czwartek, 19 listopada 2020

402. Końskie wojny, czyli Erdmunda: Odrodzenie (Zaginiony świat koni, 4/4)

 

Drodzy Czytelnicy!

Szykujcie się, bo przed nami ostateczna bitwa w świecie konisiów-tulisiów. Poznamy triumwirat najźlejszych złoli, jakich zna wszechświat, dowiemy się, że konisie miały wcale nie tak świetlaną przeszłość oraz przekonamy się o prawdziwości powiedzenia “do serca przez żołądek”. 

Na początek, żeby wprowadzić się w nastrój, mem o koniach, jaki dziś zobaczyłam i po prostu muszę się z Wami podzielić, bo się uduszę. 



A teraz indżojcie!


Tomasz Jarosz

Zaginiony świat koni

wyd. Novae Res, 2014


Analizują: Kura i Vaherem


część 1

część 2

część 3


Rozdział XI

MOHEROWE KLIFY


(...)


Dzięki psychicznemu połączeniu pomiędzy Karo a Mileną wszyscy dowiadują się, że Karo żyje. Erdmunda wyjaśnia, że Kratowie nie są w stanie sami pokonać ich zabezpieczeń, więc musiał im pomagać ktoś od Ermirów; początkowo sądzili, że to Robin Goodfellow, ale teraz okazuje się, że całkiem kto inny.


Na planecie najstraszniejszych stworzeń, w otoczeniu Króla Wasiliewa, toczy się krwawa rozgrywka pomiędzy Ermirami, którzy przybyli na ich planetę — a Kratami. Ci Ermirowie, którzy uciekli, chcą rządzić na Ermirze, tyle że Wasiliew boi się o swoją koronę — dlatego nie zajął jeszcze Ermira — żeby mieć ich pomoc, ale nie dopuścić ich do naszych technologii. Sprawa jest skomplikowana, dlatego musimy działać szybko. Nie do końca wiem, jakie są powiązania Ermirów żyjących na planecie Met, dlatego zanim spróbujemy się tam dostać — musimy się więcej dowiedzieć.

Proszę, proszę jak upada słodki wizerunek konisiów-tulisiów i ich planety wiecznego szczęścia. Najpierw wyganianie Robina, a teraz okazuje się, że u Kratów żyje cała grupa dysydentów spiskujących wobec reżimu. 

No kto by się spodziewał! 


Bla, bla, wszyscy idą spać, tylko Milena rozmyśla patrząc na gwiazdy:


Dorosły człowiek kalkuluje szanse, zastanawia się, zżera go stres i wyuczone schematy. To, że Milena miała dopiero dwanaście lat, dawało jej przywilej niedojrzałości, wielką moc, której nikt nie mógł przewidzieć.

Coś nam Milena odmłodniała, na początku przygody miała trzynaście lat. To pewnie przez te podróże kosmiczne.  

No i ta moc niedojrzałości… XD


Śniadanko, Balejaż robi jakiś przysmak z planety Ermir, który wzbudza eksplozje zachwytu, zwłaszcza Miłosza, bla, bla, wreszcie wyruszają, konno ofkors. Balejaż i Erdmunda zostają, tłumacząc, że przybierając postać ziemskich koni tracą część mocy, a ta im będzie potrzebna.


Konie zostały osiodłane. Wcześniej sprawdzili, czy nadal nie ma prądu, ale telewizja i radio były głuche. Telefony komórkowe również nie działały. W tym prawie naturalnym, irlandzkim świecie nie powodowało to jakiegokolwiek zawirowania i zdawało się, że nic strasznego się nie wydarzyło. Drogi i tak były puste, bo rzadko jeździły tutaj samochody, i tylko niebo niebieskie tuliło się do zielonej trawy.

Taaaa, jasne, w 21. wieku irlandzka prowincja nadal żyje jak za prapradziadów przed pierwszą wojną, więc brak prądu powoduje tylko to, że już nie mogą oglądać tej zuej i ogłupiającej telewizji. Yay!!! 


(...)


Pędzili, galopowali, aż Robin zaczął się bać o swoje rumaki. Zaczął podejrzewać, że coś się stanie koniom, bo piana poszła im z pyska. 

Ojej, tysiącletni były koń nie wie, że piana na pysku nie świadczy o niczym groźnym, to normalny objaw związany z tym, że znajduje się tam wędzidło (no dobra, jako Ermir raczej nigdy nie miał wędzidła w pysku). Piana na bokach też jest po prostu objawem końskiego pocenia się i sama w sobie nie musi świadczyć o niczym groźnym, ale! pamiętamy, jak wielki kawał drogi mieli do przebycia? Tak, te konie z pewnością są śmiertelnie zmęczone. 


Po drodze mijali wiele osób na wierzchowcach. Nagle świat bez maszyn się zmienił. Ludzie dostrzegli, że można żyć bez samochodów. 

Szczególnie uradowani byli pracownicy firm transportowych i kierowcy autobusów. 


Na szczęście w Irlandii ciągle było sporo koni. I ci, którzy je mieli, mogli na nie wsiąść i pojechać na nich wszędzie, gdzie tylko chcieli. 

Ulicami Dublina przeciągały całe kawalkady rodziców odwożących swe dzieci do przedszkoli (młodsze w koszach przytroczonych do siodeł, starsze na kucykach), by następnie pognać co koń wyskoczy na drugi koniec miasta do własnej pracy. W krystalicznie czystym powietrzu zamiast spalin unosił się swojski zapach końskiego nawozu. 


Poczuli, ile szczęścia daje kontakt z żywym zwierzęciem. Ile przyjemności jest w poklepaniu go po szyi, dotknięciu długiej grzywy, pędzie i wdychaniu zapachu trawy, rzeki, morza, oceanu. Miasta nagle stały się ciche i spokojne.

Pomijając przekleństwa pracowników MPO, którym nagle przybyło sporo roboty. 

Ta, to przekonanie, że bez zdobyczy cywilizacyjnych ten świat zrobi się cichy i spokojny. Oh my sweet summer child…

Totalnie widzę ten spokój na przykład w wielkim miejskim szpitalu. Nagle ucichły wszystkie maszyny robiące PING… 


 Ludzie przestali się spieszyć — nie wiadomo po co i dokąd. 

Oczywiście, kiedyś ludzie nigdy się nie spieszyli i nie stresowali, całe dnie zbijali bąki. Aż w końcu jakaś łajza wymyśliła koło. 


Tylko nasza czwórka bohaterów jechała w ogromnym stresie. Chciała uratować zaginiony świat koni. Oni wiedzieli, że od setek lat wierzchowiec był przyjacielem człowieka. Dzięki tym zwierzętom cywilizacja ludzi posunęła się bardzo naprzód. Konie pozwoliły rozwinąć transport, zdobywać nowe lądy, dzięki nim powstała poczta, no i został zdobyty dziki zachód.

Wyobraziłem sobie jak Kolumb przemierza Atlantyk konno… ale bardziej na serio - czy autor nie widzi, że jest po prostu ignorantem? Wszystko to, co przedstawia jako wybitne osiągnięcia, w których ludzkości pomagały konie, to wydarzenia pełne cierpienia chociażby rdzennych mieszkańców Ameryk. 


 Były wielkim sprzymierzeńcem człowieka — czy on jednak o tym pamiętał? Niestety na ziemi ta epoka się skończyła. Teraz niektórzy ludzie uczynili z koni przysmak, traktując je w barbarzyński sposób, transportując w bardzo złych warunkach na rzeź. 

A tam, teraz. Koninę jedzono od wieków. 

Ah, biedne konie, takie zapomniane, nie giną już na polach bitew przebite włóczniami, przeszyte strzałami, rozerwane kulami armatnimi… Jeszcze  w czasie drugiej wojny światowej w niemieckiej armii znajdowało się setki tysięcy koni. A teraz to wygląda tak: 


https://i.pinimg.com/originals/19/e3/38/19e338aa2d78e5ff8208830f301ba052.jpg


Milena galopowała i zastanawiała się, jak to możliwe, że ludzie zapomnieli o swoich wielosetletnich przyjaciołach. „Może przynajmniej świat Erimrów przetrwa? Musi nam się udać, po prostu musi…” — pomyślała.

Konie – przynajmniej te z bogatych, cywilizowanych krajów – raczej cieszyły się z tego “zapomnienia”. Nikt już nie zmuszał ich do orania pola albo ciągnięcia ciężkich wozów. 

Współczuły tylko swoim braciom z krajów dzikich i biednych…

https://www.ratujkonie.pl/wp-content/uploads/2013/07/zdjecia_jawor_1.jpg


Niestety, jak widać, wcześniej wstawiony przeze mnie mem nie zawsze odpowiada rzeczywistości. :( 

(...)


Docierają nad brzeg morza, okazuje się, że statki wycieczkowe stoją przy nabrzeżu puste i martwe (jakiekolwiek silniki nadal nie działają), ale cóż za przypadek, Robin jest właścicielem pięknego jachtu żaglowego. 



Podjeżdżali do oceanu, groźnego przez swoje fale. Wszyscy czuli, że czeka ich trudne zadanie; nawet największy satyr we wszechświecie nie wiedział, co powiedzieć, 

Satyr…? Autorowi chyba chodzi o to, że z Robina taki dowcipniś, “satyryk”, a nie o koźle nogi i nieposkromioną chuć? 




bo rozumiał, jak trudna i bezlitosna jest układanka, którą wspólnie tworzyli. 


https://a.allegroimg.com/s1024/0c9025/d743b150420696a28377e39f5e74


(...)

Przypomniał sobie swoje szaleństwo… Jak czarne macki trucizny wśliznęły się do jego młodego umysłu i poczuł, że dusi się na planecie dobroci… Przerażeni rodzice, a potem władcy patrzyli na jego działania. Z superzdolnego czarodzieja, wielkiego młodego maga, wynalazcy skrzydeł wiatru stał się pierwszym Ermirem, który wypowiedział słowo „wojna”. Chodził i powtarzał ten wyraz wielokrotnie, budząc postrach wśród swoich pobratymców. 

Zupełnie jak dziecko, które właśnie nauczyło się mówić “dupa”. 


Nie znali jeszcze tego słowa, jednak brzmiało ono bardzo obco i niebezpiecznie. 

– Strasznie seplenisz, synku! – powiedziała matka, prowadząc go do logopedy. – I dlaczego ciągle opowiadasz o wełnie? 


Najdziwniejsze było to, że kiedy kreowali inne planety na swoje podobieństwo — wojny, które tam trwały, od razu się kończyły i nie przenikały do ich umysłów.

Nawet drapieżne zwierzęta przerzucały się na jedzenie trawy i nic już nie raniło wrażliwości Ermirów. 


(...)


Zostawiają konie na brzegu, wsiadają na jacht i płyną w stronę jaskini. 



Rozdział XII

ERMIRSCY KRACI


Poznajemy Xantosa – Ermira, który, podobnie jak Robin Goodfellow, wieki temu został zatruty złem, dlatego uciekł ze swej planety i przyłączył się do Kratów. 

Btw, Xantos to nazwa działającej w Polsce firmy transportowej, której logo wygląda tak:

https://media-exp1.licdn.com/dms/image/C4E0BAQHakBHN4y2avA/company-logo_200_200/0?e=2159024400&v=beta&t=2r5JVZPyFsbMaLSPps9A2eekCoX-GU5igiTOIkpjOCY


Przypadek!?

Nie przypadek, Ksantos to był koń Achillesa. Przypomnę, że ermirskie imię Robina to Bucephalos – czyli imię konia Aleksandra Wielkiego. 

