś przenosimy się do Warszawy z lat 1939 - 1940.

Indżojcie zatem podwójnie!

Wstęp drugi, właściwy:

Meine Damen und Herren, przedstawiamy wam dziś z dumą opko wyjątkowo rzadkiej urody, a w nim:  kamienice z betonowych bloków, podstępny gruz, nielegalnych imigrantów z Anglii, Hemingwaya warszawskiego, TARDIS i Damę z Pięćdziesiątką. Po drodze zdarzy się klasyczna traŁma, tróloff i Gwałtu Próba. Odpowiemy także na pytanie, dlaczego imię Hans jest zbyt mainstreamowe.


Analizują:
Broz-Tito i Deneve
dopisują się: Kura i Jasza.

Wstęp
Zima 1939r. rodzina Hemingway'ów przeprowadza się prosto z Londynu do Warszawy.
Po czym natychmiast zostają aresztowani jako obywatele wrogiego państwa i prawdopodobnie szpiedzy, koniec opka.
Prosto z Londynu do Warszawy? Chyba przez jakiś magiczny portal.
Nieno, LOT-em, prosto na Okęcie, a co ;)

Kto inny mógłby zamienić pałające życiem, rozwijające się miasto, na szarą okolicę, próbującej odzyskać jeszcze sił po wojnie Warszawy, jak nie oni.
Aha, w zimie 1939 było już po wojnie. Führerowi Blitzkrieg się udał, nie ma co!
Odpowiadając na retoryczne pytanie - tylko skończeni idioci. I nie dlatego, że “szara okolica” była dla nich największym problemem.

Henry Hemingway kierował się całkiem innymi zasadami, niż większość społeczeństwa. Dla niego rodzina była ważniejsza, niż pozycja społeczna, czy zdanie innych. Więc nie miał skrupułów przed przeprowadzką, gdy okazało się, że matka jego kochanej żony - Anny została wdową.
Ty głu
Ty id
Nic nie napiszę...

Oczywiste było, że muszą całą rodziną wesprzeć starszą kobietę, która bardzo źle znosiła utarte marchewki wieloletniego partnera.
Droga Ałtoreczko. Ja wiem, że to trudne, ale pomyśl. Jeśli Henry ma teściową w okupowanym kraju, to czy bardziej sensowne będzie próbować zabrać ją stamtąd, wykorzystując wszelkie dostępne możliwości i kontakty - czy samemu pchać się tam jak idiota, w dodatku z żoną i córką?!

Jednak wykonując ten szlachetny oraz całkowicie bezsensowny, a wręcz samobójczy gest, wyciągając pomocną dłoń nie wiedział, co czeka go za kilka miesięcy i jak te wydarzenia zmienią całe jego życie, a już szczególnie wpłyną na jego córkę - Mary.
Sierotka niewinna, nie wiedział, jak wyglądają działania wojenne i jaki wpływ mogą mieć na cywilnych mieszkańców, no myślałby kto! A zdawałoby się, że dorosły facet (w dodatku wojskowy), powinien jeszcze pamiętać I wojnę światową...

Na szczęście wstęp sobie, a akcja pierwszego odcinka sobie.

Rozdział 1:
Opowiem wam pewną historię, która wydarzyła się naprawdę.
W tym zdaniu jest tyle prawdy, co w całym opku. Czytelnicy, bardzo Was proszę - odwieście na hak całą Waszą wiedzę o drugiej wojnie światowej.
A Ty, droga aŁtorko, postaraj się zgrać wstęp z resztą treści.

Możecie w nią wierzyć lub nie, ale zatrzymajcie się na chwilę, by ją przeczytać. Nie będzie ona długa, nie zabierze dużo czasu z waszego życia, a może sprawi, że na moment zatrzymacie się i podziękujecie za życie i czasy, w których żyjecie.
Przeczytaliśmy. Zabrało nam to wiele czasu, bo od tak niewiarygodnych kocopołów musieliśmy co i rusz odpoczywać, aby nabrać sił.

Bo mimo ciągłych kryzysów, korupcji, oszustw, przestępstw, które wychodzą na światło dzienne każdego dnia, ta dzisiejsza rzeczywistość jest stokroć razy lepsza od tej, którą wam przedstawię.
Jak się dowiemy później - rzeczywistość przedstawiona w zasadzie nie zaistniała. Ale brzmi dobrze.
To takie Alternative Universe dla ubogich.

25 września 1939r. Warszawa

Obrazek zza okna nie był zachęcający. Nadchodziła ponura, smutna jesień.
Oraz nie mniej ponurzy, szarzy Niemcy w feldgrau.

W tym roku drzewa masowo traciły liście szybciej niż kiedykolwiek indziej, a te plątały się pod nogami.  
Od tygodnia trwał ostrzał artyleryjski i bombardowanie Warszawy. 25 września Niemcy urządzili jedenastogodzinny nalot dywanowy. Mam wrażenie, że wtedy nie tylko liście spadały na ziemię...

Słońce próbowało przebić się przez gęste chmury, jakby chciało choć na chwilę wywołać
uśmiech na twarzy Mary.
Słońce orbituje wokół naszej Mary Sue, piękne.

Jednak jego starania szły na marne, tak samo, jak działania dzielnych żołnierzy, próbujących bronić Warszawę.
Oni też nie byli w stanie wywołać uśmiechu na twarzy Mary? Co za smuteczek.

Na samą myśl (o żołnierzach broniących Warszawy, a nie, bo o nadchodzącej jesieni) dziewiętnastoletnia dziewczyna odwróciła się i skierowała wzrok na swoją babcie (a co ma piernik do wiatraka, ja się pytam- babcia-żołnierz, a co, nie można?). Starsza kobieta, jak zawsze o tej porze odmawiała różaniec, którzy trzymała mocny w swoich małych dłoniach, jakby bała się, że ktoś może jej go ukraść. Mary nie wiele rozumiała z tego co słyszała, jednak nie musiała znać obcego dla niej języka, by wiedzieć, że Aniela modli się o pokój.
Jak rozumiem, Mary to Angielka, nieznająca polskiego ni w ząb.
Dokładnie. Oraz co ona robi w Warszawie we wrześniu 1939, skoro we wstępie mieliśmy informację, że rodzina przyjechała do Polski dopiero w zimie? (TARDIS, odsłona pierwsza)

Młoda dziewczyna jedynie zbliżyła się do niej i ucałowała jej pomarszczone czoło, po czym opuściła salon. W korytarzu czekała już na nią jej matka, z której twarzy można było jedynie odczytać zaniepokojenie.
Mamusia też jest Angielką? Ten chłodny dystans by na to wskazywał.

Anna wyglądała zawsze bardzo młodo, jednak przez ostatnie tygodnie postarzała się jakby o kilka lat.
    Ciekawe dlaczego? Czyżby wpadła w jesienną depresję?
To w końcu postarzała się, czy wyglądała młodo?

Można było dostrzec w jej brązowo-rudych włosach pierwsze siwe włosy, a worki pod czarnymi niczym węgiel oczami stawały się coraz większe i bardziej wyraziste (w końcu przejęły kontrolę nad całą twarzą). Mary nie potrzebowała więcej symptomów, by wiedzieć, że matka martwi się o nią, zresztą jak każdego dnia.
I jak każdego dnia, przeklina w żywy kamień swego męża-kretyna, przez którego wylądowały w tym piekle, co dzień narażone na śmierć.

- Spokojnie, to tylko kilka ulic dalej. Będę za kilka minut. – mówiła to samo codziennie, gdy miała wybrać się do sklepu. Mimo, iż w samej Warszawie nie toczyły się jeszcze  żadne działania wojenne (a ci broniący stolicy żołnierze to co? Może bronili na odległość?) i wszystkie tragedie odgrywały się na obrzeżach miasta
Przypominam, że w 1939 “obrzeża” znajdowały się znacznie bliżej centrum niż obecnie.
I z tych obrzeży ostrzeliwano miasto, więc wszystkie tragedie odgrywały się właśnie tu.
Nie sądzę, by przyszło jej do głowy, że można by sobie zguglać zasięg dział, czy inne tego typu szczegóły.
A co tam! Pewnie żołnierze tłukli się maczugami po głowach.

to matczyna miłość i tak widziała tylko ogromne niebezpieczeństwo. Nie czekając dłużej Mary narzuciła płaszcz na swoje chude ramiona i opuściła szybko mieszkanie. Dziewczyna miała wyliczoną drogę do sklepu i z powrotem co do minuty. Wpadała jedynie tam, rzucała monety na stół i zabierała przyszykowane już wcześniej przez znajomą sprzedawczynie produkty.
Nie było kolejek po chleb, a syci i zadowoleni z życia warszawiacy wyszli sobie na jesienny spacer do Ogrodu Saskiego.
I podziwiali, jak ładnie liście na ziemię spadają.

Szła szybko i koncentrowała się na swoim zadaniu, by nie stracić z głowy swojego głównego celu.
To znaczy jakiego?
To coś jak aspiracja życiowa w simsach: “kupić wszystkie bułki”

Pani Lisak jej nie zawiodła. Wszystko było dokładnie przygotowane, gdy Mary przekroczyła próg.

Ulica Ordynacka 25 IX ‘39. To “coś” na pierwszym planie, to jest padły koń, odarty z mięsa do kości. W czasie oblężenia głód w stolicy był straszny. Dopadnięcie do konia, zabitego  w ostrzale, dawało szansę na zdobycie odrobiny mięsa. Tak tylko dodam, że nad ścierwami odbywały się istne walki na noże.
Dajże spokój, Jaszu, przecież wiesz, że jedzenie bierze się skąd? - ze sklepu. A w sklepie ono po prostu jest i już.
A mleko bierze się w kartonach.

Złapała jedynie za reklamówkę i pokiwała kobiecie głową na znak podziękowania oraz zawróciła do domu.
Reklamówki. W trzydziestym dziewiątym. Witaj, alternatywna historio, co się “zdarzyłaś naprawdę”
Już prędzej bym w to uwierzyła. AU jak się patrzy.

Zawsze droga powrotna wydawała jej się o wiele dłuższa. Choć bardzo prawdopodobne, że to dlatego, iż zatrzymywała się w pewnym miejscu – choć wiedziała, że nie powinna. Stawała przy starej kawiarni, która jeszcze kilka miesięcy temu gromadziła w sobie tyle ludzi, że obsługa nie nadążała spełniać ich zachcianek. Mary też tu przychodziła, tak samo jak jej cała rodzina. To była jedyna angielska kawiarnia w Warszawie
Stworzona specjalnie na potrzeby tej historii
Do której wpuszczano tylko za okazaniem paszportu Wielkiej Brytanii. W całym mieście nie było bowiem innych kawiarni ani cukierni godnych przyjąć Anglików.

w której można było dostać naprawdę doskonałą herbatę. Tutaj spotykali się biznesmeni, artyści i grube ryby, którym przyszło przebywać w stolicy.
Hipsterska, angielska kawiarnia. Takie rzeczy tylko w stolicy.
Równo o 17 siadali przy herbatce i właśnie wtedy dokonywano największych przetargów.

Większość z nich chciała zarobić wielką fortunę na polskim społeczeństwie (które było tak biedne, że aż piszczy. To wroga propaganda PRLu - tak naprawdę śpimy na forsie, pani kochana).
W planach mieli budować fabryki, w których  taniej będzie im zatrudniać ludzi, niż w rodzimej Anglii.
Pomysł dobry, ale nie na te czasy. Hint: żeby ten system działał, potrzebny jest masowy i tani transport, a taki, na wielką skalę, zaczął się rozwijać dopiero po wojnie.
Pomijając już bezrobocie i kryzys lat ‘30 w Wielkiej Brytanii, który starano się zwalczyć, tworząc fabryki na Wyspach.

Jednak wraz z 1 września większość z nich opuściła miasto. Kawiarnia zbankrutowała, zresztą jak ich większość – przecież teraz nikomu nie przyszło do głowy się bawić
Dzieciom zabrano wszystkie zabawki, a dorosłym reklamówki.
I folię bąbelkową, mać ich gamratka.
Tak hop-siup i wszystkie kawiarnie w 25 dni zbankrutowały - oto dramatyzm.
Dziwne. Przez pierwsze tygodnie Warszawiacy robili dobrą minę do złej gry - działały kabarety, teatry i kawiarnie. Szlagierem była piosenka Titina, ach Titina, wyśmiewająca Hitlera.

Mary stała zamyślona przed budynkiem, przyglądając się wnętrzu przez brudną szybę
Szyba była ze szkła zbrojonego o nadludzkiej odporności, skoro wytrzymała tydzień nieustannego bombardowania,
i dopiero ogromny huk oderwał ją z zamyśleń.
Gdyby nie to, stałaby tak do sierpnia 1944.
Nie wiem dlaczego w aŁtoreczkowym języku “zamyślenie” ZAWSZE występuje w liczbie mnogiej. Tu jeszcze w dodatku z bezsensownym “oderwał”.

Jej wzrok powędrował ku niebu, a to co zobaczyła sprawiło, że jej serce zaczęło mocniej bić. Wszędzie unosił się jedynie dym, nie była w stanie dostrzec nawet swojej kamienicy.
W skrócie: nie zobaczyła niczego.
Nie zobaczyła kilkuset samolotów, nie usłyszała syren. Była bardzo, ale to naprawdę bardzo zamyślona.

A potem kolejne huki, jakby coś ciężkiego spadało na ziemię [na przykład żelazko], a potem wybuchało. Wtedy w jej głowie zapaliła się czerwona lampka.
Dopiero? I znów niech wspomnę walczących dzielnie żołnierzy...
To wydawało się niemożliwe, w jej własnym systemie wartości nie realne, jak można byłoby tak postąpić, ale jednak… atak powietrzny.
Jak rozumiem Goering z Hitlerem powinni wysłać pisemne zapytanie, czy oby nalot na Warszawę nie zburzy systemu wartości naszej Merysójki. Co ma do tego system wartości, zapytacie...
W systemie wartości Mary granaty i panzerfausty ciągle rywalizowały o pierwsze miejsce.
Nieno. Powinna napisać skargę do Hitlera, że jego wojska zachowują się nieetycznie.

Dziewczyna rzuciła zakupy na ziemię i ruszyła przed siebie. Musiała jak najszybciej znaleźć się w domu, pomóc mamie i babci. Z każdym krokiem jedynie zbliżała się do rejonów (a co innego zrobić można, biegnąc, jeśli nie zbliżyć się do jakiegoś punktu właśnie?), a okropne odgłosy wydawały się coraz głośniejsze. Mimo, iż biegła najszybciej, jak tylko mogła to wydawało jej się to za wolno.
Znikąd pojawiła się przed nią pewna postać (człowiek króla?), jednak zanim zdążyła dostrzec jej obrys i zatrzymać się wpadła na nią. Dookoła unosił się pył i obraz przed jej oczyma był zamazany, jednak po tym, jak ten ktoś trzymał ją w ramionach mogła wywnioskować, że to jakiś mężczyzna.
To znaczy, że jak ją niby trzymał? Chwycił ją w... ee... Starannie dobranych miejscach i nie puszczał, a nawet miętosił?

Zaczęła się wyrywać z całym sił, jedyne czego chciała w tej chwili to wiadomość, że jej rodzinie nic nie grozi (bo nie groziło, wszyscy byli martwi...).

- Czekaj. Uspokój się. Nie możesz tam biec, tam już nic nie ma. – o dziwo zrozumiała całkowicie wiadomość od znajomego. Nie wydawało jej się, że przez ostatnie miesiące tak nauczyła się polskiego u babci. Więc może to przez szok związany z tą całą sytuacją. Lecz odpowiedź była prostsza. Nieznajomy mówił po prostu w jej języku.
A to jasnowidz skubany, domyślił się, że spośród wszystkich przypadkowo spotykanych na ulicy warszawianek, akurat do tej trzeba po angielsku!

Jednak nie tylko to wywołało u niej osłupienie. Dotarła do niej treść jego słów. „Tam już nic nie ma”, jak to nic nie ma. Co to mogło oznaczać? Myślała, że to jakaś pomyłka, przesłyszała się, na pewno. Ponowne zaczęła się wyrywać, tym razem ze złami w oczach.
i tymi złami ciskała na lewo i prawo, takie były złe!
A on on tak stoi na ulicy i robi za telepatyczny punkt informacyjny.

- Tam jest moja rodzina, puść mnie! – piskliwy głos powinien wydawać się teraz bardzo głośny, jednak w tych okolicznościach nie zabrzmiał on ani strasznie, ani głośno. Mężczyzna nie dawał jednak za wygraną, lecz sam się uspokoił.
Nie żeby ałtorka wcześniej napisała, że był niespokojny, prawda?
Po prostu stał, jak słup soli i trzymał te chude nadgarstki (to już nie w ramionach?), patrząc się prosto w załzawione, zielone oczy. Wyczekiwał, aż u dziewczyny odezwie się głos rozsądku, który każe jej posłuchać jego słów.

I nie musiał długo czekać. Ręce dziewczyny opadły wzdłuż jej ciała (trudno żeby opadły wdłuż cudzego ciała). Mary nie miała już siły, by walczyć. Przypomniała sobie spojrzenie matki, które zawsze otrzymywała (i zabierała ze sobą), gdy wychodziła z domu. Mówiło one, że dla Anny najważniejsze jest bezpieczeństwo córki, życie Mary było jej największym skarbem. Na pewno mama Mary byłaby teraz wściekła, gdyby dziewczyna wróciła tam.
Gdzie “tam”? Do domu?! Znajdźcie mi matkę złoszczącą się o to, że dziecko przeżyło i wróciło całe i zdrowe.

