czwartek, 11 kwietnia 2013

218. Straszne skutki kremu Choco, czyli Rudy Kościotrup szaleje (McDusia, cz. 2)



Drodzy Czytelnicy! W dzisiejszym odcinku dowiemy się: jak skutecznie zanudzić dziewczynę, która ci się podoba, co jadają wegetarianie, jak postępować z pijanym nastolatkiem, że każdy dobry uczynek zostanie ukarany, a na koniec dostaniemy mini-definicję przemocy. Indżojcie!


Analizuje Melomanka,
dopisują się: Kura i Dzidka.


W kamienicy Dmuchawca Ignaś, który wydobrzał już na tyle, żeby wyjść z domu, ale nie żeby pójść do szkoły, opowiada Magdzie o budowie sonetu.
Po dłuższej chwili z zaskoczeniem spostrzegł, że skryła ziewnięcie.
– Przepraszam – powiedziała szybko, widząc, że to zauważył.
– Znudziłem cię.
– Nie, nie – zaprzeczyła gorliwie.
I pomyśleć, że dawno, dawno temu, w “Brulionie Bebe B.”, Musierowicz potrafiła nauczyć pisania limeryków za pomocą jednej krótkiej definicji i mnóstwa smakowitych przykładów.


No to może teraz uda się ją zanudzić?
– W prawdziwej sztuce słowa – rzekł Ignaś płynnie i gorąco, sam nawet nie wiedząc, że cytuje – rywalizacji pomiędzy poezją i prozą właściwie nie ma. Niekiedy w świetnej prozie znajdziesz prawdziwą poezję, podczas gdy słabe wiersze mogą nas wcale nie wzruszać. (...) Rozpoznanie prawdy w wierszu powoduje właśnie wstrząs i oczyszczenie.
Pani M. Takie rzeczy się pokazuje, a nie tylko mówi o nich, w dodatku nawet nie własnymi słowami, a cytatem... (nie wiem z czego, niedouczkiem widać jestem)
Z bloga Zwierza Popkulturalnego, w recenzji McDusi zresztą:
“(...)  najlepiej nikomu na siłę poezji nie wciskać. Bo poezja wciskana zamienia się w jakiś paskudny intelektualny wymysł dla snobów, którzy na dodatek wykrzykują egzaltowane frazy. Klasę zwierza do czytania kolejnych po ‘W malinowym chruśniaku’ wierszy Leśmiana polonista zachęcał niezwykle przyziemnym zdaniem- ‘czytajcie dalej, oni w końcu dojdą i do łóżka’. Na przerwie klasa została wyrywając sobie egzemplarze Leśmiana.”



Magda szokuje Ignasia stwierdzeniem, że nie lubi poezji, po czym wyskakuje ni z gruszki, ni z pietruszki (mówiąc o Józefie):
– Ach, a więc mam z nim jednak coś wspólnego! – zakrzyknęła. – No, niech sobie nie myśli!
– Proszę?... – nie zrozumiał Ignaś.
– Śmieszny człowiek – zauważyła z urazą Magda, wyławiając łyżeczką ostatnią wisienkę ze słoika. – Robi miny, jakby był jakimś wielkim macho. Ale jak się go pocałuje, to ucieka. Nie wiem, co on sobie właściwie wyobraża, że kim jest?
– Ucieka?... – zapytał Ignacy Grzegorz głosem ledwie słyszalnym. – Skąd wiesz? – Zrobiło mu się gorąco i słabo zarazem.


Krępującą rozmowę (krępującą przynajmniej dla Ignasia, Magda jakoś nie wykazuje się na razie zbytnią inteligencją emocjonalną) przerywa przyjście Natalii Rojek.
(...) ciotka Natalia nie mogła zostać dłużej. Spieszyła się do pracy; jak wyznała, musi się przygotować do lekcji z klasą maturalną, bo chce zrobić tym leniom piekielną kartkówkę.
Nawet moja bardzo wymagająca nauczycielka biologii, która świetnie przygotowała naszą klasę do matury, nie wpadła na pomysł, żeby robić nam „piekielny sprawdzian” 22 grudnia. Nutria, uczniowie na pewno cię kochają.


Jednak otrzymany w spadku po Dmuchawcu kolejny tomik wierszy Wierzyńskiego zatrzymuje Natalię na dłużej. Nutria czyta wiersz, Ignaś się ekscytuje.
Te słowa trafiły go z taką siłą, że aż ścisnęło mu się gardło. Spojrzał na Magdusię, szukając tego zrozumienia i w jej oczach – ale z przykrością zauważył, że w ogóle nie słuchała. Siedziała sobie przy biurku, kiwając nogą i przeglądając jakiś zeszyt.
Kiwając nogą. Rozumiecie siłę tej zbrodni?... Równie straszne, co Janusz Pyziak w “Czarnej Polewce”, który przeszedł obok wózka z małą Milą i nie zajrzał do środka!!!


(...)
O Magdusi – czytała tymczasem Magda, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co tam sobie opowiadało dwoje poetów.
Przyznam, że też poświęciłam niewiele uwagi wspomnianej rozmowie.


...Jej niepewność: powód? – bezbronność.
Nieśmiałość.
Jej strategia obronna: wycofywanie się, milczenie.
Jej lęki: powodują dystans emocjonalny.
Jej obrona: przez atak.
Odwaga.
Napisać Jance: pilna potrzeba niezależności. Zawrzeć umowę, ona jej dotrzyma.
Jest praktyczna i rozsądna: nie zrobi sobie krzywdy.
Jest uczciwa.
Mam już tego dość, w prawie każdej książce albo filmie wszyscy ostatecznie okazują się wrażliwi i nieśmiali, i ci pokazujący to od początku, i ci zamknięci w skorupie i broniący się przez atak w obawie przed zranieniem uczuć. Nie pasuje mi nieśmiałość do dziewczyny, która całuje chłopaka niedającego jej żadnych sygnałów, że ma u niego szansę, wręcz przeciwnie, która tłumaczy potem, że po prostu jest przystojny i która obgaduje go przy absolutnie niezainteresowanym tematem kuzynie owego chłopaka.
Nieno, zainteresowanym, zainteresowanym... ;)


Czy to o niej?
Prawdę mówiąc, wszystko się zgadzało. Nigdy nie myślała o sobie w ten sposób, ale to się zgadzało.
„De facto napisał jej horoskop, treść pasuje praktycznie do każdego :-P” (Croyance)


Ach, a więc w zeszłym roku przysłano ją tu na obserwację? Pradziadek ją w milczeniu oceniał, zapisał wnioski. Może i dlatego czuła się z nim tak nieswojo.
Nie dziwię się!


Może dlatego tak chętnie uciekła, bo miała wrażenie, że on ją ciągle bada?
Rentgen w oczach.
Prześwietlił i ją...
Cyborg.


Aha, i dzielił się spostrzeżeniami z jej mamą? (...) A tymczasem – wychodzi na to, że przez cały czas mama się radziła pradziadka, pytała go, co zrobić. Martwiła się o nią i zasięgała jego opinii.
Ta myśl najpierw Magdę rozdrażniła, ale zaraz potem – pokrzepiła.
Prześwietlił, zbadał, zastanowił się, postawił diagnozę. I nawet wypisał receptę.
Nie udzieliło mi się Magdy uczucie pokrzepienia. Cały ten fragment jest dla mnie koszmarny. Zapiski Dmuchawca brzmią jak tajne notatki z Operacji Treadstone. No, ale jak się nastolatkę wysyła do porządkowania rzeczy po zmarłym pradziadku, to nic dziwnego, że takie kwiatki wychodzą. Co ciekawe, w zamierzeniu autorki ten wątek miał chyba po raz kolejny pokazać wspaniałość świętego profesora...


Borejkowie znowu jedzą. Już się boję.
Na obiad był u Borejków wspaniały rosół z domowym makaronem i drobniutko posiekaną natką pietruszki oraz pyszne pierogi z mięsem. Ignaś i jego tata, ideowi wegetarianie, nie jedli rosołu, tylko pili sok pomidorowy, a na drugie dostali kaszę gryczaną z greckim jogurtem i brukselką. Magda uznała, że są poważnie pokrzywdzeni.
Czytelnicy prawdopodobnie też - biorąc pod uwagę, że tylko potrawy mięsne doczekały się przymiotników “pyszne, wspaniałe”, a akurat brukselka jest tym warzywem, które wielu osobom śmierdzi. Ponadto, Ignaś jest w zasadzie wegetarianinem z powodu fobii: brzydzi się wszystkim, co jest pochodzenia odzwierzęcego. Ergo, jego “ideowość” wydaje mi się raczej dorabianiem ideologii do smutnej konieczności niż świadomym wyborem.
Tak nawiasem mówiąc, pokażcie mi dwóch chłopów, którzy najedzą się kaszą gryczaną z jogurtem i warzywem. W ogóle takie zestawienie smakuje dość paskudnie. Czyżby brak wiedzy o tym, że danie wegetariańskie nie oznacza obiadu, z którego usunięto mięso? Na zasadzie “to ja zjem tylko ziemniaczki i surówkę”?
Niniejszym polecam autorce zaprzyjaźniony blog. Wegański, nawet nie wegetariański, a proszę spojrzeć, co to jest za jedzenie! Gdzie tu smutna kasza z jogurtem?!


Ignaś i jego tata, ideowi wegetarianie...
Hm. Gdybym miała połowę rodziny wegetarian, to starałabym się przygotowywać obiad tak, żeby choć jedno danie nadawało się i dla nich. Czy te pierogi nie mogły być np. z soczewicą?


W ogóle poglądy pani M. na wegetarianizm są... ciekawe. Wegetarianką jest też Natalia, lecz na jej powitanie, kiedy wraca z Cypru w “Imieninach”, rodzina szykuje... rybę po grecku. Z kolei w “Łasuchu literackim”, w rozdziale zatytułowanym “Powiedz mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś”, dostajemy taki oto portrecik:
“Wątły, bladawy facecik z brodą, chlebakiem i wpadniętymi oczami (na czole przepaska) wygląda mi na takiego, co sam sobie przygotowuje potrawy z otrąb, kiełków soi oraz rzeżuchy, zalewając to wszystko - yyy - jogurtem własnej produkcji. Cukier i masło będzie uważał za zabójcze pierwiastki”.
Interesujące, prawda? Zwłaszcza to “yyy”...
Nie pierwszy to i nie ostatni raz, kiedy pani MM obraża ludzi tylko dlatego, że opiera się wyłącznie na swoich wyobrażeniach.


Ciekawe, czy Ignaś też kiedyś zapuści ciemną brodę jak jego ojciec, o, wtedy by naprawdę lepiej wyglądał!
Hmmm... I jak, lepiej?


Nawiasem mówiąc, Grzegorz z wiekiem chyba zaczął się farbować, bo kiedy poznajemy go w “Noelce” (1992), wygląda tak (opisywany jest zresztą jako “dynamiczny czterdziestolatek o rozwianych, szpakowatych lokach i siwiejącej bródce”), natomiast w “Sprężynie” (2008) wygląda tak.


Na razie ładne miał tylko oczy – aksamitne, lśniące, jakby łzawe.
Rany boskie, Helena Kurcewiczówna!!!
“spod kuniego kapturka spojrzały nań takie oczy, jakich jak życie swoje nie widział, czarne, aksamitne, a łzawe, a mieniące się, a ogniste, przy których oczy Anusi Borzobohatej
zgasłyby jak świeczki przy pochodniach.”
[Henryk Sienkiewicz, “Ogniem i mieczem”]


Ich mądre spojrzenie było bardziej dojrzałe, niż by się można spodziewać, patrząc na tę chłopięcą twarz o wrażliwych ustach.
Znowu. Ile razy można czytać o chłopięcych, wrażliwych ustach? Powtarzalność niektórych sformułowań doprawdy nudzi: wrażliwe usta, grube ryki, szalone oczka (Bernarda), a Łusia jest, zdaniem Józefa, “bystra. Bardzo bystra.” Zawsze tymi słowami opisana.
Cóż, nie tylko ona wpada w te koleiny utartych wyrażeń, u takiej Chmielewskiej np. od lat wszyscy, czy starzy, czy młodzi, sadzą w każdym zdaniu rusycyzmy...
Szwaja też wpada. Ale to nie znaczy, że to jest dobre.


Ignaś poczuł jej oceniający wzrok, spojrzał na nią szybko, otwarcie, szczerze i z dziwnym smutkiem. Magda uśmiechnęła się do niego i rzuciła jakiś żarcik, ale on jakby nie słyszał. Patrzył jeszcze na nią przez chwilę, intensywnie, z wyrzutem? Z żalem?
Wreszcie spuścił powoli czarne rzęsy i wbił wzrok w widelec.
Dobrze, że nie odwrotnie.


No, więc tak się sytuacja przedstawia. Jeden ignoruje swoją kaszę, ignoruje brukselkę i ignoruje ją, Magdę, kontempluje tylko sztuciec.
A powinien zjeść wszystko, z Magdą włącznie.
Wegetarianin!


Drugi, rudy, nie patrzy na nią także, rzecz jasna! – za to pałaszuje z wielkim zapałem.
Litości, to są problemy bohaterów tej książki? Że Ignaś patrzył na Magdę „otwarcie, szczerze i z dziwnym smutkiem”, „patrzył na nią jeszcze przez chwilę, intensywnie”, a Józef także na nią nie patrzy?


(...) uznała, że jeśli teraz weźmie dokładkę, nikt tego nie zauważy. Pierogi były fantastyczne. Lecz ledwie obmyśliła, jak bez zbędnej ostentacji dobrać się do półmiska, ze dworu wpadła Ida, ciągnąc za sobą chłodny powiew.
Faktycznie zawiało chłodem. Nie ma to jak wspaniała rodzina Borejków, u której każdy czuje się jak w domu. Zamiast głośno pochwalić ugotowany obiad i na poparcie swoich słów wziąć dokładkę, gość musi obmyślać, jak dobrać się do półmiska niepostrzeżenie. I jeszcze za chwilę znów będzie upokarzany przez Idę przy aprobacie Józinka...


– Ale mrozik! – obwieściła rześko, zrzucając tradycyjnie kożuszek i pędząc tradycyjnie do łazienki, by wyszorować dłonie, sterane [tradycyjnie] w cudzych nosogardzielach.
Dłonie po grzebaniu w nosogardzielach powinna umyć w miejscu pracy. Nie pracuje raczej w szpitalu polowym. A mycia rąk przed jedzeniem chyba nie trzeba czytelnikom tłumaczyć?
A jak by to było, zrzucać kożuszek i pędzić do łazienki - “nowocześnie”? Tyłem i na czworakach?


– Jestem głodna jak wilk, szykujcie mi kopiasty talerz... – Tu wyjrzała zza drzwi łazienki, by zobaczyć, co jest na obiad. – O, pierogi! – ucieszyła się i oczywiście dostrzegła bystrym oczkiem czyjeś ciche zabiegi wokół półmiska. – McDusiu, nie bierz dokładki, nigdy nie bierz dokładki, pamiętaj! Miło będzie poczuć wreszcie ten błogosławiony luzik w pasie!
Ida, SPIERDALAJ.  Prosił cię ktoś o uwagi?
Ty zakompleksiony rudy kościotrupie sprzed 35 lat?
Zapomniał wół, jak cielęciem buł, zapomniał, jak w tym wieku bolały nawet najdrobniejsze przytyki...


