OGŁOSZENIE

Przepraszamy,
blog chwilowo ma przerwę.

Mamy nadzieję, że niedługo wrócimy!

czwartek, 5 stycznia 2017

325. Don Rauleone, czyli wielki bal u małego bossa (Mistrz, cz. 4/5)


Drodzy Czytelnicy!

Poprzednią część analizy zakończyliśmy w dramatycznym momencie, kiedy jacht Soni i Pawła rozbijał się o skały. Na kolejną część musieliście poczekać nieco dłużej (aczkolwiek informacje o naszej śmierci były nieco przesadzone), więc nie będziemy już więcej nadużywać Waszej cierpliwości… A że właśnie zaczął się karnawał… zapraszamy na bal!


Analizują: Jasza, Królowa Matka, Kura i Dzidka.

[Jacht] Sprawiał wrażenie wyrzuconego na brzeg martwego zwierzęcia, które za życia było piękne i wspaniałe, teraz wzbudzało jedynie litość i żal. Ale nie czas żałować jachtów, gdy giną ludzie.


No to na dobry początek:


9804d98c6b6a994110ccc1e1ce6d9a9d.jpg
https://pl.pinterest.com/pin/42995371417369298/


Sonia przeszła na drugą stronę [mocy] potrzaskanej łodzi.


Tam znalazła Pawła.
Mężczyzna leżał na wznak z rozrzuconymi na boki rękami. Dookoła jego głowy rosła kałuża krwi.
- Paweł! - krzyknęła przerażona, dopadła do niego i potrząsnęła mężczyzną za ramię.
Najlepszy sposób na ratowanie nieprzytomnego z raną na głowie.
Z literatury wiem, że powinno się jeszcze wlać mu alkohol w gardło.


Sonia robi Pawłowi prowizoryczny opatrunek, następnie szuka czegoś, by go okryć, żeby się nie wyziębił.


Sonia wdrapała się do wnętrza wraku. Z jednego ze schowków wysypały się zapasy, z innego wystawał rąbek materiału zapakowanego w folię. Sonia, szarpiąc się chwilę z drzwiczkami, wydała okrzyk triumfu: to była nowiutka zmiana pościeli w firmowym wodoszczelnym opakowaniu.
Co za szczęśliwy przypadek!


Chwilę później dziewczyna chwyciła bezwładnego mężczyznę pod pachy i zaczęła ciągnąć go w głąb zatoczki kończącej się maleńkim skrawkiem suchego lądu. Tylko tam, z daleka od skał i fal, był bezpieczny.
Tylko do czasu przypływu, rzecz jasna, ale kto by się tym martwił.


Kwadrans później, na przemian płacząc i klnąc z wysiłku, opadła bez życia obok niego na biały, miękki piasek, który właśnie rozświetlały pierwsze, nieśmiałe jeszcze, promienie słońca.
Zaraz… to jest ranek następnego dnia? Wyruszyli na wycieczkę zaraz po śniadaniu, no nie mówcie, że te mizianki trwały całą dobę!
I kto miał wachtę w czasie, gdy oboje padli w kojo?
Oplątali ster włóczką, a z nogi do krzesła zrobili prowizorycznego pilota automatycznego (literatura uczy, bawiąc).


Sonia leżała chwilę, wpatrzona w błękitniejące niebo, po czym zmusiła się do następnego wysiłku. Uklękła przy rannym i zaczęła zdzierać zeń mokrą koszulę i spodnie, ale nie było to proste. Musiała odwrócić bezwładne ciało na bok, siłować się chwilę ze sprzączkami, guzikami, suwakiem i… nagle zastygła w bezruchu. Paweł miał zatknięty za pasek spodni… pistolet.
I co w tym dziwnego, zważywszy okoliczności?  


Gdy poluzowała zapięcie, czarny lśniący kształt wypadł na piasek. Nie czepiam się tego “kształtu”, wcale a wcale. Niech kształt wypada. Sonia ujęła go w dwa palce i nie bardzo wiedząc, co z tym fantem zrobić, odrzuciła na bok, byle dalej od siebie.
Właściwie, to mogłaby go od razu zakopać w piasku.


I od morza. Wolała pistoletu nie utopić, bo nie wiadomo, jak na utratę broni gangster zareaguje - a przecież Paweł był gangsterem.
O czym czytelnik zdążył zapomnieć podczas tych mizianek w poprzedniej części, więc przypomnieć mu należy.


- Spluwę zabrałeś, ale telefonu już nie - sarknęła pod nosem, przeszukując kieszenie jego spodni. Westchnęła ciężko, bo rzeczywiście nie znalazła nic, co mogłoby im pomóc w tej opłakanej sytuacji - pozostała wiara w Raula.


Sonia wspina się na skały i widzi niedaleko miasteczko. Ma szansę ucieczki, ale nie chce zostawiać Pawła, wciąż nieprzytomnego, postanawia więc jeszcze raz przeszukać wrak, by znaleźć telefon albo cokolwiek, co pozwoli jej wezwać pomoc.


Rzuciła się ku roztrzaskanej łodzi, przeszukała raz jeszcze dostępne przegródki i schowki, ale nie znalazła już nic więcej. Usiadła ciężko pomiędzy szczątkami i zapłakała bezradnie, zwieszając ramiona.
Dźwięk telefonu sprawił, że poderwała głowę i skoczyła na równe nogi, a potem rzuciła się w kierunku, skąd dochodził. Płacząc - tym razem z wysiłku i strachu, że telefon umilknie, nim ona go znajdzie [ja płaczę ze zdziwienia, że po takiej ulewie, sztormie i rozbiciu jachtu o skały telefon jest suchy i bateria działa] - odepchnęła wielki kawał burty i sięgnęła po dzwoniącą komórkę, nie zważając na ostre krawędzie metalu kaleczące jej ręce.
To gdzie, ja przepraszam, znajdował się ten dzwoniący telefon, skoro, by się do niego dostać, Sonia musi odpychać szczątki burt? <zainteresowała się niewinnie Królowa Matka>


Wreszcie! Telefon mało nie wypadł jej z ręki, gdy wciskała zieloną słuchaweczkę i… Nic z tego.
Brak zasięgu.
Telefon dzwonił tylko z poczucia obowiązku.


Na ekranie wyświetlił się natomiast komunikat o dwudziestu trzech nieodebranych połączeniach. Weszła w menu. Dzwonił Raul. I Raul. I Raul. I znów Raul. I tak dwadzieścia trzy razy.
Raul nie może rozstać się z Pawłem nawet na godzinę?


Soni w końcu udaje się dodzwonić do Raula; próbuje dać mu wskazówki, gdzie ich szukać.


-    Widzę miasteczko! Jest kilka kilometrów stąd. Z białymi domkami. I kaplicą!
-    Soniu, każde cypryjskie miasteczko ma białe domki i kaplicę.
Te po stronie tureckiej miewają nawet meczety.


Czekaj, nie rozłączaj się, spróbuję namierzyć ten telefon… Mów, co jeszcze widziałaś w okolicy. Jakie punkty charakterystyczne?
-    Latarnia morska! Niedaleko kapliczki jest latarnia morska!
A może to jednak jest minaret?


Raul milczał chwilę i wreszcie odezwał się.


-    Okej, wiem, gdzie jesteście. Znajdę Pawła, a ty… ciebie… tobie… - Chyba po raz pierwszy w życiu zabrakło mu słów. Sonia, mając wolność na wyciągnięcie ręki, tę wolność, dla której skoczyła nocą we wzburzone morze, została przy rannym gangsterze. Gdyby nie odebrała telefonu, Paweł prawdopodobnie by umarł…
Gdyby nie odebrała telefonu, Raul za nic nie skojarzyłby faktów, że po ich wypłynięciu w morze rozpętała się burza i może gdzieś się rozbili, i trzeba by ich poszukać.


Sonia wraca do Pawła i czeka na ratunek.
Rzeczywiście od strony otwartego morza płynęła ku nim niewielka motorowa łódź. Sonia już rozróżniała ludzkie sylwetki. W tym momencie rozdzwoniła się komórka, którą przez cały czas ściskała w dłoni.
-    Już was widzę, Raul! - krzyknęła rozpromieniona do telefonu.
-    Kogo widzisz? - zapytał wolno.
-    No twoich ludzi! Płyną tutaj motorówką! Są… są uzbrojeni.
-    Soniu, ukryj się! Natychmiast!


Może to załoga tureckiego kutra patrolującego strefę przybrzeżną? Po prostu - po takim sztormie przeczesują okolicę, szukając dryfujących łodzi, rozbitków i tego, co morze na brzeg wyrzuciło, a jeszcze dycha.


-    Oni zaraz wylądują na plaży - zaszeptała. -Przyjdą po nas za kilka minut.
-    Zdążę. Soniu, posłuchaj, musisz ocucić Pawła. Możesz go uderzyć w twarz, kopnąć między nogi albo oblać morską wodą, zrób co chcesz, byle odzyskał przytomność. Ci z motorówki nie mogą was dorwać. Rozumiesz?
-    Rozumiem. Obleję go wodą.
Paweł nie odzyskał przytomności przez cały ten czas, od kiedy wylądowali na plaży, obawiam się, że oblanie wodą guzik mu pomoże.
Kopanie w genitalia też chyba nie.


(...)
Zawróciła więc do wraku, by widzieć, co się dzieje na morzu. Wychyliła się ostrożnie i…
Huknął strzał. Skała nad głową dziewczyny sypnęła odłamkami.
Widzę to, normalnie widzę. Prawie jak w każdym westernie.


Sonia przypadła do ziemi. Serce zamarło jej w pół uderzenia. Już raz, całkiem niedawno, ktoś do niej strzelał. I trafił.
Wówczas to był Amor ze złotymi strzałami.


(...)
Sonia ogromniejącymi ze strachu oczami patrzyła, jak motorówka powoli wynurza się zza skał, jak jeden z brodatych mężczyzn unosi karabin, biorąc ją na cel…
Trzy strzały, jeden po drugim padły zza pleców dziewczyny.
Krzyknęła przerażona.
Brodacz wypuścił karabin z rąk, motorówka wyrwała do przodu i zniknęła Soni z oczu. Odwróciła się, jeszcze sparaliżowana strachem. Paweł, bo to on strzelał (a nie Amor? Jestem rozczarowana!), wsparł się ciężko o burtę roztrzaskanego jachtu.
Strzelał z pistoletu umazanego piachem. Tak tak…
Omujborze i odzyskał przytomność, strzelił i trafił, choć przed chwilą prawie umierał!


Swoją drogą, to bardzo filmowa scena – bohater, którego uważaliśmy za wyeliminowanego, pojawia się nagle i celnym strzałem powala wroga… Gdzie ja to ostatnio widziałam, gdzie… :D *fangirluje wewnętrznie*
<twardo> Wszędzie.
(...)
- Poddajcie się, nie zrobimy wam krzywdy! - krzyknął jeden z nich po angielsku.
Tak sobie tylko strzelaliśmy. Na wiwat, o. Z radości, że się sztorm skończył.
Sonia szarpnęła Pawła za ramię. Próbował unieść się na jednej ręce, ale był zbyt osłabiony. Mógł tylko oprzeć się plecami o burtę i czekać, aż po niego przyjdą. A wtedy jedenaście kul dla wroga, ostatnia dla siebie.
A Sonieczka pójdzie w jasyr.


Tamci byli coraz bliżej, już mieli wpłynąć do zatoczki, gdy…
Sonia otworzyła szeroko oczy…
Jeszcze szerzej? Nie wiem, czy to anatomicznie możliwe ;)
Nie jest to jedyna anatomicznie niemożliwa rzecz, na która natknęlismy się w tym dziele.


Widok był wręcz porażający: zza szczytu skał, niczym w „Czasie apokalipsy”, wynurzył się śmigłowiec, pochylił dziób i ruszył na motorówkę.
Dziewczyna objęła Pawła ramionami i oparła czoło o jego pierś. Byli uratowani.
Śmigłowiec zatoczył krąg nad motorówką pełną brodatych, śniadych mężczyzn, z których każdy ściskał w ręku karabin. Z otwartych drzwi helikoptera wychylił się strzelec, przypięty do boku maszyny uprzężą, przyłożył do ramienia karabin snajperski, przycisnął oko do wziernika lunety i…zapomniał, że odrzut mu to oko wyłupie  namierzył cel.
AŁtorka będzie musiała uwierzyć na słowo, ale nie przyciska się oka do celownika.


A wziernik, to może i widziała, ale u khm… laryngologa.


W pierwszym momencie chciał wysłać tamtych jedną kulą prosto do diabla - motorówka miała zapewne pełny bak - ale zmienił zdanie. Jak zwykle przy strzelaniu, naprawdę zaczynam podejrzewać, że nasz Raul w ogóle nie umie strzelać, tylko udaje ze względu na swoje obowiązki zawodowe. Nie potrzebna mu była wojna. Nie. On był człowiekiem pokoju!
I człowiekiem nadmiarowych spacji.


Peaceful-Man.png
http://combiboilersleeds.com/keywords/peace-1.html


Chciał im tylko dać do zrozumienia, że Raul de Luca jest górą i to dosłownie. Rzucił więc rozkaz do słuchawki, a gdy śmigłowiec znieruchomiał, wycelował w dłoń jednego z tamtych, zaciśniętą na kolbie karabinu i lekko, łagodnie pociągnął za spust. Rozległ się krzyk.
No i ostrzelali turecki oddział Straży Morskiej. Teraz to tylko biegusiem do VillaRosy, zabarykadować się tam, puścić prąd w ogrodzeniu i proklamować niepodległość.


Łódź zawróciła gwałtownym skrętem ku pełnemu morzu.
Śmigłowiec zatoczył nad nią kolejny krąg.
Brodacze w motorówce naraz, jak jeden mąż, uśmiechnęli się szeroko i pomachali przyjaźnie - jeden z nich rozsiewając wokół siebie fontannę krwi - strzelcowi, nadal trzymającemu celownik karabinu przy oku.
Ach, takie pirackie przekomarzanki na pełnym morzu?
Może sprawdzali, czy jeszcze widzi.


(...)


Sonia niewiele zapamiętała z dalszej drogi, ale dotyk ust Raula na włosach i kojące ciepło jego ramion - owszem.
No ba, najważniejsze!
(...)


Parę minut później oni byli w swoim azylu, a Sonia w swoim więzieniu.
Ojtam, co z tego, że więzienie, kiedy klawisz taki przystojny!


(...)


Odwróciła twarz do okna, a gdy wychodził z pokoju i zamykał za sobą drzwi, rzuciła zimno:
-    Nie zapomnij wprowadzić kodu.
Raul zastygł po drugiej stronie z dłonią na klamce, czując się parszywie.
Jego czułe, wrażliwe serduszko nie mogło tego znieść!


Raul opatruje Pawła, zszywając mu na żywca tę ranę na głowie (o dziwo, okazuje się, że oprócz niej Paweł nie ma żadnych poważnych obrażeń, jest całkiem przytomny i w sumie nie wiadomo, z czego wynikało jego tak długie omdlenie tam na plaży – zapiszmy to na konto Śpiączki Opkowej).


To właśnie mówił chwilę później Pawłowi, przygotowując narzędzia i nici, by zszyć mu ranę na głowie.
Ale lekarz, po raz pierwszy od kiedy Sonia wpadła im w ręce, nie wziął jej strony.
-    Przecież wiesz, że wypuszczenie jej teraz równałoby się z zabójstwem. Twoi przeciwnicy nie przebierają w środkach: celowo unieruchomili łódź, by zgarnąć pasażerów… (...)


-    Nie zgarnęli mnie i Soni zaraz po zatrzymaniu jachtu tylko dlatego, że rozpętała się burza i po prostu nie mogliby wejść na pokład.
Gdyż burza była dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Nie ma prognoz, barometrów, ani nawet starego górala, który potrafi przeszukać internet...
Używszy tegoż (internetu, nie górala) dowiedziałam się, że w grudniu na Cyprze jest pi razy drzwi jak w kwietniu w Polsce, czyli może być bardzo ciepło w dzień (około 20 stopni, czyli plażowanie w stroju kąpielowym z cyrkoniami jednak niekoniecznie), za to zimno w nocy, burze i ulewy się zdarzają jak najbardziej.
Więc, Ałtorkasiu, jednak ALBO cyrkonie, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew, ALBO grudzień.
A wuj wi, jaki to naprawdę jest miesiąc. Pamiętamy, Sonia mówiła, że “miesiąc temu przyjechała na studia”, z czego wywnioskowaliśmy, że początek opka to listopad. Jednak kiedy Vincent przyjeżdża do Warszawy, żeby wystrzelać czekających w mieszkaniu Soni bandziorów (co najmniej 10 dni po schwytaniu Soni!), mowa jest o październiku ("Dawid zaśmiał się, zarzucił na ramiona płaszcz, bo październik w Polsce był chłodny, za to na Cyprze upalny"). Minęło kolejnych kilka dni, więc ten listopad już chyba nadszedł… I dalej jak wyżej, bo pogoda w listopadzie to już nawet na Cyprze nie jest upalne lato.


Pewnie nawet by nie próbowali, wiedząc, kto rzeczywiście jest na łodzi - dodał. - Polowali na ciebie.
-    Skąd ta pewność?
-    Raul, bez fałszywej skromności. - Skrzywił się lekarz. - Po pierwsze: ty i tylko ty możesz sfinalizować transakcję z Rosjanami, co bardzo jest konkurencji nie w smak,
Właściwie – dlaczego tylko on? Bo tylko on zna jednocześnie rosyjski i hiszpański?
Bo jest śliczny, a Rosjanie to esteci. I konkurencja też by chciała być taka śliczna, ale jest opasła i ordynarna, i na pewno się ślini, gdy się śmieje, i w ogóle robi wiele nieapetycznych rzeczy, więc Raula po prostu NIE-NA-WI-DZI. Taką mam koncepcję.
Zaprawdę, powiadam Ci – bliską prawdy!


po drugie: to ty miałeś płynąć z Sonią, nie ja. I popłynąłbyś, gdyby cię nie wkurzyła strajkiem głodowym, czyż nie?
Raul nie odpowiedział, patrząc w zamyśleniu przed siebie. Morze miało barwę grafitu. W nocy znów będzie burza…
Tak. Burza zmysłów i uczuć.


-    Więc zdrajca nadal tu jest - odezwał się po długiej chwili. - Skoro ot tak sobie podkłada ładunki pod strzeżoną łódź.
-    Niekoniecznie. Mógł to zrobić tydzień czy dwa tygodnie temu. A detonator mógł być skorelowany czasowo z pracą silników. Po godzinie od uruchomienia, a zwykle podróż do Turcji zajmuje ci trochę więcej, nastąpił wybuch i…
Jaki wybuch? Jak podaje czarna skrzynka z ostatniego odcinka analizy, żadnego wybuchu nie było. Była burza, sztorm i licho wypiło paliwo.
Nieno, Paweł wcześniej mówi, że zanim silniki zgasły, poczuł niewielki wstrząs. Jak rozumiem, wrogowie nie chcieli wysadzić ich w powietrze, a tylko unieruchomić łódź i złapać ich żywcem.
Nie zapomnijmy, że w czasie sztormu miotało nimi jak szatani. Trzeba być koneserem, żeby odróżnić czy trzęsie wybuch, czy fale.
Ale…


-    Zaraz, zaraz - przerwał mu Raul. - Płynęliście tylko godzinę?
Paweł chciał przytaknąć, ale ugryzł się w język. Wiedział, jakie będzie następne pytanie.
-    To co robiliście przez pozostałe cztery?
To, co im kazałeś robić. Otwartym tekstem. Przeczytaj sobie poprzednią część analizy i sprawdź.
Grali w bierki, matołku!


...No właśnie. Płynęli tylko godzinę, po czym Paweł, eee… zatrzymał jacht i tak sobie dryfowali przez kolejne cztery godziny, wystawieni jak na patelni na wszelkie akcje wrogów. Dlaczego tamci nie zaatakowali wtedy? Rozumieli, że nie należy przerywać Świętego Misterium Miłości?


