sobota, 19 lutego 2011

98. Labilnie Sfermentowana Dama, czyli Tokio Hotel w tęczowych oparach



 
Drodzy Czytelnicy! Pamiętacie Sierotkę Julię oraz Traktat o grafomanii? Dziś czeka Was coś w tych właśnie klimatach. Pytanie "Co brała autorka i czemu tak dużo" powraca z każdym zdaniem, każdym akapitem, odbijając się głuchym echem w zakamarkach zdumionych mózgów Analizatorów... tfu, cholera, udzieliło mi się.
O ile jednak taka Sierotka Julia posiadała nawet dość wartką akcję, obfitującą w wydarzenia dramatyczne, o tyle w tym opku akcji nie uświadczysz. Po długich poszukiwaniach z radarem i echosondą, udało nam się jednak cokolwiek wyłowić. A zatem bohaterka o imieniu Salanel spotyka na koncercie braci Kaulitzów. Zakochuje się w Tomie, przez jakiś czas są parą, po czym rozstają się i spotykają dopiero po kilkunastu latach. Następnie bohaterka umiera, koniec. Nie akcja jednak jest tu ważna. Cieszmy się raczej barwnymi opisami odmiennych stanów świadomości... Indżoj!

http://bahnhofstrasse.blog.onet.pl/

Analizują Kura i Jasza

Usiadła na skórzanej kanapie, od niechcenia spoglądając w wyłączony telewizor. Czarny, matowy ekran odbijał blask jej oczu, a ona, przyglądając się samej sobie, widziała coś nowego.
Przeglądać się w każdej dostępnej gładkiej powierzchni - to mi trąci zaawansowanym narcyzmem.

Coś z czym nie oswoiła się aż do teraz, choć żyła od zawsze.
Mamy zatem do czynienia z czcigodną Przedwieczną?

[Do tej pory było względnie normalnie. A teraz, Moi Drodzy, jaaaaazda!]

Zamknęła książkę, a niewidzialne drobinki kurzy zawirowały w promieniach zachodzącego słońca. Niebo, dzisiaj oblane mozaiką plakatowych farb, zdawało się być ciężkie i introwertyczne, a mimo tego delikatnie przymknęła powieki, pozwalając sobie na odrobinę euforii.
W introwertycznej nieba glorii
Ta odrobina euforii
Jest jak mozaika instant w spreju.
Mujeju!


Otworzyła puderniczkę. Zamknęła ją. Otworzyła znowu i oblizując wargi, sączyła szarość swoich oczu.
Kurę jak zwykle interesują problemy techniczne: przez słomkę ją sączyła, czy jak?
(Autowysysanie oczu. Tego nie było nawet w najbardziej hard sf!)

Rurkę należy głęboko wbić sobie w oko i ślurp-ślurp-ślurp.

Jak pochmurne niebo, łagodnie przechodziły w subtelny błękit, by zawrócić i zatonąć w oceanie.
W którym?
W oceanie łez, jak mniemam.

Dłonią i lekko drżącymi palcami, odnalazła szminkę. Jej usta pokryły się głębokim odcieniem czerwieni, a pojedyncze, mahoniowe pasma długich włosów spłynęły po zaróżowionym policzku.
Niewiasta w wielu odcieniach czerwieni. Później okaże się jeszcze, że biust też ma czerwony i skórę upstrzoną wypryskami.
Przypomniała mi się nasza pierwsza Mniszkowata i jej "Horyzont malowany pluralistycznymi tonacjami krasnej i rubinowej czerwieni".

Czarna tunika w grochy zafalowała, gdy okręciła się dookoła własnej osi, a bransoletki na jej nadgarstku zaszeleściły cicho, stłumione śmiechem.
Zaszeleściły? Chyba, że z papieru były zrobione.

A później wyszła, trzaskając sosnowymi drzwiami.
Sosna?! Prozaiczna sosna? Aż wytrzeszczamy oczy ze zdumienia, że to nie palisander, jednakowoż.
Mahoń, Jaszu, mahoń!
Mahoniowe to ona ma włosy i trykoty chyba też. Wprowadźmy więc jakieś urozmaicenie.
P.S. Mahoniowe drzwi też tu się pojawiają. Nikt nie obiecywał, że będzie lekko.

Pokój, o kremowych ścianach ponownie pogrążył się w ciszy, a płomień stojącej na parapecie cynamonowej świecy, zgasł sam, pewnego dnia, o pewnej godzinie.
Podziwiam taką pewność dnia i godziny.

To dzieje się nocą. Gaśnie i toczy księżycem po niebie.
Turla nim jak kluskami po stolnicy.

Czasami zawraca, ze satysfakcją uderzając w miejsce, gdzie wszystko jest snem. Gdzie nie więdną marzenia, a żadna prawda nie jest kłamstwem. Czasami też skrada się cicho i przystaje, obok drzwi do świata,
Ciekawe, o co jej chodzi? Co zawraca, skrada się i uderza?

nasza spadająca gwiazda…

Słoneczko. Po prostu Słońce nocą zakrada się pod drzwi. A że "spadające"? No cóż, trzeba uważać na schodach.
*
[A teraz rzut oka na Kaulitzów szykujących się do koncertu.]

Ostatni raz zaciągnął się papierosem, a później, przelotnie spoglądając na pomarańczowe niebo, zniknął za ciężkimi, stalowymi drzwiami.
Poszedł schować się do skarbca.

Jego czarne buty szurały cicho, gdy powoli pokonywał kolejne stopnie. I w górę, i jeszcze.
Zapamiętajcie, że Kałlic nie wdrapuje się schodami na szczyt Empire State Building, tylko z największym wysiłkiem pokonuje no... może jedno piętro, i już obumiera. To ważne dla dalszej akcji.

Było mu duszno, a jednocześnie niepojęcie lekko, gdy w wyobraźni budował swoje własne spełnienie, które ukryte za tarczą czasu, powoli wychylało się spoza zegarowych granic.
Rozumiecie coś z tego? Nie? A to dopiero początek...


Öffne die Tür!
Aufmachen! Geheime Staatspolizei!
Ja, ja! Naturlich, aber widerkomen cuzamen do kupy hende hoch!

Poraziła go biel. Zmrużył lewe oko [prawym wciąż filował na boki] i przeciskając się przez tłum, dotarł do oliwkowej, zamszowej kanapy. Z czarnego pokrowca wyciągnął lśniącego, lekko porysowanego Ibaneza, opuszkami palców dotykając strun. Cicha, stłumiona melodia popłynęła wzdłuż ścian, a czarnowłosy chłopak, ciągnąc go za nadgarstek, zaprowadził na scenę. Zaczyna się.
Zanim zagrzał sedes, już musiał per pedes.
Uhm. Idzie, ciągnięty za nadgarstek, jednocześnie grając na gitarze? Ile on ma tych rąk?
W dodatku kanapa jest gdzieś u wylotu tłumów, jak można sądzić - tuż przy scenie.

Było ich dwóch,
w każdym z nich inny duch!

pośród migających świateł. Ich skupione twarze, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy,
Lekko fioletowi i zielonkawi?

teraz wpatrzone były w nieistniejące punkty. Uśmiechali się, znowu, jeszcze, choć przez chwilę, by później ponownie zatonąć we własnej imaginacji. Świat nagle tracił kolory zachodząc poranną mgłą, a każdy oddech, tłumiony przyspieszoną krwią, rozpływał się w powietrzu.
Znaczy, charczeli i krwią pluli?


Pachniało marzeniami.
Potem. Po prostu potem. Zresztą, w tym opku pot jest wszechobecny. Nieomal w każdym akapicie ktoś jest spocony, wilgotny, mokry, pokryty kroplami potu. Pot się scałowuje, zlizuje, wdycha, ociera własnym ciałem, i tede. O ślinieniu się też jest tu dużo.

Odbite ślady wyostrzały się ujawniając, gdzie dojść chciał ich właściciel
Znaczy - w ubłoconych butach szedł?
To brzmi jak fragment raportu wiejskich milicjantów: "właściciel śladów szedł w ubłoconych gumofilcach". O tym, że były to ślady - kapusie, łaskawie zamilczmy.

a zwinięta flaga dziś tańczyła na wietrze, obramowując cel.
Cel, pal!
Drobna uwaga: zwinięte flagi nie tańczą na wietrze, bo są owinięte wokół kija. Koniec i kropka.

Nie wiem, jak umierają dźwięki i gdzie kończy się drganie metalowych strun. Tylko pamięcią potrafię sięgnąć tam, ponad pokolenia nut, by łapiąc wiolinowy klucz, otworzyć drzwi do krainy akordów. Są bezszelestne i jak my, walczą z grawitacją.
Zaraz. Co jest bezszelestne? Biorąc pod uwagę, że zarówno nuty, jak i akordy z natury bezszelestne być nie mogą, zostają tylko drzwi. Znaczy - ktoś zawiasy nasmarował i nie skrzypią. Z drugiej strony - drzwi walczą z grawitacją jak cholera.
Może to była klapa włazu do bunkra? Ciężkie toto i trzeba trochę powalczyć z grawitacją, by podnieść.
Wiesz, to mogą być Latające Drzwi od Stodoły.

Otwierają czarne usta
Czarne usta... To może być efektem wypicia domestosu lub innego żrącego zajzajera.
E tam, to po prostu sceniczny makijaż (którego z pewnością nie można nazwać letkim!).

i śpiewając do zamkniętych tulipanów, rozdają pocałunki.
Wcierając sobie ostrokrzew w pachwiny kręcą piruety, przytupując nóżką.
Pielęgniarze już czają się z przyciasnym wdziankiem...

Są podmiotem istnienia w zamkniętym drewnianym świecie, który jak ulotna myśl rozpływa się gdzieś, w zaciszach mojego umysłu.
Drewniany świat rozpływający się w zaciszach umysłu... To jest wielkie!
A pielęgniarze powoli podchodzą coraz bliżej.


Nie wiem, jak rodzą się melodie i gdzie rozbrzmiewa poranna rytmika.
Pieśń do boju nas zagrzewa,
ciężkie oko się odmyka.
Usta milczą, dusza śpiewa - gimnastyka.
Otwórz okno, zamknij paszczę,
załóż trampki, zrzuć bambosze.
Platfus z radio w łapki plaszcze,
równo proszę.


Tylko dłonią uderzam w kulę, na wysokości zaklejonych powiek, by wyciągniętymi palcami, dotknąć myśli o codzienności.
Tu mam wizję dziecka w łóżeczku, które, z oczkami zalepionymi porannym śpiochem, na ślepo maca za grzechotką.
Koniec żartów! Ona ma wielką, kulistą narośl na czole! To musi blokować obwody logiczne i dlatego aby włączyć myślenie, wali kułakiem kilkakrotnie w guza.
Pamiętacie radzieckie telewizory? Też trzeba było parę razy dać piąchą, żeby "obraz zaskoczył".

