OGŁOSZENIE

Przepraszamy,
blog chwilowo ma przerwę.

Mamy nadzieję, że niedługo wrócimy!

sobota, 19 lutego 2011

72. Geniusz przewala oczami, czyli dobry bolid, dobry! (1/2)

 
Szanowni Czytelnicy! Dzisiaj w ofercie mamy dla Was danie dnia: podwędzany Kubica duszony w sosie z opon bolidu. Oto z niebios spływa na Ziemię, ukazując się zachwyconym oczom tłumu, dziewiętnastoletnia Roksana, Mary Sue w czystej, wyekstrahowanej postaci. Wie wszystko, robi wszystko, zagina inżynierów, konstruktorów i informatyków, zgina kolana najwspanialszych kierowców wyścigowych,  a w dodatku jest dzielna i sama wychowuje pięcioletniego brata. Od nadmiaru tej doskonałości i jej oślepiającego blasku chwilami robiło się nam trochę słabo, i możliwe, że to widać.
Drogi przez mękę podjęły się Dzidka, Kura, Gabs, oraz gościnnie, po raz pierwszy na ekranie, Mikan. Enjoy! 
 
 http://f1-story.blog.onet.pl
 
- Tato, tato! - z pokoju Łukasza dobiegł przeraźliwy krzyk.
Popatrzyłam na zegarek, trzecia w nocy. Pobiegłam do pokoju mojego 5-letniego brata.
- Co jest? - spytałam siadając na łóżku
Może nie zerwałabym się tak szybko gdyby nie to, że nasz tato zmarł przed dwoma laty w wypadku samochodowym. 
Zmarł w wypadku, zginął na zapalenie płuc.
 
Był kierowcą Formuły1. (...) Mieszkaliśmy sami, ponieważ mogłam już opiekować się Łukaszem. Miałam w końcu 19 lat... Mama, po śmierci taty wyjechała.
Wyrodna. Zostawić dwoje nieletnich i zwiać?
Z ulgą wetschnęła: "Wreszcie mogę się wyrwać!"
Przy okazji: cóż za piękna realizacja Opkowego Kanonu, w którym rodzice dzielą się na tych, co nie żyją i tych, co są daleko...


Mój tato uważał zawsze, że mam talent. Nie tylko dlatego, że bardzo dokładnie odzwierciedlałam wszystko na rysunku samym ołówkiem, ale dlatego też, że łeb do fizyki i matematyki miałam jak nikt.
 Wykorzystywałam to do wykonywania rysunków elementów aerodynamicznych dla bolidów mimo tego, że rysunki mogą być nigdy niewykorzystane. Lubiłam to jednak i sprawiało mi to po części satysfakcję, że "pomagam" bolidom szybciej jeździć...
Roksana jako jedyna zna tajniki poprawy przyspieszenia w bolidach F1. Nie wiem na jaką cholerę narody kształcą sobie inżynierów...

[bohaterka z braciszkiem udają się na wyścig]

- Proszę, chodźmy po autograf! - Łukasz ciągnął mnie za spodnie
- Myślisz, że uda ci się?
- Chcę iść do boksu BMW... Żeby spotkać Roberta tak w cztery oczy...
Nie chciałam załamywać małego, no bo praktycznie dostanie się do boksu BMW jest niemożliwe! Postanowiłam jednak, że zrobię co się będzie dało, żeby się tam jakimś cudem dostać. Poszliśmy pod drzwi, którymi wchodziło się do całej siedziby. Mój duch stał się w tej chwili pesymistą...
Mój działaczem: działa na rzecz wyłączenia komputera, bo już wie, że dalej będzie jeszcze bardziej głupio.

- Przepraszam, pani do kogo? - wysoki koleś w czapce BMW Sauber otworzył drzwi i patrzył na mnie przenikliwym wzrokiem
- E... ja... no...
- Ja chciałem autograf... - Łukasz się przełamał (skąd u niego tyle odwagi?!)
- A od kogo?
- Od Kubicy!
- To znaczy jeśli przeszkadzamy, to możemy iść! - wyszczerzyłam się żeby ratować sytuację
- Nie no, wejdźcie, proszę... Tylko poczekacie chwilę aż Robert wróci do teamu.
Czy mnie się zdaje, czy też parę wersów wcześniej czytałam "praktycznie dostanie się do boksu BMW jest niemożliwe"? Cóż, powinnam się już przyzwyczaić, że wszechzajebistość Mary Sue dokonuje cudów...
Ma to wpisane w zakres obowiązków.


- Patrz! - Łukasz ścisnął mi rękę
- Au! Na co mam patrzeć?
- To Mario Theissen! Szef BMW Sauber! Chcę autograf! - Łukasz popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem.
(...)
Nagle przez tylne drzwi wszedł ktoś w kombinezonie trzymając pod ręką czerwony kask. Zamarłam, a Łukasz rozdziawił buzię, wepchnął mi w rękę moje rysunki, które rozpadły się po podłodze po czym podbiegł do niego.
- Robert! - prawie się do niego przytulił
- Oh, kim jesteś chłopczyku? - Robert odłożył kask
Podobno tata Maryzuzi był kierowcą w Formule Jeden. I co, nikt ich tam nie znał?
Tajniaczył się, widać... Nie tylko, że ich tam nikt nie znał, ale oni najwyraźniej nie znali nikogo osobiście. W powyższym fragmencie widać wyraźnie, że zarówno Mario jak i Kubica, to dla bohaterki tylko idole z ekranu.

Łukasz prowadził "pasjonującą dyskusję" z Robertem podczas gdy ja musiałam zbierać kartki z podłogi. Jedną podniósł Mario. Co się na niej znajdowało? Nie wiem, nie zdążyłam zauważyć.
 I tak bidulka taszczy ze sobą te rysunki wszędzie...Pewnie też i śpi na nich.
Szyje sobie z nich bluzeczki. I szlafmyce.

- Hm... Skąd to masz? - zagadnął mnie.
Wstałąm trzymając kartki w nieładzie.
- No... Narysowałam...
- Sama? - popatrzył na mnie przenikliwie
- Tak...
- A wyliczenia...? Też są twoje?
- Tak...
- Mogę zobaczyć inne rysunki jeśli masz?
- Tak, oczywiście - podałam mu stos niepoukładanych kartek
 Popatrzył na mnie chwilkę, potem znów na kartki.
- Rysujesz regularnie?
- No... w sumie to tak... Po każdym wyścigu Formuły 1 pojawia się jakiś jeden rysunek...
Nastała chwila ciszy.
- Może moja decyzja jest bardzo, ale to bardzo pochopna, ale... Chcesz dla nas pracować?
Auuu! Tak od pierwszego kopa. Tak po prostu. Nie "zostaw mi swój numer telefonu, dobrze?"?
Gdybym była mniej wychowana zapytałabym "Stary! czyś ty zdurniał?"

- Um... Czy mogłabym się chwilę zastanowić? - spytałam [o tak, przecież ma jeszcze z 10 bardziej opłacalnych i ciekawszych ofert pracy! I nie ma fioła na punkcie F1.]
- Tak, oczywiście, nie ma sprawy - odparł - pozwól jednak, że jeszcze to przejżę - uniósł kartki w triumfalnym geście i odszedł gdzieś zostawiając mnie w tym tłoku ludzi.
Łukasz, Robert, ona i Mario, który przed chwilą odszedł. Prawdziwe skupisko! Metropolia niemalże.

- A nie chcesz autografu? [braciszek chwali się łupem]
- Od kogo...? - spytałam jakoś dziwnie jakby nikogo tu nie było.
- Ha! Mogę ci załatwić!
- A niby od kogo?
- Od Roberta! Ha!
- Aj tam... Myślisz, że co potem z nim zrobię?
Phi! No właśnie! Też mi coś!

- Zaniesiesz tacie... Na grób... - podał mi kartkę z autografem, a mi łza zakręciła się w oku
- Dobrze, zaniosę... - próbowałam się nie popłakać
Śmiem przypuszczać, że Drogi Zmarły nie zrewanżuje się autografem Ayrtona Senny.
Mam nadzieję. Nie chcę tu masowego powstania z grobów.
Eeeej, tatuś wstający w pewnym momencie z grobu jako zombi znacznie ożywiłby akcję! A także połączył kilka opek w jedno pięęęękne OPKO.

- Zastanowiłaś się? - ciszę przerwał donośny głos mężczyzny
W tym całym gwarze zapomniałam kompletnie o moich rysunkach i o tym, że za niedługo mogę tu pracować!
No ba. Przecież takich propozycji codziennie ma setki. Jedna w tę, jedna wewtę...


- No cóż... Chyba muszę ci powiedzieć... - chwila ciszy, głęboki wdech - tak, zastanowiłam się.
- I...? - Mario chyba lubił konkretne osoby, ja bynajmniej niezbyt taka byłam
Bynajmniej taka nie byłam, jak już.
Ale ona była niezbyt. Tak ni w pół, ni w ćwierć słowa, ni siak niby owak...

- Tak, od dzisiaj moje rysunki należą do was. I uważaj człowieku są na wagę złota!
- Mogę wiedzieć o czym mówicie? - Łukasz chyba nie zrozumiał (pierwszy raz w życiu?)
Znów nachyliłam się, by szepnąć mu ułamek prawdy - w sumie to nie ułamek. Łukasz po raz drugi dzisiaj rozdziawił buzię i otworzył szeroko oczy.
- Dzisiaj Prima Aprilis? - spytał chwytając mnie za rękę
Coś on za bystry jak na pięciolatka.
Może mamy nową kategorię bohaterów opek: Marysia Zuzia in da progress.

- Bynajmniej nie... - odparłam wzruszając ramionami
Samo "bynajmniej" w zupełności wystarczy.

- Tato byłby dumny z Ciebie, mówię serio.
- Tak, też tak myślę...
Bo otóż spójrzmy - Roxana nie śpiąc po nocach i rysując całymi dniami, waliła drzwiami i oknami do zarządu BMW ale jak wiemy dostać się tam jest niezwykle trudno (przynajmniej teoretycznie). Poświęciła swe młode życie na ołtarzu zaangażowania w chęć dostania się do teamu F1. Pracowała ciężko, pracowała w pocie czoła...Nie chodziła na dyskoteki, imprezki, nie wpadła w nałogi - aż w końcu, proszę państwa, jej wielka praca przyniosła efekty! I właśnie dlatego jej tata może być z niej teraz dumny. Czy może się mylę?
Mylisz się. Roksana przyszła, zatrzepotała rzęsami i juś.
Przewaliła oczami, jak juś!

