czwartek, 11 czerwca 2015

294. Uznany za niewinnego, czyli Mała Kobietka ratuje rodzinę (Nie oddam dzieci! cz. 3/3)



Drodzy Czytelnicy!
W tym odcinku analizy możemy dalej napawać się obrazem kochającej się rodziny, gdzie osierocone dzieci za owdowiałym ojcem skoczą w ogień, a ojciec z miłości do nich nie zaćpa się na śmierć. Będziemy mogli też przyjrzeć się z bliska pracy policji, sądów i prokuratury, opisanej jak zwykle z niebywałym realizmem i dbałością o szczegóły.
Odcinek będzie długi, ponieważ chcemy już jednym rzutem skończyć z AŁtorkasią i nie tykać jej tfurczości co najmniej przez rok (czy kiedy tam ona zamierza wydać tę zapowiadaną powieść o Powstaniu Warszawskim).
Tak więc indżojcie, rońcie łzy nad ciężkim losem Michała Sokołowskiego, który TAK BARDZO kocha swoje dzieci - i na wszelki wypadek zaopatrzcie się w miękką poduszkę na biurko oraz usuńcie z zasięgu rąk wszystkie ostre przedmioty.
Dziękujemy bardzo naszym konsultantom, którzy celnie wypunktowali wszystkie absurdy policyjno-sądowe  :)


Analizują: Jasza, Kura, Królowa Matka i Mikan
Konsultanci prawni: MK i Ewa


ROZDZIAŁ XIII


Sierżant Jacek Drozd był w biurze prokuratora okręgowego punkt ósma. Zanim ten zdążył zdjąć płaszcz i wypić filiżankę espresso, już miał przed sobą podekscytowanego policjanta, po którym widać było nieprzespaną noc.
Prokurator z miejsca poczuł do niego sympatię, jak mniemam.


– A więc już pan wie? – mruknął prokurator.
– Tak! I mam dowód! – Jacek triumfalnie pokazał kartę pamięci wyjętą z kamery Beaty Jaczyńskiej.
Prokurator uniósł brwi. I westchnął. Właśnie przed chwilą dostał telefon ze szpitala, że Marszak powiesił się w nocy na pasku od szlafroka. Bez wątpienia samobójstwo. Można zamknąć sprawę wypadku, bo sprawca nie żyje. Jeśli ten młody sierżant ma dowód, że w śmierci Marszaka ktoś maczał palce...
Prokurator ewidentnie nie wypił jeszcze swego porannego espresso, bo nawet się nie dziwi, skąd sierżant już wie o śmierci Marszaka.
A po co mu espresso, skoro ma sierżanta Drozda!


– Niro znalazł kamerę i wyniósł ją z miejsca wypadku! Gdy odtworzy pan nagranie...
– Zaraz, zaraz, o czym pan mówi, sierżancie?
– To Niro spowodował wypadek! Mam na to dowody!
Upór Drozda, że do odpowiedzialności karnej należy pociągać pasażerów, otwiera przed śledczymi i prawnikami nowe, nieznane do tej pory obszary. Nie idźmy dalej tym tropem, bo dojdziemy do ściany posępnego absurdu.  


– To Marszak spowodował wypadek – zaczął prokurator, cedząc dobitnie słowa – i właśnie dostałem informację, że powiesił się dziś w nocy.
– Powiesił? – Drozd osłupiał. – Dlaczego?
Bo nie chciał się utopić.


– Bo zabił kobietę i dziecko! Właściwie dwie kobiety i dziecko!
Właściwie to dwoje dzieci i kobietę. Ta Marlenka pełnoletnia pewnie nie była.


– To nie on! Na nagraniu ma pan wyraźne dowody, że zrobił to Alfred Niro! Mogę je odtworzyć?
Kurnać, na litość borską, nie. Na nagraniu nie ma dowodów, że Niro spowodował wypadek. Są dowody, że ukradł kamerę, ale to całkiem inna rzecz, czy ty to kiedyś zrozumiesz, mój podekscytowany Jacku?!


Prokurator nie mógł odmówić. Z westchnieniem włączył laptop i po chwili patrzył, jak czarne bmw wyprzedza w szalonym pędzie samochód, w którym zamontowana jest kamera, a potem jak posyła do nieba Martę i Antosia Sokołowskich.
Nad karoserią samochodu wyraźnie widać było błękitne światełka idące do nieba.


– Niech pan patrzy teraz... – zaszeptał Drozd. – Widzi pan? Niro wysiada jakby nigdy nic, ogląda to, co zostało z fiata, schyla się, podnosi kamerę i idzie ją ukryć... Wraca i znów jakby nigdy nic wsiada do beemki, by udawać ciężko rannego.
– I to jest pański dowód na to, że on spowodował wypadek? – w głosie prokuratora brzmią dziwne tony.
Jedyny rozsądny. A nie, nie rozsądny, tylko zastraszony przez Niro - tatusia.


– Skąd pewność, że podniósł akurat kamerę? Przecież nic nie widać. Jedynie to, że się po coś schyla. Może Niro to zapalony grzybiarz i zobaczył prawdziwka, a potem odszedł za potrzebą? Ludzie w szoku robią różne rzeczy...
– Nie mówi pan poważnie, panie prokuratorze... – Jacek Drozd pobladł.
Rozmawiał przecież z Alfredem, widział jego reakcję na pytanie o kamerę. Wiedział, że tamten wyszedł w nocy, wrócił na miejsce wypadku i ukrył trefny przedmiot jeszcze lepiej. Był pewien na sto procent, że to Niro szarpnął kierownicą, rzucając bmw na przeciwległy pas.
Ale skąd ta pewność, że szarpnął kierownicą? Może robił laskę Marszakowi i ten szczytował w niewłaściwym momencie?
A tak naprawdę, to ten wypadek był niemożliwy ani na zakręcie w prawo, choć wtedy pasażer może szarpnąć kierowcą, ale nie zajeżdża się drogi samochodowi na drugim pasie, ale ląduje w krzakach; ani na zakręcie w lewo - wtedy zamiast szarpnąć kierownicą, trzeba byłoby ją pchnąć od siebie.
Zależy, jak złapie u dołu kierownicy, to może właśnie szarpnąć do siebie.


To on spowodował śmierć trzech osób, a jeśli teraz dodać Marszaka, to czterech. Sukinsyn, co podpala dla jaj ludzi, był do tego zdolny! Tylko jak przekonać do swoich domysłów prokuratora? Bo rzeczywiście to nagranie to żaden dowód, jedynie hipoteza...
O matko sałatko, dociera do niego! Cud!


– Gdybyśmy poddali go badaniu wykrywaczem kłamstw... – odezwał się błagalnie.
Prokurator spojrzał na niego zimno i wycedził: - Niech się pan douczy, panie sierżancie. Przesłuchiwanie z pomocą wariografu jest zakazane przez kodeks postępowania karnego, a wynik takiego badania nie może stanowić dowodu w sądzie.

[poprawka by Shiren: istnieją dwa przepisy dotyczące badania wariografem: art. 171 par. 5 pkt 2 kpk (który zakazuje) i art. 199a kpk (który dopuszcza takie badanie za zgodą badanego), które wydają się ze sobą sprzeczne, jednak Sąd Najwyższy tę pozorną sprzeczność tłumaczy: można użyć wariografu, ale nie w związku z przesłuchaniem, ale jako element opinii biegłego. Wartość procesowa wariografu jest mocno ograniczona, ponieważ jest to tylko dowód na reakcje organizmu na zadane pytania (np. z faktu, że oskarżony denerwuje się, gdy zadano mu pytanie „popełnił pan to przestępstwo?” nie można wywnioskować, że je faktycznie popełnił; można tylko wywnioskować, że zdenerwował się, gdy zadano mu to pytanie).]



– Przecież nawet samobójstwo Marszaka świadczy przeciw niemu.
W michalakversum, zapewne. W realnym świecie depresje, próby samobójcze i samobójstwa osób, które spowodowały wypadek ze skutkiem śmiertelnym, zdarzają się bez udziału nawet kawałeczka osoby trzeciej.


Gdyby Marszak przypomniał sobie wszystkie okoliczności wypadku, także to, że Niro szarpnął kierownicą, on sam byłby niewinny, a Niro poszedłby siedzieć. Przecież nawet to…
A gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem.


Byłby niewinny, niebożątko. Mimo tego, że pijany i naćpany kokainą prowadził samochód i zabił trzy osoby.
Od tej chwili wszyscy pijani i odurzeni sprawcy wypadków powinni zgodnym chórem krzyczeć: “To nie ja, to pasażer szarpnął za kierownicę! Książki o tym piszą, że ja niewinny!”
Nie zapominajmy przy tym, że samo prowadzenie samochodu po alkoholu (lub innych środkach) jest przestępstwem, niezależnie od tego, czy doszło do wypadku bądź złamania jakichkolwiek przepisów drogowych.


Prokurator podniósł się powoli, obszedł biurko i stanął przed młodym człowiekiem, patrząc na sierżanta z mieszaniną podziwu i litości. On też kiedyś był pełen ideałów. Znaleźć dowody, doprowadzić do aresztowania i zrobić wszystko, by sprawiedliwości stało się zadość.
Jeśli sprawiedliwość ma polegać na tym, że oskarża się pasażera, a nie sprawcę wypadku, to ja dziękuję.


Szybko pozbawiono go złudzeń. Nie istniało coś takiego jak sprawiedliwość, a już na pewno nie, jeśli chodzi o tych na świeczniku.
No i te głupie zasady, jakieś dowody, jakieś domniemanie niewinności, jakieś dochodzenia, nic tak skutecznie nie podcinało skrzydeł młodym, idealistycznym dochodzeniowcom!
Młodzi, idealistyczni prokuratorzy, oglądając “Przesłuchanie” nieraz ocierali łezkę wzruszenia, wzdychając “I komu to przeszkadzało?”.


Jego starszy kolega już pierwszego dnia pracy opowiedział mu pewną anegdotę...
Do łez prześmieszną:
Sędzia kończy rozprawę, zapada wyrok. Pozwany krzyczy:
– To niesprawiedliwe! To niesprawiedliwe!
Sędzia bierze go pod ramię, wyprowadza przed budynek sądu, stawia przodem do niego i mówi:
– Niech pan czyta, co jest napisane nad drzwiami?
– Sąd Najwyższy.
– A widzi pan gdzieś tu słowo „sprawiedliwość”?


Właściwie to należałoby się już przyzwyczaić do tego, że Michalak chrzani nieprzytomnie, ale zawsze znajdzie się coś, co wprawi w stupor.
Każdy sędzia jest pracownikiem wymiaru sprawiedliwości. Podlega Ministerstwu Sprawiedliwości, na czele którego stoi (co za niespodzianka!) Minister Sprawiedliwości.


Już widzę sędziego Sądu Najwyższego (jasssne!), który w tak rozkoszny sposób przyznaje się oskarżonemu do ferowania niesprawiedliwych wyroków.


Za każdym razem, gdy prokurator Ścisło słyszał, jak sądy uniewinniają bandziorów z mafii... Jak wydają żenująco niskie wyroki choćby na takich Marszaków...
Ale przecież sierżant Drozd uważa, że on w ogóle miał być niewinny!


Jak zasądzają od szpitala, w którym na skutek zaniedbań lekarzy zmarło dziecko, dwadzieścia pięć tysięcy złotych odszkodowania dla zrozpaczonych rodziców – dwadzieścia pięć tysięcy!, na tyle wyceniono życie dziecka! To już rasowy koń kosztuje więcej!
Prawdopodobnie chodzi o tę sprawę , o której prokurator najwyraźniej słyszał z Radia Erewań, bo nie chodziło tam o odszkodowanie przyznane przez sąd rodzicom, a o karę nałożoną na szpital przez NFZ. W dodatku włączył mu się Narrator Profetyczny, bo akcja powieści to końcówka 2014 (chyba…), a informacja o wysokości kary pojawiła się na początku lutego 2015 (czyli akurat, kiedy aŁtorkasia tworzyła swe najnowsze dzieciąteczko).


Wtedy przypominał sobie tę anegdotę. „A widzi pan gdzieś tutaj słowo «sprawiedliwość»?”. I powoli tracił złudzenia… Dziś nie miał żadnych. Ten sierżant widać jeszcze jakieś posiada. Trzeba go teraz, natychmiast sprowadzić na ziemię, nim napyta biedy komuś, kto i tak wiele wycierpiał.
O, tak, to jest podstawowe kryterium w pracy prokuratora: co prawda ten człowiek jest podejrzany o popełnienie przestępstwa (np. o podpalenie własnego domu), ale tak wiele wycierpiał (bo przecież zginęła w nim cała jego rodzina), że damy mu spokój!
[MK]W ogóle ten prokurator też jest taki dziwny - przy systemie awansowym prokuratorów, który opiera się o statystyki rozwiązanych spraw, to raczej małe prawdopodobieństwo widzę, żeby prokurator tak odstąpił od wszystkiego, bo akurat ew. podejrzanemu należy dać spokój, bo jest w żałobie.


– Proszę posłuchać, sierżancie Drozd. Tadeusz Marszak powiesił się w nocy na pasku od szlafroka. Lekarz stwierdził samobójstwo bez udziału osób trzecich.
Jak również bez sekcji zwłok.
No co ty, po co komu sekcja zwłok, toć wystarczy okiem rzucić! Nie żyje? No, nie żyje. Wisi? No, wisi. W pojedynczej celi? I owszem, w pojedynczej. Znaczy, samobójstwo przez powieszenie i już, a ty byś nie wiem czego chciał, jakichś sekcji, jakiegoś sprawdzania, i może pytań, skąd facet wziął szlafrok z paskiem jeszcze, no weś.


Jeśli zacząłbym mieć co do tego wątpliwości... jeżeli zacząłbym podejrzewać, że ktoś jednak Marszakowi pomógł... Jak pan myśli, komu najbardziej zależało na śmierci tego chwasta? Kto miałby powody, by się mścić?
– Doktor Sokołowski – wydusił policjant.
- A nie aby ten pająk na suficie, którym Marszakowa straszyła syna w szpitalu?


– Dokładnie. Wczoraj odbył się pogrzeb jego żony i synka, ten facet i tak już swoje przeszedł. Mogę zadzwonić do prokuratury wojewódzkiej i oznajmić: Marszak został zamordowany na czyjeś zlecenie. Pierwsze, co zrobią, to wezwą na przesłuchanie Michała Sokołowskiego.
Oszzywiście, prokuratury nie zainteresuje w najmniejszym stopniu Alfred Niro, który już wcześniej zabił człowieka (owszem, sprawę wyciszono, ale może akurat teraz trafiłby na jakiegoś młodego, ambitnego prokuratora?). Nie zainteresuje ich rodzina Marleny Jóźwiak, nie, tylko jeden doktor Sokołowski na całym świecie miał motyw, żeby mścić się na Marszaku!


...Mogę zadzwonić do prokuratury wojewódzkiej...
[MK] Struktura prokuratury jest obecnie następująca: Prokuratura Generalna, prokuratury apelacyjne, okręgowe i rejonowe. Pewnie chodzi o prokuratury wojewódzkie, które istniały przed reformą, ale reforma systemu była w 1998 r. – chyba prokurator zdążył zauważyć, że struktura, w której sam pracuje, się zmieniła? No i prokuratura okręgowa (dawna wojewódzka) nie zajmowałaby się postępowaniem w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci, odesłaliby do rejonowej, prokurator powinien to też wiedzieć. No i z tym wezwaniem na przesłuchanie Michała Sokołowskiego… ekspertyza lekarza wyklucza udział osób trzecich, żaden inny dowód nie wskazuje na niego jako na podejrzanego. Raczej prokurator szukałby najpierw jakichś ewentualnych powiązań pomiędzy nim a pokrzywdzonym, a nie na ślepo przesłuchiwał podejrzanego, licząc, że ten sam z siebie nagle coś wyśpiewa.


Jeżeli nie wypadnie wiarygodnie – a nie wiadomo, jak zachowa się ktoś po takich przejściach
(może na przykład krzyczeć coś o pogrzebie, na którym widziały go tłumy ludzi) – wydadzą nakaz aresztowania. Tego pan chce?
[MK] Kwestia techniczno-prawna: w prawie polskim czynności procesowe załatwia się postanowieniem lub zarządzeniem. Nie ma nakazu, to kalka z prawa amerykańskiego. I tak mogą wydać postanowienie w sprawie zatrzymania albo tymczasowego aresztowania (zależy od przesłanek). Jak wcześniej, o ile prokurator mógłby używać uproszczeń w takiej rozmowie, to powiedziałby tylko „zastosują zatrzymanie”/„zatrzymają”, ale nie wprowadzałby w błąd w temacie nakazu.


Drozd pokręcił głową.
– Niech więc pan da spokój. Dla dobra wszystkich zainteresowanych. Nawet gdyby miał pan mocne dowody, że Niro jest sprawcą wypadku i przyłożył rękę do śmierci Marszaka... – prokurator zawahał się. – Dostaliśmy polecenie z samej góry, żeby zamknąć tę sprawę. Rozumie pan?
[MK] Prokurator mógłby powiedzieć coś takiego w rozmowie z innym prokuratorem (równorzędnym, kolegą), gdyby się tłumaczył, dlaczego nie podjął żadnych czynności. Nie podważałby zasady niezależności prokuratorów (którą prokuratorzy na zewnątrz ciągle podkreślają), zwłaszcza w rozmowie z policjantem, których prokuratorzy traktują często jak służbę do wykonywania poleceń (zresztą mają do tego podstawę w ustawie). No, chyba że na zasadzie „przyjaciel przyjacielowi po cichu przy piwku powiedział”.


Policjant kiwnął głową, zupełnie pokonany.
Już wychodził, gdy zatrzymały go słowa prokuratora:
– Swoją drogą, ktoś powinien przesłuchać doktora Sokołowskiego na okoliczność śmierci Marszaka. Pan to zrobi, czy mam wysłać kogoś z moich ludzi?
– Ja z nim porozmawiam.
Ale zaraz… to sierżant Drozd nie jest “człowiekiem prokuratora”, czyli nie został przydzielony do tego konkretnie śledztwa, działa na własną rękę?
[MK] Tak jak poprzednio – prokurator raczej nie pozostawiałby takiej decyzji policjantowi. Jeśli jest to ważne przesłuchanie i mają być ujawnione istotne dowody – to by przesłuchał prokurator, a jeśli byłoby to przesłuchanie na zasadzie „trzeba odhaczyć, aby nie było, że nic nie robimy” (jak tutaj) – to zleciłby czynność policjantowi (z dochodzeniówki). Poza tym jakich „swoich ludzi” ma na myśli ten prokurator? Prokurator dostaje sprawę do repertorium i ma ją prowadzić; w takiej sytuacji „jego ludźmi” mogliby być właśnie policjanci z właściwej komendy.


Za sierżantem zamknęły się drzwi.
Prokurator wziął teczkę, w której gromadził dokumenty dotyczące tej sprawy, i stanowczym gestem zamknął ją raz na zawsze.
I nie mniej stanowczym rzucił ją na półkę.


Czy widzisz tu gdzieś słowo „sprawiedliwość”?


(...)
Michał zmusił się, by wstać od stołu i pozmywać naczynia. „Może i ja powinienem wrócić do pracy?” – zastanawiał się, zanurzając talerz w ciepłej wodzie. Marta nie używała zmywarki, więc jemu też nie przyszło do głowy wrzucić po prostu naczynia do urządzenia, nastawić je i już. Posprzątane.
Aaaha. Zmywarka w domu Sokołowskich służyła najwyraźniej jako symbol statusu, natomiast Marta zmywała ręcznie, bo skoro i tak SIEDZI W DOMU I NIC NIE ROBI, to przecież musi jakoś zabić czas, co nie?


Dopóki da radę, będą żyli tak jak przed jej śmiercią.
Znaczy: on będzie wychodził świtem i wracał po północy, całował śpiące dzieci w czółka i wmawiał sobie, że żona zaraz przyjdzie do sypialni, tylko się w łazience zasiedziała?
<optymistycznie> Da się zrobić, córuś już duża, troszku się dziewczynę przyuczy do gospodarstwa i wszystko będzie chodzić jak w zegarku!


Jakby Marta nie odeszła, zabierając ze sobą właśnie to normalne, spokojne, szczęśliwe życie...
Takie piękne i wygodne, gdy skrzaty podawały jadło na stół, sprzątały i usypiały dzieci?


Wrócić do pracy? I tymi trzęsącymi się rękami operować pacjentów? Co ci się roi, doktorze Sokołowski?


Pił. Pił wieczór w wieczór i noc w noc. Wstawał podcięty, zasypiał pijany, chociaż alkohol nie dawał ukojenia, a jeśli już, to na krótko. Był jednak w pewnym sensie karą dla Marty za to, że Michała zostawiła. Bo nie znosiła alkoholu w żadnej postaci, nawet niewinne piwo było w domu zakazane, więc teraz Michał pił.
Alkohol zakazany w domu, a jednak dzień po śmierci żony doktorek wyciągnął flaszkę z własnego barku...
I to wygląda na to, że nie stała tam w charakterze samotnej, smutnej sierotki.
Z całą pewnością nie, bo przecież Michał chleje nieprzerwanie - natomiast po zakupy sam nie wychodzi, a dziecku przecież nikt wódki nie sprzeda.


Mógł zamiast tego jechać na środkach nasennych, mógł wyłączyć się czymś silniejszym, miał recepty, miał pieczątkę, co za problem kupić sobie parę opakować psychotropów i... zasnąć. Ale miał przecież dzieci.
Tu chwila przerwy na otarcie łzy wzruszenia nad jakże troskliwym ojcem, który dla dobra dzieci nie napakuje się psychotropami, tylko urżnie w trupa!


Pić przestanie... już niedługo. Gdy tylko ból trochę zelżeje. Z prochami mógłby sobie nie poradzić. Trochę rozsądku mimo wszystko zachował.
Raczej sporo złudzeń.


Te rozmyślania przerwało mu pojawienie się Ludmiły. Weszła do kuchni jak do siebie, stanęła obok Michała i zagruchała tym swoim niskim, przeżartym papierosami głosem:
AłtorKasiu, zaniedbujesz się. A gdzie uwagi o tandetnym, rozmywającym się makijażu? A gdzie wzmianki o przepoconych bluzkach, których woń Ludmiła stara się zakamuflować przy pomocy tanich dezodorantów o nieznośnej, duszącej, słodkiej woni? O czarnych odrostach źle ufarbowanych i spalonych byle jak zrobioną trwałą włosów? Może bez nich nie wszyscy zauważą, że opisujesz lafiryndę pragnącą uwieść Wzór Wszelkich Cnót W Dodatku W Żałobie.


– Może ulżyć ci nieco? Mam ręce sprytniejsze niż twoje.
Umieją wstawiać naczynia do zmywarki!


Zaśmiała się. Naparła biodrem na jego biodro. Biust niemal kipiał, opięty do granic przyzwoitości za małą bluzką z za dużym dekoltem.
Szczucie cycem, level hard.


Michał odsunął się z niechęcią.
Powinien powiedzieć tej dziewczynie, że ma dosyć jej obecności w swoim domu. Że dziękuje za dotychczasową pomoc i od dziś zacznie sobie radzić sam. Jeśli jednak chciał wrócić do pracy, która – był tego pewien – dałaby mu odrobinę zapomnienia, opiekunka do dzieci była potrzebna. A że innej nie miał, bo nie znalazł czasu ani sił na szukanie, musi zadowolić się tą nachalną gówniarą...
Znów była przy nim. Znów czuł jej udo na swoim.
Pochyliła się ku niemu i zaszeptała:
– Wiem, jak pocieszać zbolałych mężczyzn. Zaufaj mi...
Michał spojrzał na nią niemal z nienawiścią.


Michał wyrzuca Ludmiłę za drzwi, ta robi awanturę na całą wieś, wrzeszcząc, że dobierał się do niej.


Sąsiedzi przyglądali się jej i słuchali tych wrzasków, wstrząśnięci, pełni niedowierzania. Czy rzeczywiście doktor Sokołowski dobierał się do Ludki? Tak od razu? Zaraz po tym, jak Marta, jego żona, spoczęła w grobie? A może... doktor wcale nie był taki święty, jak się wszystkim wydawało? Może za zamkniętym drzwiami willi Sokołowskich już od dawna nie działo się najlepiej? Jego nie było całymi dniami – a wiadomo, jak lekarze zabawiają się z pielęgniarkami na nocnych dyżurach – ona ciągle w domu, rodząca kolejne dzieci... Czy tak wygląda normalna rodzina?
Oj, AŁtorkasiu, bo się narazisz Prawicowym Publicystom...


Już prędzej stary Nowak, co może przyleje Nowakowej i dzieciakom raz w miesiącu, żeby moresu nauczyć, ale przynajmniej siedzi w domu (w sensie, że nie pracuje?), był lepszym mężem niż ten zarozumiały, wynoszący się nad innych doktorek.
Tak, w michalakversum mąż, który nie bije, to zjawisko rzadkie, tajemnicze i groźne. Kosmita jakiś, czy cuś? Czego się po takim spodziewać - a może rzuci się z nagła i zagryzie?
Jak to, to ty, rozmawiając o udanym małżeństwie koleżanki, nie zaczynasz wypowiedzi od: “Ma takiego dobrego męża - nie bije jej, nie pije…”?


Jak można potraktować w ten sposób Ludmiłę, która opiekowała się jego dziećmi z dobrego serca? No jak? Jak można wyrzucić ją za drzwi niczym psa?
Te pytania zadawała Ludka każdemu, kto chciał jej słuchać. I opowiadała, oj miała co opowiadać, jak naprawdę wygląda życie Sokołowskich za dwumetrowym murem.
Rany boskie, to twierdza nie willa! Naprawdę ludzie na wsiach się tak odgradzają?


Przy czym owo „naprawdę” nie miało nic wspólnego z rzeczywistością, (miło, że wspomniałaś, AłtorKasiu, bo z powyższego tekstu tego nie wydedukowaliśmy sami, my, prości czytelnicy) ale ludzie jej wierzyli. Bo komu niby mieli wierzyć? Sokołowscy byli tu nowi, mieszkali w Złotowie zaledwie kilka lat. Ludka, co by o niej powiedzieć, była swoja. A swój to swój!
No ja nie wiem. Na takiej konserwatywnej, zaściankowej wsi, jaką zwykle opisuje aŁtorkasia, społeczność prędzej potępiłaby Ludkę właśnie - “żona doktora jeszcze w grobie nie ostygła, a ty już go ciągniesz do łóżka, ladacznico!”.
W miejscowościach podwarszawskich trudno znaleźć autochtona, bo większość to właśnie są “nowi”.


Maja ze Zbyniem stali na końcu korytarza i patrzyli na ojca wielkimi, pełnymi strachu oczami. Chłopiec oczywiście ssał kciuk.
– Wyjmij ten palec z buzi! – krzyknął mężczyzna. Kciuk zniknął za plecami dziecka.
– A ty co tu robisz? – Tym razem było to skierowane do Mai. – Miałaś być gotowa do wyjścia! Ty i Zbyszek! Marsz do pokoju, ubrać siebie i brata!
Obejście oporządzić! Pranie nastawić! Chałupę posprzątać! Psu z kartonu spyży podrzucić! Jakiś obiad wykombinować, i żeby mi smaczny był! Ruszaj się, ruszaj, samo się nie zrobi! Nie po to mam córkę, żeby mi po domu bezużytecznie łaziła, mazała się i darmo mój chleb jadła!!!


Dzieci zniknęły pospiesznie. Dzwonek domofonu sprawił, że Michał zaklął cicho. Jeśli to ta namolna dziwka, chyba wezwie policję.