- Nazywam się Steven Enright i przyrzekam Ci, że zabiorę Cię w bezpieczne miejsce, tylko zaufaj mi. A ty musisz walczyć dopóki tli się jeszcze choćby iskierka nadziei.
(nic nie zrozumiałam. Toć on jej jedynie kazał się uspokoić, o jaką walkę mu chodzi?)

– jego słowa zabrzmiały tak pewnie jakby składał obietnicę, którą za wszelką cenę zamierza wypełnić. Taki już był Steven.
a wiemy to, bo...?
Bo czekał, aż rozwalą jej dom i będzie mógł ją zabrać do siebie, o!
Lepiej, żeby matka w czasie nalotu martwiła się o córkę, niż żeby miała się na nią złościć.

Kto inny zainteresował, by się jakąś dziewczyną, jak nie on?
Pewnie, bo faceci w ogóle nie interesują się dziewczynami.

Pierwsze lepsza osoba, minęła by ją i nie obchodziło by ją, że biegnie na pewną śmierć.
Bo spacery w czasie nalotu to zupełna normalka, mijałby ją tłum spieszący do pracy, jak w tych amerykańskich filmach...

W tych czasach każdy walczył o swoje życie, o przetrwanie. Jednak on był wyjątkiem, dla niego zawsze dobro innych było ważniejsze i gdyby nie wyciągnął pomocnej dłoni, posiadałby wyrzuty sumienia.
I jako ich właściciel, z dumą obnosiłby je wpięte ozdobnie w kapelusz.

Blondynka miała wiele szczęście, że natrafiła właśnie na niego, choć teraz mogła nie zdawać sobie z tego sprawy.
Pomyśleć - na milion mieszkańców Warszawy, trafiła akurat na Anglika, który przewiduje istnienie ruchu oporu. Cud.

Lecz pokiwała głową, sprawiając, iż kosmyki włosów opadły na jej bladą twarz.
To właśnie lubię w opkach. Nalot, katastrofa, gruzy, pożary, trupy - ale pierwsze, co trzeba opisać, to fryzura boCHaterki.

Nie miała teraz innego wyboru, nie miała dokąd iść.
Dlatego najlepiej iść z pierwszym-lepszym napotkanym facetem...


Po kilkunastu minutach znaleźli się przed starą kamienicą. Nie rozpoznawała tych rejonów, nie kojarzyła osób, które ją mijały, ale w tej chwili Mary nie przejmowała się tym.  Nie zorientowała się nawet, gdy  biegli po klatce schodowej, a potem wpadli do jakiegoś mieszkania niczym huragan.
Klatka schodowa i mieszkanie niczym nie różniły się od ulicy, dlatego też się nie zorientowała.

- Zaatakowali centrum!
- Tak? No popatrz, a u nas na Mokotowie zupełnie cicho.

– usłyszała te słowa z ust pewnego mężczyzny i mimo, iż go nie znała to mogła przysiądź (a potem wstań), że nie jest on na pewno Brytyjczykiem. Słyszała po jego akcencie, że musiał być stąd.
Mówił “gyd myrning”?

- W tej chwili nic nie poradzimy. Andrzej trzymaj nerwy na wodzy, za pewne za parę dni zaatakują bezpośrednio wtedy staniemy do walki (zanotować: nalot nie jest atakiem bezpośrednim, ot, taka forma partyzantki). – brunet pokiwał głową, a kolega go posłuchał, choć było po nim widać, że gdyby otrzymał w tej chwili broń to wybiegł by stąd i byłby gotowy stracić życie za swoją ojczyznę.
Chłopcy nie ratują rannych, nie usuwają gruzów, nie gaszą pożarów? Tak sobie siedzą i deklamują szczytne hasła, a inni za nich odwalają czarną robotę?
Teraz pochylmy się na chwilę nad tym fragmentem, zastanówmy się: Anglicy w Warszawie, wojna za progiem, a oni organizują się jako część ruchu oporu wespół zespół z Polakami. Bo Anglia wcale nie organizowała swoich wojsk, absolutnie. Co tam Matka Anglia, Polska nas potrzebuje! Już nie wspomnę o tym, że ponoć obcokrajowcy zwiali z Warszawy, gdy rozpoczęła się wojna.
Matka Anglia, która, dodajmy, też już wypowiedziała wojnę Niemcom. Co prawda na razie nie miało to żadnych konsekwencji w sensie działań zbrojnych, ale i tak każdy Anglik-patriota raczej spieszyłby do swojego kraju, a nie czekał, aż tu “zaatakują bezpośrednio”.
Jako obywatele państwa, będącego w stanie wojny z III Rzeszą, musieli wyjechać. Inaczej zostaliby internowani gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc.

Jednak nadal nie rozumiała co się tu dzieje.
Nie ona jedna.
Jest nas więcej.

Była przekonana, że od kilku tygodni Hemingwey’owie są jedyną angielską rodziną, która postawiła nie opuszczać Warszawy (Ernest nie chciał wyjeżdżać. Musiał bowiem skończyć “Starego człowieka i morze”), a w tej chwili była otoczona ludźmi, którzy biegle mówili w jej języku – rozpoznawała kto tu był Anglikiem, a kto Polakiem po ich słowach.
Anglików w Polsce przed wojną było tylu, co kot napłakał (a po 3.IX musieli się ewakuować), mało kto uczył się języka, a tu bęc! nagle miła, wypasiona enklawa brytyjska.
Zastanawiam się, skąd w ogóle ten karkołomny pomysł, żeby bohaterami opka dziejącego się w okupowanej Polsce uczynić akurat Anglików - i dochodzę do wniosku, ze Polacy dla aŁtoreczek są po prostu za mało wypasieni, a “Marysia” i “Stefan” brzmią o wiele gorzej niż “Mary” i “Steven”.
Też tak kiedyś miałam - w podstawówce, na początku mojej przygody z SF. Polskie imiona nie pasowały mi do tego gatunku i już.


Wśród kilkunastu mężczyzn udało jej się dostrzec tylko jedną kobietę, ale wtedy przynajmniej trochę odetchnęła z ulgą. Jakby poczuła, że nie jest tu sama (mądrość Mary powala).

- Kim wy jesteście? – jej pytanie zginęło gdzieś w natłoku rozmów, które były tutaj prowadzone. Jednak Steven je usłyszał, choć nie chciał udzielić odpowiedzi. Dalej trzymając Mary za jej dłoń (no jakby trzymał ją za pośrednictwem cudzej, to bym się zastanowiła, czy bohaterka jest bezpieczna), zaprowadził dziewczynę do pokoju obok, gdzie nie było żywej duszy, a za nim wkroczyła kobieta, która przed momentem rzuciła mi (szybciutka zmiana narracji) się w oczy.


- Kto to? Kogoś przyprowadził? – kobieta nie wydawała się zadowolona z faktu, że tu Mary się tu znajduje. Domyślała się, że na jej głowie już wiele spraw leży i nie było jej potrzebne kolejne nieszczęście, jednak Steven obdarzył kobietę tylko stanowczym spojrzeniem dodając do tego spojrzenia parę płaskich na otrzeźwienie.
(AŁtorko! Jeśli piszesz, że ktoś coś “dodał”, to najpierw ten ktoś musi coś powiedzieć, a Steven, póki co, jeszcze się nie odzywał)

- Spokojnie, to rodaczka. Biegła po śmierć. W ostatniej chwili przemówiłem jej do rozsądku. Lili (typowo angielskie imię) rozumiem twe zdenerwowanie, ale nie budź u mnie myśli, że mogłem nie zabierać siostry (jakiej siostry? To Mary jest jego siostrą? Przed chwilą go nie znała!) w to piekło [w TO piekło, czyli do swojego mieszkania], bo będzie ona tylko narzekać (niewdzięcznica jedna, no!).
To dopiero początek, a my jesteśmy słabi, a każda dusza po naszej stronie sprawi, że będziemy mieli większe szanse, by wygrać (brzmi jak sekta).
O słabości militarnej mówi Anglik? Dumny syn Albionu?
Czekajcie no, on wypomina swojej siostrze, że nie jest zadowolona z faktu, że tkwi w oblężonym, bombardowanym mieście? Co za buc.

- Już prawie zapomniałam, jak ty ładnie potrafisz mówić. Gdybyś tak mógł przemówić im wszystkim, by wyciągnęli pomocną dłoń, to ta wojna zakończyłaby się tego samego dnia, w którym się rozpoczęła.  Gdybyś…
Gdybyś tylko chciał pogadać z Adolfem, to Niemcy grzecznie wróciliby do siebie.  
No tak, bo Polacy to się wszyscy zbiegli do stolicy i kampania wrześniowa to przekłamanie. Czy to ja pisałam o dzielnych żołnierzach, czy aŁtorka?

- Nie ważne co by było gdyby – przerwał jej mężczyzna - Jesteśmy tutaj i będziemy pomagać, jak potrafimy.
Gdyż 12 września Anglia wyraźnie stwierdziła, że nie udzieli Polsce pomocy.
Oj, to tacy indywidualiści są, no.

To właśnie robię, pomagam. – powiedział mężczyzna i obdarzył przez chwilę Mary spojrzeniem. Wierzył w swoją ideologię, tak samo jak każdy w tym pomieszczeniu
Dla przypomnienia: Steven, Mary i Lili; reszta była w pokoju obok i nie wierzyła już tak samo.
W jaką ideologię?! To są jakieś bardzo niekonsekwentne, pacyfistyczne popłuczyny po Gandhim. Ich kwatera może pełni funkcję aśramu, ale dookoła mamy płonącą Warszawę...
Wyindywidualizowali się z (niezbyt) rozentuzjazmowanego tłumu.


Blondynka początkowo nie rozumiała tego, dla niej liczyło się to co jej najbliższe. Nie popierała wojen w żadnych rejonie świata, ale to nie znaczyło, że chciałaby się w nie angażować z własnej woli.
Przyjrzyjmy się temu zdaniu bliżej. Blondynka NIE popierała wojen, ALE to NIE znaczyło, że chciałaby się w nie angażować. “Ale” jest spójnikiem wyrażającym kontrast lub odmienne treści, a tymczasem nie mamy żadnego kontrastu między treścią pierwszego i drugiego zdania; nie popiera wojen, więc nie chce się w nie angażować, szlus.

Steven pokiwał tylko głową, a siostra poklepała go po ramieniu i posłała pełne zrozumienia spojrzenie. Po chwili mężczyzna opuścił pomieszczenie i rozpoczął monolog w pokoju obok
Rozsiadł się wygodnie w fotelu, sięgnął po fajkę i szklaneczkę whisky i zaczął mówić sam do siebie,
a tam zapadła cisza.
No cóż - gadał dziad do obrazu.

Mary w końcu była w stanie zapanować nad swymi myślami. Znajdowała się w domu pełnym obcych ludzi. Miała prawo czuć strach, jednak był on minimalny, ponieważ wiedziała, że od nich bije dobro.
Niedawno straciła całą rodzinę? To nic, to nic...
Ale przecież nie wie co się stało z babcią i mamą. A może obie żyją? Może są ranne?
Ani przez chwilę nie zainteresowała ich losem, tylko poleciała za przystojniaczkiem. Nawet jak na standardy opkowe, poziom tumizwisizmu sierocego jest w niej wysoki.

- Nazywam się Lilian. – kobieta zajęła miejsce obok Mary i wysunęła do niej swoją dłoń, zdobyła się nawet na delikatny uśmiech. – Moja reakcja nie była właściwa, lecz zrozum panuje tu takie zamieszanie, że myśl pojawiającej się kolejnej osoby, nad którą trzeba by zapanować była frustrująca.
Już wystarcza tych chaotycznych myśli, krążących jak muchy wokół lampy.

– Musisz wiedzieć, że tutaj nikt nie siedzi bezczynnie. Pomyśl, że ktoś musi wykarmić ich wszystkich.
- A żarłoczni są jak szarańcza!
– brunetka kiwnęła głową na pokój obok.
Pokój również kiwnął głową. “Najlepsze kasztany są na placu Pigalle” wystukały wszystkie sprzęty.

Dopiero teraz wydało [udało] się dostrzec Mary  podobieństwo Lilian do brata. Miała wyraźne kości policzkowe, błękitne oczy i brązowe, lekko kręcone włosy do ramion (z tą różnicą, że brat swoje loki wiązał w kucyk). Dziewczyna przyglądała jej się uważnie i dopiero po chwili zrozumiała, że to musi wyglądać przynajmniej dziwnie i odezwała się.
- Spróbuje pomóc, jak tylko będę mogła (jeszcze przed chwilą nie chciała się w nic mieszać).

[Lili zagania ją więc do kuchni]

Próbowała na szybko wytłumaczyć gdzie co jest [tu są talerze, tam sztućce, a w spiżarce jest padły koń i kilka kotów] a potem wspólnie zajęły się przygotowywaniem kolacji. Blondynka pomagała, jak tylko mogła, jednak nie dało się ukryć, że cały czas była zamyślona.
W zamyśleniu co i rusz a to kaleczyła się nożem, a to wkładała palce w tłuszcz na patelni.

Z upływem chwil nie mogła wybaczyć sobie, że nie pobiegła tam. Że nie sprawdziła, jednak czy może nic nie stało się jej rodzinie. Teraz stała tu spokojnie, szykując posiłek gdyby nigdy nic, a tam zginęli ludzie.
Robiła kanapeczki, starannie rwąc pietruszkę i mrucząc do siebie: żyją - nie żyją... żyją - nie żyją...

Właśnie, tam zginęła jej rodzina. Dobrze, że bohaterka sobie o tym przypomniała.
Może nic się nie stało, a może zginęli... Wybuchło to wybuchło! Na kij drążyć temat?


Ona też miała tam być, w końcu tam mieszkała. Gdyby nie zatrzymała się przy tej kawiarni, to podzieliłaby ich los. Bo byłoby łatwiejsze wyjście, niż życie w świadomości, że nie wróciła tam.
Dobra, dobra, jeszcze trochę, a nauczysz się doceniać takie przypadki.

Przeprosiła swoją towarzyszkę i opuściła kuchnię. Wróciła do tego małego pokoiku i usiadła w kącie łóżka.
Przed oczyma stanął jej obraz babci, która często otaczała ją ramieniem, po czym plotła warkocza [plotła co: warkocz] z jej długich włosów, śpiewając piękne piosenki, które przerywała tylko słowami „Moja mała Marysieńka”.
Nieznajomość języka wcale tu nie przeszkadzała.
No właśnie ta nieznajomość języka to w ogóle coś dziwnego. Skoro jej matka jest Polką, to nawet wychowując się za granicą, powinna znać go przynajmniej komunikatywnie. A ta ni be, ni me.
To tak dla podkręcenia suspensu.

Pojedyncze łzy pojawiły się na jej policzkach. (Ha!) Mary była zawsze bardzo krucha, delikatna i mimo, iż swoich potrafiła bronić, jak lwica swoje młode, to gdy kogoś traciła, bardzo trudno to znosiła.  
Co to za “swoi”, których broniła i traciła? Dzieci? Czy może raczej zabawki, które matka próbowała jej odbierać?

W pewnym momencie po pokoju rozeszło się pukanie do drzwi, które uchyliły się delikatnie. Zza nich wychylił się znajomy brunet, spotkanie już się zakończyło. Większość mężczyzn wróciło
(przy okazji zmieniając płeć) do swoich mieszkań.
Aaa, to oni wszyscy mieszkali gdzie indziej, a do Lili przychodzili tylko na darmowe obiadki. Spryciule!

Lili wspominała, że tutaj mieszkają tylko ona, Steven, Andrew, którego imię po polsku nie potrafiła wymówić (odmiana - to takie trudne...), oraz Nicholas, jednak dziennie przewijało tu się kilkadziesiąt osób.
Mistrzowie konspiracji, ci Anglicy - przez mieszkanie dzień w dzień przewijają się dziesiątki osób i absolutnie nie wzbudzają podejrzeń. Nie mówiąc o tym, że zorganizowany ruch oporu (ZWZ, później AK) powstał w listopadzie...
A może działali pod przykrywką domu publicznego? To w końcu mogłoby wyjaśniać ten cały ruch... Anglicy zrobili po prostu swój ruch oporu, zanim to stało się modne.
Przeklęci hipsterzy... A jak znowu przyleci Luftwaffe to będzie: burdello! Bum! Bum! I po hipsterskiej konspiracji, o.
Ojtam, na razie nie muszą konspirować, Warszawa póki co walczy, jeszcze nie jest pod okupacją.

Steven podszedł i zajął miejsce na starym tapczanie obok blondynki. Nie lubił krępującej ciszy, zresztą w przeciwieństwie do niej (tej ciszy) był bardzo rozgadanym człowiekiem.
- Mam nadzieje, że Lili nie zapewniła Ci męczącej musztry - próbował ją w pewien sposób rozweselić, lecz tym razem nie za bardzo to mu się udało. – Ustaliliśmy, że pójdziemy tam jutro z samego rana, jak opadnie pył i rozejrzymy się, czy ktoś nie potrzebuje naszej pomocy.
Na drugi dzień to twoja pomoc, chłopcze, będzie przydatna jak rybie ręcznik.