Smutek i radość w jednym? Czuliście kiedyś coś takiego? Czemu radość? Bo właśnie pracuję tam, gdzie od dawna chciałam, czemu smutek? Bo nie mogę powiedzieć o tym tacie osobiście...
Długo tak stałam aż ktoś nie wcisnął mi czapki z daszkiem na głowę.
- Au - wzięłam ją z oczu spoglądając na Mario - Tylko nie po oczach dobry człowieku.
- Co się dziwisz? Od dzisiaj to twój "identyfikator" - zaśmiał się - Jaki masz rozmiar ubrań?
I już. Tak wyglądają formalności jeśli chodzi o przyjęcie do pracy w najbardziej prestiżowym zespole Formuły 1. Czapka z daszkiem zamiast jakichś nudnych umów do podpisywania, a co!

Łukasz biegał wkoło mnie najwidoczniej... ze szczęścia, ale nie wnikałam w dalsze szczegóły. [może chciało  mu się siku jednak?] Za chwilę ktoś wcisnął mi na ręce biały poskładany w kostkę wyprasowany materiał. Złapałam to w locie rozwijając od razu. Co to było? Biała koszulka z logiem BMW i napisem - PETRONAS.
- Nie waż mi się przyjść bez niej jutro do pracy i... w tym co masz na głowie - zaśmiał się - Jakieś pytania?
- Czy mogę jednak założyć jakieś spodnie? I buty?
Naiwność aŁtoreczki mnie rozczula. Cała procedura przyjęcia do pracy polega na wydaniu ciuchów roboczych. La dolce vita!
Zwróćcie uwagę na "za chwilę ktoś wcisnął mi". Przyjmują inżyniera do pracy i boją się, że sam się nie ubierze?

- Ach tak... O której mam się tu zjawić i... czy mogę chociaż odzyskać rysunki samochodów, które nie tyczą się Formuły1? 
No ja już zgłupialam do reszty. Przecież rysowała wyłącznie takie? Czy były tam też jelenie na rykowisku?
*Wyobraża sobie Kubicę w mangowym stylu, otoczonego wieńcem serduszek*

- Jutro mam zjawić się tutaj?
- Tak, przyjdziesz tutaj, omówimy niedociągnięcia z GP. 
Albowiem doświadczenie zawodowe w tej kwestii bije boCHaterce z twarzy i całego jej jestestwa.
A cały zespół techniczny niegodzien jej sznurówek u trampków wiązać.

- Rozumiem, tylko, że...
- Że?
- Jest jeden problem.
- Jaki?
Spoglądnęłam na Łukasza.
- Nie mogę zostawić go samego w domu.
Może ma pan jakiś etacik i dla niego? Mógłby projektować silniki, albo coś...
 
[Po ciężkim dniu...]

Łukasz dawno poszedł spać...
Cudowne to dziecko, które same sobą się zajmie, pobawi się, zrobi sobie kolację, pościele łóżko, umyje się i samo sobie poczyta przed snem....


Miałam tak twardy sen, że obudziłam się dopiero o 11:50 w nocy! Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi.
"Kto to...? Jest prawie północ!" - wykrzyknęłam w myślach podrywając się z fotela.
Przetarłam oczy patrząc z niedowierzaniem na zegarek.  Przeciągnęłam się i szłam wolno ku drzwiom. Kiedy już byłam blisko, z lekką obawą nacisnęłam klamkę i z wolna otworzyłam drzwi. Kogo zobaczyłam? Ciocię, której dawno nie widziałam.
Ciocia Ex Machina, wiedziona przeczuciem, przybywa na odsiecz Roksance, by zdjąć z jej wątłych barków ciężar opieki nad braciszkiem. O dziwo, ta jakoś wcale się nie cieszy...


- Witaj kochanie! Jak ty się zmieniłaś! I jak wyrosłaś! - przywitała mnie mocnym uściskiem i tradycyjnym całusem
- Ugh... Witaj ciociu... Czemu napastujesz nas o tej godzinie?
Jakie ciepłe, rodzinne powitanie.

Ona weszła, a ja zamknęłam niepewnie za nią drzwi mierząc ją wzrokiem.  Siadła na kanapie, kątem oka dostrzegłam Łukasza ciekawie spoglądającego z ostatniego stopnia schodów. Gdy ciocia go dostrzegła od razu poszła go uściskać. Nie obyło się bez komplementów, całusów i przytuleń. Znowu było o tym, że jak to on wyrósł. Już miałam tej gatki dosyć za przeproszeniem.
- Ciociu, zostajesz na długo? - spytałam wkładając ręce w przednie kieszenie spodni
Może od razu trzeba było zacząć od "wyp..."?
Albo z półobrotu?

- Hmm... - zastanowiła się kładąc palec na ustach - Trochę zostanę...
Nie mam żadnych własnych spraw, domu ani życia prywatnego, więc przyjechałam pomieszkać u ciebie!

Popatrzyłam na nią i westchnęłam. Powinnam spakować rzeczy i się wyprowadzić. Ciocia poszła spać do "swojego" pokoju, a ja usiadłam przed laptopem w moim pokoju na łóżku. Hm, pełno ofert mieszkalnych w Niemczech, to może być to.
Bohaterka nie jest wybredna, wszystko jej jedno, czy będzie mieszkać w Berlinie, Hamburgu czy Monachium.
Pracę w BMW przyjęła z pewnymi oporami, decyzję o wyprowadzce podjęła w milisekundzie.
Z tego wynikałoby, że cała poprzednia scena, z wyścigami i przyjęciem do pracy, rozgrywała się w Polsce. Hm, gdzie my tu właściwie mamy tor Formuły 1?

 Szukałam tak chyba 3 godziny, aż w końcu znalazłam. 
Co prawda był środek nocy, ale czymże to jest dla boCHaterki!
 
Małe mieszkanko w bloku w Monachium chyba mi starczy. Wystarczy pojechać, obejrzeć i ewentualnie dokonać zakupu. Nic prostszego.
Cała moja wiedza dotycząca nieruchomości złapała się właśnie za głowę i rytmicznie wali łbem w księgi wieczyste.
Nie trzeba mieć specjalnej wiedzy na temat nieruchomości, wystarczy mieć trochę oleju we łbie, żeby wiedzieć, że zakup mieszkanka wygląda jednak ździabuchnę inaczej ;-P
Nie w świecie Mary Sue. W świecie Maryś pośrednicy biegną na wyścigi i padają na kolana, aby tylko bohaterka raczyła wybrać ich mieszkanko. Za niewygórowaną cenę, rzecz jasna.
Pfffff jako 19-latka zebrała już pokaźną fortunę.

Zarezerwowałam sobie termin na oglądanie mieszkania i wyłączyłam laptopa. Nie mogłam zasnąć. Ciągle myślałam o tym, że tak nagle stracę kontakt z moim małym bratem, który choć tak nieznośny, to tak kochany... 
Biedny smarkacz. Znając jego pecha, po roku również ciotka się znudzi i podrzuci go jakimś dalszym krewnym.

Weszłam do wielkiego "pokoju" gdzie był owalny stół i pełno krzesełek. 
Wystarczyło napisać "pomieszczenia".
  
Jason kazał usiąść mi na jednym z nich. Czekałam na resztę pracowników. Kiedy wszyscy się zebrali czułam się nieswojo. Jestem tu nowa i nikogo nie znam... Kiedy Mario wszedł usiadł zaraz obok mnie i zaczęło się najgorsze - przedstaw się kolegom. OMG! Na szczęście to on mnie przedstawił.[ w sumie znali się już jak łyse konie] Uf, jedno z głowy. Jego gadka polegała na tym, że będę się zajmować tym i tym, bla bla bla.
Roksanka jak widać poważnie traktuje swoją pracę.
 
 Niezbyt byłam aktywna w tym spotkaniu gdyż pomimo przedstawienia nie czułam się w pełni ok. Po spotkaniu Mario dogonił mnie.
 Uśmiechnęłam się do siebie i udałam się na opustoszały tor F1.
"Ale tutaj cicho gdy nie jeżdżą bolidy i nie ma kibiców" - pomyślałam wzdychając... Nagle poczułam jakiś ruch za wejściem. Zobaczyłam chłopaka w czerwonej czapce z logiem Ferrari. Popatrzył na mnie mierząc mnie od góry do dołu.
- Jakaś nowa...? - popatrzył na moją czapkę, a potem ja zerknęłam do góry, jednak zobaczyłam granat z daszku. 
Zobaczyła granat spadający z daszku, tak?
Albo granat zrobiony z daszku.
Z blachy falistej.
 
- E... W sumie tak, od dzisiaj pracuję w BMW...
- Często tu bywam i zawsze jestem sam, więc dlatego mnie to zdziwiło...
- Lubisz ciszę...? - spytałam siadając na jednym z krzesełek trybuny
Bo przecież "jak masz na imię" byłoby zbyt banalne.

- Z pewnością wolę ją od zbytniego rumoru... - uśmiechnął się i usiadł obok mnie
Dlatego zostałem kierowcą Formuły 1. Taki cichy zawód.

Chwilę tak siedzieliśmy rozmawiając o Formule1. Nagle zrozumiałam, że chyba popełniam wielki błąd mimo, że tak na prawdę nie robię nic złego... Czemu tak pomyślałam? To chyba logiczne... Osoby z dwóch konkurencyjnych teamów chyba nie powinny rozmawiać ze sobą na luzie i to na osobności... Jeśli ktoś by to zobaczył, mógłby posądzić nas o jakiś spisek, a nie chciałam dać plamy już pierwszego dnia.
- Chyba powinnam pójść - wstałam patrząc na dalej siedzącego Tima (bo tak się nazywał).
- A czemu?
- No bo raczej nie powinniśmy tak rozmawiać... Jesteś z Ferrari, ja z BMW, jeszcze posądzi nas ktoś o jakiś spisek - zaśmiałam się

Dwa wielkie domy w uroczej Weronie,
Równie słynące z bogactwa i chwały,
Co dzień odwieczną zawiść odnawiały,
Obywatelską krwią broczyły dłonie.
Lecz gdy nienawiść pierś ojców pożera,
Fatalna miłość dzieci ich jednoczy
I krwawa wojna, co z wieków się toczy,
W cichym ich grobie na wieki umiera.


