czwartek, 5 grudnia 2013

241. Drewienko z mankamentami, czyli Loki w krainie bardzo złej frazeologii (2/2)

Kochani Czytelnicy!
Polubiliście Lokiego i Wcale-Nie-Thora z ubiegłego tygodnia? Tak? To dobrze, bo dzisiaj mamy dla Was część drugą i na szczęście ostatnią. Jesteśmy ciekawi, czy w Was będzie narastała taka sama irytacja podczas czytania, jak w nas podczas analizowania i czy też zacznie się wam z siłą wodospadu cisnąć na usta pytanie “jak można być do tego stopnia bezkrytycznym i zarozumiałym, żeby uważać, że te beznadziejne wypociny nadają się do tego, aby je wydać?!”
No ale ad rem. W dzisiejszym odcinku papierowo-lukrowane sylwetki głównych boCHaterów nadal tańczą bezsensownego kadryla mającego ich zaprowadzić do łoża. Panowie zajmują się też wygłaszaniem dziwnych uwag i pseudociętych ripost oraz zachowują się jak szeroko rozumiana gimbaza. Po opku nadal szaleją spuszczone ze smyczy oczy zielone i niebieskie w ilości przekraczającej ludzką wytrzymałość, mamy też ponadnormatywny wysyp Słów, Których Znaczenia Się Nie Zna. Dowiecie się za to, jak dba się o skrzypce, jak ciągnie się za sobą na sznurku Tira oraz, że możecie być spokojni, bo Immigration w Stanach zajmuje się głównie pierdzeniem w stołki.


Indżojcie!


Analizują: Babatunde Wolaka, Dzidka, Kura i gościnnie: Prezydent Internetu Q


Specjalne podziękowania składamy Mariurzce za konsultacje jubilerskie, Mikan za konsultacje lutowniczo-spawalnicze i Gayi za konsultacje w kwestii charakteru narodowego Norwegów :)
Dzię-ku-je-my!




***


ROZDZIAŁ 2 - Powrót Włóczykija



Minęło wiele miesięcy odkąd doszło do spotkania dwójki mężczyzn i wiele się zmieniło od tamtego czasu. Nastał nowy rok, spowity ciepłem letniego słońca.
Przesunęli początek roku na lato!
Jejku, a Thoruś biedny jak przeżył tyle czasu bez zielonych ślipków Lokiego? :<<<
Powtarzał sobie codziennie, że „Rozłąka jest dla miłości tym, czym wiatr dla ognia - małą gasi a wielką roznieca.” (R.P.Evans, “Słonecznik”)


W powietrzu pachniało kwiatami i owocami leżącymi na straganach. Słońce przygrzewało z bezchmurnego nieba, łącząc tą [tę!!!] dwójkę tylko swoim kloszem z jasnego błękitu.
Kto łączył jaką dwójkę, bo ni w ząb nie rozumiem…
Słońce. Tak Thor i Lokuś nazywali swoją lampkę nocną z kloszem z błękitnego szkła.



Życie w Nowym Jorku toczyło się szybko. Miasto rozwijało się i zmieniało z każdym dniem. Ci którzy brali w tym udział, nieustannie walczyli o przetrwanie.
Mujeju, aż dziwne, że ktokolwiek chce mieszkać w takim okropnym miejscu!
No bo mają kwiaty i stragany, jak w porządnym New Sączu, to jakoś przebiedują.


Mniejsze firmy były pożerane przez większe i silniejsze. Frost Company miało się jednak wyjątkowo dobrze. Firma zajęła w najnowszym rankingu dostawców energetycznych i producentów sprzętu elektronicznego drugie miejsce.
Hm, chyba specjalnie dla nich stworzono kategorię “dostawcy energii będący jednocześnie producentami sprzętu elektronicznego”. Serio serio, to są dwie najzupełniej różne branże.
Swoją drogą, “Mróz” to raczej kiepska nazwa dla dostawcy energii.
Może produkują generatory prądu z poboczną funkcją lodówki.
To jednak była boczna odnoga ACME - A Company that Makes Everything. W wolnym czasie produkują dynamit dla kojota Willusia.
I lody włoskie.


Zawdzięczała to ciężkiej pracy, mnóstwo potu i nerwów.
Mnóstwo potu i nerwów zawdzięczała ciężkiej pracy. No, w sumie… Tylko to “zawdzięczała” brzmi cokolwiek ironicznie.


Było jednak warto.
Dyrektor Naczelny zamknął najnowszy numer Forbes’a i odchylił się do tyłu na wyprofilowanym fotelu, nadziewając się znienacka niepotrzebny apostrof. Czarna skóra miękko zatrzeszczała pod jego ciężarem.
Skóra, która trzeszczy? To jakiś badziew jest.
Kiedy projektant wnętrz przedstawił mu kosztorys, Loki przeraził się - “Nie, księgowa nigdy tego nie zaakceptuje, proszę obniżyć koszty o połowę!” “Skaj dawajcie!”
Pani Halinka: “Skreślimy te trzy zera, bo się w okienku nie mieszczo, będzie dobrze!”


Za tydzień miała się odbyć impreza integracyjna dla jego pracowników. Teraz będą mieć dodatkowy powód, by dobrze się bawić. Loki wynajął już dla nich Greenhouse na cały weekend. Drogi klub znajdował się przy Varick Street i miał zapewnić swoim gościom otwarty bar. Dodatkowo w jednym z pomieszczeń firma cateringowa miała rozstawić szwedzki stół. Dla osób mieszkających daleko zagwarantowany był transport do domu taksówką. Wszystko na koszt firmy, szef stawiał. Tak Loki w tym roku postanowił wynagrodzić swoim pracownikom twardą dyktaturę i przymus wypruwania żył w imię rozwoju Frost Company.
Ja naprawdę, naprawdę usiłuję opanować śmiech, ale niestety mi się nie udaje. Klub, otwarty bar, szwedzki stół oraz powrót do domu taksówką (ale tylko dla tych mieszkających daleko) - jako wyjątkowy wyraz wdzięczności nowojorskiej korporacji dla swoich pracowników za ich ciężką pracę!!! :D
Nie wiem, czym zajmują się aŁtorzy tego dzieUa, ale że nigdy w życiu nie widzieli imprezy korporacyjnej, to pewne :D
Skoro rok zaczyna się dla nich wtedy, gdy na straganach są już owoce - to mogą być związani z oświatą :)
Ta, chodzą do liceum :-P
Albo studiują.
Przepraszam, ja studiuję i to, co piszecie, jest nieprawdą. Rok akademicki zaczyna się podczas nocy polarnej: wychodzisz z domu: ciemno, wracasz: też ciemno...


Mężczyzna wyjrzał przez okno. Była akurat pora lunchu, pracownicy jego, jak i innych firm, wyszli do stołówek albo pobliskich restauracji. Miał dla siebie chwilę wytchnienia. Zawsze pracował bardzo ciężko, nie tylko w biurze, bo poświęcał też dużą część swego wolnego czasu w domu.
Ale telefonów po siedemnastej nadal nie odbierał, bo nie. Swoją drogą: miał chwilę wytchnienia akurat wtedy, gdy pracownicy wyszli na lunch? To tylko potwierdza tezę, że zawracali mu głowę każdą jerundą.


Jednak jeżeli można powiedzieć, że do tej pory się przepracowywał, to teraz harował jak wół na dwa etaty bez przerwy na kawę, zostając w pracy aż do siedemnastej piętnaście. Było o wiele więcej spraw do przypilnowania w związku z podpisaną w zeszłym roku umową z Jacksonem.
Umowa niepilnowana może uciec z klatki i zacząć pożerać przypadkowych przechodniów.
Powiedzmy sobie wprost - było o wiele więcej rzeczy, które pracownicy mogli schrzanić, więc Loki musiał stać każdemu nad karkiem.


Ponadto Frost Company budowało nową elektrownię i otwierało kolejną filię, tym razem we Francji. Naprawdę od zatrzęsienia telefonów, a w papierach dosłownie tonął.
Zmęczone, zielone oczy spoglądały na lazurowo niebieskie niebo. Ten jaśniejący blaskiem słońca kolor sprawiał, że czuł się trochę lepiej.
My za to wcale nie czujemy się lepiej od fąfdziesiątej informacji o kolorze oczu.


Kiedy był sam, kiedy była cisza. Jako założyciel firmy i jej serce musiał zawsze działać na pełnych obrotach, trzymać wszystkie sznurki żelazną dłonią [kombo dwóch frazeologizmów jest nokautujące], nie okazywać słabości i świecić przykładem.
Jeśli nie wiesz, jak zrobić to wszystko naraz, zawsze możesz pójść na korepetycje do Edwarda Elrica.


Wciąż musiał się pilnować, uważać na to gdzie bywa i co robi.
Jak panna na wydaniu, która musi dbać o swą reputację.
W czasie spotkań biznesowych kontrahenci grupowo sprawdzają mu dziewictwo.
Samotne odwiedzanie domów znanych heteroseksualistów jest kategorycznie wykluczone.


Jego osoba wzbudzała zainteresowanie od kiedy jego firma zaczęła osiągać pierwsze sukcesy, teraz jednak, gdy rozpoczęła ekspansję na Europę, znalazł się w jeszcze jaśniejszym świetle jupiterów.
Loki, odpuść sobie, rozluźnij gorset, nie jesteś prezydentem ani papieżem, nie musisz stanowić wzoru moralności. Pieniądze nie śmierdzą, ludzie nie przestaną współpracować z twoją firmą tylko dlatego, że ty źle się prowadzisz. Jak nie wierzysz, zapytaj Tony’ego Starka.


Khem, khem:




***
Na chłodnych ziemiach norweskich znów wspominano pobyt pewnego mężczyzny o jasnych włosach.
Tak charakterystycznego i różnego od wszystkich innych Norwegów.
Wyróżniał go największy młotek.
Najgłośniej pukał.



Był na krótką chwilę i znów zniknął. Ludzie mówili, że widzieli go jak szedł w tylko jemu znanym kierunku.
W jego obecności kompasy wariowały i nikt nie był w stanie określić kierunków.
Kiedy był na dalekiej północy, biegun magnetyczny przyczepił mu się do buta i odtąd biedny Donar tak go wlecze za sobą…
A głupi naukowcy nadal nie wpadli na to, jak powstaje przebiegunowanie Ziemi :>


Podobno był w Ameryce, marzył o Alasce. Podobno odwiedził nowojorską przyjaciółkę, tę, którą poznał przed laty. Mówili też, że obiecał coś komuś w Nowym Yorku, że wyruszył na południe nie mogąc udać się tam, gdzie zamierzał.
Cuś mję się widzi, że nasz piękny wiking należy do tego upierdliwego gatunku, co to każdego napotkanego rozmówcę złapie za guzik i nie wypuści, póki nie opowie mu całej historii swego życia i wszystkich planów na przyszłość.
I kręci się po kraju jak gówno w przeręblu.
A w ogóle najbardziej mnie intryguje, kto “mówili”.
Opkowi statyści ze specjalizacją w ekspozycji fabularnej, podtyp: romantyczny kicz.


Znów zwiedził część świata, powoli lecz w ciągłym ruchu przemierzając lądy zupełnie nowe i piękne.
Świeżo wynurzone z oceanu specjalnie na jego cześć.


Kiedy zawitał tu, do miasta Gol w Norwegii, do swej ojczyzny nie zdołał odpocząć, bo pracował ciężej niż zwykle.
Przy strzyżeniu owiec, zapewne.


Coś go poganiało, co było niespotykane. Zwykle robił kilka-kilkanaście zamówień bez żadnej gorączki i pośpiechu, by zarobić na swoją podróż, opłacić bilety za kurs statkiem,
Mam wrażenie, że lepiej by wyszedł, gdyby na czas rejsu zaciągnął się jako kelner.
Noweś, taki wolny duch miałby usługiwać innym?
Skoro taki wolny, to niech płynie kajakiem.
Wiem! Niech płynie Kon-Tiki!
Niech nauczy się teleportacji. Będzie wolny od wszelkich wytworów ręki zniewolonych pracowników.


ewentualnie kupić coś pożytecznego. Tym razem narzekał na brak zamówień, chciał zrobić ich jak najwięcej, podczas gdy z oszczędzonych surowców pracował nad czymś olśniewającym.
Dobra, napiszę to tutaj, choć trochę uprzedzę fakty. Z poprzednich rozdziałów wyłaniał nam się obraz Donara jako bezrobotnego, bezdomnego wędrownego artysty, który włóczy się po świecie, zarabiając na życie jakimiś drobnymi pracami i sprzedażą swych dzieł, których wykonanie nie wymaga posiadania jakiegoś super wypasionego warsztatu; nie tylko scyzoryk, ale i dłutka do rzeźbienia w drewnie może przecież zawsze zabrać ze sobą w plecaku-kostce.
Tymczasem za chwilę okaże się, że Donar produkuje również biżuterię z metali i kamieni szlachetnych. A zatem powinien mieć sprzęt, miejsce, gdzie ten sprzęt mógłby podłączyć (palniki gazowe, polerki, lutownice itp.), odczynniki chemiczne, materiały i półfabrykaty - i pieniądze na ich zakup, czyli generalnie - pierdyliard rzeczy, których z pewnością nie zabierze do plecaka…
Cały warsztat do obróbki kamieni jeździ za nim wynajętym tirem. Dlatego też Donar nie ma pieniędzy na cokolwiek innego.
W dodatku to “z oszczędzonych surowców”. Czyżby oszukiwał zleceniodawców, przeznaczając część materiałów/pieniędzy na materiały na swe własne potrzeby?
Specjalnie wpadał pod samochody, aby korzystając z zamieszania zaiwaniać zaniepokojonym sprawcom wypadków srebrne szpilki i ajfony.


Praca trwała długo i była wyczerpująca, ale w końcu udało mu się uzbierać pieniądze na wszystkie materiały i w niespełna tydzień dokończył swoje dzieło,
Nie znam się specjalnie na produkcji biżuterii, ale mimo to wiem, że “czegoś olśniewającego” nie zrobi się w tydzień. To nawet nie jest czepianie się, tylko taka mała uwaga. Precyzyjna robota wymaga czasu. Im piękniejszy i dokładniejszy ma być przedmiot - tym więcej.
No więc właśnie. Nasza konsultantka do spraw jubilerskich, Mariurzka, opisała mi cały proces technologiczny wytwarzania tego czegoś,  co zrobił Donar i stwierdziła, że tydzień to minimum. W dodatku nasz boCHater raczej nie ma wielkiej wprawy, gdyż zakładam, że swój warsztat ma w rodzinnej miejscowości, a skoro większość czasu spędza na włóczędze...


a potem z dnia na dzień zniknął. Znów tylko ktoś wspomniał, że go widziano.
Donar tymczasem spacerował już po ulicach Nowego Jorku, dążąc na spotkanie z osobą, której złożył obietnicę. Pomyślał o tym, że zatrzyma się na noc u Sofii, o ile zastanie ją w domu a jak nie, to będzie spał gdziekolwiek.
Zadzwonienie przed wizytą było zbyt mało hipsterskie i za bardzo świadczyło o dobrym wychowaniu, aby w ogóle je rozważać.
Posiadanie telefonu było zbyt mało hipsterskie… Co prawda w NY nadal budek telefonicznych skolko ugodno, ale widać na to nie wpadł.
Nie chce być niewolnikiem żadnego systemu, także telekomunikacyjnego.


Z krótszą brodą i dłuższymi włosami, blondyn zamaszyście przemierzał kolejne korytarze labiryntu miasta,
A przepraszam, informacja o długości owłosienia ma jakieś istotne znaczenie dla fabuły, czy jest wciśnięta o tak, bo tak?
Gdyby miał dłuższą brodę i krótsze włosy, toby przemierzał mniej zamaszyście, to chyba oczywiste.
Aaaaa, no tak. Aerodynamika, te sprawy.
Zadziwiające, że w ogóle nie pamiętam, aby Donar miał brodę. Myślałem, że składa się z samych oczu…
Pod tą brodą pewnie też kryją się niebieskie oczy.


co jakiś czas zatrzymując się, by spytać kogoś o drogę do Frost Company.
Z całą pewnością przeciętny mieszkaniec Nowego Jorku mógł udzielić wyczerpujących i dokładnych informacji *puka się w czoło*
Facet pochodzi z małego miasteczka, gdzie wszyscy wszystkich znają, więc myśli, że wszędzie tak jest.


Ubrany był w czarny t-shirt i wąskie, ciemne spodnie, jak zwykle poszarpane. Na nogach nieśmiertelne,  brązowe opinacze, rozsznurowane, by nie odczuwał ciepła tej pory roku. Z kostki zarzuconej na jedno ramię wystawała czarna, skórzana ramoneska, jak reszta jego ubrań obdrapana i znoszona, lecz służąca wiernie podczas podróży. Kosmyk włosów na przodzie [Miazmat nie przejdzie!], spleciony w warkoczyk, dyndał wesoło, podobnie jak amulet zawieszony na szyi. Twarz spowijał promień słońca, mrużąc mu oczy aż do momentu, w którym wszedł w cień.
Promień łapał go paluchami za powieki i zaciskał je?


Ale wiecie co? Gdyby ktoś tak narysował mi tego Thora, w tych poszarpanych dżinsach, opinaczach (#kurzefetysze) i ramonesce, zyskałby moją dozgonną wdzięczność :D



Ić sobie, Q! *foch*
(poza tym, dlaczego on ma dwie lewe nogi? :P )
Bo to jest sztuka postnaiwna.
To symbolizuje poziom intelektu i dostosowania do świata tej postaci.


Spojrzał w górę. Znalazł się pod budynkiem, który groźnie pochylał się nad tą częścią miasta.
Gibon nie był w nastroju do żartów.
Gibon to jeszcze…





- Witaj Marcusie. - Uśmiechnął się do dużego neonu “Frost Company”. Wspominając zajście z zeszłego roku, wszedł przez automatyczne drzwi biurowca. Minął kilkoro ładnie ubranych i uczesanych mężczyzn oraz kobiet udających się do pobliskiej jadłodajni.
Jadłodajni... Na litość. Kantyna. Stołówka. Refreshment Room. Jest mnóstwo wyrazów opisujących miejsce w dużej firmie, gdzie można sobie kupić lunch i tam go spożyć.
Wcześniej było powiedziane, że pracownicy wychodzą na obiad poza teren firmy - dyrektor Loki oszczędza na refreshment roomie.
OK, ale przecież nie do jadłodajni! Restauracje, puby, kafeterie, chińczyk na rogu…
Ojtam. Pewnie po wyjściu z jadłodajni podążają do Toi-Toia, tak aby pasowało.


Znów ujrzał bramki do indentyfikacji, och, i strażnika chadzającego po holu.
“Chodzącego” albo “przechadzającego się”. “Chadzać” to sobie można na przykład na obiadki do ciotki Klotyldy.


Uśmiechnął się, podchodząc bliżej ochroniarza, mając nadzieję, że to ten sam, którego uprzednio spotkał.
Bo ten sam ochroniarz na pewno wpuściłby go, po starej znajomości?
Niech jeszcze zatrzepocze rzęsami.
Wpuści go szybko, bo inaczej mógłby na niego przejść z Donara imperatyw yaoiowy. I naprawdę skończyłby z wąsatym Gonzalezem...


- Cześć - zawołał uśmiechając się promiennie. Wyglądał teraz jak jakiś ubrany w byle łachy słoneczny bóg o długich jasnych włosach i magnetyzujących, błękitnych oczach.
Zieeeeeew.
Przynajmniej tym razem bóg nie był grecki.


Ochroniarz od razu zwrócił uwagę na nietypowo wyglądającego mężczyznę. Kogoś mu przypominał.
- Witam. Pomóc w czymś może?
O, chyba przeszedł jakieś szkolenie, bo już nie warczy “czego pan tu szuka”.
Imperatyw yaoiowy powoli zdobywa nad nim przewagę.


- zapytał, stając przed promiennie uśmiechniętym blondynem, starając się przywołać z pamięci coś nieuchwytnego.
- Szukam Marcusa pracującego w tej firmie. Mam mu coś do przekazania.


