czwartek, 16 lutego 2012

162. Horkruks Lilki, czyli Jak się nauczyć teleportacji w weekend (2/2)


Nie będziemy Was zaskakiwać, drodzy Czytelnicy. Dzisiaj druga część opka, którego część pierwszą zanalizowaliśmy tydzień temu. Opka, którego aŁtorka miała masę pomysłów, niekiedy całkiem nietypowych, ale za nic nie potrafiła połączyć ich w składną całość. Jasno i poprawnie ich opisać też zresztą nie zdołała. Nie pozostaje więc Wam nic innego, jak tylko indżoić!

http://magic-and-charm.blog.onet.pl/    

Analizują: Kura, Sineira, Murazor, Szprota, i Jasza.

-„Spryt”- wypowiedziałam hasło i weszłam pośpiesznie do swojego dormitorium. Wzięłam z szafki swój pamiętnik. Niewielki czarny zeszyt z napisem „Lilka”.
Bo to wiadomo, Lilków w Hogwarcie jak kusych psów.

Szczerze nie należał on do mnie i  zasadzie nie wiem do kogo. Pewnego razu będąc w Howardzie w sowiarni zauważyłam mały czarny dzienniczek.  Co prawda jeszcze wtedy nie miał napisu. Pojawił się on dopiero, gdy dotknęłam go. Pamiętnik ten posiada tak jakby duszę.
Boru najzieleńszy! Horkruks Lily Evans?! O.O
Ciekawe, kogo zatłukła...

I dopóki się go nie zrzeknę to nikt nie ma prawa go ruszać. (O!) Nie zapisuję w nim żadnych bzdur :”Kochany pamiętniczku dziś byłam u Samanty.” Bo to tylko marnowanie kartek. Zapisuję tu moje zaklęcia i eliksiry. No i jeszcze coś z czego każdy by się uśmiał: słowa i nuty piosenek.
“It's friday, friday
Gotta get down on friday
Everybody's lookin' forward to the weekend, weekend
Friday, friday...”
“I Am sitting by my barn here
And I’m looking at the sun
Just like Rebecca Black
I’m having fun, fun, fun!”

Wyszłam z pokoju i zatrzymałam się na chwilkę w Pokoju Wspólnym Ślizgonów.
Trafia do piekła, po drodze jej było... Schodziła na śniadanie, schodziła, aż zabłądziła do ślizgońskich lochów.
Niejedna boChaterka schodząc na śniadanie trafia do piwnicy, więc wpisuje się w kanon.

Przysiadłam sobie  na tapczanie i wpatrywałam się w gasnące płomienie w kominku. Nagle usłyszałam czyjeś kroki. Ale jak nigdy nic dalej wpatrywałam się w tańczące płomyki. Po kilku sekundach zobaczyłam ciemną postać przed sobą i usłyszałam tylko: ”PLASK”. Zaraz potem zaczął mnie okropnie piec policzek…
Każdy Dom ma takie widma, na jakie zasługuje. Ślizgońskie policzkują znienacka.
MÓWIŁEM CI TYLE RAZY: NIE BAW SIĘ OGNIEM BO BĘDZIESZ SIKAĆ W NOCY!

"Żyjemy nie tak jak chcemy lecz tak jak potrafimy."
Demokryt
… się w grobie przewraca.

*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*
Spytasz  się jakiegoś Ślizgona jak to jest dostać w policzek, on odpowie Ci, że nie ma zielonego pojęcia.
No jak to? Skoro tak łatwo tam oberwać!?
Och, nie rozumiesz. Oni są PONAD.

Ślizgoni mało wiedzą. Kierują się przede wszystkim dumą.
Wydawać by się raczej mogło, że potomkowie dumnych i śliskich arystokratów doskonale wiedzą, jak to jest dostać w twarz od arystokratycznego tatusia.

Może i są nieliczni „dobrzy”, ale to rzadkość i wyjątek.
Schemat, schemat, schemat.
Na logikę: gdyby ze Slytherinu faktycznie wychodził sam mhrock i zło, należałoby dawno zlikwidować ten dom!
Biorąc pod uwagę, że w harcerskim obozie najbrudniejszym i najbardziej śmierdzącym miejscem jest latryna, najlepiej byłoby ją zlikwidować. ;)
Eno, do latryny to mhrock i zło wchodzi, nie wychodzi - chyba że za płytką wykopali...
Dung in - dung out.

Złapałam się za bolący policzek i spojrzałam na przybysza.
-Nie spodziewałem się tego po tobie!- Głos był nieco zaspany, ale można było go rozpoznać na kilometr.
Zaspany, a wrzeszczący?
Może chodziło o “zasapany”?

Malfoy- ta cholerna tleniona fretka. –Trafiła szlama do zdrajców i innych szlam!
W takim razie chyba właśnie należało się tego po niej spodziewać, prawda?

Byłam wprost oburzona. Wstałam naprzeciwko niego i popatrzyłam się na niego zezłością.
-Ty cholerny tleniony tato synku! Myślisz, że jesteś najlepszy, najfajniejszy i w ogóle the best! To ja Ci coś powiem…-W tym momencie strzeliłam mu prosto w nos.
No i powaliła go elokwencją.
Już drugi raz.
Bić zaspanego?! To niehumanitarne!
Ja się zastanawiam, z czego strzeliła.
Z procy ze stringów, na pewno.

Chwilkę potem już się za niego trzymał.Wyglądało to trochę komicznie. Malfoy trzymający się za zakrwawiony nos i klnący coś sobie pod nim 
Element Trochę Komiczny.

Zaczęłam się z niego śmiać. Wyszłam z dormitorium Ślizgonów i udałam się do wierzy (Jeżu...) Gryfonów.
Muszę koniecznie nauczyć się teleportacji, bo takie chodzenie w kółko na górę i w dół zrobiło się bardzo nieprzyjemne.
Zapominanie o tym, że w Hogwarcie nie można się teleportować, należy chyba zaliczyć do chorób zawodowych aŁtoreczek.
Anienie, po prostu zajebistość boCHaterek jest ponad wszelkimi ograniczeniami narzucanymi przez kanon.

Weszłam cichutko, nawet bez skrzypnięcia drzwi. Postałam troszkę przy nich i spojrzałam się na jakiegoś człowieka na kanapie. Rozmawiał on z kimś, ale wychodziło to, że z płomieniami. Zaraz potem ukucnął (!) przy nich i dalej nawijał. Słuchałam każde jego słowo,nawet te wydobywające się z kominka.
Albo “słyszałam każde słowo” albo “słuchałam każdego słowa”, na litość Bora!
Ładnie to tak podsłuchiwać?

Pierwszą osobą był Potter, a drugą to niewiem.
Niewiem był bardzo tajemniczym uczniem, nikt nic o nim nie wiedział.
Możemy przypuszczać, że był Czechem.
Czech, to byłby Newem albo Nedopytal.

-Jak tam sprawy w Norze. Nie czujesz się samotnie?
-Nie Często bywa tu Molly, jej mąż i mała Johns .-Mojenazwisko.
No, to takie w sumie logiczne, że państwo Weasley często bywają w Norze, w końcu to ich dom. Ale... czemu Potter mówi o mamie Rona po imieniu, czy my też o czymś nie wiemy?
A nienie, to nie Potter mówi, to Niewiem, ten Czech.
Ok, w takim razie zastanówmy się, skąd w Norze panna Johns Mojenazwisko i dlaczego ona sama zdaje się nie mieć pojęcia o tym, że często tam bywa...
Może Emily ma siostrę, o której nie wie? Byłoby to całkiem kanoniczne w przypadku opka.
Jeszcze trochę tych tajemnic, a niewiedza osiągnie masę krytyczną i imploduje.

Rozmowa byłaby bardziej zapewne ciekawsza,
Rozmowa byłaby bardziej ciekawsza, a Staszek is the bestest.

gdybym nie przewróciłaszczotki znajdującej się przy drzwiach.
Cholerne skrzaty, wszędzie bajzel robią!
W dodatku szczają do mleka.

-Do zobaczenia Harry.-Usłyszałam jeszcze z kominka.
-Pa.-Wtedy jego zielony tęczówki spojrzały się zzaciekawieniem na mnie. Speszona pobiegłam na górę. Wleciałam pod kołdrę (wziiuuum!) ipodciągnęłam nogi pod szyję.
O tak.

Zaraz potem usłyszałam czyjeś ciche kroki. Kołdrazostała zrzucona mi z głowy. Zaraz potem leżałam, trzymana za nadgarstki nałóżku.
-Mów co usłyszałaś.-Powiedział szeptem.
-Nic. Od razu jak weszłam to usłyszałam tylko: Pa. Myślałam że to do mnie i…-Kłamstwa zawsze przychodzą mi łatwo. Nie wiem skąd na nie biorę pomysły. Po prostu mówię i zmyślam
A nosek mam coraz dłuższy i coraz bardziej drewniany.

- Puść mnie, proszę.
Chłopakpuścił mnie i wszedł do łazienki.

Odwróciłam się na bok i łzy zaczęły mi płynąćna śnieżnobiałą pościel. Żałowałam tego co powiedziałam tak jak tego, żezrobiłam tyle głupich rzeczy. Otarłam łzy ręką. Usłyszałam ciche skrzypnięciedrzwi. Wstałam, wzięłam piżamę z kufra i skierowałam się w stronę łazienki.
W której, nie zapominajmy, znajdował się już Potter. Postanowiła w ramach zadośćuczynienia umyć mu plecki?