- E tam... Czasami spotykam się koleżeńsko z kolegą z Toyoty, także bez obaw!
No ja bym się obawiała. Na czym te koleżeńskie spotykanie z kolegą może polegać?
Chyba to nic groźnego, skoro on mówi, iż spotyka się z kolegą z Toyoty TAKŻE BEZ OBAW.
Kolega dba o zabezpieczenia.

 Zbliżał się już koniec pracy, więc zabrałam swoje rzeczy i zaniosłam je do samochodu. Wróciłam jednak jeszcze. Po drodze spotkałam kogoś z teamu Renault. 
Znaczy wszystkie stajnie Formuły Jeden mają siedzibę w jednym, hipotetycznym miejscu. BMW, Ferrari, Renault. I tak sobie łażą i wpadają co chwila na siebie. A w ogóle to gdzie znajduje się ten tor, na którym bohaterka otrzymała lukratywną propozycję pracy? W Polsce najwyraźniej?
Też się właśnie zastanawiam.
A generalnie na czym polegała ta praca, oprócz spotkania zapoznawczego i uroczych pogawędek przy pustym torze?

- Fernando Alonso? - zagadnęłam patrząc mu w oczy skryte pod czapką
- Tak - ściągnął czapkę i poprawił włosy ręką
- Ale super! Nie myślałam, że spotkam kogoś z innego teamu...
Nic to, że chwilę wcześniej gawędziła z kimś z Ferrari, prawda?

Wybierasz się gdzieś?
- A no, do Roberta miałem iść.
- Rozumiem, mogę zaprowadzić... Chyba wiem gdzie jest.
Bo sam Alonso nie wie, gdzie go znaleźć.
I tak błąka się po całym świecie, za czymś co jest bardzo blisko...
Sprytna Roksanka za to po dniu pracy wie już wszystko o wszystkich.

Jutro wtorek... To właśnie jutro mam jechać oglądać mieszkanie w Monachium. Łukasz zostaje z ciocią, a ja jadę sama... No cóż...
Jakie to miłe. Ciocia przyjeżdża na parę dni, boCHaterkę wkurza to niezmiernie, więc w trymiga organizuje sobie mieszkanko w Monachium. Teraz tylko trzeba przenieść tam tor F1 i cały team, żeby nie musiała dojeżdżać do pracy.
 
Starsza pani mieszkała wraz z mężem tutaj od kilku lat. Chętnie pokazała mi dom. Postanowiłam, że podejmę decyzję teraz by nie trzymać ich w napięciu.
- Kupię to mieszkanie... - zadeklarowałam - Proszę podać mi numer konta, a ja dokonam przelewu w Polsce. 
Miliardzik w te czy wewte nie robi mi różnicy, właściwie takie drobne noszę przy sobie.
Jakieś umowy, akty notarialne, zaświadczenia - takimi trywialnymi drobiazgami nie zaprzątamy sobie głowy.
Ot, jak kupić paczkę gumy do żucia w kiosku.

Minęło już kilka tygodni... Łukasz często dzwoni do mnie, mieszka z ciocią. Obiecałam mu, że na wakacjach zabiorę go do mnie. Mieszkanie w Polsce sprzedane, a moje mieszkanie w Monachium stoi opustoszałe, bez ludzi, ponieważ pracując w BMW mieszkam "na walizkach". Ciągłe przeprowadzki z hotelu do hotelu, z miasta do miasta...
No i na kij właściwie kupowała to mieszkanie?
"Stoi opustoszałe, bez ludzi" - to o małym mieszkaniu, czy reportaż z miasta Prypeć?

- Podasz mi tą niebieską teczkę? - spytałam Roberta.
Ten wstał i podał mi teczkę z logiem BMW, w której miałam tak jakby "dziennik". Zapisywałam tutaj wszystko, co zrobiłam badając stan bolidu.
Praca przy bolidzie jest wspaniała. Ta niezwykła maszyna wciąż potrafi mnie zaskoczyć mimo, że ciągle wydaje mi się, że znam ją na 100%.[posiadała na stanie w domu jakieś 2 czy 3 sztuki i stąd ta wiedza] I tak mam szczęście. Śmieję się, bo Robert chyba powinien być mechanikiem, a nie kierowcą. Miło się z nim pracuje, bo ma wiele pomysłów, które zawsze uwzględniam i często wprowadzam w życie.
Roksana, a może by tak tę śrubkę tutaj? A zamiast niej zamocujemy wężyk, co ty na to? I pomyśl, gdzie można by na bolidzie zamontować chorągiewkę, dobra?
I trąbkę z gruszką.

 Jasonowi nie dana była taka pomoc. Nick niechętnie pomaga i nie zjawia się przy pracy przy swoim bolidzie. Jason musi wykonać całą czarną robotę. Uwagi kierowcy są szczególnie potrzebne przy takiego typu pracy. Nick chyba jednak nie potwierdza tej teorii. Zawsze znajdzie jakąś wymówkę, żeby nie zjawić się tam gdzie trzeba.
Właściwie jeździ, bo go do tego zmuszają.

- Chyba powinieneś być mechanikiem, a nie kierowcą! - zaśmiałam się do Roberta poprawiając sznurówki w butach, po czym wstałam i stanęłam na przeciwko niego.
- Tak uważasz? - odłożyłam narzędzia i wyszliśmy z garażu
- Pewnie! Tak bardzo się angażujesz w rozwój całego teamu... Taki kierowca to skarb!
Robert uśmiechnął się i popatrzył na mnie.
- Tylko nie popadnij w zbytni samozachwyt! Bo będzie na mnie!
I znowu kłania się używanie słówek, których znaczenia nie rozumiemy...

Zaczęliśmy się śmiać. Mario wyszedł zza rogu i podał mi plik kartek.
- Mogłabyś to przeglądnąć? Ostatnie wyciągi z testów w tunelu... Nie musisz teraz, na spokojnie.
MaryZuzia, MaryZuzia, geniuś inżynieryjny, lat dziewiętnaście!
Reszta jężynierów poszła na zieloną trawkę, jak rozumiem?

Pożegnałam się z nim mówiąc, że moim jedynym obowiązkiem w tej chwili jest przeglądnięcie kartek od szefa. Deszcz zawsze usprawnia mój umysł więc udałam się na upodobany sobie parapet i wyciągnęłam kartki z teczki zaczynając je przeglądać.
Zapamiętajmy: bohaterka działa na H2O. Tania w eksploatacji!
Byle nie na C2H5OH.

 Długo wgłębiałam się w oglądanie jednej kartki, było tego sporo.
Sporo było tej jednej kartki, aż się pogubiłam w tej obfitości!

Kończąc zapisałam za pamięci ważniejsze szczegóły i popatrzyłam przez okno.
Ludzie od czasu do czasu przechodzili szybko w jakimś tylko sobie znanym celu. Po szybie spływały malutkie niczym biedronki kropelki deszczu. Po krótkiej trasie zbijało się kilka z nich w jedność i dalej płynęły w dół aż nie znalazły przeszkody na parapecie za oknem. Na chodniku powstawały niezliczone kałuże.
Czytający z zachwytem przyjmują ten rzęsisty opis i poświęcają dłuższą chwilę na filozoficzne rozmyślania na temat zjawisk zachodzących w przyrodzie.
Dla pamięci zapisałam szczegół: w tym opku padało.

Długo tak siedziałam opierając się o ścianę i nie myśląc o niczym przyglądając się kropelkom. Udałam się do hotelu żeby odpocząć gdyż zaczęła mnie boleć głowa, a ból narastał. Szłam z kwaśną miną. Mój pokój hotelowy na krótko stał się moją ucieczką od całego świata. Odłożyłam teczkę i buchnęłam się na łóżko zapominając o całym istnieniu. Leżałam bezwładnie jak manekin... Kompletnie nie wiedziałam co mam począć, bo głowa bolała mnie tak bardzo, że nie słyszałam własnych myśli.
Spracowała się bidulka.
Tyle myślenia naraz... Kto by to wytrzymał? Powinna wystąpić o dodatek za pracę w ciężkich warunkach.
[bohaterka wraca ze spotkania z szefem, na którym przedstawiła swe genialne pomysły, gdy...]

Nagle zawróciło mi się w głowie i upadłam na chodnik...
Nie wiem co się potem działo... Kiedy się obudziłam siedziałam na swoim łózku.
Zemdlawszy, upadła do pozycji siedzącej?

- Co jest? - spytałam wstając.
Popatrzyłam na siedzącego na krześle Roberta, potem na kartki, potem na siebie, a potem gleba do tyłu. [rzucała ziemią za siebie?]. Zadawałam tyle pytań, że nie nadążał tłumaczyć. Kiedy dowiedziałam się wszystkiego wstałam z łóżka i wyszłam na balkon.
- Mamy mało czasu... - zamknęłam drzwi balkonowe i pociągnęłam Roberta za rękę
- Na co mamy mało czasu?
- Dzisiaj sobota! Kwalifikacje! Zapomniałeś? - zrobiłam minę idioty
Szczyt szczytów. Roksana zupełnie ni w pięć, ni w dziewięć mdleje i pada na chodnik. Budzi się w swoim łóżku, nie wie co się stało, po czym natychmiast zagląda do notatek i zaczyna pytać, jak mniemam o sprawy techniczne - zawodowe, a Kubica tłumaczy. Następnie Roksia wychodzi na balkon, wraca i mówi Kubicy, że dzisiaj są kwalifikacje, o czym Kubica najwyraźniej zapomniał. Jeżeli istnieje w tym opku scena, która jeszcze bardziej nie trzyma się kupy, to ja zjem własną tenisówkę.
Jako Marysia Zusia, boCHaterka zobowiązana jest pamiętać wszystko za wszystkich. Skoczkowie też zapominali o kwalifikacjach.
Ale co z tym omdleniem?
Bo bohaterka prawdziwie zahartowana w boju, wychowująca brata, kupująca mieszkanie, pracująca, bez matki, ojca nie przejmuje się omdleniami!