Nie martw się, bo łzami niczego nie wskórasz… - wtedy skręcił głową w bok (w szyi miał wbudowaną kierownicę) i spojrzał prosto w jej oczy, mając nadzieje, że przynajmniej wywoła u niej onieśmielenie i to skłoni ją do zaprzestania płaczu.
Zrozumiałabym, jakby powiedział “nie płacz”, ale wymaganie, by się nie martwiła, od osoby, której dopiero co zginęła cała rodzina, jest przesadą nawet jak na legendarny angielski chłód.

Nie pomylił się. Dziewczyna otarła swoje blade policzki i wyprostowała nogi.
Co w mowie ciała jest znakiem swobody. Naprawdę.

- Nawet nie wiem, jak masz na imię. – Steven uniósł jeden kącik ust do góry i nie zdejmował spojrzenie z swojej towarzyszki. Fakt, przedstawiła się w kuchni Lili, jednak nawet nie oznajmiła swojemu wybawcy, jak się nazywa. Kto by o tym pamiętał w tym całym zamieszaniu, które ją spotkało.
- Mary. Mary Hemingway. – pokonała chrypę w jej [czyim?] głosie i teraz jakby poczuła się bardziej rozluźniona i pewna siebie. To on wpływał tak na ludzi, przekonywał ich do swojego zdania, poprawiał im humor i bezproblemowo nimi dyrygował. Posiadał wszystkie cechy dobrego przywódcy.
Ach, ten głos. Taki zdolny!

- Miło mi cię poznać Mary. – jego słowa przerwała siostra, która pojawiła się w pokoju i dała mu znać, że na niego pora.
Interpunkcjo, gdzieżeś się podziała?
I ta “na niego pora” wskazująca, że ma już zmykać do wyrka. Ale przedtem jeszcze staranne umycie nóg, uszu i ząbków. Jak rozumiem, Lili jest starszą siostrą, budzącą respekt wśród rodzeństwa.

Ten mały pokoik należał do Lili, jako że była jedyną kobietą tutaj, póki nie zjawiła się tam Mary.
A Steven był jedynym mężczyzną, o ile dobrze zrozumiałam, że tylko rodzeństwo mieszka razem, a reszta to goście. Czy jemu w takim razie też przysługiwał pokój, czy jedynie legowisko w kuchni? A może służbówka?

Teraz dzieliły go razem. Odbyło się bez zbędnych pogaduszek, bo brunetka była zmęczona dzisiejszym dniem. Obydwie panie przygotowały się do snu i gdy Lili zaproponowała dzieleniem się jednym łóżkiem, które spokojnie pomieściło, by dwie drobne kobiety [jeździły na rowerach?], Mary odmówiła.
Może i pomieściłoby dwie drobne kobiety, ale wepchnął się ten głupi przecinek i zabrakło miejsca.

I tak czuła już, że dużo im zawdzięcza i rozłożyła sobie koc, z całą pościelą na podłodze. Położyła się, w pożyczonej koszuli, w całkiem obcej kołdrze, jak i całym domu.
W obcej koszuli, pod obcą kołdrą, w obcym domu i obcym kraju, poczwórna alienka normalnie.
Zastanawia mnie to, że leżała “w całkiem obcej kołdrze”, no ale może jako alienka,  wsunęła się do środka?
Zaplątała się między kołdrę a poszewkę.

Próbowała zasnąć, jednak myśli nie dawały jej spokoju. Wszystko powracało do niej z dwojoną siłą.
A może: z dojoną?

Zaparła się w sobie i stwierdziła, że pójdzie jutro razem z nimi. Czy będą chcieli tego czy nie, sama musi się upewnić, że każdy potrzebujący otrzyma pomoc.
Dlatego sprytnie sobie odczeka dobę, żeby, jak już pojawi się na miejscu, tych potrzebujących nie było za dużo.

Nie była osobą, która stała, by tylko w kuchni i gotowała.
Prośba na przyszłość: jeśli nie wiemy jak zastosować ruchome [-by] w trybie przypuszczającym, to mimo wszystko nie dzielmy tego przecinkiem, dobrze?
Ałtoreczka najwyraźniej ma wykutą na mur-beton szkolną regułkę, że przed “by” stawiamy przecinek - tyle, że ni cholery nie odróżnia “by” jako spójnika od “by” jako wykładnika trybu przypuszczającego. Przy okazji, czekam na jakieś inne interesujące formy, na przykład “Zrób, że to wreszcie!”.

Mimo, iż wszyscy poznali ją z bardzo słabej i niewinnej strony, to było to wywołane szokiem, który przeżyła, a od dnia następnego Mary była pewna, że zacznie walczyć.
Typowy objaw prokrastynacji.
Z kim i o co?
O wolną Anglię!
W Polsce? Seems legit.
Wybacz, zapomniałam, że tu chodziło o wielkie przetargi.

Rozdział 2:
Poranek kolejnego dnia chciał chociaż oszczędzić ich i sprawił piękną, słoneczną pogodę.
Łaskawy był, bo miał dobry dzień.

Po kilkunastu dniach ciągłej szarości i ponurego krajobrazu, w końcu pojawiły się promienie słońca, które przebiły gęste chmury.
Gdyby aŁtoreczka czytała lektury, takie jak na przykład “Kamienie na szaniec”, wiedziałaby, że wrzesień 1939 akurat jak na złość był piękny i słoneczny, a mieszkańcy Warszawy próżno wypatrywali deszczu, który pomógłby im gasić pożary.

Ciepły wietrzyk otulał osoby, które odważyły się opuścić kamienne mury, jednak nawet on nie zdołał uratować tego dnia.
Przechodnie byli dziwnie skwaszeni i niezadowoleni.
Ciekawe czemu, w taki piękny dzień!

Na ulicach panowała grobowa cisza, lecz nie było to spowodowane wczesną godziną. Warszawa huczała zawsze bez względu na porę dnia. Natomiast teraz wszyscy siedzieli w swoich domach, nawet zasłon w oknach nie odciągając, jakby bali się i przeczuwali, że to dopiero początek.
I bardzo się złościli, że trzeba umyć okna, bo szyby tak się zakurzyły. Jasssne.
W skrócie: ludzie byli na ulicach tylko że nie, bo woleli siedzieć w domu. Logiczne.
Początek. Początek, kurnać. Armia niemiecka dotarła pod Warszawę 8 września, a zatem według aŁtorki dopiero po osiemnastu dniach, kiedy to stali na “obrzeżach” i nie wiem co tam robili, chyba dłubali w nosie, Niemcy wreszcie zdecydowali się na jakieś bardziej energiczne działania.
Ku zdziwieniu i niezadowoleniu mieszkańców.

Jedynie grupka młodych i odważnych (the bold and the beautiful... A nie, to nie to) udawała się na wyprawę w okolice, która poprzedniego dnia została zrujnowana przez śmiercionośne bomby.
Nikt inny nie ważył się tam zajrzeć, nikt nie miał w tej dzielnicy bliskich czy znajomych...
Tłumy mieszkańców gaszących pożary i odwalających gruzy w poszukiwaniu ludzi, były całkowicie niewidzialne.

Nie było ich wielu, zaledwie kilkunastu mężczyzn [nie będę przeklinać, nie będę], wśród których wyróżniali się, idący na przodzie Steven i Andrew (bo grupa kilkunastu mężczyzn idących opustoszałymi ulicami wygląda całkiem normalnie).
Założyli poprzedniego dnia, że zbadają te tereny [tylko zbadają, nie żeby mieli w planach niesienie pomocy], więc zadanie wykonać musieli, choć nikt z nich nie był gotowy na to co mieli zobaczyć.
A kto ich zmuszał, żeby wykonali to zadanie? Imperator Imperatyw Opkowy?
No paczciepaństwo, tylko Anglicy byli na tyle odważni, by wyjść z domu. Polacy trzęśli portkami jak Magowie z Gildii.
Nagle w środku miasta warszawskie kamieniczki trafiły cały swój urok.
Musiały być niezwykle celne.

Niegdyś szczycące się sławą, najznakomitsze budynki miasta, hotele i kawiarnie postawione przez znanych architektów, w tej chwili były tylko wyblakłym wspomnieniem.
Taki na przykład Hotel Zamek Królewski albo kawiarnia pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela.

Na ich miejscach pozostał jedynie gruz, gdzieniegdzie wytrzymały pojedyncze ściany, które w każdej chwili groziły zawaleniem. Perełki stolicy zostały zniszczone za jednym zamachem (jakiż to niefortunny dobór słów... Adolf Hitler approves), przy tym zabierając z sobą tysiące ludzi.


Serca mężczyzn w tej chwili zatrzymały się i umarli? pogrążyły w ogromnej żałobie.
Żaden z nich nie spodziewał się takiego widoku. Rzeczywiście, są ze świata równoległego.

Oni cenili każde ludzkie istotnie [Istotnie, bardzo cenili każde ludzkie, które nie było im obce.], a widząc ogrom takiej katastrofy czuli wszechogarniający ich ból.
Przy czym, zauważmy - poza wyrażaniem bólu nie robią nic. Stoją z załamanymi rękami i ze łzami w oczach.
Niobowie, myslałby kto.

W oczach Andrzeja dało się dostrzec łzy, jednak nikt z nich nie miał w tej chwili odwagi spojrzeć na chłopaka [więc tylko domyślali się tych łez], który ściskał jedynie mocno w dłoni materiał bluzki na swojej piersi.
Zamiast wziąć kilofy i łopaty, aby ruszyć z tysiącami innych Warszawiaków do odgruzowywania i ratowania rannych, to ci poprzebierali się w damskie bluzeczki. Hał-słit!

- Boże. – nagle cichy głos rozległ się za plecami mężczyzn. Nie był on obcy, więc ci od razu się odwrócili
Gdyby był obcy, to zaczęliby udawać, że grają w remika.
i przed sobą dojrzeli znaną im posturę.
Postura =/= postać!

Mary stała kilka kroków za nimi, trzymając dłoń na swoim ustach  i próbując zahamować łzy, które zbierały się w jej zielonych oczach. Tak, jak postanowiła – śledziła ich przez ten cały czas, trzymała się w oddali,
Kilka kroków za nimi... w oddali...
Bo była im bliska i jednocześnie daleka, no.
by nie zostać zauważona, jednak teraz sama zdradziła swoją obecność.

Szła cicho jak kot, jak duch, jak ninja, ale nagle odezwała się w niej normalna dziewczyna:
- Mama. – kolejne krótkie słowo, które wyrwało się z jej ust. A potem wszystko potoczyło się niesamowicie szybko. Dziewczyna ruszyła przed siebie, jak szybko mogła. Nie zważała na to, iż na ulicy znajduje się wiele gruzu i jest tam koszmarnie niebezpieczne (gruz jest z natury bardzo niebezpieczny, pamiętajcie. Gruz może zaatakować znienacka, ograbić i uciec), ponieważ z daleka już widziała pustą przestrzeń, w której wcześniej znajdowała się zamieszkiwana przez nią kamienica.

Był to stary i potężny budynek, więc coś co go tak doszczętnie zburzyło musiało wybuchnąć naprawdę blisko.
Czy trafienie w dach to dostatecznie blisko?
Może jej zachowanie w tym momencie wydawało się naiwne, nieprzemyślanie i bezsensowne,
A wcześniej było przemyślane i sensowne?
jednak Mary kierowała się jedynie swymi uczuciami, a one kazały jej pobiec tam, w poszukiwaniu rodziny.
Lepiej późno, niż wcale.

Lecz jej chęci nagle zostały powstrzymane. Młoda kobieta nie mogła dalej biec, czując jak silne ręce trzymają ją w talii i nie chcą puścić. Nie poddawała się – próbowała się wyrwać, jednak to nie było takie proste. Dokładnie wiedziała kto chce ją przed tym powstrzymać, to na pewno była dokładnie ta sama osoba, która [dokładnie] dzień wcześniej najprawdopodobniej uratowała jej życie.
Ja się zastanawiam, po czym to ona poznała.Znów złapał ją w tych samych, strategicznych miejscach?
Rozpoznawała po odciskach palców. Mary była cyborgiem i miała wbudowany czytnik.

- Steven puszczaj mnie! – zdążyła wykrzyczeć najgłośniej, jak tylko potrafiła, a on widząc, iż dziewczyna nie ma zamiaru się opanować, złapał ją mocniej jedną ręką, a drugą dłonią chwycił jej brodę, tak by jej twarz była skierowana wprost w jego.
Skręcił jej przy tym kark, ale to nieważne.

- Uspokój się, proszę. Co chcesz zrobić? Pobiec tam i próbować przewracać kilkutonowe betonowe bloki?
- Przecież my nie przyszliśmy tu odwalać ruin!

TAKI GRUZ, no mówię Wam.
Taki gruz to nie w kij dmuchał, nieprawdaż?
Skoro Mary mieszkała w starej kamienicy (starej już w 1939), to znaczy z XIX wieku. Może to dziwnie zabrzmi, ale wtedy beton nie był rozpowszechniony w budownictwie mieszkaniowym.

Jeśli ktokolwiek kto przetrwał tu był, już na pewno dawno stąd uciekł.
To po co oni tam szli? Gruz zbierać?
Pojadą do Londynu i opchną gruz jako pamiątki.

A jeśli ktoś nie przetrwał, to niech leży.
Cały luksus polega na tym, że kto inny go pochowa...

– teraz do Mary zaczęło docierać, jak musiała być sfrustrowana, bo jej zachowanie nie należało do najmądrzejszych. Z tą myślą poczuła się przez moment troszkę niezręcznie (mam wrażenie, że z jakąkolwiek myślą czuje się niezręcznie), jednak to uczucie nie dorastało nawet do pięt bólowi, który teraz jej doskwierał.
Ojej, ojej. Rozpierdzieliło jej dom, zabiło rodzinę, a ta jest sfrustrowana i czuje się niezręcznie. Ojej.

- Widocznie śledziłaś nas ze zbyt daleka, bo nie udało Ci się podsłuchać naszej rozmowy. Antek, starszy brat Andrzeja dostał dzisiaj rano cynk, że wszyscy, którzy przeżyli udali się na Plac Piłsudskiego.
Wyobrażam sobie kilkaset tysięcy ocalonych po nalocie, którzy idą w jedno (w sumie niewielkie) miejsce, aby dostać pomoc. Żywność, odzież, a dla bezdomnych - namioty i pościel.
I oczywiście po tym jednym nalocie - święty spokój, żadnego ostrzału, żadnych kolejnych bombowców.
I wciąż tylko polska złota jesień.

Została tam dla nich w nowy zorganizowana podobnież jakaś pomoc.
Steven najwyraźniej miał problemy z mówieniem.
A my przyślijmy tu tylko (paczkę), by zobaczyć jak to wygląda (i cyknąć parę fotek. Mówiłam, że gruz przyszli zbierać żeby go w Londynie po okazyjnych cenach opchnąć, a teraz wstyd im się przyznać - BUSTED), bo tu już nic nie wskóramy, tu już nikogo nie ma.
Ostatni wychodzący z kamienicy zgasił światło i przyczepił na bramie kartkę: Nas tu nie ma.

– słowa Stevena powinny budzić nadzieję. W końcu gdzieś tam są Ci, którym udało się przetrwać ten niemiłosierny atak. Jednak ile tych osób było? Kilka, kilkadziesiąt, kilkaset? I jakie szanse, że właśnie w nich znalazła się babcia i mama Mary?
Spore. Były jeszcze piwnice i schrony, szpitale oraz punkty opatrunkowe. Albo mieszkania znajomych w innych dzielnicach miasta.

Ogromna niepewność to uczucie, które w tej chwili gromadziło się w dziewczynie. Nie znała odpowiedzi na tak wiele pytań i co gorsza nie mogła nic zrobić. Nawet nie miała pojęcia gdzie znajduje się ten cały plac,
Fajno. Mieszka w Warszawie, w centrum, i nie ma pojęcia, gdzie jest plac Piłsudskiego. Łatwo go przeoczyć, zaiste.

a zresztą nawet gdyby chciała tam pójść to tym razem na pewno zostałaby porządnie przypilnowana. Nie wiedząc czemu Steven czuł się bardzo odpowiedzialny za blondynkę.
No i co by złego było pójść tam z chłopakiem, zwłaszcza jeśli mameja nie zna języka tubylców! Podjęła więc decyzję, że nie będzie łazić po mieście w poszukiwaniu mamy i babci. Krzyżyk im na drogę!

Gdy zaczęła biec w ruiny, każdy był zdziwiony, jednak nikt poza nim nie ruszył się z miejsca. Jedynie on okazał jakiekolwiek zainteresowanie losem Mary. W tej chwili sam, też nie za bardzo zrozumiał, dlaczego tak bardzo mu na niej zależy (Tró lov. If you are ready, press start). Tłumaczył to sobie w duchu wrodzoną empatią.
Tak se tłumacz, muhihihihi.

Brunet skinął głową, pokazując grupkę mężczyzn na znak by wracali.
Aha, taki kod. Jak skinie głową i wskaże mężczyzn, to znaczy “wracamy”. Jak pokręci i wskaże kobiety - “idziemy dalej”.
A gdy wskaże na dzieci - to znak, że czas usiąść i zjeść kanapki.