Łazienka tabyła ogromna (jak kobyła). Na środku znajdowała się wielka fontanna.
To nie była żadna łazienka, tylko Łazienki.
Hmm...
Chyba że aŁtoreczka ma na myśli nie fontannę, tylko bidet.

Ej, czy ja przypadkiemnie jestem w łazience prefektów?
Nie, to tylko Gryfoni splagiatowali design.

Ale było tam naprawdę ślicznie. Przestrzenna,dość skromnie urządzona. A efektu dodawała syrena w witrażu na oknie orazliczne ozdoby na kranach.
Tak, nie ma to jak skromnie urządzona łazienka z fontanną na środku i witrażami. Btw, odkąd to łazienka prefektów przylega bezpośrednio do dormitorium Gryfonów?

Sen zmorzyłmnie dość szybko. Miękka pościel. Chociaż było to nowe miejsce i pełnochłopaków wokoło to mi to nie przeszkadzało.
Jak się szkoła skończy, włożę kabaretki,
Zatańczę w stodole na sianie.
Nic tak nie usypia jak męskie skarpetki,
Od roku już nie zmieniane!

Ranek, coprawda wolę wieczory i księżyc w pełni, ale ten był wyjątkowo fajny.
Ha, rozumiem ją, też się lubię budzić w męskim towarzystwie;>
Tato nie wraca, ranki i wieczory...
Dobrze, że mama spuszcza w oknach story.
(Sztaudynger)

Nie obudziły mnie promyki słońca, lecz ciche szepty wokół mnie.Najpierw powoli otworzyłam jedno oko i zaraz je zamknęłam, ponowna próba tylko dwojga oczu zakończyła się sukcesem.
*frenetyczne brawa i owacja na stojąco*

Nade mną stał, tak jak przypuszczałam,Potter oraz tu się chwilkę zastanowiłam, to był Ron? Chyba tak. Hmmm, ślicznie mu w tych włoskach, takie potargane.
O łał. Ałtoreczka, która lubi Rona! Rzadkość, prawdziwa rzadkość, doceńmy to!

-Ron, wiesz, że ci ślicznie w tej fryzurze? –Spytałam cichymi zaspanym głosem. Wszyscy spojrzeli się na mnie i zrobili wielkie oczy.-No co?
-Nic.-Powiedział Potter i wyszedł.
- To JA to miałem powiedzieć - mruknął pod nosem i trzasnął drzwiami.

-Lewą nogą wstał czy co?- Spytałam patrząc się na drzwi, w którychprzed chwilką zniknął chłopak.
-No można tak powiedzieć. Wstawaj Dumberdore robi jakieśzebranie wszystkich uczniów.
Tak przed śniadaniem?!
Na głodniaka będą stawiali mniejszy opór.

-Okej.-powiedziałam powoli zwlekając się z łóżka. Uklęknęłamprzed  łóżkiem i wyciągnęłam spod niegowielką walizkę.
Ostatnio to był kufer. Transmutacja, ani chybi.

Tymczasem Ron usiadł na mojej pościeli i przyglądał się mi.
-Ron, czemu odkąd ja tylko znam, to mi się tak dziwnieprzyglądasz?- Spytałam rzucając gdzieś na środek pokoju kolejne ciuchy.
Khę, kolejna, która chce podstępem wyswobodzić hogwarckie skrzaty?
Skrzaty z piskiem rzuciły się przymierzać fatałaszki.

-Mówił ci ktoś że jesteś bardzo ładna?- Uśmiechnęłam się iwyciągnęłam z „kufra” ciemną sukienkę z białym paskiem w tali i niewielkąkokardką z boku.
Znaczy, szaty uczniowskie panny nie obowiązują?
No WEŚ, merysójkę?!?

-Nie ty pierwszy tego dokonałeś.
Z wielkim trudem tego dokonał, ale czy miał inne wyjście?
Na mój gust to wiekopomniejsze dokonanie niż otwarcie obojga ócz naraz.

Wielkimikrokami wraz z Ron’em szłam do Wielkiej Sali. Weszliśmy bez najmniejszegoszmeru [obyło się bez trzaskania drzwiami?] i usiedliśmy na wolnych miejscach.
-…Tak, jak więc wiecie, w tym roku odbędzie się turniejTrójmagiczny.
Po cholerę - nie wiadomo, bo poza tą sceną nie ma o nim ani słowa.

Turniej jest rozgrywany między trzema szkołami magii - Hogwartem,Beauxbatons [Nie wierzę! Napisane poprawnie!] i Durmstrangiem. Czara Ognia z każdej ze szkół wybiera po jednymuczniu. Muszą oni mieć skończone przynajmniej 17 lat.  Trzej reprezentanci mierzą się w trzechkonkurencjach, a zwycięzca wygrywa 1000 galeonów, wieczną chwałę i PucharTurnieju.-
Ejże, zaraz, kiedy właściwie toczy się akcja tego opka? Na początku dowiedzieliśmy się, że boCHaterka jest na piątym roku, a na zajęcia chodzi z uczniami o rok starszymi, zatem Potter powinien właśnie ryć w podręczniku Księcia Półkrwi, a nie przygotowywać się do Turnieju!
Nie bądźmy zbyt wymagający, nawet w osławionym “Świetle pod wodą” Turniej odbywa się ponownie, gdy Harry jest w siódmej klasie.

Od samego początku było słychać szepty uczniów. Gdzieś o tymczytałam…  Wiem: „Turniej ten rozpoczętoprzeprowadzać w średniowieczu. Organizowany był co 5 lat. W końcu zakończono goprzeprowadzać, a to za sprawą coraz większej ilości ofiar śmiertelnych.”(*) 
Lisbeth Salander, panie dziejku, co raz przeczyta, to się jej w pamięci marmurowymi zgłoskami zapisuje.

Uczyłam się o tym w pierwszej klasie nadodatkowych lekcjach Historii Magii. Widać na coś się to przydało.
Mój boru, myślałam, że Hermiona była jedyną istotą, która nie spała na wykładach profesora Binnsa... Ale nawet ona nie brała dodatkowych lekcji!

–Więc,powitajmy naszych gości.-Gości? To już przybyli? Szybko. Dumberdore zacząłczytać jakieś informacje o pierwszych przybyłych, rdzy do Sali wkroczyły [zardzewiałe roboty] Wile.Ale nowość, też tak potrafię się ruszać. No, ale one przesadzają. Kręcą tymityłkami jak modelki i te ahy, ehy na co to komu?
Bo to wychodzi samo, jak się tylko człowiek przestanie garbić i udawać goryla. Serio.
To ja się już wolę garbić niż kręcić zadkiem.
Murazorku, a w tańcu?
Na szczęście - nie tańczę.

Pff, reprezentowanie się…
Znaczy prezentowanie się ponownie? Z przodu i od dupy strony?

Zaraz, zaraz jestem zazdrosna? Ja? Może i tak, ale trzeba przyznać: na co tokomu?
No właśnie, na co komu zazdrość, skoro samemu też dysponuje się tyłkiem i nic nie stoi na przeszkodzie, by nim pokręcić. Go, Emily, go!

Następny w kolejności miał być: Durmstrang. Muszę jakoś stąd uciec, po comam tu siedzieć i oglądać, jakiś tam kolesi, którzy skaczą jak Bob Budowniczy.Wyszłam mijając umięśnionych gości, którzy patrzyli się na mnie dziwnie, iudałam się w stronę biblioteki.
Reprezentacja Durmstrangu wizualizuje mi się w tym momencie tak:




Przezchwilę czułam się śledzona.
To tylko paranoja, na to są pigułki.

Gdy weszłam do biblioteki, podeszłam do profesorki.
-Przepraszam, jest jakaś książka o teleportacjach?- Onapopatrzyła się na mnie dziwnie.
-Don’t-you-know-the-Dewey-Decimal-System?! - wycedziła.

-Chyba to nie jest z czarnej magii?
-Ależ nie, ale to nauka wyższa, dlatego jestem takazdziwiona. Cieszę się, że uczniowie chcą poszerzać swoją wiedzę.-Powiedziała imachnęła różdżką. Książka mająca około 100 stron, wylądowała przede mną.
Objętość przeciętnego harlequina; nie namęczy się panna nad lekturą.

-Dziękuję.
Ciemno.Nadal siedzą nad książką. Przeczytałam ją chyba z 10 razy. Najgorsze było to,że ja nie mogłam się tego nauczyć. Formułka brzmiała następująco: „Jeżelichcesz nauczyć się teleportacji my ci w tym pomożemy. Na początku powinieneś: 1.Być skillmagiem.”
Skillmagiem? To chyba bardziej jak się chce opanować umiejętność posługiwania się magicznymi gadżetami typu jojo lub klik-klaki...

Na tych słowach co chwilę przystawałam. Nie wiem czy to jestmądre pisanie w czystej magii o ciemnej. Przecież książka o tym jak zostaćskillmagiem znajduje się w dziale ksiąg zakazanych.
Uhm, zaraz obok podręcznika leTkiego makijRZu.
Ejno, ktoś Cię tu robi w jajo. Sprawdź może, czy na ostatniej stronie podręcznika nie ma jakiejś reklamy korespondencyjnych kursów skillmagii?

No to klapa! Chyba, że…

Siedziałam na kanapie i wpatrywałam się wstary list mamy z Hogwartu. Podstawowe przeczy czarodzieja: różdżka…
Są takie rzeczy, że nikt nie zaprzeczy...
Nie różdżka się liczy, liczy się czarodziej...

