sobota, 16 lutego 2019

368. Siema, Władziu, czyli wuxia pod Grunwaldem (3/3)

Drodzy Czytelnicy!
Jak pamiętacie z poprzednich części, Alfred, były Krzyżak oraz templariusz, został wyszkolony na asasyna i właśnie wyruszył ze swą pierwszą misją – ma zapobiec planowanemu atakowi na Jagiełłę przejeżdżającego przez Lublin.
W tym odcinku obejrzymy więc sobie średniowieczne miasto i zapoznamy z jego bolączkami, następnie wpadniemy w wir dworskich intryg, dowiemy się, że potęga zakonu krzyżackiego to była głównie propaganda i mydlenie oczu, a na koniec okaże się, jak naprawdę przebiegała bitwa pod Grunwaldem. Tego Wam w szkole nie powiedzą!
Indżojcie!


Analizują: Jasza, Vaherem i Kura




Alfred zsiadł z konia i nagle poczuł na swym gardle chłód ostrza.
Pamiętamy, że był szkolonym skrytobójcą, prawda?


Napastnik przycisnął go do swego ciała, ręką w której nie było ostra krępując mu ruchy.
Skrytobójca, który powinien widzieć i słyszeć więcej niż inni, szkolony w walce, daje się obezwładnić w chwili zejścia z siodła.


— Nawet nie drgnij bo rozpłatam Ci gardło. Trzeba przyznać, że napastnik jest wyjątkowo uprzejmy i ładnie mówi wielkie litery — głos był miękki, lecz stanowczy. Zdecydowanie był to głos kobiecy.
— Jesteś pewna, że tego chcesz?
— Być może przeżyjesz jeśli powiesz mi to co chcę wiedzieć.
— Ty to potrafisz zachęcić do współpracy.
Nie czekając na odpowiedź odchylił się do tyłu i po chwili Alfred z napastnikiem wylądowali na ziemii.
Pani mać Deklinacja szuka bata.


Alfred uwolnił się z uścisku i po chwili stał już naprzeciwko swego niedoszłego zabójcy.
A zabójca, trzymający sztylet na jego gardle, nie poderżnął mu tegoż gardła, bo…?


Głos nie kłamał. Była to kobieta, dość wysoka o czarnych włosach, bystrych brązowych oczach i piegowatej cerze. Włosy miała zaplecione w warkocz. W ręce trzymała sztylet. Nie była jednak ubrana jak kobieta w suknie lecz jak mężczyzna- szlachcic. Zadziornie uśmiechała się do Alfreda.
— Dam Ci ostatnią szansę. Wycofaj się. — Alfred starał się mówić spokojnie choć czuł jak krew szybciej zaczyna w nim krążyć. Chciał się z nią zmierzyć.
— Mam taką zasadę, że nie słucham oszustów. — wolną ręką sięgnęła za plecy (cały czas leżąc na ziemi) i wyciągnęła drugi sztylet.
Jest to ciekawy przypadek noszenia sztyletu na plecach.
Zapatrzyła się na Wiedźmina.


Uzbrojona kobieta ruszyła na Alfreda.
Nie zauważyliśmy, żeby w międzyczasie wstała, więc rozumiem, że ruszyła pełznąc?


Jeden sztylet wycelowała w szyję, drugi w brzuch. W ostatnim momencie Alfred uskoczył przed śmiercionośnymi ostrzami mijając się z nimi o kilka milimetrów. Korzystając z sytuacji Alfred odepchnął napastniczkę.
— Moja kolej. — wysunął Ukryte Ostrze.
Uzbrojony asasyn ruszył na na swoją ofiarę. Zamierzał zadać jeden czysty cios. Niestety nieznajoma zatrzymała Ukryte Ostrze skrzyżowanymi sztyletami.
No i fiasko.


— Chyba nie sądziłeś, że to się uda? — Kobieta uśmiechnęła się do Alfreda.
Zanim jednak zdążył jej odpowiedzieć, poczuł na swoim brzuchu silne kopnięcie.
Nasz super wytrenowany asasyn nie zauważył kopnięcia, póki go nie poczuł? Czy aż tak intensywnie myślał nad ciętą ripostą, że zamroczyło mu wzrok?
Kobieta, rozumiesz. Po tylu latach celibatu...


Niespodziewany cios sprawił, że zabrakło Alfredowi tchu. Uklęknął na jedno kolano obejmując jedną ręką brzuch.
Nie mógł objąć brzucha oburącz, bo miał ostrze i zrobiłby sobie kuku-seppuku.


Do jego uszu dobiegł śmiech Kobiety. Nie czekając na jej kolejny ruch chwycił ją za nogę i silnie szarpnął za nią. Kobieta upadła na plecy. Jeden ze sztyletów wypadł jej z ręki. Alfred podniósł się i po chwili przyciskał swoje ostrze do jej gardła.
— Ostrzegałem Cię.
— A teraz zechcesz poderżnąć mi gardło? Lepiej spójrz w dół. — Jeden rzut okiem i Alfred zobaczył jak Nieznajoma przyciska sztylet do jego brzucha.
Brzucha! Mimowolnie odetchnął z ulgą.


— Jeden ruch i zginiesz.
— Zdążę Cię zabić.
— I razem skończymy martwi. Szkoda by było zabijać w ten sposób Asasyna.
— Nie przeszkadzało Ci to gdy wcześniej przykładałaś mi ostrze do gardła.
Tak z ciekawości – Asasyni zawsze tyle gadają podczas walki?


— Cieszę się, że jednak Cię nie zabiłam wcześniej, było zabawnie. Teraz możesz już ze mnie zejść.
Alfred był zdezorientowany.
My też, zwłaszcza po tym możesz już ze mnie zejść.


(...)
— Powiesz mi w końcu kim jesteś i dlaczego próbowałaś mnie zabić?
— Jestem Maria. Tak jak Ty jestem Asasynem.
Taka ciekawostka: w średniowieczu w Polsce imię Maria wcale nie było popularne – uważano je za zbyt święte, żeby nadawać zwykłym kobietom. Zamiast niego używano imienia Marianna, a zwyczaj zaczął się powoli zmieniać, kiedy do Polski przybyły zagraniczne królowe o tym imieniu.
To chyba puszczenie oka do czytelnika, bohater pierwszej części gry też spotkał Marię na swej drodze.


— Więc czemu chciałaś zabić innego Asasyna?
–- Nie nauczyli cię w Brzegu, że my, asasyni, witamy się w ten sposób?
— Gdybyś dał mi dokończyć wiedziałbyś, że nie miałam, żadnej pewności czy na pewno jesteś tym za kogo się podajesz.
— Szaty nie wystarczyły?
W podróży nie zdjął służbowego uniformu. Tajne bractwo, a jakże!


— Szaty zawsze można ukraść. Później chciałam się przekonać czy masz Ukryte Ostrze i jak walczysz.
Ale nie to, że schodzisz z siodła jak ciaptak.


— I jak oceniasz moja walkę?
— Nienajgorzej. — znów uśmiechnęła się. Tym razem kanał nie był w stanie się powstrzymać i odwzajemnił uśmiech.
W Lublinie kanały były bardziej zanieczyszczone niż rzeka Ankh. Właściwie były tak zanieczyszczone, że stały się samodzielnymi formami życia, zdolnymi choćby się uśmiechać. Wśród mieszkańców Lublina popularne było mówienie “kiedy uśmiechasz się do kanału, on zaczyna uśmiechać się do ciebie”.


(...)
— Chodź za mną. Jeśli nadążysz. — Maria puściła do niego oko poczym zaczęła biec.
Alfred chwilę patrząc za Marią i ruszył za nią.
Ciągnąc konia za sobą. Nie zapominajmy o koniu.


Po chwili wdrapał się na dach. Ten sam, na którym zniknęła Maria. Biegli teraz razem.
Gdyż w kupie raźniej. Zwłaszcza gdy biegnie się po dachach.


— Zdradzisz mi gdzie biegniemy?
— Do kryjówki. Tam będziemy mogli dokończyć rozmowę.
— Dlaczego czekałaś przy bramie wjazdowej?
I dlaczego biegniemy po dachu, zamiast iść jak ludzie, ulicami?
Bo na ulicy takie błoto, pobrudziłbyś sobie swój asasyński mundurek!


Nie uwierzę, że czekałaś tam specjalnie na mnie.
— Słyszałam wieści, że jakiś Asasyn biega po mieście i zabija ludzi. Rzekomy Asasyn ostatnio podobno kręcił się w okolicy bramy wjazdowej. Liczyłam na to, że mi się poszczęści i trafię na niego.
Więc jak zobaczyłam gościa w asasyńskim stroju stwierdziłam: No nie, co za marna prowokacja…


(...)
Przeskakiwali z dachu na dach.
Jak mus to mus! Na dole nie było furmanek z sianem?


Po pewnym czasie stanęli przed wejściem do małego, drewnianego domku przy murach obronnych miasta.
Jak mniemam, brama miejska też była w okolicy murów. Ale co się naskakali po dachach, to ich.
Oj, bo wszedł do miasta Krakowską, a domek był przy Grodzkiej.


Maria bez słowa zniknęła za drzwiami. Alfredowi nie zostało nic innego jak pójść w jej ślady. Przeszedł przez drzwi. Nie zastał tam jednak wnętrza jakiego się spodziewał.
Była to jednopokojowa izba.
W odróżnieniu od izb wielopokojowych, co byłoby bardzo ciekawe.


Stal tam drewniany stół, i dwa krzesła. Za nim stała szafa, przez jedno małe okienko za dnia wypadało trochę światła. Natomiast nocą przez nie wpadało dużo ciemności. Teraz paliły się dwie świece rzucające migotliwy blask. Maria stała przy szafie, czekając aż Alfred do niej podejdzie.
— To jest kryjówka Asasynów w Lublinie?
Ciasno, biednie, no widać, że to jakaś Polska B!


— Zawiedziony?
— Będąc szczerym tak.
— Zawsze tak szybko wydajesz osądy? Nie widziałeś jeszcze wszystkiego. Użyj Wzroku Orła.
– A skąd w ogóle wiesz, że go mam? To podobno rzadka zdolność, dostępna nielicznym. Na czole mam wypisane, czy co?

Alfred aktywował Wzrok. Dopiero teraz dostrzegł, że w miejscu gdzie powinny być klamki jażyła a nawet jerzyła się płaskorzeźba znaku Bractwa. Tak jak podejrzewaliśmy, był to dom bez klamek. Maria wysunęła swe Ostrze i umieściła w małym otworze po środku znaku. Usłyszeli cichy klik i drzwi szafy otworzyły się. Przeszli przez nie i zeszli po schodach w dół. Oczom Alfreda ukazała się duża przestrzeń podzielona na kilka pomieszczeń.
Asasyński open space.


Wszędzie były symbole nawiązujące do Bractwa. Na licznych półkach znajdowały się książki oraz różne rodzaje broni. Całość oświetlały pochodnie.
Które paliły się cały czas, czy może gdzieś na ścianie był włącznik?


— Chodź. — Maria skinęła na Alfreda.
Skręcili do pokoju na lewo. Stal tam duży stół i kilka krzeseł. Na ścianach znajdowały się różne rodzaje broni oraz mapy.
Mapy. Tak… A na każdej z nich był Brzeg leżący tuż obok Krakowa i Lublina. Z boku wisiała mapa z drogą do Chin.


— I jak Ci się podoba Nasza kryjówka?
— Nie spodziewałem się tyle przestrzeni. Gdzie reszta Asasynów?
— Cóż oprócz mnie jest... jestem tylko ja.
— Jak to?
— Dopiero staram się formować tutaj Bractwo jednak nie mogę znaleźć kandydatów. Choć szukam już kilka lat [!].
No to dobrze ci idzie.
Uczcijmy minutą ciszy tych wszystkich kandydatów, którzy nie trafili w wóz z sianem…


Na dole są wolne pokoje. Możesz zająć, kryty chcesz.
Ciekawe, kto nocuje w niekrytym.


(...)


Maria opowiada swoją historię – jest córką rycerza, jej matka zmarła przy porodzie...


Nigdy nie byłam jak typowe dziewczęta [mujeju, mujeju…] co widział też mój Ojciec więc uczył mnie walczyć tak by nikt się nie dowiedział.
Gender zaatakował w czternastowiecznym dworze.


Gdy dorosłam nadszedł czas na wydanie mnie. Nie doszło to do skutku gdyż Ojciec wkrótce po rozpoczęciu rozmów zachorował i zmarł. Majątek trafił w ręce człowieka, który chciał mnie wydać za swojego syna, a gdy się nie zgodziłam wylądowałam na ulicy.
Musiała użyć silnych argumentów, skoro jej fochy wzięto pod uwagę.


Od Ojca słyszałam o Asasynach i postanowiłam ich znaleźć i tak trafiłam do Brzegu.
Ulicznicę przyjęli w Brzegu? I nasz Fred nie wiedział o tym, nikt w klasztorze nie puścił pary z gęby?


Po szkoleniu u Henryka udałam się w zagraniczną podróż. Odwiedziłam Bractwo w Chinach
Mam nadzieję, że to, które ma siedzibę w   klasztorze Szaolin.


po czym wróciłam do kraju.
To tylko dwa dni jazdy i już widać wieże miasta.


Wiem, że w Szaolin robią różne cuda na kiju, ale 1. Podróż z Polski do Chin mogła trwać nawet dwa-trzy lata. 2. Trening nie trwał kilka tygodni, ale wiele lat. 3. A potem trzeba było znów tłuc się Jedwabnym Szlakiem, aby wrócić nad Wisłę.


Postanowiłam odzyskać majątek. Jak się okazało majątek mego ojca przepadł, a jego poprzedni właściciel zamieszkał Lublinie i prowadził tu handel.
Ma straganik przy Rynku, handluje pamiątkowymi koziołkami ze słomy.


(...)
— To dziwne, że jeszcze nie znalazłaś nikogo kto dołączyłby do Ciebie.
— Mam na oku kilku kandydatów jednak nie wiem czy się nadają ostatecznie.
No tak, w Lublinie Maria przygląda się, przygląda i wciąż nie może się zdecydować, a w Brzegu Henryk łapie wszystkich jak leci...