Nie musiał nikogo wzywać, bo policja stała pod bramą.


– Dał pan niezłe przedstawienie, doktorze Sokołowski – zaczął sierżant Drozd, wchodząc do środka. – Nie przysporzy to panu przyjaciół we wsi.
– Nie wiem, o czym pan mówi – odmruknął.
–  Wyrzuca  pan Ludkę  za  drzwi,  ta  oskarża  pana o molestowanie... Mało panu kłopotów?
– To ona molestowała mnie, jeśli już. A wyrzucić ją powinienem pierwszego dnia. W ogóle niepotrzebnie poprosiłem tę dziw... dziewczynę o pomoc.
– Ale zrobił pan to, co zrobił, i teraz zaczną się plotki. Jeśli rzeczywiście Ludka się panu narzucała, a pan ją odtrącił, proszę się liczyć z zemstą szybką i okrutną.


A jakiejż innej zemsty można się spodziewać ze strony rozjuszonej harpii?


Harpy_Paintings.jpg


Spali psa z tektury, trawnik przed domem zasra.


A propos zemsty...


Zawiesił głos, licząc, że Michał zaprosi go do domu, bo rozmawiali na podjeździe. On jednak ani myślał wpuszczać do środka nikogo więcej. Doświadczenie z Ludmiłą napaloną czegoś go nauczyło.
Obawiał się, że sierżant Drozd też będzie się do niego zalecać?
… zmysłowo się śmiejąc chrapliwym głosem, przepalonym papierosami.
Taaak… Naprze na niego biodrem, a z rozpiętego, przyciasnego munduru będzie kipiał napakowany tors!


*oczami duszy widzi sierżanta Drozda w stylu rysunków Toma of Finland* :D


– Tadek Marszak nie żyje. Wzrok Michała się wyostrzył.
– Jak to nie żyje?
– Powiesił się dziś w nocy.
Twarz doktora stężała, zmrużył oczy i wycedził:
– I bardzo się z tego cieszę. Niech mu ziemia ciężką będzie.
Jacek Drozd aż jęknął.
– Człowieku, czy pan do reszty zgłupiał?! Takie słowa… To jak przyznanie się, że pan zlecił to zabójstwo! Gdyby usłyszał je prokurator…
...to by wzruszył ramionami.
Zwłaszcza, że jest to odpowiedź całkowicie prawdopodobna w takich okolicznościach, pół świata by jej udzieliło.
Nasz Jacuś jest zdecydowanie nadgorliwy i ma zbyt bujną wyobraźnię.


(...)
Sierżant patrzył na Michała Sokołowskiego, na jego pociemniałe z gniewu oczy, na ściągniętą bólem nieogoloną twarz, na wymiętą koszulę i nieodprasowane spodnie. Czuł bijący od niego odór alkoholu. I...
...i generalnie brak kobiety.


zwyczajnie, po ludzku – chociaż przed chwilą został oskarżony o brak ludzkich uczuć – martwił się o tego człowieka.
– Nie miał pan nic wspólnego z jego samobójstwem?
Przyłapał mnie pan, panie sierżancie, brawo pan! Przez ten tydzień nie zajmowałem się formalnościami związanymi ze śmiercią żony i synka, nie jeździłem między Centrum Zdrowia Dziecka a domem, nie pogrążałem się w rozpaczy i oparach alkoholu, ale spacerowym krokiem udałem się między znane mi od podszewki strefy przestępcze, aby zatrudnić najlepszych speców od mokrej roboty, po czym załatwiłem sobie żelazne alibi w postaci pogrzebu rodziny!


– Nie. Nie miałem. Chociaż życzyłem mu śmierci i cieszę się, że... – Michał umilkł. Potarł twarz gestem człowieka śmiertelnie zmęczonego. – Może kiedyś, gdy znów będę umiał się modlić, pomodlę się za duszę tego skurwiela.


Odszedł, przygarbiony, nie oglądając się na policjanta.


Jacek Drozd odprowadził go wzrokiem, patrzył, jak Sokołowski zamyka za sobą drzwi domu i dziękował sobie w duchu, że nie wyjawił temu człowiekowi swoich podejrzeń. Nie powiedział, że w więziennej celi zawisł właściwie niewinny człowiek
...i tak oto aŁtorce się odmieniło. To nic, że wcześniej zrobiła z niego sukinsyna, pijaka i narkomana, który odreagowuje frustracje torturując matkę, konie i dziwki. Nagle, w trakcie pisania zabłąkał się jej nowy pomysł na tę postać, a że żal było wracać do pierwszych rozdziałów i poprawiać, to zostawiła jak jest.
Jeszcze trochę, a czytelnicy będą zalewać się łzami nad nieszczęsnym Marszakiem.


a ten, co ma na rękach krew dwóch kobiet, małego chłopczyka i teraz jeszcze Marszaka, ten, który zniszczył życie Michałowi Sokołowskiemu i jego dzieciom, nigdy nie zostanie ukarany.


Po śmierci Tadeusza Marszaka jego matka postanawia zacząć nowe życie, o czym opowie nam nie kto inny, jak nasz ulubiony Narrator Profetyczny.


Jeśli zostanie we wsi, ludzie nigdy nie zapomną jej tego, że była matką mordercy i samobójcy. Nigdy. Wieś nie zapomina.
Tak, będą spluwać na jej widok i znak krzyża kreślić w powietrzu, a kiedy będzie szła ulicą, matki będą zaganiać dzieci do domów, żeby przypadkiem na nie złym okiem nie spojrzała. Gdzie my jesteśmy, na litość boską, a raczej kiedy - w średniowieczu?!
Tam też nie. Jesteśmy w świecie aŁtorkasi, która o ludziach wie jeszcze mniej niż o wężach.


(...)
Wróciła do pokoju, rozejrzała się po nim oczami komornika. Co uda jej się szybko sprzedać? Albo zastawić w lombardzie? Parę rzeczy, których nie przepił ani stary, ani syn, jeszcze miało jakąś wartość. Na początek powinno wystarczyć.
Potem przeszła do pokoju Tadka i bez namysłu zaczęła pakować jego rzeczy w czarne worki. Wszystkie wylądowały na śmietniku. Szkoda, że nie mogła ich podpalić…
Mieszkanie w byłych dworskich czworakach
Ke?
No, wiesz, jak średniowiecze, to średniowiecze!


było komunalne, tak więc z niego nie będzie żadnej korzyści, ale parę groszy na nową drogę życia Marszakowa uzbiera. I kilka dni później wyruszy w podróż na drugi kraniec Polski. Tam przez pośredniak [ehehehehehehe] znajdzie pracę gospodyni u owdowiałego biznesmena.
Nie prościej było w pobliskiej Warszawie poszukać pracy?
Jakby się odpowiednio zakręciła, to jeszcze by i kawalerkę za 300 zł znalazła...


Swoją drogą… przez pośredniak? (Rozumiem, że ma na myśli urząd pracy). Prędzej znalazłaby coś z ogłoszenia w Anonsach czy lokalnej prasie.


Przez ponad rok będzie sprzątała, prała i gotowała za skromną pensję. Z czasem pan Ignacy przestanie jej płacić, za to zacznie wymagać także innych usług, a ona bez szemrania się zgodzi. Bogaty biznesmen jest wymarzoną podporą dla kobiety-bluszczu.
AŁtorkasiu, jak zwykle mylisz pojęcia. Kobieta-bluszcz z definicji nie pozwalałaby tak sobą orać, a wymaganie pracy oraz usług seksualnych za darmo też nie mieści się w kategorii “bycia podporą”.


Na koniec Ignacy, gdy już sprawdzi swoją gosposię, zaproponuje jej ślub, a Mariola Marszak przyjmie oświadczyny, chociaż już wie, że Ignacy, gdy sobie popije, bywa... gwałtowny.
Szczerze mówiąc, średnio widzę bogatego biznesmena oświadczającego się swej podstarzałej i zaniedbanej gosposi. No ale tu przecież trzeba zilustrować Tezę.


Jak bardzo, Mariola dowie się dzień po ślubie, gdy małżonek przyłoży jej z pięści, bo przypaliła żelazkiem jego ulubioną koszulę. W następnej chwili on zacznie się kajać, widząc krew płynącą z rozciętej wargi, Mariola zaś... odetchnie, bo podświadomie czekała na ten moment.
Znów wszystko wróci do normalności.
Marszakowa poczuje się na swoim miejscu. U stóp pana, który pije i bije, ale czasem rzuci dobre słowo czy smakowitą kość.
Czuła się na swoim miejscu, bo czasem dostała smakowitą kość, patologia level super-expert.


Nie uratujesz wisielca...
ŻEKURWACO.
Tak, znamy mechanizm powielania złych wzorców, ale… odetchnie? Poczuje się na swoim miejscu? Serio, aŁtorkasiu, serio?


Pół godziny i dziesięć tysięcy wszetecznic później...


Sierżant Drozd przesłuchuje Alfreda Niro, który oczywiście nie ma nic do powiedzenia w sprawie śmierci Tadeusza Marszaka.


Jacek Drozd będzie patrzył, jak tamten z bezczelnym, aroganckim uśmieszkiem wychodzi z komendy i... co zrobi jeszcze tego wieczoru? Kogo skrzywdzi? Zadowoli się bezpańskim psem, którego zwabi na puszkę pasztetu, obleje benzyną i podpali, czy – po tym jak zasmakował w bezkarnym znęcaniu się nad ludźmi – znów zabije Bogu ducha winnego włóczęgę, wracającą samotnie po nocy prostytutkę czy nastolatkę, która za dużo wypiła na imprezie?
Zaczynam się tego policjanta bać, rany koguta, skąd mu się te pomysły lęgną w ślicznej główce, podejrzewam przedawkowanie CSI.


Kto będzie następnym łupem Alfreda Nira?
Na razie zmywak w Londynie – tak obiecał mu ojciec.
Zmywak będzie jego łupem!


Potem... się zobaczy.
Może nawet kuchenka mikrofalowa!


Jacek Drozd czuje porażającą bezsilność.
Nawet przypieprzyć tamtemu z pięści nie może…
To prawo, takie bezwzględne.


ROZDZIAŁ XIV


Do doktora Sokołowskiego dzwonią z Centrum Zdrowia Dziecka, że może już odebrać małego Stasia. Ponieważ doktor od czasu pogrzebu stale chodzi napruty, znów musi znaleźć kierowcę - zgadnijcie, kogo...


Musi prosić o pomoc. Znów. Na szczęście Hania to nie tamta harpia. Nie będzie się do niego przystawiać…
A przynajmniej jeszcze nie teraz.


Droga do Warszawy minęła im w milczeniu. Michał nie życzył sobie rozmów.


Mógłbyś być milszy dla dziewczyny, która ci bezinteresownie pomaga – szeptało sumienie, ale zignorował jego głos. O czym niby miał z Hanią Kotulską rozmawiać? O rodzinie, która rozsypała się jak domek z kart? O dzieciach, z którymi sobie nie radził? O pracy w szpitalu, która stała pod znakiem zapytania? Czy ordynator przyjmie Michała z powrotem? Jeżeli nadal będzie się staczał po równi pochyłej – na pewno nie.
Aaale ossochozi, myślałam, że on jest na urlopie?
O, a to nowość, i to z tych z d… wziętych. “Trzecim przypadkiem, kiedy to ojciec a nie matka korzysta z urlopu macierzyńskiego jest sytuacja, kiedy matka dziecka umiera. W razie zgonu pracownicy w czasie urlopu macierzyńskiego, pracownikowi-ojcu wychowującemu dziecko przysługuje prawo do niewykorzystanej części tego urlopu. Zarówno matka, jak i ojciec przebywający na urlopie macierzyńskim podlegają szczególnej ochronie. Najważniejszym przejawem ochrony jest zakaz zwolnienia pracownika” Podstawa prawna: Art. 177, 180-182 Kodeksu Pracy.
Znaczy, jest jeszcze taka możliwość, że Michał nie jest zatrudniony na etacie, tylko na kontrakcie, wtedy faktycznie dyrektor szpitala może taki kontrakt rozwiązać i nie działa tu ochrona związana z urlopem. No ale czytaliśmy przecież, że wszyscy tak bardzo go cenią, nie?
Ulubiony lekarz, najlepszy chirurg… no, ale w sumie rzeczywiście, nie wiadomo tak do końca, czy nie pracował na kontrakcie.


O czym miał więc doktor Sokołowski gawędzić ze śliczną, młodą, pełną ideałów dziewczyną?


Gdyby tylko zapytał, (o cokolwiek - pogodę, albo czy lubi koty) opowiedziałaby mu o swoim niezbyt radosnym dzieciństwie.
Już była na to gotowa, nawet wybrała co bardziej wzruszające epizody…


O tragedii, która dotknęła jej rodzinę. O dniu, w którym umarła jej mama, a ona, Hania, przyrzekła sobie, że zostanie lekarzem i może oszczędzi innemu dziecku takiego bólu, jaki wtedy czuła...
- Tak sobie pomyślalem, żeby nam się w drodze nie nudziło, porozmawiajmy o czymś… o czym by tu… o, ostatnio straciłem w wypadku żonę i synka, a ciebie co złego spotkało w życiu?”
- A to jeszcze nic, wyobraź sobie, kiedy zmarła moja mama...


Ale Michał nie był zainteresowany czyimś bólem. Tylko własnym. Niedługo przyjdzie mu za to słono zapłacić...
Widzisz, ty zły, samolubny Michale, to wszystko twoja wina, jak możesz wciąż przeżywać żałobę po żonie i nie chcieć słuchać opowieści, jak to innym też było źle!


Prosto ze szpitala, z noworodkiem w nosidełku, pojechali po Maję i Zbynia. Oboje wyczekiwali ojca ze strachem i niecierpliwością, bojąc się, że o nich zapomniał. Pani świetliczanka, która musiała zostać z dwójką dzieci po godzinach, nie powiedziała słowa.
Dlaczego nad dwójką? Maja ma trzynaście lat, może być już w gimnazjum, powątpiewam, że siedzi w świetlicy z uczniami zerówki zamiast iść do domu. Co więcej, jeśli na przykład ma upoważnienie, może odbierać ze szkoły także Zbyszka.


Dzieci omiotły podejrzliwym spojrzeniem Hanię Kotulską, czekającą za kierownicą SUV-a. Ona obdarzyła oboje serdecznym uśmiechem. Żadne nie odpowiedziało choćby próbą uśmiechu. Po prostu usiedli na swoich miejscach, Michał dopilnował, by zapięli pasy i skinął Hani głową, że mogą ruszać.
Jak kierowcy taksówki... – przemknęło dziewczynie przez myśl.
- A moja białaczka? On nie chce o niej słuchać?! No to foch. Szkoda, że nie mam taksometru, naprawdę...


Poczuła  ogromną  przykrość,  ale...  nadal...  nadal próbowała usprawiedliwiać doktora we własnych oczach. Czy tego chciał, czy nie.
Nie wiem, może nadinterpretuję, ale to mi trąci takim napawaniem się własną szlachetnością: och, tak mnie zranił, sprawił mi taką przykrość, nie doceniając mojego poświęcenia, ale ja nadal chcę mu pomagać, brawo ja!
Niestety, ja nie mogę się pochylić z powagą nad uczuciami naszej Hani, bo kojarzy mi się ona ze sceną z pewnego filmu, w którym Cyganka usiłowała przekazać pewnemu panu wiadomość dyskretnie. W tym celu zaczepiała go na ulicy, zachęcająco pytając: “Powróżyć? Powróżyć?”, a gdy on się uparcie opędzał doprowadzona do ostateczności złapała go brutalnie za ramię i wciągnęła do jakiejś bramy z wściekłym “Jak mówię, że powróżyć, to powróżyć!” na ustach. Zepsuta powyższą sceną widzę Hanię Kotulską przypierającą Michała Sokołowskiego do ściany i warczącą “A właśnie, że pomogę!”, bardzo przepraszam, AłtorKasiu!


Maja pyta, czy dzidziuś zostanie z nimi, Michał odpowiada tonem opryskliwym, Hania znów czuje się zraniona…


Dziewczyna prowadząca samochód rzuciła Michałowi ukradkowe spojrzenie. Chciałaby zaproponować pomoc, ale... przed chwilą zranił ją wystarczająco.
Przypomnijmy - nie nawiązał miłej, przyjacielskiej rozmowy o jej chorobie. I o śmierci mamusi. Dzieci też nie szczebiotały radośnie na jej widok.


I była pewna, że nie życzy sobie niczyjej pomocy.
Na wszelki wypadek jednak nie zapytała, bo a nuż okazałoby się, że jednak sobie życzy.


Media oszalały. Przez grzeczność nie zaprzeczę. „BOHATER CZY MORDERCA?!” – w tym tonie brzmiały nazajutrz nagłówki tabloidów. Do prasy dotarła wiadomość, że Tadeusz M., sprawca wypadku, w którym zginęło pół rodziny doktora S., powiesił się w bardzo niejasnych okolicznościach w swojej celi.
Lekarz, który - jak mniemam - dostał w łapę za sporządzenie niebudzącego żadnych wątpliwości aktu zgonu, jednak nie wytrzymał i puścił farbę?


Oczywiście było to samobójstwo, lekarz więzienny bez cienia wątpliwości stwierdził, że w śmierci M. nie brały udziału osoby trzecie, ale... czy rzeczywiście?
Stwierdzając to, intensywnie i znacząco mrugał.
A za plecami policji robił cudzysłów manualny.


Nagrania ze szpitalnego monitoringu potwierdzały, że przez całą noc Marszak pozostawał sam. Nikt nie wpadł na ślad manipulacji  – pół  godziny zostało nadgrane  na prawidłowy zapis kamer. Dwaj opłaceni przez Nikodema Nira zabójcy nie pojawili się na żadnym z nich. Robota była załatwiona czysto. Marszak też.
Jednak wszyscy podejrzewali, że sprzątnął go Sokołowski - bo tak.


Prasa jednak nie uwierzyła, bo nie chciała wierzyć. Samobójstwo nie było dla mediów tak smacznym kąskiem jak doktor, który najpierw ratuje życie temu, kto zabił mu żonę i dziecko, potem to życie w akcie zemsty odbiera.
Akt zemsty – to dopiero pięknie brzmi!
I nikt z redaktorów nie poszedł po rozum do głowy i nie stwierdził “koleżanki i koledzy, nie przesadzajmy, jakim cudem chirurg z prowincjonalnego szpitala, który nigdy wcześniej nie miał kontaktów z półświatkiem, mógłby nagle znaleźć dojście do morderców na zlecenie i to tak fachowych?”.
Mnie bardziej dziwi, że żaden nie zauważył, że co najmniej równie dobrze sprzedawałyby się ckliwe historyjki o lekarzu, który ratuje życie mordercy swojej żony, a potem ten morderca wymyka się sprawiedliwości ludzkiej, przecież to samograj, w dodatku nie aż tak naciągany.
Zauważmy przy okazji, że o Alfredzie Niro nadal cicho, najwyraźniej te fałszywe dokumenty faktycznie zwiodły wszystkie media...


Opinia publiczna podzieliła się: część ludzi wierzyła w rzeczywiste samobójstwo Marszaka i cieszyła się, że Wyższa Sprawiedliwość wymierzyła mu karę tak szybko i skutecznie, część pomstowała na Michała i lekarzy w ogóle.
Pani Nowakowa, toż powtarzałam pani tyle razy, te konowały to morderce, każdy jeden! Moja ciotka zdrowa była, a tu ją wzięły na badania i raka znalazły! Morderce i antychrysty, teraz ma pani czarno na białym, sam “Fakt” o tym pisze i w “Ukrytej prawdzie” też było!


Wieś, w której mieszkali Sokołowscy, była w zasadzie za, ale też przeciw niemu. - powiedział Narrator Niezdecydowany.


(...)
Kilka dni po śmierci Marszaka jedna z wiodących stacji wyemitowała krótki, bardzo wredny materiał.
– Czy leczylibyście się u tego lekarza? – pytała dziennikarka, pokazując zbliżenie najpierw na trzęsące się ręce Michała, potem na jego obłąkany wzrok, jakim na nią patrzył.
Do szpitala zaczęły spływać pierwsze protesty.
“Zwolnijcie go natychmiast! Widziałem na filmie, że ma obłąkany wzrok!”
I zamordowali pacjenta tymi trzęsącymi się rękami. Nie tu, ale w świętokrzyskim.
I nie on, tylko ci inni, i nie teraz, tylko siedem lat temu, ale fakt jest fakt!


Tydzień później ta sama stacja puściła drugi reportaż, w którym ta sama dziennikarka pokazała wymykające się z domu zaniedbane dzieci Sokołowskiego.
Aż tak długo żyją newsy?
No, najwyraźniej chcą z niego zrobić “tatę Madzi”.


Gdzieś ze środka willi dochodził rwący serce, nieprzerwany płacz niemowlęcia. I zadała pytanie:
– Czy chcielibyście mieć takiego ojca?
Odpowiedź była oczywista.
No raczej.
Nie.


Pod dom Sokołowskich przyjeżdżają najpierw teściowa ze szwagierką, potem rodzice Michała, ale nikt nie zostaje wpuszczony do środka.


Dziennikarze, odprowadzając zrozpaczonych dziadków bezlitosnymi obiektywami kamer, byli zachwyceni. Co za materiał! Co za afera! Bohater czy morderca?!
Źli, źli dziennikarze! Te bestie, te hieny! Jak mogą z taką lubościa opisywać zaniedbane, znerwicowane dzieci, faceta, który nie wpuszcza do domu nikogo, także własnych rodziców i teściów, jesli się pojawia na widoku to zapuszczony, rzucający bluzgami, woniejący alkoholem na kilometr, co ich skłania do wątpliwości, że to najlepszy, najczulszy opiekun dla trójki dzieci, zapewne wrodzona podłość i empatia w totalnym uwiądzie!
A z faktu, że dzieci są zaniedbane, a Sokołowski pije, wynika jeden absolutnie logiczny wniosek: to z pewnością on zlecił morderstwo Marszaka! I nie tylko...


Jak można być tak okrutnym, by odmówić dziadkom ujrzenia wnuka po zmarłej córce?
A własnym rodzicom wstępu do domu i spotkania z dwójką starszych wnuków? Co za potwór z tego S.! Może to on stał nie tylko za śmiercią nieszczęsnego M., ale i... własnej żony? Może wypadek był sfingowany? Może zawiodły hamulce lub układ kierowniczy i Marta S. zginęła „dzięki” własnemu mężowi? Psychopaci są wśród nas...
...no właśnie.


Tymczasem do domu Sokołowskich statecznym krokiem zbliża się Nemezis w postaci rejonowej położnej, Matyldy Pszoniak.


Matylda obrzuciła młodą cycatą dziewuchę nieprzychylnym spojrzeniem. Już ona znała takie lafiryndy, co leciały na dobrze ustawionych mężczyzn, a gdy ci odrzucali niechciane zaloty, mściły się, wygadując o Bogu ducha winnych facetach niestworzone historie.
Cja. I takie jest zdanie aŁtorkasi o ofiarach molestowania. Oczywiście w tym konkretnym przypadku Ludmiły rzeczywiście tak było, ale w innych powieściach (choćby Bezdomnej) fałszywe oskarżenie o gwałt czy molestowanie jest chętnie stosowaną bronią.


Tu mamy dłuższy passus o tym, jak to Matylda do tej pory szlachetnie i niezłomnie stawała w obronie Sokołowskiego przeciwko wszystkim miejscowym plotkarom.


Tak oto wdzięczność ludzka na pstrym koniu jeździła po reputacji doktora Sokołowskiego…
Zwizualizowało mi się i doznałam napadu histerycznej głupawki. AłtorKasiu, apeluję, ogranicz używanie idiomów w swych powieściach!
W ogóle ogranicz wszystko, o.
Z pisaniem jako takim na czele.
Frazeologia zaczęła lać łzy do karety z wołami w kożuchach.


Matylda jednak pamiętała, jak on właśnie, bardzo dawno temu, ledwie się tu do Złotowa z rodziną sprowadził, przyjechał do jej matki, starej, schorowanej kobieciny, co całe życie ciężko pracowała i teraz na starość też nie miała lekko: zżerał ją od środka rak płuc, którego nabawiła się w przędzalniach Łodzi.
Podczas gdy mała Matylda dostarczała jej przędziwo, skubiąc drobnymi paluszkami puch bawełny i śpiewając “Kumbaya, My Lord”.


Matka Matyldy strasznie cierpi, więc ta idzie prosić o pomoc doktora Sokołowskiego, który właśnie świeżo objął stanowisko w szpitalu w Lubieniu.


– Służba zdrowia łaski nie robi – mruknął doktor Sokołowski – szczególnie tym, co całe życie harowali, płacąc składki. – I sięgnął po telefon, wychodząc przed dom. Nie było go dobry kwadrans. Matylda do dziś nie wie, jakich słów użył, próśb, gróźb czy szantażu,
My wiemy! Powiedział: “Ciekawe, co będzie pan mówił, gdy kiedyś trafi pan na mój stół operacyjny, a ja będę tym, który może ocalić panu życie”


ale nazajutrz znalazły się łóżko dla starej Pszoniakowej i dobra opieka pod okiem samego doktora Sokołowskiego też.
Sam doktor Sokołowski, choć chirurg, na tę okazję przekwalifikował się na onkologa.


Matka niedługo pożyła, ale odeszła godnie i bez bólu.
Za to Matylda będzie wdzięczna doktorowi do śmierci – to sobie wtedy przyrzekła.
Jej wdzięczność potrwa nieco krócej. Jeszcze jakieś pół godziny. Ale o tym Matylda, maszerując w ten późnojesienny dzień, nie ma jeszcze pojęcia.
Bardzo się cieszymy, że my już wiemy, co byśmy zrobili bez Ciebie, kochany Narratorze Profetyczny, jeszcze byśmy się zainteresowali, co będzie dalej, albo co.
Wychudzony szkielet, w którym położna z trudem rozpoznała znakomitego chirurga, patrzył na nią, stojąc pośrodku przedpokoju, oczami zupełnie bez wyrazu. W nieogolonej, zapadniętej twarzy oczy te wyglądały niczym dwie bezdenne dziury. Od chwili, gdy wpuścił kobietę, nie uczynił żadnego gestu, ani jej nie zapraszając, ani nie wyganiając.
Jeszcze nie.
Za chwilę ją zaprosi albo wygoni, tak, tak! - Narrator Profetyczny nie pozwalał, by o nim zapomniano.


Gdzieś na piętrze rozległ się nagle płacz niemowlęcia, a Michał przygarbił ramiona, jakby go uderzono. Dziecko płakało, Matylda wodziła przerażonym spojrzeniem po brudnym, zapuszczonym domu, w którym woń kału i moczu stawała się trudna do zniesienia,
Znaczy… on tego dziecka nie przewija? Czy po prostu nie wyrzuca pampersów? A może nawet nie wie, że dzieciom zakłada się pieluchy, i mały Staś wydala wprost do łóżeczka?
Dziecko cokolwiek wydala? Przecież gdy do tej pory całował dzieci w główki, to nie wydalały.


a Michał stał i patrzył. Nawet nie na nią, położną, po prostu przed siebie.


– Kiedy pan ostatnio jadł ciepły posiłek? – zapytała Matylda łagodnym tonem, choć płacz dziecka zaczął ją irytować.
Irytować. Nie niepokoić.
Och, to raczej tylko dlatego, że AłtorKasia słabo zna język polski :). Dalej jest, że Matylda ma ochotę się rozpłakać, że jest poddenerwowana, że współczuje, że jest wstrząśnięta, czyli jaka jest? Tak! Zirytowana, brawo AłtorKasiu!