Zbiegliśmy na dół. Prawie cały team był już gotowy. Ktoś krzyknął do Roberta żeby biegł się przebrać w kombinezon. Zasiadłam szybko na krześle.
Hotel, w którym mieszkają, jest przy samym torze, czy też Mary Sue samym swym pojawieniem się zagina czasoprzestrzeń?
Ot, taki niewielki przenośny pokój hotelowy w standardzie do umowy o pracę...
Jest niebieski i na drzwiach ma napis "TOI-TOI".

- Mamy kłopot szefie! - wykrzyknął ktoś zdyszany wbiegając do pomieszczenia z pełnią monitorów, przycisków itp.
Niósł monitory pod pachą, a przyciski w garściach.

Kwalifikacje zaczęte.
- Zbiegaj na dół, już już! Do boksu Kubicy! - usłyszałam od szefa po czym zbiegłam czym prędzej tam gdzie mi kazano.
Z Robertem rozmawialiśmy trochę o poprzednim wyścigu w Kanadzie, o jego wypadku i o szansach i nadziejach na jutro.
Ot takie luźne, codzienne rozmowy o niczym.
Jak to zwykle w czasie kwalifikacji, nie?
 
- Chodź, nie mamy co robić, to idziemy do boksu! - wstałam i skierowałam się ku wyjściu z pokoju. 
Chciała zaproponować pożycie intymne?

Robert poszedł za mną i za kilka minut byliśmy już w boksie przy jego bolidzie. Westchnęłam i przejechałam ręką po masce bolidu. Wzięłam zaraz narzędzia i usiadłam obok samochodu.
- Zaraz będzie lśnił! - zaśmiałam się i wzięłam śrubokręt.
Polerować śrubokrętem? Prawidłowo!
 
- A co...? Jest brudny? - Robert obejrzał go dokładnie z wszystkich stron i siadł obok mnie.
Zaczęłam się śmiać.
- Nie w tym kontekście! - (śmiech). a nie LOL? ;P 
AŁtoreczka czyta wywiady z gwiazdami w róznych Vivach i innych galach. Tam zawsze tak jest napisane: (śmiech).

Zabrałam się do pracy. To, co teraz robiłam nie było zbyt legalne i groziło mi czymś, czego lepiej sobie wolałam nie wyobrażać. Robert obiecał, że nie powie nikomu o tym, że teraz tu siedzimy. Dokonywanie zmian w ustawieniach bolidów podczas nieobecności szefostwa jest niemile widziane. 
Gdy szefostwo jest obecne dokonywanie niezbyt legalnych zmian jest dozwolone, a wręcz mile widziane.
A taki drobiazg jak ewentualna dyskwalifikacja, to po prostu wisienka na torcie.
 
Pracowałam jednak bez jakiegoś większego przerażenia, bo robiłam to z obowiązku.
W razie wpadki powie "Ja tylko wypełniałam rozkazy"?

Okazało się, że gdy spojrzałam w skrzynię biegów nie wszystko było tak, jak być powinno. Gdyby nie moja interwencja, pewnie Robert jutro nawet nie ruszył się ze swojego miejsca na starcie...
Nie wiem za co płacą reszcie tych ludzi. *Wzdycha ciężko*
 
Siadłam obok szefa, który wyraźnie zadowolony prawił o dzisiejszym wyścigu. Nagle ktoś uchylił drzwi i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam moją... ciocię! Wstałam, przeprosiłam na chwilę zespół i wyszłam z ciocią na korytarz.
Z cudem to nie graniczy wejście do boksu F1. Z cudem graniczy to, żeby ktoś tam nie wlazł.
Może jej ciotką jest Mary Poppins?

[Roksana dowiaduje się od cioci, że Łukasz wpadł pod samochód i jest w szpitalu, po czym we trójkę (z ciocią i Robertino) udają się pospiesznie do szpitala.]
 
Skrzyżowanie, wyjeżdżam na zielonym świetle gdy nagle poczułam uderzenie od prawej strony. Wszystkie samochody zatrzymały się, a ja wypadłam i podbiegłam do kierowcy, który wgniótł mi bok samochodu.
- Jak jeździsz do jasnej cholery?! - zaczęłam oglądać mój samochód który był w opłakanym stanie.
Przód drugiego samochodu też nie wyglądał za ciekawie. Ściągnęłam czapkę żeby zaczesać sobie ręką włosy.
Wypadek, nie wypadek, muszę wyglądać kól!

- No i co teraz? - spytałam patrząc z wyrzutem na kierowcę Audi.
- Przepraszam, ja, ja nie chciałem.
- Co Pan nie chciał? Wyjeżdżać na zielonym świetle? Miał Pan czerwone i władował mi się Pan w bok!
Jego żona wyszła z samochodu, za nią dzieci.
- Tatooo! - jedno z nich zaczęło ciągnąć tatę za rękę po czym wzięte na ręce zaczęło szeptać mu coś do ucha.
Znalazło się z powrotem na ziemi, a gościu zmierzył mnie i Roberta od góry do dołu wzrokiem. Chyba nas poznali... Nie myliłam się. Dzieci poprosiły o autografy, nie sposób odmówić. 
Najważniejsze to dbać o swój PR. Nic to, że brajdak być może dogorywa w szpitalu. Chociaż nieodmiennie zadziwia mnie fakt proszenia o autograf mechanika, nowego w zespole.
O tak znakomitym mechaniku na pewno huczy już cały świat.
Mamo, tato, a co to za typ z dużym nosem obok Roksany?
 
Tak, tylko co dalej? Przyjechała policja i zaczęła oceniać. Siadłam na masce swojego samochodu.
- Gdzie Pani jechała? - policjant podszedł do mnie z notesikiem
- Do szpitala...
- A co pani jest? - zmierzył mnie wzrokiem, a ja rzuciłam mu spojrzenie idioty.
Słusznie :-P

- Nic mi nie jest proszę Pana! Mój brat jest w szpitalu, potrącił go samochód. - westchnęłam.
- Samochody do kasacji! - oznajmił drugi policjant.
- ŻE PRZEPRASZAM DO KOGO?! - zeszłam z maski
Kasacja Józek, nasz kolega, prowadzi złomowisko.
Dwa samochody do kasacji. Jakież to przedziwne zrządzenie losu, że nikomu nie spadł nawet włosek z głowy, nie zdrapała się nawet jedna komórka ze skóry, ba nawet karetka nie musiała przyjeżdżać.
Uhm, podejrzewam, że autorka wychowała się na serialu Cobra 11. Tam po istnej masakrze na autostradzie, z udziałem tirów, z samochodami wylatującymi w powietrze - dowiadujemy się, że "jest kilkunastu rannych, ale nikt nie zginął".
BoCHaterka nie wylądowała w szpitalu, a tru loffer nie siedział przy łóżku. Kanon pogwałcony!

- No i pięknie, na same urodziny mój brat leży w szpitalu, a mój wóz idzie na pocięcie blachy... Cud, miód i akwamaryna...
- Masz urodziny? - Robert spytał gdy już wysiadaliśmy pod szpitalem.
- Ta... Ale nie dziś, za 2 dni - wzruszyłam ramionami i szybkim krokiem weszłam do szpitala.
Wytłumaczyłam recepcjonistkę o kogo mi chodzi, a ona wytłumaczyła mi jak dojść do sali, w której leżał mały.
- Tak bardzo boję się tam wejść... - popatrzyłam na ciocię, a potem na Roberta.
Robercik, weź mnie za rączkę, booooję się...
Bo być może czyha tam już któryś Cullen, Carlisle na przykład.

Siadłam na krześle i wzięłam w swoje dłonie jego małą rączkę. W oku zakręciła mi się łza. Zaczęłam czuć się winna. Gdybym zrezygnowała z oferty Theissena to nie doszłoby do wypadku! Byłabym przy nim i go pilnowała i nie pozwoliła żeby przytrafiło mu się takie coś. Czasu jednak nie cofnę i nie zmienię biegu zdarzeń, widocznie tak miało być i już.
Pogratulujmy bohaterce filozoficznego spokoju w obliczu nieszczęścia!

[bohaterka uzyskuje zapewnienie, że braciszek się wyliże, więc akcja może spokojnie toczyć się dalej]

- Wstaaawaj! - usłyszałam nad sobą czyiś głos.
- Jezu, terroryści napadają czy jak? - ziewnęłam przeciągając się i przecierając zmęczone oczy.
Odgarnęłam ręką rozczochrane włosy z twarzy i zobaczyłam wyszczerzonego Roberta.
BMW z oszczędności też wynajmuje pracownikom wspólne pokoje?

- Wcześniej się mnie nie dało obudzić? - ziewnęłam po raz drugi.
- Ubieraj się, czesz i co tam jeszcze chcesz i idziemy na dół, do boksu BMW!
- A po co? - włożyłam nogi w moje kapciuszki i wolnym krokiem udałam się do łazienki.
Po co się ubierać, czy po co iść do pracy, hę?
Łeeee tam...praca...- ziewnęła ponownie Roksanka - Takie tam bla bla bla...
 
Umyłam swoje zęby 
Aż się boję pomyśleć, dlaczego tak podkreśla, że SWOJE.
Czasem zdarza jej się używać zębów osób postronnych.
Raczej sądzę, że zdarza się jej myć KOMUŚ zęby.
 
Umyłam swoje zęby, twarz, a potem wskoczyłam pod prysznic. Wskoczyłam w ciemne jeansy, białą koszulkę z logiem BMW, zawiązałam adidasy i nałożyłam na głowę granatową kaszkietkę po ujarzmieniu włosów.
Ujarzmienie włosów kaszkietki istotnie było ciężkim zadaniem.
Wskoczyła pod prysznic, wskoczyła w jeansy, koszulkę - to i włosy jej się rozskakały.

- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! - wykrzyknął szef, a ja oszołomiona otworzyłam szeroko oczy i popatrzyłam po wszystkich po kolei.
- E... Słucham? - zdziwiona jeszcze raz zmierzyłam wszystkich wzrokiem.
- No, wszystkiego najlepszego! - Robert tak zadarł mi się do ucha, że musiałam je pomasować.
- Z jakiej to okazji?
- No jak to z jakiej? - Nick przewalił oczami - Robert, uświadom ją!
Wzrok mój padł przypadkiem na te słowa i wystraszyłam się, że Robert musi uświadamiać dziewiętnastoletniego geniusia-inżyniera, jak się robi dzieci.
Co one wszystkie mają z tym idiotycznym sformułowaniem "przewalić oczami"?