[Wycinamy całą scenkę, będącą w zasadzie powtórzeniem poprzedniej - “grunge’owy wiking” znowu opisuje wygląd “Marcusa” koncentrując się  - no, jak myślicie, na czym? Ochroniarz zaś znowu ma wątpliwości. Zostawimy tylko kwiatuszki]


- Wiesz, nie mam zielonego [automatycznie spodziewałem się “oka”] pojęcia jak ma na nazwisko i z jakiego jest działu. Ale to facet, sięgający jakoś dotąd. - Pokazał ręką do swojej brwi.
Skoro Loki sięga Donarowi do brwi, to wiele się wzrostem nie różnią, więc nie wiem, dlaczego za pierwszym razem opisywał go jako “drobnej budowy”.
Może jego drobność realizowała się w inny sposób.
Tomcio H sprawia wrażenie małego i drobnego, okropnie się zdziwiłam, kiedy się dowiedziałam, że jest drągalem :)


- Ma czarne włosy, tak gdzieś dotąd. - Znów machnął rękoma przy linii szczęki. - Nie wiem, czy nie zmienił fryzury. Ostatnio widziałem go jakoś w listopadzie. Jest drobny [o, znowu… Chyba że sam Donar nie jest zbyt wysoki?] i blady, pociągła twarz...  Ma intensywnie zielone oczy, naprawdę zapadają w pamięć. Dobrze wiesz o kim mówię, prawda? - Odgarnął z twarzy kilka platynowych kosmyków, bez przerwy się uśmiechając. Oczekiwał niecierpliwie reakcji ochroniarza.
“Rany boskie, znów ten pedzio!” - pomyślał ochroniarz.


Starał się zabrzmieć tak jak tamtego dnia, kiedy niemal się pobili. Ciekawe czy się zorientuje.
Sądził, że Desmond przez te wszystkie miesiące rozpamiętywał ton i brzmienie jego głosu?
Sądził, że jest taki speszjal, że byle ochroniarz go zapamięta, nawet jeśli spotyka takich gości trzy razy dziennie.


Ochroniarz zmarszczył brwi, odnoszcząc bardzo silne deja vu.
Aż mu się mokro z wrażenia zrobiło.
Imperatyw yaoicowy już dyszał mu koło tyłka.


- Daj spokój. Faktycznie nie najlepiej się znamy, widziałem go tylko dwa razy w życiu. Ale złożyłem mu obietnicę, którą [której] zamierzam dotrzymać.
A brzmiała ona “przysięgam na wszystkich bogów, że cię wydupcę”, więc wpuść mnie, kochasiu!
To była przysięga małżeńska.


Jedyne co przychodziło mu do głowy, patrząc na mężczyznę to to, że jest chyba nie z pełna rozumu.
Jak nie z pełna, to pewnie z pusta?



[Wreszcie ochroniarz dzwoni do sekretarki Lokiego]


- Próbujesz mi powiedzieć, że pan Włóczykij wrócił?
Uuuuu, bystra jest, zapamiętała. Mimo iż pewnie przez cały boży rok odpędza nachalnych, nieuprawnionych interesantów.
Ochroniarz też zapamiętał, ba! na dyżurze był akurat ten sam, co rok temu!
W oryginalnym fanfiku sekretarką była… Czarna Wdowa. Ja się nie dziwię, że zapamiętała. Dziwię się, że sama nie wyszła i nie sprała natręta.
Tylko mi nie mów, że ochroniarzem był Hawkeye…
Nie. Nazywał się Logan, więc…



Swoją drogą, skoro w tym opku jest Thor w wersji Hemswortha, Loki w wersji Hiddlestona, była Wdowa-Johansson, to oznacza, że ochroniarzem jest…



Wiecie co? Ja się jednak domagam yaoia z Desmondem <3


(nawiasem, w tym opku Logan/Desmond tak bardzo nie zachowuje się jak Wolverine, że pochwaliłbym za dobre zamaskowanie sfanfikowacenia… gdyby nie fakt, że w fanfiku zachowuje się tak samo.
Jakby KTOKOLWIEK tu się zachowywał jak jego kanoniczny pierwowzór…
Ale i tak smutek wielki, gdy zamiast Wolverine’a otrzymuje się Vulvarine’a)


- Dokładnie... - Znów nastąpiła chwila ciszy.
- Daj mi chwilkę - rzuciła krótko i nie czekając na odpowiedź, odłożyła słuchawkę. Ochroniarz westchnął ciężko, opierając się wygodniej o blat stróżówki.
Stróżówka to rodzaj biurka czy mebelek kuchenny?
Czymkolwiek jest, jakoś mi nie pasuje w kontekście tego nowoczesnego, przeszklonego biurowca - to słowo kojarzy się raczej z budką na placu budowy. Może “portiernia”?
Mógłby być nawet kontuar w recepcji, w końcu ochroniarze siedzą także w holu, przy recepcji właśnie. Ale ta osobliwa korporacja ma, jak widać, stróżówkę. Ciekawe, czy mietła z gałązek stoi w rogu.
A Loki na pewno ma tani kubek z nadrukiem “Szef wszystkich szefów”.
I megadowcipną tabliczkę na drzwiach “Szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego”.


***


Loki bawił się piórem wiecznym, zmuszając się do czytania jakiegoś kretyńskiego podania,
I znowu: dlaczego szef korporacji ma czytać “jakieś podania”, kretyńskie czy nie?
Widocznie wyznaje zasadę, że nikt tak nie dopilnuje spraw, jak on sam osobiście. Tylko niech nie jęczy potem, że przepracowany...


gdy w biurze rozległo się pukanie do drzwi. Podniósł głowę, napotykając spojrzenie swojej pomocnicy, która nie czekała na zaproszenie do wejścia.
- Pali się gdzieś? - zapytał, marszcząc brwi na nagłe wtargnięcie.
- Przepraszam, szefie - uśmiechnęła się niepewnie. Podeszła sprężystym, kocim krokiem do jego biurka. Krótka spódnica odsłaniała jej kształtne, długie nogi. - Jeszcze nigdzie się nie pali, ale możliwe, że to kwestia czasu.
Mężczyzna odłożył pióro na blat, przyglądając się jej uważniej.
- Nie karz mi więc dopraszać się o szczegóły.



- Chodzi o tego mężczyznę, który jesienią zeszłego roku prawie przeprowadził zmasowane natarcie na Desmonda [a jednak i Desmonda imperatyw dopadł!], by się z panem zobaczyć - powiedziała. Widząc niezrozumienie na twarzy szefa, dodała. - Donar Brekken. Zarośnięty blondyn w obszarpanych ubraniach. Szukałam dla pana informacji na jego temat.
(...) Jak wybrnąć z sytuacji, by nie ośmieszyć się przed pracownikami i prasą. Mógłby zignorować tego człowieka, ale skąd miał wiedzieć, czy nie wyniknie z tego jakaś afera, gdy znowu się uprze z nim zobaczyć.
Litości. Ja naprawdę nie wiem, jak on prowadzi ten swój biznes, skoro tak trzęsie portkami przed byle świrem awanturującym się w holu - w sytuacji, kiedy wystarczyłoby powiedzieć “Nie mam pojęcia, o co chodzi temu człowiekowi, nigdy go nie widziałem, a w ogóle dlaczego sądzicie, że chce się widzieć ze mną? Przecież dopytuje o jakiegoś Marcusa!”.
Może on nie pierwszy raz w podobnych okolicznościach używał ksywki “Marcus”, tylko wcześniej osoby potrącone się nie awanturowały.
W dodatku… co ten Thor teraz może mu zrobić? Pójść do jakiegoś szmatławca i powiedzieć, że rok temu jakiś biznesmen, którego nazwiska nawet nie zna, potrącił go, na co nie ma świadków czy nawet wypisu ze szpitala? Serio, Loki, serio? Tego się boisz?


Przetarł twarz dłońmi, starając się uspokoić tętno, które  ze zdenerwowania nagle przyspieszyło.
Na twarzy miał to tętno?
Żyłka mu pulsowała.


Miał nie wracać. Nikt przecież nie wraca...
A co, wysłał go na tamten świat?!


***


[Sekretarka Lokiego rozmawia z Donarem i umawia go na spotkanie z szefem na mieście.]



Będzie czekać na pana o 18:00 na West 62 Street, pomiędzy Lincoln Plaza Cinemas i Century Theatre. Czy tak panu pasuje?
To się umówili bardzo konkretnie…
Znajdą się mocą przeznaczenia.
Pozna go po młotku.


Donar szybko przeszukał swoją pamięć, starając się zlokalizować miejsce spotkania. Przypomniał sobie, że przy Central Parku było wiele kin i teatrów. Wystarczy, że się rozejrzy.



Donar wyglądał tak, jakby ktoś uderzył go w twarz, a on nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
Nie rozumiem jego reakcji, srsly. Umówił się ze swoim wytęsknionym zielonookim - i czuje się, jakby dostał w twarz?!
Nie wiadomo, czym dostał…
Yaoiem dostał.
Bo on chciał TERAZ JUŻ W TEJ CHWILI.


Zamknął na moment oczy, odkładając słuchawkę. Jego usta, lekko rozchylone, przeklęły niemo zakazując większej ekspresji.



Po prostu był zadowolony, nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Otworzywszy oczy pałające spokojem,
A temu znowu coś pała (hehe, pała, hehe, ju noł łot aj min, mryg, mryg). Drodzy autorzy, tu macie definicję słowa “pałać” i proszę mi wyjaśnić, dlaczego oczy nie mogą pałać spokojem, a budynek - nowoczesną architekturą. Czas start!
Ale zauważ, że tu oczy nie mają koloru. Czuję pałający podstęp.


poprawił pasek plecaka na ramieniu i szybkim krokiem, nie mówiąc ani słowa wyszedł z budynku.
Kierował się w stronę domu Sofii, mając nadzieję, iż ją zastanie. Chciał się przygotować do spotkania, napić się herbaty z przyjaciółką, wysłuchać jej i opowiedzieć o wszystkim, co zaszło przez ostatnie miesiące.
I nie przyjdzie mu do głowy, że wpadając bez uprzedzenia może albo wcale jej nie zastać, albo zastać, ale w samym środku remontu lub randki...


***


Zbliżała się godzina szesnasta, kiedy blondyn wysiadł z autobusu, od razu zmierzając w kierunku skrzyżowania 51 Street i Corona Avenue. Letni wiatr owiewał jego ciało, spowijając w ciepłym uniesieniu.
Autorzy korzystają z map, co się chwali, ale Avenue od Street jednak trzeba odróżniać (Corona Avenue krzyżuje się z 51st Avenue, a 51st Street leży zupełnie gdzie indziej).



Sznurówki opinaczy właziły mu pod podeszwy, a jasne włosy od czasu do czasu niesfornie wpadły mu do oczu.
Tylko patrzeć, jak potknie się i wyrżnie na zbity pysk.
I wtedy biada temu, kto podejdzie, żeby mu pomóc.
Chyba że to będzie kobieta. Wtedy romans jest wykluczony.


Skręcił w prawo, a następnie w lewo zatrzymując się tuż przed szarą, kruszejącą tynkiem (!!!) kamienicą, wepchniętą na siłę pomiędzy dwa bloki. Budynki zlepiały się ze sobą i jedynie szkaradne rynny wyznaczały granice pomiędzy nimi. (...)
Klatka schodowa pachniała mokrym psem oraz mieszanką nieprzyjemnych zapachów po gotowanych tu obiadach, ale chłód panujący wewnątrz tego miejsca
To brzmi jak Pascal Brodnicki: “Wkładamy masło do środka miski”...


zawsze ukajał ciało, skąpane w gorących promieniach słońca.
Gorzej, jeśli ciało było akurat skąpane w strugach jesiennego deszczu.
Ukajał! Ukajał!!! A ryby śpiewają w Ukajali.


Donar znów ściągnął w dół krawędź t-shirtu (specjalnie założył za ciasny, żeby seksownie odsłaniać pępek) (gdyby to był prawdziwy Thor, to raczej by mu za mały t-shirt pękł w barach…) i odgarnął jasne włosy z twarzy, gdy wchodząc po schodach usłyszał dźwięk przekręcanego klucza w zamku drzwi. We framudze stanęła drobna, urodziwa kobieta o długich, rudych włosach spowijających jej twarz. Jej miodowe oczy poszerzyły się i zaiskrzyły radością, zaś kobieta krzycząc wesoło wskoczyła w jego ramiona, oplatując nogami w pasie. Z jej stóp spadły czerwone kapcie, kiedy objął ją mocno i zaniósł z powrotem do mieszkania zamykając za sobą drzwi jedną ręką, zaś nogą poganiając kapciochy, by wleciały do korytarza.
- Donar! Do jasnej cholery, Donek!
KWIIIIIII!!!
Nie wiem, może to tylko mój mózg jest nieodwracalnie skażony polityką, ale to zdrobnienie kojarzy mi się wyłącznie z Tuskiem.
Z Tuskiem czy nie, ale dlaczego Amerykanka używa takiego zdrobnienia, to ja nie wiem. Już lepsze byłoby “Donnie”.
Mnie się Donar kojarzy głównie z donorem. W zasadzie to pasuje do schematu yaoi - donor i akceptor, jak seme i uke :>


Co ty tutaj robisz?! Zwariowałeś? Dlaczego do mnie nie napisałeś? Mogłeś dać mi znać, przygotowałbym się na twój przyjazd - piszczała zdezorientowana i szczęśliwa.
I zmiennopłciowa.
Imperatyw yaoi starał się aż za bardzo.


- Co u ciebie?
- Chłopak mnie rzucił - powiedziała stając na równe nogi, wciąż oplatując [oplatając] ramionami kark mężczyzny.
- Ten doktorek? - zapytał zaskoczony.
Tak, tak, dokładnie ten, po którym odziedziczyłeś spodnie i koszulkę…
(no co, analizatorzy też się chcą pogapić!
E, ja nie chcę.
Marnujesz boże dary.
Skąd, więcej dla was zostaje.)


Normalnie Popeye :-P


Złapał ją za przedramiona i zdjął z siebie jej ręce, nie pozwalając, by mogła dłużej utrzymywać tak bliski kontakt.
Przykro mi, Sofio. Jesteśmy w jaoju, NIE MASZ SZANS.
No przecież przez chwilę była facetem.


- Tak. Świnia - powiedziała uśmiechając się pod nosem, wlepiając złociste oczy w ziemię. - Ale nie ważne, mów co u ciebie?
Szybko skumała, gdzie jej miejsce.


Donar zdjął jednego buta mając smaka na torta z cukierem, schaba i koniaka, wydajać krowę? z siebie dźwięk niezadowolenia, kiedy Sofia zmieniła ważny dla niej temat.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy? - rzekł, opierając się o ścianę, by móc jedną nogą zdjąć but z drugiej. Sofia spojrzała na niego znacząco, jakby prosiła o zakończenie nieśmiesznego żartu.
- Kiedy wracałem od ciebie, potrącił mnie pewien mężczyzna. Dzisiaj muszę spotkać się z nim o osiemnastej przy Century Theatre. - Twarz kobiety przybrała wyraz zmartwienia i zdziwienia równocześnie.
Rozpoznała schemat…
Myślała, że to normalne opko i może ona jest główną bohaterką i Mary Sue, a tu takie rozczarowanie...


Zanim jednak coś powiedziała, kontynuował.
- Nazywa się Marcus, jest biznesmenem. To inteligenty gość, galanty chłop, chyba dość ważny w swojej firmie. Przez niego prawie pobiłem się z ochroniarzem rok temu - opowiadał spokojnie, siadając na kanapie w sypialni dziewczyny, w której panował bałagan.
Miała taką nieuporządkowaną duszę!
Pełną nieuporządkowanych przywiązań.


Najwidoczniej ta dopiero co wstała. Świadczyła o tym piżama i kołdra rozkopane po łóżku oraz zasłonięta żaluzja.
Śpi do szesnastej? Dobrze jej…
Chyba że pracuje na noce.


- Może powinieneś mnie z nim zapoznać? - powiedziała z figlarnym uśmiechem. - Właśnie opuścił mnie facet, a dziewczyna potrzebuje towarzystwa... - rzuciła się na łóżko, prężąc muskuły.
Blondyn wybuchł śmiechem.
- Nie sądzę by był w twoim typie - powiedział bez zastanowienia. - W porównaniu ze mną wygląda jak anorketyczka cierpiąca na bezsenność.
Bo tylko ja jestem piękny i godny pożądania!
Po prostu friendzonuje ją w sposób jeszcze bardziej dobitny niż Daenerys ser Mormonta.


- Naprawdę? - zapytała, podrywając się do siadu. - Jaki ma kolor oczu?
- Zielony - odparł zmiękczając swój głos Perwollem. Sofia słysząc tą [tę!!!]odpowiedź, posmutniała na ułamek sekundy. Zdziwiło ją wielce to, że Donar, ten, który nigdy nie zwracał uwagi na czyjś wygląd, zapamiętał kolor oczu jakiegoś obcego faceta.
- Lubisz go, co? - zapytała, ukrywając swoje zakłopotanie.
Z jednej strony - Donar wykazuje się wrażliwością nosorożca, przychodząc do swojej byłej dziewczyny z opowieścią o tym fascynującym nowym znajomym, z jakim ma się właśnie spotkać. Z drugiej - wcale się tego nie czepiam, to akurat jest prawdopodobne, nowa miłość potrafi człowieka kompletnie zaślepić ;)
Natomiast pytanie Sophii o kolor oczu jest zupełnie z dupy wzięte i służy wyłącznie temu, by móc napisać jeszcze raz “zielony”. Grrrrrr.



Donar skrzywił się, karcąc ją spojrzeniem.
- Nie wiem. Jest inny niż większość ludzi, których znam - zamilkł na chwilę - Zrobiłem coś specjalnie dla niego, chcesz zobaczyć? - zapytał, zaczynając grzebać w kostce. Ale Sofia nic nie odpowiedziała, czując jak żołądek pochodzi jej do gardła.
Mujborze, ma takie złe mniemanie o twórczości artystycznej Donara?
Zdała sobie sprawę, że Donar zaraz zaględzi ją na śmierć.


Nie chciała tego widzieć, ale mimo to uśmiechnęła się do niego radośnie, gdy ten wyjął z plecaka ciemno-zielone pudełko zawiązane złotą wstążką w srebrzyste wzory.
Przprszm… ale skojarzył mi się Józef Pałys.


Wreszcie wyprosił od babci nowe, ładniejsze [pudełko], a ono okazało się nieco większe niż trzeba. Przyszedł mu do głowy pomysł, żeby je wypełnić takimi suchymi kwiatkami, które Babi składała sobie w szklanym flakonie z wieczkiem. Dziewczyny lubią kwiaty, lubią je nieprzytomnie, jakby to nie były zwykłe rośliny, tylko nie wiadomo co. Podebrał ich tylko garstkę i patrzcie, wyszło to bardzo ładnie: na tle tych kwiatków, różnych tam tych bławatków i tak zwanych głupio rumianków prawie nowy pendrive nawleczony na wstążeczkę leżał sobie niczym ozdobny wisiorek czy inna biżuteria.
Biżuterię one też lubią. Wszystko, co się błyszczy. Jest to trochę głupie… ale właściwie nawet miłe i zabawne.
Wyjął jeszcze na moment pendrive'a, chuchnął i przetarł go mankietem. Włożył go delikatnie do pudełka, na to podłoże z kwiatów. Znowu żmudnie wszystko owinął ozdobnym, całkiem nowym papierem gwiazdkowym i obwiązał złotym sznureczkiem. Tak, teraz się prezentu nie powstydzi. W sumie bardzo przyjemny obiekcik powstał, nie ma co.
(Małgorzata Musierowicz, McDusia)



- Donarze... To biżuteria? - zapytała zaskoczona.
A mnie to pierścionka nie dałeś!


- Nausznica. Pracowałem nad nią cały tydzień, namęczyłem się jak debil - roześmiał się rozwiązując wstążkę. - A materiały zbierałem chyba ze sto lat. Srebro najwyższej próby, mieszanka szmaragdu i lazurytu.
To srebro jest mieszanką szmaragdu i lazurytu?!
Ale tylko takie najwyższej próby. Nie wiedziałaś?!


- Otworzył ostrożnie pudełko ukazując prawdziwe arcydzieło, osadzone w miękkiej, śnieżno białej gąbeczce. Wąż mimo małych rozmiarów był tak dokładny, iż trudno było oderwać od niego wzrok. Oczy miał ze szmaragdów błyszczących głęboką zielenią, zaś grzbiet mienił się wzorem zrobionym z mikroskopijnych cząstek ciemno-zielonego lazurytu nakrapianego w cytrynowe i turkusowe plamki.
Lazuryt jest niebieski.
Poza tym, jeśli cząstki były mikroskopijne, to jak mikro-mikro-mikroskopijne musiały być plamki?
Ten lazuryt musiał chyba być wykonany z kamiennego jedwabiu.
Pewnie był, gdyż normalny jest zbyt kruchy, żeby dało się z niego zrobić cieniutkie płatki-łuski.