Nie chce mi się googlać, czy jakiś mityczny bohater jeździł na Ar Schirze... 

O, był jeszcze jeden koń o imieniu Ksantos - należał do Diomedesa i wraz z trzema kumplami był karmiony ludzkim mięsem. Widzę tu niewykorzystany potencjał! 


(...)

Pamiętał, że jego rodzice, Posed i Demeter (jak już jesteśmy w mitologii… czy Posed to jakiś skrót od Posejdon?) (tak, Posejdon i Demeter to rodzice innego gadającego konia z mitologii, Arejona), nie mogli uwierzyć, że powstał przeciwko Ermirom, własnym rodzicom, dobru. On jednak został zatruty i chciał zniszczyć własny dom. Przez to, że próbowali go zmienić, uciekł z planety, którą inni podróżowali przez kosmos, budując to, co podczas pierwszej kosmicznej wojny zburzyli Kraci.

Posed i Demeter — ówcześni władcy — postanowili, że kosmos nigdy już nie dotknie taka zawierucha, która zniszczyła miliony planet i miliardy istnień. Jakikolwiek element dotyczący wojny został ukryty przed świadomością Ermirów. Przebudowa świata w ogóle wyrzuciła zło z umysłów Ermirów. Zrobili tak, bo uznali, że Kraci zostali doszczętnie zniszczeni w czasie wojny. Mylili się.

Ano właśnie, było to bardzo głupie posunięcie Ermirów – ale nie pierwsze takie i nie ostatnie… 


Trzej wygnani Ermirowie, bez prawa powrotu, polecieli daleko kosmicznymi korytarzami. Ich wędrówka zdawała się nie mieć końca. Wreszcie po wielu latach kosmicznej podróży, dolatując do krańców kosmosu, znaleźli ostatni statek Kratów. Wtedy przemienili się w potwory i połączyli z wrogami, żeby odbudować potęgę zła. 

https://64.media.tumblr.com/5aa042d93e73771e7c9db6bdda402c86/06eb77c0e8e639b3-f4/s500x750/a742e47695e1eeacbab9bf9705e0c7df16c3aec5.gif


Serio, ci nowi megazłole są tak samo z dupy, jak Palpatine w Skywalker: Odrodzenie. 


Po wielu latach z ogromnym trudem wrócili do swoich postaci Ermirów i zamieszkali w czarnych wieżach. Chcieli pozostać anonimowi dla swoich poddanych. Rządzili nimi przez Króla, który był marionetką w ich rękach. Kraci myśleli o nich jako o bogach, ale nigdy ich nie widzieli. Wizerunki koni zdobiły jednak wiele pokoi Kratów.

Zaraz.

Kratowie czcili końskie bóstwa?

W takim razie Har po przemianie powinien budzić respekt i szacunek, a tymczasem był znienawidzony właśnie za swój odmienny wygląd! 


(...)


Nikt nie miał prawa mu przeszkadzać, więc poczuł gniew, aż z nozdrzy poszedł mu ogień. To jedna z przypadłości, która mu została po przemianie. Chciał być potężniejszy, dlatego dodał sobie gen pozwalający na zianie płomieniami z nozdrzy. 

Kazał też tytułować się mianem “edgelorda”. 

Mam nadzieję, że dodał sobie też gen odporności na ogień… *wyobraża sobie Xantosa po jednym efektownym występie spędzającego tygodnie w bandażach*


Był też znacznie silniejszy niż pozostali Ermirowe — jednak rozumiał, że potęga tkwi w głowie, a nie w mięśniach…


(...)


Xantos łączy się z pozostałymi Ermirami-renegatami, Arejonem i Balisem (Arejona już wspomnieliśmy, zaś Balis to drugi koń Achillesa), naradzają się, wreszcie stwierdzają, że trzeba odszukać czwartego Ermira - uciekiniera oraz ziemską dziewczynkę, która zniszczyła ich krążownik. Nic, czego byśmy już wcześniej nie wiedzieli.


***


— Mamy niewiele czasu — spokojnie powiedział Har. Wiedział jednak, że nie jest dobrze. On coraz bardziej tracił swoją moc niszczenia, zło wychodziło z niego z całą siłą (było to trochę krępujące, ale za to jaki odrzut dawało!), natomiast Karo wyglądała na przerażoną po tych wszystkich przemianach. Przeszła coś, czego żaden z Ermirów w nowożytnej historii ich planety nie przeszedł. Ich życie mijało na spokojnym rozwoju i pomocy innym, bez żadnych stresów.

Co? Dzięki, zdążyłem już o tym zapomnieć. 


— Jak się czujesz? — Har stawał się coraz bardziej opiekuńczy. (Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie to brzmi trochę creepy) — Nic ci nie jest? Masz siłę?

— Jestem bardzo silna, mój Kracie… — Popatrzyła na niego ze śmiechem. — Nie wiem, jak to możliwie, że jeszcze niedawno chciałeś mnie wykończyć na śmierć…

— To niemożliwe. — Zaśmiał się. — Teraz chcę cię tylko chronić, możesz być tego pewna!

Dlaczego właśnie pomyślałem o “Rise of Skywalker”? 

(...)


— Zrobimy tak: wyjdziemy stąd i jeśli kogoś spotkamy, powiemy, że cię pojmałem i prowadzę do centrum dowodzenia, żeby pokazać cię przez transmiter Królowi. Potem skręcimy i polecimy na ziemię lopterem.

— I co? Przecież mogą nam nie uwierzyć — trochę wątpiła Karo. — A co to jest lopter?

— Wezmę paralizator, czuję, że dam radę usypiać Kratów. Nic większego nie mogę im zrobić, ale sądzę, że to w zupełności wystarczy… Lopter to taki pojazd, mały, ale szybki, jest całkowicie niewidzialny dla ludzi.

A dla innych ras kosmicznych? Czy widzą je Ermirowie? A Wookie? Albo Klingoni? A Predatorzy, którzy widzą w podczerwieni?

Niby Ziemia to taka mała planetka na zadupiach Kosmosu, a jednak dobierają parametry sprzętu właśnie pod Ziemian. 


— Skoro macie takie urządzenia, dlaczego jeszcze nie podbiliście Ziemi? — głośno zastanawiała się Karo.

— Były większe planety do podbicia, poza tym na nasze urządzenia brakuje surowców, szukamy już we wszystkich możliwych miejscach w kosmosie. 

Naprawdę nie mogę oprzeć się wrażeniu że autor dużo grał w Stellarisa. 

Hm. Generalnie Wszechświat składa się wszędzie z tych samych pierwiastków i jeśli nie potrzebują akurat rzadkiej substancji będącej wydalinami stworzenia żyjącego tylko na jednej planecie w całym Kosmosie, to chyba nie powinni mieć aż takich trudności z uzyskaniem surowców? 

(o ile dobrze pamiętam, nawet melanż w końcu zsyntetyzowano)


Liczyliśmy, że wy nam dacie na to sposób, ale wygląda, że mnie to już nie interesuje!

— Całe szczęście… Chociaż to prawda, nie słyszałam o takim problemie u nas.

— Wychodzimy, jesteś gotowa?

— Tak, dużo gadasz, mało robisz, zupełnie jak Ermir! — Zaśmiała się znowu.


Idą, idą, mijają różnych Kratów, nikt ich nie zaczepia, bo wszyscy się boją gniewu Hara... do czasu. 


Jednak Kir miał swoich szpiegów, którzy bali się go najbardziej w kosmosie, bardziej nawet od Króla. Jeden z nich ich minął i natychmiast potarł swój czarny kryształ. Nad nim pojawiła się postać Kira.

— Czego? Mam nadzieję, że masz powód, żeby mnie niepokoić…

XD Nie mogę z tego jak pretensjonalni są Kraci. Choć w sumie, gdyby nie kulturowe ograniczenia, to z chęcią bym tak odpowiadał na telefony… 


— Panie mój, Największy Kapitanie, widziałem Krata z dzieckiem podobnym do niego…

— Jak to? Widziałeś małego konia? — Kir zdziwił się mocno.

— Przechodził z takim dwunożnym koniem w dziwnych szatach, mniejszym od niego i dużo młodszym.

Kurde nooo… Dlaczego autor ciągle nazywa Ermirów końmi, choć posiadają tylko końską głowę! 


— Masz szczęście, to może być ważne, chłosta cię ominie.

Chłosta jest karą, brak chłosty – nagrodą? 


(...)


Kapitan przez czarne kryształy, które służą za nadajniki, łączy się z Harem i każe się zatrzymać, ale ten rozwala kryształy i razem z Karo zaczynają uciekać.



Biegli bardzo szybko, prawie lecąc. Ich wielkie, chociaż smukłe ciała posuwały się sprawnie. 

W zasadzie, jak sobie teraz myślę o ich budowie, to ten wielki koński łeb osadzony na ludzkim ciele powinien jednak sprawiać trochę trudności w zręcznym poruszaniu; przesunięty środek ciężkości i takie tam. 

Łeb może wielki, ale pusty w środku. 



Kiedy dobiegali już do wejścia, gdzie były statki, wszystkie ściany zaczęły płonąć na czerwono. Jedna z nich otworzyła się nagle i wyskoczyli z niej Kraci. Har odruchowo wyciągnął dłoń i z paralizatora wyleciało jednocześnie kilka promieni, trafiając każdego z przeciwników. Wszyscy padli nieprzytomni…

W sensie – jednym strzałem załatwił kilku, stojących w różnych miejscach (miał tam pociski samonaprowadzające, czy co?), czy też uprzejmie ustawili się gęsiego? 


— Co za precyzja! — Karo poczuła, że wcale jej nie szkoda tych Kratów, że chyba sama potrafiłaby strzelić, co ją bardzo zdziwiło. Jednak przez ostatnie dni była człowiekiem i chyba cały czas to działało. Może więc walczyć. Tak teraz czuła.

— Daj mi taką broń. — W jej głosie zabrzmiała pewność siebie. — W razie czego — dodała.

— Jesteś za młoda na broń… — Har sam był zaskoczony tym, co powiedział.

Ah, instynkt rodzicielski mu się załączył. 


— Ja za młoda? — prawie krzyknęła w biegu. — Mam tyle lat, co Milena, a w sumie około 100 przeżytych, jakby liczyć lata ermirowskie.

— Masz dwanaście lat, jakby nie liczyć (nie “jakby nie liczyć”, bo przed chwilą powiedziała, że na ermirskie ma sto – a w ogóle, czemu właściwie ziemskie lata stanowią dla nich jakikolwiek punkt odniesienia?) — a Milena to ta dziewczyna, co zniszczyła nasz, przepraszam, statek Kratów?

— Tak, to ona… — Karo spojrzała na niego z lekką podejrzliwością. — Mam nadzieję, że twoja przemiana nie jest udawana!?

– Nie, nie, nie, ależ skąd, jest prawdziwa! Przysięgam na czaplę! 



— Oczywiście, że jest… — w jego głosie czuć było rozbawienie. — Tak naprawdę zawsze byłem dobry, tylko udawałem złego — żartował.

Śmiali się i dokazywali. 

Zabawie nie było końca. 


Niestety, kolejne drzwi są zamknięte i nie reagują na rozkazy Hara. Okazuje się jednak, że jeśli Karo połączy swoje siły z Harem, to może rozsunąć je siłą umysłu; pyk i po sprawie. 


(...)


Przypomniała sobie najmniej ciekawe lekcje ze szkoły, dotyczące tego, żeby nie używać nigdy mózgu w złych celach — każdy traktował to zresztą jako coś niemożliwego. 

