czwartek, 16 czerwca 2016

316. Blask ciemnieje, czyli spokojnie jak na wojnie (Achaja, cz. 6)



Drodzy czytelnicy!
Zostawiliśmy Achaję ciężko ranną po pojedynku z Virionem. W tym odcinku Biafra przydzieli jej nową misję; niestety, jest to człowiek, który nie potrafi się streszczać, więc przy okazji poznamy cały jego życiorys i wszystkie zasługi przeszłe, teraźniejsze i spodziewane. Zostaniemy też wprowadzeni w tajniki arkaskiej polityki wewnętrznej i zewnętrznej, jednak po tym wprowadzeniu nic nie robi się jaśniejsze, przeciwnie, jest jeszcze ciemniej. Całkiem jak w lesie, w którym wybucha pożar.
Indżojcie!


Analizują: Kura, Jasza i Vaherem


Rozdział ósmy


Porzucamy Arkach i wracamy do Troy, w którym narastają problemy.
Grubo ponad rok przygotowań, intryg i topienia pieniędzy w różnych przedsięwzięciach zaczęły nareszcie przynosić efekty. Wielki Książę Tau został związany wojną na wschodzie – Symm zaatakowało, ale tym razem wsparte siłami swojego niedawnego wroga, księstwa Linnoy. Armia Wschód została więc spacyfikowana. Wielki Książę Dahren zaniemógł nagle. Wydawałoby się, że nie można otruć Wielkiego Księcia, wszak wszystkie jego potrawy były wielokrotnie próbowane przez wielu ludzi, zanim dotarły to tych najważniejszych ust.
Wielokrotnie? Biedak, dostawał same ogryzki.


Ale... Czasem te mniej ważne usta zamykają się nagle bez powodu, a te ważne otwierają bez potrzeby. Tytuł i wielkoksiążęcą władzę odziedziczyła po ojcu kilkunastoletnia Nauzea (bez sprzeciwów zresztą, bo była wsławiona swoją nieugiętą postawą podczas zarazy), a jej nadwornym doradcą został Zyrion.  
Aha, czyli Nauzea tak sobie bez żadnych problemów objęła władzę po ojcu, a w przypadku Achai nie wiedzieć czemu jej płeć stanowiła kolosalną przeszkodę.


Sytuacja jednak wcale nie była dobra. Zmontowanie większego spisku, który obejmowałby choćby trzy wielkie rody, nie udawało się i pozostawała jedynie opcja brutalna: frontalny atak na wszystkich, czyli popełnienie samobójstwa. Jeśli jednak nic się nie uda zrobić, to szansa na to, że Sirius przeżyje kolejny rok, była żadna.
Tak przypomnę: Zaan z pomocą Miki i Zyriona wywołuje ten chaos po pierwsze po to, by osłabić wielmożów i zapewnić bezpieczeństwo Siriusowi, ok. Ale ich następnym krokiem – według tego, co zapowiadali w pierwszym tomie – ma być uderzenie na cesarstwo Luan. Totalnie widzę ten atak w sytuacji, gdy Troy jest nie tylko szarpane nową wojną zewnętrzną, ale też rozdzierane przez wewnętrzne zamieszki.
Some men just want to watch the world burn.


Zaan zostaje wezwany do Wielkiego Księcia Oriona, który zwierza mu się z kolejnego problemu gnębiącego królestwo:
– Co się stało? – powtórzył.
– Nowa filozofia – odparł Orion enigmatycznie. – Po wsiach jeżdżą oddziały, jacyś trybuni ludowi z nimi, czy co? Prawią chłopom, że wszyscy ludzie są równi, że już dość panoszenia się jaśniepaństwa, że już nie trzeba płacić podatków, że każdy człowiek powinien utrzymywać się z własnej pracy i spożywać samemu jej owoce. Ma już nie być tytułów szlacheckich, wszyscy ludzie są tacy sami, nie ma już panów i chłopów. Są po prostu ludzie i każdy ma mieć takie same prawa.
Jak rozumiemy, w tych hasłach kryje się samo zło.
Widmo komunizmu krąży nad Troy!
Nie, to chyba kolejny objaw przyśpieszonego dojrzewania achajoświata. Pewnie Wirus komuś znowu coś szeptał w nocy.


– Książę znowu westchnął ciężko. – Przy tej okropnej biedzie teraz... Znajdują posłuch. Chłopi wierzą w te brednie. Pojawiły się jakieś oddziały partyzanckie grabiące resztki naszego zaopatrzenia. Ale to nic. Chłopi ukrywają ziarno. Nie płacą. Nic nie robią. Nie możemy zdobyć dostaw dla wojska. A Armia Domowa nic nie zrobi.
E, ta Armia Domowa to jest do niczego. Stwórzmy zaraz… Balkonową? Korytarzową? Ubikacjową? Wiem! Garderobianą!


– Trzeba wydzielić lotne oddziały z Armii Zachód. Sama kadra. Każ im, Wielki Panie, zdjąć mundury i przebrać się za chłopów.
Jako Armia Garderobiana spełni swoje zadanie.


Mogą dostać uzupełnienia z kryminalistów, więzienia przecież przepełnione. Takie oddziały muszą jeździć po wsiach i przekonywać wszystkich, że ludzie są równi, że nie powinno być jaśniepaństwa, że nie wolno płacić podatków, że każdy człowiek powinien żyć z owoców własnej pracy...
– Coooo???
– Tak. Trzeba wynająć jakiegoś młodego filozofa za pieniądze, żeby napisał im instrukcję, jak przemawiać do chłopów, i pomógł im nauczyć się na pamięć.
Co oni wszyscy mają z tym uczeniem się na pamięć? Ok, rozumiem, że bezpieczniej, aby to zrobiły proste, niewykształcone, wiejskie dziewczyny z Arkach, ale tu ma być podobno “sama kadra”. No chyba wśród oficerów powinien już się znaleźć ktoś na tyle inteligentny, aby ogarnąć temat i mówić własnymi słowami?
No bo to takie tajne służby, wiesz - naucz się na pamięć i zjedz papier z tekstem!


To muszą być ładne słowa. A potem, jak już wszystkich przekonają w danej wsi, to taki oddział musi przecież pobrać zaopatrzenie dla siebie. I dla innych „równych” ludzi, którzy przecież biedę klepią gdzie indziej.
– Toż chłopi nie dadzą!
– I o to chodzi. – Zaan uśmiechnął się szeroko. – O to, mniej więcej, chodzi.
A, spryciula! Nic się tu kupy nie trzyma, ale jak ładnie brzmi.


– I co potem? Jak już odmówią?
– Wtedy... wójta nabić na pal, spalić parę chałup, zgwałcić trochę dziewczyn, myślę, że żołnierze, a już na pewno kryminaliści, nie będą mieli nic przeciwko i... No, zabrać ziarno siłą.
Orion wybuchnął śmiechem.
– Myślę, że chłopi szybko zrozumieją, do czego prowadzi sprzyjanie tym specjalistom od równości wszystkich ludzi.
A tu zonk, chłopi dali się przekonać i oddają zboże z własnej woli, ICOTERAS???


Książę uśmiechał się coraz szerzej. Zaan kontynuował:
– Zrabowane zaopatrzenie dostarczy się po cichu oddziałom Armii Zachód. To raz. Spacyfikujemy chłopskie bunty, nie mieszając się w to oficjalnie, to dwa. Nasze bojówki, które mogłyby coś zeznać, a także wrogie bojówki, które nam mieszają, zostaną rychło powywieszane przez chłopów na przydrożnych drzewach, albo zmasakrowane za pomocą wideł, ewentualnie otrute. I wszystko wróci do normy.
Tylko kadry trochę szkoda, ale ojtam, awansuje się następnych… I tak wszyscy jednakowo durni.


Po tym kawałku następuje tak zwany “Zaginiony rozdział”, który “wskutek błędu nie znalazł się w książce” i nikt nie zauważył braku czegokolwiek ani żadna dziura nie zrobiła się w fabule (rozdział został opublikowany pół roku później w miesięczniku Science Fiction). W tym rozdziale Zaan, książę i dowódcy wojskowi przeprowadzają grę strategiczną, symulację działań wojskowych podczas ataku na Luan; kolejna bardzo współczesna rzecz.
Swoją drogą, gdyby ktoś wywalił z fabuły wszystkie rozdziały z Meredithem i Wirusem, czy zauważylibyśmy ich brak? ;)


Rozdział dziewiąty


Achaja budzi się w namiocie, jest osłabiona tak bardzo, że nie ma siły mówić. No dodatek przychodzi Biafra i zaczyna ją karmić ohydnym kleikiem. Po czym ma do przekazania naszej bohaterce dobrą i złą wiadomość:
– Świetnie, podobasz mi się.
To była ta zła wiadomość.
– Zakneblował ją następną porcją kleiku.
– Dobra jest taka, że tylko lewa ręka wysiadła ci tak naprawdę. Już nie chwycisz niczego w lewą dłoń. Możesz ruszać łokciem, ale nic poza tym. Nie tak źle. Będziesz musiała prawą dłonią ćwiczyć swoje lewe palce i nadgarstek.
- I zobaczysz, jakie to da fantastyczne efekty!


Będzie bolało jak szlag na początku, ale medyk mówi, że musisz, bo inaczej coś tam się stanie z mięśniami i będzie brzydko wyglądać.
A chcesz być ładną dziewczynką, prawda?


No, to – nowa porcja kaszki – najważniejsze przekazałem. Jedna ręka ci w zupełności wystarczy.
Przyznam, że czytając Achaję pierwszy raz byłem zdziwiony, że autor zdecydował się na tak trwałe okaleczenie bohaterki i nie będę tego ukrywał - zapunktował u mnie. Jakby nie patrzeć to nie jest malownicza blizna, tylko kalectwo… ale wróćmy do lektury:
O, Bogowie! A jak brzmi ta zła wiadomość? Że ma przy łóżku jeszcze dwa wiadra tej makabrycznej mazi? Tego nie przeżyje. To niemożliwe! Świat nie może być aż tak okrutny! Zawzięła się w sobie i przełknęła to, co miała w ustach.


– Aaaa...
Wykorzystując, że otworzyła usta, wpakował jej następną, olbrzymią łyżkę. Nie mogła się bronić. Nie mogła nic zrobić. Czym zawiniła, że przy jej łóżku posadzili kata?
Też się zastanawiam. Karmienie na siłę – nawet kaszką – osoby, która dopiero co została ciężko ranna w brzuch, to nienajlepszy pomysł.


– A ta zła wiadomość? – domyślił się. – No, niestety. Zostałaś księżniczką Królestwa Arkach, biedactwo. Twoja Starsza Siostra, odtąd, Jej Wysokość Królowa Arkach – wpakował jej na siłę kolejną łyżkę kaszki, trochę rozlewając po policzku – ona ci to zrobiła. Nie wiem, za co cię tak nie lubi. Może podpadłaś na przeglądzie wojsk? Ale żeby aż tak? – Wzruszył ramionami. – Nie każdego niesubordynowanego żołnierza karze się od razu tytułem księżniczki. Najwyższy wymiar kary przewidziany tylko dla tych, co podpadli szczególnie.
Ach, Biafra i jego poczucie humoru. Obstawiam, że to najbardziej znienawidzona postać na całym królewskim dworze. Nie z racji pozycji, bycia facetem czy za “wygląd sukinsyna”, ale właśnie przez to poczucie humoru. Po prostu wyobraźcie sobie, że musicie codziennie wysłuchiwać takiego Biafry, który brzmi jakby pomiędzy jedno a drugie zdanie chciał wcisnąć “Ależ ja jestem zabawny, prawda?”. Nie rozumiem dlaczego ludzie zachwyceni Achają tak bardzo lubią Biafrę.
A rozumiesz w ogóle ludzi zachwyconych Achają?
No… nie.  
– No i wiesz. Masz na twarzy, co masz, awansowali cię nagle. Wszystkie pozostałe księżniczki będą cię odtąd nienawidzić jak psa. Gnębić, nastawać na twoje dość wątłe, chwilowo, życie.
Wśród Bezimiennych Księżniczek oczywiście nie ma ani jednej, którą obchodziłby cokolwiek los królestwa, armii, która choć przez moment pomyślałaby o Achai jako o bohaterce. Nie, wśród tych bab to tylko zawiść i intrygi.


Ale wiesz, Arkach jest fajne! to prowincja świata, u nas nie takie metody jak choćby w Troy. – Machnął ręką. – Ot, jakaś księżniczka wrzuci ci kamień przez okno, licząc, że dostaniesz w łeb. Druga podstawi ci nogę na oficjalnym przyjęciu. Jest cień szansy, że jakoś przeżyjesz.
No, no, wcześniej jakoś nie wspominali, że te księżniczki są na etapie podstawówki. Kamień rzucony przez okno. Jestem ciekaw, czy w nocy taka księżniczka sama się skrada, znajduje odpowiedni kamień i rzuca go w okno nielubianej koleżanki, czy może wynajmuje do tego specjalnego Assassina?
*wywraca oczami* Czy autor chce nam powiedzieć, że na prymitywnych dworach dawnych władców nie znano intryg, podstępów i skrytobójstw, a największym skurwysyństwem było naplucie komuś na buty?


Przy okazji okazuje się, że nie tylko Achaję przeniesiono do rozpoznania i zaopatrzenia, zaszczyt ten kopnął też jej koleżanki, które stały się jej plutonem przybocznym. Poza tym w ramach awansu nasza bohaterka otrzymała pałac (a raczej rodzaj “Dworku. Domku Ogrodowego”, jak to się wyraził Biafra), a także awans na majora.


– Co z dywizją?
– Nikogo więcej nie zabito. – Był świnią, ale też, trzeba mu przyznać, nie zabiegał o poklask. Nie powiedział, że on to sprawił, co zrobiliby w tym miejscu wszyscy inni ludzie. Biafra nie należał do ludzi paplających byle co tylko, po to, żeby paplać.
No patrzcie państwo, a ja odniosłem wrażenie, że Biafra papla ile się da i wprost kocha słuchać siebie samego, i wręcz upaja się swoją eurydycją.


– Co z Virionem? – spytała.
Biafra uśmiechnął się szeroko.
– Żyje i ma się dobrze. Znacznie lepiej niż ty. – Popatrzył uważnie na swoje paznokcie. – Jak mogłaś uwierzyć, że on ma dziecko? – spytał. – Do tego dwuletnie. On przecież całe życie tylko po knajpach i burdelach. Wóda i dziwki. Nigdy nie miał żony ani żadnej dziewczyny!
Może się mylę, ale żeby zostać ojcem, wcale nie trzeba mieć żony, a nawet dziewczyny, wystarczy po prostu zapłodnić jakąś kobietę?
No właśnie. Szczerze wątpię, by kurtyzany achajoświata, wszystkie co do jednej, znały skuteczną antykoncepcję.  
Przed oczami mignęły mi różne filmowe sceny z oznajmiania facetowi, że jest ojcem…


Ot, kupił tę czapeczkę i szaliczek na jakimś targu. I załatwił cię jak chciał. W momencie, kiedy już miałaś miecz wyciągnięty nad jego szyją...
Ale nikt się nie dowie co trzymał na wypadek pojedynku z facetem.


– Biafra pokręcił głową. – Dać się zrobić na „szaliczek”! I to ty. Z Troy. Toż wiesz dobrze, że w Luan i w lecie i w zimie gorąco jak w piecu! Nawet gdyby miał dziecko jakimś cudem, to na co jemu szaliczek, że nie wspomnę już o wełnianej czapeczce?
Bo może i w lecie i w zimie gorąco jak w piecu, ale nocą na pustyni i tak piździ jak w Kieleckiem?
Taaa, Biafra, mądrz się, mądrz, ciekawe, czy też byś tak jasno myślał i logicznie dedukował, będąc śmiertelnie ranny i podtrzymując wypadające z brzucha flaki.


“I w lecie i w zimie gorąco jak w piecu” oznacza, że tam po prostu nie mają lata i zimy, ot, co.


Achaja przymknęła oczy. Szkoda, że nie mogła poruszyć ręką ani nogą. Była naprawdę tak strasznie słaba. Ale żyje... Przegrała z Virionem, ale żyje. A to samo w sobie było wielkie zwycięstwo.
Ale dlaczego przegrała? Żadne z nich nie zabiło drugiego, oboje zostali ciężko ranni, można powiedzieć – jest remis.


– Jak to jest, że mówisz takie rzeczy... przy Królowej? Nie boisz się?
Ziewnął rozbawiony.
– Niespecjalnie. To moja matka.
Więc jednak!
Bezstresowo go wychowuje. Nie postawi go do kąta, nie zdzieli szmatą w łeb.