Mama siedziała jak zwykle zapłakana w kuchni. Jak ja tego nie znoszę.Podeszłam do niej i [walnęłam z liścia] położyłam jej stary list obok jej [nowego listu]. Ta na chwilę sięuśmiechnęła, ale zaraz potem zaczęła zalewać stół kolejnymi łzami.
Cóż warte łzy mamy, skoro ani samotne, ani kryształowe.

-Mamo, trzeba mieć różdżkę?- Uniosła lekko głowę. Rozmowa z nią nigdymi się nie kleiła. Otarła łzy i powiedziała smutnym głosem:
-To podstawowa rzecz czarodzieja.
-A nie można czarować bez różdżki?- Spytałam jak  to małe dziecko robi najczęściej.
Czyli nie słuchając odpowiedzi i przygotowując w myślach listę kolejnych pytań.

-Oczywiście, ale trzeba być skillmagiem.
-A co to jest skillmag?
-To osoba która bez różdżki posługuje się magią.
Aaaa, czyli merysójka?
Albo inny wałdca rzywiołuff.
E nie, to taki, co zdobywa kolejne skille, by przejść na następny level.

-A nie można nie być nim?
-Jam będziesz bardzo chciała kiedyś czarować bez różdżki to samadojdziesz jak to się robi…
Nie no, oczywiście, że można dojść bez różdżki;>
A pomijając skojarzenia Sineiry: właściwie nie mam pojęcia, jak to opisać, więc rzucę takim sobie tekstem na odczepnego.

Powiedziała i zniknęła. Tak po prostu rozpłynęła się na krześle.
Z głośnym “plusk”!

Zarazpotem ujrzałam ją w salonie. Zdziwiona stałam jak słup i nie mrugałam nawetoczami. W ogóle zapomniałam o  wszystkim,nawet o oddychaniu.
Proooszę, niech jej nikt o tym nie przypomina, może się udusi!

Mama powolnym krokiem podeszła do mnie i uśmiechnęła się.
-Kiedyś dowiesz się jak to zrobiłam.- Kolejne pytania nasuwały mi sięprzez myśl.

Skoromama [to jakaś wyższa kasta skillmagów?][Szybka Mamuśka, rosyjska kuzynka Szybkiego Lopeza] potrafiła się teleportować bez niczego to i może ja potrafię.  To na pewno nie jest trudne. Książki czasamisię mylą. Może i za pomocą różdżki przeniosę się. Przekręciłam parę kartek iponownie zaczęłam czytać. Było tam napisane, że jeśli spełniłam wszystkiewarunki, to… bla, bla, bla… mogę przejść do dalszych punktów.
Ominęła rozdział “Niebezpieczeństwa oraz skutki uboczne” i zabrała się do dzieła.
Może się rozszczepi? *wyobraża sobie flaczki malowniczo rozwłóczone po okolicy*
Albo wteleportuje się w lity mur?

Rozejrzałam sięwokoło. Na szczęście chłopaki byli jeszcze na śniadaniu. Ustałam [zaś!] na środkupokoju. Prawdziwy skillmag musi tylko pomyśleć, gdzie się chce znaleźć ipstryknąć palcami. Ja natomiast uniosłam różdżkę nad głowę i pomyślałam miejscedo którego chcę się przenieść.
No tak, gdzieżby merysójka trzymała się wskazań podręcznika. Nie godzi się.

Na początek nie chciałam niczego trudnego.Pomyślałam, że przeniosę się na drugi koniec pokoju. Nie liczyłam nawet, że misię uda. Machnęłam niezręcznie różdżką w powietrzu i…
… wydłubałam sobie oko.

"Co w człowieku kocha się najdłużej? Jego tajemnicę... . "
Tadeusz Ruciński
Co się w człowieku kocha na okrągło? Jego okrężnicę...”
Ciocia Sine

17 czerwca 2009
Rozdział V "Zabiję go!"
   
Machnęłam niezręcznie różdżką w powietrzu i…
...rozwaliłam sobie nos.

Teleportacja. Co o niej można myśleć? Sztuczka jaką umieją tylko skillmagii. [skillmagowie, jeśli już]
A ta cała reszta, która się tego uczy w szóstej klasie, wcale się nie teleportuje, tylko przemyka między wymiarami.
Albo też skillmagia jest umiejętnością nader powszechną, a bibliotekarka po prostu chciała spławić natrętną małolatę.

Ja niestety nim nie jestem. Chyba… A czemu mówię chyba?
Bo każda prawdziwa Merysójka musi się trochę pokrygować.

Ponieważ nie każdemu za pierwszym razem może się to udać.

Poczułam jakbym nagle zapadła się pod ziemię lub bardzo szybko uniosła.
To ruchy skierowane w przeciwne strony. Trudno je pomylić.
Jednak się rozszczepiła?!

Mimowolnie krzyknęłam. Wokół siebie ujrzałam czarną mgłę, która nagle zjaśniała. Zajęta krzyczeniem [absorbujące, nieprawdaż?] nie wiedziałam nawet gdzie wylądowałam, ale to na pewno nie był mój pokój.
Ogromny ból w plecach to jedyne co teraz czułam. Nie dziwiłam się. Żeby to wylądować z 2 metrów na twardy beton.
Podgatunek merysójki, która potyka się o własne nogi, powinien mieć osobną nazwę. Proponuję “bellasłonka”.

Nagle odczułam ból w prawej nodze oraz to, że ktoś na mnie upada. Walnęłam głową o podłogę. Zaraz potem zaczęła mnie ona bardzo piec.
To jest tak pokrętnie napisane, że przy pierwszym czytaniu wyszło mi, że walnęła głową w piec...

Po mojej głowie zaczęła płynąć szkarłatna krew.
A po nodze płynęła zielona w szare groszki.
A po piecu?

Od jej zapachu zakręciło mi się w głowie.
Czyżby - jak u stygmatyków - pachniała ona różami i fiołkami?
Truskawkami.

Leżałam tak na ziemi i czekałam aż mi ktoś pomoże.
Nie wstawaj! Tak se leż! Może wykrwawisz się na amen.

Nagle do moich uszu doszedł jakiś piskliwy krzyk, a zaraz potem usłyszałam:
-Drakusiu nic ci nie jest?- Mam te cholerne szczęście! Spadać właśnie na niego. Chcąc odejść od niego jak najdalej, postanowiłam wstać. 
Mogła się odczołgać. Nie musiałaby wstawać.

Najpierw otworzyłam oczy, a następnie uniosłam się przy pomocy rąk do pozycji siedzącej.
Potem przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej, zamachem do przodu przeszłam do pozycji kucznej i powoli prostując kolana i kręgosłup (krąg po kręgu!) osiągnęłam postawę pionową. Wszystko zgodnie z normami BHP.

-Ała- Powiedziałam, gdy zakręciło mi się w głowie. Mimowolnie złapałam się jej. Poczułam ciepłą ciecz z tyłu głowy.
Drakuś ją obślinił.

-Spadaj ode mnie Parkinson! Mówiłem ci tyle razy, żebyś się w końcu odczepiła. –Usłyszałam. Spojrzałam na scenkę. Moje oczy spotkały się z jej nienawistnym spojrzeniem.
Tej scenki.

Chwilę potem wstała i ukucnęła mi przy uchu.
Najpierw zaatakowała oczy, a potem uszy. Za chwilę całkiem pozbawi ją zmysłów.

Następnie szepnęła przez zęby:
-Draco jest mój.-Chciało mi się śmiać.
O, gdzieś tutaj miałam fakturę VAT i dożywotnią gwarancję, tylko trzeba ją przedłużyć po pięciu latach...

Do czego mi jej głupi kochaś?
Młody, niebrzydki, majętny, z dobrego rodu? Zastanówmy się...

Uśmiech wpełzł na moja twarz. Jednak, gdy usłyszałam to co dodała zaraz później, pobladłam na twarzy.- Szlamo…
Wstałam pośpiesznie, zachwiałam się na nogach i wyciągnęłam różdżkę.
-Odszczekaj to!- Powiedziałam przez zaciśnięte zęby. Czułam jak robię się purpurowa na twarzy.
BoChaterka solidnie walnęła się w łepetynę. Tak solidnie, że po raz pierwszy od pięciu lat zareagowała na obelgę. Być może dopiero teraz właściwa klepka wstawiła się we właściwe miejsce i dziewczę nareszcie pojęło, że jest obrażane.

-Chciałabyś…
-Crucio!- Krzyknęłam.
Dziewczyna zaczęła zwijać się z bólu. Malfoy już chyba wstał, bo poczułam jego obecność za mną. Przypatrywał się całej sytuacji.
… chłodnym okiem badacza, dyskretnie przy tym notując najnowsze spostrzeżenia.
Patrzył i uczył się.

Pansy zaczęła krzyczeć. Opuściłam różdżkę i ukucnęłam przed nią.
-Nigdy nie zadzieraj z córką śmierciożerców.
Bo groźne są i w gniewie prędkie.

Spojrzałam się w stronę chłopaka. Ten zrobił wielkie oczy. Już wiedział, że posiadam czystą krew [trV bladź] i na pewno żałował tego co powiedział mi w drugiej klasie.
A wyznacznikiem owej czystości był ustna deklaracja, czy zdolność do rzucania Niewybaczalnych?
Szczery nerw, jaki nią szarpnął na słowo “szlama”, oczywiście.