Jeżeli Ermirom obce jest w ogóle pojęcie zła, nie znają nawet słów na jego określenie, to jakim cudem mogą się uczyć o nieużywaniu mózgu “w złych celach”? 


(...)


Wbiegli do sali lopterów. 

Słowo, którego ci zabrakło, autorze, brzmi “hangar”. 


Kiedy weszli do statku, okazało się, że mają bardzo mało miejsca — byli za duzi do tego małego pojazdu.

Karo popatrzyła za siebie. Widziała, jak Kraci wbiegają do pomieszczenia, z którego mieli startować. A Har zrozumiał, że jeśli wystartują, to dostaną od razu salwę z setek broni, które znajdowały się na tym statku.

Wtedy ta moc, która była w posiadaniu Karo, przeszła na niego. Zobaczył zielone łąki, kryształowe jeziora, błękitne niebo. Zrozumiał spokój Karo i innych Ermirów, poczuł ich dobro. Połączył się z umysłem Kira i kompletnie go wyczyścił — i wtedy morderca nagle przestał być mordercą, bo zapomniał o całym swoim dotychczasowym świecie. I w jego głowie zaświeciło słońce. Rozświetliło mrok.

Więc Emirowie przez setki lat nie mogli wpływać na umysły Kratów, ale Har robi to bez większego wysiłku? 


Kir w swoim podłym i żałosnym życiu zawsze uważał, że postępuje słusznie. Wydawało mu się, że jest tak naprawdę jedynym sprawiedliwym, chociaż nawet nie znał tego słowa. Nie wiedział jednak, że może być inne życie, inne zachowania, niż szantaż, mordowanie, podłość, donosicielstwo czy szpiegowanie.

Teraz zrozumiał nagle, że nie wiedział nawet, że są inne uczucia. Dotarło do niego, jak wiele zła uczynił, i nie miał pojęcia, jak sobie z tym dać radę. Usiadł w fotelu, zapłakał pierwszy raz w życiu, zamknął oczy. I już nigdy ich nie otworzył.

Więc po prostu umarł ze smutku? I to tak szybko?  Chwila, coś mi to przypomina… 

https://i.imgflip.com/2z5eks.jpg




Har i Karo lecą lopterem na Ziemię, postanawiają wylądować w pobliżu stajni, gdzie znajduje się Ar-Schir i dla niepoznaki zamienić w ziemskie konie.

W ogóle teraz te przemiany idą im jak z płatka, wystarczy się skupić i już, tymczasem podczas swojej pierwszej przemiany Har mało nie umarł z bólu, Karo natomiast została ostrzeżona, że to eksperyment, nie wiadomo, czy się powiedzie i czy kiedykolwiek powróci do swej prawdziwej postaci. 



***


Milena i reszta dopływają do skał, do samej jaskini mają się dostać za pomocą małej łódki wiosłowej.


Łódką strasznie rzucało. Fala była bardzo duża i Milena uświadomiła sobie, że trochę zaczyna się bać. Mimo że miała przy sobie bacik, to jednak nie bardzo wiedziała, jak może sobie pomóc. W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że tak naprawdę wobec fal oceanu są zupełnie bezbronni i nie mają możliwości podjęcia jakichkolwiek działań, że zostali sami bez Ermirów, bez Karo, bez Robina. Włożyła rękę do kieszeni i złapała rękojeść bacika. Poczuła, że wstępuje w nią energia i moc. Spływał na nią kosmiczny napęd i zrozumiała, że w tym małym przedmiocie tkwi wielka potęga, którą umieścił tam Robin.

— Miłosz, proszę, puść mnie do wioseł — powiedziała spokojnym tonem.

W jej głosie było coś dziwnego, że Miłosz w ogóle się nie sprzeciwił. Patrzył tylko zdumiony na dziewczynę.

— Milenka, co ty? — odezwał się w końcu. — Przecież…

— No dobrze, już nie dyskutujmy. — Usiadła za wiosłami. Połączyła palce i wygięła je, aż strzeliły kostki. Ujęła wiosła i zaczęła wiosłować. Łódź nabrała nagle ogromnej prędkości. Wiosła zamieniły się w wiatrak, a uśmiechnięta Milena pracowała rękami, jakby nic się nie wydarzyło.

Czy… czy my jesteśmy w jakiejś kreskówce? 

Owszem, jesteśmy. Milena i jej supermoce to jedno, ale Miłosz ewidentnie robi tu za kreskówkowy Element Komiczny. 



(...)


Bla, bla – Milena ma wizję, w której pojawiają się słowa piosenki Pearl Jam “Ocean”. Okazują się wskazówką, idąc za tym tropem znajdują świetlisty kosmiczny kombinezon, który pasuje oczywiście na Milenę. 



— Miałam przez moment taką wizję, że to właśnie ten skafander… Pozwala przebywać w zasadzie wszędzie i uodparnia na warunki panujące na każdej plancie. Widzieliśmy tyle gwiazd, bo prawdopodobnie Robin objął całą moc kosmosu w tym jednym przedmiocie. 

Oho, bezcenny, superwypasiony prototyp – o co zakład, że nie przetrwa tej przygody? 


I dzięki temu mamy już wszystko.

Itemki znalezione, expy porobione, co teraz…? 


Milena w kombinezonie wskakuje do wody i spotyka tam rasę morskich koni (końskie głowy, ludzkie ręce, rybi ogon i płetwa na grzbiecie). Konie morskie zlecają jej nowy quest:


— Tak, pomożemy, cały świat jest zagrożony. Zostało nas kilkadziesiąt, ale nigdy nie było nas za dużo. Mamy dwa wodne żaglowce kosmiczne. 

Wodne.

Żaglowce.

Kosmiczne. 




Mileno, pamiętaj — zniszcz tę broń, którą otrzymałaś od Robina, jeśli nie będzie już potrzebna. I rzecz najważniejsza. Musisz odnaleźć tego jedynego Ermira, który żyje od początku kosmosu i jest nietykalny, ponad wszystkimi złymi rzeczami…

— Kogo? Jest ktoś taki? — Nic jej nie przychodziło do głowy.

— Jest, jest, ma róg i skrzydła — ja nazywam się MacLoch, a ten, którego musisz znaleźć, to Jednorożec. 

MacJednorożec!


To najczystsze dobro, niczym nieskażone, ponad wszystkim. Jednak nie ma woli ani rozumu. 

Znaczy… taki poczciwy głupek? 

Raczej pierwotna siła. 

Podoba mi się jak autor, po obowiązkowym wykorzystaniu koników morskich, postanowił dodać kolejnego superkonia, ale nie mógł wybrać pomiędzy jednorożcem a pegazem, więc po prostu je połączył. 

I wyszedł mu...

https://pa1.narvii.com/7082/0a34841a1285f025e86fc07ed073aa992dcf3520r1-500-278_hq.gif


Po prostu jest, powinnaś go zabrać ze sobą, jadąc do Kratów… Może on oczyścić wszystko i wszystkich, dotyk jego rogu pozwala uleczyć każdą chorobę.


(...)

Rozdział XIII

ZBLIŻA SIĘ CZAS WOJNY


W swoich wieżach trzej Ermirowie-renegaci knują, jak by tu ostatecznie zniszczyć resztki dobra we Wszechświecie (nawet za cenę upadku własnego imperium, bo brakuje im już surowców do napędzania statków kosmicznych, a tymczasem Ermirowie opracowali jakąś alternatywną technologię - ale jeśli zostaną zniszczeni, ten sekret przepadnie). Przez specjalny przekaźnik Xantos łączy się z umysłem Króla Wasiliewa, by w ten sposób go kontrolować. 


(...) mają największe statki kosmiczne i najsilniejsze działa protonowe, które są głównym składnikiem pierwotnego promieniowania kosmicznego.

W momencie Wielkiego Wybuchu pierwsze wyleciały takie małe działka protonowe, a potem dopiero cała reszta. 


Tymczasem na Ziemi…


Radio zaczęło grać. Balejaż spojrzała na panią Agnes.

— Urządzenia zaczynają działać, więc pozostałości po ataku Kratów zanikają. Najpierw radio, bo potrzebuje najmniej prądu, potem pozostałe urządzenia. — Balejaż nie wiedziała, czy ma się z tego cieszyć, czy nie.

— No cóż, powrót do świata koni się skończył — powiedziała pani Agnes. — Niestety, teraz tylko te samochody, komputery i inne cuda techniki. Elektryczne światło, fffffuuu, lampy naftowe były najlepsze.  Chciałabym, żeby konie wróciły, nie były tylko rekreacją i hobby, a częścią naszego życia. Tak jak kiedyś, gdy byliśmy blisko natury. Pamiętam, jak mój mąż zatruł się grzybami, to zaprzęgłam bryczkę i trzy godziny jechałam do najbliższego miasta po doktora… – rozmarzyła się. 


— Zostało naprawdę niewiele czasu. Trzeba zebrać wszystkich Ermirów, którzy są na Ziemi, wziąć statki kosmiczne i polecieć w stronę planety Mat, gdzie rządzą źli władcy. 

Ej, ale od Mat-planety to wy się odpierwiastkujcie. 


Musimy odwrócić ich uwagę, a Milena — jeżeli ma już skafander — musi niestety uderzyć. Taki jest mój plan. Najprostszy z możliwych — Erdmunda mówił to wszystko bez przekonania.

Borze, jak ta końska elita ciągle tylko narzeka, marudzi i gada zamiast się zabrać do roboty. 

(...)


Har i Karo lecą w stronę Ziemi. 


— Jak się czujesz? — spytał nagle Har, a Karo dziwnie na niego spojrzała. — Wiem, sam się dziwię, że stałem się taki troskliwy, ale przemiana była błyskawiczna.

Har na razie nie miał żadnych wątpliwości. Pewny swojej przemiany leciał spokojnie na Ziemię.

— Dlaczego wszystko, co wytwarzacie, jest takie brzydkie? — Księżniczka rozejrzała się po szaroburym stalowo-węglowym wnętrzu plotera.

Mieli wsiąść do loptera, zabrali plotera, może w celu załatania plotholi w tym opku. 


— Nie bardzo rozumiem. — Nowy sojusznik zdziwiony podniósł oczy. — Naprawdę, nie bardzo rozumiem, o co, drogie dziecko, ci chodzi.

Następny etap po troskliwości: protekcjonalizm. 


— Zresztą nieważne. Czuję się tak, jakbym leciała w najbrzydszym pojeździe kosmosu. Zresztą tamten statek kosmiczny też był obrzydliwy.

Mujborze, jaka estetka. Ciesz się, że leci i się nie psuje. 

I że nie strzelają za wami.  


— Mojej rasy w ogóle takie rzeczy nie interesują. Nie ma jakichkolwiek wątpliwości, że nie znamy w ogóle takiego pojęcia jak piękno. Ale będę o nim rozmawiał gdyż ponieważ dlaczego nie. O wiele bardziej popularne są słowa: mordować, zabijać, szantażować, dręczyć, torturować. Może dla Kratów te słowa oznaczają piękno.

Jesteśmy okrutni, źli i podli, śmierdzą nam stopy i jedzie z ust. I to jest właśnie piękne!

(...)


Milena i reszta wracają łódką na jacht Robina. Po drodze Milena traci przytomność (używanie bacika, skafandra i innych ermirskich urządzeń bardzo ją wyczerpuje), a łódka jest bliska utonięcia, ale na szczęście ratują ich magiczne konie z morskiej piany. Wszyscy docierają bezpiecznie na jacht. 