Dołączyli po chwili do grupy i wszyscy udali się w dobrze znanym im kierunku (inne kierunki też chciały dać się poznać, ale Steven nie wykazywał chęci do konwersacji).

Panowała bardzo niezręczna cisza, każdy był jeszcze zszokowany obrazem, który widzieli, jednak nikt nie miał zamiaru o tym rozmawiać.
Bo i po co. Poszli tam przecież tylko po to, aby zbadać sytuację.
Dopiero jeden z nich, wysoki chłopak o rudych włosach zdecydował się odezwać.
- Po co ona za nami poszła? Kobiety, jak i dzieci powinny siedzieć w domu, a nie wystawiają się na niepotrzebne niebezpieczeństwo…
W domu jest bezpiecznie. W domy nie trafiają bomby... oh wait.

- Po co? – głos Mary od razu przerwał rozważania chłopaka, a chwilę potem dziewczyna pojawiła się przed nim
Teleportacja krótkodystansowa?
Czekałam aż Mary odkryje jakieś supermoce.
Spokojnie, na razie nie ma więcej many.

Całkowicie nie przejmowała się faktem, że była od niego sporo niższa i reszta mężczyzn skupiła na niej swój wzrok.
A jakby była wyższa, to patrzyliby gdzieś obok?

– Po co? Trzynastoletni syn mojego sąsiada poszedł z nim na front (TRZYNASTOLETNI? I co on tam robił? Koniom nawóz spod kopyt wyskrobywał? Bo przecież nikt dzieciaka do walki nie puści!) ,
Cuś tam jej dzwoni, pewnie przypomniała sobie pomnik Małego Powstańca - tyle, że to było jednak parę lat później i w zupełnie innych warunkach.

a ja nie mogę wyjść z mieszkania, by sprawdzić czy mój dom jeszcze istnieje? Myślisz, że jak otrzymałeś od Boga trochę więcej siły i wzrostu to wolno Ci decydować gdzie znajduje się czyje miejsce? – wszyscy zgromadzeni byli zdziwieni jej odpowiedzią. Blondynka na pierwszy rzut oka wyglądała na bardzo spokojną, dobrze wychowaną. Na pewno nie zaliczyliby jej do emancypantek, które wszędzie w tym czasie walczyły o swoje prawa i twierdziły, iż są wszędzie dyskryminowane.
Przepraszam, w którym teraz jesteśmy wieku?
Przecież to Alternative Universe, jesteśmy w każdym wieku naraz.
Najwidoczniej TARDIS się zepsuła.
Doktor niepotrzebnie dawał River TARDIS do zabawy, baby nie umieją prowadzić.
Dobra, będzie offtop. Nastoletniej aŁtoreczce można wybaczyć*), że jej się wszystko kićka, coś tam zasłyszała o emancypantkach, o sufrażystkach i kleci z tego, jak może... Ale jeśli dorosła, wykształcona baba pisze, że w 1939 (!!!) kobiecie nie wypadało wyjść na ulicę bez asysty, to się siekiera w kieszeni otwiera.

*)ale nie licz na to, że ci wybaczymy, muhihihiihi...

Któżby się spodziewał, że w takim małym ciałku, kryje się tyle siły, zawziętości i pewności siebie.
Hobbitka?

Mężczyźnie zabrakło języka, albo szukał po prostu jakiejś ciętej riposty, jednak nic nie przychodziło mu do głowy.
Nie znał Wujka Stefana.

Mógłby mało grzecznie kazać jej się po prostu zamknąć, lecz wszyscy odczuwali, że lepiej nie ruszać tej dziewczyny, bo Steven na pewno stanąłby w jej obronie, a ponieważ on był jakby ich nieformalnym przywódcą, nikt nie chciał wchodzić mu w drogę.
Samcowi alfa należą się wszystkie samice w stadzie.


Niespodziewanie wzrok Mary przestał patrzeć (?!) się zawzięcie w chłopaka, został wbity gdzieś indziej. Jakby obserwowała coś, co znajduje się daleko, za jego plecami. Jednak jej mina, mówiła, że nie dostrzegła tam czegoś, co ją mogłoby zachwycić.
Wiem! Dostrzegła blogaska bez cytatu na belce!

- Uciekać! – jedno słowo, na które każdy zerwał się z miejsca. Jedynie awanturnik, z którym Mary przed chwilą miała małe starcie był na tyle głupi, by nie posłuchać się jej, w zamian za to odwrócił się na pięcie, by zobaczyć na co tak zareagowała dziewczyna. Wnet jego twarz stała się biała, wydawała się jeszcze bledsza od tej, którą miała dziewczyna (trzymała ją w kieszeni na wszelki wypadek).


Kilkanaście metrów za nim stało trzech mężczyzn (ludzie króla? Ani chybi!). Umundurowanych, jednak nie byli to żołnierze polscy. Natomiast na ich tyle (gdzie trzej żołnierze mają tył? Z tektury są?), w oddali można było zauważyć całą, ogromną grupę ludzi, która szła w ich kierunku.
To była 8. Armia generała Blaskowitza, która tylko po to dwa dni wcześniej wkroczyła do Warszawy, aby wystraszyć Mary, cofnąć się i poczekać na swoją porę.

Jeden z tej trójki celował prosto do [w] rudego chłopaka, za którym stała Mary. Dziewczyna zdążyła jedynie rzucić się w bok, jednocześnie ciągnąc za rękaw chłopaka, gdy padł strzał.
Aha. Znaczy, na dwa dni przed kapitulacją Warszawy w samym centrum skądś się wzięło trzech niemieckich żołnierzy. Pewnie zeskoczyli na spadochronach.


- Szybko! – usłyszeli głos Stevena, który zaczekał na nich, gdy cała reszta uciekała już boczną drogą. Dwójka dołączyła do niego i wszyscy zaczęli biec ile sił w nogach. Kierowali się całkiem nieznanymi Mary uliczkami, przejściami. Jednak to musiało być przemyślane zagranie, w celu zgubienia przeciwnika.
Jasne, bo żołnierze byli koszmarnie wolni.
Poruszali się krokiem defiladowym, godnie, jak Fuhrer przykazał.
Nie, po prostu zdali sobie sprawę, że do Warszawy mają wejść dopiero 28.09. więc zawrócili. Nie będą sobie przecież głowy zawracać kilkoma szczylami.

Droga dłużyła się niesamowicie, a oddechu brakowało z każdym kolejnym krokiem.
Na szczęście udało im się dotrzeć do mieszkania, w którym czekała już zdezorientowana Lili. Miała już się odezwać, jednak brat ją uciszył krótkim słowem.
- Idą. – Steven podbiegł do szuflady i wyciągnął z niej pistolet.
- Żywego mnie nie wezmą! - Spojrzał na dziewczyny i mruknął: - Wy zawsze sobie dacie jakoś radę...

Poza Andrzejem i drugim kolegą reszta rozbiegła się do domów
Tajemnicze przejścia między mieszkaniami.
Wskoczyli do szafy i siup! byli w Narni
pewnie robili właśnie dokładnie to samo.
Wyciągali broń z szuflad.

Zresztą nikt nie musiał się domyśleć (bo wszyscy myśleć już skończyli. Bo mają zbiorową świadomość). Jeszcze kilkadziesiąt minut temu cicha ulica, teraz wyglądała jak niegdyś bazar w sobotę (przekupy namawiały do kupna warzyw, ktoś chciał sprzedać teściową...)

Ni nie mogę się powstrzymać:
Na dworze jest mrok
W pociągu jest tłok
Zaczyna się więc sielanka,
Mary wpada na Stefanka

Teraz jest wojna
Kto handluje ten żyje,
Jak sprzedam matkę, gruz i kaszankę,
To z Mary się też napiję


Z domów, kamienic wybiegali mężczyźni, chłopcy, niekiedy nawet dzieci i wszyscy dumie kroczyli w jednym kierunku.
A szli tam bo...?
Bo dostali cynk, że szóstego września Umiastowski nakazał ewakuację?
I na wszelki wypadek odczekali 20 dni?

Btw, gdybyście pytali, drodzy Czytelnicy, gdzie oni poszli i po co - od razu mówię, że nikt tego nie wie.
Poszli, przepadli, dym tylko dusi...
I krzyk wysoki we mgle, we mgle.


- Zajmij się Mattem, pozamykaj drzwi i okna. Za wszelką cenę nikogo nie wpuszczaj. – brunet skierował te słowa do swojej siostry, po czym podszedł do Andrzeja i podał mu broń.
Broń jest normalnym wyposażeniem szafek w sypialni każdego przeciętnego mieszkania.

Zdążył spojrzeń [rzucić jeszcze snop] jeszcze ukradkiem na Mary. Dziewczyna patrzyła się na niego troskliwie. Jakby stęskniona jego widoku, jakby nie widziała, go od dłuższego czasu, albo miałaby go nie zobaczyć już. Jej serce przyśpieszyło, zmieniając swój naturalny rytm bicia. Nie miała pojęcia, czemu tak bardzo martwi się o człowieka, którego praktycznie nie zna, lecz nie dbała teraz o to.
No jak to nie masz pojęcia? Przecież to tru laver twój!
Co Ty. Palpitację miała, jak nic.

- Uważaj na siebie. – tymi słowami zdołała go pożegnać, a potem dostrzegła tylko zamykające się drzwi. Musiała odgonić swoje wszystkie myśli i przystąpić do rzeczywistości (rzeczywistość odsuwała się, wciskając wątłe ciałko w kąt).
Dlaczego mi się kojarzy “Przystąpmy do szopy, uściskajmy stopy”...

Skojarzyła, że brunet wspominał, iż siostra ma zająć się Mattem.
Mary odwróciła się na pięcie i dopiero teraz zrozumiała o co mu chodziło. Ten rudy chłopak, to był Matt. A Lili w tej chwili cięła nożyczkami rękaw jego bluzki.
Bluzki?!
Test Opkowistości: jeśli nie masz pojęcia, czy jesteś w opku, sprawdź, co ma na sobie najbliższy mężczyzna. Jeśli bluzkę - to z pewnością opko.

Blondynka dostrzegła krew, cała jego ręka była nią pokryta.
- Szczęście w nieszczęście (co? jebło!).
Kilka milimetrów w bok i nawet by cię nie drasnęło, jednak kilka centymetrów w drugą stronę, a kula trafiłaby prosto w twoje serce (no chyba nie...). – Lili próbowała chyba pocieszyć jakoś chłopaka, jednak nie za bardzo jej się powiodło.

Brunetka nie bała się krwi, wiedziała, że to może się stać [ta krew], więc psychicznie była przygotowana na taką sytuację. Technicznie też – posiadała całą apteczkę z potrzebnymi przedmiotami, ale praktycznie – nie za bardzo wiedziała co z tym wszystkim zrobić.
Dlatego próbowała polewać ranę herbatą i, zamiast ręki, zabandażowała mu nogę.
Pozwólcie, że zacytuję klasyka: i wszystko to jak krew w piach!

Blondynka zbliżyła się do niej i zabrała z jej rąk bandaże. Obdarzyła uspokajającym uśmiechem
Te bandaże?
Na ich miejscu też bym się bała,
a Lili odsunęła się powoli.

- Znam się na tym. W końcu jestem córką wojskowego.
Na co dzień opatruję rany tatusiowi, a w naszym domu w czasie I wojny był szpital polowy... oh wait, tylko mnie wtedy jeszcze nie było na świecie.

– od razu zajęła się dokładnym przemyciem rany, najważniejsze by nie zdało się jakiekolwiek zarażenie [zakażenie], a tak to rana sama dojdzie do siebie po pewnym czasie.
Rana była nieco zdezorientowana,szok pourazowy dawał jej się we znaki.

- Twój tata jest żołnierzem? – zapytała brunetka.
- Tak, w sumie już odszedł do rezerwy, ale gdy wybuchła wojna to czuł się w obowiązku i ruszył na front z innymi.
To znaczy z kim? Z Polakami?
Specjalnie po to przyjechał.
A, no to cofam pytanie.

– Mary nie widziała już ojca od kilku tygodni, ale akurat o niego się nie martwiła. Henry służył długo wojsku, brał udział w różnych akcjach i zawsze wracał cały i zdrowy.
Ciekawe, w jakich akcjach mógł brać udział Henry w latach 30-tych XX wieku? W wojnie domowej w Hiszpanii?!
Wcześniej pewnie w tej epizodycznej akcji zwanej Wielką Wojną, a potem może tłumił jakieś bunty w koloniach?

Zawsze obiecywał, że nic mu się nie stanie i tych obietnic dotrzymywał.
Tak i teraz. Obywatel brytyjski, jako jednoosobowy korpus ekspedycyjny złożony z jednego rezerwisty, poszedł na wojnę z resztą całkiem obcych chłopaków. Było nieistotnym szczegółem, że jako obcokrajowiec nie tylko, że nie podlegał powszechnej mobilizacji do wojska polskiego, gdzie mógł być potraktowany jako szpieg, ale też miał przechlapane u swoich - jako dezerter.

Reszta dnia dłużyła się w nieskończoność. Gdy tylko Matt opuścił mieszkanie, kobiety pozamykały drzwi, zasłoniły okna i siedziały w ciszy. Jednak odgłosy z zewnątrz nie dawały im spokoju.
Ciekawe, jakie to dźwięki dochodziły zza okien, skoro nie świadczyły o zagrożeniu, bo wtedy rozsądnie byłoby zbiec do piwnicy. Jeśli była dobra rozpierducha, to pewnie kibice CWKS Legia wracali po meczu z Lechem Poznań.
Aaaaa, może ci wszyscy mężczyźni i chłopcy, co parę akapitów temu wyruszyli nie wiadomo dokąd - po prostu poszli kibicować?

Przez myśli przewijały się różne nieprzyjemne myśli (a masło jest maślane, oczywiście), lecz musiały je ignorować, by nie zwariować.

Lili położyła się w pokoju i wolała zostać sama. Blondynka postanowiła nie przeszkadzać jej, jedynie okryła ją kocem i opuściła pokoik. Zajęła miejsce w głównym pokoju na kanapie i zaczęła rozglądać się dookoła, chcąc na czymś innym skoncentrować swoje myśli. Na ścianie dostrzegła małe zdjęcia.
W końcu zmieniła tor myślenia i podeszła powoli do nich.
Rozumiem, że myślenie to ciężka praca, ale jednak nie aż tak!
Oj wiesz, wajcha zardzewiała i zwrotnica się zacina.

Zaczęła przyglądać się każdemu po kolei. Na większości z nich znajdowali się Lili i Steven, na niektórych zapewne ich rodzice, ale wszędzie pojawiała się także jeszcze jedna, nieznana dziewczynie postać. Był to jakiś mężczyzna, który wydawał się trochę starszy od znanego jej bruneta. Musiał to być ktoś bliski, ponieważ przejawiał się na różnych fotografiach.
Dużo tych zdjęć... Pewnie wszystkie z Anglii zabrali, bo wiedzieli, że osiedlą się na stałe.

Mary zaczęła snuć domysły, jednak nie udało jej się wpaść na żaden porządny pomysł (próba myślenia sprawiła, że Mary znowu poczuła się niezręcznie), gdy nagle przeszkodziło jej pukanie do drzwi.
“To ja, bomba zapalająca. Mogę zapalić?” - zapytała bomba.

W pierwszej chwili młoda kobieta zamarła. Pamiętała, że ma nikomu nie otwierać, nie pokazywać, że ktokolwiek znajduje się w tym mieszkaniu, więc nawet nie drgnęła z miejsca dopóki nie usłyszała.
- Otwórzcie to ja Steven.
Steven musiał nieźle się drzeć na klatce schodowej, skoro w głębi mieszkania Mary usłyszała jego głos.

– wtedy odetchnęła z ulgą i zbliżyła się do drzwi. Otworzyła trzy zamki, wpuściła go do środka, po czym ponownie zamknęła dokładnie drzwi. Gdy odwróciła się do mężczyzny przodem spotkała się z wrogim spojrzeniem.
- Błąd. Sprawdzałem was, a ty oblałaś. Jeśli ktoś mówi, że jest mną to nie koniecznie oznacza, że to jestem ja. Lili nie powiedziała Ci o haśle? – Steven zapytał lekko zdziwiony.
Wdraża się chłopak w styl życia konspiratora. Na klatce schodowej wrzeszczy po angielsku, aż echo dudni po kamienicy. Wyobraźcie sobie scenkę, gdy przez zamknięte drzwi prowadzona jest wymiana haseł i odzewów. Nikt nie zwróciłby na to uwagi.
Heloł, chłopcze, a przed kim właściwie ta konspira? Warszawa jeszcze nie skapitulowała, jesteś wśród Polaków, którzy Anglikom byli zdecydowanie życzliwi (zwłaszcza odkąd Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę). Na hasła przyjdzie czas - ale jeszcze nie teraz...
Niewiele później uniwersalnym hasłem otwierającym każde drzwi będzie: Geheime Staatspolizei! Aufmachen!