A propos zatrzymania jachtu, Nasz Człowiek wyraża wątpliwości:
[Terry] Łódka nie samochód, nie zaparkujesz w środku pola. Można zrzucić szmaty, stanąć w dryf (najlepiej z dryfkotwą), ale na morzu się raczej tego nie robi, bo fala, bo dryf, bo i tak przepłynięcie z punktu a do punktu b zajmuje zwykle sporo czasu (chociaż Śródziemne ma skłonność do zachowywania się jak duże jezioro. Czasem.)  Generalnie, proces "zatrzymywania łódki" to dużo ruchu i często krzyczenia - nawet zakładając, że łódka ma dużo udogodnień technicznych i da się nią wygodnie operować w jedną osobę (trzeba, w najlepszym wypadku, zrzucić żagle i ustawić się dziobem do wiatru). Opis w stylu "zatrzymał łódkę" sugeruje raczej przekręcenie kluczyków w stacyjce - tak to nie działa.
No i łódka "zatrzymana" a nie przywiązana i tak się rusza, tylko bezwładnie.


Wbił mroczne spojrzenie w twarz lekarza, który - zadziwiające! - zaczerwienił się.
-    Ja wykonywałem twój rozkaz, a Sonia… Sonia piła szampana, by pomóc mi ten rozkaz wykonać co do joty.
Nic dziwnego, że nie odnotowali eksplozji…
Myśleli, że to ziemia się pod nimi zatrzęsła. Znaczy, pokład.


-    Co niby masz na myśli? - wycedził Raul.
-    Kazałeś mi ją uwieść, o ile dobrze pamiętam, więc…
-    Zrobiłeś to - dokończył za niego cicho.
– Jak mogłeś! Jak mogłeś! Przecież wiesz, że ja ją tak ko… ko… kocham! - wykrzyknął Raul, tłumiąc szloch, po czym rzucił się na łóżko, usiłując ukryć niemęski wybuch rozpaczy.


s-a416e7eacbf1811862b3cb05ddac7740d8bca854.jpg
http://onedio.co/content/15-steps-you-through-when-you-cant-go-to-sleep-10270


-    Wyobraź sobie, że nie! - W szarych oczach mężczyzny nagle zapłonął gniew. - Mogłem ją wziąć, ale… Sonia nadal jest nietknięta. I twoja.
No to uff, że nietknięta, wszak towar dotknięty uważa się za sprzedany.
  • Nawet palcem jej nie dotknąłem! - W tym momencie spadł żyrandol strącony nosem.


Raul wzywa Stanleya, swego szefa ochrony, żeby dowiedzieć się, kto ostatni korzystał z jachtu oraz ustalić szczegóły związane z planowanym za parę dni przyjęciem dla bossów mafijnego światka i jego zabezpieczeniem.


[Stanley] Z tymi, którzy wykazali się nielojalnością czy nieposłuszeństwem, rozprawiał się bezwzględnie. W przeciwnym razie tak samo bezwzględnie potraktowałby go Raul - nikt tutaj nie miał wątpliwości, że szef szefów nie zawaha się zabić, okaleczyć czy zniszczyć w inny sposób kogoś, kto go zawiódł. Owszem, Raul uchodził za człowieka z zasadami, który oszczędzał kobiety i dzieci, W dodatku dżentelmen! <rozpływa się w zachwycie> ale… nikogo więcej. De Luca nie miał litości dla zdrajców.


To tak, żeby uzupełnić charakterystykę naszego pięknookiego Raula.
Ciekawe, jak wyznaczał granicę dzieciństwa i dorosłości. Bo jak rozumiem, od tej chwili można zabić nawet niedołężnego starca.
Stawiam na trzynasty rok życia. Powyżej to już mężczyzna.


(...)


-    Pani Sonia weszła na pokład Margaritty trzy dni temu, tuż przed transportem broni z Antalyi. Nikt inny…
-    Ona jest poza wszelkimi podejrzeniami - uciął Raul sucho.
Widzicie go, jaki dobry? Poza tym kobiet nie zabija, więc nawet gdyby ją podejrzewał, to nic by się nie stało.
-    Pan Vincent też jest poza wszelkimi podejrzeniami -    zauważył Stanley. - A to on używał jachtu wcześniej.
Na szczęście dla Wincusia, okazuje się, że płynął razem z Arturkiem-Gburkiem, co chwilowo rozwiewa podejrzenia Raula (“Nie mogli dostać się na lotnisko w żaden inny sposób, a śmigłowiec jest tylko do pańskiej dyspozycji”).


Ale że bycie gorylem to nie sielanka, Stanley dostaje polecenie zabezpieczenia posiadłości w czasie imprezy.


-    Za tydzień odbędzie się tutaj, w VillaRosie przyjęcie dla naszych… przyjaciół. Zajmij się zabezpieczeniem rezydencji.
-    Oczywiście, panie de Luca. Ilu gości możemy się spodziewać?
-    Kilkunastu. To będzie kameralna impreza.


(...)
- Podczas imprezy przybędzie kurier z próbką Złotego Pyłu.
Ale po co?
Żeby goście mieli trochę uciechy i ładne sny!


Nie chcę znów patrzeć, jak ktoś go likwiduje, a potem strzela sobie w łeb.
  • Rozumiesz - nie chcę tego widzieć. Otwórz im drzwi do piwnicy.


Tak, tak, małe śledztwo, przeprowadzone w Warszawie przez Dawida, wykazało, że w tunelu zastrzelił się egzekutor, a nie jego ofiara - kurier kolumbijskiego kartelu.
Aha. Nie żeby to nadawało więcej sensu tej historii, ale przynajmniej odrobinę egzotyki!


Raul musiał się gęsto tłumaczyć Silvano Gomezowi z tego „wypadku”. Jak również z zaginionej próbki narkotyku. Nieco to nadszarpnęło reputację Raula…
Ale jak to zaginionej, przecież ją znaleźli?
Lecz nadużytą, musiał wszak uszczknąć co nieco dla naszej Sonieczki.


-    Tym razem wszystko odbędzie się bez problemów - zapewnił go Stanley.
-    To na razie tyle. Przyślij jutro z samego rana Martę, by sprzątnęła dom.
Ej, dwie dziewuchy w domu łażą bezczynnie z kąta w kąt, a nie ma kto posprzątać?!
Jaszu, czy Ty u siebie też zaganiasz gości do sprzątania?
Oni sami sobie gotują, robią kanapki itede, a z deburdelizacją powierzchni mieszkalnej czekają na panią Martę?!
Chyba że Marta jest najlepszą czyścicielką w okolicy, a tu trup tkwi w każdej szafie.
Zaufana jest i doświadczona, nic jej nie dziwi - ani ten mózg rozchlapany na ścianie, ani trupy posiekane kulami, poniewierajace się tu i ówdzie, ani plamy krwi w kuchni...
(...)
-    Długo jeszcze będziesz się tak czaić?
Sonia drgnęła, bo to do niej skierowane były słowa wypowiedziane spokojnym, niemal łagodnym głosem. Bez zniecierpliwienia i gniewu.
Wyszła zza ściany, w zakłopotaniu owijając się szczelnie szlafrokiem.
Wyszła zza ściany? W najlepszym razie, Raul powinien zbebziać się w spodnie.
Skąd, to go nie mogło zdziwić, wszak Sonia jest wysoce uduchowiona, istne ciało astralne.


(...)
-    A więc podczas przyjęcia dostaniesz na spróbowanie działkę narkotyku? - zagaiła, by w następnej chwili jęknąć w duchu nad swoją indolencją umysłową. Nie ma to jak zagajenie „przyjacielskiej” rozmowy o prochach z dilerem tychże…
Bystrość Soni doprawdy przewyższa nawet bystrość Andżeliki :D
Bo Sonia nie musi być wcale bystra, wcale. Wystarczy, że jest słodka i niewinna, i urocza, i subtelna, i czarująca, i dziewczęca, i… eee… no sami wiecie.
I mieć umiejętność wychodzenia zza ściany.
Raul powoli uchylił powieki i uśmiechnął się.
-    Owszem.
Ten jego uśmiech, leniwy, prowokacyjny, wzburzył w dziewczynie krew, co zamiast ją zmitygować, pogrążyło jeszcze bardziej.
-    I … jak on działa?
-    Złoty Pył? Ty mi to powiedz.
-    Ja?! - Sonia aż się cofnęła w głąb fotela. - Skąd niby ja… Podałeś mi!? - Oczy dziewczyny zogromniały.


1174693a8d65aa105aa5ef105b8e3519.jpg
https://in.pinterest.com/marie3_1975/all-beautifull-animals/


Poczuła, że robi się jej niedobrze. - Kiedy?! Kiedy to zrobiłeś?!
Raul nadal uśmiechał się lekko.


-    Tamtej nocy, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Byłaś ranna, cierpiałaś, a że nie miałem niczego innego pod ręką, podałem ci Złoty Pył.
Kłaaaamie!!! Narkotyk podał jej jeszcze zanim została ranna, w celach przesłuchawczych (albo ot, tak dla rozrywki, bo przecież do przesłuchania użył amytalu sodu), a potem, przeciwbólowo – tramadol, na który była uczulona.
No cóż, zapewne liczy na to, że Sonia nie bardzo pamięta kolejność wydarzeń i dzięki temu ma szanse się wyłgać.


Wyglądałaś na całkiem zadowoloną z działania… - dokończył, puszczając do niej oczko.
Sonia poderwała się na równe nogi, przypominając sobie w jednej chwili tamten sen-nie-sen ze sobą i Raulem w roli głównej.
Szarfa krępująca nadgarstki… Ciepło rozlewające się po całym ciele… Dotyk jego warg na nagiej skórze i wreszcie dłoń wsuwająca się w gorącą wilgoć między jej udami…
Ten sam zdradziecki ogień czuła teraz, w tej chwili, patrząc na rozciągnięte w fotelu naprzeciwko ciało mężczyzny, na jego piękną, choć nieco surową twarz, czarne przenikliwe oczy i ten wszystkowiedzący uśmieszek.
Stała pośrodku salonu, ledwo łapiąc oddech. Czuła się, jakby ją zgwałcił. Tak właśnie! Wtedy, gdy podał jej narkotyk i teraz, mówiąc jej o tym.
Tak, Soniu, zapamiętaj to uczucie i przypomnij sobie, gdy znów zapadniesz w głębię czarnych oczu Raula…


-    Jak mogłeś?! Jesteś… jesteś odrażający! Podły i bezduszny! A ja ci… ja ciebie… - Otarła wierzchem dłoni łzy poniżenia i wściekłości. - Myślałam, że jesteś człowiekiem honoru


CZŁOWIEKIEM HONORU!!!


BxGeDqaIIAA3o9Z.jpg
https://twitter.com/the_47th/status/509362020253040643


(gdyż dawno nie było, a klejnoty padające spod palców ałtorki nie proszą się, ale wręcz  błagają o komentarz, a także dlatego, że obraz jest wart tysiąca słów, zwłaszcza, gdy te tysiąc słów, które mam na myśli nie nadaja się do umieszczania w miejscu, do którego mają dostęp także dzieci)


ale ty masz go tylko tyle, by zakopać w lesie samobójcę!
Co ma honor do zakopywania samobójcy?
Gdy się nie ma szpadla…


Wycinka.
Raul robi wszystko, aby jego działania wyglądały na chęć uprawiania seksu (całuje Sonię do nieprzytomności, wlecze ją po schodach, wciąga do sypialni) i...


Ku jej rosnącemu zdumieniu nie zaczął się rozbierać, nie zerwał z niej szlafroka i nie cisnął na łóżko, a… klęknął przy sejfie [a nie u jej stóp], wystukał kombinację cyfr i z rozmachem otworzył ciężkie metalowe drzwiczki.
Jak łatwo ją rozczarować!


Swoją drogą, ona jest tak samo odjechana na punkcie seksu jak Andżelika. Tyle tylko, że tamta jest szczera, nic nie ukrywa i chędoży się ze wszystkim, co nie dało rady uciec.
Ta za to tłumi popęd i hoduje obsesje.


Dziewczyna uniosła brwi.
-    Zapamiętałaś szyfr? - rzucił z cynicznym uśmiechem. - To dobrze, będą mieli co z ciebie wyciągać.
-    Wycią… wyciągać? - zająknęła się, patrząc z niedowierzaniem na to, co robi Raul.
A on… On sięgał w głąb sejfu raz za razem i wyrzucał na podłogę wszystko, co wpadło mu w ręce: pliki banknotów spiętych banderolami, kilka sztabek złota, pudełka z biżuterią, jakieś papiery, tłoczone na eleganckim papierze…
Oraz pergaminy tłoczone na pergaminie.
Eleganckim!


U stóp Soni urósł już spory stosik.
Sztabek złota.
Kopiec Wiktorii Wiedeńskiej, zaiste.


Trochę mnie bawi rzucanie sztabkami złota, bo są ciężkie i mogą zrobić kuku, ale pliki banknotów? Jasssne. Zawsze.


Jedyne, czego Raul nie dorzucił do tego majątku, to niebieska koperta, którą na samym końcu chwycił w dłonie i zrobił ruch, jakby chciał ją podrzeć. Otrzeźwił go krzyk dziewczyny:
-    Nie!!!
Nie miała pojęcia, dlaczego krzyknęła, ale wiedziała, że ta niepozorna koperta jest więcej warta, niż stos pieniędzy i kosztowności.
Imperatyw jej to podpowiedział.


Raul znieruchomiał, wbijając w Sonię nienawistne spojrzenie.
-    Nie chcesz jej? To twoja przepustka na wolność. Na pewno jej nie chcesz?
Dziewczyna pokręciła głową. Wiedziała jedno: ta koperta to nic dobrego.
I dlatego nie wolno jej zniszczyć!


Raul cisnął kopertę z powrotem do sejfu, teraz pustego, po czym zagarnął stos papierów, banknotów, pudełek i sztabek i… wcisnął to wszystko Soni w ramiona. Przyjęła odruchowo, podnosząc na mężczyznę nic nierozumiejące spojrzenie.


Wydarzenia tego dnia, gdzie tam dnia, ostatnich tygodni, nie zaczęły jej przerastać - już dawno to uczyniły.
-    To rekompensata za starty moralne i fizyczne [mała literówka, a cieszy] -wyjaśnił Raul spokojnym, lodowato spokojnym tonem. - Jesteś wolna. Stanley odwiezie cię, gdziekolwiek będziesz chciała.
Sonia otworzyła oczy tak szeroko, że wypełniły jej drobną, dziewczęcą twarz.
Zaczynam podejrzewać, że  Sonia cierpi po prostu na chorobę Basedowa.
Albo jest mangoludkiem.
Ale i tak może zrobić karierę w filmie:


-    Jestem … wolna? Mogę odejść? - wyjąkała.
-    Taaak. Wprawdzie opuścisz jedyne bezpieczne miejsce, ale właśnie tak: możesz odejść. Nie musisz się nawet spakować. Tu masz wystarczająco dużo forsy, by kupić nowe ciuchy. No idź! Na co czekasz?! - Wskazał jej drzwi. A gdy stała,


...i stała, oniemiała, i tak stała, stała, stała…


rome-skeleton-rich-treasure-1693110.jpeg


porażona jego słowami, a raczej tym, co się pod nimi kryło, zaczął cicho i groźnie: - Gdy tylko znajdziesz się za gościnnymi drzwiami VillaRosy, dopadnie cię moja konkurencja, by wydobyć z ciebie to, czego byłaś świadkiem, mieszkając tutaj, a nawet to, czego świadkiem być nie mogłaś. Zaczną od wyrywania paznokci, potem będą przypalać ci ramiona, piersi i twarz papierosami, w międzyczasie będą cię gwałcić, jeden po drugim, by na koniec - gdy z rozczarowaniem stwierdzą, że nic nie wiesz - poderżnąć ci gardło. Mi [mnie!] zaś po wszystkim przyślą film z tego „przesłuchania”, pewnie parę szczegółowych fotek, a może i kawałek twojego ciała…
Proponuję uroczą kompozycję z warg sromowych, do oprawienia w ramkę i powieszenia nad kominkiem.


Ale idź, droga Soniu. Jesteś wolna!
Przypomina mi się ten kawał o góralu, który trzymał swoją żonę nad przepaścią, mówiąc: Dziadek, jak go zona zdradziła, zaciukał ją, ociec swoją tyz zaciukał – ale ja cię puscom wolno!


Sonia poczuła, że za chwilę zemdleje. Nic dziwnego, takie sztabki złota z klejnotami ważą trochę, ona stoi z nimi w objęciach czas jakiś, a przecież żadna z niej Horpyna. Upuściła wszystko, co wcisnął jej w ręce.
Mam szczerą nadzieję, że nie trafiła sztabką złota w jedną ze swych rasowych stópek!


Nogi ugięły się pod nią, musiała chwycić się ściany. Raul, który jeszcze parę minut temu podtrzymałby mdlejącą dziewczynę, teraz stał bez ruchu, patrząc na jej słabość obojętnie. Decyzję pozostawił Soni. Jeśli ona powie: - Odchodzę - pozwoli jej odejść, a potem będzie siedział w pustym ciemnym pokoju, trzymając w rękach fotografie jej zmaltretowanego ciała. Nim zdoła znieczulić się morzem alkoholu, (czemu alkoholu, czy Złoty Pył nie wypadłby lepiej w tej konkurencji? I efekty dodatkowe ciekawsze) zdąży przekląć i siebie, i ją.
I swoją dolę sobaczą.
Och, doprawdy, Raul, serce mi krwawi nad twoją tragedią!


Znał to. Już kiedyś ten scenariusz przerabiał. Tamta strata bolała do dziś. Do dziś nie wybaczył sobie tego, co zrobili z RoseMarie.
Jej też powiedział “Idź, jesteś wolna”?


Tamtym wybaczył już dawno: strzelając każdemu z osobna między oczy, zapewniał, że nie żywi urazy…
Ludzki pan! A mógł… oh, wait.
Kiedyś panu małodobremu trzeba było nie tylko wybaczyć, ale też wcisnąć w rękę pieniądze.


-    Wytrzymaj jeszcze trochę - powiedział zduszonym głosem. - Za dziesięć dni będziesz naprawdę wolna. Dziesięć dni. Przyrzekam.
Czyżby właśnie zdradził jej pilnie strzeżony termin przerzutu? Znając bystrość Soni, wypaple pierwszej napotkanej osobie, że za dziesięć dni wyjeżdża…


Podniósł bezwładną dłoń dziewczyny do ust i ucałował, a potem otworzył drzwi i czekał dotąd, aż Sonia wyjdzie.
Przez następne trzy dni unikali swego towarzystwa, a potem… potem wypadki nabrały tempa.
I zaczęli unikać się z prędkością światła.


-    Cześć, braciszku! - usłyszał Raul, gdy zszedł po nieprzespanej nocy na śniadanie.
Ukończył szesnaście lat i miał do tego prawo.


Vincent siedział przy stole, jak gdyby nigdy nic, smarując grzankę konfiturą.
-    Cześć, Raul! - Obok Vincenta, jak gdyby nigdy nic siedziała Andżelika, trzymając w dłoniach kubek z kawą. Jak gdyby nigdy nic.
O! A przecież miała wyjechać, Stanley osobiście odwiózł ją na lotnisko?
Wraca jak zły szeląg. I jak gdyby nigdy nic. Do tego zwiastuje kłopoty i nieokiełznaną chuć, której nikt nie może się oprzeć.


Vinicjusz demonstruje ranę, chwilę potem Andżelika oblewa Raula kawą i dostaje w twarz, kiedy próbuje mu wytrzeć spodnie, bracia skaczą sobie do oczu, mało się nie pozagryzają, wreszcie Raul i Paweł wychodzą. W swoim apartamencie Raul jeszcze raz pokazuje Pawłowi nagranie z Vincentem wychodzącym z kamienicy po strzelaninie; na filmie widać wyraźnie, że nie jest ranny.