Tymczasem Har i Karo lądują w pobliżu domu pani Agnes, gdzie znajdują się Balejaż i Erdmunda.


Karo rzuciła się mamie na szyję. Ermirowie dotychczas nie znali łez, ale ich końskie twarze były pełne wzruszenia. Balejaż popatrzyła na córkę i ze zdumieniem zauważyła, że ta wygląda znacznie poważniej niż kilka miesięcy temu. Dostrzegła w jej oczach nieznaną dotąd tajemnicę i zrozumiała, jak wiele musiała ona przejść w ciągu tych kilku miesięcy, podczas których jej nie widziała.

Kilku miesięcy? Myślałam, że cała akcja trwała raptem kilka dni!

Czas jest względny! 

(...)


— Karo, kto to jest? — spytał Erdmunda po tym, jak na przywitanie wziął dziewczynę w ramiona.

— Hmmm, nie uwierzycie. To jest Krat! — powiedziała Księżniczka, patrząc z taką małą satysfakcją na minę mamy i maga.

https://www.picgifs.com/reaction-gifs/reaction-gifs/spongebob-squarepants/picgifs-spongebob-squarepants-6300038.gif


(wyobraźcie sobie, że to konie bojacki)



— Witajcie, nazywam się Har i to, co mówi ta młoda dama, nie do końca jest prawdą. W zasadzie jestem Ermirem, który jeszcze niedawno był Kratem w skórze Ermira. Czego nie rozumiecie? Zmieniła mnie Karo razem ze swoją przemianą.

— Jak to zmieniła? — zapytała Balejaż.

Karo przesłała im całą niedawną przygodę strumieniem myśli. Tylko pani Agnes, która nie umiała czytać z myśli, dalej nie wiedziała, o co chodzi.

A wyjaśnić jej to nie łaska, moje wy dobrze wychowane konisie? 


(Oczywiście wszyscy bez żadnych dalszych pytań i wątpliwości przyjmują Hara, i wydają się całkowicie mu ufać). 


Weszli do domu. Balejaż przygotowała pyszne jedzenie. Kiedy Har spróbował chleba Ermirów, potem zupy i deseru, wyglądał na najbardziej zdziwionego konia we wszechświecie.

A wszystko z trawy! 


— To czary, to po prostu magia. Nie ma czegoś takiego — mówił do siebie na głos, jedząc to, co dostał. Nie potrafił się powstrzymać przed głośnym mlaskaniem, a jego wielki język co rusz mu wystawał. Błoga mina świadczyła o stanie nirwany.

Albo naćpania się. 


— Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem, naprawdę. Takie jedzenie pokonałoby naszą armię od razu. Nikt nie chciałby być już Kratem — tego jestem pewien! — Dołożył sobie kolejną pyszną porcję.

Wszyscy się roześmiali. Z jego chęci mordowania pozostał tylko apetyt na pyszne jedzenie.

Myślałam, że Ermirowie nie jedzą mięsa? 


— No więc mamy już broń — spokojnie powiedziała Karo. — Mamo, zacznij szykować jedzenie, potrzebujemy kilku bilonów posiłków na początek, żeby zasypać nimi kilka tysięcy planet opanowanych przez Kratów.

— Ale musisz mi pomóc, córeczko, możemy już zaczynać.

Mujborze, to faktycznie była wojna o książkę kucharską! 


(...)


Wraca Robin Goodfellow.


— Jesteś już człowiekiem, Robinie — spokojnie powiedział uśmiechnięty Erdmunda.

— Myślisz, że potrafiłbyś zmienić się z powrotem w Ermira? — Spojrzał na niego przenikliwie.

— Nie chcę. Skończyłem z byciem prostodusznym impotentem — zareagował natychmiast dawny Mag. 

Zostałem SATYREM!!!


https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Statue_of_a_Satyr.jpg


Dlaczego impotentem? XD


— Moja przemiana jest nieodwracalna… Takie sobie zaaplikowałem ludzkie DNA, że nie można tego odwrócić. Moje komórki są trwałym połączeniem ludzkich i ermirskich, oczywiście ze wskazaniem na ludzkie.

— Dlaczego oczywiście? — spytała nagle Balejaż, która do tej pory się nie odzywała.

— Bo inaczej nie przeżyłbym na Ziemi. Ludzie potrafią być bezwzględni, nawet mimo ogromnych pokładów dobra, które niektórzy z nich mają. Nie znacie tego świata sprzed kilkudziesięciu nawet lat. Teraz wygląda to zupełnie inaczej, ale było naprawdę źle. 

Teraz też nie wygląda za dobrze, zależy tylko, gdzie patrzeć… 

I właśnie dlatego Ermirowie nie lubią telewizji! 


Jak myślicie — kto im pomógł? Chciałem, żeby rośli w potęgę, ale nie za szybko, bo inaczej dawno by się sami zniszczyli. Każdy wynalazek, który wspólnie odkrywaliśmy z moją pomocą, powodował, że ginęło coraz więcej ludzi. 

No naprawdę myślałem, że jak nauczę ich rozszczepiać atom, to będą tylko stać i patrzeć, jak ładnie świeci! 

Robin, słonko, podobno żyjesz wśród ludzi od tysiąca lat, a nic się nie nauczyłeś… 


Dlatego ostatnia broń, która korzysta z energii kosmosu i jest praktycznie nieograniczona, nie mogła trafić do nikogo innego. 

Znaczy – do nikogo innego niż ludzie? 


To, co ci przekazałem, Erdmundo, a ty Milenie — to w zasadzie niezatrzymywalna moc. Może zniszczyć wszystko, tylko ktoś jednocześnie bardzo silny i słaby może jej używać.

I wygłosiwszy ten koan zasiadł z miną buddyjskiego mędrca. 


Kiedy Robin już wygłosił swoją przemowę, dopiero wtedy może wejść reszta ekipy ;). Wszyscy się witają, Miłosz jest w szoku, widząc Karo w jej prawdziwej postaci (i słysząc o jej prawdziwym wieku).

Tymczasem ermirscy renegaci nadal knują.


(...)

— Nie ma w nas wystarczającego zła. Chcę mieć więcej w sobie nienawiści, żeby utrzymać ten świat, który stworzyłem. 

Więcej zuuuuaaaa!!! Jesteśmy za mało mroczni!!! Nasze “mwahahahahahaha” nie budzi grozy!!! 


Dlaczego po tylu latach nie czerpiemy z naszej potęgi, tylko skrywamy się w naszych wieżach?! — Xantos wyrzucił z siebie ogień, aż dwa pozostałe konie odskoczyły.

Mam nadzieję, że ten ogień naprawdę poszedł z nozdrzy, a nie… innych otworów. 


— Chcę czerpać z władzy. Chcę wydawać wyroki śmierci bezpośrednio, za każde przewinienie. Chcę być Bogiem na tych planetach. Dawać życie i mówić, jak mają z niego korzystać.

Bóg Imperator Kuń. 


 — Wstał i rozpostarł swoje ramiona. Uniósł swój wielki łeb i potrząsnął grzywą. — Wszyscy padną mi do stóp, będą czcić moje słowa. Koniec tych kilkuset lat ukrycia nie wiadomo po co! Nasza potęga jest wielka!

(...)

Czarna wieża świeciła tylko w górnej części, wielki kwadratowy obelisk rozjarzył się ich nienawiścią do wszystkich. I każdy z Kratów poczuł, jak przepełnia go złość i wola rządzenia. Te nici wychodziły z głów Ermirów, którzy zdradzili swoją rasę i ideały. Wchodziły do głów ich poddanych, zniewalały, stawały się prawem i jedyną dostępną rzeczywistością. Nie było innej drogi, świat stawał się piekłem.

— Musimy udać się na planetę Ermira — odezwał się nagle Balis. — Odnalazłem niedawno w swojej głowie — jak wiecie, największej skarbnicy wiedzy, jaka powstała (ja się nie chwalę, ja tylko stwierdzam fakt) — że dopóki bije serce Ermira, nie będzie zło rządzić we wszechświecie.

— Zniszczmy Ermir i zakończmy to! — Nienawiść znowu spowodowała, że z nozdrzy Xantosa buchnął ogień. — Spalmy, użyjmy całej energii, jaką mamy, niech zniknie…

— Nie można zniszczyć Ermira — spokojnie wyjaśniał Balis. — Pewnie wiesz, że ma takie zabezpieczenia, że uderzenie w niego spowoduje odbicie i zwrotną reakcję. Taka była konstrukcja, jak szykowali to pierwsi królowie.

Serio? To dlaczego Ermirowie uciekali w takim popłochu? 



— Dlaczego nie mieszkają tam jeszcze Kraci? — Xantos zaczął się miotać. — Chcę rządzić, chcę mieć pełnię władzy!

— Na Ermirze ukryta jest wszechrzecz — mówiłem ci o tym, tylko że już tego nie pamiętasz…

A teraz dochodzi jeszcze jakaś wszechrzecz, budząca u mnie skojarzenia z wszechiskrą z Transformersów


— Pamiętam. Ale to bzdury! Liczy się nasza potęga, nasze statki kosmiczne, działa i bilony poddanych. 

Zwłaszcza bilony. Jak nam sypną dużo bilonu, będziemy mogli w nim nurkować jak wujek Sknerus! 


Potrafimy wszystko zrobić, ukradliśmy już wszystkie wynalazki z innych podbitych planet. Nasza moc uczyniła nam poddane wszystkie planety i to wszystko w kilkaset lat!

— Nie szkodzi. Dopóki bije serce Ermira — a nikt nie wie, co to jest — dopóty nie będziemy pewni.

— Planeta jest pusta, trzeba tam lecieć… Zastanawia mnie, dlaczego oni stamtąd odlecieli.

Żebyście mogli sobie w spokoju szukać wszechrzeczy i tego serca Ermira, o którym zresztą nie ma później żadnej wzmianki. 


— Nie wiedzą o wszystkim, zagubili gdzieś wiedzę starych królów. Ze strzępów informacji wiem, że oni nie potrafią w ogóle walczyć. Po wielkiej wojnie cały niewielki zmysł walki, jaki jeszcze mieli Ermirowie, został zniszczony, żeby zło nie odrodziło się nigdy więcej.

— Co? Dlaczego tego nie wiedziałem? — Xantos stanął przed Balisem. — Skończylibyśmy to znacznie szybciej…

Właśnie, jak największy złodupiec mógł się tego nie dowiedzieć przez kilkaset lat? I Balisowi nigdy się przypadkowo nie wymsknęło? 

Widocznie w swojej skarbnicy wiedzy miał burdel większy niż ja w torebce. 


— Nie! Pamiętasz atak na Ermira? Zniknęła cała flota, nie wiadomo jak i kiedy. Chciałem, żeby oni uciekli, żeby odnaleźć wszechrzecz. To był plan, wszystko zostało skalkulowane, również utrata floty. Teraz jest na to czas, kiedy oni walczą o przetrwanie. Martwi mnie tylko ta dziewczynka… Nie wiem, czy przy niej nie ma tego, co chroni dobro.

— Co to jest ta wszechrzecz tak naprawdę? Ze szkolnych bzdur pamiętam, że było to po prostu dobro, które było elementem powstania wszechświata. Wydaje mi się to bzdurą.

— Ale w to wierzyli wszyscy. Dopiero wielka wojna złamała tę wiarę. Nawet wielcy Magowie przestali przekazywać tę wiedzę.