– Nie zdradzam żadnej tajemnicy, bo to jest tajemnica raczej publiczna. Jestem jej pierworodnym synem. I kłopot się zrobił, bo chłopak siłą rzeczy nie może zostać ani Królową ani księżniczką, więc zgodnie z tradycją, żeby zwolnić miejsce dla następnych dzieci, musiała mnie zabrać inna wysoko urodzona baba.
Hej, skoro w średniowieczu  Jadwiga była “Królem Polski”, to dlaczego Biafra nie mógł zostać “księżniczką Arkach”?
Ale w ogóle ja tego nie rozumiem! Ok, Biafra nie mógł dziedziczyć, ale dlaczego miał “zwalniać miejsce”? Kto zabraniał królowej mieć następne dziecko… albo dzieci… próbować aż do skutku? No nie mówcie mi tylko, że w Arkach można było mieć tylko jedno!
(autor jak zwykle, kiedy pisze coś bez sensu, powołuje się na tradycję… Szkoda, że te tradycje wyskakują jak diabeł z pudełka dopiero wtedy, kiedy są potrzebne)


Wybrano taką, która była akurat w zaawansowanej ciąży. Miało to wyglądać, jakby urodziła bliźniaki. Ale z mojej „siostry” taki mój bliźniak, jak – nie przymierzając – ty. Nie jesteśmy podobni.
Pfff, zdarza się. Zdarzają się nawet bliźniaki o różnym kolorze skóry.


Jeżu Dynastyczny, nie. Po prostu nie. Krrrwa! To piękny przykład tego, jak autor skupia się na tym co jest tu i teraz (czyli świetnej historyjce Biafry), a nie patrzy na to z perspektywy królestwa czy dynastii. Bo zastanówmy się - czy za każdym razem, gdy pierworodnym dzieckiem okazywał się syn, na dworze wyczyniano takie cuda z podrzucaniem dzieci? A co się działo, jeśli pierworodna córka umierała będąc kilkulatkiem, a drugim dzieckiem po niej był chłopiec? A przecież Arkach dawno powinno ten problem rozwiązać - tak jak np. we Francji po śmierci Ludwika Kłótliwego, gdy powołując się na stare prawo salickie odsunięto jego córkę od tronu, twierdząc, że dziedziczyć mogą jedynie mężczyźni - na pewno kojarzycie o co chodzi, jeśli czytaliście cykl Maurice Druona o Królach Przeklętych. Wystarczyłoby, odsunąć mężczyzn od dziedziczenia w dynastii panującej. Proste, ale trzeba mieć jakiś szerszy obraz zamiast skupiać się tylko na super smutnej przeszłości Biafry.


Potem w nocy do Achai przychodzi Shha i karmi ją mięsem, które jest takie mięciutkie, bo wcześniej je przeżuła.
Achai robi się niedobrze i prawie rzyga… Serio? Ta dziewczyna, która w obozie niewolników jadła robale i każde świństwo?
W czasie pojedynku też zjadła coś, co samo przyszło.
A później, by zrobić wrażenie, dodaje karalucha do swojego gulaszu.


– Fajnie! [ghrrrrr…] Wiesz, teraz jesteśmy w zwiadzie! Żołd dwa razy wyższy, dali nam nowe mundury. Ale śliczne!
Fajne i śliczne, innych określeń autor nie zna… *wzdech*


Przy kurtce są takie długie frędzle, na rękawach i z tyłu.


I mam mundur letni i zimowy, ze spodniami na szelkach, wiesz?


Podbity prawdziwym barankiem. Nigdy czegoś takiego nie widziałam.


A mnie tak zastanawia… skoro w karczmach ciągle podaje się baraninę, to w Arkach muszą być olbrzymie stada owiec, w końcu to górski kraj. Czy w takim razie baranie futerko to powinien być taki rzadki widok?
Wiesz, ja sobie wyobrażam, że ten ich Wibytny Szpecjalista od projektowania ciuchów na myśl o mundurze podbitym barankiem otrząsnął się ze zgrozą: Toż one będą w tym wyglądać grubo! Nieseksownie! A won mi z takim paździerzem!


I jeszcze osobno mundur taki, no, na wyjście do miasta i osobno taki do bitki! Kurde! Przeglądałam się w lustrze pół dnia, bo tu są takie wielkie lustra! Ale mi fajnie w tym mundurze. Teraz to dopiero ze mnie śliczna dupka! Chłopaki aż piszczą.
Założyli nawet fanclub, bo jak piszczeć, to w kupie.


A wszystko dopasowane. Leży na tobie jakby krawiec szył [w Arkach mundury szyją stolarze? “Leży jak szyty na miarę” - frazeologia lubi płatać figle],  bośmy trzy dni nowe mundury w magazynie wybierały. Ale to jeszcze nic! Jesteśmy ze zwiadu. Widziałaś te nowe odznaki?
Z pewnością błyszczą jak gwiazdy. Dla oddziałów zwiadowczych nie ma nic ważniejszego, niż świecidełka!


A jakie buty! Kurtki mają podbite ramiona. I taki kołnierz szeroki, można se go postawić, regulamin dozwala.
A jakby nie dozwalał, to choćby wiatry arktyczne – masz marznąć i już!


A tu wiesz, w mieście sama piechota w tych swoich prostych tunikach z płótna. Ale nam zazdroszczą!
Ach, czyli elitarne dywizje górskie w czasie zimy też biegają w skórzanych spódniczkach, gorsecikach i kurtkach? Ach. No i zabawne dla mnie jest to, że Shha śmieje się z tej “Be-Pe-Pe”, ale proste tuniki z płótna są na pewno wygodniejsze niż taki mundur ELITARNEJ dywizji górskiej.
Może piechota w tunikach przynajmniej nie ma tego problemu, że ani kucnąć, ani usiąść i wszyscy próbują ci zajrzeć między nogi.


Wiesz? Wchodzę do karczmy w tym swoim ślicznym mundurze, z błyszczącymi odznakami i wiesz, mam swój stopień na twarzy namalowany, taką żółtą farbą, bo tak jest w tej formacji
Stopień wymalowany na twarzy. Czyli co, wystarczy se strzelić makijaż i wszyscy cię będą brać za wysokiego oficera? Co tu się…
Eno, równie dobrze można by się czepiać, że u nas “wystarczy sobie przyczepić pagony z gwiazdkami i belkami” ;)
Z drugiej strony, fajne ułatwienie dla przeciwnika. Z daleka widzą, jakie szarże podchodzą pod ich obóz.
Swoją drogą, kiedy poznaliśmy porucznik Harmeen ze zwiadu, nie padło ani słowo, że ma cokolwiek namalowane na twarzy… Może narrator przegapił, bo się zapatrzył gdzie indziej?
Oj tam, pewnie wielki reformator Biafra dopiero co to wymyślił.  


– Galowy?
– No. To jest dopiero przeżycie. Jeszcze nigdy nie byłam tak ładnie ubrana! Normalnie, czarna, gładka kurtka aż lśni, ale pod tym sukienka! Nie żadna tam skórzana spódniczka, ale cieniutka, zwiewna, krótka sukienka. Kurde blade!


Buty do kolan, wyglansowane, a plutony to się odróżnia po kolorze chust, co się je na szyjach wiąże.
Mujborze, harcerki w wersji deluxe!


Achajko, jakby mnie w czymś takim w mojej wioseczce zobaczyli, to by myśleli, że Królowa do nich przyjechała. By wszyscy na pysk padli przede mną. Ja cię nic nie kłamię, pod słowem. Jeden taki mundur to pewnie kosztuje tyle, co wyposażenie kompanii w dywizji górskiej, gdzieśmy razem służyły.
Raczej wątpię, żeby Achai trzeba było przypominać, że służyła z Shhą w dywizji górskiej, skoro od czasu tej służby minęło kilka dni… więc Autor po prostu przypomina o tym czytelnikom. Tylko po co? To nie jest informacja z poprzedniego tomu, tylko sprzed dwóch rozdziałów. Poza tym - jej, jej, Arkach takie biedne, ale wywala tyle kasy na galowe mundury rozpoznania i zaopatrzenia? Wiecie co, mam wrażenie, że ta formacja zajmuje się wszystkim (głównie ładnym wyglądaniem), tylko nie zwiadem i zaopatrzeniem.
No dobra, to mówi Shha, przyjmijmy, że nie jest w stanie rzeczywiście ocenić wartości tego umundurowania. A przynajmniej przyjmijmy to na tę chwilę…


Wiem, co mówię, służba tyłowa jest fajna, bo cię na wojnę nie wyślą, ale chodzić po ulicy w tych płóciennych mundurach? To wstyd i hańba!


Kocham naszą armię. Bo tu jest jasno powiedziane. Odważna z ciebie dupka? To tak cię wystroimy, że tym mniej odważnym ślina na twój widok pocieknie!
Najodważniejsze dostaną szpilki oficerki od Loboutina i torebki wojskowe plecaki od Prady!
To nic, że taka dysproporcja w umundurowaniu doprowadzi do głębokiej niechęci w wojsku, ważne że jest krótka sukienka i błyszczące buty do kolan.


(To taki system odznaczeń specjalnie dla bab? Zamiast orderów – ciuchy?)


Mija kilka dni, podczas których Achaja szybko zdrowieje, zaczyna wstawać i chodzić, tylko lewą rękę ma na dobre sparaliżowaną i bez czucia. Nie czepiam się tego szybkiego zdrowienia (rana na ręce jest już tylko blizną), to w końcu świat, w którym funkcjonuje magia, może ją jakoś magicznie leczyli (aczkolwiek autor nie wspomniał).
Nie, raczej zalecano rehabilitację.


Kuro, w poprzedniej analizie chciałaś opisu Biafry… no to masz go po raz drugi:
Od progu już olśnił ją swoim niesamowitym uśmiechem. Świnia, nie świnia, ale z całą pewnością był najbardziej przystojnym mężczyzną, jakiego widziała w życiu. Wysoki, z wojskową, regulaminową fryzurą, ale jemu to nie przeszkadzało, wprost przeciwnie.
W poprzednim odcinku wyglądał tak:
Miał regulaminową fryzurę, ale najwyraźniej mu to nie przeszkadzało.
Jak widać, nie zmienił się ;)


Z tą swoją inteligentną twarzą, błyszczącymi, trochę „martwymi” oczami.
Ja nie wiem, ale oko błyszczące właśnie wydaje się żywe, a “martwe” jest raczej puste i matowe, bez blasku.


Wygadany, pewny siebie, uśmiechnięty. Gdyby tak wyglądały wszystkie świnie na świecie, to można by nawet pomieszkać trochę w chlewie. Gdyby tak wyglądały wszystkie skurwysyny, to jeśli nawet nie byłoby na świecie lepiej, to przynajmniej byłoby znacznie ładniej. Podciągnęła kołdrę pod szyję.
Tak zupełnie nawiasem mówiąc, po poprzednim odcinku jednej z forumowiczek Biafra zwizualizował się jako Michael Fassbender w warkoczykach. Tak więc to tutaj położę, żebyście Wy też to zobaczyli i nie mogli odwidzieć, mhehehehehehe!


Biafra opowiada o swych wielkich zasługach: połączył służby zwiadu i zaopatrzenia w jedno, bo przed nim to był tylko jeden burdel:
Kiedyś było tak, że zaopatrzenie armii było podporządkowane naczelnemu dowództwu. Zwiad natomiast poszczególnym jednostkom. I robił się problem. Jak dostarczyć paszę dla koni na zimę, sprzęt do ustawienia fortu w górzystym terenie drogą, która na mapie miała odpowiednią przepustowość, natomiast w rzeczywistości wozy grzęzły na niej już w drugim dniu. Kto za to odpowiada? Zwiad? A co te kilka osób w jakiejś zagubionej jednostce ma do zaopatrzenia całej armii? Więc zaopatrzenie winne? A co niby mają te służby do badania, jak naprawdę wygląda droga, którą kiedyś tam na mapie wyrysował im kto inny. Pogonić mocniej zwiadowców? A skąd oni mają się znać na przepustowości dróg i wytrzymałości mostów? Oni to tylko, żeby poczołgać się przez krzaki i zobaczyć, czy obce wojsko nadchodzi. Tyle ich wiedzy.
...i cały czas mówimy o tym niewielkim kraju, w którym nieszczególnie wielka armia operuje wciąż na swoim własnym terenie, ergo – powinna znać tam każdy kamień i każdą ścieżkę przez las.
Dla pewności powinien zjednoczone oddziały zwiadowczo-zaopatrzeniowe  połączyć jeszcze z kwatermistrzostwem.


Następnie Biafra chwali się rozwinięciem działalności:
Wywiad to takie nowe określenie używane przez paru fachowców, którzy się tym zajmują w różnych państwach. Oznacza grupę ludzi, która zbiera informacje, nie przebierając w środkach: szantaż, przekupstwo, podsyłanie agentów, skrytobójstwo, podpuszczanie, podkładanie świń, wykorzystywanie nienawiści i ambicji, szkalowanie... Mam wymieniać dalej? – Uśmiechnął się.
Tak, zapomniałeś o prostytucji.


– To gnój! To kloaka! – W głosie Biafry dźwięczały nutki nieziemskiego zachwytu. – Robimy straszne świństwa, ale w jakiejś mierze dzięki nam jeszcze istnieje nasze maleńkie królestwo. Po ostatnich wyczynach naszej armii, śmiałbym twierdzić, że chyba wyłącznie dzięki nam, ale to oczywiście przesada.
Powiedział skromnie i łypnął na Achaję, oczekując zaprzeczeń.


Ktoś jednak musi sprzątać to gówno, jakiego narobi wojsko, nie mogąc odnieść żadnego sukcesu strategicznego.
To się nazywa “wojna pozycyjna” i rzeczywiście, jest dość śmierdząca.


Po prostu cofamy się, cofamy i cofamy. Ale to nie jest do końca wina armii. Nie ma pieniędzy na wojsko, politycy nie są w stanie zrozumieć, że Luan napiera coraz silniej, nikt nie chce walczyć, armia nie ma żadnego strategicznego celu. Jak można wypuścić wojsko w pole, nie dając im celu walki?
– A obrona?
– Obrona to nie cel, to tylko przejściowa forma działań, wymuszona przez przeciwnika.
What the fuck, ja tego w ogóle nie rozumiem. Stosunki polityczne w achajoświecie to jeden wielki burdel przeplatany czarną magią. Sądziłam, że Arkach to małe królestwo rozpaczliwie broniące się przed potężniejszym napastnikiem; w związku z czym wszyscy rozumieją konieczność tej wojny, a tu… Politycy (jacy politycy, te księżniczki?), którzy nie rozumieją, że Luan napiera coraz silniej? To co oni, nie wiedzą o atakach, o zajmowaniu kolejnych połaci terenu? Gdzie oni żyją? I kto w takim razie prowadzi tę wojnę, skoro “nikt nie chce walczyć”? Sama królowa siłą swego autorytetu? Co tu się, krrrwa, dzieje, to ja nawet nie…


tumblr_o7oyquTvZe1t2mdaeo2_540.gif
http://67.media.tumblr.com/d21c3dc3fc5edb5e498072d69ca06a78/tumblr_o7oyquTvZe1t2mdaeo2_540.gif


(Ależ wiem, co tu się dzieje. Autor postanowił pokazać pod płaszczykiem fantasy Problemy Współczesnego Świata, tylko nie pomyślał, że małe, starożytne królestwo nie będzie się borykać z tym samym, co wielkie współczesne mocarstwo. Problemy z rozbudowaną do absurdu biurokracją i politykami, którzy nie chcą dawać pieniędzy na wojnę, kojarzą mi się raczej z USA i ich “misjami” zagranicznymi. Tak samo sytuacja, w której niby trwa wojna, ale zwykły obywatel nie ma z tym nic wspólnego, w ogóle nie wpływa to na jego codzienne życie.)


Następuje długa rozmowa o wywiadach, szpiegach i tak dalej, strasznie to nudne…
Biafra ni z tego, ni z owego postanawia wyjaśnić Achai, jak działają służby wywiadu w różnych państwach. W każdym razie po dłuższym tokowaniu o tym, jakie to straszliwe świństwa wywiad popełnia, wracamy do tematu zasadniczego, czyli o co właściwie toczy się ta wojna.

Wiesz, co to jest Kupiecki Szlak? To jest droga, która była przez nas ostatnio używana jakieś osiemnaście lat temu.
To znaczy przez kogo?! Przez armię, przez kupców, przez Biafrę i jego krewnych?!
Cofnijmy się do czwartej części analizy i walk na kupieckim szlaku. Porucznik Zinna stwierdziła wtedy:
– Przerwali szlak w kilku miejscach, obok siebie, więc nie taki znowu problem. Tyle że zajęli faktorię przy grobli. I my... – zająknęła się – mamy ją odzyskać.
Koleżanki Achai też wykazywały się niezłą wiedzą o drodze, która nie była używana od czasu ich narodzin:
– Taka droga – mruknęła Lanni. – Połączenie pomiędzy Strath a przystanią w Korrneth na rzece. My musimy ją mieć, bo kupcy by nadpłacali, ciągnąc przez lasy, a oni ją przerywają, bo chcą nam zrobić kuku.
– Chyba gówno zrozumiałam.
– Nie przejmuj się, ja też niewiele rozumiem. – Machnęła ręką Lanni. – Tyle wiem, że to jedna z ostatnich dróg kupieckich, jakie łączą nas z rzekami, którymi nasze towary mogą spływać do morza. Inaczej kupcy musieliby ekspediować towary lasami i by ceny wzrosły wtedy, a to z kolei coś tam źle zrobi na nasz handel... Eeeee... Z grubsza chodzi o to, żeby pieniądza więcej było.
I jeśli dobrze rozumiem, Arkach nie używa Szlaku z powodu ataków Luan. Czyli nie jest tak źle, skoro od osiemnastu lat Luan utknęło i coś nie może z miejsca ruszyć.
Może im się tam podoba, bo widoki ładne? Dzieci też trzeba odchować, a powietrze zdrowsze...
To jak Ziemiański mota się we własnym świecie… jest po prostu cudowne. Cudowne.