Ona sama miała ochotę się rozpłakać.
Michał wzruszył ramionami.
– Dzieci mają obiady w szkole więc głodne nie chodzą – odezwał się chropawym głosem, a Matylda poczuła, że pił.
Może nie był pijany, ale podpity, owszem. I ten człowiek, który nie potrafi zająć się sam sobą, opiekuje się maleństwem wymagającym czułej, matczynej troski?! Mimo tych myśli nadal starała się być wyrozumiała i współczująca.
– Maja i Zbysio... Jak pana dzieci znoszą... to wszystko? – Matylda zatoczyła ręką krąg.
Odpędzając od siebie smród odchodów.


Maja? Dzielnie – pomyślał Michał. Nauczyła się robić pranie, odkurzać, myć naczynia.
Żeby tatuś mógł dalej nie kiwać palcem, jak za życia mamusi.
i żeby kochany tatko nie musiał się uczyć obsługi pralki, zmywarki i odkurzacza.
Cóż za szczęśliwy traf, że Sokołowscy nie mieli wyłacznie synów, bo doprawdy trudno pojąć, jak by sobie wtedy poradzili, bez pracowitej dziewczęcej… znaczy, kobiecej, już kobiecej ręki, no bo przecież za średniowiecza takie trzynastolatki za mąż szły i całe gospodarstwo na ich głowie było (i komu to, panie, przeszkadzało).


Dla siebie i Zbynia zawsze przygotuje śniadanie i kolację. Dla niego, Michała, też, ale on... stracił apetyt. Zresztą... nawet gdyby chciał usiąść z dziećmi do wspólnego posiłku, jak kiedyś, jak w czasach, które już nie wrócą, zaraz to na górze zaczynało się drzeć i było po kolacji...
– Tatusiu, mogę zająć się Stasiem, ty sobie odpocznij – błagała Maja nie raz i nie dwa, ale Michał odpowiadał stanowczo:
– Każde z nas ma swoje obowiązki. Ty troszczysz się o Zbynia, dom, ogród, no i nie zapominajmy o obowiązkach szkolnych,  ja o dziecko.


Było mu wstyd, tak zwyczajnie, po ludzku wstyd, że mała  trzynastoletnia  dziewczynka,  która  straciła  parę tygodni temu matkę, ma w sobie więcej siły i hartu ducha niż on, ale... Boże, przespać spokojnie choć parę godzin...
Zabiłby za odrobinę snu...


– Czy ktoś wam pomaga? – Pytanie kobiety obudziło Michała gwałtownie. Nawet nie zauważył, że zasnął tu, pośrodku przedpokoju, z otwartymi oczami.
– Radzimy sobie sami. Nie potrzebujemy pomocy – odparł zimno.
Właśnie widzimy.


Jeszcze tylko pomocnic typu Ludmiły czy Grażyny mu brakowało…
Bo nikogo innego znaleźć sobie nie można. Choćby z ogłoszenia.


Płacz dziecka przybierał na sile. Matylda była coraz bardziej podenerwowana. Miała dobre chęci, przyszła tu wiedziona nie tylko obowiązkiem, ale i współczuciem, tymczasem spotkała się z obojętnością, by nie rzec: wrogością. I za co to?
Strzel teraz focha i wyjdź, fachowa położno.


Osesek [wcześniak] ma kilka tygodni, a pan doktor nie poszedł z nim na żadne badania, obowiązkowe szczepienia, czy inny przegląd techniczny, który odkryłby powód nieustannego płaczu?
Zwłaszcza, że z Centrum Zdrowia Dziecka odebrał go raczej w dobrym stanie?
Mały może, ale wcale nie musi być wcześniakiem, za donoszone uchodzi dziecko urodzone w 38 tygodniu, Marta była w 36-37 gdy się zdarzył wypadek, dziecko mogło być duże, na przykład ważyć cztery kilo, i zdrowe, plus co najmniej tydzień w Centrum Zdrowia Dziecka…
Szczepienia i wizyty patronażowe to insza inszość, ale w sumie chyba można uniknąć? Antyszczepionkowcom się udaje...
Ciekawe co Matylda robiła do tej pory, skoro minęło już kilka tygodni, a jej obowiązki wobec noworodka są jasno określone?
Można jej po prostu nie wpuścić, wiem o takich wypadkach, problemy związane z miganiem się od wizyty patronażowej były raczej symboliczne (czytaj: dwa telefony z przychodni). Umiem sobie wyobrazić, że w tym wypadku “miganie się” poszłoby łatwo, mamy w końcu poważnego, ekhm, pana  doktora, otoczonego przez innych panów i panie doktorów…
“Pierwsza wizyta odbywa się w ciągu 48 godzin od powrotu matki z dzieckiem ze szpitala do domu.” Trudno powiedzieć, ile czasu dokładnie Staś już jest w domu, ale na pewno więcej niż dwie doby (moim zdaniem jakiś tydzień - półtora).


Drzwi otworzyły się w tym momencie i do środka weszła szczupła, blada dziewczynka, prowadząc za rękę równie chudego i równie bladego brata. W nich też Matylda ledwo rozpoznała Maję i Zbynia. Dziewczynka na widok obcej kobiety wygładziła odruchowo sukienkę, a potem włoski brata. Posłała przestraszone spojrzenie ojcu.
(...)


Zbynio patrzył na obcą kobietę, ssąc kciuk tak nerwowo, że poczuł smak własnej krwi. Był pewien, że przyszła ich zabrać do strasznego miejsca, zwanego sierocińcem. Tak mu powiedział kolega z grupy – tam właśnie są zabierane sieroty takie jak Zbynio i Maja. I Staś też. Broda zaczęła się chłopczykowi trząść, oczy wypełniły się łzami. Jeszcze kilka dni temu Michał podszedłby do synka i przytulił, szepcząc, że wszystko będzie dobrze... Dzisiaj stał i patrzył na płaczące bezgłośnie dziecko z obojętnością, która przerażała.


Dziecko na górze zawodziło coraz głośniej, coraz rozpaczliwiej.
Rączka do góry, w kim zaczyna kiełkować (niewykluczone, że w tempie bambusa Phyllostachys edulis rosnącego w czasie pory deszczowej) pragnienie, by ktoś Michałowi te dzieci zabrał jak najszybciej?


– Chcę je zobaczyć – odezwała się Matylda, wstrząśnięta do granic.
Michał już miał ruszyć przodem, gdy zatrzymały go ciche, drżące słowa Zbynia:
– Zabierze go pani? Do sierocińca? Nas też?
I wtedy Matylda palnęła coś, co spowodowało wybuch.
– Owszem. Jeśli wasz tata nadal nie będzie o was dbał, zabiorę.


Zbynio zbladł śmiertelnie, nóżki się pod nim ugięły, powieki zatrzepotały i byłby upadł, gdyby Michał jednym skokiem nie znalazł się przy synku i nie chwycił go na ręce.


– Ty podła, okrutna wiedźmo! – wysyczał, patrząc z nienawiścią na Matyldę. – Jak śmiesz straszyć moje dzieci w moim domu?! – Zrobił krok w przód. Kobieta, porażona obłędem w jego oczach, cofnęła się w panice, wpadła na zamknięte drzwi. – Wynoś się! Bo ci pomogę...! – syczał mężczyzna, tuląc do piersi bezwładne ciało dziecka.
Wszyscy go krzywdzą, cały świat się od niego odwrócił, tylko on jeden, najszlachetniejszy wśród ludzi walczy o Dobro. Tyle, że nie.


Matylda drżącymi rękami otworzyła drzwi i wypadła na zewnątrz. Dopiero zatrzaskując za sobą furtkę, bezpieczna za płotem, w otoczeniu dziennikarzy, pozwoliła sobie
wybuchnąć łzami. I potokiem słów:
– On oszalał! Ten człowiek jest szalony! To wariat! Ratujcie dzieci, nim je pozabija! Ratujcie dzieci!
I pobiegła przed siebie, sama wyglądając na szaloną.
Ta też jest niczego sobie.
Widzimy tu obezwładniający kunszt pisarski aŁtorkasi, która nie jest w stanie stworzyć jednej wiarygodnej postaci, która nie zachowywałaby się karykaturalnie.


Dziennikarze byli w siódmym niebie. Znów mają materiał na pierwsze strony. Znów informacjami o rodzinie Sokołowskich odwrócą uwagę od politycznych afer czy niewygodnych ustaw. Niech żyją ludzkie tragedie!
Wow, to w takim razie w żadnych wiadomościach nie powinno być nigdy ani słowa o politycznych aferach - przecież ludzkie tragedie zdarzają się codziennie!


W następnej chwili wpadną niemal w ekstazę, bo oto nagle drzwi willi otwierają się, wyskakuje przez nie Michał Sokołowski we własnej osobie, z młotkiem w dłoni – dziennikarze cofają się w popłochu na bezpieczną odległość, kamery pracują nieprzerwanie – wypada przez furtkę, rozbija jednym uderzeniem domofon i ze słowami: „Nie ma więcej odwiedzin” – na powrót znika w domu.


Zapada cisza, po czym uszczęśliwieni paparazzi zaczynają dzwonić do redakcji i przesyłać materiał. Nie co dzień człowiek, a więc widzowie, mają szansę obejrzeć wariata w akcji.
A tu, proszę, jaka gratka.
Tutaj, i tutaj, o, i tu też, no i w wiekszości tych przypadków nie było w okolicy paparazzi, mediów, dziennikarzy, nachalnej położnej i innej pomocy społecznej, wścibskich sąsiadów, tych wszystkich wstrętnych, wstrętnych ludzi pragnących rujnować rodzinne szczęście i wtykać swoje obmierzłe nochale w nie swoje sprawy, i proszę, jak się wszystko pięknie skończyło… oh, wait.


ROZDZIAŁ XV


Do Michała dzwoni Jakub, który właśnie zobaczył w telewizji reportaż z Matyldą krzyczącą “Ratujcie dzieci!”. Chce rozmawiać z Mają, żeby upewnić się, że dzieciom nic się nie stało.


– Ta pani... powiedziała, że nas zabierze do sierocińca – [Maja] mówi szybko i cicho. – Zbynio się przeraził i upadł, tatuś go złapał w ostatniej chwili i uratował, a tamtą panią wyrzucił z domu.
– Tobie nic się nie stało? – Jakub czuje, że drżą mu ręce, a serce łomoce ze strachu i ulgi jednocześnie, jakby chciało samo biec do domu Sokołowskich.
– Nie. Ja nie dam się tak łatwo przestraszyć i nie dam się zabrać – odpowiada Maja.
Jakub oddycha głęboko, opierając się całym ciałem o bok samochodu. Dzieci boją się sierocińca, nie ojca. Jeśli tak, nic im ze strony Michała nie grozi.
A skądże ta śmiała asumpcja? Jakim sposobem w mózgu Jakuba zaistniało tajemnicze skojarzenie “dzieci nie boją się ojca - ojciec nie zrobi krzywdy dzieciom”?
Ja nie wiem, ale jeśli aŁtorkasia zamierzała tą książką poprzeć tezę, że dzieci powinny zostawać z wychowującym je rodzicem bez względu na wszystko, a największym złem jest rozdzielenie rodziny - to właśnie strzela sobie w obie stopy, kolana, biodra, a może nawet i w łeb.


Powinienem zaglądać do niego co najmniej raz w tygodniu – myśli Jakub, pełen poczucia winy. – Nie byłem tam... od pogrzebu Marty. Tylko dzwonię do Michała i pytam, czy wszystko w porządku. On za każdy razem odpowiada tak samo: dają sobie radę. A ja wierzę, bo chcę wierzyć. Bo wygodniej jest wierzyć, niż jechać tam i patrzeć, jak przyjaciel stacza się na dno.
Na to jestem zbyt wrażliwy.
No i tak o. Jakub jest określany najbliższym przyjacielem Michała, tymczasem już na samym początku odczuwa pogardę dla jego słabości, a potem - jak widzimy - szuka tylko pretekstu, żeby się wymiksować z całej tej sytuacji i nie musieć angażować. Tak wygląda przyjaźń (oraz relacje rodzinne) w michalakversum.
(nie powiedziałabym słowa, gdyby to był tylko znajomy z pracy, ale do cholery! najbliższy przyjaciel!)


– Michał, jadę do was – mówi, ale ten ucina:
– Nie przyjmujemy odwiedzin.
Połączenie zostaje przerwane.
Michał patrzy na telefon, jakby trzymał w dłoni łeb żmii, po czym roztrzaskuje komórkę o stół.
Najpierw domofon, teraz nokia... to się nazywa wolność.
Tylko wyjść z domu nie można.
Emigracja bardzo wewnętrzna.


Ja ostrzegam. Dalej jest kawałek, który rodzicom dzieci w wieku dowolnym zaleca się czytać z zamkniętymi oczami, serio. Jest to kawałek, przy którym ręce opadają, wszystko opada, mózgi odbiegają kurcgalopkiem, wrzeszcząc, że one nie będą uczestniczyć w tej masakrze. Szczerze podziwiam Królową Matkę (z naciskiem na: Matkę), że była w stanie przez to przebrnąć i nie chwyciła natychmiast za siekierę…
Za to bluzgała słowem, jakiego ściany w Domu w Dziczy do tamtej chwili nie znały.
Królowa Matka też nie podejrzewała, że zna, a tu wot, kakij serprajz.
Ciężko nam to nawet komentować, ale zostawiamy, żebyście mogli zobaczyć to na własne oczy...


Od tego dnia drzwi domu Sokołowskich były zamknięte dla wszystkich. Nikt nie otwierał furtki ani na wołanie, ani na klakson samochodu. Nikt nie odbierał poczty. Dwoje starszych dzieci – Maja i Zbyszek – chodziło co dzień do szkoły. Wydawały się schludniej ubrane, spokojniejsze i może nawet nieco mniej wychudzone. Widać było, że ojciec wreszcie o nie dba.
Ale to dbała Maja, nie on.
To Maja zrozumiała, że jeśli nie będą sprawiali wrażenia normalnej rodziny, opieka społeczna rzeczywiście ich zabierze, a wtedy tatuś zostanie sam i… Nie, Maja nie chciała nawet myśleć, co się z nim stanie.
Musiała dbać o to, by Zbyszek jadł, by oboje chodzili do szkoły w czystych, uprasowanych ubraniach, by ona dostawała dobre stopnie, a brat nie sprawiał wrażenia półgłówka, ssącego bez przerwy kciuk.
Przywiązywała mu więc prawą rękę za plecami, gdy tylko zamykały się za nimi drzwi domu.
I co jej z tego, skoro w szkole ssał cały czas.


Chłopiec nie próbował walczyć z siostrą. Po prostu... zapadł się w siebie jeszcze bardziej. Nie mógł ssać kciuka, co przynosiło mu jakieś ukojenie, więc wchodził pod stół i siedział tam, skulony, do nocy. Wtedy Maja rozwiązywała biednego więźnia, kładła go do łóżka i mógł się przyssać do krwawiącego palca. Michał nie chciał tego widzieć.
W szkole też jakoś nikt tego nie zauważał…
Porządne, wiejskie ludzie, co się nie wtrącają w życie rodzinne innych tam pracowali, a nie jakieś tam media i inne paparazzi!


Dziecko płakało prawie bez przerwy. Dzień i noc. Sokołowski był bliski obłędu i śmierci z wyczerpania.
Te kobiety, one to mają jakieś supermoce, też mają dzieci, czasem nawet bliźnięta, i zawsze są wyluzowane, uśmiechniete, pięknie uczesane i umalowane, sama widziałam na reklamach na przykład, a spać to już w ogole nie muszą, musi mieć to jakiś związek z chromosomem X.


Próbował doczytać, jak się leczy kolkę niemowlęcą. Maja kupiła w aptece wszystkie dostępne na rynku środki, włącznie ze stosowanym przed wiekami proszkiem troistym. Wszystko na nic. Dziecko płakało.
Ze wszech miar doskonałego lekarza ten fakt nie zastanowił nawet przez chwilę.
Chirurg to był i onkolog w porywach, a nie pediatra, czegóż ty wymagasz!!!


Maja ze Zbyszkiem zaczęli przysypiać na zajęciach. Dziewczynka przyprowadzała brata z samego rana, jeszcze nim zaczynały się lekcje, oboje przemykali się do schowka pod schodami, do którego nikt od dawna nie zaglądał, tam zwijali się w kłębek i spali dotąd, aż nie obudziła ich nastawiona na ósmą komórka Mai. Po lekcjach, niczym dwoje lunatyków, zdążali do tego samego miejsca, pilnując, by nikt z dorosłych ich nie widział.
I nikogo nie zastanowiło, że pojawiają się na lekcjach brudni jak nieboskie stworzenia, bo przecież w takiej komórce, do której nikt nie zagląda, musi być pełno kurzu.
Pal licho kurz, przecież one na lekcjach były półprzytomne, pewnie głodne (śniadania raczej nie jadły w tym schowku?), a zresztą, co ja piszę, przecież to jest w ogóle niemożliwe, może udałoby sie raz czy dwa, ale mowy nie ma, żeby nikt nie zauważył dzieci, które codziennie włamywały się (bo jak inaczej?) do szkoły przed świtem (w listopadzie! po omacku po tej szkole błądziły czy zapalały światło i to tez wszyscy przeoczali?), wciskały w jakiś kąt (pewnie w piwnicy albo w części gospodarczej szkoły, czyli tam, gdzie właśnie od świtu urzędują panie woźne i sprzątaczki) i ucinały drzemkę. AłtorKasi może sie wydawać, że szkoła stoi pustką i panuje w niej martwy spokój od, powiedzmy, szesnastej do siódmej trzydziesci dnia następnego, ale zapewniam, wyłacznie w michalakversum.
A swoją drogą… oni jeżdżą do szkoły sami, jakimś pekaesem, czy może gimbus ich wozi, a może szkoła jest na miejscu, w Złotowie? No ale po co komu takie nieważne szczegóły.
Maja jest na tyle dojrzała, że sama prowadzi SUVa. Ojciec i tak wciąż jest pijany, więc nie potrzebuje auta.


– To ważne – powtarzała bratu Maja. – Jeśli przyłapią nas na spaniu tutaj, zawiozą od razu do sierocińca, rozumiesz?
Malec kiwał poważnie głową, oczy wychodziły mu z orbit z przerażenia, a kciuk sam wędrował do buzi.
– I jak będziesz ssał ten palec, też nas zabiorą. Zobaczysz.
Maja nie była okrutna, nie straszyła też brata przez bezmyślność,  po  prostu  musiała  jakoś  ratować  swą roztrzaskaną rodzinę...


Dziecko płakało.
Dotąd, aż wreszcie nastąpił koniec.
Oby nie taki, jak w “Spać się chce” Czechowa!


Przez pół nocy Michał nosił Stasia na rękach. Potykając się ze zmęczenia o własne stopy, chodził w kółko po pokoju i próbował uciszyć płaczące niemowlę, by chociaż starsze dzieci mogły się zdrzemnąć przed świtem. Ale maleństwo krzyczało coraz głośniej.


Nakarmić, przewinąć, podać krople przeciwkolkowe i krzyk milkł...


Michał kładł się z dzieckiem na kanapie – już od paru tygodni nie próbował odkładać małego do łóżeczka, tylko padał z dzieckiem na rękach, tam gdzie stał, i natychmiast zasypiał. Na kwadrans, najwyżej dwa. Bo dziecko zaczynało znów płakać... I znów... i znów... i znowu…
Przepraszam, czy ktoś jest w stanie mi wytłumaczyć, dlaczego właściwie on tak się uparł, żeby nie pokazać dziecka lekarzowi? Bo sam wszystko wie i umie, a skoro czegoś nie wie, to znaczy, że na to nie ma lekarstwa, koniec, kropka?


To była najgorsza noc w życiu Michała. Zaraz po tej, gdy zginęła Marta. O czwartej rano był gotów jechać do szpitala i porzucić Stasia w oknie życia.
Gdyż każdy szpital posiada takie okno. Zaraz obok izby przyjęć.


Gdyby tylko był w stanie prowadzić, zrobiłby to. Zrobiłby!


Udręczony do granic ludzkiej wytrzymałości, chodził dookoła pokoju, kołysząc synka w mdlejących od wysiłku ramionach. Staś w końcu umilkł. Michałowi wydawało się, że zapadł w głęboki sen. Po raz pierwszy od… miesiąca?
Jezusmario, to trwa już miesiąc?! Od miesiąca dziecko cały czas, dniami i nocami, płacze, milknąc co najwyżej na kilka - kilkanaście minut?!
Ależ. Jeśli to jest skaza białkowa (a chyba cos takiego zostanie w końcu zasugerowane) (tak, dokładnie, w końcówce powieści jest to powiedziane otwartym tekstem) to dziecko nie tylko płacze. Także ma zapalenie skóry w postaci zaczerwienień i łuszczących się placków, które niestety bardzo swędzą, miewa biegunki (z dodatkiem śluzu lub nawet krwi), wymioty, bóle brzucha, nadmierne ulewania, stany podgorączkowe, częste infekcje… po miesiącu (lub nawet więcej)... cóż, wolę nie myśleć, w jakim stanie może być nie leczone dziecko po miesiącu.


Podszedł na palcach do łóżeczka. Położył małego najdelikatniej, jak potrafił. I nagle... trącił łokciem grzechotkę. Staś obudził się i zaczął krzyczeć.


W Michale coś pękło.


Chciał chwycić dziecko za ramiona i potrząsać nim, aż by umilkło. Choćby miała odpaść mu główka! Choćby miał je zabić! Ale był jeszcze na tyle przytomny, że zamiast tego zacisnął palce na łóżeczku i... trzymał. Z całych sił trzymał, aż knykcie stały się kredowo białe.


– Zamknij się!!! – ryknął nagle na całe gardło. – Zamknij się, słyszysz?!
Dziecko zakrztusiło się łzami i umilkło.
Michał za plecami usłyszał cichy jęk.
Odwrócił się gwałtownie.
W drzwiach sypialni stał Zbynio, wpatrzony w ojca obłąkanymi ze strachu oczami. Spodnie od piżamki nagle mu zwilgotniały, a wokół nóżki zaczęła rosnąć kałuża moczu. Maja stała tuż za bratem, blada jak ściana, i… również patrzyła na ojca.


– Boże... – wyszeptał Michał w tej nienaturalnej ciszy. – Co ja zrobiłem...


Podszedł do synka, zesztywniałego z przerażenia, objął go i przytulił.


– Przepraszam, synuś, przepraszam... Już więcej tego nie zrobię. Nie będę krzyczał ani na Stasia, ani na ciebie. Dobrze? Tylko powiedz coś, syneczku. Odezwij się do mnie... Zbyniu...


Dziecko próbowało coś powiedzieć. Michał odsunął je nieco, nie wypuszczając z rąk.
– Kiedy... kiedy będzie jutlo?
W pokoju zapadła cisza.
Michał poczuł całym sobą, że to koniec. Nie wytrzyma ani dnia, ani godziny dłużej. Dzieci odda, wszystko jedno komu, potem wróci tutaj i skończy ze sobą.
Nawet do sierocińca rodem z Dickensa, niech sobie radzą jak Oliver Twist, a co?


Maja deklaruje, że zajmie się małym Stasiem, więc Michał…
zszedł na dół, do gościnnego pokoju, wypił jednym haustem pół szklanki wódki i padł, tak jak stał, w spodniach i niezmienianej od kilku dni bluzie, zasypiając natychmiast.


Aż tu wtem! budzi go Maja, wołając, że przed domem jest policja.


Michał mierzył sierżanta Drozda zimnym wzrokiem. – Co pana tu sprowadza?
– Nakaz sądowy, doktorze. Czy możemy porozmawiać w środku? – To nie było pytanie, nawet nie rozkaz, lecz prośba.
Aha, więc Drozd nie tylko stoi przy drodze z radarem, nie tylko prowadzi śledztwo, ale również dostarcza wezwania z sądu.
Rany, to jest Człowiek - Orkiestra Symfoniczna Filharmoników Berlińskich pod dyrekcją Herberta von Karajana normalnie.
[MK] Dostarczanie wezwań z sądu jest zadaniem dla dzielnicowego. Niby można przyjąć, że sierżantowi Drozdowi nie spodobało się w dochodzeniówce i poprosił o przeniesienie, ale… to byłaby dla niego degradacja.


(...)
– Proszę mnie uważnie posłuchać, doktorze – zwrócił się znowu do Michała. – Złożono wniosek o pozbawienie pana władzy rodzicielskiej. Dostał pan dwa zawiadomienia, których pan nie odebrał. Dzisiaj mimo to odbyła się pierwsza rozprawa. Sąd wydał nakaz doprowadzenia pana i dzieci na następną.
[MK] Niby w teorii można doprowadzić dziecko na rozprawę, ale w praktyce jest to mało prawdopodobne i rzadkie z tego względu, że takie wyjaśnienia dziecka są tylko dowodem uzupełniającym i sąd może bardzo łatwo z tego zrezygnować.


Dlatego tu jestem. Ma pan dwie godziny, doktorze Sokołowski, by stawić się przed sądem w takim stanie, by nie odebrali panu dzieci już dzisiaj. Rozumie pan?


W tym momencie nasi konsultanci prawni wyglądają tak:




MK: Ja nie rozumiem. W jakim trybie ten sąd pracuje, że w tej samej sprawie zarządza dwie rozprawy tego samego dnia? Znaczy się, jak: rano rozprawa, sąd zarządził doprowadzenie, policja leci i na popołudnie kolejna rozprawa, jak już są doprowadzeni? Praktyka sądowa pokazuje, że jak już sprawa spadnie z wokandy (zwłaszcza w sądzie rodzinnym), to raczej na nią nie wróci zbyt szybko. Zależy oczywiście od sądu, ale można przyjąć bezpiecznie, że przeciętnie jest to 2-3 miesiące.


[Ewa] Jakiś tryb ultra ekspres. Nie wiem, jakie dokładnie są terminy rozpraw w takich sprawach, ale na pewno nie dwie godziny. Prędzej dwa miesiące (a jeśli są podejrzenia, że dzieciom coś grozi, to się je umieszcza w placówce wychowawczej do tego czasu, co robi się na zarządzenie Sądu i nie jest to równoznaczne z odebraniem władzy rodzicielskiej, nie wymaga przeprowadzenia rozprawy, za to jakiegoś wywiadu środowiskowego… No, ale najpierw trzeba by było wysłać pracownika socjalnego do domu, ale o tym później...). Mógł się nie stawić z usprawiedliwionych przyczyn i dostarczyć np L4 w czasie późniejszym.
Poza tym nie da się tak hop siup, wysłać policjanta na cito, weź mi tu sprowadź gościa, bo nie pojawił się na pierwszej rozprawie, nawet zakładając, że nie odbyła się ona godzinę wcześniej. Można nakazać sprowadzenie świadka, ale po pierwsze – dopiero, gdy nie stawi się na drugiej rozprawie, po ukaraniu grzywną, a po drugie - ojciec dziecka nie jest świadkiem, tylko uczestnikiem i nijak nie można go sprowadzić przymusowo. Przymusowe doprowadzenie strony jest w postępowaniu karnym, nie cywilnym.


