OGŁOSZENIE

Przepraszamy,
blog chwilowo ma przerwę.

Mamy nadzieję, że niedługo wrócimy!

piątek, 18 lutego 2011

40. Inwazja Porywaczy Ciał, czyli Co się stało z naszym House'em? (1/3)



Drogi czytelniku! Opko poniższe stanowi jakże cenny przykład powieści eksperymentalnej. Autorka namiętnie stosuje retrospekcje, retardacje, monolog wewnętrzny, strumień świadomości [moim zdaniem, przede wszystkim strumień nieświadomości] i inne chwyty, których mógłby jej Joyce pozazdrościć. Nie dziw się więc, jeśli poczujesz się nieco zagubiony w meandrach fabuły. Redakcja też się czuje zagubiona.
Redakcja także jest przekonana, że UFO porwało Gregory'ego House'a MD, a na jego miejsce podrzuciło nieudolną imitację [dla odróżnienia zwaną Grzesiem Hałsem]. Drużyna USS SuS śmiga na ratunek...
Wielbicieli doktora House'a ostrzega się niniejszym, że opko może grozić ciężkim uszkodzeniem psychiki!
A także uszkodzeniem mózgu, wątroby, trzustki i nerek. Dlatego zalecamy czytanie z zamkniętymi oczami.

Analizują: Kura i Jasza.
Spod wanny wtrąca się Walerian.
 
Usiadł i wciągnął głowę ku słońcu.
Już pierwsze zdanie zdradza nam, że będziemy mieli do czynienia z utworem science-fiction. "Wciągnął głowę ku słońcu", a zatem miał je wewnątrz, jak podejrzewam?

 

Siedział w parku. Coraz częściej mu się to zdarzało. W szpitalu nie mógł zebrać myśli. Ciągle mu coś przeszkadzało.
Na przykład to, że ciągle mu się coś rymowało.
Uprzedzając dalsze wpadki fabuły - ktoś, kto udaje House'a w tym opku, wcale nie jest lekarzem. Pojawia się w szpitalu od przypadku do przypadku, tylko żeby przelecieć jakąś niewiastę, lub okazać się nadmiernie dupowatym maminsynkiem.
Doktorze Jaszo! Mamy tu ciekawy przypadek amputacji charakteru na żywca i bez znieczulenia.
Zrobić pranie mózgu, rozmaz i wymaz. I zanalizować!
 
Oparł głowę o pień drzewa i przyglądał się biegającym ludziom. Była piękna pogoda i gdyby tylko mógł… Niestety nie może.
O, jakże mi przykro. Małe niebieskie tabletki też nie pomagają?
 
Zamknął oczy. Ludzie otaczający jego osobę, zaczynali go coraz bardziej irytować. Beznadziejni podwładni, pacjenci-idioci, Wilson-wiem-wszystko-najlepiej i jeszcze ta dyrektorka. Skrzywił się na samo wspomnienie. Alicia Crunche. Psychopatyczna imitacja Potwora z Loch Ness.
Była bardziej wredna, upierdliwa i beznadziejna niż ktokolwiek kogo spotkał. Jej inteligencja utonęła podczas rejsu Titanica, a jej chęć pomagania ludziom, ograniczała się do „Przynieś! Mi! Kawę! Kretynie!”
Nie chcę sobie nawet wyobrażać dyrektora szpitala, który/a tak odnosi się do personelu.
Chyba, że jest to Dyrektor Burak.
 
Wzdrygnął się. Na początku próbował z nią walczyć. Za każdy wybryk, nieposłuszeństwo, karała go dodatkowymi godzinami i obniżeniem pensji.
Ja tam nie wiem, ale w tej okrutnej, kapitalistycznej Hameryce też chyba mają jakiś kodeks pracy...
 
W końcu doszło do tego, że postanowiła go wyrzucić. Jednak House był niezniszczalny. Wilson poszedł do niej i załagodził sprawę i od tej pory, House mało przejmował się swoim zwierzchnikiem.
Niedługo później dowiedział się, co zaoferował Wilson szefowej. Usługi seksualne.
Jasssne, Wilson gzi się z potworą, żeby uratować szpital.
Trzeci akapit, a ja już walę głową w biurko? Nawet przy Milence wytrwałam dłużej!
 
Przeżył ogromny szok, kiedy dowiedział się, ze spotykali się jeszcze przed jej zatrudnieniem w szpitalu. Miał ochotę udusić onkologa, ale z przyczyn materialnych tego nie zrobił. Kto by mu przepisywał vicodin?
Mamy tu posępny, tzw. "Element Komiczny" [dalej EK]. Pierwszy, lecz niestety, nie ostatni.
 
Rozległ się odgłos pagera i diagnosta z niechęcią otworzył oczy. Dyrektorka wzywała go do gabinetu. Zignorował polecenie i spojrzał na datę. Minęło pięc lat od czasu kiedy Lisa Cuddy odeszła.
A dokładnie pięć lat, osiem godzin i trzynaście minut.
 
Zostawiła go tak samo jak inne. Przeklęta kobieta. A zaczęło się tak pięknie.
[Tu prawdopodobnie zaczyna się retrospekcja, aczkolwiek w tym opku nigdy nic nie wiadomo] 
 
Obudził go dźwięk odpalanego samochodu. Było wcześnie. Stanowczo za wcześnie.
To ważne - pamiętajmy, że jest blady świt
 
Przewrócił się na drugi bok, starając ignorować ból uda. Ono jednak było bardziej uparte niż on sam i chwilę później był już w salonie, masując nogę.
Udo uparło się łazikować po mieszkaniu.
 
Zmarszczył brwi i ruszył do kuchni. Położył brudne talerze na ziemi, aby poszukać czystej szklanki. Potknął się o coś i zaklął siarczyście. Dobrze, że jego kuchnia była mała, bo inaczej leżałby jak długi na podłodze. Obejrzał się za siebie i ujrzał podręcznik anatomii,
Grzesio Hałs może nadal wkuwa anatomię, lecz Gregory House MD z pewnością już nie okłada się podręcznikami.
 
a na nim garnek z jakąś dziwną śmierdzącą substancją.
W dodatku wkuwa w czasie jedzenia, nie odrywając się od niego nawet na moment.
Tak mają studenci pierwszego roku AM, potem to przechodzi.
 
Zamyślił się. Kiedy on tu ostatnio sprzątał? Aha, nigdy… Zapomniał o tym bardzo ważnej czynności zaraz po przeprowadzce.
Normalnie, żyje w pełzającym syfie, jak to lekarz.
 
Czasami wpadał tu Wilson i mierząc go pogardliwym wzrokiem, porządkował wszystko dokładnie, aby można było przeżyć przez jakiś jeszcze czas z w tym zagraconym mieszkaniu. W przeciwnym wypadku, sterta śmieci, pozbawiła by genialnego diagnostę życia, już bardzo dawno temu.
Ekhm... to podpada pod zaburzenia psychiczne. Poważne zaburzenia psychiczne. A sąsiedzi nie skarżą się przypadkiem na karaluchy?
 
Po chwili dokonał przełomowego odkrycia. Zobaczył swój dawno zaginiony t-shirt z nieprzyzwoitym napisem, w pudełku po pizzy, wstawionym do lodówki.
"Element Komiczny" po raz drugi. Zaraz zejdę ze śmiechu.
 
Westchnął cicho i włożył głowę po kran. Musiał się obudzić, a po za tym był spragniony. Oczywiście mama mu mówiła, że picie nie przegotowanej wody, prosto z kranu jest niezdrowe, ale jej tu na razie nie było, prawda?
Prawda. Taka sama prawda, jak ta, że picie wody z kranu nie grozi ani śmiercią, ani kalectwem...
W tym miejscu po raz pierwszy spotykamy się z charakterystycznym dla Ałtorki udziecinnianiem Hałsa. Potem będziemy mieć jeszcze buzię w podkówkę, wołanie "mamusiu" i inne cuda. Żeby nie było, że nie ostrzegałam!
 
Wyprostował się i przytrzymał krawędzi blatu. Jakaś durna ciemność pojawiła mu się przed oczami. Po chwili stania w miejscu, wrócił do salonu i usiadł przy fortepianie. Otarł kurz z blatu i przystawił butelkę z burbonem do ust. Kto by się fatygował po szklankę? Delikatnie przejechał po klawiszach, które pamiętały lepsze czasy.
Poproszę o wyjaśnienie, co pamiętają fortepianowe klawisze z tych "lepszych czasów"? Pewien starutki fortepian ma klawisze z kości słoniowej i hebanu, czyli pamięta afrykańską sawannę? I tupot gazeli o poranku?
Może pamiętają czasy, gdy chałupa była mniej zaśmiecona, a po klawiszach nie ganiały się prusaki?
 
Zaczął grać. Co raz bardziej zapominał o otaczającej go rzeczywistości. Był tylko on i muzyka, która dawała mu ukojenie. Bezlitośnie, na ziemię sprowadził go ból nogi. Zgiął się w pół i pośpiesznie chwycił marynarkę. Wyjął i zażył mały, biały vicodin.
Może jednak duży, różowy i włochaty?
Albo mały, niebieski, w kształcie rombu?
Te małe, niebieskie, w kształcie rombu, rozpuszcza w spirytusie i wstrzykuje sobie dożylnie.
 
 
Ludzie mówili, że był zły. Owszem, wiedział to i w pełni przyznawał się do tego. Tylko nie wiedzieli, że oprócz złości jest też niesamowity ból, który towarzyszył mu, co rano. W gwoli ścisłości, w tym momencie, nie miał na myśli bólu fizycznego.
Był też ból duchowy, pojawiający się na samą myśl o pójściu do szpitala.
Kura MD stawia diagnozę: Leniwus Niepospolitus.
 