Józinek prychnął cichym śmieszkiem, patrząc wciąż w talerz. Magda poczuła, że mogłaby go za to zabić.
O, tak. Razem z jego rodzicielką. Masz moje poparcie.
Tak tylko dodam, choć każdy to pewnie sam zauważył: po pierwsze, Ida nie ma pojęcia, czy Magda sięga po dokładkę, czy też dopiero zaczyna jeść, a talerz ma brudny, bo na przykład wcześniej częstowała Ziutka; po drugie – ależ hipokryzja, w jednym zdaniu domagać się kopiastego talerza żarcia, w drugim odmawiać go gościowi. Co za toksyczny dom!


– Nie, nie, ja już nie jem, ja już się najadłam – bąknęła, zawstydzona, czując, że chętnie by ujrzała, jak doktor Ida Pałys dławi się pierogiem, wciągniętym wskutek łakomstwa do połowy tchawicy. Ciekawe, czy laryngolog potrafi sam sobie udzielić pomocy w takiej opresji, i jak to wtedy wygląda.
O, a tutaj pobrzmiały mi jakby dalekie echa dawnej Musierowicz...


– Najadłaś się? – wyraziła naganę Ida, siadając energicznie i sięgając ochoczo po łyżkę, podczas gdy syn przysuwał jej wazę z rosołem. – Błąd, McDonaldusiu...
Za samo to przezwisko ktoś powinien ją szybko kopnąć pod stołem.
Albo walnąć w rudy łeb nad stołem. Zgłaszam się na ochotnika.


...Żeby utrzymać smukłą sylwetkę, nie należy się najadać, od stołu należy wstawać z niedosytem.
– Zawsze mam – mruknął pod nosem Józef.
– Co zawsze masz? – zdziwiła się Ida.
– Niedosyt, jak wstaję.
A guzik prawda. Czytaliśmy wcześniej:
Józef Pałys dobrze się posilił
Na pewno oznaczało to „Józef Pałys wstał od stołu z lekkim uczuciem niedosytu, co oznaczało, że zjadł wystarczająco i niedługo do jego mózgu dojdzie sygnał sytości.” Na pewno.


– Zawsze mam – mruknął pod nosem Józef.
– Co zawsze masz? – zdziwiła się Ida.
– Niedosyt, jak wstaję.
– Zawsze jak wstajesz?
– Nie, tylko wtedy, jak od stołu.
Cha cha cha. Genialny Element Komiczny.
Och, to ten stereotyp młodego, zdrowego chłopaka, co wiecznie jest głodny jak wilk.


– Dziadziu, chciałabym poznać twoją opinię: co to znaczy „tyle mnogo”? – wtrąciła Łusia, zakładając książkę serwetką.
– To znaczy: „tak bardzo wiele”.
– Dobrze odpowiedziałeś – ucieszyła się Łusia. – Adam mówi to samo.
– Na Jowisza, czy ty mnie sprawdzasz?
– Ostrożność nie zawadzi.
– Zaraz, czytasz „Wyzwolenie”? Przecież ty masz dopiero dwanaście lat.
– Dwanaście i pół. Lecz cóż to ma do rzeczy...
Mniej więcej podobnie skwitowała autorka zwrócenie jej uwagi na to, że w Sprężynie, której akcja rozgrywa się półtora roku wcześniej, Łusia była dziewięciolatką.
Gdyż w wyobraźni wszystko się mieści, a czasoprzestrzeń, jak już się nieraz w Jeżycjadzie przekonaliśmy, daje się naciągać w różne strony. Btw, w kolejnej książce pewnie dostaniemy rozwlekłe tłumaczenie na temat Łusi, która, eee... lubiła zawyżać swój wiek, by traktowano ją poważniej. Czy cuś.


...Będziemy wystawiać fragmenty Wyspiańskiego na kółku.
– A które? – nie opanował się Józinek i zarechotał rubasznie.
– Józi...zefie, nie bądź trywialny. Fragmenty dramatu, oczywiście.
– To jest chyba dla ciebie za trudne, carissima! - zdziwił się dziadek.
– Nie wiem, co by tu miało być dla mnie za trudne, dziadziusiu, naprawdę. Poniekąd bardzo mi się podoba ta sztuka.
Taa, ja też czytając we wczesnej podstawówce ksiażki o Don Camillo upierałam się, że doskonale je rozumiem.
Ja za to z zapałem wyśpiewywałam na cały głos “Mufkę” Kaczmarskiego :D


Łusia z emfazą recytuje swoją kwestię.
Najpierw jednak mamy kolejny popis jej uroku i dowcipu:
- Właśnie porozdzielał nam zwłotki na grosy, to jest, głotki na zwro... ojej, zwrotki na głosy.
To jest równie zabawne i prawdopodobne jak “bieże śwułki”, pani Autorko.
Zwłoki im porozdzielał, Dexter jeden.


A potem Deklusia łamuje, to jest Łamusia dekluje (no co, ja też mogę).
Efektownie wybrzmiały te słowa, wypowiedziane przez Łusię na stojąco, zmienionym, głębokim głosem, pełnym prawdziwie aktorskiego patosu! Młoda deklamatorka urwała, sama zaskoczona siłą swojej interpretacji, a przy stole zapadła kompletna cisza.
Wszyscy (...) wpatrywali się w piegowatą dziewczynkę z książką i widelcem, która nieruchomo trwała u szczytu stołu. Twarz Łusi pałała rumieńcem, zaś oczy - polonistycznym zapałem, a może i nawet tym samym wzruszeniem, które właśnie w oku dziadka zalśniło skąpą, męską łzą.
Paczpani, całkiem jak u Putina.


– Przeszedł mnie dreszcz wzniosłości – powiedziała Ida, odzyskując flumen discendi.
Heh, już widzę, jak w następnej części Łusia z powagą poprawia matkę, że mówi się “flumen diCEndi” (potok wymowy), a nie “diSCEndi” (uczenia się). Ale zaraz... przecież to nie Ida powiedziała, to narrator! Ojtam, Łusia i narratora poprawi, co to dla niej.
Ponoć w drugim wydaniu byk został poprawiony, więc na dowód, że to nie nasza pomyłka... *mroczny śmiech z kąta*




– Gdyby mi kto powiedział dziś rano, kiedy prostowałam jednej babci przegrodę nosową [Hm, Ida wie, że jej pacjentka ma wnuki, czy odruchowo mówi “babcia” o wszystkich starszych paniach? Niech lepiej uważa, niektóre tego bardzo nie lubią.], że przejdzie mnie dreszcz wzniosłości nad pierogami z mięsem i że spowoduje go moje dziecko, deklamujące basem Wyspiańskiego, no, to ja po prostu nigdy bym nie uwierzyła. Życie codzienne pełne jest niespodzianek.
– A życie niecodzienne? – chciała wiedzieć Łusia.
– Ja tam nie rozumiem poezji – uznała za stosowne wyjawić Magda, a zraniony tym ponownie Ignaś upuścił i widelec, i brukselkę.
– Coś ty! I tak przyznajesz się do tego, z pewną nawet dumą? – zdziwiła się Ida. – Zawstydź się raczej, dziewczyno droga. Zaniepokój się. Matura za pasem. Zresztą, możesz przecież jeszcze coś zmienić, poczytać, zrozumieć, po co masz od razu uchodzić za ubogą duchem.
Ida, jesteś pawianem i idiotką. MM osiągnęła swój cel.
Przypomina mi się fragment z “Żaby”, kiedy to rodzinka Borejków przerzuca się cytatami z różnych dzieł, odgadując je na wyścigi, bo “nikt tutaj nie chciał wydać się niedouczkiem”. Bardzo ciepłe, miłe i rodzinne...
Borejki są potwornymi snobami już od Noelki. Pierwsza, “zapoznawcza” wizyta Grzegorza na Roosevelta:
“Podsunięto mu życzliwie krzesło (...). Zaraz też Ignacy Borejko wziął go w obroty, zarzucając strofami łacińskimi i dopytując się o jego upodobania poetyckie.”
Ciekawam, co by było, gdyby Grzegorz, jak to zapewne miałoby miejsce w realnym świecie, odpowiedział: “Jestem matematykiem, proszę pana, ścisłowcem, od czasów liceum nie miałem styczności z poezją. Bardziej interesuje mnie twierdzenie Fermata.”


– Ciociu! - jęknął zrozpaczony Ignacy Grzegorz i zanurkował pod stół, podnosząc, co upadło. Najchętniej by tam został na dłużej.
Jeden normalny w tym stadzie nadętych snobów.


– Bogu dzięki za tego Adama – odezwała się nagle babcia...
To Mila była tam cały czas? Dziecko za przypomnienie błędu jej mężowi opieprzyła błyskawicznie, a na obrażanie swojego gościa przez Idę w ogóle nie zareagowała?
Powinni od razu wywiesić nad stołem tabliczkę: “Do gości strzelamy, wchodzisz na własną odpowiedzialność”.
“Jeśli jesteś Pyziakiem, przynieś swoje własne krzesło elektryczne.” Ale nie uprzedzajmy wypadków...


...a dziadek jej przytaknął.
– Nie mogłabyś trafić lepiej, Łusiu – rzekł jeszcze. – A pomnij, że dostałaś takiego mistrza wskutek mojej bezpośredniej interwencji. To ja go odkryłem.
Możesz się stać jeszcze bardziej przemądrzała i nikt w klasie nie będzie cię lubił. Czyż to nie marzenie każdego dziecka?


– Magdusiu – rzekł dziadek Borejko troskliwie – szkoda, szkoda, że nie trafił ci się taki polonista, jak nasz Adam.
Człowieku, wpędzacie tę biedną dziewczynę w zaburzenia odżywiania, o to się w pierwszej kolejności zatroszcz!
Miałam doskonałą polonistkę, do dzisiaj wspominam ją z sentymentem. Ale Mickiewicza chyba sama średnio lubiła, mimo iż doskonale prowadziła zajęcia. Już się domyślam, co o niej myśleliby Borejkowie.


– Właśnie – dodała Ida, przełykając sprawnie pieroga in toto.
GULP!
Ida absolutnie nie jest łakoma i żarłoczna, bo nazywa się Borejko.
A swoją drogą... pierogi były tak małe, czy idusiowa gardziel tak szeroka?


– Zmieniłaby ci się zupełnie optyka, McDusiu. Świat nie składa się tylko z lokali sieci McDonald’s, że tak powiem, świat oferuje ci wspaniałe potrawy, wyszukane przysmaki i niezwykłe rarytasy, a niektóre rosną wprost na okolicznych drzewach, trzeba tylko chcieć po nie sięgnąć.
Autorko, czemu nam to robisz? Czemu zmieniłaś naszych ulubionych książkowych bohaterów w potwory?
Właśnie... Kto porwał i gdzie uwięził dawnych, sympatycznych Borejków?!


– Mam wrażenie, że użyłaś alegorii, mamusiu – zastanowiła się Łusia. – Dziadziu, czy mamusia użyła alegorii?
Brakuje mi tu Pulpecji, która rodzinną przeintelektualizowaną pogawędkę skomentowałaby: „Cholera. Cholera, cholera, cholera jasna i psiakrew”.


– Aadammm... – powiedziała nagle zniżonym głosem Laura i przymknęła tygrysie oczy.
Kim jesteś i co zrobiłaś z Laurą zwaną Tygryskiem???
Ćśśśś, duch ją nawiedza, zaraz wieszczyć zacznie...


– Teraz już mniej więcej rozumiecie...
Co rozumieją? Że twój facet jest genialnym polonistą? I że to powód, dla którego wasza miłość jest tak nietypowa, bo na wieki?
No. Bo miłość do inżyniera zależy od wytrzymałości materiału, a z menedżerem zawiera się kilkuletni kontrakt.


...Ale wy jeszcze wszyscy zobaczycie, co to jest za człowiek. Wy go nie znacie tak jak ja...
A po co, tobie wystarczyły dwa spojrzenia i niewidzialna złota nić, żeby zakochać się w nim na zabój.
To się akurat zdarza, ale jeśli po ponad roku związek nadal pozostał na etapie złotej nici i omdlewania z ekstazy na sam dźwięk imienia “Adam”, to ktoś powinien Laurą potrząsnąć (niekoniecznie jak szczurem). Nie wiem, może niech Natalia przypomni jej, jak też była bez pamięci zakochana w pięknym i chmurnym Nerwusie, póki nie wylazł z niego zazdrośnik i obsesyjny kontroler?


Magda idzie z Laurą na przymiarkę sukni do krawcowej słusznie cenionej w środowisku śpiewaczym.


Magda ruszyła za Laurą, ciesząc się, że została przez nią wybrana. Zawsze jej imponowała ta piękna sopranistka; nie dość, że miała cudowny głos, wspaniałą figurę, to jeszcze taką urodę...
Piękna sopranistka imponowała urodą. Odważny rycerz imponował odwagą.
Te powtórzenia (podobnie jak w opisie całej rodziny Agaty Janickiej trenującej judo) mają chyba pokazać ten lekko naiwny i niewyrobiony język młodzieży.


..i poruszała się z gracją modelki, z dumnie uniesioną głową, osadzoną na smukłej szyi, a mówiła ostro, czasem drwiąco, nieco gniewnie, impetycznie. Wszyscy chyba się jej odrobinę bali!
Przykro mi, Magda, spóźniłaś się. Nie ma już tej dziewczyny, która ci imponowała. Zastąpiła ją anemiczka aadammmująca.


Dziewczyny mijają Collegium Minus, dochodzą do Zamku.
– Ale to raczej dosyć świeży zabytek – wyjaśniła Laura. – Powstał jako rezydencja dla cesarza zaborców, Wilhelma II.
Bo jakby nie dodała, że zaborców, to jeszcze Magda pomyślałaby, że jakiegoś polskiego cesarza... na przykład Chrobrego.



– Nie podoba mi się. Ponury.
– W środku jest milej. Chodziłam tam do przedszkola muzycznego. W tajemnicy przed wszystkimi, dopiero dziś mogę się do tego przyznać. Wielkie kandelabry i grube mury.
Przemiło, ciepło i swojsko. Niczym w radzieckim metrze (to moje skojarzenie, w Zamku byłam kilka razy).


– A ten Wilhelm? Mieszkał tu?
– Raz czy dwa przyjechał. Ale osobiście tego nie pamiętam - ironicznie odrzekła Laura. – To było sto lat temu. Jestem starsza od ciebie, ale nie aż tak.
Czy Laura ma Magdę za kompletną ignorantkę? Skoro powiedziała, że budynek zbudowano dla zaborcy Wilhelma II, to równie dobrze mogła wiedzieć, czy on tam w czasach zaborów faktycznie mieszkał i raczej to Magda miała na myśli...
No oczywiście. Magda nie lubi poezji, za to lubi frytki i chipsy, więc z definicji jest bezmózgą idiotką i trzeba jej to dawać do zrozumienia na każdym kroku.


Po przymiarce sukni dziewczyny idą do Bernarda.