Parkinson wstała i z płaczem pobiegła w nieznanym mi kierunku. Rozejrzałam się wokoło. Poznałam to miejsce. Skrót do lochów. Tylko Ślizgoni go znają.
-No widzę Johnson, że teleportacji zachciało Ci się uczyć.-Powiedział chłopak z chytrym uśmieszkiem.
-A ci co do tego Malfoy?- Wysyczałam przez zęby.
Biorąc pod uwagę fakt, że właśnie spadłaś mu na głowę, sporo mu do tego.

-Wiesz mogę ci pomóc się tego nauczyć.- Co? Pan „Nie lubię szlam i chwała czysta krew i zakaz bicyklowania” chce mnie uczyć?
-Ooo… pan Malfoy zrobił się wielkoduszny?
-Nie. Ale dla praktykowania czarnej magii zrobię wszystko.- Powiedział przysuwając się blisko.
A od kiedy to teleportacja, używana powszechnie i radośnie, stała się czarną magią?
Jemu raczej chodzi o tego Cruciatusa. Liczy na powtórkę.

-Wiesz co? Wypchaj się Malfoy! Najpierw nazywasz mnie szlamą, a teraz chcesz uczyć!- Nadepnęłam mu na nogę i gdy chciałam odejść zachwiało mi się w głowie. Ciemność- to było to, co zobaczyłam. Nie wiedziałam co się dalej działo.
Nadepnięta stopa Malfoya uwolniła duszącą chmurę odoru...

Jestem w ciemności i próbuję widzieć jasno.
[jedną zapałką! jedną zapałką!]
Co ten Malfoy sobie myślał? Zabiję go!

Pod wpływem szeptów wokoło, przebudziłam się.
To ci spała jak zając, mnie nie budzi nawet górniczo-hutnicza orkiestra dęta.
Chyba że składa się z kotów;)

Leniwie otworzyłam oczy. Najpierw jedno potem drugie.
Nie myślcie sobie, że była jakakolwiek inna kolejność!
Ale najpierw lewe, czy prawe?

Ujrzałam dwie rozmazane postacie. Jedną na pewno był Malfoy. Te jego tlenione kudły na pewno bym poznała wszędzie. Drugą jakaś kobieta o jasnych włosach.
O, na pewno też tlenione. Naturalnych włosów blond po prostu nie ma w przyrodzie.

Czułam się okropnie. Nie dla tego, że byłam obolała, ale dlatego, że zrobiłam to co teraz żałuję.
Uderzyłam kogoś zaklęciem niewybaczalnym. Przecież sobie obiecywałam:” Już nigdy nikogo nie zabiję i nie zranię.”
Ejno, nie bądź taka zasadnicza, mówiłaś tylko, że koniec z zabijaniem.

A teraz co? Popsułam to co zaczęłam. Pojedyncza łza zaczęła mi płynąć po policzku.
Yes, yes, yes!

Przymknęłam oczy. Poczułam jak owa łza została zetarta palcem czyjejś dłoni.
ZEtarta, zanim zdążyła ZEpłynąć.
Cieszy mnie doprecyzowanie, że palec przynależał do dłoni.

Otworzyłam szeroko oczy przestraszona. Spojrzałam ponownie na ten dziwny świat.
Potem je znów przymknęłam i znów otworzyłam. W ten sposób odkryłam MRUGANIE. Musicie kiedyś spróbować!
Zacytowałabym tu jedną taką piosenkę o dziwnym tym świecie, ale że wdowa przerobiła jej autora na zastrzeżony znak towarowy, nie ośmielę się.

Nade mną szczerzył się Malfoy.
I, dysząc, wywieszał kapiący jęzor.
I merdał ogonem?

Czego ten przygłup ode mnie chce?
-I czego się lampisz dupku?- Spytałam.
-Charakterek w rodzinkę.
ŻE CO.

-Wal się idioto!- Powiedziałam szukając mojej różdżki w ubraniu. Znalazłam. Uniosłam ją nad głowę. Poczułam silną dłoń na moim nadgarstku.
A w chwilę później cichy szczęk i metaliczny dotyk kajdanków.

Spojrzałam się groźnie na Malfoya. Ten przestraszony cofnął rękę i zrobił krok do tyłu. Huknęłam jeszcze raz różdżką.
Huknęła go różdżką bez łeb.

Te dziwne uczucie.
Taaa, to dziwne uczucie, kiedy po raz kolejny widzisz ten sam cholerny błąd. To się chyba nazywa wkurw.

Chciałam za wszelką cenę znaleźć się w pokoju gryfonów. Jednak los mi nie sprzyjał. Wylądowałam gdzieś na błoniach, na jakimś drzewie. Dopiero po chwili zauważyłam, że to bijąca wierzba.
Ja bym przy jej błądzeniu jednak sobie odpuściła próby teleportacji, serio.

~‘To już po mnie’~ Pomyślałam i zamknęłam oczy ze strachu, że zaraz moje krótkie życie się skończy.


18 czerwca 2009
Rozdział VI "Łzy"
   
Poczułam jak giętkie gałęzie owijają się wokół mojego ciała.
Yay, tentacle.
Powiedziała Szpro z lekkim zblazowaniem ;)

Zaraz mnie zmiażdży.  – To miałam teraz w głowie. Jednak zaraz odczułam, że unoszę się w powietrzu, a potem twardy grunt pod moimi stopami. Otworzyłam oczy. Pod moimi stopami była zielona trawa, nad głową niebo. Żyję. Chyba.
Wierzba się zorientowała, że tym razem nie spadł jej z nieba samochód. Od czasu zniszczenia pewnego starego Forda marzyła, że pewnego dnia znów poczuje pod konarami karoserię. Niestety! Rozczarowanie było tak straszne, że biedne drzewko zupełnie straciło ochotę na destrukcję.

Odwróciłam się w stronę drzewa. Zdawało się być wesołe.
Szczerzyło dziuplę i chichotało liśćmi.

Podeszłam do niego i dotknęłam ręką niepewnie jego pnia i przejechałam. Poczułam jak swoją gałązką „drzewo” dotknęło mojego policzka i delikatnie przejechało po nim. Poczułam się jakoś tak bezpiecznie.
Mujeju, mujeju, nawet Bijącą Wierzbę oswoiła!
Bo to wcale nie była Bijąca Wierzba, tylko ten zakochany krzak berberysu, który czaił się pod jej oknem od pięciu lat.

Odeszłam kawałek od wierzby pomachałam jej na pożegnanie i odeszłam w stronę szkoły.
Spod wierzby pomachali jej Ropuch, Szczur, Kret i Borsuk. Mieli szczerą nadzieję, że ta dziwna istota już nigdy nie wróci do ich świata.
Wierzba przesłała jej całuska listkami, westchnęła rzewnie i rozejrzała się za starą, dobrą Kałamarnicą z jeziora.

Co mnie napadło? Teleportacja? Nigdy więcej. Powolnym krokiem weszłam do dormitorium chłopców i rzuciłam się na  czyjeś łóżko.
Rzucając się na łóżko, należy się wpierw upewnić, że jest bezdzietne.

Głowa strasznie mi pękała. Dotknęłam się jej. W tej chwili do pokoju wszedł Potter. Spojrzał się na mnie dziwnie, tak jakby z obrzydzeniem i ustał na środku pokoju.
Ustał, znowu. Może to rusycyzm? Szoł, szoł i ustał.
A może oni wszyscy tak są narąbani, że wciąż się chwieją?

Nadal wlepiał we mnie te swoje zielone gały.
-Co ci się stało?
Dopiero teraz poczułam pod palcami bandaż.
Który zmaterializował się znikąd.

-Spytaj się Drakusia.- Powiedziałam z obrzydzeniem. A na te milusie ostatnie słówko, aż się wzdrygnęłam z obrzydzenia.
-Co ten twój kochaś ci zrobił. –Powiedział z nutą ironii.
Odszedł w siną dal.

- A tobie to co odbija?- Spytałam.
-Co?!- Krzyknął. -Ty się mnie pytasz? Może się Malfoy’a spytaj!
-A co do twojego humory ma ten blondasowaty maminsynek? –Spytałam robiąc się już głupia od tych pytań.
Phi, tak jakby pytania były do tego potrzebne.

-Podobno razem chodzicie?- Teraz to poczułam, że wymioty, obrzydzenie i złość mają się wydostać na wierzch.
Jeżu, niech jej ktoś szybko miedniczkę podstawi!

-Kto ci tak powiedział?- Nie mogłam uwierzyć w jego słowa.
-Twój kochaś.-Usłyszałam. Cholera jasna! Zabiję tego dupka!
Przecież każdy wie, że chodzimy osobno!

Zerwałam  się z łóżka i udałam się w kierunku pokoju Ślizgonów. Byłam taka zła, że aż czerwona.
Oraz trochę pogwizdywałam i puszczałam parę z uszu.

Jak można tak kłamać? Owszem Potter’owi może robić głupi kawały,
Co żesz pan wygadujesz, panie Pumpernikiel? Pan mi głupi kawały robić?

ale po jaki grum mi?
Brajd i grum.
Gdyby było “brum”, uznałabym to za wariant powiedzonka “po kij od mietły”, no ale...

On jest tylko cynicznym dupkiem. Niech ja go tylko spotkam!
Skręciłam w główny korytarz. Tam na końcu zobaczyłam go jak gada z jakimiś chłopakami. Podeszłam do niego i powiedziałam:
-Kochanie. Chodź ze mną… - Ten przestraszonym wzrokiem spojrzał na mnie.
Nooo, toś zdementowała pogłoski, że aż huknęło...