Jak również wiedzę o tym, że ich planeta jest świetnie zabezpieczona. I jeszcze o paru innych rzeczach, niedługo do nich dotrzemy. Chyba naprawdę uwierzyli w hasło “Ignorancja to siła”. 


(...)

Natychmiast po odnalezieniu wszechrzeczy uderzamy i niszczymy Ziemię. Ermira zamienimy na planetę, która będzie kontrolować wszystko i wszystkich. Będzie naszym domem, ale my nie będziemy wyglądać już jak teraz. Świat koni przestanie istnieć na zawsze!

*znudzonym tonem* Mwahahahahaha...


***

Bla bla, wszyscy siedzą w domu pani Agnes i gadają, gdy wtem! Robin nagle w błyskawicznym tempie zapada na demencję. Ermirowie chcieliby go wyleczyć, ale nie mogą, bo znają tylko teorię, ale nie praktykę…


— Czekajcie, przecież nie możemy bez Robina, musimy mu pomóc! — Milena prawie krzyknęła. — Nie może tak być, że go tak zostawimy! Przecież wy jesteście tacy dobrzy, jak możecie tak spokojnie rozmawiać…? — jej głos trochę się załamał. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Ermirowie nie próbują czegoś zrobić…

— Mileno, ale musisz wiedzieć jedną rzecz. My nie znamy chorób, czegoś takiego wcześniej w ogóle nie było na naszej planecie. Nie potrafimy sobie czegoś takie wyobrazić. — Balejaż popatrzyła bardzo łagodnie na Milenę. — Oczywiście chodzi mi o wyobrażenie leczenia, bo samą istotę choroby rozumiemy, jednak nigdy nie mierzyliśmy się z tym problemem…

Sorry, Robin, miło było cię poznać. 

Przebywał na Ziemi przez setki, jeśli nie tysiące lat i atak super demencji musiał nadejść akurat teraz? 

Gwarancja mu się skończyła. 


Bla, bla, ustalają plan – Milena, Erdmunda i Mike lecą na poszukiwanie jednorożca, reszta zostaje, by na miejscu bronić Ziemi. Karo dostaje zadanie – zawiadomić pozostałych Ermirów, aby w odpowiednim momencie przemienili się z powrotem i dołączyli do walki. 

(A Ermirowie: do czego? O czym ty do nas mówisz, bo nic nie rozumiemy?)


Milena wróciła do Karo, by porozmawiać z nią przez chwilę, zaś Mike i Har poszli za nią, chcąc w kuchni dopchać żołądki. Pomimo ogromnych ilości pokarmu, które zostały przez nich pochłonięte, jedzenie nie powodowało żadnych dolegliwości żołądkowych, a poza tym nie czuli w ogóle efektu napchania się do granic możliwości.

Czujecie te emocje, gdy zbliża się wielka bitwa z najeźdźcami z kosmosu, gdy trzeba rzucić na szalę losu wszystkie siły… dobra, ja też nie. 

(...)


Statek kosmiczny przypominający muszlę klozetową czarnej, ogromnej małży wylatywał poza obszar planety Mat. (...)

Przy każdej planecie znajdował się korytarz podróżny, który pozwalał przenosić się niewyobrażalnie szybko przez wielkie odległości. Przypominał trochę metro znane na Ziemi — wchodziło się do tego korytarza, szybko pokonywało przestrzeń, nie widząc nic, i wychodziło się z korytarza przy innej stacji metra. W tej podróży stacją był Ermir.

Hm, pomysł kosmicznych korytarzy chyba dopiero co przyszedł autorowi do głowy, bo przedtem nie było ani słowa na ten temat, a przecież o podróżach i statkach było całkiem sporo. 



(...)

Wasiliew stanął przed najwyższą kategorią swoich poddanych, czyli tych, którzy mogli go oglądać.

Olbrzymie ekrany na miliardach planet przekazywały jego słowa i wspaniałe oblicze, znane im tylko z przekaźników. Był dla nich wyrocznią, prawie bogiem — nie wiedzieli jednak, że ma kogoś nad sobą — wielkiego, złego, hebanowego konia.

Xantos postanowił wygłosić przemówienie, dlatego znalazł się w umyśle Króla.

— To ja, wasz Wielki Król. To ja, wasz Wielki Król. To ja, wasz Wielki Król. To ja, wasz Wielki Król. To ja, wasz Wielki Król — jak mantra powtarzał na początku ekran.

Wiemy, kurwa, wiemy. Wiemy, kurwa, wiemy – odmantrowali poddani. 


— Niedługo opanujemy cały wielki wszechświat. Pozostaną tylko Kraci, a reszta będzie nam służyć lub zostanie zniszczona lub zamrożona. Będziemy tylko my! — rozpoczął swoją przemowę Xantos ustami Wasiliewa. Zrobił krótką pauzę i kontynuował.— Kiedy zwyciężymy, nasza rasa stanie się jedyną, która będzie rządzić na wieczność. Zło będzie panować, przepowiadam wam to.

https://thumbs.gfycat.com/DeafeningDefiantHind-size_restricted.gif



(...)

— Służba, do mnie — warknął i natychmiast stanął przy nim jakiś Krat.

(...)

— Tak, mój Panie — służalczo zapytał Krat, którego tępa twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Patrzył się na swoje buty i wiedział, że jeżeli podniesie wzrok, może zginąć.

Xantos uderzył go niespodziewanie, aż ten się przewrócił.

— Mam dobry humor, musiałem się rozerwać — powiedział uśmiechnięty. — Ale przeżyjesz, bo widzę, że możesz mi się przydać.

— Dziękuję ci, panie. — Z rozbitych ust i nosa służącego ciekła krew.

— Potrzebuję jeszcze trochę rozrywki — powiedział i uderzył Krata ponownie. – Przynieś mi natychmiast małego koteczka! Albo żółciutką, puchatą kaczuszkę! Muszę je skopać!!! Jestem jeszcze za mało złolski!!! 

Xantos, a próbowałeś sobie kiedyś tak po prostu zwalić konia? 


Rozdział XIV

POWRÓT NA ERMIRA


Milena, Erdmunda i Mike wyruszają w drogę, o ile dobrze rozumiem – do białego konia, przy którym znaleźli swego czasu statek kosmiczny. 


(...)


— Czy jeszcze ktoś na Ziemi wie o was? — spytała Milena. Po raz pierwszy miała chwilę czasu do namysłu i do głowy cisnęły się jej różne pytania.

— Kilka osób wie; to ci, względem których czuliśmy, że możemy im zaufać. Wielu nas widziało, ale w trosce o bezpieczeństwo wymazaliśmy to z ich umysłów. — Chłopiec i dziewczyna zauważyli, że Mag bardzo się zmieszał.

— Jak to wymazaliście? — Milena nie mogła w to uwierzyć. — Chyba nie robiliście tego wbrew ludzkiej woli — dodała przerażona, patrząc na Erdmundę.

— Niestety — cicho odezwał się Ermir. — Nie miałem wyjścia.

Ale wy przecież nie jesteście zdolni do przemocy! 

Nie stosują przemocy, ale to przecież była zupełnie wyjątkowa sytuacja! Czego nie rozumiesz, Vahu? 


 Czasem musieliśmy się przemieniać z ziemskich koni w ermirskie, ponieważ w innym przypadku stracilibyśmy całą naszą moc. No i mając kopyta zamiast dłoni nie można było użyć telefonu. Pewnie wcześniej przed walką z trucizną Kratów nie zrobiłbym tego, ale po wyjściu z ciemności zawsze trochę zostaje jej w głowie.

Aj waj, ale wiele lat wcześniej skażone ermirskie konie zostały skazane na wygnanie, bo już nie były tru. 


— Czyli manipulowaliście ludźmi? — dociekała Milena.

— To nie tak, usuwaliśmy tylko nasz widok jako ermirskich koni — starał się usprawiedliwić Mag. — Zrozum, Milena, nie było innego wyjścia, robiłem to z ciężkim sercem. I tak zostałem potrzaskany mentalnie w ataku Kratów na naszą planetę.

Ojejku, jakie odwracanie uwagi od tego, że grzebał komuś w umyśle. 


(...)


Dostają się ponownie do statku kosmicznego. 


— Co teraz? — Spojrzała lekko przerażona dookoła. Przypomniała sobie pierwszy pobyt w statku z Karo i pomyślała, że to bardzo dziwne, ale w ogóle nie przygotowała się do lotu. Miała porozmawiać z Robinem, miał jej udzielić jakichś rad. Jednak w międzyczasie było tyle przygód, że zupełnie o tym zapomniała. Przekazała swoje myśli Erdmundzie.

— Niestety, znam tylko teorię tej materii — powiedział Mag i dotknął jej ramienia w celu dodania jej otuchy. — Pamiętasz swój pierwszy pobyt tutaj?

Jest cokolwiek, czego ten super-duper mag nie zna jedynie z teorii? Oprócz wymazywania ludziom wspomnień? 

Akademicki intelektualista po raz pierwszy skonfrontowany z prawdziwym życiem. 


(...)

— Gdzie jest Mike? — Przypomniało jej się, że — tak jak poprzednim razem — gdzieś zniknął w czeluściach masy, która była jednocześnie statkiem kosmicznym. 

Totalnie widzę statek kosmiczny w formie wielkiego, galaretowatego bloba. 


Wysłała myśl, która bardzo szybko zlokalizowała go niedaleko miejsca, które, jak się wydało Milenie, było kabiną sterującą, jednak w żadnym wypadku nie przypominało znanych jej z filmów i książek statków kosmicznych.

Mike kręcił się wokół tej niby-kabiny, a że substancja powodowała uczucie zadowolenia, stracił poczucie czasu. „Pewnie mógłby tak kręcić się w nieskończoność” — pomyślała Milena i wyciągnęła chłopca ze ściany. Wskoczył z wyrazem zadowolenia na twarzy.

— Ale super! — Mike westchnął i popatrzył na substancję, jakby chciał wskoczyć z powrotem do środka.

Czy tą substancją był melanż? 

W każdym razie wygląda to na coś nie dla dzieci. 

Jeśli to był melanż, to biedny Mike może wkrótce wyglądać jak nawigator gildii kosmicznej.

https://i.redd.it/lnx8rf6nirn01.jpg


(...)


— Erdmundo, więc nie widziałeś nigdy takiego statku kosmicznego? — spytała, znając przecież odpowiedź.

— Nasze żaglowce są zupełnie inne, mają zwykły napęd na promieniowanie kosmiczne i podróżują po całym wszechświecie przez korytarze, które znajdują się przy każdej planecie. 

Mam wizję Wszechświata jako hotelowego korytarza z mnóstwem drzwi. 


Ta substancja jest podobno częścią materii kosmicznej, rozkłada się i składa w każdej części kosmosu wraz z całą zawartością. 

Rozumiem, że chodzi o teleportację, dezintegrację statku w jednym miejscu i odtworzenie w innym, ale przez ten opis nie mogę się pozbyć obrazu rozkładanego i składanego wachlarza. 


Nie pytaj mnie, jak to działa. To bardzo skomplikowane nawet dla mnie, mimo że uczyłem się tego setki lat za pomocą narzędzi, które tłoczą wiedzę bezpośrednio do mózgu — to taki nasz sposób uczenia. — Uśmiechnął się. — Nauczycieli jako takich nie mamy. — Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

— Co za cudowna planeta… — Mike westchnął, czekając z niecierpliwością na start.

— A Miłosz jaki byłby szczęśliwy — dodała Milena (z powodu braku nauczycieli? Przecież jest już dorosły?) i zaczęła dotykać ścian. Poczuła, że łączy się z substancją i staje się cząstką kosmosu. Zrozumiała, że może przenieść się wszędzie, musi sobie to tylko wyobrazić. 