Nie wierz w te wszystkie bzdury, którymi karmi się wojsko. To już ostatnie pasmo gór, które nas dzieli od luańskiej armii.
Khę, khę, znaczy, wojsku sprzedaje się fałszywe informacje, mówi o konieczności bronienia Kupieckiego Szlaku, żeby handel w królestwie nie upadł, a tak naprawdę chodzi już prawie że o obronę stolicy?
Ale przecież to wszystko miejscowe dziewczyny. To co, one też się nie orientują, że na przykład rodzinna wioska którejś już wpadła w łapy Luańczyków?
Teraz już wiesz, dlaczego nie dają im przepustek do domu :D


Jeśli posuną się jeszcze trochę, wylezą na pagórkowatą równinę wokół stolicy i po nas. Tam ich nie powstrzymamy. Czy wyobrażasz sobie tę twoją górską dywizję, jak staje w szczerym polu naprzeciw odpowiednika ciężkiej dywizji piechoty Luan? A do tego ich kawaleria? A do tego czterokrotna przewaga liczebna. To będzie rzeź! To będzie koniec Arkach w przeciągu roku!
Więc Luan już sobie wlazło do Arkach i przeszło przez ileś tam pasm górskich? Jednocześnie tkwiąc w okolicach Kupieckiego Szlaku, chyba z przyzwyczajenia. Więc dlaczego… dlaczego jeszcze partyzantka nie urządziła krwawej rzeźni na tyłach? Dlaczego elitarna dywizja górska ma walczyć w szczerym polu, skoro Arkach ma swoją piechotę i kawalerię? Ewakuujcie stolicę, wpuście debili na równinę i zatkajcie górskie przejścia… A, no tak. Zapomniałem. Ma być dramatycznie, więc nikt nie wpadnie na ten pomysł.  
Przeca czytałeś. Wszyscy mają to w dupie, nikt nie chce walczyć.


– Biafra. Ja nie wiem, co ty chcesz zrobić, ale to jest piękny kraj. Tu jest wolność. Tu jest…
...fajnie?
Tak, tak, my już wiemy jak wygląda ta wasza wolność. Szczególnie ta w karnej kompanii.


– Nie mamy pieniędzy na dalsze utrzymywanie wolności. Przykro mi.
– Toż ludzie staną w obronie swoich domów! Sądzisz, że nie będą chcieli walczyć za takie królestwo?
– Grabiami i widłami?
To miał być Element Komiczny, tyle że nie wyszedł (zza krzaka, ze wstydu). Wojny chłopskie miały to do siebie, że używano właśnie wideł, cepów i kos.
A kosa na sztorc to straszna broń.


On wiedział, że armię trzeba po staremu wyszkolić i wyposażyć w broń.
Po staremu? To znaczy - kiedyś była wyszkolona i uzbrojona?!
I tylko on jeden był posiadaczem tej wiedzy tajemnej.


Ale jeśli ona uważała, że chłopskie kupy z grabiami powstrzymają Luan, to nic nie stało na przeszkodzie, żeby pochodziła trochę od wsi do wsi i przekonywała kmiotów, że pod cesarską władzą będzie gorzej. Może ktoś jej uwierzy.
Taki cwany Biafra, a nie wie, jak się propagandę wojenną robi. Ba, nawet nie musiałby specjalnie kłamać, przecież Luańczycy naprawdę biorą ludzi w niewolę, zsyłają na ciężkie roboty, dziewczyny sprzedają do burdeli, mężczyzn kastrują… Achaja z jej piętnem, tatuażem i historią byłaby doskonałym świadkiem!
Wystarczy też wysłać kilku ślepych lirników z przerażającą balladą o okrutnych Luańczykach. Resztę powinny zrobić rozmowy w karczmach.


Ale póki co, wolność. Arkach naprawdę nie stać było na utrzymanie większej armii. Arkach właściwie nie było stać nawet na tę, którą miało. Biafra sprzeniewierzył na wydatki swojej służby fundusze na odprawę przyszłych roczników żołnierzy.
A wydatki jego służby to między innymi super drogie mundury galowe. Pfff.
Które ze swoimi błyskotkami, frędzelkami i dzwoneczkami mogą służyć jedynie jako broń psychologiczna, żeby wróg dupę sobie odeśmiał na taki widok.
Dobra, on prowadzi też wywiad, szpiegom faktycznie trzeba płacić…


Za dwa lata, kiedy większy rocznik opuści szeregi wojska – dziewczyny będą zdychać z głodu, bez pracy i bez tej nawet odrobiny grosza, którą dostawali weterani.
Uhm, tak.
Trwa wojna. Ludzie giną. W całym kraju powinno brakować nie tylko rąk do pracy, ale przede wszystkim – kobiet do rodzenia następnych pokoleń!!! Tymczasem “większy rocznik opuści szeregi”, czyli najwyraźniej po pierwsze mamy tu pobór powszechny (logiczne w sytuacji wojny, ale kłóci się to z epizodem z życia Achai na wsi, tam jakoś pobór nie dotarł), a po drugie – cały rocznik albo przynajmniej jego większość dotrwała szczęśliwie do końca dziesięcioletniej służby. No i po trzecie – w czasie wojny, nie jakiejś drobnej zawieruchy na jednym z odcinków granicy, ale totalnej wojny angażującej całe państwo, nie zwalnia się ot, tak po prostu do domu rocznika, który odsłużył swoje. Po czwarte – może część z tych dziewczyn wolałaby zostać, walczyć dalej, a nie wracać tam, gdzie już nikt ani nic nie czeka na nie? Nie lepiej wysłać do walki oddział weteranek niż przerażone rekrutki, których większość zostanie wysieczona w pierwszej potyczce?


Jego pewnie wbiją na pal. Ale na szczęście dwa lata to już nie był problem. Luan po zajęciu Arkach na pewno go zatrudni, choćby po to, by wykorzystać jego agentów, na przykład tych ulokowanych w Troy. Będzie więc sobie żył w luksusowym więzieniu w Syrinx, jeśli przedtem nie wybierze innej przyszłości.
Zabij się, syneczku. Zabij się zanim puścisz parę z ust.


Biafra gada. Gada, gada, gada, a potem jeszcze gada. Ten koleś musi kochać swój głos.
Tak. Najpierw roztacza przed Achają ponure wizje losów koleżanek z oddziału (niewola, kopalnie, burdel, a nawet… złożenie w ofierze bóstwom), potem dostajemy jeszcze rzewną historię o tym, co prawdopodobnie spotka gospodarzy Achai oraz jej byłego narzeczonego i jego rodzinę. Wszystko po to, by Achaję zmiękczyć i przekonać do wstąpienia do wywiadu. A kiedy ona się zgadza… Biafra dalej gada. I gada. I gada.
Potem robi chwilową przerwę w gadaniu, żeby zastanowić się, do czego właściwie Achaja byłaby mu potrzebna:


Była kobietą, wyszkoloną do walki w kajdanach. Mogłaby więc walczyć, mając na sobie książęcą, balową suknię. Przyzwyczajona do robienia małych kroków, suknia jej nie skrępuje. Wyobrażał sobie wspaniałe przyjęcie, dyplomaci, posłowie, szpiedzy. Ktoś kogoś umiejętnie prowokuje, pojedynek, ale prowokator mdleje nagle, w obronie jego honoru staje piękne dziewczę, śmiech na sali... Chwilę później dziewczę zarzyna właściwą osobę, nie zadyszawszy się nawet, i już nikt się nie śmieje. Piękne.
I potem jeszcze popełnia samobójstwo poprzez facepalm uschniętą, lewą ręką.


Ale to tylko teoretyczna możliwość. Po pierwsze, dziewczyna jest znaczna z powodu tatuażu, nie można jej przebrać za kogoś innego – po drugie, jest zbyt sławna, bo przeżyła walkę z Virionem. Na każdym przyjęciu, które zaszczyciłaby swą obecnością, nikt nie da się sprowokować, nikt pewnie nawet nic nie zje ani się nie odezwie, bo każdy będzie myślał, że to właśnie jego przyszła ukatrupić. Miał wrażenie, że po jej wejściu na salę atmosfera stałaby się grobowa, a każdy z gości będzie myślał tylko o tym, jakby czmychnąć i to tak, żeby pod żadnym pozorem nie można było tego poczytać za obrazę księżniczki.
Znaczy, Achaja bardzo mu się przyda, tyle, że nie. Super.


A potem rozmyśla nad swoją przeszłością, jakim to on był jąkałą i jak dzieci mu dokuczały.
Tak tylko poinformuję, że wycięty przez nas życiorys Biafry liczy sobie jedynie drobne 1677 słów.
W wielkim skrócie: Biafra początkowo był agentem wywiadu Luan (jako młody chłopak został zwerbowany przez swego nauczyciela) i to za ich pieniądze zorganizował wywiad Arkach. Zemścił się na swych prześladowcach z dzieciństwa i na przybranej matce, doprowadzając do oskarżenia jej o zdradę i ścięcia. A potem to on zreformował wojsko. Bo wiecie, te wszystkie kobiety to takie głupie są, oczywiście, że w państwie kobiet wszystko, co ważne, musiał zrobić jeden, jedyny mężczyzna. Biafra długo się wahał, czy ma okazać się zbawcą czy grabarzem królestwa, aż pewnej nocy napity jak bania zszedł do kuchni, gdzie wśród służby spotkał córkę księżniczki, która go wychowywała.
Przybrana siostra spadła na samo dno, pracuje w pralni, jest głodna i obszarpana, ale to właśnie ona nakierowuje Biafrę na Właściwą Drogę.


„Moja mama zginęła za Arkach i ja też chyba za to ginę. Przynajmniej sobie tak mówię, wtedy choć przez chwilę czuję się jak żołnierz w tej swojej pralni, kiedy mnie szefowa bije.
Jeszcze raz przeczytajcie proszę ten fragment. Tym razem piskliwym, pseudodziewczęcym głosikiem… głosiątkiem.
I proszę mi odpowiedzieć, dlaczego ona czuje się żołnierzem gdy ją praczka bije?


Nie rozwalaj wszystkiego. Wtedy, jak będę zdychać, powiem sobie, że coś w życiu zrobiłam”.
Borze, u nich to naprawdę każdy ma zawsze przygotowaną Wzniosłą Gadkę na Każdą Okazję.


Roześmiał się. Powiedział, że nie rozwali Arkach, jeśli ona klęknie i pocałuje go w tyłek. Właśnie wymyślał jeszcze większą drwinę, kiedy dziewczyna uklękła nagle i... Kurwa mać! Pocałowała go mocno w pośladek, zanim zamroczony alkoholem zdążył zareagować.
Pocałunek w tyłek, odhaczone. Możemy przejść dalej.
Ale posikania się nie było.


W każdym razie Achaja dojrzała do powzięcia jakiejś decyzji:
Chcesz, żebym coś dla ciebie zrobiła, to zrobię, tylko nie bierz mnie pod włos, pacanie!
I przestań wreszcie ględzić…! – dodała zmęczonym tonem.


Rozdział dziesiąty


Mija kilka miesięcy, nadchodzi jesień. Achaja w pięknej balowej sukni plącze się po pałacowych korytarzach, urwała się właśnie z oficjalnego przyjęcia, na którym miała być główną atrakcją… to znaczy, w przekonaniu pozostałych księżniczek, miała nią być jej nieunikniona kompromitacja towarzyska. Ale cóż to!
Ale ona... potrafiła powiedzieć trzy słowa, robiąc przy tym aż cztery przydechy! Ciekawe, czy ktoś w tym zapadłym Arkach wykonał kiedykolwiek coś takiego?
Ciekawe, czy ktokolwiek zrozumiał, co właściwie powiedziała…
(może “Idź na stronę i wychędóż się sam”? ;)


Na balu Achaja perfekcyjnie wykonuje różne ukłony, lepiej niż wszystkie zawistne księżniczki Arkach.
Tak zupełnie nawiasem mówiąc, autor zapomniał już kompletnie o tym swoim pomyśle, ale ja będę złośliwa i przypomnę – księżniczki Arkach miały być “wybierane jak rajcy”, więc żadna z nich arystokracja obeznana od dziecka z tajnikami dworskiej etykiety…


Potem Biafra wywołuje ją i prowadzi do stajni, gdzie Achaja musi przebrać się w mundur. Oczywiście nasza bohaterka jest kaleką i Biafra musi pomóc się jej rozebrać. Oczywiście, nie można w tym celu zawołać żadnej służącej. Do stajni?! O dziwo, kalectwo wcześniej wcale jej nie przeszkadzało w wykonywaniu ukłonów, których księżniczki z Arkach nawet nie potrafiły powtórzyć.


Poczuła na plecach jego delikatne dłonie rozsznurowujące gorset.
Tak, autorze, wiemy że Biafra miał delikatne i zadbane dłonie, nie musisz nam tego powtarzać przy każdej okazji.
Oj weź, przecież Biafra składa się z kilku cech, z których przynajmniej jedna musi pojawić się w każdym opisie, czyli: regulaminowa fryzura, która mu nie przeszkadza, martwe oczy, delikatne dłonie i ogólny wygląd świni i skurwysyna (ale bardzo przystojnego skurwysyna).


– Z kurtką sobie poradzę sama – dodała. – Ale musisz mi włożyć spódniczkę i zasznurować buty.
Zdjął jej wspaniałą suknię jednym ruchem.
Parę rozdziałów dalej mamy opis ubierania się w taką suknię. Otóż balowe suknie w Arkach są niezmiernie wąziutkie i obcisłe (zdaje się, że jedynym znanym tańcem jest tu “dreptany w miejscu”), Biafra musi naprawdę być magikiem, skoro takie coś zdjął jednym ruchem. W dodatku gorset najwyraźniej był na sukni, nie pod nią.


Ciekawa też jestem, jak się wykonuje skomplikowane ukłony w takim krępującym ruchy kokonie.
Jakoś potrafiła się wywinąć:


– Przepraszam – powiedział cicho.
– Za co?
– Za to, że patrzę tam, gdzie patrzę... – Przełknął ślinę.
– Dzięki – uśmiechnęła się. – Ale ubierz mnie, zanim zamarznę.
Pomógł jej włożyć opaskę, ciepłą kurtkę podbitą białym barankiem, a potem...
– No, dobra – mruknęła. – Teraz odwrócę się do ciebie przodem. I opuść wzrok, małpo!
Wzięła głębszy oddech i odwróciła się. Założył jej spódniczkę i zapiął szeroki pas z mieczem. Nie wiedziała, gdzie zerkał, bo sama usiłowała patrzeć gdzieś w bok.
Naprawdę mam uwierzyć, że jej największym problemem było w tej chwili, że Biafra się gapi, a nie, że przy zakładaniu spódniczki dokładnie ją zmacał?


Kiedy jednak włożył jej i zasznurował buty, a potem się podniósł, ich oczy spotkały się na chwilę. Wiedziała już, że nie odwracał wzroku.
– Ty świnio! – szepnęła.
Nogi + łydki + sznurowadła = życie płciowe!
W czasach wiktoriańskich owijano nogi fortepianów bibułką, aby słuchacze nie podniecali się na widok NÓG.


Tjaaaa. Vaherem chwalił przed chwilą aŁtora za to, że nie poprzestał na malowniczej bliźnie, a rzeczywiście okaleczył bohaterkę. No więc to była jedyna scena ukazująca jakiekolwiek ograniczenia i trudności związane z jej kalectwem. No przeca nie ma takiej opcji, żeby pokazać cokolwiek inaczej niż za pomocą fap-scenki...


– Mam jeszcze coś. – Wyjął z sakwy kolejną rękawicę. Tym razem żelazną. – Pokazać ci?
Skinęła głową. Założył niesamowicie ciężkie urządzenie na jej lewą rękę.
– Niezłe, co?
– Myślisz, że jak palnę tym kogoś w głowę, to umrze?
– To też... ale najpierw spróbuj uderzyć się sama wnętrzem dłoni w bok.
Rąbnęła się w biodro i syknęła zaskoczona. Spomiędzy jej nieruchomych palców wyskoczyło ostrze dłuższe niż w normalnym sztylecie.
Assassino, Assassino!
Wait, chwila, czy to oznacza, że kolesie z Ubisoftu czytali Achaję?


Tymczasem na zewnątrz czeka już pluton Achai:
– Oddziaaaaaał!... Salut! – ryknęła Lanni.
Będąc w siodle, trudno jest stanąć na baczność. Twórcy regulaminu wymyślili więc salut wierzchowców – rzecz trudną do wykonania nawet dla doświadczonych kawalerzystów.
Konie stają na baczność i prezentują to, co najlepsze.