Moja pralka też działa na piąchę, choć nie jest już radziecka.


A później rozkładam muzykę na czynniki pierwsze i szukam komplementarności. Moja nić pragnie drugiej, a druga pragnie pierwszej. Pułapka.
Wyplatanie koszyków, makram i mat jest elementem terapii zajęciowej na wielu oddziałach szpitali psychiatrycznych.

Ktoś zamknął mnie w tamtej piosence.
Przypomniał mi się dowcip o pijaczku, którego zamurowali wokół słupa ogłoszeniowego.

On opowiadał jej o marzeniach, wyjawiał sekrety. Mówił szeptem, tuż przy jej uchu i krzyczał, żeby usłyszał go świat.
Biedne bębenki...

Ona słuchała, odpowiadała i przymykała oczy. Czasami mocniej ściskała jego dłoń, czasami poluźniała uścisk.
Czasem dłubała małym palcem w uchu, gdy szept był zbyt donośny.

A zaczęliśmy się pewnego dnia, o pewnej godzinie.
Pfff... Jak każdy, moja droga, jak każdy.

To było wtedy, gdy sięgając do kieszeni zielonego płaszcza, wyjęłam z niej tajemnicę, gdy obracając ją w palcach, słyszałam słowa, których nie zdążyłeś wypowiedzieć.
Znaczy, co miała w tej kieszeni? Dyktafon z funkcją czytania myśli?
Zapewne była to jakaś relikwia czczona przez fanki Tokio Hotel, na przykład glucik zżutej gumy.

[teraz następuje opis bohaterki grającej na fortepianie]

Jej palce przesuwają się lekko, jak wieże na szachownicy.
A nie skocznie, jak skoczki?

Patrzy na kości, gdzie ostatnia chwila dotyka dna i unosi się gwiazdą po niebie.
Mamy nawiązanie do Odysei 2001 i małpoluda rzucającego gnatem w niebo.

Z otwartymi oczami widzi sen, który rozpływa się na czarnym kamieniu.
Oskara za efekty specjalne otrzymuje... TAAAK!

Chce biec za ostatnią oktawą, ale stoi. Stoi i spada w te dni, które nadeszły…
Spadać stojąc? Paradoksy Zenona z Elei bledną w porównaniu z tym pomysłem.

Kremowa zasłona zatańczyła cicho, gdy docisnęła opuszkami śnieżnobiałych klawiszy.
Kiedyś pokazywali taki horror klasy D - tam też zasłony miały dłonie. Dusiły nimi kolejnych właścicieli domu..
Moim zdaniem, to nie zasłony w tym zdaniu mają dłonie, ale klawisze. A przynajmniej klawisze mają opuszki.
Horror jednak pozostał horrorem.

Czarny fortepian zaśpiewał ochryple, a jego głos z każdą sekundą przepływał w coraz łagodniejszy ton.
Jak pijaczek śpiący w krzakach na skwerku, co nad ranem też lubi sobie ryknąć znienacka i ochryple. A potem cichnie i znów zasypia.

Palce perfekcyjnie ślizgały się po sercu instrumentu,
Nie, nie, nie. Sercem fortepianu zdecydowanie nie są jego klawisze. Prędzej struny... (oczyma duszy widzi bohaterkę, jak pochylona nad pudłem, w ekstazie szarpie je i zrywa).
Lub stawia na strunach fortepianu Kota i rzuca mu piłeczkę ping-pongową. Mówię to z własnego doświadczenia - fajno jest!

chcąc dogonić płynną melodię, w rytmie której kołysało się jej drobne ciało. Z zamkniętymi oczami oddawała się każdemu dźwiękowi, który umykał spod jej dłoni i poprzez uchylone okno, poznawał świat. Mogłaby tak wiecznie grać dla ciszy, dla siebie, aż do końca nieskończoności.
Która, z samej definicji, końca nie ma.
Natomiast cisza znika w tej samej chwili, gdy ktoś zaczyna emitować dźwięki.

Grać o prośby do otwartego nieba i krople deszczu, w których zamknięto by przyszłość.
Hmmm... znaczy, wykonywała rytualną indiańską pieśń deszczu?
Z akompaniamentem wybijanym na rynnie transcendencji.

Otworzyła oczy, wiedząc, że jest. Po kryjomu odbił się czernią w jej marzeniu
Dzięki Boru, że nie odbił się jawnie cebulą w przełyku...

i zastygł w bezruchu, kołysany nutami.
To znaczy, że nie stał w bezruchu, skoro miotało nim na boki.

Jego oczy zaabsorbowane pasją, wnikliwie przypatrywały się odwróconej sylwetce Salanel.
Yyyy... Na żyrandolu powieszona za giry dyndała sobie od niechcenia.

- Zejdź na dół, proszę. - Oblizała wargi, cicho stąpając bosymi stopami po wypolerowanych panelach. Skóra jej umięśnionego, tętniącego wciąż muzyką brzucha [znaczy, kiszki jej marsza grały? To było tak zwane "rżnięcie w kiszkach"], lśniła w blasku nocnych żyrandoli.
Jak to nowobogaccy: na noc mają inne żyrandole, na dzień inne.
I panele! Wypolerowane na tyle, że odbijały brzuch i nocne żyrandole...

Jak najpiękniejszy z diamentów.
Sparkli! Sparkli!
Brzuch jak diament? Albo taki twardy (wzdęcie?!), albo rzeczywiście, skojarzenie z rżnięciem ma swoje uzasadnienie.

- Jutro mama wyjeżdża. - Odchyliła głowę. - Przyjdziecie, prawda? - Krótkie spojrzenia, drżące uśmiechy i ten dziki połysk. Zatracenie.
No proszę, w jakie piękne słowa można ująć tradycyjne "starych nie ma, chata wolna..."

***
Gdzieś na półce, za siwą powłoką kurzu, stoi słoik z marzeniami.
Kiszonymi, jak mniemam.

Spójrz w jego kierunku [w kierunku słoika], a przybliży Ci sen [cały czas chodzi o ten słoik. Trzepnij się głową o półkę tak, że wyłączysz świadomość, a kurz zasypie ci oczy]. Zatrząś [Na Święty Słownik Poprawnej Polszczyzny! "potrząśnij"] jego szklaną kulą [każdy słój ma swoją kulę, trzeba nią potrząsnąć. Komuś w odmiennych stanach świadomości nie powinno to sprawiać kłopotów], a odnajdzie w Tobie przeszłość [ten słój]. Otwórz jego klatkę [aha], a doznasz rozkoszy, o której nie wiedziałeś, jak smakuje…
O, ptaszek leci! Ptaszek!

... jak słodka trucizna.
Cukier - biała śmierć.
Sól - biała śmierć
Dżuma - czarna śmierć
WZW - żółte oczy...


Nie wiem, jakiego zapachu był czas, gdy mijam się z nim na zakręcie losu.
A niechby i czas trącał Oldspajsem, ale za to z pewnością miał kształt Wielkiej Seledynowej Tabletki, z którą minął się rozum na ostrym zakręcie jaźni.

Nie pamiętam, jak wygląda jego twarz, gdy rozświetla ją granatowa noc.
W granatowej nocy wszystko wyraźnie widać, tak bardzo rozświetlone jest Mrhocznym, Czarnym Światłem.
A może miała na myśli noc rozświetlaną błyskiem granatów?
Mhm... i do tego gwiżdżące meteory szrapneli.

Nie znałam nawet jego imienia, o którym tyle słyszałam w podsłuchanych rozmowach z dzieciństwa. Potrafiłam rozpoznać tylko śmiertelną ciekawość, którą rozrzucał po niebie, jak kolejną gorejącą gwiazdę. I czułam, że dotyka mnie nieskończonymi palcami, że chwyta i zamyka w złotej tarczy…
On - ten niezidentyfikowany czas.

Czytelnicy! Wpadlibyście na to?


W granatowej mgle toną ludzie. Widzę zarys ich powyginanych ciał i twarze z ironicznie zmrużonymi oczami. Usta, na których osiadły krople wytrawnego wina, wykrzywiają cynicznie, obejmując rękoma ostatnie pokłady energii. Giną. Powoli i szybko, między drganiami purpurowej skóry, zginają się ich kręgosłupy.
No no, robi nam się zdeczka apokaliptycznie, nie sądzicie? Te granatowe, trujące opary, od których skóra robi się purpurowa, to chyba prosto z "Wojny Światów"?
Albo z pola walki pod Ypres.

Noch einmal, bitte!
I jeszcze jeden! I jeszcze raz!
Jutro, jutro nie będzie nas!

- Nie zamykaj oczu, jeszcze nie teraz. - Patrzył na nią. Biały skręt w jego dłoni żarzył się lekko, a cienka nitka śliny między rozchylonymi ustami odbijała blask tańczącego płomienia.
Fuuuuuj!
Fuj! Ślini się jak bokser na widok herbatników.

- Chodź do mnie, Tom. - Wysunęła dłoń i cofnęła się o krok. Jej grzywka przesłoniły wpółprzymknięte powieki, spod których wylała się czerń.
Zapamiętać na przyszłość: nie płakać w emo-makijażu!

- Tu jest tak zimno, tak gorąco, tak duszno, Tom!
Nie za wcześnie na klimakterium?

Krzyczę głośno, ale głos mój cichnie i miękko kładzie się między dźwiękami.
Jak wybijanie ciszy przez dzwon Niewidocznego Uniwersytetu.

Oblizuję wargi i czuję smak słów, które zastygły.
Bo to gorzkie słowa były.

Obracam twarz i przyglądam się suchej rzeczywistości. Jest dla mnie czworokątną kartką papieru, na której czarnym piórem rysuję pęknięcia.
Potrącam kleksy płynnym ruchem dłoni i przekonuję się o własnej namiętności.
Namiętności do testu Rorschacha?

Powoli ginie perspektywa snów, gdy zamknięta w rozhuśtanych palcach, zastanawiam się czym jestem i czym mnie nie ma.
Rozhuśtane przedmioty mogą wywoływać ataki torsji, wiesz o tym? Więc połóż rączki na kołderce i nie ruszaj palcami... I nie pisz, bo stężenie bredni na jedno zdanie osiągnęło stan krytyczny.
Spojrzała na jego bladą twarz. Spocone czoło, do którego przykleiły się czarne kosmyki włosów, w blasku nocnej lampki mieniło się złotem. Podeszła, lekko chwiejnym krokiem i zamknęła usta na bladej skórze. Zaczęła cicho odliczać.
Adin, dwa, tri...

Sekunda za sekundą dwoiły się i pomnażały, a ona wpatrując się w jego zamglone spojrzenie, czuła zapach nocy, która skąpała miasto w granatowym mleku.
Tonem naukowym: żeby uzyskać granatowe mleko, trzeba wyhodować krowy o odpowiedniej maści. I karmić je kałamarnicami o północku w nowiu księżyca.