Chyba już wiedział co go czeka. W tej chwili odwołałam sobie wszystkie zakazy rzucania niewybaczalnych zaklęć.
Jak będzie trzeba, to przywoła je znowu. Tylko po co ten lebiega za nią polazł?
Nadstawić drugi policzek.

W połowie korytarza, na samym środku, zatrzymałam się. Odwróciłam się w stronę chłopaka. Spojrzałam się mu prosto w oczy, a zaraz potem, [bez ostrzeżenia] z całej siły, spoliczkowałam go. Chłopak odruchowo złapał się za bolące miejsce. Mam nadzieję że to go czegoś nauczy.
Ślizgoni tłuką się aż grzmi, do przerwy stan 3:0 dla niej!

-Ty cyniczny dupku! Niby taki wielki arystokrata? Myślisz, że wszystko masz co chcesz? [Houston, mamy problem! Nie widzę związku, nie widzę związku!] Udław się farbowany blondasie! Teraz grzecznie pójdziesz i powiedz Potterowi prawdę, bo jak nie to pożałujesz!- Krzyknęłam. [Gramatyka tego zdania też wrzasnęła przeszywająco i skonała] Chłopak tylko się uśmiechnął i spojrzał za mnie. Odkręciłam się w tamtą stronę i zobaczyłam Wybrańca idącego w naszym kierunku.

-To teraz powiesz mu prawdę.- Zdążyłam tyle powiedzieć zanim zostałam brutalnie popchnięta na ścianę.
I za kłaki ją, i do jaskini!
I maczugą! I rąbać, jak Geralt Jaskra!

Zaraz potem poczułam czyjeś wargi na swoich ustach. Malfoy. Zaczęłam się kręcić i wyrywać. Mój wzrok przeleciał po korytarzu szukając ratunku.
Z plaskaniem gałek i rzęs tupotem!

Pottera niestety już nie było. Z moich oczu zaczęły napływać łzy. Właśnie teraz, gdy ten fałszywy drań mnie całuje. Chciałam, przenieść do gdzieś indziej, gdziekolwiek, aby jak najdalej od tego dupka. Do kogoś kto mi pomoże.
Wyrwać się Malfoyowi czy nie płakać?
*ostrzy sztylecik* Chodź do mnie, malutka, pomogę ci... Obiecuję, że będzie bolało.

Nagle nade mną zaczęła unosić się czarna mgła. Proszę zabierzcie mnie w lepsze miejsce.
Najlepiej od razu do lepszego świata.

Poczułam wszystko, to co przy teleportacji. Szybkie spadanie w dół.
I wolne spadanie w górę. Na litość...

Już za trzecim razem, tak się nie bałam. Ciemność, która mnie ogarniała, wydawała się bardziej przyjazna niż życie z Malfoy’em.
Tam od razu życie, tych parę pocałunków, od tego nie bierze się całe pożycie.
Ej, kto mi podmienił lektury? Myślałam, że czytam blogasek o Potterze, a nie “Emancypantki” Prusa!

Tak jak wcześniej wszystko pojaśniało, a ja znalazłam się na jakiejś  ciepłej drewnianej podłodze tuż przy kominku.
Ojoj, to żeby iskry z kominka nie poszły!

Dom wydawał się być nieduży. Nieco okrągły. (a nieco trójkątny) Tuż obok na kanapie zobaczyłam śpiącego olbrzyma. Miał ciemną brodę i dość długie włosy. Były one tak samo kręcone jak u Hermiony.
Czy to ma coś sugerować, czy tak się tylko aŁtorce napisało?
Hermiona zawsze była podejrzana rasowo, ale żeby aż tak?

Hagrid –Pomyślałam.
Czysta aryjka - pomyślał Stirlitz.

Nieco dalej na fotelu siedział okropnie śliniący się pies. Nie zwracając uwagi na resztę rzeczy znajdujących się w mieszkaniu olbrzyma, usiadłam przy kominku, z którego buchało przyjemnie ciepło. Przysunęłam nogi do siebie i skuliłam się. Łzy samowolnie zaczęły mi napływać z oczu. Jak on mógł? I to przy Potterze!
No proooszę cię, to było tak oczywiste, że naprawdę nie wiem, dlaczego się tak dziwisz. Przecież ten motyw się pojawia w co drugim opku.

Nagle przed moją głową pojawiła się nieco stara poniszczona chusteczka.
Lewitowała, falując lekko rogami i wyglądała na zdziwioną.

Hagrid musiał się obudzić. Jest on dosyć cicho [przeczytałem: “ciacho”] jak na olbrzyma. Dziwne, przecież podłoga powinna pod nim skrzypieć. Nie odwracając się zaczęłam mówić:
-Mam dość życia. Wszyscy, dosłownie wszyscy, traktują mnie jak przedmiot. Do tego Malfoy mnie pocałował. [W podobny sposób całuje cukierniczki, szafki i pudełka po butach, stąd wniosek, że mnie również traktuje przedmiotowo]. Nawet nie wiem czy to można nazwać pocałunkiem. [Nie, to tylko incydentalna wymiana płynów ustrojowych.] On jest ohydnym, cynicznym i egoistycznym idiotą. [Ten pocałunek.] Który bierze sobie wszystko co chce. Nagadał Harry’emu głupot. Chętnie bym go zabiła. Ale nie zrobię tego, bo mnie do kryminału zamknął.
Może z lekka zniewolił, ale przecież nie zaciągnął do lochu!
Piwnica? *budzi się z drzemki i rozgląda ciekawie*

- Usłyszałam ciche prychnięcie za plecami.-Tu nie ma się z czego śmiać. Nie chcę skończyć jako kolejny więzień Azkabanu.
To, że udało mi się już trzy razy nie znaczy, że mam  ryzykować po raz czwarty!

I w dodatku jestem byłą Ślizgonką, nikt mi nie wierzy, nawet Potter.
Fakt, opkowy Potter z definicji wierzy każdemu (poza dyrektorem i dawnymi przyjaciółmi, ofkoz).

[w kolejnym rozdziale generalnie nie dzieje się nic ciekawego - Emily wyjaśnia sobie z Harrym nieporozumienie dotyczące Malfoya oraz okazuje się, że wymieniana wcześniej “mała Johns” nie ma z nią nic wspólnego, zwykła zbieżność nazwiska. Ciach!]


Poczułam się bardzo sennie. Nie chciało mi się nawet ruszyć. Rozłożyłam się wygodnie na kanapie i strasznie szybko popędziłam w stronę objęć Morfeusza.
Morfeusz rozkleił zaspane powieki i mruknął: - Znów nie umyłaś zębów.

Nagle coś mnie obudziło. Straszny huk dobiegł do moich uszu.
To Morfeusz wywalił wszystko z szafki w łazience w poszukiwaniu szczoteczki.
Eno, mógł skoczyć do sąsiedniego matriksa po nową.

Wstałam pospiesznie z łóżka. Nie znajdowałam się, ani w PW, ani w dormitorium. Tylko w jakimś starym domu, gdzie skrzypiała podłoga.
Bo, jak wiadomo, Hogwart był budowlą na wskroś nowoczesną.

Szłam pierwszym napotkanym korytarzem. Na końcu korytarza zobaczyłam uchylone drzwi. Weszłam tam.
-O! Emily się obudziła. –Powiedział straszny męski głos.
Straszny, bo męski!

Nagle za mną drzwi się zamknęły. Inny mężczyzna siedzący tuż za fotelem wstał.
Podszedł do mnie. Tak bez niczego [nie dość, że straszny i męski, to jeszcze na golasa! *ma bardzo konkretne wizualizacje*] złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę fotela. Tam zobaczyłam…
...fotel?
Nie pojmujesz ogromu zgrozy. To był WYGODNY FOTEL!
Dosłownie Comfortable Couch!

18 lipca 2009
Rozdział VIII Sen?

Złość to gniew,
gniewto krew,
więcpopłynie niech…
Zdaje się, że Ałtoreczce w spacji Mistrz Yoda ugrzązł.
Więc dudy w miech
Niech wionie wiew
zadyszy dech...
Ogólnie: ziew!

Kimjest Voldemort? Czy należy się go bać? Jedyną rzeczą jakiej się boję to śmierć.A Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawać, nie.
Znaczy: boję się śmierci, ale niekoniecznie faceta, który może mnie zabić?
No daj spokój, jak można się bać faceta bez nosa i mówiącego falsetem.
Który w dodatku nie wie, co to antykoncepcja i ma milion córek.

Z wyglądu przyponie troszkę jaszczurkę, albo węża, nie dziwne, przecieżjego domem był Slytherin.Nie dziwne, tam wszyscy urody takiej nieco gadziej.
Voldzio był zaginionym dziecięciem Dagona, a do Slytherinu przyjmowano wyłącznie  potomstwo uciekinierów z Innsmouth.

Jegomiałam okazję dziś zobaczyć. Wielki Tom Riddle. Pff i co on może mi zrobić?Jakbym chciała umrzeć to bym się sam zabiła. Wielka mi rzecz.
Na złość Voldkowi sama się zavadzę!
W tym przypadku CO zrobi może być o wiele mniej istotne od tego JAK to zrobi.

-Córka wielkiego człowiekazrobi wielkie rzeczy.
Strach pomyśleć, co zrobi córka szambonurka.
IMHO przeciętny szambonurek robi o wiele więcej dla ludzkości, niż stada tzw. “wielkich”.