- Nie wierzę, że sam to zrobiłeś... - powiedziała po chwili Sofia, nie mogąc opanować swojej mimiki, wyrażającej niestosowne zgorszenie.
Wąż miał kształt bardzo… khem… aluzyjny.
Thor i jego Mighty Serpent of Asgard (uwaga, link prowadzi do kolejnego yaoia!)


Dziwiła się swojemu zdenerwowaniu, dziwiła się Donarowi, który za nic zrobił coś tak wspaniałego jakiemuś facetowi. Zrozumiałaby, gdyby chciał czymś podobnym obdarować jakąś dziewczynę, albo gdyby dał to właśnie jej, wieloletniej przyjaciółce.
Tak, tak, kobieta w jaoju musi być głupia, pusta i interesowna. Jeśli w dodatku jest byłą dziewczyną bohatera, wszystkie wspomniane cechy należy pomnożyć dziesięciokrotnie.


- Czy on w ogóle wie, że chcesz mu to dać?
- Tak - odparł. - W zamian za to cacko usłyszę jego grę na skrzypcach - słysząc to Sofia złapała palcami grzbiet swojego nosa, przecierając mocno oczy.
Rany, ją też to dopadło, na razie oczy nie odpełzły daleko, ale stan może się pogorszyć!
Łapie się za grzbiet nosa, przecierając mocno oczy. JAK?
Oraz co oni mają z tym łapaniem się za grzbiet nosa, niczym Borejkówny “oburącz za usta”?
Ok, któraś z postaci może mieć jakiś swój charakterystyczny gest, ale nie wszystkie taki sam!
Ja myślałam, że to jakaś cecha charakterystyczna Lokiego, podpatrzona przez aŁtorów na filmie, ale widzę, że chyba jednak nie.
Ona ma w grzbiecie nosa włącznik wycieraczek. Loki, dla odmiany, łapie się za nos, żeby zamknąć oczy.
Może po prostu w tym Nowym Yorku strasznie śmierdzi? Chociaż wtedy by raczej zatykali nos. Chociaż kto ich tam wie, w tym opku anatomia jest bardzo alternatywna...


Przełknęła głośno ślinę, połykając równocześnie gniew, który nagle w niej wybuchł. Poczuła jak w jej brzuchu coś zabulgotało i zemdliło ją w jednej chwili. Kim musiał być ten cały Marcus, żeby dwudziestopięcioletni facet robił coś TAKIEGO w zamian za byle grę na skrzypcach.
- Kocham twój system wartości, Donku... - Wstała wypompowana z łóżka, kierując się do kuchni po szklankę wody.
Borze, nawet jej nie tknął, a ta już wypompowana? Doprowadza do orgazmu samym spojrzeniem, czy jak? :D
Indukcyjnie.


- Sofio? - zawołał mężczyzna, pakując z namaszczeniem swe dzieło srebrnicze.
Kwiiii!
Nieno, to w sumie logiczne, ze złota jest złotnicze, ze srebra - srebrnicze, z platyny - platynnicze, diamentnicze jeszcze też mogą być…
A obraz to będzie dzieło jakie? Farbnicze?
Farbniczo-płóciennicze.
Artysta słusznie ceniony w środowisku farbniczo-płócienniczym :D
*bezgłośne brawko*


- Mogę skorzystać z twojej łazienki? - zapytał wyciągając z plecaka ręcznik, szczoteczkę do zębów i czyste ubrania.
Nie! Won do kibla w McDonaldzie na rogu, brudasie!


***


Loki po raz kolejny spojrzał na swój rollex.
Przez jedno “l”.
(aŁtorzy, jak z koziej dupy trąba...)
Ojtam, to podróbka była. Wysokiej jakości, prawie jak oryginał.
To był zegarkowy odpowiednik tego:



Wskazówki zegarka zdawały się poruszać wolniej niż zazwyczaj. Od ostatniego razu, gdy sprawdzał godzinę, minęły zaledwie cztery minuty. Mężczyzna opukał czarną cygaretkę z popiołu, ponownie przykładając ją do ust. Zaciągnął się dymem, opierając o maskę swojego oczka w głowie - pięknego, czarnego bentleya, zaparkowanego na chodniku przy 62nd Street.
Tak, wiemy, że masz pięknego, czarnego bentleya. Wiemy to już kilka razy.
Wyczuwam kompleksy.


Zielone oczy wpatrywały się w mur przed sobą, nie zwracając uwagi na przechodzących obok ludzi. Szary dym wraz z wydechem uleciał z wąskich warg. Po chwili czarna cygaretka ponownie powędrowała w górę, a jej koniec rozjaśniał czerwienią, gdy czarnowłosy się zaciągał. Do wyznaczonej godziny spotkania zostało mu jeszcze jakieś niecałe dziesięć minut i musiał przyznać przed sobą, że zaczynał się denerwować.
A co, jeśli zapomniał i nie przyjdzie? Biedne serce Lokusia, złamane na wieki...
To Donar oczekuje spotkania z niecierpliwością, Loki jest mu raczej niechętny i uważa, że pakuje się w kłopoty. Logiczne byłoby więc, gdyby ten pierwszy przyszedł zbyt wcześnie, a drugi się spóźnił!


Nie spodziewał się, że tak to się skończy. Myślał, że blondyn, którego potrącił jakieś pół roku temu, odejdzie i nigdy więcej nie pojawi się w jego życiu.
Tak jak wszyscy inni, których dotąd potrącał (“Miał nie wracać. Nikt przecież nie wraca…”).


Lekkomyślnie postąpił, zgadzając się na wymianę i zostawiając mu uchyloną furtkę do jego świata. Szczerze powiedziawszy zdążył przez ten czas całkowicie zapomnieć o mężczyźnie, tym bardziej o obustronnej obietnicy. Zaklął w duchu.
Jak już wspomniał w pierwszej części Prezydent, opko w pierwotnej wersji było fanfikiem, w którym występowali TEN Loki i TEN Thor. Wyobraźcie sobie zatem boga kłamstw i podstępów, który z własnej woli dotrzymuje niemiłej mu obietnicy, w dodatku złożonej człowiekowi, będącemu z jego punktu widzenia zupełnie nikim, ot, jakimś śmieciem…
Bóg kłamstwa strollował sam siebie.
Loki’d!
Nie wiem, jak to skomentować, jak zwykle więc w takich sytuacjach zwrócę się do mojego przyjaciela, pluskwy Rałla:




Był wieczór, jednak niebo wciąż było jasne, a powietrze pachniało rozgrzanym asfaltem i zielenią pobliskiego parku. Loki czekał ubrany w lekkie spodnie od garnituru. Ich nogawki były odprasowane na kant, a czerń materiału przełamywały wąskie, ciemnozielone, pionowe paski. Biała koszula z plisowaniem na piersi wsunięta była za pasek. Jej mankiety zdobiły piękne spinki, blaskiem swych kamieni zdradzając bardzo wysoką wartość. Wąski krawat na szyi [a myślałam, że na kostkach u nóg] był poluzowany, odsłaniając smukłą szyję, wychylającą się zza rozpiętego guzika koszuli.
No, to się odstawił jak na randkę. Zaraz… właściwie to na randkę!
(a marynarkę gdzie podział?)
W ogóle - zauważyliście, że pomimo iż całe opko uparcie gna w stronę truluvvu i buttseksów, tak w zasadzie całość opiera się li i jedynie na bezpodstawnym imperatywie yaoicowym? Pomiędzy bohaterami jest dokładnie tyle chemii, jak pomiędzy zadurzonymi dwunastolatkami, nie widać ani pociągu, ani jakiegoś zaintrygowania, ani w zasadzie niczego. Ani przez chwilę nie uwierzyłem, że Donar i Loki są sobą rzeczywiście z jakiegoś powodu zainteresowani.
Za cały opis zainteresowania, fascynacji, chemii musi nam wystarczyć ciągłe zapadanie się w zieleń albo błękit.
To może przejdźmy już do tych seksów? Ich przynajmniej nie będą robić OCZAMI.
Nigdy nie wiadomo, inwencja aŁtorów jest nieograniczona.
Widziałem arta z seksem w oczodół. To bolało.
Ale zanim przejdą do rzeczy, to TAK się sobie naprzyglądają!


Loki zaczesał opadające włosy. Od kiedy je skrócił na lato, poczynały sobie jeszcze bardziej zuchwale. Śliskie niczym jedwab kosmyki swobodnie powiewały, niesione ciepłym oddechem lata.
Założę się, że gdyby je umył, jeszcze lepiej by powiewały.


Wybiła godzina spotkania. Punkt osiemnasta i mężczyzna o długich, aksamitnych blond włosach [już je macał, skoro wie, że aksamitne?] pojawił się w zasięgu wzroku, rozglądając niebieskimi oczyma dookoła. Szedł powoli przed siebie, ubrany w czarny t-shirt z wulgarnym dużym napisem “fuck the system” i mniejszym, usadowionym poniżej, głoszącym skrót “S.O.A.D”. Czarne, poszarpane spodnie wpełzały do wnętrza jego brązowych opinaczy, obdrapanych od nadużywania. Niezwiązane sznurowadła mówiły same przez siebie.
Pełzające spodnie, alkoholiczne buty i gadające sznurówki. Robi się coraz ciekawiej.



Na ramionach narzuconą miał skórzaną ramoneskę, zaś całokształtowi towarzyszyła jego wierna kostka.
Zasuwała za nim, tupiąc setką bosych nóżek.
*cichy jęk* “całokształtowi towarzyszyła”... A jakby tak np. “całości obrazu dopełniała”? Albo “strój uzupełniała”?


Medalion dumnie zwisał z rzemienia niczym wahadło ruszając się z każdym spokojnym krokiem, zbliżającym Donara w stronę miejsca spotkania.
Dostrzegły czarnowłosego przygryzł wargę, hamując uśmiech.
Kto “dostrzegły”? (pewnie niebieskie oczy…)
Przypuszczam, że w zamyśle autorów to Loki był tym dostrzegłym.


- Witaj - rzekł miękkim głosem. - Dawno się nie widzieliśmy - dodał po chwili, stając tuż naprzeciwko niego.
Loki podniósł wzrok z ziemi na Donara. Niebieskie oczy uśmiechały się do niego słonecznie. Wstał z maski Bentleya i wyprostował się.
- Witaj - odpowiedział na przywitanie głosem, który nie zdradzał żadnych emocji. Ponownie zaciągnął się dymem, ściągając nieco brwi. Zielone oczy szybko omiotły postać przed nim.
Gdyby autor, pisząc o oczach, chociaż raz zapomniał podać ich kolor, toby mu się chałupa zawaliła.
Już nawet czytelnicy w komentarzach zwracali uwagę, że co za dużo, to niezdrowo i wystarczy raz napisać.
Przecież raz zapomniał, no. Aż zauważyłem to karygodne odstąpienie od schematu.


Cóż, Donar nie zmienił stylu ani odrobinę. Jego wygląd od tego, jak go zapamiętał, różnił się jedynie dłuższymi włosami i mniej podartymi spodniami.
Kolejne zdanie kulejące jak żebrak pod kościołem w Kalwarii.
Krzywe jak kręgosłupy kobiet na rysunkach Scotta Campbella.


Blondyn miał także mniejszy zarost. Gdy się spotkali po raz pierwszy przypominał kanadyjskiego trapera, dziś zaś jego zarost sugerował jedynie dwudniową przerwę w goleniu.
No nie wiem. W pierwszej części była mowa o “kilkudniowym zaroście”, imho to za mało, jak na trapera.
Chyba że mowa o bardzo początkującym traperze.
Może to był ten traper? Oczęta błękitne, usteczka jak maliny, wszystko się zgadza!


Donar także dostrzegł zmianę w wyglądzie Marcusa. Podniósł dłoń, chcąc dotknąć nieco krótszych włosów swego znajomego, [tak, pogłaskaj go, przytul, tak dawno się nie widzieliście, tak bardzo się przecież stęskniłeś!] lecz gdy tylko ją uniósł na wysokość twarzy towarzysza, zatrzymał ją. Zielonooki mężczyzna drgnął, gdy dłoń włóczęgi niespodziewanie znalazła się zbyt blisko jego twarzy. Odruchowo odsunął się, przenosząc wzrok z ręki na twarz znajomego. Jego spojrzenie wyrażało jednocześnie zapytanie i zdystansowanie. Nie skomentował jednak podejrzanego gestu.
- Ściąłeś włosy, prawda? - rzekł Donar opuszczając rękę.
Pierwsza rzecz, jaką zauważy facet u innego faceta.
I uzna to za na tyle istotne, by zacząć od tego rozmowę.
W rozmowie z Desmondem też się nad tym zastanawiał.


Uśmiechnął się, widząc auto, które wciąż wyglądało na nowiusieńkie. To dzięki niemu się poznali.
Z wdzięczności powinien teraz ucałować je w zderzak.
Albo popieścić rurę wydechową.
Powinien odstawić taką scenę jak Cameron Diaz z ferrari w “Adwokacie”. Ale tego Wam nie zalinkuję, sami znajdźcie :>


- Tak - przytaknął Loki, obserwując uważnie mężczyznę. Jego oddech zabarwiony był szarym dymem, który zaraz po opuszczeniu ust rozpływał się w letnim wietrze. Blondyn poczuł, że jest zbyt śmiały w takiej sytuacji. Wciąż zapominał, że się nie znali.
W swoich marzeniach poznał już każdą najskrytszą myśl i każdy zakamarek jego ciała.


Spędził w Norwegii kilka miesięcy myśląc o Marcusie, kiedy starał się stworzyć dla niego coś, co miało go zachwycić. Zastanawiał się nad tym, co może mu się spodobać? Co będzie w jego guście? Kim może być wewnątrz dla siebie samego? Ten czas, który spędził, trudząc się dla niego sprawił, iż poczuł do niego pewnego rodzaju więź, niezrozumiałą dla Marcusa i wielu innych ludzi.
Ojtam, po prostu dostał mocno w łeb i ta wajcha od tróloffu przeskoczyła mu z “off” na “on”.
Ja bym to zakwalifikował jako jednostkę chorobową.


Miał nadzieję, że zrozumie to, gdy zobaczy, co dla niego przygotował.
- Zgodnie z umową, mam coś dla ciebie. - Przeskoczył twardo z nogi na nogę z przytupem i hołubcem, zdejmując z ramienia zgniło-zieloną kostkę. Skóra ramoneski zatrzeszczała, zaś rozczochrane blond włosy, spłynęły na twarz, kiedy przeszukiwał plecak. Loki patrzył z konsternacją na mężczyznę przed sobą, który we wręcz dzikiej euforii wyszukał mały pakunek. Oblizał z ust słodki smak filtra i ponownie zaciągnął się dymem. Starał się sobie przypomnieć szczegóły informacji o mężczyźnie, które wyszukała dla niego Tabitha. Ile Brekken miał lat? Dwadzieściapięć?
Jeśli był dwudziestopięciolatkiem, to miał dwadzieścia pięć.
Rany boskie, taki gufffniarz?! Toć to dopiero pre-mężczyzna…
Kwestia punktu odniesienia…



Zachowywał się jak dzieciak. Po krótkiej chwili Donar podał mu małe zielone pudełko, obwiązane złotą, taftową wstążką, zawiązaną w nieudolną kokardkę.
- Oto rzeźba. - Wyprostował się, zarzucając głową do tyłu, by odgarnąć włosy z twarzy. Te zaś z tchnieniem lata rozlały się na skórzanej ramonesce. (a są ramoneski nieskórzane?)
Chlusnęły aż na chodnik!


Loki spojrzał w bok, jakby chcąc sprawdzić czy nikt ich nie obserwuje.
Cóż, umówiliście się w miejscu publicznym, musicie się liczyć z tym, że ktoś patrzy.
Yaoistki czają się za rogiem.


Nie mógł otrząsnąć się z poczucia, że ich dwójka musi wyglądać razem co najmniej absurdalnie. Donar w przeciwieństwie do niego nie zważał na okoliczności i miejsce. Chciał po ludzku wręczyć czarnowłosemu to, co mu się należało i załatwić sprawę.
- Może nie tutaj - powiedział ściszonym głosem brunet, mierząc się z przedmiotem wyciągniętym w jego stronę.



Ściągnął brwi, chwila, to ma być rzeźba? Puzderko?
Nie, kukardka. Puzderko to tylko cokół.


- Hm - mruknął Loki, chwytając w zęby kurczący się, czarny papieros [cygaretka to nie papieros]. Spojrzał dokładniej na zielone pudełko ze złotą kokardą. Na jego czole pojawiła się płytka bruzda.
Dotykowa???
Mentalna. Po przeoraniu czaszki przez imperatywy i miazmaty.


To zaczynało się robić coraz bardziej niepokojące. Czego mógł się spodziewać po tym szaleńcze?
Szalejącej odmiany.


Naprawdę nie mógł uwierzyć w to, co się teraz działo. Ten całkiem obcy mu mężczyzna nie dosyć, że pamiętał o od niechcenia złożonej obietnicy, to jeszcze specjalnie przyjechał z Norwegii do Stanów, by wręczyć mu TO.
Co ta miłość robi z ludźmi…
Co aŁtorzy robią z boChaterami...


Trzymając delikatnie pakunek, podniósł wieczko.
Wówczas ukryta w pudełku bomba wybuchła mu prosto w twarz. Koniec opka, idziemy do domu, cieszycie się?
*otwiera szampana*
Ej! Nawet jak Loki zginie, to jeszcze mamy Donara i Desmonda, da się uratować yaoia!
Biedny Gonzalez będzie musiał sobie poradzić sam…
W roli Gonzaleza - Deadpool. I nie mówcie, że nie pasuje, tu nikt nie pasuje, facet dolepi wąsy do kostiumu i będzie jak znalazł, można robić yaoia.


Starał się oddychać spokojnie jednak sytuacja, w której postawił go Donar, była zbyt abstrakcyjna, by zdołał się uspokoić. Spojrzał na lśniącą zawartość i znieruchomiał tak jak stał, z uniesioną dłonią trzymającą przykrywkę i cygaretką w ustach, z której czubka odpadła mała grudka popiołu.
Co.to.jest.


A teraz zdanie, przy którym wybuchnęłam płaczem:
Zielone oczy jako jedyne poruszyły się w kamiennej pozie, w jakiej zamarzł czarnowłosy i spojrzały na mężczyznę stojącego na przeciwko.
Any… comments?...


Ponownie opadły, wraz z ręką trzymającą drugą część opakowania prezentu.
Jak to się mówi - wszystko opada.



Wyobraziłem sobie takie jo-jo z gałek ocznych...


Loki patrzył na misternie zdobionego, małego węża [O, jest Mighty Serpent of Asgard] wykonanego ze srebra. Jego ciało wiło się we wdzięcznych skrętach, a cała jego skóra lśniła od zielonych łusek, wykonanych z kamienia. Mikroskopijne drobiny lazurytu umieszczone w metalu, układały się we wzór idealnie odwzorowujący łuski gada. Wzrok mężczyzny ślizgał się po ozdobie, by w końcu zatrzymać na szmaragdowych oczach zwierzęcia. Małe dzieło sztuki zdawało się być natchnięte żywym duchem, gotowe, by umknąć po ramieniu Lokiego na wolność, gdyby je dotknął.
Mężczyzna wyszarpnął sobie z ust papieros i wziął odrobinę głębszy oddech. Coś w jego głowie zatelepało się, całkowicie wybijając go ze zwykłego mu fasonu.
I wtem! zdefasonował się kompletnie i zmienił w takiego samego oberwańca, jak Donar.
Wraz z papierosem wyszarpnął sobie mózg.


Spojrzał z niedowierzaniem na Donara, jego usta lekko rozchyliły się, jakby zamarło na nich coś co chciał, ale nie potrafił powiedzieć.
- Co to jest? - wydusił z siebie w końcu.
Blondyn przyglądał się dziwnej reakcji Marcusa. Wyglądało na to, że odebrał mu mowę.
- Rzeźba - odparł bez zbędnych ozdobników, niskim głosem. - Służy za ozdobę. - Odgarnął pukiel jasnych włosów za ucho, szczypiąc palcami małżowinę swego ucha, by pokazać mu, gdzie powinien ją włożyć
Ja wiem, gdzie on sobie powinien to włożyć. Razem z Thorem, bentleyem, korporacją i całym tym opkiem.