Skoro się już zwierzamy to powiedz jak Ty trafiłeś do Bractwa.
— Żyłem na ulicy. Trafiłem tam gdy miałem kilka lat. Nie pamiętam swoich rodziców, ale dzięki sprytowi jakoś sobie radziłem. Kiedyś zobaczył mnie jeden z rycerzy jak wstawiam się za pewną kobietą i przygarnął. Dzięki temu poznałem też swojego przyjaciela, a przynajmniej tak myślałem. Gdy nadarzyła się okazja próbował mnie zabić aby osiągnąć swoje cele. Ranny zostałem znaleziony przez członka Bractwa i tak trafiłem do Brzegu.
Jak zgrabnie przemilczał fragment o byciu templariuszem.


Henryk coś we mnie dojrzał i przyjął w szeregi Asasynów. Do Lublina sprowadza mnie to. — Alfred podał wyjęty list, który zabrał kurierowi w Krakowie.
Maria przeczytała list. Nie wyglądała na zadowoloną.
— Niedobrze. Bardzo niedobrze
— Wiem.
— Skąd oni wiedzieli, że Jagiełło wybrany został w wolnej elekcji na króla Rzeczpospolitej i będzie przejeżdżać przez Lublin? Unia została ogłoszona wczoraj.
Nope, w opku mamy 1386 rok, a Unia w Krewie została zawarta w sierpniu 1385.
Tu nie takie kocopoły wirują.


— Takich decyzji nie podejmuje się w trakcie jednego zebrania. Musieli to uzgadniać już wcześniej.
— To znaczy, że ktoś z Panów polskich pracuje z Templariuszami.
To znaczy, że z Krzyżakami? Od dawna podejrzewam, że tak było.


Jest gorzej niż mogłam się spodziewać. Jeśli pozwolimy Templariuszom zrealizować ich plan praktycznie oddamy im państwo.
— Urosną w siłę tak bardzo, że nie będziemy w stanie ich zatrzymać.
— Musimy coś zrobić. Choć muszę przyznać, że to trochę wyjaśnia.
— Co masz na myśli?
— Ostatnio do miasta przybyło osób, o których powiedziałabym, że nie są godne zaufania.
Mówią po polsku jakoś tak koślawo.


Zwykle trzymają się poza miastem, gdzieś na obrzeżach. Coś mi mówi, że ten "Asasyn" również jest z tym w jakiś sposób związany.
— Jadąc tutaj natknąłem się na grupę ludzi. Wyglądali jak kupcy jednak mieli z sobą zaskakująco dużo broni.
Pewnie wyglądali na kupców tak samo jak ty i Ulrich.


— Zatem Templariusze już zbierają siły.
— Mam pomysł. Znajdźmy ich pozbądźmy się ich. Damy jasny sygnał.
I tak zastraszymy ich!


— Część na pewno się wystraszy, część będzie martwa więc problem będzie mniejszy.
— Dodatkowo może uda się wypłoszyć z kryjówki Templariusza, która tym wszystkim zarządza. Jednego będzie mniej.
A rok 1410 zbliża się wielkimi krokami.


— Niezły plan. Zwłaszcza, że lepszego nie mamy. Masz tylko Ukryte Ostrze?
— Tylko? Myślałem, że to najważniejszy oręż w arsenale asasyńskim. Nie tylko Ostrze. Mam też noże do rzucania.
A w ostateczności mam też Siłę i Godność Osobistą.


— No tak. Ostrze jest ważne jednak samym ostrzem nie wiele zdziałasz. Chyba, że... — Maria podeszła do szkatułki stojącej na jednej z półek, wyjęła z niej Ukryte Ostrze i rzuciła w stronę Alfreda. — Załóż je.
Załóż? To w końcu ma swoje własne, czy nie?


Dobierz którąś z broni w dostępnym arsenale. Osobiście polecam zakrzywione szable. Są lżejsze, a dzięki temu bardziej zabójcze.
Nie to co taki młot bojowy. Rozbicie komuś łba rzadko jest zabójcze. Ale pocięcie szablą to już pewna śmierć, Bohuna spytajcie!


Mam też dla Ciebie to. — Na stole Maria położyła pięć, nieduże kulki niedużych kulek, ale nie bądźmy drobiazgowi.
— Co to jest?
— Przywiozłam to z Chin.
Sproszkowane kości tygrysa na potencję?
Gdyby z Japonii, to podejrzewałabym kulki gejszy...


Nazywają to granatami dymnymi. Wystarczy, że rzucisz jedną na ziemię i otoczy Cię chmura dymu, ty będziesz mógł oddalić się niezauważonym.


Gdy Alfred wybierał szablę Maria zniknęła. Nie zdążył jej podziękować za dozbrojenie i nocleg. Zszedł na dół i zajął pierwszy wolny pokój. Broń złożył na półce do tego przeznaczonej w swoim pokoju. Wolny od metalu poszedł ją znaleźć.
Wolny od metalu :D


Nie było to zbyt trudne. Tylko za jednymi drzwiami paliły się świece. Alfred był przekonany, że drzwi są zamknięte. Pomylił się jednak, otworzyły się na oścież.
Same?


Alfred wszedł do pokoju i ujrzał wychodzącą z kąpieli Marię w całej swej okazałości. Odwrócił się natychmiast, miał jednak wyraźne poczucie, że szaty stały się za ciasne.
Jezus Maria!


(...)
— Mam Ci coś do pokazania. — jej głos działał na niego jak hipnoza.
Zbliżyła się jeszcze bardziej. Ich twarze niemal stykały się ze sobą. Zapach jej skóry wypełnił płuca Alfreda. Zamknął oczy i dał porwać się tej chwili. Mimo swego wyszkolenia był wobec Marii bezbronny.
A wtedy ona go zadźgała, bo była agentką templariuszy, prawda? Prawda?


(ile razy już postulowałam, że częścią szkolenia różnych takich powinno być rozprawiczenie…)


Rozdział 7: Niespodzianki chodzą po ludziach
Kinder-niespodzianki?


Obudził się rano. W powietrzu unosił się jeszcze zapach ich ciał po poprzedniej nocy.
No cóż, ona przynajmniej się wykąpała, a on tak prosto z drogi…


Alfreda przywitało puste miejsce. Maria zniknęła bez śladu. Nie mogąc liczyć teraz na nic [ależ dlaczego, twoja prawa ręka jest zawsze przy tobie!] ubrał się, zabrał swoje uzbrojenie i wyszedł na miasto.
W nikim nie wzbudzając zdziwienia.


Miał zamiar wprowadzić swój plan w życie i wyeliminować tylu bandytów ilu się dało.
Postanowił jednak rozejrzeć się po okolicy. Najprościej było to zrobić z wysoka. Namierzył więc najwyższy punkt w zasięgu swojego wzroku i skierował się w jego stronę. Doszedł do Kościoła Ojców Dominikanów i wspiął się na wieżę kościelną.
Oczywiście po ścianie, bo chodzenie po schodach godzi w honor asasyna.
Jaszu, jak Ty znasz ich zwyczaje!


Miał stamtąd widok na większość miasta. Nie miał jednak czasu podziwiać widoków. Postanowił się skupić na znalezieniu jakieś grupy.
Poszukaj raczej kupki siana.


Oddał Skok Wiary do pobliskiego stogu siana.
Przyzwyczajenie to druga natura.
Jak widzi siano, to skacze; mus to mus i nie ma przeproś.


Zamierzał właśnie z niego wyjść gdy usłyszał fragment rozmowy:
to znaczy, że spadł kilka łokci od rozmawiających. Na szczęście byli tak zajęci plotkowaniem, że nie zwrócili na niego uwagi.
Autor za punkt honoru wziął sobie oddanie mechaniki gry w 100%. Podziwu godny upór.


- To już się robi nieznośne. Przychodzą i zachowują się jakby wszystko było ich.
Żadnej kupie siana nie przepuszczą.
- Wiem. Ciężko jednak im się przeciwstawić. Jedno słowo i też nas pozabijają.
I na kark nam wskoczą.
- Szkoda, że ten Asasyn, o którym się tyle mówi nie da im nauczki.
To znaczy jest tak: w Lublinie otwarcie plotkuje się o asasynie, który akurat jest w mieście.

- Mówiłem Ci tyle razy, że nie ma żadnego Asasyna. To bzdura.
- Może masz rację. Jednak przydałby się ktoś taki.
Żeby za darmo odwalał brudną robotę?
Ludzie zawsze i wszędzie narzekają, że “ktoś” powinien “coś” zrobić. ;)


(...)
- Słyszeliście co ostatnio się wydarzyło? Całe miasto o tym rozmawia. - Jednen z mieszczan był bardzo przejęty i podekscytowany.
- Słyszeliśmy. Uspokój się. Nie co dzień trafia zdarza się, że ktoś nabija ludzi na pal.
E, to luzik.
Ej, lećmy szybko, bo nas takie widowisko ominie!


(...)
[Alfred] Przechadzał się ulicami i trafił wreszcie przed budynek, którego bruk zdobił czerwona plama krwi.
No miasto może drewniane, ale kostka brukowa musi być! Typowa Polska.


Pchnął drzwi i wszedł do środka. W pomieszczeniu siedziało dwoje ludzi.
Kobieta płakała, a mężczyzna stal się ją jakoś pocieszyć. Widać było jednak, że przepełnia go gniew.
- Dziś nie czynne. Odejdź. - Warknął mężczyzna.
Remamęt!

(...)
- Mój chłopiec! - krzyk, który wydobył się z gardła kobiety przepełniony był goryczą, smutkiem i ogromną stratą. - Zabili go, mojego biednego synka.
- Już, już dobrze. - mąż starał się pocieszyć żonę. - No już, nic się nie stało! Najpierw go zabili, a później nabili na pal i postawili przed naszą karczmą.
Tyle zachodu.
A to ją pocieszył.


Tylko dlatego, że postanowił się im przeciwstawić i uspokoić gdy zaczęli urządzać tu bójki i wyrzucać klientów.
- Kto to zrobił?
- Jedni z tych bandytów, którzy osiedlili się niedaleko miasta.
Normalnie, jak to blokersi z przedmieść.


(...)
- Znajdziesz ich za murami miasta. Zajęli chatę niedaleko lasu.
Alfred chciał już wyjść gdy zatrzymał go głos mężczyzny:
- Mam prośbę. Nie okaż im litości.
- Nie zamierzałem.
Drzwi zamknęły się za Alfredem.
Kolejne zautomatyzowane drzwi.


Domek, o którym mówił karczmarz nie było trudno znaleźć. Wkoło niego przechadzało się dwóch bandytów.
Gdyż poza murami miejskimi stał tylko jeden, a obaj bandyci byli brudni, szczerbaci i mamrotali bandytu-bandytu.


Alfred rozejrzał się po okolicy szukając sposobności dostania wyeliminowania ich.
Nie dostaniesz wyeliminowania, bo wyeliminowanie kosztuje dziesięć sztuk złota, a ty masz tylko dwie.


Nie wiedział ilu jeszcze może czekać w środku i żywo powodu [martwo powodu będzie, jak się zagalopujesz w eliminowaniu] nie chciał zwracać na siebie zbytniej uwagi.


Skierował się w stronę lasu. Będąc na jego obrzeżach wdrapał się na drzewo.
I został tam na wieki, bo pod spodem nie było wygodnego stogu siana, a zejść normalnie nie umiał.


Przeskakiwał z gałęzi na gałąź. Będąc blisko chaty strącił śnieg co nie uszło uwadze jednego z oprychów. Na szczęście dzięki swoim szatom nie odróżniał od otoczenia, a gęste gałęzie ograniczały widoczność.
W dodatku zakumkał jak żaba, zamiauczał jak kot. - W tym roku wiosna nadeszła dość wcześnie. -  pomyślał bandyta.


Po kilku chwilach bandyta przestał się wpatrywać w miejsce gdzie ukryty był Alfred. To umożliwiło mu podjęcie działania. Szybko przeskoczył na najbliższą gałąź, a z niej na bandytę, wysuwając wcześniej ostrze. W momencie gdy przygwoździł go do ziemi ciężarem swego ciała wbił swe ostrze w kark celu uśmiercając go natychmiast.
Jeżu, jeżu, emocje jak na rybach.


Zza rogu wyłonił się drugi z patrolujących. Gdy zobaczył swego kolegę wyjawiając się na śniegu [a ukrywając w błocie] rzucił się na Alfreda z kiścieniem, który miał przy sobie.
Przez chwilę rozważał powrót do chaty po miecz, którego nie miał przy sobie, ale zrezygnował.


Napastnik wziął zamach jednak Alfred szybko wykonał unik. Kiścień trafił w ścianę chaty. Alfred skorzystał z chwilowego zaskoczenia przeciwnika tym co się stało i wyciągnął z pasa nóż do rzucania. Jednym, szybkim ruchem nadgarstka rzucił nóż, który wbił się w łydkę, a z gardła zranionego wydobył się krzyk bólu.
Coś słabo z celnością u Fredzia, nie sądzicie?
Nie, to po prostu jego wewnętrzny sadysta się odezwał. Alfred ma z tym całkiem duży problem.

Chwycił się za bolącą łydkę i wtedy Alfred w jednym kroku znalazł się przy nim. Swe ostrza wbił w jego oczy.
Jezu.


Hałas zwabił jednak trzech pozostałych oprychów, którzy znajdowali się w środku chaty. Jeden uzbrojony był w topór, drugi w maczugę, trzeci zaś w miecz. Gdy zobaczyli ciała swych towarzyszy wykrwawiające się na śniegu, ten trzymający miecz zagroził przez zęby:
- Zginiesz za to.
Zapomniał dodać, że marnie.


Alfred spokojnie wyciągnął szablę i odpowiedział:
- To się okaże. Przynajmniej będę miał okazję wypróbować moją broń.
Nie czekając na odpowiedź ruszył biegiem w stronę uzbrojonej trójki.
Krzycząc coś po japońsku.


Zamiast jednak brać zamach bronią wykonał wślizg omijając w ten sposób swe przyszłe ofiary.
Urocze określenie.


Przeciwnicy nie dali się jednak zaskoczyć i zaczęli okrążać Alfreda. Nie zamierzał jednak czekać, aż stacji dwójkę z nich z pola widzenia [temu to dopiero peron odjechał!] więc rozpoczął bieg w kierunku oprycha uzbrojonego w topór.
Do biegu… gotowi… start!


Ten wziął zamach jednak szabla zablokowała cios. W tym momencie Alfred aktywował Ostrze na lewej ręce i wbił go w szyję człowieka stojącego przed nim, tak że koniec Ostrza wyszedł po drugiej stronie. To jeszcze bardziej rozzłościło pozostałych.
– Och, terefere! – zaklęli paskudnie.