-    Pamiętasz, rozmawialiśmy o tym. Mówiłeś: adrenalina. Ja myślałem, że dostał w bark czy ramię, ale on, głupek jeden, postrzelił się w udo… Sam siebie ranił, by uprawdopodobnić strzelaninę na Wileńskiej, tymczasem nie było żadnej strzelaniny, była egzekucja, a za spust pociągał mój brat. - W głosie Raula był taki ból, że lekarzowi serce się ścisnęło.
Otarł ukradkiem skąpą, męską łzę...


-    Może ma coś na swoje wytłumaczenie? Zapytaj go.
Raul pokręcił głową.
-    Wszystko układa się w zgrabną ...no czy ja wiem... całość: to on zlecił wynajęcie Andżeliki, by zdobyła kody, to on potem zrobił wszystko, żeby jej to uniemożliwić, to on zwerbował Artura, by ten przejął kuriera w Warszawie, a gdy to się nie udało, podrzucił Złoty Pył Soni, by skierować podejrzenie na konkurencję.
Nie udało? To skąd w takim razie miał próbkę Złotego Pyłu – narkotyku jeszcze nieznanego na rynku?
Najważniejsze, że Sonia po dawce odjechała na dobre i dotąd ją cholerstwo trzyma.


Tę jednak miałem pod bokiem - mój brat chce przejąć transport i resztę biznesu. Jest jednak na tyle młody i głupi, że popełnia błąd za błędem…
No raczej. Zatrudnił Andżelikę, by cię uwiodła.


Zapadło milczenie.
-    Co zamierzasz z nim zrobić? - odezwał się wreszcie Paweł.
-    Pozwolę mu działać do końca.
Lekarz uniósł brwi w niemym zdumieniu, ale Raul pokręcił głową.
-    Nawet o tym nie myśl. Nie zabiję brata.
-    Słuchaj, jestem tu po to, by cię wspierać we wszystkim, co postanowisz - zaczął wolno Paweł. - I proszę, na razie tylko proszę, by emocje nie wzięły góry nad rozumem. Brat bratem, ale do tej akcji, największej akcji w dziejach narkobiznesu, przygotowywaliśmy się… ile to już lat? Osiem? Dziesięć?
Dziesięć lat? Zrozumiałabym, że do przejęcia całego rynku europejskiego, ale do pojedynczej akcji, w której Raul ma być tylko pośrednikiem, za niewielki procent kwoty transakcji?
Dziesięć lat? Vini miał wtedy szesnaście, Raul niewiele więcej… (dwadzieścia cztery) Bossowie karteli narkotykowych czapkowali przed szczunami.
Nie mówiąc już o tym, że dziesięć lat temu Złoty Pył jeszcze nie mógł istnieć, bo kto trzymałby taki wynalazek tyle czasu w tajemnicy?
I  że skoro przygotowywali się do tej konkretnej akcji dziesięć lat, to nie mogli wejść w narkobiznes ot, tak, z ulicy, musieli już w nim chociaż chwilę działać. Czyli zaczynali, gdy ile Raul miał lat, piętnascie?


(...)
-    Zejdę na dół, przeproszę Andżelikę i Vincenta. -  Raul skierował się do wyjścia. - Trzeba przygotować VillaRosę na przyjęcie gości. Sonia będzie czyniła honory pani domu. Z nią też muszę porozmawiać.
Paweł zatrzymał go w holu.
-    Słuchaj, bądź dla niej milszy. Ona naprawdę…
-    „…cię kocha” - chciał dokończyć, ale umilkł.
Dzięki, Paweł, przynajmniej ty nie pogłębiasz jeszcze poziomu żenady tego opka.
Nie mów “hop”...


W całym tym bagnie jeszcze tylko płomiennego romansu Soni i Raula brakowało…
Uważaj, o co prosisz, bo to dostaniesz...


Raul znajduje Sonię na klifie i składa jej propozycję nie do odrzucenia:


-    W sobotę odbędzie się tutaj niewielkie przyjęcie. Chciałbym, byś czyniła honory pani VillaRosy. U mego boku będziesz witała gości.
Ależ koniecznie. Jeśli jeszcze któryś z tych mafiozów, którzy z chęcią weszliby w posiadanie sekretów właściciela VillaRosy, nie zauważył Soni albo uznał, że nie jest ona dla Raula nikim ważnym, należy im ją pokazać i rozwiać wszelkie wątpliwości w tym względzie.


Jeśli myślał, że Sonię tym ucieszy, to się rozczarował. W błękitnych zogromniałych oczach dziewczyny ujrzał strach, niedowierzanie, niemal przerażenie - wszystko, tylko nie radość.
-    Ja… nigdy nie wydawałam przyjęć.
Wydawanie przyjęć to nie tylko stanie u boku gospodarza i podawanie ręki (stopy, kolana) gościom do pocałowania, (jak na balu u Wolanda i okrzyk Behemota “Królowa jest zachwycona”), lecz cała logistyka działań - od karty dań i win, po usadowienie gości przy stole.
Więc słusznie się obawia...


Nie wiem, jak się odnaleźć w takiej sytuacji, czy sobie poradzę - odpowiedziała cicho. - Wróciła Andżelika. Może ona…?
… no ale tu to zaszalała.
Nie pozwolił jej dokończyć. Sam dźwięk tego imienia działał na niego jak płachta na byka.
-    Andżelika nadaje się na ekskluzywną prostytutkę, a nie na moją partnerkę.
Ale dlaczego na ekskluzywną?
I zapamiętajmy - jego partnerką nie może być kurew.


-    Któregoś wieczora na plaży wyglądaliście jak para zakochanych - zauważyła cicho, spuszczając wzrok. - Nie miałeś nic przeciwko, żeby…
-    Soniu, proszę, byś czyniła ze mną honory gospodarzy domu - powtórzył. - Tylko tyle. Andżelika przygotuje cię do tej roli, bo ona na pewno imprezowała co okazja.
Jest po prostu stworzona do przygotowywania niedoświadczonych dziewczątek do roli eleganckich gospodyń wyrafinowanych przyjęć!
A że “impreza” równa się “przyjęcie” tego chyba nikomu nie ma potrzeby wyjaśniać.


Poproszę Vincenta… - tu zawahał się, ale mówił dalej - by zabrał was obie na zakupy. Potrzebna ci będzie suknia wieczorowa. Polecicie do…


Nie dokończył, bo Sonia zawisła mu na szyi, obcałowując policzki. Piszczała przy tym jak mała dziewczynka w sklepie z zabawkami.
-    Naprawdę?! Wypuścisz mnie na chwilę?! Pojedziemy do miasta?! Na zakupy? Kupisz mi sukienkę? Iiiiii! Dziękuję, Raul!
Sonia ma umysłowość trzylatki; pokazać jej nową zabawkę, to już się cieszy i zapomina o wszystkim dokoła...
(...)


Raula cieszyła radość dziewczyny, ale już teraz wyrzucał sobie lekkomyślność. Czy za murami VillaRosy będzie bezpieczna? Czy Vincent nie wykorzysta jej do swoich celów, jakie by one nie były? Młodszy brat wprawdzie polował na niego, ale… ?
Uhm, tak. Dopiero co Paweł ostrzegał go, że wypuszczenie Soni będzie równoznaczne z zabójstwem, dopiero co sam opisywał jej, co zrobią jego wrogowie, jak ją złapią, a teraz wyprawia ją z facetem, co do którego ma już pewność, że jest zdrajcą?


Jeszcze za wcześnie na gwałtowne ruchy - pomyślał. - Jeszcze Sonia do niczego się Viniemu nie przyda. Będzie próbował ją uwieść lub przekupić, ale na zakładniczkę nie weźmie.
Bo co? Bo Imperatyw Narracyjny tak mówi?


(...)
Śmigłowiec usiadł na zaprzyjaźnionym szpitalnym lądowisku parę minut później. Dyrektor szpitala osobiście powitał gości z VillaRosy i zapewnił, że kilka godzin maszyna może zostać - prawdę mówiąc, jedynie Raul korzystał z dachu kliniki, bo któż jeszcze w okolicy dysponował prywatnym helikopterem?
Zapewne nikt. Ale zdarza się, jak mniemam, że szpitalne lądowisko dla helikopterów wykorzystują śmigłowce wiozące rannych lub chorych.
Ależ Królowo, są pewne priorytety!


Pożyczył im na prośbę Vincenta swój samochód - olbrzymiego vana marki BMW, oczywiście z przyciemnianymi szybami i… mogli ruszać w miasto.
Jak prawdziwi gangsta!


Dobra, oni idą na zakupy, ja idę do norki.


Mamy typowo opkowy opis “szaleństw” nastolatek w galerii handlowej, znany dobrze ze scenek, gdy rodzice wyjechali*; trafili do szpitala w śpiączce; wyprowadzili się do Niemiec; umarli [*niepotrzebne skreślić], ale przed zniknięciem zostawili na stole  kartę płatniczą.
Owszem, Raul daje im swoją kartę, na której jest limit pięćdziesiąt tysięcy euro. Wszyscy, łącznie z Wincencikiem, cieszą się jak dzieci.


Andżelika w Kyrenii była nie po raz pierwszy, tutaj przecież umawiała się z Vinim w biurach Avia Co., okoliczne butiki zaliczyła już podczas pierwszego pobytu, stwierdzając, że są nieco prowincjonalne i drogie, ale od biedy coś ładnego można upolować. Teraz pociągnęła Sonię do jednego z nich.
-    Czego potrzebujesz? - zapytała rzeczowo w progu dużego, jasno oświetlonego sklepu.
-    Sukni wieczorowej - odparła cicho dziewczyna. - Eleganckiej i niewyzywającej.
No nie ma jak właściwy doradca na właściwym miejscu!


Ostatecznie Sonia kupuje sobie długą suknię z białego jedwabiu, którą Andżelika określa mianem “szaty kapłanki”. Potem idą wybierać biżuterię, Andżelika upiera się przy kolii za pięćdziesiąt tysięcy euro (na którą muszą się złożyć Wincuś z Pawłem, bo limit karty Raula nie wystarcza); Sonia rezygnuje ze – skromnego oczywiście – naszyjnika w kształcie serduszka z małymi brylancikami. Raul znika na dwa dni, zostawiając organizację przyjęcia całkowicie w rękach Pawła; po czym wraca dokładnie w dniu imprezy – nowiutkim, wypasionym jachtem, który zakupił właśnie za dwa miliony euro. Wincuś niemal umiera z zachwytu na ten widok.


-    Raul, rzuć kluczyki! - Vincent wynurzył się spod pokładu, patrząc błagalnie na brata.
Ten bez namysłu zrobił to, o co tamten prosił. Vini z niedowierzaniem spojrzał Raula, krzyknął dziko i chwilę potem jacht wypływał z powrotem na morze, z każdą sekundą nabierając prędkości.
Paweł nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc, przeniósł wzrok ze znikającego po drugiej stronie przystani jachtu na Raula. Ten wzruszył ramionami i mruknął:
-    Niech się dzieciak nacieszy.
-    Wiesz, że tą zabawką go nie przekupisz?
-    Wcale nie zamierzam.
-    On nie zmieni planów przejęcia firmy. Tylko go w nich utwierdzasz. Kto wolałby żebrać o pożyczenie takiego cuda, zamiast przejąć je na własność?
-    Paweł, to nie ma nic wspólnego ze zdradą Vincenta - odrzekł Raul takim głosem, że lekarz umilkł. - Jacht będzie jedną z dróg ewakuacji.  
Chyba sposobów, bo drogą ewakuacji będzie morze.


Nie ma szybszej jednostki w akwenie Morza Śródziemnego.
Akwen morza, morza akwen...


Aha. I na ten jacht, który ma być jego “drogą ewakuacji”, beztrosko wpuszcza zdrajcę.  


(...)
Po domu, co było niezwykłe, kręciło się sporo ludzi, choć nie tyle, ile zazwyczaj obsługuje imprezy bogaczy. Raul zatrudniał od lat tę samą firmę rodzinną, dobrze wynagradzając właścicieli i pracowników, pod paroma wszakże warunkami: sprawna obsługa gości, niewielka, zaledwie ośmioosobowa załoga kuchni i kelnerów, całkowita dyskrecja i „niewidzialność”.
Gdyż inne firmy zarabiające na obsłudze multimilionerów gwarantowały hałas, chaos i niejadalne ochłapy.


Teraz witał się z każdym jak ze starym przyjacielem. Ludzie „Kyrie—flowers”- taką nazwę (grecko-angielską, na terenie Turcji) nosiła firma - nie mieli nic przeciwko organizowaniu przyjęć dla mafii. Przynajmniej mieli ochronę, za którą nie musieli płacić haraczu.
No tak, bo przecież opłata haraczu wpisana jest w kosztorys każdego biznesu, muszę to zapamiętać na wypadek, gdybym chciała założyć własny i musiała napisać jakiś biznesplan.


-    A gdzie nasza urocza pani domu? - zapytał Raul parę chwil później, gdy już obejrzał i zaaprobował wystrój salonu, stołów w jadalni, ogrodu i okolic basenu.
- Zaraz będzie gotowa. Andżelika robi ją na bóstwo - odparł Paweł.
No, nie powierzyłabym tak odpowiedzialnego zadania Andżelice, miłośniczce makijażu ostrego i wyzywającego.


On sam wyglądał dziś wyjątkowo dobrze: błękitnoszara koszula pasowała do oczu mężczyzny i płowych włosów. Lniane, świetnie skrojone spodnie i takaż marynarka, a także dobrany do nich krawat sprawiały, że kilka kobiet pomagających przy wystroju wnętrz wodziło za przystojnym lekarzem tęsknym wzrokiem.
Goście już zaczynają się schodzić, a one jeszcze nie skończyły roboty?


Żadna nie odmówiłaby wskoczenia mu do łóżka, do momentu, gdy… nie pojawił się pan VillaRosy.
Od tego momentu każda oganiała się od niego jak od natrętnej muchy.


Raul był ubrany na czarno, od stóp do głów. I trochę nieoficjalnie: miał czarne spodnie, wygodne buty i czarną koszulę z podwiniętymi rękawami, odsłaniającymi opalone przedramiona. Pod złocistą skórą grały wspaniale wyrzeźbione mięśnie. Było, oj było o kim marzyć tej nocy…
A jak któraś wolała rudych?  


On traktował nadskakujące mu kobiety z jednakową uprzejmością, czekając na tę jedyną. Wreszcie drzwi na piętrze otworzyły się i na szczycie schodów stanęła Sonia. Raulowi zaparło dech w piersi, bo też dziewczyna wyglądała… zjawiskowo. Miała na sobie lekką jak mgła, śnieżnobiałą suknię, wspaniale podkreślającą zgrabną sylwetkę, z dekoltem wcale śmiałym, jak na Sonię oczywiście, ozdobioną delikatnym haftem z maleńkich mieniących się cyrkonii.
http://img.zszywka.pl/0/0003/w_2201/moda-damska/piekna.jpg a gdy się ją podłączy do prądu (dlatego na zdjęciu jest gniazdko), to świeci...


Całości dopełniały sandałki zdobione diamencikami i wysoko podpięte włosy, odsłaniające smukłą szyję i ramiona. (...) Rozcięcie od dołu niemal po biodro odsłoniło w tym momencie jej szczupłe udo.
Zaiste, szata kapłanki.
Westalki, rzekłabym.
Zreasumujmy: cyrkonie, buty z “diamencikami”, suknia rozcięta do biodra. Jeśli to suknia  kapłanki, to chyba ze świątyni Afrodyty.
A do tego subtelny makijaż, wykonany przez niezrównaną Andżelikę w jej ulubionym (i, co będziemy ściemniać, jedynym znanym) stylu!


064708bf0991f16e15e1e19c3684b20e.jpg
https://pl.pinterest.com/pin/473300242069276005/

Szczęście, że nie takim:





[Nie to, co Andżelika] która właśnie schodziła na dół, piszcząc:
-    Och, Raul! Cześć! Jak ci się podobam?
Miała na sobie krótką, obcisłą - zbyt krótką i zbyt obcisłą - czarną koronkową sukienkę z dekoltem do pasa z przodu i od pasa z tyłu, doprawdy niewiele pozostawiającą miejsca wyobraźni, czy raczej wcale, niebotycznie wysokie szpilki, w których poruszała się jednak całkiem zgrabnie, a do kompletu wspaniałą kolię, kupioną w Kyrenii.


Całość wyglądała - mimo tych diamentów - tanio i tandetnie. A przy subtelnie pięknej Soni po prostu wulgarnie.
No ba, oczywiście, przecież Andżelika nie może mieć gustu nawet tyle, co brudu za paznokciem.


Ciekawa jestem niezmiernie, czy w tej postaci też została sportretowana jakaś osobista nieprzyjaciółka AŁtorkasi, jak Agnessa de Sade w Ferrinie, czy internetowa hejterka Lena.


Raul odwrócił od Andżeliki pełne niesmaku spojrzenie (buhihihi, coraz bardziej doceniam pomysł wynajęcia jej jako uwodzicielki!), napotykając wzrok Vincenta, który właśnie wpadł do domu, w rozchełstanej koszuli i wilgotnych od morskiej bryzy włosach wyglądał jak mały psotny chłopiec, a nie brat właściciela posiadłości.
-    Raul, człowieku, co za łódka…! - wykrzyknął pełnym rozmarzenia i zachwytu głosem. - Pożyczę ją jeszcze dziś wieczorem, popływamy z Andżelą…
-    Nic z tego - przerwał mu tamten. - Dziś wieczorem zastąpisz mnie na przyjęciu. Ja mam spotkanie z kurierem.
Tym kurierem, co to nikt nie wie, kim on jest?


(...)
Raul patrzył przez chwilę na obie młode kobiety, dziwiąc się, jak mogą być tak zupełnie różne mimo podobnej urody, wreszcie rzekł:
-    Soniu, przydałaby ci się jakaś biżuteria. Chodź ze mną.
Po raz drugi przekraczała próg jego królestwa.


(...)
-    Pamiętasz szyfr? - zapytał przekornie, podchodząc do sejfu.
Pokręciła głową. Doprawdy, tamtej nocy myślała raczej o ucieczce niż zapamiętywaniu szyfrów. Teraz też odwróciła wzrok, gdy Raul wystukiwał ciąg cyfr. Widział to w błyszczącej jak lustro powierzchni drzwiczek i po raz niewiadomo który zdumiała go lojalność tej dziewczyny.
Mniej wiesz – krócej cię będą przesłuchiwać.


-    Tylko nie rzucaj we mnie sztabkami złota i plikami banknotów - poprosiła żartobliwym tonem.
Dlaczego nie? To najfajniejsza rozrywka, jakiej do tej pory oddawali się bohaterowie.
Nie, jednak nie chciałabym, żeby we mnie rzucano sztabkami złota, obrażenia mogłyby przewyższyć spodziewane korzyści.


Uśmiechnął się.
-    To później. Mam zamiar zaraz po przyjęciu przynieść cię tu na rękach, złożyć na łóżku, rozebrać i obsypać złotem, klejnotami i pieniędzmi. Co ty na to?
Obejrzał się przez ramię, ciekaw, co odpowie. Sonia spuściła wzrok odrzekła cicho:
-    Zamiast tego obsypywania wolałabym… żebyś zrobił co innego.
-    Chcę być cała od. Rozumiesz?!


(...)
Przez parę uderzeń serca czekała, aż Raul ją pocałuje, ale on westchnął z głębi duszy:
-    Ech, Soniu… - Otulił ją ramionami i przycisnął mocno do siebie, zanurzając twarz we włosach dziewczyny. - Nie powinienem o tobie myśleć, nie powinienem o tobie marzyć. Nie wolno mi ciebie ani pragnąć, ani kochać.
Bogowie. Jakie to dramatyczne. To jest takie dramatyczne, że naj-naj-najdramatyczniejsze normalnie.


Kochać! Raul powiedział „kochać”! - rozśpiewała się dusza dziewczyny.
Kochać to nie znaczy zawsze to samo...