-Co? Mój ojciec był wielki? Nawet w pasie miał więcej niżw sławie. [sławę, tak jak talię, mierzy się bowiem w centymetrach].Tak, pracował w ministerstwie, jako sekretarz Knota, ale co z tegojak był to oszust i kanciarz.
Nooo, mógł być przecież WIELKIM oszustem i WIELKIM kanciarzem.
I brać wielkie premie za niewykończone stadiony do quidditcha.

-Mój ojciec nie byłwielki! Niech sobie teraz gnije w ziemi!- Voldemort uśmiechnął się i rozsiadłsię w fotelu.
Wielcy, jak wiadomo, nie gniją, lecz rozpływają się w powietrzu. Tworząc tęczową smugę.
Prawdziwie wielcy zaś kamienieją, tworząc łańcuchy górskie.
Brązowieją i zamieniają się w pomniki, a potem gołębie ich obsrywają.

-Miło, że mówisz tak oWilsonie.
Co robi James Wilson i jego odwieczny zez w opku z Potterem?!
Pilnuje, żeby Voldek nie dobierał się do zapasów vicodinu.

– Jakim Wilsonie? Przecież mój ojciec miał na nazwisko Johns.
Jakby ci to, kochanie, powiedzieć... Pamiętasz tego muskularnego ogrodnika?

Prawdacię wyzwoli.
Z okowów kłamstwa, łże-elit więzów bzdur
wyzwoli cię prawda, krat pozbędzie się mur
jutrzenki wolności już mami cię błysk
blask wyzwolenia wnet przyjmiesz na pysk.
Ciekawe, czy aŁtoreczka wie, co właściwie cytuje...
Szczerze wątpię.

-Mój…- Chciałam cośpowiedzieć,  ale moja wypowiedź zostałaprzerwana.
-Tak Wilson …- Czy onczyta w moich myślach?- …Oj czyta.- Voldemort uśmiechnął się. Miałam już wgłowie mętlik. Nie wiedziałam o czym myśleć.
Myśl o różowych słoniach. To zawsze rozprasza tych wstrętnych podglądaczy.
Cztery słonie, różowe słonie
Pójdź merysójko, ja cię osłonię
Zawiąż Nagini, zawiąż na stronie
Różową wstążkę na jej ogonie.
Zaś Eddings w Odkupieniu Althalusa polecał liczenie w myślach - ale nie po kolei i z uwzględnianiem ułamków.

-Draco mi powiedział otwoim zainteresowaniu czar…- I nie dosłyszałam słów, bo poczułam ostreszarpnięcie. Następnie ktoś przywalił mi w głowę. Raczej to nie było zaklęcie tylko porcelanowy [Kolonas] wazon. Kiedyś już takim oberwałam.
I zabrzęczałam porcelanowo, szklanie, niczym wytworny obiekt w łazience Malfoyów.
Jednak została skillmagiem: ma skill rozpoznawania, czym oberwała w głowę - wazonem, cegłą, czy kijem bejsbolowym.
O łeb jej zadzwonił dzban porcelanowy
I brzęknął boleśnie, choć nie był już nowy
Kawałki padają i tłuką ją w oko
Jęk szklany... płacz szklany... a sufit wysoko
I światła pochodni blask widać niezdrowy...
O łeb jej zadzwonił dzban porcelanowy.

Szłam ulicami Londynu. Było dosyć późno. W oddali było słychać szczekanie psów i parę kłócących się ludzi. Było to chyba młode małżeństwo. Nagle zobaczyłam, że z okna wypada coś.
Może to ptak, może to samolot, może portki, które zostały zidentyfikowane jako nienależące do pana domu.
A może tylko zawartość nocnika.
Trzeba było wołać “Idzie się! Idzie się!”

Nawet się nie ruszyłam, a te coś walnęło nie w głowę. Głowa rozcięta, krew się leje.
Źle się dzieje...
Jeśli walnęło NIE w głowę, to czemu ona właśnie krwawi? Ot, magia!

Światełka migają wciąż przed oczami. Machnięciem różdżki i jednym prostym zaklęciem uleczyłam sobie głowę.
Za dużo tej merysójkowatości jak dla mnie.

Popatrzyłam się w stronę mugoli. Gapili się na mnie jak na opętaną.
Prawdopodobnie też bym się czuła zaskoczona na widok małolaty z rozbitym łbem, która raźno wymachuje jakimś patykiem. I chlapie.

-I czego się lampicie? Nie widzieliście nigdy czarodzieja?- Widocznie nie widzieli. Ale jak komuś powiedzą co zauważyli to za głupków ich wezmą.
- Widziałem smarkulę, która stała na ulicy, miała zakrwawiona głowę i machała patykiem.
- Jesteś głupek.

Wspomnienia rujnują każdemu życie.
Eno bez przesady, ja staram się zachowywać raczej te przyjemne.
Uczenie się na własnych błędach też ma swoje zalety.

Otworzyłam oburzona powoli oczy i  spojrzałam na sprawcę mojego zderzenia z wazonem. Nade mną wisiał, nie kto inny jak Potter.
Ale że jak, powieszony na haku za poślednie ziobro?
Nie, tak jak nietoperz, głową w dół.

Popatrzyłam się na niego z wielkim znakiem zapytania na twarzy. A on tylko wiercił się nie wiedząc od czego zacząć.
-No wyksztuś to z siebie.–Powiedziałam wychylając się spod ławy.
- Wiesz, masz wielki znak zapytania na twarzy.

-No bo ja miałem taki dziwny sen… A później się obudziłem… No i wiesz tak jakoś wyszło.
Jeżu borski. Potter lunatykuje i przez sen wali ludzi po głowach wazonami?! Niech go ktoś odizoluje od reszty uczniów!
Ja mam nadzieję, że te wazony są puste...

-Aha.-Powiedziałam iudałam się w stronę dormitorium.

[Emily idzie do Dumbledore’a w sprawie przydzielenia własnego pokoju - i dowiaduje się, że cała zabawa w komórki do wynajęcia zostaje odwołana, a ona ma wracać do Slytherinu. Czyżby cała intryga miała służyć tylko temu, by Potter przyłożył jej w łeb wazonem?!]
[Nie, po prostu aŁtorka stwierdziła, że zabrnęła w ślepy zaułek z fabułą.]

Włożyłam książkę do torby i zbiegłam po schodach. Gdzieś na końcu wpadłam na Moody’iego. Popatrzyłam się na niego oczami pełnymi gniewu. Ten jakby się przestraszył [aż pisnął i podskoczył], wyminął mnie i poszedł do swojej Sali.
No taaaa, pewnie, Moody się ciebie przestraszył, i co jeszcze? Może przegoniłaś miotłą Krwawego Barona?
Tak, a wbrew krążącym legendom Prawie Bezgłowy Nick to jej zawdzięcza swój przydomek.

11 sierpnia 2009
Rozdział IV "...patrzyłam się na niego..."
Miło tak siedzieć samemu i się pakować. Pakować z powrotem do Slytherinu, gdzie rządzi ambicja. Jestem ambitna? Ciekawe od kiedy. Ciągle byłam ciekawa, co się wieczorem wydarzy. Ach no tak, z powrotem przeprowadzam się do Slytherinu.
Nagły atak sklerozy czy zwykły stan zaćmienia? Potter musiał jej solidnie przydzwonić wazonem, skoro w połowie pakowania zapomina, po co się pakuje.
I w co...

Boje się samego wejścia. Naprzeciwko w swoim [wejściu? kufrze? habitacie? stuporze?] siedział Harry, widocznie był pogrążony w jakiejś lekturze, bo nawet na mnie uwagi nie zwrócił. Byłam zmęczona już tym ciągłym wrzucaniem rzeczy do kufra.
Dziecko, nie dramatyzuj, to tylko kufer, nie szesnastotonowa ciężarówka.
Toż to merysójka, wiesz ile ona ma ciuchów? O kosmetykach nawet nie wspomnę.
A dopiero co było jej przyjemnie się pakować.

Chwyciłam swoją różdżkę.
Gdyby chwyciła różdżkę Harry’ego, przysięgam, zachichotałabym.

-A niech się samo wszystko spakuje.- Powiedziałam rzucając moim „patykiem” gdzieś na podłogę.
Wszystko wokół zaczęło latać i w ułamku sekundy cały kufer był spakowany i gdzieś zniknął. Pozostał tylko mój pamiętnik i różdżka leżąca na środku pokoju.
Matko Borska, dobrze że nie powiedziała “A niech to wszystko szlag trafi”, bo byśmy mieli apokalipsę instant!
“Mam tylko jedno życzenie. Żebyś pękł.”
“Idź i wychędoż się sam!”

Harry patrzył się na mnie otępiały.
-Nie patrz tak, to nie ja.- Powiedziałam z oczami pełnymi zdziwienia. Potter widocznie odetchnął z ulgą, ale jednak coś go cały czas niepokoiło.
Jakoś tak za cholerę jej nie wierzył, sam nie wiedział, dlaczego.

Wstałam i podeszłam do chłopaka. Usiadłam na jego łóżku.
-Harry…
-Hmmm?- Powiedział odrywając się od książki.
-Powiesz mi coś? Tak, żeby nikt się o tym nie dowiedział.-Powiedziałam nieco przysuwając się.
- Voulez-vous coucher avec moi ce soir?

-T- tak.
-Znasz Voldemorta. Powiedz mi… czy ja mogłabym być mu do czegoś w przyszłości potrzebna?
Nasuwa mi się pewien pomysł...