 
- House… Wiem, że jesteś w domu, odbierz – rozległ się z głośnika, głos Wilsona. Musi kiedyś wyłączyć  automatyczną sekretarkę.
Hm… Pomyślmy. Gdzie o ósmej rano, może być kulawy mężczyzna po czterdziestce? Pytanie za sto punktów!
W parku???
Nie, Jaszu, w parku to on był pięć lat później. Teraz jest w swoim zasyfionym mieszkaniu i zastanawia się, jak przedrzeć się do drzwi.
 
- No, chyba, ze już nie żyjesz, ale nie dał byś wszystkim tej satysfakcji, więc przejdźmy do rzeczy – chrząknął przewracając jakieś kartki. Dokładnie słyszał każdy ruch onkologa – Dzwoniła Cuddy…
Czemu do ciebie? Czyżby mnie już nie kochała? Chyba pójdę się rzucić z mostu.
- …wiedziała, że ty nie odbierzesz, więc przekazała mi, że masz przypadek. Pacjent ma białaczkę, sam go diagnozowałem, ale ostatnio zaczął widzieć podwójnie
Yossarian też tak miał.
i ma niedowład prawej strony ciała.
To coś wyjątkowo skomplikowanego.
 
Akta masz na biurku, a twój zespół czeka tylko na ciebie, więc rusz swój kościsty tyłek do szpitala.
Skąd możesz wiedzieć jaki mam tyłek?
- Tyle razy go ratowałem, że mógłbyś chociaż raz zrobić to, o co cię proszę.
I tak umrze.
- Ma zaburzenia mowy i wymiotuje.
baaardzo rzadki przypadek...
Przedawkowanie C2H5OH?
Prawdopodobnie.
 
Chyba… Zastanówmy się…Umiera?
- Nie chcesz chyba, żeby Cuddy dowiedziała się, co robiłeś ostatnio, gdy podobno leczyłeś ostrego kaca, który zwiastował koniec świata?
O co ci tym razem chodzi, Wilson? Zdradzisz najlepsiejsiego kumpla?
- To był mój pacjent – wymamrotał pod nosem.
Który? Ten łysy z przedziałkiem? Czy ten łysy bez przedziałka?
"Element Komiczny" po raz trzeci. Umówmy się, ze od tej chwili liczyć ich nie będziemy, bo nam paciorków w liczydle zabraknie, dobrze?
 
- James... ? - dało się słyszeć cichy głos w słuchawce. House momentalnie odwrócił głowę w kierunku aparatu.
I to jest clou tego opka:
Trzeba się dowiedzieć, kogo tym razem usidliły cud, miód, czekoladowe oczy naszego aniołka onkologa -  mamrotał ubierając się. Tylko gdzie były jego bokserki w gołe panienki? Wilson musi tu posprzątać.
Jaszo, spójrz okiem eksperta - czy to także ma być Element Komiczny?
Niestety, też...
 
Wsiadł na motor i ziewnął. Najchętniej przespałby dwadzieścia cztery godziny z całego dnia, a resztę poświęcił na pracę. Odpalił swój motor, budząc pozostałą część ulicy, pogrążoną w głębokim śnie.
House może jest upierdliwy, ale nie głupi. Na pewno nie na tyle, by po wypiciu na szybko flaszki burbona z gwinta,  jeździć na swoim ścigaczu.
Ale to nie jest House. To kosmita imieniem Grzesio Hałs.
Ulica pogrążona była we śnie... o ósmej rano, czy ósmej wieczorem?
 
Uśmiechnął się niewidocznie.
Skoro niewidocznie, to skąd wiadomo, że uśmiechnął, a nie np. wywalił jęzor?
 
Czyż dręczenie ludzi nie było celem jego życia?
Do tej pory żył w przekonaniu, że celem jego życia było ich ratowanie. Lata leczenia najtrudniejszych przypadków poszły tarmosić się w krzaki.
Ratował, bo musiał. Jakby mu powymierali, nie miałby kogo dręczyć.
A ratował tylko po to, aby mógł dalej robić z nich wycieraczkę do butów.
 
Spuścił szybkę w kasku i ruszył do szpitala.
Wszedł do szpitala, rozglądając się na około. Jeszcze dzisiaj musiał się dowiedzieć kto był w mieszkaniu onkologa i co robili.
Pacjent z białaczką i zapaleniem opon mózgowo-rdzeniowych, z podwójnym widzeniem, przy tym rzygający i mamroczący, wypisał się ze szpitala na własną prośbę...
Tak samo jak inni, którzy nie chcieli odciągać Gregora House'a MD od Rzeczy Naprawdę Istotnych...
 
- Doktorze House?! – zapiszczała jakaś młoda stażystka.
- Doktorze?! – pisnęła po raz drugi, gdy się nie odezwał, a wpatrywał się w jej piersi, a raczej ich brak.
- Twoje cycki jak rodzynki mnie przerażają. Podobnie jak te buraczkowate spodnie. Odejdź obrzydliwa istoto zanim puszczę pawia! – odsunął ją laską i pokuśtykał do windy.
Kolejny Element Komiczny wystawił łepek z odmętów fabuły.
 
Odetchnął z ulgą i zaczął rozglądać się po windzie. Nie mógł zrozumieć jak niektórzy boją się nią jeździć. Przecież to tylko pudełko ze sznurkiem na dachu. Drzwi się otworzyły, a on ujrzał stojącego przy pojemniku z batonikami, onkologa.
Syntacta oligophrenica. Przeprowadźcie punkcję lędźwiową, bo problem z pewnością tkwi w mózgu.
 
Z nieświadomym uśmieszkiem!
Uśmieszek był nieświadomy tego, że zaraz zgaśnie.
 
- Kogo przeleciałeś w nocy ty nasz słodki Romeo, w ulepszonej wersji łamacza serc? – krzyknął przez cały korytarz, dając znać przyjacielowi o swojej obecności.
- Uważasz, ze jestem słodki? – uśmiechnął się podstępnie, gdy House się tylko do niego zbliżył.
- Ależ ja cię kocham! – wykrzyknął stanowczo za głośno jak na poważne wyznanie.
- To z kim mnie zdradzałeś tej nocy? – zapytał z dramaturgią w głosie,
Szkoda, że nie z reżyserią. Może wtedy byłoby wiadomo, kto wygłasza którą kwestię.
 
przy czym wyrwał onkologowi z rąk snikersa. Przecież był głodny, no nie?
Tu pojawia się inny nieco typ Elementu Komicznego (tamten był Komizmem Słownym, ten jest niestety Sytuacyjnym), gdy Hałs wyjada wszystkim wszystko, co mają na talerzu, w dłoni czy lodówce. Taki Wołoduch.
 
- Nikogo, co ci w ogóle przyszło do głowy? – mamrotał wkładając pieniądze do maszyny, aby zapłacić za drugi batonik, bo poprzedni zjadła maszyna zwana krwiożerczym Housem niszczycielem.
Piękne, co nie?
Mówiłam, że kosmita?
Mówiłaś. On bateryjki ma napędzane węglowodanami.
 
- Do tej pory myślałem, że jesteś w podstawówce, teraz widzę, że to dopiero przedszkole, dorośnij – rzucił lekceważące spojrzenie przyjacielowi i jak najszybciej potrafił, oddalił się w nieznanym przez Housa kierunku.
Może na oddział, a może do zabiegowego?
Może do lasu, a może do studni?
 
- Możesz się pożegnać z sexem na podłodze! – krzyknął jeszcze za nim, ale to nie odniosło rezultatów.
Dlaczego Wilson miałby żałować płci podłogi? Gdyby kazano mu zrezygnować z seKSu, to co innego.
Może to ukryta aluzja, żeby Wilson wziął się za cyklinowanie, czyli metodą skrawania pozbawił ją wszelkiej płciowości?
 
Musi się jakoś dowiedzieć kim była ta dziewczyna… Albo facet.
albo ośmiornica.
Milenka?
A kto, jak nie ona?
 

 
Wszedł do gabinetu, a kaczątka [czyżbyśmy czytali coś o siostrzeńcach Kaczora Donalda?] nad czymś intensywnie dyskutowały.
Może nad wynikami badań, ach, ach?
Nieee... podejrzewam najświeższe ploty kto z kim i za ile. Przynajmniej w kontekście tego opka jest to o wiele bardziej prawdopodobne.
 
Zmarszczył brwi, gdy rozmowy ucichły po jego wejściu. Czyżby?
Czyżby to był czyżyk?
Czyżby zaczęły na nowo szeptać i bratać się z jakbami.
 
- Jestem zmęczony – oznajmił dramatycznie siadając na fotelu i zamykając oczy.
- Czym? Dziwka w nocy dała ci popalić? – zakpił Forman przygotowując sobie kawę w czerwonym kubku.
Foreman. On się nazywa Eric ForEman. Chyba, że aŁtorka chce nam w ten sposób zasugerować obecność kolejnego Kosmity Porywacza Ciał.
Ich tam jest więcej. Nawet Cameron pożarły.
I zastąpiły ją doprawdy WYJĄTKOWĄ mameją.
 
- Jeśli za dziwkę uznasz Wilsona, to tak. Chociaż… - zamyślił się na chwilę – To nie było by takie złe określenie.
- Spałeś z Wilsonem? – wysapała Trzynastka, dusząc się powietrzem, aby z grzeczności się nie roześmiać.
- Tak, moja ulubiona gumowa lalka nazywa się Wilson– mruknął robiąc minę pod tytułem „Skrzywdziliście biednego kalekę”
SEK, czyli Słowny Element Komiczny idzie ostro w górę
Tak ostro, że zaraz wyrżnie łbem o sufit.
 
- Czyżbyś miał jakieś niespełnione pragnienia? – roześmiał się neurolog. Po kilku latach pracy z Housem, stracił większość zahamowań.
A miał ich tyle! Samych zahamowań seksualnych ze sześć, do tego socjopatię i bukiet neuroz.
Hałs leczył go przez nakładanie rąk.
 