Gdy w stronę Alfreda zmierzał przeciwnik z maczugą, aby nie mierzyć się z nim bezpośrednio pobiegł w stronę najbliższego drzewa i przylgnął do niego plecami udając, że nie ma dokąd uciec.
Jak ten pijak, którego zamurowali w słupie ogłoszeniowym?
Rozumiem, gdyby udawał coś takiego w ślepej uliczce, ale ziom, zrób krok w bok i możesz znów uciekać.


Zadowolony z tego powodu napastnik wziął zamach i w tym momencie Alfred wykonał unik. Maczuga odbiła się od pnia rozsiewając dookoła fragmenty kory i wypadła z ręki oprycha, a on sam przewrócił się na plecy siłą impetu. Wtedy Alfred wbił mu w serce swą szablę.
To był Napastnik o Bardzo Małym Rozumku.

- Zostaliśmy tylko my. Dalej myślisz, że mnie zabijesz? - głos Alfreda był zimny i spokojny.
Człowiek z mieczem nic nie odrzekł tylko od razu zbliżał się do Alfreda. Początkowo mierzyli się wzrokiem obchodząc po okręgu jednak później zwarli swą broń. Wymieniali ciosy rozsypując iskry dookoła. Ten przeciwnik radził sobie jednak lepiej z bronią niż Alfred przypuszczał. Mimo ciężkiego miecza ciosy wyprowadzał szybko i silnie.
Mam wrażenie, że już tyle razy pisaliśmy o “ciężkich” mieczach, że nie mam sensu tłumaczyć co w tym głupiego, zaznaczam po prostu z kronikarskiego obowiązku.


Przed kolejnym ciosem Alfred wykonał unik. Miecz wbił się w ziemię w miejscu gdzie przed chwilą stał.
To przez ten ciężar.


Zaskoczenie wykorzystał aby odciąć dłoń swemu przeciwnikowi. Oprych cofną[!] się.
Lecz nadal był tylko zaskoczony.


Alfred upuścił szablę, chwycił miecz i wbił go w czaszkę ostatniego z bandy.
Ten to lubi sobie komplikować.


Gdy było po wszystkim Alfred zabrał szablę oraz odciętą dłoń, aby na drzwiach za pomocą krwi z niej wypływającej nakreślić symbol Bractwa.
Kaligrafia ekstremalna.


Po czym poznać tajne bractwo? Że chodzą w strojach służbowych i wszędzie malują swój znak.


Wracał właśnie do miasta. Przekroczył bramę wjazdową gdy usłyszał nagle odgłosy walki. Z ciekawości skierował się w tamtą stronę.
Czy w Lublinie jest ta, no wiecie, no… straż miejska?


Gdy dotarł na miejsce zobaczył dwa martwe ciała strażników na bruku
O, czyli jest.
Yyyy… była?
jeden stał nad leżącym na ziemi człowieku. Człowiekiem.


Ale że w naszym dzielnym wojowniku wciąż krew się gotowała, to:
Alfred niewiele myśląc rzucił się pędem w kierunku strażnika. Aktywował Ukryte Ostrze i wbił go w kark strażnika powalając ciało na ziemię.
Wykończył kolejnego strażnika, zupełnie nie wiadomo dlaczego i po co.
Taki atawizm; jak widzi mundur, to atakuje. A potem wypisuje na murach tajny symbol CHWDP.


Podszedł do człowieka, którego ocalił chcąc pomóc mu wstać. Nie był jednak przygotowany na to co zobaczył.
- Zawisza?! Coś Ty narobił?
No, co się patrzysz? Zabiłem dwóch strażników.


Chodź za mną.
Do Kryjówki nie odzywali się słowem. Kryjówka też milczała.  W Sali Narad siedziała Maria wycierając swoją broń.
Tak z ciekawości: po kij Sala Narad w kryjówce asasynów, których w tym mieście jest dokładnie sztuk jedna?
Czeka na lepsze czasy.


Tym razem w szatach Asasynów. Żeby nie było wątpliwości. Alfred musiał przyznać sam przed sobą, że w takim ubiorze prezentowała się jeszcze lepiej niż wcześniej. Dodawał Jej tajemniczości, którą chciał odkryć. Maria była mocno zdziwiona tym co zobaczyła.
- Co się stało? Dlaczego jesteś...? Zawisza?! Co Ty robisz w mieście? Alfred jesteś cały we krwi…
Pewnie się ubabrał malując symbol bractwa. I tak sobie paradował po ulicach.
Straż wybita, mieszczanie zastraszeni, to on może chodzić usmarowany juchą jak rzeźnik.


- To nie moja...
- Witaj, Mario.
- Znacie się? - Alfred nie do końca wiedział dlaczego go to dziwi.
- Tak znany się. Zdarzyło się, że go szkoliłam. Powie mi ktoś wreszcie co się stało? - Maria była już nieco zdenerwowana. - Najpierw Alfred. Co się stało?
- Słyszałaś o tym co stało się z tym chłopakiem od Karczmarzy?
- Całe miasto o tym mówi.
Oj tam. Całe miasto mówi też o jakimś asasynie, który tu grasuje.


- Pozbyłem się tych, którzy to zrobili. Przy okazji wcieliłem nasz plan w życie.
Podpisując się, żeby nikt nie miał wątpliwości.


- Dobrze. Trochę mnie uspokoiłeś. Cieszę się, że nic Ci się nie stało. Teraz Zawisza. Jak się tu znalazłeś?
- To właściwie przez Niego. - wskazał na Alfreda.
- Co ja mam z tym wspólnego? - Alfred był zbity z tropu.
- W nocy zakradłem się i przeczytałem list, który przysłałeś Henrykowi. Dzięki temu wiedziałem, że zmierzasz do Lublina. Ruszyłem za Tobą.
Zaraz. Alfred daje  list dominikaninowi i przez wiele dni jedzie do Lublina. W tym czasie list pokonuje trasę Kraków-Brzeg, tam czyta go Zawisza i stwierdza, że też musi do Lublina, w którym pojawia się może pół doby później niż Alfred? Coś mi tu nie pasuje w wyliczeniach…


Niestety zwróciłem uwagę strażników.
Czyżby swoim strojem? Stał zbyt długo?


Chcieli zapłaty za pozwolenie mi odejść, [?!] a gdy się nie zgodziłem zaczęli mi grozić.
Założyli mu żółte blokady na ciżmy.


Wtedy wywiązała się między nami mała wymiana zdań, która przerodziła się w bójkę. Zabiłem dwóch strażników jednak trzeci powalił mnie na ziemię.
W mieście grasują grasowali bandyci mordujący dzieci, szykuje się zamach na króla, a ten po prostu zabija strażników. Bo-Tak.


Byłoby po mnie jednak Alfred mnie uratował zabijąc Go.
- Zrobiliście co?!
- Wydajesz się być zdenerwowana.
- A jaka niby mam być Waszym zdaniem? Niedobrze. Bardzo niedobrze.
- Co się stało?
- Miałam cichą umowę, ze strażnikami. Oni nie zwracali uwagi na działania Asasynów, nie oszukujmy się - jednej dziewki w zamian ja czasami dla nich zabijałam.
I przynosiłam zwierzynę w zębach.


Teraz nie będą zachwyceni.
A będą wiedzieć, że to sprawka asasynów, bo:
1. Alfred nie mógł się powstrzymać i namalował znak bractwa na najbliższej ścianie,
2. Straż sprawdzi monitoring. 


(...)


Przez następne kilka dni cała trójka tropiła i zabijała grupy bandytów zarówno w mieście jak i okolicy.
I od przelanej krwi lud prosty i nieuczony nazwał te ziemie “Ruś Czerwona”.
A Piotr Kmita, kasztelan lubelski, spalił się ze wstydu, że jakaś dwójka łazęgów przejęła obowiązki jego straży. 


Zgodnie z przewidywaniami część z nich zdołała umknąć gdy tylko dowiedzieli się, że Asasyni brali swój udział w tych zabójstwach. Przy okazji udało im się dowiedzieć, że spotykali się z pewnym człowiekiem w karczmie.
Ci, którzy przeżyli, uciekli do karczmy, bo mieli tam bardzo tajny Punkt Kontaktowy.

Obserwowali więc to miejsce, aby wykryć tego Templariusza. Nie przyniosło to skutków, aż do dnia przed przyjazdem Jagiełły. Alfred obserwował wejście do tawerny.
Czy nasi dzielni asasyni w międzyczasie przebili korytarz do morza?
Żądam dla Lublina dostępu do mórz i oceanów!


Bla bla, Alfred zauważa podejrzanego człowieka w płaszczu i zaczyna go śledzić.


(...)
- Spóźniłeś się. - głos docierał od człowieka w płaszczu. Alfred gdzieś już Go słyszał jednak nie mógł przypomnieć sobie gdzie.
- Musiałem opanować sytuację. Chłopcy się niecierpliwią i zrobiliśmy małe głosowanie.
Demokracja to podstawa w każdej bandzie.


- Jutro zrobicie co do Was należy.
- Jutro? Czyżby...
- Tak.
- Coś Ty taki nerwowy?
- Po tym jak Asasyni wmieszali się w Nasze sprawy i pozbyli się większości Naszych ludzi to raczej nie dziwne, że boję się o swoje życie.
Wasz los mnie nie obchodzi.


Tak na marginesie: są dwa rodzaje wodzów - jedni wołają “naprzód!” i kryją się za plecami żołnierzy, drudzy biegną pierwsi i wołają “za mną!”


- Właśnie. Asasyni. Nic o nich nie wspominaliście. Nikt miał się o niczym nie dowiedzieć.
- To... Tylko drobne trudności.
- Te Twoje trudności są śmiertelnie niebezpieczne, dlatego nasze głosowanie dotyczyło dalszego udziału. Nie zamierzamy ginąć więc radź sobie sam.
- Jeśli się wycofacie nici z zapłaty.
- Wolę nie mieć zapłaty i być żywym, niż jej nie mieć i być martwym.
Nie można odmówić logiki temu rozumowaniu.


(...)


Chcąc lepiej słyszeć Alfred wychylił się nieco i złamał suchą gałązkę. Trzask rozniósł się echem.
- Kto tu jest? Miałeś być sam!
- To Asasyn!
A może to wiewiórka?

Spiskowcy ruszyli w dwóch przeciwnych kierunkach biegiem.
Wrzeszcząc i wymachując rękami.


Alfred gubi śledzonego człowieka i wraca z niczym do kryjówki. Następnego dnia odbywa się uroczysty wjazd Jagiełły. Na dachach stoją snajperzy łucznicy, którzy zabezpieczają uroczystość.


(...)


Wszyscy wiwatowali, machali rękami, uśmiechali się. Ojcowie brali dzieci na ręce aby lepiej widziały. Zawisza jednak utkwił wzrok w jednym z łuczników, który odłożył łuk i i wziął do ręki jakieś szmaty, z których coś kapało i wyrzucił na ulicę.
Wysmarkał się i rzucił chusteczkę?


Wystarczyła chwila by tłum w tym miejscu wpadł w panikę.
Spoko, na widok mokrej szmaty. W czasach, kiedy normalną rzeczą było wylewanie przez okna zawartości nocników prosto na ulicę.


Łucznicy zwrócili się w tą stronę napinając łuki.
- Co tam się stało?
Maria z Alfredem, którzy do tej pory przyglądali się innej części tłumu spojrzeli w tą stronę.
- Czy oni zamierzają strzelać do ludzi?
- Już teraz panikują. Jeśli jeszcze zaczną strzelać nie da się zatrzymać tej paniki.
Nie rozumiem, dlaczego ludzie panikują; nie rozumiem, dlaczego łucznicy mieliby do nich strzelać, skoro całe zamieszanie nie zagraża bezpośrednio królowi...


- Zawisza, Maria on nie jest jednym z nas. - Alfred wskazał w tłumie człowieka w białych szatach, przebijającego się przez tłum w stronę zdezorientowanych strażników.

- Wy się zajmijcie Łucznikami, ten niby Asasyn jest mój.
Zawisza z Marią ruszyli w swoją stronę. Alfred zeskoczył z dachu na bruk, nie na siano i ruszył na odzianego na biało człowieka. Gdy tylko zobaczył on Alfreda ruszył w przeciwną stronę. Alfred przyspieszył jednak tłum skutecznie mu to utrudniał. Gdy w końcu się uwolnił ruszył biegiem za niedoszłym zabójcą. Zdziwił się jednak jak szybki jest uciekinier. Wreszcie dogonił i powalił przeciwnika.

- Nie zabijaj mnie! - nie był to głos, który słyszał wcześniej na polanie.
Ścianą kaptur, a jego oczom ukazał się młody chłopak.
A wieżą skarpetki.


- Kim jesteś?
- Ja tylko miałem Cię odciągnąć od tego. - chłopak wskazał na człowieka, który właśnie wspiął się na dach.
Kiepsko u nich z morale, skoro chłoptaś tak od razu zdradza całą intrygę…


Alfred niewiele się zastanawiając wdrapał się na dach popędził w stronę zamachowca. Dzieliła ich jednak ulica. W momencie gdy skoczył napastnik skoczył i Alfred.
A ten właściwie czemu skakał? Nie mógł ustrzelić króla z łuku?


Zderzyli się w locie spadając na bruk. Kaptury spadły im z głów odsłaniając ich twarze. Alfred doznał szoku gdy zobaczył, że napastnikiem jest przywódca bandytów, którzy zaskakiwali Jego i Urlicha w drodze do Wieliczki.
- To Ty.
Nie.

Alfred podniósł się z bruku choć wszytko go bolało a co, siana zabrakło? i podniósł miecz, który upuścił Templariusz. Przyłożył mu miecz do gardła.
- Zawsze wiedziałem, że ta misja skończy się dla mnie śmiercią. - w kąciku ust Templariusza pojawiła się krew sącząca się cienkim strumyczkiem.
- Byłeś wtedy, pod Wieliczką. Dwa lata temu.
- Też Cię poznaję. Myślałem, że jesteś już od dawna martwym. Tymczasem przystałeś do Asasynów.
Co za spotkanie, stary, kopę lat!
Można powiedzieć, że dosłownie wpadli na siebie! *badum tsss*


- Na zmianie stron wyszedłem lepiej od Ciebie. Wasz plan się nie udał.
- Ten plan to była moja kara, że nie zabiłem Cię dwa lata temu. Mogłem wtedy zginąć w walce, a nie zdychać tutaj. - głos stawał się coraz bardziej chrapliwy, każdy wdech przychodził mu coraz większym trudem, a krwi było coraz więcej.
Czegoś tu nie rozumiem. Czy przywódca bandytów był templariuszem już wtedy, gdy zaatakował Ulricha i Alfreda w puszczy? Ale dlaczego?
Gdyż albowiem ponieważ Bo Tak.