Trochę lipa, jeśli akurat nie ma pojęcia, jak wygląda miejsce docelowe ani gdzie się znajduje. 


Jej mózg, połączony z materią, potrafił zdematerializować się z miejsca, w którym był, i złożyć z powrotem w wybranym punkcie w kosmosie. Nagle zawirowało jej w głowie i poczuła, że się rozpada. Usłyszała jeszcze krzyk Mike’a i ciało zaczęło znikać, rozsypując się, jak rzeźba z piasku, na maleńkie, niewidoczne części.

Słowo, którego ci zabrakło, autorze, to “atomy”. 


***


Statek renegatów ląduje na opuszczonym Ermirze, by go zniszczyć. Pod wpływem widoku rodzinnej planety Arejon buntuje się przeciw Xantosowi i zostaje przez niego uwięziony. 


***

Milena, Mike i Erdmunda materializują się z powrotem – również na Ermirze. 



— Plan jest taki, posłuchajcie. — Erdmunda dotknął traw, schylając się nisko i przeczesując je palcami jak grzebieniem. Planeta do niego mówiła i zrozumiał, że statek Kratów już tutaj jest. Zastanawiał się, ile oni wiedzą.— Jest Wielka Sala, Siedziba Królów — tam może być ukryta tajemnica.

— To nie jesteś pewien? — Milena popatrzyła na niego naprawdę zdumiona. — Jak możesz tego nie wiedzieć?

— Tego nie wie nikt z żyjących Ermirów, skoro nie wiem tego ja — powiedział z niezmąconą pewnością siebie. — Mam całą wiedzę w sobie, również tych, którzy żyją od tysięcy lat. Nikt nie pamięta, żeby na planecie cokolwiek było ukryte, każde publiczne miejsce było dostępne dla wszystkich (no, na tym właśnie polega miejsce publiczne…). O tym, że mogą być w ogóle jakieś sejfy, skrytki, dowiedziałem się dopiero na Ziemi.

Rozumiem, że Ermirowie nie mieli nigdy problemu na przykład z dziećmi mogącymi niechcący wypić środek do czyszczenia toalet? 

Odważne z twojej strony jest zakładanie, że na Ermirze istnieją toalety. 

(...)


Xantos i Balis jako pierwsi docierają do siedziby królów i zaczynają szukać źródła mocy. Tymczasem na Ziemi Miłosz ma inne problemy…


— Mogli mnie wziąć ze sobą. — Miłosz nie mógł się pogodzić, że został. Chociaż z drugiej strony nie było to takie najgorsze. Opychał się potrawami robionymi przez Balejaż, a mimo to w ogóle nie tył. Co więcej, wydawało mu się, że coraz lepiej wygląda.

— Królowo, jak ty to robisz? — zapytał z niewiarą.

— Ale co robię? — Balejaż się uśmiechnęła i Miłosz uznał, że gdyby była kobietą, a nie koniem, to pewnie by się zakochał. Jej jasna sierść i niebieskie oczy robiły piorunujące wrażenie.

Miłosz wygląda mi na strasznie zdesperowanego. 


— No wiesz co, nie udawaj — przekomarzał się.

— Miłoszu… — Uśmiech Królowej był coraz szerszy. — To proste potrawy, nie ma o czym mówić.

— Ale ja ich tyle jem i jestem coraz szczuplejszy! — Był naprawdę pod wrażeniem.

O borze, czyżby Balejaż gotowała te potrawy z clickbaitowych reklam – “Schudniesz 25 kg jeśli codziennie będziesz jeść TO”? 

I wszystko na bazie “zdrowej trawy pszenicznej” od Jerzego Zięby. 


— To normalne, nasze potrawy pomagają organizmowi we wszystkich jego problemach. Tak naprawdę dzięki temu tak długo żyjemy. To po prostu wspaniały, naturalny przedłużacz życia.

No teraz to jestem pewien, że to trawsko od Zięby. 


— Niesamowite, chcę też tak umieć — powiedział rozmarzony Miłosz.

— Nauczysz się może kiedyś, zobaczysz. Na razie wszyscy spać — dodała tonem już mocno królewskim.

A ty, Miłosz, rączki na kołderkę! 


(...)


— Musimy powiadomić wszystkich Ermirów. — Balejaż wiedziała, że nadchodzi ostateczny moment rozgrywki. — Pewnie będzie chaos — dodała, uśmiechając się do Miłosza, który nie mógł przestać jeść.

No naprawdę, kreskówkowy Element Komiczny. 


— Porzucimy Ziemię i co dalej? — Karo wiedziała jedno — jeśli ma gdzieś wrócić, to może być to tylko Ermir. Żadna inna planeta nie miała tyle zieleni i wspaniałych widoków. I wszędzie stworzenia były zupełnie inne niż na Ziemi i Ermirze. Była dobrą uczennicą i nie miała co do tego wątpliwości.

Znaczy, przekaz ermirskiej szkoły brzmiał: nasza planeta jest najpiękniejsza, a wszędzie gdzie indziej żyją jakieś kreatury, NIE CHCECIE WŚRÓD NICH MIESZKAĆ.


— Karo, musimy działać, a nie mieć wątpliwości. Połączmy strumienie naszych myśli i wyślijmy sygnał do wszystkich Ermirów. Później bezzałogowe niewidzialne statki zabiorą ich na dno oceanu i polecimy na orbitę. 

Jedyny sens, jaki widzę w tym planie, to odciągnięcie zagrożenia od Ziemi. Bo co jej w zasadzie z tych wszystkich zebranych Ermirów, skoro są niezdolni nie tylko do walki, ale nawet do pomyślenia o niej? 


Włączymy pola siłowe i będziemy czekać na atak. — Balejaż spojrzała swoimi pięknymi oczami na córkę, a w jej myślach czuć było rezygnację.

Plan prawie tak dobry jak ten Holdo w “Ostatnim Jedi”. 


— Mamo, nie możemy się poddać. Wiem, że Milena da sobie radę. Przecież tak naprawdę zawierzyło jej dwóch Magów, największe umysły, jakie mamy. 

No, to brzmi bardzo przekonująco. 


— Ermirska Księżniczka miała tyle wiary w myślach, że Balejaż została tym zarażona. Jednak jej działania wymagały walki, a ona w ogóle nie miała do tego głowy. Tak jak wszyscy na Ermirze.

No właśnie. 


(...)


Bla, bla, Milena spotyka gadającego psa, który papla dużo i bez sensu, ciach. Po tym przerywniku lecą znów do siedziby królów. 


— Startujemy zatem i lecimy do Sali Królów — Milena tradycyjnie wydała polecenie.

Kiedy unieśli się nad ziemię i przelecieli jeszcze kawałek, zobaczyli nagle iglicę Sali Królów, a ponad nią wielki, obły i czarny kształt statku kosmicznego.

Wtedy dostrzegli ich Kraci. Strażnicy otoczyli właśnie całość polem siłowym, ale nie przewidzieli jako intruzów latających ludzi i konia. Najbliżej stojący Krat wycelował broń w ich stronę.

— Nie zabijaj ich! Mogą być ważni dla Króla — powiedział jego kolega.

Ten przestawił broń na paraliżowanie, ale nie pomyślał o tym, że jeśli spadną z takiej wysokości, to się zabiją…

Wycelował broń, ale nagle w jego umyśle pojawiło się coś dziwnego. Nakaz, żeby strzelać do innych Kratów. Nie rozumiejąc tego, nie znając przyczyn, skierował paralizator w kierunku innych i przycisnął guzik. Nagle rozpętało się prawdziwe piekło. Wszyscy zaczęli strzelać do siebie i padali sparaliżowani. Bezładna wymiana ognia z paralizatorów trwała kilka minut, aż nagle ustała. Wszyscy leżeli unieruchomieni; w takim stanie mieli trwać kilka dobrych godzin.

Milena z Mikiem i Erdmundą wisieli w powietrzu, patrząc na to z zimną krwią. Dzieci były nieco przerażone, bo po raz pierwszy widziały coś takiego. Nie mniej przerażony był Erdmunda. Ale patrzyli z zimną krwią, oczywiście. 

— To ja, to ja… Zrobiłem coś takiego, jakie to straszne… — szeptał do siebie. — Nigdy wcześniej czegoś takiego bym nie zrobił… Ta planeta, moja planeta, staje się zła…

Wylądowali na ziemi. Mag stał jak porażony, nie mogąc się ruszyć.

— Nic im nie zrobiłeś. — Milena spojrzała na niego i nie wiedziała, co się dzieje. — Przecież oni wszyscy żyją, tylko są nieprzytomni, prawda?

— Tak, kazałem im się sparaliżować… — Erdmunda zaczął się trząść. — Zrobiłem coś strasznego… Takich rzeczy nie można robić.

— Wielki Magu, obudź się! — Dziewczyna podeszła do niego, zadarła głowę i spojrzała mu w oczy. — Przecież oni by nas zabili!

— Nie można, nie można tak robić… — Wielki koń usiadł na ziemi, a grzywa spadła mu na oczy. — Ermir tak nie może zrobić, nie może… — powiedział to i znieruchomiał.

Zamienił się w słup soli? 

Ej, no ale co on się tak trzęsie, przecież nie pierwszy raz wpłynął na czyjś umysł! 


(...)

Xantos i Balis znajdują schody prowadzące w dół, głęboko w podziemia i wreszcie docierają do tajemniczej sali. 


Cała sala wykonana była z czarnego kryształu mieniącego się refleksami światła. Nie wiedzieli, jak dotarli do środka, bo nie było żadnego wejścia. Podłoga była przezroczysta, a pod nią widać było miliardy płonących gwiazd. Wybuchały tam słońca, eksplodowały supernowe, zasklepiały się czarne dziury, a wiry wchłaniały to wszystko, rozrzucając promienie, które lizały słodkie komety. 

– Pfuuuuj, ta była gorzka! – kosmiczny wir rzygnął strumieniem plazmy. 


Gwałtowność zmian była oszałamiająca.

— To, to, to jest energia kosmiczna… — szepnął Xantos, a oczy mu zapłonęły.

— Oni stworzyli drugi kosmos!!! — Balis zdusił w sobie krzyk, bo nawet dla niego było to nieprawdopodobne. Zrozumiał teraz, dlaczego nikt nie uczył o tym w szkołach. To było źródło tak potężnej energii i mocy, że nic nie było w stanie temu sprostać. Został powtórzony wielki wybuch i zamknięty w jądrze planety… To był napęd planety, statków kosmicznych i dobrego życia… 


Tylko że to oni teraz tym władali. Nie wiedzieli jeszcze, jak, ale się dowiedzą. 

Miejmy nadzieję, że twórcy zostawili gdzieś instrukcję obsługi. 


I wtedy Go zobaczyli.


(...)


Milena dociera do siedziby królów, ale zostaje sama – Erdmunda jest w zbyt wielkim szoku, a Mike odczuwa zwątpienie i strach spowodowane obecnością renegatów i ich siłami psychicznymi. Milena jest na to odporna dzięki kosmicznemu skafandrowi, więc zostawia swoich towarzyszy i rusza dalej sama. 


Rozdział XV

MILENA


(...)

W domu pani Agnes zostali tylko gospodyni i Miłosz.


— Czekać, czekać… Nienawidzę czegoś takiego. Idę zjeść jeszcze trochę specjałów, które zostawiła Balejaż. Ona była taka piękna. Tylko niestety miała sierść i była bardzo, bardzo wysoka.