(...) Bernard rozwinął skrzydła tak szeroko, jak nigdy dotąd. Na wiele sposobów, nie zawsze zgłaszanych Urzędowi Skarbowemu (zapamiętajmy), stawiał bezrobociu czynny, twórczy opór.
Autorka opisuje Bernarda jako “bezrobotnego artystę”. Przyjrzyjmy się, co wg niej oznacza “bezrobocie” - zdaje się, że bezmyślnie zrównuje je z “niepracowaniem na etat”:
A to sprzedawał usilnie swe obrazy, a to - rzeźby, a to znów statystował w filmach fabularnych (był bardzo charakterystyczny), względnie był lektorem w dokumentalnych (miał piękny głos i dykcję), lub też urządzał ludziom pomysłowe przyjęcia z cateringiem (władał mnóstwem inwencji),
Inwencja to nie broń ani obcy język, by nią władać. Inwencję, jak wyobraźnię, się MA, pani Autorko-bardzo-dbała-o-czystość-i-piękno-języka-polskiego.
Kolejny musieropotworek językowy?


czy wreszcie - piekł na zamówienie wspaniałe, oryginalne i przepyszne torty weselne, imieninowe i jubileuszowe, łącząc talent plastyczny z kulinarnym.
Niesamowite muszą to być torty, skoro zamawiającym je osobom chce się kombinować z cateringiem, który nie wystawia faktury.
Holender, mieszkałam w Poznaniu do 2007 roku i przypominam sobie jeden film fabularny kręcony w naszym pięknym mieście. No niech będzie, że pomiędzy rokiem 1990 (kiedy to Bernard ma już rodzinę, na którą trzeba zarobić) a 2009 było ich powiedzmy cztery. Się Bernard nastatystował.
O lektorowaniu filmów dokumentalnych szkoda gadać, już widzę, jak biorą Żeromskiego malarza, bo ma piękny głos. Skoro nawet w Discovery nikomu nie wadzi beczący i meczący Andrzej Gajda...


Bernard otwiera drzwi w kapeluszu z rzeżuchy.
– Dostałem właśnie porywające zlecenie. Wymyślam oto oprawę plastyczną na bal kostiumowy nuworyszów, to jest, pardon, elity finansowej dzielnicy Stare Miasto.
I to jest kolejny, po feministkach i wegetarianach, przykład na to, że autorka jest po prostu głupia i bezpodstawnie obraża ludzi. Jak stwierdziłam po lekturze, znam kilka osób z “elity finansowej dzielnicy Stare Miasto”, w imieniu których za pogardliwe nazwanie ich nuworyszami powinnam się obrazić. Do pani MM nie dociera, że można mieć pieniądze, zarabiać je w sposób uczciwy, i być przy tym inteligentnym i wykształconym; a to, że nie wydaje się tych pieniędzy na pięć egzemplarzy tej samej książki, a np. na wygodniejsze życie lub zwyczajnie na kolejne inwestycje, nie jest absolutnie niczym niemoralnym ani karygodnym. W przeciwieństwie do oszukiwania urzędu skarbowego, co, jak pani sama powiedziała, czyni Bernard - pani Małgorzato “Kali” Musierowicz.


Odbędzie się on dwudziestego pierwszego marca, więc hasłem jest „Wiosną pieniądze rosną”, czy coś równie prostackiego, nie pamiętam, bo sami to wymyślili.
Oczywiście że prostackiego, jakżeby inaczej.
Dalej jest jeszcze trochę równie subtelnych przytyków na temat ludzi zamożnych, ale co ja się będę z osł... z koniem kopać.


Bernard opowiada o zaplanowanym menu, na które złożą się potrawy zielone; Laura tłumaczy, jakiego białego tortu sobie życzy. Nikt się nie domyśli, że w ramach tego w kółko w książce przypominanego fatum ślubnego Bernard pomyli torty, skądże.
Nikt się nie spodziewa Bernardziego Daltonizmu!


Tymczasem na Roosevelta Józef daje popis swojej męskości w ramach zarządzonego przez babcię sprzątania.
Józef sam wybrał zmywanie; stwierdził, że to dopiero jest dynamiczne zajęcie (a pan poeta niech raczej delikatnie pucuje szklaneczki czystą ściereczką).
Jak się Józefowi dziecko urodzi, to do snu go pewnie nigdy nie ukołysze, och, to takie niedynamiczne, takie niemęskie...
Myślisz, że będzie potrząsał nim jak szczurem?
Zaśpiewa mu góralską kołysankę.


Nalał dużo gorącej wody do zlewozmywaka, chlusnął detergentem, po czym rozebrał się do podkoszulka i energicznie, z trzaskiem oraz hukiem, chlapiąc na wszystkie strony jak pies w sadzawce, zaczął szorować naczynia oraz garnki.
Gdyby moje naczynia ktoś mył dynamicznie, energicznie, z trzaskiem i hukiem, to czym prędzej wyrwałabym mu je z rąk. A może Borejkowie mają naczynia blaszane, jak harcerskie menażki?
Dlatego te ich odwieczne niebieskie kubki są takie poobtłukiwane!
(a może to taka metoda, jak Julii w “Szóstej klepce”, która słusznie uznała, że jeśli przy każdym zmywaniu stłucze parę szklanek, to w końcu przestaną tego od niej wymagać?)


Ignaś i Józek zaczynają się kłócić.
– Leloś! Miągwa! Dość mam tego! A ty co niby jesteś, wielki macho, tak? – wypłynęło z Ignasia na fali goryczy to, co właśnie zamierzał ukryć.
– He? Ja? Jaki znów macho? – zdziwił się kuzyn (...)
– A podobno, jak cię dziewczyna pocałuje, to uciekasz – prawda to? – zawołał szyderczo, z drżącymi ustami.
- Azali prawda to, czy fałsz, mów waść!


Teraz wściekł się Józef. Przewracając wiadro (z wodą? No, to się teraz Magdusi oberwie, jak tylko Ida wróci do domu!) oraz dwa stołki, jednym skokiem znalazł się przy Ignacym i wcisnął mu kij od mopa pod żebra.
(...)
– Przebijesz mi płuco! Płuco!! Płuco!!!
Ale kuzyn tylko wzmógł nacisk, pchając Ignasia mopem pod ścianę i pomagając sobie przedramieniem drugiej ręki, przyłożonym do gardła ofiary.
Za co Gaba i Mila tak go lubiły???
Widać PRZY NICH się tak nie popisywał.


– Uciekam?! – ryknął mu w nos. – Ta baba kłamie!
– Puść! – zakrzyknął z oburzeniem Ignacy Grzegorz, szamocząc się bezsilnie, rozpłaszczony na murze jak mucha.
– Przykleiła mi się sama, o, tu!! – warknął Józef, dźgając się w wargę paluchem. – Buzi się jej zachciało!
Mhm, zapamiętam: faceta chcącego mnie pocałować muszę okładać pięściami, nawrzeszczeć, a potem skarżyć się innym „Sam mi się przykleił!” Klasa.
Przychodzi baba do lekarza z żabą na głowie...


Ignaś wpada w furię i trzymanym w ręku garnuszkiem wali Józefa w nos, wywołując krwotok. Ileż tej krwi się w McDusi leje!
Pani MM z powieści obyczajowych dla dziewcząt przerzuciła się na gore.


23 GRUDNIA
ŚRODA


Józef Pałys dotknął nosa czubkiem palca, syknął i przypomniał sobie, komu zawdzięcza ten ból i te skrzepy.
Miągwa. No, no. Wreszcie go coś ruszyło! Może hormony. Kto by pomyślał!
Hurra, nareszcie i on zastosował przemoc! Jeszcze będą z niego ludzie!


Jeszcze leżąc w łóżku, czuł do kuzyna coś w rodzaju szacunku.
A wcześniej Ignaś myśli o Józefie:
Chyba jednak najistotniejsze było to, że się nawzajem szanowali. Przy czym on, Ignacy Grzegorz Stryba, zasłużył na szacunek Józefa dopiero po tym, jak uratował go tonącego w jeziorze. Tak. Trzeba było aż takiego wydarzenia, by rudy zechciał docenić czyjąś prawdziwą wartość.
Błąd, Ignacy. Nie trzeba było ratować kuzynowi życia. Wystarczyło spuścić mu łomot.


Lecz wstał w końcu i poszedł do łazienki, gdzie pierwszym obrazem, jaki go powitał, było własne krwawe odbicie w lustrze. Wtedy uczucie szacunku się ulotniło, a miejsce jego zajęła złość.
(...)
Józef uznał, że wygląda jak przegrany bokser. Nie, nie takie oblicze chciałby ukazać Staszce! (...) siniaka na nosie potraktował z lekka maścią cynkową. Już lepiej wyglądać na trędowatego niż na pobitego.
Albowiem Staszka poznając dziewięcioletniego Józinka wiedziała już, że wyrośnie on na socjopatę z zamiłowaniem do przemocy i właśnie to jej w nim imponowało. Lubiła facetów bez karków, którzy przy pomocy pięści i kija bejsbolowego wyrabiali sobie szacun na dzielni, a nie jakieś miągwy, które pozwalają się uderzyć. Jeszcze by musiała dla takich obudzić w sobie troskliwość, czułość czy opiekuńczość, a to dobre dla bab.
Albowiem twarz wygranego boksera nigdy, ale to przenigdy nie jest poobijana.


(...) Staszka śmiała się i żartowała z dziadkiem oraz Łusią i podziwiała rozkoszne minki Ziutka. Dobrze się tu czuła, to było widać. Jakby wróciła do domu z dalekiej podróży.
Nie wie jeszcze o transformacji Idy, więc nie musi się wzdrygać na każdy dźwięk otwieranych drzwi.


Staszka wręcza Laurze prezent ślubny – kłódkę dla zakochanych kupioną w Weronie.
– Byłaś w Weronie?! – z zachwytem zakrzyknęła Babi.
– Tego lata.
– Zawsze chciałam tam pojechać – wyznała babcia.
– Nie wspominałaś mi o tym, Milu – zdziwił się dziadek.
– Nie wspominałam też, że chciałabym zobaczyć dżunglę amazońską – powiedziała babcia z przekąsem.
– Aha.
– I Tokio oraz Jokohamę.
– Aha.
Wszyscy się śmiali.
Ktoś się zaśmiał?
I dlaczego?


Czy w którymkolwiek tomie po Idzie sierpniowej chociaż raz Mila wtrącała swoje trzy grosze i nie jest to robione „karcąco”, „cierpko”, „z przekąsem”? Kreskę opieprza za to, że przyszła do Gabrysi się wypłakać (Opium w rosole); na tulącą się do niej mała Pyzę burczy [rzekomo żeby nie okazać jej zbytniego roztkliwienia, no ba, bo przecież dziecko mogłoby tę słabość wykorzystać przeciwko niej (Noelka)]; Patrycji histeryzującej z powodu oblanej matury w pierwszej kolejności mówi, że wcale jej to nie zdziwiło (Pulpecja); do tego wszystkiego słynna rozmowa o nieplanowanej ciąży... (Język Trolli)


W pudełku była okazała, ciężka, złocista kłódka z napisem „Verona - Amore Mio”. Wygrawerowano na niej dwa gołąbki, niosące w dzióbkach serce, i kobiety zaraz zaczęły się nimi zachwycać, że takie słodkie.
Baby, ach, te baby...


– O, dziękuję, o, o, a jakie śliczne trzy kluczyki! – zauważyła też uprzejmie Laura, poddając prezent oględzinom, a w tejże chwili coś nagle spadło z głośnym brzękiem na posadzkę – to Magdusia strąciła spodeczek, a ten się stłukł w drobny mak.
Czy kiedykolwiek słysząc imię osoby, w której się skrycie kochaliście albo słysząc o czymś, co wam przypomina nieszczęśliwą miłość, upuściliście coś i narobiliście hałasu? Czy widzieliście kogokolwiek zachowującego się tak w prawdziwym życiu? Nie w filmie, nie w książce, tylko w rzeczywistości. Ten motyw jest taki oklepany...


Józek dowiaduje się, że – któż by mógł przypuszczać – Staszka znalazła sobie w tej Irlandii chłopaka. Chłopaka mniej więcej w jej wieku, a nie pięć lat młodszego. No, szok po prostu. Szykują się więc w dalszej części rozwlekłe cierpienia młodego Wertera.
NO JAK ONA MOGŁA, NIEWIERNA!!!


Magda oznajmia, że idzie dalej odrabiać pańszczyznę we włościach należących teraz prawnie do jej matki, naturalnie do pomocy podrywa się Ignacy Grzegorz, wciąż pozostający pod wielkim wrażeniem zaokrąglonej Magdusi.


– Poniekąd świta mi zbliżony imperatyw moralny – oznajmiła rześko Łusia i jasno zadeklarowała chęć pójścia z nimi...
Autorko, załapaliśmy. Łusia jest przemądrzała i irytująca. Obiecujemy, że będziemy o tym pamiętać, czy możesz już zabrać ją z dalszych stron, uczynić ją niewidzialną, tak jak Grzegorza Strybę i Marka Pałysa, a powrócić do niej w następnym tomie, kiedy już trochę wyrobi się jej charakter?


...Mogło to mieć pewien związek z faktem, że kazano jej aż do wieczora pilnować Ziutka, a ona wciąż jeszcze nie mogła z nim znaleźć wspólnego języka.
Zaraz, zaraz. Ida jest lekarzem. Marek jest lekarzem. Pracują całymi dniami. Mieszkają w klitce z ograniczonym dostępem światła słonecznego. Samochody, jak dalej będzie wspomniane, kupują używane. Dzieci żywią się głównie u dziadków. Gdzie przepadają zarobki Pałysów, skoro nie stać ich na skorzystanie z fachowej pomocy i opieką nad dwulatkiem obarczają dwunastolatkę?
No co Ty. Dziecku trzeba przydzielać obowiązki, to raz, a dwa - zatrudnić obcą osobę jako opiekunkę? A pfuj, przecież tylko wyrodne matki tak robią!


Żwawo oddała braciszka pod opiekę dziadka (ci dwaj wprost za sobą przepadali), poprosiła babcię, by co jakiś czas sprawdzała, czy starszy z dwóch panów nie uciął sobie drzemki
Dwunastolatkę albo staruszka, którego również trzeba pilnować. Nie jest to na pewno kopiowanie wzorców, ponieważ Mila Borejko różne dorywcze prace wykonywała w domu i wszystkie córki miała na oku. Nie jest to też wpływ znajomych, Ida nie pracuje z kobietami, które mają gromadkę dzieci i zostawiają je samym sobie, tylko z takimi, przed którymi musiała się tłumaczyć z zajścia w ciążę po raz trzeci.
I tak dobrze, że Ziutkowi już chyba przeszło wieczne ulewanie, z którym jeszcze rok wcześniej musiała się zmagać mała Łusia. Aż dziw, że nie czuje do braciszka antypatii podobnej do tej, jaką żywi Józek do niewystarczająco męskiego kuzyna.


Magda pakuje książki, Łusia się wymądrza, Ignaś sie płoni. Powiało nudą, dlatego autorka wyciąga as z rękawa – wstrząsającą karykaturę odwiedzającej mieszkanie Dmuchawca Aurelii.
A może to zjawa, która kompresując się i przeciskając powoli, wychynęła z odkurzanej książki, tak jak dżin z pocieranej lampy?
[Aurelia Bitner (de domo Jedwabińska) - po raz pierwszy pojawia się w “Opium w rosole” jako wygadana i rezolutna sześciolatka, potem w “Dziecku piątku” jako nastolatka w żałobie po śmierci matki - też całkiem ogarnięta, sympatyczna i wiedząca, czego chce. Niestety, wraz z dorosłością i zamęściem zmienia się w smętną, bladą firanę, porozumiewającą się dziwnym szeptem i przepraszającą, że żyje.
Hmmm, teraz mi przyszło do głowy - a może to efekt toksycznego związku?!]


–O, proszę, to jest ta książka! – powiedziała Magda, podchodząc do niej z paczką w dłoni, tak blisko, że kiedy pani Bitner szybko się ku niej odwróciła od okna, nie zdołała ukryć łez.
– Przepraszam – szepnęła i szybko je otarła.
Za co? Czy w świecie Borejków nie wolno uronić łzy?
Kiedy w podobny sposób żegnaliśmy kochaną osobę z naszej rodziny, uznaliśmy wręcz, że dobrze, że sobie możemy razem popłakać. Ale my się nie nazywamy Borejko, choć troszkę podobnie ;)


– Wszyscy go żałują – odezwał się współczująco Ignaś, a Magda bez słowa podała jej opakowany prezent.
– Wszyscy, prawda? – ożywiła się pani Aurelia. – Wszyscy czują, kogo utracili.
Dobrze, że twoja matka zdążyła umrzeć, bo by ci zburzyła koncepcję.