- Kto Cię miał ukarać?
- Haha. Nie domyślasz się?
- Ulrich?
- Dobij mnie. Chcę zginąć od miecza, nie... tak.
To znaczy jak?!
Jak Kojot gdy spadł w dół kanionu.


- Niech się zatem tak stanie. - Alfred wzniósł miecz poczym wbił w serce Templariusza. Bezgłośnie rzekł tylko „Dziękuję" i jego oczy zgasły - Jeśli masz Boga, niech Cię osądzi.
*grzmot i ponure wycie wichru*


(...)


Ktoś położył rękę na ramieniu Alfreda wyrywając go z zamyślenia. Instynktownie odwrócił się aktywując Ostrza. Zatrzymał jednak rękę w ostatnim momencie, zanim przebiły skórę.
- Nie chciałem Cię zdenerwować. - mężczyzna podniósł ręce w geście poddania się. - Jestem Jagiełło. Władek.
Dziękuję Ci za uratowanie mi życia.
I tak sobie podchodzi do gościa i *pac, pac* po ramieniu? A gdzie ta jego straż przednia, tylna, boczna? Pouciekali?


Alfred schował Ostrza.
- Wybacz mi Panie. Myślałem... Nie chciałem.
Bolało.
- Wierzę. Musiałeś mieć własne powody. Znałeś Go? - Jagiełło głową wskazał ciało.
- Powiedzmy. Kiedyś się spotkaliśmy. Przypadkiem.
- Zmierzam właśnie do Krakowa, na swój ślub. Zechcesz mi towarzyszyć w drodze?
- Będę... zaszczycony.
– A zostaniesz moim drużbą? Wypijmy brudzia, jestem Władek!

Rozdział 8: Nowe wyzwanie


Do Krakowa zajechali 14 lutego Roju Pańskiego 1386 roku.
Głupia literówka, ale tak sobie myślę, że poczytałbym osadzone w pseudośredniowieczu fantasy, w którym ludzkość buduje zamki itd. tylko po to by ochronić siebie i zapasy żywności przed pojawiającym się co kilka lat rojem bezlitosnych i wszystkożernych owadów.
Bierę!


W czasie jazdy Jagiełło wypytywał Alfreda na temat Bractwa, Kreda, Templariuszy, zamachu na Jego życie. Najbardziej chciał wiedzieć gdzie jest Główna Siedziba Bractwa jednak Alfred nie zdradził mu tej informacji, więc przyszły król musiał odpuścić. Mimo nalegań ze strony Alfreda, Maria pozostała w Lublinie. Gdy całe miasto zobaczyło ich wyczyny, potencjalnych kandydatów na Asasynów pojawiło się całkiem dużo więc musiała opanować sytuację.
Siedziała w karczmie i wzywała kandydatów na rozmowy kwalifikacyjne.


Zawisza musiał już wracać z racji swego przygotowania na rycerza. Przed Krakowem króla Jadwiga wysłała Zawiszę z Olszewnicy, swojego zaufanego człowieka.
Tymczasem Zawisza z Oleśnicy siedział w kącie i obgryzał paznokcie ze złości, że jakiś typek go wykopsał z łask królowej.


Alfred rozpoznał w nim Asasyna. Zostawiając przyszłego króla w zaufanych rękach sam udał się do Brzegu
Blisko trzysta mil.  Gdy pod nim konie padały, sam biegł co sił w nogach.


Gdy przybył od razu został powitany przez Henryka.
- Wreszcie się Ciebie doczekaliśmy. No ile można czekać...
Witaj ponownie.
- Też się cieszę, że Cię widzę.
- Opowiesz jak było w Lublinie?
- Pracowicie. Choć poznałem też nowe osoby.
- Zatem poznałeś Marię?
- Tak. Ciekawa... postać. - poczuł jak się czerwieni na wspomnienie o niej.
- Powiesz mi co tam się stało?
- Hmmm, moje szaty okazały się za ciasne, Henryku.
- ???


- Razem z Marią powstrzymaliśmy atak na życie Jagiełły.
- Zdajesz sobie sprawę, że naraziłeś Bractwo? - Henryk w mgnieniu oka z zadowolonego stał się wściekły.
Wygląda to tak jakby ocalenie Jagiełły było wbrew interesom Asasynów, prawda? Ale nie, chodzi o co innego…


- Naraziłem? Starałem się powstrzymać knowania Templariuszy. - Alfred miał silne poczucie wytłumaczenia się choć sam nie do końca wiedział dlaczego.
- Asasyni działają w cieniu.
– Szkoda, że przez dwa lata szkolenia nikt mi o tym nie powiedział! – sfochał się Alfred.  


O tym co się stało w czasie pobytu Jagiełły oraz wcześniej z tymi efektownymi śmierciami i zostawianiem znaku Bractwa w pobliżu wieści dotarły aż tu. - Henryk widząc zdumienie na twarzy Alfreda dodał wciąż podniesionym głosem - Co wyście sobie myśleli?
(...)
Powinna Cię za to spotkać kara. Jednak z racji zasług, które osiągnąłeś dam Ci szansę naprawy swoich błędów. Maria sama nie da rady z potencjalnymi nowymi kandydatami. Udasz się do Lublina i pomożesz jej.
Dzięki temu tłum kandydatów zapamięta tylko dwie osoby.


(...)
Alfred wypytuje Henryka, dlaczego Zawisza został odsunięty od tamtej misji.


- Wiesz, że Zawisza niedługo będzie rycerzem?
- Tak. Jednak co to ma do rzeczy?
- Gdy zostanie rycerzem będzie naszym informatorem na dworach. Będzie brać udział w różnych bitwach. Pomoże nam znaleźć liczne Fragmenty Edenu. Potrzebujemy kogoś takiego, kto dodatkowo będzie mógł bronić Korony.
(...)
- Z doświadczenia mogę Ci powiedzieć, że rycerstwo to zamknięta kasta. Trzeba mieć cholerne szczęście, żeby się tam dostać. Na przykład urodzić się w odpowiedniej rodzinie.
(Btw, Alfred z doświadczenia to może właśnie powiedzieć coś dokładnie odwrotnego – że może się tam dostać byle chłystek, aby tylko wpadł w oko komuś możnemu).


Przez to są wierni władcom. To nie jest zbyt dobry materiał na szpiega. Oni mają swój Rycerski Kodeks. Choć Zawisza jest Asasynem i obowiązuje Go Kredo, obowiązywać będzie Go też Kodeks. Będzie musiał się pilnować, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Jaki jest prawdziwy powód?
Ha, ha, ha.
Alfredzie, mój drogi, buahahahah. Przepraszam. Nie mogę.
Kodeks rycerski my ass.


(...)
Zawisza się zmienił. Kiedyś był... inny. (...)
- Był bardzo grzeczny, wyrażał się z niezwykłą elokwencją jak na swój młody wiek. To było ucieleśnienie cnót. Czas jednak płyną i widziałem zmiany. Zrobił się bardziej opryskliwy, czasem zbyt agresywny w stosunku do osób, które zna. Odesłałem Go, aby trochę ochłonął. Moim zdaniem działania na rzecz Asasynów tak na niego wpłynęły.
A może to po prostu trudny wiek dojrzewania…
Btw, w czasie akcji opka Zawisza ma raptem 16 lat, więc kiedy oni go właściwie zwerbowali?


To było niedługo przed tym jak Ty się pojawiłeś. Później jednak potrzebowałem kogoś gotowego do działania. Dowiedzieliśmy się, że Templariusze coś planują. Ten człowiek był niebezpieczny. Organizował napady Krzyżaków na przygraniczne wioski. Zawisza nadawał się idealnie. Głównie dlatego, że ów Krzyżowiec miał słabość do młodych chłopców. Zawisza miał się tylko wkraść w jego łaski i dowiedzieć co wie.
Czy przypadkiem w tym wkradaniu się w łaskę nie chodziło o to, żeby się z tym gościem nasz Zawisza przespał?
No cóż. Nie wiem, co autor miał na myśli, ale dokładnie tak to brzmi.


Bla bla, Henryk wyjaśnia, że Zawisza ostatecznie zabił Krzyżaka zamiast wyciągać z niego informacje, przez co asasyni nie mogli zapobiec zamachowi na Jagiełłę.


(...)


Po rozmowie z Henrykiem Alfred, na drugi dzień wyruszył do Lublina zgodnie z obietnicą. W mieście pomagał rozwijać Bractwo. Szkolił rekrutów, a razem z Marią pilnowali porządku w mieście. Czas mijał im spokojnie. Alfred związał się na zawsze z Marią. Ich sielanka trwała do maja 1389 roku.
Krótkie to “zawsze”.


Jagiełło ponownie znalazł się w Lublinie aby spróbować mediacji w konflikcie między Skirgiełłą, a Witoldem. Wtedy zgłosił Jagiełło skontaktował się z Alfredem.
Jagiełło, TW “Władysław”, asasynski agent melduje się do raportu.


Chciał się z Nim spotkać gdzieś w bezpiecznym miejscu. Wybrał więc karczmę Asasynów. Tą samą, właścicielom której Alfred pomógł pomścić śmierć ich syna.
Pięknie, wykorzystali tragedię by przejąć ich biznes. Tfu!


Jagiełło chciał pomocy od Alfreda ponieważ ktoś chciał zabić Króla.
A którego?


Rozdział 9: Spisek


- Jesteś Koroną. Wielu ludzi wolałoby widzieć Cię martwego.
- Tak jestem tego świadom. Jednak tym razem to coś innego. - Jagiełło nerwowo rozglądał się dookoła.
- Spokojnie. Jesteś tu bezpieczny. Ta karczma należy do Asasynów. - Alfredowi zależało na tym aby uspokoić króla.
Jesteś tu pod opieką moją i Marii, bezpieczniejszy niż na Wawelu wśród wszystkich swoich rycerzy!


(...) Masz jakieś podejrzenia co do tego kto chciałby Cię zabić?
- Mój kuzyn Witold. Chciałby rządzić Wielkim Księstwem Litewskim. Już wcześniej próbował przejąć władzę jednak mu się nie udało. Zapewne słyszałeś o tym.
- Przyznam szczerze, że miałem wtedy inne rzeczy na głowie.
Kaptur.
No trochę słabo, że Alfred wielki asasyn ma gdzieś sytuację polityczną.


- Zaczęło się od tego, że podpisałem układ z Krzyżakami przeciw ojcu Witolda. Uwięziłem też Witolda jednak gdy uciekł z więzienia sam zgłosił się do Krzyżaków z prośbą o ochronę i pomoc.
No cóż, brzmi jak całkiem rozsądny powód do zemsty, czyż nie?


Ostatecznie się pogodziliśmy. Jednak wszystko zaczyna się od nowa.
- Zakładam, że skoro układłeś się z Krzyżakami mimo wszystko nie zostałeś Templariuszem? – Alfred spoglądał na króla surowo i karcąco.

- Nie. – Jagiełło wzruszył ramionami, starając się zachować spokój, ale oczy uciekały mu jakoś na boki.
- Co do Twego kuzyna nie ma żadnej pewności. Przyjrzę się temu.
- Dziękuję Ci.
- Jeszcze nie ma za co.
- Powiedziałeś, że tym razem jest inaczej. Co miałeś na myśli?
- Jednej nocy gdy się obudziłem obok Naszego łoża leżał sztylet wycelowany we mnie.
Leżał i tak strasznie lśnił w ciemności!


Innego razu w czasie uczty dałem trochę mięsa najpierw psu. Zdechł chwilę przed tym jak miałem wziąć pierwszy kęs.
Trucizny instant to jednak nie jest dobry pomysł.


Zdarza mi się czasem zasnąć w sali tronowej przy stole do obmyślania strategii.
Stół do obmyślania strategii. Ciekawe, czy mają tam jeszcze inne stoły, np.: do zmiany strategii, rozmyślania nad finansami, kwestii wiary, luźnych pogaduszek…


Obudziłem się w środku nocy i miecz wbity był w tron, dokładnie w to miejsce gdzie zwykle spoczywa moja głowa. Raz część moich szat była poszarpana.
Ale dlaczego ktoś tak straszy Jagiełłę, zamiast go tak po prostu… no wiecie, ukatrupić w końcu raz a dobrze? Przecież chcieli go zabić przy zastosowaniu trucizny i szczęśliwie uratował Jagiełłę pies. A teraz dramatyzowanie z mieczem wbitym w tron…
Też sobie lubią komplikować.
Można wnioskować, że nikt nie chce go zabić. Może chcą postraszyć, może odebrać sen i apetyt, ale nie zabić.


- Nie wydaje Ci się to już podejrzane same w sobie. To wręcz zbyt oczywiste. Oczywiście jest to osoba, która jest blisko Ciebie.
Jadwiga?
- To musi być ktoś kogo przysłał Witold.
Opolczyk!
- Być może, ale po co ktoś miałby działać tak jawnie? Przecież łatwej byłby zwyczajnie zabić cię gdy spałeś.
Łoooł! Bohater zaczyna myśleć, rozwija się! Brawo, zmądrzał w końcu przez te lata.


(...)


Po spotkaniu Alfred dyskretnie odeskortował Jagiełłę do zamku.
Przebrał się za furmankę z sianem. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, tylko kiedy przejeżdżali obok wieży kościelnej znienacka jakiś gostek w białych szatach spadł mu na łeb.


Gdy wrócił do Kryjówki, Maria czekała na Niego. Streścił Jej całą rozmowę. Wiedział, że Maria zgodzi się z nim aby przyjrzeć się temu. Choć nie mogła mu pomóc gdyż była przy nadziei. Władysław, Witold i Skrigiełło zostali na trochę w Lublinie.
WIeczorami bujali się po pubach itd…


W tym czasie Alfred wmieszał się w tłum służących na zamku.
Przewiesił ścierkę przez ramię i już miał pełen kamuflaż.


Skoro ktoś miał czyhać na życie Władcy służący byłby najlepszym wyborem. Wypytywał dyskretnie każdego ze służących odnośnie tego co powiedział mu przyjaciel. Żaden jednak nic nie wiedział, a instynkt podpowiadał mu, że nie kłamią. Zamierzał dalej śledzić Witolda. Gdy Witold opuszczał Lublin, Alfred ruszył jako członek jego świty.
Nikt z Litwinów nie zwrócił uwagi na tego gościa mówiącego z dziwnym akcentem, którego pierwszy raz zobaczyli w Lublinie.