- Dzisiaj są twoje urodziny!
Zupełnie zapomniałam! Przez to wszystko...
Zdumiewające! 5 minut po wypadku zdawała się o tym pamiętać. Ale wybaczamy Roksance ze względu na przerażające wydarzenia, zmieniające się jak w kalejdoskopie.

Jejku, byłam tak mile zaskoczona. Kierowca testowy wsiadł w bolid i na silniku zagrał melodię "Happy Birthday To You" po czym Jason podsunął mi pod nos tort do pokrojenia. Mało brakowało a miałabym masę z tortu na nosie. W końcu każdy dostał po kawałku.
- I nie myśl, że to koniec! - Robert nagle ni stąd ni zowąd pojawił się na przeciwko mnie i zamachał mi czymś przed nosem.
- Co to? - odsunęłam twarz, dopiero po chwili zobaczyłam kluczyki do samochodu.
- Palma kokosowa... - przewalił oczami i dalej brzęczał tymi kluczykami.
- No wiem...
- Co wiesz? Że to palma kokosowa? - zaśmiał się
- Nie! - wywaliłam język
- Więc trzymaj! - wcisnął mi kluczki w dłoń.
"Kluczka - węzeł mający, można by rzec, 1001 zastosowań, z których najważniejsze to łączenie lin do zjazdu (o takiej samej lub bardzo zbliżonej średnicy!!!), łączenie pętli osobistych przy prusikowaniu  i autoasekuracji podczas zjazdu oraz podczas czynności ratowniczych i transportowych."
Zakładam, że Robertino wręczył ukochanej kluczki z myślą o owym łączeniu pętli osobistych przy prusikowaniu? "Kochanie, mam ochotę na małe prusikowanko"!
Szukać nożyczek? Czerwone kwadraciki już się skończyły.

- No ale po co mi to?
- Nigdy nie prowadziłaś samochodu?
Do szpitala jechał z jej siostrą bliźniaczką zapewne. I to on prowadził.

- Prowadziłam!
- No to nie dyskutuj ze mną!
Szef, Robert, Nick i Jason wyprowadzili mnie przed boks gdzie stało prześliczne, białe BMW M6 Cabriolet <klik tu aby zobaczyć>.
Klik. Bo żaden opis nie odda jego urody.

Włożyłam kluczki do stacyjki i odjechaliśmy.
Trochę po górach, a trochę po odosobnionych drogach.

Ty pójdziesz górą,
A ja doliną,
Ty zakwitniesz różą,
Ty zakwitniesz różą
A ja kaliną.

 
Trochę po górach,
Trochę po dołach,
Trochę po drogach,
Trochę po wertepach,
Trochę po wądołach,
Potem na nogach.
 
- Jest super... Dziękuję! - popatrzyłam na Mario, który uśmiechnął się tylko.
Po dosyć długiej przejażdżce wróciliśmy pod boks BMW Sauber.
- A kolor pasuje? - spytał Nick niepewnie.
Facet, który pyta, czy kolor pasuje!!!
Zna się na kobietach.

- Pewnie... Zawsze chciałam mieć biały BMW cabriolet... - westchnęłam. No masz! Telepaci??
Zaparkowałam go z boku.
- Cieszę się, że ci się podoba... - Robert zatrzymał mnie gdy już byłam prawie przy boksie.
- Tak, jest wprost... niesamowity... - posłałam mu szczery uśmiech.
- Jest ciebie wart...
- W... jakim sensie? - popatrzyłam mu prosto w oczy.
On nic nie odpowiedział. Poczułam zakłopotanie kiedy Robert położył swoją dłoń na moim policzku. Kompletnie zgłupiałam. Poczułam ciepło w całym ciele i speszyłam się, pewnie moje policzki zrobiły się czerwone. Nie miałam jednak odwagi ani ochoty wyrywać się. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Nagle Robert zaczął przybliżać swoją twarz do mojej... Czułam coraz większe zakłopotanie...
Stary zainwestuj w tic taki bo ci jedzie!
Cholera, ten jego ogromny nos...

A teraz kochani zewrzyjcie pośladki! Idzie  opis nad opisami.
 
Trzymał swoją dłoń cały czas na moim policzku, a ja nie potrafiłam nie patrzeć w jego zielone oczy. On cały czas przybliżał swoją twarz, nie potrafiłam się wzbronić, nie chciałam. Przymknęłam powieki i również zaczęłam zbliżać swoją twarz. Poczułam nagłe ciepło kiedy jego wargi musnęły moje. Chwilę to trwało jak gdyby całą wieczność. Kiedy już oderwaliśmy się od siebie speszyłam się czerwieniąc i spuściłam głowę. Zerknęłam na Roberta po czym znowu szybko opuściłam wzrok.
Ona na pewno ma 20 lat?

Mam nadzieję nigdy nie brać udziału w rozmowie takiej, jak poniżej...

- Jeśli ci coś powiem to... uwierzysz mi? - spytał Robert kiedy podniosłam wzrok.
- No... Chyba tak... - wzruszyłam ramionami dalej speszona.
Nastała chwila ciszy, ale dla mnie to była cała wieczność.
- Ja... No... Wiesz...
- No... Nie wiem... - uśmiechnęłam się nieznacznie.
...bo na bank spytałabym, czy mu nie staje.
Praca zakończona. Mogłam swobodnie robić to, na co tylko mam ochotę. Zadzwoniłam do najbliższej koleżanki.
- Hey Marta, wybrałybyśmy się gdzieś? Podjadę po Ciebie...
- Hey! - usłyszałam najwyraźniej czymś rozbawiony głos - Jasne, o której?
- No... Najlepiej teraz!
Wot, zagadka: skąd ona wzięła tę najbliższą koleżankę, skoro od czasu wyjazdu z Polski obraca się wyłącznie w towarzystwie facetów z teamu?

Rozłączyłam się i wskoczyłam w bardziej luzackie ciuszki, bluzkę na szyję [zakrztusiłam się] białą i krótkie jeansowe spodenki. Do tego ulubione białe adidasy i parę dodatków w postaci bransoletek. Było dosyć ciemno, ale w końcu o takich porach się chodzi na jakieś imprezki, nie? Udałam się do łazienki aby zmienić makijaż na trochę bardziej wyraźny i ostry, a potem rozpuściłam włosy podnosząc je na lakierze.
 O tak? klik>>
Makijaż do adidasów, adidasy do bransoletek.

Na górę okulary przeciwsłoneczne (dla lepszego efektu). [przyciemniane okulary w środku nocy, na dyskotece zaiste robią piorunujące wrażenie!] Zabrałam torebkę i zeszłam na dół. Wsiadłam do białego BMW i podjechałam na ulicę Marty. Ona czekała już na zewnątrz, pod klatką.
- Ale laska z Ciebie! - usiadła na przednim siedzeniu.
- Ta...  - przewaliłam oczami. Nie widzisz kobieto mojego nowego samochodu??
- No to gdzie masz swojego boyfrienda? - ostatnie słowo tak śmieszne zaakcentowała, że wybuchłam śmiechem. A w duchu  przeklinałam ją szczerze. Cholera! Pewnie ma samochód lepszy od mojego!
- Nie mam żadnego boyfrienda! - wsadziłam kluczyk do stacyjki po czym wyjechałam z parkingu pod blokiem Marty.
Do Marty jechała bez kluczyka w stacyjce. Wot, kwa, tiechnika.

- Jesteśmy na miejscu... - oznajmiłam po dłuższej chwili jazdy.
Miejsce było dosyć głośne. Dałam kluczyki jakiemuś gościowi, który odprowadzał auta na strzeżony parking i razem z Martą weszłam na tą imprezę. Było głośno, no ale czego w końcu mogłam się spodziewać.
Oj tam, słonko, po ryku bolidów na torze dyskoteka powinna być dla ciebie niczym kląskanie słowika!

Usiadłyśmy w rogu i zamówiłyśmy po szklance coli.
- Opowiadaj o nowej pracy! - Marta poprawiła się na siedzeniu i nastawiła się na słuchanie.
Opowiedziałam jej po kolei wszystko i odpowiadałam na przeróżne pytania. Była na prawdę zachwycona, a nie miała w tym żadnego interesu.
Bowiem boCHaterka przebywa w świecie, w którym wszyscy naokoło niej zachwycają się wyłącznie interesownie.
Syndrom "Świetny blog, wpadnij do mnie"?


Uwaga! A teraz następują Sceny Krew w Żyłach Mrożące! Trzymajcie się foteli!

 Marta oznajmiła, że musi wyjść na chwilkę do toalety więc siedziałam sama. Gdy minęła dłuższa chwila zaczęłam się niepokoić. Popatrzyłam nerwowo na zegarek w komórce. Dwadzieścia minut?! Ileż można siedzieć w kiblu? Wstałam, popiłam colę i zapytałam jakiegoś kolesia gdzie tu są ubikacje.
- A co mała, masz na coś ochotę? - zerknął na mnie chytrze.
- Tak mam i to wielką! NA SIKU!
Postanowiłam oddalić się od niego dla pewności, że już nie może mi jakkolwiek zagrażać.
I tak oto Roksanka cudem uniknęła gwałtu...


 Weszłam do damskiej ubikacji i rozglądnęłam się. Stałam w otwartych drzwiach, dopiero po chwili je zamknęłam. Rozejrzałam się po szparkach pod drzwiami, ale nie było nikogo.
- Marta...? - dało się wyczuć w moim głosie niepewność.
Nikt nie odpowiedział. Zaczęłam się niepokoić.
Napięcie wzrasta...
Chwileczkie...*poszła po popcorn*

Nagle ktoś otworzył drzwi, a ja automatycznie ze strachu odwróciłam się i pisnęłam.
Potwór? Gwałciciel? Porywacz?

 Ujrzałam przed sobą dwie panny, które patrzyły nam nie jak na idiotkę. Zeszłam im z drogi tym samym opuszczając toalety. Chwyciłam za komórkę i wykręciłam numer mojej przyjaciółki. W odpowiedzi usłyszałam sekretarkę, która wygłosiła swoją tradycyjną przemowę. Ta super, załapało mi trzy sekundy.
Jak się ma takie BMW na utrzymaniu, to rachunki za telefon rzeczywiście mogą stanowić problem.

Wróciłam na swoje miejsce i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam Martę.
I cały suspens poszedł się gonić w krzaki.
I szlag trafił mnie oraz mój popcorn.