Przymykała powieki, gdy woń mięty odbijała się od jej zaróżowionych policzków i w ciemności analizowała drogę, którą nieświadomie podążały jej palce.
Znaczy, miała taki zapachowy radar? Dobre, muszę zapamiętać i wykorzystać.
Nocami dreptała po omacku w poszukiwaniu herbatki miętowej.

Po chudym nadgarstku, gdzie srebrna bransoletka szeleściła cicho, poprzez wystające obojczyki, aż do uchylonych warg. Dotknęła ich, a krew w żyłach zatańczyła radośnie. Nie było bijącego serca ani przyspieszonych oddechów, które przecięłyby magię realizmu.
Serce ustało, pierś już lodowata,
Ścięły się usta i oczy zawarły;
Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata!
Cóż to za człowiek? - Umarły.

(A. Mickiewicz)

Jedno słowo, drugie, trzecie. Głośna muzyka z impetem otwierała ich wargi, a potok niespełnionych obietnic kumulował się na roztańczonych językach.
Innymi słowy, cierpieli na ślinotok.

- Dotykaj mnie, Bill. Dotykaj i nie przestawaj…
I jeszcze tam pod łopatką, dooobrze, ach dobrze...

Rozpiął szarą sukienkę i dotknął jej pleców zimnymi palcami. Mocno uciskał skórę pod jej łopatkami, gdy zawieszona w powietrzu, subtelnie kołysała się nad jego ciałem. Uchylała wargi, pocierając nimi sklejone od potu powieki
Ona potrafi robić niezły ryjek, skoro może wylizać sobie oczy. Niejeden mrówkojad pękłby z zazdrości...
Chyba, że chodzi o jego oczy. Dalej niesmaczne, ale nie wymaga większych wygibasów.
No, racja - w tym wypadku wymagana jest tylko umiejętność lewitowania.

i żyła ciepłem przemilczanych grzechów.
Aż miło się robi od ciepła bijącego z pychy, chciwości, nieczystości, zazdrości, opilstwa i obżarstwa, gniewu i lenistwa.
A ósmy grzech główny ma na imię Richard ;)

Każdy dotyk nazywała namiętnością, a kryształowe łzy rozkoszą, która tętniła na jej wysoko wspiętych ramionach.
Każdy dotyk? Jazda autobusem musi ją nieźle podniecać.
Zwłaszcza gdy w tłoku musi unieść ramiona, by złapać za te dyndające pętelki.
Wtedy już ma gwarantowany orgazm.

Czas nie stanął, gdy pchnął ją lekko, a piersi potoczyły się jak dwie szklane kule.
Oj, szklane cycki jej odpadły i poturlały się w krzaki! Nie dziwię się, że NAWET czas nie stanął.

Tak po kryjomu, zamykając twarz na rozpalonej szyi,
Każdemu szuflada by opadła na taki widok.

zastanawiał się, który kwiat jest zapachem jej skóry i które morze zamkniętą za bladą kurtyną aksamitnych powiek, w których przeglądając się, błyszczało światło upragnionych dni.
Ta "morza" najpierw sprawdziła czy ma fiutka, a potem poczuła się nieswojo, rzucona w rodzaj gramatyczny nijaki, męski i żeński jednocześnie.


Z ciemnego pokoju.
*z czarnego, czarnego pokoju z różową pościółką...*


- Umieram… - Widzi smugę światła, która ociera się o jej ciało z szelestem i ze skrzypieniem. Chcę uciec od jasności, do której powraca. Kto powraca? Unosi dłoń na wysokość warg i wystawia ją przed siebie. Sprawdza, czy musi wyszorować zęby. Tak, musisz... Łihihihihi, jak Indiana Jones przed randką z Willie Smith!
Bada powietrze. Srebra w szufladzie poczerniały. Szmery uciekają, cichnie melodia, wracają ciemności. I mdłości. Jej źrenice powiększają się, gdy białymi jak mróz oczyma, podąża za jego ruchami. Bielmo!
- Umieram… - Ostrożnie przykłada otwartą dłoń do nosa. Tak znajome ciepło. Wplata swoje palce między długie i smukłe. Co długie i smukłe? Nogi? Topi twarz w jego szyi. - Ja umieram, umieram, umieram!
Pomóc?
Mimo obietnic, żywotna jest jak glizda.


Wieczność…
Tyle wieczorów spędziłam analizując jej ultrastrukturę. Otwarte książki, wycinki z gazet i kasety z wykładami zapamiętały więcej niż tylko dotyk spragnionych palców, gdy chłonęłam słowa z kubkiem parującej kawy. Litery, jedna po drugiej, kołysały logicznością, jak drewnianą huśtawką na wietrze i choć wtedy to ja na niej siedziałam, sięgając głową nieba, to tak naprawdę nigdy nie przekroczyłam granicy rozumu, gdy dążeniem do euforii i skrajnej agonii nazwałam nieskończoność.

Nie wiem, czego się uczysz, ale jak widać, dopalacze raczej nie pomagają.

- Nazywam się Tom Kaulitz…
- Znam Cię. - Przerywa mu. Spogląda na nią z ironią. - Jesteś tym, którego zna każdy fragment świata, który gaśnie w melodii i w niej rodzi się ponownie. Jesteś sztuką wystawioną dla autoportretu ich szczęścia i cierpienia, ale… nie ma sztuki bez ryzyka ani artysty bez sztuki.

Po takiej gadce trudno dziwić się Kałlicowi, że stał się tym, kim jest - damskim bokserem.

- Czy sztuka nie stała się dla Ciebie dowodem, że istnieje coś więcej niż nicość?
Tu następuje ciąg wyjątkowo konstruktywnych refleksji:
- Poniekąd. - Pozwoliła mi zatopić siebie w ich bezdrożach umysłu i zapomnieć, że granica dnia dzisiejszego, jest jednocześnie granicą jutra, że wolność zaczyna się zwycięstwem nad samym sobą, że ja… przegrałem.
- Przegrałeś… - Powtarza za nim.
- Dlatego muszę tolerować ich małość, ich zwykłość i normalność. Ja… - Uciął na chwilę. - Ja zawsze byłem z tych, którzy rodzą się z dążeniem do pracy. Potrzeba jej żyje we mnie jak krew, jak oddech. Tyle błądziłem, ale nosząc w sobie jej dziecko, zawsze mogłem uciec. Sztuka jest prawdą…

Znaczy, w osobie Toma mamy artystę-pozytywistę-hermafrodytę, który ma z kimś dziecko, aczkolwiek sam nie wie, czy ze Sztuką, czy z Pracą, czy z Prawdą? Nie trzeba było tyle pić...

Jako istota będąca w ciąży, Tom ma wieczorne mdłości. Fakt, womituje Ciemnością i Mrokiem, ale w tej sytuacji nie można oczekiwać niczego więcej.
Jestem też nocą, która wieczorami staje przed lustrem i przygląda się własnemu odbiciu. Dotyka sinych ust, uchyla je i topi palce w butelkach ciemności.
Wciska palce w głąb gardła i czeka na efekt.

Ma również urojenia i omamy, przy których lęki znane z Rosemary's baby wydają się nieco banalne:
Są bezkresnymi okrętami, które targną po rozburzonych wodach umysłu
Bezkresny może być ocean a nie okręt, który ma starannie zaprojektowany kształt i wielkość, dziób, rufę i burty... lecz jak się ma wodę z mózgu, to bezkresny staje się nawet nocnik ze wzburzoną cieczą, który targa się ze sobą.

i opadają na dno, jak blade rusałki, którym odjęto skrzydła.
Te okręty jak rusałki tonące po odcięciu skrzydeł nieźle mnie ubawiły.
Od kiedy rusałki mają skrzydła, pytam? No, chyba że chodzi o motyla rusałkę admirała.

Chłop w ciąży ma generalnie przechlapane:
Ale jeśli uważnie spojrzę przez siebie [to znaczy na wylot. Swoją drogą, musi być nadludzko wygimnastykowany], zobaczę niesymetryczność, te dni, które nadejdą…
Na to pomaga koperek. Dużo koperku. (Z "Porad domowych" dr hab. Gabrieli Borejko-Stryba)


***

Wstrzymała oddech, a błękit nieba w mgnieniu oka pokrył się szarością. Nawet silniejszy wiatr, który porwał do tańca szeleszczące liście zdawał się być suchy, introwertyczny bez promieni gorejącego słońca, które schowało się za masywną chmurą.
Łał. Bohaterka ma Moc Sterowania Pogodą?
Tak, w tym jest lepsza od samego Kim Ir Sena. Gdy zazgrzyta zębami, trzęsienia ziemi zmiatają miasta; gdy westchnie, tornada masakrują Florydę; gdy puści bąka...
Ore ore, szabadabada amore...

Odgłosy świata wirowały, zawieszone w czasoprzestrzeni,
I tak świrowały od tamtej brzózki do obiadu.

Chciała zamknąć powieki na czystej kartce
A nie chciała przypadkiem zasnąć z twarzą wtuloną w kotlet schabowy, panierowany?

i czarnym jak noc piórem, rozpocząć nową wędrówkę czasu.
Bez tego piórka nie dałaby rady.
[Kto?] ona miała zacząć wędrówkę [czego?] czasu [czym?] piórem. To jakby Józio rozpoczął podróż Zdzisia flecikiem.
Nie, to nie jest skomplikowane, to po prostu jest bełkot.
Tupot białych mew i tyle...

A tymczasem stała tylko, otulona powietrzem, pośród magii dnia. Szara sukienka subtelnie falowała wokół jej złączonych prosto nóg, a dłonie, kurczowo zaciśnięte na czarnej torebce, drżały delikatnie. Zbyt niepostrzeżenie, by ktokolwiek mógł usłyszeć jej ruch.
Khe? Usłyszeć drżenie jej palców? Miała pierścionki z dzwonkami, czy jak?
Skoro "jej ruch" to mogła szeleścić magią, torebką, sukienką lub nogą. Stawiam na to ostatnie - szeleściła nogą.

Mówią, że jestem porcelanowym motylem, który pastelowym trykotem stuka w bramy nieba.
To musi być dość sztywny trykot.
Motylek, w sumie, też sztywny.
A w bramy nieba stuka główką...
Knock, knock, knocking on heaven's door!
Po czym wychodzi święty Piotr w sztywnych trykotach i znacząco stuka się palcem w czoło.

Mówią, że trzepot moich skrzydeł jest krzykiem wszystkimi językami świata, gdy walczę o pokój.
Ja zaraz zacznę z krzykiem walczyć o łazienkę!

Mówią, że to dźwięki niewinności unoszą mnie na piórach wiatru i chowają między puszystymi obłokami, gdy nocą, w świetle waszych snów, kradnę pocałunki spadającym gwiazdom.
Nie, nikt tak nie mówi. To tylko tobie się wydaje.