- Co? - Loki wyrzucił z siebie urwany oddech. Wraz z powietrzem, które z niego uszło, gdy dotarło do niego zastosowanie przedmiotu, jego ramiona opadły. Spojrzał jeszcze raz na przedmiot, który otrzymał. Biżuteria. Jakiś obcy facet dał mu jebaną nausznicę. I to kurwa zajebiście pięknął. Oł, oł! Co się dzieje!
Ale co tu się dzieje, co się dzieje, kim pan jest! Aaaaaa, butelka, kryć się!!!
Ja się boję myśleć, co to znaczy, że on pięknął?...
Pękł z piękna.


Dłoń, w której trzymał wieczko pudełka i resztkę cygaretki, która zdążyła w międzyczasie zgasnąć, uniosła się do jego czoła. W ostatniej chwili Loki zorientował się, że coś trzyma, unikając pobrudzenia się popiołem, i ponownie opuścił dłoń.
- To... Miało być drewno. I ja... - zająknął się. - O ja pierdolę.
- Tak, od początku opka - odpowiedział trzeźwo Q. - A czemu się zorientowałeś akurat teraz?
Donar zaśmiał się radośnie, odchylając lekko głowę do tyłu, kiedy usłyszał jak mężczyzna się zaciął z trudem wycedzając z siebie słowa. Reakcja Marcusa wzbudziła w nim zaskoczenie, dumę i rozbawienie. Nigdy nie spodziewałby się, że człowiek mógłby tak znieruchomieć pod wpływem otrzymania drobiazgu.
Jeśli tym drobiazgiem byłaby np. indiańska strzałka nasączona kurarą…
No dobra. To co - waszym zdaniem tak reaguje dorosły facet na, choćby najdziwniejszy, prezent? Zacina się, traci dech, gubi popiół, jąka się i wzdycha?...
Mogę to sobie ewentualnie wyobrazić w sytuacji, gdy jednonocna podrywka przy kolejnym spotkaniu wręcza mu parę dziecięcych bucików.
Bo tu wszyscy mają przesadzone, emocjonalne reakcje rodem ze wczesnych klas podstawówki.
Q. E. D.


- Przez chwilę myślałem, że zamieniłeś się w kamień... - Ukazał zęby w zuchwałym uśmiechu, mrużąc oczy, błękitem śledzące dalsze poczynania swego towarzysza.
Widzę w tym momencie laserowe skanery...
Mam teorię. Może oczy Donara są tak błękitne, bo się naćpał melanżu?


Loki spojrzał w bok, jakby szukając pomocy od kogoś, kto nie mógł się zjawić, by wyjaśnić mu, co tak w zasadzie miało miejsce.
Ja ci wyjaśnię, Lokuś…




Albo bardziej dosadnie:



W dłoni wciąż nieruchomo trzymał pudełeczko, jakby bał się nawiązać interakcję z jego zawartością.
Miał złe doświadczenia z interaktywnymi zabawkami.
Tamagotchi go pogryzło.


Wiedział, czuł pod skórą, że to spotkanie źle się skończy. Jasna kurwa, ten mężczyzna nie miał ani domu, ani pieniędzy, a dał mu coś, co musiało kosztować majątek!
Ech, Loki, Loki, ty szefie korporacji, ty wyrafinowany miłośniku luksusu, ty eleganciku w garniturze od Gucciego, naprawdę, majątek? Nawet biorąc pod uwagę całą czaso- i pracochłonność wykonania, a także wartość artystyczną przedmiotu, nie sądzę, by twój portfel jakoś znacząco to odczuł. Podejrzewam, że nosisz droższe spinki do mankietów.
Chyba że założymy, że Loki wczuł się w tym momencie w sytuację Donara - faktycznie, z jego punktu widzenia, kolczyk musiał być bardzo drogi. Ale jakoś do tej pory nie mieliśmy sygnału, żeby facet cechował się wysoko rozwiniętą empatią, wręcz przeciwnie…


Jak ma to odebrać?
Szablą?


- Podoba ci się? - zapytał Donar tym samym tonem, którym po raz pierwszy reprezentował  [prezentował!!!]  [Znam Niemca, który lepiej posługuje się polskim niż autorzy tego opka] mu swoje prace, płaskorzeźbę w drewnie, którą już dawno opchnął po drodze do domu oraz amulet nieustannie wiszący na jego szyi. - Przymierzysz? - dodał po chwili, trochę zniecierpliwiony. Wiedział, że nausznica będzie pasować, nie mogło być inaczej. Był gotowy wyjąć drugiemu mężczyźnie to czasochłonne świecidełko z pudełka i nałożyć na małżowinę, chociaż wiedział, że nie powinien tego robić. - Mogę...? - zapytał spokojnie, chcąc złapać pudełko i pomóc mu z przymiarką.
Rany, Thor… znaczy tego, Donar, co się obcyndalasz, ruń na kolana i oświadczaj się!
Nope. Żadnego ślubu przed seksem!


- Nie, czekaj... - jęknął Loki, odsuwając się o krok od mężczyzny. - Nie zmuszaj mnie teraz do tego. Muszę... - napić się, pomyślał. - ...dojść do siebie.
- Hm... Dobra - mruknął blondyn, trochę zdziwiony. Naprawdę Marcus musiał doznać szoku. Mimo iż mu to pochlebiało, poczuł się odrobinę głupio. Jakby wyrządził swemu towarzyszowi jakąś traumatyczną krzywdę.
Na przykład wysmarował go masłem maślanym.
Przez błędną pomyłkę cofnął się do tyłu, spadł w dół do akwenu wodnego i zabił się na śmierć. Fakt autentyczny.


Nie chciał, by tak błahy powód stał się powodem ich poróżnienia. Loki rzucił zgaszoną cygaretkę na chodnik [do popielnicy nie łaska?!] i zamknął pudełko, a w nim małe dzieło sztuki. Nie patrząc na Donara, ani nie czekając na jego reakcję, odwrócił się napięcie [a na pięcie rośnie] [chyba ostroga] i ruszył na drugą stronę samochodu. Drżącą dłonią otworzył drzwi i wsiadł do Bentleya. Drobne pudełko z drogocenną ozdobą schował do skrytki w podłokietniku. Następnie włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił i gdy samochód odpalił, otworzył guzikiem na tablicy rozdzielczej drzwi od strony pasażera.
- Ja pierdolę... - powtórzył, zapinając pasy.
Donar pochylił się nad autem, opierając rękę o ramę drzwi. Przyglądał się nienaturalnemu zachowaniu mężczyzny przez krótką chwilę, po czym usiadł szybko na miejscu obok kierowcy. Zatrzasnął za sobą drzwi i zdecydowanym ruchem zapiął pas. Donar zrezygnował z prowadzenia konwersacji, podczas gdy mężczyzna był w takim niefortunnym stanie. Zdał sobie sprawę z tego, że to co mu sprezentował, było bardzo niewłaściwe, a wręcz niegrzeczne.
Mądry Donar po szkodzie...


[Panowie jadą gdzieś, jadą, nie rozmawiają, aż w końcu docierają na podziemny parking]


Donar odetchnął cicho, nie wiedząc gdzie się znalazł po tej szybkiej przejażdżce. Spojrzał na czarnowłosego, który najwidoczniej wybywał z pojazdu.  
Na litość boską, CO robił?!
Mam wrażenie, że któryś z autorów maczał palce w tłumaczeniu listy dialogowej do “Thora 2”. “Zatkało kakao” jest dokładnie w tym stylu.


- Chodź - polecił Loki wykręconemu znajomemu, wysiadając.
Analizatorów też przy okazji wykręciło.
Mnie wykręciło tak, że próbując zrobić fejspalma walnąłem się w potylicę...


Blondyn rozpiął pas, zabrał swój plecak z rzeczami, po czym otworzył drzwi i wysiadł ostrożnie. Zaskoczył go widok podziemia, w których czasami sypiał. Zastanawiał się, czy Loki nie wynajął pokoju hotelowego, i gdzie tak właściwie znajdowała się ta parcela.
A on co, z Wydziału Geodezji?


Dlaczego w ogóle za nim szedł, nie powinien się ładować do żadnego hotelu na noc z facetem, który najwidoczniej doznał ciężkiego szoku.
Nienienienie, absolutnie, mam swoje zasady i do hotelu z obcym facetem nie pójdę, za nic!


Czarnowłosy ruszył do windy. Wyciągnął kartę do mieszkania z portfela, który jak wszystko co posiadał, był najwyższej jakości. Loki przeciągnął kartą przez czytnik przy windzie i po chwili drzwi się otworzyły, piknięciem sygnalizując gotowość do jazdy. Gdy oboje [trololololo, no to który był kobietą? To okaże się przy seksach.] weszli do środka, bez słowa nacisnął guzik ostatniego piętra i winda ruszyła.
Donar czuł się jak ofiara, zwierzę naiwnie idące na rzeź. Ale nie odczuwał lęku, był zbyt pewny siebie.
I pomiędzy jednym a drugim nie było najmniejszej nawet sprzeczności.
W ogóle mnie zastanawia, po cholerę oni jadą do tego hotelu razem. Znaczy, prócz tego, że ich imperatyw straszy, że w innym przypadku dostaną Deadpoolo-Gonzalezem, a wiecie, jak wygląda Deadpool. A z wąsami to nawet gorzej.


Chciałby jednak wiedzieć, co się działo. Winda zadrżała i zatrzymała się a włóczędze coś burknęło nieprzyjemnie w brzuchu.
Nie trzeba było tych jabłek popijać piwem.


- Marcusie... - rzekł spokojnie niebieskooki. - Jesteśmy w hotelu? Bo jeżeli tak, to ja...
- Nie - przerwał mu oschle Loki. - Jesteśmy u mnie. Mamy coś do dokończenia.
Tak. Biedny Loki dostał się w szpony Imperatywu Blogaskowego i zmuszony jest zachowywać się jak idiota. Od biedy jestem w stanie uwierzyć, że Donar jest ekscentrycznym, trochę naiwnym artystą-włóczęgą, który idzie przez świat, kierując się własnymi zasadami i lekceważąc zagrożenia. Jednak Loki, ostrożny Loki, szef korporacji, przyzwyczajony do bezpardonowej walki w biznesie, podejrzewający wszystkich wokół o chęć wykorzystania go i podłożenia świni - ten Loki zaprasza do domu człowieka, który jak do tej pory w żaden sposób nie wzbudził jego zaufania, a wręcz przeciwnie? To się nie trzyma kupy.
No, chyba że tak lubi ryzyko i adrenalinę, ale O TYM TRZEBA NAPISAĆ.
Sorka, Kuro - już niemalże trzeci rozdział, a jeszcze nie było buttseksów. Najwyżej przy piątym fanki się znudzą tymi wszystkimi bezsensownymi zapychaczami (np. fabułą) i odłożą książkę, więc trzeba się streszczać.


Włóczykij nie miał szansy dokończyć swego pytania. Przygryzł wargę, wiedząc co miał na myśli. Dźwig wypuścił ze swego brzucha dwójkę mężczyzn.
Aż się boję zapytać, czy przez odbyt.
...bo to i ostać się trudno i wyjść niepolitycznie.


Czarnowłosy przeszedł przez mały przedsionek, w którym były tylko jedne drzwi. Ponownie przeciągnął kartką przez czytnik i zamek otworzył się.
- Rozgość się - powiedział  Loki do swojego gościa, samemu zdejmując buty. Odłożył je na półeczkę na obuwie i ruszył przez szeroki korytarz, który otwierał przestrzeń na przestronny salon. - Byle nie za bardzo - dodał kąśliwie, nie mogąc się wciąż zebrać do kupy.
Bezdomny grrrr… zmarszczył brwi przyglądając się pomieszczeniu, stojąc w drzwiach, które mimowolnie zamknął za sobą. Stał tak chwilę otępiały świadomością, że to nowobogackie mieszkanie jest własnością Marcusa.
Znów to “nowobogackie”... Najwyraźniej mieszkanie Marcusa wyglądało jakoś tak:



(Reszta równie wstrząsających wnętrz do obejrzenia tutaj.)
Znaczenia słowa “nowobogackie” aŁtorzy też nie rozumieją.
Swoją drogą, jeśli aŁtorzy upierają się, że Loki jest nowobogacki, to by oznaczało, że w jakiś sposób dorobił się tej swojej fortunki, zaczynając od pozycji dużo niższej. Wiadomo też, że Lokuś ma zdolności organizacyjne chomika przejechanego przez M1 Abrams i uważa pracę do siedemnastej za przepracowywanie się… Jak sądzicie, w jaki wobec tego sposób został dyrektorem? :>
Coś wspominałeś o Emmie Frost...
Gdyby Emma rozdawała stanowiska dyrektorów wszystkim kochankom, to by wyszło na to, że mamy samych dyrektorów pomiatających jednym Desmondem :>


Było piękne, przestrzenie i zdawało się, że mieszka w nim naprawdę nadziany gość.
- Okeey... - wyszeptał zdejmując buty nadeptując jeden na drugi, oparłszy się uprzednio o ścianę. Wziął swoje opinacze i także położył je na półce.
Ok, Donar mógłby zdjąć buty, bo jest Skandynawem, a oni mają taki zwyczaj. Ale amerykański biznesmen, przyjmując gościa w domu, nie będzie latał w samych skarpetkach! Przykro mi, drodzy autorzy, ale trzeba będzie wymyślić inny pretekst dla późniejszej sceny, która ma uzasadnić, dlaczego to bohaterowie znaleźli się razem w sypialni.



Pierwszą rzeczą jaką zrobił Loki po wejściu do salonu, było otworzenie barku i nalanie sobie pełnego kieliszka czerwonego, wytrawnego wina.
Rozumiem, że trzymał je otwarte w temperaturze pokojowej?
Może miał chłodzony barek…
No to właśnie źle, że chłodzony. Ale skąd taki nuworysz miałby wiedzieć, jak się serwuje czerwone wino.


- Czego się napijesz? - zapytał, choć jego słowa zabrzmiały bardziej jak nakaz wyboru trunku, niż jego uprzejma propozycja. Jasnowłosy mężczyzna, słysząc pytanie podążył powoli za zielonookim, stając za jego plecami obserwując bacznie wnętrze barku.
- Miód pitny? - zapytał z niedowierzaniem. Ten facet miał tutaj wszystko! - Pozwól, że zaprzyjaźnię się z twoim barkiem... - rzekł, po czym położył swoje duże dłonie na barkach czarnowłosego
A sądziłam, że ma na myśli barek, nie bark… :D
Jedno i drugie.


i delikatnie odsunął drobnego mężczyznę tak, by móc swobodnie zająć się butelką złocistego trunku. Chwycił miód i rozejrzał się za rogiem, który był klasycznym “kielichem” do tego świętego napoju.
I oczywiście należało się spodziewać, że amerykański biznesmen niesprecyzowanego wyznania ma taki u siebie.
Leżał koło spamowodzi.


- Masz róg? - zapytał jasnowłosy, otwierając korek.
Niech was licho z tym Miazmatem.
(a po “otwarciu” korka co? Ze środka wyszedł ludzik? Korki się wyciąga, a nie otwiera, pismaki od siedmiu boleści!!!)
Może to był taki korek jak z “szampana” dla dzieci, z zabawką-niespodzianką w środku.
To by nawet pasowało...
W SZAMPANACH DLA DZIECI SĄ NIESPODZIANKI?! A ja przez tyle lat wywalałem korki :<<<<<
To konkretnie nawet nie był korek, a zakrętka, gdzieś tam dalej jest o tym mowa.


Loki zamrugał z niedowierzaniem. Odwrócił się powoli w stronę niewychowanego mężczyzny, czując jak jego wątpliwości się rozwiewają i zalewa go zimna złość.
- Nie waż się tego robić nigdy więcej - powiedział spokojnie, jednak ton jego głosu zmroził powietrze. - Mój drogi, właśnie to miałem na myśli mówiąc, że masz się rozgościć, ale nie.za.bardzo.
Blondyn odrętwiał i wlepił zdziwione oczy w Marcusa. Nie spodziewał się takiej reakcji względem zwykłego dotyku.
Atak Paraliżujących Dłoni Lokiego!



Cały czas sądziłam, że Loki jest zły, bo przybłęda zabiera się za szarogęszenie w jego barku...



Niższy mężczyzna uśmiechnął się do swojego gościa i było w tym uśmiechu coś z groźby drapieżnika. Wyciągnął dłonie i delikatnie odebrał mu alkohol.
- Zapewniam, że nie wyjdziesz stąd o własnych siłach, skoro tak bardzo chcesz się napić, ale pozwól, że sam cię obsłużę.
Donar zastygł nerwowo rozglądając się na boki. Jego dłoń, trzymająca szkło, całkowicie poddała się gestowi zielonookiego. Serce w piersi zabiło szybciej, a twarz oblała się ledwie widocznym rumieńcem.
Boru… nie mówcie mi, że Thor będzie ukesiem…
Zastanawiałem się, jak skomentować rumieniącego się Thora.
*słabym głosem* A może to prowokacja…?
O, już wiem jak. Oto reakcja Thora, który znalazł to opko:



Dobra, kłuje mnie ten fragment, walnę więc elaborata, a co.
DOROŚLI FACECI SIĘ NIE RUMIENIĄ.
Dziękuję. Rumieniec to, jak tłumaczy ciocia Wiki, reakcja organizmu na silne emocje, a zwłaszcza na wstyd/niepożądane zainteresowanie ze strony innych ludzi. Gdy masz się dwanaście lat i akurat podoba ci się Jasiu z trzeciej By, to gdy pożyczy ci swoją linijkę na matematyce, możesz czuć mocne zakłopotanie tym, że obiekt twoich westchnień na ciebie spojrzał. Ale umówmy się - to przechodzi. Dorośli ludzie nie reagują tak jak dwunastolatki. Dorośli faceci nie reagują jak dwunastolatki. THOR TAK BARDZO NIE PRZYPOMINA DWUNASTOLATKI.
OPKO. ZACZNIJ. MIEĆ. SENS.
Powiedzmy, ja nie byłabym tak radykalna - dorosły facet może się zarumienić, tak samo, jak może się rozpłakać, to zależy zarówno od sytuacji, jak i jego konstrukcji psychicznej. Ale nasz Donar, prowadząc przez lata żywot bezdomnego włóczęgi, naprawdę powinien wyrobić w sobie twardość i odporność, i nie dać się tak zbić z tropu przez jedną głupią odzywkę - którą w dodatku można zrozumieć bez żadnych podtekstów. Ot i wsio.
Aha, jeszcze uściślając - pod hasłem “uke” rozumiem nie partnera biernego, bo to mi akurat obojętne, ale ten okropny jaojcowy twór, który rumieni się, ma łezki w oczach i generalnie zachowuje się… nawet nie jak kobieta, ale jak podniesiony do dziesiątej potęgi zbiór wszystkich stereotypów na temat “słabych kobieciątek”.
Znaczy, powinienem sprecyzować - nie chodzi mi o to, że faceci nie mogą się zarumienić/zapeszyć w absolutnie żadnej sytuacji. Ale właśnie - to zależy od sytuacji i, w dużym stopniu, od charakteru postaci, zwłaszcza jej zdolności socjalnych. W większości przypadków dorosły facet nie będzie pałać rumieńcem panieńskim, tylko dlatego, że ten drugi taknaniegopaczy. Z tego się wyrasta, a jeśli nie, to pewnie ma się naprawdę mocne problemy z seksualnością/kontaktami interpersonalnymi.
Nawiasem - zaczerwienić można się np. od podniecenia seksualnego, ale zaczerwienienie nie jest równoznaczne z rumieńcem.


Czuł to na całym sobie przez jeden, pieprzony ułamek sekundy i aż zabrakło mu tchu. Jak ten filigranowy mężczyzna zdołał go onieśmielić? Dwuznaczne słowa wprawiły go w niesmaczne zaciekawienie.
I chciałbym, i boję się...
(ale jakie znowu dwuznaczne, do cholery, naprawdę trzeba być mentalną gimbazą, żeby w TYM kontekście zrozumieć “obsłużę cię” inaczej niż “naleję ci alkoholu”. Taką mentalną gimbazą, która nie powie, że “szklanka stoi na stole”, bo jej się “stoi” też kojarzy)
*facepalm*
Bo Wy nie rozumiecie. Pozwólcie, że Tony Stark Wam wytłumaczy:




Loki z przyjemnością obserwował zszokowanie, które na dźwięk jego słów zaczęło rozpływać się nie tylko na twarzy gościa, ale i całym jego ciele.
Zwłaszcza zszokowane były palce u jego stóp.


Uniósł brwi, nagle przyjmując poważną mimikę.