Wszystkie jej dziewczyny, choć były doświadczonymi żołnierzami, od niedawna dopiero były ćwiczone w jeździe na prawdziwych wierzchowcach (wszak kuców, których dosiadały wcześniej, końmi w pełnym tego słowa znaczeniu nazwać nie było można).
Jest jesień, przypominam, tamta bitwa miała miejsce na wiosnę. Przez te parę miesięcy może nie zostałyby mistrzyniami w skokach przez przeszkody, ale coś tam przecież zdążyły załapać?


No i stało się to, co się stało. Linia zmieszała się, pękła w kilku miejscach, Mayfed wpadła na Zarrakh, Shha o mało nie zleciała. Kilka dziewczyn pogubiło juki, jakiś ogier, korzystając z zamieszania, ugryzł kolegę, do którego musiał mieć żal, i biedna Bei wylądowała na ziemi. Malutka i piegowata Sharkhe palnęła z całej siły koleżankę, która najwyraźniej zamierzała ją stratować.
Salut wierzchowców, znów ten głupi regulamin, kolejny Element Komiczny. DALEJ!


– Taaaa... Mężczyźni to durnie – mruknęła. – Ale ten Biafra jest fajny. Wyjdziesz za niego?
Jak zrobi salut. Prędzej nie.


– No, co wyście? Powariowały jedna z drugą?
Shha uśmiechnęła się szeroko.
Shipowanie trwa, dziewczyny się przekomarzają, w końcu oddział dojeżdża do karczmy.
Rzeczywiście, wokół kilku niewielkich budynków stało ze dwieście koni przykrytych derkami. Co najmniej dwie kompanie kawalerii musiały tu popasać.
Ciekawe, gdzie się zmieściły w tych niewielkich budynkach?
No to zaraz się przekonamy jak to jest z tą kawalerią.


Oprócz chłopów i okolicznej szlachty (słowo daję, szlachta w Arkach tylko chleje… w sumie co mają robić, jak do wojska ich nie biorą?) zauważyły kilku oficerów kawalerii przy jednym ze stołów.


Zasalutowały obie, bo była tam nawet pani pułkownik. Usiłowały nie słyszeć cichych, rzucanych półgębkiem uwag:
– O, żesz ty. Pierdolony zwiad! Wywalą nam żołnierzy ze stodoły, jeśli ich więcej.
Dwieście osób w jednej stodole, chyba spały stojąc.


– Widzisz, co ta młoda major ma na twarzy? Zwiad łóżkowy, czy jak?
– A widziałaś porucznik? Siksa nie ma nawet osiemnastu lat.
– A sama major? Nie ma nawet dziewiętnastu. Co oni w tym zasranym zwiadzie?
– Ciiii... To księżniczka.
– No to co? Idąc dalej tym tropem w hierarchii, to ich żołnierze mają pewnie po dwanaście.
Obie usiadły z dala od oficerów kawalerii. Ospały gospodarz postawił przed nimi talerz z nieśmiertelną baraniną i garniec gorzałki.
Widzę, że baranina robi w Arkach za nieśmiertelną kaszę z kapustą w fantasy. Oczywiście te wieśniaki takie głupie są, że nawet porządnie żarcia nie potrafią sobie przygotować, tylko jakieś twarde mięso. Poza tym… ciekawy kraj, gdzie dieta składa się głównie z mięsa i gorzały.
Górzysty.


– Pokroisz mi? – Achaja zerknęła na Lanni.
– O, żesz ty – usłyszały od stołu zajmowanego przez oficerów kawalerii. – Jaśnie pani nawet nie raczy wziąć noża do ręki.
Lanni rzuciła im wściekłe spojrzenie, ale Achaja była szybsza.
– Jak wam nie pasuje, drogie panie, pokroję sobie sama.


Wstała lekko, prawą ręką wyszarpnęła nóż, wskoczyła na ławę, postawiła prawą nogę na stole, tak żeby but wylądował w środku misy przytrzymując mięso, i powoli odkroiła sobie kawałek. Pułkownik zerwała się ze swojego miejsca.
– Pani major! Chyba pani przesadza!
Dobra, jeśli już musi być, niech będzie karczemna awantura, a nawet branie się za kudły, ale niech nie ględzą. Ani werbalnie, ani mentalnie. Proszę.


– To proszę napisać raport!
Sięgnęły do swoich mieczy. Wszystkie kawalerzystki jak na komendę. Księżniczka nie księżniczka, ale honor armii był naprawdę narażony na śmieszność.
Ale… eee… co?


– Nie radzę – osadziła je Lanni cichym głosem. – Ona załatwiła Viriona.
Czyli oficerowie kawalerii rozpoznali, że Achaja jest księżniczką (bo oprócz metalowych gwiazdek i belek na mundurze ma też złotego wężyka, który oznacza księżniczkę), że ma tatuaż dziwki na twarzy, ale nie skojarzyły, że to pewnie ta laska, która uratowała całą elitarną dywizję i załatwiła Viriona? Wiecie, taką historią powinno żyć całe królestwo. No i nie są w jakiejś dziczy, najwyżej kilka godzin drogi od stolicy. Na pewno musiały coś słyszeć.


Sprawa jakoś rozchodzi się po kościach, Achaja idzie spać i przegląda raporty, które kazał jej dostarczyć Biafra. Nasza bohaterka ma misję - musi przebyć Wielki Las, dotrzeć do kraju Chorych Ludzi i rozpocząć z nimi handel. Ich cudowna broń (karabiny) może odmienić losy wojny.


Drugi raport stanowił analizę ekonomiczną królestwa Chorych Ludzi. Był to kraj otoczony górami, pozbawiony dostępu do morza i, tak jak Arkach, bez dostępu do spławnych rzek.
Coś jak Szwajcaria, tylko bardziej.


Chorzy Ludzie produkowali jednak wspaniałe wyroby, abstrahując nawet od ich broni [?], poznali sztukę wytwarzania niesamowicie odpornej stali, niezwykle dokładnych zegarów, maszyn do nawadniania pól, dźwigów i kołowrotów, których użycie wymagało tylko połowy normalnie potrzebnej siły, rozciągliwych lin, narzędzi. Achaja przebiegła wzrokiem całą listę. Imponujące osiągnięcia.
No i…? Wynalazki nie powstają w próżni; są odpowiedzią na potrzeby rozwijającego się społeczeństwa, a jeśli wyprzedzą swój czas – po prostu nie znajdą zastosowania. Maszynę parową wymyślił już Heron z Aleksandrii, a potem przez kilkanaście stuleci była tylko zabawką i ciekawostką. Podobnie już starożytni znali elektryczne właściwości bursztynu, z czego też nic w owym czasie nie wynikło. Maszyny do nawadniania pól są niepotrzebne tam, gdzie klimat jest wilgotny, niesamowicie odporna stal tam, gdzie nie buduje się wielkich konstrukcji, a niezwykle dokładne zegary tam, gdzie nie prowadzi się żadnych precyzyjnych pomiarów – mogą stać się co najwyżej modnym gadżetem dla bogaczy.


Jednak ceny towarów były wprost niebotyczne. Główną przyczyną był transport. Kraina Chorych Ludzi była praktycznie niedostępna.
Ergo, powinna stanowić prymitywny, zakiszony we własnym zacofaniu kraik, a nie ośrodek prężnego przemysłu i nauki. To wszystko nie ma prawa istnieć bez kontaktu ze światem zewnętrznym, przepływu idei, informacji – i pieniędzy…
Nie wykluczam też licznych chorób genetycznych wśród ludności, spowodowanych długotrwałym chowem wsobnym.
(może dlatego “Chorzy Ludzie”?)


Z tyłu Góry Bogów, z boku góry dużo mniejsze, ale również nie do przebycia dla ekspedycji handlowych, z przodu Wielki Las. Pozostawała droga do najbliższego morza, wiodąca najpierw przez (najniższe z opisanych dotąd) góry, potem (w miarę obniżania się terenu) przez coraz bardziej tropikalną puszczę zamieszkaną przez dzikie plemiona, aż do pierwszej spławnej rzeki. Koszty i straty ponoszone przy takiej drodze siłą rzeczy windowały ceny towarów do nieprawdopodobnych wręcz wartości [!]. Chorzy Ludzie parokrotnie podejmowali agresywne wojny (choćby zajęcie Hem) ale na dłuższą metę kończyły się one fatalnie z braku jakiejkolwiek realnej łączności z własnym państwem, z braku porządnej floty – jedyne łodzie, którymi dysponowali, musieli każdorazowo sami zbudować po dotarciu do spławnych rzek. Utrzymanie faktorii w puszczy kończyło się źle z powodu zabójczego klimatu i ciągłych ataków piratów, którzy władali morzem i ujściami rzek w tym rejonie.
A cudowna broń Chorych Ludzi jakoś w żaden sposób nie dawała im rady. Cudowne maszyny też jakoś wcale nie przydawały się do wyrąbywania puszczy i budowy dróg, faktorii, umocnień obronnych czy czego tam jeszcze. A do dupy z takimi wynalazkami.


Królestwo najprawdopodobniej dusiło się ekonomicznie i uzyskanie lądowego połączenia z partnerami handlowymi było dla nich priorytetem. Niestety, jedyna możliwa droga lądowa musiałaby biec przez Wielki Las.
Pisałam o tym już wcześniej – choćby Wirus wyszeptał na uszko miejscowemu Leonardo da Vinci cały proces technologiczny wytwarzania wysokogatunkowej stali, na nic to się nie przyda bez dostępu do rud metali, złóż węgla, bez hut i fabryk. Tych z kolei nie zbuduje się bez pieniędzy, a skąd one w kraju, który nie ma z kim ani jak prowadzić handlu? Mujborze, choćby mieli tam złoto w takich ilościach, że mogliby brukować nim ulice, będzie ono bezwartościowe, jeśli nie ma możliwości wymienić go na inne towary!
Wirus wybrał sobie bardzo złe miejsce do realizacji swych niecnych planów; trzeba było podszeptywać pomysły raczej Luańczykom.


Pojawia się tylko jeden problem - nikt nigdy nie przebył lasu. Zamieszkują go tajemnicze istoty, których nikt nigdy nie widział - atakują zawsze w nocy, używają jakiegoś rodzaju dymu, który otumania ludzi i wywołuje panikę, i jakimś dziwnym sposobem gasi wszelki ogień. Mają też świetny wzrok i widzą w kompletnych ciemnościach (nawet, jeśli te ciemności wywołane są przez dym…?). Nie są zbyt zaawansowani technicznie i zabierają ciała swoich poległych. Wszystko to Achaja wyczytuje z długich raportów, w których pisaniu  autor wyraźnie się lubuje - na przykład w trzecim tomie akcja zwalnia na kilka stron, bo mamy opis jak daną ranę za kilkaset lat opisałby patolog przeprowadzający sekcje. Tak.
Nawiasem mówiąc, znowu okazuje się, że w Arkach stosuje się bardzo współczesne metody, w tym przypadku – prowadzenia śledztwa. Otóż po licznych napaściach “potworów z lasu” na wioski oraz po ataku na strażnicę, gdzie “potwory” wysiekły cały kilkudziesięcioosobowy oddział żołnierzy, utworzono komisję śledczą, która zebrała zeznania ocalałych (to znaczy – raptem dwóch osób, na ponad pięćset ofiar w sumie), przeprowadziła różne symulacje, aby ustalić, jaki czynnik odpowiada za gaśnięcie ognia i oszołomienie ludzi, przeszukała drobiazgowo teren, aby odnaleźć wszystkie wystrzelone strzały itd., po prostu CSI: Arkach. Oczywiście nawet w takiej sytuacji nie obejdzie się bez wzmianki o cyckach:


Zgodnie z zeznaniem chorąży Thanne przystąpiono do demontażu kraty-pułapki najeżonej kolcami przy wejściu do strażnicy. Ślady krwi na kolcach świadczyły o tym, że ręcznie uruchomiona przez chorąży krata przyszpiliła kogoś, a ponieważ żadne z ciał żołnierzy nie miało śladów głębokich nakłuć, komisja zyskała pewność, że życie straciła jedna z atakujących istot, której zwłoki zostały zabrane. Na dużej płachcie papieru narysowano kratą i zaznaczono farbą miejsca tych kołków, które były zakrwawione. Ukazał się rysunek istoty o ludzkim wyglądzie, wzroście średnim ludzkim, z lekko odchyloną na bok głową, o rozstawionych rękach. Analizując głębokość zakrwawienia kołków stwierdzono, że te z nich, które znajdowały się na wysokości dwóch trzecich klatki piersiowej, są zakrwawione na większej długości niż pozostałe – stąd wniosek, że była to kobieta.
No, to raczej daleko idące wnioski, jeśli chodzi o istotę, o której wiadomo tylko, że jest z grubsza człekokształtna. A może w okolicy klatki piersiowej ma warstwę tłuszczu chroniącą ważne narządy? A może ma tam jakiś niewystępujący u ludzi organ? A może to samiec – kulturysta?


Założenia taktyczno-strategiczne.
Najpewniejszą metodą walki z mieszkańcami Lasu są jak dotąd sukcesywne wypalenia. Należy je bezwzględnie kontynuować w coraz bardziej zmasowanej formie. Taktyka mieszkańców lasu wskazuje, że nie są w stanie podjąć przeciwko nam żadnej zorganizowanej akcji na większą skalę. To raczej błazeńskie, śmieszne odwety, a nie operacja o charakterze militarnym, w naszym rozumieniu tego słowa. Wypalania, choć skuteczne, są dość długotrwałe (wilgotność), proponujemy więc dokonywać ich w całym pasie granicznym przy pomocy dużych oddziałów, osłanianych wielkimi związkami kawalerii w drugiej linii i wspartych jednostkami uniwersalnymi (w rodzaju dywizji górskich)...”
Ale po co wypalać, skoro można wyrąbywać? Rzymianie wyrąbywali sobie drogi przez gęste lasy, Arkach mogłoby robić to samo - w końcu mieszkańcy Wielkiego Lasu atakują tylko w nocy. Właściwie nawet niezbyt duże grupy mogłyby wyrąbywać las i wycofywać się np. do twierdz, barykadowanych na noc. Mieszkańcy lasu nie są zaawansowani technicznie, wystarczyłoby się przed nimi po prostu schować i nie podejmować walki. Zamiast tego mądre głowy z Arkach proponują użycie olbrzymiej ilości wojska i to w sytuacji, gdy wróg zbliża się do stolicy i dosłownie potrzeba każdego człowieka.
Ja mam wrażenie, że autor po prostu zapomniał, że Arkach miało być małym, biednym królestwem i opisuje je, jakby zarówno powierzchnią, jak i liczbą ludności dorównywało… no, może nie Luan, ale co najmniej Troy. Zwłaszcza uderzające jest marnotrawstwo zasobów ludzkich, jakby naprawdę mieli w odwodzie jakieś liczne, gęsto zaludnione wsie i miasta, z których można brać rekruta ile chcieć.


Achaja w wyprawie będzie potrzebować czarownicy. Uwaga, nadchodzi kolejny Element Komiczny:
– Dzień dobry. – Dziewczyna dygnęła, unosząc dół sukni.
Achaja wybałuszyła oczy. Tamta była jej rówieśnicą, miała co najmniej osiemnaście, może dziewiętnaście lat i dygała jak małe dziecko.
– Jestem Arnne – przedstawiła się. – Jestem czarownicą.
Kolejna postać z podwójną literką w imieniu.


– Witaj. – Achaja wreszcie uporała się ze swoimi papierami.
– Czy mogłaby pani przyjąć bardziej skromną pozycję? – wypaliła czarownica, wskazując wzrokiem jej nogi, jedną na ścianie, jedną podciągniętą pod siebie.
Jak tak sobie usiłuję to odtworzyć, to mi wychodzi, że Achaja siedziała jednak w dość niewygodnej pozycji. No ale wicie rozumicie, dawno nie było żadnej fap-tazji, trzeba się poświęcić i nadrobić zaniedbania.


– Nie chcę być wulgarna, ale takiego bezwstydu jeszcze nie widziałam.
Czarownico, oswój się, jesteś tylko obleśną wizją zakonnicy w burdelu.


Shha zagryzła wargi i zrezygnowana domknęła drzwi.
– Nie ma w tym nic wulgarnego. – Achaja, zdziwiona, usiadła skromnie na łóżku, przyciskając kolano do kolana. – Jesteśmy tu same dziewczyny.
– I proszę obciągnąć na sobie spódniczkę, proszę pani! – Arnne podeszła do swojego łóżka, krzywiąc się na widok nieporządnie ułożonej pościeli. – Tylko mężczyźni mogli wymyślić tak krótkie spódniczki dla kobiet!
ONA MYŚLI. KTOŚ TU MYŚLI.
Hm, czyżby te urocze mundury też stworzył Biafra?


Achaja westchnęła ciężko.
– Przy dłuższych ciężko byłoby dosiąść konia – mruknęła.
Spodnie. Macie je na wyposażeniu. Krrrwa, to już moja trzecia analiza, a motyw “nosimy krótkie spódniczki, bo tylko w nich wygodnie usiądziemy na koniu” wścieka mnie za każdym razem.