Czas był szybszy. Czas ją wyprzedził z piskiem opon na zakrętach i wymuszając pierwszeństwo na skrzyżowaniach i pierwszy ujrzał własne odbicie w łazienkowym lustrze.
A wyglądał TAK.

Zerwał się mocniejszy wiatr. Złote liście pognały kamienistą alejką, rozbijając się czasem na plecach odwróconych ludzi.
I raniąc odłamkami ostrymi jak szkło.

Schowała się za rozłożystym drzewem cytrusowym [gdyby miała kucnąć za dębem czy bukiem, to byłoby zbyt prostacko] i zrzuciła pastelowe baleriny, dotykając bosą stopą puszystej, zielonej trawy. Zapach wiosennych kwiatów ujarzmił jej zmysły [ujarzmił? Czy to znaczy że nagle oślepła, ogłuchła, straciła smak, węch i czucie?] a ona, w skryciu przed samą sobą, uśmiechnęła się. Miała ochotę tańczyć, śpiewać i kręcić się dookoła, pod purpurowym niebem, na tle zachodzącego słońca. Czuć wiatr w kasztanowych włosach i wolność w rozpędzonej krwi. I miłość, o której pisała w nocnych pamiętnikach.
Zgłaszam zaniedbanie. Rzeczowniki "zapach", "zmysły", "wiatr", "wolność" i "miłość" pozbawione są określającego je przymiotnika! Natychmiast uzupełnić!

***
- Tom?
Ocknął się. Było mu duszno i niespotykanie gorąco. Małe pomieszczenie wypełniło się mrokiem, ale nawet wtedy, w dużym lustrze zobaczył siebie, zobaczył tego, który tak daleki jest od ideału. Być może brakowało mu beztroskiego uroku, gdy z przymkniętymi powiekami przyglądał się swoim szczupłym, delikatnie zapadniętym policzkom, gdy oblizywał spierzchnięte wargi, zerkając na papierosa, który wciąż żarzył się, zamkniętymi między jego długimi palcami.
No no... nikt go nie ostrzegał, jak niebezpieczne jest zasypianie z zapalonym papierosem?
A potem dziwi się, że w nocy nagle zrobiło mu się gorąco.

- Tom, wstawaj, jedziemy na wywiad.
Zaciągnął się ostatni raz i zgasił go w białej popielniczce. Poprawił czapkę, mocniej naciągając ją na oczy i wstał.
Nie rozstaje się ze swoją czapunią nawet we śnie.

Przez chwilę słychać było jeszcze, jak mozolnie stawia kroki i szura białymi adidasami po czarnym chodniku.
Jak złamany życiem osiemdziesięciolatek.

A później zniknął za drewnianymi drzwiami.
Pomalowanymi (a jakże!) na czarno.


Wielki czerwony kwadrat
czyli miłość wśród kosmitów


Uniosła głowę, spoglądając prosto, w jego połyskujące tęczówki. Uśmiechał się, znowu. Cynicznie, delikatnie i perwersyjnie. Z niebywałym skupieniem lustrował każdy ruch jej ciała. Skóra, niedawno posmarowana balsamem o zapachu bzu, mieniła się [tęczowo, jak plama oleju na asfalcie] w świetle nocnej lampki, a popielate oczy, ukryte pod rudą grzywką, gotowe były do zdradzenia największych tajemnic. Szła lekko, jak gdyby miała wykruszyć się z rutynowego istnienia i odlecieć daleko, poza istniejące nieba. Gdzie słońce pachnie bukietem wszystkich kwiatów, a chmury przelewają się między palcami jak krople jesiennego deszczu.
Mujeju! Ona po prostu idzie do łóżka aby z facetem oddawać się uciechom cielesnym!

Czerwone paznokcie ścisnęły materiał czarnej koszulki, a ona [ta koszulka, znaczy], z wpółprzymkniętymi powiekami, powoli uniosła ją w górę [gdyż było to prostsze od unoszenia w dół]. Drżącymi, lekko zastygniętymi [jak nie do końca ścięta galaretka] palcami dotknęła skóry jego brzucha, popychając w stronę jednoosobowego łóżka.
Mary Sue oddaje się trulowerowi nie w ogromnym łożu z baldachimem, ale na czymś niewiele lepszym od polówki?

Opadł ciężko, obserwując tylko, jak szary aksamit subtelnie spływa po jej szczupłych udach.
Wszystko przepuściła na szaty z aksamitu, to na porządne łóżko jej nie stać.
A to co zostało, poszło na pościel z aksamitu (!)

Gdzieś w oddali grało stado świerszczy, na zielonych skrzypcach, a z niedomkniętych tulipanów sypał się złoty pył, który migocząc w świetle gwiazd, rzucał najpiękniejszą łunę na zasypiający świat.
Czołówka "Pszczółki Mai", jako żywo!


Usiadł. Ona postąpiła tak samo. Między jej nogami cicho zaszeleścił materiał jego spodni, gdy sprawnymi palcami odpinała srebrny, mały guzik. Patrzył na nią, a później zamykał oczy, czując ciepło jej delikatnego ciała. Zapach bzu, który wirował między ich degustacyjnymi ruchami [które już-już miały się przemienić w ruchy konsumpcyjne. Na razie tylko mlaskali...], osiadał na uchylonych ustach, do których tak nieśmiali przykładał swoje [co swoje? Dlaczego nieśmiali przykładał? ]. Całował jej brodę i zagłębienie między piersiami. Całował uniesione wysoko dłonie i zaciśnięte powieki, których rzęsy rzucały bladoczarny cień na pergaminowe policzki.
Blado... co? Szary, znaczy?!
Nie, to taka jasna, pogodna czerń.

Wyginała się pod naporem jego ciała, gdy siedział okrakiem i ostentacyjnie kąsał czubkiem nosa jej szyję,
Mein Gott, miał zębaty nos?!
No wiesz, w czasie konsumpcji coś trzeba mieć zębate.
W sumie, lepszy zębaty nos niż vagina dentata.

gdy rozprostowanymi palcami przejeżdżał po wewnętrznej stronie ramion i wracał z utęsknieniem do miejsca, gdzie zaczyna się wiosna o zapachu maków.
Maki nie pachną, nananana...
Dlatego obmacywał ją gdzie popadnie.

W przestrzeni zamkniętych oddechów, raz po raz oddychał nad jej twarzą i spijał tlen znad kielichów powiek.
Mamy zatem do czynienia z gatunkiem, który oddycha oczami, fotosyntezując w dodatku, skoro wydziela tlen. Powieki jak kielichy też dają do myślenia...
Mówiąc brutalnie - chuchał jej prosto w twarz, a ona mogła jedynie zamknąć oczy i myśleć o Anglii.

Była jak porcelanowy motyl , który majestatycznie przecinając chmury trzepotem bawełnianych skrzydeł, równał się z księżycem, granatowej nocy.
To porcelanowy, czy bawełniany...? A może miała na myśli motylka w sensie anorektyczki? A bawełna to taki synonim szpitalnej piżamy?
Jak to różnie można powiedzieć na "trykoty", czyli gacie. Ona gaciami trzepotała i łopotała jak sztandarem na wietrze.

Była każdym utożsamieniem niewinności , które odbierał muśnięciem warg i pieszczotą ciepła, gdy ocierając się biodrem o jego miednicę, chował ją w zaciśniętych ramionach.

Tak, tak. Zdania złożone oraz imiesłowy to rzecz skomplikowana. Zobaczmyż, co naszej ałtorce wyszło... Głęboki oddech i od początku.
[Ona]była utożsamieniem niewinności, które [on] odbierał (...). Ponieważ "które", nie "którą", wnioskujemy, że odbierał utożsamienie, a nie niewinność, tak? Dżentelmen.
A dalej jest jeszcze ciekawiej.
Odbierał (...) gdy ocierając się biodrem o jego miednicę, chował ją w zaciśniętych ramionach.
Podmiotem w tym zdaniu cały czas jest ON. I to ON ociera się biodrem o miednicę jakiegoś JEGO, jednocześnie chowając JĄ w ramionach - a zatem najwyraźniej mamy do czynienia z trójkącikiem.
Zaciśniętych ramion już nie komentuję...



Koniec ostrzeżenia przed złą prozą.
Żartujesz? To ostrzeżenie powinno towarzyszyć nam do samego końca opka!
E tam, weźmie się i przestawi w dowolne miejsce.

Jeszcze są, przesączeni magią nocy. Ich głośne jęki,
Tom w nią weszedł, a potem razem jęczeli do rana.
Złyyy Jasza, złyyyy! :D

które brzmią jak pragnienie, zatracają się we mgle, która siada na szklanej szybie i spogląda ukradkiem na rozkołysane ciała.
Fe, niedobra mgła! Nie podglądaj!

On , dotyka ust i zamyka się na jej rozwiniętym ciele. Kropla potu ciężko toczy się po jego powiece i ginie w ciemności, między uchylonymi wargami. Otwiera je. Pociera palcem po nabrzmiałej piersi i ukrywa blask w oku, który chowa za czarną źrenicą. Król improwizacji. Ona, unosi się i zastyga w bezruchu. Czuje go w każdym naprężonym mięśniu i bezpiecznie tańczy na zmęczonej skórze.
Och, zdeptała go, wzięła pod buta?
Zrobiła z trulowera gustowny chodnik przed łóżko.

My, kochankowie z niemieckiego filmu.
Kwiiiiik! Tak, te niemieckie filmy o miłości...
Tjaaa... Niemieckie tym różnią się od innych, że faceci nie zdejmują skarpetek.

A żarówka zgasła w chwili, gdy opadły powieki.
Co za synchronizacja.
Dla podkręcenia nastroju jeszcze zegar powinien stanąć i obraz spaść ze ściany.

Zamarzliśmy w śnie.
Postawię Wam lodowy grobowiec :)
*

UWAGA, AKCJA!

Już od samego rana był zdenerwowany. Gdy wiązał włosy, trzęsły mu się dłonie,
A gdy wiązał buty, trzęsły mu się pośladki.

a podczas śniadania poplamił koszulkę czarną kawą. Czasami dumnie zagryzał wargi, słysząc kąśliwe uwagi chłopaków z zespołu
Przed życiem w komunie nie uciekniesz nawet w najbardziej egzaltowanym opku! Życie w kupie to sens twej egzystencji.

lub wstawał prędko, słysząc ciche pukanie.
Słyszał pukanie od dołu i podskakiwał.

Co kilka sekund spoglądał na ścienny zegar, odliczając czas. Pędził i wirował, nieustannie.
A wyglądał TAK ?

Pot jego dłoni szybko wsiąkał w materiał dżinsów,
Skoro ręce trzymał w spodniach, to mogły być wilgotne, lecz nie tylko spocone.

a on czuł, jak z każdą minutą jego serca przyspiesza, dlatego niewiele pamiętał, gdy cichy dzwonek potoczył się po garderobie, zagłuszając dźwięki akustycznej gitary.
To znaczy jest tak... siedzą w kuchni, która jest garderobą, japoński zegar zapindala zakosami po pomieszczeniu, a cichy dzwonek zagłusza muzykę. Hej ludzie ludzie! Cuda w tej budzie!