[copyright: Porcelina w potoku]


Tym razem Aurelia odczytuje wiersz i mamy pogadankę o poezji – ciach!
Ech, ta poezja, nachalnie każdym porem wciskana... Pani MM przydałaby się powtórka z Gombrowicza i “jak zachwyca, skoro nie zachwyca?”


Magda i Ignaś zastanawiają się, co zrobić ze starymi albumami.
– Co właściwie można zobaczyć na obrazach Moneta, kiedy są bez barw?
– Faktycznie, dzisiaj już nikt nawet nie spojrzy na coś takiego. Co z tym zrobimy?
– Nie mam pomysłu. Przecież nie wyrzucimy książek.
Książek się nie wyrzuca. W skupie makulatury przyjmują wyłącznie gazety i rolki po papierze toaletowym. Aaa, pardon, z czego ja się naśmiewam, toż tych książek dotykał święty profesor!
Stare albumy będą jak znalazł, żeby sadzać na nich półtoraroczne dzieci, jak to w poprzednich tomach bywało. Albo robić z nich ogrodzenie dla ośmiomiesięczniaka, żeby nie spadł z tapczanu (tak tak, dobrze czytacie). Przecież kolejne dzieci to kwestia czasu.


– Nie wyrzucaj! Ja je wezmę! – zawołała ochoczo Łusia. – Wielkie rzeczy, że bez kolorów, tam na pewno mnóstwo ciekawych rzeczy napisano.
I znów ten jakże naturalny język młodych bohaterów...


– Po niemiecku albo francusku.
– Bez trudu można się nauczyć – powiedziała z uporem Łusia. – Angielski w dużym stopniu już opanowałam, poniekąd lekko poszło.
Z dojmującym uczuciem zawodu konstatuję, iż prośba ma poniekąd nie została przez autorkę wysłuchana.



Czas na kolejnego bohatera starej Jeżycjady, który był postacią pozytywną, więc teraz trzeba nam go obrzydzić. Oto i Jerzy Hajduk.
– Prawdziwy inteligent dawnego kroju – dorzucił dyrektor i westchnął po raz kolejny. – Pozbyli się go w końcu ze szkoły. Zawsze to robią. – Spochmurniał i zapadł w mroczną zadumę.
Tak. W większości przypadków to się nazywa “emerytura”.


Wreszcie pokiwał głową i rozpiął płaszcz, poluzował szalik. Spojrzał znów na Magdę.
– Przez cały czas, na wszelkie sposoby, bez manifestacji, bez wielkich słów, niczego nie chcąc dla siebie... – mówił dalej, nawet nie kończąc zdania. - Tylko równomierna praca od podstaw... a ilu on ludzi wychował! I jak!
Uhm. Przypomnijmy, że do metod wychowawczych świetlanego pedagoga należało robienie anonimowych ankiet, które następnie omawiane były na forum klasy - z cytowaniem odpowiedzi i wskazywaniem ich autorów (rozpoznanych po różnych podanych szczegółach) oraz wrabianie pierwszej z brzegu osoby w korepetycje dla leniwej koleżanki i obarczanie jej odpowiedzialnością za stopnie tejże (“Szósta klepka”).


Magda nadal milczała, nie spuszczając z niego pytającego wzroku.
– I żadnych orderów, zaszczytów, stanowisk – ciągnął dyrektor cichym, znużonym głosem. – Cały majątek – książki! A jednak był bogatszy niż niejeden milioner. Bo...
Koniec wypowiedzi. Wnioskuję z tego strumienia świadomości, że pierwowzorem dla postaci Dmuchawca był Jan Paweł II.
Dmuchawiec był alter ego Jana Pawła.
Kim jest ten facet ubrany na biało obok profesora Dmuchawca?
... też ubranego na biało, ale w znacznie bielszą biel!


Spojrzał raz jeszcze na kupkę swoich „Tygrysów”, odlepił od nich żółtą karteczkę, zapisaną drobnymi, zielonymi literkami, po czym, mrucząc coś o okularach, zbliżył ją do oczu:
– Dopiero teraz mogę Ci to oddać. Jurku, bądź dla nich bardziej wyrozumiały – przeczytał na głos.
Spojrzał na Magdę, która płonęła z ciekawości...
W ogóle mi się ta ciekawość bohaterów co do zostawionych przez Dmuchawca liścików nie udziela.
...ale nie śmiała zadać pytania.
– Bardziej wyrozumiały dla uczniów – wyjaśnił.
Mógł zostawić podobną wiadomość dla Natalii.


Oto i nadchodzą cierpienia młodego Józefa.
Józef Pałys wyszedł z domu, bo nie mógł już wytrzymać ani sekundy pod dachem. Nie potrafił znaleźć sobie właściwie żadnego zajęcia, które by odwróciło jego myśli od Staszki, od związanego z nią wrażenia straty nieodwołalnej, pomieszanego z bolesną czułością, a także od coraz silniejszego, rosnącego z minuty na minutę, poczucia smutku i zawodu. Otóż – bardzo nie lubił tak się czuć...
Nie, poważnie?


... i musiał coś z tym zrobić.
O, to świetnie.


Co zrobi Józef? Uda się na męską (jakżeby inaczej) rozmowę z ojcem, który wyjaśni mu wreszcie, że taka młodzieńcza miłość po grób wkrótce mu przejdzie i nie trzeba sądzić, że życie już dla niego skończone? Skoncentruje się na sporcie, skoro sprawy uczuciowe są już dla niego martwe? Nie, Józef wpakuje się w ciąg wydarzeń, które zakończy kolejna żenująca scena z udziałem Idy.


(...) skręcił obok kościoła Dominikanów i poszedł do Dziuby.
Dziuba mieszkał nieopodal, przy ulicy Kościuszki, w dobrze zachowanej zabudowie z lat pięćdziesiątych.(...) chodniki wokół wysypano porządnie piaskiem. Nawet nie można było się poślizgać na pociechę.
Widzisz, zadbano o to, żebyś miał sobie na co ponarzekać.


Dziuba częstuje Józka „Choco” – wyrobem z czekolady zwanym raz kremem, raz płynem, w każdym razie z dodatkiem alkoholu.
Józef się zasępił i, pogrążony w myślach, machinalnie dolał sobie jeszcze płynu „Choco”, opróżniając napoczęty słoik.
– Baby! – rzekł gorzko, generalizując bez wahania. – Nie lubię ich.
O ile dobrze rozumuję, dawniej Józek zdawał sobie sprawę, że nie wszystkie kobiety są takie same. Jest fajna ciotka Gabriela i cudowna Staszka, a reszta bab jest głupia. Staszka jednak złamała jego twarde męskie serce nieskore do wzruszeń, dlatego teraz Józef generalizuje i nie lubi już wszystkich bab.
Ojej, ojej, Józin poszedł zalewać robaka! Czekoladowym kremem! Trzymajcie mnie, bo zaraz pęknę ze śmiechu...


Ida wraca z pracy. Drżyj, Magdusiu.
Okna w kuchni rodziców były już ciemne, za to w suterenie paliło się jasne światło, więc Ida skierowała się od razu do domu, zakładając, że Łusia i Ziutek dostali już kolację u dziadków i że teraz jest z nimi Józef, który kładzie braciszka spać.
Nie żeby go o to wyraźnie poprosiła. Po prostu założyła, że taki jest jego obowiązek.
Jak również, że obowiązkiem dziadków jest nakarmić wnuki.


Lecz myliła się. Pierworodnego nie było...
A tu zaskoczenie, najstarszy syn ma najwyraźniej własne życie i gdzieś sobie wyszedł.
Nastolatek? Jeszcze się zgubi w tym wielkim, groźnym mieście!


...choć z łazienki dobiegały pluski i kwiki.
Na łazienkowym taborecie panoszyła się, ni z gruszki, ni z pietruszki, pulchna panna McDusia...
Ida ma anoreksję. Tylko tak mogę wytłumaczyć tę jej chorobliwą niechęć do ludzi z nadwagą. A, nie, przecież połykała pierogi w całości. No to bo ja wiem, może bulianoreksja?


...która za pomocą dużej gąbki szorowała szczęśliwemu Ziutkowi plecki.
Dodam, że towarzyszy im Łusia. Magda, która ma prawo Idy nie znosić, dobrowolnie przejmuje jej obowiązki względem małego dziecka i znosi towarzystwo irytującej przemądrzałej smarkuli. Sama Ida stwierdza, że kąpane dziecko jest szczęśliwe. Czy czuje wdzięczność dla Magdy?


Łazienka była kompletnie zalana, a piękny puszysty ręcznik kąpielowy w ulubionym przez Idę kolorze mandarynki...
Jakim? Ida, może pomożesz mi podpisać to zdjęcie?
...leżał stratowany w kałuży pod stopami Magdusi.
(...)
Malutka, jasna kuchnia, zwykle tak perfekcyjnie czysta, teraz była pełna brudnych naczyń, które stały nie tylko na blacie stolika, ale i na krzesłach, na lodówce, a nawet na podłodze.
Blat zasypano okruchami oraz wysmarowano keczupem. Najwyraźniej ani Łusia, ani Józinek nie uznali za stosowne posprzątać po sobie. Jeżeli zaś sprawczynią bałaganu była też Miss McDonaldusia...
Już wiem! Ida od zewnątrz zobaczyła przez szybę McDonalda, jak jej mąż karmi frytkami kochankę! Dlatego nienawidzi Magdy jedzącej frytki, bo jej obecność stale przypomina Idzie to upokorzenie.
Hm, ilu naczyń i sprzętów potrzeba do przyrządzenia kilku porcji frytek? Garnek na obierane ziemniaki, deska do ich pokrojenia i patelnia do usmażenia. Oraz talerze. Skąd więc to pobojowisko? A może Idzie w oczach się troi?


...na co wskazywałaby spoczywająca na posadzce patelnia z zakrzepłymi resztkami oleju (e? chyba się autorce ze smalcem pomyliło, przecież olej nie krzepnie w temperaturze pokojowej) oraz pokrajanych ziemniaków - aaa! - to tym samym pannica wystawiła sobie jak najgorsze świadectwo! Jeśli zaś dała Ziutkowi na kolację to tłuste paskudztwo, to należałoby się jej niezłe manto.
Nie tylko wykąpała jej dziecko. Zrobiła mu też kolację. I to nie jakieś szybkie kanapki. Obrała ziemniaki, pokroiła je i usmażyła. Wniosek Idy: Magdę należy porządnie sprać.
A swoją drogą, czy Ida myśli o wyciągnięciu konsekwencji wobec własnych dzieci, gdyby się okazało, że to one narobiły bałaganu, czy tylko o ukaraniu obcej dziewczyny?


W całej książce nie pojawi się jakikolwiek komentarz co do karygodnego zachowania Idy względem Magdy. Gdzie się podziały te rozważania na temat zasadności stosowania przemocy z Brulionu Bebe B. i Dziecka piątku? Albo zrozumienie i naprawianie błędów wychowawczych z Opium w rosole? Przy czym Ewa Jedwabińska była jak dla mnie lepszą matką od nowej wersji Idy, bo zależało jej na córce, tylko nie umiała tego okazać; Ida natomiast zdaje się w ogóle dziećmi nie interesować. To znaczy dopóki w łazience jej nie nachlapią i sterylnej czystości kuchni nie naruszą.


Druga kwestia: idusiowa mania zdrowego odżywiana. Mania ta została wymyślona dopiero w tym tomie. Prześledźmy więc, co napisano w tej części o posiłkach jej dzieci.
1. Kolacja u Borejków. Józinek je „solidny kawał kiełbasy swojskiej podsuszanej” z wielką ilością musztardy. Zajmuje się też „taśmową produkcją swoich minikanapek”. Sformułowanie kojarzy się z jedzeniem niewielkiej, lekkostrawnej porcji, nieprawdaż? Jednym z dźwięków towarzyszących przygotowaniu tej kolacji było skwierczenie. Hmm, czyżby ktoś coś smażył?
2. Śniadanie u Borejków. Łusia je bułkę z masłem. Ja się tak żywiłam na pierwszym roku studiów, jak nie miałam jeszcze stypendium za średnią.
3. Obiad u Borejków. Wszyscy (poza wegetarianami) jedzą rosół z domowym makaronem i pierogi z mięsem. Czy makaron i pierogi były z mąki pełnoziarnistej? Nie sądzę. Brak informacji co do tego, czy pierogi były świeżo ugotowane w wodzie, świeżo ugotowane na parze, podgrzewane w mikrofalówce, czy też – o zgrozo – podsmażone.


Czy ktoś tu widzi jakikolwiek ślad dbania o prawidłową dietę dzieci Idy?


Kwestia trzecia: jeśli dietoterrorystka nienawidzi wszystkiego, co smażone, po co jej w ogóle w kuchni patelnia?
I co właściwie ma w lodówce?


Ida była jednak zbyt zmęczona i głodna, by się jeszcze wdawać w potyczki z obsesyjną miłośniczką smażeniny.
Obsesję to ma raczej Ida. Ta jej niechęć do Magdy, która miała czelność kiedyś pójść do McDonalda z Żeromskimi, raz u Borejków jeść chipsy, raz uczestniczyć w ich obiedzie i teraz usmażyć dziecku Idy ziemniaki na kolację, naprawdę przedstawia się niepokojąco.


Kiedy była już po herbacie, a w trakcie zmywania...
Wścieka się, że dzieci nie mają nawyku sprzątania po sobie, po czym za nie sprząta...
A potem będzie patrzyła z wyrzutem, wzdychała ciężko i rzucała w przestrzeń uwagi o niewdzięcznikach, co się nie poczuwają do żadnych obowiązków, gdy matka się zaharowuje.


...wciąż głodna jak wilk i dlatego zła jak osa, usłyszała, że Ziutek zakończył swe gwałtowne ablucje i obecnie niesiony jest triumfalnie do łóżeczka przez dwie wariatki z głupawką.
Już mi się nawet komentować nie chce.
Ok, ja rozumiem, że Ida ma wszystko wszystkim za złe, bo jest zmęczona, głodna i zmarznięta. Ludzka rzecz. Ale gdyby po tych okropnych scenach w jej wykonaniu nastąpiło choć pół minuty refleksji...


Jednocześnie trzasnęły drzwi wejściowe i dało się słyszeć mokre człapanie, a po dłuższej chwili w drzwiach kuchni wyrosła sylwetka syna pierworodnego.
Ida, z rękami zanurzonymi po łokcie w zlewie, rzuciła mu ostre spojrzenie.
Czerwony na twarzy, z niedużą zaspą na głowie, Józef stał nieruchomo w zaśnieżonych butach i kurtce. Wokół niego kształtowała się z wolna mała kałuża, w miarę jak wszystko na nim tajało w cieple rodzinnego gniazda.
O tym cieple rodzinnego gniazda to, jak rozumiem, taki sarkazm.


– Jak ty wyglądasz?! – zadała Ida jedno z najgłupszych pytań świata.
Cóż, prawie wszystko, co w tej książce mówi Ida, jest głupie.


– N–nie wiem – odrzekł logicznie Józinek.– Czy ja m–mam oczy na ś–cianie, kob–bieto?
Nazywanie wstawionego nastolatka zdrobniale Józinkiem jest poniekąd zabawne.