Ze względów logistycznych nawet (obsługa sekretariatu i wydziału), raczej wątpliwe. Gdy ktoś nie stawia się na rozprawie, sędzia wzywa ponownie. Może to zawnioskować tego samego dnia, i obsługa zrobi to tego samego dnia (o ile zdąży), ale poczta dostarczy najwcześniej na drugi dzień. Wokanda jest ustalana wcześniej, bo przecież zawiadomienia muszą dotrzeć.
Wygląda to tak. Na wokandzie masz np 5 spraw jednego dnia. Powiedzmy, że na jedną nie stawia się któraś ze stron. Sędzia wywołuje, ten i ten nieobecny, jeżeli są zwrotki, to dyktuje "zawiadomiony prawidłowo", jeżeli nie ma, to też dyktuje do protokołu. Później wnosi uwagi i odbywa się kolejna rozprawa, i kolejna, i kolejna z wokandy. Później protokolant zbiera akta do kupy, zabiera i wykonuje to, co wniósł sędzia. Czyli np. zawiadamia strony, wzywa, wysyła pisma. Przy czym przecież prawem każdej strony jest to, żeby mogła odebrać to zawiadomienie, tak? Czyli jakiś czas musi upłynąć. Bo ktoś mógł wyjechać na przykład i pismo jest awizowane.


Machinalnie kiwnął głową, chociaż nie... nie rozumiał.
– Zabiliście mi żonę, zabiliście synka, a teraz chcecie odebrać dzieci?
Eee… Kto “zabiliście”? Policja? Zuy System?
...i Marszaka też coś zabiło.
Czupakabra, jak nic.
Oni to zrobili, no, wiecie, oni, ci ONI (mruga porozumiewawczo).


Drozd nie znalazł odpowiedzi na te słowa.
Wcale mu się nie dziwię.


– Kto? Kto złożył wniosek o pozbawienie mnie władzy rodzicielskiej?
– Nie wiem, doktorze. Tutaj jest wezwanie do osobistego stawiennictwa. – Podał Michałowi ostemplowaną kopertę. Ten rozdarł ją, przeleciał pismo wzrokiem i zatrzymał go na jednym, znienawidzonym nazwisku.
– Jeżewska. Grażyna Jeżewska, która zawsze była chora z zawiści o naszą rodzinę, postanowiła zamiast dwóch następnych kotów zafundować sobie dwójkę dzieci. Moją Maję i mojego Zbynia...
Znaczy, Grażyna chciała pozbawić Michała władzy nad dwójką starszych, ale nad najmłodszym - nie? W sumie racja, po co jej wrzeszczący niemowlak...
[Ewa] Pozbawienie władzy rodzicielskiej nie oznacza z automatu przyznania prawa opieki wnioskodawcy, o dalszych losach dziecka decyduje Sąd.


– głos Sokołowskiego był zupełnie wyprany z uczuć. Michał nie miał już sił na wściekłość czy gniew.
„Przyrzeknij, że nie oddasz dzieci”. Marta już wtedy wiedziała, że do tego dojdzie. Już wtedy, w noc swojej śmierci, odebrała od Michała przyrzeczenie.
W tym momencie w czyśćcu dusza Marty wyje potępieńczo i tłucze głową o ścianę: “A mogłam poprosić: >>przyrzeknij, że ZAOPIEKUJESZ SIĘ dziećmi!!!<<”


W każdym razie Michał dostaje nagłego przypływu energii i mobilizuje się, żeby w te dwie godziny, jakie pozostały mu do rozprawy, uratować jeszcze, co się da.


ROZDZIAŁ XVI


Grażyna Jeżewska krążyła po korytarzach sądu okręgowego w Lubieniu, wyginając z wściekłości palce u rąk. Wiedziała, była pewna, że to bydlę, ten parszywy drań ją zlekceważy! Że oleje wezwanie na rozprawę, że nie przyjedzie, nie przyśle nawet pełnomocnika czy głupiego zwolnienia. Nic. Kompletnie nic!
Jeśli zachorował - na przysłanie zwolnienia ma tydzień.


Zobaczysz, gnoju. Już ja ci pokażę... Zadarłeś z Grażyną Jeżewską i całą rodziną... Tak! Byli tutaj w komplecie: Dorota i Jan, teściowie Michała – ale to było do przewidzenia, tego mógł się spodziewać. Gdy jednak ujrzy siedzących pod salą sądową rodziców, Zbigniewa i Marię Sokołowskich – to będzie cios prosto w serce.


Na korytarzu sądu Grażyna przekonuje rodziców Michała, że jest konieczne, aby odebrać mu opiekę nad dziećmi, dla ich dobra. Rączka w górę, kto przyznaje jej rację…
<podskakuje z rączką w górze>


Boże, tak ciężko było Marii na sercu, ale cóż innego mogła uczynić?
Zaopiekować się Mają i Zbyszkiem – podpowiedziało sumienie.
Natomiast Stasia zostawić ojcu.
Koniecznie, tak ładnie go nosi.


Ej, serio, ten Staś to tylko taka dekoracja fabularna, dzięki której aŁtorkasia usiłuje nas przekonać, jak bardzo Michał jest Dzielny - a poza tym nie jest do niczego potrzebny i spokojnie można o nim zapomnieć.


Zabrać ich do siebie, miejsca w wilii na Mokotowie jest dosyć, i zajmować się nimi dotąd, aż Michał, jej syn, stanie się dawnym sobą, spokojnym, zrównoważonym człowiekiem, przejdzie terapię, wróci do domu i będzie mógł opiekować się dziećmi.
Ale... dwoje dzieci w ich domu... Przecież ona, Maria, ze swoim reumatyzmem i kłopotami ze wzrokiem nie poradzi sobie z opieką nad sześcioletnim Zbyniem i trzynastoletnią Mają! O niemowlęciu wszyscy jakoś zapomnieli... No właśnie. Grażyna, jakakolwiek by była, mieszka sama. Jest starą panną i zawsze marzyła o dziecku. Rozpieszczała siostrzeńców prezentami. Była matką chrzestną Mai. Należy do rodziny. Kto, jak nie ona, lepiej się nada na opiekunkę dla dwojga sierot?
Jak widać - Grażyna JEST bliską osobą, utrzymuje z dziećmi stały kontakt, teoretycznie nadawałaby się jak najbardziej na ich opiekunkę - ale cóż, skoro pani aŁtorka postanowiła sobie, że ma być ZUA, więc będzie ZUA.


Maria podjęła decyzję. Obok chmurnie milczał jej mąż. Nawet nie zająknął się, by to oni mogli wziąć wnuki do siebie. Wahał się jedynie, czy dać szansę synowi, czy postawić na Grażynę Jeżewską. Wreszcie... on też zdecydował.


Michale Sokołowski, przygotuj się na kolejny cios...
Serio - ni cholery nie rozumiem tej rodziny Sokołowskich.


Gdy Maja pobiegła do pokoju znaleźć najbardziej uroczyste ubrania dla siebie i dla Zbynia – to właśnie polecił jej uczynić Michał po odejściu policjanta – on sam rozejrzał się w poszukiwaniu telefonu. Musi zadzwonić do jedynej istoty, która mogła im pomóc, ale...
– Majeczko, gdzie moja komórka? – zawołał córkę.
Ta przechyliła się przez barierkę schodów i z zafrasowaną miną odparła:
– Rozbiłeś ją o stół, a potem wyrzuciłeś do śmieci, tatuniu. Razem z tamtą kobietą, co przyszła do Stasia.
Ją też rozbił o stół i wyrzucił do śmieci?!


Michał dzwoni do Jakuba (chyba z komórki Mai?) prosząc o pomoc jego i Hanię Kotulską.


Może się zmówili, a może był to zupełny przypadek, ale pod dom Sokołowskich podjechali w tym samym momencie. Jakub, Hania i... jeszcze ktoś, kto bardzo się Michałowi przyda. Może bardziej jeszcze niż dwoje przyjaciół.


Malina Bogacka to była kobieta pistolet. Pani mecenas, której żaden adwokat nie chciałby mieć za przeciwniczkę. Wygrywała każdą sprawę, jakiej się podjęła, nie przebierając w środkach. Skąd Jakub ją wytrzasnął, skoro nie miał do tej pory – odpukać – do czynienia z sądami, o to Michał nie pytał.


Jedną z cech michalakversum jest to, że bohaterowie jednej książki mogą pojawić się w innej, niezwiązanej w żaden sposób z tamtą pierwszą. Malinę Bogacką poznaliśmy w “Lecie w Jagódce”, gdzie faktycznie pokazała się jako, hm… kobieta pistolet. Zobaczcie sami:


Malina dziarskim krokiem wmaszerowała na salę sądową. Przywitała się z sędzią, jak ze starym znajomym, pozdrowiła pogodnie kolegę reprezentującego stronę przeciwną i zajęła miejsce u boku pozwanego. Psychotata - tak go nazywała w myślach. Zjawił się w jej kancelarii pewnego popołudnia odstręczający, spasiony bysior, rzucił na biurko plik banknotów i warknął:
- Chcę panią wynająć.
(...)
W ciągu następnej godziny wysłuchała tyrady na temat kurwy, jaką była jego eks, żalów nad obowiązkiem płacenia trzystu złotych na syna (i kto to wie, czy gnojek jest jego?!), wybuchu wściekłości, bo eks odważyła się złożyć wniosek o odebranie mu praw rodzicielskich (parę razy podniósł na szczeniaka rękę, ale należało się gówniarzowi!), wreszcie stanowczego żądania, by ona, Malina, kurwę eks wykończyła, raz na zawsze.  
(...)
- Z papierów wynika, że znęcał się pan nad żoną i dzieckiem od lat. Wiele razy przeprowadzano obdukcję, lecz małżonka nigdy nie wniosła oskarżenia, zapewne zastraszana. Wniosła za to pozew o rozwód i otrzymała go, a sędzia orzekł o pana winie...
- Pedał jebany...
- Ma pan zakaz zbliżania się do żony, ale prawo do widzenia z synem, raz w miesiącu. Alimenty parokrotnie musiał ściągać komornik, mimo że zarabia pan nieźle...
- Grosze nędzne!
- Nie takie znów grosze, skoro stać pana na moje usługi. Grosze to to, co pan płaci na dziecko. Z akt wynika, że z pana kawał skurwysyna, a nie ojca...
(...)
Po raz pierwszy uśmiechnęła się. Nie tyle do niego, co do siebie. W tym uśmiechu był przedsmak zwycięstwa. Z pobieżnej lektury akt wyczytała bowiem coś, co dawało spore szanse na wygraną: matka dziecka cierpiała na depresję. Parokrotnie ją hospitalizowano, co dla ogółu społeczeństwa dało się streścić w dwóch słowach: była wariatką. A wariatom w naszym kraju dzieci na wychowanie nie powierzano. Psychopatom, odpowiednio przygotowanym, owszem.
Jak widzę, pogląd, że osoba chora na depresję = wariat, rzucający się z siekierą w dłoni i pianą na ustach na pierwszą napotkaną przypadkiem osobę, trzyma się w michalakversum krzepko już od lat!
(...)
- Nie myślałem, że to się nam uda - rzekł, rozpierając się w fotelu naprzeciw biurka. Malina pokiwała wieloznacznie głową.
- Niech pan mi powie, tak z ręką na sercu, po co panu ten dzieciak? Ani go pan nie kocha, ani nie lubi...
Normalny człowiek by się żachnął, lecz nie on. Zbyt wiele godzin spędził w tym pokoju, zbyt dobrze poznał mentalność pani mecenas, by silić się na słodkie kłamstwa.
- Wie pani, pani Malinko, w dniu rozwodu obiecałem suce, że ją zniszczę. Ze odbiorę jej wszystko. Dom był mój, konta na mnie, a jedyne, co głupiej pindzie zostało, to ten dzieciak. I dzieciaka ni ma!


Postać, jak to zwykle u AŁtorkasi, przerysowana do granic - brakuje tylko, żeby Malina odgryzała z chrzęstem główki takim małym kaczuszkom. Zastanawiacie się zapewne, co się stało,  że tak odrażająca persona tym razem zdecydowała się zagrać w drużynie Tych Dobrych? Otóż, Malina przeszła Przemianę…


- Spokojna głowa, dziecko - mężczyzna zwrócił się do Gabrysi - wyjaśniliśmy sobie z panią mecenas to i owo podczas długiej podróży: Malinka kocha li tylko wyzwania, a raczej kochała, bo ta miłość przeminęła z wiatrem marokańskiej pustyni. Tamże, w bajkowej rezydencji swojego księcia tak dostała po dupie, podejrzewam, że dosłownie również, iż przez resztę życia zamierza cieszyć się, że żyje, pal licho karierę. Pogodzi się z rodziną, wesprze rodziców, odpokutuje parę grzeszków, w tym również próbę powtórnego wpakowania mnie za kratki, by mogła podać uwięzionemu pomocną dłoń...


Tak, dobrze czytacie: Malina została zgwałcona, po czym zrozumiała swoje błędy i poprawiła się.


(przerwa na womitowanie z czwartego piętra przez balkon)


Patrzył w milczeniu, jak wysoka, krótko obcięta blondynka w dobrze skrojonym żakiecie wchodzi do jego domu, marszczy nos, wyciąga rękę i mówi:
– Jestem Malina Bogacka, adwokat od spraw beznadziejnych, a coś mi się wydaje, że ta się do takich zalicza.
Obrzuciła Michała taksującym spojrzeniem, przy czym widziała w nim nie mężczyznę, lecz klienta [ta Malina, taka niekobieca!], ponownie zmarszczyła nos i walnęła prosto z mostu:
– Jest pan nietrzeźwy. Proszę coś z tym zrobić.


Michał uniósł brwi. Nie tylko nie spodziewał się gości oprócz dwojga przyjaciół, a już na pewno nie tak bezpośrednich...
No ba. Przyzwyczajony był do tego, że wszyscy skaczą wokół niego na paluszkach, nie ośmielając się zwrócić uwagi Wielkiemu Chirurgowi.


Jakub załatwia sprawę nietrzeźwości Michała szybką kroplówką z glukozy i elektrolitów, tymczasem Malina udziela jeszcze ostatnich instrukcji Hani, która ma zostać w domu i doprowadzić go do porządku, podczas gdy cała reszta towarzystwa pojedzie na rozprawę.


– Słuchaj, kochana, możemy mówić sobie po imieniu?
– Oczywiście, pani mecenas.
– Słuchaj więc, kochana, ja zawalczę dziś w sądzie o doktora, bo to miły facet
Przebóg, jak to rozpoznała pod zaniedbanym zarostem, przekrwionym obliczem i zastarzałą wonią potu łamane przez alkohol?


i swoje przeszedł, do ciebie należy cała reszta. Dziecko, to, które wyje... to jest płacze... od godziny, ma umilknąć. Nie wiem, jak tego dokonasz, bo ponoć nie działa na tego malucha nic, ani noszenie, ani wożenie, ani kropelki, ani gówno na patyku... Sorry, mam niewyparzony język, musisz mi to wybaczyć... A potem trzeba zająć się domem. Sąd przyśle kuratorów. Będą robili niezapowiedziane naloty na ten dom i tych bidoków.
Bo takie są procedury, wicie-rozumicie. Sąd najpierw wydaje wyrok, a potem sprawdza, czy się przypadkiem nie pomylił.


I niech Hanka pamięta:
Wszystko tu musi lśnić, dzieciaki mają być nakarmione, umyte, dobrze ubrane i szczęśliwe, jeśli to w ogóle możliwe, straciły przecież parę tygodni temu matkę...
W tej kapralskiej wyliczance co ma być zrobione (przez obcą kobietę w obcym domu u praktycznie obcego człowieka), nie padło ani raz słowo “proszę” i nie ma też żadnego  komentarza o niechęci do robienia porządków w cudzym domu pod nieobecność gospodarza.
Oczywiście czasami niezbędne jest zatrudnienie sprzątaczki, ale tu Hanka bez szemrania bierze się do roboty. To nic, że musi najpierw przekopać czyjś dom w poszukiwaniu sprzętu i środków czyszczących, to w dodatku musi uprzątnąć bardiak zapuszczony przez faceta, który od kilku tygodni nie trzeźwieje oraz troje dzieci.
Jaszu, jakiś Ty prozaiczny. Przecież ona robi to z Miłości!
A nie mówimy o jakiejś zakochanej w Sławnym Panu Doktorze sąsiadce, wiejskiej dziewczyninie po podstawówce, tylko o lekarce na stażu. Znaczy się, po dyżurze, szkoleniu, całym dniu pracy nasza Hania jedzie do domu Sokołowskich, żeby doprowadzić domostwo do błysku, spełniając w ten sposób swoje Największe Marzenia, jak na rasowa drimerkę (którą Hania jest, na pewno!) przystało.


...oraz poucza Michała.


– Gdy znajdziemy się w sądzie, może być... trudno. Proszę panować nad tym, co pan mówi. Nad każdym gestem także. Wszystko mogą wykorzystać przeciwko
panu. Proszę nie dać się sprowokować, rozumie pan?
– Rozumiem – odparł cicho.
Malina pochyliła się ku niemu i powtórzyła powoli, śmiertelnie poważnie:
– Choćby nie wiem, co się działo, choćby nie wiem, co wygadywali świadkowie, pan musi pozostać spokojny i zrównoważony. Czy to jasne?
Przytaknął, nie wiedząc, co go czeka.
Malina niestety wiedziała.
Bo naoglądała się amerykańskich filmów.
I to tych klasy “F”, albo i “G”.


– Będę przy panu cały czas. Nie zawaham się wbić pazurów w pana dłoń aż do krwi, byle tylko utrzymał pan emocje na wodzy. I milczał.
– Dzięki, pani mecenas – odparł z przekąsem.
Niedługo będzie jej dziękował naprawdę…
My za to jak zwykle podziękujemy Narratorowi Profetycznemu za uniemożliwienie choćby chwilowego przejęcia się losem Michała i jego rodziny.


ROZDZIAŁ XVII


Zaparkowali przed gmachem sądu, mając jeszcze do rozprawy trochę czasu. Michał spoglądał na budynek przypominający bunkier, pokryty płytami z czarnego kamienia, który odstraszał od pierwszego wejrzenia. Nikt normalny nie chciałby się tu znaleźć z własnej woli. A jednak on i dzieci będą musieli zaraz wejść do środka tego grobowca, z nadzieją, że niedługo wyjdą wszyscy razem.


Bo wyjdą razem, prawda? – przeniósł coraz bardziej przerażony wzrok na mecenas Bogacką.
– Mogą mi odebrać dzieci już dzisiaj?
[Ewa]: Trzeba odróżnić pozbawienie władzy rodzicielskiej od odebrania dziecka. To pierwsze wymaga długiego postępowania, dowodów, rozprawy. To drugie może być zrobione na cito, jeśli są uzasadnione podejrzenia, że dziecku inaczej stanie się krzywda (np. matka się upije i zaśnie gdzieś w rowie, a trzylatek siedzi sam w domu z psem) i jest tak jakby środkiem doraźnym.


– Wszystko zależy od pana – odparła wymijająco. – Bił je pan?
[Ewa] Teraz o to pyta? Linię obrony się przygotowuje przed rozprawą, żeby był czas na zgromadzenie dowodów i tak dalej. To nie czasy inkwizycji, tutaj sąd daje się ludziom wypowiedzieć, przygotować…  No, ale skoro termin rozprawy na za dwie godziny (a prawniczka znaleziona w ostatniej chwili), to o co ja pytam.


Zwrócił ku kobiecie twarz. Ona wyciągnęła z torby małą buteleczkę i pomachała mu nią przed nosem.
– Magiczne kropelki. Ma pan oczy alkoholika, bez obrazy. Szkliste i zaczerwienione. Ja wiem, że to ze zmęczenia, ale sąd będzie się domyślał najgorszego. Nie możemy na to pozwolić.
[Ewa] No i w tym celu właśnie… wywiad środowiskowy, pracownik socjalny, jakaś niebieska karta, czy coś – sąd nie orzeka o odebraniu dziecka „bo mu się tak wydaje, a tej pani dobrze z oczu patrzy, a temu panu nie”, tylko na podstawie udokumentowanych dowodów. Tu dla odmiany Sąd ma dość duży zakres możliwości monitorowania sytuacji w domu (cały art. 570¹ KPC).
A propos udokumentowanych dowodów - Grażyna Jeżewska cały czas wysuwa argument, że Michał nie może zajmować się dziećmi, ponieważ ma depresję i powinno mu się je odebrać przynajmniej do czasu, kiedy przejdzie terapię i stanie na nogi. Czy tutaj właśnie nie przydałby się jakiś twardy dowód w postaci badań lekarskich? Bo póki co, to wszystko jest na gębę (a jak wcześniej zauważyła Królowa, to jeszcze nie depresja, to wciąż żałoba).
Ależ tu wszystko jest na gębę, “haki” Maliny także mocno anegdotyczne przecież, żadne z nich haki, zwyczajne plotki (już, już blokuję Komentatora Profetycznego, już).


Sąd może pozbawić władzy rodzicielskiej tylko wtedy, kiedy łagodniejsze środki (np. ograniczenie władzy rodzicielskiej) nie spowodują zmiany postępowania rodzica, albo kiedy sytuacja jest tak zła, że z góry wiadomo, że inne środki nie dadzą efektu (109-111 KRiO). Tu takich przesłanek nie ma, ojciec szanowany, nigdy przemocy w domu nie było itd. Nie ma opcji odebrania dziecka „zaocznie”. Rozumiem, że żadnego kuratora wcześniej nie było, władza nie była ograniczona, a o toczącym postępowaniu dowiedział się od policjanta, który chyba w czynie społecznym po niego przyjechał, bo w ogóle nie powinno go tu być?  


Malina wypytuje Michała, czy ma jakieś “haki” na swoją szwagierkę, cokolwiek, co mogłoby ją pogrążyć przed sądem.


Gdy Michał powiedział kilka zdań, klepnęła go z uznaniem w ramię, wycelowała w Grażynę dwa palce, jakby to był pistolet, i krzyknęła z satysfakcją:
– Mam cię, zdziro.
[MK] Ta Malina jest adwokatem, więc rzecznik dyscyplinarny musi jej nienawidzić, jak przez nią tyle roboty ma. Kodeks etyki adwokackiej się kłania – pewnie dlatego nie jest wskazane, żeby adwokat zbytnio angażował się w sprawę klienta.


Gdy tylko ukazali się na korytarzu dwa piętra wyżej, Grażyna rzuciła się ku dzieciom z wyciągniętymi rękami. Maja krzyknęła, przestraszona, Zbynio odruchowo schował się za ojca. Nie uszło to uwagi nadchodzącej ku nim sędziny…
[MK] Sędzina to żona sędziego; akurat panie, które są sędziami, są na to bardzo wyczulone ;>


Magdalena Ciszewska, stateczna pani w średnim wieku, która sądziła w sprawach rodzinnych od kilkunastu lat i widziała  już chyba  wszystko, całą  ludzką  podłość i niegodziwość, miała świadomość, że ta sprawa jest wyjątkowa i może okazać się trudna.
[Ewa] Nie żeby coś, ale sprawy z tego zakresu NA OGÓŁ są trudne. Na marginesie – nigdzie nie wspomniano o obecności ławników, ale zakładam, że to w ramach akcji ratowania drzew.


Pod sąd już podjechał samochód z logo stacji telewizyjnej. Kolejne są pewnie w drodze, bo tragedia rodziny Sokołowskich wzbudzała w społeczeństwie spore poruszenie. I ciekawość. A tam, gdzie są tragedia, poruszenie i ciekawość, są też dziennikarze.
[Ewa] Rozumiem, że czekają pod sądem, a nie pchają się na salę, bo tu ewidentnie są przesłanki do wyłączenia jawności.


Sędzina Ciszewska obserwowała, co media wyczyniają z doktorem Sokołowskim, najpierw wynosząc go pod niebiosa – oto młody, wspaniały chirurg ratuje życie mordercy żony i synka, potem zmieniając go w bestię, która mogła stać za „samobójstwem” Tadeusza M., a także – kto wie – za wypadkiem żony i synka również. Reportaże stawały się coraz bardziej tendencyjne, komentatorzy przedstawiali swoje domysły, w większości wyssane z palca, jako fakty. Z szanowanego lekarza zrobili psychopatę, co bije, pije i molestuje pomoc domową.
To ciekawe, że ta sędzia już tak od razu, bez wglądu w materiał wie lepiej, że reportaże są tendencyjne i pełne domysłów.
A swoją drogą ja się dziwię, że żaden z tabloidów nie poszedł w stronę “źli, bezduszni urzędnicy chcą zabrać dzieci ojcu, który może i jest trochę niezaradny, ale przecież tak bardzo je kocha!”. Przecież Fakty i Superexpressy uwielbiają taką narrację.


Michał spotyka na korytarzu swoich rodziców, którzy wyjaśniają, że są świadkami Jeżewskiej.


– Ty i mama będziecie zeznawać... – zaczął łamiącym się głosem. – Zeznawać przeciwko mnie? Jak możecie...?
Przerwała mu Malina Bogacka.
– Ani słowa więcej, doktorze. Są po tamtej stronie barykady.
[MK] To chyba raczej ciekawostka, a nie zarzut, bo poza salą sądową: W polskim postępowaniu cywilnym nie ma takiego wyraźnego rozróżnienia na „świadków pozwanego” i „świadków powoda”, jak w procesie amerykańskim. Owszem, uczestnicy postępowania powołują dowody, w tym i świadków, ale nie zmienia to faktu, że świadkowie, aby stać się świadkami, muszą zostać wezwani przez sąd i to sąd „dysponuje” świadkami, jak każdym środkiem dowodowym, jaki pojawi się w sprawie. U nas nie ma przeszkód, żeby świadek zeznawał jednocześnie na korzyść obu stron/na niekorzyść obu stron, bo świadek ma przede wszystkim mówić prawdę.


– Jesteśmy tu dla dobra dzieci – odparował z wściekłością ojciec Michała.
– Więc powinniście być w Złotowie, zajmować się małym Stasiem – zgasiła go prawniczka.
No ale to chyba nie teraz, w trakcie rozprawy? Jeśli zostali wezwani na świadków, to mają obowiązek być właśnie TU.


Wbił,  tak jak  jego  żona,  wściekłe  spojrzenie w marmurową posadzkę. Drzwi  sali  otworzyły się i Michał ze swoim pełnomocnikiem oraz wnioskodawczyni, panna Jeżewska, zostali zaproszeni do środka.
[MK] Sąd nie tyle zaprasza do środka, ile wywołuje sprawę. I gdzie protokolant? Chyba ta rozprawa jest w Sądzie Okręgowym dla Pragi w Warszawie, bo tam na protokolantów się mówi duchy/wrony, bo takie czarne togi mają:)


Grażyna weszła pewnym krokiem, usiadła na swoim miejscu i wbiła wyzywający wzrok w szwagra, który usiadł naprzeciwko.


– Nie patrz na nią, tylko na sąd – mruknęła Malina, przekładając papiery, których właściwie nie miała.
Jakub, ten cholerny, przystojny drań, zaalarmował ją telefonem dwie godziny temu – przyjaciel potrzebuje dobrego prawnika, natychmiast! Za dwie godziny rozprawa!
[MK] Mogła złożyć wniosek o odroczenie rozprawy, bo nie miała możliwości się przygotować i porozmawiać z klientem.


– Odrzucam wniosek w całości, wysoki sądzie – odezwała się, gdy sędzina skończyła wstępne przemówienie.
[Ewa] A sędzia się zdziwiła, bo to ona była od odrzucania wniosku z powodów formalnych, kiedy nawet nie czyta treści, bo forma nieodpowiednia. Jeśli już sprawę rozpatruje, to może wniosek oddalić. A adwokat może o to co najwyżej WNOSIĆ.


– Wnoszę o powołanie na świadka Jakuba Kryskę i przesłuchanie Mai i Zbigniewa Sokołowskich w obecności ojca.
[Ewa] Ktoś chyba już o to wniósł, skoro są na miejscu, więc chyba zostali wezwani. Chyba, że Sąd korzysta już z pomocy wróżbitów.  
Narratora Profetycznego!