Uprzednio schował swe szaty Asasyna za pasem.
To musiał być pas kontuszowy, bardzo szeroki.
Jak już miał udawać Żmudzina, to nie ma zmiłuj!


Witold udał się do Królewca. Alfred nie ujawniał się z tym kim jest. Nikt nie zwracał na Niego większej uwagi. Postanowił się przyglądać z dystansem dalszym poczynaniom. Pewnej nocy Witold miał naradę ze swoimi doradcami. Alfred miał za zadanie posprzątać komnatę, w której miało się odbyć. Skorzystał z okazji i po wykonanej pracy ponownie zakradł się do komnaty i ukrył w kominie. Alfred słyszał tylko dwa głosy. Jeden należał do Witolda. Drugiego głosu nie rozpoznawał.
— Co zamierzasz zrobić z tym?
— Jagiełło jest głupszy niż myślałem. Myślał, że Litwini tak chętnie za Nim pójdą. Mam jednak plan.
Witoldzie, ty jadąc z Lublina prosto do Królewca z całą świtą, też nie wychodzisz na zbyt mądrego.  


Stopa Alfreda osunęła się po ścianie. Dźwięk szurnięcia był głośniejszy niż Alfred by chciał. Trochę sadzy spadło na ziemię. Głosy zamilkły. Kroki zbliżały się coraz bardziej do komina gdy nagle ucichły. Drugi głos przemówił:
— Masz mysz w kominie. Powinieneś zmusić służbę, aby lepiej tu sprzątali.
— Masz rację. Pozwólmy myszy żyć.
Nie bądźcie jak książę duński.


— Jaki masz zatem plan?
— Zamierzam wysłać zaopatrzenie do Wilna. Z racji ślubu mojej siostry. Muszę tylko znaleźć straż.


Alfred poznał więc plany Witolda, ale kombinuje dalej.


(...)
Dzięki infiltrowaniu zamku przez kilka tygodni zdążył poznać przynajmniej część jego zakamarków. Wiedział, że komnaty wpływowych Krzyżaków znajdują się od północnej strony. Niechętnie skierował się w stronę zamku. Wejście do środka nie było trudne. Było już późno i służba spała w najlepsze. Strażnicy opuścili posterunek.
W nocy to się śpi, a nie łazi po murach!


Bez problemu dostał się do północnej części zamku. W ciszy wytężył słuch. Miarowy oddech, lekko świszczący dobiegał tylko zza jednych drzwi. Ostrożnie je otworzył. Użył Wzroku Orła aby mieć pewność gdzie znajduje się Krzyżak. Podszedł do śpiącego i zakrył Jego usta dłonią. Krzyżak chciał krzyknąć jednak nie mógł, zaczął się rzucać na łóżku jednak Alfred wysunął Ostrze i przycisnął je do gardła Krzyżaka. Pod wpływem chłodu metalu uspokoił się, a oddech stal się głębszy i szybszy.

— Ciii. Nie zamierzam Cię zabijać. Chcę tylko coś przekazać. Znasz Witolda z Litwy? — Krzyżak pokiwał głową.

— Dobrze. Wiesz, że coś planuje? — tym razem pokręcił głową? — Działa za Waszymi plecami, prawda? — znów kiwnięcie głową? — Nie jest Wam to na rękę? — ponownie kiwnięcie głowy. — Zatem radzę Go zatrzymać. Zapewne się z tym zgadzasz? — kiwnięcie głową. — Teraz jak na zwykłego niemieckiego obywatela przystało wycofam się. Zniknę, a Ty nie wydasz, żadnego dźwięku i pójdziesz dalej spać. Rozumiesz? — po ostatnim kiwnięciu schował Ostrze, zabrał rękę i wycofał się tak szybko jak potrafił.
Zwykłego niemieckiego obywatela.


Nie oglądając się za siebie wyszedł z zamku. Na drugi dzień okoliczne wioski obiegła wieść, że na dziedzińcu zamku stracono dwóch ludzi, którzy uknuli jakiś spisek z żołnierzami. Wieśniacy nie znali jednak szczegółów. Alfred poszedł w okolicę zamku jednak gdy zobaczył przechadzającego się Witolda zrozumiał, że straceni spiskowcy byli podstawieni.
Zaraza, Fredziu czyś ty naprawdę myślał, że Krzyżacy ot tak zetną łeb Witoldowi w kilka godzin?


Wrócił do Krakowa. Zależało mu na spotkaniu z Jagiełłą. Gdy tylko pojawił się przed strażą, ta od razu zaprowadziła Go do Króla. Jagiełło bardzo się ucieszył na widok Asasyna:
— Alfred. Jak dobrze Cię widzieć przyjacielu.
— Królu. — Alfred oddał dworski ukłon.
— Wszyscy mają wyjść. Zostawić nas samych. — Król zaczekał, aż wszyscy opuszczą komnatę. — Mów czego się dowiedziałeś.
— Z tego co wiem wszyscy ludzie Witolda, którzy z nim byli dalej z nim są. Nie wysyłał nikogo od siebie. Planował coś. Przypuszczam, że podstępem chciał zdobyć Wilno jednak gdy Krzyżacy dowiedzieli się o Jego planach, nie byli zachwyceni.
Gdyż…? Zakonowi na rękę powinno być każde zamieszanie na Litwie, każdy konflikt rozbijający i osłabiający unię…


— Jak rozumiem masz z tym coś wspólnego?
— Powiedzmy. Wciąż jednak coś tu nie pasuje. Skoro nie Witold to kto i dlaczego? Działo się coś dziwnego gdy mnie nie było?
— W zeszłym tygodniu znalazłem pod moim łóżkiem odciętą głowę kota.
Hmm, gdyby to była głowa konia i nie pod łóżkiem, a w łóżku, to obstawiałbym włoską mafię.


— Głowę kota? Co tu się do cholery wyprawia?
— Nie wiem, ale to się robi coraz trudniejsze. Zaczynam wpadać w paranoję.
– Królu, nie mów po litewsku, bo nic nie rozumiem! – poskarżył się Alfred.


— Ktoś jeszcze o tym wie?
— Oprócz Ciebie nikomu nie mówiłem.
— Zostanę na zamku. Będę trzymał się z dala tak dla pewności.
– Ale jakby co, to zdążysz przybiec na czas? – z obawą w głosie zapytał Jagiełło.


Zobaczymy jak to wszystko się potoczy.
— Będę wdzięczny.
Przez następne kilka tygodni Alfred przechadzał się po zamku, obserwował szukając czegoś podejrzanego, wyczekiwał kolejnej dziwnej wiadomości. Nic jednak się nie wydarzyło.
Kurde, to napięcie mnie zabije.


(...)
W międzyczasie wojna domowa na Litwie przybrała na sile. Witold z Krzyżakami zbierali swe oddziały z całej Europy. Układ, który podpisali w Królewcu jedynie wzmocnił ich sojusz co polskiej Koronie nie było na rękę. W czasie zbrojnego konfliktu Alfred przebywał u boku żony, szkolił rekrutów i zajmował się swym synem.
Po prostu ciche, spokojne życie asasyna, który nie miesza się w konflikty władców.
No dobra, ale co z tym tajemniczym prześladowcą Jagiełły? Śledztwo umorzone z powodu niewykrycia sprawcy?
Alfred wyjechał do Lublina, a biedny Jagiełło myśli, że jego asasyn ciągle jest na Wawelu, tylko jest bardzo dyskretny.


Jednak pewnego dnia dostał wiadomość. Był wzywany do sprawy morderstwa jak wynikało z listu, który otrzymał. Gdy przybył na miejsce okazało się, że chodzi o Wigunta, młodszego brata Władysława. Wigunt leżał na swym łożu. Kończyny przywarły do ciała. Twarz nie wyrażała żadnych emocji. Wyglądał jakby spał. Pościel ułożona była starannie. Włosy były rozrzucone na poduszce. Miał poderżnięte gardło, krew która wysączyła się z rany zdążyła skrzepnąć. Druga poduszka leżała obok. Przy łożu siedział Władysław pogrążony w zadumie. Alfred dotknął ramienia Władysława wyrywając Go z zamyślenia.
— Alfred, jesteś.
Alfreda uderzył ostry zapach, rozkładającego się ciała. Musiał zakryć nos rękawem.
— Nie czujesz, że ciało zaczyna gnić?
— Zakazałem ruszać tu czegokolwiek przed twoim przyjazdem.
Zakaz czy nie, istniało spore ryzyko, że nim Alfred dojedzie do Krakowa, to ciało samo zacznie się ruszać…


— Starałem się przybyć jak najszybciej. Możesz mi powiedzieć co tu się stało?
— Wieczorem jadł z Nami, pił z Nami. Po prostu był. Rano już się nie obudził.
Trudno się obudzić, jak ma się poderżnięte gardło.


— Wiesz kto mógł to zrobić?
— Nie. Dlatego Cię potrzebuję. Chcę, żeby Ten kto to zrobił spotkał się ze Stwórcą.
— Ciężko będzie zabić gdy nie wiemy kogo. Wygląda jednak na to, że ktoś go udusił, a potem poderżnął mu gardło. Albo odwrotnie.
Przy tym stanie rozkładu trudno coś stwierdzić.


Jagiełło i Alfred dochodzą do wniosku, że za morderstwo odpowiedzialny jest Skirgiełło i on też stoi za wszystkimi wcześniejszymi zamachami na Jagiełłę.
Wigunt miał zastąpić Skirgiełłę na Litwie. Jagiełło nie połączył A z B aż do przyjazdu Alfreda.


(...)


Władysław biegał po całej komnacie, przewracał meble, krzyczał, darł szaty które miał na sobie, rzucał sztućcami i każdą rzeczą jaką miał pod ręką i był w stanie ją podnieść. Robił to już od godziny i coraz więcej służby zaczynało się pojawiać aby zobaczyć Króla, który oszalał po śmierci swego barta.
Takie widowisko!
I bór raczy wiedzieć, czemu dopiero teraz, skoro wcześniej przez tyle czasu był zupełnie spokojny.
Gniew w nim narastał powoli, aż w końcu przekroczył punkt krytyczny.


W drzwiach wreszcie zjawił się Skirgiełło.
— Wyjść. Wszyscy mają stąd wyjść i ani słowa o tym co tu się dzieje.
Służba opuściła pomieszczenie zamykając za sobą drzwi, a Skirgiełło podbiegł do oszalałego Króla i chwycił Go mocno.
— Uspokój się! — Władysław starał się wyrwać z uścisku rzucając się na wszystkie strony. — No już spokojnie. Nic się nie dzieje.
Nic się nie stało, Władeczku, nic się nie stało...


Minęła chwila i krzyki Władysława stawały się coraz cichsze, a On sam spokojniejszy, po policzkach spływały mu łzy.  Osuneli się na podłogę. Skirgiełło dalej uspokajał Władysława.
— Wszystko będzie dobrze. Już wystarczy.
Gdy tylko Władysław przestał się szamotać, Skirgiełło sięgnął do buta wyciągając sztylet. Na ten widok Alfred wyłonił się z rogu pokoju. W tym całym zamieszaniu nikt nie zwracał na niego uwagi. Niedoszły królobójca wykonywał zamach sztyletem jednak Alfred był szybszy. Przyłożył mu swą szablę do gardła.
— Nawet nie próbuj. Wyrzuć sztylet.
W sensie że jak? Zabiłby Jagiełłę i co dalej? Jak opuściłby Wawel, Kraków, Polskę?
Może mu się pomyliło z królem Gaju Nemoreńskiego i myślał, że jak zabije władcę, to sam po prostu gładko przejmie jego funkcję...


Skirgiełło wahał się przez chwilę, ale upuścił broń z brzękiem.
— Teraz wstań po woli i siadaj na krześle [po niewoli].
Skirgiełło wykonał polecenie. Władysławowi tymczasem przeszły wszystkie objawy szaleństwa.
Mylisz się, narratorze.


— Ładnie zagrane mój Królu.
— Dziękuję.
— To wszystko było udawane?! — zdziwienie w głosie napastnika wywołało u Alfreda uśmiech na twarzy.
— Nie wiedziałeś, że tak dobrze umiem grać? Chcę wiedzieć po co robiłeś to wszystko.
Na twarzy Skirgiełły zagościł uśmiech psychopaty.
— Nic Ci nie powiem. Mwahahahahahahaha!!!
— Sądzę, że powiesz. — Władysław prawym prostym złamał nos brata. Krew zalała mu twarz. — Zmieniłeś zdanie?
— Nic Ci nie powiem.
— Zła odpowiedź. — Władysław złapał za palec brata i jednym szybkim ruchem pociągnął za palec aż dało się usłyszeć trzask.
Krzyk Skirgiełły wypełnił komnatę. Alfred nie wiedział, że Jagiełło ma tak duże pokłady brutalności w sobie. Nie był pewny czy to dobrze czy źle. Nie chcąc kolejnych tortur włączył się do rozmowy:
— Na twoim miejscu zacząłbym się zwierzać. Te wszystkie dziwne rzeczy: głowa kota, sztylety. To wszystko Ty?
— Tak. — Skirgiełło splunął krwią.
— Dlaczego to zrobiłeś?
— Bo patrzenie jak mój braciszek wpada w paranoję było zabawnie. Niszczyłem Go od środka kawałek po kawałku. Gdy całkiem by się załamał uwolniłbym Go od ciężaru... życia.
— Mówiłem Ci, że Witold nie miał z tym nic wspólnego. — Alfred zwrócił się do Władysława.
— Wiedziałem, że będzie obwiniał Kuzyna. Nie wiedziałem tylko, że Jego mały Asasyn będzie węszył. — Ta uwaga Skirgiełły lekko zabolała Alfreda.


— Ty za to byłeś całkiem bezpieczny. — Alfred przerwał ten wywód.
— Tak. Tym czasem wojna domowa się pogłębiała.
— Wszystko ucichło gdy wyjechałeś na front. Do czasu, aż Władysław chciał Cię zastąpić. — Asasyn sam zdziwił się, gdy zrozumiał, że ten plan trochę mu zaimponował.
Chyba swoją głupotą.


— Wigund stał na mojej drodze. Musiałem się go pozbyć. — Skirgiełło wyraźnie był z siebie dumny.
Po tych słowach Skirgiełły, Władysław stracił panowanie nad sobą. Chwycił brata i rzucił o ścianę.
FULL BERSERKER MODE.