Czarodziejka okazuje się super higieniczną dziewicą, co to wstydzi się rozebrać przy Achai i wstydzi się rozebranej Achai (nasza bohaterka rozbiera się pod kołdrą), boi się też szczura. Cała masa elementów komicznych, które wam wycinam. Nie musicie dziękować. Ach, a rankiem Achaja znów się chwali tym, że mogłaby zjeść robaka i prawie zjada karalucha. Czarownica zaś odstawia cały cyrk z zamawianiem sobie odpowiednio delikatnego śniadania i zjadaniem go w odpowiednio elegancki sposób. Potem czarodziejka się myje przy studni chyba z kilka godzin, a kawalerzystki się śmieją. W końcu ruszają w drogę, czarownica nadal wszystkich irytuje, dojeżdżają do obozu, gdzie czarownica nadal wszystkich irytuje. Generalnie: jest jaśnie panienką z fochami i fumami, zgorszoną każdym przejawem żołnierskiej swobody, wyniosłą i sztywną. Oraz wybrzydza na dostępne jedzenie i obsesyjnie dba o czystość.


Tymczasem w obozie niektóre dziewczyny spotykają znajomych:
– O, kurde! – krzyknęła. – Spotkałam dwie dziewczyny z mojego miasteczka! Z tej samej ulicy! Szlag. Zawsze ze mnie kpiły, że jestem taka niska. Poszły do woja rok przede mną. Tak się chwaliły, że mi buty spadały.
Gdzie, kiedy i jak się chwaliły, skoro tych lasek nie wypuszczano na żadne przepustki do domu, którejś nawet na pogrzeb ojca nie pozwolono jechać?


A teraz podeszłam do nich w tym swoim ślicznym mundurze zwiadu. Żołnierz elitarnej jednostki! Z odznaką pułku z prawdziwego srebra. I z trzema baretkami za kampanie, w których brałam udział. Z rozetą za służbę w górskiej dywizji.
I ten pluton Achai taki wystrojony jedzie? Odznaki pułku ze srebra? Czy Arkach nie ma na co wydawać kasy?
No wiesz, PR przede wszystkim!


Aaaaaaaaaach!!! A one w tych zwykłych płóciennych tunikach. Trzeci rok tu kwitną wśród pagórków.
No świetne wykorzystanie wojska, trzymanie przez trzy lata w jednym zapyziałym obozie.
Podczas wojny, nanananana, podczas wojny...
Skoro wróg stoi osiemnaście lat na kawałku zdobytej drogi, to trzy lata stacjonowania jest po prostu chwilką odpoczynku.


Achaja i kumpele urządzają sobie kąpiel w balii, gdy wpada kurier z kolejnymi dokumentami.


– Nie wiem. – Porucznik wzruszyła ramionami. – Ze stolicy jadę, zmieniając konie
Mam dziwne wrażenie… że Arkach nagle się skurczyło. Ta cała droga ze stolicy zabrała Achai trochę nocy - wyjechała ze stolicy, gdy było ciemno, a w karczmie, w której się zatrzymali, było jeszcze pełno ludzi. Następnego dnia jechali dość długo, bo w górach były złe drogi, a fanaberie czarownicy zabrały im dużo czasu. Z wioski Achai do do linii frontu było 10 dni drogi, gdy nasza bohaterka została wcielona do wojska…. Chwila. Wróćmy do rozmowy Achai z Biafrą:
– Oczywiście. – Biafra rzucił nowe listy na kołdrę. – A tak nawiasem mówiąc... W przyszłym roku musimy skrócić front. Ta twoja wioska znajdzie się pod panowaniem Luan.
– Co?!
– Naprawdę musimy skrócić front. Nie stać nas na utrzymanie aż tak długiego odcinka. Obóz, w którym byłaś, wioska, to już Luan właściwie. Najpierw pofiglują sobie z nimi żołnierze. Na przykład z żoną tego twojego chłopaka.
Przypomnicje sobie teraz co pisała Kura w 4 części analizy:
Swoją drogą, ciekawe, że wojna niby trwa cały czas, a do wioski, w której żyła Achaja, nie dotarły żadne jej echa. Żadna rodzina nie miała córki w wojsku, żaden chłop nie domagał się odszkodowania za stratowane pola, żadne wieści nie krążyły po okolicy…
Teraz okazuje się, że front jest tuż, tuż! 10 dni drogi nagle stało się już właściwie Luan… Ale pamiętajcie, że front się nie ruszył, ciągle trwają walki o kupiecki szlak, który przebiega przez ostatnie pasmo górskie, za nim już wyżyna i stolica. Ale… wioska Achai też znajdowała się na wyżynie, pewnie tej samej co stolica. A przecież, jeśli Luan wejdzie na wyżynę, to już po Arkach. Jaki jest więc sens oddawania im wioski, leżącej już na wyżynie? Autor chyba znów bardzo się pogubił w geografii achajoświata.


Dziewczyny kąpią się dalej:
– Szlag. Ta teczka – Achaja wskazała na dokumenty i rozkazy, które dopiero co otrzymała – może tak leżeć na ziemi?
– A co się przejmujesz? – Harmeen wsadziła dwa palce do ust i gwizdnęła głośno. Wartownik z piechoty pojawiła się prawie natychmiast. – Pilnuj teczki! Żebyś mi jej nawet na chwilę z oka nie spuściła!
– Tak jest!
– Fajnie jest być w zwiadzie – mruknęła Lanni.
To ciekawe jak ładnie i chyba mimochodem autor pokazał, jak zwykli szeregowcy narzekający wcześniej na oficerów sami stają się oficerami wyzyskującymi swoją pozycję i ciągle okazującymi swoją zajebistość tej głupiej piechocie czy kawalerii.


Achaja w końcu czyta dokumenty od Biafry, który raz jeszcze powtarza jak bardzo potrzebują broni od Chorych Ludzi i proponuje dwa rozwiązania. Jedno jest takie, że Achaja dogada się z mieszkańcami Wielkiego Lasu i ci w zamian za sól i narzędzia, których im brakuje, zgodzą się na stworzenie traktu.
Skąd wiadomo, że brak im soli i sprzętów? Czyżby zauważono prawidłowość, że jak napadają na osady, to zawsze wylizują garnce z solą?
Tak, komisja śledcza ustaliła, że w napadanych wioskach zawsze ginęła sól z kuchni.
Co do narzędzi, to mam wątpliwości, czy nie zaopatrują się w o wiele lepsze u Chorych Ludzi.


Druga jest taka, że las się wypali, a do tego wypalania Biafra użyje pięciu dywizji.
Teraz trochę policzmy.
Cała Armia Arkach, według porucznik Zinny:
– My – powiedziała po chwili – jesteśmy w stanie wystawić jakieś dwadzieścia, trzydzieści tysięcy żołnierzy. Licząc wszystkie granice, garnizony, służbę wewnętrzną.
Elitarna dywizja górska to trzy tysiące ludzi razem z taborami. Czyli… Biafra jest w stanie do wypalania lasu wysłać ¾ lub połowę wojska. I to w momencie, gdy wroga od stolicy dzieli jeden łańcuch górski. Wow. Poza tym, nawet Biafra określa swoją mamusię w listach w taki sposób:
I jeszcze jedno. W załączeniu masz papier podpisany przez... wiesz kogo... który pozwala ci na przejęcie dowodzenia w razie czego.
Nie bójmy się tego powiedzieć – podpisany przez Jej Wysokość Krasulę!


Rozdział jedenasty


Następnego dnia wojsko Achai maszeruje przez wypalony teren i szykuje się do wejścia w las:
Puściły konie w galop, mijając saperów prowadzących muły obciążone beczułkami. Każda z beczułek zawierała smołę, każda była przywiązana do zwierzęcia dość krótkim sznurem. Wystarczyło ją zrzucić z grzbietu, wybić dziurę ciosem siekiery i podpalić. Muł, podgrzewany od tyłu, zaczynał biec rozlewając płonącą smołę i podpalając las. Wredne rozwiązanie, jeśli chodzi o zwierzęta. Wrednie skuteczne rozwiązanie, jeśli chodzi o podpalanie lasu. Przynajmniej na ćwiczeniach.
Idąc za myślą Jaszy z poprzedniej analizy - gdyby Arkach miało pegazy i lotnictwo, to pewnie zrzucaliby napalm.
Jestem cholernie ciekawa, co one podpalały na tych ćwiczeniach. I skąd miały tyle mułów na zmarnowanie.


– Pani pułkownik! – zasalutowała Achaja, zatrzymując konia.
– Pani major, moja księżniczko! – odpowiedziała na salut pułkownik piechoty.
– Wchodzimy z marszu?
– Płytkie rozpoznanie. Chyba że pani woli użyć swojego plutonu.
Płytkie rozpoznanie. Panie autorze, to nie jest XX wiek.


Achaja przymknęła oczy. Czy w każdej armii muszą istnieć animozje pomiędzy poszczególnymi formacjami?
He, he, he. Teraz to przymyka oczy, ale w poprzednim rozdziale sama takie animozje nakręcała.


Pamiętacie jak atakowało wojsko Luan w czwartej części analizy? Oficerowie na koniach przed piechotą? No to Achaja w taki sam idiotyczny sposób wjeżdża do Wielkiego Lasu na czele swojego oddziału. Z kolorową chustą, z tymi wszystkimi gwiazdkami i belkami z metalu i z resztą odznaczeń jest świetnym celem dla jakiegoś łucznika.


Tymczasem Arnne próbuje przy pomocy magii wejrzeć w przyszłość i…
– N... nie... Nie wiem, co się stanie – zająknęła się. – Zobaczyłam siebie samą na tej drodze poza lasem. – Wskazała kciukiem kierunek za plecami. – Siebie. Kompletnie nagą!
… przez przypadek wlazła do umysłu autora.



Wojsko zajmuje pozycje, formując te tam różne wachlarze i rygle...


Kapitan zwiadu podskoczyła natychmiast.
– Jak się zacznie – szepnęła Achaja – przejmiesz mój pluton. Lanni jest fajna, ale za młoda. Poniesie ją, uderzy frontalnie i straci ludzi. Naprawdę wiem, do czego jest zdolne to za bardzo odważne dziecko.
– Dobra, kotku.
Hm, to może jednak powiadomcie Lanni i pluton PRZED bitwą, że w jej trakcie rozkazy wydaje kto inny?
Może wystarczy tylko poprawić malunki na twarzy?


– I jeszcze jedno. Jak tylko poczujecie dziwny zapach, wszystkie zsiadajcie z koni.
– Bogowie! To wbrew regulaminowi!
Co jest wbrew regulaminowi? Zsiadanie z konia w lesie, gdy poczuje się dziwny zapach?
Może miało to zapobiegać sytuacji, kiedy cały oddział w panice zeskakuje na ziemię, bo koń pierdnął.


– Zamknij się, Harmeen. To ja czytałam tajne papiery, nie ty. Jak już zsiądziecie, to przyłóżcie koniom mieczami po zadach, niech ruszą w panice i zdezorganizują tamtych.
Jasne. Tabun spłoszonych koni pobiegnie w wybranym przez ludzi kierunku…  


Potem róbcie jak w rozkazach dla piechoty, siadajcie na ziemi, plecami do siebie, kusze i tak dalej. Nie macie tarcz. Wiem. Ale pamiętaj. Będziesz miała za plecami wyrąbany korytarz.
Nie. Za plecami będzie siedziała druga żołnierka.
Jak rozumiem, “wyrąbany korytarz” nie oznacza, że one idą teraz z siekierami na las, tylko że zamierzają przebić się przez siły wroga. Tego wroga, który atakuje niewidzialny, niesłyszalny, nie sposób określić jego szyków, nie wiadomo, czy jest przed tobą, za tobą, nad tobą… Powodzenia życzę.
Dobrze rozumiesz - dwie kompanie czekają na granicy z lasem na sygnał do akcji.


Pułkownik się wygadała. Myślę, że są umówione z majorem z drugiego batalionu. Harmeen, pamiętaj. Drugi batalion będzie wyrąbywał korytarz cokolwiek się stanie! Tak se wcześniej piechociarki ustaliły. Więc uratuj te moje siksy z plutonu. Proszę cię.
Ogólnie to jest tak, że pani pułkownik z piechoty swoje, major Achaja ze zwiadu swoje i nawzajem sabotują swoje rozkazy. Nawet mi ich nie żal. Arkach nie bez powodu przegrywa wojnę.


– Co tak śmierdzi? – spytała pułkownik.
– Śmierdzi? Szlag! – Achaja odruchowo pociągnęła nosem, ale niczego nie czuła od czasu, kiedy Krótki załatwił jej nos tym swoim specyfikiem. – Jednak atakują.
– Co? – Pułkownik zawahała się tylko przez króciutki moment. – Odpalać! Odpalać wszystko! – ryknęła. – Pierwsza i druga kompania... Jeż!!!
Saperzy uderzeniami siekier wybiły dziury w beczułkach, a potem zapaliły smołę. Sześćdziesiąt demonów ognia runęło w las, dając początek sześćdziesięciu płonącym potokom. Chwilę potem odpaliły z kusz ognistymi pociskami.
Sześćdziesiąt demonów ognia, sześćdziesiąt płonących potoków w środku lasu… a i tak ciemno tam mają i zimno.


– Siadać, siadać! Formować jeże! – krzyczeli oficerowie do żołnierzy piechoty. – Szmaty na twarz! Spokój! Wszyscy spokój! Nic się wam nie stanie, żołnierze!
Ach, kocham to. Doświadczeni żołnierze Luan nawet nie potrafili sformować szyku wchodząc w las, ale żołnierze Arkach bawią się w te wachlarze, rygle, jeże i jeszcze ładnie manewrują. Weźcie jeszcze pod uwagę, że owszem, są to doświadczone dziewczyny, weteranki, ale nigdy razem nie służyły - geniusz Biafra zebrał je ze z żołnierzy odesłanych na tyły, między innymi ze szpitali.
Bo mają podręczniki do prowadzenia walk.


Achaja zeskoczyła z konia wraz z resztą sztabowców batalionu. Podczas kiedy adiutanci pętali konie (wbrew rozkazom – mieli je przecież pogonić w las, żeby zdezorganizować wroga), zawiązywała sobie na twarzy gęsto zwiniętą zmoczoną w wodzie szmatę. Stojąca tuż obok major piechoty dostała strzałą i upadła na wznak, rozkładając ręce.
– Padnij!
- Przecież już leżę!
Obie z Arnne opadły na kolana i obie naraz zarobiły dwie następne strzały. Arnne dokładnie pomiędzy piersi, a Achaja w tyłek.
Ha ha ha. Doprawdy.


Obydwie miały jakieś nieprawdopodobne wręcz szczęście. Arnne miała zawieszony na szyi żelazny amulet, tyłek Achai osłoniła skórzana torba, grubo wypchana tajnymi papierami. Chwilę później piechociarki osłoniły je tarczami.
– O, mamusiu! – jęczała Arnne, wyciągając strzałę. – Mamo…
Tja, w dupę i między cycki. Tak szczerze, to nie wiem już jak to komentować - po prostu odhaczam ze znudzoną miną.


Zaczyna się walka, konie się zrywają, szyki się mieszają, dym gryzie w gardło i niemal całkowicie ogranicza widok. I mimo wszystko jest to całkiem nieźle opisane. Można poczuć ten chaos, poczucie nieznanego zagrożenia i tak dalej. A teraz coś wam powiem - one wlazły na trochę w ten las (bo z żołnierzami poza lasem porozumiewają się gwizdkiem) i stały tak do wieczora. W tym czasie można było spokojnie ściąć trochę drzew, zbić jakąś palisadę, ostrokół, jakiekolwiek umocnienia. Ale nie, siedzimy na dupach i czekamy na atak.
Pogwizdując sobie od czasu do czasu.


– Podaj komendę do drugiego batalionu: Strzelać na mnie!!! Niech strzelają w miejsce skąd gwiżdżesz – Pułkownik kaszlnęła nagle, potem jęknęła. Musiała czymś dostać. – Wszyscy niech... strzelają w moje pozycje! – powiedziała jeszcze zduszonym głosem.
Dźwięk gwizdka nie był tak przenikliwy jak poprzednio. Dym musiał go głuszyć. Był jednak wystarczająco głośny, bo po chwili usłyszały gwizdki batalionu, który został pod lasem.
– Bogowie! Jak to: strzelać w nas? – jęknęła jakaś dziewczyna. – Przecież nie jesteśmy okopane.
Kocham to, że dla żołnierzy z quasistarożytności/średniowiecza okopanie to taka normalna procedura. Aż dziwię się, że kupiecki szlak nie jest przekopany ciągnącymi się na kilometry liniami okopów, a żołnierze nie szturmują wrogich umocnień osłaniani ogniem wielkich balist i katapult.


Szarpnęła za włosy Arnne i pociągnęła ją za sobą. Ktoś biegł z boku. Słyszała wyraźnie. Atakujący uderzyli z tyłu. Znowu krzyki. Te potwory naprawdę widziały po ciemku! To już po nas... Dym rozszedł się na tyle, że można było zobaczyć pożar w całej okazałości. Już po nas – pomyślała Achaja. Nawet nie wyciągnęła miecza.
Pozwolę sobie stwierdzić, że skoro las zaczął się palić, to:
  1. Widzenie w ciemnościach nic napastnikom nie pomoże, bo przecież powinno zrobić się jasno. Poza tym widzenie w ciemnościach, a widzenie przez dym to raczej dwie różne sprawy.
  2. Skoro las się pali, to raczej wątpię, żeby dym zaczął rzednąć.