- Gdzie żeś ty była?! - wykrzyknęłam tak głośno, że barman spiorunował mnie wzrokiem.
Cisza! Obowiązuje tu absolutna cisza!

Długo tak się bawiłyśmy. Przy okazji spotkałyśmy 2 koleżanki Marty, które okazały się bardzo miłe i towarzyskie. Posiedziałyśmy tak aż do 4 nad ranem. Zapłaciłyśmy za wszystko co zamówiłyśmy.
Nie no, serio?
Tym razem nie znalazł się żaden sponsor, co za pech.
Ale warto było dla tych mrożących krew w żyłach scen w toalecie, prawda?

[Robercik przychodzi do boCHaterki, aby odbyć Rozmowę Zasadniczą.]

Chwila ciszy coraz bardziej mnie irytowała. Czekałam jednak cierpliwie.
- No bo wiesz...
- Nie wiem...
- No... Miałbym pytanie.
- Więc pytaj!
- Czy... Uważasz... Że... No wiesz... No... Że... Moglibyśmy... - przerwał.
- Co?
- No... czy... że... uważasz... że... Moglibyśmy być... razem? 
Kubica w wersji 15.0. Lat.
To chyba jest wersja beta.
I to niedopracowana.
 
Odskoczyłam jak oparzona.
- Ja... Nie wiem... - powiedziałam po chwili - No... Musisz dać mi czas żebym mogła się zastanowić.
- Ok... - wstał - Nie ma sprawy - wyszedł.
Za drzwiami zaczął przeglądać kontakty w telefonie...

Nigdy nie myślałam o nim i o mnie jako o parze. No w sumie to ja już dawno nie myślałam tak o nikim. Mam 20 lat, może rzeczywiście najwyższy czas kogoś znaleźć, a może jednak nie? Chłopaka ostatni raz miałam w wieku 15 lat i dobrze pamiętam jak mu się oberwało od mojego ojca. Teraz jestem dorosła, ale czy to coś zmienia? Czy ja chcę mieć kogoś?
Eeeee tam. W wieku 19 lat jest już tak doświadczona życiowo, że na cholerę jej jeszcze chłop?

Wyszłam żeby zająć się pracą. Może pomimo wieku nie dojrzałam do związku i dalej jestem dzieckiem, które pragnie bawić się dwadzieścia cztery na dobę...
Przez cały dzień nie miałam odwagi odezwać się do Roberta. Dużo myślałam o jego pytaniu. Jeśli się nie zgodzę to go zranię, no ale jeśli ja nic do niego nie czuję? Co ja mu powiem? Zostańmy przyjaciółmi? To najgorsze co można usłyszeć... Dobrze o tym wiem. Wiem jak ranią te słowa. A jeśli się zgodzę to czy ja nie zrobię tego z litości? Jejku, to mnie przerasta.
Może ty się lepiej zajmij bolidami...

Rano obudziłam się bardzo wcześnie, jednak wypoczęta. Weszłam do łazienki i stanęłam przed lustrem opierając się jedną ręką o umywalkę, a drugą trzymałam się za czoło.
- Tak zrobisz to! - rozkazywałam własnemu odbiciu wziętym w rękę szamponem - Dobrze wiesz, że go kochasz i nie możesz zmarnować szansy! Powiesz mu "tak" bez żadnych oporów! 
Opory poszły precz i zakwiliły samotnie w kącie.
Pod groźbą potraktowania Morderczym Szamponem.

- Ja... Dużo myślałam o tym pytaniu... No... Sam wiesz... - wzruszyłam ramionami i podniosłam wzrok.
- Czyli... że się zgadzasz? - spytał Robert po chwili.
Grzmijcie trąby, ryczcie działa!

Zeszliśmy na dół, do boksu BMW Sauber. Jeszcze dobrze nie zaczęliśmy pracy, kiedy szef oznajmił, że zaraz ciężarówki przyjadą zabrać bolidy i narzędzia, wyjeżdżamy.
- Jejku, tak szybko? - zdziwiłam się odkładając narzędzia.
W odpowiedzi otrzymałam tylko skinienie głowy.
- Pojedziesz ze mną samochodem... - oznajmiłam Robertowi i wyszłam żeby znieść do samochodu walizkę.
Jak to, nie wręczyła jej słudze pokornemu?
Bo Robert był już spakowany w walizce.

[Roksana ze świeżo nabytym boyfriendem Robertino wybierają się na imprezkę aby odreagować absolutnie wyczerpujące treningi.]

Zdzwoniłam się z Martą. Podobno załapała jakiegoś kolesia, więc nie będzie problemów z towarzystwem. Osiemnasta pasowała jak nic. Robert prowadził moje BMW, podjechaliśmy pod dom Marty.
Czy ktoś może mi wyjaśnić, GDZIE oni się w tym momencie znajdują? Czy też mieszkanie Marty również przenosi się magicznym sposobem za całym teamem?
Tourbus z opka o Jonasach przejechał do opka o Formule Jeden?

- Poczekaj tutaj na mnie! Wpadnę tylko po nią! - rzuciłam i wyszłam.
Weszłam do jej domu bez pukania.
BoCHaterko! A gdzież twoja kultura, o którą tak apelowałaś?

- Yhm... Mam nadzieję, że nie przeszkodziłam... Ale chyba czas już się zbierać. - przewaliłam oczami zerkając na całującą się parę.
Jeżeli. Jeszcze. Raz. Natknę się na "przewaliłam oczami" to jak wezmę taki duży, duży kamień...
A ja piłę motorową...

Oni szybko oderwali się od siebie, dostali rumieńców na polikach i zeszli za mną na dół. Wsiedli na tył samochodu, ja zajęłam miejsce na przodzie. Podjechaliśmy pod jakąś imprezkę i wysiedliśmy z samochodu.
- Witaj życie! - krzyknął Jarek (chłopak Marty).
A wokół krążył tłum Jarków bardziej pospolitych.
A jeden z nich był mały i miał bardzo wredny i nadęty wyraz twarzy.
 
Weszliśmy do środka, a tam jeden huk. Siedliśmy na uboczu, żeby nie rzucać się w oczy. Zamówiliśmy picie i jakieś paluszki. Podszedł do nas jakiś chłopak, zaczął się narzucać. Zmieniliśmy miejscówkę...
I nikt nie chciał od nich autografu??
Właśnie dlatego zmienili miejscówkę, bo nikt nie chciał.

- Przepraszam, muszę skorzystać z toalety...
Chodzenie na imprezki polega na piciu, jedzeniu i chodzeniu do toalety (gdzie przeżywa się sceny mrożące krew w żyłach i ścinające białko w mózgu, co już drugi raz przydarza się boChaterce. Niebezpieczeństwo ZAWSZE czai się w toalecie)

Wstałam od stolika i udałam się w kierunku toalet. Nagle poczułam uciśnięcie na przedramieniu.
- Ty pójdziesz ze mną... - oznajmił gruby głos gościa w czarnej koszulce.
- Au... Puść mnie! Bo będę krzyczeć!
- Mogę się założyć, że zrezygnujesz z tego pomysłu... - wysunął z wewnętrznej kieszeni nóż.
Wyciągnął mnie z dyskoteki i kazał wsiąść do jakiegoś samochodu stojącego tuż przed nią.

I oto, panowie i panie
Mamy Straszliwe Porwanie!

Czy na ratunek jej przyjdzie
Rycerz w Lśniącym Bolidzie?


- No to śpiewaj pięknie kim jesteś?
- Ja... Ja... Pracuję w BMW... - wydukałam oszołomiona i wystraszona.

To znakomita odpowiedź na pytanie KIM JESTEŚ?
To się nazywa utożsamienie z firmą, szefowie byliby dumni!

- W BMW... tzn. w Formule1 czy w fabryce samochodów?
- W Formule...
- O, pięknie! Marek ruszaj! - rozkazał swojemu koledze, a on z cwaniackim uśmieszkiem dodał gazu i ruszył z parkingu.
Kolesie wpadli se do dyskoteki, złapali pierwszą lepszą dziewoję, porwali, a później zaczęli się zastanawiać czy to ktoś godny uwagi. To mieli chłopaki szczęście, że trafili na dziewczynę Kubicy.
Fakt. Przecież mogła im się nawinąć żona ciecia. Bez przedniej jedynki i w dziewiątym miesiącu ciąży.
A cieć by się ucieszył, że ma dwa problemy z głowy.

Akurat rozładował mi się telefon. Nie miałam już żadnego wyjścia. Musiałam tak siedzieć i czekać na przebieg akcji...
To mi się kojarzy ze sceną ze Shreka II, kiedy to Fiona, uwięziona wraz z innymi bohaterkami różnych baśni, rzuca hasło "Zróbmy coś!". Na co pozostałe panie siadają przybierając wdzięczną pozę i czekają na ratunek ze strony trólawera...
Wylądowaliśmy pod jakąś ruderą. Silnik ociężałego samochodu zgasł. Kazali mi wysiąść. Jeszcze dobrze nie postawiłam nogi, a już mój biały adidas ugrzązł w jakimś błocie.
- O fuj! - wykrzyknęłam i cofnęłam szybko nogę.
A drze się, jakby jej w gnojówce ugrzązł.
Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak wdepnęła...

- Wychodzisz czy mam cię stąd wypchnąć?! - zadarł mi się nad uchem.
Bez słowa opuściłam auto i stałam na powietrzu. Było mi zimno, ale nie dawałam tego po sobie poznać.
- No! Nie ociągaj się! - ruszyliśmy pod jakiś dom.
W środku nie było zbyt zachwycająco. Istny brud i tona kurzu. Na pewno nikt nie sprzątał tego od wieków.
- Gorszej miejscówki nie moglibyście znaleźć? - wzdrygnęłam się. Nie wiecie z kim macie do czynienia!
Jeśli już mam być uwięziona, życzę sobie apartamentów!

Rudy z łysym odeszli na bok i rozmawiali coś między sobą co chwila zerkając w moją stronę. W końcu udało mi się usłyszeć co gadają.
- No i co z nią zrobimy?
- Jak to co tumanie jeden?! Zaraz wyśpiewa nam numer do tego rajdowca i jedziemy na całość! Kasy szasta tyle, że mógłby sponsorować najgorsze beztalencie! Robert "Kasy" Kubica.Tak więc za swoją ślicznotkę na pewno zabuli krocie! Kto by nie chciał takiej panienki? - zaśmiał się chamsko, a obrzuciłam go gromiącym spojrzeniem.
Jak on śmie?! Ludzie nie są na sprzedaż!
Są, są, naiwniaczko.