- Każdy ma. Ty na przykład chciałbyś wrócić do Afryki – podniósł ironicznie brwi i zabrał podwładnemu kawę – Wilson z kimś sypia.
- I oczekujesz, ze my dowiemy się z kim? Grzebanie w tajemnicach przyjaciół to twoja specjalność – mruknął Forman odwracając się do niego tyłem, aby zaparzyć drugą kawę.
- Dlaczego ty mnie o wszystko podejrzewasz? – zrobił jedną ze swoich smutnych min i popatrzył na lekarza. Tamten tylko przewrócił oczami.
- Sypia z którymś z was – wypalił po chwili ciszy, gdy tylko wszyscy mieli w ustach napój. Natychmiast go wypluli, gdy tylko usłyszeli słowa szefa.
A tu dla odmiany mamy Element Komizmu Sytuacyjnego - EKS
Na szczęście niczego nie piję, więc mimo zwalającego z nóg "dowcipizmu" tej scenki, nie oplułem monitora tudzież klawiatury, ani przestrzeni dookolnej.
Tylko Kot poszedł schować się pod regał, rozumiejąc, że jestem bardzo-bardzo zły.
Jasza kłamie, mówiąc że nie pluł. Pluł jadem i walił pięściami w biurko. Wolałem się usunąć na z góry upatrzone pozycje.
 
Dlaczego oni zawsze są tacy przewidywalni? – Gdybym nie był tak zmęczony –ostentacyjnie ułożył nogę na drugim krześle – pomolestował bym was przez chwilę i dowiedziałbym się prawdy. Nie patrzcie się na mnie tacy zdziwieni, przecież wiem, że to lubicie. Później jednak zrozumiałem, że mogę po prostu kazać wam zrobić badania, prawda?
Co byłoby dla nich czymś potwornym.
Mobbing w najczystszej postaci.
 
– uśmiechnął się złowieszczo, szukając chociaż cieniu strachu na ich twarzach. Nic z tego.
Czy mówiąc "badania" Hałs ma na myśli chińskie tortury?
Tak, i oni tego nie zniosą.
 
- I dlaczego niby mamy się na to zgodzić? Co nam zrobisz? Wylejesz nas?  - zakpił Forman
Pokazując przełożonemu wała, bo wiedział, że lekarze z oddziału diagnostycznego nie są od robienia badań.
 
siadając na krześle z resztą kaczątek.
Jednocześnie wyciągając transparent z napisem STRAJK i oflagowując gabinet.
 
 
Jeśli kiedyś zostałby królem, jego błaznem byłby House. Na pewno dostarczył by mu niesamowitej rozrywki, a gdy by się tylko nim znudził, po prostu kazałby mu odejść.
To prawdziwa sztuka nie zauważyć, że House cieszy się ogromnym szacunkiem wśród swoich asystentów.
Wiesz, jak się obserwuje z dystansu iluś tam lat świetlnych, to pewne rzeczy można przegapić.
 
- Mnie to nie przeszkadza – wzruszyła ramionami Trzynastka – Zresztą jestem ciekawa jaką będzie miał minę, gdy okaże się, że to żadne z nas.
- Ty nie musisz – mruknął, zastanawiając się czy powinien pójść i poszantażować dzisiaj Cuddy. Dręczenie pacjentów wypadło mu z terminarza, więc miał lukę.
Po prostu miał dziś wolne, bo wszyscy pacjenci w panice ewakuowali się ze szpitala (niektórzy z wenflonami w żyle i generalnie - agonalni), a ta "luka w terminarzu" będzie rozciągać się już do końca opka...
Po co mu pacjenci? Tylko przeszkadzają!
 
- Wilson sypia z facetem – ziewnął znudzony. Może wybór takiego zespołu  był błędem?
Poważnym. Jak można było wziąć sobie zespół, który nie chce brać udziału w dociekaniach, kto z kim sypia, marnując cenny czas na zajmowanie się jakimiś pacjentami?
Babrał się w doborze świetnego immunologa, chirurga i neurologa, zamiast iść na żywioł.
I zatrudnić panie z księgowości, które może i diagnozy nie postawią, ale za to wywęszą wszystko o wszystkich.
Pewnie, że tak! Ci przecież też nie diagnozują.
 
- Skąd to wiesz? Z autopsji? – popatrzyła mu w oczy. Przeszły go ciarki.
- Tak – uśmiechnął się zadziornie -  Szkoda, że nie możecie widzieć moich pleców. Wszędzie są ślady po paznokciach Wilsona, kiedy doprowadzałem go do ekstazy – uniósł sugestywnie brwi, na co pozostali zniesmaczeni wywrócili oczami.
Z rozpaczy, że Hałs idiocieje w takim tempie.
 
Nie ma to jak szef psychopata.
- Może zająłbyś się w końcu przypadkiem, a nie dręczeniem innych? – wszyscy spojrzeli na stojącą w drzwiach administratorkę, która zapewne od dawna przysłuchiwała się rozmowie.
I tu naiwny czytelnik myśli, że zacznie się dziać coś (cokolwiek) wspólnego z medycyną, ale nic z tego.
 
Wyglądała niesamowicie.
- Wyglądasz jak dziwka! – krzyknął z przerażeniem i zakrył oczy. Jego bardziej męska połowa myślała jednak coś innego.
Jego bardziej żeńska połowa zamarła z zawiści.
Yin i Yang rzuciły się na siebie z pazurami.
 
Miał się ochotę na nią rzucić. Wpić się w te czerwone usta i poczuć jej dotyk na sobie.
Chciał wąchać jej szyję i szybko ściągnąć z niej tą fioletową bluzkę. Zrobiło mu się gorąco. Gdyby tylko nie było tu kaczątek… Chciał dotknąć jej nagiej skóry i poczuć jej oddech na swojej szyi. Przyśpieszony. Pełen napięcia.
Ja tylko chciałam nieśmiało zaznaczyć, że prawdziwy House przeważnie myśli głową, nie główką...
 
Czuł, ze powoli traci nad sobą kontrolę. Popatrzył na nią niepewnie i zrobił to, co zawsze w takich chwilach -  ukrył swoje zażenowanie seksistowskim komentarzem, spychając na bok głos rozsądku, który kazał się na nią rzucić i uprawiać dziki seks na stole.
Jeśli to mu podpowiadał rozsądek, to nie chcę nawet wiedzieć, co podsuwała fantazja!
Dzika, nieokiełznana fantazja cicho szeptała: "a może by tak zbadać pacjenta?"
 
- Starałam się dostosować do twoich gustów – mruknęła.
- Chciałaś mi się podobać? – otworzył powoli oczy i uśmiechnął się szeroko.
- Pf! Jeśli chcesz w to wierzyć  i sprawia, że jesteś szczęśliwy– zamrugała kokieteryjnie i oparła się o framugę drzwi – Możesz wracać do pracy.
Do jakiej pracy? Tu jest jakaś praca? Zapytał Hałs patrząc na nią z niedowierzaniem.
 
- House, jakbyś widział coś jeszcze oprócz czubka własnego nosa, to może byś zauważył, że niektórzy pracują.
- Popieprzeni pracoholicy, którzy nie mają życia prywatnego? – gdy zobaczył dogłębny smutek pomieszany ze wściekłością, zrozumiał, że tym razem przesadził.
Och jej. Jakież to okrutne. Niewybaczalne wręcz.
 
W szpitalu zrobiło się naprawdę pusto. Gdy odjechały kolumny autobusów zamienionych na ambulanse, do których gorączkowo upychano pacjentów, ostatnich chorych pędem wywożono rikszami i wynoszono na rękach...
...a potem już nic nie przeszkadzało personelowi w zajęciu się Ważniejszymi Sprawami.
 
- Jakbyś mi w końcu dał spokój i nie wpychał się z butami na MOJE randki, to może bym miała życie prywatne. Ty jesteś jednak jak kotwica i ciągniesz wszystkich na dno samotności – warknęła, czując jak jej samokontrola ucieka z wrzaskiem w stronę lasu.
Pędząc tam w ślad za moją samokontrolą, również wrzeszczącą z rozpaczy.
 
 
- Ja wychodzę – mruknęła – Oczekuję, że do końca dnia przypadek zostanie rozwiązany – chciała zabrzmieć jak najbardziej oficjalnie i chyba się jej udało, gdyż nawet na twarzy Housa wymalowało się zdumienie.
Plakatówkami.
 
Odwróciła się i wyszła, pozostawiając gabinet pogrążony w ciszy.
Stojąc w grobowej ciszy zastanawiali się, co też miała na myśli, mówiąc "rozwiązać przypadek". Czyżby, nie daj Boru, kazała im... PRACOWAĆ?!
Zdesperowani popatrzyli na siebie i poszli rozwiązać ostatni przypadek, jaki im został - psychopatę, starannie związanego pasami. Do końca dnia mieli nadzieję się z tym uporać. Cóż mogli zrobić więcej?
 
Wiedział, ze nie chciała się rozpłakać, a szczególnie przy nim. Była typem twardej kobiety. Pod koniec jej przemowy, głos jej drżał, a oczy niebezpiecznie zaszły mgłą.
Drogi Czytelniku, te strzępki na ścianach to pozostałości po charakterze niejakiej Lisy Cuddy. Została go pozbawiona w sposób dość gwałtowny.
 
On to potrafił trafić w samo serce. Widział jak jej jest źle samej, ale to nie przeszkadzało mu w przerwaniu jej spotkań ani w wygłaszaniu krzywdzących opinii.
Pracoholiczka! Słyszę to codziennie. Nienawiść boli.
 
Po godzinie w przychodni miał dość. Przez pół godziny tłumaczył jakiejś nawiedzonej matce, że picie przeterminowanego o jeden dzień mleka, nie sprawi, że dziecko umrze, co innego toksyczne wychowanie. Ziewnął i odłożył kartę na blat. Praca pracą, ale nie można pracować cały czas, prawda?
No rzeczywiście, zaharował się prawie na śmierć. Co to on mówił o popieprzonych pracoholikach?
 