– Kim jest ten młody mężczyzna, pojawiający się na fotografiach? – to pytanie sprawiło jedynie, że Steven spojrzał ponownie w kierunku drzwi i odpowiedział na nie, ale o wiele ciszej, niż mówił wcześniej.
- To był Edmund. Narzeczony Lili… Przyjechał tu razem z nami, ale nie chciał działać jak my, zresztą on był w wojsku, więc od razu poszedł na front.
Jako obywatel Wielkiej Brytanii, w ten sposób wykręcił się od służby w szeregach Sił Zbrojnych Korony.

I już nie wrócił.
Nie wiedział jak spod Bzury wydostać się do Warszawy.

Otrzymaliśmy tylko wiadomość od znajomego, który widział wszystko za własne oczy (oddał własne oczy, żeby to zobaczyć, doceńcie to!). – głos bruneta był przepełniony żalem, smutkiem, a także goryczą. Gdyby mógł to poszedłby tam poszedł za niego. Jednak Edmund sam tego chciał, takie czuł powołanie i był świadomy, że może umrzeć. Lecz nawet w swych ostatnich chwilach za pewne nie żałował swoich decyzji.
I tylko do końca nie mógł zrozumieć, dlaczego bierze udział w tej hecy o Danzig.

[Mary opowiada długą i rzewną historię o swym młodszym bracie, który zastrzelił się przypadkowo, bawiąc bronią ojca. Opowieść nic nie wnosi do akcji więc ją wycinamy.]

Rozdział 3:
Gdy wydawało się, że miniony tydzień był najkoszmarniejszym w życiu, następnie okazywało się, iż kolejny jest jeszcze gorszy. Każdy dzień był nie tylko pozbawiany jakichkolwiek barw, ale na dodatek panoszył się w nim ogrom smutku i żalu.
Liście w parkach opadły, dni były coraz to krótsze.

Bliscy, znajomi oraz inni obywatele Warszawy znikali i nigdy nie wracali.
W końcu zostali tylko Anglicy - nielegalni imigranci.

Czasem ich śmierć była publiczna, widoczna dla każdego kto znalazł się w nieodpowiednim czasie i w niewłaściwym miejscu. Znaczna część społeczeństwa została przeniesiona w specjalnie wydzieloną część stolicy (aŁtorka przyspieszyła powstanie getta - paradoks jak w mordę strzelił. Doktorze, gdzie jesteś?!), to co się tam działo było tajemnicą, a dla własnego dobra lepiej było jej nie poruszać. Reszta mieszkańców miała wystarczająco dużo kłopotów na swojej głowie – domowe rewizje, przeszukania na ulicy, wyrzekanie się polskości na każdym kroku.
Od czasu do czasu jakiś pocisk trafił w kamienicę, takie tam, czasem Gestapo wpadło na chawirę, normalka.


Jednak Polacy  nigdy nie dają sobą pomiatać i nie mogą patrzeć, jak wszystko co kochają niknie na ich oczach. Zaczęli się gromadzić, tworzyć grupy, oddziały, organizowali tajne stowarzyszenia. Rozpoczynali małe akcje, propagandy, rozbrajanie, ośmieszanie.
Dobra, coś jej dzwoni, coś dzwoni...

Gdy tylko grupa Stevena udowodniła, że trzyma ich stronę to także się przyłączyła. Na początku większość patrzyła z nieufnością na obcokrajowców, ale właśnie oni byli w stanie postawić wszystko na jedną kartę – nie walczyli o swoje dobro, bronili dobro ogółu, świata, pokoju (wybielanie historii w praktyce, drodzy państwo). To był ich główny cel, dlatego byli odpowiednimi ludźmi do ciężkich i ryzykownych zadań.
Idąc tokiem myślenia aŁtorki: kandydatki na miss to najlepszy materiał na agentów podziemia. One też pragną pokoju na świecie.
Ej, to na pewno są Brytyjczycy? Jak Bora kocham, brakuje mi tu amerykańskiego hymnu i łopotu gwiaździstego sztandaru.

W przypadku niepowodzenia, nie było zagrożenia, iż będzie cierpień [a może sierpień] ich rodzina, małe dzieci, że ktoś bliski może zginąć za ich działania.
Zwłaszcza że w odwecie za działania podziemia ginęli zwykle przypadkowi ludzie z łapanek. Ale jeśli to jesień ‘39, to podziemie dopiero raczkuje.

Oczywiście w grupie Stevena wytworzyło się wiele przyjaźni, jednak tej pory nic poza tym.
Ale spokojnie, tru lovery jeszcze się odnajdą, jak w każdym dobrym opku.

Przykładali wiele starań, by każdy szczegół został dopełniony.
Bór jeden wi, co to znaczy, ale brzmi ładnie.

Krok po kroku rozbudowywali swoje siły – to trwało miesiącami, jednak nikt nie mówił, że to będzie krótka wojna
Szukali kolejnych Anglików w Warszawie, było ich tak wielu, że w końcu stworzyli własną armię.
“Nikt nie mówił, że to będzie krótka wojna” - Fuhrer miał o tym inne zdanie.

Budujące było dla nich to, iż odnosili sukcesy. A każde małe zwycięstwo zbliżało ich o mały kroczek do wielkiej wygranej.
Najprawdopodobniej popadliby w paranoje, ślepo zapatrzeni w swoje ideologie wszechobecnego pokoju osiąganego metodami zbrojnymi, gdyby nie to,  że czasem udało im się odetchnąć i żyć zwyczajnie.
Jak wygląda zwyczajne życie pacyfisty w czasie wojny?

Kiedy były właściwe okazje, nie odmawiali sobie świętowania. Jedną z nich było Boże Narodzenie. Mary z Lili zorganizowały wieczerzę – co nie było prostym zadaniem w obecnych czasach, więc kolacja wigilijna nie cechowała się przepychem i wykwintnością, jednak kobiety nie to chciały osiągnąć. Bardziej ceniły możliwość zjedzenia wspólnego posiłku, połamania się opłatkiem i wręczenia symbolicznych prezentów.
Anglicy nie słyszeli bowiem o rodzimym zwyczaju świątecznego obiadu, a dzielenie się opłatkiem w ciągu miesiąca zapożyczyli od Polaków. Seems legit.
Wtapiali się w tło - nie czujesz, że to element konspiry? Nie? Ja też nie.

Światła zostały zgaszone, a zasłony zakryły okna, jakby każdy szykował się do snu,
To w ramach akrobacji myślowej “zasłonimy okna i będziemy udawać że śpimy”, żeby Szkopy nawet nie myślały, że przestrzegamy nakazu zaciemnienia, tylko tak sobie robimy nastrój.

jednak w środku zostały zapalone świecie, przy wigilijnym stole (wzruszyłam się). Pod starym obrusem znajdowało się sianko, a na nim kilka potraw.
Na tym sianku pod obrusem? W takim razie tylko barszcz wyszedł na swoje.

Mimo obowiązującego minimalizmu, każdy rozumiejąc prawdziwą wartość Świąt Bożego Narodzenia, tego dnia ubrał się przyzwoicie (zignorowali minimalizm, oblekli się w iście barokowe kreacje). Steven i Andrzej przyodziali białe koszule, które na ostatnią chwilę udało im się kupić u znajomego krawca.
Bo do sklepów z gotową konfekcją ich lordowskie moście się nie zniżały?

Natomiast kobiety w sukienkach, w stonowanych barwach tego dnia wyglądały uroczo (przez resztę roku każdy bał się na nie spojrzeć, takie były brzydkie). Lecz wtedy liczyło się coś innego niż aparycja – cudowna atmosfera, spokój, miłość. Składając sobie życzenia, nikt nie wspominał o wojnie, nie tego dnia. Wszyscy zachowali się, jakby ich życie toczyło się całkiem zwyczajnie. Musieli wykorzystać ten dzień, ponieważ posiadali świadomość tego, że ich walka nie będzie krótka…
Prorocy, jako żywo - w 1939/40 to jeszcze wszyscy się pocieszali, że “im słoneczko wyżej, tym Sikorski bliżej”, że z wiosną Anglia zacznie działania wojenne, że tylko patrzeć, jak ruszy się Ameryka, i że generalnie kolejne święta będą już obchodzić w wolnym kraju.


Wiosna 1940r.

Mamy więc Blitzkrieg w Europie Zachodniej. Podbita zostaje Holandia, Belgia, Luksemburg i Francja. W Norwegii też nie dzieje się najlepiej.

Operacja – „Rozbrajanie” (śmiechem chyba). Właśnie tym ostatnio zajmowali się wszyscy nieustraszeni pogromcy wampirów, gdy nie można było prowadzić bezpośrednich walk. W ten sposób gromadzili oni broń, którą było bardzo trudno uzyskać w owych czasach, a jednocześnie sprawiali, że zapasy niemieckie stają się coraz bardziej ubogie.
Kilkunastoosobowa szajka musiała kraść niemieckiej armii tyle broni, że ta zmuszona była bić się kamieniami. Z kolei powstańcy mieli w końcu tyle broni, że niektórzy nauczyli się strzelać stopami. Bajecznie.
Nie psuj mnie, bo nie wiedzieć czemu, wyobraziłam sobie strzelającego stopą Krzysztofa Kamila.

W ten sposób także działała grupa Stevena, która wśród całego państwa podziemnego [byli przez wszystkich świetnie znani jako wybitni konspiratorzy] była znana jako „Czerwone Lwy”.
Chyba “Czerwone Lwy Trockie”. Wyobrażam sobie uciechę w ZWZ, jaką wywoływała ta nazwa.

Nazwa ta była połączeniem dwóch największych symboli Anglii - Czerwonej Róży i Lwa. To rozróżniało ich na tle wszystkich tajnie działających oddziałów, wśród których stali się rozpoznawani i byli wielce szanowani za swą odwagę.
Rozpoznawalni, ale nadal tajni.
Zasad konspiracji bez ochyby nauczyli się u Stirlitza.

Gdy ich ojczysty graj (i śpiewaj)  milczał i nie miał zamiaru wyciągnąć pomocnej dłoni, oni nie bali się ewentualnej porażki i dumnie walczyli mężnie, jakby za swój kraj.
Wszystko jasne. Ojczysty Graj miał ich gdzieś, więc walczyli jakby za swój Kraj.
Jakby za kraj, ale może jednak za żelki Haribo dla wszystkich.

* * *
A teraz, Drodzy Czytelnicy przyjmijcie bezpieczną pozycję, bo czeka Was opis akcji konspiratorów.
Tłem będzie Bierstube, czyli piwiarnia dla żołnierzy Wehrmachtu.

Drzwi odrestaurowanej kawiarni, która ostatnimi czasy pełniła funkcje baru dla Niemców
Kawiarnia-ale-bar - oto aryjska myśl techniczna.

uchyliły się delikatnie, a do środka wkroczyła drobna postać. Dookoła było jedynie słychać stukot obcasów o drewniane panele
Panele! Panele!
wydawało się jakby wszystkie rozmowy nagle ucichły.
- Uuu, jaka cizia! Komm zu mir, Lorelai!

Postać pewnym siebie krokiem ruszyła w stronę barmana (unikając po drodze klepania po tyłku), który nie potrafił oderwać od niej spojrzenia.
Kobieta zrzuciła płaszcz, odkrywając nagie ramiona i przewiesiła go na oparciu krzesła, po chwili zajmując miejsce.
- Czystą poproszę. – jej słowa zabrzmiały bardzo pewnie, a jednocześnie zmysłowo.
- Sznapsa?! - upewnił się barman, gdyż jak znał panienki lekkich obyczajów odwiedzające piwiarnie dla frontowców, to one wolały dłużej zachować przytomność.

Barman nie myślał nawet odmówić, najprawdopodobniej by to zrobił, jednak kobieta mówiła do niego po niemiecku, a to był jedyny warunek do spełnienia, by korzystać z usług tego miejsca
Wystarczyło “szprechać” i nie trzeba było płacić? Czad.
TYLE WYGRAĆ.
Poza tym barman popadł w stupor, gdyż ponieważ albowiem właśnie przed chwilą dama zażyczyła sobie plebejskiej siwuchy, a nie koniaku, powiedzmy.

Chwilę później kieliszek pojawił się przed nią, a ta już miała sięgać po pieniądze, gdy z niedaleka można było usłyszeć.
- Na mój koszt. -  to był język niemiecki bez jakichkolwiek nalotów
Jego hasłem było: “najważniejsza jest niemiecka higiena jamy ustnej i dobre trawienie!”

I dobrze, takie Messerschmitty mogłyby utrudniać konwersację.
Bohaterka piła na koszt tego Niemca, bo sama mówiła z takim nalotem, że kiedy tylko otwierała usta, słychać było odgłosy wystrzałów i wybuchów.

jedynie z lekkim bełkotem spowodowanym nadmiarem alkoholu.

Kobieta uniosła wzrok i skierowała go w stronę owego mężczyzny, który już zbliżał się do niej. Jej umalowane czerwoną szminką usta ułożyły się w delikatnym uśmiechu. Wyglądały bardzo intensywnie na tle bladej twarzy i wyśmienicie współgrały z skąpą sukienką, która idealnie podkreślała kobiece kształty.
Na ten widok barman ostatecznie upewnił się, że ma przed sobą damę negocjowalnego afektu.

Anegdotka: w czyichś wspomnieniach wojennych (Grodzieńskiej?) wyczytałam historię o tym, jak pewna łączniczka jechała rano przez miasto dorożką, oczywiście wioząc jakieś nielegalne materiały, aż tu wtem! łapanka. Co zrobiła? Rozpuściła włosy i usiadła z rozsuniętymi kolanami, a Niemcy na ten widok uznali ją za prostytutkę wracającą z pracy i przepuścili bez sprawdzania. Co zatem pomyśleliby na widok mocno umalowanej kobiety w obcisłej, skąpej sukience?

- Dziękuję, miło, że są jeszcze na tym świecie prawdziwi mężczyźni (och, orły, sokoły, herosy!). – kobieta zaczęła [go] kokietować z nim [z nim]. Czy nie tego właśnie chce większość mężczyzn?
Większość byłaby nieco rozczarowana, gdyby na kokietowaniu się skończyło.

Pragną słuchać jacy to są dobrzy, wspaniali, idealni. I właśnie to robiła, podkreślała jego pozycje (a miał ich kilka na chybotliwym stołku barowym), chwaliła jego szczodrość i wygląd.
Kierowała rozmową tak, by nie przeszła na żaden poważniejszy tor.  
Ot, tylko takie duperelki.
Bawiła się nim, a on zapewne by to dostrzegł, gdyby nie to, że już nawet w jego oddechu można było wyczuć alkohol.
Widać, że aŁtoreczka nie miała jeszcze z alkoholem za wiele do czynienia (pochwalamy), bo inaczej wiedziałaby, że alkohol w oddechu czuje się od razu.

Dlatego też, nie zauważył nawet, kiedy kobieta wyłudzała od niego różne informacje.
Dla Nowego Pudelka Warszawskiego zapewne - skoro tak bardzo dbała, by rozmowa nie zeszła na żaden poważniejszy temat.

Znała dokładnie jego tożsamość, stopień, wiedziała czym się zajmuje, a on jedynie chwalił się dalej, ponieważ ona z ogromnym zadowoleniem wysłuchiwała jego opowieści, przytakiwała z uroczymi uśmiechem, śmiała się z mało zabawnych historii. Jednak to spotkanie nie miało skończyć się jedynie pustymi pogaduszkami.
Działalność szpiegowska wymaga niejakich poświęceń...

To miał być jedynie mało istotny wstęp do tego, co miało nastąpić później.
Do wpisu w panieńskim pamiętniku.

Mężczyzna, o imieniu Boris
Boris. Czujecie, jakie to na wskroś niemieckie?
Zapach niemieckości unosił się w powietrzu, niczym smrodek lekko przypalonej bratwurst.
Jak rozumiem swojski “Hans” jest już zbyt mainstreamowy?
No przestań, w hipsterskiej kawiarni spotkać mainstreamowe imię?!
Ach, racja, racja, ja tu z logiką do ludu, a lud mi łuuup! hipsterską kawiarnią-ale-barem między oczy.

nałożył gruby płaszcz na chude ramiona albo odwrotnie, a ona zapięła dokładnie każdy guzik. Na koniec obróciła się zgrabnie i ruszyła do drzwi, a on nie odchodził od niej nawet o krok. Blondyn otworzył przed nią drzwi, jednak za nim ta opuściła lokal zdążył ją jeszcze zatrzymać.
- W tym całym zamieszaniu nie przedstawiłaś mi się. – Boris spojrzał prosto w jej zielone oczy, a potem jego wzrok powędrował na lekko pokręcone blond włosy, które sięgały za ramiona.
- Marina
To imię brzmiało tak niemiecko, że Boris aż zadrżał na myśl, ile mają ze sobą wspólnego.
I see what you did there - Boris to kolejna przykrywka Stirlitza.

- A skażitie, kak waszije otczestwo, pażausta?
- Genriewna.
- A mienia zwut’ Boris Jegorowicz.
Godunow.

Nu, pogawarili
kak Beria z Dżugaszwili.

Brunet chodził w tą [tę] i z powrotem po chodniku, na przestrzeni zaledwie kilku metrów. Nie odzywał się ani słowem, jedynie kopał mały kamyczek. Denerwował się, co było do niego w ogóle nie podobne, lecz teraz musiał jakoś wyładować wszystkie negatywne emocje, więc nie mógł tak po prostu stać w miejscu.
- Dajcie mi Szwaba, a zaduszę go jak kurczaka!