– Jak ty do mnie mówisz?! – zdumiała się ona. – I dlaczego mówisz tak dziwnie?
Ach, ta rozbrajająca naiwność rodziców, którzy nie dopuszczają do siebie logicznego wniosku, że nastoletnie dziecko się upiło...


– Gdyb-bym miał oczy na ś–cianie... – kontynuował Józef, zataczając zamglonymi źrenicami – ...widziałbym l–lodówkę od tyłu... – nagle wizja ta rozbawiła go tak bardzo, że wybuchnął spowolnionym śmiechem i z tego wysiłku omal nie obsunął się po futrynie w dół.
– Na Jowisza! – zawołała jego matka z przerażeniem. – Józinku, co tobie?
– Kręci mi się... – usłyszała niewyraźne wyznanie. – Tam było du–użo... tego, no... alkoho–holu.
– Upiłeś się!?! – krzyknęła przeraźliwie Ida. – Prostaku!!!
– Ćśś! – skrzywił się z niesmakiem pierworodny i dodał: – Ja się nie u–upiłem – nie drzyj się t–tak.
– Co?! – Ida nie zdzierżyła. W porywie ognistej furii złapała pierwszy lepszy przedmiot (słoik z musztardą sarepską) i cisnęła nim w nędznego osobnika, którego – o święta naiwności! – uważała dotychczas za kochanego, dobrego, godnego szacunku chłopca bez skazy.
Tak, wysoki sądzie, to prawda, że rzuciłam w syna słoikiem, szkło rozbiło się na jego twarzy i odłamek pozbawił go oka. To prawda, że całymi dniami pracuję, mąż jest tylko na papierze, a dwuletnim synkiem zajmuje się dwunastoletnia córka, ewentualnie jakaś nastoletnia spasiona dziewucha, jeśli się przypałęta. Potem daję jej lanie, bo mi dziecko chce frytkami upaść. Nienawidzę tłuściochów! Tak, to prawda, że nie reagowałam na skłonności mojego najstarszego syna do agresji, tylko ślepa na wszystkie objawy uważałam go za kochanego, dobrego, godnego szacunku chłopca bez skazy. Ale rodzina dysfunkcyjna? Wypraszam sobie! Ja się nazywam z domu Borejko, mieszkam w kamienicy, nie oglądam telewizji, czytam poezję i cytuję klasyków po łacinie!
Nawiasem mówiąc, historia z musztardą sarepską oparta jest na autentycznej sytuacji z domu autorki, a opowieść o tym słyszałam na własne osobiste uszy na spotkaniu autorskim w dniu 23 kwietnia 2008.


A tak na poważnie: czytając ten dialog, byłam przekonana, że Ida widząc dziwne zachowanie i wygląd syna od razu do niego podbiegła, przyłożyła mu ręce do zaczerwienionych policzków, do czoła, sprawdzając, czy nie ma gorączki, chwyciła go za ramiona i potrząsnęła (lekko! nie jak szczurem!), cokolwiek. Wydaje mi się to naturalne. Tymczasem ona tym słoikiem ciska z odległości...


Słoik świsnął w powietrzu koło głowy Józefa i roztrzaskał się na ścianie tuż obok.
Szkło się posypało, musztarda bryznęła po wszystkim, lecz pierworodny ani drgnął. Patrzył z ciepłym uśmiechem na swe buty.
a) Jednak był mocno nawalony.
b) Takie niezrównoważone zachowanie matki było codziennością.


– Aa! Aaaa! – zakrzyknęła Ida, przerażona swoim szalonym, morderczym uczynkiem...
Jest jeszcze dla niej nadzieja!


...i przez to jeszcze bardziej wściekła.
Albo i nie...


– Za mną! – przyskoczyła do syna...
Dopiero teraz. Nie po tym, jak wyglądał na chorego, nie po tym, jak ciśnięte przez nią w jego kierunku szkło rozprysnęło się tuż obok niego. Oj tam, oj tam, nie takie rzeczy pewnie na praktykach w szpitalu widziała, można się uodpornić i zobojętnieć.


...złapała go za węzeł szalika i – niewinnie uśmiechniętego, potulnego jak baranek – powlokła za sobą do łazienki, gdzie bez namysłu wepchnęła go do kabiny. Usiadł bezwładnie, z rozmachem, a ona, uruchomiwszy prysznic, z nagła skierowała na jego głowę strumień zimnej wody.
– Mama!!! – wrzasnął zszokowany Józef, łapiąc dech i usiłując się podnieść, ale twarda ręka rodzicielki przygniotła go znów do pozycji siedzącej.
– Siedź! Siedź, aż wytrzeźwiejesz! – komenderowała Ida, zimnym prysznicem uparcie doprowadzając syna do formy...
Nie lubię piwa i rodzice nie mieli ze mną podobnych problemów. Nie mam też własnych dzieci. Zacytuję więc lepiej zorientowanych: klik


No, czyli wszyscy się zgadzamy, zachowanie niewłaściwe, nikt z nas się podobnie nie zachowa, świetnie. Otóż nie do końca. Na cytowanym forum wypowiadają się jednak wyselekcjonowani czytelnicy, ci, którzy umieją spojrzeć na lekturę krytycznie. Nie wiemy natomiast, ile młodych dziewczyn, którym mamy podsuną książkę od tej wspaniałej, polecanej młodzieży autorki, przyjmie to bezrefleksyjnie. W przyszłości twoje dziecko zacznie bełkotać – nie pytaj, co się stało, po prostu rzuć w nie szklanym przedmiotem, chwyć za owijający szyję szalik, zawlecz pod prysznic, chluśnij zimną wodą i trzymaj mocno. W końcu tak zachowuje się kobieta wychowana w kochającej, mądrej rodzinie, kobieta z wyższym wykształceniem, doktor medycyny. I nikt tego nie krytykuje.


Widziałam już na kilku stronach internetowych wypowiedzi czytelników tłumaczących innym, że oburzenie na zachowanie Idy w stosunku do Magdy jest przesadzone i wynika raczej z uprzedzenia do autorki. Przecież nic takiego strasznego Ida Magdzie nie powiedziała, jeśli Magdzie było przykro, to znaczy, że jest przewrażliwiona. Przecież wie, że Ida nic złego nie miała na myśli, w końcu jest koleżanką jej matki. Poza tym Idzie jako lekarzowi wolno krytykować nieidealną sylwetkę gościa. I tak dalej. Boję się, że niedługo przeczytam „dajcie spokój, przecież rzucanie w ludzi szklanymi przedmiotami to nic takiego”...
Mój Boże, nic takiego nie powiedziała. Mnie teraz, dorosłą babę, zalewa fala zażenowania, kiedy wyobrażę sobie siebie jako szesnastolatkę w analogicznej sytuacji. A mając te lat szesnaście chyba bym umarła z upokorzenia: ktoś robi przytyki do mojej tuszy w obecności dwóch chłopaków, z których w dodatku jeden mi się podoba!


...a tymczasem do łazienki zajrzały dwie przerażone twarze.
– Mamusiu! – wołała Łusia z rozpaczą. – Co mu robisz!? – zaś przytomna Magda czym prędzej zakręciła kran, mamrocząc coś o przemocy domowej.
Szkoda, że równie przytomnie nie patrzy na zachowanie Józefa w stosunku do niej.


Ida wybucha płaczem, Józef ją pociesza, tłumaczy, że upił się niechcący, jedząc krem czekoladowy z alkoholem.
Nastolatki całego świata wyją ze śmiechu. Postać Józefa Pe jest tak nieskazitelna i nieskalana, że autorka upiła go domowej roboty kremem czekoladowym z dodatkiem alkoholu. Proszę pani, to jest więcej niż śmieszne, to jest po prostu idiotyczne. Już widzę, jak czymś takim może się narąbać duży, krzepki piętnastolatek. Naprawdę tak trudno było napisać o drinku z sokiem pomarańczowym, którym Dziuba poczęstował Józka, a ten, niewprawiony, nie zorientował się, że tej wódki tam jest za dużo? Aureolka Pałysa by się stłukła?
Poza tym, moim skromnym zdaniem od takiego kremu zemdliłoby go na długo, zanim zdążyłby się nim upić.
No właśnie!
A w ogóle, czy autorka naprawdę sądziła, że nikt nie zauważy, jak zrzyna z “Ani z Zielonego Wzgórza”?


– Tak mi wstyd!... O mało cię nie zabiłam musztardą! – łkała rozpaczliwie Ida. – Przepraszam!...
– Nie ma za co – rzekł Józef rycersko.
Jest za co!!!


A ponieważ było z nią coraz gorzej i nawet dostała nerwowej czkawki, zaprowadził ją do sypialni i zapakował pod kołdrę (…) żadna reakcja matki nie mogła go zaskoczyć. Wszystko z nią było możliwe. Była spontaniczna. Bardzo, bardzo spontaniczna.
To bardzo, bardzo duży eufemizm w opisie kobiety ciskającej szkłem w twarze swoich dzieci.
Hm. W opisanej powyżej sytuacji ja się poważnie zastanawiam, kto właściwie w tym domu pije...


Józef robi mamie herbatę z miodem i cytryną...
Ale ona już spała. Wyczerpana głodem, zimnem, wędrówką przez śniegi, szokiem nerwowym, sceną dramatyczną oraz potężnym płaczem
Najwyraźniej dietetyczna obsesja Idy objawiała się całkiem dosłownie pustą lodówką, skoro umierając z głodu nie zrobiła sobie nawet najskromniejszej kanapki, zanim zabrała się za mycie garów! A może dzieci pożarły wszystko, co było w domu, nie zważając na to, że matka wróci głodna z pracy? No to ładnie je wychowała...


Abstrahując od fruwającego szkła i prysznica, doskonale rozumiem fragmenty opisujące narastającą irytację Idy w związku z zastanym bałaganem, brudem i hałasem.
Jakbym czytała o moich powrotach do mieszkania dzielonego ze współlokatorami, którzy wykańczają mnie nerwowo. Pytanie, co tak skołatało nerwy Idy. Mam wrażenie, że jej małżeństwo przechodzi kryzys. Przecież Marek Pałys jest jak na razie praktycznie nieobecny! Dzieci jedzą u Borejków śniadanie – ojca brak. Razem z Idą jedzą u nich obiad – o ojcu ani słowa. Są tam na kolacji – znowu bez Marka.


Chętnie poczytałabym w następnym tomie o tym właśnie problemie. A nie o nastolatce, która cierpi, bo chłopak przez chwilę na nią nie patrzył.


W czasie gdy głęboki sen koi nerwy Idy...
W tej sytuacji Józef dokończył po mamie zmywanie. Do wycierania naczyń zasadził siostrę. A Magdzie, która z własnej woli zeznała, że to jej się przypaliły te frytki, polecił, by starannie odskrobała patelnię.
Z własnej woli zeznała. Doceńmy to. Potrzeba niemałej odwagi cywilnej, by przyznać, że się obcemu dziecku przygotowało kolację, skoro rodzice je zaniedbują.
Na dodatek robi dobry uczynek - skrobie patelnię, zamiast ją najpierw wymoczyć, zaraz więc patelnia będzie się nadawała na śmietnik i nikt już w mieszkaniu Idy nie przeprowadzi sabotażu karmiąc Ziutka smażeniną.


Kiedy wszedł do tchnącej ładem kuchni, by wreszcie coś zjeść, wciąż niestety tkwiła tam, w pozie zasiedziałej domowniczki, ta cała uwodzicielska Magda i, łypiąc głupio oczami, raczyła się herbatką żurawinową. Zdziwił się na ten widok. Myślał, że już dawno sobie poszła.
Może czeka na zwykłe „dziękuję”?


Dziewczyna robi za baby-sitterkę z własnej woli, nieodpłatnie. Matka dziecka, którym się Magda zajęła, nigdy nie powiedziała jej miłego słowa, wręcz stale ją obraża. Kiedy wparowała do domu i o wszystko miała wąty, Magda nie uciekła pospiesznie, tłumacząc „no to już sobie pani z nim sama poradzi”, tylko dalej zajmowała się Ziutkiem, któremu jej obecność sprawiała wyraźną przyjemność. Nie wzięła też nóg za pas, kiedy w Józka rzucano słoikiem i upokarzano pod prysznicem. Przeciwnie, to ona przerwała tę patologiczną scenę. Wypadałoby chyba jej podziękować. I nie zaszkodziłoby poczęstować herbatą. Człowiek piętnastoletni, o normalnie rozwiniętej empatii, powiedziałby też coś w stylu „Przykro mi, że musiałaś być świadkiem takich scen. Nie bój się, zwykle moja mama tak się nie zachowuje.” Bellojózek musi jednak oczywiście ponarzekać, że ona jeszcze sobie nie poszła. Pewnie, ależ te baby nieznośne!
Siedzi i siedzi, pewnie ma jakieś złe zamiary, całować będzie, kryj się, kto może!


Trudno. Nic nie powiedział, zaparzył sobie mocną, czarną herbatę i siadł za stołem, strudzony jak fornal po młócce. Ukroił sobie powoli pajdę chleba i kawał żółtego sera,
A! Więc jednak nie zeżarli wszystkiego! No to Ida wzięła się za to zmywanie na głodniaka chyba tylko z czystego cierpiętnictwa. Kogo jak kogo, ale jej o to nie podejrzewałam.


ugryzł, zreflektował się i gościnnie podsunął Magdzie oba produkty oraz scyzoryk.
No, chociaż tyle.


O, dziwo, podziękowała. Może ser nie był wystarczająco tłusty jak na jej gust.
Litości... Mam nową koncepcję: na zaburzenia odżywiana cierpi autorka. Dlatego tę nienormalną niechęć do osób przy kości przelewa w kolejnych bohaterów.


Józef jadł więc sam, w milczeniu, zbyt zmęczony, by czuć zakłopotanie pod jej uporczywym, pytającym spojrzeniem. A niech sobie spogląda. Byle nie gadała.
Ludzki pan.


Magda próbuje zagaić rozmowę i opowiada o Patryku.
– Ale po co mi to mówisz? – zapytał po prostu.
– Jak to – po co?
– W jakim celu – wyjaśnił.
– Aaa... bo... – powiedziała Magda i utknęła. Oczy spuściła, zaczerwieniła się i pospieszyła z objaśnieniem: – Bo chciałabym ci wytłumaczyć, dlaczego zachowałam się tak, no wiesz... A teraz mi głupio.
Piętnastolatek z normalnym rozwojem emocjonalnym odpowiedziałby teraz „mnie też jest głupio, okropnie cię wtedy potraktowałem, przepraszam”.


– Dobra, dobra – przerwał jej szybko, w obawie, że rozwinie szerzej ten temat i że będzie jej jeszcze bardziej głupio, i że zaraz potem znów będzie gadać o tym, jak to jest jej coraz bardziej głupio. – Nie ma sprawy.
Właśnie, niech jak najszybciej skończą ten temat, jeszcze by od słowa do słowa wyszło na jaw, że to przez niego jest jej głupio... Bo jej winą było to, że źle ulokowała uczucia i delikatnie cmoknęła go w usta (i mówię to jako osoba bardzo wrażliwa na przekraczanie strefy osobistej, źle się czująca w zatłoczonym przedziale albo w kolejce). On natomiast potrząsnął nią, groził przez zaciśnięte zęby i zasugerował, że się nie szanuje.


Scena „potrząsania jak szczurem” miała miejsce dwa dni wcześniej. Od dwóch dni Magdzie nie daje spokoju to, jak okropnie się wtedy poczuła i nadal czuje. Żeby to sobie wreszcie wyjaśnić, czeka na niego, zajmuje się pozostawionym samemu sobie bratem Józka, znosi histerie jego matki. Musiało jej to naprawdę mocno doskwierać.
– Czasem mnie taka złość ogarnia na was, chłopaków...
– Dobra, powiedziałem!
Rozdrapujemy twoje przewinienia w tym konflikcie, to ty masz mnie przepraszać!