[MK] Składanie wniosku o przeprowadzenie dowodu ze świadków też wygląda trochę inaczej – z reguły na piśmie, przed rozprawą (sąd wzywa do złożenia pism w trybie przygotowania do rozprawy) i co najważniejsze, trzeba wskazać okoliczności, na jakie mają świadkowie zeznawać, tj. zakreślić tezę dowodową, że np. na okoliczność, że sprawował należycie opiekę nad dziećmi, a nie na zasadzie „niech przyjdą i powiedzą, co im ślina na język przyniesie”.
W tym wypadku wręcz “jak już czekają na korytarzu, to niech przyjdą mówić”.


Ten ostatni wniosek oczywiście odrzucono. Dzieci zostaną przesłuchane pod czułą opieką sądowego psychologa, bez nacisku żadnej ze stron.
[MK] Nie bardzo rozumiem, do czego ta taktyka procesowa ma doprowadzić. Oczywiście, czasem trzeba złożyć wniosek, który wiadomo, że upadnie, ale na pewno nie z takich błahych przyczyn, bo to raczej wygląda jak nieznajomość prawa, a nie rozsądna taktyka. Już sobie wyobrażam sędzię, która z szerokim uśmiechem mówi: „pani mecenas wie, że w sprawach o pozbawienie praw rodzicielskich małoletnich się tylko wysłuchuje, a k.p.c. nie przewiduje, żeby był przy tym obecny ktoś inny niż sędzia i psycholog, a już na pewno rodzic, przeciwko któremu wniosek został złożony”? I ciekawe, jak wytłumaczyłaby się przed klientem, że to taka zawiła taktyka procesowa, a nie jej nieznajomość procedury.
To proste - z różnych filmów aŁtorka wie, że w czasie rozprawy, od czasu do czasu ktoś musi zerwać się ze swojego miejsca i krzyknąć “sprzeciw, Wysoki Sądzie!”. Ale kto, po co, kiedy i dlaczego - to już nieistotne.


Jeden zero dla ciebie, zdziro – pomyślała Malina, patrząc na Jeżewską. Swoją drogą ktoś mógłby tej kobiecie doradzić, jak stawiać się w sądzie. Na pewno nie w kusej spódniczce, chyba że liczyła, iż sędzią będzie facet, nie w drapieżnym makijażu i krwistych, dwucentymetrowych pazurach... Gdzie wzmianka o wylewającym się z kusej bluzeczki wybujałym biuście, ja się pytam?! Bez tego się gubię i nie wiem, kto w powieści jest bohaterką pozytywną, a kto nie! Nie zyskujesz tym zaufania. I bardzo dobrze.
Malina przeniosła wzrok na siedzącego obok Michała. W porównaniu ze zdzirowatą Grażynką on w swym czarnym garniturze i śnieżnobiałej koszuli prezentował się... godnie. Tak trzymać, doktorku!
Tak nawiasem mówiąc, zauważcie, jaka jest funkcja opisów u aŁtorkasi: czytelnik bardzo często nie ma pojęcia, jak właściwie wygląda ani czym się zajmuje bohater, poza zdawkowymi ogólnikami (drobna blondynka, przystojny chirurg), natomiast opis, najczęściej ubrania, pojawia się wtedy, kiedy za jego pomocą można bohatera scharakteryzować. Dzięki temu wiemy, że Grażynka jest zdzirą, Michał - człowiekiem godnym acz nieszczęśliwym, Tadek Marszak (rzadkie włosy, sweterek w serek) - prymitywem, Ludka - lubieżną harpią i tak dalej.


Wszedł  pierwszy  świadek,  Zbigniew  Sokołowski, i zgodnie z przysługującym mu prawem odmówił zeznań.
Och jej, taki jestem szlachetny, odmawiam zeznań przeciw synowi… a że wcześniej palcem nie kiwnąłem, żeby mu pomóc, strzeliłem focha oraz wstydziłem się jego depresji… to ojtam ojtam!
Ech, panie Sokołowski, jakbym tak pana spotkała, jakbym tak panu powiedziała parę słów od serca…!


– Nie masz nic na obronę swojego syna? – syknęła Bogacka, tak by usłyszał on, ale nie sąd.
Obronę? A ktoś go oskarża?


Starszy Sokołowski uciekł wzrokiem i chwilę potem wyszedł z sali.
Tak po prostu.


– Palant – mruknęła prawniczka.
Miejmy nadzieję, że sędzia tego nie słyszała.


Następna weszła matka Michała i... zaczęło się.
– Przysługuje pani prawo odmowy zeznań...
– Chcę zeznawać.
Z własnej woli, wśród szlochów i łkań, zaczęła mówić o biednych dzieciach, osieroconych, samotnych, teraz na dodatek zaniedbanych, zagłodzonych... Mówiła o tym, jak jej syn nie radzi sobie z prowadzeniem domu i wychowaniem własnych dzieci. Nigdy sobie nie radził. Zawsze tylko praca i praca. Nie potrafi ugotować obiadu, nie potrafi wstawić prania, nie potrafi uprasować rzeczy, nie potrafi...
Ojej, ale… dlaczego nie potrafi?
Bo to bardzo trudne i nierozerwalnie związane z posiadaniem jajników, elementarne.


– Może coś, do kurwy nędzy, jednak potrafi?! – syknęła Malina, ale tak cicho, że usłyszał ją tylko Michał.
Michał siedział porażony tym, co mówi o nim własna matka.
Spodziewał się takiego ataku, był przygotowany na takie słowa, ale od teściowej!
AłtorKasia wisi mi za stół, któren właśnie byłam rozwaliłam skutkiem headdesku.


Mamo, jak możesz...!? Byłaś ze mnie taka dumna, jak zdałem na medycynę. Chwaliłaś się moimi osiągnięciami każdemu, kto chciał słuchać! Moje małżeństwo z Martą, dom, dzieci... Tym wszystkim kłułaś w oczy swoje przyjaciółki, a teraz...
No ale cóż - nieprawdę mówi? Przecież o tym dokładnie czytaliśmy - Michał całe dnie spędzał w pracy, domem zajmowała się WYŁĄCZNIE żona, a kiedy jej zabrakło, uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, jak zająć się dziećmi, bo nigdy - NIGDY! - nie został z nimi sam.
Prania wstawić! Obiadu ugotować! Zmywarkę nastawić!!! Bogowie, to przecież jest wyższa szkoła jazdy, podczas gdy Michal Sokołowski, co jest otwartym tekstem napisane, pojękiwał w duszy na widok dopiero co obudzonych, nie ubranych dzieci: “Co powinien teraz zrobić? Jak się zajmuje dziećmi?”. Faktycznie trzeba jeszcze coś wymyślać i kłamać, bo prawda nie wystarczy.
Mam przy tym nieodparte wrażenie, że pani Sokołowska załatwia przy tej okazji jakieś prywatne porachunki i z synem, i z mężem...


– Chyba powiedziałam za dużo – chlipnęła Sokołowska, posyłając Michałowi przepraszające spojrzenie.
– To trzeba było zamilknąć – odwarknęła Bogacka.
Nikt nie odzywa się bez zgody sądu ani nie zadaje pytań bez zgody sądu.


– Skoro pani syn jest tak pełen wad, dlaczego nie pomoże mu pani w prowadzeniu domu i opiece nad dziećmi? – zapytała już spokojniej. – Przeszedł tragedię, stracił żonę i synka, a pani, zamiast go wesprzeć... – zawiesiła wymownie głos.
[MK] Jeżeli sędzia była taka doświadczona, to powinna to pytanie uchylić jako sugestywne i nieistotne. Przedmiotem postępowania, jak rozumiem, jest kwestia pozbawienia władzy rodzicielskiej Michała nad jego dziećmi, więc istotne jest to, co robił i czego nie robił Michał, a dla sądu nie ma większego znaczenia, dlaczego jego rodzice mu nie pomagali. Nie mają prawnego obowiązku, koniec tematu.


Nie znam dokładnie sprawy, ale ta mecenas powinna była raczej wykorzystać jako linię obrony tę jego ciągłą pracę, o której mówi świadek, bo przecież łożenie środków finansowych stanowi w rozumieniu prawa jak najbardziej dbałość o wychowanie dziecka (element władzy rodzicielskiej) poprzez wykazanie troski i zapewnienie prawidłowego rozwoju fizycznego i duchowego dziecka, bo zakładam, że pieniędzy na dziwki nie wydawał.


– Ja... My nie mamy warunków – wykrztusiła Sokołowska.
– Willa na Mokotowie, pokaźne resortowe emerytury
Resortowe! Resortowe! Noooo, to ja już nie mam pytań, widać, kto tu jest ZUY!


i nie macie państwo warunków, by pomóc synowi i wnukom w tych ciężkich chwilach? – w głosie Bogackiej zabrzmiało szyderstwo. I pogarda.
[Ewa] „Uchylam to pytanie” :D Co za sędzia, w ogóle nie panuje nad tym, co się na sali dzieje. No ale dobra, bywa…
[MK] A to z kolei pytanie sędzia powinna uchylić jako niewłaściwe i ośmieszające świadka.


Sokołowska wyszła ze zwieszoną głową. Będzie czekała do końca rozprawy, by przeprosić Michała za to, co nawygadywała, ale on... nie wybaczy jej nigdy.
Nie można wybaczyć publicznego ujawnienia faktu, że syn nie potrafi nastawić prania!!!


Następnie do sali weszła Dorota Jeżewska i wylała na głowę zięcia taki sam kubeł pomyj jak jego matka, ale… Michałowi było już wszystko jedno. Czuł, po prostu czuł, że wróci do domu sam, że Maja ze Zbyniem zostaną mu odebrani a tak ich kocha. Tak lubi spędzać z nimi czas, tacy mu są potrzebni! Tak ważne jest dla niego ciepło domowego ogniska, o które dba z poświęceniem, i serdeczne kontakty z dziećmi, na które chucha i dmucha! i... po prostu umierał z każdą minutą tego procesu.


Zabrałeś mi żonę i dziecko, przeklęty Boże, a teraz sięgasz po resztę... Czym ci zawiniłem, okrutny sadysto, że tak mścisz się na mnie? Że tam se strzeliłem ten kieliszeczek czy dwa kilka razy dziennie, zaniedbałem młodsze dzieci i zrzuciłem prowadzenie domu na barki trzynastoletniej córki… Starałem się być dobrym człowiekiem, dobrym mężem i ojcem, czasem mi nie wychodziło, przyznaję, ale żebym został aż tak ukarany? Przecież wiesz, ty tam, na górze, że gdy tylko wrócę do domu, do pustego domu, strzelę sobie w żyłę wszystko, co mam. O to ci chodzi? Bym zdechł w tej cholernej, pustej willi samotny jak palec? Masz to jak w banku. Jeszcze dziś w nocy. Żeby nikt nie zdążył mnie odratować…
I zobaczysz wtedy, ty zły Boże, ty okrutne Mzimu! Zobaczysz! Ale już będzie za późno! Poszedł za tamtą chmurę i wstydził się!


Malina czuła jego rozpacz. Widziała zgarbione ramiona, łzy zastygłe w kącikach oczu, ściągniętą bólem twarz. Mogła tylko ściskać jego dłoń, drżącą leciutko i... czekać.


Sędzina, słuchając jednym uchem kalumnii (a nie zwykłych odpowiedzi na pytania aby?) (ależ skąd, sąd już wie doskonale, że to są kalumnie, a nie żadne rzeczowe zeznania) Doroty Jeżewskiej, rzucanych na pochyloną głowę Michała, uważnie, w zamyśleniu, przyglądała się właśnie jemu.
Taki przystojny… taki smutny… złamany cierpieniem, a jednak szlachetny… Nie, on nie może być zły!


– Czy świadek skończył? – przerwała Dorocie w pół zdania.
[Ewa] … ale to już nie. Przesłuchanie świadka ma swoje ściśle określone zasady (Art. 271. § 1 Kodeksu Postępowania Cywilnego: „Świadek składa zeznanie ustnie, zaczynając od odpowiedzi na pytania przewodniczącego, co i z jakiego źródła wiadomo mu w sprawie, po czym sędziowie i strony mogą w tymże przedmiocie zadawać mu pytania.”) Najpierw dajemy mu się wypowiedzieć swobodnie, nawet często się pyta, czy ma coś jeszcze do dodania, a potem pytania od stron (uczestnika, wnioskodawcy…). W tym właśnie momencie pełnomocnicy składają zastrzeżenie do protokołu i apelacja murowana, a cały dotychczasowy proces idzie się gonić.


Ta przytaknęła niepewnie. Po chwili zamykały się za nią drzwi. Przed oblicze sądu został poproszony Jakub Kryska. Wszedł pewnym krokiem, spokojny, godnie wyprostowany. Posłał przyjacielowi serdeczne spojrzenie i rzekł tak po prostu:
[Ewa] Tak po prostu po zwyczajowej formułce o imię, nazwisko, wiek, zawód, pouczeniu i ewentualnym przyrzeczeniu, kiedy przewodniczący udzielił mu głosu, znaczy.
[MK] Trochę zbyt jowialny ten sąd. Zawsze przesłuchanie rozpoczyna pytanie o osobę świadka i jego stosunek do stron. W ogóle ktoś protokołuje te wypowiedzi, czy sąd ma taką dobrą pamięć? Przecież nie trzeba opisywać wszystkiego po kolei, wiadomo, że nie każdy jest tym zainteresowany, ale jednak nie można zapominać, że procedura sądowa jest silnie sformalizowana.


– Wysoki sądzie, doktor Sokołowski jest szanowanym i cenionym chirurgiem w naszym szpitalu. Przeszedł nieprawdopodobną tragedię, a ja, jego najbliższy przyjaciel, przyznaję, że zawiodłem. Nie uczyniłem wszystkiego, co w mojej mocy, by pomóc jemu i jego dzieciom. Dziś pragnę zapewnić, że dzieci mają wykwalifikowaną, całodobową opiekę, zajmuje się nimi doktor Hanna Kotulska, osoba ze wszech miar godna zaufania. Zapewnimy też rodzinie Sokołowskich wsparcie psychologa. Michał i jego dzieci otrzymają wszelką pomoc, jakiej będą potrzebować. Wiem jedno: Maja i Zbynio kochają swego ojca jak nikogo na świecie, szczególnie teraz, po śmierci matki. I nikt, żadna dobra ciocia nie powinien im tego ojca odbierać. To byłoby po prostu okrutne wobec tych dwóch, i tak poharatanych przez los, istot, a nam wszystkim chodzi o ich dobro, czyż nie?


Celny strzał, Kubusiu. Kocham cię. – Malina posłała Krysce pełne wdzięczności spojrzenie.
[MK] No właśnie nie do końca celny, bo świadek ma mówić o faktach, nie o swoich ocenach i opiniach. A między wierszami też wskazuje, że bez ich pomocy ojciec nie jest  w stanie sam sprostać tym obowiązkom względem dzieci, czyli właśnie dał sędzi do myślenia, czy aby faktycznie Michała władzy rodzicielskiej nie pozbawić.


Teraz przyszła kolej na ostatni dla Michała cios.


Grażyna Jeżewska, która już nie mogła się tego doczekać, stanęła na miejscu dla świadków i... zaczęła swoją tyradę. Od pobicia – na stypie! – swojej matki. Na pijaństwie Michała skończywszy. Aż się zasapała, tak szybko wyrzucała z siebie pełne nienawiści słowa.


– Czy ma pani jakieś zwierzęta? – padło nagle pytanie.
[MK] A sędzia: „Pani mecenas, to jest istotne dla sprawy, ponieważ…?


Grażyna spojrzała na adwokatkę tego bydlaka zaskoczona.
– Miałam – odpowiedziała powoli, nie wiedząc, do czego tamta zmierza.
– A jakie?
– Przeważnie koty.
– Przeważnie? – Malina uniosła brwi w udawanym zdumieniu. Sędzina już chciała ją pouczyć, by trzymała się sprawy dzieci, nie kotów, ale... machnęła ręką, dając Bogackiej zielone światło.
[MK] ...bo i tak nie miała żadnych planów na wieczór. Sędzia jest dominus litis, dysponentem całego procesu i wierzcie lub nie, sędziowie uwielbiają to pokazywać i podkreślać. Nie wyobrażam sobie, żeby sędzia tak pozwalała na sali rozpraw na pogaduszki pełnomocnika ze świadkiem, o tym, co nie jest ściśle związane ze sprawą, w stylu „a kotka pani ma? nie? no to może chociaż pieska?


– Pani mieszka sama, prawda?
– Sama. Mam duży, wygodny apartament, dzieciom byłoby w nim...
– Do dzieci zaraz dojdziemy. Wróćmy do kotów. Mieszka pani w tym apartamencie sama, od czasu do czasu w towarzystwie uroczych, słodkich kociaków.
– Owszem – nastroszyła się Grażyna. – I dbam o nie jak o własne dzieci...
– ...dopóki nie dorosną – wpadła jej w słowo Bogacka. – Co wtedy pani robi z tymi słodkimi
kociaczkami? Z pani „dzieciątkami”, gdy wyrastają na kotkę czy kocura. Może pani nas i wysoki sąd uświadomić?
Grażyna zbladła.
– Powiedziałeś jej, ty gnoju! – syknęła do Michała.
– Co powiedział? To, że wywozi je pani do lasu i patrzy, jak próbują dogonić samochód?
Koty???
Koty tak robią, nie wiedziałaś? To leży w ich naturze.




A może to, że kilka pod byle jakim pretekstem pani uśpiła? Oddała na wieś, podrzuciła do schroniska?
[MK] Po pierwsze, kolejne pytania do uchylenia jako sugestywne i nieistotne dla sprawy (a pewnie też wykraczające poza tezę dowodzenia). Po drugie, jest to tylko dowód pośredni – skądś dowiedział się Michał, który powiedział to pani mecenas i ona to powtarza jak echo. Przecież sąd nie będzie podejmował decyzji w oparciu o jakieś plotki.


Sędzina uniosła brwi. Michał wpatrywał się w drżącą z furii szwagierkę zimnym wzrokiem.
[MK] Sędzia uniosła brwi w zdziwieniu – jak pani mecenas mogła tak całkowicie pomylić przedmiot postępowania? Przecież nawet, jeśli wykaże, że Grażyna nie spełnia warunków do przyjęcia na siebie opieki nad dziećmi, to nie zmienia sytuacji Michała, którego nadal można pozbawić praw rodzicielskich. Kwestia, co dalej z tymi dziećmi, już pozostanie dla sądu kwestią wtórną.


– Co zrobi pani z dziećmi doktora Sokołowskiego, gdy się pani znudzą? Wywózka do lasu? Dom dziecka? Czy może śmiertelny zastrzyk?
[MK] A sędzia na to: „Pani mecenas, i ja, i pani jesteśmy prawnikami. Z argumentami ad misericordiam zapoznałyśmy się na pierwszym roku studiów, a i jako studentki często takowych używałyśmy. Ciekawa jestem, w jaki sposób pani mi teraz zdoła wykazać, że istnieje jakikolwiek potencjalny logiczny związek tej ckliwej historyjki ze sprawą, który sugeruje, że z tego faktu można wnioskować o przyszłym porzuceniu w lesie przez tę kobietę dzieci, gdy ukończą one 18 rok życia albo ją znudzą.”:)


JA PIERDOLĘ…
Bo, oczywiście, nie można pokazać, że Grażyna nie nadaje się na opiekunkę dzieci Michała, ponieważ - na przykład - jej praca wymaga częstych i długich wyjazdów. Albo coś (właśnie, czy my wiemy w ogóle cokolwiek o Grażynie? Nic, oprócz tego, że jest zdzirą, która zazdrościła siostrze rodziny. O czym mówi w dodatku tylko nie całkiem trzeźwy Michał, a potem jego córka na sali sądowej, a przedtem nikt, nic, a nawet wręcz przeciwnie). Nie, trzeba koniecznie wylać na nią kubeł smoły z samego dna piekła, bo inaczej czytelnik gotów nie uwierzyć aŁtorkasi na słowo, że najlepszym opiekunem jednak będzie ojciec, który chla i ma wszystko w dupie.


Grażyna nagle się rozdarła. Klęła Malinę Bogacką, klęła Michała... sąd też zaczęłaby kląć, gdyby jej nie wyprowadzono.
[Ewa] Nieśmiało sugeruję, że najpierw upomnienie, grzywna…  


Trafiony, zatopiony – pomyślała Malina z zadowoleniem. – Przybijesz z doktorkiem piątkę. Ale dopiero wtedy, gdy wyjdziecie z sądu we czwórkę: ty, on i dzieci. Bo może i Grażynka wypadła z gry, ale zawsze pozostaje w odwodzie opieka społeczna.
[MK] Nie nadążam za tokiem myślenia tej Maliny. Powinna wykazywać, że Michał wykonuje władzę rodzicielską w ten sposób, że nie zaniedbuje obowiązków względem dzieci. A ona chyba przewrotnie zamierza udowodnić, że nikt się do tego nie nadaje, ale Michał jest najmniejszym złem.


Sędzina poprosiła wszystkich o opuszczenie sali sądowej.


Michał wyszedł na miękkich nogach. Pod drzwiami stała jego córka, którą do środka za chwilę wprowadzi sądowa psycholog. Mali Sokołowscy będą przesłuchiwani tylko w jej obecności.
[MK] Małoletni są wysłuchiwani, a nie przesłuchiwani, co oznacza, że to jest bardziej na zasadzie „co dziecku się wydaje, że dla niego byłoby najlepsze, na co ma ochotę”, ale nie traktuje się tego jako pełne przesłuchanie. I nie robi się tego na sali posiedzeń sądowych, co mówi wprost Kodeks postępowania cywilnego. Obecnie się je wysłuchuje najczęściej w przystosowanych do tego, tzw. niebieskich pokojach. Gdy takiego nie ma, to w jakimś zwyczajnym pokoiku na uboczu, żeby nikt nie przeszkadzał sędziemu i dziecku. Sala rozpraw jest dla dzieci najzwyczajniej w świecie zbyt obca, a do tego dorzućmy obce towarzystwo (sędzia i psycholog), powtarzanie przez dorosłych, że to, co powie jest bardzo ważne i mamy wynik, że takie wysłuchania na sali rozpraw są dla dzieci przerażające.


[Ewa] Art. 216¹. § 1 KPC: „Sąd w sprawach dotyczących osoby małoletniego dziecka wysłucha je, jeżeli jego rozwój umysłowy, stan zdrowia i stopień dojrzałości na to pozwala. Wysłuchanie odbywa się poza salą posiedzeń sądowych.”
Btw, najpierw przydałoby się stwierdzić, czy pozwala i jakoś to przesłuchanie zorganizować, a nie wzywać na głupa, po czym stwierdzić „o, w sumie za małe, no trudno, zostawimy je z traumą do końca życia”. Zasada naczelna Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego to zasada dobra dziecka…
Swoją drogą, zostawili dzieciaki same pod salą sądową? Zapewne z przedstawicielami czwartej władzy, których nie wpuszczono na salę?


Najpierw przesłuchiwana jest Maja. Dokładną relację z jej zeznań dostaniemy za chwilę.


Przyszła kolej na Zbynia, ale malec... po prostu nie pozwolił się oderwać od ojca. Nie, nie krzyczał, nie kopał, nie odtrącał psycholożki. Wpił się po prostu w ramię Michała i trwał tak, z oczami wychodzącymi z orbit i cichym, przejmującym skowytem dotąd, aż uznała, że dla dobra dziecka trzeba zrezygnować z przesłuchania.
[MK] Psycholog może tylko przedstawić sędzi taką opinię, ale to sąd uznaje, czy można zrezygnować z przesłuchania dziecka, jeżeli jego stopień dojrzałości na to nie pozwala.


Pozostał tylko on, Michał. Wstał, by z powrotem ruszyć do sali, ale Zbynio i teraz nie pozwolił odejść mu na krok. Żadne perswazje, żadna próba oderwania dziecka od ojca nie zdały się na nic. Skowyt łamiący serce Michałowi i wszystkim, którzy tego słuchali, narastał.
Wreszcie zniecierpliwiona sędzina wyszła na korytarz, ogarnęła sytuację jednym spojrzeniem i rzekła:
– Proszę wejść z synem.
[Ewa] Boże, ale biedny ten sąd. Zwykle wołają protokolanci.  


[MK] Nie jestem wyrocznią, ale wydaje mi się to bardzo mało realne. Sam byłem świadkiem bardzo podobnych scen w sądzie rodzinnym i zawsze sędziowie zarządzali tylko przerwę, max 15-minutową, żeby ojciec/matka „oderwali” od siebie dziecko i zapewnili opiekę na czas przesłuchania. Generalnie sędziowie mają silne opory przed wpuszczaniem dzieci na salę rozpraw, bo 1) dzieci mają problem z zachowaniem licującym z powagą wymiaru sprawiedliwości; 2) sędzia nie nałoży na dziecko środków dyscyplinujących, bo źle by to zostało odebrane, a i dziecko by nie zrozumiało. Szczerze też wątpię, żeby sędzia fatygowała się tak po uczestnika postępowania, a nie po prostu powiedziała protokolantowi, żeby zawołał, ewentualnie policji sesyjnej, gdyby świadek był bardziej oporny.


Od początku wiedziała, że dzieci kochają ojca i są z nim bardzo związane.
To w sumie na kij całe to postępowanie i marnowanie pieniędzy podatnika, skoro sędzia i tak z góry wszystko wie?


Maja, rezolutna trzynastolatka, mówiła o tacie w samych superlatywach. Dopóki nie zapytano jej o to, kto przygotowuje im posiłki, kto robi pranie, kto przynosi do domu zakupy, kto sprząta w domu. Nie potrafiła skłamać. Ale też nie zamierzała taty pogrążać.
– Ja zajmuję się domem, a tata Stasiem. Taki jest podział rodzinnych obowiązków. Czyli ja piorę rzeczy wszystkich, prasuję rzeczy wszystkich, także Stasia, sprzątam, przygotowuję posiłki, robię zakupy dla wszystkich, także dla Stasia, a tatuś nosi dzidziusia – odrzekła stanowczo.
– Czy te obowiązki nie są za ciężkie dla trzynastoletniej dziewczynki? – zapytała łagodnie sędzina.
– Daję sobie radę. Staś jest dużo cięższy do noszenia.
Niż te siaty z zakupami, która ona co dzień targa.


Potem były trudniejsze pytania. Choćby to o alkohol...
– Tatuś wypija trochę alkoholu, żeby zasnąć.
No ja nie wiem, dla mnie taka odpowiedź - że pije alkohol regularnie i jest mu on niezbędny do normalnego funkcjonowania - jednak dyskwalifikowałaby Michała jako opiekuna dzieci. Szkoda, że nie zapytali Mai, ile to jest to “trochę” - przecież nie chodzi o kieliszek, a o “pół szklanki wypijane jednym haustem”.


Zresztą... – Machnęła ręką. – Długo nie pośpi. Staś od razu zaczyna płakać i znów trzeba go nosić.
Nieco się kołysząc.
– A czy tata czasem... traci cierpliwość?
– No pewnie! Każdy by stracił już po godzinie tego noszenia.
– Co wtedy tata robi?
– Nic. Nosi dalej. Aż Staś uśnie.
– A czy nie krzyczy na ciebie i twojego brata?
– Raz krzyknął. Ja na Zbynia krzyczę znacznie częściej – przyznaje Maja ze skruchą, nie zdając sobie sprawy, że takimi właśnie, rozbrajająco szczerymi odpowiedziami ratuje swoją rodzinę. I Michała.
– Tata was nie bije?
– Nigdy! Nigdy nas nie uderzył! – wykrzykuje oburzona dziewczynka. – Tatuś jest najlepszy na świecie, ratuje umierających ludzi i nie bije dzieci!
A że w domu jest syf, śmierdzi kałem i moczem, dzieci są chude, blade i przerażone, Zbyszek totalnie znerwicowany, Staś chory, Maja przeciążona obowiązkami… a kogo to obchodzi!
Dziwię się też, że nie wezwano na świadka Matyldy Pszoniak, która przecież była w tym domu i widziała, co się tam wyprawia - a za to wezwano Jakuba, który o sytuacji domowej Sokołowskich nie wie nic.