Alfred musiał zabrać szablę, którą trzymał przy piersi więźnia, aby Go nie zabić.
— Ty mały, cholerny robaku. Zabiłeś naszego brata!
— I co mi zrobisz? Teraz zabijesz mnie? Proszę bardzo. Już Cię nienawidzą na Litwie. Zabij mnie, a lud sam rzuci się pod opiekę Witolda. Jestem Ci bardziej potrzebny, niż Ty mnie.
Władysław był wściekły. Zaczął okładać pięściami Skirgiełłę z furią jakiej Alfred nigdy nie widział.
Zapomnijcie o berserkerze, Władysław zaraz zmieni się w super sayana.


Musiał interweniować, więc krzyknął na Władysława, aby przestał jednak ten nie słuchał.
Dude, królowie przyzwyczajeni są do wydawania rozkazów, a nie słuchania ich.


Z barku lepszych opcji i z łokcia gorszych Alfred podszedł do Władysława i tym razem przyłożył szablę do piersi Króla. Na ten widok On zastygł w bezruchu. Wściekłe oczy utkwił w Alfredzie. Chętnie by się na Niego rzucił gdyby nie metal, który ich rozdzielał.
— Odejdź od Niego. — Władysław posłuchał, a Alfred schował szablę do pochwy. Skirgiełło był mocno poobijany, jednak przytomny. — Ma rację. Nie możesz Go zabić więc się opanuj.
— Zasłużył na śmierć. I ty zresztą też. Na publiczne łamanie kołem za grożenie bronią królowi.
— Zgadzam się, ale nie teraz.
— Ty — Król wskazał palcem brata — Chciałeś mojej śmierci dla władzy. Będziesz więc patrzył jak daję Witoldowi to czego chce i kończę tą wojnę. Po wszystkim zginiesz w Kijowie bez możliwości opuszczenia miasta. Jeśli to zrobisz On... — Tym razem wskazał Alfreda — Cię zabije. Jeśli coś mi się stanie, Alfred Cię zabije. Jeśli stanie się coś komukolwiek z mojej rodzin zabije Cię własnymi rękami. STRAŻ! — weszli do pokoju. — Zabrać Go!
Czyli stali sobie pod drzwiami, słuchając tych hałasów towarzyszących Skirigielle rzucanemu o ściany i nie wpadli do środka zobaczyć czy królowi grozi niebezpieczeństwo? Jeśli tak… to znaczy, że są do tego przyzwyczajeni. Zaczynam martwić się o Jadwigę.
Znaczy, Alfred ma teraz przez resztę życia pilnować Skirgiełły w Kijowie? No to ładnie się go pozbył.


Po rozwiązaniu zagadki Alfred oznajmia, że teraz ma zamiar udać się do Malborka i spróbować odzyskać Fragment Edenu. Prosi tylko króla o użyczenie mu posłańca, by przekazać list do Marii.


(...)


Rozdział 10: W paszczy lwa


List był krótki. Zawierał jedynie informacje, że Alfred jedzie do Malborka odbić Fragment Edenu. Chciał żeby się nie martwiła.
Misja jak misja, pomyślała Maria wzruszając ramionami. Pogniotła list, rzuciła go za siebie i wróciła do niańczenia bachora, myśląc o tym, że kiedyś była cool asasynką i w ogóle.


(...)


Alfred zbliża się do Malborka.


Tak jak się spodziewał zamek nie był całkowicie obstawiony strażą. Na murach znajdowało się ośmiu łuczników. Wejście na zamek obstawiało dwóch strażników. Założył, że na dziedzińcu jest przynajmniej czterech strażników, kilkoro dodatkowych wewnątrz.
Czyli 14-20 osób jako cała ochrona siedziby Wielkiego Mistrza i stolicy państwa krzyżackiego.


Wejście do zamku główną bramą nie wchodziło w grę. Na szczęście mieszkańcy okolicznych wiosek zawozili zaopatrzenie do zamku. Puścił konia wolno, a sam zbliżył się do najbliższego wozu. Woźnica przewoził beczki. Ładunek przykryty był lnianą płachtą. Alfred wykorzystał okazję i wślizgnął się między beczki. Wóz zatrzymał się.
— Stać! Co przewozisz?
— Miód pitny.
— Możesz wjechać. Zawieź beczki do spichlerza.
Gdy wóz zatrzymał się, Alfred dyskretnie wyślizgnął się z wozu i schował w pobliżu spichlerza. Czekał aż zapadnie zmrok. Wraz z pojawieniem się pierwszych gwiazd uznał, że najwyższa pora przystąpić do działania. Wyszedł ze swojej kryjówki i skierował się w stronę dworskiej kuchni. Trzymał się blisko murów aby łucznicy Go nie zauważyli.
A nie mógł na przykład zdobyć stroju knechta i wmieszać się między żołnierzy?


Na dziedzińcu nie znajdowali się żadni strażnicy. Dzięki temu dostanie się do kuchni nie było specjalnie trudne. Kobiety krzątały się jak w ukropie, nawet nie zauważyły, że ktoś wszedł przez uchylone drzwi. Alfredowi coś nie pasowało. Dla zwykłego wojska nie szykowaliby dań w kuchni.
Eee… a gdzie?
Zamówiliby catering w foodwozie.


Ktoś jeszcze musiał być w zamku.
No raczej. Wielki Mistrz, władze zakonne, urzędnicy i rycerze…


Jakaś jego część chciała to sprawdzić, jednak szybko skarcił się w duchu za to. Nie mógł się rozpraszać. Dyskretnie przeszedł do drzwi prowadzących na zamek, unikając wzroku kucharek. Chciał uniknąć ewentualnego podniesienia alarmu. Po kilku minutach chowania się pod stołem kuchennym, skrywania w cieniu pod ścianami przeszedł przez drzwi dostał się na zamek. Korytarz prowadził do sali jadalnej. W sali znajdowały się  tylko stoły, ławki i słoma na podłodze.
Panie, bida w tym Zakonie. W Malborku wnętrza gorzej urządzone niż w byle karczmie w Wieliczce.


Pochodnie rzucały kołyszące się światło. Zbliżył się do drzwi. Zamierzał je otworzyć, gdy nagle usłyszał stłumione głosy rozmowy. Cofnął się i rozejrzał po pomieszczeniu. Drzwi były jedyną drogą prowadzącą na zewnątrz. Jedyną opcją było zwabienie straży do środka. Przy żyrandolach uwiązane były szarfy, na których błazny zabawiały gości w czasie wielkich uczt.
Tu słoma na podłogach, a tu wielkie uczty z występami artystycznymi…


Alfred wdrapał się po jednej z nich na żyrandol. Po czym przeskoczył na drugi. Rzucił nożem w linę trzymającą jeden z żyrandoli. Pozbawiony umocowania spadł wywołując donośny huk.
Wywołał go z lasu.


Hałas był na tyle donośny, że strażnicy wpadli do pomieszczenia z przerażeniem. Ich kolcowe zbroje grzechotały w ciemności.
Zbroje kolcowe? Jedyne co mi się z tym kojarzy, to XIX-wieczna zbroja do polowania na niedźwiedzie:


Nie mieli hełmów, a broń zostawili na posterunku.
Nawet nie wiem jak to skomentować. Alfred nosi ze sobą czterolistną koniczynę czy jak?


Podeszli do żyrandola na podłodze i wtedy Alfred skoczył na nich przygniatając do podłogi.
Wszystkich naraz?


Upadając strażnicy uderzyli głowami o kamień tracąc przytomność.
Też wszyscy w tym samym momencie...


Przez chwilę zastanawiał się czy nie wbić im w karki Ostrza. Jednak zrezygnował z tego. Nie przybył tu w tym celu. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Musiał dostać się do skarbca Templariuszy. Skręcił w prawo, kierując się do kaplicy. Przylegając do ściany, zaczął powoli poruszać się do przodu. Wyglądał zza każdego rogu aby sprawdzić czy nikt nie patroluje korytarzy. Po drodze nie widział nikogo. Przed wejściem do kaplicy stał jednak jeden strażnik. Nie miał na sobie żadnej zbroi, w dłoni trzymał pikę.
Ach tak. Sześciometrowy kij zakończony grotem najlepiej nadający się do walki przeciw konnicy to jest właśnie to czego potrzebujesz, gdy w nocy pilnujesz kaplicy na zamku.
Kurde, ja nie mogę. Co się stało z Krzyżakami, zamienili się w komunę hipisów-pacyfistów, że tak wszystkie straże paradują bez zbroi i broni?


Przechadzał się po korytarzu.
Po korytarzu. Z piką. To musi być bardzo wygodne.


Alfred poczekał, aż odwróci się plecami. Wtedy ruszył na strażnika. Zaszedł Go od tyłu i jednym zwinnym  ruchem, brzuszną stroną stawu łokciowego zasłonił nos i usta strażnika.
A ja urzeczony pięknością tego zdania odeśmiałem sobie regio glutea.


Strażnik zaskoczony upuścił broń. Przez minutę starał się wyszarpnąć z uścisku, jednak Alfred nie odpuszczał, nawet gdy poczuł na swoim przedramieniu zęby strażnika. Szybko jednak szczęki zmniejszyły swój nacisk, a ruchy były coraz mniej gwałtowne, aż w końcu całkiem zamarły. Alfred wciągnął nieprzytomnego człowieka do kaplicy i przeszukał Go. Na szyi miał złoty łańcuszek, na którym zawieszony był wisior w kształcie krzyża Templariuszy wielkości dłoni, wysadzany czerwonymi kamieniami. Jednym szybkim ruchem zerwał go z ciała ogłuszonego i skierował się w stronę grobu pierwszego Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego po wybudowaniu zamku. Kaplicę wypełniało blade światło Księżyca wpadające do środka, które nadawało pomieszczeniu upiornego charakteru. Tam znajdowało się wejście do skarbca Templariuszy. Alfred wiedział o nim od Ulricha jeszcze z czasów gdy się przyjaźnili. Nigdy jednak nie był wewnątrz skarbca. Ulrich zdradził jednak mu lokalizację co teraz było ogromnie pomocne.
Hm, za czasów, kiedy się przyjaźnili, obaj byli młodzieńcami, raczej nisko postawionymi w hierarchii, więc skąd Ulrich znał takie tajne informacje?
Pewnie brat mu wypaplał.


Teraz Alfred był mu za to  ogromnie wdzięczny. Gdy podszedł do grobu musiał zsunąć kamienną płytę. Lata treningów i wspinania się na ściany sprawiły, że nie było to szczególnie trudne do osiągnięcia. Za każdym razem jednak gdy przesuwał kawał kamienia o kilka centymetrów przerywał, aby sprawdzić czy odgłos nikogo nie zwabił. Wreszcie, gdy kamień nagrobny był już na krawędzi spadku z grobu Alfred zaprzestał działania. Miał wystarczająco dużo miejsca, aby przesunąć kości na bok odsłaniając w ten sposób nieco wystające z dna grobu koło. Po środku koła znajdował się kształt odpowiadający wisiorowi.
Czyli pojedynczy strażnik miał przy sobie klucz do skarbca, którego miał pilnować. Wow.


W grobie znajduje się ukryte przejście, uruchamiane medalionem. Alfred bez przeszkód dociera do skarbca.


(...) W słabym blasku zobaczył kamienne ściany, oraz niewielki podest na jakim spoczywał Fragment Edenu. Pomieszczenie wydawało się nieukończone. Zwłaszcza, że spodziewał się raczej przepychu, złota i drogich kamieni.
Panie, przecież ich nawet na porządną ochronę nie stać, a co dopiero na takie fanaberie.


Tym czasem był w czymś bardziej przypominając ziemiankę. Sięgał już po sakiewkę, aby schować w niej Sześcian, gdy nagle coś Go tknęło. Miał ochotę sprawdzić co się stanie jak dotknie artefaktu.
A nie mógłby go dotykać już po wyjściu z paszczy lwa?


Przez chwilę walczył ze sobą jednak poddał się ciekawości. W momencie zetknięcia się skóry z artefaktem, ten niezwykle mocno się rozjarzył. Jasność była tak silna, że musiał zamknąć oczy. Po ich otworzeniu jedyne co widział to otaczająca Go zewsząd nieskończona pustka. W ręce wciąż trzymał Sześcian. Nagle rozległ się głos. Przypominał ludzki, lecz pozbawiony był jakichkolwiek emocji. Przypominał głos kobiety choć z całą pewnością nie należał do człowieka. Dodatkowo Alfred nie rozumiał nic z tego co słyszał:
— Skanowanie struktury DNA. — chwila przerwy — Zgodność potwierdzona. Rozpoczynam przetwarzanie danych. — znów chwila ciszy — Kompilowanie zakończone.
E no, skoro zna takie słowa jak “paranoja”, to i to powinien zrozumieć.


(...)
Alfred obudził się leżąc na ziemi. W dłoni ściskał Sześcian. Podniósł się jednak głowę miał jakby ciosaną z granitu. Pomieszczenie wypełniał tylko mrok. Wymacał sakwę i schował do niej Sześcian. Następnie ruszył w stronę schodów. Po omacku znalazł dźwignię i pociągnął za nią. Wejście do skarbca otworzyło się i wydostał się stamtąd. Był już ranek. Słońce rozświetliło kaplicę. Strażnika jednak już nie było tak samo jak medalionu. Wiedział już, że wszczęto alarm i wiedzą o Jego obecności.
I nikt na niego nie czeka, choć to jedyne wyjście? Bo ja zafundowałbym Alfredowi taki komitet powitalny:
Nikt nie wszedł do środka zobaczyć co z sześcianem? I wreszcie, skoro zniknął medalion, to czy tajne przejście nie powinno się zamknąć, więżąc Alfreda w środku?


Skarcił się w duchu. Gdyby nie stracił przytomności zdążył by się jeszcze wyślizgnąć niezauważenie. Wziął głęboki wdech. Chciał się uspokoić. Wiedział, że czeka Go walka. Wyszedł z kaplicy. Korytarze były całkowicie puste. Wiedział, że to nie była dobra wróżba.
Mam wrażenie, że gorszą wróżbą byłby tłumek uzbrojonych knechtów, ale co ja tam wiem.


Skierował się na dziedziniec zamku. To była jedyna droga wyjścia.
Wicie, Malbork. Wielkie zamczysko pełne korytarzy, sal, kaplic, cel zakonników, sypialni, krużganków i cholera nie wie jakich jeszcze zakamarków, a on twierdzi, że może jedynie iść prosto na dziedziniec jak cielę na rzeź?