– Bo ja myślałam, że jesteś taki sam jak wszyscy.
A okazałeś się być wyrośnięty fizycznie, za to niedojrzały emocjonalnie i społecznie.


– Nie jestem. Nikt nie jest.
– Proszę?...
– Każdy jest inny.
– Teraz już wiem, że TY jesteś inny. Więc, no po prostu, przepraszam i głupio mi – wykrztusiła Magda. – Bardzo, bardzo mi głupio.
To kolejna scena w książce, która nie tylko jest bezsensowna i irytująca, ale też mnie przeraża. Przepraszam, że ci się nadstawiłam akurat wtedy, kiedy miałeś ochotę mi wygrażać... To wszystko moja wina... Bardzo, bardzo przepraszam...


– No, już – stęknął Józef Pałys, któremu się mdło robiło od tej podwójnie głupiej konwersacji.
To było takie męczące – z jednej strony wszelkie prawa logiki, życiowe doświadczenie nienastoletniej autorki, podręczniki psychologii, no, generalnie wszystko sugerowało, żeby również przeprosił za zaistniałą sytuację, z drugiej strony Imperatyw Narracyjny zmuszał go do odgrywania roli buca pozbawionego układu limbicznego...


Ale najgorsze dopiero na niego czekało. Oczy jej się nagle powiększyły i dodała w bezrozumnym zapale:
– W dodatku widziałam, jak NA NIĄ patrzyłeś... na tę Staszkę! Jak zakochany!
A! Trafiony! – ależ zabolało. No nie, pomyślał, no nie, tego to już za wiele. Flirciara, dla swoich głupich celów, przekroczyła pilnie strzeżoną granicę. Wlazła, nieproszona, z butami prosto w jego smutek. Niedopuszczalne! Nawet jedzenie przestało mu smakować z powodu oburzenia.
Oczywiście. Nie z powodu tego, że sam miał sobie sporo do zarzucenia w sytuacji, za którą ona go pokornie przeprasza.
Czekał tylko na pretekst, by móc znowu przerzucić winę na nią - i proszę, doczekał się.


Poderwał się z taboretu tak gwałtownie, że i Magda wstała.
...przestraszona, że znów rzuci się na nią z agresją.
Przez chwilę nie wiedział, jak by to najlepiej ująć. Nabrał tchu.
– Leć do domu, ale już! – burknął wrogo. – Późno się robi.
Zrobiła podkówkę, wielkie oczy, minę obrażoną, a wszystko razem okrasiła postulatem:
– Mógłbyś być trochę bardziej dżentelmenem!
– Odpada – rzekł zwięźle Józef i pozwolił, by uczucie awersji wypełzło mu na twarz.
A fe, ty tłusta babo.
“Jak się ma przed sobą taką sztukę, to trudno zachować kulturę”... :/


Musiało wypełznąć na całego, bo Magda ruszyła jak zmyta do wyjścia.
Odprowadził ją aż do drzwi, a potem je starannie za nią zamknął. Po cichu, jak dżentelmen, choć miał ochotę nimi trzasnąć.
A mógł zabić...


Inaczej by się na te sceny patrzyło, gdyby McDusia była pierwszą książką Małgorzaty Musierowicz. Jednak znamy całą serię i wiemy, że jeśli autorka chce, żebyśmy daną postać podziwiali czy potępiali, to wyraźnie nam to zasugeruje. Nie trzeba się specjalnie nagłowić, żeby wyczytać z książki, że Gaba nastoletnia (zanim została świętą męczennicą) uważała się za miłą, a tak naprawdę młodsze siostry się jej bały; że Ewa Jedwabińska sądziła, iż zapewnia córce wszystko, czego dziecko może potrzebować, a tymczasem żałowała Aurelii czułości. Tutaj natomiast nie ma żadnego komentarza (wypowiedzianego przez narratora czy któregoś bohatera) potępiającego zachowania przemocowe Józka. Pojawia się wątek rozmowy o przykrym zdarzeniu, jest nam wyraźnie pokazane, że Magda się z tym gryzie, tymczasem Józkowi też jest głupio, ale wyłącznie dlatego, że niezręczna jest dla niego rozmowa o uczuciach, a nie dlatego, że żałuje swojej niewłaściwej reakcji.
Ależ pojawia się komentarz, pojawia. Laura na przykład określa Józinka “najwierniejszym z rycerzy”, inne postaci, jak i sam narrator, też mu nie szczędzą pochlebnych opisów... Sama zaś autorka w Księdze Gości uspokoiła jedną z zaniepokojonych czytelniczek, że “to nie jest żadna przemoc”.


W następnych odcinkach czeka nas propagowanie przemocy przez Józka-Gwiazdora, aadammmowanie i sarenkowanie, maraton naciąganych wątków ślubnych, Goodbye, Lenin w Poznaniu, gumiana czasoprzestrzeń, lobotomia przeprowadzona przez Złotowiciowca, Bajki robotów ze śrubkami w oczodołach i kabelkami w mózgach, szantaż emocjonalny przy pomocy groszku pachnącego, ujarzmianie złego Mzimu, wypełnianie ramion ciężkim klopsem, a przede wszystkim wstrząsający powrót CKNUK-a – Człowieka, Który Nie Umie Kochać.


I bardzo mi przykro, moi drodzy, ale „człowiek, który nie umie kochać” to cytat dosłowny, nie jakieś tam żarty forumowiczów.


Znad miseczek z kremem Choco pozdrawiają: Melomanka odkrywająca nowe treści w książkach o Don Camillo, Kura, zagryzająca pysznym pierogiem z soczewicą i Dzidka, która nie płakała po Dmuchawcu,
a Maskotek kroi Józinka w zgrabną kostkę piłką do drewna.

57 komentarzy:

Nefariel pisze...

Jezu, jak się cieszę, że z książek pani Musierowicz czytałam tylko "Kłamczuchę". I tak porównanie tamtej sympatycznej książki z tym koszmarkiem mnie boli. Wolę nie myśleć, co by było, gdybym zdążyła polubić tak niszczonych w "McDusi" (mam teorię na temat wymowy tego dziwnego przezwiska: może mocny akcent na "mak"?) bohaterów i się z nimi zżyć...

Insomnia pisze...

Wyczekiwałam bardzo tej analizy. Zabieram się za lekturę!

Anonimowy pisze...

Czytałam całą starą Jeżycjadę(a pierwsze 5 ksiązek kupiłam w koncu,bo tak często do nich wracałam),więc to,co tu widzę nasuwa mi nieładne skojarzenia i pytania do MM.Np. o zmiany zwyrodnieniowe mózgu albo jakieś traumy(stres pourazowy podobno bardzo źle robi na skupienie i w ogóle...).
Co do obsesji na punkcie wagi/wyglądu "grubej" McDusi mam dwie uwagi- 1. Ida z tego co pamiętam była zawsze chuda (oraz pyskata, często bezczelna i mało refleksyjna) i ludzie nieco bardziej obfici byli dla niej grubi- tak więc(niestety) ten dietoterroryzm wydaje mi się konsekwentnym przedłużeniem charakterystyki jej postaci(tyle tylko,ze chyba by przez te lata ciut,ciut zmądrzała? albo przynajmniej zauważyła,ze na świecie istnieją także ludzie, którzy nie spełniając jej kryteriów estetycznych na coś się temu światu przydają;-) 2.Ida JEST więc nadal potworem takim ,jakim była 15letnią pannicą będąc i(jeśli się chce pozować na wyrocznię dla młodszych nastolatek)MM powinna to jakoś skomentować, bo inaczej pulchne dzieciaki będą miały jeszcze bardziej przegwizdane,niż mają, bo ich chude koleżanki będą się mogły w swoich prześladowaniach wesprzeć celnie wybranym cytatem.

ksRegu 2957 pisze...

Krfawy Maskotek!

Ciekawe, co zrobi ze zgrabnymi kostkami Józinka...

Anonimowy pisze...

Czy będzie ciąg dalszy?
Bo ja już chyba nie zdzierżę....
:-(

Anonimowy pisze...

O, i mnie cytujecie :-D *szczesliwa* Zawsze marzylam, by byc jakos wymieniona w analizie :-D

Co do MM - nalezalo jej sie.
Za denna ksiazke i za aroganckie zachowanie wobec czytelnikow w jej pasywno-agresywnej Ksiedze Gosci (mam nadzieje, ze pojawila sie tam informacja o analizie, chociaz nie sadze, zeby dlugo wisiala ...) oraz brak kultury w komunikacji z tym czytelnikami i, PONIEKAD, fanami.
Dobrze jej tak!

Croyance

Anonimowy pisze...

Pomyśleć, że w zeszłym tygodniu tak się ucieszyłam, że zabrałyście się za McDusię... :( Ta analiza jest... smutna i dołująca. Oczywiście nie przez Wasze komentarze. Z powodu koszmarnego tekstu książki.

Nie wiem, co było gorsze: długaśna scena kolacji, w której Ida dręczyła gościa, a reszta kulturalnej, empatycznej, miłej rodzinki nie widziała w tym nic złego (gramarnazi Łusi i Laura na adaaamowym haju to z kolei elementy już groteskow)? Upiorne wydarzenia w kuchni i łazience Pałysów, a później nie mniej patologiczna rozmowa McDusi z Józinkiem? Te paskudne 3 scenki walczą ze szczurem o niezaszczytne miano najgorszego, najobrzydliwszego fragmentu całej (Neo)Jeżycjady.

I autorką tego gniota ma być Małgorzata Musierowicz, która niegdyś pisała takie fajne, mądre i krzepiące książki?

Gdy czytałam analizę Melomanki na forum NAKN-y, nie było tak źle. Tekst był w mniejszych kawałkach. Tu dawka okazała się po prostu za duża.
Dlatego proszę Was: dajcie nam chwilę przerwy od borejczego bagienka. Zanalizujcie jakaś Mionkę, Sakurę czy nawet Marlenkę... jakieś uczciwe opko. Głupie, facepalmogenne, nawet obrzydliwe. Napisane przez jakąś smarkatą aŁtoreczka, która z racji młodego wieku ma pewne prawo do pisania głupot i zapewne kiedyś dorośnie.

Pozdrawiam

Gosia

Aleksandra pisze...

Straszne, a przecież dawniej książki MM były dobre... Wydaje mi się, że teraz za bardzo chce piać o problemach współczesnego nastolatka, jednocześnie zapominając o zachowaniu realizmu. Ulega powszechnym opiniom i bezmyślnie je opisuje - choćby ze "złymi zamożnymi ludźmi". Smutne

Borówka pisze...

To, co się w tej książce dzieje jest straszne i najwyraźniej nijak ma się do tego, jak to postrzega sama autorka. Rzucanie słoikiem we własne dziecko ma być normalnym zachowaniem odpowiedzialnej, wykształconej i inteligentnej matki z normalnego domu (całe szczęście, że niezbyt bogatego, bo pieniądze to zło przecież, a ludzie "nadziani" są ograniczeni i koniecznie trzeba wyrażać się o nich z politowaniem).

Czy pani Musierowicz naprawdę nie widzi, co zrobiła ze swoich bohaterów?

Anonimowy pisze...

Patologia!

Józinek upija się czekoladą z alkoholem - zżera tego tyle, by się zachowywać, jakby był porządnie napruty, ale jednocześnie nie wymiotuje tą czekoladą na wszystkie strony. Matka rzuca w niego słoikiem, leje wodą, a potem płacze i teraz wisienka na torcie:

PIJANY SYN KŁADZIE SWOJĄ ZNERWICOWANĄ MATKĘ DO ŁÓŻKA. Kiedy to ta matka powinna raczej zająć się nietrzeźwym synem... ale lepiej zrobić scenę.

Poważnie, dwukrotnie zdarzyło mi się zbić szybę w drzwiach pokojowych, więc wiem, jaką krzywdę wyrządza szkło. A najbardziej mnie przeraża, że to scena z życia wzięta - rozumiem, że bohaterka jest głupia i robi takie rzeczy, ale żeby dorosła kobieta tak cudowała, a potem opowiadała o tym na spotkaniu autorskim i umieszczała to w książce? Naprawdę nie wstyd jej, że mogła własnemu dziecku krzywdę zrobić? Twarz poharatać? Tocz jakby go w głowę trafiła i trzeba było do szpitala jechać, to lekarze zaraz by policję i opiekę społeczną wzywali...

A nie, przepraszam, przecież Borejkowie nie wezwaliby karetki, bo to wstyd na całą ulicę ;)

Nie rozumiem.

I żądam więcej, bo żadnego sentymentu do MM nie mam, koszmarki trzeba tępić.

Ag

Anonimowy pisze...

Mnie się wydaje, że pani MM wychodzi z założenia, że czytelnicy nowych tomów Jeżycjady doskonale znają stare tomy Jeżycjady i z nich wynieśli pewne opinie o bohaterach (oraz w konsekwencji bezkrytyczną miłość do nich). Teraz można więc jechać beztrosko na tych już wyrobionych opiniach bez potrzeby dawania rzeczowych (a nie tylko słownych) dowodów np. sympatyczności pewnych postaci, bo przecież każdy wie, że Gaba jest dzielna i kochana itp.
Tylko że to tak w praktyce nie działa, skoro to mają być książki dla nastolatek: nie spodziewam się, by dzisiejsze piętnastolatki chciały najpierw przedzierać się przez kilkanaście tomów (skądinąd świetnych) książek osadzonych w czasach młodości ich rodziców, by w końcu dotrzeć do współczesności. Ja zaczęłam znajomość z Jeżycjadą od Pulpecji, dopiero później zorientowałam się (z radością), że są inne, wcześniejsze tomy, i że dobrze jest je czytać chronologicznie. Gdybym teraz była nastolatką i sięgnęła po McDusię nie znając wcześniej(szej) Jeżycjady, to pewnie nie chciałoby mi się nawet zaglądać do poprzednich tomów.
Smutne to.
Przestałam czytać MM po Języku Trolli. Pp przeczytaniu analizy stwierdzam, że słusznie.

Pesymizmem powiało. A przecież sama analiza jak zawsze na wysokim poziomie :)

Z Poznania, acz spoza Jeżyc
pozdrawia
rzadko komentująca
ipurbeltz

Anonimowy pisze...

Już wszystko wiem... Pani Musierowicz chyba postanowiła być na czasie i przeczytała całą serię 'Zmierzchu'. Następnie doszła do wniosku, że chyba właśnie taki model relacji między bohaterami jest najbliższy współczesnym nastolatkom i postanowiła go zamieścić w swojej książce, ot i wszystko. Oby. Proszę? :(

Anonimowy pisze...

O ludu... Nie skończyłam jeszcze czytać, ale nie mogę zwalczyć chęci skomentowania.
Wiecie, przeczytałam jedną książkę pani M, nawet nie wiem, czy nie była to pierwsza książka tego cyklu. Nie pamiętam nawet tytułu, ale akcja toczyła się, gdy Gaba była jeszcze licealistka, zaczęło sie wszystko w sylwestra i jej matka zrobiła jej suknie z firanki. Kojarzycie, mam nadzieje?
I ja się pytam, co to jest? Serio, nie pamiętam może tytułu tamtej książki, ale Borejków pamiętam doskonale i szczerze... to byli inni Borejkowie, nie? Normalnie aż coś mnie brało, jak czytałam opis obiadu. Piękna gościnność, nie ma co. Równie dobrze mogliby jej powiedzieć "jesteś tłustą świnią a do tego idiotką, bo nie lubisz tego samego, co my!". Też nie lubię poezji, nie leży mi i tyle. No, z paroma wyjątkami. Zdaniem Borejków już jestem podczłowiekiem?
A Ignaś... czy tylko ja mam ochotę wytrzaskać tę memeje i wrzasnąć "ogarnij się!"?
Arisa

Anonimowy pisze...