Ale jakie to ma znaczenie dla prawdziwej miłości! 

I jeszcze miała taką końską twarz! 


— Nikt nie jest doskonały, Miłoszu. — Pani Agnes się uśmiechnęła. — Na dodatek teraz już leci statkiem kosmicznym i znowu jest Królową…

Za wysokie progi na twoje nogi. 


(...)


Potężny czarny koń z długą grzywą i ogromnym rogiem stał rozjuszony i wściekły, że ktoś go przebudził. Nie wiedział, co ma robić, ale chciał skarcić tych, którzy śmieli zakłócić jego spokój. Widać było, że sala, w której został zamknięty, wykonana została z dziwnego materiału, który izolował całe otoczenie. 

Ale w jakim sensie “widać było”? Jak to można było poznać “na oko”? 


Naprzeciwko niego stał Xantos, z nozdrzy którego buchały wielkie płomienie.

Jednorożec był o wiele większy od Xantosa. Miał kilka metrów wysokości i stał na czterech nogach. Oprócz długiego hebanowego rogu na końcu głowy (znaczy, na nosie?), miał wielkie czarne skrzydła.

Spod jego kopyt tryskały iskry. Z tyłu stał Balis i wpatrywał się zdumionymi oczami w Jednorożca.

A teraz obstawiamy! Czy wygra zawodnik buchający ogniem z nozdrzy, czy ten który tryska iskrami z kopyt? 


(...)

Xantos spróbował wedrzeć się do głowy Jednorożca. Nie było tam nic. Żadnych uczuć, kompletna pustka. Ani zła, ani dobroci. Tylko cisza tak pusta, że aż krzyczała.

— Rozkazuję ci uklęknąć przede mną — odezwał się Xantos do bestii.

(...)

— Poczekaj! — Przyszły Król rozpędził się i wskoczył na grzbiet Jednorożca. Ten rozpostarł skrzydła i wzleciał wysoko, pod sufit ogromnej sali. Potem uderzył kilka razy w jej sklepienie. Xantos nie utrzymał się na grzbiecie, zleciał i grzmotnął o podłogę. Podniósł się jednak szybko. Był bardzo wytrzymały i silny. Jednorożec wylądował i stanął przed nim. Tym razem Xantos poczuł, że wchodzi do jego świadomości. Pustka wypełniała się powoli, jakby otworzyła się przed nim jakaś blokada. Zaczął tam odnajdować wszystkie złe cechy Ermirów, które kiedyś mieli: pychę, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, znużenie duchowe.

Siedem grzechów głównych? Tak bezczelnie przepisanych? To już jest lenistwo, autorze! 


 Zrozumiał, że tutaj Ermirowie ukryli całe swoje zło, że oto może je wypuścić albo posiąść i stanie się ich panem. Zaczną być tacy jak on. Tylko po co mu to było. Już ich nie będzie. A on posiądzie energię tej planety i dowie się, jak powstają nowe wszechświaty. I stworzy nowe, gdzie również będzie Królem. Nie będzie nic poza nim. Nic. Dotarł do imienia. Jednorożec nazywał się SELIGA. 


Zjednoczyli swoje zło tutaj i ukryli przed sobą. 

CZEKAJCIE. 

To znaczy, że Ermirowie złapali “jedynego Ermira, który żyje od początku kosmosu i jest nietykalny, ponad wszystkimi złymi rzeczami”, który jest “najczystszym dobrem, niczym nieskażonym, ponad wszystkim” – i przelali w niego całe swoje zło??? 

To jest źlejsze niż wspólne knowania Palpatina, Saurona i kurii rzymskiej. 

I jeszcze zamknęli go w pomieszczeniu bez wyjścia! 


„Dlatego są tacy, dlatego nie potrafili mi się przeciwstawić?”. Teraz już znał odpowiedzieć, mógł stać się wszystkim.

Wtedy nastała ciemność. A zaraz potem rozbłysła jasność.

Przed nimi stanęła niewielka dziewczynka z bacikiem w ręku. Miała długie blond włosy, w oczach wielką łagodność, a jednocześnie zdecydowanie.

Balis pierwszy ruszył w jej kierunku, ale skierowany w jego stronę bacik spowodował, że upadł nieprzytomny jak rażony piorunem.

Xantos zrozumiał, że ma przed sobą tę, która miała uratować świat. Zaśmiał się w duchu. Wiedział, że teraz jest potężny i nie zatrzymają go małe dziewczynki, nawet te mające baciki w dłoniach. Zwłaszcza że po jego stronie był teraz SELIGA, który zupełnie mu się podporządkował.

— Jednorożec… — Milena z wrażenia o mało nie wypuściła bacika. Nie tak sobie wyobrażała tego, który miał to wszystko uzdrowić.

(...)


Piękne kosmiczne żaglowce Ermirów znalazły się w korytarzu prowadzącym do planety Mat.

(...)

Kraci byli kompletnie zaskoczeni. Król Wasiliew oczekiwał boskiego głosu, który miał mu powiedzieć, co ma robić.

Serio, nawet w takim przypadku potrzebował prowadzenia za rączkę? 

https://i.pinimg.com/originals/2f/a7/2e/2fa72e194afea89eb7912bbaccc5d958.gif


 Jednak Xantos nie mógł mu teraz nic powiedzieć. Nie mógł mu przekazać żadnych rozkazów.

Kosmiczne armady stały naprzeciwko siebie. Pole siłowe, jakie włączyli Ermirowie, mogło długo zatrzymywać Kratów, nawet mimo ich ataków. Jednak, co było ogromnym zaskoczeniem, nie ruszyli, by ich zniszczyć. Stali w bezruchu, jakby na coś czekali.

— Dlaczego nie atakują? — zaskoczony Ar Schir patrzył w wielki kryształowy ekran, na którym setki bojowych statków Kratów wycelowały w nich swoją broń.

— Czekają na decyzję Króla. — Har znał zwyczaje, sam kilkakrotnie nie wiedział, dlaczego Wasiliew nie wydaje rozkazu.

— A dlaczego Wasiliew nie podejmuje decyzji? — Ar Schir drążył temat. — Przecież nas jest o wiele mniej, a na dodatek wiedzą, że nie będziemy walczyć tak naprawdę…

(...)

— Słuchajcie, a może spróbujemy zaszczepić w nich dobro? — Ar Schir przypomniał sobie, że na wielu planetach to im się udało.

...Ale zapomniał, że z Kratami też próbowali i im się NIE udawało, i dlatego musieli uciekać i ukryć się na Ziemi? 


— Przecież próbowaliśmy, nie pamiętasz? — Balejaż jednak popatrzyła na niego z nadzieją.

— Teraz może się uda, jesteśmy skupieni wszyscy na naszych żaglowcach, więc może spróbujemy.

Jeżeli robiłeś coś dziesięć razy i nie zadziałało, to może trzeba zmienić metodę? Nieeeee, trzeba spróbować jedenasty raz! 



— Ale nie ma naszego Maga, poleciał z dzieciakami uratować wszechświat… — ton głosu Królowej nie był zbyt pewny. — On zawsze w takich chwilach kierował strumień dobra.

Well, więc może macie winnego wcześniejszych porażek? 


(...)

*

Stali naprzeciwko siebie. Wielki Jednorożec, największy, jaki kiedykolwiek istniał, a z drugiej strony mała dziewczynka, z bacikiem w ręku i bez lęku w oczach. Wystawiła przed siebie dłoń i SELIGA się zatrzymał, jakby się nieco wystraszył.

— Pomyśl, zanim użyjesz — zadźwięczało w głowie Mileny. Przypomniała sobie napis na baciku.

— Myśl, Mileno, myśl — szeptała do siebie.

Jednak żadne pomysły nie przychodziły jej do głowy. Wszystko zastygło w bezruchu. Milena i potwór wyglądali jakby ktoś im zrobił zdjęcie, unieruchomił i zamknął w fotografii. Sekundy mijały i niespodziewanie dziewczyna rzuciła bacik na ziemię.


Jednorożec pod rozkazami Xantosa rani Milenę, mimo chroniącego ją kombinezonu. Xantos triumfuje, ale… 


(...)

— Czyżbym miała umrzeć? Co to jest? Dlaczego otacza mnie piekło? — zastanawiała się głośno. Ból, który przeszywał ją całą, odszedł. Nie czuła nic, tylko delikatne ciepło, które ją otuliło. — Tak się to kończy? To niemożliwe, miałam uratować wszystkich...

— Tak, dobrze, tak miało być. — Pysk Xantosa wykrzywił grymas triumfu i pogardy dla leżącej dziewczynki. — A ty, SELIGA, dobrze się przysłużyłeś, będziesz na zawsze moim sługą.

Jednorożec zachwiał się na moment, a jego puste oczy wypełniły się strachem. Nogi załamały mu się nagle i upadł na kolana tuż przy Milenie, tak że głowa leżała tuż przy jej dłoni.

Dziewczyna próbowała dotknąć wielkiego łba, żeby go pogłaskać.

— Nie wiem, kim jesteś, ale wiem, że nie chciałeś. Zmusił cię ten zły Ermir, prawda? Jednorożec nie może być zły, to nie tak. Legendy nie mogą się tak mylić. Proszę, proszę — szeptała, chcąc zmienić rzeczywistość. — Ja umieram, ale ty musisz być dobry… — Zaczęła płakać. — Wszędzie w to wierzą, wszędzie…

A tu ups, znalazła się w świecie współczesnego retellingu starych baśni, gdzie jednorożce są złe, kucyki praktykują mroczną magię, a księżniczka zabija rycerza i odlatuje ze smokiem. 


— Nic ci się nie uda zmienić, dziewczyno znikąd. Jestem panem wszechświata, posiadłem wszystko i wszystko jest moje… Zostawię cię żywą, będziesz mi służyć jako największy żart Robina Goodfellowa. — Xantos podniósł ręce w geście zwycięstwa. — Jestem panem nad panami — wrzasnął.

Czy Xantos nie powinien użyć ermirskiego imienia Robina? 


— Zapomniałeś jeszcze o Erdmundzie — szepnęła Milena i zobaczyła, jak jej krew spływa na pysk jednorożca. Puste oczy wielkiego konia ze skrzydłami zaczęły nabierać blasku, a przez czarne spojrzenie zaczęło przebijać się niebiańskie światło.

Hm, czy to Wam czegoś nie przypomina…? Harry Potter i Komnata Tajemnic, triumfujący Riddle i Harry, który oznajmia, że największym czarodziejem jest Dumbledore?

Niemniej – tam to miało jakiś sens, bo rzeczywiście poznaliśmy Dumbledore’a jako potężnego czarodzieja oraz bardzo ważną osobę dla Harry’ego, tu zaś Erdmunda ani nie dał się poznać jako szczególnie potężny (to już prędzej Robin Goodfellow), ani też jako autorytet i przewodnik dla Mileny. 


Jednorożec zaczyna ziać czarnym dymem, z którym uchodzi z niego całe zło. Kryształowa podłoga pęka, a Xantos i Balis wpadają do alternatywnego wszechświata, zabierając ze sobą również zło wydalone przez Seligę. Milena zostaje uzdrowiona, a Jednorożec, teraz lśniąco biały, odlatuje, aby siać dobro i  piękno we Wszechświecie ;)

I wszystko pięknie i w ogóle, ale trochę żal mi tego drugiego kosmosu. I tak sobie myślę: jeśli główni złole trafili tam razem z całym ermirskim złem, to oznacza to, że nie dostali żadnej kary. Tak właściwie to dostali całą piaskownicę do swoich złych zabaw.