Teraz zajmie się dużo ciekawszym zajęciem – zabieraniem lunchu.
Nowe, ciekawe hobby Grześka Hałsa.
 
Usiadł na kanapie wpatrując się w onkologa żarłocznym wzrokiem.
Zastanawiał się, jak Wilson smakowałby z keczupem. A może jednak musztarda?
 
- Na co czekasz? – zapytał lekko speszony spojrzeniem przyjaciela. House w końcu był nieprzewidywalny.
- Aż wyjmiesz swój, to znaczy mój lunch – uśmiechnął się szeroko i ułożył wygodniej.
- A jeśli nie mam?
- Zawsze masz, ale możemy również skorzystać z twojej karty kredytowej – ziewnął pokazując jak go ta wymiana zdań nudzi. Przecież i tak dostanie, co chce.
Hałs przypomina mi takiego dworcowego lemura, co to w bufecie pluje komuś do zupy, a potem ją pożera.
 
- Kluczowym słowem tu jest „moja” karta kredytowa – warknął niezadowolony. Od rana był przewrażliwiony na punkcie Housa.
- Widać jednak ta noc nie była taka dobra jak myślałem – uśmiechnął się szeroko – Murzyn się nie sprawdził?
- Jaki murzyn? Co ty mówisz? – zakłopotał się.
Ten murzyn od czarnej roboty. Bo raczej nie Foreman, który jako przedstawiciel swojej rasy jest Murzynem z dużej litery.
 
- Oh… Postawiłem stówę, że to z nim sypiasz – westchnął głęboko i uśmiechnął się szeroko.
Po czym ziewnął potężnie, splunął głośno i z rozmachem podłubał w nosie.
 
 
- Skąd ci t w ogóle przyszło do głowy, że jestem gejem?! – krzyknął wzburzony. Chyba lepiej było by powiedzieć temu upierdliwcowi prawdę.
- Czyli mnie nie kochasz? – House spuścił głowę i ostentacyjnie pociągnął nosem.
Robienie z House'a debilnego niunia działa mi jednak na nerwy!
Jaszo! Spokój, luz! Już ustaliliśmy, że to kosmita, pamiętasz?
 
- Ah! – bezradnie opuścił ręce – O tobie ktoś musi nakręcić program, może w końcu poczułbyś się kochany – mruknął. Diagnosta popatrzył na niego złowrogo. Nie lubił rozmawiać o swojej rodzinie, a zwłaszcza w takich kryteriach.
Te kryteria są przez aŁtorkę tak jasno określone, że każdy by się wkur*** wkuropatwił.
 
Wstał, aby wyjść, gdy nagle jego laska upadła na ziemię. Nie czekając na pomoc Wilsona, uklęknął krzywiąc się z bólu. Wtedy to znalazł. Coś co zburzyło jego światopogląd.
Nagle z demokraty stał się teksańskim republikaninem, chcącym wziąć za ryj każdą odmienność.
teksański republikanin w pełnej krasie
 
Wyciągnął z pod kanapy wściekle czerwone szpilki.
Zagryzł wargi. Znał je bardzo dobrze. Nosiła je zawsze do czerwonej sukienki i czarnego żakietu.
Ekhem, dobra. Ja rozumiem, że po ostrym numerku w gabinecie można tam zostawić, powiedzmy, majtki. Ale buty? Wybiegła na bosaka na korytarz i nie zauważyła, że czegoś jej brak?
 
Przełknął ślinę i odwrócił się w stronę onkologa. Tamten widząc znalezisko, zakłopotany spuścił głowę w dół i zaczął się bawić palcami, niczym dziecko w przedszkolu.
Potwornie się zawstydził nieboraczek. Przyłapano go, że brzydko się bawi.
Wilsona zresztą też podmienili. Ciekawe, kogo zostawili na miejscu?
Pacjentów? Tych, co się nie zdążyli ewakuować.
I palacza w kotłowni.
 
- To… - zabrakło mu słów. Nie wiedział właściwie, co miał powiedzieć. Poczuł się nagle niesamowicie wykorzystany. Potarł zdenerwowany czoło. Prędzej spodziewałby się ataku kosmitów.
Odwagi, House! Załoga SuS już pędzi na ratunek!
 
- Myślałem, że skończyłeś się wstydzić swoich dziewczyn już w gimnazjum – dokładnie ważył każde słowo, nie chcąc, aby Wilson usłyszał coś, co później mógłby wykorzystać przeciwko niemu.
Na przykład słowo "gimnazjum" wskazujące, że znów ktoś tu nie ma pojęcia, jak wygląda edukacja w Stanach...
 
- House… - urwał. Popatrzył na diagnostę. Wyglądał dziwnie. Nie spodziewał się po nim aż takiej reakcji.
- Daj spokój – uciął – Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że uprawiasz sex z Cuddy? – ścisnął mocniej laskę, aby uspokoić nerwy.
Dlaczego ałtorki, nawet te, które na pierwszy rzut oka nie mają szczególnych problemów z ortografią, ZAWSZE piszą "sex" - jest to jedna z nierozwiązanych zagadek Wszechświata.
Bo to bardziej khę... sexowne?
 
- Myślałem, że to ci będzie przeszkadzać… - mruknął niewyraźnie.
- Oczywiście, ze mi przeszkadza! – krzyknął w chwili słabości – cokolwiek ci teraz nie powiem, zaraz doniesiesz o tym Cuddy, aby nie odcięła ci dopływu do swojego gniazdka miłości! – chwycił się za udo, które coraz bardzie pulsowało – Recepta – wyciągnął rękę w kierunku onkologa.
Tak w świecie aŁtoreczkowych opek zachowuje się dwóch dorosłych facetów...
Phi! Jaszo, cóż Ty wiesz o zachowaniu dorosłych facetów...
Widzę, że nic...
 
- House, jeśli noga cię boli przez tą sytuację…
- Boli mnie, bo wycięto mi tam kawał mięśnia! Celem mojej wizyty był vicodin więc nie wyobrażaj sobie zbyt wiele – chwycił receptę i wykuśtykał na zewnątrz. Kłamała. Przymknął na chwilę oczy i pokuśtykał do apteki. Najpierw leki, potem rozmowa z jaśnie dziewicą.
Później pójdzie do kąta i zacznie szlochać...
Potnie się! Potnie!
 
 
Łyknął tabletkę i poczuł ulgę. Przejęła jego ciało i zawładnęła zmysłami. Poczuł się wolny od wszelkich kłopotów i zmartwień. Tak działają narkotyki, prawda? Oparł się o blat i uważnie studiował kółeczka na staniku szefowej.
Szefowa była w stroju do tańca brzucha. Z kółeczkami i dzwoneczkami przy bieliźnie.
 
 
Stała daleko i nie mogła go widzieć, a on czerpał z tego korzyści. Wtedy naszła go niepokojąca wizja Wilsona i Cuddy razem. Ich ślub, bo niewątpliwie taki by niedługo był, dziecko, bo Cuddy bardzo go pragnęła.
Małżeństwo i prokreacja - aŁtoreczkowe remedium na wszystko.
 
 
Nagi Wilson z nagą Cuddy. Koszmar!
eno! koszmarem byłaby odziana w burkę Cuddy przy nagim Wilsonie. Lub nie daj Boru - Wilson w galabiji i naga Cuddy, prawda?
Naga Cuddy - koszmarem? Czyżbyś, drogi Jaszo, miał jakieś tajne informacje o jej cellulicie?
 
Potrząsnął z niezadowoleniem głowę i odwrócił się w kierunku drzwi, wprost na szukającą go Cameron.
- Dzień dobry House – wymamrotała patrząc w jego niesamowite duże oczy. Doskonale wiedziała na kogo się patrzył, a ta myśl nie sprawiała, że była wesoła jak skowronek. Wręcz przeciwnie.
Kolejne osiągnięcie w budowaniu postaci - Cameron występuje tu jako psychopatka, w dodatku o umysłowości pelargonii. 
Jaszu, nie chcę Cię straszyć, ale dalej będzie gorzej...
 
 
Zlustrował ją wzrokiem. Jej blond włosy ułożyły się delikatnie na jej ramionach, a małe dłonie ściskały plik papierów, po za tym, wyglądała beznadziejnie. Podkowy pod oczami, brak makijażu, tłuste włosy i świecący się nos, świadczyły, że większość ostatnich nocy nie przespała.
Generalizujesz, Sherlocku. Większość objawów świadczy tylko o tym, że przestała dbać o siebie. Co zresztą nie powinno przeszkadzać żyjącemu w pełzającym syfie Hałsowi!
 
Popatrzył na nią gardzącym wzrokiem. Przecież praca to nie wszystko.
Nie nie! Na takim sybarycie jak House, dla którego doba w szpitalu jest za krótka, Cameron sprawiała wrażenie dość dziwne.
 
- Musimy pogadać – wychrypiała, spuszczając wzrok. Przewrócił oczami. Jeszcze mu tylko brakowało zawstydzonego dziecka.
- Nie mam na czasu, nie widzisz jaki jestem zajęty? – ostentacyjnie wyjął z kieszeni lizaka i wpakował go do buzi.
Jeśli do buzi Cameron, to mamy EKS [Element Komiczny Sytuacyjny], pod tytułem "zatkaj się sieroto"  czymś w rodzaju knebla.
 
- Jestem w ciąży – wyszeptała, gdy zaczął się oddalać. Spojrzał jej w oczy z przerażeniem. Ktoś mówił, że nieszczęścia chodzą parami. Należało go spalić na stosie, dopóki było można.
Czyżby Grzesio Hałs rozsiewał swój materiał genetyczny na prawo i lewo, jak nie przymierzając, Voldek?
Nawet nieco bardziej, bo miewa też i synów.
 