- Steven. Tylko zwracasz na nas uwagę. –  ten głos należał do Andrzeja, który z lekkim pożałowaniem patrzył na bruneta. On oczywiście też był lekko [!] poirytowany, jednak nie okazywał tego. W pewien sposób przyzwyczaił się już do tego rodzaju akcji, mimo iż wiedział, że są wyjątkowo niebezpieczne.
Ach, to wieczne życie na krawędzi, ta adrenalina, gdy nasza koleżanka odwala najgorszą część zadania!

- Mało mnie to teraz obchodzi. Powinniśmy przestać, wystarczy, że my się tym zajmujemy, nie trzeba jej w to mieszać.
Znaczy co - chłopcy też zajmują się podrywaniem po barach niemieckich żołnierzy, by wyciągnąć z nich informacje?
Ach, po to więc były im potrzebne te damskie bluzeczki...

– pierwszy raz od ponad godziny Steven zatrzymał się w miejscu. Uniósł głowę i spojrzał w stronę swojego przyjaciela, który jedynie westchnął zrezygnowany.

- Mówisz to za każdym razem. Wiesz dokładnie, że nie da się wybić z jej głowy tego pomysłu, ona też chce czuć się potrzebna, też chce działać. Mówiła, że jest zawzięta po ojcu, nie przekonasz jej. Zresztą, chyba bardzo podoba jej się odgrywanie Mariny.
Mariny Genriewnej Hemingway, co tłumaczyło jej przedziwny akcent.
– Andrew uśmiechnął się po kryjomu, jednak gdy to zostało zauważone przez jego kolegę, to ten od razu spoważniał.
Ja dalej zachodzę w głowę, co mają ci Anglicy do Polski podziemnej. Matka Anglia się na nich wypięła, więc szukają nowego domu, czy co?
Takie rozważania nadają się do amerykańskiego filmidła typu “dramat psychologiczny”, więc patrzmy, co będzie dalej...

- Muszę przemówić Mary do rozumu. To ostatnia akcja w jej wykonaniu i przekonam ją do tego, bo jak nie to… gdzie ona jest?!
No właśnie... bo jak nie, to co?

– mężczyzna przerwał nagle swoją wypowiedź, gdy skierował wzrok w stronę baru. Jeszcze kilka minut temu siedziała w środku i rozmawiała z „niemieckim żołnierzykiem”, a teraz po prostu znikła (teleportacja krótkodystansowa znowu w akcji. Puff! i Merysójki nie ma).

- Przed chwilą jeszcze tam była?! On pyta, czy stwierdza? Niemożliwe?! – Andrzej tym razem też nie potrafił opanować swoich emocji. Mężczyźni wybiegli z małej uliczki i zaczęli się rozglądać dookoła, ale nikogo nie było w zasięgu wzroku. Nie mieli bladego pojęcia co robić, w którą stronę biec. Mogli pójść wszędzie i nie wiadomo, jak dawno opuścili bar. Steven i Andrew stali skołowani w miejscu, aż nie dotarł do nich przeraźliwy, głośny krzyk.
Zapamiętać: ubezpieczenie akcji polega na tym, żeby schować się w bocznej uliczce, z której nie mamy żadnego widoku na to, co się dzieje.
I przez godzinę kopać kamyk, miotać się w kółko, robić wszystko, aby tylko zostać zauważonym.

Taka właśnie była Mary. Nie miała zamiaru siedzieć spokojnie w domu, gdy jej przyjaciele narażali swoje życie każdego dnia. Chciała im pomagać i właśnie wtedy wpadła na ciekawy pomysł. Plan wyglądał tak. Lili zajmowała się przygotowaniem blondynki, malowała ją, ubierała, pokazała jej, jak należy chodzić na szpilkach, a także nauczyła ją niemieckiego.
W pół roku nauczyła się mówić tak poprawnie, że Fuhrerowi łezka by się w oku zakręciła.
O takich cudach nawet nie śnił, to lepsze od placówek Lebensbornu.
Majaczy mi się “Nikita” i przekształcanie dzikiej narkomanki w pełną uroku kobietę.

W końcu siostra Stevena była nauczycielką, łatwo przyswajała większość języków i mówiła płynnie po niemiecku, francusku, hiszpańsku (łacinie, japońsku, chińsku, klingońsku, kirgisku i suahili), jednak z nauką polskiego nadal miała małe problemy.
Dobrze, ale to jest o Lily...
No, jak Lily polskiego nie umiała, to i Mary się nie nauczyła, ot i wsio. O tym, że Mary miała polską mamę i babcię, zapomnieliśmy już kompletnie.

Mary gdy była gotowa odwiedzała jeden z niemieckich barów. W tym czasie chłopaki stali na straży. Blondynka zawsze zajmowała takie miejsce, by wszystko co się z nią dzieje było dobrze wdziane z zewnątrz. Jej zadaniem było zwrócenie na siebie uwagi jakiegoś pijanego, niemieckiego żołnierza, policjanta,
Jakiego,kurna, policjanta? Granatowego? Do takiego nawet szprechać nie trzeba, to swojak.
czy innego funkcjonariusza.
Listonosza, kolejarza albo dozorcy.

Miała go zabawiać, przy okazji zdobywając różne informacje, a gdy nadchodziła odpowiednia pora razem opuszczali lokum.
I udawali się w jakieś milsze i spokojniejsze miejsce?

I w tej chwili większość Niemców przestawała być miła. Zaczynali się narzucać, zapraszali do siebie
Do koszar lub na kwatery.
Jakie to niemiłe, straszne wręcz.
Ja to bym się dała zaprosić do domu, ale ja sprzedajna świnia jestem.

jednak zanim zdążyli zbliżyć się do Mary, chłopaki atakowali ich od tyłu.
Im też się należało trochę przyjemności.

Gdy mężczyzna był nieprzytomny, zabierali jego broń, a potem uciekali.
Rycząc ze śmiechu i przybijając piątkę. To, że za taki figiel pod ścianę szli zakładnicy z Pawiaka, w niczym nie psuło im humorów.
Jeżu, jeżu, jak oni tak pojedyńczo broń zdobywają, to ja się nie dziwię, że niektórym się w głowach kiełbasi i twierdzą, że powstanie w roku 1980 wybuchło.

Ten plan udało im się zrealizować kilkanaście razy, a ponieważ był skuteczny nikt nie widział nic przeciwko.
Z wyjątkiem władz okupacyjnych, które wzmagały terror oraz więźniów Pawiaka, którzy też nie byli tym wszystkim zachwyceni.

Jedynie Steven był negatywnie nastawiony i raz zorganizował nawet głosowanie w tej sprawie w swojej grupie, jednak nikt poza nim nie był przeciw tym akcjom, do tej pory.
Rozumiem, że Czerwone Lwy Trockie wybiły się na niezależność i nie podlegały dowództwu ZWZ (potem AK), więc grupa sama podejmowała (albo i nie, w zależności od wyników głosowania) różne akcje przeciw okupantowi.
Steven obraził się na demokrację i wyjechał do Związku Radzieckiego. Tam przybrał pseudonim Alaksander Biełow i poznał bardzo miłą Tanię Mietanową... A nie, to nie to opko, tamto wydano drukiem.

Mary była pewna, że za chwilę chłopaki pojawią się, jak zawsze i wszyscy będą mogli pójść spokojnie do domu, jednak Boris stawał się coraz bardziej nachalny, a po nich nie było ani śladu.
Strategicznie usunięto ich na chwilę z fabuły, żeby gwałciciel mógł uczynić swą powinność.

Zaczęła naprawdę się bać, gdy mężczyzna zaciągnął ją w boczną uliczkę. Próbowała odtrącić jego ręce, ale nie miała siły. On mówił coś do niej, jednak w stresie nie mogła nic zrozumieć z jego słów.
- Boria, czto ty gawarisz, kakaja wajna Giermancew z Sowietskim Sojuzom? Ty sumaszedszyj!

Położyła swoje małe dłonie na jego klatce piersiowej i spróbowała go odepchnąć, gdy ten przytwierdził ją do ściany swoim ciałem. Boris pozbył się bez większych problemów niechcianego płaszcza (żeby czasem nie uciekła, Boris przytrzymywał ją nogą) i wtedy blondynka poczuła dreszcze na swojej skórze.
Ojej, przecież bez płaszcza jeszcze się nam przeziębi! A to niedobry okupant, niedobry!

Z jej gardła wydobył się przeraźliwy okrzyk, ale moment później ostro pożałowała tego, ponieważ została uciszona uderzeniem w policzek. Nie widziała już jakiegokolwiek ratunku na siebie, cały czas próbowała walczyć z osiłkiem, jednak ona była kobietą niską, chudą, delikatną, a on dobrze zbudowanym żołnierzem, nie mogła się z nim mierzyć.
Dotarło do niej, że grać kurewkę nie jest tak łatwo.

Nienawidziła płakać, w ciągu ostatnich miesięcy próbowała ograniczać to do minimum, bo zły były oznaką słabości (Deneve, spojrzyj jeno, znowu te zły! Borze, jakież one złe!) – tak zawsze mówił Henry, jej ojciec. Jednak tym razem nie potrafiła się powstrzymać, zaczęła czując dłonie mężczyzny na swojej skórze.
Co zaczęła?

Czuła ogromny strach, a jednocześnie obrzydzenie do Borisa. W jej głowie pojawiały się cały czas myśli o ucieczce, krzyku o pomoc, jednak nie była w stanie nic zrobić
Widok Borisa bez płaszcza odebrał jej mowę.
No, pewnie. Miał Krzyż Żelazny

Nagle mężczyzna przed nią upadł (omdlenie, przyczyna - error 404: nie znaleziono). Ona poczuła tylko, jak jego ohydne ręce zostawiają jej ciało w spokoju i wtedy otworzyła oczy.
Spojrzała przed siebie, a on leżał nieprzytomny przed nią. Zupełnie nie było jej go szkoda w tej chwili.
A mnie troszkę. Drogi “Der Sturmer”, czy wszystko ze mną w porządku?

Uniosła delikatnie głowę i dostrzegła Andrzeja, który przytrzymywał go na wszelki wypadek i szukał broni jednocześnie. Zdążył posłać jej krótkie spojrzenie, jakby tylko sprawdzając czy wszystko w porządku. Ale nie chciał na nią patrzeć, obydwoje czuli by się mało komfortowo w tej chwili.
Nie chcem, ale muszem patrzeć. Rozumiem cię, Andrzeju-Andrew.

Andrew czuł się jednocześnie winny, on stał na straży, miał ją obserwować, ale na moment stracił kobietę z oczu i przez to wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Jego wyrzuty sumienia były tym większe, bo od pewnego czasu traktował on Mary, jak własną siostrę. Spędzali razem dużo czasu i wytworzyła się między nimi więź przyjaźni. Często, gdy się z nią przekomarzał nazywał ją Marysią, a ta jedynie śmiała się wtedy, bo sama niezbyt potrafiła w odpowiedni sposób wypowiedzieć to imię. Andrzej bał się, że przez swój błąd ucierpią na tym ich relacje.
Znaczy, przez błąd tych relacji? A to niech cierpią.

Mary dostrzegła czubki butów, co świadczyło o tym, że jest tu jeszcze ktoś.
No shit, Sherlock!
Tak naprawdę Andrzej przyniósł czyjeś buty i je tam zostawił.
A, niedobry chłopiec.
Zdarł je z trupa?

Powoli zebrała się w sobie i uniosła głowę, choć wewnętrznie przeprowadziła z sobą ogromną walkę. Czuła się teraz okropnie, jakby pozbawiona resztek godności. Trudno było jej się pogodzić z myślą, że miałaby komuś spojrzeć w twarz, jednak, gdy dostrzegła kto stoi kilka kroków od niej, od razu spojrzała mu prosto w oczy. Steven stał w miejscu, jakby zamurowany.
Mogło być gorzej, mógł krążyć wokół słupa ogłoszeniowego...

Jego pięści były mocno zaciśnięte co świadczyło o wypełniającym go gniewie.
Dedukcja godna śledczego z wieloletnim stażem... W11 już czeka.

Klatka piersiowa mężczyzny unosiła się nieco szybciej niż zazwyczaj, co mogło świadczyć o tym, że to on jest sprawcą ataku na Borisa
No to nie wiem... chuchnięciem go osłabił, czy co?

Albo, że właśnie hiperwentyluje.
Może też ma palpitacje?
Od szybkiego oddechu?! Prędzej by zemdlał, jak Boris.
No to nie ma. Poza tym - ja się nie znam, zarobiona jestem, przyjdź jutro

Lecz jego twarz nie okazywała ani odrobiny gniewu
za to reszta ciała i owszem. Twarz Steve’a to twarda sztuka była, nie dała się łatwo z równowagi wyprowadzić).

Można było z jej jedynie wyczytać troskę i wielką chęć ochrony.
Jak sprawdzić tru lavera: dać się napastować ultimate-german-Borisowi.

Przez chwilę patrzyli tak na siebie w ciszy, nie musieli nic mówić. Ten bezgłos  nie był w ogóle krępujący, mimo, iż powinien (widać nie czuł się zobowiązany do bycia krępującym). Zniknął on dopiero, gdy Mary nie mogła dalej powstrzymywać się od zahamowania łez i te pojawiły się na jej twarzy.
A łzy jej były kryształowe i z takim dziwnym dźwiękiem opadały na chodnik.
O, z takim! http://www.youtube.com/watch?v=6zXDo4dL7SU … A nie, to nie to...

Wtedy ruszyła w stronę mężczyzny, a ten rozchylił swoje ręce, by Mary mogła wtulić się w jego klatkę piersiową i wybuchnąć gromkim płaczem (związki frazeologicznie - to takie trudne vol.2). Chudymi rękoma objęła mężczyznę, a czoło oparła na jego ramieniu. Steven położył dłonie na jej plecach, przyciskając ją mocno do swego ciała. Skronią oparł się o jej głowę i nawet nie próbował uciszać dziewczyny. Nie miał zamiaru się ruszać, ani puszczać Mary dopóki ona sama nie wykaże takiej chęci.
I tak sobie stali przytuleni, z nieprzytomnym żołnierzem u stóp. A żandarmi dyskretnie odwracali od nich oczy szepcząc do siebie: “oni tak pięknie się kochają, nie przeszkadzajmy”.

Teraz sam najchętniej schował by ją przed całym światem, zamykając w jakimś bezpiecznym pudełeczku, do którego tylko on miałby dostęp.
Takich pudełeczek w Warszawie było kilka i były bardzo dobrze strzeżone.

Wtedy miałby pewność, że nic jej nie grozi, nic więcej się jej nie stanie.
Obydwoje zapomnieli o tym gdzie są, co ich otacza, nawet o tym, że kilka metrów dalej jest Andrzej i nieprzytomny Niemiec.
To niech lepiej sobie szybko przypomną, zanim spotka ich jakiś patrol.

Stracili poczucie czasu, trudno określić, czy stali tak zaledwie parę sekund, czy kilkanaście minut, bo nie czuli nawet doskwierającego zimna (wiosna, przypomina autor). I pewnie nie ruszyliby się z miejsca, gdyby nie to, że Steven nagle poczuł na swym ramieniu czyjąś dłoń. Gdy otworzył oczy zobaczył przed sobą swojego przyjaciela. Wymienili jedynie krótkie spojrzenia, brunet nie miał zamiaru się ruszać, ani prosić o to dziewczynę, więc Andrew zaryzykował.
Klasyka klasyków, drodzy państwo: jak tróloff to tylko po Gwałtu Próbie Strasznej.

- Mary, lepiej by było gdybyśmy poszli tu jest niebezpiecznie, a on powoli odzyskuje przytomność. – te słowa sprawiły, że Steven skierował na leżącego na ziemi człowieka swój wzrok. Najchętniej wyrwałby z dłoni przyjaciela broń i sam wymierzył karę, jednak nie ważne jak bardzo by tego chciał to, to kłóciło się z jego zasadami.
Nie mieli ich rozbrajać, po to by zabijać.
Ej, dziubasku, a po co ty im  broń zabierasz? Żeby powiesić sobie nad kominkiem, jak wrócisz już do Anglii?

To wywołałoby za wiele szumu, zresztą błękitnooki mężczyzna nie popierał nierównej walki.
W tych warunkach, aby móc z nim walczyć, powinien ocucić Borysa, dać mu broń i wyzwać na pojedynek. Chyba.

Bo zbrojne akcje Niemców przeciwko Polakom były wyjątkowo wyrównane... (Borze, gdzie ja logiki szukam, toż to AU).
Wujcio Adolf jest mocno wzruszony, więc przesyła pozdrowienia, bo szanowny Steven właśnie pozwolił mu na spokojny podbój Europy, taki z niego rycerski skurczybyk.