Gdy tam dotarł przywitało Go dziesięciu uzbrojonych rycerzy oraz ośmiu łuczników na murach.
Wow, całą ochronę ściągnęli, grubo.


Każdy gotowy był do ataku. Brama wyjazdowa została zamknięta. Nad nią na murach stała jedna postać.
— Proszę, proszę. Asasyn. — szydził z Alfreda. — Kiedy Wy się wreszcie nauczycie, że jedyny sposób abyście się stąd wydostali to śmierć? Choć przyznaję, że daleko dotarłeś. No już. Zdejmij kaptur. Chcę zobaczyć Twoją twarz zanim Cię zabijemy.
Alfred wykonał prośbę. Zdjął kaptur i spojrzał na Templariusza stojącego nad bramą. Na widok przerażenia wykrzywiającego twarz wroga, Alfred mimowolnie się uśmiechnął. Templariusz cofnął się. Mało nie spadł z murów. Przerażonym głosem przemówił:
— Ty. To nie możliwe. Miałeś być martwy!
No cóż, następnym razem upewnij się, zanim odjedziesz.


— Czyżbyś bał się duchów, Ulrichu? — to spotkanie sprawiło Alfredowi dziką satysfakcję. — Nie wydajesz się być zachwyconym.
Ulrich trochę się opanował. Głos jednak nadal mu się trząsł:
— Więc zdradziłeś Nas, żeby bratać się z wrogiem?
— Zabawne, że akurat Ty mówisz o zdradzie. — Alfred widział jak na te słowa grymas złości przemknął mu przez twarz. — Co jest? Nie chcieli Cię na swojej małej wyprawie? Czy może zesłali Cię tu za karę?
Bo za karę zsyła się do stolicy, a w nagrodę – do zapyziałego zameczku na zadupiach.


— Nic nie wiesz. Jak każdy Asasyn nie potrafisz spojrzeć z szerszej perspektywy.
— Możliwe. Jednak to nie Ja tam stoję. — palcem wskazał Ulricha — To nie ja trzęsę się ze strachu. Jestem Ci wdzięczny, wiesz. Gdyby nie Ty nigdy nie trafiłbym do tych, których naprawdę mogę nazwać rodziną. Dałeś mi nowe życie, odbierając stare. — Alfred sięgnął po sakwę i wyciągnął z niej Sześcian i wzniósł do góry. — Teraz naprawię swój błąd.
— Zabiorę Fragment Edenu z Twoich martwych, zimnych rąk. — mimo wszytko ręce wciąż trzęsły się Ulrichowi.
— Dziś nie Ty jesteś moim celem. Jednak obiecuję Ci, że prędzej czy później wbiję swe Ostrze w Ciebie. Na razie jednak puść mnie wolno. Inaczej ktoś zginie.
— Tym kimś będziesz Ty. Łucznicy! — cięciwy zostały napięte.
W głowie Alfreda zabrzmiał ten sam kobiecy, zimny głos: „Wykryto zagrożenie"
— Gotowość do strzału!
Znów głos z Sześcianu: „Aktywacja systemu obronnego"
Alfred naciągnął kaptur i wzniósł w górę artefakt, co było działaniem instynktownym.
— Zabić Go.
Łucznicy wypuścili strzały, a w tym samym momencie Sześcian wygenerował falę energii, która zrzuciła łuczników z murów. Ulrich zdążył schować się za flanki w ostatniej chwili unikając tego samego losu.
Albo z Urlicha niezły akrobata, albo mury w Malborku mają blanki z jednej i drugiej strony.


Gdy tylko zobaczył co się stało, uciekł z murów. Rycerze na dziedzińcu również zostali odrzuceni do tyłu. Jeszcze raz odezwał się głos: „Zapasy energii wyczerpane. Wyłączenie systemu". Część zdążyło się już podnieść. Alfred wyciągnął szablę i przygotował się na atak.
A tego… Nie mógł, korzystając z ich ogłuszenia, natychmiast spieprzać? Brama wprawdzie zamknięta, ale co tam dla niego brama, przecież łazi po ścianach jak mucha.
Lubi mieć trudniej, naprawdę.
I jak się zaraz okaże, otwarcie bramy to żaden problem.


Rycerze ruszyli na Niego. Przypomniał sobie nagle o bombach dymnych, sięgnął po jedną z nich. W momencie gdy wrogowie podeszli wystarczająco blisko, męczył się z krzesiwem by uzyskać iskrę użył jej. Natychmiast Alfreda otoczył gęsty dym. Napastnicy zaczęli dławić się.
Ale Alfred się nie dławił, bo tak było w grze.


Byli całkowicie zdezorientowani tym co się wydarzyło. Alfred zamierzał wykorzystać element zaskoczenia. Jednym płynnym ruchem szabli rozpłatał gardła dwóm stojącym najbliżej rycerzom. Padli na ziemię dławiąc się krwią. Sięgnął po noże do rzucania i umieścił je starannie w oczodołach dwóch kolejnych rycerzy. Wbiły się po całą klingą, błyskawicznie uśmiercając cele.
Co on ma z tymi oczami, sadysta jeden!


Chwycił za mizerykordie dwóch poległych rycerzy i rzucił nimi w liny utrzymujące bramę w zamknięciu. Brama otworzyła się z hukiem.
Prędzej most zwodzony opuścił się z hukiem. No i trochę bieda, że nie mieli żadnych opuszczanych krat, ale do tego, że Zakon Krzyżacki cienko przędzie, zdążyliśmy się chyba przyzwyczaić.


Dym zdążył się już rozwiać. Pozostało sześciu strażników. Pobiegł w stronę bramy jednak drogę zastąpiła mu dwójka wrogów. Zatrzymał się, a oni zaczynali Go okrążać. Schował szablę co wywołało tylko salwę śmiechu przeciwników. Zaczął biec w kierunku dwójki blokującej bramę.
I teraz patrzcie jak Alfred sobie z nimi poradzi:


Gdy zbliżył się do nich, rycerze już byli gotowi do starcia. Jednak on wykonał wślizg pomiędzy nimi. Chwytając za kostki, powalił przeciwników na ziemię. Hełmy spadły im z głów. Alfred szybko podniósł się i wbił swe Ostrza w ich karki.
Mamo, właśnie dla takich opisów zostałem analizatorem.


Pozostała czwórka ruszyła na Alfreda. Nie zamierzał czekać, aż się przybliżą. Kątem oka zobaczył leżące na ziemi tarcze treningowe. Pobiegł w ich stronę, ciągnąc wrogów za sobą.
Za kostki.


Chwycił za jedną z kolcami na bokach i rzucił nią. Trafiła jednego z nich w pierś przebijając zbroję. Tarcza zalała się krwią, a ciało padło martwe.
Wow, zabójczy mają ten sprzęt treningowy. Albo ktoś przyoszczędził na zbrojach.
Nigdy nie widziałem średniowiecznej tarczy z kolcami na bokach. Chyba przez użycie sześcianu trafiliśmy do jakiegoś high fantasy.


Pozostała trójka jednak wciąż napierała na Alfreda. Pobiegł więc w stronę ściany, wbiegł na nią i w krytycznym momencie odbił się przeskakując nad pozostałą trójką. Wylądował zaraz za nimi więc zanim się zorientowali zdążył wbić pod zbroję jednemu z nich swoje Ostrza. Z ran popłynęła krew barwiąc jeszcze bardziej rękawy szaty Alfreda na czerwono. W tym czasie ostatnia dwójka odwróciła się, a Alfred znów użył dymnej zasłony. Nie dali się jednak zwieść. Mimo gęstego dymu machali mieczami na oślep.
I zadźgali siebie nawzajem, koniec bajki.


Alfred skorzystał z tego, że powstało zamieszanie, aby wdrapać się na mur.
Teraz, jak brama już otwarta? No przecież miałby za łatwo…


Będąc na murach zabrał łuk i kilka rozsypanych strzał jakie pozostały po łucznikach. Rycerze byli zdezorientowani, gdy uświadomili sobie Jego zniknięcie. Alfred wykorzystał to, aby napiąć łuk i wystrzelić dwie strzały jednocześnie. Celował w szyje przeciwników. Jedna z nich odbiła się od zbroi. Druga utkwiła w celu. Pozostał już tylko jeden i właśnie wspinał się na mury. Alfred przygotował się na Jego przybycie wyciągając szablę i aktywując Ostrze wolnej ręki. Gdy rycerz wspiął się na mur Alfred zwarł się z Nim rozsypując iskry dookoła.
Walczyli na miecze świetlne.


Przez chwilę parowali ciosy. Alfred wiedział, że nie będzie w stanie dłużej się opierać. Jednak obaj byli już zmęczeni. Alfred dostrzegł, że rękawica zbroi nie zasłaniała do końca nadgarstka.
To do dupy z taką rękawicą.


Wykorzystał to by odciąć rękę napastnika, w której trzymał miecz. Krzyk zranionego rozdarł powietrze, a krew tryskająca z rany barwiła wszystko w zasięgu na czerwono.
Teraz już wiecie skąd czerwony kolor murów Malborka.


Alfred kopnięciem w klatkę piersiową zrzucił Go z murów. Ostatni z rycerzy spadł na ziemię łamiąc każdą kość w swoim ciele.
No taki pechowiec z niego, że pewnie połamał wszystkie kości nawet w tej odciętej dłoni.


Po wszystkim, dysząc ciężko Alfred zszedł z murów. Przez chwilę zastanawiał się czy nie ruszyć za Ulrichem. Założył jednak, że ten opuścił już zamek więc postanowił wracać. Wyszedł przez główną bramę zostawiając za sobą trupy. Służba zgromadzona na zamku właśnie się budziła.
Nikogo nie zaalarmowały dźwięki walki? I służba na zamku wstawała, gdy już dawno świeciło słońce? I co jeszcze, wywalczyli sobie ośmiogodzinny dzień pracy, płatne urlopy i nadgodziny?


Pierwsze wyszły kobiety, które zaczęły krzyczeć na widok trupów. Ich krzyki dobiegły Alfreda pomimo znacznego oddalenia się od zamku. Nie obejrzał się jednak za siebie, kierując się do najbliższej wioski celem zabrania konia i powrotu do domu.
A skąd wiedział, że w najbliższej wiosce jest jego koń? Przecież nim przyczaił się w wiozącym miód wozie, “puścił konia wolno”.
Koń miał GPS-a.


Rozdział 11: 1410
Alfred odwozi Fragment Edenu do Wieliczki. Mijają lata. Henryk umiera w Pradze, prawdopodobnie z pomocą templariuszy. Wysław zostaje nowym Mentorem, a Alfred doczekał się kolejnych dzieci: syna i córki.


(...)
W 1407 roku dotarła do Nich kolejna wiadomość, która bardzo mocno wstrząsnęła Alfredem. Ulrich von Jungingen otruł swego brata Konrada zajmując miejsce nie tylko Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego, ale również Templariuszy.
Ja wiem, że Urlich to złol nad złole w tym opku, ale czy naprawdę musiał być jeszcze bratobójcą?


Jagiełło, któremu doradza Alfred,  szykuje się do wojny z Zakonem Krzyżackim. Asasyni postanawiają wspomóc go wysyłając ochotników.
(...)


14 lipca 1410


Alfred popędzał konia ile sił. Słońce chyliło się ku zachodowi i niebo zaczęło przyjmować krwawą barwę. Nie wiedział czy to dobrze czy wręcz przeciwnie. Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Coraz bardziej zbliżał się do zamku w mieście Dąbrówna, a przynajmniej to co z niego zostało. To tam Władysław Jagiełło stacjonował ze swoimi wojskami. Do zamku przybył, gdy słońce już prawie całe zniknęło za horyzontem. Wjazd do miasta był bezproblemowy. Żołnierze świętowali jego zdobycie. W okolicy ruin zamku skrył się Jagiełło.
A przed czym się tak skrywał?
Znowu ktoś mu zaczął podrzucać głowy kotów i inne takie.


Alfred zamierzał w Jego stronę. Został jednak zatrzymany przez straż:
– Kim jesteś i czego chcesz? – w głosie strażnika wyraźnie dało się wyczuć niechęć.
No bo przecież to nie tak, że facet po prostu uczciwie odwalał swoją robotę.


– Muszę się widzieć z Królem. – Alfred zachował spokój i wyjął z rękawa zwój pergaminu, który wręczył strażnikowi – Daj to Królowi Polski i Litwy.
Musiał wyraźnie zaznaczyć “Polski i Litwy”, bo było tam też paru innych królów. A nie, czekaj, nie było. Poza tym Litwa nie była królestwem.


Strażnicy spojrzeli po sobie z wielką niechęcią. Żadnemu nie podobała się wizja zostania posłańcem choćby na chwilę.
Nie mieli tego w zakresie obowiązków i nikt im nie płacił za dodatkowe fuchy.


Wreszcie jeden z nich wyrwał mu pergamin z ręki i poszedł oddać zwój Królowi.
Łaskawca!


Wrócił po chwili i kazał iść za sobą. Przed ruinami wielkiego pomieszczenia będącego zapewne główną salą stał Jagiełło, na jego twarzy malował się szeroki uśmiech.
— Alfred. Witam Cię, mój przyjacielu. Wybacz zachowanie strażników. Wszyscy są nieco poddenerwowani.
— Witaj Królu. — Alfred też się ucieszył. — Rozumiem to w zupełności.
Jagiełło machnął ręką na strażnika, który odszedł na swój posterunek. Kazał też wszystkim zostawić ich samych.
— Jestem wielce rad, że przybyłeś.
— Ja też. Zatem o czym chciałeś ze mną porozmawiać?
— O bitwie, która nas czeka. Nie będzie łatwa, a dowodzić będzie sam Ulrich von Jungingen.
Na dźwięk tego imienia Alfred instynktownie aktywował Ukryte Ostrze.
Minęło jakieś dwadzieścia pięć lat, więc trudno mi wierzyć w taką reakcję. Plus doskonale powinien sobie zdawać sprawę, że wielki mistrz dowodzi w toczącej się wojnie.


Jagiełło wypytuje o słabe strony Ulricha. Alfred przypomina sobie, że ten zawsze był niecierpliwy i doradza schować część wojsk w lesie i odwlekać jak najdłużej rozpoczęcie bitwy. Obiecuje również posiłki w liczbie całych dziesięciu asasynów. Wow, jesteśmy pod wrażeniem.
A widziałaś staty takiego asasyna? Każdy jest wart w bitwie tyle co Sauron!