- No to śpiewaj pięknie numerek do swojego ukochanego! - siadł na krześle przede mną, a w ręce trzymał słuchawkę od telefonu stacjonarnego.
Taka rudera, i ma telefon stacjonarny?

- Wiesz co?! Ty to się powinieneś cieszyć, że na takim zadupiu masz łącze telefoniczne! - odwróciłam wzrok, a rudy zaczął się smiać. 
Bo się ucieszył!

Przestał gdy łysy popatrzył na niego jak na skazańca.
- No to gadaj ten numer!
- A jak nie znam na pamięć to co mi zrobisz?!
- Uuu... No i masz minusa panienko! Bo w takim razie igła z pętelką!
Co to, na wszystkich bogów wolkańskich, jest "igła z pętelką"?! Zawoalowana groźba, że ją najpierw powieszą, a potem będą wbijać na zaostrzony pal?
Albo zamienią ją w laleczkę voo doo. W każdym razie Roksana ma przechlapane.
A może to nielegalny salon tatuażu i chcą z niej zrobić żywą reklamę?

Nastała chwila ciszy, a ja kłębiłam w sobie myśli. Czemu akurat my?! Co on chce od Roberta, że musiał mnie porwać?! Pewnie nawet go nie zna...
Bezczelny profan.


- Zależy ci tylko na kasie, ty pieprzony materialisto! - wypaliłam krzyżując ręce.
- Coś powiedziała? - zerknął na mnie przybliżając swoją odrażającą twarz.
To było jak policzek. Znowu! Znowu nikt nie dostrzega głębi jego ducha, nie rozumie, że jest bojownikiem o nowy, lepszy świat... Załkał i ukrył twarz w dłoniach.


- To co słyszałeś! Głuchy jesteś?!
- No i przegięłaś laska! - wyszedł gdzieś na chwilę po czym wrócił z jakimiś sznurkami i podszedł z nimi do mnie.
- C-co chcesz z-zrobić? - spytałam niepewnie odprowadzając go wszędzie wzrokiem.
Wszędzie. I tu i tam, na prawo i na lewo, gdy tak miotał się koło niej w dzikim tańcu.

On jednak jak widać nie miał zamiaru odpowiadać na moje pytania. Złapał moje ręce i związał je razem z tyłu krzesła. Krzyczałam, a rudy chuderlak śmiał się z całej sytuacji. 
Nie lepiej zakneblować?
 
Potem łysy gość złapał moją nogę w kostce i przywiązał ją do krzesła. Próbowałam się wyrwać, ale on był silniejszy. Potem przywiązał też drugą nogę. Byłam uziemiona. 
Tak się kończą harde pyskówki - związaniem rąk i nóg!  Teraz na pewno Roksi będzie cicho.

- NUMER! - zadarł mi się nad uchem, a ja skrzywiłam się i odsunęłam głowę.
Jak czytam to "zadarł mi się nad uchem" to widzę faceta, który zadziera wysoko koszulę, poza którą niczego na sobie nie ma.
W takim razie Roxi przynajmniej dobrze się bawi w tych ostatnich chwilach życia.
A to już zależy od tego, co jest pod koszulą.

Podyktowałam mu to, o co prosił... a raczej to, czego żądał.
- Nie powiem, dzień dobry bo z tym za dużo czasu by zeszło... - zaczął łysy trzymając słuchawkę przy uchu.
"Ta... Dłużej ci zeszło paplanie tej gatki niż byś powiedział te dwa liche słowa..." - pomyślałam spuszczając głowę.
Gadki. Od "gadać". Bo "paplanie gatki" kojarzy mi się z upapranymi gatkami, a to w kontekście całej sytuacji... khę.
 
- No to tak kolego... - łysy kontynuował - Jeśli chcesz odzyskać swoją panienkę to zostawiasz pięćset tysięcy złotych w walizce na dworcu...
Kubica podobno za sezon w Renault zarobi 12,5 mln dolarów. Te pięćset tysięcy złotych to będzie jakieś dwieście tysięcy dolców.
Dwieście patyków dolców to on ma na waciki do czyszczenia uszu.
Ale mają chłopaki rację, kurs złotówki jest teraz wyjątkowo korzystny. Nawet zakładając że akcja jednak NIE dzieje się w Polsce.

 Masz 4 dni na zorganizowanie się. Godzina 20.00 na 6 peronie. Masz być sam. Ewentualnie z kimś znajomym. Żadnej policji!
A jak znajomy jest z policji?
Sam. Ewentualnie z kimś znajomym. Żadnej policji! Ewentualnie jeden patrol drogówki...

Jak nie, to swoją ukochaną zobaczysz jedynie w trumience w kościółku, zrozumieliśmy się?
Rozłączył się i odstawił komórkę na stolik. 
No proszę wystarczy samo żądanie okupu a już stacjonarny zamienia się w komórkę!


- Aż tyle kasy?! Upadłeś na głowę czy jak?! - wrzasnęłam kiedy już popatrzył na mnie.
Trzeba się cenić, dziewczyno! Pół melona złotych za ciebie to twoim zdaniem za dużo? Ja tam uważam, że na mnie nie ma ceny!

- Jak kocha to zabuli, nie? Jakoś tak... - wyszczerzył swoje żółte zębiska - Oczywiście, jeśli nie chce zobaczyć jak dostajesz kulką w łeb! Czy coś w tym stylu! Albo pchnięcie nożem albo... - nie pozwoliłam mu skończyć.
- Dość już! Dość! - machnęłam głową żeby odgonić kosmyk włosów z mojej twarzy.
Chińska tortura kosmykiem włosów. Wiedzą, jak ją złamać...
 
- Cicho siedź! Nie twoja sprawa... - zaczął przeglądać gazetę.
- Phi, nie udawaj, że umiesz czytać!
Kolejna kąśliwa uwaga Roksany dotknęła  złoczyńcę do żywego. Miała rację..... Załkał.ponownie.

- Jeszcze jedno słowo... - wymierzył we mnie pistoletem.
Patrzcie, a nie przyszło im do głowy, żeby ją zgwałcić! To opko naprawdę łamie kanony.
 
Tymczasem w innej części miasta...

[Robertino przeżywa porwanie Roksi, siedząc i mażąc się jak znerwicowany inteligent.]
 
Ta cała sytuacja podłamała jego psychikę. Jutro wyścig, a on nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że jutro ona nie spyta się go, który komplet opon woli i nie uśmiechnie się do niego przed wyścigiem, a potem nie poklepie maski bolidu. 
Dobry bolid, dobry! Prrr... K'sobie!
 
I to nie ona będzie mówić do niego przez team radio...
 
Nie ja kupuję z tobą zbiorki nut i słucham Bacha,
Nie ja powoli w drzwiach przekręcam klucz, wciąż tak nieśmiała.
Nie ja odpływam tam gdzie mocniej noc muzyką gra,
Nie ja wybacz, że nie ja.


To nie ona będzie mu szeptać te czułe sprośności, nie ona...
 
- Daj mi pić! - zerknęłam na jednego z gości.
- Sama sobie skombinuj jak ci potrzebne! - zaśmiał się szyderczo.
"Nie to nie! Nie będę się prosić!" - odwróciłam wzrok.
W końcu jednak ktoś podszedł i podał mi szklankę wlewając wodę do moich ust. Pewnie dobrze wiedzieli, że nie wytrzymam bez picia 4 dni...
Pewnie ma gdzieś zamontowany jakiś wskaźnik. A tam już battery low.
Nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że cztery dni bez picia (wody!!!) to może być bardzo poważny problem NAWET dla Mary Sue. I Robert zamiast ukochanej odzyska wyschnięte truchełko.
 
 
- Wsiadaj! - Rudy pchnął mnie w stronę samochodu, a ja siadłam na tylnym siedzeniu.
- Jedziemy po forsę! - zaśmiał się Łysy.
Miałam na rękach ślady po sznurku. Na nogach nie było widać tak bardzo, miałam skarpetki, choć piekło jak nie wiem co. Samochód miał przyciemniane szyby. Nikt nie widział, kto siedzi wewnątrz, jednak ja mogłam obserwować wszystko dookoła. Podparłam się na ręce i zaczęłam myśleć o tym wszystkim... I czy na pewno wszystko pójdzie zgodnie z planem... Oczywiście zgodnie z planem moich najbliższych, a nie zbirów spod ciemnej gwiazdy...
Zbirom chodzi o to aby wziąć kasę, oddać Roksane. Robertowi - wziąć Roksanę, oddać kasę. To są rzeczywiście dwa zupełnie odmienne plany.

- Jesteśmy na miejscu! Dworzec centralny! - rzucił Rudy gasząc silnik.
Są w Warszawie, Amsterdamie czy w Nowym Jorku?

- Świetnie, świetnie... - Łysy zatarł ręce.
Wysiedliśmy, nie zdążyłam poprawić kosmyka włosów. 
O-o! I co teraz?!
Ludzie, na bora! Pozwólcie jej poprawić ten kosmyk!! Nie bądźcie tak okrutni!! Dziewczyna nie pozbiera z psychiką do końca życia!

Stanęliśmy obok filaru, na którym wisiała tabliczka z numerem 6...
"Tak, to tutaj..." - pomyślałam.
"Sowa" pomyślał Stirlitz.
"Kubica" pomyślał Kubica.
"A gdzie 9 i 3/4?" pomyślał Harry.

Kątem oka dostrzegłam Roberta i serce zabiło mi mocniej. Spojrzałam na Łysego, a potem na jego kompana... Oni też dobrze wiedzieli, że finał już blisko.
Już dochodzili...

 Z Robertem była Marta - najlepsza przyjaciółka.
Jej, czy jego?
 
Kiedy Robert ją zobaczył otworzył szeroko oczy i chciał już biec, ale coś go powstrzymało.
Położył na ziemi walizkę i spojrzał w jej zmęczone oczy, które nie miały już tego wigoru, co kiedyś... Patrzył jak łysy gość ściska jej nadgarstki w swoim wielkim łapsku, a ona poddaje mu się gdyż nie ma żadnych szans... Jej nogi chwiały się, była zmęczona.
 