-    I nie mogę ci obiecać nic więcej, oprócz tego, że za trzy dni będziesz wolna. Ja również. A wtedy…
-    Wtedy? - podchwyciła z nadzieją.
-    Wtedy jednak przyniosę cię tu i zrobię to, o czym marzę. Zgoda?
Zasypię cię sztabkami złota aż zginiesz zmiażdżona! Mwahahahahahahaha!!!


Raul nie chce szybkiego numerku, czym znów zasmucił Sonię. Ale zaraz się rozpogodziła, gdy z kieszeni wyjął wisiorek, którego sobie nie kupiła w butiku.


Doprowadził do ładu włosy dziewczyny, suknię, której ramiączka zdążył zsunąć, i swoją koszulę. Na wypukłość w spodniach nic nie mógł poradzić.
Woreczek z lodem?


(...)
Sonia płonęła wewnętrznym blaskiem. Była zakochana w mężczyźnie, który stał tuż obok, trzymał jej dłoń w swojej dłoni i przedstawiał ją swoim gościom, jakby była najważniejszą osobą w jego życiu.
-    To moja Sonia - mówił z dumą i takim naciskiem na słowo „moja”, by żaden z panów, taksujących piękną dziewczynę pożądliwym spojrzeniem, nie śmiał nawet marzyć o czymś więcej niż uczcie dla oczu.
To moja Sonia, kobieta mojego życia i mój słaby punkt!


Mimo to jeden z nich jednak śmiał…
Wkroczył do VillaRosy jak pan tego miejsca, a nie jeden z gości. Był - w odróżnieniu od reszty - sam.
Nie dreptała za potężnym mężczyzną w czarnym garniturze żadna pani Randallowa. Tak właśnie przedstawił Soni tego człowieka Raul:
-    Senator Randall.
Senator to senator, ale w jakim parlamencie?
W jakimkolwiek.
Domniemywam, że w amerykańskim. W sumie, pasuje do bandy polskich mafiozów, ubijających na Cyprze interesy z Rosjanami i Kolumbijczykami.


Ten stanął przed dziewczyną, cmoknął z uznaniem, po czym… zagarnął dłonią jej pierś. Uskoczyła w tył, ledwo powstrzymując się od krzyku.
Fajnych gości zaprosili.


(...)


Wchodzi Andżelika:
-    O kurrrwa, ale dupcia. - Uśmiechnął się szeroko.
Andżelika uniosła brwi, posłała pytające spojrzenie Vincentowi, a gdy ten - podobnie jak jego brat - nie zareagował, oblizała pełne, dziś słodkoróżowe, wargi i odparła niskim, zmysłowym głosem:
-    Czy my się znamy?
-    Jeszcze nie, ale przed nami cała noc.
Senator podsunął dziewczynie ramię. Ta, nadal nie będąc pewna, czy może się tym mężczyzną bezkarnie zająć, czy też Vini ją za to przerżnie na wylot, jak całkiem niedawno za Raula, przyjęła zaproszenie.


“Droga Kasiu. Bardzo Ci dziękujemy za próbkę Twojej twórczości, którą nam przysłałaś. To bardzo budujące, że chcesz zostać w przyszłości pisarką, pamiętaj jednak, że przed Tobą jeszcze długa droga. Powinnaś dużo czytać, ćwiczyć i, przede wszystkim, w pisaniu skupić się na tym, co dobrze znasz - koleżankach, szkole, pierwszych miłościach, przyjaźniach, wyjazdach z rodzicami na wakacje… Na opisy wielkich przyjęć jeszcze przyjdzie czas, a na razie nie powinnaś sugerować się tym, co widziałaś w filmach dla dorosłych i czytałaś w nieodpowiednich chyba dla Twego wieku książkach (czy Twoi rodzice pozwalają Ci na podobne lektury?) Uwierz nam, w wieku najwyżej piętnastu lat (bo tyle masz, prawda? Dobrze zgadliśmy?) nie znasz jeszcze świata na tyle dobrze, by zrozumieć na przykład to, że aby opisywać zło i moralny upadek nie trzeba używać (a nawet, przykro nam to mówić, nadużywać) środków wyrazu tak dosłownych. Pozdrawiamy, życzymy powodzenia i dużo sił, bo jeszcze wiele pracy przed Tobą! Trzymamy, Kasiu, kciuki! Redakcja “Filipinki”.


(...)
- Dostałem wiadomość, że kurier jest już na miejscu, tutaj, wśród gości. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby to był Randall.
Kurier z działką Złotego Pyłu. I nikt nie wie, kto to jest. A przekazanie odbędzie się tak, że nagle zgaśnie światło i tajemnicza ręka położy woreczek z narkotykiem na srebrnej tacy, na środku zastawionego stołu.


(...)


Gospodarz przyjęcia po kolacji został odciągnięty przez gości do ogrodu, Sonię zaprosiła na krótki niewinny spacer przy świetle księżyca żona jakiejś szychy i tak dziewczyna w pewnym momencie została sama.
-    Jest pani uroczą młodą kobietą, pani Soniu - mówiła wyfiokowana starsza pani, ciągnąc dziewczynę na plażę. - Czy to prawda, że nasz Raul znalazł panią w rosyjskim burdelu i zabrał ze sobą? - rzuciła niewinnym tonem.
Mamy oto eleganckie przyjęcie, mające zapewne sprawiać wrażenie biznesowego spotkania bogatych ludzi, ale oczywiście goszczą na nich lubieżni prostacy, ściskający pierwszy raz widzianą dziewczynę (partnerkę gospodarza domu!!!) za biust i ordynarne, źle umalowane, prymitywne baby, zapytujące wspomnianą partnerkę gospodarza o to, z jakiego burdelu ją sobie wziął.
Michalakversum level normal.


Sonia stanęła jak wryta.
-    On tak powiedział? Raul? - Z trudem panowała nad wzburzeniem.
-    Coś napomknął, choć oczywiście to dżentelmen. Nie zniszczyłby reputacji swojej pani wprost.
Ale po krzywej? Czemu nie?
Nie wierz jej! Jest zazdrosna! - zakrzyczała Sonia w duchu.
O ten rosyjski burdel, jak mniemam.
-    Opowiesz mi jak tam jest? W burdelu? - Kobieta pochyliła się ku Soni. Oczy płonęły jej niezdrowym podnieceniem. - Ilu mężczyzn dziennie musiałaś zaspokoić?
Najwyraźniej zgadłeś, Jaszo, brawo!


Aż tu wtem! Z bocznej alejki wyłania się senator Randall we własnej osobie, ciekawska baba ucieka, Sonia zostaje z senatorem sam na sam.


Senator zarechotał. - Zaprezentujesz mi odrobinkę swoich umiejętności? - Puścił do Soni oczko. - De Luca o niczym się nie dowie. A jeśli nawet, to nie będzie miał nic przeciwko temu. Jestem ważną szychą w tym jego biznesie. O, tutaj jest przyjemne miejsce. - Usiadł na ławce, ukrytej wśród krzewów hibiskusa, nie wypuszczając nadgarstka dziewczyny z ręki, rozłożył nogi i rzucił:
- Na kolana, słonko, zajmij się moim kutasikiem.
Oczy Soni zogromniały.
Już chyba nigdy nie będę widzieć Soni inaczej niż tak:


Próbowała wyrwać rękę, z początku łagodnie, potem z coraz większą rozpaczą, ale nie puszczał, a jej wysiłki najwyraźniej go bawiły.
-    No dalej, Andżela nie dała się prosić. A jak ciągnie! Wypróbujemy drugą panią tego zacnego domu.
-    Ja nie… ja nie chcę! Proszę mnie puścić! Puść mnie, zboczeńcu! - krzyknęła, gdy wstał, zmiażdżył ją w uścisku i próbował przewrócić na ławkę.


-    Nie dasz po dobroci, ale dasz - wycharczał, śliniąc jej szyję.
Chciała krzyknąć, ale chwycił ją za gardło i odgiął głowę do tyłu.
-    Ani drgnij, bo skręcę ci kark - szepnął ostrzegawczo, sięgając do rozporka. Chwilę potem wsunął rękę pod suknię dziewczyny i jednym ruchem zdarł koronkowe majteczki. Kopnięciem rozsunął jej stopy i…
patataj, patataj, na białym koniu przybył wybawca i ratuje niewinną dziewicę z rąk gwałciciela.
-    Senatorze Randall, proszę zostawić Sonię w spokoju! - padło za jego plecami.


Raul stał pośrodku ścieżki, trzymając zaciśnięte pięści w kieszeniach. Nie mógł pozwolić sobie na zabicie kuriera, a na to właśnie w tej chwili miał szczere chęci.
Senator jest kurierem? Sic transit gloria mundi.


Tuż za nim stali Paweł, Stanley i dwóch jego ludzi. To właśnie szef ochrony zaalarmował Raula, że Randall dobiera się do Soni. Nim dobiegli, to bydlę zaczęło ją gwałcić, a gwałtu Raul nienawidził.
No czego, jak czego, morderstwo, tak,  tortury, czemu nie, strzelanie między oczy, ojtamojtam, ale żeby gwałt?! Fi donc!
No, chyba że polegał on na podaniu narkotyku wywołującego erotyczne wizje.


Już za samo to powinien strzelić skurwielowi w łeb. I korciło go, oj, jak korciło, by wyciągnąć sig sauera…
-    Puść ją, Randall - powtórzył, cedząc zgłoski.
Tamten musiał wyczuć chęć mordu w głosie de Luci, bo zwolnił chwyt.
Sonia wyrwała się i przypadła do Pawła, który opiekuńczo przygarnął dziewczynę ramieniem.


-    Sama chciała, głupia kurwa, sama, kurwa, chciała! - krzyknął Randall.
-    Gdybyś mówił o każdej innej, mógłbym uwierzyć, ale Sonia… - Raul pokręcił głową.


-    Tak cię wzięło, chłopcze? - Randall zaśmiał się naraz, a było to tak niespodziewane, że Raulowi serce stanęło w pół uderzenia. - Muszę cię więc zmartwić. Rozstaniecie się na kilka dni. Mój szef, a twój kontrahent zażądał zakładnika na czas przerzutu.
Ale dlaczego? Przecież Raul jest tylko pośrednikiem, który skontaktował ze sobą dwie strony. To już nie od niego zależy, czy obie zechcą dotrzymać umowy!


Miałem wziąć twojego przyjaciela albo brata, ale… zadowolę się nią. - Wskazał palcem Sonię, którą lekarz w tej samej chwili próbował ukryć za plecami.
-    Nie ma mowy o zakładnikach - odparł Raul, nagle spokojny. Jeżeli nie rozegra tej partii na zimno, ktoś straci życie. - Gomez nie ma podstaw, by wątpić w moją lojalność.


-    Ale ja mam. I zaraz on też będzie miał.
Randall wyciągnął telefon, wybrał numer i rzucił klika [klik-klik-klik] szybkich zdań po hiszpańsku. Raul, znający ten język, zbladł.
-    Silvano mówi, że to dobry pomysł! - Randall uśmiechnął się szeroko. - Zgadzasz się czy chcesz gadać z Silvanem? On woli Pawła, nie jakąś dziwkę, ale spróbuję go przekonać.
Ja się zastanawiam, jaka właściwie jest pozycja Raula wśród tych mafiozów. Bo najpierw czytamy, że taki potężny, taki niezastąpiony, jedyny pośrednik między Wschodem a Południem, od niego zależy największa transakcja w dziejach narkobiznesu, itd, itp – a teraz najwyraźniej okazuje się tylko małym pionkiem, którego można szantażować, którym można pomiatać, którego dziewczynę można próbować zgwałcić...


(...)
-    Przekaż Gomezowi, że dostanie zakładnika.
Randall ze zwycięskim uśmieszkiem zamknął telefon.
-    No to co, Raul? Paweł czy dziewczyna?
Raul miał oboje przed sobą: Pawła i Sonię. Najbliższego przyjaciela i ukochaną kobietę. Wiedział, że Randall nie odpuści, że weźmie jedno ze sobą. Do niego, Raula, należy decyzja, kogo odda.
Oddaj mu zaimki, nażre się nimi i pęknie.


No, Raul, mistrzu tej gry, kogo poświęcisz? Towarzysza broni, który był przy tobie przez ładnych parę lat, czy brankę, którą uprowadziłeś parę tygodni temu i miałeś nieszczęście się w niej zakochać? Kogo, Raul?
Obgryzamy paznokcie z napięcia!


(...)
W następnym momencie Raul rzucił sucho:
-    Bierz dziewczynę.
Sonia poczuła… poczuła jakby ją zabił. Jakby własnoręcznie ustawił pod ścianą i strzelił prosto w serce.
-    Raul! - krzyknęła z bólem.
(...)
Mierzyli się długą chwilę wzrokiem, po czym Randall uniósł kącik ust we wrednym uśmieszku i rzekł:
-    Skoro tak, wezmę Pawła.
Widzicie tę chytreńką zagrywkę?
Gieniusz, panie, istny gieniusz i makiaweli!


Odepchnął Sonię i skinął na lekarza. Ten bez wahania zrobił krok w przód, ale gdy Randall zacisnął palce na jego ramieniu i chciał pociągnąć go za sobą, strącił dłoń senatora.
-    Sam pójdę - syknął, oddał żartobliwy salut przyjacielowi i skierował się ku bramie.
Senator zwrócił się do Raula:
-    Nie musisz nas odprowadzać, trafimy do wyjścia. Towar jest w sypialni na piętrze. Znajdziesz.
Wśród skotłowanej pościeli.


Zastanawia mnie jedno: Randall nie ukrywa, że pracuje dla Kolumbijczyków – producentów Złotego Pyłu, a tymczasem Raul niemal do samego końca nie ma pojęcia, kto jest kurierem? Oni tam wszyscy są bystrzy, bardzo bystrzy.


(...)
Dopiero gdy Sonia z Raulem zostali sami, ona odzyskała głos.
-    Chciałeś mnie oddać! Oddać temu parszywcowi! Jak… jak mogłeś?! „Za trzy dni będziesz wolna, droga Soniu!” i oddajesz mnie jak psa!? Nienawidzę cię! Jesteś taki sam, jak ten cały senator!
Doskoczyła do mężczyzny, uniosła drobną pięść i chciała uderzyć go w pierś, ale chwycił ją za nadgarstek i pociągnął na siebie tak, że szlochając i rzucając obelgi, znalazła się w jego ramionach. Przytulił dziewczynę z całych sił, a Sonia poczuła nagle, że Raul drży. Drży na całym ciele.
-    Ty… płaczesz? - szepnęła.
-    Nie - odwarknął, próbując nad sobą zapanować. – Tylko tak, wiesz… oczy mi się pocą.
-    I nie chciałem cię oddać.


Gdybym powiedział „bierz Pawła” tamten skurwiel wziąłby ciebie, rozumiesz? - Słowa z trudem wydobywały się przez zaciśnięte spazmatycznie gardło.
A bagniska były po prawej.


(...)


-    Ale Paweł wróci? - musiała się upewnić. - Został wzięty na zakładnika i po wszystkim wróci?
Inaczej miałaby wyrzuty sumienia i byłoby jej trochę smutnawo.
No, chyba, że Raul by ją wziął na zakupy i dokupił kolczyki pasujące do wisiorka, to wtedy nie.
-    Oczywiście - odparł, pilnując, by w głosie zabrzmiała pewność, której nie miał w sercu. — W przeciwnym razie do transakcji nie dojdzie.
Nie dodał, że Paweł może wrócić w opłakanym stanie, bo Randall to kawał okrutnego bydlaka, któremu znęcanie się nad ofiarami sprawia perwersyjną przyjemność.
Zapamiętajmy.


Jednak Paweł był przygotowywany na taki los od lat, od lat igrał z ogniem, można wręcz powiedzieć, że sam chciał, zaś Sonia… Ona trafiła tu przypadkiem i nie wolno było Raulowi poświęcać niewinnej dziewczyny, by ocalić przyjaciela.
Jak każdy gangster, miał wysoko rozwiniętą moralność i poczucie sprawiedliwości.
Podstawowe kwalifikacje w tym fachu.


Nie darowałby tego sobie. A i Paweł by mu nie darował. Przecież się zrozumieli. Paweł da sobie radę z Randallem. To jeszcze tylko trzy dni…
- Choć. Wracajmy na przyjęcie - szepnął, całując pachnące różanym szamponem włosy dziewczyny.
Gdyby i ją stracił…
...to już nie miałby nikogo więcej do poświęcenia przy następnej wielkiej transakcji.
Resztę wieczoru Sonia zapamiętała jak senny koszmar. Goście podchodzili, zadawali jej jakieś pytania, otrzymywali odpowiedzi i zostawiali ją w spokoju.
Pytali o warunki pracy w lupanarze, ona im odpowiadała - że podłe, praca ciężka, forsa żadna, a złapać choróbsko można łatwo.


Raul, mimo że stał w pewnej odległości od dziewczyny, nie spuszczał jej z oczu. Co chwila napotykała jego uważne, mroczne spojrzenie, na sekundę rozjaśniane uśmiechem. Marzyła, by przyjęcie dobiegło końca, by nie musiała się uśmiechać do bandy chciwych sensacji oficjeli,
Oficjeli? Burmistrza miasta, komendanta policji itp.?


których nie znała, ale którym wydawało się, że znają Sonię - stara plotkara powtarzała każdemu kto chciał słuchać, tym którzy nie chcieli również, że dziewczynę znalazł pan tego domu, tak, tak święty Raul, co to niby ma zasady, w moskiewskim burdelu i tak zachwycił się umiejętnościami Soni…
Sonia słyszała szepty i nieprzychylne komentarze (trędowata, trędowata! <figlarnie> ach, ta nasza Ałtorkasia, naczyta się książek, nagląda filmów, i potem się te inspiracje z niej wylewają jak, proszę ja kogo, wodospad!), czerwieniła się, widząc pełne pogardy spojrzenia kobiet i lubieżny wzrok mężczyzn, zastanawiała się, dlaczego nikt nie oczernia Andżeliki obściskującej się po kątach z młodszym de Lucą, a gdy ten znikał z pola widzenia, z każdym chętnym i… marzyła, by noc dobiegła końca, by mogła zaszyć się w swoim pokoju, wypłakać porządnie, a potem…


- Soniu, mogę cię prosić do tańca? - usłyszała głos Raula i poczuła jego dłoń na swojej.
Zamrugała z niedowierzaniem. Po tych wszystkich plotkach on chce z nią zatańczyć?
Tak, oczywiście, bo przecież Raul, słysząc plotki, sam natychmiast uwierzy, że spotkał Sonię nie w przejściu podziemnym nad martwym ciałem kuriera, a w domu uciech.


(...)
Na parkiecie zostali we dwoje. Goście zeszli na bok, patrząc na tulącą się parę. Jeśli ktoś jeszcze nie wiedział, że de Luca zakochał się w jasnowłosej Soni, teraz nie miał co do tego wątpliwości.
– Patrzcie, jak oni się kochają! – rozległy się wzruszone szepty i niejedna dama pożałowała, że nie zaczęła swej kariery w ruskim burdelu.


(...)
Siedziała na klifach, obejmując kolana rękoma. W dyskretnej odległości pilnował Soni Stanley - sama go o to prosiła, mając w pamięci atak senatora.
Czuła, czuła całą sobą, że jej czas tutaj dobiega końca. Ze Raul każdym gestem i każdym słowem żegna się z nią, że dzisiejszy wieczór może być ostatni. Dlaczego? Zdecydował się odesłać Sonię do Warszawy? Myśląc o tym, czuła jednocześnie radość, jak i przemożny smutek.
Bo mieszkanie nie dość, że małe i zapyziałe, to w dodatku zalane krwią, ochlapane mózgami i trzeba to będzie jakoś posprzątać.


Nawet jeśli on będzie przyjeżdżał, dzwonił i pisał, nawet jeśli będą się spotykali, Sonia go straci. A nie chciała tego!