Blondynka pokiwała głową na słowa Andrzeja (słowa również pokiwały i uśmiechnęły się delikatnie), lecz nie spojrzała w jego kierunku. Odsunęła się od bruneta tylko na tyle, by móc iść. Polak poszedł przodem, badał on teren, a jednocześnie nie chciał wytwarzać niezręcznej sytuacji.
Miał ruski aparat do wytwarzania sztucznej mgły? Fakt, to trochę niezręczne
Steven objął jedną dłonią dziewczynę (Łubudu! i z Merysójki Calineczkę zrobiono. Bo skoro można objąć ją DŁONIĄ to innej możliwości nie widzę), przytrzymując ją cały czas blisko siebie, a drugą chwycił delikatnie jej dłoń, ruszając za przyjacielem (paradoksalnie... dłoń pozostała duża). Przez całą drogą ich spojrzenia spotkały się z sobą tylko raz, ale więcej nie było im potrzeba. Ten jeden raz wystarczył, by brunet otrzymał podziękowania za to, że jest tu i teraz z nią (ona tu jest i tańczy dla... Tfu, co ja gadam!).

Następnie jedynie w kojącej ciszy i panoszącym się dookoła mroku, wrócili do domu.
Unikając jak ognia patroli zgarniających wszystkich wałęsających się po godzinie policyjnej.

To już koniec opka cudnej urody. Z pełnej Angoli konspiracyjnej chawiry pozdrawiają Broz-Tito segregująca gruz-ale-beton i hipsterska Deneve ciskajaca złami z oczu.

A także Kura i Jasza częstujący się nawzajem koniną (świeżą, przynajmniej dobrą),
a Maskotek przeszmuglował się do Anglii przez Rumunię i wstąpił do Dywizjonu 303.

32 komentarze:

New Shadowlife pisze...

Boziu, że ja przez to przebrnęłam, to cud nad Wisłą. Takiego bełkotu aŁtorskiego dawno nie czytałam. Podziwiam.

Anonimowy pisze...

Analiza zdecydowanie jedna z lepszych. Dziekuje za czlowieka krola :D

Gaya Ru

Broz-Tito pisze...

To trzeba dziękować Deneve.

Ja osobiście za przynajmniej dobrą koninę chciałam podziękować :)

kura z biura pisze...

O! Zapomniałam, nie będę już dopisywać w analizie, ale jeśli kogoś interesuje, jak wyglądała podróż z okupowanej Polski do Anglii, to polecam "Kuriera z Warszawy" Jeziorańskiego. Można było na przykład płynąć w ładowni szwedzkiego statku, zamkniętej na głucho, przysypany węglem...

Anonimowy pisze...

Zgłaszam babola.

"Oczywiste było, że muszą całą rodziną wesprzeć starszą kobietę, która bardzo źle znosiła utarte marchewki wieloletniego partnera."
Droga Ałtoreczko. Ja wiem, że to trudne, ale pomyśl. Jeśli Henry ma teściową w okupowanym kraju(...)

Dostajemy informację, że bohaterowie sprowadzili się w zimie 1939 roku, czyli - zakładając, że chodzi o styczeń/luty - do okupacji mieli parę miesięcy, to nawet wynika z tekstu, wszak stoi w opku, że za parę miesięcy zmieni się życie Mary.

No, może przesadzam z tym babolem analizatorskim, ale nie czepiałabym się tak bardzo tej zimy (zrozumiałam, że zajechali na początku roku i przez chwilę nie mogłam się nadziwić, że analizatorzy popierniczyli tak oczywiste daty).

Wracam do czytania.
Hasz

kura z biura pisze...

Hasz, ale tam było, że w zimie przyjeżdżają do Warszawy, która właśnie leczy rany po wojnie! "Kto inny mógłby zamienić pałające życiem, rozwijające się miasto, na szarą okolicę, próbującej odzyskać jeszcze sił po wojnie Warszawy, jak nie oni. " No przecież nie po Cudzie nad Wisłą ;)

Rzabcia pisze...

Lubię takie opka, a to było szczególnej urody. Moje ukochane cytaty to:
"Obrazek zza okna nie był zachęcający. Nadchodziła ponura, smutna jesień.
Oraz nie mniej ponurzy, szarzy Niemcy w feldgrau." - piękne!
i
"zanotować: nalot nie jest atakiem bezpośrednim, ot, taka forma partyzantki" - zanotowane :)
Coś czuję, że jako osoba studiująca historię to chyba kilka wykładów na temat II WŚ przespałam, ale nic to! Zawsze z opka można się wiele dowiedzieć :)

Anonimowy pisze...

Jakaż utalentowana Merysójka, w niecałe pół roku niemieckiego się nauczyła w domu? Toż mi to zajęło 2,5 roku z ok. 9 lekcjami w tygodniu.

Idę się zabić, Logika zeszmaciła się wraz z Intelektem w domu publicznym prowadzonym przez Skrajną Głupotę.

Anonimowy pisze...

Cóż...Widać, że dziewczynie coś dzwoni, tyle, że kościół znajduje się jakieś sto kilometrów dalej.

A tak w ogóle, to jak te Herbaciane Lwy zdołały zawiązać jakąkolwiek konspirację w Polsce, skoro najwyraźniej nikt z nich nie mówi w naszym języku (Andrew - Andrzeja nie liczę, bo on też musiał wpierw w jakikolwiek sposób dowiedzieć się, że dzielni Anglicy szukają towarzyszy broni)?


Maryboo

Anonimowy pisze...

A miało być strasznie i dramatycznie...

Możecie w nią wierzyć lub nie, ale zatrzymajcie się na chwilę, by ją przeczytać. Nie będzie ona długa, nie zabierze dużo czasu z waszego życia, a może sprawi, że na moment zatrzymacie się i podziękujecie za życie i czasy, w których żyjecie. Bo mimo ciągłych kryzysów, korupcji, oszustw, przestępstw, które wychodzą na światło dzienne każdego dnia, ta dzisiejsza rzeczywistość jest stokroć razy lepsza od tej, którą wam przedstawię.

No nie wiem, czy tak przerażające było to opko. Próba gwałtu wcale nie była opisana drastycznie, aŁtorka nawet nie wspomniała, żeby gdzieś znaleźli zmasakrowane szczątki itd. Spoko.

Hiu

Anonimowy pisze...

"gdyby nie wyciągnął pomocnej dłoni, posiadałby wyrzuty sumienia."

Nabawiłby się wyrzutów na sumieniu.

"Ernest nie chciał wyjeżdżać. Musiał bowiem skończyć “Starego człowieka i morze”"

Biorąc pod uwagę, że wyjechał z Anglii do Polski, gdzie nie podlegał mobilizacji, to nie "Starego człowieka", tylko "Pożegnanie z bronią".

"Gdy ich ojczysty graj"

Skrót od "ojczysty grajdół"?

"była znana jako „Czerwone Lwy”.
Chyba “Czerwone Lwy Trockie"

Padłam.

Ale przy tym mam jedną prośbę: jeśli Jasza ma ochotę na potrzeby analizy transkrybować z rosyjskiego, to niech potem daje to komuś do sprawdzenia. Jasne, są różne systemy zapisywania, ale w żadnym "ваше" nie wygląda jak "waszije", bo po "sz" nie ma "i", jest tylko "je", które po spółgłoskach szypiaszczych wymawia sie twardo - czyli nawet nie "waszie" a "wasze". Nie "czto", tylko "szto". Nie "mienia zwut’" tylko "zowut" - tak, tam jest redukcja, ale nie aż tak silna, żeby całą samogłoskę wyparować w diabły. I co, u licha ciężkiego, robi ten apostrof na końcu? "зовут" nie kończy się miękkim znakiem, to nie bezokolicznik. Kwestię ujednolicenia pisowni "o" w pozycjach akcentowanych i nieakcentowanych już dyskretnie przemilczę.

Anonimowy pisze...

Marina i Boris mieli prawo niewyraźnie bełkotać po rosyjsku, bo oboje byli pijani. A że w dodatku niepoprawnie, no cóż - byli cudzoziemcami.

;)

jasza

Piafka pisze...

"Ciekawe, w jakich akcjach mógł brać udział Henry w latach 30-tych XX wieku? W wojnie domowej w Hiszpanii?!"
Znając jego dziwny zwyczaj odwiedzania krewnych w momencie, gdy w miejscu ich przebywania wybuchała wojna, żeby nie czuli się samotni w ogniu walk (vide: wstęp do opka), prawdopodobnie złożył przyjacielską wizytę kuzynowi Ernestowi, który w tym czasie pracował jako korespondent wojenny w Hiszpanii, właśnie. :)

Musiałam się wtrącić. Wracam do czytania.

zen_OFF pisze...

Geeeeenialne!

Teraz taka mała podpowiedź: następnym razem, gdy przyjdzie wam ochota na rekrutację, ogłoście to tutaj, a nie na forum. Mam dziwne wrażenie, że miałybyście więcej zgłoszeń :)

Babatunde Wolaka pisze...

"Oczywiste było, że muszą całą rodziną wesprzeć starszą kobietę, która bardzo źle znosiła utarte marchewki"
Kwiiik #1.

Co do tych bluzek - może Anglicy dostali je od kobiet na ulicy na znak, że widać są za mało męscy, skoro nie poszli na front, ale nie zrozumieli aluzji?

"Ciekawe, w jakich akcjach mógł brać udział Henry w latach 30-tych XX wieku? W wojnie domowej w Hiszpanii?!"
Jest wiele możliwości: Ulster, Palestyna, granica indyjsko-afgańska... Niezupełnie wojna, ale i tak niebezpiecznie. A jeżeli był ochotnikiem-idealistą, to mógł obskoczyć jeszcze Etiopię i Chiny.

"Boris. Czujecie, jakie to na wskroś niemieckie?"
No cóż. Borys III, car Bułgarii, był z pochodzenia Niemcem...

"jednak zanim zdążyli zbliżyć się do Mary, chłopaki atakowali ich od tyłu.
Im też się należało trochę przyjemności."
Kwiiik #2.

Anonim od rosyjskiego zapomniał o "pożałujsta" i narodowościach małą literą.

Analiza bardzo udana, nie tylko ze względu na Ludzi Króla.

Duela pisze...

Analiza przecudna, borska i tygrysiasta, ale zdecydowanie nie do czytania na lekcji.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że wojna była jak Multiplayer Oniline Battle Arena i zwizualizowałam sobie wujcia Józka S. i ciotkę Adolfinę H. z padami, przekrzykujących się nawzajem. Zdołałam się powstrzymać od śmiechu, ale koledzy się dziwnie patrzyli.

Konspiracja dzieci Stirlitza aka Czerwone Lwy (Trockie) godna Orderu Merlina Pierwszej Klasy. Od razu mi się "W Ciemności" przypomniało.

Btw po raz pierwszy zdarzyło się, że cycki mi opadły już po pierwszych linijkach tekstu. Zwykle zajmuje to trochę dłużej.

Tak czy inaczej, opka historyczne są najpiękniejsze, zwłaszcza, jeśli czytam je zaraz po lekturze "Medalionów" czy "Zdążyć Przed Panem Bogiem". Aż się boję wracać do Kałliców.

Shemmer pisze...

„Operacja – „Rozbrajanie” (śmiechem chyba). Właśnie tym ostatnio zajmowali się wszyscy nieustraszeni pogromcy wampirów, gdy nie można było prowadzić bezpośrednich walk.”

„Gdy ich ojczysty graj (i śpiewaj) „

„Jego hasłem było: “najważniejsza jest niemiecka higiena jamy ustnej i dobre trawienie!”

„Znaczy co - chłopcy też zajmują się podrywaniem po barach niemieckich żołnierzy, by wyciągnąć z nich informacje?
Ach, po to więc były im potrzebne te damskie bluzeczki...”
I tak dalej…

Umarłam i latam teraz z aniołkami w Wielkim Borze. Piękne.

Anonimowy pisze...

Duela: "Aż się boję wracać do Kałliców."

Kałlice mimo wszystko nadal gorsi. Autorka Krwawych Lwów Trockich miała jednak na tyle przyzwoitości, aby bohaterami uczynić członków ruchu oporu, a nie seksownych SSmanów. Prawda, że jak raz zmontowała sobie to podziemie z Anglików, których w Warszawie nie miało wtedy prawa być. A ta wzmianka, że Anglicy bili się skuteczniej od Polaków, bo walczyli nie o jakiś tam zapyziały kraik, tylko o pokój na świecie, jest po prostu niewiarygodnie obraźliwa (ciekawe, czy mówią jej coś słowa "Monte Cassino"?). Tak czy inaczej, wszystko jest lepsze od gestapowca Kaulitza wracającego do domu po ciężkim dniu przesłuchiwania więźniów i Dawidka, zbiega z Oświęcimia, roztkliwiającego się nad nim, że taki biedak zmęczony.

Anonimowy pisze...

To znowu ja, Arthur Weasley.

"Monte Cassino" mówi, a ja ciekaw jestem, czy Przedmówcy mówi "El-Alamein" albo "Normandia". Natomiast oczywiście nie bili się o żaden pokój, tylko o Anglię.

DzieUo jakie jest każdy widzi, poziom nonsensu nieco niższy niż u Kaulitzów, za to nieporadność językowa dużo wieksza. Niemniej w ferworze dyskusji trochę analizatorki poniosło.

Nie rozumiem, dlaczego hasło "rozbrajanie" kwitują "śmiechem chyba". Owszem, sporo broni w ten sposób podziemie pozyskało i na ogół nie powodowało to egzekucji odwetowych, zwłaszcza jeśli żołnierza tylko rozbrojono (najwyżej on mógł trafić do karnej kompanii czy w późniejszych czasach na front wschodni).

Zorganizowane podziemie nie powstało w listopadzie. Służbę Zwycięstwu Polski, późniejszy ZWZ, utworzono jeszcze w oblężonej Warszawie, równie jak Szare Szeregi.

Przejście od nalotów do ataku bezpośredniego jak najbardziej może nastąpić, mianowicie w postaci uderzenia siłami lądowymi - a to, że takowe nastąpiło w Warszawie już 8 września, to zupełnie inna historia.

Czy obywatel brytyjski popełniłby przestępstwo zaciągając się do armii państwa sprzymierzonego, a od 3 września wręcz uczestniczącego w tej samej wojnie co Wielka Brytania i po tej samej stronie - nie wiem. Analizatorki sprawdziły?

[Geheime Staatspolizei! Aufmachen!]?! Nie Geheime Staatspolizei, tylko po prostu Polizei.

[I tylko do końca nie mógł zrozumieć, dlaczego bierze udział w tej hecy o Danzig.]

E tam. Z tego samego powodu, z którego jego ojciec brał udział w hecy o Dardanele, dziadek o Chartum, a jego wnuk w hecy o Kabul: bo w tej awanturze bierze udział Wielka Brytania. Right or wrong, my country.

Uwaga w sprawie sznapsa trafna, ale zbyt mało wyraźnie wygłoszona, ałtorki mogą nie zrozumieć: przed wojną kobiety (poza kobietami upadłymi) nie piły wódki. Ani w ogóle nie piły w lokalach gastronomicznych alkoholu na własny koszt. Kobieta, która podchodzi do baru i żąda wódki, równie dobrze mogłaby mieć identyfikator z napisem "Jawnogrzesznica".

["Jej zadaniem było zwrócenie na siebie uwagi jakiegoś pijanego, niemieckiego żołnierza, policjanta,"
Jakiego,kurna, policjanta? Granatowego?]
Niemieckiego. Skąd pomysł, że w GG nie było niemieckiej policji?
Że informacjami pozyskiwanymi od szeregowców i krawężników to się podziemie wiele nie upasie, to inna sprawa.

Anonimowy pisze...

Arthur Weasley: "Monte Cassino" mówi, a ja ciekaw jestem, czy Przedmówcy mówi "El-Alamein" albo "Normandia".

Absolutnie nic. Przedmówca został wychowany przez wilki w stepie na Łuku Kurskim i dopiero wczoraj go odnaleziono.

A poważnie: przykład Monte Cassino został dobrany tendencyjnie, jako doskonała kontra do sytuacji w opowiadaniu, gdzie Anglicy walczą ramię w ramię z Polakami i to właśnie ci Anglicy, są rzekomo najwłaściwszymi ludźmi "do ciężkich i ryzykownych zadań", ponieważ "bronią dobro ogółu". Monte Cassino to dość znany przykład serii bitew z II WŚ, gdzie walczyli i Polacy, i Anglicy, symultanicznie i konsekutywnie, i można sobie porównać, czy Polacy faktycznie odstawali na niekorzyść.

"przed wojną kobiety (poza kobietami upadłymi) nie piły wódki."

A to akurat nieprawda. Pierwszy przykład z brzegu: "Moralność pani Dulskiej" i scena, w które Juliasiewiczowa radzi Dulskiej, żeby poczęstowała chrzestną Hanki wódką (a przecież próbują ją sobie zjednać, nie obrazić).

Broz-Tito pisze...

A ja tu przybiegłam, bo poczułam się wywołana do tablicy tym granatowym policjantem.
Nie wiem, ja tam doskonale wiem, że w GG niemiecka policja była (o Kripo rozmawiamy, bo nie wiem co dodać?), ot taki ciąg skojarzeń: policjant-granatowy.

I znów brzydki skrót myślowy z listopadem - miałam na myśli to, że działa - oficjalnie zorganizowane - w listopadzie, bo we wrześniu u październiku to się jednak co innego działo - nie odmawiam, że uformowano je wcześniej. Tak mnie przynajmniej na historii uczono.

Anonimowy pisze...

Rządowe podziemie, czyli SZP, działało od początku (takoż różne inne organizacje, z których część Niemcy wyłapali, część trafiła do AK w ramach akcji scaleniowej, a były i takie, które do końca działały samodzielnie). A to, dlaczego z tego się w listopadzie zrobił ZWZ, czym się różnił od SZP i jakie emigracyjne czy sojusznicze rozgrywki się za tym kryły, to zupełnie inna historia.