Można zrobić minę, przybrać wyraz twarzy, ale do cholery jasnej, nie przyjmuje się mimiki!
Nawet gdy jest się mimikiem?


Odwrócił się do barku i napełnił po brzegi szklankę jasno bursztynowym płynem, zupełnie jakby nic przed chwilą nie miało miejsca. Zakręcił niespiesznie butelkę, odstawił na miejsce i wręczył blondynowi jego trunek. Donar nie mogąc otrząsnąć się z szoku, ledwie trzymał pełną szklankę w palcach, szeroko otwartymi oczyma przypatrując się zielonym ślepiom.


Nie no, oni NAPRAWDĘ reagują jak dziesięciolatki rozpamiętujące przez cały dzień to, że OMG kolega im pożyczył linijkę, czy to już miłość, czy jeszcze trzeba czekać z ślubem do długiej przerwy?
Może to wrażenie nie byłoby tak ogarniające, gdyby autorzy raczyli napisać, że oni się po prostu pociągają fizycznie. Ale nie, najbliżej seksu stoją tu (hjehje, mryg mryg) teksty o obsłużeniu.
Nazywam coś takiego “syndromem seksualności trzynastolatki” i takie zagranie wystąpiło w jednej recenzowanej przeze mnie książce ksionrzce. Bohaterom wszystko kojarzy się z seksem, reagują, jakby byli co najmniej ciężko niedopchniętymi nimfomanami, ale jednocześnie w sferze opisów nie ma między nimi ŻADNEJ chemii, ŻADNEGO przyciągania, normalnie jakby autor zapomniał, że to enigmatyczne pragnienie seksu to uczucie, które jest ukierunkowane na konkretną osobę, i TO trzeba opisać, a nie skojarzenia ze szklankami i szok, że mujeju, on mnie dotknął.
Właśnie dlatego widać, że to AŁTORZY chcą, aby ich postacie się ze sobą seksiły, a nie BOCHATEROWIE. I właśnie dlatego każdy romans, każdy erotyk z takim podejściem do seksu to po prostu wielka, śmierdząca kupa.


- Na zdrówko - powiedział biznesmen, stukając o szkło swoim kieliszkiem, po czym oddalił się popijając wino. Blondyn wciąż nie mógł ocucić się z tego dziwnego wrażenia nawet wtedy, gdy zielone oczy zniknęły z pola jego widzenia. Wypuścił cicho powietrze z ust przygotowując się na sporą dawkę alkoholu, po czym jednym haustem wypił miód do dna.
- Poproszę o więcej, w takim razie - powiedział jednym tchem, a mocny trunek posmagał go po plecach ciarkami, wybudzającymi z szoku.
Mocny trunek to raczej smaga żyły od wewnątrz.


Nie pozwoli by ktoś, a już na pewno nie mężczyzna, wprawiał go w takie zakłopotanie.
Ty se możesz nie pozwalać, aŁtorzy i tak cię zmuszą.


Loki zatrzymał się, odejmując kielich od ust. Nim się odwrócił, na jego wargach na krótką chwilę pojawił się zwycięski uśmiech.
- Służę uprzejmie - odpowiedział z nonszalanckim spokojem.
Bezdomny wodził oczyma płonącymi od złości i szoku za niepokojącą postacią. Nie, nie możliwe. To jakiś żart. Marcus zdawał się zachowywać nazbyt śmiało wobec kogoś, kogo ledwie znał.
I KTO TO MÓWI.


Wyciągnął rękę z pustą szklanką w kierunku przebiegłego mężczyzny. Wyzwał go na pojedynek? Świetnie, pokaże mu na co go stać.
Khę, pijacki pojedynek, w którym jeden z uczestników sączy wino, a drugi chleje szklankami miód pitny, jest jakby…cokolwiek nierówny?
Czytałem kiedyś fanfika z podobnym motywem, z tym, że tam bodajże Stark pił piwo, a Loki z Thorem jakiś mocny alkohol. Ale tam to miało sens, bogowie z Asgardu przecież nie splamią honoru rzyganiem i kacem...


Loki wrócił do barku, by uzupełnić szklankę gościa. Nie żałował mu alkoholu, ponownie napełnił naczynie aż po same brzegi. Chciał alkoholu, to go dostanie.
- Pij na zdrowie, mam tego tyle, że wystarczyłoby dla wołu. - Podniósł na mężczyznę spojrzenie, które wbrew spokojnemu tonowi, zdawało się emanować zimnem lodu. W połączeniu z pozornie opanowaną postawą sprawiał bardzo niepokojące wrażenie. Donar zmierzył się spojrzeniem z towarzyszem i nie odpuszczał, nawet gdy odchylał głowę do tyłu, by solidnymi łykami opróżnić szklankę.
Nie miał z tym szczególnych trudności, bo jak wiemy z poprzedniej części, oczy ich obu prowadziły niezależny, samodzielny żywot poza oczodołami.


Odstawił ją, by ponownie jego gospodarz dolał doń więcej miodu.
Dobra… *wzdycha ciężko* To popatrzmy sobie jeszcze przez chwilę, jak pije Thor, zanim przegoni go to słodko rumieniące się ukesiątko.


(a Thor śpiewa to)


Nieprawda, Thor pije tak:


(Jakby coś, ten drugi pan to Hercules :>)
(Ale chyba nie Poirot? :D)


Brunet uniósł lekko brew patrząc, jak jego kompan zachłannymi haustami wypija rozgrzewający płyn. Sprowokowanie go było łatwiejsze niż przypuszczał. Zaśmiał się w duchu, odnotowując sobie, że Donar jest bardzo podatny na sugestie. Nie pozwolił mu czekać i gdy ten tylko odstawił szkło na barek, po raz trzeci uzupełnił je w całości. Bursztynowa zawartość butelki szybko zmalała do połowy.
- No - zagaił Loki, biorąc w palce kieliszek z winem. Odsunął się od gościa, by lepiej go widzieć i oparł się o blat szafki, stojącej przy barku. - A teraz powiedz, dlaczego dałeś mi taką rzeźbę, a nie inną - zarządał.
Nożeż do thorwy nędzy! Generalnie widać, że Tfurcy tego opka bardzo polegają na autokorekcie - tekst usiany jest takimi błędami, jakich ona nie podkreśla, tj. w pisowni łącznej i rozdzielnej, “karze” zamiast “każe” itd. Ale TO podkreśla nawet ona!
Pewnie uznali, że to autokorekta się myli - wszak Loki tutaj rządzi.


Upił łyk alkoholu czekając na odpowiedź, stalowo-zielone oczy przewiercały Brekkena na wskroś.
Trochę stalowe, trochę zielone.
Musiały być częściowo stalowe, żeby lepiej przewiercały.


Ten zimnym spojrzeniem mierzył jego posturę. Blondyn całkowicie trzeźwy, mimo iż czuł ciepło w żołądku. Uśmiechnął się krzywo pod nosem na zadane mu pytanie.
Praca domowa: proszę wymienić piętnaście innych miejsc na ludzkim ciele, w których można się uśmiechać.
To zależy od kreatywności psychopaty, który cię porwie. Niektórzy ludzie mogą mieć podwójny uśmiech, ale raczej za bardzo się nim nie cieszą...


- Jesteś bystry, Marcusie. Sam dobrze wiesz, dlaczego srebro, dlaczego lazuryt a już na pewno wiesz, dlaczego szmaragdy - Utkwił ponownie wzrok w oczach Lokiego, a ten milczał.
- Węże są ciche - podjął blondyn. - Leżą spokojnie dając ci obłudę [dając CO? Bo jak wezmę i zacznę trzepać po uszach!] [no co, przecież węże to tacy hipokryci!!!], że wszystko jest dobrze.
Ach, rozumiem! “Dając ci obłudę, że wszystko jest dobrze”! *otwiera pół  litra*


A potem kąsają, zadając ból.
Pytony na przykład.
Takie raczej nie zadają dużo bólu:



Ti ti ti, węziulek ślićny, ciu ciu.


Czy bycie groźnym mimo pozornej łagodności, nie brzmi znajomo w twoich uszach? - uśmiechnął się pewnie, mówiąc lekko zachrypłym głosem. Pociągnął kolejny łyk miodu pitnego.
Loki sarknął cicho pod nosem. Spodobało mu się to co usłyszał.
- Może - odpowiedział. - Warto jednak zauważyć, że żaden wąż nie atakuje bez powodu.
- Otóż to - rzekł Donar, czując jak ciepło wypełnia go od środka. Nie chciał spędzić całej nocy z tym mężczyzną, nie mógł.
Sytuacja tak szybko się rozwija, że chyba przegapiliśmy zaproszenie na noc...
Nadal się zastanawiam, jak oni przeskoczyli od “potrąciłem cię samochodem” do “zapraszam cię do domu celem opróżniania barku”.
Mowa ciała, tak dyskretna, że umknęła nawet narratorowi, bo on zwracał uwagę tylko na oczy.


Obiecał Sofii, że wróci do niej na noc. Jednak nie zrezygnuje z wyzwania zwłaszcza teraz, kiedy już się go podjął. Po chwili wpatrywania się w oczy towarzysza, upił kolejny łyk, tym razem jednak zamarzył nad doskonałym smakiem miodu.
Ciekawe, o czym zamarzył. Może, żeby ktoś go stąd zabrał?


Sączył go z rozkoszą, pozostając trzeźwym.
Tak ci się tylko wydaje, kochasiu… Miód atakuje podstępnie i znienacka!
Zaraz powie, że wprawdzie trochę już ma w czubie, ale za kierownicą by jeszcze usiadł.


- Węże są przebiegłe - kontynuował. - Wiedzą jak wykorzystać siłę potężnych przeciwko nim samym. Na dodatek wspaniale się maskują, a kiedy zostaną zdemaskowane, zrzucają skórę i znów pozostają nieuchwytne.
Wam się coś chyba kurna z jaszczurką odrzucającą ogon pomyliło? Węże nie zrzucają skóry na swoje życzenie, na przykład w niebezpieczeństwie! Może jeszcze widzi wam się łowca, z głupią miną trzymający pustą skórę, podczas gdy nagi wąż myk-myk! i znika w trawie?
Dobra, dobra. Teraz mogę poszpanować autorytetem, bo wężologia trochę się zbiega z moim kierunkiem studiów. I właśnie z wyżyn specjalizacji oznajmiam:
Wensze tak nie robią.



- No dobrze, może przesadził z tym pozostawaniem trzeźwym. Sposób jego mówienia zdawał się być bardziej romantyczny i natchniony kuszącą postacią czarnowłosego.
Yeah .


O sir Ianie McKellenie, jaki koszmarnie brzydki Loki...


Loki słuchał z zafascynowaniem, cierpliwie czekając, aż jego rozmówca zakończy wywód. Upił kolejny łyk wina.
- Och, moim zdaniem za bardzo się rozpędzasz w tych osądach - podjął temat. - Węże, jak wszystkie inne gatunki drapieżników, wykorzystują tylko swoje atuty najlepiej jak potrafią. Na tym polega przetrwanie. Zabij, nim zostaniesz zabity. Cień uśmiechu osiadł w kąciku jego ust, gdy ponownie nurzały się w czerwonym trunku.
- Oczywiście. To prawda, że każdy stara się wykorzystywać swoje zalety jak najlepiej potrafi. Węże opanowały swój jad do perfekcji... Uśmierca długo i boleśnie, trawiąc ofiary od wewnątrz. -
Krótko mówiąc, o wężach aŁtorzy wiedzą mniej więcej tyle, co o funkcjonowaniu korporacji.
Pewnie uczyli się od Ziemiańskiego.
Od złego z ostatniego Bonda i jego szczurów w beczkach.


Upił dłuższy łyk miodu.
Loki wzruszył ramionami, przymykając na chwilę oczy. Ta rozmowa go bawiła. Zabawnie było słuchać, jak mężczyzna poprzez aluzje stara się go ocenić.
- To jest właśnie to, o czym mówiłem. Śmiałość jest jednym z atutów. Daje przewagę. - Upił jeszcze jeden łyk wina i odstawił kieliszek. Sięgnął do kieszeni spodni po małe, zielone pudełeczko, kontynuując przemowę. - Śmiałość pozwala zaskoczyć przeciwnika, nim on uczyni to pierwszy. Dezorientuje go. Sprawia, że nie może być niczego pewny, ponieważ nie zna jej granic. - Skupił się na podziwianiu koloru puzderka, jego kciuk pogładził wieczko, nim Loki je uniósł. - A jeżeli śmiałość węża nie posiada granic? Cóż, pewnie zginie walcząc o to, w co wierzy.
Wąż-idealista walczący o Sprawę...
Jak dla mnie to bardziej brzmi jak pogadanka ludzi na haju, niż podchmielonych. Serio, osobiście słyszałem dyskusję na temat tego, czemu “Shrek 2” jest aluzją do małżeństwa Terlikowskich, podobny poziom sensu, ale tamto było przynajmniej zabawne...


Bezdomny opróżnił kolejną szklankę. Nawet nie liczył, która to była. Odstawił naczynie, z uwagą obserwując ruchy mężczyzny i wsłuchując się w jego słowa. Niewątpliwie, miał w sobie coś z węża.
Tylko patrzeć, jak syknie “Mój ssssskarbie…”


- Velsigne deg, wężu - pozdrowił go z lekkim skinieniem. Spodobały mu się ostatnie słowa wypowiedziane przez Marcusa. Zabrzmiał jak prawdziwy wyznawca asatru. Loki uśmiechnął się na słowa rozmówcy. Rozpoznał język norweski i mimo, że nie znał go, domyślił się co mogły oznaczać.
Zdolniacha, ja musiałam korzystać z guglowego tłumacza...


Zielone oczy zmrużyły się i spojrzały w szmaragdowe ślipia małego, misternie wykonanego węża, który miał go symbolizować. Długie palce po raz pierwszy sięgnęły do ozdoby, pogładziły opuszkami palców maleńkie drobiny lazurytu, które pozostawiły na nich wrażenie dotyku prawdziwej łuski. Loki wyciągnął nausznicę i odłożył pudełko na bok.
- Jest piękna - przyznał, celowo rzucając Donarowi dłuższe spojrzenie, ponownie wprawiając go w zakłopotanie.
Paczcie, paczcie, dopiero co Donarek pchał się z łapami do Lokiego, chciał mu a to nausznicę zakładać, a to włosy poprawiać, a teraz jedno spojrzenie go zakłopotywowuje?
Bo stracił inicjatywę.


Artysta przełknął głośno ślinę, czując na sobie silne spojrzenie. W jego brzuchu coś drgnęło,  przyprawiając o ciarki i dreszcze.
Tylko pamiętaj, nie pochylaj za bardzo głowy, bo pójdzie nosem...


Brunet obrócił ostrożnie nausznicę w palcach, nie odrywając od niej wzroku, sprawdzając na które ucho została dopasowana - na lewe. Odgarnął włosy, po czym założył ozdobę, patrząc w skupieniu przed siebie. Odjął dłonie dopiero, gdy był pewien, że srebrny wąż nie spadnie.
- Dziękuję - uśmiechnął się tajemniczo. - Dobrze jest wiedzieć, jak mnie postrzegasz. Muszę jednak coś sprostować - to nie było ukąszenie, tylko ostrzeżenie.
Znaczy, co konkretnie w tych drewnianych dialogach, którą z tych wszystkich bzdur, jakie wygadywał i mondrości rzyciowych, jakimi się dzielił, można uznać za ukąszenie, ostrzeżenie, cokolwiek?
Ta gadka o wężach może od biedy uchodzić za ukąszenie freudowskie.


- Przestań - syknął cicho, mrużąc oczy. Nie mógł znieść uczucia, które znów oblało całe jego ciało. Nie wiedział jednak, które słowo zakuło go mocniej w kajdany. Loki słysząc ton swego rozmówcy, roześmiał się otwarcie. Blondyn w międzyczasie przyjrzał się mu. Uznał w duchu, że jego towarzysz wygląda lepiej niż dobrze w tej nausznicy, była drobna i doskonale podkreślała intensywość zieleni jego oczu.
Bo oczywiście, pierzyna kandego, do tej pory ta zieleń była jeszcze za mało podkreślona!


Donar odgarnął jasne kosmyki włosów, wpadające mu do oczu, po czym sięgnąwszy po prawie pustą butelkę napitku, nalał resztkę do szklanki, wypełniając ją do połowy.
- Pamiętaj, że nie dostałeś tego za darmo. Wciąż masz wobec mnie dług - dodał surowszym tonem głosu. Jednak był dumny z siebie, słysząc słowo “dziękuję”.
Loki ściągnął brwi i poruszył głową w geście demonstującym, iż doskonale o tym wie.
- Donarze, ja zawsze spłacam swoje długi - wyjaśnił, patrząc na niego pobłażliwie. - Jak myślisz, z jakiego innego powodu mógłbym cię przywieźć do siebie?
No, ja bym powiedziała, że przywiózł go właśnie z tego innego powodu, a “spłata długu” była tylko pretekstem.


Wyższy mężczyzna zbliżył się, przyglądając się jego twarzy. Dobrze dobrał barwy szmaragdów, gdyż oczy Lokiego wydały się mu jeszcze zieleńsze nić dotychczas.


RZYG. WIELKI, ZIELONY RZYG.


Ja zaraz rzygnę Ecto Coolerem, serio...


Elegant zmrużył oczy, gdy  dystans między nimi się zmniejszył. Zauważył, że już któryś raz, świadomie albo i nie, blondyn podjął próbę przekroczenia jego strefy osobistej.
Hm. Człowiek, który się naczytał w dzieciństwie Centkiewiczów ma pewne wyobrażenie o charakterze narodowym Norwegów, ale żeby nie bazować tylko na starych lekturach, zwróciłam się po pomoc i konsultacje do Gayi, która mieszka w Norwegii już ładnych parę lat.
“Otwartość zależy od geografii - wschód, czyli okolice Oslo, Drammen to ciężka sprawa, ludzie są bardzo zamknięci, swoich przyjaciół poznają głównie w szkole, czasami w pracy, i już. Tych kilka osób im wystarczy, nie potrzebują znać nowych. Czasem się zastanawiam, jakim cudem łączą się w pary :P Na zachodzie ludzie są do rany przyłóż, a o dalekiej północy opowiadano mi cuda i dziwy. Sama mogę potwierdzić, że na dalekiej północy ludzie żyją bliżej”. Tak czy inaczej jednak - pchanie się z łapami do obcych ludzi odpada na starcie. Zresztą w ogóle takie skracanie dystansu to domena raczej południowców, to Włoch będzie rzucał się obejmować na powitanie, nie Skandynaw ;)
Oczywiście należy wziąć poprawkę na to, że Donar mógł być wyjątkiem wśród swych rodaków, jednak przeciętny Norweg nie zachowa się, jak on.


Dlaczego? Chyba nie... Zawahał się w osądzie, który jak czuł gdzieś w głębi swojej głowy, był słuszny. Nie odpowiedział na interakcję, przynajmniej nie tak, jak oczekiwał tego Donar.
Odwrócił się nie wysyłając mu żadnych sygnałów, ani nie zachęcał do gry, ani jej nie potępił. Ruszył przez salon w kierunku, w którym podłoga podwyższona została o jeden stopień. Stała tam piękna, ciemnobrązowa kanapa obita w naturalną skórę. Z jej oparcia zwisał materiał przypominający puchaty koc, który w rzeczywistości był futrem. Po bokach stały dwa identyczne fotele, pasujące stylem do kanapy. Na jednym z nich spoczywała poduszka, bogato zdobiona złotymi nićmi. Elegancki komplet
Futra i haftowane złotem poduszki… Powiedziałabym, że to elegancja w stylu linkowanego wyżej Igora z Petersburga.


zamykał się w półłuku wokół szklanego stolika kawowego na metalowych nogach, rzeźbionych w motyw roślinny. Za tymi meblami znajdowała się przeszklona ściana, za którą rozciągała się panorama Nowego Jorku, zmieniająca się wraz z porami roku niczym żywy obraz. Przy urbanistycznym dziele sztuki ustawione zostały na podłodze donice z dużymi palmami, łagodzącymi surowy charakter wnętrza,
Tak, zwłaszcza te futra i poduszki były takie surowe, że łomatko.


jednocześnie nadając mu nastroju elegancji i egzotyczności.
Phi tam, palmy. Palmy w doniczkach to sobie stoją u mnie w biurze na korytarzu i nie zauważyłam, żeby dodawały mu jakiegokolwiek nastroju.
Bo to były eleganckie i egzotyczne palmy, a nie jakieś tam zwyczajne!