I can’t live if living is withou you - dokładnie tak! Nie mogła już żyć bez Raula i jeżeli on da Soni wybór: chce wrócić do Polski czy zostać w VillaRosie, ona bez wahania wybierze to drugie. Nawet jeśli życie u boku Raula nie byłoby najłatwiejsze, to życia bez niego już sobie nie wyobraża… Powzięła decyzję: wyzna Raulowi jeszcze dziś, co do niego czuje i poprosi, by jej nie odsyłał. Jeżeli i on ją kocha, pozwoli jej zostać.
Nauczy ją strzelać, wprowadzi w tajniki handlu prochami...


(...)
Raul stał na schodach, patrząc jak znikają w oddali światła samochodu. Odetchnął. Nienawidził przyjęć, szczególnie u siebie w domu, ale raz na jakiś czas był zobowiązany je urządzać. Zaś z kurierem kartelu kolumbijskiego bezpieczniej było się spotykać na swoim terenie, szczególnie przed najważniejszym przerzutem w historii.
Kurier - jak nazwa wskazuje to tylko chłopak na posyłki. Co innego, gdyby to było spotkanie z szefem kartelu.


Gdyby Randall mógł, zgarnąłby dziś samego Raula, wiedział jednak, że ochrona VillaRosy nie dopuściłaby do tego. Stanley bez wahania otworzyłby ogień do każdego, kto zagroziłby szefowi, a na wojnę teraz, w przeddzień sfinalizowania transakcji senator nie mógł sobie pozwolić.
Właściwie to nie rozumiem, czemu oni wszyscy tak się dobijają o te kody Raula.  Przecież narkotyk nie zmaterializuje się nagle z powietrza we wskazanym miejscu; trzeba go wyprodukować, zapakować, przewieźć przez pół świata… Po drodze są dziesiątki możliwości przejęcia ładunku bez oglądania się na Raula i jego bezcenną niebieską kopertę.
Miał za to Pawła Rodło, prawą rękę i przyjaciela de Luci…
O tym myślał Raul, wracając do domu. O tym i jeszcze o czymś czy raczej o kimś… Chmurna twarz rozpogodziła się na moment.
Ojtam, Paweł; Paweł da sobie radę!
Przecież od dawna przygotowywał się na tortury i męczeńską śmierć.


Mężczyzna nalał sobie do szklaneczki odrobinę szkockiej i wyszedł na taras. Tam znalazł go Vincent.
-    Słuchaj, braciszku, nie miałbyś nic przeciwko temu, byśmy rozdziewiczyli ci łódkę?
Tak! Zrobienie dziury w burcie to obowiązek!


- zapytał, obejmując lekko podpitą Andżelikę. - Wrócimy koło południa. Nawet nie zauważysz, że…
Raul bez słowa sięgnął do kieszeni i rzucił Vinie-mu kluczyki. Ten wydał triumfalny okrzyk i pociągnął dziewczynę czym prędzej za sobą, by brat nie zdążył się rozmyślić.
Raul jednak ani myślał rezygnować z okazji, żeby cały dom do południa następnego dnia mieć dla siebie. I dla Soni…
Tak sprytnie pozbył się nie tylko Viniego, ale i Pawła!


Dochodzi do nieuniknionego, Raul i Sonia mają chatę dla siebie, więc konsumują swoje uczucie.
Ej, ale teraz, zaraz, już? Przecież miało być za trzy dni, kiedy będzie po wszystkim i Sonia będzie wolna!


Na widok Raula, stojącego w drzwiach salonu ze szklaneczką alkoholu w dłoni, Sonia zatrzymała się niepewnie. On odstawił whisky z cichym stuknięciem na stół, podszedł do dziewczyny i nie bacząc na jej spłoszone spojrzenie, bez słowa wziął ją na ręce i ruszył po schodach.
Pamiętacie? Kiedy Andżelika próbowała przeszukać apartament Raula, stwierdziła, że w żaden sposób nie można się do niego dostać z niższych pięter willi i musiała wspinać się przez taras. Najwyraźniej w swojej bystrości nie zauważyła tych schodów!


Chwilę później kładł ją pośrodku szerokiego łoża w swojej sypialni na gładkiej atłasowej pościeli. Leżała bez ruchu, patrząc, jak zapala świece stojące na komodzie i szafkach. Ich ciepłe, migotliwe światło łagodnie rozproszył mrok. Powiew wiatru od morza wzburzył cienkie jak mgła zasłony. Poczuła się jak w niedawnym śnie…
Kicz niech się  kiczem odciska!


A teraz uwaga Czytelnicy! Przed Wami srogi tekst z seksami.
Nieletni niech nie mają złudzeń, seks tak nie wygląda, więc lepiej psa wyprowadzić, albo wyczyścić kocią kuwetę, niż to czytać. Ludzie dorośli i doświadczeni w życiu erotycznym niech czytają to z zamkniętymi oczami.


Raul, nadal mając na sobie czarną koszulę i takież spodnie, podszedł do łóżka, położył się na boku tuż przy Soni, wsparł na łokciu i, patrząc na dziewczynę z zachwytem, zaczął gładzić wierzchem dłoni jej ciepłe, gładkie ramię. Uśmiechnęła się doń ze zwykłą nieśmiałością, w jej oczach ujrzał jednak taki sam zachwyt i rosnące pragnienie. Zsunął ramiączko sukni, pochylił się i zaczął całować pachnącą różanym olejkiem skórę szyi. Boże, jakżeż ta dziewczyna smakowała!
Jak pączek z konfiturą z róży?
Czy ja wiem.


Usta sięgnęły po płatek ucha. Sonia jęknęła cichutko, wsuwając dłoń we włosy mężczyzny, przyciągnęła jego głowę i dotknęła wargami ust. Zaczęli się całować, coraz bardziej namiętnie, coraz bardziej rozpaczliwie, jakby świat miał się skończyć, gdy tylko się od siebie oderwą.
On jedną rękę zaciskał na włosach dziewczyny, by nie próbowała nawet umknąć ustami, drugą pieścił jeszcze okrytą jedwabiem pierś. Chwilę potem zdarł materiał z drugiego ramienia dziewczyny, oderwał się na chwilę od jej ust i ściągnął z niej suknię. Okryła odruchowo nagie piersi, ale on łagodnie uniósł jej dłoń, położył sobie na karku, pochylił się i zaczął całować drobny, różowy sutek. Sonia wstrzymała oddech, czując ukłucie pożądania tak silne, że aż bolesne. On nie przestawał pieścić językiem gładkiej skóry, muskać brodawki szybkimi krótkimi liźnięciami, drugą dłoń zsuwał coraz niżej. Najpierw wzdłuż piersi, potem talii, wreszcie poczuła ją na udzie, potem pod kolanem…
A potem uszczypnął ją w łydkę i pogiglał w stopę.


Raul nie musiał jej zachęcać, by rozchyliła nogi i wpuściła tę dłoń w gorącą miękkość, już wilgotną, już spragnioną mężczyzny. Gdy zanurzył w nią palce, Sonia jęknęła po raz drugi. On nadal ssał jej pierś, jednocześnie pieszcząc płeć dziewczyny coraz głębszymi, coraz silniejszymi pociągnięciami dłoni.
Nagle znieruchomiał.
Trafił na barierę nie do przebycia?


IfuFjLc.jpg
http://www.ladyofthecake.com/mel/hood/rhimages.htm
Sonia otworzyła zaciśnięte powieki.
Miała jego twarz tuż nad sobą. Patrzyła prosto w błyszczące gorączką oczy mężczyzny.
- Wiesz, że cię pragnę - wyszeptał urywanym głosem. - Jeszcze chwila i nie będę mógł się powstrzymać. Jeśli mnie nie chcesz, powiedz to teraz.
Jeżeli cię nie chcę?!
-    Kocham cię - odparła bez tchu. - Pragnę ten pierwszy raz przeżyć z tobą.

Czarne oczy rozjaśnił uśmiech.
Raul, nie wahając się już dłużej, zdarł z ramion koszulę, zrzucił spodnie. Uniósł biodra dziewczyny i zdjął jej koronkowe majteczki, odrzucając razem z suknią na podłogę.
Nosiła dwie pary majtek? Przecież już Randall zdarł je przy próbie gwałtu.


Przez chwilę chłonął wzrokiem widok jej nagiego, ślicznego ciała, po czym uklęknął nad kolanami dziewczyny, pochylił głowę i zanurzył język w jej delikatną kobiecość. Krzyknęła cicho, zaskoczona i zawstydzona zarazem, ale już po chwili unosiła biodra ku tej rozkoszy. Boże… jak on… całował… tam… ! Zaczęła pojękiwać, coraz bliższa spełnienia, coraz bardziej rozpalona, a on zacisnął palce na jej pośladkach i nie zaprzestawał pieszczoty.
Gdy była tuż, tuż, poderwał głowę, rozsunął szeroko nogi dziewczyny i nim zorientowała się, co chce zrobić, nim zdążyła się przestraszyć, jednym silnym pchnięciem wtargnął do środka.
Mistrz sztuki miłosnej, po prostu mistrz.


Ból przeszył jej ciało od stóp do głów, ale… był to ból rozkoszny. Raul trwał w bezruchu, patrząc pytająco w twarz dziewczyny. Ona rozwarła szeroko zaciśnięte powieki, spojrzała mu prosto w oczy i powtórzyła, ledwo łapiąc oddech:
-    Kocham cię.
Zaczął się poruszać. Na początku łagodnie, odrobinę w przód i w tył, ale z każdą chwilą coraz silniej, coraz szybciej i gwałtowniej.
Doceńmy, że nie “suwać”.


Sonia wbiła palce w jego ramiona i wyszła mu naprzeciw, poddając się tym pchnięciom z rosnącym zapamiętaniem. On tulił dziewczynę do siebie niczym największy skarb i uderzał, raz po raz, szybciej, mocniej, głębiej… Gdy zaczęła pojękiwać coraz głośniej i bardziej błagalnie, jeszcze przyspieszył. Zsunął dłoń z jej pleców, zarzucił sobie jej udo wysoko na biodro, chwycił pełną garścią pośladek dziewczyny i… wbił się tak głęboko, że… wygięła się w łuk, krzycząc jego imię i tracąc niemal zmysły z rozkoszy. On sam poruszył się jeszcze parę razy i też eksplodował, zaciskając zęby, by nie krzyczeć.
Opadli na miękkie łóżko, spleceni w uścisku. Przez długie chwile leżeli bez ruchu, oddychając szybko, jak po szalonym biegu i słuchając bicia swoich serc. Wreszcie Sonia uchyliła powieki i wyszeptała:
- O Boże, Raul…

Uniósł głowę, scałował łzy z kącików jej oczu. Nie musiał pytać, czy bolało, czy też było jej dobrze. Miłość w oczach dziewczyny i resztki rozkoszy, które widział w szeroko rozwartych źrenicach, były wystarczającą odpowiedzią.
Poruszył się w jej wnętrzu. Uśmiechnęła się leciutko. Scałował ten uśmiech z jej ust. Wsunęła palce w jego włosy i przyciągnęła go do siebie. Znów pieścił wargi dziewczyny, słodkie i nabrzmiałe po niedawnym orgazmie (myślałam, że chodzi o usta, ale chyba jednak nie), a ona odpowiadała na tę pieszczotę chętnie i z oddaniem. Smakowali siebie nawzajem, on nadal zanurzony w wilgotną płeć, ona wciąż otwarta na niego i gotowa na więcej. Widział jednak, że ten pierwszy raz mimo wszystko był bolesny, nie chciał więc, by nad ranem poczuła jak bardzo. Wycofał się delikatnie, położył na boku i pieścił ciało dziewczyny dłońmi, językiem, ustami. Miękko, czule, z miłością.
Powieki jej opadły, ułożyła głowę w rozkosznym wgłębieniu między jego szyją a obojczykiem. Raul zagarnął ją ramieniem, przyciskając do piersi i pozwolił zasnąć.
Dostał więcej, niż mógłby pragnąć.
Nie wierzył, że dziewice jeszcze istnieją, ot, co!


Gdy już spała, oddychając głęboko i równo, wyszeptał:
-    Kocham cię, Soniu - i również pogrążył się we śnie, po raz pierwszy od wielu, wielu dni głębokim i spokojnym niezakłóconym troską o Pawła, czy innymi duperelami, nie wypuszczając dziewczyny z objęć…


Obudziły go pierwsze promienie słońca wpadające przez szeroko otwarte okna.
Musiało być im chłodno. Średnia nocna temperatura na Cyprze w listopadzie to 12 stopni.
Namiętność ich grzała!


Nie otwierając oczu, wtulił policzek w jedwabiście miękkie włosy dziewczyny, która tej nocy za jego sprawą stała się kobietą. Musiał to jakoś uczcić. By o nim pamiętała…
Wypal jej znak własności na tyłku.


Spała wtulona w niego tak mocno, jakby chciała stopić się z Raulem w jedno.
I uczynić bestię o dwóch grzbietach?


Ziemia zatrzęsła się na Cyprze, a my z łajby na dryfie pozdrawiamy: Kura ze snajperką, Królowa Matka nanosząca niezbędne zmiany w swoim biznesplanie, Jasza jak gdyby nigdy nic.

Oraz Maskotek, jak to on - znowu coś knuje.

79 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Warto odświeżać Armadę późnym wieczorem ;) Witajcie w nowym roku!

Jakież to cudo ucieszne (jak, nie przymierzając, katastrofa lotnicza)! Oscyluję między radosnym niedowierzaniem a jakąś taką przerażoną fascynacją. Tak pisać to jednak tylko Michalak potrafi. Tak sobie myślę, że ktoś ją powinien za to złotem obsypać. W sztabkach.


E'

Trikster pisze...

W ramach komentarza pozwolę sobie przytoczyć cytat z recenzji tego... dzieła z serwisu lubimyczytać. Oficjalnej recenzji portalu, podkreślam.

"Tym razem autorka zrywa z pisaniem słodkich historii, zmienia się z „grzecznej pisarki” w autorkę książki odważnej, ociekającej erotyzmem i seksem, w której nie brak odważnych scen tylko dla dorosłych, ostrych słów o zabarwieniu seksualnym. Ale to wszystko dzieje się w sposób absolutnie nie mający nic wspólnego z wulgaryzmem, chamstwem czy brakiem smaku."

Jeszcze raz.

"To wszystko dzieje się w sposób absolutnie nie mający nic wspólnego z wulgaryzmem, chamstwem czy brakiem smaku."

Czekam aż w ostatniej części Rhhhaul kupi swojej wybrance kucyka i zabierze na wycieczkę do Disneylandu. Tymczasem, gratuluję cierpliwości.

Anonimowy pisze...

Królowo Matko, kocham Cię (jeszcze mocniej) za "Z literatury wiem, że powinno się jeszcze wlać mu alkohol w gardło". Bo ja dobrze wiem, o jakiej literaturze mowa :).

TM

Anonimowy pisze...

Najlepsze w pierwszym cytacie jest to, że można tam zamiast jachtu podstawić absolutnie wszystko.
"Gałka lodów upadła na chodnik i już topiła się w ciepłych promieniach południowego słońca, tworząc wokół siebie kałużę na zawsze zatraconej słodyczy. Ale nie czas żałować lodów, gdy giną ludzie."

Anonimowy pisze...

Czy ktoś mógłby wyjaśnić jej, Katarzynie, że sceny erotyczne powinny drażnić libido, a nie żołądek? I że opisy równie subtelne jak wbicie widelca w czoło nie działają na niczyją korzyść, jeżeli turecko-grecko-cypryjsko-międzygalaktyczna ekipa sprzątająca jeszcze nie uprzątnęła zbeszczeszczonych zwłok logiki.
Jeżeli miałabym podsumować wszystkie dotychczasowe części analizy, to "Mistrz" przypomina trochę wariację Milenki i JestNoci na temat "Trędowatej" wśród gangsterów.

Czapki z głów, Drodzy Analizatorzy.

Ejżja

Alice Murphy pisze...

Jak żyję na świecie te 18 lat, tak w życiu takich bzdur drukiem wydanych nie czytałam. Ktoś powinien Ałtorkasi dać mentalnego kopa w mózg, żeby przestała pisać takie głupoty.
Ja wiem, że można się na czymś nie znać, no ale od czego jest research?
Sama nigdy nie pływałam jachtem ani nie miałam w ręku snajperki, a lekarz też że mnie żaden, no ale są rzeczy, o których wie chyba każdy (teraz ze zdecydowanym naciskiem na "chyba") i coś mi się wydaje, że nawet ja opisałabym to lepiej.
I w dodatku to jest takie opkowe...
PS: Królowo: urocza sówka
PS2: Oglądałam wczoraj Pawła Opydo i podsunął mi pomysł - błagam, zanalizujcie "Rok w Poziomce". To dzieuo jest jeszcze bardziej bzdurne niż "Mistrz" i "Bezdomna" razem wzięci.I sama autorka pojawia się jako jedna z boCHaterek (i do tego objawia się głównej boCHaterce). Zresztą... pooglądajcie Pawła, on próbuje rozkminiać tę Michalakcepcję. Chętnie przeczytałabym to z waszej perspektywy.
A w nowym roku życzę wam, drodzy analizatorzy, więcej cierpliwości do ałtoreczek i ich tfforów.
I mam nadzieję, że na trzecią "Achaję" nie każecie nam czekać kolejne 4 lata :D .
Alice M.

Winky pisze...

Wait. Ona leży, on "klęka nad jej kolanami", pochyla głowę i sięga ustami do piczy? JAK?! Czy to opis debilny, czy mi wyobraźnia szwankuje? A może Raul to jogin na 65 levelu?

Anonimowy pisze...

Jestem na samym poczatku, a juz zgnilam. Rzuccie okiem na tego linka https://czarteruj.com/blog/wyposazenie-jachtu-morskiego/ I zestawcie go z ta durna pipa ratujaca czlowieka za pomoca poscieli. Nosz kurde, gdyby to bylo wyslane do mnie opko to bym je obsmiala od stop do glow.

Gaya

Anonimowy pisze...

Winky, może miała zgięte w kolanach, czy coś...

Minami Lady pisze...

To opko jest tak radośnie idiotyczne, że budzi mój zachwyt </3 Już mniejsza o to, że odrzut łamie kości w rękach i żebra, jeśli ktoś źle stoi, że zwykle snajper potrzebuje jeszcze obserwatora, który go naprowadza na cel...Tak tylko nieśmiało spytam: czy z unoszącego się w powietrzu, a więc jednak pozostającego w ruchu, helikoptera, da się trafić w cel? O ile wiem, w taki ruchomy cel trafić jest nader trudno - zważywszy, że jako rzecze człowiek-komandor Terry, łódź ciągle w sumie pływa, bo nigdzie żadnych cum nie widzę, zwijania żagli czy czegoś też nie spostrzegam O.o
Złoto w sztabkach?! Czy on tam ma w tym domu szwajcarski bank, czy co?!
A przez ten sejf non stop widzę ten z "Vabanku". Niemal słyszę, jak Rrrrrhaul irytuje się na Pawła po jego oprzytomnieniu: "A kto stuknął?! Kto stuknął?! Ostatni raz za kierownik wsiadłeś! Ostatni raz!" XD
Jeśli Randall jest kurierem i tak sobie gada o tym, co robi i dla kogo pracuje...Zastanawia mnie, jak długo pożyje. I czy w ogóle pożyje. Kolumbijska mafia to jednak nie plac zabaw, a Rosjanie, gdyby mieli z Rrrrhaulem współpracować, obśmialiby go od stóp do głów i zleciliby przypadkowy wypadek xD
Kłaniam się państwu Analizatorom!

Ela TBG pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Beryl Autumnramble pisze...

"czarną koronkową sukienkę z dekoltem do pasa z przodu i od pasa z tyłu"
Znaczy, materiał z przodu był tylko od pasa w dół, a z tyłu tylko od góry do pasa? Taki fartuszek?

Anonimowy pisze...

wynurzył się śmigłowiec, pochylił dziób i ruszył na motorówkę.
Raul jak Yoda w "Ataku klonów"!!!
U stóp Soni urósł już spory stosik.
A tu jak Kmicic w Częstochowie!
Naprawdę?! Wypuścisz mnie na chwilę?! Pojedziemy do miasta?! Na zakupy? -wszystko mi opadło....
Redakcja “Filipinki”. -Genialne!