Znaczy – niby jest powiedziane, że będą tam cierpieć i pokutować za swoje winy, ale coś mi się widzi, że to tylko pobożne życzenie.  



— Oj, przyleciałeś… Zwyciężyłeś SELIGĘ? — trochę jeszcze majaczyła, ale poczuła, jak otacza ją szczęście.

— Nie, jestem tym samym Jednorożcem… Którego twoja dobroć i niewinność sprowadziły na drogę dobra. Pokonałem zło, którym obarczyli mnie Ermirowie, chcąc uciec przed wojnami. Ale nie można przenieść swojego zła na kogoś innego, bo nie można budować swojego szczęścia na nieszczęściu innych. Ermirowie oddali mi swoje niedobre uczucia, ale ja, przyjmując je, sam stałem się bardzo nieszczęśliwy. 

No tak. Pomysł trochę podobny do tego, na którym oparte jest opowiadanie “Ci, którzy odchodzą z Omelas” Ursuli K. le Guin, ale… tu się ujawnia cała głupota ermirskiego sposobu na wprowadzenie pokoju we Wszechświecie. Zniewolili nie słabe dziecko, a potężną, przedwieczną istotę, napełnili ją całym swoim wewnętrznym złem, zamknęli i… wykasowali samym sobie pamięć o jej istnieniu! A gdyby coś poszło nie tak? Gdyby Seliga się uwolnił? Przecież przecieki zła już się zdarzały, mimo wszelkich osłon co najmniej czterech Ermirów zostało skażonych, a jedyne, co mogli zrobić pozostali, to wygnać tamtych z planety – i widzimy, jak to się skończyło. 



Ty oddałaś mi swoje życie, a to pozwoliło nam razem zwyciężyć zło.

Mam niejasne wrażenie, że tutaj z kolei autor próbuje nawiązać do ofiary Aslana w Narni, która z kolei była nawiązaniem do śmierci Chrystusa, więc… Milena byłaby takim nowym Chrystusem? 


(...)

Potem skrzydlaty koń wzbił się. Biel jego sierści była nieskażona, rozwiana grzywa falowała, rozrzucając błyski, jakby iskierki złota tańczyły w powietrzu. Sklepienie otworzyło się, kiedy dolatywał już do bram więzienia, w którym spędził setki lat. W końcu wolny… poleciał naprawiać wszechświat. Kiedy tak rozpościerał skrzydła, fale dobra rozchodziły się wszędzie. Płynęły przez ogromne przestrzenie kosmosu z szybkością myśli.

— Żegnaj — powiedziała Milena i zaczęła tęsknić za chwilą, którą przeżyła. Zawsze będzie pamiętać Jednorożca i ten moment, który spędzili razem…


*

Król Wasiliew stanął samodzielny i wolny. Był Kratem, w jego głowie szalała chęć zniszczenia i zabijania. 

Ich muss zerstören! – ryknął. 


Jednak jakaś maleńka myśl zaczęła kiełkować mu w umyśle. I kiedy tak się zastanawiał, nie mając już obroży nadzoru Xantosa, docierały do niego pytania — po co on to robi? Dlaczego zabili tyle stworzeń? Czy komuś się przez to żyje lepiej? Po co to wszystko było?

Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? O której otwierają Biedronkę? 



Usiadł przytłoczony tą myślą na największym tronie, jaki kiedykolwiek widział wszechświat.

Tron był tak ogromny, że nikt nie dostrzegał na nim maleńkiej sylwetki króla. 


 W tej chwili miał władzę nad wszystkim — nie do wyobrażenia. Tylko co z tego? Po co mu ta władza? Po co wydawać innym rozkazy, skoro oni przez to cierpią? W tym momencie, najbardziej światłym momencie swojego życia, podjął decyzję.

Podszedł do transmitera swoich przemówień, który wysyłał jego odbicie do milionów posłusznych planet.

(...)

— Zakazuję zabijać i mordować, walczyć i czynić zło. To mówię ja, Wasz Król! Koniec takiego świata.

Ot, tak po prostu. Bo ja tak mówię.  

Bum, tak to się załatwia w monarchii absolutnej! A wy co, ciągle jakaś demokracja i swobody obywatelskie? Nawet mi was nie żal. 


(...)

Kraci, wcześniej wszyscy z bronią w rękach, teraz ciekawie przyglądali się Erdmundzie i dzieciom. Wyglądali jak zbudzeni z głębokiego snu. Jakby spali bardzo długo i nie mogli się dobudzić.

— Ich umysły są w szoku. Zostali pozbawieni tego instynktu, który ich pchał do mordowania i zabijania… — Erdmunda miał w głosie wyraźną satysfakcję.

A teraz wszyscy siądą i umrą, jak wcześniej kapitan Kir. Sprytne! 



— WRACAJCIE W POKOJU — powiedział Erdmunda i przesłał wszystkim tę myśl. Kraci niechętnie zaczęli wycofywać się do statku.

(...)

Czarna małż wzbiła się w powietrze. 

Albo czarna małża, albo czarny małż. (Choć formę “małża” już słownik Doroszewskiego określa jako przestarzałą). 


Pierwszy ze służby, ten, którego najczęściej bił Xantos, westchnął z ulgą. Dowódca żołnierzy popatrzył na oddalającą się planetę.

— Co my teraz będziemy robić? — spytał sam siebie.

No bo po co żołnierze, kiedy zapanował pokój? Po co w ogóle są żołnierze, skoro wszędzie może być pokój?

I na to pytanie nie znał odpowiedzi żaden z Kratów.

Aż wreszcie któryś z generałów poszedł po rozum do głowy i zapytał, po co ma być pokój, skoro można wywołać kolejną wojnę, dać bezrobotnym żołnierzom zatrudnienie, uruchomić na nowo opuszczone fabryki… 


Ermirowie dostają jeszcze pouczenie moralne, że zła nie należy outsorcować, a zwalczać je w sobie samym. Arejon, który przez całe życie służył Xantosowi, ale w ostatniej chwili się zawahał, zostaje z radością znów przyjęty przez ermirską społeczność (a tak w ogóle to on nigdy nie chciał, poszedł za Xantosem tylko z przyjaźni wobec Balisa, borze, jak ja nie cierpię tego motywu). Milena wraca do domu, a jako pamiątka po całej przygodzie zostaje jej gadający pies Krassek.


I tak oto świat został ocalony, możecie się rozejść. Tylko nie przed telewizor!  



Z mrocznych głębi Kosmosu pozdrawia najźlejszy złolski triumwirat analizatorski: Kura, Vah i Maskotek,

knujący, jak pozbawić wszechświat dobra, piękna, a przede wszystkim – najlżejszego wspomnienia o konisiach-tulisiach. 

6 komentarzy:

Dama z Rzeki pisze...

Proszę, proszę jak upada słodki wizerunek konisiów-tulisiów i ich planety wiecznego szczęścia. Najpierw wyganianie Robina, a teraz okazuje się, że u Kratów żyje cała grupa dysydentów spiskujących wobec reżimu.
No kto by się spodziewał!

Propaganda trzyma się jak zamarznięte zwłoki dna zamrażarki.

Satyr…? Autorowi chyba chodzi o to, że z Robina taki dowcipniś, “satyryk”, a nie o koźle nogi i nieposkromioną chuć?
A kto go tam wie? Pamiętasz, że ten facet to pierwowzór różnych mitycznych ujstw, w tym i inkuba?

"Najdziwniejsze było to, że kiedy kreowali inne planety na swoje podobieństwo — wojny, które tam trwały, od razu się kończyły i nie przenikały do ich umysłów."
Naprawdę dziwne... I nie miało to absolutnie nic wspólnego z tym, że pola megnetyczne planet w kształcie koniołaków dostawały kociokwiku, więc cywilizacje prażyły się jak popcorn.

Kratowie czcili końskie bóstwa?
W takim razie Har po przemianie powinien budzić respekt i szacunek, a tymczasem był znienawidzony właśnie za swój odmienny wygląd!

Gdy Pisak o tym pisał, jeszcze nie wiedział o końskich "szarych eminencjach".

Oho, bezcenny, superwypasiony prototyp – o co zakład, że nie przetrwa tej przygody?
O bio-maskę z funkcją termowizji, żeby wypatrzeć te całe lolcoptery. Mam tu gdzieś zapasową...

"[...] dotyk jego rogu pozwala uleczyć każdą chorobę."
Niewstawiajzboczonegokomentarza, niewstawiajzboczonegokomentarza...

https://thumbs.gfycat.com/DeafeningDefiantHind-size_restricted.gif
Czy tylko dla mnie Hux patrzy tak, jakby koło kamery był prompter?

Mam wizję Wszechświata jako hotelowego korytarza z mnóstwem drzwi.
To w sumie niegłupie, dzięki za pomysł na opowiadanie!

"Jej mózg, połączony z materią, potrafił zdematerializować się z miejsca, w którym był, i złożyć z powrotem w wybranym punkcie w kosmosie. Nagle zawirowało jej w głowie i poczuła, że się rozpada."
Tym samym na statku zostało ciało bez mózgu (jakby był tam wcześniej...).

Harry Potter i Komnata Tajemnic, triumfujący Riddle i Harry, który oznajmia, że największym czarodziejem jest Dumbledore?
Rogata szkapa to w takim razie Fawkes czy Bazyliszek?

I tak oto świat został ocalony, możecie się rozejść. Tylko nie przed telewizor!
I tak oto po raz kolejny zło i występek musiały ustąpić przed atomową siłą atomówek!

Ela TBG pisze...

To ksiopko było bardzo infantylne. To nie jest książka dla dzieci— bo to obraża kawał dobrej literatury dziecięcej. To nawet nie jest YA, bo przeciętne YA ma lepsze rzemiosło. To jest projekcja naiwnych fantazji autora pt. “Paanie, dawniej to lepiej było”/“Kucyponki w Star Wars dla ubogich”.

ZaKotem pisze...

Ciekawe, skąd w ogóle ałtorowi wzięła się ta irlandzka fantazja. W Irlandii nie ma ani jakichś rycersko-ułańskich tradycji, ani tym bardziej rolniczego prymitywizmu. Jedyny kraj w którym naprawdę "każdy ma konia" to Mongolia - dwa miliony koni na trzy miliony ludzi! Przecież takie rzeczy są w internecie. No, ale ałtor pewnie nie umi w internet, bo nawet telewizja to dla niego podejrzana nowinka techniczna.

Ela TBG pisze...

Łojtam łojtam, może się mitologii celtyckiej naczytał - kunie, rydwany, święte klacze itd? Przyznam też szczerze, że skądś - już nie pamiętam skąd - to z krajów w Europie najbardziej z koniami kojarzy mi się Irlandia. O Mongolii - pardon złośliwość-panaŁtor mógł nie słyszeć, bo kogo tam jakaś Azja obchodzi noweś.

RedHatMeg pisze...

Wiecie co? Ja mam ino teoryję:
Autor zaczął to pisać w latach dziewięćdziesiątych (najpóźniej), ale z jakiegoś powodu nie był w stanie wydać do tej pory. Lata mijały, autor wszedł w nowe stulecie i wreszcie znalazł wydawcę, a że nie był na czasie i nie chciał zmieniać swojej wizji, postanowił, że wstawi tylko jakieś coś o komórkach i internecie, a całą resztę zostawi, bo po co zmieniać pikne przesłanie o zgubnej telewizji?

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

W Mongolii nima białego kunia na trawie ani legendy o koniogościu. Zapewne to był powód.