Loki wstąpił na działo? podwyższenie, jednak zignorował tę część swojego apartamentu. Skręcił w lewo ku drzwiom, które prowadziły do dalszej części jego posiadłości.
Apartament w budynku to nie posiadłość, na litość boską!!!


Nim zdążył się do nich zbliżyć, do jego uszu dobiegł głos jego gościa.
- I ja muszę cię ostrzec. Nie pozwolę się ugryźć - powiedział cicho Donar, marszcząc wrogo brwi. Brunet odwrócił się ku niemu, mierząc go badawczym spojrzeniem.
- Przestań - sparafrazował jego własne słowa,
“Powtórzył jego słowo” raczej. Kolejne zadanie domowe - co to jest parafraza, kiedy się ją stosuje, wymyśl przykłady na podstawie obejrzanego w kinie “Thor 2”.


uśmiechając się zdawkowo. - Poczekaj tu, potrzebuję czyjejś pomocy, by wypełnić swoją część obietnicy - powiedział, zmieniając temat. - Jeżeli chcesz, możesz w międzyczasie zaprzyjaźnić się z moim barkiem. - Gestem ręki przyzwolił gościowi na zajęcia się jego zbiorami alkoholu i wyszedł. Zamknął drzwi, pomalowane tym samym jasnym, naturalnym odcieniem farby co ściany.
Norweg zaintrygowany a zarazem zaszokowany zuchwałym zachowaniem pana tego domu, żachnął się.
Przepraszam, bo chyba coś przegapiłam - w którym momencie Loki zachowuje się zuchwale? Szokująco zuchwale? To raczej Donar - a to dobiera się do jego alkoholu, a to narusza sferę osobistą… Poza tym, Loki jest u siebie w domu!


Przedrzeźnianie, głupie gierki. Westchnął, zdając sobie sprawę z tego, że dał się złapać na jego prowokację. Z resztą, imponująco subtelną.
Że też w ogóle ją zauważył w takim razie. Bez reszty.
Ja nie zauważyłem.


Podszedł do barku, szukając wśród tych rozcieńczonych soczków czegoś mocniejszego. Zainteresował się chyba najmocniejszym trunkiem w tej butelkowej koteryjce. Była to stara nalewka bez nalepki, najprawdopodobniej ręcznie robiona. Gdy ją otworzył zapach korzennej przyprawy, imbiru i cynamonu uniósł się w powietrzu.
Miód pitny, korzenna nalewka… dość nietypowe zaopatrzenie barku, jak na amerykańskiego biznesmena. Nie mówię, że to niemożliwe, ale można by wprowadzić to jakoś sensownie, wspomnieć coś, że np. Loki lubił egzotyczne trunki, przywoził je z zagranicznych podróży itp.


Co to za cholerstwo, pomyślał, po czym nalał do szklanki odrobinę. Skosztował tego słodkiego napoju, jego twarz skrzywiła się od ostrości alkoholu. Gardło paliło go niczym po środkach do czyszczenia łazienek [o, czyżby tego też próbował?] [ubodzy artyści muszą sobie jakoś radzić] [miałam na myśli, że pił] [no właśnie, jak ich nie stać na wyborową...], aż w końcu uznał, że to cholerstwo jest znamienite [znakomite]. Nalał pełną szklankę i począł powoli sączyć małymi łykami czując jak bardzo zaczyna boleć go gardło.
Po jakimś czasie klamka drzwi bezgłośnie opadła i drzwi na niskim tarasie otworzyły się. Loki wrócił trzymając w dłoni czarny, sztywny futerał. Jego wdzięczne opływowe kształty od razu zdradziły, że wewnątrz są skrzypce. Mężczyzna przeszedł parę kroków w stronę kanapy i usiadł na niej, instrument kładąc przed sobą na niskim stoliku. Zapięcia zabezpieczające delikatny skarb złożony w skrzyni chrupnęły, gdy smukłe palce je otworzyły. Wyjął z wnętrza smyczek oraz małą ściereczkę, w której trzymał kostkę kalafonii i zaczął nacierać włosie.
Donarz zainteresowaniem odwrócił się w stronę mężczyzny, oglądając jego przygotowania do gry. I dopiero teraz spostrzegł elegancję oraz wygórowany smak przestrzeni przed sobą, w której spoczywał czarnowłosy.
Było osób do dwudziestu. Dość ładna, lecz nieeuropejska sala przybrała natychmiast wygląd bardziej zachodni. Księżna Podhorecka i Maciej Michorowski nadawali główny ton zebraniu. Waldemar uświetniał je; zresztą wszystkie twarze rozpromienione, brzydsze lub piękniejsze, ale przeważnie rasowe, miały pewną cechę wyłączną. Gustowne uczesania i stroje pań przy mniej lub więcej wytwornych postaciach męskich tworzyły całość zupełnie cywilizowaną i bardzo estetyczną.
[Helena Mniszkówna, “Trędowata”, Tower Press Gdańsk 2000, s. 135]



Wcześniej nie zwrócił na to uwagi. Jednak nie to najbardziej zaskoczyło blondyna a sam gospodarz, który z tylko jemu posiadaną wiedzą począł odprawiać swój rytuał. Wyglądało to jak medytacja, tylko on, instrument i mankamenty, którymi o niego dbał
*po mniej więcej pół godzinie milczenia*
Ok, ja się nie znam, nigdy nie grałam na skrzypcach, może faktycznie istnieje jakaś metoda dbania o instrument za pomocą jego wad i braków


tak, jak dba się o dusze solą i dymem.


O, to znaczy, że jestem pożeraczem dusz...


Uznając pracę za zakończoną, Loki odłożył oba przedmioty na szklany blat. Elegant  ponownie sięgnął do futerału, by tym razem z namaszczeniem unieść z niego skarb - piękne, stare skrzypce Stradivariursa.
I teraz już wiemy, dlaczego Loki oszczędzał na samochodzie i wyposażeniu biura.
Eee tam, to nie Stradivarius, tylko jakiś Stradivariurs. Taka sam historia jak z rollexem.
Stradiwarius.
Swoją drogą, ciekawe, że zaznaczone jest, że skrzypce były stare. Ciekawe, jaką alternatywę miały instrumenty tworzone na przełomie siedemnastego i osiemnastego wieku. Wycieczka za pomocą TARDIS?
U nas na Jurze to jeden kowal wykuwał miecze, które od razu były stare. Stradivarius na pewno był jeszcze zdolniejszy.


Położył je sobie na kolanach, niczym drogiego mu przyjaciela i sięgnął jeszcze po mały woreczek, w którym ukryty był pewien przedmiot. Gdy wyciągnął go, okazało się, że był to metalowy kamerton. Stuknął nim o kant stolika, wymuszając na nim czysty i jednostajny dźwięk.
Na tym stoliku. Uderz w kamerton, a stół się odezwie.


Blondyn nie odrywając zaciekawionych błękitnych oczu od drobnego mężczyzny, popijał pachnący piernikiem alkohol, palący go do środka co raz [coraz] mocniej. Zapach cynamonu i korzenia nadawał tej oczyszczającej chwili jakiegoś nad-naturalnego wyrazu.
Zza okna zabrzmiało nagle: Jingle bells, jingle bells…
[dla porządku: nadawał - co? - jakiś nadnaturalny wyraz. Dalej brzmi głupio, ale przynajmniej gramatycznie]


Loki zasłuchał się przez chwilę, po czym odłożył narzędzie i zaczął sprawdzać, czy skrzypce są dobrze nastrojone. Obadał z uwagą i starannością każdą strunę, po kolei, poprawiając naciąg za każdym razem, gdy zauważył niedoskonałość harmonii dźwięków.
Po zakończeniu rytuału, chwycił smyczek i wyprostował się na siedzeniu.
Drewniana śpiewaczka odpoczywająca na jego udach, spoczęła teraz żeberkiem na jego ramieniu, zaś długi smyczek otarł się o puste struny.
Och!!! Gdybym ja umiała rysować!!! Och!!! :D
Nie wiem, co autor miał na myśli pisząc te słowa, ale Miazmat schwycił mnie za gardło z siłą Hulka.
E, ja po prostu wyobraziłam sobie taki rysunek: na kolanach Lokiego siedzi drewniany kościotrup z warkoczykami i klinuje żebro o jego ramię.
A długi smyczek? ;>
Smyczek jak smyczek, ja się zastanawiam, czym w takim razie byłyby struny...



Zupełnie nagle wewnętrzne siły rozrywające ciało Donara, te, które sprawiały iż odczuwał zażenowanie i zakłopotanie całkowicie zniknęły. Poczuł harmonię, łapiąc ją od Marcusa jak ryba srebrny haczyk.
Słyszałam, że muzyka leczy, ale że działa też na niestrawność, to nie wiedziałam.
Stradiwariusy uleczą i hemoroidy, takie są, o!


Brunet podniósł spojrzenie na mężczyznę przy barku i wstał. Ominął stolik i stanął przed nim, zajmując miejsce na przedzie niskiego tarasu, niby na scenie. Niebieskie spojrzenie oczu dziwnego towarzysza utkwiło na jego postaci z oczekiwaniem.
Tu mi dobrze, tu mi ciepło, tu sobie utkwię!


Uśmiechnął się pod nosem, ale nie dlatego, że się denerwował wystąpieniami [występami]. Bynajmniej, miał je opanowane do perfekcji.
Nie pamiętał kiedy ostatnio przed kimś występował.
Znaczy: opanował do perfekcji występy przed pustą salą?
Na żywo, ale w studio.


Gra na skrzypcach była od czasów jego młodości odskocznią od otaczających go trosk. On i skrzypce dorastali razem, razem świętowali i wspierali się w trudnych chwilach.
Skrzypeczki przyszły do niego z płaczem, kiedy im pierwszy raz pękła struna...


W pewnym momencie zaczął wręcz odnosić wrażenie, że uzupełniają się i leczą swoje rany. Zawsze był sam, skrzypce, które otrzymał w spadku były jego jedyną tarczą w dzieciństwie. Teraz już potrafił sam się obronić, jednak więź pozostała. Czasem wychodził na taras i całymi nocami wygrywał to, co leżało mu na duszy. Zacisnął delikatnie palce na gryfie Stradivarusa [O, nowa chińska podróbka? Chyba ma ich całą kolekcję. Może kiedyś aŁtorzy trafią dobrze… To mi przypomina sytuację w jakimś opku o Potterze, w którym aŁtorka BARDZO się starała napisać prawidłowo “Hogsmeade”], chciał by ktoś usłyszał jego święty śpiew, zasługiwał na to. Ta myśl sprawiła, że poczuł podekscytowanie.
- Lubisz muzykę klasyczną? - zapytał, trzymając po obu bokach skrzypce i smyczek. - Ja bardzo.
- Czy lubię? - Uśmiechnął się ładnie Donar.
Donarku, uśmiechnij się ładnie i podziękuj panu!


- Możesz sprawdzić. - Upił kolejny łyk mocnego napoju, zaś korzenny zapach wymieszał się z wonią drewna skrzypiec, tkwiących do niedawna w futerale - oryginalna mieszanka.


Brunet z namaszczeniem uniósł skrzypce i ułożył je sobie na ramieniu.
Znajome drewno, odziane w żeberko od razu wtuliło się z jego ciało, lgnąc do niego, wręcz prosząc, by na nim zagrał.
Przepraszam, co odziane w co?
Drewno. W żeberko. No naprawdę nie rozumiem, czego nie rozumiesz.






- Kojarzysz może Vivavldiego? - zapytał.
- Nie - odpowiedział Q. - Ale sądząc po nazwisku, musiał być to człowiek, który miał niezłe problemy z przedstawianiem się.
Jego ramię samo uniosło się nad instrumentem i musiał je wręcz powstrzymywać, by nie opadło na struny. Bezdomny na zadane mu pytanie uśmiechnął się pytająco.
- To, że nie mieszkam w pałacu nie oznacza, że jestem niedołężny...
Aaaaaaaaa…
Już przy “mankamentach” myślałam, że zejdę na zawał, ale teraz…
*idzie po kardamonówkę*
Ałtorzy drodzy, napiszcie przynajmniej, że Donar gada głupoty, bo jest pijany i język mu się plącze… albo, bo jest Norwegiem i nie zna za dobrze angielskiego… albo cokolwiek, tylko nie każcie mi podejrzewać, że do tego stopnia sami nie znacie języka polskiego!!!




- odparł z wrednym uśmieszkiem, czując jak jego ciało pochłania alkoholowe ciepło, poczęło władać nad ruchami i ośmielało słowa zuchwalcze.
Słowa zuchwalcze i wielce pożądawcze.


- Zaczynaj... - Ponaglił spodziewając się ze strony mężczyzny jazgotu dziewięciu światów Yggdrasillu. Vivaldi był mistrzem, nie wierzył by byle urzędas mógł samodzielnie zagrać jego arię. Upił duży łyk pierniczówki, chcąc przygotować się na to, co zaraz usłyszy…
Na litość borską, duży łyk CZEGO?!
Ojtam, nalewki potrafią mieć naprawdę dziwne nazwy.
Piernikówka, to rozumiem...
Jakby pieprzówka, tylko bardziej się po niej rozwiązuje język.
Pierniczy się po niej niczym aŁtorzy na widok Worda.


Loki spojrzał na podchmielonego mężczyznę z wyższością jeszcze większą niż do tej pory. Zupełnie jakby sam fakt, że trzymał w swoich objęciach wiekowe skrzypce, uświęcał jego osobę. Doskonale wyczuł drwinę w jego głosie. Stanął wygodniej i ustawił ramiona do gry, prostując plecy. Całe jego ciało wyprężyło się, wdzięcznie prezentując instrument, który w tym momencie był najważniejszy.
Tak tylko dla porządku przypomnę, że jesteśmy w jaoju, więc można mieć wątpliwości, o który instrument chodzi.
Przecież wyraźnie napisano, że najważniejszy…
W porządku. Nadal mam skojarzenia.
.
Poczuł jak coś w jego wnętrzu zadrgało, gdy opuszki jego palców dotknęły strun ustawiających się do pierwszych akordów “Jesieni”.
Te struny się same ustawiły? Może on ma nie skrzypce, a jakiś smyczkowy odpowiednik pianoli?


Blondyn usiadł wygodnie na podłodze, kładąc flaszkę nieznanego sobie trunku pomiędzy nogami.
I wychrypiał: Mów mi “perełko”!


Nie odrywał oczu ani na sekundę od swego towarzysza, badając walory jego urody [i w myślach wystawiając mu ocenę w skali od 1 do 10], lustrując wyuczone ruchy ręki trzymającej smyczek nad skrzypcami. Może faktycznie nie był taki zły i tylko przedwcześnie go znieważył?
Ładny, zgrabny - musi być dobry, to oczywiste.
Do gejseksów trzeba penisa, nie charakteru.
W jaoju umiejętność trzymania smyczka faktycznie może się wysuwać na plan pierwszy.


- Trochę szacunku dla Stradivariusa - syknął brunet niczym książę w obronie dobrego imienia swojego największego skarbu.
Powiedzmy sobie wprost, w obronie honoru.


- Hva er drama?... - prychnął śmiechem Donar, rozbawiony dramatyzmem. W tym momencie powieki Lokiego przymknęły się, a smyczek opadł na struny.


Uwaga, wysokie stężenie banału i egzaltacji!
Instrument wyśpiewał pierwsze dźwięki utworu. Czyste i przenikliwe, same wyrwały się spod włosia, w akordach fragmentu “Czterech Pór Roku”. Muzyka rozbrzmiała w pomieszczeniu, a zielone oczy całkiem się zamknęły, gdy brunet poddał się zaklętej w skrzypcach magii. Muzyka czarowała go za każdym razem, gdy po nią sięgał. I tym razem nie było inaczej. Przez jego uszy sączyła się do jego serca melodia, która napędzała jego palce, dłonie, całe jego ciało. To nie on grał na skrzypcach, one same śpiewały, pozwalając mu, jako staremu przyjacielowi, prezentować je przed ich gościem i widzem.


Po kilku oddechach, za koncertem podążyło całe ciało Lokiego, podczas gdy w krótkich, energicznych ruchach jego ramię podążało za smyczkiem.
I rozdarł się biedaczek na pół.


Zwolnił w subtelnym przejściu z łatwością dopasowując się do zmiany nastroju. Smyczek głaskał struny głosowe [aaaaaa!!!] skrzypiec z lekkością jesiennego wiatru, by zaraz potem wyszarpać na nich idealnie czyste dźwięki staccato, gdy rytm znów przyspieszył. Loki czuł jak w jego wnętrzu z każdą nutą malował się krajobraz czerwono-złotego lasu. Uśmiechnął się do siebie, gdy jego serce pognało wraz z muzyką.
Podsumujmy: w jedną stronę leci ręka za smyczkiem, w drugą ciało za koncertem, w trzecią serce za muzyką, a na podłodze rozlewa się wielka, czerwona kałuża.
I tylko mózgu brak.


Donar nagle spoważniał kopnięty w twarz doskonałością słyszalnych nut i w zadek perfekcją tych niesłyszalnych.
Stefcia początkowe andante grała z roztargnieniem. Obecność Waldemara niepokoiła ją. Nogi miał założone jedną na drugą. Widziała eleganckie jego buty z ostrogami, opinające
prawdziwie arystokratyczne stopy, i drażniły ją w dziwny sposób. Pierwszą wariację przegrała bezdźwięcznie.
Waldemar poruszył się, odjął rękę od czoła i palcami najeżając wąsy w sposób sobie właściwy, z podniesieniem ust w górę, patrzał na nią badawczo.
Dziewczyna dojrzała jego ruch, odczuła wzrok i zrozumiała, że spostrzegł jej roztargnienie.
Następną wariację wykonała dobrze, trzecią i czwartą z brawurą i znakomitą techniką,
piątą artystycznie, z pełnią uczucia, jakby grając mówiła zarazem... Waldemar, wsparty
na dłoni, słuchał w skupieniu.
A Stefcia (...) cieniowała piątą wariację, jakby haftując na klawiszach perłami i cudną pelą.
Wdzięczne, lekkie nuty płynęły z tęsknotą, namiętnie, pieszcząc i unosząc się w błękity.
Ostatnie akordy jęknęły rozpacznie, i nagle posypało się rzęsiste, jak złote kropelki, scherzo.
[Helena Mniszkówna, “Trędowata”, Tower Press Gdańsk 2000, s. 40]
I tak dalej, i tak dalej...



Nie spodziewał się tak dobrej gry, mimo iż istniał na to cień szansy. Uśmiechnął się do siebie, zafascynowany mężczyzną.
Hihihihi, wreszcie się przyznał ;)


Odsunął w bok przytyki oraz żarty poddając się muzyce wydobywanej z wprawą spod strun. W momencie gdy dźwięki muskały delikatnie jego uszy, niczym strumyk lub lekki wietrzyk czuł się upojony i spokojny. Zaś kiedy Marcus podrywał się ze świstem [jak przedziurawiony balonik], czuł jak jego serce zaczyna szybciej bić a on sam stawał się jakby bardziej lekki.
Zaraz zacznie unosić się pod sufitem, co stwarza interesujące możliwości w kontekście gejseksów.
Ta, zwłaszcza jak ten drugi lata ze świstem od ściany do ściany.


Loki kontynuował swój taniec ze skrzypcami. Przytulał je do siebie mocno, czując coś w rodzaju szczęścia, że jego śpiewający przyjaciel może w końcu wystąpić przed kimś i zaprezentować piękno swojego głosu. Często sięgał po skrzypce i kochał każdą minutę z nimi spędzoną, bo były to jedyne szczere momenty w jego życiu, jednak wystąpienia posiadały zupełnie inną moc. Był dumny ze swego instrumentu i chciał, by Donar zauważył dlaczego.
Dlaczego mnie ten powyższy akapit bynajmniej nie ze skrzypcami się kojarzy?...


[ciach, bo to górnolotne opiewanie gry na skrzypcach robi się cokolwiek nudne]


- A niech cię, Marcusie... - szepnął asatryjczyk, urzeczony czarowną muzyką.
Asatryjczyk!
Ciekawe, czy doczekamy się na przykład “odpowiedział mu ateista”...
Srsly, czy to tylko mnie tak jakoś głupio brzmi określanie ludzi po wyznaniu?
To nie brzmi głupio, to jest głupie. I bardzo opkowe.
Potwierdzam. Wyczucie językowe, level over -9000.