> Tymczasem na Roosevelta Józef daje popis swojej męskości w ramach zarządzonego przez babcię sprzątania.

* Józef sam wybrał zmywanie; stwierdził, że to dopiero jest dynamiczne zajęcie (a pan poeta niech raczej delikatnie pucuje szklaneczki czystą ściereczką).

***
Zaraz... ale dlaczego po obiado-kolacji z pierogami trzeba zmywać ręcznie w zlewie?! Przecież Borejkowie mają kultową wprost zmywarkę! Czy pani MM zabrakło wyobraźni na tyle, aby pchnąć swoich bohaterów bodaj do mycia podłogi? Albo okien? Pamiętajmy, że brudne firany zmienia się u nich w dzień Wigilii i ślubu córki.

kajaanna

Insomnia pisze...

Dobra, to jeszcze skomentuję.
Jeżycjadę czytałam, będąc w liceum. Starą Jeżycjadę (skończyłam chyba gdzieś tak na Języku Trolli).
Pamiętam dobrze, że nigdy nie zdołałam szczególnie polubić kogoś z bohaterów (no może poza Aurelią - bo to Gieniusia jest, dobrze pamiętam?), a same wydarzenia też nie były wybitnie ciekawe. Jakkolwiek książki dosłownie pochłaniałam - czytało się je znakomicie ze względu na lekkość pióra autorki. Ktoś już napisał pod poprzednią analizą, że tę właśnie lekkość Musierowicz straciła, z czym po przeczytaniu analizy nie mogę się nie zgodzić.
Naprawdę, koszmarek z tej "McDusi".
Kłaniam się i pozdrawiam analizatorki.

Gammon No.82 pisze...

Po powtórnym przeczytaniu mam ochotę się upić, ale jednak czymś mocnym i wytrawnym.

Anonimowy pisze...

Ciekawi mnie, ile tego kremu czekoladowego trzeba było pochłonąć, żeby się upić.
Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz
PS Czy ta uwaga o "stypendium za średnią" naprawdę była konieczna ;)?

Babatunde Wolaka pisze...

"Wreszcie spuścił powoli czarne rzęsy i wbił wzrok w widelec.
Dobrze, że nie odwrotnie."
KWIII!

Poza tym - w twórczości MM się nie orientuję, ale jak czytam o zachowaniach Idy, to bardzo Państwa przepraszam, ale muszę się napierniczyć kremem czekoladowym.

Anonimowy pisze...

Wypłosz,
ale co masz na myśli, że stypendium za średnią to coś, czym można się przechwalać? Nie przyszłoby mi to do głowy, na jednej uczelni jest duża pula stypendialna i nietrudno się załapać, na drugiej z góry można sobie darować i lepiej zamiast śrubować średnią znaleźć pracę na pół etatu...

Napisałam tak z myślą o tym, że na pierwszym roku (zarobków brak, bo na pracę nie ma czasu; stypendium brak, bo i za co) naprawdę żywiłam się głównie chlebem z masłem, co mnie dobijało i teraz zgrzyta mi potwornie zestawienie takiego żywienia dzieci z jednoczesną obsesją na punkcie zdrowej diety.

Melomanka

Anonimowy pisze...

Matko, jodyna...
Co do spicia się czekoladą z alkoholem - słodkie drinki mają zaskakująco silne efekty, nawet gdy mają poniżej 40% alkoholu.
Reakcja na widok "zawianego" nastolatka - Na Jowisza!. Prysznic, ale na zmianę ciepły i zimny, można zastosować wobec osoby, która za nie więcej jak 8 godzin musi być trzeźwa. Nastolatka (starego konia też) a)wysyła się do toalety, b) podaje mu się płyn z witaminami C i B (dobre piwo jest niezłym pomysłem, bo etanol w nim zawarty stanowi odtrutkę na metanol, który małolat mógł przypadkiem wypić) c) podaje mu się aspirynę, najlepiej rozpuszczalną, z witaminą C d) "umyj się i idź spać".
Zachowanie Józinka wobec McDusi: nie, to jeszcze nie jest przemoc, ale to już jest agresja. I albo Józinek zacznie sobie z tym radzić, albo skończy we Wronkach czy w Rawiczu.
Borejkowie są bandą smutnych snobów, których należy szerokim łukiem omijać.

Pobortza

Piafka pisze...

Łusia ma poniekąd dwanaście i pół roku oraz niepowstrzymany pęd do wiedzy, a z języków obcych zna tylko angielski? Uuu...

Anonimowy pisze...

Już nie zdzierżę! Błagam o jakiegoś zwykłego, głupiego blogaska!

Anonimowy pisze...

o.O Nic mnie w tej książce tak nie zszokowało jak rzut słoikiem z musztardą we własne dziecko! Przyznam, że raz zdarzyło mi się wrócić do domu pijana (i całkiem porządnie), ale kiedy wytrzeźwiałam to sama doskonale się zorientowałam, że nie był to zbyt chwalebny czyn i było mi strasznie wstyd (nie trzeba mi był tego sugerować zamachem na życie i zimnym prysznicem). Nie wyobrażam sobie jednak, żeby moja własna matka mogła we mnie rzucić czymś co mogłoby mi roztrzaskać czaszkę! Do tej pory przeraża mnie myśl, że ktoś doświadczył tego naprawdę. Kolejnym kwiatkiem było to, że to Ida najbardziej ze wszystkich mieszkańców potrzebowała opieki - dorosła kobieta, a nie któreś z jej trójki dzieci, dwulatek, dwunastolatka opiekująca się dwulatkiem, lub pijany piętnastolatek(jeśli dobrze pamiętam). Nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Jej okropny stosunek do Magdy wydaje się blednąć przy tym wszystkim.
Ale analiza bardzo fajna i ktoś kto nie miał wcześniej styczności z Jeżycjadą (taka ja) może się zorientować o co chodzi.

Anonimowy pisze...

"Flumen discendi" pojawia się trzykrotnie, dwa razy mówi to narrator, a raz - filolog klasyczny Ignacy. Pewnie to kolejny jego "skrót myślowy".

Melomanka

Anonimowy pisze...

Grubiaństwo Idy jest odpychające. Dziwię się, że są ludzie, którzy to usprawiedliwiają.

Devis pisze...

Wiecie co? To jest bardziej toksyczne niż "Zmierzch".

zen_OFF pisze...

Łał, Kura, jesteś z Lublina? Piontka!

A tak w temacie, to mnie przeraża fakt, że chłopak, który pierwszy raz w życiu się nawalił (kremem czekoladowym ftw - idiotyzmu tej sceny nie muszę tłumaczyć) jest bardziej przytomny i ODPOWIEDZIALNY od swojej matki, ba, prowadzi ją do łózka i robi herbatę. Jak się cieszę, że nie żyję w dysfunkcyjnej rodzinie - nie chowam się na widok szklanego słoika ;)

Powiem tak - ponieważ nie skończyłem się jeszcze edukować (źle to brzmi), wiem, jak potrafią bawić się gimnazjaliści/licealiści i nie sądzę, żeby akurat Józek, który wygląda na typowego ucznia gimnazjum, pierwszy raz upił się kremem czekoladowym(!). Tak w ogóle, to ile on go zjadł? To tak jakby wtrążolić dwa słoiki Nutelli! Zgroza...

Strasznie mi też Magdy szkoda. Nikt, oprócz Ignasia (który nie jest słodki, zagubiony i wrażliwy - jest śliniącym się idiotą i fajtłapą naraz) nie potrafi powiedzieć jej miłego słowa. Boże, jak się cieszę, ze nie jestem dzickiem pani Musierowicz. Trauma na całe życie...

Ta w ogóle to smutne, że w tej książce nie ma żadnego pozytywnego bohatera (no może Dusia, czyli aŁtorka - chyba wolno tu użyć takiej pisowni - zwaliła na całej linii). I ogólnie, im dalej w książkę, tym nudniej, straszniej i bardziej żenująco. Brawo, pani Musierowicz. Pani ksiązki świetnie przygotują tabuny młodzieży (głównie żeńskiej) do dorosłego życia. Tak trzymać!

Anonimowy pisze...

To wszystko mnie tak przeraziło (szczególnie fragment ze słoikiem) że też miałam się wypowiedzieć, ale w sumie zen_OFF mnie ubiegła.
Tylko ja mam wrażenie, że pozytywność Magdusi wyszła zupełnie przypadkiem.

Jakoś mnie ta analiza zachęciła do przeczytania pierwszych tomów, żeby sprawdzić, czy faktycznie nastąpiła aż taka zmiana. Bo inaczej nie wyobrażam sobie skąd taka popularność serii.

Poza tym mam pytanko - czy granatowe tło to już na stałe? Wolałam czarne.

Goma

Anonimowy pisze...

Cudowna analiza, czytało się ją znacznie lepiej niż analizy większości opek i blogasków. Materiał wyjściowy przedni. Z niecierpliwością wyczekuję trzeciej części; oby więcej takich tekstów w przyszłości!

Czasami włącza mi się taki mechanizm, żeby brać w obronę osobę (w tym przypadku autorkę), po której wszyscy równo jadą. Nie tym razem! Zgadzam się z każdą linijką krytyki pod adresem MacDusi. Szczególnie zniesmaczyła mnie Ida i jej zachowanie w stosunku do tytułowej bohaterki - trzepało mną jako prawie trzydziestoletnią czytelniczką, a jak dopiero mogłoby trzepać nastolatką doświadczającą osobiście podobnych sytuacji?

Cóż. Nie przepadam szczególnie za poezją, zdarza mi się jadać w Maku, ludzi z pieniędzmi nie uważam za wybrakowanych, a ten jeden raz, kiedy kolega w liceum szarpnął mnie tak, jak Józio Madgę, wspominam nieprzyjemnie do dziś jako PRZEMOC właśnie. Książka pani Musierowicz nie przekonała mnie w żaden sposób do zmiany myślenia/ postępowania.

Na moje szczęście, choć zaczytywałam się MM jakieś piętnaście lat temu, dawno już przestałam, więc teraz serce mi się żalu nie ściska jak innym, wierniejszym czytelniczkom. :)

Falco pisze...

Powiem jedno- Aaale patologia...

W gimnazjum namiętnie czytałam jeżycjadę i, kurcze, lubiłam Idę z Idy Sierpniowej. Makabra, co się z nią stało. W ogóle Borejkom chyba ktoś podmienił charaktery. Jak kiedyś się czuło do nich sympatię, to teraz chyba tylko niechęć. Co za bucoland.

Ale analiza świetna, masochistycznie bardzo czekam na ciąg dalszy ^^
W ogóle dzięki za uratowanie mi życia na prawie handlowym, bo już wymiękłam z nudów na zajęciach i tylko analiza uratowała moją psychikę.

Anonimowy pisze...

Analiza w kolorze mandarynki prezentuje się pięknie na granatowym tle ;)

Anonimowy pisze...

Za przeproszeniem, ale cala ta scena przy obiedzie to ni w pipe ni w oko. Gledza jak potluczeni, bez ladu i skladu, Ida zachowuje sie jak ostatnia chamka i zarlok, Laurze chyba lobotomie zrobiono, a o Lusi to w ogole szkoda gadac. Przemadrzala smarkula, ani smieszna, ani madra. W ogole przez McDusie przebrnelam z trudem. Brakuje mi dawnych, lekkich i zartobliwych komentarzy, sytuacji i dialogow ze starej Jezycjady. Trzeba wiedziec kiedy ze sceny zejsc niepokonanym, niestety... Te wszystkie Trolle, Zaby, Polewki i Sprezyny pisala chyba osoba w ciezkiej depresji, ktora chce jeszcze bardziej zdolowac czytelnika. Wszystko powstaje z milosci, a juzci.

Anonimowy pisze...

A, bo zapomnialam. DLACZEGO ONI TAK DZIWNIE GADAJA???

Anonimowy pisze...

Straszne. To jest jakieś dziesięć rzędów wielkości gorsze niż jakiekolwiek durne sieciowe opowiadanko. Ktoś to w końcu przeczytał, zatwierdził, wydrukował i rozpropagował. I teraz sprzedaje się to jako kolejną "ciepłą i mądrą książkę" znanej autorki, pokrzepiającą i pełną wartości. I ta książka ma fanów, fanów, którzy bronią tego koszmarnego, pretensjonalnego, agresywnego wyrzygu na forach. Jeżu, jeżu borski, przytul mnie do swojej kolczastej piersi, bo już nie chcę żyć na tej planecie.

Przy okazji przyznam, że mnie rodzina Borejków irytowała od samego początku, tj. od Kwiatu Kalafiora. Mogliby być całkiem fajni jako lekko kpiarska karykatura konserwatywnej inteligenckiej rodziny. Ten ojciec, który jest dobry tylko w rzucaniu cytatami (bo zarabianie pieniędzy i dbanie o dom są poniżej jego godności), cztery córki, które w domu nie potrafią zrobić dokładnie nic, nastoletnia Ida z głową nabitą wiktoriańskimi romansidłami, itd. Ale pani M. na każdym kroku wpierała mi, że oto właśnie oglądamy rodzinę idealną, że każdy kąt tam oddycha życzliwością i że wszyscy goście od razu chcą tam zamieszkać. Po przeczytaniu fragmentów McDusi wolałabym raczej zjeść obiad w garkuchni dla bezdomnych niż te "pyszne pierogi" u Borejków, niech je sobie wsadzą w dziurki od nosa.

"Nie wiem, może niech Natalia przypomni jej, jak też była bez pamięci zakochana w pięknym i chmurnym Nerwusie, póki nie wylazł z niego zazdrośnik i obsesyjny kontroler?"

Jeżycjadę skończyłam właśnie na tej książce, więc nie wiem, co się działo dalej, ale Nerwus to był przecież zazdrośnik i kontroler od samego początku. Normalny człowiek mógłby co najwyżej umówić się z eks-dziewczyną brata na spotkanie i poprosić, żeby jeszcze raz rozważyła swoją decyzję, a nie stalkować ją przez pół Polski. Mówię "co najwyżej", bo jednak optymalna wersja jest taka, że życie osobiste brata to jego sprawa i sam musi sobie z nim radzić. A jeśli dorosły człowiek na zerwanie reaguje próbami samobójczymi, to namawiamy go na terapię, a nie szantażujemy jego dziewczynę, żeby wróciła i dalej żyła z naszym ewidentnie niezrównoważonym krewnym.

Ręka Umarlaka pisze...

Nie ma co, urocza rodzinka. Nawet Bundy mieli więcej wdzięku. Przemoc, despotyzm, dyskryminacja. Grr, jeśli ktoś powie przy mnie "poniekąd" to pogryzę. Krem choco- maj fejwrit. Podaję przepis: weź słoik nutelli i pół litra wódki... BTW czy istnieje w ogóle zauważone przeze mnie słówko "impetycznie"? Pierwszy raz widzę taki twór.

Czytryna pisze...

Niedobrze mi od tej TFUrczości.
Gdyby nie Wasze komentarze, strasznie bym się wynudziła.

Mam nadzieję, że tło bloga zostanie na powrót zmienione na czarne? Granatowe wygląda bardziej... no, po prostu tandetnie.

kura z biura pisze...

@Anonimowy: faktycznie, źle to ujęłam, zazdrośnik i kontroler nie tyle "wylazł", co Natalia do pewnego momentu tego nie widziała - bo była zakochana...