- Ja otworzę! - Biorąc głęboki oddech, pociągnął za klamkę. Nawet nie zdążył jeszcze powiedzieć, jaki jest szczęśliwy, że wróciła, gdy jej ciało mocno zamknęło się w jego ramionach.
Z trzaskiem i zgrzytem przerdzewiałych zawiasów.

My…
Obco brzmi bliskość, gdy z perspektywy czasu, wyjawiam jej sekrety. Tylko pusty sens układam w pióropusz i wierzę, że rozwieję nim zupę mlecznych chmur nad naszymi złączonymi myślami.
Uwaga! Teraz będzie wymachiwać pióropuszem nad zupą mleczną! Oklaski!
I rozwiewać przypalony kożuch chmur.

Rozchyliła usta. Zapach jego skóry przysiadł na czarnej kurtynie jej rzęs, a gdy otworzyła oczy, porcelanową kulą stoczył się po białym policzku.
Boru. AŻ TAK skondensowany?

Nie musiał uchylać powiek, by widzieć, jak na niego patrzyłam. Wiedział, że powoli się zakochuję. Czułość, którą wkładałam w każdą pieszczotę, zadziwiała mnie samą, do potomności.
Tak, do siódmego pokolenia opowiadano o niej z nabożną zgrozą.

***
Szedł powoli, próbując wydłużyć taśmę sekund, które dzieliły go od paranoi, choć jednocześnie chciał mieć za sobą moment, w którym wiatr ironii rozkołysze jego hebanowe włosy.
Nie pomogło, paranoja dopadła go już dawno temu.
Oj, a ja mam skojarzenia z gumką do majtek. Widocznie wiatr ironii nieźle kołysze moją siwizną.

Brązowe oczy znikały za ciężkimi powiekami, gdy wyobraźnią wyprzedzał czas. Wiedział, co powie, ale ilekroć próbował wypowiedzieć te słowa, czarna fala konsekwencji zalewała jego umysł.
Pomroczność jasna spowija sny, do końca nie wiem, ja to, czy to ty...

Był jedną z osób, które kierowane intuicją, nieustannie powracały w niepewność. Dopiero dziś rano, mieszając łyżką w mlecznej zupie, zrozumiał jej wymiar.
Dokonawszy błyskawicznego obliczenia objętości talerza. Ale co to ma wspólnego z podejmowaniem życiowych decyzji, nijak nie rozumiem.
Grysik czy owsianka, owsianka czy musli...

To dziś obiecał sobie, że powrotów nie będzie.
Wsiegda w pieriod! Urrraaa!

Przez chwilę wahał się jeszcze, stojąc przed mahoniowymi drzwiami.
Mahoń! Opko bez mahoniowych drzwi jest nieważne!

Odwrócił twarz, zerkając na słońce, które chyliło się ku zachodowi, chowając pomarańczową twarz za ciężką, purpurową chmurą. Pamiętał ten obraz zza okna. Pamiętał grube promienie, który odbijały się w kroplach potu, zgromadzonych na jego plecach, gdy kochali się po raz pierwszy i po raz ostatni.
Zaraz moment. On w trakcie mizianek widzi pot na własnych plecach? Ke?
Chyba, że... to znów plecy tego tajemniczego innego JEGO, no wiecie, tego o którego miednicę Tom ocierał się biodrem w poprzedniej scenie... Hm, to nawet ma sens, przynajmniej z anatomicznego punktu widzenia!

Widzi mnie.
Mówiłam? Paranoja.

A teraz... Wyznania zakochanego patologa!
Lub patologicznego nekrofila. Zresztą na jedno wychodzi.

Stoi naprzeciwko i dokładnie tysiąc razy przeczesuje włosy szczotką z palców.
Uhm, to po takim czochraniu musi mieć na głowie niezłe wronie gniazdo.

Znowu toną w morzu mahoniu. Nie boję się jej nagości. Złota bawełna plącze się między rozsuniętymi nogami, a westchnienia wypełniają pustą przestrzeń.
No i wydało się, pani z natury jest blondynką, a ten mahoń na głowie, to sztuczna inteligencja, li i jedynie.

Szepcze cicho, ale nie słyszę jej filuternych słów, które jak wiatr, pociągają struny moich pragnień. Spoglądam tylko na jej cienką, porcelanową skórę. Jest przezroczysta. Widzę połączenia sinych żył, pustych w roztańczoną krew.
Tu byłem. Lestat.

Szukam serca, ale poraża mnie czarna przepaść płuc.
Tak, płuca palaczy nie wyglądają zbyt ładnie... I na co mu to serce, chce je złożyć w ofierze Kali?
Mamy do czynienia z azteckim, lękliwym estetą.

Jest martwa , ale obracam ją w wyobraźni.
Khhhh...
Wiem, nie wypada mieć takich skojarzeń, ale co robić...

Przez chwilę zatrzymuję się na ustach, pełnych i powabnych, wykrzywionych w grymasie bólu. Chyba krzyczała, ale głos jej, ulepiony z kruchych słów, spłonął na wietrze. Unosi tylko dłoń, bogatą w długie paznokcie
Istotnie, bogatą, na każdym palcu co najmniej trzy.

i zbliża karminową szminkę do rozchylonych warg. Wypełniają się czerwienią.
Niektóre zakłady pogrzebowe są świetne w makijażu dotrumiennym.

Na ulotną chwilę pozwala opaść ciężkiej kurtynie powiek, których gęste, czarne rzęsy roztrzaskują się na porcelanie.
Szeptem: roztrzaskały się o muszlę klozetową?

Ja to ona, ona to ja.
Kim więc jestem?

Hermafrodytą?

***
Kącik pijackiej filozofii:

Jesteś szczęśliwy . Kielich eudajmonii stoi na drewnianym stole, a Ty przyglądasz się w milczeniu falom, które wytwarza oddech powietrza. Chcesz zanurzyć palec w morzu niepewności. Jest jak arogancja, która kusi swoim perwersyjnym ciałem. Chcesz dotknąć nim do suchych, drżących z podniecenia warg, by poznać smak po odciskach z pamięci. Chcesz upić się dniami, jak mieszanką alkoholu, która rozpali zmysły, a oczy zapłoną namiętnością. Pragniesz godziny, minuty, sekundy, by były fragmentem Twojego krwiobiegu, tańczącego w żyłach. One nadeszły. Dziś jest Twój czas, choć jeszcze tego nie zrozumiałeś. Dziś możesz wszystko, ale nie wykonujesz ruchu. Zamykasz tylko oczy, a gdy świadomość napełnia Twoje płuca, otwierasz je ponownie. I już nic nie jest takie samo, jak kiedyś. Szczęście staje się tylko mglistym wspomnieniem, które obrócone w proch, rozwiewa cień wiatru. Zaczynasz rozumieć. Twój czas minął po raz kolejny.

Kącik anatomiczno - patologiczny:

Zamykał oczy, a zamek jego komnat z gęstych brwi, opadał na fasadę szarej skóry, ubogiej w witalizm.
Nieboszczycy z natury ubodzy są w witalizm. Nic dziwnego, że mu brew wygniła i odpadła.

Upadł ci mu kawał nosa
z oczu idzie krwawa rosa.
W żyłach zielenieje krew
Z cichym mlaskiem spada brew.

Fakt, Tom ma brewki dosyć bujne, ale żeby z nich aż zamek z komnatami uplótł?
Dla wszy wystarczy.
P.S. Ciekawostka - w brwiach żyją wszy łonowe.


Wyciągnęła łabędzią szyję,
Z torby?
Nie no, swoją. Tak jej się zrobiło, jak żyrafie, która jest wszak koniem wydłużonym przez ciekawość!

a ciepłe promienie zachodzącego słońca musnęły jej jogurtową skórę.
Skóra była sfermentowana, pełna bakterii i lekko kwaskawa.
I zdobna w pryszcze dorodne jak truskawki.

Patrzyli w przestrzeń, próbując krótkim spojrzeniem objąć cały horyzont. Była tak blisko. Wiatr, który tańczył między ich ciałami, niósł jej delikatny zapach, a on nasycał nim swoje zmysły, przymykając dyskretnie powieki. Nieśmiało dotykał tej różanej dłoni i zbierał długie pasma włosów,
Tak! Kobieta z kosmatymi dłońmi! To jest to! Ma mieć sierść na łapach jak czimpans!

chowając je za płatkiem ucha. Miała na sobie musztardową sukienkę,
pod nią - chrzanowe majtki i majonezowy biusthalter

a pod cienkim materiałem uwidaczniały się kontury jej miękkich piersi,
Kontury, powiadasz? A gdzie, że tak powiem - wypełnienie owych konturów?

które unosiły się przy każdym oddechu.
Już pomijam kontury, pies z nimi tańcował, ale piersi to nie są pojemniki na powietrze (choć niektórzy mówią "balony"), żeby miały wypełniać się luftem i unosić przy każdym oddechu.


- Nie zmieniłabym niczego. – Spojrzał na nią, gdy dotknęła palcami srebrnego serca, a ciche westchnięcie wyłoniło się z jej ust.
A kuku! - zawołało i chichocząc schowało się z powrotem.

Ciepły podmuch wiatru uniósł sukienkę, odsłaniając mleczne udo. Chciała zakryć je, szybko złapała cienki materiał, ale powstrzymał jej zimną dłoń. Jego palce, jak krople deszczu, spłynęły po miękkiej skórze,
Koleś się rozkłada na mokro... fuj.

a rumieniec skąpał jej blady policzek w różanej zupie.
Trzepnęła liczkiem w barszczyk.
Zastanawiam się, skąd u ałtorki ta skłonność do gastronomicznych porównań, niedożywiona jakaś, czy co?

Wstrzymała oddech, patrząc na niego spod parasola długich rzęs.
które wirowały jej nad głową.

- Nie zapomnę. Nie potrafię teraz ani nie będę umiał za dziesięć lat. Nieważne, ile przeminie dni, ile razy utonę w wannie pełnej tęsknoty i ile wypalę papierosów, stojąc przy otwartym oknie, czekając. Nieważne, jak bardzo będziemy niepodobni, jak poróżni nas czas. Ja Cię odnajdę. – Dotknęła palcami jego szorstkiego policzka, a on przechylił głowę, mrużąc kawowe oczy. Był coraz krótszy,
Kurczy się? Polocockty zabrakło, wracamy do Szuflandii?

ten dystans ich ust, które pokonał wyciągnięciem szyi.
Ach, dystans się kurczy...


***
Numery domów jak hebanowe ptaki, przelatywały mu przed oczyma, a trzepot piór powodował chaos.
Mam dobrą radę. Daj sobie spokój z LSD.