Potter na samo Jego imię się zaniepokoił, a na pytanie widocznie wkurzył.
-Słuchaj Johns. Mnie nie obchodzi po czyjej ty w przyszłości będziesz stronie i jak się wtedy zachowasz, ale radzę ci…- i nie dokończył bo do pokoju wpadł zdyszany Ron. Byłam wprost oburzona na słowa Pottera. On mnie nie lubi?
A brak sympatii wywnioskowała właściwie z czego?
Powiedział “mnie nie obchodzi”. Wiesz, jaki to cios?

Jego sprawa. A ja myślałam, że Gryfoni i Ślizgoni jednak mogą żyć zgodnie. Myliłam się.
Naprawdę trzeba być wyjątkową kretynką, żeby zadać tak sformułowane pytanie a potem się dziwić, że pytany się wkurzył. No kurczę, wyobrażacie sobie, że pytacie kogoś “Jak myślisz, mogłabym się do czegoś przydać twojemu śmiertelnemu wrogowi?”

Złapałam pamiętnik i położyłam na kufrze. Wzięłam różdżkę w prawą rękę i dotykając swoich rzeczy drugą, teleportowałam się do pokoju wspólnego Ślizgonów. Nie przejmowałam się, że widzą mnie Potter i Weasley. Po prostu chciałam jak najszybciej stamtąd odejść, może uciec, ale przede wszystkim znaleźć się jak najdalej od nich.
Foch z przytupem i teleportacją.
I kufrem.

Pokój był opustoszały. Jedynie na kanapie siedziało tlenione coś. Przypomniała mi się rozmowa z popołudnia. Jak to Potter rozmawiał z Malfoy’em. Na szczęście ja siedziałam wysoko na drzewie, pod którym rozgrywała się zacięta rozmowa i wszystkiego dobrze nie widziałam.
To CO oni pod tym drzewem robili, że “na szczęście” nie widziała???
“Ciemnozłote promienie zachodzącego słońca igrały na rozwianych wiatrem włosach Draco. Harry był szczęśliwy i rozbawiony; także się śmiał, nadal niepewnie stojąc na nogach. Gdy wyskoczył na wilgotną trawę, zachwiał się mocniej, pochylił i złapał towarzysza za szatę, by nie upaść. W momencie, kiedy obaj przestali się śmiać, pocałował Draco w usta.
Harry przymknął oczy, a pod jego powiekami, na ciemnym tle majaczyło echo blasku jasnych włosów. Na sekundę wszystkie jego myśli odpłynęły, a wargi Draco były takie miękkie.” (Światło pod wodą)

Zaczęło się od jakiegoś artykułu o tacie Rona, a skończyło na tym, gdy Moody odczarował arystokratę z bycia fretką.
No łaaadnie, Potter z Malfoyem sobie pogaduchy urządzają pod ulubionym jaworem.
Wynikałoby z tego, że chłopcy jednak są na czwartym roku, a zatem nasza Emily musiała gdzieś po drodze nie zdać...

Po tym jak wszyscy się rozeszli buchnęłam takim śmiechem, że aż mi torba z drzewa spadła, a z nią wraz ja.
Na gałęzi torba siedzi
I przygląda się gawiedzi.
Drugą torbę trzyma w łapie,
Myśli: “Trochę się pogapię.
Tutaj Malfoy, tam zaś Potter
Oj, materiał to do plotek!”
Zatem siedząc tak na drzewie
W śmiech uderza. (Czemu? Nie wie.)
Rechot torbą wstrząsnął całą,
Puszcza torbę, potem gałąź...
Torba z drzewa ryms jak długa,
A za torbą torba druga.
(Duch Brzechwy mnie nawiedził. A może to Załucki?)

Na szczęście żyję.
A szkoda.

Chłopak odwrócił się w poją stronę i perfidnie uśmiechnął. Wstał, podszedł do mnie na dość bliską odległość.
~Czego chcesz palancie?~ Powiedziałam w myśli.
- Zagrać w bejzbol.

-Bym cię z chęcią pocałował, ale mam inne rozkazy.- Powiedział wymijając mnie. W moich oczach można było wyczuć zarówno zdziwienie jak i gniew.
Rozumiem, że rozgniewało ją to, że Malfoy śmie mieć ważniejsze sprawy na głowie niż całowanie merysójki.
Nie, że ma skill czytania w myślach.

Popatrzyłam się na Malfoy’a. Ten złapał jedynie mój kufer i zaczął go targać do schodach.
Doskonale, znał swoje miejsce.

Mogłabym mu pomóc, albo chociaż przypomnieć o jakimś bardzo prostym zaklęciu, ale wolałam się z niego cicho nabijać.
Dzięki temu byłam odpowiednio bezczelna i wredna, jak na porządną Marysójkę przystało.

-Nie śmiej się. To ten szlaban, poza lekcjami nie mogę czarować, przez cały wieczór, aż do jutra rana.- Chciało jeszcze gorzej mi się śmiać.
Tak, komuś tu gorzej, niewątpliwie.

Popatrzyłam się na niego i wybuchłam niepohamowanym śmiechem. Śmiałam się tak, że aż wywróciłam się na kanapę.
No ja też aż chichłam od tego efektu komicznego. Na pewno fikała nogami w powietrzu!

Widocznie wkurzony Malfoy rzucił kufer. Coś nagle zrobiło się cicho.
Normalna rzecz po pirzgnięciu kufrem.

Po chwili usłyszałam ten jego ironiczny głos:
-Tee Johns, czy to nie twoje?- Powiedział wyraźnie wymachując czymś w powietrzu.
Nie, zbyt różowe. Może to jednak twoje, Malfoy?

Oparłam się na łokciach i spojrzałam w jego stronę. Chłopak trzymał mój pamiętnik.
Natychmiast wstałam z tego jakże wygodnego siedziska i popatrzyłam się na arystokratę.
Jak na plebejuszkę przystało, z dołu, spod rzęs.

-Malfoy… Oddawaj mój pamiętnik.
-Fajny pamiętnik, czarny, a do tego pisze na nim Death Note.
Bicz pliz...



-To tylko taka folijka. Oddaj.-  Powiedziałam rzucając się w jego stronę.
DAJ.
To był japoński sprzedawca jaj.

-A co jeśli nie?- Uniosłam do góry jedną brew i uśmiechnęłam się uśmieszkiem all’a (sic!) Malfoy. Złapałam się odruchowo kieszonki w której trzymałam zawszy moją różdżkę, jednak jej tam nie było.
Wszy ją wyniosły.

-Tam jej nie ma.- Powiedział chłopak unosząc w drugiej ręce moją różdżkę.- I co teraz zrobisz?
Jedna by zbladła, druga by siadła, a ta...

-Rozważam nad tym, jak cię zabić i czy rozkwasić ci nos, ale postanowiłam użyć magii.-
Do jednego i do drugiego magia się nadaje.

Malfoy widocznie się przestraszył bo zrobił taką minę.
Chyba raczej usilnie starał się nie umrzeć ze śmiechu.

Wyciągnęłam rękę w stronę Malfoya i powiedziałam:
-Accio mój Pamiętnik, Accio moja różdżka.- W mojej ręce pojawiły się owe przedmioty.- I co teraz Dracusiu?
- I tak cię przelecę, kochanie.[miotłą?]- Co? Więc dlatego jest taki miły? (W którym miejscu?!?) O nie! Tak dobrze to nie ma.
-Tak Malfoy, ja się z tobą prześpię, jeżeli wcześniej ty zrobisz to z Granger, a ja z Potter'em.- Powiedziałam śmiejąc się mu w twarz.
Jeśli ktoś teraz powie, że nie marzy mu się przełożenie smarkuli przez kolano i wlepienie jej kilka solidnych klapsów na otrzeźwienie, to i tak nie uwierzę.
Spanking?...
Niezupełnie to miałam na myśli...

Wzięłam złapałam kufer i spojrzałam na chłopaka ten był pogrążony w rozmyślaniach. Nagle spojrzał się na mnie.
- Dobra więc, zakład, że przelecę Granger?
Srebrnym aeroplanem...

-Nie przelecisz, bo jej wprost nie znosisz i ze wzajemnością.
Och, poświęci się.
Marchewkę sobie przywiąże.

-Dobra jeżeli ja przelecę Granger, to ty masz to zrobić z Bliznowatym i w dodatku ze mną.
Ale naraz, czy po kolei?
Naraz, naraz.
A żeby wtórokanonowi stało się zadość, chłopcy zajmą się sobą, a ona popatrzy ;)

-Zgoda, ale jeśli nie wykonasz swojego zadania do … hmm … końca stycznia, czyli miesiąc po zakończeniu balu Bożonarodzeniowego, to będziesz mi usługiwał do końca wakacji, zamieszkam sobie z tobą, a i powiesz mopsicy, że jest wredną ździrą.
Hm, zamieszka sobie z nim? Pogłoski o jej antypatii chyba były mocno przesadzone.

-Te ostatnie, to już tyle razy zrobiłem, że nawet nie musisz mi wpisywać.
-Ok, zakład?
-Zakład.- Powiedzieliśmy ściskając sobie ręce. Od kiedy to ja z Malfoy’em się zakładam i to w takich dość przyjaznych okolicznościach.
Przyjaznych, hm. Szeroka jest opkowa definicja przyjaźni.
Swoją drogą, dopiero co zalewała się łzami na samą myśl o niechcianym pocałunku, a teraz bez mrugnięcia okiem zakłada się, kto kogo przeleci...?