Tkwiąc w zaskoczeniu, powoli odstawił butelkę na ziemię, spoglądając raz na instrument, raz na twarz bladego mężczyzny.
Zamilkł jednak, nie mogąc dobrać odpowiednich słów. Wciąż czuł bijące wewnątrz korpusu wojsk lądowych dzwony, podnoszące jego klatkę piersiową sprawniej niż przyspieszony oddech.


Wiesz, co to za uczucie, kiedy po raz pierwszy znajdujesz się w pobrzmiewajacym muzyką miejscu... Dobrze znasz to uczucie, kiedy ekscytacja i podziw unoszą cię nad własnym ciałem.
Błękitne oczy, wcześniej mrużące się w niedowierzaniu teraz były rozwarte, ukazujące bezkres czaru muzyki, spowijającej wciąż drżące ciało. Czy mu się podobało? To było oczywiste. Musiał udawać, że nie jest tak podekscytowany, jak w prawdzie był. Nie chciał wyjść na gorliwca.  
Aż sobie wpisałam w gugla “gorliwiec synonim”, by dociec, co właściwie aŁtorzy mieli na myśli - i wyszło mi, że entuzjastę.


- Kto cię tego nauczył... - szepnął głosem niedowiarka.
Loki spojrzał w dół na mężczyznę milcząc przez chwilę, jakby wracając do ciała po dalekiej podróży. Kilka czarnych kosmyków opadło na jego twarz, kontrastując z idealnym strojem, który nosił. Na tej twarzy. Ostrożnie opuścił instrument, podtrzymując jego pudło rezonansowe. Brwi mężczyzny ściągnęły się w zamyśleniu, gdy cofał się w czasie.
- Przez część gimnazjum i liceum chodziłem na zajęcia.
Tak bardzo wcale nie jesteśmy w Polsce…
Tak bardzo nie jesteśmy, że aż mi to opko mentalnie pachnie schabowym.


Nie do szkoły muzycznej, po prostu na zajęcia z muzyki - sprostował, po czym zawahał się nad tym, jak dużo prawdy chce o sobie wyjawić.
Blondyn słuchając tych słów, zadumał się. Dosłyszał w nich coś, co jak kamień rzucony w głęboką studnię, smutno stukając o ściany, z głuchym uderzeniem ląduje w wodzie bez światła i towarzystwa. Jego oczy zatliły się, podążając za nieobecnym wzrokiem zielonych oczu, które uciekły ku skrzypcom przez zeń trzymanych.
Zeniuuu! Chono tu bliżej i wytłumacz panu, jak się pisze “przezeń” oraz co to jest związek zgody, bo najwyraźniej ktoś tu wagarował w podstawówce!
(Skrzypcom - jakim? - trzymanym. Nawiasem mówiąc, znowu wychodzi na to, ze trzymanym przez oczy…)


- Myślę, że mogę zaryzykować stwierdzenie, że instrument sam mnie nauczył. Bardzo dużo wysiłku poświęciłem na indywidualne ćwiczenia. - Loki nabrał w płuca trochę więcej powietrza, rezygnując z detali opowieści. - Pokochałem skrzypce, a one okazały mi cierpliwość. Ot cała historia.
Mężczyzna uciął opowieść i spojrzał uważnie w lśniące, niebieskie oczy.
Za. Chwilę. Dostanę. Histerii. Albo. Ataku. Furii.


Nie tylko opowieść zostanie ucięta.


Jego kciuk ukradkiem pogładził drewno Stradivariusa. Nagle odchrząknął, otrząsając się z chwilowej melancholii, nie chcąc pokazać swojej słabości. Odwrócił się zamierzając schować instrument do futerału. Donar poderwał się na równe nogi, zaś jego ciało promieniało wewnętrznym ciepłem, lecz tym razem nie miało ono zbyt wiele wspólnego z alkoholem. Podszedł powoli w stronę bruneta, czekając aż ten odwróci się w jego stronę. Nie stało się to jednak, więc okrążył go, spoglądając prosto w soczyście zielone oczy. Twarz blondyna wyrażała zachwyt i smutek jednocześnie. Chciał go dotknąć albo coś powiedzieć, lecz ponownie powstrzymał się w ostatniej chwili, kiedy dłonie zmierzały w kierunku jego ramion, chcąc je potrzeć pokrzepiająco. Jego delikatnie rozchylone usta, zastygły w niemym współczuciu.
I wyglądał jak SEWG - Standardowy Erpegowy Wioskowy Głupek.
Dla mnie nadal wyglądał jak SBY - Standardowy Bohater Yaoia. Od SEWG różni się głównie poziomem seksowności i umiejętnością sekszenia się przez trzy godziny bez przerwy.


Skrzywił się, cofając ręce w jednej chwili. Loki spojrzał pytająco na dłonie, które kolejny raz uniosły się w jego kierunku. Czuł się z tym nieswojo, ale aktualnie nie miał ochoty tego drążyć, więc ponownie zignorował gest.
- Marcusie, doceniam to. Dziękuję - odparł Donar pospiesznie, machinalnie rolując przy tym usta.




Zdjąć Frani okulary i wszystko będzie się zgadzać...



- W porządku. Tak się w końcu umawialiśmy. - Po chwili ciszy dodał. - Zdaje się, że teraz jesteśmy kwita - stwierdził Loki, okrążając mężczyznę i szklany stolik. Co on w ogóle sobie wyobrażał, co myślał, zapraszając do swojego domu obcego włóczęgę?
To doskonałe pytanie. Ten zwrot akcji jest tak naciągany, że można by z niego strzelać jak z łuku.


Może i mężczyzna okazał mu szacunek i zdobył jego uznanie przez ogromne poświęcenie, jednak wciąż nie zmniejszało to dzielącej ich przepaści. Ta znajomość nie miała najmniejszych szans i lepiej będzie dla niego, jeżeli przestanie dostrzegać w oczach norwega szczerość i życzliwość, której nigdy i tak przecież nie doświadczył.
Biedny, mały, bogaty chłopczyk, chlip, chlip.


Bezdomny nie dał się zignorować, znów stając przed biznesmenem, czując jak wzbierająca krępacja zaczyna go dusić.
Skrępowany. I troszkę podduszony. ];->


Uparł się mu pomóc.
I miał głęboko w dupie to, że Loki mógłby wcale tej pomocy nie chcieć?


- Zaczekaj. To wszystko? - Poganin zapytał, brzmiąc tak, jakby był pełen trosk.
Wot i znowu. Do cholery, jakie znaczenie w tym momencie ma to, że facet jest takiego akurat wyznania? Gdyby chociaż prowadzili jakąś rozmowę na temat wiary, niewiary, bóstw takich czy innych albo możliwości życia po śmierci…
Jeszcze nie mieliśmy “dwudziestopięciolatek powiedział…”
Bo aŁtorzy nie umieją pisać. Oto, czemu.


Layford zatrzymał się w półkroku. - Pamiętasz jak mówiłem o tym, że jesteś zmęczony? - zapytał nagle, tym razem nie mogąc się powstrzymać od braterskiego dotyku. Chwycił mężczyznę za ramiona, potrząsając nim lekko, jednorazowo.
A potem wyrzucił zużyty chwyt do kosza.


Loki drgnął na niespodziewany i niechciany dotyk. Zmarszczył groźnie brwi, spoglądając znacząco na spoczywające na jego ramionach dłonie, a potem na mężczyznę.
- No i? - warknął. - Czy mógłbyś?
- Bez sensu starasz się ukryć ten fakt. Każdy głupi widzi, że coś jest nie w porządku. Nie pozbędziesz się tego problemu uciekając przed nim. Na syk mężczyzny oderwał swoje dłonie, lecz tak, iż ich ciepło wciąż było wyczuwalne na skórze, pomimo koszuli.
A ten co, bawi się w bioenergoterapeutę?


- A ja uważam, że ty bez sensu starasz się to zmienić - odciął się. Tak, był przepracowany. I tak, czasem miał dosyć wyścigu szczurów, jednak temu włóczędze nic do tego. - Lepiej odpuść sobie, jesteśmy z dwóch różnych światów i nie zrozumiemy się - Zrobił dwa kroki do tyłu, wycofując się z ciepła dłoni blondyna. Odwrócił się i idąc w kierunku centrum salonu, ponownie przyłożył skrzypce do ramienia. Chłodne drewno od razu wtuliło się w niego, jakby chcąc uspokoić jego wzburzenie. Loki zwilżył górną wargę i przyłożył silnie smyczek do strun, znów uciekając w muzykę.
Donar zastygł na chwilę w bezruchu, czując urazę po tych słowach. Postanowił poczekać, aż wąż zacznie znowu grać. Spuścił głowę wsłuchując w dźwięki instrumentu. Leniwie podreptał do butelki dziwnego alkoholu i pochylił się. Podniósł ją i zamaszyście wychylił spory łyk. Podszedł z powrotem powolnym krokiem w stronę czarnowłosego, czując jak wzbiera w nim irytacja. Nie pozwalał się ignorować. Nie pozwalał też na ucieczkę, a na pewno nie osobom, którym chciał pomóc.
O borze, borze zielony, liściasty i szumiący, strzeż nas przed takimi nadgorliwcami!!!
(Ciekawe, czy Donarek gania po ulicach, wyrywając staruszkom siatki z zakupami, żeby odnieść je do domu…)


Słuchał swojej intuicji, zaś ta zawsze mądrze mu radziła.
ROTFL




Stanął tuż przed biznesmenem wtulającym policzek w instrument. Sapnął oddechem pachnącym korzeniem, cynamonem i alkoholem. Wiedząc, że jego towarzysz jest teraz zajęty muzyką, postanowił go obudzić z transu. Mimo cudu jego gry... Podniósł flaszkę ponad swoją głowę, po czym cisnął nią o podłogę z całej siły, tak, że kawałki szkła znalazły się dosłownie wszędzie. Chwycił ramię kompana. Dla Lokiego wszystko stało się zbyt szybko, który zapadając w niespokojne dźwięki sonaty Debussyego, szybko stracił kontakt z rzeczywistością.
Kontakt z gramatyką stracił natomiast już dawno, dawno temu.


Otworzył oczy w momencie, w którym poczuł szarpnięcie.
- Marcus. Spójrz mi w oczy! - warknął groźnie. [Loki warknął, tak?]
- Ty chyba czegoś nie rozumiesz - kontynuował. - Pozwól, że ci przypomnę: występujemy w yaoiu, mamy za sobą już prawie sto stron tekstu, więc wreszcie zaprosiłeś mnie do mieszkania… po to, żeby mi grać? Odłóż natychmiast te cholerne skrzypce i przejdź do dalszych punktów programu, bo nam widownia ucieknie i zażąda zwrotu za bilety!
- Ja mam tylko jedno pytanie - wtrącił się nagle Q. - Możemy wrócić do Desmonda i Gonzaleza? Bardzo proszę...


- Popatrz tam. - Wskazał na okno. - Co widzisz za oknem? - zapytał, starając się brzmieć ostro. Ciemnowłosy brutalnie sprowadzony z powrotem na ziemię, spojrzał na swoje odbicie w szybie zajmującej całą ścianę. Czując jak wszystko znów się w nim wycisza zamrażane przez zimną furię, przeniósł spojrzenie na odbicie bałaganu w salonie, a potem na twarz Donara. Odchrząknął, przeczyszczając gardło [łoooooo, ten cudny anglicyzm, występujący w prawie wszystkich tłumaczeniach opek! Nie, po polsku tylko odchrząkamy i już], po czym odezwał się ze spokojem, wróżącym coś niedobrego.
- Donarze, pozwól, że odłożę skrzypce. Dobrze? - zarządał.
Gdyż był członkiem zarządu.


- Zapytałem, co widzisz za oknem? - powtórzył, przyciągając ramię mężczyzny do siebie. Wiedział co robi. - Co tam jest? Budynki? Drzewa? Ludzie? Mów!


- Obiecuję ci, że będziesz mieć problemy z policją. - Wbił spojrzenie w odbicie oczu blondyna. - Ostatni raz ostrzegam...
- Nie obchodzi mnie to. Niech mnie zakują i zamkną - warknął mu do ucha. Po chwili odezwał się łagodniej, mimo silnego i głośnego tonu. - Wiesz, co jest za tym oknem? To jest świat. Przypatrz się dobrze - Dał mu chwilę, po czym odwrócił go twarzą do siebie.
- Ty i ja mieszkamy na tym samym świecie, razem. Czy tego chcesz, czy nie, jesteśmy ludźmi. Niczym się od siebie nie różnimy. NICZYM.
A jak nie wierzysz, zaraz ci to udowodnię!


Uścisk na jego ramionach zelżał i brunet chciał się wyszarpnąć, ale nie mógł się ruszyć. Niepokojące słowa i błękit oczu przykuły go do podłogi, zapewne zgodnie z planem włóczęgi. Przeklął w duchu. Donar kontynuował.
- Coś innego sprawia, że jesteś inny niż wszyscy, twoja oryginalność bierze się... - zamilkł na chwilę, zagapiwszy się w oczy bruneta. - Twoja oryginalność bierze się stad... - Puścił go.
Donar patrzył na niego w taki... inny sposób. Jakby z bezinteresowną troską. Nikt z jego wieloletnich znajomych nie posiadał takiego spojrzenia.
To logiczne - spojrzenie to nie przedmiot, więc się go nie posiada, tylko po prostu MA.


Mężczyzna na chwilę urwał swój monolog, a brunet przełknął nerwowo ślinę, czując jak jego serce z nieznanych mu powodów przyspieszyło. I wtedy silna dłoń, jakby wyczuwając to, spoczęła na jego piersi i przykryła je, sprawiając, że uderzyło jeszcze mocniej.
Japierdolę…
Kogo? Bo boCHaterów opka bym się bał, nie wiadomo, czy to nie jest zaraźliwe.


Loki uciekł wzrokiem, po raz pierwszy od wielu lat naprawdę będąc zakłopotany. Spróbował zrobić choć pół kroku do tyłu, by uciec od ciepła dotyku drugiego mężczyzny.
- Jak mam to rozumieć? - zapytał ściszając głos. Zerknął na podążającą za nim dłoń.
Włóczykij westchnął cicho, słysząc to pytanie.
- Mówię o tobie, o tym kim jesteś naprawdę. Wtedy, kiedy wąż zdejmuje swoją skórę, a biznesmen odkłada maskę grając na skrzypcach - wyjaśnił, nie przestając patrzeć w oczy męża, nawet, jeżeli ten uciekał.
PRZEGAPILIŚMY ŚLUB???!!!
Eee, taka tam drobnostka. Ale te oczy, te oczy!
Ale… ślub bez seksów?
(Ślub można przeoczyć, seksów w yaoiu - nigdy, muszą się ciągnąć co najmniej na trzy strony)


Loki zastygł na chwilę słysząc odpowiedź, starając się z niej wyłuskać tyle ile mógł. Zdawało się, że rozumiał sens słów, jednak nie mógł pojąć dlaczego padły. Brunet szukał ukrytego interesu Donara [Miazmat!] w tym co robił, ale nie potrafił go dostrzec.
Uuuuu, to fatalnie. Ale chirurgia plastyczna narządów płciowych podobno czyni cuda.


Poczuł jak część jego wnętrza została obdarta z muru, którym się otaczał i bardzo mu się to nie spodobało.
Zaraz, Loki był otoczony murem, który znajdował się wewnątrz niego? Niech mi ktoś to pokaże na rysunku technicznym…
Oj, jak ten pijak, co go zamurowali w słupie ogłoszeniowym.


Jak taki przybłęda i wieśniak był w stanie to zrobić? Jak w jego zachowaniu doszukał się jego prawdziwej istoty, i po co do cholery? Mimo narastającego w nim niepokoju odważył się ponownie zmierzyć z jaśniejącym błękitem. Silił się na spokój, czując jak z jego wewnętrznego muru odpadają kolejne cegły z hukiem roztrzaskując się o ziemię.
- Po co to robisz?
Jasnowłosy mężczyzna nierozerwalnie oglądał zieleń oczu towarzysza, niemal wisząc swoją twarzą nad jego białym licem.
Jak, do murwy-szmurwy, można coś oglądać “nierozerwalnie”?! Ludzie,  czy wy naprawdę nigdy w życiu nie używaliście słownika języka polskiego?
Używali słownika synonimów, wybierając z niego na ślepo, co im najładniej brzmiało.
W ogóle całe to zdanie jest tak idiotycznie pokręcone, że bardziej chyba nie można. A wystarczylo napisać po  prostu: “nie odrywał spojrzenia od oczu swojego towarzysza”.
Ale ze słownictwem grafomani już sto lat temu mieli kłopoty:
“Mniszkówna była zupełnie bezbronna wobec słów, którymi chciała się posługiwać. Nie posiadając wyczucia i intuicji językowej, (...) rzucała słowami na oślep, wiązała je ze sobą najdziwaczniej, lekceważąc ich wartość, sens i logikę. Jej zmagania z metaforą, z konkretem i abstraktem wiodły zazwyczaj do groteskowej klęski. Kończyło się na tym, że ‘Stefcia bujała w lśniących wizjach, czując pewną ciasnotę w dotychczasowych warunkach (...)’ “
[Teresa Walas, posłowie do “Trędowatej”, Tower Press Gdańsk 2000, s. 315]


- Chcę ci pomóc - odparł po krótkiej ciszy, nie spuszczając dłoni z piersi niższego mężczyzny.
Loki zacisnął mocniej zęby, czując dziwne, nie znane mu dotąd czucie. Zielone oczy przez ułamek sekundy zalśniły nową emocją, by znów stać się zimne i podejrzliwe. Asatryjczykowi jednak ten blady blask w chłodnych oczach biznesmena wystarczył, by i w jego niebieskim oku płomień zatlił się skrycie.
Zaraźliwa postać zapalenia spojówek.


- Dlaczego? Jaki masz w tym cel? - zapytał Loki. Musi wiedzieć. Musi to zrozumieć.
- Ponieważ cie polubiłem - odparł blondyn, uśmiechając się niepewnie, sądząc, że ta odpowiedź, tak prosta i oczywista może wydać się aż zanadto banalna. Jednak nie skłamał. Nie miał większego powodu, by pomóc Marcusowi. Ufał swojej intuicji, która podpowiadała mu, iż ten mężczyzna jest tego wart.
Czarne, wąskie brwi ściągnęły się w niezrozumieniu, a w chwilę potem w ich ślady poszła cała jego mimika. Nikt nigdy…
Mimika też się ściągnęła.



- Co...? - zaśmiał się Loki. - To nie ma sensu. Ludzie nie robią rzeczy, nie pomagają sobie, bo kogoś polubili. - Machnął ręką, a smyczek, który trzymał przeciął ze świstem powietrze.
- Ja tak robię. Czy to znaczy, że nie jestem człowiekiem? - zapytał trochę rozbawiony swoją poprzednią wypowiedzią oraz reakcją swego gospodarza. Wciąż pochylał się nad Lokim, pozwalając sobie dotknąć jego ramienia. Biznesmen przyjrzał się rozmówcy z uwagą, jakby faktycznie brał pod uwagę taką możliwość. W końcu syknął, znów cofając się przed dłonią, która spoczywała na jego piersi, emanując silnym ciepłem.
- Muszę przyznać, że czasem tak się zachowujesz. Jakbyś przyleciał z innej planety - odpowiedział.
No właśnie. Weźcie wy się, kurnać, zdecydujcie, czy to jest Donar Brekken, który pół życia spędził włócząc się po całym świecie - naszym świecie - czy Thor, który dopiero co spadł na zbity pysk z Asgardu i średnio się orientuje, jak to wszystko działa w Midgardzie…


A w ogóle tak sobie myślę… My tu się produkujemy, znajdujemy dziury w fabule, niekonsekwencje w charakterach postaci… a tymczasem aŁtorzy spojrzą na nas niewinnym, błękitnym spojrzeniem, pytając: “Aleosochodzi? To jest yaoi, bohaterowie mają być ładni i na koniec mieć seksy, wystarczy!”
Wiesz, to opko reklamuje się na fujzbuku tak: “Jest to opowieść niosąca przesłanie o prawdzie życia, o tym co jest w nim najważniejsze. W rozwijającą się znajomość dwójka mężczyzn wplata ból straty, kłamstwo i brak zaufania. Jeden uczy drugiego pokazując mu jego samego. Historia choć pełna cierpienia mówi odzyskiwaniu samego siebie i nauce latania. Pokazuje, że kłamstwem można walczyć o prawdę, tak jak szczerością i zaufaniem można uleczyć komuś serce.”
Wręcz zadziwiające, jakimi słowami można opisać durną historyjkę o spotkaniu dwóch kukieł bohateropodobnych, dążącą głównie do wziętego z dupy romansu i scen seksu. Zauważ też, że tu “prawda życia”, “odzyskiwanie siebie samego” itp., a co nam prezentują aŁtorzy? Kawałki strategicznie ucięte tuż przed seksami, co by zachęcić potencjalnych czytelników najwyżej ukazaniem prawdy rzyciowej. W pełnej krasie, oczywiście.