Jest to najdziwniejszy pożar lasu. Płomienie powodują głęboką ciemność, dym rzednie i chyba robi się coraz zimniej, gdyż Achaja szuka czegoś, co można podpalić.


Atak udaje się jakoś odeprzeć, straty są ogromne, na szczęście dzięki plot armor Harmeen i Lanni pluton Achai nie poniósł ofiar. Nasza księżniczka gada z ocalałymi saperami:
– Możecie coś rozpalić?
– Pożar we własnej dupie – mruknęła osmolona porucznik z pierwszego plutonu. Cud, że ocalała.
– A te pochodnie z magnezu?
– Nie rozpaliły się! – Machnęła ręką – Zostały nam trzy.
– No, to...
– Nie mamy już rozżarzonych prętów. Nie mamy pieców. Wszystko zawiodło.
Pieców? One tam ciągnęły ze sobą jakieś piece?!
Bez pieców ani rusz. Magnez można otrzymać poprzez redukcję tlenku magnezu lub metodami elektrochemicznymi. Do elektrolizy stosuje się stopione sole: karnalit lub chlorek magnezu z topnikami, np. fluorytem lub mieszaniną NaCl i CaCl2. W metodach termicznych jako reduktory stosuje się węgiel lub karbid w temperaturze ok. 2000 °C  Wikipedia
Eno, one nie produkują magnezu na miejscu; Biafra zakupił gotowe pochodnie w Luan (tak, w tym Luan, z którym walczą). Niemniej, jak widać, do ich wyprodukowania też potrzebny jest wysoko rozwinięty przemysł.
Podejrzewam, że w achajoświecie to prędzej znaliby siarczan magnezu jako środek przeczyszczający.


– Ty mi, kurwa, tak nie odpowiadaj, dupo! Rozpal ognisko i spróbuj rozżarzyć miecz albo własny nos, idiotko!
Tak, Proszę Państwa. Dookoła las płonie jak ta lala, ale nie ma to jak małe, wesołe ognisko.
*taszczy skrzynkę piwa i kiełbaski*


– Bo co? Sąd polowy mi tu zrobisz?
– Nie. – Achaja przystawiła jej metalową rękawicę do twarzy. – Tak ci przyleję w mordę, że się posikasz uszami!
Do cholery, przecież:
Saperzy uderzeniami siekier wybiły dziury w beczułkach, a potem zapaliły smołę. Sześćdziesiąt demonów ognia runęło w las, dając początek sześćdziesięciu płonącym potokom. Chwilę potem odpaliły z kusz ognistymi pociskami.
Przecież to się musi fajczyć aż miło!


Tak jak przewidziała Achaja, oddział zakleszczający pojawił się od strony wyjścia z lasu. Atak wyprowadzono z boku. Kilku żołnierzy padło od strzał, ale reszta trzymała się w szyku, kiedy coś rąbnęło o tarcze. Widoczność znowu się pogorszyła, tym razem z powodu „naturalnego” dymu od wznieconego przez wojsko pożaru lasu.
Miło, że ci się przypomniało o tym dymie, autorze.


Sześćset strzał z ubezpieczających batalionów poszybowało znowu. Te, które przeszły przez gałęzie, tym razem idealnie uderzyły w oddział zakleszczający. Aaaaaaaach!


Dwa bataliony, które nawet nie widziały przeciwnika, zrobiły większe spustoszenie niż wszystkie dotychczasowe akcje! Ilość! Ilość!
– Liczba! – warknęła głucho Kura, rozglądając się za pożyczonym od Dzidki The Toporem.


Kurde, tu się nie liczy, który żołnierz lepszy, który ma cudowne zdolności. Ilość, taktyka użycia sprzętu, konsekwencja i regulamin! Śmierć przeszła przez szeregi wroga, robiąc wielkie wyrwy wśród cieni.
Wśród tych przeciwników, których nikt nie widzi. A one wiedzą o tym stąd, że...


Tak właśnie stało w instrukcji. To nie czary. To tylko instrukcja użycia sześciuset kusz w taktycznej skali kierowała krokami śmierci.
A potem ocalałe niedobitki wrócą i zameldują, że odniosły walne zwycięstwo, bo w podręczniku tak napisano. A że przy okazji prawie cały pluton wybito...
I będzie Defilada Zwycięstwa na pogorzelisku.


Achaja zerwała się nagle.
– Strzelać!
Piechociarki wypaliły do atakujących cieni. Zza tarcz, celując spokojnie i wstrzymując regulaminowo oddech przy ściąganiu spustu. Aaaaaach! Boli was, potwory?
Bardzo dobrze, strzelają osłonięte, niedostępne dla wroga. Ale...


Kompania piechoty wstała nagle, wyciągając miecze.
Gwizdy oficerów powstrzymały ostrzał własnych pozycji z zewnątrz. Krzyki z daleka wskazywały, że dwa bataliony runęły do ataku, usiłując otworzyć korytarz.
Za dobrze im szło, najwyższy czas coś spieprzyć.


Operacja, z grubsza przynajmniej (nareszcie!), zaczęła przypominać to, co opisywano w podręczniku piechoty.
Co to ma być, do cholery, wojna czy kolokwium?!


– Pluton „A”, klin na czole! Pluton „B”, rygiel wsteczny po lewej! Pluton „C”, rygiel wsteczny po prawej! Pluton zwiadu ubezpiecza lewe skrzydło! – Achaja ruszyła z żołnierzami. Tę taktykę pamiętała jeszcze z Troy, choć tam były inne jednostki.
Jak na paradzie.
Achaja pamiętała te manewry, ale czy wojsko Arkach je znało? ;P


Dostały strzałami z lewej. Kilku ludzi upadło, ale była przygotowana. O, kurde! Nareszcie jak w podręczniku!
A co, do tej pory głupia rzeczywistość nie chciała dostosowywać się do teorii?


– Pluton „B”, tarcze w górę, siłę uderzeniową zapewnia pluton zwiadu!
Tylko się uśmiecham i kręcę głową. Nie ten czas, nie to miejsce autorze…


Walka trwa, ale przeciwnik skupił się na powstrzymaniu oddziałów atakujących od ściany lasu i usiłujących przebić się do Achai.
– To nam tyłki spłoną. Szlag! Czemu nie atakują?
– Zajęci z przodu. Spoko, spoko, zaraz nas rozwalą. – Achaja otarła twarz z potu. – Pani kapitan. Co przewiduje podręcznik piechoty w takiej sytuacji?
– Nie wiem, muszę sprawdzić! – sapnęła pani kapitan, wyciągając z plecaka grubą książkę i wertując ją nerwowo w świetle pożaru.


– Jeśli oddział zachował zdolność bojową, należy ruszyć do ataku.
– O, żesz. Kto pisał ten podręcznik?
– Pewnie jakieś krówsko siedzące w zimową noc przy kominku, z dużą wódką w jednej ręce i piórem w drugiej.
Jakieś krówsko? Czyżby jej Wysokość Krasula? Mniejsza z tym - autor podręcznika ma rację. Jeśli twoi sojusznicy chcą do ciebie dotrzeć, ale powstrzymuje go przeciwnik, który zajmuje pozycje między wami, to atakujecie go, zmuszacie do walki na dwóch odcinkach. Chyba, że wolicie sobie usiąść i poczekać, aż zajmie się sojusznikami, a potem wami.


– Podręcznik pisali mężczyźni – wtrąciła Harmeen.
– Pan Biafra nakazałby teraz atakoodwrót ze szczególnym uwzględnieniem zdecydowanego natarcia i panicznej ucieczki.
Naraz???


– Mamo, co to znaczy?
– Pewnie nic. Ale każdy facet, jak nie wie, co zrobić, to mówi sprzeczności.
– A kobieta mówi sprzecznościami nawet jak wie, co robić – zakpiła Achaja.
– Ty co? Jesteś chłopak przebrany w kieckę, że trzymasz z nimi?
– Jakbym wiedziała, co zrobić, to bym tu nie sterczała jak dupa wystawiona na kopniak.
Tja, nawet w sytuacji zagrożenia życia na polu bitwy, te kobietki zawsze muszą dojść do wniosku, że to wszystko wina mężczyzn.
Oczywiście. I patriarchalnego systemu, w którym żyją… oh wait.


Tymczasem, zamiast próbować zaatakować wroga i pomóc odsieczy, albo chociaż spróbować wycofać się jakimś okrężnym marszem przez las… dziewczyny zaczynają się żegnać. Tja.
Noweś, przecież trzeba w jakiś sposób wprowadzić nastrój zagrożenia.


Wrzaski i odgłosy bitwy cichły wyraźnie. Ponieważ było raczej nieprawdopodobne, żeby ktoś tak szybko pokonał dwa bataliony, więc znaczyło to, że bitwa oddala się. Piechota była spychana, albo realizowała jakiś manewr. Wychodziło na jedno.
– No, to po nas, koleżanki.
– No – splunęła Achaja i zaklęła. Podskoczyła do swojego plutonu. Szybko odnalazła sierżant. – Słuchaj, Shha, żegnaj siostrzyczko.
– Już żeśmy się żegnały, jak cię Virion chciał zabić. Teraz też nie dadzą rady!
– Teraz dadzą, siostrzyczko – szepnęła. – Pamiętaj, jak się zacznie, trzymaj się największej grupy i biegnij do naszych. Wiesz, jak jest w lesie. Bogowie strzały noszą. Cień szansy masz.
...ale dlaczego? Przecież podobno tak im świetnie idzie, zadają przeciwnikowi takie straty…?


Achaja wróciła do oficerów.
– No, to co? Biegniemy?
– Trzeba to było zrobić wcześniej – warknęła kapitan piechoty.
– Wcześniej? Nie. Zaczekamy, aż nas zaatakują. Wtedy żołnierze przeciwnika pomieszają szyki ich łucznikom. Ze dwie, trzy dziewczyny będą miały swoją szansę. Inaczej by nas wymietli strzałami.
Ale jakie szyki? Wcześniej kapitan proponowała Achai sformowanie jeża i marsz na przeciwnika, ale nasza bohaterka stwierdziła, że to dałoby radę tylko na równym, bezleśnym polu. Oczywiście wcześniej oddziały mogły formować “rygle wsteczne” i “kliny na czole” bez żadnego oglądania się na nierówności terenu czy drzewa. A przecież “piechociarki” mogłyby się podzielić na mniejsze grupki, wzajemnie osłaniające się tarczami… no ale o tym pewnie nie wspominał podręcznik.


Tymczasem Achaja każe wszystkim przygotować się do odrzucenia kusz i tarcz, po czym...
Odwróciła się na pięcie, roztrąciła szereg i wyszła wprost na rozpędzające się właśnie do ataku cienie.
– No co, kurwa?! – ryknęła. – Co tak po ciemku biegniecie?
Nie. Nie mogę. Długo myślałaś nad tym tekstem, Achajo? Mnie kojarzy się tylko z tym:


1403083571_by_szychszych_500.jpg


Skoczyła do przodu w kompletną ciemność.
Gdyż albowiem ten zajebisty pożar za jej plecami nagle zgasł.
Można by domniemywać, że ta tajemnicza substancja, którą posługują się “potwory”, zgasiła pożar – ale nie, za moment dostajemy wzmiankę, że las nadal płonie.  


Walczy tylko ciało, mówił Virion. Cios... uuuuuuu... ładnie! Czyjaś ręka szybowała w powietrzu, zupełnie odłączona od ciała, którego jeszcze przed chwilą była częścią. Upadła na plecy, odbiła się i chlasnęła płasko (ta ręka?). Nie trafiła. Walczyła, naprawdę nic nie widząc.


Ciach. Nie ma sensu, żebyście to czytali - Achaja siecze na oślep, raz trafia, raz nie, sama oczywiście dostaje - w bok i jakże inaczej, w tyłek.


Nagle stał się cud. Porucznik saperów zamiast biec pokazała jednak, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Rozpaliła magnezjową pochodnię! W upiornym, nieprawdopodobnie wręcz białym świetle zobaczyła ich. A właściwie je. Nagie kobiety z mieczami. Bez oczu.
No tak, już wiadomo, czemu atakowały w ciemnościach - były bardzo wstydliwe, a nie było ich stać na jakiekolwiek odzienie.
I chwila na podsumowanie: oto kobiety w skąpych, skórzanych mundurkach biją się z gołymi dzikuskami. Wygląda na scenariusz jakiegoś bieda porno fantasy, a to tylko jeden z popularniejszych cyklów w polskiej fantastyce…


Walka trwa, bla bla bla, kolejna rana w bok, bla bla bla, tylko pięć skurczów, bla bla bla. To jest napisane tak źle, że wolałbym już “a potem była wielka bitwa i Voldemort zginął”. A co tam, jestem sadystą, macie fragment:
Ktoś rzucił się na nią z boku. Lekki zakrok. Tylko pięć skurczów. Cios. Trup. Coś eksplodowało w jej głowie. Straciła wzrok! Nie, nie... tylko jedno oko! Wyła z bólu. Usiłowała zetrzeć krew z twarzy, ale zapomniała, że na lewej dłoni ma żelazną rękawicę – tylko powiększyła ból. Znowu dostała w plecy, posikała się.
+1


Achaja obrywa i obrywa tyle razy, że chyba nawet kolesie od zamachu na Kaligulę byliby pod wrażeniem. Pada i...
Światło nad jej głową zgasło, ale za to pożar lasu był coraz większy. Płomienie rozświetlały gałęzie, nadając im jakieś zupełnie nieprawdopodobne, fantastyczne barwy. Tak kolorowo!
KRRRWAAA MAĆ AUTORZE ZDECYDUJ SIĘ. RAZ SIĘ PALI, RAZ JEST KOMPLETNIE CIEMNO, A POTEM NAGLE HAJCUJE SIĘ AŻ MIŁO?
To nie pożar. To las nadaje Morsem.


Achaja walczy, w czasie walki ma strasznie dużo czasu na myślenie, przypomina sobie różne rzeczy, które mówił jej Virion, pyskuje napastnikom, bla bla bla… Wreszcie czuje, że ktoś przebija jej płuco i zapada w ciemność…


Rozdział dwunasty


W Troy następuje przewrót, Rada Królewska i wspierający ją Rycerze Zakonu zostają wybici, pełną władzę przejmuje książę Orion, wraz z Siriusem i Zaanem, rzecz jasna.
Zamiast czytania rozdziału dwunastego proponujemy obejrzeć “Pancernik Potiomkin”, a w szczególności scenę na schodach odeskich. Wszystko tu mamy – i schody, i marynarza bez nogi, i wózek dziecięcy; w roli strzelających do tłumu carskich żołnierzy wystąpili dahmeryjscy kusznicy, zaś na koniec lud szturmuje... a, sami zobaczcie.
– Co robimy? – spytał Orion. – Zdaje się, że w dalszym ciągu nie mamy żadnych sił pod ręką.
Z boku podeszła Kasme.
– Teraz to już wystarczy zaatakować jakikolwiek budynek należący do Króla – powiedziała.
– Czym? – spytał Orion.
Wzruszyła ramionami.
– Niech „lud” to zrobi.
– „Lud” już próbował szturmować pałac królewski podczas zarazy. Tam nawet garnizon nie poradzi.
– Nikt nie mówi o szturmowaniu pałacu. Ale Król musi mieć przecież jakąś siedzibę pozbawioną znaczenia. Która praktycznie nie jest broniona. Chodzi o symbol.
Musi, bo… Imperatyw mu nakazuje?
...bo musi gdzieś chodzić piechotą.


Orion spojrzał na dziewczynę z większą uwagą.
– Rozumiem. – Przygryzł wargi, na których powoli zasychała krew. – Jest coś takiego.
Jak oni to nazwali?...
Nikt z obecnych wokół nie mógł przypomnieć sobie nazwy. Jedynie Zyrionowi coś świtało, ale też nie pamiętał dokładnie.
– No, Bogowie – Orion odruchowo potarł brodę, rozmazując krew. – Każdy z królów Północy ma pałac, w którym mieszka latem, i pałac, gdzie mieszka zimą. Któryś z naszych królów też kazał taki sobie wybudować, z tym że nikt tam nigdy nie mieszka, bo u nas nie ma zimy.
A pałac jest totalnie nieprzystosowany do mieszkania w lecie!


Wiecie co, ja nawet lubię, jak w fantasy pojawiają się aluzje do naszego świata, ale na litość, nie tak topornie!
*wzdycha i idzie czytać “Ruchome obrazki”*
Czytając niektórych autorów wydaje mi się, że najchętniej wstawialiby wielkie, kolorowe wykrzykniki na marginesie, za każdym razem gdy NAWIĄZUJĄ.