- Ehm? Czyżbyś zgwałciła mnie podczas snu? – zapytał ironicznie, patrząc dyskretnie na flirtującą ze sponsorami Cuddy. Ta kobieta wiedziała jak „zdobywać” pieniądze. Roześmiała się i odrzuciła niewinnie włosy do tyłu. Dobrze wiedział, ze gdyby nie jej ogromny urok osobisty i umiejętności przywódcze, wielu dofinansowań nie udało by się zdobyć.
Wilson sprzedał jej swój tajny patent?
 
House słuchałeś mnie? – zmarszczyła brwi i popatrzyła na niego złowrogo. Dopiero, co obudził się z transu i spojrzał na nią nieprzytomnie.
- Nie – uśmiechnął się najbardziej prowokacyjnie i chwycił kartę. Potrzebował nowy przypadek,
aby nie myśleć cały czas o tym, co Cuddy robi z Wilsonem podczas przerw.
Dzięki Boru, że Hałs ma tak pokręcone życie prywatne, inaczej żaden pacjent w tym szpitalu nie doczekałby się leczenia.
 
- Ciekawe wyniki… - wymamrotał pod nosem zagłębiając się w tajniki karty pacjenta. Może próba zwrócenia uwagi przez Cameron ciążą, nie była zbyt trafna, ale przypadek zapowiadał się dość ciekawie
A ten co? Ma w oczach USG, już wie, że to tylko "próba zwrócenia uwagi"?
Żeby tylko USG! Jako wybitny diagnosta ma w oczach RTG, EEG, tomograf i gastroskop.
I kolonoskop w palcu wskazującym.
 
 
Wychodził już z windy, gdy nagle wpadła na niego kobieta. Młoda brunetka o przenikliwym spojrzeniu, jak zdołał zauważyć za nim dostąpił bliskiego kontaktu z matką ziemią.
Eee... znaczy co, klepisko mieli w tym szpitalu zamiast podłogi?
 
Dziewczyna upadła tuż obok niego.
Bo jak nie wiemy, czym ożywić akcję, to trzeba przewrócić bohatera na ziemię w towarzystwie jakiejś kobiety.
 
Poczuł dotkliwy ból w nadgarstku. Usiadł przy ścianie i dokładnie go obejrzał. Skręcony.
- House coś ci się stało? – dopiero teraz obserwująca całe zdarzenie Cameron, przypomniała sobie o nim.
Boru! Aż takie problemy z pamięcią krótkotrwałą?
Od tego zaczynała się jej choroba psychiczna. Hipokamp jej się wyprostował.
 
 
Chwycił pierwszy lepszy bandaż z brzegu  lekko usztywniając rękę, zabandażował ją. Musi się jakoś dostać do Cuddy. Przecież możliwe jest, że Jimmi kłamie, albo po prostu sobie z niego żartuje. Ona powie mu prawdę. W dodatku nie skończył liczyć kółeczek na jej biustonoszu.
Jakich znowu kółeczek? Kolczugę miała?
Znudziło jej się to obmacywanie, to założyła kolczugę. Tak dla śmiechu.
 
 
Wyjął z kieszeni vicodin i połknął go. Dzisiaj jego tabletki znikały w ekspresowym tempie.
Grzesiu, podziel się! To opko boli...
 

- Przespałaś się z nim?! – warknął stanowczo za głośno.
- Nie wiem dlaczego przejmujesz się tak tym pytaniem – ironizowała, naśladując jego ton. Zaczęła nerwowo bawić się palcami. Nie wróżyło mu to dobrze.
"Bawienie się palcami" w tym opku występuje sześć razy. Policzone. Na palcach...
 
- Może dlatego, ze jest przyjacielem i chcę wiedzieć z kim dzieli płyny ustrojowe? – mruknął niezadowolony.
"dzielić płyny ustrojowe" - idę cicho rzęzić w kątku. Najpierw Marlenka, teraz to.
Znaczy: z kim zawarł braterstwo krwi, a komu napluł w oko?
 
- To może powinieneś się jego spytać? – wstała i położyła ręce na biodrach w bojowej postawie.
Jej biodra były bardzo bojowe, wręcz uzbrojone po zęby.
 
 
- Mógłbyś wyjść z gabinetu? Wilson zapewnie powiedział prawdę. On nie kłamie tak nałogowo jak ty – zbliżyła się do niego i wyzywająco popatrzyła mu w oczy. Widać jej zauroczenie minęło.
- Czyli z nim spałaś? – przełknął ślinę. Czuł się jak w sądzie, tuż przed ogłoszeniem wyroku.
- Sam mówiłeś, że jestem samotną pracoholiczką – machnęła ręką – To sobie znalazłam partnera, żeby mój stan cywilny nie spędzał ci snu z powiek – odsunął się od niej z przerażeniem w oczach.
- Wyszłaś za Wilsona?!
Tak, wyszłam za Wilsona z poniedziałku na wtorek, ot co!
Wyszłam za mąż, zaraz wracam!
Wyszłam za mąż niedaleko.
 
- House! Nie wiesz, co się dzieje pomiędzy mną, a Wilsonem, więc się nie wtrącaj! – podniosła głos i gwałtownie wstała pokazując mu na drzwi.
- Muszę się wtrącać! Wybacz jeśli uznam sytuację, w której MÓJ przyjaciel żeni się z MOJĄ szefową za moimi plecami, za nienormalną  - podniósł złowrogo brwi stojąc przy drzwiach i spoglądając w jej duże oczy.
Eeee... znaczy co, dwoje dorosłych, samodzielnych ludzi ma go pytać o pozwolenie?
 
Zauważmy też, że dowodem zawarcia małżeństwa nie jest żaden dokument (urzędowy czy wyznaniowy), nawet nie obrączki, ale Pszępaństwa - buty pod kanapą!
Ten czerwony kolor mówił sam za siebie...
 
- Badania nie wykazały za wiele – do gabinetu wpadł Forman z resztą kaczuszek. Intensywnie przyglądały się szefowi, węsząc jakieś kłopoty.
- To zapalenie opon mózgowych podajcie leki – mruknął i wykuśtykał z gabinetu. To koniec, wiedział o tym. Została mu tylko jedna sprawa do załatwienia.
Ekhem... Tak, pointą każdego odcinka House'a jest podanie przezeń błyskotliwej diagnozy, rozwiewającej wszelkie wątpliwości zespołu, ale nigdy - NIGDY - nie jest to diagnoza tak kompletnie z dupy wzięta, jak tu.
 
 
Przystanął przy drzwiach do gabinetu. Nie zastanawiał się, czy to co myśli zrobić jest właściwe. Gregory House nie uznawał zasady „Najpierw pomyśl potem zrób”. Rzadko  myślał o konsekwencjach.
Powiedzmy wręcz - nigdy nie myślał.
 
Dlaczego teraz miałoby być inaczej? Otworzył zamaszyście drzwi. Jego ofiara stała przy oknie pocieszając jakąś łysą pacjentkę. Przewrócił oczami na ten widok i pokuśtykał w stronę onkologa.
- House co ty… - nie dokończył, ponieważ pewien niebieskooki osobnik powalił go na ziemię.
I zgwałcił.
 
Dosłownie. House widział wszystko jak w zwolnionym tempie. Jego ręka dotykająca twarzy Wilsona, odgłos ocierających się o siebie kości, aż w końcu głuchy łoskot upadającego na ziemię ciała.
Gdy padł na nich blask księżyca, zaskoczeni pacjenci i personel ujrzeli dwa naparzające się ze sobą szkielety...
 
 
House przewrócił oczami. Dawno się nie bił. Aby kogoś obezwładnić, używał laski, a jeżeli chodzi o walkę wręcz… Nie oszukujmy się. Najczęstszymi przeciwnikami były wściekłe rodziny pacjentów. Wolał z nich zakpić niż się bić.
Taaa. Już widzę Hałsa w ustawce przeciwko licznie zgromadzonej, wściekłej rodzinie pacjenta.
 
 
Różowe ubranko pomagające Wilsonowi wydawało się lekko zakłopotane swoim położeniem.
Różowe ubranko poczuło się nagle takie puste w środku.
Czy właścicielkę ubranka też diabli porwali, jak swego czasu niejakiego Prochora Piotrowicza?
 
 
Podczas tej konwersacji nie zapomniał, co jego głupi, łamany przez cudzołożny, eks przyjaciel robił z Cuddy. Wzdrygnął się. Zdecydowanie nie powinien jej był widzieć wtedy nago. Fakt iż było to kilka lat temu podczas jednej nocy, niczego nie zmieniał.
Do tej pory nie mógł się otrząsnąć. Nawet seanse u psychoterapeuty niewiele pomogły. Nadal budził się z krzykiem w skotłowanej pościeli.
 
Potrząsnął lekko głową orientując się, że Wilson przez ten cały czas prowadził swój durny wykład. Cóż, nie mógł być świadomy faktu, że House jest teraz zupełnie gdzie indziej.
A na miejscu została tylko pusta powłoka.
*rozglądając się niepewnie* zaskorupiała wylinka? Kolejny punkt dla Kosmitów.
 
-… i choćby dlatego nie powinieneś mnie bić! – krzyknął delikatnie dotykając zaczerwienionego oka. Siedział już na kanapie i nie wyglądał na zadowolonego.
Jak się krzyczy delikatnie? Czy ktoś mnie nauczy?
Najpierw do tego trzeba mieć Czerwone Oko.
 
- A ty nie powinieneś żenić się z Cuddy za moimi plecami! – warknął i patrząc złowrogo na onkologa, wyszedł trzaskając drzwiami.
Żałując w tym momencie, że nie może go wydziedziczyć.
 
Wszedł do windy i zamknął oczy opierając się o ścianę. Wilson stanowczo nie powinien być z Cuddy, a tym bardziej zawierać z nią związku małżeńskiego.
Mamy tu typowy dla aŁtoreczek ciąg myślowy - skoro dwoje ludzi uprawia seks, to z całą pewnością muszą, po prostu MUSZĄ być małżeństwem. To, że jednocześnie bohaterowie opków gżą się z czym i z kim popadnie, nie ma najmniejszego znaczenia.
 