Pytania padają nadal. Podchwytliwe, próbujące wychwycić sprzeczności w zeznaniach dziewczynki, ale Maja mówi prawdę. Tak, jest ciężko, tak, czasem płacze ona, płacze Zbynio i niekiedy, gdy myśli, że jest sam, płacze tatuś – tu głos się dziewczynce łamie. – Ale dadzą sobie radę. Mamusia by tego chciała. Są rodziną i pozostaną rodziną, choćby ciocia Grażyna wolała co innego.
– Nie chciałabyś zamieszkać z ciocią?
– A kto by chciał? Ona jest... – Maja milknie na chwilę, szukając w pamięci przed chwilą wykutego słowa. – Zaborcza. Nie może mieć swoich dzieci, to chce zabrać nas tatusiowi, tak mi przynajmniej powiedziała ta pani, co siedzi teraz obok tatusia, chociaż ciocia zawsze była dla nas dobra, często nas odwiedzała, jest moją chrzestną matką i siostrą mojej mamusi, i jakoś nigdy się jej nie baliśmy i zawsze bardzo ją lubiliśmy. No ale nauczyłam się tego trudnego słowa “za-bor-cza” i pomyślałam, że muszę go użyć, Wysoki Sądzie!


Sąd  nie  ma  więcej  pytań  do  małej,  dzielnej dziewczynki.
Sąd uznaje, że tak doskonale spełnia się w swej roli, że grzech byłoby ją tego pozbawiać.


Pora wysłuchać, co ma na swoją obronę Michał Sokołowski.


– Pogubiłem się, wysoki sądzie, już dawno – zaczyna cicho. – Praca, szpital były ważniejsze od rodziny. Tamtego wieczoru, gdy zginęli Marta i Antoś, zrozumiałem, że liczą się tylko ona i dzieci. Za późno. Nie mogłem się pozbierać. Bardzo... kochałem żonę i synka… Winiłem się za ich śmierć i próbowałem karać, odtrącając każdą próbę pomocy. Chciałem być z dziećmi sam. W samotności opłakiwać ich mamę i brata.
Ty, koleś, siebie to karz ile chcesz, ale co zawiniły dzieci?
W tej sytuacji przewijanie dziecka jest takie prostackie.


I to jest moja największa wina. Proszę wysoki sąd, by nie wymierzał mi kary i za to. Ja i moje dzieci wystarczająco wycierpieliśmy... Nie żebym sam się do tego cierpienia nie przyczyniał… Musimy być razem. Razem przejść przez... to wszystko. Proszę o szansę... o drugą szansę, jakiej nie dostałem w dniu, w którym umarła Marta.


Sędzina milczy długo. Bardzo długo.
Strony, ławnicy i protokolanci zaczynają cicho chrapać.


Wierzy w każde słowo tego człowieka, a milczy, bo głos odmówił jej posłuszeństwa.
Podstawowa kwalifikacja do bycia sędzią - wrażliwość na ludzką krzywdę i wzruszanie się przy, bądźmy szczerzy, dość tanich kawałkach, które nam wstawiają wymowni, przystojni (sprawdzić, czy nie gruby) i taaaacy nieszczęśliwi pozwani.


– Doktorze Sokołowski, dostanie pan tę szansę – odzywa się wreszcie. – Odraczam postępowanie na dwa miesiące.
[Ewa] Nie mam pomysłu, co to za konstrukcja. Zawiesza postępowanie? Odracza rozprawę?
Postępowanie – całość działań od wniesienia pozwu/wniosku/wszczęcia z urzędu do wydania ostatecznego orzeczenia (trwa nawet i latami). Rozprawa – to, co się dzieje na sali sądowej (trwa od kilku minut do kilku godzin).


Ja wiem! ja wiem! To konstrukcja, o której aŁtorkasia dowiedziała się z “długich rozmów ze swymi mentorami i znawcami tematu”, jakie prowadzi przy tworzeniu każdej książki, przez co proces pisania ogromnie się wydłuża i może czasem trwać aż trzy miesiące!


[MK] Po pierwsze i najważniejsze, Art. 509. kpc – „sprawy o przysposobienie, o pozbawienie lub ograniczenie władzy rodzicielskiej w pierwszej instancji sąd rozpoznaje w składzie jednego sędziego i dwóch ławników”. Gdzie ci ławnicy? Zachodzi nieważność postępowania, której nie da się konwalidować, więc nie ma znaczenia, jakie postanowienie kończące sąd wyda.


Wyznaczam pańskiej rodzinie kuratora. Zgłosi się pan również z dziećmi do Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego.
[MK] Po drugie, ta sędzia bardzo mało prawniczo się wypowiada. Co to znaczy „wyznaczam rodzinie kuratora”? Kuratora się wyznacza konkretnemu dziecku, żeby zebrać „informacje dotyczące małoletniego i jego środowiska”. I należałoby podać, co kurator ma w szczególności ustalić i w jaki sposób (najczęściej wywiad środowiskowy). Też w przypadku RODK – sędzia raczej by beznamiętnie powiedziała „postanawiam dopuścić dowód z opinii RODK na okoliczność ustalenia, jakie więzi łączą dzieci z ojcem, w tym celu przesłać akta sprawy do RODK i zakreślić termin na przekazanie przez RODK opinii w tej sprawie”. To, czy się stawi w ośrodku, już jest jego problemem, a nie sądu, sąd tylko może wyprowadzić negatywne dla niego wnioski, gdyby się na taki wywiad nieusprawiedliwiony nie stawił.
No cóż, język prawniczy jest mało atrakcyjny literacko, więc w sumie nie dziwię się pewnemu jego uproszczeniu, upotocznieniu, jak również skrótom w opisie samej procedury. Niemniej z pewnością można by to było zrobić bardziej zgrabnie.


Za osiem tygodni, gdy spotkamy się ponownie,
[Ewa] Tak za około dwa miesiące, jakoś po południu, gdzieś w sądzie… Data, godzina, sala.


nie chcę mieć najmniejszych wątpliwości, że dzieci powinny zostać z panem.
[MK] Po trzecie wreszcie, sędzia daje drugiej stronie na tacy potwierdzenie tego, że jest stronnicza. Nie ma, że „dostanie szansę” i że „nie chce mieć wątpliwości, że dzieci powinny z nim zostać”. Tak, to może powiedzieć dobra ciocia, a nie sędzia. Przecież to jest piękny zarzut dla przeciwnika w postępowaniu.


Malina Bogacka wstaje i dziękuje w imieniu swojego klienta, który słowa nie może wykrztusić. Wyciąga go na korytarz, żeby sąd się czasem nie rozmyślił,
Co???
Ałtorkasiu, przepraszam bardzo, jak wyobrażasz sobie “rozmyślenie się” sądu? Powiedzmy, jest sprawa o morderstwo, oskarżony został uniewinniony, wychodzi z sali, aż tu wtem! sędzia wrzeszczy: Dawajcie go tu z powrotem, zmieniłem zdanie, winny! Piętnaście lat!


przytrzymuje go za ramiona, bo Michał jest tak śmiertelnie blady, jakby zaraz miał zemdleć.


ROZDZIAŁ XVIII


Rodzina Sokołowskich wraca w triumfie z sądu do domu, gdzie czeka Hania Kotulska, która nie dość, że wysprzątała chałupę na błysk i upiekła ciasto, to jeszcze... uzdrowiła Stasia!


– Staś też śpi – mówi dziewczyna z dumą. – Od ładnych paru godzin. Ma skazę białkową, doktor dawał mu mleko modyfikowane, a to nie wystarczy. Jak kupiłam w aptece takie specjalne, na receptę, to – ta dam! – maleńki, zbolały Stasiunio wreszcie zasnął.
Widocznie na medycynie jest inny tok studiowania dla pań i inny dla panów. Hani wystarczyło kilka godzin, aby bez żadnych testów alergicznych ustalić, że osesek ma skazę białkową.
To ta słynna “kobieca ręka”, a nie żadne studia!
Ehehe, tak. Podała mu magiczne mleczko i wszystkie objawy nieleczonej przez miesiąc skazy białkowej zniknęły jak ręką odjął!
(Skont wzieła receptę? Musiała przyjechać już z gotową, wypisaną, bo przecież czekając na Sokołowskich i sprzątając, nie miała możliwości pójść ze Stasiem do lekarza. Sama, jako stażystka, nie miała natomiast prawa jej wypisać!)


Teraz natomiast zabiera się do obłaskawiania starszych dzieci Michała.


Hania przyklęka przed dzieckiem. Patrzy w jego przestraszone niebieskie oczy, odgarnia mu włoski z czoła, dokładnie tak jak robiła to mamusia, i mówi:
– Chodź, kochanie, do domu. Słyszałam, że lubisz placki z jabłkami i upiekłam (nie usmażyła?) ich cały półmisek.
– Cały? – szepce chłopczyk.
– Calutki. Właśnie dla ciebie.
Wstaje, przygarnia chłopczyka i razem wracają do domu.


Minie wiele, wiele tygodni, gdy kciuk wróci na swoje miejsce i nie będzie już wędrował do ust. Minie dużo czasu, gdy Zbynio zrozumie, że „jutro” nie nadejdzie, mamusia nie wróci już nigdy, ale teraz ma nową. Na razie mówi  do niej  „ciociu”. „Ciociu Haniu”, ale może… kiedyś…
Kiedyś przyjdzie taki dzień – choć nie prędko – że „ciociu” zmieni się w „mamo”.


Tak jak nadejdzie chwila, że Michał Sokołowski poprosi dziewczynę, która uratowała mu życie, na długi spacer. Tylko we dwoje, nad rzekę. I tam, gdzie z dziećmi i Martą potrafili całymi godzinami patrzeć w płynące leniwie wody Liwca,
Eeeee… kiedy? Kiedy ten zapracowany na śmierć, biorący wciąż dodatkowe dyżury i pojawiający się w domu jak gość Michał znalazł czas na gapienie się godzinami na rzekę?


poprosi Hanię o rękę. Otworzy pudełeczko, w którym spoczywa śliczny pierścionek, delikatny jak ona sama, i z drżeniem serca będzie czekał na odpowiedź.


Hania nie każe mu długo czekać. Gdy tylko odzyska głos, zarzuci mu ręce na szyję i krzyknie:
– Tak! Oczywiście, że chcę! Kocham ciebie i dzieci całym sercem i bardzo, bardzo chcę zostać z wami na zawsze! Nie musisz mi się oświadczać! Zostanę i tak,
choćbyś nawet chciał/miał inną kobietę - kochankę, kucharkę i nianię!
jeśli i ty tego chcesz...
Jednak na wszelki wypadek poczekała z tą deklaracją do oświadczyn ;)


Zamknie jej usta pocałunkiem, o jakim marzyła przez dwa lata spędzone pod jego dachem.
Przepraszam, że jestem cyniczna, ale jakoś nie mogę się opędzić od skojarzeń z Marszakową, którą też wpierw biznesmen wypróbował jako gosposię i nie tylko, zanim zaproponował małżeństwo.


Bo Michał Sokołowski potrzebował dwóch lat, nim pogodził się ze stratą swej pierwszej miłości, Marty, i odważył się, czy raczej pozwolił sobie pokochać po raz drugi.
Szczerze mówiąc, nie jest to jakiś szokująco długi okres. Chociaż z drugiej strony, dla kogoś, kto w ciągu roku pisze i wydaje sześć do ośmiu powieści, dwa lata muszą wydawać się długie, jak dla innych ćwierć wieku.
Skoro, jak już wcześniej wspominałam, doba w michalakversum to dziesięć godzin, jak na Saturnie, więc rok to jakieś trzydzieści lat, a dwa to… odlaboga, toż ten Michał Sokołowski to prawdziwy wzór wierności, nic tylko miarę brać i galopem do Sevres!


Wrócą szczęśliwi.
Do domu, gdzie czekają równie szczęśliwe dzieci.
Które przez te dwa lata o mamie i małym Antosiu zapomniały już zupełnie.


Niech los wam sprzyja, kochani. Wycierpieliście wszyscy, ty, Haniu, również, tak wiele, że wreszcie i dla was musi zaświecić słońce.
Swoją drogą, jakie to urocze (praktyczne! praktyczne!) ze strony AŁtorkasi, że uczyniła Hanię bezpłodną! Nikt nie będzie miał wątpliwości, że zajmie się wyłącznie Sokołowskim i jego dziećmi, a nie jakimiś własnymi bachorami-uzurpatorami.


I będzie świeciło. Aż do końca.


Droga AłtorKasiu. Czytam teraz książkę, w której występuje Narrator Profetyczny i, ach, jak doskonale jest on poprowadzony! Jak subtelnie zadaje pytania, jak łechce ciekawość, nie ujawniając żadnych tajemnic, jak właściwie zadaje swoje pytania i dorzuca swoje uwagi, jak bardzo nie chce się go udusić gołymi rękami! Podrzuciłabym ci tytuł, żebyś mogła sprawdzić, jak taki Narrator powinien być napisany, ale powstrzymuje mnie myśl, że na pewno zerżnęłabyś całą historię (a to bajeczna historia, dramatyczna i z tajemnicą w tle, stanowiąca prawdziwą pokusę do plagiatu dla osób pozbawionych wyobraźni), przepisała ją po swojemu - czyli spłaszczyła, strywializowała, pokolorowała na czarno i biało oraz przeplotła wulgaryzmami -  i podała jako swój oryginalny pomysł, czego bym nie zniosła. Zwłaszcza, że twój Narrator Profetyczny i tak pozostałby takim samym wścibskim, natrętnym, plotkarskim typem, którego chce się zamordować po pierwszym rozdziale.


Skoro więc nie mogę podać ci wzorca napisania doskonałego Narratora Profetycznego, pozwolę sobie na pewną sugestię - zrezygnuj z niego całkowicie.


Taka przyjacielska rada na pożegnanie.


EPILOG


Pięć lat po śmierci Marty, w mokry, październikowy wieczór szosą mknie czarne audi pełne pijanych gówniarzy, mijając  po drodze krzyż, przy którym właśnie Michał Sokołowski zapala znicz.


Hania kładzie mu delikatnie dłoń na ramieniu. Ten wieczór należy do Marty i Antosia, ale ona i dzieci zawsze towarzyszą Michałowi, też stawiając przy dwóch krzyżach płonące jasnym płomieniem znicze. Jutro pójdą na cmentarz, później wstąpią do szpitala w Lubieniu, gdzie doktor Sokołowski zostanie powitany okrzykami radości. I tylko ordynator zamknie się w swoim pokoju. To on odmówił pięć lat temu przyjęcia Michała z powrotem do pracy, choć ten bardzo jej potrzebował.


– Proszę mnie zrozumieć, doktorze, ta cała sprawa nadszarpnęła reputację szpitala. Mamy – „przez ciebie” – uzupełni w duchu – złą prasę. Pacjenci nie chcą, by ich tutaj operowano. – „Byś ty ich operował, doktorze «drżące ręce»”. – Dyrektor nie może przedłużyć z panem kontraktu – „a ja o to wnioskowałem” – przykro mi.
Ordynator chyba tylko szukał pretekstu… (a ponoć tak go cenił!). W końcu - co to znaczy “mamy złą prasę”, “doktor drżące ręce” itd.? Czy Michał popełnił jakikolwiek błąd w sztuce lekarskiej? Czy operował po pijanemu? Nie. Cały jego epizod z alkoholem rozegrał się zupełnie poza szpitalem.


Tak, tutaj, w Lubieniu, nie będą Michała chcieli, w Złotowie, tam, gdzie mieszkał przez ostatnie osiem lat, też nie.
Mujborze, ciekawe dlaczego, takiego szlachetnego i altruistycznego człowieka, który przeżył wielką tragedię, ale jednak stanął na nogi… A tak go kiedyś uwielbiali!


Za to z otwartymi ramionami przyjmie chirurga z takim stażem i takimi umiejętnościami każdy szpital w Niemczech, Anglii, Irlandii...
Widocznie tam jeszcze nie dotarły opowieści o szyciu na żywca wyrywających się pacjentów.


Wyjadą więc – Michał, Hania i dzieci – na Zieloną Wyspę i tam ułożą sobie życie na nowo. Rok w rok jednak, w późnopaździernikowy dzień będą wracać, by Marta i Antoś wiedzieli, że o nich nie zapomniano, że na zawsze pozostaną w pamięci swych bliskich.
Czekajcie, chwila, bo ja czegoś nie rozumiem. Kiedy ordynator odmówił tego przyjęcia Michała do pracy? Zaraz po całej sprawie, kiedy ten wrócił do szpitala po urlopie? Na to wychodzi, skoro “pięć lat temu”. Ale!!! Ze sceny oświadczyn wynika, że musieli w Złotowie mieszkać jeszcze dwa lata po śmierci Marty… I to razem z Hanią. Hm, może Michał łaskawie pozwalał jej utrzymywać całą rodzinę?
Przecież to już pani doktor całą gębą! Skończyła staż, zrobiła specjalizację, pracowała w szpitalu, w wolnej chwili spełniała się oporządzając bezrobotnego męża i gromadkę dzieci.
Swoją drogą, podziwiajmy nowatorstwo aŁtorkasi w prowadzeniu narracji - o wydarzeniach przeszłych opowiada w czasie przyszłym!


O, i jeszcze jedno:
...mieszkał przez ostatnie osiem lat…
Pamiętamy, że Matylda Pszoniak, rejonowa położna, po raz pierwszy przyszła do Sokołowskiego “bardzo dawno temu, ledwie się tu, do Złotowa, sprowadził”? Oto, jak wyglądała tamta wizyta:
Pamięta do dziś, jak Michał zaprosił ją do środka, gdzie wśród rozgardiaszu i setek pudeł wypakowywał z żoną i dziećmi przywieziony niedawno dobytek. Marta zaprosiła sąsiadkę na herbatę, dzieci same z siebie sprzątnęły ze stołu zabawki.
Jakie dzieci? W chwili przeprowadzki do Złotowa mieli tylko jedno dziecko, pięcioletnią Maję! A nawet jeśli przyjmiemy, że te osiem lat to 6+2, i Zbyszek był już na świecie, to powinien być jeszcze oseskiem, a nie bawić się zabawkami i pomagać wypakowywać pudła.
Ach, ta misterna konstrukcja powieści, przebija ją tylko jeszcze misterniejsze tworzenie portretów psychologicznych bohaterów!


Tymczasem pijana gówniarzeria w audi wpada na pomysł, żeby “stuknąć” mijanego właśnie rowerzystę.
Koło się zamyka…
Karma to suka.


Audi znika w mroku.
Nikt nie widzi upadku Alfreda, bo to on kolebał się jeszcze chwilę wcześniej na rowerku pożyczonym od sąsiada.
Omujborze, rodzice musieli go kompletnie od cycka odstawić, skoro kolebie się na rowerku i to pożyczonym. Czyżby Nikodem już nie obawiał się pikantnych szczegółów, jakie syn może sprzedać mediom?


Niro miał jak co roku w ten właśnie wieczór, o tej godzinie, przejechać obok dwóch krzyży, przy których jak co roku będą się pewnie paliły świeczki. Zwolni, uśmiechnie się i odjedzie…
...wybuchając mrocznym “Mwahahaaaa!!!”


Nie tym razem.


Tym razem leci, wystrzelony w powietrze przez czarne audi.


I może spadłby na miękką murawę pobocza, lądując bezpiecznie szczęściem pijanego. Może wstałby chwilę potem, jakby nigdy nic, otrzepując kurtkę z liści i mamrocząc przekleństwa, gdyby... w tym właśnie miejscu, gdzie za chwilę znajdzie się Alfred Niro, miliony lat temu Bóg nie rzucił... głazu. Granitowego głazu o ostrych krawędziach. Niewielkiego, ot, byle Niro mógł się nadziać na niego klatką piersiową…
Aha, więc zdaniem AŁtorkasi Bóg lubi takie puzzle: tu se umieszczę głaz, na który za milion lat nadzieje się Alfred Niro, i w ten sposób pomszczę śmierć Marty Sokołowskiej. Ale tej śmierci nie zapobiegnę, bo wtedy nie miałbym się za co mścić!


Niro kończy swój lot i słyszy trzask. Żebra, wszystkie, co do jednego, pękają i wbijają się w płuca.
Nawet te małe żebra wolne z tyłu, a kto im zabroni.




Wciąga powietrze, by wrzasnąć z przeraźliwego bólu, ale zachłystuje się krwią. Nie może złapać oddechu, nie może zawołać o pomoc, nie może nawet jęknąć, bo właśnie się topi... we własnej krwi...
Samochody obojętnie mijają ciało leżące w rowie.
Niro wie, że umiera.
Jak tamta. Marta Sokołowska.
Tylko że przy niej byli ludzie, ktoś próbował ją ratować, ktoś trzymał do końca za rękę, on zaś zdycha sam.
Będzie konał długo i w cierpieniach, bo do każdej minuty umierania Marty Bóg doliczy Alfredowi pięć minut topienia się we własnej krwi. Za Antosia dorzuci jeszcze pięć. Za bezdomnego włóczęgę kolejne. Za blondynkę i nawet Marszaka też po kilka…
I po minucie za każdego kopniętego kotka, za każdą rozdeptaną taką małą kaczuszkę i za celowo przejechanego jeża!
Za chwilę wyjdą z tego ze dwie doby.
Albo i więcej. Stanie się sensacją medyczną, jak już go wreszcie znajdą - dławi się tą krwią i dławi, a za cholerę umrzeć nie chce.


Widzisz gdzieś tu słowo „sprawiedliwość”?
Tutaj nie, ale Tam po prawej na bilbordzie wyborczym na pewno.


Koniec!!! Szampan, konfetti i fajerwerki!!! Koniec!!!


Z sali sądowej pozdrawia urżnięte w trupa grono Analizatorów, świętując koniec zmagań z Sokołowskim, Marszakiem i resztą tej socjopatycznej grupy.
A Maskotek przebrany w togę bawi się w adwokata. Gdańskiego.

W tym miejscu Królowa Matka pragnie serdecznie podziękować całej Armadzie, która tak gościnnie przygarnęła ją na swój pokład, a także wszystkim Komentującym ucieszonym, że ją tu widzą, oraz tym, którzy nie byli ucieszeni, ale mimo to jej komentarze czytali :). Przyjemność przebywania w Waszym towarzystwie z naddatkiem wynagrodziła mi udrękę przedzierania się przez słowotok AłtorKasi - drugi (i och, jak bardzo ostatni!) raz.

72 komentarze:

Gayaruthiel pisze...

Ta czesc byla tak kuriozalna, ze oczy wychodzily mi z orbit niczym Zbysiowi. Nalezy wam sie oltarz z kadzidelkami za rozprawienie sie z ta bestia, wyobrazam sobie, ze gdybym miala to zrobic, kolejny tydzien spedzilabym pod prysznicem, probujac zmyc z siebie syf i brud chlupoczacy w dzieuach tej kobiety...

Anonimowy pisze...

O dzizaz krajstjapierdoleocotuchodzi. ;_; ta książka boli. Strasznie. Począwszy od scen z dziećmi, które są tak okropne i wgl blebleble (czemu podobno kochający ojciec i w dodatku lekarz nie zrobił nic, by ulżyć płaczącemu dziecku? Rozumiem foch na rodzinę, noaleno. Pomógłby i Stasiowi, i sobie - dziecko śpi, on też, logiczne), poprzez sceny w sądzie (już lepsze są w Annie Marii Wesołowskiej albo w Sądzie Rodzinnym) na Barratorze skończywszy... o borze szumiący, kto to wydał? To takie naciągane, sztuczne, ohydne badziewie, które w dodatku tak zanudza, że gdyby nie wasze komentarze, umarłabym. :<
Gratuluje przebrnięcia przez to cudo literatury!

Oscar Readmore pisze...

Uwielbiam słowo "michalakversum". Uważałem, że ostatnia część była wielką przesadą, ale to? Michalak ma ogromny talent do zaskakiwania. Za każdym razem, gdy myślę, że już dalej nie można przesunąć granicy niedorzeczności to ona przesuwa ją o kolejne kilka metrów absurdu, irytujących scen i pokręconej logiki.

Anonimowy pisze...

Nie, po prostu nie. Może by tak zebrać wszystkie analizy i recenzje które wypunktowują babole ałtorkasi i wysłać Wydawnictwu Literackiemu z wnioskiem o ustosunkowanie się jak mogli wydać te dzieua. Najlepiej niech pod wnioskiem podpiszą się wszystkie fundacje przeciwdziałania przemocy domowej. No bo kurcze, ta kobieta tym gniotem robi im nie tylko niedźwiedzią przysługę co niszczy całą ich ciężką pracę.

Anonimowy pisze...

Kuro, mam nadzieję że to SKONT było specjalnie... ("Skont wzieła receptę?")

Poprzednie twory ałtorKasi mnie tylko dołowały... Ale to zupełnie mnie wkurzyło. A jak widzę to na półce w księgarni to mam ochotę zrzucić i podeptać. Jak można było coś takiego wymyślić...

Rettsma

kura z biura pisze...

Tak, wszelkie "skont", "mujborze" i tym podobne są celowe :)

PP pisze...

|A propos zhackowanego nagrania z celi, widzę to przed duszy mojej oczyma: Delikwent śpi. Śpi. Śpi. Śpi. Śpi. Cyk-wisi. Wisi. Wisi. Wisi. Wisi.

Aadrianka pisze...

Krolowo Matko, czy mogłabyś chociaż na prv podzielić się namiarami na dzieło z wzorcem Narratora Profetycznego?

Co do tempa pisania pani Michalak - mam wrażenie, że napisanie książki zajmuje jej dokładnie tyle czasu, ile potrzeba na napisanie książki. Dosłownie, na samą czynność wyklepania tekstu na klawiaturze. W to, że czyta własne wypociny i że pamięta, co nastukała dwa rozdziały wcześniej, nikt chyba nie wierzy. Nie wierzę też w ani jedną minutę poświęconą na jakikolwiek research.

Anonimowy pisze...

Nie doczytałam. I nie samierzam przyjmować do wiadomości, że to wstrętne, szkodliwe... coś jest czytane i się sprzedaje.
Czy redaktor w ogóle się pod tym podpisał? I czy ta /kilka niecenzuralnych określeń/ autorka kiedykolwiek zastanowiła się, że utrwala szkodliwe przekobania i stereotypy, a pewnym czytelniczkom może w ten sposób wyrządzić krzywdę? Ręce mi opadają.

Lulu

Anonimowy pisze...

Ponieważ całość jest tak kuriozalna i głupia, że słów mi nie staje, spytam tylko - kto o zdrowych zmysłach, przy trójce dzieci i w ciąży, nie korzysta z działającej zmywarki??? Na litość Bora, ja żadnego przychówku nie mam, a ze zmywarki korzystam często i gęsto. Czy zmywanie ręcznie dalej +100 punktów do bycia Matką Polką czy co?

Ag

Anonimowy pisze...

Bo ta zmywarka była równie papierowa jak pies z kartonu.

Anonimowy pisze...

"Bo nie znosiła alkoholu w żadnej postaci, nawet niewinne piwo było w domu zakazane, więc teraz Michał pił.
Alkohol zakazany w domu, a jednak dzień po śmierci żony doktorek wyciągnął flaszkę z własnego barku..."
Może chodziło o to, że w rodzinie Marty (wiecie, rąbnięta teściowa, Dorotka) picie było zakazane i dlatego tego nie znosiła?
Albo Michał przez lata składował, bo pić nie wolno było.