Sensacyjnej intrygi nie jestem w stanie ogarnąć,miłosnej też nie..Koszmar jakiś. Sceny z przyjęcia - no,skala na żenometrze pękła.

Dzięki za dobrą robotę i jak najlepszych analiz w tym roku!

Chomik

Ela TBG pisze...

Wydaje mi się, że Andżelika to tutejsza Ludmiła Ziółko. SuPtelne opisy stroju, przystawianie się do Tego Dobrego- no jak tu nie mieć skojarzeń? Autorkasia leci wiecznie na tych samych archetypach, zmienia tylko kolory oczu i włosów, ewentualnie w pakiecie z nową karynacją i postawą.

Anonimowy pisze...

- Sama chciała, głupia kurwa, sama, kurwa, chciała! - krzyknął Randall.
- Gdybyś mówił o każdej innej, mógłbym uwierzyć, ale Sonia… - Raul pokręcił głową.

Jasne, Sonia, cud-dziewica jest święta i nietykalna. Każda inna sama się prosi, żeby ją zgwałcić. Ja pierniczę, co ja czytam...
Stawiam wirtualnego łiskacza za przebrnięcie przez te brednie.
Crazy Cat Lady

Anonimowy pisze...

Alice Murphy - Opydo ma historię bycia ałtoreczką na forum NAKWy (i nudnym, wtórnym bucem, jakby mnie kto pytał), nie wiem czy jest w załodze ktoś kto by go chciał oglądać z własnej woli.


"Już was widzę, Raul! - krzyknęła rozpromieniona do telefonu.
Kogo widzisz? - zapytał wolno.
- No twoich ludzi! Płyną tutaj motorówką! Są… są uzbrojeni." - boże. ona jest najgłupszą bohaterką. słów na to brakuje.

Samotna łza mi się zakręciła w oku przy komentarzu o schodzeniu na śniadanie.

Barneyek pisze...

"(...)czy też Vini ją za to przerżnie na wylot, jak całkiem niedawno za Raula,(...)"

słowo daję, przeczytałam w pierwszej chwili: "przerżnie na wylot, jak całkiem niedawno Raula"...
Ta wizja.
Ekhem.
Kocham Was.

S Stefania pisze...

Animu i mango przyzwyczaiły mnie, że po tym wszystkim, jak już dochodzą do seksów, to muszą być totalnie porąbane, więc teraz jestem rozczarowana. A nawet jakoś specjalnie nie poszukuję dziwnych rzeczy!
Momentami miałam problem z rozróżnieniem, kiedy to Ałtoreczka a kiedy załoga bo ta pierwsza rzuci od czasu takim self-aware tekstem, że zaczynam podejrzewać zaawansowany trolling.

Anonimowy pisze...

>Raul de Luca jest górą i to dosłownie

https://static.pexels.com/photos/4164/landscape-mountains-nature-mountain.jpeg

Aha.



N.

Dzidka pisze...

> Alice Murphy - Opydo ma historię bycia ałtoreczką na forum NAKWy (i nudnym, wtórnym bucem, jakby mnie kto pytał), nie wiem czy jest w załodze ktoś kto by go chciał oglądać z własnej woli.

Potwierdzam. Może ktokolwiek z załogi ogląda go/słucha/czyta z powodów armadowo-zawodowych, ja nie tykam go nawet rozwidlonym patykiem, żałosnego pętala.

Anonimowy pisze...

Hej, Analizatorzy!!! Wy tu analizujecie jedną powieść Pani Michalak od połowy listopada, a ona już pewnie w tym czasie napisała ze trzy nowe!!!
Kojarzycie 'Słoneczniki' i słowa matematyka do Lilki /cycata z pamięci/: 'Ty, Sagowska, to musisz mieć niezły tupet, by takie bzdury mówić tak pewnym głosem'?
O to to to - podobnie można skomentować TFUrczość Pani Michalak: ta to musi mieć niezły tupet, by takie bzdury wydawać kilka razy w roku.
Ja już nie wiem, jak to cos komentować, nie mam siły mysleć o tym, to jest nudne, brzydko i niechlujnie napisane, język 'podwórkowy' (i nie mam na myśli tzw. stylizacji, jaką posługiwał się np. Wiech, ale po prostu brzydki, ordynarny, prosty język).
Ja łumiem trzymać pędzelek, rozróżniam kolory, potrafię namalować słoneczko i domek, może nawet krowa i piesek jako-tako mi wyjdą - czy to oznacza, że mogę urządzić wystawę z cyklem własnego autorstwa: 'życie na wsi'?
Hmmmm...........zaczynam wierzyć, że tak!

Anonimowy pisze...

PRZEPRASZAM!!!! Nie podpisałam się!!!!
Ta anonimowa z 6 stycznia, 19.07 - to ja -
Guineapigs
Bardzo przepraszam, zapomniałam.

Anonimowy pisze...

Do Alice Murphy i Dzidki:

a skad takie złe mniemanie o Opydo? Że był kiedyś analizowany, bo napisał głupie opko? I dlaczego jest 'żalosnym pętalem'?
Chłop mówi o złych książkach zupełnie sensownie. Nie porywa moze tak jak Masochista o złych filmach, ale chyba nie z tego taka niechęć?
Można prosić o wyjaśnienie, skąd ten aż 'żałosny pętal'?

Guineapigs

Anonimowy pisze...

"Raul, nie wahając się już dłużej, zdarł z ramion koszulę, zrzucił spodnie. Uniósł biodra dziewczyny i zdjął jej koronkowe majteczki, odrzucając razem z suknią na podłogę.
Nosiła dwie pary majtek? Przecież już Randall zdarł je przy próbie gwałtu."

Jedna z Wernych Czytelniczek także wyraziła swoje wątpliwości dotyczące Soninych majtek w recenzji, na co AutorKasia pośpieszyła z wyjaśnieniami:

"Ejotku drogi, recka super, ale wbiłaś mi niezasłużoną szpilę tymi majtkami, które zostają zdarte, a później "za sprawą magii" się pojawiają. Owszem, Randall zdarł Soni te majtki, ale później ona miała resztę wieczoru (powtarzam: resztę wieczoru), by je założyć. Dla mnie jest to tak oczywiste, że jak ci ktoś majtki zedrze, to przy najbliższej sposobności zakładasz drugie (albo te same, jeśli masz je pod ręką), że nie przyszło mi do głowy, by ktoś miał co do tego wątpliwości, i żeby o tym pisać! Jak niby miało to wyglądać: "Sonia pierwsze co zrobiła, po powrocie do VillaRosy to nałożyła nowe majtki"?! :))) Po przeczytaniu Twojej recenzji miałam szczere chęci to poprawić, bo myślałam, że to rzeczywiście mój błąd, ale nie będę dopisywała czegoś takiego. To dopiero brzmiałoby absurdalnie... Ja naprawdę nie zwracam uwagi na takie drobiazgi, bo zamiast pisać książkę pełną akcji, emocji i napięcia, zaplątałabym się między częściami damskiej garderoby!"

Ha, i co, hejterzy, głupio wam teraz? xD

Anonimowy pisze...

Do Anonimowego z 6 stycznia, 19.51.

Szkoda, że Pani Michalak nie dostosowała się bardziej do swej myśli przewodniej o pisaniu powieści: 'po co o tym pisać' i nie napisała po prostu: 'Sonia spotyka Raula, zakochuje się w nim, a Raul zakochuje się w Soni'.
I nie oszukujmy się róznymi informacjami o narkotykach i jachtach - Pani Michalak nie ma nic więcej do napisania oprócz tego, że dwa ludzie sie sparowały.

Guineapigs

Anonimowy pisze...

Guineapigs, AutorKasia to chyba taki przypadek co musi, bo inaczej się udusi ;) Nie dla siebie, dla mas! Szkoda by było przecież, żeby tak przebogate doświadczenie życiowe i jeszcze przebogatsza wyobraźnia się zmarnowały w jakieś szufladzie, zamiast nieść otuchę i inspirację rzeszom wiernych czytelniczek xD No powiedz sama, czy byłabyś w stanie sobie wyobrazić chociaż jedną trzecią akcji, jakie mają miejsce w tym dziele? :D
Poza tym, chyba nikt, kto tu zagląda, nie łudzi się, że Kasieńka ma do powiedzenia cokolwiek sensownego na jakikolwiek temat, czy to mafii, czy seksu, czy czegokolwiek innego.

Joanna pisze...

Czy mnie juz na mozg siadlo od tych nocnych zmian. Raul mial czarne oczy i wlosy wczesniej czy nie? Tera ma oczy siwoniebieskie, a grzywe plowa. Zakrecilam sie czy cus. Moze to ta proza... Analiza miodzio. Umilacie mi night shifts bardzo skutecznie. Niech wam Michalak lekka bedzie...

Joanna pisze...

Ojesus, bo to Pawel byl!!! No widzicie? Normalnie jajecznica mnie sie zrobila zamiast mozgu!

S Stefania pisze...

Aha, TO by brzmiało absurdalnie. Zakładanie majtek po tym gdy się je straciło. Dopiero to.
A dzieci w Afryce to w ogóle nie mają majtek!!!11
Swoją drogą, kim/czym jest ten tytułowy "mistrz"?

Alice Murphy pisze...

A które to opko on napisał? Bo chyba jestem nieco niezorientowana :)

Anonimowy pisze...

Nie no, spłakałam się tak, że muszę iść czyścić okulary...

Jesteście wielkie i ja nie wiem, jak Wy to ogarniacie...

Kuro - czyżbyś fangirlowala Cassiana? :D
*idzie opłakiwać pana dyrektora w płaszczyku +20 do lansu*

Ściskam mocno w Nowym Roku,
Cathia

Anonimowy pisze...

"- Gdybyś mówił o każdej innej, mógłbym uwierzyć, ale Sonia… - Raul pokręcił głową.

Jasne, Sonia, cud-dziewica jest święta i nietykalna."

No właśnie, ale też wcale nie jest taka nietykalna. Jest chętna na seks z porywaczem i to po bardzo krótkiej znajomości. Nie patrzy na to, że nie są nawet parą. Do tego chce to zrobić tylko z tego powodu, że Raul jej się spodobał fizycznie, bo przecież niczym innym się nie zasłużył wtedy, kiedy już była gotowa wskoczyć mu do łóżka. Jej dziewictwo też było opisane jako przypadek spowodowany wydarzeniami z przeszłości, a nie jej własną wolą powstrzymywania się od seksu. Raul widząc jak reaguje na niego ta kobieta po tak krótkim czasie mógłby uznać, że nie tylko na niego może tak reagować. Mogła się rozbudzić seksualnie też na widok kogoś innego. Poza tym Paweł powiedział mu, że ona nie uprawiała seksu, bo to on zrezygnował. Chciała brać Pawła żeby zrobić Raulowi na złość za brak seksu, a nie dostała takiej możliwości, to mogła próbować dalej z kimś innym. W końcu jeszcze wtedy Raul dalej nie chciał jej zaspokoić.

Anonimowy pisze...

Też jestem ciekawa opka Opydo, jeśli ktoś wie, o które chodzi, to podzielcie się. Mam do niego niechęć od czasu kiedy zobaczyłam, że krytykuje wszelkiego rodzaju analizatornie, a o NAKW-ie odważył się napisać, że jest mało zabawna!

Analiza wyborna, ale miałam nadzieję, że dziś będzie już do końca - żal mi was, że jeszcze kolejną część musicie zmęczyć :(

kura z biura pisze...

Paweł Opydo nie napisał żadnego opka, natomiast swego czasu u siebie na fanpejdżu wytrząsał się nad "niszowymi analizatorniami", które są złe, bo tak, a próby dyskusji traktował po swojemu, tj. kasując komentarze i dając bany. Tak więc obopólna sympatia nie jest zbyt wielka.

Cathio, oczywiście że fangirluję Cassiana! <3

Babatunde Wolaka pisze...

Fanpejdż jak fanpejdż, ale potem jeszcze przyszedł na forum nawrzucać.

miharu pisze...

"Mogłem ją wziąć, ale… Sonia nadal jest nietknięta."
Wziąć to se możesz, chłoptasiu, psa na spacer.

"szef szefów nie zawaha się zabić, okaleczyć czy zniszczyć w inny sposób"
"Myślałam, że jesteś człowiekiem honoru"
"Andżelika nadaje się na ekskluzywną prostytutkę, a nie na moją partnerkę.
I zapamiętajmy - jego partnerką nie może być kurew. "

Co prawda to nie tylko Michalaq popycha takie debilizmy, to często spotykany motyw, ale że nadarza się okazja, to napiszę. Z jakiej racji prostytutkami się pogardza? Po pierwsze, obiektywnie rzecz biorąc, nikomu krzywdy nie robią - jak już, to same jej doświadczają. Po drugie, jeśli pogardzamy kimś, z którego usług korzystamy, to znaczy, że jesteśmy moralnie jeszcze niżej niż ta osoba. No a po trzecie, nie pojmuję gloryfikacji gangsterów (to też nie tylko Michalaq gwoli sprawiedliwości, większość popkultury się tym kala). Przecież taki Raul to zwykły, śmierdzący wszarz. Zabija, torturuje, sprzedaje narkotyki i robi pełno innych sku**syństw. Jakim prawem takie indywiduum wywyższa się nad innych? Że niby jakieś zasady ma. Ha, ha śmiech na sali. Toż każdy taki gangol nie jest godzien butów czyścić owej pogardzanej prostytutce. Bardzo mnie to wnerwia.

"Oczy dziewczyny zogromniały"
Czasem trafia się w kiepskiej literaturze na podobne określenia rodem z kreskówki. Jeśli ktoś jest zainteresowany podobnymi motywami, to w ksiopku Nowosada "Czerwone oczy" jest tego sporo.

Sonia mnie wkurza. Piszczy jak gumowa zabawka, jest głupia, pusta (cieszy się z zakupów, a co tam, że jest uwięziona przez przestępcę) i wiecznie dostajemy te podkreślenia, jaka to jest skromna, nieśmiała, delikatna i cicho mówi. Pewnie, że można by i taką, mało przebojową postać fajnie opisać, ale Soni przydałby się raczej porządny kop w zad.

List od "Filipinki" to mistrzostwo świata! Gratulacje dla Analizatorów. Ile ja bym dała, żeby zobaczyć minę Ałtorkasi, gdy czyta tę "opinię" o swej prozie. :D
W analizowanym ksiopku jest tyle banałów, kiczu i patologii, że to przechodzi pojęcie. Tu nie ma absolutnie nic pozytywnego.

Ela TBG pisze...

Cóż, gloryfikacja gangsterów nie wzięła się z Fomalhauta/Tau Ceti/dowolnej innej części kosmosu. Zawdzięczamy ją w ogromnej mierze "Ojcu chrzestnemu", którego w pewnych środowiskach (Filmweb especially) uważa się za filmową świętość. Nie, dla mnie to nie jest arcydzieło i nigdy nie będzie, ponieważ usprawiedliwia chory sposób na życie, wyjście z nędzy, stosunek do kobiet, praktycznie na wszystko. Tak, wiem, że przestępca to nie jest demon-człowiek-koń, ale nie uznaję romantycznych bajek o Witusiu kochającym rHodzinę, co to by dziecięcia ni niewiasty nigdy nie zabił i jeszcze ruję i poróbstwo potępiał, o!

Babatunde Wolaka pisze...

"Strzelał z pistoletu umazanego piachem. Tak tak…"
A może po prostu ze swojego mistrza.

"Vinicjusz demonstruje ranę, chwilę potem Andżelika oblewa Raula kawą i dostaje w twarz, kiedy próbuje mu wytrzeć spodnie, bracia skaczą sobie do oczu, mało się nie pozagryzają, wreszcie Raul i Paweł wychodzą."
Chciałbym to zobaczyć jako anime!

"Usiadł na ławce, ukrytej wśród krzewów hibiskusa, nie wypuszczając nadgarstka dziewczyny z ręki, rozłożył nogi i rzucił:
- Na kolana, słonko, zajmij się moim kutasikiem."
Chciał, żeby pani domu uczyniła mu honor? Przynajmniej on, chłopina, ma świadomość własnych ograniczeń rozmiarowych.

"Najpierw wzdłuż piersi, potem talii, wreszcie poczuła ją na udzie, potem pod kolanem…
A potem uszczypnął ją w łydkę i pogiglał w stopę."
W ścięgno Achillesa!

@Minami Lady
"Tak tylko nieśmiało spytam: czy z unoszącego się w powietrzu, a więc jednak pozostającego w ruchu, helikoptera, da się trafić w cel?"
A ja zapytam inaczej: po kiego dzwona brać do śmigłowca snajperkę, skoro karabin maszynowy "tyż skutkuje" i mniej wygłupów z celowaniem? "Igazi gengszter" Rahul szasta kasą na prawo i lewo, a nie stać go choćby na M60?

@Barneyek
"słowo daję, przeczytałam w pierwszej chwili: "przerżnie na wylot, jak całkiem niedawno Raula"..."
No przecież to już by było kaziurodztwo. Team Raweł all the way!

Anonimowy pisze...

Prostytutkami gardzi się chyba dlatego, że: 1. są kobietami, 2. które "dają dupy". Oba elementy są ważne, bo czy gardzi się żigolakami świadczącymi również usługi seksualne? Nie, tylko tymi frajerkami, które ich opłacają.

A z innej strony, bo ja wiem, czy to nie jest tak, że tę pogardę dla prostytutek ludzie sami sobie trochę wmawiają? Kobiety, żeby się dowartościować, a mężczyźni, żeby odsunąć od siebie myśli, że bardzo swoje żony kochają i nigdy ich nie zdradzą, ale ech, przed ślubem jaka Samanta ze Sweet Pussy była dobra w te klocki...

A mafioso może być o tyle lepszy od prostytutki, że po bliskim kontakcie z nim nie zostaniesz z rzeżączką. Co najwyżej z mózgiem na ścianie.

Melo

Anonimowy pisze...

"Nie otwierając oczu, wtulił policzek w jedwabiście miękkie włosy dziewczyny, która tej nocy za jego sprawą stała się kobietą."

Boru ale nienawidzę tego określenia...kobietą jest się przez płeć, a nie przez robienie seksów.

Dzidka pisze...

Guineapigs, bo Opydo jest ałtoreczką z fochem, przyjmuje wyłącznie wyrazy uwielbienia, kasuje komentarze niewygodne dla siebie - nie żeby niegrzeczne czy coś, wystarczy, żeby ktoś postanowił z nim polemizować, to już jest powód do skasowania - oraz banuje ludzi mających inne zdanie niż on. Sam jednocześnie jest pełen samouwielbienia i uważa się za najwspanialszego blogera pod słońcem. Żeby jeszcze miał powody żeby tak uważać, ale sorry, takich jak on i dużo lepszych są w internetach tysiące. Jest krótko mówiąc bucem do kwadratu, a ja nie znoszę bucery i to jest dla mnie wystarczający powód, żeby robić mu tę grzeczność i nazywać go bardzo łagodnie pętalem.

Anonimowy pisze...

Dokładnie, potwierdzam w całej rozciągłości. Byłam świadkiem, jak wspomniany wyżej pan jaral się własną zajebistoscia w temacie analizy Michalak, ktoś mu zwrócił uwagę, że nie jest pierwszy (i nieszczególnie odkrywczy, ale to juz moje prywatne zdanie) i zalinkowal do Armady, i się zaczęło! Pan zaczął wybrzydzac, że jakie fe, jakie trywialne, no bo zabawne, wyrafinowane i nietrywialne jest to, co on pisze (z pełną powagą i przykładami), gdyż on ma PODEJSCIE LITERACKIE I KRYTYKUJE FACHOWO, nie to co jakies nie potrafiace robic literackiej analizy (!) blogereczki, wyciągnął z kontekstu zdanie i podawał jako przykład niesmiesznosci,pojawiły się osoby, które mu zwróciły uwagę, że wyjął zdanie z kontekstu, a jego wyjęte z kontekstu zdania tez śmieszne nie są (podawano przykład hasła z analizy Greya, które na koszulkach upowszechnial, a które śmieszne było WYLACZNIE dla osób, które wiedziały, o co chodzi, a i to niekoniecznie, mnie nie śmieszy do tego stopnia, że go nie pamietam) ... i to juz była obraza majestatu, pan zaczął najpierw obrażać rozmówców i ich poziom umysłowy i czytelniczy, potem ich blokował, a rozmowę ciął, wiec w sieci się jej pewnie nie znajdzie. Wtedy uważałam Opydo za faceta, co pisze przyzwoite teksty i dość chętnie do niego zagladalam, wiec na ten jego ałtoreczkowy foch patrzyłam z oczami jak spodki, jak Sonia normalnie, w życiu bym go o takie coś nie podejrzewała. Po tym doświadczeniu - NIGDY WIĘCEJ. Pętak to najłagodniejsze określenie IMHO.