 
Każdego kto pomyśli inaczej, nafaszeruje środkami przeczyszczającymi i zamknie w windzie.
Jak ja uwielbiam tak inteligentne dowcipy!
 
Otworzyły się drzwi i zobaczył swój koszmar. Stała tam z miną pod tytułem „za chwilę zabiję niebieskookiego diagnostę wyrzucając go przez okno, ale przedtem zgwałcę do w swoim gabinecie”.
Najpierw obowiązek, potem przyjemność.
 
Auć! Mamusia chyba dowiedziała się o kłótni dzieci.
Drodzy Czytelnicy, usiądźcie wygodnie, zamknijcie oczy i zacznijcie głęboko oddychać. Musicie przygotować się na to, że w tym opku Hałs nazywa Cuddy "mamusią". Żeby potem nie było pretensji, że nie zostaliście uprzedzeni!
 
Był już naprawdę zmęczony. Musiał się przespać. Odwrócił się i szczęście zdzieliło go po twarzy.
Doprawdy, poetycka maniera ałtorki momentami mnie przerasta.
 
 
[tu mamy opis snu Hałsa, który sobie darujemy. Ze snu wynika jednoznacznie, że nikt go nie kocha, nikt go nie rozumie i nikt go nie potrzebuje. Amen.]
 

Musi się dowiedzieć kiedy i w jakich okolicznościach Cuddy przespała się z Wilsonem. Fakt iż zrobiła to z pracownikiem był niedorzeczny, a jeśli dodamy do tego, że wyszła za mąż za onkologa, historia robi się wręcz niemożliwa.
Faktycznie, onkolodzy zazwyczaj żyją w celibacie. Z ojca na syna.
 
W gabinecie była Cuddy i pochylała się nad Wilsonem.
Sodoma i Gomora!
 
 
Niedługo dojdzie do tego, że zaczną uprawiać sex na środku korytarza.
Czemu nie? Mieli tam przecież klepisko, więc tylko rozkopać, nawodnić, a powinien ładnie wzejść.
 
 
Czy powinien przeprowadzić z Wilsonem rozmowę o tym skąd się biorą dzieci? Po tylu małżeństwach bez ani jednej wpadki, powinien chyba wiedzieć.
Może Wilson osiągnął wyższy stopień wtajemniczenia i już wie co robić, aby dzieci się nie brały?
 
 
Owszem zaskoczyli go tym swoim sexem,
Cuddy okazała się być ponętnym młodzieńcem, natomiast co do Wilsona, Hałs miał zawsze pewne wątpliwości...
 
ale Gregory House był mściwym człowiekiem i bardzo nie lubił być zaskakiwany.
Wolę nie myśleć, jak zemści się na podstępnej Wilsonie i Cuddym.
 
Powinni o tym wiedzieć. Uśmiechnął się złowieszczo wsiadając na motor. Musi tylko jakimś sposobem dowiedzieć o bardzo pikantnych szczegółach z ich życia intymnego. Oczywiście, jego źródłem nie mogła być ani Cuddy, ani Wilson. Dla niego nie było to jednak przeszkodą.
Od czego są pluskwy, minikamery i mikrofony kierunkowe?
 
Wrócił do domu i rozsiadł się na kanapie. Nudziło mu się. Potrzebował rozrywki. Spojrzał niepewnie na telefon.
- Lena? – wybrał numer i starał się zabrzmieć jak najbardziej uwodzicielsko – Wiesz, że jesteś mile widziana w moim mieszkaniu?
Tak się na nich zemści, że strach! Ściągnie sobie flamę do łóżka, a co! A oni niech gryzą pazury!
- Mmmm... Hałs, pomścijmy się jeszcze trochę! - A wiesz, mnie ten najgorszy gniew już przeszedł...
 
 
Lena była jedna z niewielu byłych Housa, z którą utrzymywał kontakt, pomimo sposobu w jaki z nią zerwał. Jej reakcją, gdy dowiedziała się, że Gregory House ma ochotę na inną, było:
- Oh… Ale dzisiejszy sex aktualny?
Jakaś nowa odmiana seksu - poza oralnym i analnym, jeszcze seks aktualny?
Nie, jej chodziło o to, że dziś nie będą zmieniać płci.
Nie boją się rutyny?!
 
- Mmm… - zmierzała go wzrokiem, zatrzymując się na dolnych partiach ciała – Czy niebieskooki geniusz, ma jakieś życzenia specjalne? – zapytała odsuwając krótką sukienkę.
Odsuwając suknię na bok. Trzymała ją w zębach.
 
Zamknął cicho drzwi i zagryzł wargi na widok jej nagiego ciała. Stała przed nim w samej bieliźnie i uśmiechała się łobuzersko.
No to albo w bieliźnie, albo naga, zdecyduj się Waćpanna!
 
Usłyszał dzwonek i zaklął pod nosem. Wiedział, że ktokolwiek przychodzi do niego o tej porze, nie da za wygraną.
- Czego?! – zostawiając Lenę w głębi salonu, otworzył drzwi.
A teraz przypomnijmy sobie opis mieszkania Hałsa, jaki zaserwowała nam aŁtorka w początkowych akapitach... Doskonała sceneria do namiętnej schadzki, nieprawdaż?
Gra wstępna polegała na tłuczeniu karaluchów.
 
Stała przed nim Cuddy z Wilsonem i uśmiechali się niepewnie. Boże… To gorzej niż w podstawówce. Pewnie przyszli mu wytłumaczyć jacy są szcześliwi i fakt iż są razem nie zaszkodzi ich wielkiej wspaniałej przyjaźni. Obrzydlistwo.
- Greg do cholery! Jestem naga i czekam abyś mnie zaspokoił! – z salonu dobiegł głos kobiety, a ich zamurowało. Szczególnie przy ostatnim wyrazie, który Lena wyraźnie zaakcentowała.
Grzesio miał kłopoty ze słuchem, mógłby ją więc np. USPOKOIĆ. Na zawsze.
 
House uśmiechnął się niewinnie patrząc na zmieszane twarze przyjaciół.
- Mam pewną sprawę do załatwienia – podniósł brwi ironicznie i zatrzasnął przed nimi drzwi.
A tu mamy z kolei SEK(s) z EKS, czyli Komizm Słowno-Sytuacyjny.
W dodatku wyjątkowo wysokich lotów.
Odcinek 10 "Wódka vicodin i tabletki nasenne"
Czyli Podręcznik młodego samobójcy.
 

 
Od Ałtorki:
 
O gosz...
Co za wredne stworzenie ten word... Zbeszcześciło mi nazwisko x(
Cóż to jest wobec zbezczeszczenia nie tylko nazwiska, ale i charakteru niejakiego Gregory'ego House'a, MD.
 
Dziękuje skarbie :*
Nie ma za co.
 
Gdy wstał jej już nie było. Mieli taki układ między sobą. Cokolwiek się wydarzyło poprzedniej nocy, następnego dnia odchodziło w zapomnienie.
Doskonały układ, zwłaszcza jeśli Grzesio miewał czasami kłopoty...
Wywoływał padaczkę skroniową! Nie chcę wiedzieć jak...
 
Pokuśtykał do łazienki i oblał twarz wodą. Gdyby miał więcej siły, wziąłby prysznic, ale w takich okolicznościach, odłożył go na później.
Co za różnica. Przecież ubranie i tak musiałby wyciągnąć z kupy śmieci, albo w najlepszym przypadku - ze starego pudełka po pizzy.
 
Spojrzał w lustro. Wyglądał jak jedna wielka kupa nieszczęścia. Wzdrygnął się. Zawsze był zły i obrażony na świat za to, że jest kaleką, ale teraz coś się zmieniło.
Teraz był zły i obrażony na cały Wszechświat.
 
Przetarł ręką szkło, mając nadzieję, ze ten widok zniknie. Oparł się o umywalkę. Nie było mowy, aby poszedł dzisiaj do pracy.
Grzesio Hałs ma prawo olewać szpital, bo nie jest lekarzem i wisi mu generalnie, czy go wywalą, czy nie. I tak nie byłby w stanie nikogo wyleczyć.
A jak go wywalą, to wróci do Bazy i tyle.
 
 
Spojrzał niepewnie w stronę barku. Już wiedział, co będzie robił.
Po jakiś czterech godzinach picia, można powiedzieć, ze House tracił kontakt z otoczeniem.
Drodzy Kosmici! Poprawcie coś w programie tego androida! Żal patrzeć, co Wam wyszło.
W setapie coś gwazdra i generalnie - nie bangla.
Jaszu, czepiasz się. Myślisz, że to takie proste - nauczyć robota chlać?
 
Teraz siedział przy fortepianie i co jakiś czas fałszując, grał. Był tak pijany, że czasami nie udawało mu się dobrze trafić w klawisze, ale jemu to zbytnio nie przeszkadzało.
I tak nie miał słuchu.
 
Był teraz zdecydowanie gdzie indziej.
Na chwilę teleportował się do Bazy...
 
Wspominał jak poznał Cuddy. Było to na studiach. (...)
Kilka lat później spotkali się na jakimś zjeździe.
Oboje pijani wylądowali w łóżku. Pomimo ich stanu, był to najlepszy sex w ich życiu.
Już wtedy miał zadatki na cudotwórcę.
Nie, po prostu różowa mgiełka przesłoniła mu wspomnienia.
 
- House? House! Żyjesz? Odezwij się ty pijaku! – powoli docierały do niego głosy ze świata zewnętrznego. Stał nad nim wzburzony Wilson. Nic nowego. Mamusi Jimmi, nie podobało się to, co robił synek Greg.
Wilson ma klucze do jego mieszkania, czy Hałs po pijaku zapomniał zamknąć drzwi?
 
- Jeżeli się nie przymkniesz, to obiecuję, ze zaknebluję ci moją brudną skarpetą spod łóżka! – mruknął i nakrył się kołdrą.
Element Komizmu Słownego właśnie z hukiem zleciał z Niebosiężnych Szczytów Dowcipu.
 