Liczył kroki. Jeden, dwa, trzy. Zatrzymał się, przyodziany w czarny płaszcz nocy. Wyłoniła się z ciemnej mgły i jak promień światła, przecięła gęsty mrok srebrnym sztyletem snu. Pasma jej hebanowych włosów spływały wzdłuż alabastrowej skóry ramion, a w oczach ucieleśniał się szafir szumiącego morza. Wyciągnęła mleczną szyję i jak łabędź, mający odlecieć, uniosła skrzydło delikatnej dłoni.
Generalnie, mamy tu słownik jak z XIX-wiecznego romansu: szyja zawsze jest łabędzia, skóra mleczna, alabastrowa lub porcelanowa, włosy hebanowe... Zaraz moment, były też mahoniowe! Albo autorka nie odróżnia tych kolorów, albo bohaterki są dwie? *popada w zadumę*

Chmura oddechu wypłynęła z suchych, rozchylonych warg i zatrzymała w locie ciężkie słowa.
Niezły to musiał być Smoczy Chuch!

On prosił, by nie odchodziła.
Ona pokazywała wała i zostawała.
***

Dotknęła czerwonych, jak dojrzały owoc wiśni, warg. Pragnęły pocałunków, rozsianych na bezkresnym polu miłości. Pocałunków ciepłych, jak popołudniowa pomarańcza słońca i subtelnych, jak trzepot skrzydeł motyla. Pragnęła jego pocałunków. Suchych ust zawieszonych nad sklepieniem jej łabędziej szyi i tego zapachu, który towarzyszył szeptom, które wypowiadał ostrożnie miętowym oddechem.
Ok, ok, wiemy już, że Tom starannie czyści zęby, bądź używa odświeżacza. Naprawdę nie musisz tego tak w kółko powtarzać!

Przechyliła głowę, a skóra napięła się, jak elastyczna błona żagli.
To musiał być jacht Batmana.
Albo wole.

Długie palce, ozdobione karmazynowymi paznokciami zacisnęły się na złotej szczotce [nie wiem dlaczego, ale zawsze czytam "na złotej szczęce"]. Przeciągnęła nią po kłosach hebanowych włosów, które mieniły się złotem w ciepłym, cytrynowym płomieniu cynamonowych świec.
Za dużo kolorów... za dużo zapachów... duszę się, aaaaa!

Powieki, otoczone grzebieniem gęstych rzęs, chowały szafirowe niebo, zamknięte w spokojnym spojrzeniu. Podążał za nią migdałowymi oczami, jednym mrugnięciem obejmując drżącą dłoń w odcieniu białej lilii, jej precyzję i subtelność, z jaką przecinała powietrze, pachnące wiśniami.
Uhm. Wszystko pięknie, ale dlaczego powietrze pachnie wiśniami, skoro płoną cynamonowe świece?

Skradał się jak lis, podstępnie i bezszelestnie. Jak liść, któremu odjęto myśl, jak listonosz z awizo na polecony, a każdy silniejszy oddech wiatru, przesyconego niepewnością, mógł sprowadzić go do początku.
Gdyż był taki wątły, że wiatr miotał nim jak torbą foliową po chodniku.
Czy ten liść był kuzynem trzciny myślącej?
Krewnym, ale niestety, bardzo dalekim.

Nie mogła widzieć jego labilnej sylwetki [labilność dotyczy głównie sfery psychicznej i określa chwiejność emocjonalną, nagłe zmiany nastroju itede. "Labilna sylwetka" to takie samo dziwo jak "odważne zęby"]
i dużych dłoni, których szorstką fakturę skóry zdobiły korytarze sinych żył.
Znaczy, miał dłonie spracowanego górnika?

Zatonęli w morelowym hafcie pufy.
Brzmi to o wiele lepiej niż "ślizgali się na szarym laminacie taboretu", prawda?

Poczuła zimne palce i ten oddech, otulający ciepłem różany płatek ucha. Uniosła głowę. Jego twarz, jak blask księżyca, odbiła się w lustrze jeziora, a przymknięte powieki rzucały cień na szczupłe kości jarzmowe, pokryte jednodniowym zarostem.
O'rly? Zarost mu aż POD OCZY podchodził?
Zdarza się


Dłońmi, uzbrojonymi w tarcze czułości, przeczesywał pukle hebanowych, aksamitnych włosów, pasmo po paśmie chowając filuterne loki w długich palcach.
Rozcinał je sobie wzdłuż i wypełniał jak materac końskim włosiem, potem zaszywał. Tak wypycha się zwierzęta. Natomiast nieznany jest przypadek, żeby jakiekolwiek zwierzę wypchało się samo.
Słyszałam o rytualnym rozczesywaniu włócznią włosów panny młodej, ale czesanie za pomocą tarczy... to chyba dość skomplikowane i mało efektywne.

Czuła je, te zimne palce, które jak motyl, muskały gorącą skórę karku. Łapał jej włosy, chowając je bezpiecznie w dużych, męskich dłoniach, a później pozwalał, by złote zęby made in USSR szczotki aha... miękko wplątywały się między poszczególne pasma. Jego ciepły oddech, jak krople rosy, chuchał, czy opluwał? osadzał się na łące jej nagich ramion, a więc zielonych i zarośniętychChciał je dotknąć, przepłynąć swoimi palcami wzdłuż wodospadu jej wyciągniętej w łuk szyi, ale ilekroć zatrzymywał swoje delikatne ruchy, strach paraliżował jego ciało. Chciał jej dotknąć, lecz gdy przestawał się ruszać, paraliżował go lęk, więc ze strachu tylko machał rękami w powietrzu. Otaczała ich cisza. Ciepło ciał krążyło jak echo między górami, a on wstrzymywał oddech, jakby bał się utonąć w morzu jej zapachu. Kwiaty jaśminu, jak welon, dekorowały lśniące loki, zaplątane w purpurową chmurę bzu.Czyżby na głowie kwietny miała wianek, w ręku zielony badylek? Miała jedwabistą skórę, która w mroku, pożądaniem odbijała się w jego orzechowych tęczówkach. Nie mówiła nic. Ta skóra, jak mniemam... Nie musiała.

Ten fragment zostawiamy bez komentarza, żeby Czytelnicy mogli nacieszyć się nim do woli:
Chłonęła tę staranną pieszczotę palców, które jak ptaki, osadzały się na gałęziach jej sensytywności.
Lampy, wspięte na długich nogach, z głową uwięzioną w kapeluszu z abażuru, oświetlały czerń, ozdabiając powietrze w nuty anomalii, a subtelny wiatr płytkim oddechem kołysał jedwabnymi zasłonami.
Amen.

Pachniało słodkością. Oblizał szorstkie wargi i przechylił głowę w jej stronę. Czarne warkocze spłynęły korytarzem gorącego karku.
"Korytarz gorącego karku" wciąż mnie zachwyca dadaistycznym wdziękiem dowolnie dobranych wyrazów.

Siedziała na dużym łóżku, z ciałem zatopionym w pianie aksamitu. Zgarbiona, jakby dźwigała codzienność. Mleczna skóra, na której przysiadały dźwięki kojącej muzyki była bazą dla jagodowych poduszek
Staram to sobie wyobrazić - na dole siedzi boCHaterka jako baza czyli to, co jest najniżej i stanowi podstawę jakiejś konstrukcji, potem na niej stos poduszek - jak w góralskiej chacie, ułożonych w piramidę, a na szczycie tego wszystkiego leżą (nie zgadniecie!) jej stopy:

usłanych o podnóża filuternych stóp.
Ałtorka przyswoiła sobie słówko " filuterny" i teraz nim szasta na prawo i lewo, nawet nie wiedząc, co ono znaczy. Chyba, że pisząc to, chciała wystawić się na pośmiewisko, ale w takim razie "usłanie [czegoś] o podnóża stóp" jest wystarczająco komiczne.

Ścierałeś moje łzy szorstkim palcem, który jak deszcz meteorytów, oplatał kosmos mojej kobiecości, z planetami piersi, bliskimi zderzenia.
Byłaby to zaiste kosmiczna katastrofa.
Czy Apokalipsa świętego Jana mówi coś o końcu świata zapowiadanym przez klaskanie cyckami?
A gdy siódmy anioł zatrąbił, wówczas grzmot potężny przetoczył się nad ziemią...

Chciał zdementować dłoniom, które nagle zatrzęsły się wyraźnie. Zdementować zachwianemu ciału, które nagle przycisnęło jej kruche, motyle ciało do zimnej ściany.
Ale co chciał dementować? I dlaczego dłoniom? Dementi ma niewiele wspólnego z demencją.
Myślę, że on chciał im zaprzeczyć, co też nie ma wiele sensu, ale przynajmniej użycie przypadka by się zgadzało (zdementować coś, zaprzeczyć czemuś).
To, że dyskutuje z własną dłonią, pozwala nam go lepiej poznać.
Miejmy nadzieję, że nie robi tego w miejscach publicznych. Trzeba mieć tę odrobinę klasy.

Był cieniem, może przez chwilę, gdy blask księżyca przysiadał na jego zamkniętych powiekach, topiąc je w srebrze. Ściągnął koszulkę, szybko i chaotycznie, jakby miało zabraknąć im czasu,
Powieki się spieszyły i chciały szybko zmienić bieliznę?

a delikatne palce dotknęły mięśni, które napięły się pod oddechem pożądania. Rozpiął mleczne guziki jej zwiewnej sukienki, ustami sięgając wzgórza jej wygiętej zgrabnie szyi. Tonął w deszczowej chmurze zapachu jaśminu i słodkiej wanilii, błądząc korytarzami aksamitnej skóry, którą okrywał cienkim płaszczem śliny.
Fuj! Ona naprawdę ma jakiś fetysz śliny, czy coś!

Koralowe piersi kołysały się w rytmie miętowego oddechu, gdy zatapiał w nich stęsknione wargi, a twarde opuszki rysowały kontury wokół ciemnych brodawek.
Koralowe? Znaczy, były tylko czerwone, czy może też twarde, szorstkie i porowate?
Do tego z czerwonymi, twardymi wypryskami.

Skąpani w nagości i objęciach ramion. Delektował się mlecznymi udami i zapachem kobiecości, który zamieniał jego oddech w wibrujący dźwięk.
Charczał, warczał i chrapał
kiedy udo jej drapał.

Zamykała wargi na gorącym podbrzuszu
Chyba na swoim, bo na jego podbrzuszu powinna nie domykać warg, albo rzeczywiście była w stanie je zamknąć. To znaczy ten... no... *plącze się*.

i wbijała bordowe paznokcie w umięśnione przedramię.
Ufff... w przedramię.