Co do policji, to Policję Państwową Niemcy traktowali jak obecne straże miejskie i mniej więcej tyle z niej mieli pożytku. W świecie równoległym, w którym rozgrywa się akcja opowieści o Kaulitzach, zajmowałaby się głównie wlepianiem mandatów za parkowanie na kopertach "Nur fur Deutsche".

ad wódka
Jednakowoż nadal twierdzę, że kobieta wchodząca sama do knajpy i żądająca wódki równie dobrze mogłaby zakrzyknąć "Kupujcie wdzięki od starej sprzedawczyni wdzięków".

Anonimowy pisze...

"Policję Państwową Niemcy traktowali jak obecne straże miejskie i mniej więcej tyle z niej mieli pożytku. W świecie równoległym, w którym rozgrywa się akcja opowieści o Kaulitzach, zajmowałaby się głównie wlepianiem mandatów za parkowanie na kopertach "Nur fur Deutsche".

Dziękuję za tę wizję, ledwie udało mi się wygrzebać spod biurka.

"Jednakowoż nadal twierdzę, że kobieta wchodząca sama do knajpy i żądająca wódki równie dobrze mogłaby zakrzyknąć "Kupujcie wdzięki od starej sprzedawczyni wdzięków"."

To należałoby jakoś doprecyzować np. "kobiety nie piły wódki w barach" albo "nie zamawiały wódki", bo stwierdzenie "kobiety przed wojną nie piły wódki" da się natychmiast obalić przykładami z literatury (Dulska, Chłopi, Wesele, czy autobiograficzna powieść Krzysztonia "Wielbłąd na stepie", gdzie starsza pani mówi kategorycznie: "Wspaniała rzecz to jest jedna, chłopcze - wódeczka", po czym z lubością wymienia różne marki wódek). Kobiety z klas wyższych w międzywojniu chętnie sięgały po wysokoprocentowe likiery, koniak, poncz albo drinki, chłopki i robotnice oczywiście nie miały dostępu do takich fanaberii, więc piły, co było - wódkę albo piwo.

Broz-Tito pisze...

O tych różnych różniastych organizacjach myślałam, gdy pisałam uwagę o listopadzie, więc chyba nie ma co się rozdrabniać. Wiemy, że skróty myślowe są złe, ale kto ich nie używa? To chyba nie jest gorsze od tego opka czy opka o Kaulitzach, które zupełnie gwałcą historię.

Anonimowy pisze...

"Mistrzowie konspiracji, ci Anglicy - przez mieszkanie dzień w dzień przewijają się dziesiątki osób i absolutnie nie wzbudzają podejrzeń. Nie mówiąc o tym, że zorganizowany ruch oporu (ZWZ, później AK) powstał w listopadzie..."

Najpierw to powstała Służba Zwycięstwu Polski, 27 września, dopiero z niej ZWZ. Ale i tak, kolejna Siekiera-motyka, znowu mogę umierać ze śmiechu! ^^

kura z biura pisze...

Jeszcze co do picia alkoholu przez kobiety - nie studiowałam tematu jakoś dogłębnie, ale mam wrażenie, wyniesione z lektur i filmów, że chociaż rzecz sama nie była zakazana, to była postrzegana o wiele bardziej w kategoriach upadku moralnego, niż obecnie. Wódkę piły raczej kobiety z niższych sfer i to poczęstowane, a nie samodzielnie zamawiając. Gdyby kobieta z klasy średniej ot, tak zamówiła sobie wódkę (a niechby i koniak) w lokalu, mogłoby to wywołać skandal. Tak mi się przynajmniej wydaje.
No a samotna kobieta w wydekoltowanej, obcisłej sukience, która w dodatku zamawia wódkę, byłaby raczej jednoznacznie postrzegana jako prostytutka - i mogę się założyć, że autorce bynajmniej nie o to chodziło...

Anonimowy pisze...

Waszego bloga poleciła mi przyjaciółka. Wpadłam tylko na chwilę, ale zostałam na dłużej. Przeczytałam wszystkie analizy i wszystkie są niesamowite. Wszyscy analizatorzy są świetni, ale najbardziej lubię Jaszę. Uwielbiam analizy, w których bierze udział. Jest moim zdecydowanym idolem. ^ ^

Kagami

Anonimowy pisze...

"Nie miała teraz innego wyboru, nie miała dokąd iść.
>>Dlatego najlepiej iść z pierwszym-lepszym napotkanym facetem...<<"

No, to się akurat da uzasadnić. Wcale nie uważam, by wzorzec postępowania pt. "rzucam się w szale rozpaczy na gruzowsko i gołymi rękoma próbuję odwalać cegły" był jedynie słusznym. Doskonale mogę sobie wyobrazić, jak dziewczyna, będąc w szoku, daje się bezwolnie gdzieś odciągnąć i specjalnie przy tym nie protestuje. Widzę też dobre uzasadnienie dla odciągającego: przerażone dziewczę specjalnie się przy akcji ratunkowej nie przyda; jeśli ktoś z jej rodziny przeżył, to się prędzej czy później spotkają; a jak nie, to lepiej jej oszczędzić widoku walających się luzem rąk i nóg swoich najbliższych.
OK, to nie zostało tak opisane, wiem. Ale może o to chodziło.

Generalnie na obronę aŁtoreczki mogę powiedzieć, że miała jednak jakiś pomysł, i to pomysł nie całkiem banalny. Od Nazi-opka czy kolejnych lafstory z Bieberem w roli prawie głównej, tudzież n-ty raz wałkowanego Malfoya pragnącego się sparować (i sparzyć przy okazji) z Hermioną, dzieli to opowiadanie dosyć sporo. A warsztat... Warsztat na razie cienki jak sempiterna węża, ale warsztat to często rzecz nabyta, a jedyną metodą, żeby nabyć, jest pisanie. Co do tego, czy w Wawie w '39 miała szansę być taka brytolska diaspora - nie wiem. Ale na rzecz fabuły można przyjąć, że mogła. Dużo ich tam w końcu w tym opku nie ma, można powiedzieć że to poziom błędu statystycznego. Natomiast motyw kilkunastu ludzi, wychowanych w mocno jednak odmiennej kulturze, rzuconych w sam środek okupacji i próbujących coś robić, może być bardzo nośny. Tu nie poniósł, to inna sprawa, ale nie od razu Kraków...
(BTW gdzieś czytałem anegdotę, która dobrze pokazuje jak Brytyjczycy sobie wyobrażali okupację. Ponoć w '40 roku ktoś tam powiedział, że nawet jeśli Niemcy przeprowadzą udaną inwazję, to długo się na Wyspach nie utrzymają. Przecież, pomijając wszystko inne, żaden angielski sklepikarz niczego szkopom nie sprzeda, więc nie będą mieli co żreć. Niezależnie od tego, czy to prawda, czy urban legend, zestawienie takiej mentalności z okupacyjnymi warszawskimi realiami mogło by być bardzo ciekawe).
W każdym razie znam ludzi, którzy z tej fabuły potrafiliby zrobić naprawdę świetne czytadło. Może, kiedyś, w odległej galaktyce... tfu, chciałem napisać w przyszłości, aŁtoreczka też będzie potrafiła.


A w ogóle to serdeczne dzięki!!! Przypomniałem sobie sławetne Sekcje Zwłok na Mirriel - chociaż mam nieodparte wrażenie, że przebijacie zjadliwością i ciętością to, co tam robiono. W każdym razie po przeczytaniu kilku analiz od chichotów boli mnie przepona, a rodzina rzuca mi ukradkiem dziwne spojrzenia. Będę śledził oraz indżojał.

Irytek

Anonimowy pisze...

[(Jasza:) Nie wiedział jak spod Bzury wydostać się do Warszawy.]

Gdyby bohater znalazł się POD Bzurą, faktycznie byłoby mu ciężko dostać się gdziekolwiek, musiałby się najpierw wykopać spod dna.
Albo bitwa nad Bzurą, albo pod Kutnem.
Czepiam się? Może, ale i cała komentująca czwórka na każdym kroku czepia się takich błędów.

Maria pisze...

Nie jestem specjalistą w dziedzinie historii obyczaju, ale wydaje mi się, że jednak kobieta zamawiająca wódkę w okresie międzywojennym nie była postrzegana jak mówicie - wystarczy zerknąć do historii krakowskich kawiarni. Jednakże nie tylko - popularna wówczas bohema, (przesiadująca głównie w dużych ośrodkach) w Krakowie i w Warszawie, znana była z tego, że łamała wszelkie konwenanse. Nie było to może bardzo powszechne ( kobiety jednak wciąż wcześnie wychodziły za mąż i potem opiekowały się dziećmi siedząc w domu, plus większość terenów naszego państwa to były jednak wsie - choć i tam kobitki lubiły popijać sobie samogon), ale też znowu nie jakieś zupełnie dziwne czy niespotykane dla bywalców takich lokali. To jednak nie XIX wiek, by można było taką kobietę uznać za ladacznicę. Zapewne na dziewczyny zadające się ze środowiskiem artystycznym czy popijające w knajpie czasem krzywo patrzano, ale bardziej ze względu na ich panieński stan niż zamiłowanie do różnych używek. Mam wrażenie, że bardzo źle odebrana mogłaby być kobieta zamężna spędzająca w ten sposób wieczór w towarzystwie obcych mężczyzn i przy alkoholu ;)
Jeśli zaś chodzi o te krakowskie "muzy" - spora ich część stała się prawdziwymi ikonami młodzieży w ówczesnym czasie i muzami dla twórców ( i serio nie mówię tu o prostytutkach, raczej o dziewczynach pochodzących często z dobrze sytuowanych rodzin), nie zapominajmy, że w Polsce był to okres już dość powszechnej emancypacji kobiet. Malowały, pisały, siedziały po nocach w knajpach gdzie piły i śpiewały. Oczywiście nie wyglądało to tak jak dziś, ale zbytniej pruderii też w tym nie było :)

Ogólnie obyczajowość lat 30 w naszym kraju wcale nie różniła się jakoś szczególnie mocno od tej powojennej - w Warszawie niemal co noc odbywały się bale i bankiety do rana, ogromna była popularność różnych nowych używek, a sposób zachowania aktorów i aktorek wcale nie był tak krystalicznie czysty jak zwykło się dziś uważać ;)
Do tego nie wydaje mi się by alkohol był u nas szczególnie kojarzony z prostytucją - w USA lat 50, owszem, bo tam kobieta, która zgodziła się iść do pracy np. jako sekretarka była uważana za niemoralną, ale w Polsce w XX leciu międzywojennym ? Wątpliwe.
Mogę dodać jeszcze taką ciekawostkę, że na naszych wsiach stara panna musiała się wykupić raz do roku stawiając całej wsi piwo w najbliższej karczmie.
PS. Jednym z najbardziej znanych anglików , który został w okupowanej Polsce, był reporter, który min. sfilmował właśnie to pierwsze bombardowanie Warszawy, o jakim było tu wspomniane. Jako jednak, iż nie mogę sobie przypomnieć nazwiska , nie jestem w stanie tego skonfrontować z Googlem i podać większej ilości szczegółów.

A tutaj polecam filmik o przedwojennej Warszawie:
https://www.youtube.com/watch?v=7nxu6PBbzpY

Oczywiście Opko uroczo kuriozalne :)

Maria pisze...

Dodam tylko, ze kiedyś dość mocno interesowałam się życiem knajpianym bohemy artystycznej końca XIX i początku XX wieku i pamiętam, ze jak dotarłam do różnych tekstów źródłowych ( listy Witkacego np.) to byłam mocno zaszokowana jak mało w ogóle wiemy o tym jak wyglądała wówczas nasza mentalność. A nie było wcale inaczej niż na zachodzie Europy i zdecydowanie nie było grzecznie jak chcielibyśmy to widzieć :)

Aby jeszcze me słowa nie były bez pokrycia - oto portret dziennikarki, autorstwa niemieckiego artysty Otto Dixa wykonany w 1926 roku.
http://lemniskata.blox.pl/resource/Portrait_of_the_Journalist_Sylvia_von_Harden_1926.jpg
Także wydaje mi się, ze pewną oznaką wyemancypowania było właśnie samotne kupienie sobie drinka, zaś oczekiwanie na to, że kupi nam go poznany w barze mężczyzna mogło być uważane za pewien rodzaj nierządu lub polowania na kawalerów ;)

Jak widzimy, przedstawiona na obrazie pani samotnie pije drinka i pali papierosa, a to jeszcze lata 20 :)
Wydekoltowana nie jest bo wtedy nie było mody na dekolty ;)

O ile też dobrze pamiętam z biograficznego filmu o Fridzie Kahlo - nie tylko wyjechała ona samotnie do Paryża, gdzie upijała się w domach uciech ale i bez problemu wynajmowała prostytutki
( nie będąc myloną z jedną z nich).

W Polsce kobiety udzielały się politycznie, mogły głosować, pracowały, studiowały, nawet związki nieślubne nie były czymś skrajnie dziwnym.

Przepraszam, ale miałam potrzebę przybliżyć ten aspekt historii bo bardzo często w naszej świadomości wiek XIX zlewa się z początkiem XX aż do momentu II WŚ, a potem jest przeskok na szary komunizm i wizerunek baby z kołchozu na ciągniku ;)



Astroni pisze...

Naprawdę takie coś wygrało cokolwiek? No to chyba wyłącznie za samą obecność, bo że to ktokolwiek przeczytał, to ciężko mi uwierzyć. Nie doszłam jeszcze do połowy, jak zasypały mnie podstawówkowe literówki z naciskiem (nie zawsze subtelnych) błędów w odmianie rzeczownika (np. nie zdejmował spojrzenie czy zaproponowała dzieleniem się jednym łóżkiem, na które nie miałyście już pewnie siły zwracać uwagi). O interpunkcji i faktach historycznych, które zawsze są dla aŁtorczyn takie oh-ah dyskusyjne i niejasne, już nawet nie będę wspominać. A co się tyczy frazeologii... Mam niemiłe wrażenie, że umiejętność posługiwania się nimi staje się powoli szlachetnym reliktem przeszłości...

Reklamówka mnie rozwaliła.

"...i spojrzał prosto w jej oczy, mając nadzieje, że przynajmniej wywoła u niej onieśmielenie i to skłoni ją do zaprzestania płaczu.
(...)
Nie pomylił się. Dziewczyna otarła swoje blade policzki i wyprostowała nogi.
Co w mowie ciała jest znakiem swobody. Naprawdę."
Nie no, on właśnie nie chciał, żeby czuła się swobodnie, tylko żeby była onieśmielona :p Przecie jasno widać.

Czytam o tych promieniach przebijających chmury, widzę zieloną czcionkę i... Tak, wyłożyła się nawet na pogodzie, jak ja za tym szaleję X)

"Warszawa huczała zawsze bez względu na porę dnia." No ta to chyba huczała od tych wybuchów bombowych, bo przecież nie od gwaru bujnego miasta...

"Jedynie grupka młodych i odważnych udawała się na wyprawę w okolice, która poprzedniego dnia została zrujnowana przez śmiercionośne bomby.
Tłumy mieszkańców gaszących pożary i odwalających gruzy w poszukiwaniu ludzi, były całkowicie niewidzialne."
Tłumy mieszkańców gaszących pożary i odwalających gruzy odwaliło czarną robotę wczoraj :) Następnego dnia pozostała tylko grupka młodych i odważnych oprowadzających marysie po ruinach.

"Nagle w środku miasta warszawskie kamieniczki trafiły cały swój urok." - urok je trafił. Na psa urok.

"Doktor niepotrzebnie dawał River TARDIS do zabawy, baby nie umieją prowadzić."
No comment, no comment XD

"Szczęście w nieszczęście (co? jebło!)."
:D

"W przypadku niepowodzenia, nie było zagrożenia, iż będzie cierpień ich rodzina"
A Lili i Steven to co?

"Bór jeden wi, co to znaczy, ale brzmi ładnie."
Hehe XD Zresztą posiłki z tym "nie czujesz, że to element konspiry? Nie? Ja też nie." też dają radę ;D

" Najprawdopodobniej popadliby w paranoje, ślepo zapatrzeni w swoje ideologie wszechobecnego pokoju, gdyby nie to, że czasem udało im się odetchnąć i żyć zwyczajnie."
Bosz, co za głupkowate zdanie. Czy chodzi w nim o to, że popadliby w paranoję myśląc o pokoju, więc dla odmiany tłukli się jak każdy? Nie czaję...

Nowy Pudelek Warszawski! I jakie teksty pa ruski! Cuda, cuda!

"czy innego funkcjonariusza.
Listonosza, kolejarza albo dozorcy."
No co, koleżeńska była, nie wybrzydzała.

"jednak zanim zdążyli zbliżyć się do Mary, chłopaki atakowali ich od tyłu.
Im też się należało trochę przyjemności."
Heehehhehheheee XD


WoW, ile informacji w komentarzach... Pewnie nie tylko ja mnóstwo rzeczy się dowiedziałam - jak ja za to uwielbiam Waszego bloga! No i zawsze warto wyłapać sobie jakąś dawną, odsuniętą w archiwa recenzję.