- Szkoda mi ciebie – popatrzył na niego lekceważącym spojrzeniem.
- Dlatego, że nie rżnę Cuddy? Jakoś specjalnie mi nie szkoda
Ten prototyp zbyt często zacina się na jednej funkcji.
Może to był robot przeznaczony do tartaku?
I tylko przez pomyłkę trafił do szpitala... tak, to wiele tłumaczy.
 
– wyciągnął z szufladki lek nasenny. Zamierzał przespać dzisiejszego kaca.
- Gdybyś mnie wczoraj posłuchał…
Powoli przestawał słyszeć głos onkologa.
W zamian zaczął słyszeć głos Anioła
Obudził kilka, no może kilkanaście godzin później.
Anioł mu poradził, żeby jednak nie szedł w stronę światła.
 
Nie wiedział czy przespał dzień, czy trochę więcej. Gdy brał tabletki, nie patrzył na ilość.
Z alkoholem, to obojętnie czy staromodne barbiturany, czy benzodiazepiny mają to samo, fatalne działanie. Grzesio Hałs może jednak o tym nie wiedzieć.
Phi! Skąd możesz wiedzieć, jak takie rzeczy działają na organizm kosmity?
Nieno, jasne. Androidy po prostu się tym pasą.
 
Ziewnął i spojrzał w lustro. Wystraszył się. Wyglądał jak zombie.
Człowiek z ptakiem na kolanie zdziwi się, że żyje!
 
 
Ubrał czarne okulary przeciwsłoneczne [w gustowny pokrowiec] i chwycił plecak. Czas pojawić się w szpitalu.
Swoim wejściem wzbudził, jak zauważył, wielkie zamieszanie. Czyżby tak długo mnie nie było?
No cóż... wracając z Bazy powinien liczyć się z pewną obsuwką w czasie.
 
Po chwili zrozumiał, o co chodzi. Każdy chciał zobaczyć jego reakcję na wiadomość o związku Cuddy z Wilsonem. Nie doczekanie ich. Obrzucił wszystkich złowrogim spojrzeniem mówiącym „znam wszystkie wasze sekrety i nie zawaham się ich wykorzystać” i przekroczył drzwi gabinetu.
Po ewakuacji pacjentów personelowi faktycznie nie zostało nic oprócz plotkowania...
- No Cuddy, skąd wiedziałaś, że tu będę? Ah… Tak! To mój gabinet. Bądź łaskawa z niego wyjść. Jeśli Wilson ma problemy z erekcją, to nie mój problem
Toż to czysta postać nerwicy natręctw.
 
– obrzucił ja pogardliwym spojrzeniem i skierował się w stronę biurka. Wtedy się obróciła. Zatkało go. Wyglądała okropnie. Nawet dobry makijaż nie był w stanie zakryć śladów po łzach.
Albo płakała kwasem, albo to NIE BYŁ dobry makijaż.
 
Nie obchodzi cię dlaczego, nie obchodzi cię dlaczego, nie obchodzi cię dlaczego…Cholera! Po za tą drobną anomalią, wyglądała jak zwykle zjawiskowo. Fioletowa sukienka do kolana z bardzo dużym dekoltem sprawiała, ze Lisa mogła paść ofiarą gwałciciela na pierwszej lepszej ulicy.
Kolejna wyznawczyni teorii, że zgwałcone kobiety "same chciały"?!
 
 
- House, gdzieś ty się podziewał przez trzy dni?! Myślisz, że nie masz obowiązków? Pacjentów?! – po tych słowach, przestał ją słuchać.
Oni faktycznie zachowują się jak nastolatek i jego mamusia...
 
 
Jej usta, jeszcze bardziej piękne i cudowne niż kiedykolwiek mu się wydawało. To właśnie na nich się skupił. Jak nimi rusza wymawiając jego nazwisko. Ludzie mówią, że zakazany owoc najlepiej smakuje. W tym momencie House odczuł to bardzo wyraźnie. Zbliżyła się do niego i zmachała mu przed oczami.
Nie wiadomo, dlaczego zmachała i czym, ale machnijmy na to ręką.
Się zmachała. Gadanie do ściany jednak męczy.
 
 
Owszem był erotomanem, ale nie jakimś stukniętym romantykiem! To tylko Cuddy! Ta sama, która goni cię do kliniki, zmusza do konsultacji…
Każe pracować i w ogóle jest niedobra!
 
Za każdym razem, gdy robił coś głupiego, widział rozczarowanie w jej oczach.
Oj, Grzesiu, Grzesiu co z ciebie wyrośnie!
 
Nie mógł się zmienić. Ludzie się nie zmieniają. Jednak, gdy patrzył teraz na jej twarz, poczuł coś dziwnego. W towarzystwie Lisy Cuddy, miał wrażenie, że jest innym człowiekiem. I to nie chodziło wcale o to, że miał ochotę ściągnąć jej sukienkę, aby zobaczyć jaką ma na sobie bielizę.
Przy innej kobiecie taka myśl nawet nie przyszłaby mu do głowy, gdzieżby!
 
Zadrżała i zamknęła oczy. Widać było, że nie wiedziała do czego on zmierza. Czy to kolejny z jego żartów, czy jakaś nowa forma przekonania jej o swojej „niewinności”. Chwycił ją za podbródek i przyciągnął bliżej siebie. Otworzyła oczy i popatrzyła na niego z niepewnością i dzikim pożądaniem. Pocałował ją.
Nie wiedziała do czego on zmierza, ale patrzy na niego z pożądaniem.
"Taka głupia to ja znów nie jestem, może głupia, ale taka, to już nie!"
 
- Ja… Bo wiesz… Praca…Sponsorzy… Nie mogę… - jąkała się, coraz bardziej odsuwając w stronę drzwi. Widać było, ze jest przerażona. Pośpiesznie wyszła zostawiając go samego ze swoimi myślami.
W jaki sposób praca i sponsorzy mają przeszkadzać w całowaniu się?
Sponsorzy mogą być zazdrośni i wycofać dotacje, proste.
 
- House mamy przypadek – do gabinetu wpadł Forman.
- Jest piękny słodki i uroczy jak moja piłeczka? – uśmiechnął się do kulistej przyjaciółki
Już wydawało mi się, że opko zaimpregnowało mnie na wizję skretyniałego Hałsa, ale nie. W fabule wciąż czają się niespodzianki.
 
W następnym odcinku poznamy Cameron, jakiej w serialu nie widzieliście, dowiemy się, co można robić w windzie, a także do czego zdolna jest Ałtorka po wizycie w kościele. Już za tydzień!
 
 
Naćpany vicodinem Jasza, Kura w czerwonych szpilkach i utykający Maskotek
pozdrawiają ze Szpitala na Peryferiach.
 


5 komentarzy:

jasza pisze...

• Nadira


Wołoduch, wołoduch!!
Całe jajko by zjadł XD

• Richie

No wiecie... chyba jednak trochę przesadzacie... (jak powiedział Skaza, dramatycznym gestem masując skroń)
Może to opowiadanie nie jest wybitne, ale czytałam setkę gorszych i bardziej godnych wyśmiania - wystarczy poszukać w dziale FanFiction na housemd.fora.pl :D Poza tym w porównaniu z 6. sezonem tegoż serialu, House z tego opowiadania wypada bez porównania bardziej 'in character'... Idąc dalej - czy Wy w ogóle orientujecie się w fanonie House'a? Chyba nie, skoro określenie "Kaczątka", zwracanie się do Cuddy per "mamusiu" oraz to, że Wilson ma klucze do mieszkania House'a budzi Wasze zdziwienie. Serial też najwidoczniej oglądacie jednym okiem, bo np. wykradanie Wilsonowi jedzenia czy unikanie kontaktu z pacjentami pzez House'a to już naprawdzę canon!!!
Zdecydowanie bardziej podobały mi się analizy opków o Milence i braciach Kał-lic :)
Pozdrawiam,
Richie
• Princess of darkness

Witam.
Z jednej strony uśmiałam się jak nic, a z drugiej strony jestem przerażona... jak można zrobić coś takiego?! Z tym serialem?!
Ten Hałs będzie mnie prześladował...

• Monaco

Wykrakałam. Nie mogę sobie tego darować. Już nigdy nie będę podsuwała aŁtorkom takich pomysłów, bo jeszcze się wezmą, uprą i zbeszczeszczą mojego Wiedźmina *zakrywa dłonią usta* O nie, co ja narobiłam? Chociaż... Sapkowski to jednak literatura wyższa, jest szansa, że aŁtorki o nim nigdy nie słyszały... *chwyta się ostatniej nadziei jak tonący brzytwy*

Analiza genialna. Dzięki niej byłam trochę mniej... wkuropatwiona ;)

• badyl jest kobietą

Zawsze wolałam Wilsona.

• klusek

Powinni zakazać takich kretynizmów...

• dżakasss

nie wybaczę zbezczeszczenia świętości, obiektu kultu mego... ;)autorce należy się batog jakiś, ale winy swe wyznała, dlatego punkt ten pominę (niestety):D
i teraz ten widok: hałs jako synuś mamusiny, alkoholik, vicodiniarz i syfiorz w jednej skrępowanej brudem postaci, będzie mnie prześladował za każdym razem jak tylko zobaczę ten serial we wszechmocnej tv ;DD
analiza cód, miud i oszeszki ;)

• Rzepicha

Co prawda ja z panem House'm zaprzyjaźniona nie jestem, ale Mężczyzna Mojego Życia jest. I cierpi.

• Kivi


Tylko nie to! Miałam nadzieję, że House jest świętością niezaprzeczalną, ale niestety, niestety... Moja wiara w poprawę aŁtorek umarła. Gwałtownie.
Wilson oferujący usługi seksualne. WILSON OFERUJĄCY USŁUGI SEKSUALNE.
Wędrujące udo, Honda po burbonie, niewidoczne uśmiechy, paznokcie Wilsona, strzępki charakteru Cuddy, wszystko to mnie wkur... wkuropatwiło.