@Ręka Umarlaka: istnieje, ale słownik kwalifikuje je jako przestarzałe:
http://doroszewski.pwn.pl/haslo/impetycznie/

Anonimowy pisze...

Jeśli pani Musierowicz tak bardzo pragnęła tego, aby czytelnik znienawidził bohaterów jej książki, to gratulacje - udało się.

Przyznaję otwarcie, nie przeczytałam całej Jeżycjady, mam na koncie pojedyncze tytuły, jak "Kłamczucha", "Kwiat kalafiora", "Kalamburka" i do tej pory miło wspominam te książki. Cieszę się ogromnie, że natrafiłam na tę analizę, bo dzięki niej wiem, po jakie tomy sięgać a których nie ruszać nawet dziesięciometrowym patykiem.

Po pierwszej analizie i właściwie przez większość drugiej nie dostrzegłam żadnej postaci, którą polubiłabym chociaż trochę (owszem, było mi czasami żal Ignacego - chyba jedynej wrażliwej osoby w całym tym stadzie, dopiero pod koniec najnowszej analizy ujrzałam skrawek ludzkiej twarzy Magdy), reszta postaci niestety bardzo mnie odpycha. Może to i dobrze, że nie mam tej książki w rękach, inaczej istniałoby ryzyko, że przy większości wystąpień Idy rzucałabym nieszczęsnym tomem po pokoju.

I niestety, bardziej niż zwykle, kłują mnie w oczy zdrobnienia (szczególnie imion - ot, taka bolączka), za którymi - delikatnie rzecz ujmując - nie przepadam. W dodatku mam na imię Magda, zatem krzywiłam się praktycznie co drugie zdanie treści książki. I te Józinki, Babi, Łusie, grr! "Łusia" tak bardzo kojarzy mi się z chorobą skórną, a przecież Łucja to takie piękne imię (btw również moje ;).

To moje osobiste żale, dołączam się natomiast do powszechnego ubolewania nad amputacją sensu i jakiejkolwiek empatii z postępowania bohaterów. Postacie to właściwie karykatury normalnych ludzi (Józek, IDA), ich myśli wydają się płytkie (znów Józek, Laura) i przyjemność z czytania książki żadna. Natomiast ogromne wyrazy uznania dla analizatorek, wielki podziw za cierpliwość oraz wdzięczność za łzy szczerego śmiechu obok łez załamania nad przedmiotem analizy.
Pozdrawiam,
Funtasie

Anonimowy pisze...

Nigdy w życiu nie czytałam Jeżycjady ale jestem ciekawa - jak drastycznie zmieniły się osobowości tych postaci?

kura z biura pisze...

Hm, zależy, co weźmiemy za punkt wyjścia.
Ida zawsze była hałaśliwa, skłonna do przesady, złośliwa i waliła prawdę prosto w oczy. Tyle że w tej części po prostu schamiała.
Gaba była fajną dziewczyną, jak miała 17-20 lat, potem zrobiła się z niej rozmazana mameja, wciąż jednak twardo określana przez narratora jako dzielna i energiczna. Tak jest i tutaj.
Najbardziej zmieniła się Laura - najpierw była żywym, wygadanym dzieckiem, potem dość niezależną młodą dziewczyną, a teraz owija się wokół Adama jak bluszczyk i wydaje się, jakby nie była w stanie bez niego samodzielnie oddychać.

mysza pisze...

To się lepiej czyta niż analizy blogasków. Zauważcie, że Ida nazywa swojego syna prostakiem i ogólnie z całej sytuacji jasno wynika, że najbardziej oburza naszą anorektyczkobulimiczkę to, że olaboga, jej rodzina może zachowywać się jak inni, normalni ludzie, co sobie ludzie pomyślą, przecież jej idealne dziecko nie może niszczyć aury zajebistóścu odziedziczonej po Borejkach. Kij z tym, że jej syn może mieć problemy, liczy się to, że przecież super Ida nie zniża się do poziomu plebsu i nieinteresuje się dziećmi jako takimi, tylko sobą.
Wydaje mi się, że Ida zwyczajnie zazdrości osobom, które według niej są grube. Może każda osoba, która nie przypomina żywego modelu układu kostnego jest dla niej grubą i ogólnie fe, ponieważ sama nadal ma straszne kompleksy i zazdrości Magdzie bardziej kobiecej sylwetki. Bo to naprawdę jest jakaś obsesją.

Anonimowy pisze...

Szczerze? Trochę nudzi mnie ta analiza. Komentarze, owszem, śmieszne, ale... No cóż mam nadzieję, że analiza "McDusi" już się skończy, bez obrazy. :)

mikan pisze...

Mój boru... Matka ciskająca w swe dziecko słoikiem. I to miał być zapewne element komiczny? Jeżeli już pani MM chciała gdzieś wcisnąć ten element, to nie w ręce matki trojga dzieci. Bo jak się ma trójkę dzieci, to się jest okrzepniętym z wszelkiego rodzaju ekscesami - typu porysowane ściany, wypity ocet, rozlane płyny po całym domu itede. No ekskjuzmi, ale syn lekko wstawiony, w dobrym nastroju, zupelnie nieagresywny! nastawiony przyjaźnie do świata, a jego częstuje się słoikiem. Ciekawe w takim razie jak ona reagowała na pobite naczynia, skaleczone palce, które przy trójce dzieci musiały się zdarzać.
I jeszcze później idzie sobie spać... RANY BORSKIE NIE ZDZIERŻAM.

Anonimowy pisze...

Uczucie awersji, które wypełzło na twarz Józinka skojarzyło mi się ze zmysłami, które wypełzły na usta Waldemara Michorowskiego na widok Stefci.

Anonimowy pisze...

Mnie cały czas zastanawia fragment, w którym matka rzuca słoikiem, a syn wydaje się jedynie podziwiać jej spontaniczność. Ja bym się do niej przez rok nie odezwała, albo chociaż spontanicznie wyprowadziłabym się z domu.

Sileana pisze...

A mnie się jednak przyjemniej czytało z granatowym tłem, jest bardziej przyjazne dla oka... Noale.

Ja już jak na forum czytałam, to się wstrząsałam, a jeszcze zeszłotygodniowa analiza natchnęła mnie do powtórzenia Jeżycjady. I tak sobie porównuję tych Żaczków, co to ciężarną Krystynę przygarnęli, Cesię z pychem zdrowym, czerwonym na wieżyczce... I pisankę z Hitlerem! Li i jedynie, panie tego.

Anonimowy pisze...

Anonimowy: "Uczucie awersji, które wypełzło na twarz Józinka skojarzyło mi się ze zmysłami, które wypełzły na usta Waldemara Michorowskiego na widok Stefci."

O Jeżu, nie! Zaraz się okaże, że jak się Ida obudzi, to każe Józinkowi ucałować tę dłoń, która go spłodziła.

Małgorzata pisze...

Po co była ta ciągła krytyka Magdy? To miało być zabawne? Nie umiem tego rozgryźć... Mam jedną taką ciotkę, która uwielbia się czepiać innych, ale robi to od czasu do czasu i nie obraża nikogo. Ida robi to cały czas! Dlaczego narrator nie krytykuje jej zachowania? Po tym rzucaniu szkłem powinno być jasno napisane, że Ida ma problemy ze sobą. Ida mogłaby też porozmawiać z kimś o tej sytuacji i powiedzieć, że puściły jej nerwy... że jej wstyd... Mogłaby, gdyby nie była od Borejków.

Anonimowy pisze...

O, ja przy wpełzaniu na usta też o mniszkowatym dziele pomyślałam! I pomyśleć, że kiedyś Ida i Laura to były moje ulubione bohaterki...

Mimi Labonq

Luna pisze...

ta książka to parodia, czekałam na nią z utęsknieniem bo uwielbiam(teraz już: uwielbiałam) książki MM ale teraz nie żałuję,że jej nie kupiłam

Anonimowy pisze...

"Ale pani M. na każdym kroku wpierała mi, że oto właśnie oglądamy rodzinę idealną, że każdy kąt tam oddycha życzliwością i że wszyscy goście od razu chcą tam zamieszkać."

Widzę to zupełnie inaczej, w "Kwiecie kalafiora" autorka opisuje swoich bohaterów z sympatią, ale dostrzega ich wady. Gaba jest apodyktyczna, Ida - histeryczna, Ignacy zupełnie nie ogarnia rzeczywistości, czym załamuje ciotkę Felicję. "Nieidalność" Gabrysi i Idy najlepiej są pokazane w listach do matki, w których nawzajem na siebie najeżdżają, przy czym jest to napisane z humorem.

"I niestety, bardziej niż zwykle, kłują mnie w oczy zdrobnienia (szczególnie imion - ot, taka bolączka), za którymi - delikatnie rzecz ujmując - nie przepadam. W dodatku mam na imię Magda, zatem krzywiłam się praktycznie co drugie zdanie treści książki."

Prawda? Ile razy dziennie można szesnastolatkę nazywać "Magdusią?"

"Nieno, zainteresowanym, zainteresowanym... ;)"

Samym tym, czy Magdzie podoba się jego kuzyn - na pewno. Ale już szczegółami sytuacji, w której go pocałowała? No nie wiem, dla mnie ta scenka jest żenująca, Magda pokazuje się jako niezbyt sympatyczna plotkara i mnie by się na miejscu Ignasia w tym momencie zapaliła lampka ostrzegawcza. A może po ich pierwszym pocałunku poleci do Józka opowiedzieć, że kiepsko całował?

"Analiza w kolorze mandarynki prezentuje się pięknie na granatowym tle ;)"

Też mi się to zestawienie podobało :-)


A co do pozytywnych bohaterów - moim zdaniem Magda nie jest bohaterką pozytywną. Ona jest... no, po prostu sobie jest. Niewiele robi, niewiele mówi, niewiele myśli. A kiedy już prezentuje jakieś przemyślenia, to częściej mnie one denerwują lub nudzą niż zachwycają. Ale to moja subiektywna opinia, Żabę bardzo polubiłam, a niektórzy jej nie znoszą.

Melomanka

Anonimowy pisze...

"Nieidealność" miała być, oczywiście :-)

RudyKrólik pisze...

Słuchajcie- absolutnie nie chcę być tutaj adwokatem diabła, ale po przeczytaniu analizy (bo samej McDusi nie zmęczyłam) uparcie ciśnie mi się na mózg, pewna teoria...
Czy nie przyszło Wam do głowy, że pani MM jest już zmęczona tymi postaciami, które stworzyła? Może tak jak King w "Misery", chce się zemścić na bohaterach, za to, że tylko o nich ludzie chcą czytać? Przyznam bez bicia, że czytałam jedynie "Kwiat Kalafiora" i "Szóstą klepkę" i zapamiętałam te książki raczej pozytywnie.
Gdy czytałam analizy (na blogu i na forum) zacieszałam jak dzika, bo uwielbiam złe książki. Nie mogę jednak odpędzić tej natrętnej teorii, że MM sama z chęcią utopiłaby tą swoją wypieszczoną Gabę czy super Idę i skoro "autorowi nie wypada", to pozwala by czytelnicy zrobili to za nią.
Również obsesyjnie wierzę w dobro i jednorożce.

Anonimowy pisze...

Melomanka: "Widzę to zupełnie inaczej, w "Kwiecie kalafiora" autorka opisuje swoich bohaterów z sympatią, ale dostrzega ich wady."

Ale dlaczego np. Żaków czy Kowalików jej narrator opisywał zwyczajnie, bez zadęcia, a dopiero przy Borejkach wpadł w ekstazę i zaczął sypać superlatywami? Te "kąty oddychające życzliwością" to przecież dosłowny cytat z "Kwiatu", nie moja nadinterpretacja. Tymczasem to Żakowie przygarnęli Krystynę z dzieckiem, a Borejkowie nie zrobili w "Kwiecie" nic specjalnie życzliwego. Na etapie "Idy" nieogarnięcie życiowe Ignacego zostało wręcz podniesione do rangi zalety - cała ta rozmowa o minimalizmie i jego "nie zamierzam wypruwać sobie żył, by mieć poloneza i zasłużyć na aprobatę własnej córki". Interesujące, że jedyne dobra materialne, jakie przychodzą mu do głowy to samochód, a nie np. szafa córek zawierająca więcej niż trzy ciuchy na krzyż.

Anonimowy pisze...

Jeżeli o teoriach spiskowych mowa, to ja się zastanawiałam nad jednym. Co, jeśli to nie MM pisze te...ekhm...dzieła, ale np. jej córka? Może właśnie stąd ta odporność na wszelką krytykę?

Anonimowy pisze...

To jest po prostu koszmarne. Nigdy nie widziałam takiego nagromadzenia patologii w książce, która z założenia miała opowiadać o niechby i trudnych, ale ciepłych i raczej normalnych relacjach rodzinnych. Bezczelna, wyprana z empatii Ida; Magda traktowana jak intruz i popychadło dlatego, że ma nadwagę; rzucanie słoikiem w podchmielonego syna (jakaś potworność!); kładzenie własnej rozhisteryzowanej matki do łóżka; przemoc fizyczna i werbalna w wykonaniu Józefa. Do tego wszystkiego ten klaustrofobiczny, zamknięty w latach osiemdziesiątych (język bohaterów) krąg wścibskiej, kontrolującej wszystko i wszystkich rodziny. Pani Musierowicz naprawdę się nie zorientowała, że opisuje głęboko toksyczną rodzinę? Obawiam się niestety, że skoro historia o rzucaniu słoikiem pochodzi z jej własnych doświadczeń, może uważać coś takiego za normalne i zdrowe. Może freudowsko upraszczam, ale te problemy z żywieniem, agresja na widok nastoletniego chłopaka wymykającego się spod kontroli, wreszcie jego pogardliwy stosunek do "nieszanującej się" Magdy - to wszystko wygląda jak typowe konsekwencje jakiejś nerwicy o podłożu seksualnym u Idy.

Reverentia

PS. Myślę, że Magda mogła skrobać patelnię bez problemu, bo w tych realiach sprzed kilkudziesięciu lat od razu wyobraziłam sobie żelazną patelnię - teflon mi nawet przez myśl nie przeszedł, póki nie przeczytałam komentarza.

Anonimowy pisze...

Jestem przerazona mysla, ze ktokolwiek moze traktowac te ksiazke jak wzor. Przerazona. Przygnala mnie tu analiza Jezyka Trolli i przekonuje sie, ze im wspolczesniej tym straszniej.
Zaczynam wspolczuc pani MM (czytalam tylko Szosta Klepke jako lekture, wiec patrze na to wszystko przez pryzmat analiz), poniewaz mam wrazenie, ze wspolczesny swiat ja przerasta a ona sercem zostala gdzies hen w przeszlosci i nie moze tego odzalowac. Ta gorycz zatruwa caly swiat i deformuje ponoc porzadnych ludzi robiac z nich potowry.
Nie moge sie nadziwic, ze jedyne postacie wywolujace sympatie (przynajmniej u mnie, pewnie na skutek opresji) to Ignacy i Magda, oboje negatywnie odbierani przez otoczenie z powodow, ktorych zupelnie nie rozumiem.
Chociaz kazdej postaci mizna tu wiele zarzucic, dysfunkcyjne zachowanie prawdziwego mezczyzny Jozina wywoluje u mnie najwieksze obrzydzenie i zlosc i mam wielkawielkawielka nadzieje, ze nikt nigdy nie potraktuje go jako wzorca (albo, ze Maskotek skorzysta z pily!)

Podziwiam Was, za zmierzenie sie z tak zla ksiazka,

przerazona Klem