Anonimowy pisze...

Już dawno nic mnie tak nie obrzydziło, jak analizowany tutaj wyTFUr najciemniejszych mocy. Tyle możliwych do podjęcia i ciekawego rozwiązania trudnych tematów, tyle zmarnowanego potencjału... Ale nie, dostajemy bliżej niezidentyfikowane coś, sterowane rafinowanym "bo tak się aŁtorce uwidziało". Nic tylko zacząć wyć.

BTW, Królowa Matka wysnuła hipotezę, że Kejt to szeroko zakrojony eksperyment, względnie happening. Ja ze swojej strony chciałabym tylko dodać temat tego projektu. "Ile grup społecznych i poważnych problemów da się skutecznie obrazić i/lub zochydzić, zanim społeczeństwo się zbuntuje".

Składam ukłony za potyczkę z tym koszmarem
Ejżja

Anonimowy pisze...

Fuj, ale to płaskie, nudne i jakieś chore. Dziwne, że ktoś czyta te obrzydlistwa.

Królowo Matko, też jestem bardzo ciekawa, co to za książka, plis, zdradź tytuł ; )

Karmena

Anonimowy pisze...

Ja przepraszam, ale nie wytrzymam !! Byłam na słitblogasku Kasi i wiecie, jak ona pisze ? Otóż informuje, że ma 450 stron dobrej, wciągającej powieści o Powstaniu, a potem pokazuje materiały do książki. Biuletyn informacyjny sztuk jedna. Stos książek o Powstaniu. Ale ona DOPIERO BĘDZIE JE CZYTAC. Jasna NAC, to o czym jest te 450 stron????? Moi Dziadkowie byki w Powstaniu. Jeśli ta kobieta napisze taki stek bzdur jak zazwyczaj, takim koszmarnym językiem i z takim riserczem, jak zazwyczaj, to chyba mnie szlag trafi. magda

Anonimowy pisze...

Szczere gratulacje, Armado!
Analiza świetna i widać, że cykl dwutygodniowy dobrze Wam robi.
Ale - jeże borowe - tak ksionrzka! Tak jakoś co pięć minut musiałam się upominać że to nie żadne internetowe opko, tylko książka, taka z papieru i w ogóle.
Dramat. Zbuldożerowało mi mózg. I jak ja fizykę zdam...?

MajorMistakes pisze...

Nie dałam rady. TO je obrzydliwe i ohydne, nie do przetrawienia. Niech ktoś się pochyli nad KM i ją dokładnie wyśmieje (jako pisarkę), to może stanie się nowym Coelho (aż przykro porównywać nieszkodliwe pleploty do analizowanego szlamu), i ludziom wstyd będzie czytać. Dno.

Po cichu liczę na to, że napisze i opublikuje tę swoją powstańczą książkę, po której przejadą się z powodu byków eksperci z lewa i prawa. Ohyda.

Pozwolę sobie zacytować przedmówcę PP:"|A propos zhackowanego nagrania z celi, widzę to przed duszy mojej oczyma: Delikwent śpi. Śpi. Śpi. Śpi. Śpi. Cyk-wisi. Wisi. Wisi. Wisi. Wisi." Piękne, to jest prawdziwa anegdota, którą powinni przekazywać młodym redaktorzy w PORZĄDNYCH wydawnictwach, patrzę na ciebie Znaku i WL, patrzę z wyrzutem.

Anonimowy pisze...

Nosz kurwa!

Odszkodowania nie wypłaca się do cholery ciężkiej, jako "wartości życia" kogokolwiek, bo niby jak to obliczyć? Za śmierć osoby bliskiej dostaje się ewentualnie zadośćuczynienie za krzywdę wyrządzoną tą śmiercią, którą ustala się w oparciu o kryteria właściwie materialne, czyli o to, co można wycenić - koszty leczenia depresji, utrata pracy itp., zwiększone o funkcje represyjną, żeby ten, kto zawinił to odczuł materialnie. A to dlatego, że powszechnie panuje opinia, że życie ludzkie jest niemieżalne - przecież to, do cholery ciężkiej, jest wartość sama w sobie, a dawanie komuś kasy, płacąc za cudze życie, było by moralnie bardzo wątpliwe - czasy niewolnictwa się kłaniają.

A już porównanie "wartości" życia dziecka do "rasowego konia" jest tak obrzydliwa, że aż mi słów brakuje, żeby to skomentować.

Oburzyłam się.
Freja

Anonimowy pisze...

Jesteście genialni! Tylko przy Was da się toto czytać i nie dostać wrzodów. Wiecie już, co będzie następne? Polecam ,,Szafir", którego... autorką jest Alicia Stark.
Tak, ,,Alicia", nie ,,Alicja".
Mnie to osobiście zrobiło wodę z mózgu.
Tarzan

Anonimowy pisze...

Nie lubię mówić takich rzeczy, ale naprawdę, jeśli autorka ma dzieci, to na nią należałoby nasłać pomoc społeczną, jeśli to jest jej wizja nawet nie przeciętnej, a szczęśliwej, kochającej rodziny z idealnym ojcem - dziecko w wieku podstawówkowym zmuszane do wykonywania wszystkich prac domowych, krzyki, szantaż emocjonalny, niezabieranie chorego dziecka do lekarza, niezajmowanie się dziećmi w ogóle, alkoholizm ojca... Ale nie bije, więc jak ktokolwiek śmie sugerować że może dziećmi powinien się zająć, nawet tymczasowo, ktoś inny! Przecież jest dobrze, za parę miesięcy/lat by mu przeszło i dzieci wcale by nie cierpiały ani nie przeżyły żadnej traumy przez ten czas...

Anonimowy pisze...

"Żebra, wszystkie, co do jednego, pękają i wbijają się w płuca" - e tam, jakiś oszczędny ten opis. Byłam przekonana, że dla pana Niro ałtorka przewidziała na sam koniec jakieś większe atrakcje. Może złamany w połowie kręgosłup wychodzący bokiem, albo zmasakrowany rower zataczający w powietrzu malowniczy łuk, gubiący po drodze przednie koło i wbijający się w plecy tego złego, złego człowieka. I jeszcze czarne cienie porywające duszę Niro do piekła przy wtórze diabolicznych chichotów. To byłoby równie prawdopodobne, co oryginalna wersja z synchronicznie łamiącymi się żebrami, ale o ile bardziej wymowne!

Wyobrażając sobie lądowanie Niro na głazie przeznaczenia, miałam w głowie scenę jak z komiksu. Leci, leci, leci, potem "plask!", później "trzask!" (tu pojawia się czerwona kałuża krwi), a na koniec słabnące "ślurp", "ślurp"... i the end. W ogóle całe zakończenie wydaje się napisane jakoś na odwal. Znaczy, jeszcze bardziej na odwal niż cała reszta ksionżki. Chociaż... czy powinno mnie to dziwić?

Mam szczerą nadzieję, że ałtorka wyda w końcu "Miasto Walecznych". Bo jeśli schrzani sprawę (a nie oszukujmy się, w jej przypadku to całkiem prawdopodobne), to może zbierze wtedy solidne, krytyczne, bezlitosne cięgi od autorytetów z górnej półki, których nie będzie już mogła wrzucić do szuflady z napisem "hejterzy". Może dopiero wtedy przemyśli sobie parę rzeczy, a przy okazji, może i wydawnictwo dojdzie do jakichś wniosków.

Wierszba

Anonimowy pisze...

Biorąc pod uwagę jakość tego dzieUa, straszne jest, że wypociny szanownej AutorKasi zazwyczaj królują na listach bestsellerów. Ciągle mówi się o tym, jak mało czytamy, ale nic dobrego nie wyniknie z czytania czegoś nie tylko źle napisanego, ale wręcz obraźliwego i szkodliwego.

Królowo Matko, dołączam się do prośby o podanie tytułu wspomnianej książki, miło byłoby dla odmiany przeczytać coś dobrego :)

Yvonne

Malcadicta pisze...

Ja już myślałam, że nawet Wajszej analizy nie doczytam.

Ale w stupor popadłam nawet nie przy książce, a przy tym komentarzu Michalak. Trzy miesiące? Na macki cthulhu, ja opowiadanie pisałam tyle, bo wciąż coś poprawiałam.


@Wierszba - ona zbierała wiele różnych rzeczy, których nie można uznać za hejty - a w każdym razie normalna osoba, jak Ty czy ja, by nie mogła. Na przykład, osoby z chorobą dwubiegunową, krytykujące "Bezdomną", którym zarzuciła zaburzone postrzeganie świata (dokładnych słów nie pamiętam, ale to tu chyba linkowany był blog jednej z takich osoób. Albo i nie tu. Nie wiem). Do niej krytyka nie dociera, co jest samo w sobie niezwykłe w jej wieku. Nawet ałtoreczki przejawiają większą świadomość.

Ja Was wyszystkim podziwiam, że się Wam przez to udało przebrnąć, boja bym się poddała.

Anonimowy pisze...

Rany, co za wstrętny,szkodliwy,chory szajs! Jak Wy przez to przebrnęliście?!
Koty,sąd, Niro na rowerku....Ja p......I ludzie to kupują?!!!
Miałam chwilę szoku na seminarium literackim,bo w związku z nagrodą Zajdla wydrukowano listę powieści i na niej była Michalak z Ferrinem.Już się przestraszyłam,ze ktoś to nominował,ale to była tylko lista wydanych w 2014 powieści..


Chomik

Mała Kudłata pisze...

Ja tylko się zastanawiam jak... JAK można mieć aż tak wypaczone spojrzenie do rzeczywistości. Przerasta mnie to.

Analiza miodna, ale MUSK mnie boli po przeczytaniu tego AłtorKasiowego bełkotu...
a ja jeszcze, biedna, porwałam się na przeczytanie jednej z jej książek w całości, a nie tylko w analizach. Padło na Mistrza...

Armado, Królowo Matko i wszelcy konsultanci: Dzię-ku-je-my!

Anonimowy pisze...

Niro polujący na zmywak i Marszakowa warująca w oczekiwaniu na kość zrobili mi dzień.

Anonimowy pisze...

@Malcadicta - Tak z ciekawości poszukałam i właśnie znalazłam tę wzmiankę o wypowiedzi K. M. na spotkaniu z czytelnikami (recenzja "Bezdomnej" na blogu "Trzyczęściowy garnitur"). Podobno ałtorkasia dość bezpośrednio zarzuciła rozmawiającej z nią osobie wywołane przez chorobę "zaburzone postrzeganie rzeczywistości".

Normalnie... Słychać może taki metaliczny szczęk? To nóż mi się w kieszeni otwiera. Rozumiem, że wielu ludzi o(d)pornych na wszelką krytykę i argumenty prezentuje dojrzałość emocjonalną na poziomie pantofelka, ale... Nie. Po prostu, nie.

Wierszba

Mal pisze...

Przy fragmencie o Marszakowej musiałam sobie zrobić przerwę. Powtórzę tu moją pseudoteorię z forumowego szałta: ojciec Kejt znęcał się nad rodziną, matka Kejt na to "pozwalała", bo nie potrafiła obronić siebie i dzieci, Kejt nadal tego nie przepracowała, więc w książkach odgrywa się na matce, która ją zawiodła. Innego wyjścia nie chcę widzieć, bo że ktoś może być tak bezdennie głupi, tak okropnie pozbawiony empatii i tak kompletnie, zupełnie, nieograniczenie podły sam z siebie - nie chcę wierzyć.

Na razie zmywak w Londynie – tak obiecał mu ojciec.
A sierżant Drozd doskonale wie, co Alfredowi powiedział ojciec, bo... bo... Oj, bo Narrator Wszechwiedzący wszedł mu na chwilę do głowy, wiadomo.

Co więcej, jeśli na przykład [Maja] ma upoważnienie, może odbierać ze szkoły także Zbyszka.
Eee... może? To znaczy - byłoby fajnie, gdyby ktoś obeznany w prawie się wypowiedział, ale wydawało mi się, że nieletnie dzieci nie mogą chociażby same przebywać w domu - a już na pewno trzynastoletnia Maja nie mogłaby się opiekować młodszym bratem pod nieobecność ojca, gdyby spróbowała, opieka społeczna miałaby na ten temat coś do powiedzenia. W tej sytuacji faktycznie lepszym rozwiązaniem wydaje mi się nawet to, że Maja podeszła do szkoły brata i posiedziała z nim w świetlicy - chyba że nie mam racji co do "legalności" takiej opieki.
Btw, uwielbiam to, jak akcja odebrania Stasia z Centrum została kompletnie pominięta. Wot, przyjechał, zabrał, pojechał, oczywiście nikt się nie zainteresował tym, że Michaś jest wyraźnie napruty/na kacu. Po prostu masz pan dzieciaka i nie pokazuj się pan więcej.

I nikt z redaktorów nie poszedł po rozum do głowy i nie stwierdził “koleżanki i koledzy, nie przesadzajmy, jakim cudem chirurg z prowincjonalnego szpitala, który nigdy wcześniej nie miał kontaktów z półświatkiem, mógłby nagle znaleźć dojście do morderców na zlecenie i to tak fachowych?”
Jaki półświatek, jakie zlecenie? Na 100% w Michalakverse wersja mediów wyglądała tak: znany i kochany chirurg, oszalały z rozpaczy, pod osłoną nocy wkrada się do aresztu/więzienia (w końcu kto by się przejmował, dokąd Marszaka zawieźli) i sam, własnymi ręcami! morduje zwyrodnialca, który odebrał mu żonę i dziecko.

– Kiedy pan ostatnio jadł ciepły posiłek?
Tak. Tak. Wyobraźcie to sobie: wchodzicie do czyjegoś domu, powietrze przesiątknięte wonią kału, moczu i pewnie też przetrawionego alkoholu, ciemno, brudno, na piętrze zanosi się płaczem noworodek, pozostałych dzieci nigdzie nie widać, na środku pokoju stoi pan domu wyglądający jakby przez ostatni tydzień żywił się wyłącznie wódą - jaka będzie wasza pierwsza reakcja? Ależ oczywiście, że ti ti ti, doktorze, wszystko w porządku?.

W szkole też jakoś nikt tego nie zauważał…
Akurat w to jestem w stanie uwierzyć.

Mal pisze...

(c.d.)

Chciał chwycić dziecko za ramiona i potrząsać nim, aż by umilkło. Choćby miała odpaść mu główka! Choćby miał je zabić!
Dobrze, że jednak tego nie zrobił, bo syndrom dziecka potrząsanego to dość poważna sprawa, może doprowadzić nawet do urazów mózgu, utraty/znacznego pogorszenia wzroku i innych ciekawych rzeczy.

Pojawienie się Maliny - wielkie WTF. Klienci umówieni na ten dzień? Jacy klienci, akurat dzisiaj mam wolne! Przygotować się do rozprawy? Panie, po co, mogę jechać na reputacji, jak mnie na sali zobaczą, to od razu wydadzą taki wyrok, jaki chcę, o nic nie będą pytać! No ja pierdzielę...

– Więc powinniście być w Złotowie, zajmować się małym Stasiem – zgasiła go prawniczka.
No kiedy oni chcieli się tym dzieciakiem zająć, tylko Michał ich do domu nie wpuścił. Że on zapomniał o tym Malinie powiedzieć, to się nie dziwię, ale czemu ojciec Michała nie odpyskował "pani adwokat" takim właśnie argumentem?

dzieci mają wykwalifikowaną, całodobową opiekę, zajmuje się nimi doktor Hanna Kotulska
Która porzuciła pracę (btw, skoro Hania dopiero robiła staż, to chyba jeszcze nie może tytułować się "doktorem"?), żeby zajmować się domem i dziećmi Michała, to elementarne.

wstąpią do szpitala w Lubieniu, gdzie doktor Sokołowski zostanie powitany okrzykami radości.
E, wróć. On tam idzie pierwszy raz od pięciu lat, czy współpracownicy codziennie witają go "okrzykami radości"?

A na koniec ALFRED NA POŻYCZONYM ROWERKU!!! Przepraszam, ale ten finał wynagrodził mi wszystko.

PS @wszyscy, którzy martwią się książką o Powstaniu - Kejt ten tfur zapowiada już od co najmniej 1,5 roku, przy jej tempie pisania powinna już była wyjść co najmniej trylogia na ten temat, więc może... może...

PS 2 Za każdym razem, kiedy zaznaczam, że "nie jestem robotem" w głowie rozbrzmiewa mi "I am not a Robot" Mariny...

Mal pisze...

Wybaczcie nawał postów, ale zapomniałam napisać, że rozprawa bardzo mi się podobała, wygląda jak żywcem przepisany odcinek Sędzi AMW <3

Lepus Istlich pisze...

Analiza wspaniała, ale... błagam, niech w następnej analizie zajdzie się coś lżejszego kalibru. ;-; Zaokrąglona Mionka, córka Voldemorta, Naruto-chan, miła-ale-chamska nastolatka, telewizory w czasie iiwś, średniowieczne fotografie czy coś tego sortu. Nie to, żebym zmuszała Was do czegokolwiek - to tylko prośba od serca. Rozjeżdżanie czołgiem ksioopek wychodzi Wam pierwszorzędnie, ale myślę, że dobrze byłoby urządzić mały płodozmian w celu odpoczynku od smętnych gówien. To raz. Dwa - chciałabym podziękować całej Ekipie za bezpłatne, co(dwu)tygodniowe lekcje - dzięki Wam znacznie polepszyłam swój warsztat i wiem, czego unikać podczas pisania. Nauczyliście mnie robić risercz i sprawdzać każdą informację. Pokazaliście mi jak konstruować postaci wiarygodne z psychologicznego punktu widzenia. Wypleniliście u mnie manię tworzenia metafor, które są zrozumiałe wyłącznie dla mnie. Dziękuję Wam. Dziękuję za wszystko.

Lenn pisze...

Jego starszy kolega już pierwszego dnia pracy opowiedział mu pewną anegdotę... (...). // – A widzi pan gdzieś tu słowo 'sprawiedliwość'?
Właściwie to należałoby się już przyzwyczaić do tego, że Michalak chrzani nieprzytomnie, ale zawsze znajdzie się coś, co wprawi w stupor. Każdy sędzia jest pracownikiem wymiaru sprawiedliwości. Podlega Ministerstwu Sprawiedliwości, na czele którego stoi (co za niespodzianka!) Minister Sprawiedliwości. // Już widzę sędziego Sądu Najwyższego (jasssne!), który w tak rozkoszny sposób przyznaje się oskarżonemu do ferowania niesprawiedliwych wyroków.
Przecież to nawet nie jest anegdota, tylko dowcip z taaaką brodą. I do tego bym się właśnie przyczepiła: że Michalak serwuje w swoich książkach przeżutą, przetrawioną i wydaloną papkę, będącą zlepkiem opowiastek zaczerpniętych skąd popadnie (jak widać nie tylko z "Faktu"), a nie samej treści "anegdoty".

Aaaha. Zmywarka w domu Sokołowskich służyła najwyraźniej jako symbol statusu, natomiast Marta zmywała ręcznie, bo skoro i tak SIEDZI W DOMU I NIC NIE ROBI, to przecież musi jakoś zabić czas, co nie?
Nie no, też mam zmywarkę, której praktycznie nigdy nie używam, bo skoro mam i tak ubrudzić ręce przy wstępnym opłukiwaniu naczyń w zlewie przed włożeniem ich do zmywarki, to już właściwie mogę je z rozpędu umyć. Tyle, że zwykle zmywam po jednej osobie na raz, a nie po pięciu.

Moje ulubione sceny z tej części ksiunżki: Matylda wybiegająca z domu Sokołowskiego z obłąkanym "Ratujcie dzieci!!!!one1!one" na ustach. Oraz reputacja przewspaniałego, ubóstwianego przez wszystkich itp. doktora załamująca się w pięć sekund od plotek rozsiewanych przez piersiastą Ludmiłę.
Sceny "ulubione", bo przyprawiające o rechot oraz facepalma, ale jeszcze bez chęci bezsilnego podarcia książki na kawałki - w przeciwieństwie do całej reszty, z "wrażliwością", z jaką aŁtorka podchodzi np. do kwestii przemocy w rodzinie, na czele.

Siberian tiger pisze...

„Już widzę sędziego Sądu Najwyższego (jasssne!), który w tak rozkoszny sposób przyznaje się oskarżonemu do ferowania niesprawiedliwych wyroków.”

Specyfika postępowania przed Sądem Najwyższym polega na tym, że skazany (tak, już wtedy jest skazany, a nie oskarżony, bo wyrok skazujący jest prawomocny) bardzo rzadko się pojawia w ogóle przed tym sądem, bo to jest sąd „nad aktami”/„nad papierami”, więc skazany jest tam całkowicie niepotrzebny, a wręcz przeszkadza, bo nie rozumie, co się dzieje, a próbuje się wtrącać. Dlatego ta anegdotka dla mojego ciasnego umysłu jest niezrozumiała. Po co od razu tam wciskać Sąd Najwyższy, jakby zwykły sąd był za niski:)

Analiza bardzo dobra (i bogata o ciekawe informacje), chociaż materiał toksyczny.

PP pisze...

Mal: Osoby będącej pod Twoją opieką nie możesz według prawa narazić na niebezpieczeństwo. Przebywanie w normalnym domu normalnego dziecka w wieku szkolnym, a nawet nieco młodszym nie jest niebezpieczne, więc spokojnie można takie dzeci zostawiać same. Oczywiście na rozsądny czas, im starsze tym dłużej. Można je także wypuścić same na ulicę i tu jest explicite w ustawie powiedziane że jak mają powyżej siedmiu lat.

Pomysły że dziecko nie może zostać samo dopóki nie skończy iluśtam (zwykle się słyszy około 12) lat pochodzą chyba z tego, co zasłyszeli emigranci w Anglii, ale kogo to w Polsce obchodzi?

ios pisze...

Akurat z tą położną środowiskową to ładnie wygląda na papierku - w praktyce u mnie położna była pierwszy raz jak dziecko miało pięć tygodni a i to tylko dlatego, że taką wizytę zamówiłam w przychodni. Kuzynka zaś miała 'wizytę na telefon' - położna nie miała czasu przyjść.
Natomiast końcówka z Alfredem na pożyczonym rowerku... pamiętacie Yattamana? Tam zawsze na koniec banda Drombo jechała na rowerku, pojawiała się muzyczka i tadaa-- kara w postaci zależnej od odcinka. No. To dokładnie ta muzyczka zagrała mi w uszach jak Alfred leciał ku swemu przeznaczeniu :D (i to chyba jedyne pozytywne skojarzenie z tą "książką" bo Yattamana bardzo lubiłam :P)

Anonimowy pisze...

ios: ja skojarzeń z Yattamanem nie miałam, dopóki nie przeczytałam Twojego opisu. Od tej pory już nic nie będzie takie samo :D (też byłam wielką fanką Yattamana, a także większości pozostałych anime z Polonii 1).

Anonimowy pisze...

Droga Armado, rób więcej analiz tfurczości KM, to jest materiał na pracę magisterską z literatury współczesnej (he, he, he). Oj, ciekawe, że jeszcze nie znalazłam opracowań naukowych na temat pisarstwa pani Michalak. Co robią ci wszyscy studenci fil-pol? Wstawać, jest fenomen do ogarnięcia! Wiem, że czekacie na powieść o powstaniu, ale na Bora, nasza ulubiona ałtorka wydała ze trzydzieści książek, któraś już istniejąca musi być warta analizy! Hm, te ehrrotyki chociażby, "Ferrin" długi i szeroki. Na Czarnych Owcach nawet się temat nie rozkręcił, a kolejne części Wielkiej Sagi Fantasy po prostu miażdżą. A jeżeli macie dość Kejt, to faktycznie zanalizujcie jakieś inne przemiłe pisadło. Nie ukrywam, że wydane buble nierzadko cieszą bardziej od nastoletnich blogów, bo jednak książka kosztuje, drukarnia zużyła na nią prąd, ktoś się pod tym podpisał itd, tym większa więc frajda z trafienia na perełkę antyliteracką.
Pozdrawia, Oddana Wielbicielka

baba_potwór pisze...

Ja nieco obok tematu: nie wiem, skąd się wzięło przekonanie, że naczynia przed umieszczeniem w zmywarce koniecznie trzeba płukać. Otóż nie trzeba, wystarczy usunąć z nich stałe resztki, którymi zmywarka może się zatkać. Ponadto myjąc ręcznie w sytuacji, gdy obok stoi zmywarka, płaci się dwa razy - za zakup zmywarki oraz za wodę, energię do jej podgrzania i detergenty, których przy ręcznym myciu garów zużywa się dużo więcej. Wracając do adremu, zastanawia mnie, że podczas rozprawy sędzia nie zainteresowała się wynikami dzieci w nauce, choć przecież nie ma bata, żeby objęcie stanowiska pełnoetatowej gospodyni tatusia i niańki brata nie odbiło się na szkolnej sytuacji najstarszego dziecka, która w wieku 13 (dobrze pamiętam?) lat jest jedną z najważniejszych składowych życiowego położenia delikwenta i dość dobrym wykładnikiem jakości sprawowanej nad nim opieki. No, i dlaczego te dzieci przychodziły do szkoły na godzinę czy dwie przed rozpoczęciem zajęć i dosypiały w jakiejś kanciapie? Ojciec złośliwie budził przed świtem i z domu wyganiał? Zastanawia mnie również poziom intelektualny tego całego Zbynia, podobno sześciolatka. Nie uwierzę, że normalne dziecko w tym wieku nie wie, co to jest "jutro" i nie wymawia "r". Wstrząs psychiczny (przed którym zresztą otoczenie stara się go chronić - nie powiedziano mu o śmierci matki i brata) nie powoduje uwstecznienia funkcji intelektualnych, a tym bardziej dykcji, więc dzieciak musiał być nieogarnięty już przed śmiercią matki. I nikogo w rodzinie - ani rodziców, ani dziadków - nie zaniepokoiło, że małe odstaje od rówieśników in minus. Ewentualnie chałtorka nie odróżnia sześciolatka od dziecka dwuletniego. Ona zresztą generalnie nie odróżnia, co wiadomo od jakiegoś czasu. Ale że Znak i Literackie nie odróżniają (w tym przypadku literatury od makulatury), to przerażające.

Anonimowy pisze...