Rozdział trzynasty


Achaja budzi się; nie jest ranna, odzyskała też władzę w ręce, za to ma kły, pazury i ogon, a wszystko, co widzi, jest szare. Dochodzi do wniosku, że umarła i zmieniła się w demona. Zaraz potem jednak spotyka innego “demona” – nagą, kotopodobną kobietę. Walczą; oczywiście Achaja wygrywa. Następnie zostaje doprowadzona przed “starszych”. Okazuje się, że przeżyła też Arnne; “starsi” usiłują wyciągnąć z nich informacje, w jaki sposób zabiły tyle ich wojowniczek.
Z tymi kotoludami coś mi się kojarzy...


– Ty, obca – odezwała się jedna z kobiet. – Jak zabiłaś tyle naszych sióstr?
– Mieczem... Auuuuu!!! – ryknęła przygięta do ziemi Achaja.
Nas też pogięło. Ze śmiechu.
Znaczy, Kotobaby są jak wąpierze. Kogo zabiją, ten zamienia się w paskudę.
Oczywiście nie obyło się bez podkreślenia, że naga Achaja klęczy z wypiętym tyłkiem.


Ta, która ją trzymała za włosy, chwyciła jej ogon i ścisnęła mocno. Zabolało gdzieś w nerkach. Okropnie. Co za idiotyczna sytuacja. Ma teraz ogon, którego tamci mogą używać po to, żeby ją dręczyć. Co za idiotyzm.
Lubię, kiedy autor sam siebie analizuje.


– Jak je zabiłaś?
– No, co mam odpowiedzieć? Naprawdę mieczem... Auuuuu!!! Zostaw mój ogon, suko! Auuuuu!
Do Kota mówić per suko?!
No, ja bym jej za to ogon urwała.


– Jak je zabiłaś?
Co ma im powiedzieć? O co im chodzi?
I tak dalej, i tak dalej, aż wreszcie…
– Jak mogłaś je zabić w nocy? Kiedy nic nie widziałaś, a one widziały?
I znów ten wielki pożar lasu poszedł w zapomnienie. Chyba rzeczywiście był to najmroczniejszy pożar w polskim fantasy.
Ogień krzepnie, blask ciemnieje.
Imperatyw Narracyjny cierpi na zaniki pamięci.


– Jestem szermierzem natchnionym, proszę pani. Nieźle mi poszło nawet z samym Virionem. Ja jestem w tym dobra, proszę pani.
Musiało to zrobić potężne wrażenie na Kotobabach.
O, z pewnością słyszały o Virionie, jak możesz wątpić?


[Arnne o Achai:]
Ona potrafi zabijać nawet po ciemku. Lepiej niż ci, którzy po ciemku widzą. Ona sama nie wie, jak to robi. Uwierzcie nam. Ona tego nie potrafi powiedzieć. Potrafi zabić. Dlatego nie rozumie, o co ją pytacie. Dla niej zabić to jak dla was... nie wiem... zjeść coś... czy... Auuuuu!!!
(...)
– A jak zabijasz, nie wiedząc, że zabijasz?
– Nie wiem. – Achaja rozszerzonymi oczami patrzyła na szczypce. – No, zabijam, bo umiem. Nie wiem, jak to powiedzieć! (...)
– Zabijałaś nawet jak nic nie widziałaś.
– Machałam mieczem na oślep.
(...)
Chwila wahania. Członkowie rady zapewne spojrzeli po sobie.
– Wierzę ci. Ale jak to robisz?
– O, mamo. Wyszkolona jestem, normalnie, no. Nie wiem, jak to robię! Robię i już.
Kobieta zamyśliła się. Cisza przedłużała się nieznośnie.
– Wierzę jej – powiedziała w końcu. – A ta druga?
– Ona też nie wie, jak to robi – powiedział jeden z mężczyzn.
I wyjaśniła się tajemnica szermierza natchnionego – bycie szermierzem natchnionym polega na tym, że “zamykam oczy i nie mam pojęcia, co się dzieje, a kiedy je otwieram, wkoło leżą trupy”.


Przesłuchanie kończy się tym, że Starsi uznają obie dziewczyny za “godne”. Potem spotykają niejaką Aiiiii, która tłumaczy, co z nimi zrobiono: otóż zostały po bitwie wskrzeszone i zamienione w ludzi-koty.
Po prostu chodzili po pobojowisku i wybierali kandydatki do zzombienia.
Starsi tego plemienia, dzięki starożytnej magii, mają taką właśnie moc (ale mogą jej używać tylko w lesie, który zamieszkują), koci wojownicy mogą być wskrzeszani nie dziewięć, ale i setki razy – chyba, że obetnie im się głowę. Dlatego zawsze zabierają swoich poległych.


– Jesteście pierwszym napastnikiem [i jednocześnie bohaterem zbiorowym], który zadał nam takie straty. Starsi musieli się dowiedzieć, jak to zrobiłyście. Kim jesteście, ile waszych jeszcze przyjdzie, żeby nas zabijać, żeby palić las. No, ale obie już nie żyłyście. Ja ciebie zabiłam – wskazała na Achaję. – Bośmy się już zaczęły zakładać, komu się uda dosięgnąć takiej wojowniczki jak ty. – Rozłożyła ręce w geście uwielbienia. – Jaki honor!
Achaja lepsza od niezwyciężonych “potworów z lasu” – odhaczyć.


W skrócie: Achaja została całkowicie uzdrowiona, ale piętna i tatuażu jej nie usunięto, bo wojowniczki sądziły, że to dla urody. Kocie kły, pazury i ogon można ukrywać, ale oczy na zawsze zostają czarne, bez białek. Dziewczyny mają teraz też zwierzęcy węch.
A także lubią się bawić kolorowymi myszkami, jak głupie latają za sznurkiem i o trzeciej nad ranem prowadzą badania archeologiczne w kuwecie.
Oraz wylizują sobie krocza i drapią nogą za uchem?


Oczywiście mamy tu klasyczne wyposażenie Mary Sue w nowe supermoce, ale w sumie nie czepiałabym się tego, koncept ludzi-kotów nawet mi się podoba. Poza tym – łaaaał, wreszcie jakiś lud, który mówi po swojemu, trochę inaczej niż cała reszta świata!
(Ale nie tak znowu bardzo inaczej, w czasie bitwy rozumiały, co krzyczy Achaja, a ona rozumiała je)
A mnie właśnie zaczęło zastanawiać jak wygląda kwestia języka i kultury u odciętych od świata Chorych Ludzi…
Mam pewne przypuszczenia…


No ale kiedy już się cieszyłam, że jest fajnie (hehe), następuje jedna z obrzydliwszych scen tej powieści. Arnne i Achaja zaczynają się kłócić; przyglądające się temu wojowniczki dochodzą do wniosku, że dziewczyny się wściekają, bo potrzebują mężczyzny. Zaraz znajduje się chętny do pomocy; Achaja w sumie nie ma nic przeciwko i chętnie korzysta, ale Arnne – dziewica – protestuje, opiera się, ale i tak zostaje zgwałcona.
...i jakoś tak przypadkiem się składa, że już od następnego rozdziału z tej dziewczyny, która miała obsesję higieniczną, milion różnych fobii i co chwila prezentowała jakieś fochy, robi się równa, wyluzowana, dowcipna babka. Tak.




I tym oto okazałym pawiem kończymy dzisiejszy odcinek.


Z głębi mrocznie płonącego lasu pozdrawiają: Kura gnąca się w dworskim ukłonie, Jasza w kurtce z frędzelkami, Vaherem z siekierą do wyrąbywania korytarza


oraz Maskotek, który poszedł igrać z Kotkami.

49 komentarzy:

KiciaKocia pisze...

Mam nadzieję, że to już ostatnia część Achaji, bo to się przestaje być zabawne...

Gadzinisko pisze...

"Czytając niektórych autorów wydaje mi się, że najchętniej wstawialiby wielkie, kolorowe wykrzykniki na marginesie, za każdym razem gdy NAWIĄZUJĄ. "

To dokładnie jak Ćwiek w ostatnim Kłamcy, "Kill them all". Każde nawiązanie (a było ich 5 na stronę) musiało być wyjaśnione, bo, hehe, czytelnik jest głupi i nie pozna.

Anonimowy pisze...

...czy ja mam wrażenie czy w tym odcinku ten twór zrobił się jeszcze głupszy niż zwykle?
Wasze analizy są bardzo zabawne i dają do myślenia, to naprawdę świetna rozrywka! Uwielbiam kiedy analizujecie książki.
Mam taką cichą nadzieję, że może weźmiecie na warsztat cały cykl. Ale z drugiej strony rozumiem, że na pewno macie już dość męczenia się z tym dzieUem i zechcecie w końcu zrobić sobie od niego wolne.

Mal pisze...

I wyjaśniła się tajemnica szermierza natchnionego – bycie szermierzem natchnionym polega na tym, że “zamykam oczy i nie mam pojęcia, co się dzieje, a kiedy je otwieram, wkoło leżą trupy”.
No i dlatego żołnierze natchnieni to taka elita, tylko u nielicznych aktywują się takie moce.

Mal pisze...

Tfu, szermierze* oczywiście. To chyba wina tych wszystkich ~wojskowych~ opisów :D

Samara Adrianna Felcenloben pisze...

To już ostatnia część tego świerszczyka.Prawda?Powiedzcie mi ,że to prawda.

Ghatorr pisze...

Boże, wciąż pamiętam tą ostatnią scenę. Co prawda byłem smarkaczem z gimnazjum, który podkradł "Achaję" z biblioteczki brata, i byłem nią zachwycony, ale przy gwałcie Arnne słabo mi się zrobiło, i przez cały czas miałem nadzieję że się obroni. Albo że w ramach zemsty dokona rzezi kotoludzi. Ewentualnie zemści się na samej Achai. Niestety, nie wyszło...

Anonimowy pisze...

"Wirus wybrał sobie bardzo złe miejsce do realizacji swych niecnych planów; trzeba było podszeptywać pomysły raczej Luańczykom."

Luan byłoby jeszcze gorszym miejscem. Jak zostało słusznie zauważone, wynalazki powstają w odpowiedzi na potrzeby społeczeństwa. Zaś Luan jawi się jako potężne imperium w rodzaju Rzymu, bardzo konserwatywne, ze skostniałą strukturą społeczną, z gospodarką opartą na niewolnictwie. A niewolnicy stanowią bardzo tanią, wręcz darmową, siłę roboczą. Po co niewolnikom ułatwiać pracę? Po co konstruować wynalazki, które z założenia mają pracę usprawniać, albo przynajmniej czynić ją mniej męczącą? Po co się głowić, jak wyprodukować coś taniej, skoro istnieje darmowa siła robocza? Nastąpienie jakiejś rewolucji technologicznej w takim kraju jest zgoła niemożliwe! Analogią może być starożytna Grecja, a właściwie okres tzw. hellenizmu (IV-II w p.n.e.), czyli okresem, w którym cała ta grecka nauka i technika się rozwijała. Działali wtedy uczeni (Arystarch, Euklides, Archimedes, Hipokrates i inni), powstawały wynalazki (np. śruba Archimedesa) i teorie naukowe (w czym jedna aktualna do dzisiaj, geometria euklidesowa). Sęk w tym, że owoce tej greckiej myśli technicznej nie znalazły zastosowania w społeczeństwie, właśnie wskutek greckiego systemu społecznemu, opartemu na niewolnictwie. Wynalazki wymyślane przez jajogłowych (niektóre skądinąd bardzo ciekawe, np. mechanizm z Antykithiry) pozostały na zawsze w sferze prototypów, nigdy trafiły „pod strzechy” (z wyjątkiem może śruby Archimedesa właśnie), a nauka stała się rozrywką dla znudzonych arystokratów. Cały ten hellenizm skończył się równie gwałtownie, jak się zaczął, a cywilizacja naukowo-techniczna jaką znamy nieprzypadkowo powstała długo po upadku antyku. Gdyby Wirus wybrał Luan na miejsce realizacji swoich planów, zapewne powtórzyłby się tam scenariusz typu helleńskiego.

A.C.

Nefariel pisze...

Ewww. Wcześniej uważałam Ziemiańskiego za nieszkodliwego kretyna, który po prostu nie kontroluje tego, co pisze, ale on chyba naprawdę jest złamanym chujem.

kura z biura pisze...

A.C. - masz rację; pomyślałam o Luan głównie ze względu na to, ze to było najpotężniejsze i najbogatsze państwo regionu.

Ela TBG pisze...

Analiza wspaniała. A "wyleczenie" Złej Biczy gwałtem... No cóż, to poziom Michalak (był chyba przy okazji "nie oddam dzieci" ten fragment o Malinie Bogackiej, która przeszła do Tych Dobrych po maltretowaniu u marokańskiego księcia), a nie klasyki polskiego fantasy. Pomysł z Chorymi Ludźmi wzięty z rzyci, ale gdyby zrobić, że to była jakaś wyższa rasa z inną strukturą społeczną i dostępem do surowców, to bym te wynalazki i postęp zrozumiała. Oczywiście bez debilnego "szeptania na ucho".

Nefariel pisze...

Właśnie tym gorzej, że to nawet nie była Zła Bicza, tylko ot taka sobie rozkapryszona panienka z kijkiem w pupce, której najwyraźniej chłopa było trzeba. >_< Nie czytałam wyciętego fragmentu, ale nie zdziwiłabym się, gdyby aŁtor do spółki z targetem w ogóle nie myślał o tej scenie jako o gwałcie.

Ela TBG pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Ela TBG pisze...

W kontekście Złej Biczy miałam na myśli bohaterkę ukazywaną jako wróg Mary Sue albo właśnie na siłę negatywną/rozkapryszoną/niefajną. Bo ta czarodziejka jest przerysowana strasznie.
A Ziemański rzeczywiście mógł uznać, że to nie był gwałt. Obrzydliwe. I w ogóle ten topos "chłopa ci trzeba" też taki michalakowy. Ble.

Nefariel pisze...

A, chyba że tak. Chociaż jak na moje i tak Michalak >>> Ziemiański, ona przynajmniej nie udaje, że pisze coś ąbitnego. Styl też ma oczko lepszy, nawet jeśli nie stricte technicznie, to na pewno dużo mniej irytujący.

Anonimowy pisze...

Jesteście... fajni!!! :):):)


Chomik

Anonimowy pisze...

Pozwolę sobie wytknąć jeden błąd. Otóż opisie przewrotu w Troy piszecie o „Białych”, dokonujących masakry cywilów na schodach. Tymczasem o „Białych” można mówić co najwyżej od czasów rewolucji październikowej, rozpoczynającej wojnę domową w Rosji. W 1905 („krwawa niedziela”, o której opowiada „Pancernik Potiomkin” to nie rewolucja październikowa, a rewolucja w 1905!) jeszcze nie istnieli, tak samo jak nie istnieli „Czerwoni” jako frakcja polityczna. Masakry cywilów dokonały po prostu wojska carskie, rządowe. Wiem, czepiam się, no ale jak robić analizę to porządnie.

A.C.

Anonimowy pisze...

Krótko mówiąc, to ksiopko to jakaś okropność. Jesteście niesamowici, że dajecie radę przez to brnąć. Podziwiam i dziękuję za kolejną analizę!

Azadi

Lobo Bathory pisze...

A wiecie, co jest równie głupie jak "Achaja"?
"Toy". Nie, żeby hint, czy coś.

Podziwiam, że wam się chce.

Elle pisze...

"Swoją drogą, gdyby ktoś wywalił z fabuły wszystkie rozdziały z Meredithem i Wirusem, czy zauważylibyśmy ich brak?"

Nie. Kiedy dawno temu czytałam "Achaję" pomijałam wszystkie rozdziały z Meredithem, bo mnie śmiertelnie nudziły. Co najwyżej spłyciłam sobie trochę odbiór tego dzieua (he, he).

Pzdr
Elle

Anonimowy pisze...

Stoję na stanowisku, że dzieło często wiele mówi o autorze. Można się domyślić, że nie mam najwyższego mniemania o Ziemiańskim jako człowieku, delikatnie powiedziawszy. O autorze zresztą też.

Jedna uwaga tylko: nie rozumiem, czemu jeździ się po autorze za używanie współczesnych terminów, a kiedy robi to Pierwsza Dama polskiej fantastyki, Andrzej Sapkowski *fanfary!*, to wszyscy popuszczają (patrzcie, mnie też wzięło) ze szczęścia i ogłaszają go geniuszem. Pewnie zaraz mi ktoś powie, że S. robi to z "wyczuciem, albo z "wdziękiem", albo z czymkolwiek na literę "W". Szczerze? Nie zauważyłem.

Goma pisze...

Tak długo czekałam na analizę drugiego tomu, a tymczasem wcale a wcale mi się to nie podoba. Koszmarne głupoty nie są w stanie dostarczyć mi tyle rozrywki żebym była w stanie przymknąć oko na obrzydliwe treści. Nudne to i szkodliwe.

Broz-Tito pisze...

Jaki fejm, teraz wszyscy będą mogli cierpieć tak jak ja i wyobrażać sobie Biafrę jako Fassbendera z warkoczykami. I w minispódniczce. Meheheheheheeee *oddala się, rycząc histerycznym śmiechem*

Anonimowy pisze...

Autor okaleczył bohaterkę, by chwilę potem dać jej super moce. to takie mary-seuowskie :/

Anonimowy pisze...