Nie pytał o nic, nie zaglądał jej głęboko w oczy i nie czekał na pozwolenie. Milczeli. Słowa mogły przecież zburzyć niebo. Dłonią tylko rozsunął jej nogi, wrażliwą skórę ozdabiając w złociste pocałunki
Tagi: siniaki, skóra, ślina.

a później, pochylając się nad rozwiniętym, jak pąk róży ciałem, wszedł w nią szybko i zdecydowanie. Każdy jęk, w który ubierała duszne powietrze, był jak impuls, który podrażniał jego mięśnie.
To samo można osiągnąć impulsami elektrycznymi. Żabom na przykład wtedy drgają nóżki.

Przyspieszał, ciasno obejmując palcami jej biodra, a ona czuła go przy najdrobniejszym ruchu, gdy unosiła się na zgiętych łokciach i jak szal, ubierała oddechem jego rozpalony kark. Nie liczyła czasu, który zatrzymał się w niej i jak palące ciepło, obezwładnił podbrzusze.
Położyła dłoń na gorącej skórze, a gdy chciał przestać, zabroniła mu.
Piękną śmierć mu wybrała.

Spiła krople potu z pulsującej skroni
i zlizała ślinę spływającą z wargi...

i nie pozwalając mu siebie opuścić, przytuliła się do jego bezpiecznego ciała. Jeszcze czuła jego męskość, zatopioną w komnacie kobiecości, a wspomnienie to, jak sen, ciążyło na jej powiekach. Zasypiali spokojnie.
Ciekawe, czy w noc tak pełną namiętności zdjął czapeczkę, czy nie?

Nie poruszała się. AŁtorka sama sobie przeczy, bo w następnym zdaniu nie omieszkała użyć swojego ulubionego słowa "labilnie":
Wyglądała jak królewna, zatruta miłością, której ciało z mleczną skórą, labilnie [po takiej nocy, to nic dziwnego, że wciąż nią rytmicznie chybotało] tonęło w morzu aksamitnej tkaniny.
I jako bonus mamy aksamitną pościel, czyli jak nic + 7 kg do ciężaru kołdry.

Jej szafirowe oczy, otwarte szeroko, chłonęły mrok, który jak leśna mgła, otaczał ich rozciągnięte ciała. Nie myślała o zimnie, które cieniem wychylało się zza niedomkniętego okna i dotykało palcami z wiatru wrażliwych receptorów, które jak kwiaty, zasiedlały łąkę jej sylwetki.
A walenie w gong, jak pszczółka, zapylało owo kwiecie.
Za oknem majaczył wielki i ponury cień Buki.

Dwa księżyce śnieżnych piersi przesuwały się po niebie, gdy przez wiśniowe wargi, wciągała powietrze.
Takie dwa ogromne cyce szybujące jak zeppeliny po nocnym niebie. Obawiam się, że dziś śnić mi się będą koszmary.
O TAKIE koszmary na przykład ;)

Pachniało ciałami, które złączone w jedność, kołysały się w rytmie miłosnej kołysanki. Pachniało namiętnością i pocałunkami, ścierającymi ślady tęsknoty. Słyszała wibrujące struny i ten cichy, subtelny głos, mówiący słowa, których się bała.
Dreamer, dreamer, I’m walking out of your dream.
Słyszy głosy?
Jeszcze chwila, a złapie za nóż!

Obróciła głowę. Nie odszedłeś, szepnęła.
Bo zazwyczaj odchodzą przed świtem, gratyfikację zostawiając na nocnym stoliku.
Chyba, że ma się pecha i trafi na Portugalczyka Osculati.

Żelazna kurtyna powiek opadła bezpiecznie. Take me off the parade and place me somewhere in your sense of shades. Your night shuts my door and I will not dream anymore. Obróciła się, a materiał kołdry cicho zaszeleścił między jej udami.
Coż ona ma z tym szeleszczeniem? Bransoletki jej szeleszczą, dżinsy szeleszczą, pościel szeleści... z ortalionu to wszystko, czy jak?
Nie, z aksamitu, którzy szeleści jak cholera.
Swoją drogą, to jedno z niewielu słów, których aŁtorka nie kompromituje Z Dupy Wziętym Synonimem. Przecież mogłoby "chrobotać", "dzwonić", "jęczeć", albo robić coś równie głupiego.

Schowała ramię pod bukietem splątanych włosów, spoglądając na niego zza grzebienia długich rzęs. Jego ciało, jak napięta struna, rozciągnięte było na waniliowym prześcieradle. Leżał na brzuchu, a ramiona otaczały jego twarz, uwięzioną w białej poduszce. Dotknęła oliwkowej skóry, a mięśnie napięły się mimowolnie, tworząc baśniowe góry, po których wędrowała wyciągniętym palcem.
Khe, khe, bez przesady, to jest Tom Kaulitz, nie Sylwester Stallone.
Po tym straszliwym treningu jaki na nim wymusiła, rano Kałlic wyglądał TAK

Był spokojny. Pochyliła twarz nad horyzontem pleców, gdzie kręgosłup, wygięty w delikatny łuk, ginął między korytarzem wyrzeźbionych mięśni.
Tak też można opisać półdupki. Dlaczego nie?

Drżącymi wargami otuliła dolną partię jego nagich pleców.
Wzięła w usta jego tyłek? Cały?! Musi mieć paszczę jak krzyżówka Micka Jaggera i anakondy.

Gorące. See if I can pass by that waiting hand, if I can pass by that wondering man. Całowała je długo i namiętnie. Pocierała wilgotnymi ustami o fakturę jego mięśni i chłonęła słone krople potu, które zastygły na płonącej pożądaniem skórze. Dreamer, dreamer, I’m walking out while you go on. Brakowało jej tchu. Odsunęła twarz i obdarzając jego ciało długim spojrzeniem, zamknęła powieki. Spał spokojnie i obojętnie.
I nie obudziły go nawet namiętne pocałunki w dupę. Drań. Zimny drań.

Poczuła chłód, który jak szal, owinął jej nagie ramiona. Sprężyny zaskrzypiały, gdy powoli zsunęła ciało, dotykając bosymi stopami zimnych paneli. Uniosła się, chwiejnie podążając ku białym, uchylonym drzwiom, a cytrynowe światło skąpało w jasności pistacjowe kafelki.
Ona to na głodno pisała. Kafelki są pistacjowe, a światło jest cytrynowe, a jej skóra jest jogurtowa, a kołdra jagodowa, prześcieradło waniliowe, on jest oliwkowy, a ona ma mahoń na włosach i złotą bawełnę (?) między nogami. Feeria barw po prostu.
Oraz smaków i zapachów. Paw po tym wszystkim będzie, podejrzewam, tęczowy.
A czy ona właśnie nie idzie do łazienki puścić pawia? Przecież ledwo co skończyli prokreować, więc na pewno już jest w ciąży i ma mdłości.

Śmiałeś się, gdy prostowała kręgosłup i walczyła z grawitacją. Śmiałeś się, gdy miękkie opuszki muskały kartonową powierzchnię, nie mogąc jej pochwycić.
Ładnie to tak? Dziewczyna się słania, pewnie skacowana na maksa, a ty się śmiejesz?
Jakby skacowana baba-dziwo zamknięta w kartonie próbowała walczyć z grawitacją, każdego by to do łez ubawiło.

Jej westchnięcia lewitowały w powietrzu, a Ty przymykałeś powieki, gdy dosięgało Cię echo słów, wypowiadanych cicho finezyjnym głosem.
A echo powtarzało: ...mać! ...mać! ...mać!

Obróciła głowę, a pukle hebanowych, lśniących w nikłej poświacie włosów opadły na plecy, osłonięte brzoskwiniowym materiałem długiej koszulki. Podszedłeś powoli, stawiając bose stopy na zimnych panelach i stając za nią, pozwoliłeś, by woń kwiatów jaśminu zahipnotyzowała Twój umysł. Dotknąłeś jej talii ciepłymi dłońmi, a później, napinając wyrzeźbione mięśnie ramion, uniosłeś porcelanowe ciało.
Nie zapominajmy, że to ten sam osobnik, który omdlewa ze zmęczenia i poci się jak szczur, gdy ma pokonać kilka schodów.

Przez chwilę stałeś na pachnącej łące, z motylem uwięzionym w pułapce rąk. Musnęła Twoje wargi i nie oglądając się za siebie, dystynktywnie wyszła z małego pomieszczenia.
Znaczy - wyszła, odróżniając głoski? Bo, jak rozumiem, to wcale nie miało być "dystyngowanie"?
Instynktownie i z dystynkcją szeptała: koza - kosa, brew - krew, ząb zupa zębowa, dąb dupa dębowa.

Szczupłe ramiona, na których rozciągała się mleczna skóra,
A gdzieniegdzie jogurtowa.
Tam, gdzie sfermentowała.

wyłaniały się spod płaszcza jagodowej kołdry, którą skrupulatnie okrywał jej filigranowe ciało wczorajszego wieczoru.
Koktajl mleczno-jagodowy raz!

Cienka nić śliny połyskiwała między rozwartymi subtelnie, koralowymi wargami, a piersi kołysały się w rytmie spokojnego oddechu. Usiadł, a materac ugiął się pod ciężarem jego ciała. Sprężyny zaskrzypiały cicho, a ich dźwięk na chwilę zagłuszył efemeryczne głosy, które jak wodospad, przelały się przez jaskinię jego świadomości.
Aha, ona przez sen ślini się i puszcza bąki, on natomiast w miejsce mózgu ma górnopłuk typu "Niagara".

- Dzień dobry. – Szepnął, a spomiędzy pełnych warg zalśniła biel zębów. Był idealny, wiedziała o tym i przez chwilę zapytała siebie, dlaczego pozwoliła, by kiedykolwiek zniknął. Później wyciągnęła dłoń i dotknęła jego szorstkiej skóry, pokrytej wczorajszym zarostem. Alabastrowa dłoń była martwa na tle jego twarzy, muśniętej słońcem.

[Tu wreszcie mamy kawałek konkretnej akcji - Tom i Salanel przeprowadzają rozmowę na temat tego, że wcześniej, gdy się rozstali, prawdopodobnie była w ciąży, dziecko jednak nigdy się nie urodziło]


Potarł twarz dłońmi, na których osiadła mgła potu i spojrzał na nią z otchłanią pustki w czerniejących tęczówkach. Zaciśnięta pięść niespodziewanie uderzyła w karmelowe kafelki.
A jeszcze chwilę temu to była pistacja, pamiętacie?

Nie mówili nic. Słowa, których nie usłyszał nikt, rozbijały skołatane serca.

Patrzyła, jak odchodził, a dźwięk zamykanych drzwi w jej wyobraźni brzmiał zupełnie inaczej. Podeszła do okna i otwierając je szeroko, nigdy nie czuła się bardziej samotna. Wiatr porwał jej włosy w dzikim tańcu, osadzając się na zmrużonych powiekach, a ona kręciła się dookoła, jak baletnica w starej pozytywce. Później wychyliła się, tylko lekko, tylko na chwilę.
Uniosą mnie jego silne ramiona.
Uniosą?

Nie. Nie uniosą.
O ile dobrze zrozumieliśmy intencje autorki, bohaterka właśnie wyskoczyła z okna.