„Bo jak nie wiemy, czym ożywić akcję, to trzeba przewrócić bohatera na ziemię w towarzystwie jakiejś kobiety.” ← to sobie pozwolę zapisać i nad łóżkiem zawiesić.

Dziękuję za ostrzeżenia. Uratowały moją biedną duszyczkę przed szokiem. I naprawdę podziwiam dzielnych Analizatorów za mierzenie się z tym... tym... POTWOREM!
tuli się do płyt DVD z Housem i szlocha spazmatycznie

jasza pisze...

• Nadira


Wołoduch, wołoduch!!
Całe jajko by zjadł XD

• Richie

No wiecie... chyba jednak trochę przesadzacie... (jak powiedział Skaza, dramatycznym gestem masując skroń)
Może to opowiadanie nie jest wybitne, ale czytałam setkę gorszych i bardziej godnych wyśmiania - wystarczy poszukać w dziale FanFiction na housemd.fora.pl :D Poza tym w porównaniu z 6. sezonem tegoż serialu, House z tego opowiadania wypada bez porównania bardziej 'in character'... Idąc dalej - czy Wy w ogóle orientujecie się w fanonie House'a? Chyba nie, skoro określenie "Kaczątka", zwracanie się do Cuddy per "mamusiu" oraz to, że Wilson ma klucze do mieszkania House'a budzi Wasze zdziwienie. Serial też najwidoczniej oglądacie jednym okiem, bo np. wykradanie Wilsonowi jedzenia czy unikanie kontaktu z pacjentami pzez House'a to już naprawdzę canon!!!
Zdecydowanie bardziej podobały mi się analizy opków o Milence i braciach Kał-lic :)
Pozdrawiam,
Richie
• Princess of darkness

Witam.
Z jednej strony uśmiałam się jak nic, a z drugiej strony jestem przerażona... jak można zrobić coś takiego?! Z tym serialem?!
Ten Hałs będzie mnie prześladował...

• Monaco

Wykrakałam. Nie mogę sobie tego darować. Już nigdy nie będę podsuwała aŁtorkom takich pomysłów, bo jeszcze się wezmą, uprą i zbeszczeszczą mojego Wiedźmina *zakrywa dłonią usta* O nie, co ja narobiłam? Chociaż... Sapkowski to jednak literatura wyższa, jest szansa, że aŁtorki o nim nigdy nie słyszały... *chwyta się ostatniej nadziei jak tonący brzytwy*

Analiza genialna. Dzięki niej byłam trochę mniej... wkuropatwiona ;)

• badyl jest kobietą

Zawsze wolałam Wilsona.

• klusek

Powinni zakazać takich kretynizmów...

• dżakasss

nie wybaczę zbezczeszczenia świętości, obiektu kultu mego... ;)autorce należy się batog jakiś, ale winy swe wyznała, dlatego punkt ten pominę (niestety):D
i teraz ten widok: hałs jako synuś mamusiny, alkoholik, vicodiniarz i syfiorz w jednej skrępowanej brudem postaci, będzie mnie prześladował za każdym razem jak tylko zobaczę ten serial we wszechmocnej tv ;DD
analiza cód, miud i oszeszki ;)

• Rzepicha

Co prawda ja z panem House'm zaprzyjaźniona nie jestem, ale Mężczyzna Mojego Życia jest. I cierpi.

• Kivi


Tylko nie to! Miałam nadzieję, że House jest świętością niezaprzeczalną, ale niestety, niestety... Moja wiara w poprawę aŁtorek umarła. Gwałtownie.
Wilson oferujący usługi seksualne. WILSON OFERUJĄCY USŁUGI SEKSUALNE.
Wędrujące udo, Honda po burbonie, niewidoczne uśmiechy, paznokcie Wilsona, strzępki charakteru Cuddy, wszystko to mnie wkur... wkuropatwiło.

„Bo jak nie wiemy, czym ożywić akcję, to trzeba przewrócić bohatera na ziemię w towarzystwie jakiejś kobiety.” ← to sobie pozwolę zapisać i nad łóżkiem zawiesić.

Dziękuję za ostrzeżenia. Uratowały moją biedną duszyczkę przed szokiem. I naprawdę podziwiam dzielnych Analizatorów za mierzenie się z tym... tym... POTWOREM!
tuli się do płyt DVD z Housem i szlocha spazmatycznie

jasza pisze...

• Lobo


Jestem głęboko przekonana, że Grzegorz Hałs ma niemieckie korzenie, ba, nawet korzonki i jakieś ciemne interesy z Herr Krasulą. Niech nie zmyli nas niewymawialne dla Germanów imię.
Prawdopodobnie wszystkie dzieła aŁtorek to spisek kosmitów Porywaczy Ciał, mający na celu ogłupienie ludzkości i zmienienie nas w niewolników. Przypominam, że kosmici tworzą kręgi w zbożu i porywają KROWY. Krowy . Krasula! To spisek! Niech ktoś dzwoni po Muldera i Scully!

• m***


drodzy analizatorzy,
wybaczcie... nie dotrwam do końca tej opowieści bez vicodinu...

Boże, widzisz o nie grzmisz!

• Mała Ygrek

Zmarłam.

M.

• Illy


Kochani Wy moi, podsyłam godny niejednej analizy blog: http://pamietnik-toma-k.blog.onet.pl/

• jimenes

Błyskotliwość autorki mnie powaliła. Jednym celnym ciosem. Po Waszych analizach zaczęłam inaczej patrzeć na ekspertów z CSI, W-11, na Harry'ego, teraz jeszcze do tego grona dołączył House... Czekam jeszcze tylko na alternatywną wersję "Władcy pierścieni";) Szkoda, że ambitne pisareczki nie zabiorą się za bohaterów "Mody na sukces" albo "Klanu".

• jeanne

Przeczytałam całe, od pierwszego słowa, aż po ostanie i szczerze mówiąc, dawno się tak nie uśmiałam ;)
W sumie, raczej nie powinnam tego robić, bo jestem autorką tego dzieUa, ale rozbawiliście mnie jak nigdy. Czytając to, nie mogłam uwierzyć, że jeszcze kilka miesięcy temu, mogłam pisać takie głupoty! Widocznie odkładanie na parę dni tekstu nie pomaga, trzeba poczekać kilka miesięcy. A analiza świetna! Czekam niecierpliwie na kolejną i uroczyście obiecuję, że więcej za przekładanie moich zboczonych, nielogicznych i zupełnie nienormalnych pomysłów na papier/worda więcej się nie wezmę ;)

jasza pisze...

Steele X

Przydusiło mnie ze śmiechu już na wstępie, więc łatwo się domyśleć że pod koniec byłam już... podumarła.

Kości zostały rzucone! Czekamy teraz na Housowe opko w stylu Megi, tej od CSI: genialna polska lekareczka (o pięknym słowiańskim imieniu Wanessa) świeżo po studiach wygrywa w esemesowym konkursie staż u Hałsa. W szpitalu Wanessa okazuje się prawdziwym APARATEM do diagnostyki, po JEDNYM spojrzeniu na pacjenta orzeka diagnozę i wydaje leki, czym zdobywa serce Hałsa, a że jest oszałamiająco piękna niedługo zaczyna bić się o nią cały szpital, z Wilsonem i Chasem na czele, który zostawia dla niej Cameron.
Albo 'Milenka House'. Hałs i boCHaterka (tym razem, powiedzmy, Nikola) zostają zamknięci w innej czasoprzestrzeni, w której zapominają o takich bzdurach jak kąpiel, posiłek, obowiązki, a Hałs nawet odpuści sobie vicodin. Czym będą tak zajęci? No chyba nie muszę wam mówić...

• sis

Sądziłam, że po Marlence nic osłabić mnie już nie zdoła. Myliłam się. Generalny niesmak i zsuw ślizgowy pod biurko po galopach na sedesie to pikuś w porównaniu z wrażeniami, jakich dostarczyło mi to opko. Głównie dlatego, żem zagorzałą miłośniczką House'a, w związku z czym odkrycie, że jego zespół to w rzeczywistości szalejący tabun drobiu, wymieniający się najświeższymi ploteczkami trochę mnie ómarło. Podobnie jak nagły comming-out Cameron, która ujawniła wreszcie swoje oblicze ciężarnej psychopatki o umysłowości krewetki. Teraz oglądanie House'a nie będzie już takie samo, ech...
Wzorem Jaszy idę teraz cicho porzęzić sobie w kątku. I zatamować efektowne krwawienie z oczodołów, którego nabawiłam się dzięki lekturze.
Analiza miażdżąca ;]

• gabrielle


Kod: alwqu. Ale wkurw?

To, że aŁtoreczki biorą się za zespoliki, to jeszcze jestem w stanie przeżyć. Ale House? Ta zniewaga krwi wymaga. Co gorsza, zgodnie z sugestią przyjaciółki, której ostatnio podsunęłam opka i która zalewała się łzami ze śmiechu nad analizami, sprawdziłam, czy nie ma opka o "Bones". Jest. Walę głową w klawiaturę i chyba się za nie wezmę. Pasy będę darła i to z antropologicznego punktu widzenia!!!

• Sineira


Co prawda nie widziałam ani jednego odcinka, ale rozumiem Wasz ból. Matko Borska, ależ to durne!

• Catherine

Aaaa! Co ałtorka zrobiła z Housem! To jest po prostu straszne... Powinni jakis zakaz oglądania seriali niektórym nałożyć, czy coś, bo później krzywdzą ludzkość.

Anonimowy pisze...

O mój Jeżu.
Uwielbiam House'a, uwielbiam, ale pomyślałam, że nic mi się nie stanie, tyle tych analiz już czytałam, wiem, czego się spodziewać...
To był błąd. Idę łyknąć słoiczek vicodinu, może zapomnę.