Siedziala przywiązana na krześle i pyskowała złoczyńcom. To ją wykończyło.
 
Łysy ściskał moje nadgarstki. Stałam tak dopóki nie poczułam ulgi.
I dziwnego ciepła na nogach.

 On puścił rzucając się po walizkę z pieniędzmi, a ja osunęłam się na nogach na podłogę podpierając się o nią rękami żeby nie upaść całkiem. Byłam wykończona. Robert podbiegł do mnie i klękając naprzeciwko przytulił mocno. Zaczęłam płakać.
- Nic ci się nie stało...? - spytał, a ja nie odpowiedziałam nic.
Nagle huk, a potem przeszywający ból pod żebrami. Kaszlnęłam, a potem znieruchomiałam.
Kto strzelał? Dlaczego? Czy był więcej niż jeden strzelec? - z cyklu Bogusław Wołoszański przedstawia.
 
Tak... On nareszcie trzymał ją w swoich ramionach i nie dopuszczał już żadnych myśli, że coś może mu w tym przeszkodzić. Nie spodziewał się jednak, że nie będzie happy endu. Dopiero po chwili odsunął ją od siebie i zobaczył, że jego biała koszulka zaplamiła się na czerwono. Zrozumiał, że huk jaki wydobył się przed chwilą był strzałem z pistoletu.
Inteligentny ten Robercik.
Czytający zrozumieli, że huk był zbiorowym rąbnięciem łbami o blaty biurek.


Był zbyt zaaferowany żeby to odgadnąć wcześniej. Lecz to nie on krwawił...
Krwawiły dusze czytających rozdzierane z rozpaczy na strzępy.
Robercik zaś potrzebował następnej godziny, by domyślić się, KTO krwawi.
 
Robert co chwila pytał o coś lekarza. Usiadł w końcu na krześle i ze zwieszoną głową patrzył w martwy punkt podłogi.
Żywe siedziały w kącie i szlochały, że nikt na nie nie patrzy.
I masz Gabsie swój szpital i Tru Loffera przy łożu boleści.
*odhacza punkty na liście*

Obok niego siedziała Marta, nie mówiła nic. Nie rozmawiali ze sobą, każde z nich myślało o niej...
- Czemu to spotyka właśnie mnie...? [nie ciebie, egoistyczny kołku, tylko SuperRoksanę!]  - załamał ręce i podparł się na nich kładąc łokcie na kolanach.
W końcu schował w nich całą twarz. 
W łokciach?!
W kolanach?! Ale czego on tam mógł szukać??
 
Marta nie była w stanie nic odpowiedzieć. Wiedziała, że gdy zacznie mówić z oczu polecą jej łzy. On to zrozumiał, nie miał pretensji. Jemu też chciało się płakać, ale był twardy. Wiedział, że Roksana nie chciałaby aby płakał czy się przejmował... Nagle zobaczył wychodzącego lekarza i wstał podchodząc do niego.
Wstał podchodząc do niego, wstał podchodząc do niego...Mój umysł tego nie ogarnia.

- Co z nią? - lekarz położył mu rękę na ramieniu.
- Na razie nic nie mogę powiedzieć...
Tajemnica państwowa!

- Jak to?!
- Wybacz... Jedyne co w tej chwili jest wiadome, to to, że żyje...-
Człowieku nie podpisaliśmy jeszcze kontraktu z NFZ, chrzanić te wszystkie badania!
Ale jak ją ukłuć szpilką, to się rusza, więc wiemy, że żyje.

- To wszystko?!
- Niestety tak...
- A mogę ją zobaczyć?
- Tak, proszę...

 
Co ujrzy Robert? Czy Roksana wyzdrowieje? Przekonacie się za tydzień!
 
Odgarniająca kosmyk Dzidka, pogrążona w obliczeniach Kura, snująca się po torze Gabs oraz przewalająca oczami Mikan
pozdrawiają z zadłużonego szpitala w Formułowie Pierwszym.
Maskotek nie przyszedł, bo właśnie projektuje nowy bolid.
 


3 komentarze:

Anonimowy pisze...

• Ome


Aj, to było śmieszne i żałosne tak bardzo, ze chwilami aż przestawało być śmieszne. Za to analiza - udana; poza tym całość okazała się lżejsza niż ostatnie tematy, co pozwoliło odetchnąć.

Uwielbiam tych aŁtoreczkowych pełnoletnich, dorosłych i pracujących bohaterów, którzy utkwili na poziomie mentalnym trzynastolatków oraz na problemach rodem z miksu "Bravo Girl" i kiepskich seriali amerykańskich.
Ciekawa jestem, co się stanie z cudną Mary Roxy w drugiej części :)

• 'N.



@Ewa

Bo Marychny to zwykle ekstrapolacje aŁtoreczek.
• Ewa


• Cóż za przedziwny zbieg okoliczności - autorką romantycznych historii o dzielnej Roksanie jest Roxanne...

ia
@ triss
Łoj tam, przesada. Znam akurat kilka dziewczyn też już dziewiętnastoletnich, a bez przejść z facetami, które być może zachowałyby się podobnie/tak samo jak ta Marysia Zuzia. Na moje oko to by można było jeszcze przełknąć. Natomiast nie do zniesienia jest, kiedy zaaplikowany do opka, często wcale już niemłody idol zachowuje się jak wstydliwa panienka i jąka się proponując "chodzenie". Makabra, a nawet makabreska. Wychodzi żenująco śmiesznie.

Analiza przyjemna, przyjemnie inna od tych niedawnych ;)
Pozdrawiam!
• kura z biura


triss: zapomniałam, moja wina! Lecę nadrabiać.
Co do nieżyciowości 19 - letniej bohaterki: podejrzewam, że sama autorka jest parę lat młodsza i przenosi na swoich bohaterów zachowania bardziej typowe jednak dla 14-15 latków. To częste zjawisko. Najbardziej kuriozalny efekt dało chyba w opku o Farinie, gdzie trólawer miał lat 46...

Anonimowy pisze...

triss


Jakie to opko... nieżyciowe. Ja chyba w dziwnym środowisku się wychowywałam, ale w wieku 19 lat większość moich koleżanek miała za sobą pierwsze poważniejsze kontakty z facetami i nie reagowała na nich jak pensjonarki, dla których "muśnięcie warg" było równoważne z miłością po grób i rychłym ślubem. Czyżby Szmejerowa cnotliwość aż tak zaraziła serca i dusze ałtoreczek? To jakaś nowa moda czy cuś?
I pytanie do analizatorów: dlaczego nie zostawiliście ałtorce na blogu powiadomienia o analizie? Myślę, że może ciekawie zareagować, biorąc pod uwagę peany, jakie znajduje w komciach od czytelniczek:)

• Nowara

Ałtoreczka faktycznie gwiżdże donośnie na kanon, gdyż zawsze, jak boChaterka trafia do szpitala, to jej gach się dowiaduje, iż TróMarySue jest w ciąży!

• Pigmejka


Ach, jak mnie ta naiwność ałtoreczkowa denerwuje. A już Roksanka, paradująca sobie beztrosko i trzepiąca rzęsami na prawo i lewo, irytuje wyjątkowo silnie.
Analiza jak zwykle udana i kwikaśna. Dzięki! :D

• 'N.


Zajrzawszy na bloga - ona spłodziła tego aż 67 odcinków O_o
Plus drugą pseud-Marychnę, jakąś Paulę [ przyznaję, nie chciało mi się doczytać jakim cudem akurat Paula dostała się do pracy w w F1 ] I chyba nawet powrót mamusi marnotrawnej się trafił. Oh my...
Chyba popełnię opko. Zdecydowanie. Po raz drugi w rzy... życiu znaczy.

• Kazik-chan

Poprawny od strony językowej, ale organy Fabuły i Logiki zostały sprzedane na czarnym rynku w Zambii. Mój ulubiony rodzaj opek.

Nasza debiutantka jeszcze się wyrobi! Większość komentarzy dobra, a w przyszłości będzie nie "większość", ale 100%.

Uwielbiam wierszyki Kury. Praca jest blebleble. Zamacham moimi szkicami, to mnie może do stajni Disneya zaciągną. BoChaterka to egoistka, która poza skupianiem się na sobie i ściąganiem uwagi tylko tlen marnuje.

Z niecierpliwością czekam na następną część - kto wie, może jakieś wyścigi będą?

Analiza zacna! Jak zwykle zresztą, co rzec można.

Pozdrowienia i niech kisiel śledziowy będzie z Wami ^^
• Scarlett


Komentarze jak zwykle na poziomie, ale opko przeraźliwie nudne.
• Ktosza


Ej, ja miałam nadzieję, że ona umrze, bo to była końcówka analizy :( A tu druga część?!

Analiza jedna z lepszych ostatnimi czasy imho.

Anonimowy pisze...

Liseq

Taka sobie analiza, bywały lepsze ;). Debiut Mikan szczególnie jak dla mnie mało udany, trochę nie trafiła miejscami tymi swoimi błękitnymi komentarzami ;d. Ponad to opko prócz logiki rozjechanej jak bolidem wiewiórka, prezentuje się nawet nawet.. jak na ałtorkę. Pozdrawiam :)

• jasza


Deszcz zawsze usprawnia mój umysł więc udałam się na upodobany sobie parapet i wyciągnęłam kartki z teczki zaczynając je przeglądać.

To znaczy, że usiadła na parapecie, wychyliła się mocząc głowę w deszczu i gdy miała usprawniony umysł, to już była w stanie przeglądać kartki?

Na sucho nie działa, dopiero po namoczeniu. Ona naprawdę jest dziwna...

• Sineira


Kwiiiik! Przednia analiza, bo i opko przecudnej urody, powalające w swej naiwności.

• 'N.


Poraża mnie odrealnienie aŁtorków maści wszelakiej. Może jak pomacham plikiem zagryzmolonych karteluszek szefostwu Lockheed Martin to mnie przyjmą i na urodziny odpalą jakiegoś Raptora? I taka praca - nic, tylko wyrywanie przystojnych pilotów testowych oraz klepanie myśliwców po kadłubach
I kto właściwie dał dzieciaka nawiedzonej małolacie bez pracy? I skąd pieniądze na mieszkanie?

Myślicie, że jak ładnie poproszę i przyglebię czołem to mnie wezmą na Marychnę Zuzię? ;)