Słowiczku mój! A leć, a piej!
Na pożegnanie piej!
Wylanym łzom, spełnionym snom,
Skończonej piosnce twej!

Słowiczku mój! Twe pióra zzuj,
Sokole skrzydła weź.
I w ostrzu szpon, zołoto-stron
Dawidzki hymn tu nieś!

Bo wyszedł głos, i padł już los,
I tajne brzemię lat
Wydało płód! i stał się cud!
I rozraduje świat.

(A. Mickiewicz)
***
Pasuje tu jak ulał.

Dalszą część opka, z Kaulitzem targanym wyrzutami sumienia, pomijamy. Zmęczeni jesteśmy...
Nie dziwcie się, taki ładunek kabotyństwa i egzaltowanej grafomanii może zadręczyć analizatorów nawet najbardziej wprawionych w bojach.
Z miętowej przestrzeni szafirowej spirali transcendencji pozdrawiają:
lewitująca srebrzyście na bezdźwięcznym tle porzeczkowego nieba Kura, Jasza otulony akordami płaszcza mroku agrestowo-rabarbarowego koca oraz spocony i zaśliniony Maskotek, któremu kręci się w głowie od tego wszystkiego.



4 komentarze:

Gabrielle pisze...

· akurat
W takim razie liczę na Was. ;)
· kura z biura
@ akurat: Opko o Bieberze "robi się", w przygotowaniu mamy również koszmarek ortograficzny, tak więc cierpliwości!
· sikorsky
Tego się na trzeźwo nie da. Wpędzicie mnie w alkoholizm - już teraz podnoszę łeb znad kolejnego piwa i na niebie zamiast księżyca widzę olbrzymiego, szklanego cyconia płynącego przez mleczno-jagodowe chmury. Moja labilność robi się od tego redundantna :D
· akurat
Ja cem opko o Biebeeerzeee....
Takie do bólu głupie i naiwne, w stylu "wstałam rano i mama powiedziała mi, że się przeprowadzamy". O, albo koszmar ortograficzny. Też lubię.

Nie wiem czemu, ale przy tego typu bzdurach śmieję się najbardziej.

Jeśli przypadkiem brakuje wam materiału, mam parę potworków. Ale muszą się jeszcze rozwinąć.
· Mała Ygrek
Czy tylko mnie się w oczy rzuciło, że Tom już po raz kolejny ma nadprodukcję?

Pozdrawiam

M.
· Goma
Nie, to nawet dla mnie było za dużo xD Następnym razem proszę o coś mniej wzniosłego. Ale duet - świetny!
· evilly
Przeczytałam całość za pierwszym podejściem, dostanę ciastko? Naprawdę nie ogarniam moim małym móżdżkiem, jak można pisać takie głupoty. Kto tu chyba Coelha przedawkował, chociaż nawet on wydaje się strawniejszy od tych farmazonów.
· Milka
Mrr pojawiła się wyczekiwana przeze mnie analiza Mniszkówny ^^ Podziwiam, ja bym chyba nie miała tyle samozaparcia, aby przeczytać to opko i jeszcze zanalizować. A myślałam, że po przeczytaniu pierwotnej Mniszkówny już nic mnie nie zaskoczy :D
· Niku
Ten tekst mnie przerasta.
Naprawdę.
Boru szumiący, jak ja dawno nie czytałam takich bredni... a w ogóle to osssochozzziło w tym czymś...?
To jedna z tych kilku analiz, których po prostu nie byłam w stanie przeczytać za jednym razem.

Ukłony w stronę analizatorów - podziw, po prostu podziw...
· Hasz
Jaszu: aj law ju.

I tak nieśmiało zapytam... Skąd macie radar i echosondę? Amerykańskie może? Bo ja również przeszłam przez całość tęczowych oparów i wyczaiłam li tylko, że opko jest o TH, a bohaterowie kochają, cierpią i chędożą od czasu do czasu.

Chylę czoła.

PS: Nie wiem, co ucieszyło mnie bardziej - kiszone marzenia czy zeppeliny?
· Dzidka
Jasza jest twardy. Podczas analizy żuje pszczoły :)
· kura z biura
Na dziki atak fanek raczej bym nie liczyła, bo opko zostało zakończone już jakiś czas temu i prawdopodobnie już nawet sama ałtorka nie sprawdza pod nim komentarzy. Żyje natomiast to o jaśminowym zombiaku, a że Jaszy jeszcze nie dość poezyi, może weźmiemy się też za nie!
· Yamnik
Boru... Przestałam czytać jak się zorientowałam, że nie wiem, o czym czytam.
· World_Ruler
O kurwa, jakie to piękne.
Wybaczcie wulgaryzm, ale po prostu potrzeba mi teraz swojskiej, prostej polszczyzny, żebym się od nadmiaru wzniosłości nie pochorowała. Przypomina mi to książki, do których swego czasu miała skłonność moja dziewczyna, w których zwroty "egzaltowany uśmiech karminowych warg ukazujący perły zębów" były mile widziane.
Gratuluję, że wyciągnęliście z tego coś zabawnego. Przyznam, że czytałam na dwa podejścia.
· Oburzona Falanga Wielbicielek
Najeżdżamy!!!!!

Gabrielle pisze...

· Dzidka
A zatem wkrótce możemy spodziewać się Wielkiego Najazdu Oburzonej Falangi Wielbicielek? :) *zaciera rączki*
· Sineira
Czytam, klnę jak szewc, zaliczam kolejne facepalmy i podziwiam, że przebrnęliście przez te opary absurdu. Czuję, że czytanie tej analizy zajmie mi sporo czasu. Na razie doszłam do "Jest martwa, ale obracam ją w wyobraźni." i oplułam biurko. Chylę czoła!
· jasza
@ Dzidka

Oczywiście, dziesiątkami!
A brzmią na przykład tak:


*Chciałabym Ci napisać, aby nigdy nie nadszedł koniec, lecz wiem, że to nieuniknione i że czeka on tuż za rogiem następnej uliczki. Z jednej strony, tak jak mówisz, to czas, gdy Ich historia; Oni się kończą i po prostu ...


*tak,ryczałam jak bóbr. A u mnie to się nie zdarza,także ...

*jesteś wielka. Wiesz zawsze czytałam takie banalne opowiadania, właściwie bez żadnego sensownego przekazu, nie trafiały do mnie, do mojego serca. Zawsze ...

*I kocham Ciebie. Za bardzo się przywiązałam, więc mi ...
nigdzie, przypadkiem nie odchodź, dobrze?
· Dzidka
Słuchajcie, a i czy pod tym opkiem jest bukiet orgazmicznych komentarzy wychwalających talent aŁtorki? Tak jak to było przy fafkulcach?
I jesteście wielcy, ale to wiecie :)
· Kasitza
A czy autorka nie zamieściła pod opowiadaniem co brała jak pisała? Tak jak te, co piszą czego słuchały jak pisały.
· 'N.
Nikt się nie obrazi, jak sobie same komentarze przeczytam, prawda?

Bo moje niezassane oczynie zdzierżyły plastycznego opisu cudnie ukształtowanego kolorami a olejną tekstu opowiadanka, wskutek czego ciemnym osobnikiem jak tabak a w rogu i chyba nie będę żądać światła egzystencji w postaci fragmentów, jakże głębokiej i wprost zachęcającej urokiem do wessania, tfurczości.
· kszys
Autorka powinna zmienić dilera, ewentualnie sklep kolekcjonerski.
· Picara
Jestem z siebie dumna - przeczytałam całość od razu! Po tym bełkocie cieplej myślę o Milence-Marlence.

Poza tym tawrde opuszki, szorstka skóra i korytarze żył sprawiają, że Tom K. jawi mi się jako niedomyty fizyczny.

Analiza przednia!
· Locura
"Było mu duszno, a jednocześnie niepojęcie lekko, gdy w wyobraźni budował swoje własne spełnienie, które ukryte za tarczą czasu, powoli wychylało się spoza zegarowych granic."

Ja! Ja rozumiem!
Po prostu Kaulitz zawczasu sobie wyobrażał co się będzie działo na bakstejdżu po koncercie, gdy będzie się, ekhm, spełniał z różnymi groupies (ewentualnie mały twincest...). A że koncert zaraz miał się zacząć i, ekhm, spełnienie się zbliżało nieuchronnie, to i duszno się robiło, i lekko - jak to u nastolatka.
[Aż dziw, że mu się palce do strun nie poprzyklejały...]

Przepraszam, czy jest na sali właściciel gorzelni? Bo moje wino jest chyba na to opko za słabe...
· Pigmejka
Najukochańszy Mój Duecie Analizatorski!

Kiedy szmaragdowe me spojrzenie wzięło w posiadanie ten ocean liter, słów i tęczowych znaczeń, szara i chropowata tekstura dnia przemieniła mi się w jaźni mej w kwiecistą łąkę wiosenną, a w sercu mym, do tej pory skażonym czarną trucizną, rozbłysła gwiazda radości.

A po polsku: jesteście cudowni i WIELCY, że udało Wam się przebrnąć przez ten bełkot! :D Z opka nie zrozumiałam nic a nic: to było jedno wielkie bredzenie po ostrych grzybkach - ale Wasze komentarze są naprawdę miodne! Myślałam, że się dziś nie uśmiechnę - a jednak udało mi się (i to nie raz), dzięki Wam. :*
· akurat
Auaa. Mózg mi się gotuje od nadmiaru poetyckich porównań i niecodziennych określeń najprostszych czynności.

Odpadłam gdzieś po jednej czwartej. Jutro spróbuję znowu.

Wasza wierna fanka, która czyta analizy już od numeru 69 (;D), ale rzadko się odzywa.

Gabrielle pisze...

· Ktosza
Kocham Jaszę!

Kurę też, oczywiście, ale Jaszę jednak bardziej, przepraszam.

Ale opko, trzeba przyznać, absolutnie nie do przeczytania. Jak tak można pisać jeszcze zrozumiem, ale ona ma jakieś czytelniczki? Które brną przez tę grafomanię?
Też odpadłam w pewnym momencie. Jutro może zrobię drugie podejście...
· mikan
Na bora! O czym jest to opko??

To można bez końca tak? Dyć to nawet o dupie Maryni nie jest...Matkoborsko.

Toczące się piersi jako kule ómarły mnie ostatecznie.

Szapoba Analizatornio ciężkie działa trzeba było wytoczyć, aby przez to przebrnąć. Powinniście się udać na urlop do Ciechocinka aby odpocząć w nurzającej się ciszy bezkresnych szeptów.
· V.
Pożyczam tekst o żyrafie bo rozbawił mnie szczerze.

Gratuluje podjęcia zadania. Odpadłam w 1/3 tekstu. :)

Anonimowy pisze...

A Ja myślałam, że moje opowiadania to niezrozumiały pseudo psychologiczny bełkot :D

Hannah