(...)


15 lipca 1410


Rankiem dwie wielkie armie stanęły na przeciw siebie na polach Grunwaldu. Część wojsk Jagiełły skryła się w lasach i zaroślach zgodnie z planem ukrywając swoją liczbę. Alfred z Jagiełłą stali ramię w ramię.
Przed bitwą Jagiełło wysłuchał trzech mszy, co w tym czasie robił nasz Alfred, ateistyczny asasyn?
Ziewał.


Wreszcie król spojrzał na zegarek i uznał, że nadszedł czas. Rycerze odśpiewali Bogurodzicę, a później lekka jazda litewska i tatarska ruszyła na artylerię Zakonu. Alfred nie zamierzał czekać dłużej. Zamierzał walczyć więc pognał konia nie zważając na nic.
Geniusz strategii.


Dobił do pierwszych przeciwników i zwarł z nimi swą stal. Walczył na swym koniu dopóki jeden z rycerzy krzyżackich nie rozpłatał go swym mieczem. Alfred spadł z truchła gdy to upadało na ziemię. Szybko podniósł się i znów ruszył do walki. Wykorzystywał wszystko co miałem pod ręką: szablę, Ukryte Ostrza, sztylet, noże do rzucania, bronie porzucone na polu bitwy. Dezorientował wroga bombami dymnymi.
Dostał kiedyś pięć od Marii, która przywiozła je z Chin, skąd on je ciągle bierze?
Z Aliexpressu.


Przynajmniej do momentu wykorzystania ostatniej z nich. Przedzierał się do przodu zasłaniając ziemię gęsto ścielącym się trupem.
Opis jak z filmowej wuxii.


(...)
Ruszyli na wroga. Alfred zablokował cios swą szablą. Chwycił rękę rycerza i wykręcił ją. Jednym szybkim ruchem złamał ją, a gdy rycerz krzyknął z bólu skręcił mu kark. W tym zamieszaniu nie zwrócił uwagi, że za plecami podkrada się do Niego inny rycerz. Gdy się odwrócił było już za późno na reakcję. Alfred jak w zwolnionym tempie zobaczył przebijający zbroję, metalowy bełt kuszy. Przeciwnik padł martwy. Spojrzał w stronę, z której pad strzał. Zawisza już ładował następny bełt do kuszy. Alfred podbiegł do Zawiszy.
Zawisza Czarny, najsłynniejszy polski rycerz, pod Grunwaldem biegał w papciach (bo konia gdzieś zgubił?) i z kuszą. Historia jakiej nie znacie.
Tego wam w szkole nie powiedzą!


— Jesteśmy teraz kwita. — Zawisza uśmiechał się serdecznie do Niego.
— Tym razem Ja jest wdzięczny za ratunek.
Przybyło jeszcze dwóch Asasynów.
— Za dużo ich. Nie przebiję się.
— Chyba, ze ich przeskoczysz. Biegnij na mnie.
— Ale...
— No już!
Alfred oddalił się od Zawiszy i wziął rozpęd.
Inni walczący grzecznie rozstąpili się, robiąc mu miejsce.


Zawisza splótł swe ręce i gdy Alfred postawił na nich stopę wyrzucił Go do góry. Asasyn przeskoczył nad zgromadzonymi wokół wrogami i wylądował miękko na ziemi.
Po drodze wykonał trzy salta, poczwórny rittberger i wylądował telemarkiem.


Zgodnie z obietnicą popędził przed siebie. Zmienił jednak technikę. Zamiast przedzierać się przez środek pola bitwy pobiegł na jej obrzeża. Z daleka zobaczył Ulricha w otoczeniu swej świty. Wszyscy zajęci byli walką walką.
Podśpiewując: Walka-walka, eh, eh,
This time for Gru-u-nwald!


Nikt już nie zwracał na Alfreda uwagi w gwarze walki.
Rycerze gwarzyli sobie, od niechcenia machając mieczami.


Zabrał leżący nieopodal łuk oraz wbitą w ziemię strzałę i pobiegł przed siebie. Wbiegł na głaz, nieopodal miejsca gdzie na swym koniu siedział Ulrich, aby mieć lepszy widok. Napiął cięciwę łuku i posłał strzałę, która wbiła się dokładnie w środek boku konia.
Precyzyjnie w punkt przecięcia linii idących od chrap do końca ogona i od kłębu do podbrzusza.


Martwe cielsko padło zrzucając jeźdźca oraz powalając dwa inne konie.
Dwa inne konie? Jak?
Nie widziałeś nigdy domina?
Ale… Jezu, mam tyle pytań! Koń wielkiego mistrza nie miał żadnej ochrony ciała? Żadnej zbroi? Może chociaż kropierz? Nic? I tak od razu zdycha od jednej strzały?
Maria nauczyła Alfreda starożytnej chińskiej techniki Pięciu Punktów Dłoni Rozsadzających Serce. Lekko zmodyfikowanej pod łuk i strzały.


Reszta rozpierzchła się w popłochu. Nim jeźdźcy zapanowali nad zwierzętami Alfred znalazł się już przy Ulrichu.
— Od kiedy trzymasz się z dala od akcji? — rzucił na przywitanie.
Ekskjuze mła, z dala od akcji to się trzymał Jagiełło, a von Jungingen przeciwnie – walczył osobiście na czele swych wojsk.


– Ach to Ty. Wiedziałem, że nie odpuścisz takiej okazji.
Dlatego mam tu cały oddział kuszników, by sprzątnęli cię nim się zbliżysz… oh wait, nie mam.


Ulrich rzucił się na Alfreda z mieczem. Przez chwilę parowali swe ciosy, aż Alfred odskoczył do tyłu. Zaczęli krążyć po okręgu.
Tym razem Alfred postanowił jednak sobie nie utrudniać i nie próbował krążyć po kwadracie.


— Co jest? Straciłeś formę? — Alfredowi niezwykłą przyjemność sprawiało granie Wielkiemu Mistrzowi na nerwach.
A otaczający Mistrza rycerze stanęli i się gapili.


— Dlaczego nie możesz wreszcie zdechnąć!? — taktyka Alfreda przynosiła efekty.
— Mam zbyt wiele do zrobienia. Twoja śmierci jest na szczycie mojej listy.
Tym razem to Alfred natarł na Ulricha. Znów parowali swoje ciosy. Wzięli duże zamachy i w momencie ponownego uderzenia metal o metal, szabla Alfreda nie wytrzymała. Pękła, a odłamki pokiereszowały twarz Alfreda. Alfred stracił równowagę i upadł. Ulrich przerwał natarcie, ściągnął hełm.
Imperatyw Narracyjny schwytał go za gardło, warcząc: Nie! Nie dźgniesz go teraz i nie wygrasz tej walki, nie ma mowy!


Obaj ciężko dyszeli. Ich walka przyciągała uwagę coraz większej ilości [liczby!!!] osób. Wojownicy z obu stron zaprzestawali walki, aby przyjrzeć się temu dziwnemu spektaklowi.
Krzyżacy, dopingujący wielkiego mistrza, zaczęli nawet śpiewać Christ ist erstanden. Żaden z nich nie wpadł na pomysł, by zaatakować asasyna. Ach, to rycerstwo… Dobrze, że gdy Dypold von Köckritz w czasie tej samej bitwy natarł na Jagiełłę, Zbigniew Oleśnicki nie miał oporów przed zaatakowaniem rycerza z boku i zrzuceniem go z konia.
— Co zrobisz bez swej broni? — Ulrich zaśmiał się pewny siebie.
Alfred wstał, nie uraczył jednak przeciwnika odpowiedzią. Kopnął do połowy zniszczone kretowisko zasypując twarz byłego przyjaciela piachem.
Borze. Na polu bitwy, zmiażdżonym przez tysiące końskich kopyt, ocalało jeszcze jakieś kretowisko?
Alfred ciągle trzymał za pazuchą zasuszoną czterolistną koniczynę.


Oślepiony Ulrich wypuścił swój miecz plując. Alfred chwycił upuszczony miecz, wziął zamach i siłą jakiej się po sobie nie spodziewał wbił miecz w Ulricha, przebijając kolczugę. Ulrich osuwał się na ziemię, wtedy Alfred się odezwał
— Przegrałeś.
— Durny Asasynie. Nigdy nic nie rozumiałeś. — głos zaczynał się mu łamać. — Myślisz, że coś osiągnąłeś? Moja śmierć nic nie zmienia. Templariusze są już na każdym liczącym się dworze. Jedynie wszystko opóźniłeś.
— Co opóźniłem? Co planowałeś?
— Dowiesz się, gdy będzie za późno.
— Trudno. Jak na razie wystarczy mi Twoja śmierć.
— Ciesz się więc swoim małym sukcesem. Póki możesz. — z gardła Ulricha wydarł się głuchy charkot i wyzionął ducha.
Oto jest ten, który jeszcze dziś rano mniemał się być wyższym nad wszystkie mocarze świata.
(H. Sienkiewicz, Krzyżacy)


— Powstrzymamy to co planowałeś. Jeśli kiedyś wierzyłeś, niech Bóg Cię osądzi.
Po śmierci Wielkiego Mistrza walka rozgorzała na nowo. Przewaga leżał jednak już teraz po stornie Rzeczpospolitej Obojga Narodów.
Która powstanie za ponad sto pięćdziesiąt lat. To w sumie ciekawe, że autor potrafi sprawdzić jaką mieścinę zdobyto kilka dni przed bitwą pod Grunwaldem, a wykłada się ciągle na pisaniu o Rzeczpospolitej.
Śmierć Wielkiego Mistrza anulowała błędną operację, jaką była bitwa.


Bitwa trwała jeszcze kilka godzin, do zachodu Słońca. Wojska Zakonu wycofywały się. Niedobitki ginęły na bagnach. Władysław Jagiełło prosił Alfreda o wskazanie miejsca, gdzie leżą zwłoki Wielkiego Mistrza. Król zamierzał wysłać ciała dostojników krzyżackich do Malborka, aby mogli ich pochować.
— Osiągnąłeś swój cel. Ulrich von Jungingen nie żyje. Co teraz zrobisz?
— Wracam z Asasynami. Poległa czwórka naszych. Im też należy się godny pochówek.
— Przykro mi z powodu śmierci Twoich towarzyszy. Jednak całe królestwo jest Wam winne podziękowania.
Nigdy jeszcze tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym!


— Jeśli o to chodzi. Wiem, że ta bitwa przejdzie do historii. Wiem, że będą o niej pisać. Błagam Cię jednak, żebyś zakazał rycerzom wspominania o Asasynach.
– Nie martw się, w ogóle ich nie zauważyli.


(...)
— Co zamierzasz dalej Władysławie?
— Ruszę na Malbork. Zamierzam to zakończyć.
— To będzie trudne, zdobyć ten zamek. Jednak jeśli ma to się komuś udać, to właśnie Tobie.


Pożegnali się i każdy odjechał w swoją stronę.


My również się żegnamy i odjeżdżamy w stronę zachodzącego słońca, nucąc “Tandaradei!”.
(a Maskotek przygrywa na lutni, płosząc ptactwo i wiewiórki)

13 komentarzy:

Anonimowy pisze...

(ile razy już postulowałam, że częścią szkolenia różnych takich powinno być rozprawiczenie…)

W "Panu Lodowego Ogrodu" następca tronu jest szkolony z seksu, żeby w przyszłości mógł się oprzeć! :-)

Anonimowy pisze...

Ktoś jeszcze shipuje Władzia z Alfredem?

Anonimowy pisze...

Tak z ciekawości – Asasyni zawsze tyle gadają podczas walki?
Kwestia stylu,Kuro! MAją się pozabijać jak hołota? w milczeniu i sapaniu?!
Tym razem kanał nie był w stanie się..
To jest jakaś młodzieżowa gwara,której nie rozumiem?
Podziwu godny upór.
Raczej upór godny lepszej sprawy
Ścianą kaptur, a jego oczom ukazał się młody chłopak.
A wieżą skarpetki.
Poetyckie
Jagiełło i głowa kota mnie ogłuszyły.
Przebrał się za furmankę z sianem. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, tylko kiedy przejeżdżali obok wieży kościelnej znienacka jakiś gostek w białych szatach spadł mu na łeb.
Oj,dobre!

Piękne opko,ale dłuuugie!!

Chomik

Anonimowy pisze...

"Walka-walka, eh, eh" <3 Wyobraziłam sobie tę sytuację i teraz nie mogę przestać się śmiać. Cudowna analiza!

Katka pisze...

Granaty z Aliexpress mnie rozczuliły :)
Opko lekkie i cudownie kwikaśne, więcej takich!

Katka pisze...

A propos rozdziewiczania, nieustająco przypomina mi się stosowny Oglaf...

http://oglaf.dreamhosters.com/lapis/

Anonimowy pisze...

Sądzę, że nasz protagonista byłby wspaniałym towarzyszem Elfiego Łucznika z PLUSa.
Scena kiedy Jagiełło bije Skirgiełłę robi się zabawna kiedy uświadomimy sobie, jakiego wzrostu byli obaj...
Generalnie jedna z najlepszych analiz ostatnio :)
Eksterytorialnysyndrombobra

Anonimowy pisze...

Alfred - w porównaniu do głównych bohaterów "Mistrza" Michalak, "365 dni" Lipińskiej czy niedoścignionego w swej bucowatości Severa - wzbudził we mnie swego rodzaju sympatię :)
Niechaj mu skakanie po dachach lekkim będzie.

Lya

Anonimowy pisze...

> Maria bez słowa zniknęła za drzwiami. Alfredowi nie zostało nic innego jak pójść w jej ślady. Przeszedł przez drzwi.

Już miałem nadzieję, że przez komin xD

Btw trzeba przyznać, że autor mimo wszystko zrobił jakiś risercz.

Anonimowy pisze...

Bo z Alfreda był taki zwykły niemiecki obatel, no. I czy tylko mnie dopadł Miazmat, kiedy nasz Fredzio powiedział Urlichowi, że wbije w niego swoje Ostrze?

Arka

Anonimowy pisze...

Kurczę, jak fajnie, że nadal analizujecie. A to opko to taki typowy pisakowy twór, aż uroczy. Pośmiane, dziękuję!

Mela Bruxa pisze...

Ja tylko napomknę nieśmiało, ze stóg siana posiada centralnie solidny pionowy drąg. Ała.

Bylejak Bylejak pisze...

Błagam o więcej takich analiz!Opka gierczane są takie słodkie i niewinne, że czyta się je z czystą przyjemnością.