Anuta

Anonimowy pisze...

Guineapigs, jeśli chcesz się zapoznać bliżej z tematem wzajemnej niechęci Opydowo - Armadowej, na forum jest cały wątek ze screenami itd:
http://www.sierzantundsaper.fora.pl/o-blogaskach-ogolnie,19/wplywowy-bloger,6502.html

Anonimowy pisze...

Miała na sobie krótką, obcisłą - zbyt krótką i zbyt obcisłą - czarną koronkową sukienkę z dekoltem do pasa z przodu i od pasa z tyłu.

Zakładam, że to „OD pasa z tyłu” jest literówką i miało tam być „DO pasa” (bo rozcięcie od pasa w dół nie byłoby dekoltem, tylko rozporkiem, poza tym powodowałoby, że panna świeciłaby tyłkiem nieco bardziej dosłownie niż zwykle). Ale nawet zakładając, że Ałtorkasia miała na myśli kieckę z głębokimi dekoltami z przodu i tyłu, ba, nawet przyjmując, że rozcięcia nie sięgałyby w rzeczywistości „do pasa” (choć znając Andżelę pewnie sięgałyby), to sorry, ale nie. Taka sukienka nie miałaby prawa utrzymać się na ciele (tym bardziej, że pewnie była bez rękawów), chyba żeby ją Andżela przykleiła wprost do skóry – a biorąc pod uwagę jej gotowość do wyskoczenia z sukienki w każdej chwili, klej odpada. To nie jest tak, że kobiety nie chodzą w takich sukienkach ze względu na przyzwoitość. Po prostu fizycznie nie dałoby się takowej nosić, nie ma uja we wsi.

kostroma

Minami Lady pisze...

...Powróciłam jeszcze raz na spokojnie do analizy, ale najbardziej docenić muszę komentarze. Przez opinię jednej z Przedmówczyń widzę teraz Sonię w rysim kołpaczku z czaplim piórem na głowie, stojącą obok kolubryny...i płaczę otwarcie ze śmiechu. xDDDD Bardzo dziękuję za zrobienie mi dnia!

Babatunde - tu masz rację; sprawdziłam, że karabin maszynowy jest skuteczniejszy, niemniej jednak obawiam się, że aŁtorka wszystką broń palną większą od pistoletu, która ma celownik, uznaje natychmiast za snajperkę. No, ale po łuku z muszką w "Arenie" nic mnie już nie zdziwi...*westchnęła* Ale z drugiej strony spójrzmy na to tak: jakiś tam amytal sodu się przejawił, jakieś tam risercze były, więc czego my, hejterzy, jeszcze chcemy? xD

Nie dreptała za potężnym mężczyzną w czarnym garniturze żadna pani Randallowa. Tak właśnie przedstawił Soni tego człowieka Raul:
- Senator Randall.

"Pani Randallowa" zaleciała mi straszliwie serią o Ani z Zielonego Wzgórza, gdzie często pojawiają się panie Andrzejowe Iksińskie i Tomaszowe Igreckie...zresztą w naszym rodzimym "Nad Niemnem" też swój udział miała Andrzejowa Korczyńska, matka Zygmusia. *skrzywiła się na wspomnienie tegoż* Wizualizuję sobie w tej chwili senatora Randalla jako takiego zażywnego rolnika z kanadyjskiej zapadłej wsi albo zwykłego Igora z Petersburga, tylko z angielskim nazwiskiem...

"Vinicjusz" już jest, a gdzie jest "Lygia"? xD Bo ja tu materiału na nią nie spostrzegam - no, na pewno Vini nie będzie krzyczeć "ANDŻELAAAAAAA!" jak Marek na widok porywanej niewiasty. Za to w Pawle widzę materiał na Ursusa.

"Bossowie karteli narkotykowych czapkowali przed szczunami".
Panie Jaszu, ale bardzo proszę nie wprawiać ludzi w śmiechawkę, to zabija przecież! Serio - widzę w tej chwili potężnych a wszechwładnych bossów z Kolumbii, Włoch, srogich szefów cosa nostry, gangsterów z Rosji, którzy chylą czoła i czapek przed dwoma smarkaczami...i pieję ze śmiechu niczym kogut! xDD

Bagniska, Krzyżaczyska, burdeliska, a w tym wszystkim Sonia niby wschodnia odaliska...czy coś. Ale dobrze, że przypomnieliście "Burzliwe lata", gdyż zaiste wiele rzeczy jest tu burzliwych.

"Kolumbijskich karteli"... - chyba prekolumbijskich, ale czasów, w których po raz pierwszy pojawiła się opkowatość i Mary Sue. Już Majowie musieli mieć tragiczne fanfiki, które - na szczęście - nie dotrwały do XXI wieku.

"Tu masz wystarczająco dużo forsy, by kupić nowe ciuchy. No idź! Na co czekasz?! - Wskazał jej drzwi. A gdy stała"

Stanu ja toszkoj tomitsja,
Biezutieczno żdat'...
*nuci z ironią* Tyle, że nie.

Kuba Grom pisze...

Blokowanie steru jachtu włóczką i nogą od stołu też było tym co przyszło mi do głowy.

tey pisze...

Zaciekawił mnie wątek z Opydo (i od razu bardzo przepraszam, że zaśmiecam analizę komentarzem nie na temat, mam nadzieję, że mi wybaczycie) i też sprawdziłam, co i jak, bo sama miałam tego pana w subskrypcjach na YT. Wydawało mi się, że robi dość zabawne filmiki do złej literatury, więc potem obejrzałam nawet te inne jego produkcje, powiedzmy "światopoglądowe". Do tej pory nie sądziłam, że może istnieć takie kuriozum, jak liberalny fundamentalista. :) Zrobiłam też to, czego dotąd nie czyniłam - poczytałam komentarze widzów pod filmami. Potwierdzam to, co pisało tu kilka osób - Opydo łaskawie pozwala istnieć tylko tym komentarzom, które są pochwalne. Facet lansuje swoje przeidealizowane do grubej przesady poglądy i jeśli ktokolwiek nie włazi mu bałwochwalczo do tyłka, albo co gorsza - śmie polemizować (!), to albo dostaje bucowate odpowiedzi typu "Nic nie zrozumiałeś. Obejrzyj mój film jeszcze raz", "Użyj google'a, nie chce mi się tłumaczyć" albo po prostu Opydo kasuje komentarz. I to zaskakuje mnie, że nieraz ktoś naprawdę leciutko wyraża swoją wątpliwość (oczywiście kulturalnie) w stylu: "Wiesz, Paweł, może jednak nie do końca, spójrz na to inaczej, a czy nie sądzisz, że to trochę przesada", a leci niemiły komentarz Opydo jak te, o których wspominałam wyżej. Przyznam, że mnie to zdumiało. Myślałam, że ktoś tak rzekomo liberalny, o (niby) szerokich horyzontach, potrafi nie tylko dzielnie znieść (leciutką) krytykę, ale włączyć się w dyskusję, a co więcej - zachować podstawy grzeczności. Cieszę się, że nie znam tego pana osobiście, bo jeśli w rzeczywistości jest tak nieprzyjemnym typkiem, jak w komentarzach, to... ech. :/
(I ja rozumiem, że "to mój cyrk i moje małpy", może sobie pan Opydo kasować na swoim kanale czy blogu co tylko mu się żywnie spodoba. Po prostu to jest takie ...słabe i infantylne. No, rozczarowałam się.)

Barneyek pisze...

@Melo
"A mafioso może być o tyle lepszy od prostytutki, że po bliskim kontakcie z nim nie zostaniesz z rzeżączką. Co najwyżej z mózgiem na ścianie. "

Prawdopodobieństwo zarażenia się rzężączką od mafiosa jest, jak mniemam, równie wysokie. Tu niestety wyłazi kolejny brzydki stereotyp, podkreślający jedynie rolę kobiet w przenoszeniu chorób wenerycznych, tymczasem w rzeczywistości to kobiecie jest znacznie łatwiej zarazić się od mężczyzny, niż odwrotnie.

Anonimowy pisze...

Załamałam się w okolicy opisu sukni. Na litość ! Jeśli suknia miałaby być godna partnerki szefa mafii, to nie cyrkonie !!!!! Nie " diamenciki " !!! Skąd to upodobanie u Ałtorkasi do cyrkonii ? To już kryształki Swarovskiego bym zrozumiała, ale tanie, sztuczne diamenciki i cyrkonie ? Ta kobieta cierpi na brak wyobraźni, naprawdę... i na brak riserczu.
Ale najgorsze - to całkowity brak talentu. Te okrzyki, te dialogi, te opisy charakterów postaci, to jest po prostu tragiczne. Po tym odróżniamy pisarza od Ałtora, mianowicie po umiejętności skonstruowania postaci tak, aby czytelnik sam wiedział, z kim ma do czynienia. Tu tego w ogóle nie ma. Opisy jak na poziomie 6 klasy podstawówki... Raul taki, Paweł taki, Sonia taka... wiarygodność tych opisów jest żadna, wszystko sobie nawzajem przeczy. A już intryga - nie ma o czym wspominać. Dramat. M.

Kejt pisze...

Mnie zwizualizował się Raul lewitujący nad Sonią, mający kręgosłup z gumy, i Sonia z piczą na pępku.

Anonimowy pisze...

Po lekturze całości Waszej analizy doszłam do bardzo smutnego wniosku. Ałtorkasia zdaje się ma dobrą sprzedaż. To mnie nie dziwi, Harlequiny też miały, to jest ten sam shit. Ałtorkasia ma wierną rzeszę fanek, co pozwala jej żyć w złudnym przekonaniu, że jest powieściopisarką. W tym przekonaniu utrzymują ją redaktorzy wydawnictwa, którzy przecież nie są nienormalni, muszą widzieć, jaki chłam wydają, ale... widzą też cyfry. I te cyfry dla nich się liczą. To jest bardzo przykre, że nikt nie ma etycznych wątpliwości co do takiego traktowania pani, której umiejętności pisarskie plasują ją w dolnej strefie stanu grafomanii. Żadnych skrupułów. Wszystko dla kasy. Pozwolić jej wierzyć w talent, udawać, że traktuje się jak gwiazdę, hołubić beztalencie, bo jest z tego pieniądz. Przepraszam, ale to jest niesmaczne, smutne i złe.
M.

Anonimowy pisze...

Jest fatalnie. O ile wcześniej mogłam zachować resztki optymizmu, to po tej części widzę jakim dnem jest ta książka. Ale co do komentarza wyżej, to kto chce niech sobie kupuje. Mi wcale to nie przeszkadza. Jak książka się sprzedaje i sprawia części czytelników radość, to niech sobie będzie. Kupujący sami ją sobie finansują. Nie szkodzą też innym jak palący papierosy. Może ta książka wnosi do czyjegoś życia tyle co do mojego mecz piłkarski. Nic wartościowego z tego nie ma dla umysłu, za sto lat nikt już tego nie będzie czytać/oglądać. Co najwyżej zachowa się wspomnienie, że powstała taka książka, a że mecz zakończył się danym wynikiem i tyle. Chwilowe emocje. Dla Ałtorkasi wielkie brawa, że potrafi na tym zarobić. Jakby nie pisała, to nie jest powiedziane, że robiłaby coś przydatnego. Kiepska książka pozostaje książką i wpływa na wyobraźnię, oddziałuje na mózg. Pytanie tylko czy lepiej kiedy ktoś czyta takie książki, czy kiedy nie czyta nic. Możliwe, że lepiej czytać cokolwiek. Wiele osób w Polsce w ciągu roku nie przeczyta żadnej książki.
A.

Anonimowy pisze...

A: "Wiele osób w Polsce w ciągu roku nie przeczyta żadnej książki."

A moim zdaniem lepiej niech tak zostanie, niż mieliby czytać o tym, że wszystkie kobiety to zdziry, oprócz tych nieśmiałych, delikatnych, cichych i pozwalających różnym Raulom traktować się w taki sposób. Może najwyższy czas skończyć z fetyszyzowaniem czytania (czegokolwiek), bo przecież czytanie to taka wartościowa rozrywka (tak, właśnie widać te wartości). Niektóre książki robią więcej złego niż dobrego, już lepiej iść na spacer.

Anonimowy pisze...

Jak napisała Szanowna Przedpiśczyni - z tego są pieniądze. I chyba takie ksiunżki finansują książki. Prawdopodobnie wydawnictwo musi wydać jakiś szit, by móc potem wydać cos dobrego, acz mniej popularnego. I ja w zasadzie to akceptuję w mojej skromnej etyce. To znaczy, akceptowałabym bardziej, gdyby ten szit był szitem sprawdzonym i poprawionym. Jak już AŁtorKasia się upiera co do głupich akcji, beznadziejnej fabuły i z życi wyciagnietych postaci - niech jej będzie. Ale, na Bory Tucholskie i nieprzebyte knieje Podlasia, niech jej ktoś poprawi chociaz styl, błędy logiczne i składniowe, niech ktos to przynajmniej jako - tako 'wygładzi'. No ale słyszałam plotki, że Kejt jak niepodległosci broni każdego swojego przecinka, więc ...
Ale prawdziwe moje zdanie jest takie - NIECH KEJT PISZE TAK JAK PISZE. Dzięki temu mamy bekę. I nie jest to chamska zagrywka z mojej strony, bo Kejt doskonale wie, jak normalni ludzie oceniaja jej TFUrczość, bez problemu może przeczytać o swoich błędach na róznych forach. Nie doskonali warsztatu, nie oddaje tekstów do redakcji i korekty, po prostu nie robi nic tylko pisze co jej tam gdzieś gra, a w zasadzie nie gra, a rzępoli.
He he he, takie cos mi przyszło do głowy: skoro normalny twórca powinien być pokorny - to znaczy patrzeć raczej krytycznie na to, co tworzy a nie - za przeproszeniem - onanizować się własną TFUrczością, starać się rozwijać, nigdy nie spocząć na laurach, mieć jakies autorytety, mistrzów, ćwiczyć styl, czerpać informacje z róznych źródeł, starać się dociekać prawdy czy to historycznej, czy obyczajowej, czy psychologicznej - to w tym kontekscie AŁtorKasia JEST TWÓRCĄ NIEPOKORNYM. Nie szuka, nie sprawdza, nie bierze przykładu, nie ćwiczy stylu, nie stara sie doskonalić warsztatu (he he he, warsztatu!!!!) - po prostu tylko siedzi i pisze te swoje głupoty.
AŁtorKasia - TFUrca NIEPOKORNY.

Guineapigs

PS. Jak pamiętam z 'Amadeusza' M. Formana, to Mozart tam był przedstawiony jako kompozytor bardzo przekonany o swoim talencie, wręcz do rozmiarów bucerki. Po prostu wiedział, że pisze świetną muzykę i że kazda nuta jest tam właściwa i potrzebna. No, ale... powiedzmy sobie szczerze, że Mozart miał podstawy tak uważać (chyba nawet ci, którzy nie lubią jego muzyki musza przyznać, że facet miał talent), a poza tym Kejt w żaden sposób nie można nazwać Mozartem Literatury. Ujmę to tak delikatnie: jak u Mozarta /wg. Formana/ kazda nuta była niezbędna, tak u Michalak kazda litera jest zbędna.

Com napisała, to napisałam

Guineapigs

Anonimowy pisze...

"A moim zdaniem lepiej niech tak zostanie, niż mieliby czytać o tym, że wszystkie kobiety to zdziry, oprócz tych nieśmiałych, delikatnych, cichych i pozwalających różnym Raulom traktować się w taki sposób."

To jest coś przed czym ludzi się nie uchroni. Nie przeczytają tej książki, to i tak w prawdziwym życiu zetkną się z ludźmi szerzącymi daną ideologię. Jeden przyjmie bez sprzeciwu, a drugi się zbuntuje. Czytanie książki inaczej oddziałuje na mózg niż oglądanie filmu. Osoba czytająca książki Autorkasi może też sięgnąć po książki innych autorów. Jak przeczyta się wszystkie dzieła ulubionego autora, to czując niedosyt można zacząć czytać coś innego. Ludziom czytającym wcześniej głównie lektury ciężko się dziwić, że jak wezmą książkę taką jak "Nad Niemnem", w której praktycznie nic się nie dzieje i książkę takiej Autorkasi, to woli Autorkasię. Poza tym nawet nie będę liczyć ile lektur szkolnych ukazuje wizerunek kobiety wybierającej mężczyznę tylko na podstawie jego majątku, odrzucającej miłość jakiegoś mężczyzny (co jest przedstawiane jako największe zło, bo on tak kocha, tak się stara, a ta wredna kobieta go nie kocha), potępianej za uprawianie seksu nie z mężem czy takiej niemającej własnego zdania (albo mającej swoje zdanie tylko co do tego jakiego mężczyznę kocha, a jakim gardzi). Jak gdzieś się przekazuje starodawne poglądy to w pierwszej kolejności poprzez przestarzałe lektury, bo młodzi ludzie muszą je czytać.
A.

Anonimowy pisze...

Niestety krytyczne podejście często kończy się niedokończeniem książki. Nie wychodzi i następuje moment rezygnacji. Zamiast się doskonalić, zamiast napisać jak się potrafi w danym czasie nie pisze się nic. Autorkasia potrafi skończyć kiepską książkę. Nie ukrywa się za pseudonimem. Może rzeczywiście myśli, że jest dobrze. Trochę można zazdrościć, kiedy wiesz, że nie piszesz idealnie i nie chcesz żeby ktoś to zobaczył, zastanawiasz się jakich dokonać poprawek, a inni się nie przejmują i kończą jedną książkę za drugą. Książka jest jaka jest, ale jest. Do tego są ludzie, którzy ją lubią i za nią zapłacą. Autorkasia nie ma źle. Nie sądzę żeby szybko się to skończyło.
A.

Anonimowy pisze...

Kochana/ny A. - jakie to lektury? Bo nawet w Nad Niemnem nie ma czegoś takiego, co napisałas/eś. Justyna mogła być Panią - wybrała Jana.Nawet Jagna w Chłopach przedstawiona była jako ofiara a nie że sama sobie wybrała bogatego a starego Borynę. Gdzie w literaturze i to lekturze kobieta/dziewczyna sama, dobrowolnie wybiera starego i bogatego a nie młodego i pięknego?

Guineapigs

Anonimowy pisze...

Nie tylko pociąg kobiet do pieniędzy został wspomniany.
"Justyna mogła być Panią - wybrała Jana."
Miała swoje zdanie co do tego jakiego mężczyznę kocha i tyle. Było to wspomniane wyżej. Owszem ta wybrała biednego, ale wciąż mieści się w kategorii typowej bohaterki.

Ale jeszcze co do tych pieniędzy to tylko przykładowo: "Lalka", "Kordian", u Mickiewicza było tego dużo. Pamiętam sporo takich scen, że jak mężczyzna ma pieniądze to kobieta udaje zainteresowanie nawet jeśli mężczyzna jej się nie podoba. Pragnienie bogactwa za różną cenę (zranienia uczuć, odebrania życia) może objawić się później jak w przypadku Lady Makbet. Są tam mężczyźni mający takie motywacje jak ratowanie królestwa, zemsta za śmierć najbliższych, a kobiet takich nie ma. Jest też Balladyna, która podobnie kombinowała. Jakie to pokazuje perspektywy dla dziewczynek? Która bohaterka jest pozytywna i ma własne pragnienia? Może Sonia ze "Zbrodni i kary", którą życie zmusza do zostania prostytutką? Może być, chociaż obecnie przesyt prostytutek w grach. Można pomyśleć, że jeden z głównych zawodów kobiety to prostytutka i że ciężej jest kobiecie zarobić inaczej. Dawniej często tak bywało, ale obecnie nie przystaje to do każdego kraju.