Czemu miałam akurat taki zakład? Bo wiem, że Hermiona się z nim na 100% nie prześpi, a ja przynajmniej będę miała okazję spędzić gdzieś wakacje. Do tego kupię aparat i będę cykać zdjęcia, jak to Malfoy pierze mi buty (?) i podaje soczek.
Dobrze, że opko na razie nie ma dalszego ciągu, bo nie musimy czytać o tym, jak ta głupia pigwiazdka przegrywa zakład... kosztem koleżanki.

-A i Snape, kazał ci pogratulować.
-Ale, że za co? –Spytałam.
-Za zdobycie odznaki prefekta. –Powiedział i rzucił mi ją. W tak młodym wieku nie można raczej dostać takiej odznaki. To raczej niezgodne z regulaminem.
Nie wspominając już o tym, że w opku nie ma ani jednej sceny sugerującej, że boChaterka zasłużyła na takie wyróżnienie.
A ja wiem, ja wiem, Snape potajemnie się w niej kocha, stąd ten awans!

Stałam i patrzyłam się na niego jak jakiś słup soli.
E tam, słupy zazwyczaj nie patrzą.

-Heh.- Wydukał i podszedł w moją stronę. Chwycił odznakę, znajdującą się w moich rękach, a potem przypiął ją mi na mundurku.
We właściwym miejscu, sprawdziwszy uprzednio palpacyjnie, że to właśnie owo właściwe miejsce.
Nie wiem, dlaczego, ale skojarzyła mi się scena aplikacji adrenaliny z Pulp Fiction.

Popatrzyłam się na odznakę, a później na niego i uśmiechnęłam się.
-Panie Malfoy, jeżeli nie położy się pan do łóżka w tej chwili otrzyma pan szlaban od profesora Snape’a.- On tylko popatrzył się na mnie spod byka.
To miał być taki wyrafinowany dowcip, czy sodóweczka do główki uderzyła?
Tylko czemu “od” Snape’a? Najwyżej od niej...
Kolejna sugestia, że ona i Snape coś tam coś tam...

Wyminęłam go i weszłam na górę. Naprzeciwko schodów zauważyłam tabliczkę z napisem: Pokój Emily Lilly Johns „Prefekt Slytherinu”.
Kanoniczni prefekci - Ron, Hermiona, Malfoy a także Percy Weasley i ci inni, których nie znamy, powinni w tym momencie zastrajkować. Im nikt nie dawał osobnych pokojów, mimo swej funkcji nadal musieli mieszkać w dormitoriach z całą resztą hołoty!

Zapowiada się dość fajnie: nocne patrolowanie, własny pokój,
Własne dominatorium!

i dawanie szlabanów.
To lubię, rzekła, to lubię! - i zatarła łapki.

***
Cytat dnia:
Człowiek ambitny widzi swe dobro w działalności ludzi innych; miłujący rozkosz we własnym popędzie; człowiek mądry - we własnym działaniu.
A analizator widzi tylko zaginiony kanon, zmasakrowaną gramatykę i porwaną przez wiatr logikę.

Z uroczego pokoiku panny prefektówny pozdrawiają: Szpro z wazonem na głowie czule wsparta przez wierną czytelniczkę Naimę, Murazor w srebrnym aeroplanie, Sineira z czarnym notesikiem, Jasza polujący na wyzwolone przez Kurę skrzaty
oraz Maskotek, który z czubka drzewa podgląda migdalące się pod nim parki.

19 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Kurczę, szkoda, że bloguś martwy, tęsknię za kłótniami typu "ależ ja się trzymam kanonó a wy jesteście wfszyscy gupi i siem nie znacie."
Sama analiza przeborska, naprawdę kwiknęłam kilka razy. Wcześniejsze analizy znajdowałam jako dowód na spadek analizatorskiej formy, ale jak widzę były to niesłuszne podejrzenia.
Bella

Anna eMe pisze...

Ahoj, Niezatapialna Armado!
AŁtoreczka chyba cierpi na jakąś niedoczynność spacji.

Hasło: firman.ittingde. Gdzie idziesz, srażaku?

Nolofinwë pisze...

Au. Z każdym zdaniem było coraz gorzej i musiałam sobie rozłożyć czytanie na raty. Mimo to mam tak wyżęty musk, że nie uda mi się napisać bardziej konstruktywnego komentarza. Ale dziękuję wam za tą analizę, po dniu z kumulacją najcięższych lekcji w tygodniu i dziesięciominutowym sprawdzianie z historii. Podniosła mnie ona na duchu.

Anonimowy pisze...

Fajne!
Najlepsze o vicodinie!
Słodkie opko, Mary Sue jak ta lala!
Chomik

Pigmejka pisze...

KWIIIIK. Śliczności. Skamlałam radośnie przez całą analizę, ale najbardziej mnie urzekło to:

"Mujeju, mujeju, nawet Bijącą Wierzbę oswoiła!
Bo to wcale nie była Bijąca Wierzba, tylko ten zakochany krzak berberysu, który czaił się pod jej oknem od pięciu lat."
Samotną łzę przy tym uroniłam! Widzicie, co Wy mi robicie, Wy niedobre ludzie? :D

Kalevatar pisze...

Wierszyk Sine o wazonie i to:
"Popatrzyłam się na niego z wielkim znakiem zapytania na twarzy. A on tylko wiercił się nie wiedząc od czego zacząć.
-No wyksztuś to z siebie.–Powiedziałam wychylając się spod ławy.
- Wiesz, masz wielki znak zapytania na twarzy."
rozwaliły mnie na kawałki. Przezacna analiza, choć merysujka wybitnie wkurzająca.

Lien Smoczyca pisze...

Dzisiaj muszę niestety trochę obronić aŁtoreczkę (Całe szczęście tylko w tej jednej sprawie).

"Czasownik „ustać”, w znaczeniu „stanąć”, jest jednym z najbardziej charakterystycznych regionalizmów ciechanowskich."

Link do tego dokumentu był tak przerażający, że nie chciało mi go tu wkleić, więc wyguglajcie sobie
"„Tekściki” Jana Pilicha". Tam jest wszystko ładnie napisane na temat regionalizmów ciechanowskich :)

Pozdrowienia z mrocznego lasu :)

kura z biura pisze...

No, to właśnie podejrzewaliśmy, już w poprzednim odcinku Sine pisała "To już drugi raz, kiedy aŁtoreczka używa “ustałam” zamiast “stanęłam”. Jakiś regionalizm?"

Anonimowy pisze...

Foch z przytupem i teleportacją.

;D

Anonimowy pisze...

Jak dla mnie nudne to opko i jego analiza też nie jakaś porywająca, aczkolwiek rozwaliły mnie "premie za niewykończone stadiony do quidditcha".

O nie, dawniej tak łatwo się tu przepisywało wyświetlone słowo, a już to skomplikowali, tak się zastanawiam - jak z tymi fantazyjnie zapisanymi słowami radzą sobie dyslektycy?

Ewa

Anna eMe pisze...

@up:MUSZĄ. To ponoć ma za zadanie odcyfrowywanie zniszczonych archiwalnych tekstów, z którymi nie radzą sobie skanery...

Murazor pisze...

Dla ułatwienia przepisywania hasła podpowiem, że poprawnie napisane musi być tylko to z plamą na sobie, zamiast drugiego można napisać cokolwiek.

Anonimowy pisze...

Ha, kiedy właśnie tylko to z plamą sprawia mi kłopot :-)

Ewa

Dzidka pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Dzidka pisze...

W jaki sposób, na Bora, wpisywanie trudniejszego captcha ma pomóc odcyfrowywać zniszczone archiwalne teksty, z którymi nie radzą sobie skanery?! Pytam poważnie, bo nie widzę nawet cienia związku.

Murazor pisze...

@ Dzidka

Proste: Z dwóch podanych słów jedno jest znane (to z plamą), a drugie sprawiło skanerom kłopot. Po pierwszym weryfikuje się poprawność, a z drugiego zbiera się statystykę "ludzkich" odczytów. Jak jakiś odczyt zdobędzie wystarczającą przewagę nad innymi, to słowo uważa się za ocyfrowane.

Anna eMe pisze...

O, dzięki Ci, Murazor(ze), bo sama dobrze nie wiedziałam, jak to dokładnie się odbywa, tylko tyle, co w tym artykule napisali: http://www.cracked.com/article_19431_5-mind-blowing-things-crowds-do-better-than-experts.html

A hasło brzmi: Empowered,enthshe. Upoważniona, siątaona? Upoważniona,nastaona?

Dzidka pisze...

O jeżu. Dzięki, na to nie wpadłam. Ciekawa metoda, BTW :)

Anonimowy pisze...

Ej, ej, czy mi się wydaje? W poprzedniej części analizy było napisane, że merysójka przy zabijaniu swojej matki, krzyczała, że ta nigdy nie chciała jej opowiadać o magii, czy jakoś tak. Natomiast tu, mamusia pokazuje jej teleportację i w ogóle. Nie ma to jak zapomnieć, o czym się pisało.
Poza tym widzę, że aŁtoreczka na początku chciała swatać Harry'ego z merysójką (właściwie, to jak ona miała na imię?), a później zdecydowała się jednak na Dracona. Szkoda, że zrezygnowała z pisania. Mogłyby niezłe jaja wyjść.
Od dziś przestaję być anonimowa.

Lauren