Świetna praca. Teraz z niecierpliwością czekam na 3 cześć Achai, bo ciekawi mnie co jeszcze aŁtor wymyśli a nie mam siły sama czytać tego dzieła.

Canaris pisze...

W poprzedniej analizie napisałem zeq główną wada "Achaji" jest to ze autor nie mogl sie zdecydować co chce pisac - czy komediowe Fantasy ala Arivald z Wybrzeża czy ten grim tru realizm ala Wiedźmin. I cały czas stoję przy tym zdaniu bo wszystko zdaje sie to potwierdzac - te ostatnie sceny pt chlopa ci trza to wypisz wymaluj jakiś slapstickowy humor ala kiepski sitcom ale już te wywody Biafry pasują juz bardziej do Got'a albo innego tru Fantasy.

Nie rozumiem oburzenia wobec wątku "leczenia zuej biszy gwałtem" - przecież to klasyka literacka - zła postać traktuje wszystkich jak gowno, sama zostaje tak potraktowana, przechodzi przemianę i zmienia sie. Owszem mozna to napisać na różne sposoby ale fakt pozostaje faktem.

Ogólnie ksiazka masakruje logikę i mozg - nie rozumiem jak cos takiego może zgarnąć tyle nagród i pochwal ( bo co do druku to się nie dziwię, Atlantyde Michaliny wydrukowali to i to mogli ).

Anonimowy pisze...

Przypominam tylko, że poza "Achają" jest jeszcze pięć tomów "Pomnika cesarzowej" :/

A sam autor straszy... znaczy tego... zapowiada, na spotkaniach autorskich, że zamierza napisać trzecią serię w achajoświecie, tym razem jedenastotomową (tak, 11 tomów).


A co do Toy o której ktoś wspomniał; dwa opowiadania od których się wszystko zaczęło, są dosyć specyficzne, owszem. Ale (tak z pamięci i nie czepiając się konstrukcji każdego zdania) takie miały być - przypominam, że główną bohaterką jest ćpunka, była własność Tirad, była dziwka i młode średnio inteligentne dziewczę w jednej osobie. To raz. A dwa - to taki odpowiednik sensacyjnego SF w odcinkach w sama raz na odmóżdżenie.
A jeśli chodzi o "Toy Wars" to faktycznie głupsze to bardziej niż ustawa przewiduje (nawet biorąc poprawkę na bohaterkę).

Anonimowy pisze...

Więcej! Więcej Achai! Świetnie czyta się te wasze analizy tego dzieua :-)

Agata Konieczna pisze...

W sumie książka nie byłaby taka zła, wystarczłaby przecież by AŁtor przeczytał jeszcze raz swoje dzieuo i wyciął moment śmieszne i niekonsekwentne...
Z niecierpliwością czekam na 3 tom Achai na waszym blogu.

Anonimowy pisze...

Canaris: "Nie rozumiem oburzenia wobec wątku "leczenia zuej biszy gwałtem" - przecież to klasyka literacka - zła postać traktuje wszystkich jak gowno, sama zostaje tak potraktowana"

Weź się, człowieku, zastanów, co piszesz. Gwałt to jest jedna z najpotworniejszych rzeczy, jakie w ogóle można wyrządzić drugiemu człowiekowi. Pomijając upokorzenie, przemoc i ból, jest coś, co w prawdziwym życiu często pozostawia ofiarę pełną wstrętu do siebie i okaleczoną psychicznie na lata. Nie jest to "odpowiednia kara" za bycie lekko irytującą smarkulą.

Canaris pisze...

Ale ja nie mowie o tym konkretnie przypadku tylko ogólnie.
U Michalak ta prawniczka czy kto to tam był była naprawde wredną babą i szwarc-charakterem a oburzenie było takie samo.
Jakoś nikt się nie oburza, że Theon Greyjoy żeby się "nawrócić" musiał zostać okaleczony, torturowany i przejść nieziemskie piekło.

A tak swoją droga to czy autor, w toku tej ksiązki, odpowiedział na jedno wazne pytanie - Dlaczego do jasnej ciasnej Achaja nie chce wrócić do Troy ?? Nie ma nic do powiedzenia tatusiowi ? Nie chce zrobić małemu kuku Asiji ( czy jak sie tam ta młoda siksa nazywała ) za wystawienie jej ? Nie obchodzi jej to że ktoś ją wysiudał z należnych jej luksusów i przywilejów ( bo chyba nikt mi nie wmówi że ksiezniczka w Troy ma gorzej niż wojowniczka w państwie które toczy wojne constant ) ??

Nie ogarniam tego.

Kuba Grom pisze...

@ Agata Konieczna
Gdyby autor wyciął momenty śmieszne i niekonsekwentne, to prawdopodobnie ten analizowany fragment znalazłby się jeszcze w pierwszym tomie.

Najbardziej rozbawiło mnie wylizywanie garnców soli.

Nefariel pisze...

Canais, poczytaj sobie o tym, jak działa kultura gwałtu i wyciągnij wnioski. W ramach krótkiego streszczenia: są byty, bo ludźmi ich nie nazwę, którym NAPRAWDĘ wydaje się, że gwałt może być odpowiednią "karą" za cokolwiek (najczęściej za zachowywanie się inaczej, niż gwałcicielowi się podoba - bycie lesbijką, picie alkoholu, "niestosowny" ubiór, chodzenie po zmroku bez towarzystwa, a czasem tylko odrzucanie zalotów). Takich, którzy za odpowiednią karę uważają okaleczanie i tortury, jest jakby trochę mniej.
Poza tym problemem jest też to, że w takich "dzieuach" postaci ze świata przedstawionego, w tym rzekomo pozytywne, nie widzą w gwałcie absolutnie nic złego i też widzą w nim nauczkę

Anonimowy pisze...

Nefariel: +1

Canaris: w realnym życiu jest, niestety, całkiem sporo ludzi, którzy uważają, że gwałt czasem bywa "usprawiedliwiony". Opisywanie w książce sytuacji, gdzie niesympatyczna postać zostaje zgwałcona i wszyscy, włącznie z czytelnikiem, mają widzieć w tym słuszną karę, tylko utwierdza ten sposób myślenia. Myślę, że stąd oburzenie - bo w życiu cały czas toczy się walka o to, żeby gwałt zawsze był traktowany jak ciężkie przestępstwo a nie - czasem tak, a czasem jak nieszkodliwy wybryk, w zależności od tego, czy ofiara była sympatyczna/trzeźwa/odpowiednio ubrana. Tortury w krajach rozwiniętych nie występują, więc torturowany Theorion to czysta abstrakcja, raczej nam nie grozi, że ktoś złapie i storturuje nas albo kogoś z naszych znajomych, a gwałty zdarzają się wszędzie.

Canaris pisze...

Nie musisz mi tłumaczyć takich rzeczy. Nie mam dwunastu lat, wiem ze istnieją na świecie takie skurwysyny. Ale to ze jakiś niewielki procent tak uważa nie oznacza że żyjemy w kulturze gwałtu, tak samo jak to że istnieje jakiś procent ludzi którzy nie widzą nic złego w wyrzuceniu psa z jadącego samochodu nie oznacza że żyjemy w kulturze "nienawiści i pogardy do zwierząt".

Ale ad rem żeby offtopicu nie robić -
W przypadku Michalak mieliśmy do czynienia z jednoznacznie negatywną postacią która na skutek gwałtu "porządnieje" ( fachowo to sie nazywa character development ) - opisane to było rzygliwie jak cholera ( jak zreszta wszystko u Michalak ) ale w sumie to klasyczny wątek.

Tutaj mamy do czynienia z mocnooooo chybionym wątkiem komediowym pod tytułem "poruchała i jej dziwactwa przeszły" który był używany w stosunku do facetów setki razy zarówno w literaturze jak i filmie, grach, komiksach itp ( czesto z użyciem przemocy czy/i szantażu ).
I dziwi mnie to że analizatorzy nie potrafią podejść do tego z dystansem i po prostu stwierdzić "Ziom kumam co chciałeś opisać ale tak po prawdzie to zyebałeś jak Francuzi w 1940" tylko od razu wpadają w histerie, sypią sie krzyki o obrzydliwości, gwałtach itp.

I tyle.

Nefariel pisze...

"Nie musisz mi tłumaczyć takich rzeczy. Nie mam dwunastu lat, wiem ze istnieją na świecie takie skurwysyny. Ale to ze jakiś niewielki procent tak uważa nie oznacza że żyjemy w kulturze gwałtu, tak samo jak to że istnieje jakiś procent ludzi którzy nie widzą nic złego w wyrzuceniu psa z jadącego samochodu nie oznacza że żyjemy w kulturze "nienawiści i pogardy do zwierząt""
Wnioskując z tej wypowiedzi - chyba jednak musiałam, bo nadal nie rozumiesz.

Nefariel pisze...

W ramach dalszych ewidentnie niezbędnych wyjaśnień: sprawdź sobie reakcje ludzi na doniesienia o gwałcie i reakcje ludzi na doniesienia o znęcaniu się nad zwierzętami. Możesz przeżyć szok.

Anonimowy pisze...

Sorry, ale "wpadanie w histerie, sypanie krzyków o obrzydliwości, gwałtach itp." jest jedyną normalną reakcją w tym przypadku i jestem za nią wdzięczna analizatorom. Za wycięcie fragmentu też.
Do tej pory czytałam analizy Achai jako "te debilne fantasy, które jest tak denne, że przynajmniej z komentarzy można się pośmiać". Za to po zakończeniu tego fragmentu mocno mnie skręciło i aż boję się kolejnych analiz.

XYZ

kura z biura pisze...

Cóż, być może w intencji autora to miał być wątek komediowy. Nie jest. I nie jest też to rzecz, do której mogłabym "podchodzić z dystansem". Gdyby to jeszcze faktycznie było przedstawione na zasadzie "Arnne początkowo nie chce, bo się boi (dziewica), ale daje się przekonać (przekonać! nie zmusić!) i nagle wtem okazuje się, że seks jest fajny" - ale nie, ona do końca opiera się, protestuje, krzyczy "Achaja, ratuj". To ma być śmieszne? Sorry, ale nie.

Anonimowy pisze...

Jestem w mniej niż połowie analizy, a ponieważ wiem z innych źródeł, co jest dalej, to dopóki jeszcze mam jako taki humor, zapytam: drodzy analizatorzy, po której stronie grania w pijackie bingo "obsikania" można się spodziewać zgonu?

Anonimowy pisze...

Canaris:
"od razu wpadają w histerie, sypią sie krzyki o obrzydliwości, gwałtach itp."

Bo to był gwałt i była obrzydliwość. I przestań ciągle powtarzać "klasyczny motyw", jakby to cokolwiek tłumaczyło. Owszem, zła postać, która dostaje od losu karę i zmienia się na lepsze to może być ciekawy wątek, ale niech tą karą nie będzie gwałt. Nigdy, przenigdy. Wprowadzając do powieści taką scenę jak powyższa, dajesz broń do ręki tym samym troglodytom, którzy potem usprawiedliwiają gwałcicieli, mówiąc: oj tam, oj tam, pewnie sama chciała, pies nie weźmie, jak suka nie da, a zresztą co się wielkiego stało, przecież to się nie wymydli. Czy u Martina, na którego się powołujesz, gwałt jest kiedykolwiek ukazany jako zabawny, a potraktowana w ten sposób bohaterka jest potem wesoła i zadowolona?

I jeszcze jedna rzecz: pisałeś o postaci, która "traktuje wszystkich jak gowno", a później "sama zostaje tak potraktowana". Eee, halo? Arnne nie robiła nic takiego. Wybrzydzała trochę na jedzenie i warunki życia w obozie i prosiła Achaję, żeby inaczej usiadła.

Canaris pisze...

To może ja tylko zaznaczę że nie mam pojecia jak ta scena wyglądała bo lekturę Achaji skończyłem na długo przed tym.

I faktycznie ni chuja nie jest ona zabawna ale to juz taka cecha charakterystyczna 90%ulewek Ziemiańskiego.

Anonimowy pisze...

Gdybyście mieli ochotę po Achai na opko egzaltowanego gimbazjalisty w klimacie chyba w zamierzeniu postapo, to delektujcie się. Na razie krótkie, ale ma perspektywy. Będę zaszczycony, jeśli zostanie to zanalizowane ^^

http://czlowiek-szczur.blogspot.com/

Pozdrawiam,
Caedmon

Anonimowy pisze...

Czytam wasze analizy od kilku miesięcy i muszę przyznać,że jest to najlepszy blog o takiej tematyce.
Czy jest szansa,że jeszcze wrócicie do źle napisanych ff o Tokio Hotel? :p

Julia K. pisze...

Rzadko się wypowiadam, choć czytuję często. Teraz jednak wychylam łeb, by się zareklamować z nowiuteńką analizatornią, która poszukuje osób chętnych do gnębienia kiepskich opek i chce się trochę rozwinąć: http://konajacy-w-zbozu.blogspot.com/

Anonimowy pisze...

Drobna uwaga odnośnie wątku arkaskiej wioseczki Achai - coś mi po głowie chodzi (ręki za to nie dam, bo dawno czytałam), że gospodarz Achai pisał listy do armii, że ich "na sund pozwie", bo już mu wzięli do woja kilka dziewczyn z chałupy (córek?), a teraz zabrali mu "parobczycę". Zatem pobór do tej wioseczki dotarł.

Wątek kociego odrodzenia Achai jest beznadziejny z dodatkowego powodu - Achaja praktycznie nie korzysta z nowych skillów, a przecież zdolność np. takiej regeneracji/samouzdrawiania powinna się jej przydać jak ta lala.
Może to dodatkowy fetysz Autora, obok tego sikania. Tak swoją drogą miałam dwa skojarzenia:

http://s1230.photobucket.com/user/widdopc/media/189.jpg.html

http://mistrzowie.org/671658/Zamow-w-internecie-mowili

hilux_ie pisze...

Ktoś tu wspomniał o pięciotomowym "Pomniku cesarzowej Achai". Cysorzowa jest napisana o wiele, wiele lepiej niż oryginala Achaja. Mniej cycków, mniej (wcale?) sikania po nogach i mniej pseudofilozoficznego ględzenia. Nie jest to dzieło wybitne ale da się przeczytać.

Ethlenn pisze...

@hilux_ie : to byłam ja i dziękuję za wyjaśnienie, choć nie wiem czy sięgnę. Tyle dobrych powieści...
E.

Arthur Weasley pisze...

“Mój panie, na zajazdach nie znacie się wcale”.

Idiotyzmów wojskowych jest pod dostatkiem, a stosunki międzyludzkie przedziwne – wisienką na torcie jest chyba pyskówka majora z porucznikiem – niemniej chwilami analizatorki poniosło.

((Płytkie rozpoznanie. Chyba że pani woli użyć swojego plutonu.))
(Płytkie rozpoznanie. Panie autorze, to nie jest XX wiek.)

Znaczy co? Wcześniej nie praktykowano płytkiego rozpoznania? Czy zwrot zbyt współczesny? Z tym drugim można by się zgodzić, ale skoro autor posługuje się współczesną terminologią, stąd te majory i plutony, to dlaczego nie płytkie rozpoznanie?

((Achaja przymknęła oczy. Czy w każdej armii muszą istnieć animozje pomiędzy poszczególnymi formacjami?))

Tak.

(Pamiętacie jak atakowało wojsko Luan w czwartej części analizy? Oficerowie na koniach przed piechotą? No to Achaja w taki sam idiotyczny sposób wjeżdża do Wielkiego Lasu na czele swojego oddziału. Z kolorową chustą, z tymi wszystkimi gwiazdkami i belkami z metalu i z resztą odznaczeń jest świetnym celem dla jakiegoś łucznika)

Dopiero co była mowa o tym, że “to nie jest XX wiek”. Oficer wtapiający się w warunkach bojowych w żołnierski tłum i tylko gwiazdkami na pagonach różny od szeregowca to jest wynalazek właśnie dwudziestowieczny i to niekoniecznie z pierwszych lat. W 1939 r. oficerowie najnowocześniejszej armii świata chadzali w warunkach polowych w gabardynowych mundurach łatwych do odróżnienia od sukiennych mundurów podoficerów i szeregowców. Sowieci z kolei oczekiwali od oficera – najchętniej młodszego lejtnanta – że będzie leciał na czele żołnierzy porywając ich swoim przykładem.
Tak samo nie rozumiem czepiania się, że ma na mundurze kilka odznaczeń. I Niemcy, i Sowieci takowe w warunkach polowych nosili (z tym że Niemcy z umiarem, bo tam nie było inflacji odznaczeń).

(bawią się w te wachlarze, rygle, jeże i jeszcze ładnie manewrują. Weźcie jeszcze pod uwagę, że owszem, są to doświadczone dziewczyny, weteranki, ale nigdy razem nie służyły)

...albo kiedyś zostały porządnie wyszkolone. Na jakieś plutony są podzielone, więc - pod powyższym warunkiem - wystarczy, żeby dowódcy plutonów potrafili współdziałać między sobą oraz żeby każdy ogarniał swój pluton.

((– Pan Biafra nakazałby teraz atakoodwrót ze szczególnym uwzględnieniem zdecydowanego natarcia i panicznej ucieczki.))
(Naraz???)

A ironia to taki owoc.