Główne motywy kobiet z lektur to pogoń za majątkiem, pieniędzmi (które z racji czasów zwykle mają mężczyźni), miłość (do mężczyzny, dziecka, rodziny) i pożądanie. Zwykle występuje jedna główna motywacja na kobietę. Za to mężczyźni mogą mieć też inne motywacje niż te trzy.

"Nawet Jagna w Chłopach przedstawiona była jako ofiara a nie że sama sobie wybrała bogatego a starego Borynę."
Jagna była przesadzona w opisach swoich podbojów podobnie jak tutaj Angelika. Jedna bohaterka niby porządna, a druga to ciągle ma chcicę na innego mężczyznę. Do tego zostaje na końcu ukarana.

A.

Anonimowy pisze...

Raul, nie wahając się już dłużej, zdarł z ramion koszulę, zrzucił spodnie. Uniósł biodra dziewczyny i zdjął jej koronkowe majteczki, odrzucając razem z suknią na podłogę.
Nosiła dwie pary majtek? Przecież już Randall zdarł je przy próbie gwałtu.

W każdym razie została bez majtek, natomiast czy widzicie, ze Raul, mistrz niedokończonej minety (brrrr) zdjął tylko spodnie i koszulę, ale wciąż pozostaje w skarpetkach? Na szczęście czarnych - zawsze lepiej, niż w białych.
- Mila

Anonimowy pisze...

Absolutnie nie zgadzam się z twierdzeniem, jakoby lepiej czytać Ałtorkasię, niż nic nie czytać. A to dlatego, że Ałtorkasia nie powinna być wydawana! Nie w takiej formie, gdy intryga jest ledwo znośna, bohaterowie źle napisani, a umiejętności językowe wołają o pomstę do nieba. Owszem, po bardzo porządnej redakcji dałoby się to czytać, ot romansidło z gangsterem w tle. Z racji zawodu czytałam swego czasu serie Harlequin, nawet tamto było napisane lepiej - albo lepiej wydane. Co kto woli. Nie zgadzam się na bylejakość w dziedzinie czytelnictwa, można czytać romanse, ale napisane przynajmniej poprawnie.
Co komu przynosi czytanie złej literatury ? Nic. Tyle, że siedzi i czyta, zamiast siedzieć i oglądać serial. Czytanie samo w sobie nie jest ani lepszą, ani gorszą czynnością od innych rozrywek, wartość ma tylko wtedy, gdy prowadzi do rozwoju intelektualnego, duchowego, filozoficznego. W przypadku Ałtorkasi jedyną pozytywną wartością może być długi, szczery śmiech nad jej nieporadnością jako pisarki :)
M.

Anonimowy pisze...

^
Tak bardzo tak!

Ji

Anonimowy pisze...

"Co komu przynosi czytanie złej literatury ? Nic. Tyle, że siedzi i czyta, zamiast siedzieć i oglądać serial. Czytanie samo w sobie nie jest ani lepszą, ani gorszą czynnością od innych rozrywek, wartość ma tylko wtedy, gdy prowadzi do rozwoju intelektualnego,"
Ale ciężko zaprzeczać, że jednak coś przynosi jak się trochę o tym poczyta. Odmienny wpływ na mózg podczas czytania został dowiedziony wiele razy. Warto czytać w każdym wieku. Nawet jeśli będzie się czytać głupoty, książki moralnie szkodliwe, to w mózgu będą zachodzić korzystne procesy tylko z tego powodu, że się czyta. Odkryto też, że mózgi analfabetek różnią się od mózgów ludzi potrafiących czytać i pisać. Jak dziewczynka nie chodzi do szkoły i nie nauczy się czytać to wiele traci. Inną rozrywką taką jak seriale i przedstawienia teatralne nie da rady zastąpić się czytania.

A.

Anonimowy pisze...

Gówno niesamowite. Zgadzam się w stu procentów M., coś takiego nie powinno mieć racji bytu. Szkoda papieru, szkoda czasu. Redaktor powinien spuścić to w kiblu po przeczytaniu pierwszej strony. Wydając to, Znak zeszmaca swoje dobre imię i robi kurwę z literatury. Przez tyle lat jej nie wydawali i jakoś dawali radę wydawać też dobre książki. Chyba że bankructwo im grozi, nie wiem.
Quay

Falco pisze...

Mnie tylko boli, że dobrzy autorzy giną w takim chłamie. Już nie kupuję książek w ciemno, po opisie, nie mogę się też sugerować nawet recenzjami, bo często piszą je takie Autorkasie z fanklubem. Znam osobiście ludzi, którzy piszą dobrze. Tak, że każda postać ma charakter, konsekwentnie prowadzony, bogatszy niż trzy cechy i widoczny a nie opisany. Ze fabuła jest wciągająca, intrygująca, skomplikowana i spójna. Którzy na reaserch poświęcają trzy razy tyle co na pisanie (nawet w zakresie szczegółów typu "jakiej rasy pies nadawałby się do takiej sceny"), a przy pisaniu dopieszczaja każde słowo. I książek nie wydają. Albo wydają, ale nikt o nich nigdy nie usłyszy, bo zginą w nawale badziewia. I boli mnie, że przerywają wydawanie dobrych serii, za to wydają taką Jadowską. Która skądinąd, w przeciwieństwie do Michalak, pisać potrafi, pod warunkiem, że nie pisze o Dorze Wilk. Ale Jadowską mogę chociaż hejtować za absolutny marysuizm bohaterki, a Michalakowej się nie da, bo słów brakuje. To by było jak hejtowanie papieru toaletowego. Ok, można wydawać takie rzeczy, ale kiedyś podobną literaturę sedesową się sprzedawała w kioskach i nie dostawała nagród i trailerów reklamowych.

Tyle żali. Przeczytałam analizy i totalnie umarłam ze śmiechu przy opisie sprytnego planu Viniego. Już widzę minę policji, znajdującej trzy trupy z trzema ranami postrzałowymi każdy, dwa że zrabowanymi portfelami a jeden z pistoletem xD przekonujące jak cholera. Aż mi się przypomina jedna brutalna sprawa, kiedy biegły podsumował, że nigdy nie widział, by samochód próbował zgwałcić ofiarę wypadku - inteligentni inaczej mordercy próbowali upozorować jednocześnie próbę gwałtu i nieszczęśliwy wypadek.

Falco pisze...

Btw, jakby ktoś był zainteresowany -sprawa połaniecka. Tylko tam zbrodni dokonywali niezbyt trzeźwi chłopi ze wsi, a nie mafiozo...

Anonimowy pisze...

A: "Odkryto też, że mózgi analfabetek różnią się od mózgów ludzi potrafiących czytać i pisać. Jak dziewczynka nie chodzi do szkoły i nie nauczy się czytać to wiele traci. "

To akurat prawda, ale... Ludzie, którzy potrafią czytać, najczęściej nauczyli się tego jeszcze w dzieciństwie, kiedy mózg rozwija się bardzo intensywnie. Dlatego potem na EEG "podświetlają" się u nich obszary, które u ludzi niewykształconych czy zaniedbanych w dzieciństwie są ciemne, nieaktywne. Wszystko prawda - ale ałtorkasia nie pisze przecież dla dzieci. Jej czytelniczki potrafią czytać już od dawna (i nauczyły się na lepszych ksiażkach), a ich mózg już od dawna się nie rozwija, w każdym razie nie tak bardzo jak u dzieci (spory na temat tego, do jakiego wieku rozwija się mózg człowieka, wciąż trwają). Jakoś nie mam przekonania, że samo składanie literek w słowa ma na człowieka tak zbawienny wpływ, jak to się czasem przedstawia. Łamigłówki i gry logiczne, rzeczy wymagające wysiłku - tak, udowodniono, że pomagają zachować sprawność umysłową w starszym wieku, ale samo połykanie kolejnych zdań napisanych infantylnym, nieporadnym językiem? Nadal uważam, że lepiej nie czytać niczego niż ałtorkasię, chyba że ktoś mi pokaże badania dowodzące, że korzyści ze składania literek są większe niż szkody powodowane przez to toksyczne łajno, które jej "książki" ze sobą niosą.

Galnea pisze...

E? Czy może mi ktoś powiedzieć, co się podświetla na EEG? Widziałam w życiu wiele zapisów i na żadnym nic się nie świeciło.

Czytanie (zwłaszcza długich tekstów typu książki) i pisanie jest lepszą rozrywką, ponieważ stymuluje w mózgu wyższe ośrodki korowe odpowiedzialne za myślenie abstrakcyjne, funkcje społeczne, umiejętność tworzenia nadrzędnych kategorii z niższych elementów. Zresztą trudno się dziwić, ponieważ takie porządne czytanie ze zrozumieniem musi wymagać wejścia w długotrwały stan podwyższonego skupienia nad czynnością wysoce abstrakcyjną i złożoną, dekodowania pojedynczych, niczego nie przypominających symboli, grupowania ich, a następnie analizowania i nadawania znaczenia przez odniesienie do pojęć już zakodowanych w pamięci. Osobie, która potrafi czytać, może wydawać się to łatwe, ale w istocie angażuje to wiele wysoce wyspecjalizowanych ośrodków w mózgu zmuszając je do współpracy właśnie przy dekodowaniu i interpretowaniu informacji, które mają sens tylko w tym kontekście (w skrócie - dla analfabety jest to tylko kilka śmiesznych znaczków, a dla czytającego słowo mające znaczenie. Obrazek potrafi zinterpretować każdy.) I tak - dzieje się to przy obcowaniu z każdym tekstem, co pozytywnie wpływa na rozwój mózgu. Ponadto powieści wpływają również na rozwój empatii i teorii umysłu (nie bez powodu tworzenie dobrej intrygi wymaga umiejętności operowania na 3 i wyższym stopniu intencjonalności).

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/8447247
http://science.sciencemag.org/content/342/6156/377

Galnea

Anonimowy pisze...

Dzieci obowiązkowo uczą się czytać. Najpierw są to proste opowiadanka, potem coraz dłuższe, w końcu książeczki, a potem książki. Nie pamiętam już dokłdnej listy lektur z mojego dzieciństwa, ale kilka książek pamiętam - i były o kilka nieb lepsze od ksiunzków AŁtorKasi. W podstawówce był i Prus, i Sienkiewicz, i Ożogowska. Czy był Żeromski i Rolleczek - nie pamiętam. Nie z autorów, ale z tytułów pamiętam 'Puc, Bursztyn i goście' (Borze Tucholski, jakbym sobie to teraz przeczytała - ja stara baba!!!!), 'Kajtkowe przygody'. Zatem czytanie w dorosłości Michalak 'na poważnie' to poważna oznaka cofnięcia się w rozwoju. Przecież te psy z 'Puca, Bursztyna...' mają ciekawsze 'osobowości' i przygody niż mafiozi u Michalak.
Ale, ale! Moim zdaniem Michalak lub coś podobnego, koniecznie wydanego drukiem, powinno być jednak obowiązkową lekturą w szkole na lekcji pod tytułem: jak nie powinno się pisać książek. I takich lekcji powinno być kilka w ciągu roku. Bo o ile trudno wymagać od zwykłych śmiertelników by każdy z nich pisał jak Tołstoj, to spokojnie można wymagać, by nie pisali jak Michalak. Jesli szkoła ma pokazać te dobre i wyśmienite przykłady literatury, to niech dla kontrastu pokaże też kicz. Ale nie tak, że to kicz bo kicz bo tak, tylko pokazując, że tego typu 'literatura' nic czytelnikowi nie daje, nie rozwija, nie pobudza potrzeby poszukiwania, nawet dyskutować o czymkolwiek na jej podstawie trudno, bo niby o czym?
Pamiętam taką książkę: 'Mama, ja i łazigóry'. To nie była lektura. Książka opisywała wakacje dziewczynki z podstawówki. To były wakacje w Tatrach, z marudząca mamą i wujkiem - zapalonym turystą i etnografem-amatorem. Książka była napisana cudownie, dowcipnie, zawierała masę informacji krajoznawczych, równocześnie zręcznie ukazując rózne ludzkie przywary i życie w PRL-u. Czytając tę książke az się chciało zostawić wszystko w tyle, ścisnąć kamyk zielony i iść na szlak podziwiać góry, folklor i dociekać historii regionu. Co się chce przy Michalak? Spać. No może niektórym bedzie się chciało założyc krótką kieckę i kręcić tyłkiem przed piknym acz zuuuyyym mafiozą.
Dlatego jak ktoś czyta głupoty i nic innego go nie interesuje to niech czyta, ale to czytanie nic a nic nie zmieni ani w jego życiu, ani ogólnie. Dlatego jest bezsensowne. Niczemu nie służy, nic nie daje. A wręcz uwstecznia. Z racjonalnego punktu widzenia lepiej by było, by taka osoba, miast czytać 'michalaki', poczytała raczej poradnik o pielęgnacji ogródka albo obejrzała dobrą komedię.

Z wyrazami szacunku
Guineapigs

Anonimowy pisze...

Galnea: "Czy może mi ktoś powiedzieć, co się podświetla na EEG? Widziałam w życiu wiele zapisów i na żadnym nic się nie świeciło."

Mapy napięcia EEG.

Różne obszary mózgu są tam zaznaczone różnymi kolorami, zależnie od wartości napięcia, bo oprogramowanie koduje zarejestrowaną aktywność w kilku barwach (ciepłe kolory, czyli żółty i czerwony, najczęściej oznaczają większą amplitudę sygnału, a zimne mniejszą).

Galnea pisze...

Dzięki za link. Ja bym tego co prawda nie nazwała świeceniem, ale nie będę się w tej kwestii kłócić.

Natomiast akurat EEG służy do określenia czynności elektrycznej mózgu i jest badaniem przeznaczonym raczej do diagnostyki chorób typu padaczka. Do określania, który obszar mózgu aktywuje się w którym momencie używa się raczej funkcjonalnego rezonansu magnetycznego, który pokazuje nam dokładny obraz mózgu. I faktycznie obszar w danym momencie aktywy się "świeci".

Galnea

Astroni pisze...

Witaj, Armado! Dawno nie pisałam komentarzy, co może się zdawać dowodem na to, że przestało mi się podobać, zapomniałam o Was czy coś... Nie, nie, broń Borze, jest wręcz przeciwnie! Bo jak kiedyś siadywałam do Was sama i miałam full czasu na spisanie każdego przecinka i każdej wątpliwości, to teraz mieszkam z przyjacielem i moje spokojne poczytywania zmieniły się w dzikie nocne sesje czytania na przemian, brechtania z obrazków, dzielenia skojarzeń, no i rzecz jasna wspólnego opłakiwania intelektualnych braków u ałtora/ki... I choć próbowałam spisywać po staremu uwagi dla Was, to się już zwyczajnie nie da, bo (kończąc często o tej trzeciej w nocy, a czasem po odrobinie alkoholu!) jestem fizycznie i psychicznie rozwalona na okruszki...
Ten ótfór był dla nas szczególny - szybko zaraziliśmy się od ałtorkasi okrzykiem "Wiiniiiiiii!", koniecznością wskazywania odległego, tajemniczego TAM czy dźwiękonaśladowczym wyginaniem się w łuk (pppppyyyyąąąą!). Sceny seksu były po prostu niesamowite - wymuszały na nas puszczenie w tle soundtrucku z Super Mario Bros i wprowadzenie należytej cenzury (szybkim ruchem zanurzył palce w jej... ee... rurze, a jego flaga zaczęła wznosić się w górę). Do tego Andżelika vel Odkurzacz (która za kulisami pewnie niejednokrotnie przysysała się do klamki) oraz Narrator Profetyczny Piotruś! Robicie z bezczelnego, nieczytajnego śmiecia brawurową rozrywkę, za to powinny dawać ordery!

Filipinka? Fajna, ale nas najbardziej zmiotło wtrącenie z przepisem na sałatkę, przemówieniem prezydenta i poziomem Odry. To było tak absurdalnie z rzyci, że aż genialne, takie, że siedziałam, cieszyłam się i gapiłam w ekran z niedowierzaniem.

Ale wiecie, co - patrzę sobie na ten badziew i parokrotnie przyszło mi do głowy, jak bardzo dobre byłoby napisać historię dziewczyny o nijakim, szarym życiu, która nagle, w mniej lub bardziej cudacznym zbiegu okoliczności zostaje porwana/wplątana w paskudny świat mafiozów i... niespodziewanie otwiera się przed jej oczami kolorowy świat luksusu, drogich ciuchów i pięciogwiazdkowych hoteli, który dotąd widywała jedynie w filmach. Wyobraźcie to sobie - z jednej strony jest więźniem i zabawką, którą każdy pomiata, z drugiej staje się mimowolnym uczestnikiem kusząco niebezpiecznych rozgrywek Wielkich Ludzi w walce o Wielką Władzę, przy których zapomina o nudnym życiu, którego właściwie nie było. Z trzeciej - co chwilę ogląda czyjąś śmierć i brzydzi się tym wszystkim, w tym sobą, z powyższego powodu. Z czwartej... no, może i któryś mafiozo mógłby być nieco przystojniejszy, interesujący, wywołując w niej coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego plus masę wyrzutów sumienia i wewnętrznej walki z samą sobą... Widzicie to, widzicie? Czy coś takiego już kiedyś było? Bo ja chcę!

Anonimowy pisze...

@Astroni: Czytałabym!!!

W kwestii "opisów" u K. M.: jakoś tak mimowolnie przypomniał mi się fragment "Pana Tadeusza", w którym Telimena zwraca Zosi uwagę m.in. słowami "Płeć ci ogorzała". W zestawieniu ze scenami "erotycznymi" w analizie efekt jest... piorunujący.

Fallen Leaves

Gatling pisze...

Państwo analizatorstwo, uwielbiam Was. Oto kluczyk do kanciapy z brain bleachem i ciasteczkami w różnych wersjach. Sądzę, że się przydadzą. A ja się uczepię ostatniego nieobrobionego fragmentu tego dzieua.

"olbrzymiego vana marki BMW" - otóż nie: BMW wypuściło vana [i to nie olbrzymiego] dopiero koło 2015. Beemki X-ileś to SUVy, nie vany [które z założenia są pojazdami roboczymi - dostawczaki, busy]. Jeśli ałtorkasia koniecznie chce ich wpakować w wielką landarę, niech przydzieli mafiozu Chevroleta Suburban, który wprawdzie jest SUVem, ale rozmiarów dostawczaka i z opcją luksusowego wyposażenia.

Astroni pisze...

Jeśli chodzi o skojarzenia z "Panem Tadeuszem", mi przez głowę przebiegała jedynie "XIII księga" pióra Fredry. Szkoda, że Michalakowa pisze na serio.

Beemki X-ileś to SUVy? Nooo to jesteśmy w domu, wszystko jasne!

Gatling pisze...

Wiem, że się czepiam i niepotrzebnie oczekuję od ałtoreczki umiejętności rozpoznawania takiej ezoteryki, jak popularny typ nadwozia aut osobowych.

Anonimowy pisze...

Poplakalam sie ze smiechu...najlepsze sa zdjecia pogladowe z oczami. Szczegolnie jak wyobrazilam sobie te scene seksu.��

Ally Jayson pisze...

Czy tylko ja przy fragmencie "Raul chciał pokazać, że jest górą i to dosłownie" wyobraziłam sobie taką milutką górę lodową? :)

steff/ciociacesia pisze...

Jest kilka znakomitych analiz roku w poziomce. Komiksoanaliza zdaje sie nawet jest. Polecam

steff/ciociacesia pisze...

Opydo jest moze bucem ale turlam sie ze smiechu przy jego analizie greya