Na wstępie chciałabym podziękować za wspaniałą analizę tego papierowego koszmaru. Z trudem przez nią przebrnęłam, a i tak zostawiła mnie z pewnymi nie do końca jasnymi kwestiami:
1. Sprawa kotów zostawianych w lesie! "...To, że wywozi je pani do lasu i patrzy, jak próbują dogonić samochód?
Koty???
Koty tak robią, nie wiedziałaś? To leży w ich naturze."
Niestety taka sytuacja może mieć miejsce. Zauważcie, że KM pisze DOGONIĆ, a nie GONIĆ, co sugeruje raczej przywiązanie takiego kociaka do haka holowniczego pojazdu i ciągnięcie go po bezdrożach, aż ze zwierzęcia zostaną jedynie szczątki. Spotkałam się już kiedyś z takim bestialstwem. Początek lat 90-tych XX wieku. Byłam wtedy na wakacjach u dziadków na wsi. Zwykła ulicówka, dookoła łąki i lasy, telefon 1 na całą miejscowość u sołtysa w domu. Syn sąsiadów urządził imprezę urodzinową z procentami, o 2 w nocy postawił na nogi całą okolicę bo zachciało mu się z kolegami odganiać pecha za pomocą starego motoru i czarnej kotki jego młodszej siostry (była wtedy ode mnie o rok młodsza i dopiero zaczynała podstawówkę). Przywiązali kocicę na sznurku od snopowiązałki do zderzaka i ciągali od jednego krańca wsi do drugiego. Do dziś pamiętam jej przedśmiertne wrzaski. Sołtys zadzwonił na policję i zgarnęli całe towarzystwo za zakłócanie ciszy nocnej (kotem nikt się nie zainteresował- nie było na to przepisów). Później okazało się, że motor był kradziony i ten świr trafił do poprawczaka.
2. Prosiłabym o konsultacje ekspertów medycznych z poprzednich części tej analizy w sprawie nadziania się na głaz narzutowy. Po wpisaniu w Google grafika pierwszy z brzegu wynik to taki http://www.zycieaklimat.edu.pl/_img/_pictures/570.jpg, lub taki
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/d/d4/Szczecin_Park_Zeromskiego_glaz_narzutowy_Adam_pomnik_przyrody.jpg.
Skoro taki kamyczek wbija się w klatkę piersiową łamiąc wszystkie?!? żebra to raczej powinien spowodować śmierć natychmiastową, a nie powolne topienie się we krwi? Oczywiście przy założeniu, że spadł na brzuch, bo gdyby spadł na plecy miałby chyba wypatroszony kręgosłup nadal skutkujący błyskawicznym zgonem!
Wiem, nie powinnam doszukiwać się w tym tForze nawet odrobiny logiki, mam przy tym odczucia podobne do tych przy zdejmowaniu opatrunku z gojącej się rany: jeśli nie szarpnie się raz, a dobrze to później ból będzie wielokrotnie większy.
Z wyrazami szacunku
S.

Vespera Verril pisze...

Uff... to już koniec Ałtorkasi... Analizy były świetne, ale chętnie przeczytam coś uroczo głupiego, a nie strasznie głupiego. Oczywiście wróćcie jeszcze kiedyś do analizowania pani Michalak, ale przerwa od jej twórczości przyda się nam wszystkim.

Korodzik pisze...

"Kto będzie następnym łupem Alfreda Nira? Na razie zmywak w Londynie."
"Rozbiłeś ją o stół, a potem wyrzuciłeś do śmieci, tatuniu. Razem z tamtą kobietą, co przyszła do Stasia."

Załamka. Czy ta kobieta ma oczy? Czy ona patrzy na to, co pisze? (W drugim zdaniu nawet nie mam pojęcia, o co ałtorce tak naprawdę chodziło...)

Scena w sądzie sprawia wrażenie zaczerpniętej z gier Ace Attorney. Prawnik bezkarnie objeżdżający wszystkich naokoło, niezbyt rozgarnięty sędzia, świadek dostający świra po udowodnieniu mu przestępstw...

Wizja Alfreda - niby takiego gangsta - jadącego na pożyczonym rowerku (ROWERKU!!) rozwaliła mnie. Wyobraziłem sobie wielkiego, spoconego grubasa skulonego na dziecięcym rowerku kilkakrotnie mniejszym od niego.

@ios: To już wiemy, od kogo Alfred pożyczył ten rower :D

Mal pisze...

@PP, możliwe. Sama słyszałam o tym w kontekście sytuacji, w której samotny rodzic pracujący "na wyjazdach" musi szukać dzieciom niani na czas trwania kontraktu, bo (mimo że jedno z dzieci ma już 18 lat) nie mogą same mieszkać np. przez trzy miesiące (chociaż w tym samym mieście mieszka jakaś tam rodzina, więc ktoś mógłby od czasu do czasu zajrzeć) - no ale to inna spraw, bo gdzie wyjazd na cztery miesiące, a gdzie zostawienie dzieci samych na kilka godzin. Inna sprawa, że tutaj "in plus" przemawia wiek Zbyszka, nie wyobrażam sobie już chociażby zostawienia dwu- czy trzylatka pod opieką trzynastolatki, nawet na parę godzin i nawet w domu. Przecież wystarczyłaby chwila nieuwagi z jej strony (a o to nietrudno), żeby coś się stało.

Anonimowy pisze...

Gdzieś w połowie czytania dostałam migreny i zbierało mnie na wymioty. Nie wiem czy to od książki czy od upalnej pogody, oraz nie wiem jakim cudem doczytałam analizę do końca, ale gratuluje. Gratuluje sobie, że przetrwałam te nędzne pseudopisarskie wypociny. Gratuluje Wam, drodzy analizatorzy, że nie wysiadła wam psychika (moja w pewnym momencie powiedziała "nie dam rady, na następnym przystanku wysiadam). No ale przede wszystkim gratuluje ałtorce, bo pisać AŻ TAK ŹLE to niebywałe osiągnięcie.

~ Blu

kodama pisze...

Mnie zastanawia, jakim cudem w centrum zdrowia zdrowia dziecka nie ogarnęli skazy białkowej... Miodna analiza, fajnie, że były konsultacje prawnicze, dużo się dowiedziałam!

Anonimowy pisze...

Pańskie oko na łysej kobyle u płota.
Naszło nas tak dzisiaj przy śniadaniu, czy da się jeszcze bardziej pomieszać związki frazeologiczne z koniem w roli głównej. Da się. Być może staniemy się kolejną inspiracja dla Ałtorkasi.

Anonimowy pisze...

Jeszcze co do tej zmywarki, to też nie widzę sensu w przepłukiwaniu wcześniej naczyń. Co najwyżej garnek wodą zaleję jak musi stać i czekać, by się więcej naczyń zebrało. Bo to i woda i czas się marnuje.

Taka mnie też myśl naszła - skoro Maja sprząta i gotuje dla całej rodziny, to czemu w domu panuje bród i smród? Jest wyraźnie napisane "nauczyła się odkurzać" - to co, ona wokoło tych śmierdzących pieluch odkurzała czy co? Coś tu się nie zgadza, albo zajmowała się domem, albo nie. Nie mówiąc już o tym, że mając 13 lat ja już odkurzać umiałam i to robiłam, znowu więc wychodzi, że biedna Marta Sokołowska sama wszystko ogarniała…

Ag

Anonimowy pisze...

Ałtorkachna jest straszna, zwłaszcza opis tego procesu, "sędziny" i mecenaski to kuriozum. Jak to jednak człowiek nie powinien brać się za pisanie o rzeczach, o których nie ma pojęcia. Analiza dobrze punktuje te bzdury, choć jest mało zabawna -- czemu trudno się dziwić, bo książka jest tak chujowa, że nawet nie bawi. Chociaż przykład "rozmyślenia się" sądu ("sędzia wrzeszczy: Dawajcie go tu z powrotem, zmieniłem zdanie, winny! Piętnaście lat!") -- zgon :D

Pozdrowienia,
Quay

Anonimowy pisze...

BTW ta scena z przesłuchaniem córki przypomina trochę podobną scenę z filmu "Tato" z Lindą, tam też mała córka zeznawała, jak to ojciec nie umie gotować ani sprzątać, więc ona to robi, ale w sumie lubi to, tak że spoko.

Quay

baba_potwór pisze...

A tak w ogóle, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pądochtór powszechnie uwielbiany nie żonę stracił, tylko darmową kuchtę. Traktował ją przecież dokładnie tak jak dzieci - wychodząc do roboty, całował w czółko i zapominał o jej istnieniu. Jego histeria jest spowodowana nie nagłą śmiercią najbliższego człowieka, tylko tym, że chałupa nagle przestała się sama sprzątać, gary - zmywać, obiad pojawiać na stole magicznym sposobem, czyste gacie wyrastać w szufladzie, a dzieci - schodzić z drogi. Reaguje prymitywnie i infantylnie nie na utratę połowy rodziny, tylko na konieczność dorośnięcia, bo to jest dla tego tępego buca prawdziwa tragedia, a nie nagły zgon żony i syna.

Anonimowy pisze...

Zaczęłam czytać w czwartek, brnęłam przez tę cała patolę opisaną mistrzowskim piórem AutorKasi, kiedy doszłam do Maliny Bogackiej i przypomnieliście, jak to stado Arabów gwałtem wyleczyło Malinę z bycia suką (swoją drogą, można by te cytaty z "Lata w wygódce" zrobić kursywą), musiałam sobie zrobić przerwę i wróciłam do lektury dopiero dzisiaj. A wcale nie trzeba było odpoczywać, ta rozprawa sądowa to rewelacyjna komedia! Normalnie, jak mała Kasia wyobraża sobie pracę sądu.

Z drugiej strony, trochę to jednak przerażające, że kobieta będąca matką traktuje sądowe rozprawy o opiekę nad dziećmi jak licytację, komu się dzieci bardziej należą. A odbiera się dzieci tylko po to, żeby kogoś ukarać, kto by tam myślał o czymś takim jak ich bezpieczeństwo. No chyba że delikwent bardzo ładnie poprosi, to go jednak nie ukażemy, tylko damy mu drugą szansę i zobaczymy, co będzie. To wszystko wygląda bardziej jak uczelnia w czasie sesji i błaganie "pan da trzy" niż jak rozprawa sądowa.

Jeśli chodzi o kunszt pisarski AutorKasi, wiele fragmentów można by cytować, ale moim niekwestionowanym zwycięzcą jest zdanie "Doświadczenie z LUDMIŁĄ NAPALONĄ czegoś go nauczyło."

Zgadzam się z Aadrianką, że o tych trzech miesiącach to ściema, AutorKasi napisanie tej książki zajęło tyle czasu, ile trwa wstukanie tekstu na klawiaturze.

Melomanka

Oh Lu pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Oh Lu pisze...

Ale koszmar. Najgorsze jest to, że autorka chyba naprawdę myśli, że tworzy super powieści. Jak zobaczyłam ten obrazek z pytaniami do niej to myślałam, że padnę. Ona robi jakiś research zanim zabiera się za pisanie? Ta analiza pokazuje zupełnie co innego. Nie wiem, dlaczego coś tak okropnego w ogóle wydają w Polsce.

Anonimowy pisze...

Za "to go jednak nie ukaŻemy" ubiczuję się makaronem.

Melomanka

Anonimowy pisze...

Ja przepraszam, że nieco nie na temat, ale mam nadzieję, ze ten syn sąsiada sołtysa, czy kto tam, adekwatnie odpokutuje za znęcanie się nad zwierzętami.
Życzę mu dokładnie takich samych cierpień. A nawet więcej. Cały autorKasiowy chłam tak mnie nie wyprowadził z nerw jak ten komentarz.
Uff.
Oraz serdeczne pozdrowienia dla Załogi Armady i Załoganta Gościnnego. Niech Wam weekend miłem będzie i mózgi wypoczną!

Anonimowy pisze...

Jaszu, "Pchnąć od siebie"??? Naprawdę?
A można pchnąć do siebie, pociągnąć od siebie i spaść w górę?

Nie, że się czepiam, bo analiza cudna!

Ch.

Anonimowy pisze...

Chciałam tylko zauważyć, że istnieje cała grupa sędziów, którzy nie tylko mogliby, ale wręcz powinni zapomnieć o czymś takim jak subiektywnie pojmowana "sprawiedliwość" - to sędziowie sądów administracyjnych. Orzecznictwo administracyjne zajmuje się wyłącznie kwestią zgodności z prawem. AutorKasi coś dzwoniło, ale nie pofatygowała się sprawdzić, w którym kościele.
- Sine niezalogowana.

baba_potwór pisze...

Tak mi jeszcze przyszło do głowy, że gdyby to kobieta miała ochotę potrząsać i rzucać płaczącym dzieckiem, zostałaby przez ałtorkasię i jej podobne kurioza rozniesiona na obcasach. Takie samo zachowanie faceta jest jeszcze jednym powodem do litowania się nad nim.

Natalia SStefania Borucka pisze...

Ja to mam wrażenie, że ta pani ogląda za dużo anime.
Jest nawet taki klasyk hentai, Rapeman, o kolesiu, który wymierza sprawiedliwość złym sukom gwałcąc je. Małe dziewczynki/chłopcy zajmujący się w całości domem zamiast swoich nieporadnych lub nieobecnych rodziców są dość powszechne, a i dzieci są bardziej zdziecinniałe niż powinny, stąd pewnie ten Zbynio taki cofnięty w rozwoju. A już to łażenie po szkole w dowolnych godzinach jak się chce to w każdej serii o nastolatkach i każdym horrorze. Generalnie bardzo dużo tych motywów widziałam już w chińskich bajkach, ewentualnie grach, bo jak już ktoś tu wspomniał, ta Malina jakby urwała się z serii Ace Attorney. Najwyżej trochę je spolszczono, dla niepoznaki, imiona choćby.
Z radością więc czekam na kawaii sugoi Powstanie Warszawskie!

Ethlenn pisze...

Artykuł naukowy ma od 20 do 40 tysięcy znaków. Czyli do 30 stron maksymalnie. A czasami jego pisanie trwa pół roku, rok, w zależności od skomplikowania tematu i metodologii. A tu proszę - książka w 3 miesiące. Co dowodzi, że risercz został poddany aborcji i nigdy się nie narodził.
Jak mówią nasi przyjaciele zza wielkiej wody - this book gave me cancer.

mrija pisze...

Jestem tak rozbita i zniesmaczona poziomem tej szajsy, że na żaden komentarz mnie nie stać.

Gratulacje dla całej Załogi wraz z Królową - że nie daliście się zatopić.

I prywatne wielkie podziękowania dla Ewy i MK (Migelito? Byłżebyś to Ty?) za fachową, zwięzłą i celną konsultację prawniczą. Wytłumaczyliście całość tak prosto, że nawet AłtorKasia byłaby w stanie ogarnąć gdzie leży byk jak słoń. Gdyby oczywiście zniżyła się do przeczytania Waszego tekstu...
Ale ja przeczytałam i podziwiam;)

Anonimowy pisze...

Nie mówiąc już o udowadnianiu, że strona przeciwna ma silne zaburzenia emocjonalne. Tę ciotkę można by podciągnąć pod teściową z filmu; myślę, że aŁtorkasia trochę się na tym wzorowała, nawet jeśli nieświadomie.

Anonimowy pisze...

Niestety nie wiem, czy można Wam podsuwać jakieś książki do analizy, ale jeśli tak, to proponuję "Hopeless" Colleen Hoover. Takiej szmiry dawno nie czytałam, a sprzedaje się jak J. K. Rowling...

Anonimowy pisze...

Na rowerku? O głaz narzutowy? Serio? Jak już się robi takie zakończenie z sufitu, to można było chociaż zwiększyć dramatyzm - np. Alfred nadziewa się klatką piersiową na krzyż stojący przy drodze. "Tylko w ten sposób - w sensie dosłownym, fizycznym - jego plugawe serce mogło odczuć skutki tragedii, do której doprowadził". Nie byłoby lepiej? ;)

Anonimowy pisze...

Królowo Matko, wnosimy apel o podanie tytułu wspomnianej książki! W razie braku odzewu my, ciekawi w/w powieści, piszemy składamy petycję!
...ewentualnie przypuszczamy dziki szturm na analizatorów.
No, nie lepiej po dobroci? :)
~Nike

Anonimowy pisze...

Analiza cudna! Wyrazy podziwu dla Analizatorów, że przez to dzieuo przebrnęli.

Wszystko zostało już napisane powyżej, więc dodam tylko, że osobiście czytając o Alfredzie na pożyczonym rowerku ujrzałam przed oczami duszy mojej pana Bledurt skulonego na rowerku Mikołajka.

limotini pisze...

A mnie jest smutno... To znaczy, nie tak. analiza mnie rozbawiła, podziwiam Analizatorów - czy mnie się dobrze wydaje, że Wy zrobiliście większy research wśród przedstawicieli różnych zawodów występujących w książce, niż autorka nawet wyobrażała sobie, że można zrobić?

Czy to jednak nie powinno być tak, że jak ktoś już się zdecyduje wydać moją książkę w szlachetnej papierowej wersji, to będzie mnie męczył, aż usunę z tej książki wszelkie głupoty? Że sprawdzi, czy przedstawione wydarzenia trzymają się kupy, a użyte związki frazeologiczne mają sens? Innymi słowy, że wykona tę całą brudną robotę, którą wykonali Analizatorzy, zanim wydrukuje książkę?

Możliwe, że jestem naiwna. Być może w pewnym momencie kariery już się nie chce słuchać żadnych krytycznych uwag. Tylko na początku człowiek jest spragniony feedbacku, choćby i negatywnego.

mysza pisze...

...ja pierdole.

Anonimowy pisze...

Przy fragmencie o przeszłosci pani mecenas miałem ochotę wziąć ałtorkę za łeb i ostro przy**** nią o stół. Bo to nie jest opinia debilnego, wymyślonego sędziego, to nie jest wymyślony ojciec bohatera. To autorka w każdym kurna cuchnącym fragmencie tego wyrzygu mózgowego bije czytelnika po łbie "człowiek z depresją to wariat". NIE KUR*A. PO PROSTU NIE. A pomysł, że dziecko zabiera się matce która była ofiarą przemocy domowej i oddaje ojcu-bydlakowi z powodu depresji matki uwłacza (DING-DING-DING! rekord) TRZEM grupom na raz. Raz, że ałtorka myśli, że ojcom ot tak się daje prawa rodzicielskie (najwidoczniej innym, którzy nie dostali za mało zależało), dwa, że ofiara przemocy domowej dostaje jeszcze bardziej "bo wisielca się nie uratuje" i w końcu trzy, depresja to zaraza porównywalna z dżumą. Niech ona wreszcie weźmie się za tematykę islamu, chcę zobaczyć jak fundamentaliści potraktują jej dogłębny research i stosowne, taktowne podejście do tematu.

A scena sądu to jest nie tyle jej wyobrażenie. To jest wnetrze jej głowy. "Ty, ty masz tipsy i wyrzucasz koty jak dorosną, wiec gó**no masz do gadania". "O, a ty za to jesteś szuja, wiec twoje argumenty są nieważne". "Ach, pan doktor, taki w garniturze, z sześciopakiem smutnymi oczami... Pije pan co dzień, domem zajmuje się dziecko, zaś noworodek chory i w bólach leży bez opieki? Eee tam, zagubiony pan jest tylko!"

zdegustowany do granic Nax

Astroni pisze...

– Może ulżyć ci nieco? Mam ręce sprytniejsze niż twoje.
Umieją wstawiać naczynia do zmywarki!

Piękne to było!

Jakub oddycha głęboko, opierając się całym ciałem o bok samochodu. Dzieci boją się sierocińca, nie ojca. Jeśli tak, nic im ze strony Michała nie grozi.
Śmiesznie, z jednej strony dowodzi, że kobiety siedzą z bijącymi je mężami jak wariatki, ale już w kwestii dzieci uważa, że z pewnością potrafiłyby one prawidołowo ocenić, kiedy są ofiarą patologii, złego traktowania i zaniedbań. A przecież to dokładnie ten sam mechanizm, a może nawet i gorszy.

Najpierw domofon, teraz nokia... to się nazywa wolność.
He, a ja najpierw myślałam, że to Wy dopisałyście...

Dzieci śpiące w szafce w szkole. Przed świtem. Nikt nie zauważył. Ale psychodela, aż zaczyna mi się podobać.
Ale po co w ogóle one tam lazły? W domu nie mogły sobie pospać, bo dziecko płakało? Poza tym jak to ma się do tego, że przez jakiś czas Maja i Zbyszek wyglądali lepiej, schludniej, bardziej najedzeni, skoro teraz tylko spali w szafce..?
– To ważne – powtarzała bratu Maja. – Jeśli przyłapią nas na spaniu tutaj, zawiozą od razu do sierocińca
No tu się zgodzę, więc po licho one tam łażą?!

A ten policjant orkiestra i sąd, co pracuje w trybie ultra ekspresowym... Przyszło mi do głowy, że to by było fajne jako jakieś wewnętrzne projekcje michałowego sumienia, wiecie, jakieś metafory, świat półbaśniowy i te pe. To by było coś.

Przebóg, jak to rozpoznała pod zaniedbanym zarostem, przekrwionym obliczem i zastarzałą wonią potu łamane przez alkohol?
Może dlatego, że grzecznie podał rękę, zamiast nazywać kogoś pizdą na powitanie?

Znaczy się, po dyżurze, szkoleniu, całym dniu pracy nasza Hania jedzie do domu Sokołowskich, żeby doprowadzić domostwo do błysku, spełniając w ten sposób swoje Największe Marzenia
Ależ ona jest KOBIETĄ! To jest takie coś jak mężczyzna, tylko że służy do sprzątania.

Ale powiem Wam, że tę całą Malinę to ja polubiłam od pierwszego wejrzenia. Zapewne na zasadzie takiej, jak niektórzy polubili tamtą cycatą sąsiadkę, chcącą zgwałcić Michała, ale jednak. Taka baba z jajami, bezpośrednia, odświeżająca pośród tych rozckliwiających się nad losem i ciskających farmazonami mazgajów.

Ale sama rozprawa... Heheee. A sędzia (może jednak faktycznie sędzina?) najlepsza. Nawet "Sędzi Anny Marii Wesołowskiej", widzę, aŁtorka nie oglądała, bo tam aż takich głupot i "porywów serca" nie było. Serio, oglądałam niegdyś regularnie ;)

O jeżu, znęcała się nad kociętami! Nad kociętami!!! Ale... wait.
- A może to, że kilka pod byle jakim pretekstem pani uśpiła? Oddała na wieś, podrzuciła do schroniska?
- No tak. A co?

Zamknie jej usta pocałunkiem, o jakim marzyła przez dwa lata spędzone pod jego dachem.
Latami u niego siedziała? Jak jakaś darmowa gosposia (pomimo że przecież z własnym życiem i pracą)? Nie no, centralnie, Marszakowa.

Nawet te małe żebra wolne z tyłu, a kto im zabroni.
Tutaj nie, ale Tam po prawej na bilbordzie wyborczym na pewno.
Heheeehhehe X)

Z komentarzy:
A propos zhackowanego nagrania z celi, widzę to przed duszy mojej oczyma: Delikwent śpi. Śpi. Śpi. Śpi. Śpi. Cyk-wisi. Wisi. Wisi. Wisi. Wisi.
A no właśnie. Łatdefak?

wstąpią do szpitala w Lubieniu, gdzie doktor Sokołowski zostanie powitany okrzykami radości.
E, wróć. On tam idzie pierwszy raz od pięciu lat, czy współpracownicy codziennie witają go "okrzykami radości"?

No tak jakby od pięciu. Bo w końcu było (pośrednio), że nie pracował tam/nie dostał pracy. Tylko w takim razie - skąd te okrzyki radości?

Ace Attorney Korodzik, przypomniałeś mi o Ace Attorney! Znów słyszę tę muzykę!

Justyna K Lambert pisze...

Dno i siedem metrów mulu. Nie rozumiem jak można czytać książki tak beznadziejnej pisarki i jeszcze się na nich wzruszać? Znajomość procesów sądowych zaczerpnięta od "mentorów" leży i topi się we własnej krwi niczym Alfred Niro. Naprawdę, lepiej było zaoszczędzić sobie biegania do specyjalystów i obejrzeć parę odcinków TVNowskiego "Sądu Rodzinnego". Coś mam wrażenie, że z tego programu miałaby więcej faktów. Ta książka jest przejmująco żałośnie i na siłę napisana, a serce rozrywa mi się na kawałeczki nie z bólu, jaki przeżywa Sokołowski, tylko z natężenia bullshitu. Pomysł fajny, wykonanie okropne, narrator zabijający całą ciekawość czytelnika.
Dotarłam do ostatniej części tylko dzięki Waszym jak zwykle niezawodnym komentarzom. Do końca życia będę zdumiona, że ktokolwiek zgodził się wydać takie gówno.
Pozdrawiam

Gosia pisze...

Jeżu kolczasty! Borze szumiący! Tego nie da się czytać. Bez Waszej analizy nie dałabym rady. Żal że spore grono uważa tfurczość autorki za arcydzieło.

A propos
http://www.empik.com/amelia-michalak-katarzyna,p1113528557,ksiazka-p

Armado powiedz mi że to żart. Halloweenowy czy jakikolwiek...

Arthur Weasley pisze...

Jak zwykle mam kamienie i do ogródka aŁtorki, i komentujących.
Uderzyło mnie, że od śmierci Marty do stypy wszystko się z punktu widzenia Michała robi samo. Każdy, kto chował bliską osobę, wie, że to jest spory wysiłek organizacyjny. Trzeba pozawiadamiać krewnych i znajomych, zamówić nekrolog, trumnę, kwiaty, trzeba przed owym zawiadamianiem porozumieć się z księdzem, w dużym mieście także z zarządem cmentarza, to wszystko pod presją czasu, w dodatku mając melodię do wszystkiego, tylko nie do załatwiania jakichkolwiek formalności.
Jeszcze pół biedy, gdy umiera człowiek mocno starszy albo ktoś umiera po długiej chorobie, ale tutaj mamy śmierć nagłą i nic nie ma powodu być przygotowane. Kto się tym zajął?
Taki drobiazg – ubranie?
Michał miał czarny garnitur, ale dzieci też trzeba było odpowiednio ubrać.
Swoją drogą to wszystko stanowi dość wdzięczny temat i mogła aŁtorka parę stron o tym napisać. Sama identyfikacja zwłok bezpośrednio przed zamknięciem trumny... no dobrze, mogę sobie wyobrazić, jak by to Kejt zrobiła, więc może lepiej, że na taki koncept nie wpadła.
Z drugiej strony twierdzenie, że sześciolatek (o trzynastolatce nawet nie mówiąc) nie ogarnia, co to jest śmierć, jest wzięte z kosmosu. Akurat trzeba trafu, że mam parę przykładów z rodziny, gdzie śmierć bliskiego krewnego – ojca, stryja, babci – trafiła na pięcioletnie dziecko i jakoś to towarzystwo wiedziało, co się stało i co z tego wynika. Ba, moja trzyipółletnia bratanica poinformowana o śmierci babci, wypłakawszy się, skomentowała:
- O, tata, to jak umrzesz i pójdziesz do nieba to spotkasz babcię!
Zachowanie Michała na pogrzebie prawdopodobne. Reakcje otoczenia – nie. Mężczyźnie wypada płakać na pogrzebie najbliższych, ale nikt go nie potępi, gdy nad sobą panuje.
Później atoli branie żałoby za depresję wcale mnie nie dziwi. Żałoba jest niemodna.
A co do sądu i okolic...
Nagromadzenie wizji małego Kazia poraża, ale krytycy nieco przesadzają. Osobom żądającym odróżnienia aresztu od więzienia komunikuję, że takie więzienia jak Białołęka czy Rakowiecka zowią się aresztami śledczymi, co nie przeszkadza setkom ludzi tamże odbywać karę. Zabranie dzieci z domu, bo matka ma depresję, zdarzało się wielokrotnie. Ba, i sytuacja, że matka dowiedziała się o całej sprawie, gdy w drzwiach stanęła pani z domu dziecka, żeby zabrać dzieci – łaska Boska, że akurat sama (znam sprawę z relacji owej pani, więc proszę nie prostować, że na pewno było inaczej).
W ogóle jeśli chodzi o ochronę dzieci przed rodzicami, zdarzały się już i w Polsce rzeczy przedziwne. Wszyscy bowiem mają prawo do szczęścia, ale nie wszyscy mają szczęście do prawa.
I nie, nie ma przepisu, że nieletniego nie wolno zostawić samego w domu, nie jesteśmy w Kanadzie. Nie ma wyraźnej granicy wieku, do której dziecko musi mieć opiekę. Natomiast chodzić samo po ulicy może od lat 7, młodsze zaś tylko pod opieką osoby, która ukończyła lat 10 (dziesięć). Czyli Maja spokojnie za obstawę dla Zbyszka wystarczy.