Jego silne wzburzenie zostało zmiażdżone przez dezorientację.


Ten człowiek był niczym wirus w systemie komputerowym jego świata; całkowicie nie pasował i zaprzeczał wszystkiemu w co wierzył i znał. Na pewno jesteś zupełnie kimś innym, niż wszyscy których do tej pory spotkałem, pomyślał, patrząc głęboko w niebieskie oczy.
Donar rozpromieniał, mimo iż elegant odszedł od niego na kolejny krok. Po krótkiej wymianie spojrzeń, włóczęga rozejrzał się dokoła. Nagle złapał delikatnie Marcusa.
Długie miał ręce...


Oplótł ramionami w talii, podnosząc go bez większego problemu. Zielone oczy otworzyły się szeroko.
- Chwila, co ty kurwa robisz?! - wycedził przez zęby, co bardziej zabrzmiało jak krzyk. Został zaskoczony, bardzo. Jak mógł się spodziewać takiej bezpodstawnej poufałości?
Z narracji wynika, że wycedził Donar, no bo przecież kto? Zielone oczy?


Chryste, pomyślał mimo ateizmu, facet mnie przytula!
Jak trwoga, to do Boga? :P
A tak serio, to te różne “dżizaskrajsty” i “rany boskie” tak wrosły w język potoczny, że i ateista rzuci nieraz coś takiego - po prostu odruchowo.
Ba, mnie się nawet zdarza powiedzieć “Boże, proszę, niech coś tam” :)
Ja zwykle mówię “Sir Ianie McKellenie, niech coś tam”. Wychodzi na to samo.


Zamajtał w powietrzu nogami,
Borze, totalnie widzę tu obrazek z taką typową pin-up girl z lat 50-tych...


czując jak chwilową dezorientację i zaskoczenie znów zalewa złość. - Postaw mnie natychmiast!
Donar nie zważając na krzyki odwrócił się ostrożnie, by nie nadepnąć na rozbite liczne kawałki szkła, po czym zaczął stąpać w kierunku barku. Po drodze zostawił kilka czerwonych plamek na podłodze albowiem malutkie kawałeczki przebiły się przez jego skarpetki, kalecząc.
Loki nigdy nie spotkał się z takim traktowaniem i znów gotów był pobić się z tym typem. Co za bezczelność i nachalność! Zmienił uchwyt smyczka i ryzykując jego uszkodzenie, uderzył wnętrzem nadgarstka z całej siły w skroń.
- Puszczaj.mnie.do.cholery - warknął rozjuszony,
Nie, aŁtorzy. Nie oddaje się takim zapisem mowy, jak rozumiem, nacechowanej złością, furią, w której bardzo wyraźnie i oddzielnie wymawia się każde słowo. Nie robi się tego tak, jakby to był adres internetowy, przed którym brakuje wam tylko “http://”
Prawidłowo zapisuje się to tak:
“- Puszczaj. Mnie. Do. Cholery - warknął, rozjuszony.”
Widać różnicę?


gotowy poświęcić o wiele więcej niż smyczek w obronie własnej godności. - Pieprzysz farmazony, a potem traktujesz mnie jak kobietę!
A ja wolałbym odwrotnie!!!


Zniszczę ci życie!
Na uderzenie Donar jedynie przymknął oko, wybuchając głośnym śmiechem spowodowanym komentarzami i pogróżkami. Syknął z bólu dopiero w momencie, gdy mocniej wbił w swoją piętę cząstkę kwarcu.
Pirzgnął butelką z taką siłą, że szkło rozpadło się na składowe związki chemiczne.
Oni zachowują się jak w przedszkolu, zupełnie...


- Gdzie masz sypialnię w tej chałupie? - spytał. To zabawne, że małe skaleczenie w stopę było bardziej bolesne niż szamotanina Marcusa. Loki zamarł na chwilę w grozie. Nagle wszystko stało się jasne. Nagle rozumiał do czego zmierzał włóczęga. Poczuł się oszukany, tak bardzo.
A myślałem... *chlip* ...że on ma uczciwe zamiary… *chlip* :(


W jego czaszce wybuchła tak silna nienawiść, że gotów był go zabić...
- Och, więc tak to jest? - nienaturalnie spokojny głos Lokiego rozlał się w jego słowach niczym jad. Źrenice jego oczu zwęziły się sprawiając, że widoczna była prawie tylko i wyłącznie, płonąca od emocji zieleń. - Starałeś się mnie zdezorientować bezsensowną paplaniną, a teraz myślisz, że wolno ci mnie obłapywać. Jeżeli chcesz się ze mną przespać to powiem ci, że zabierasz się do tego w kompletnie zły sposób.
Po prostu SŁYSZĘ, jak mówi to takim sztucznie cienkim, afektowanym głosikiem, jakiego używa się w dowcipach o gejach, typu “och, a ja taki nieuczesany”.
Ta cała sytuacja jest tak głupia, że naprawdę, nie mam pojęcia, jak to skomentować. Jakim cudem KTOKOLWIEK uznał to za wiarygodne przestawienie relacji?! :<<<
Mogli tak uznać ci, których cała wiedza na temat relacji międzyludzkich pochodzi z blogaskowych opek i yaoiców.


Donar nogą otworzył jakieś drzwi, które okazały się być zamknięciem od obszernej łazienki. Zatrzymując się w jej nie oświetlonym wnętrzu, odparł trochę zdziwiony.
- Zwariowałeś bracie? - Zniesmaczył się. - Tylko się z tobą droczę. Nie myślałem o tym żeby się z tobą przespać... - odparł odrobinę zawstydzony i oburzony wychodząc z łazienki.
- Gówno prawda. Nie wierzę w ani jedno twoje słowo - wycedził z zimnym spokojem Loki. To był zły znak, kiedy krzyczał można było jeszcze do niego dotrzeć, ale kiedy jego gniew stawał się cichy i wyrachowany z reguły oznaczał, że zaplanował coś złego. - Nie masz pojęcia z kim zadarłeś. Będziesz żałować, obiecuję...
Bezdomny (what the fuck!!!) (nie what the fuck, tylko aŁtorów nauczyli w szkole, że w celu uniknięcia powtórzeń należy używać różnych określeń na bohaterów - no to używają…) powędrował do następnych drzwi, które tym razem okazały się być wejściem do sypialni. Posadził mężczyznę na łóżku i uśmiechnął pociesznie. Wyglądał naprawdę niewinnie. Loki spojrzał na mężczyznę ponad nim, wściekłość za namieszanie mu w głowie i upokarzający żart odebrała mu trzeźwość myślenia. Uśmiechnął się jadowicie do blondyna ponad sobą i przepełzł przez łóżko, stając po jego drugiej stronie, jak najdalej od szaleńca. Wsunął pod mebel smyczek i jego skrzypce, cenniejsze niż całe złoto tego świata. Gdy skarb był już względnie bezpieczny, zwinął się jak wąż i rzucił do szafki nocnej stojącej u wezgłowia łóżka. Smukłe dłonie w pośpiechu wyszarpnęły najniższą szufladkę i wyciągnęły z niej... pistolet.
- Masz przejebane - wycedził słodkim głosem, odbezpieczając broń i celując nią w głowę przeciwnika. - Jeden ruch…


ROZDZIAŁ 3 (fragmenty)


- Marcus... Co to jest...? - zapytał Donar, utrzymując spokojny i powolny ton głosu. Kurwa, kurwa! Po raz pierwszy ktoś do niego celował. Znieruchomiał, blednąc jak ściana. Zamknął na chwilę oczy, biorąc głębszy oddech. Dał się złapać... Czując się jak kaczka na odstrzał, stał w bezruchu, w pozycji w jakiej pozostawił Marcusa na łóżku. Kurwa, co jest?!
- Nie chrzań, że nie rozpoznajesz broni palnej - syknął czarnowłosy. - I nie mam na imię Marcus. - Na pociągłej, bladej twarzy wykwitł zbyt szeroki uśmiech, odsłaniający szereg równych, białych zębów. Mężczyzna zaśmiał się.
- To nie jest śmieszne, odłóż go - rzekł blondyn, uśmiechając się mimo własnej woli. Bawiła go ta sytuacja, bawił go własny strach i zaskoczenie.
Tak. W komentarzu pod poprzednią częścią ktoś napisał, że wyobraził sobie Donara jako dobrodusznego, lekko upośledzonego człowieka o łagodnym uśmiechu. Zaczynam się coraz mocniej skłaniać ku tej teorii.


- Muszę przyznać, że faktycznie przed chwilą mnie też nie było do śmiechu. Teraz jednak nie mogę się z tobą zgodzić. Nagle stało się bardzo zabawnie.
Donar zmarszczył brwi, nie wiedząc co powiedzieć.
- Marcus, a ta kobieta...? - starał się przypomnieć jej nazwisko, tudzież imię, ale zdawał sobie sprawę, że mężczyzna wiedział o kogo chodzi. Zaśmiał się do siebie, nie wierząc w to, co się właśnie działo.
Po co i dlaczego przypomniała mu się akurat w tym momencie Tabitha (sekretarka), to nawet bór zielony nie wie...


- Hm... zdaje się, że przed chwilą powiedziałem ci, że to nie jest moje prawdziwe imię
Oni chyba połowę dialogów przekazali sobie telepatycznie, bo ta odpowiedź nijak nie składa się w całość z pytaniem.


- twarz Lokiego stała się aktorską maską, która udała zastanowienie. - Nie życzę już sobie byś mnie tak nazywał - pokręcił głową, robiąc do niego słodkie oczy. Och, odegra się teraz za wszystko.
- Stary, to nie jest śmieszne, proszę. Jeżeli to żart, to faktycznie udało ci się mnie nabrać... - Jego śmiech stał się bardziej nerwowy. Starał się siebie przekonać, że to tylko dowcip, że Marcus to Marcus, ale nie zmieniało to faktu, że na pewno miał zaburzenia dysocjacyjne osobowości i celował do niego z odbezpieczonego HS-9!
Mujborze, Donar to naprawdę zna się na wszystkim - i biżuterię zrobi, i diagnozę psychiatryczną postawi, i takie trudne słowa zna, i w stresie, na celowniku, odróżni HS-9 od, powiedzmy, Glocka… *pełna podziwu*


- Nie spodziewałeś się, co? Myślałeś, że dasz radę mnie omotać i wykorzystać - Loki wykrzywił w pogardzie twarz, a potem zaśmiał się szaleńczo. Uśmiechnął się promiennie do blondyna - Nic z tego. Popełniłeś zasadniczy błąd. Wiesz jaki? Uznałeś, że potrafisz mnie rozgryźć. A tak naprawdę gówno o mnie wiesz, podczas gdy ja wiem o tobie dosłownie wszystko.
Brunet pokręcił głową, ściągając usta i unosząc brwi. Blondyn zamrugał, ostatecznie rzucając pełne niezrozumienia spojrzenie.
Idźcie wy w cholerę z tymi szyframi mimicznymi.
...palec na nosie - to litera “a”, palec na lewym oku - to “b”, palec na prawym oku - to “c”. Na każdą literę inny ruch: drapiemy się w ucho, pocieramy brodę, klepiemy się po głowie, i tak aż do “z”, kiedy robimy zeza. Niesamowite!
(Sempé i Goscinny, Mikołajek i inne chłopaki, Warszawa 1979, s. 119)


Serce bruneta biło mocno w piersi. Pompowało gniew i z jakiegoś powodu też bolało.
Może gniew był gęstszy od krwi i miało trudności?


Loki, ty głupcze, pomyślał. Naprawdę mu uwierzyłeś?
Ten prawdziwy Loki rzucił Layfordowi spojrzenie przepełnione bezbrzeżną pogardą. Że też takie coś plącze się po świecie kalając jego imię!


- Widzisz, że śpię z bronią, opływam w bogactwie [w bogactwo] i wszyscy są mi posłuszni,
A tego to akurat Donar nie miał okazji zaobserwować.


i uważasz, że telefon w garażu jest dla mnie problemem? - zaśmiał się.
Ciekawe, co mu pomoże telefon w garażu, skoro są w mieszkaniu.


- A co jeżeli mam ich więcej? Albo mam podsłuch, co? Może policja jest już w drodze, hm?
- No to świetnie, jeżeli masz. Zgarną cię, gdy się dowiedzą. Jak to wygląda? Szef wielkiej korporacji zaprasza do siebie kogoś mojego pokroju - ładującego się pod koła faceta. Bierze od niego błyskotki bez certyfikatu i podatku, częstuje alkoholem i gra dla niego na skrzypcach.
Póki co, nic tu nie jest przestępstwem...


A potem typ mojego pokroju przenosi szefa do łóżka, żeby nie pokaleczył sobie stóp - zaśmiał się cicho, starając się coś wykombinować. Grał na zwłokę.
- No właśnie, jak to wygląda? - brunet uśmiechnął się słodko. - Dwudziestopięcioletni norweg, wielokrotnie notowany i karany,
Ejże! Obcokrajowiec, który wszedł w Stanach w konflikt z prawem, tak sobie swobodnie wyjeżdża stamtąd i znowu wraca? A Immigration co, śpi, czy też się zagapiło w jego błękitne oczy? No, chyba że Donar jest w Stanach nielegalnie…


usilnie stara się wejść do biura jednej z większych firm w Stanach, by zobaczyć się z jej szefem, prawie przy tym nie wdając się w bójkę z ochroniarzami. Potem nagle znika, by po pół roku powrócić.
A w ogóle, to co by aŁtorom szkodziło umieścić całą akcję w Europie? Paryż czy Berlin są równie dobrymi siedzibami dla Takiej Wielkiej Korporacji, a Donar, jakby się uparł, to mógłby sobie i na piechotę przewędrować całą strefę Schengen od krańca do krańca.
W Ameryce mają Pop-tartsy. Twój argument jest inwalidą.


Tym razem jednak nasz główny bohater przywozi podarek, który wydaje się o wiele zbyt kosztowny, by bezrobotny rzemieślnik dał radę sam uzbierać pieniądze na materiały potrzebne do jego wytworzenia.
Skoro dał radę co najmniej trzy razy uzbierać na podróż przez Atlantyk, to co mu tam jakieś materiały.


Znowu przychodzi do firmy i tym razem jakoś udaje mu się spotkać z osobą, której szuka. Wręcza biżuterię drugiemu dorosłemu mężczyźnie, którego widział aż całe dwa razy w życiu, chociaż nic o nim nie wie. Uwaga, bonus pierwszy, podejrzenie o próbę gwałtu.
Ta. Już widzę tego policjanta przyjmującego skargę: No ale przecież sam go pan zaprosił, piliście razem alkohol, przyjął pan prezent…  


Bonus drugi, aby zrealizować swój plan specjalnie przemierza Atlantyk. Brzmi to na opowieść o kimś zdrowym na umyśle?
Hihihihi, cały ten fragment brzmi tak rozsądnie, że Dzidu myślała, że to czyjś komentarz, w którym kolor nie złapał :D
Potwierdzam i nadal jestem w szoku! Nie zauważyłam też tego zgrzytu w “brzmi to NA opowieść…”


Nastąpiła chwila ciszy, podczas której Donar zrozumiał, że Marcus naprawdę nie był zwykłym biznesmenem pracującym w Frost Company. To nielogiczne. Skąd miał informację o jego wieku i notacjach?
Od aŁtorów.
Znał się na muzyce, więc notacje nie były mu obce.


- Naprawdę przeniosłeś mnie, żebym sobie nie pokaleczył stóp? - zapytał nagle Loki, a blondyn przewrócił ze zrezygnowaniem oczyma.
- Oczywiście, że tak, pedale! Naprawdę myślałeś, że chce cię zgwałcić?! - warknął zszokowany. Zielone oczy Lokiego wpatrywały się w Donara, a on sam zatrzymał się w bezruchu przy komodzie. - A tak po za tym, sam zarobiłem na każdą część tej rzeźby - dodał oburzony. Ta sytuacja była po prostu abstrakcyjna.
- Wierzę, ale sędzia już nie koniecznie musi - Loki wycedził przez zęby, ponownie nadając swemu głosu [oczko mu się odkleiło, temu misiu] bardzo nieprzyjemny ton. Donar był pod wpływem zbyt silnego stresu, by skłamać, wydawał się też wierzyć w to, co sam mówi. Jego słowa znów zaczęły mieszać Lokiemu w głowie. Sam już nie wiedział, co jest prawdą - Za kogo ty mnie masz...
- Kimkolwiek jesteś, uważam cię za człowieka... - Donar przygryzł wargę, wypowiadając te słowa.
Zastanawiał się, czy ryzykować dalej z “I nic, co ludzkie, nie jest ci obce”.


Starał się w potoku nerwów nie stracić samego siebie. Był gotów w każdej chwili rzucić się na pierwszy lepszy ostry przedmiot i zaatakować napastnika.
A takiego ładnego tulipanka zostawiłeś w tamtym pokoju...


- Zdaje się, że nie zauważasz, że pewne rzeczy, które robisz są co najmniej nie na miejscu. Oświecę cię, noszenie w ramionach obcego, dorosłego mężczyzny BEZ jego zgody, nie należy do normalnych... - odgryzł się Loki. - Och, nie ważne, teraz jest tak jakby troszkę za późno. Trzeba było pozwolić mi się pokaleczyć, gdy kazałem się postawić. O, albo lepiej, nie rozbijać jebanej butelki i nie szarpać mnie jak pachołka!
“Szarpanie pachołka” nie kojarzy mi się z niczym przyzwoitym.
Jebanie butelki zaś kończy się zwykle na ostrym dyżurze.


- Świetnie, przepraszam, że jestem taki lekkomyślny! Jak mogłem chcieć dla ciebie dobrze? - wkurwił się. Mężczyzna [p]osądzał go o wszystko, o byle co i pozwalał mu na to tylko dlatego, że miał pistolet.
Znowu to “osądzać” zamiast “posądzać” - chyba że mamy do czynienia z klasycznym opkowym “nie osądzaj mnie, skoro mnie nie znasz”?


- Właśnie to miałem na myśli mówiąc, że się nie zrozumiemy - warknął, powoli idąc w kierunku komody. Nie spuszczał go ani na moment z oczu, cały czas celując w pierś.
- Ja pierdolę... Możesz nie traktować mnie jak swoją własność?!
- Nie traktuję cię jak swoją własność, chociaż bardzo bym chciał żeby tak było
BORZE. Ktoś się chyba pomylił i dał tu napisy z całkiem innego filmu. Przecież te dialogi nie mają NIC wspólnego z sytuacją...
Srsly, aŁtorzy, trzymanie kogoś na muszce, to jest “traktowanie jak własność”, srsly?


- odpowiedział ze zdecydowaniem, docierając do komody. Uchylił po omacku jedną z szuflad i wygrzebał z niej telefon.
Donar nie wiedział, jak ma zrozumieć te słowa. Jego oczy podążały w miarę możliwości za drobnym mężczyzną. Jeżeli chce zrobić ze mnie swoją zabaweczkę..., pomyślał.
...to ja nie mam nic przeciwko!


Sapnął po chwili, czując jak spod jego stopy wydobywa się coraz więcej krwi, a ból staje się dotkliwy. Przeklęte szkło. Faktycznie mógł darować sobie tłuczenie butelki.
- Wyjmij mi chociaż pierdolone szkło... - rzekł ciszej, starając się nie ruszać.
Na sugestię zielone oczy spełzły po ciele mężczyzny, zatrzymując na małej kałuży krwi.




Czarne źrenice powiększyły się.
A te różowe wręcz przeciwnie, zmalały.


- Jakie to urocze... - powiedział tak cicho, że prawdopodobnie tylko on sam mógł to usłyszeć.
- Doprawdy, urocze! - potwierdziła chórem cała widownia filmu “Thor 2”. - Loki, może jednak na coś nadepniesz, co?


[...]


Ponieważ aŁtorzy wycięli kawałek tekstu, możemy tylko się domyślać, że Loki wezwał policję, alarmując, że niebezpieczny szaleniec wdarł mu się do mieszkania, ale potem z jakichś powodów mu się odwidziało.



Rozejrzał się i ponownie zaklął w duchu. Ja pierdolę, jaki bałagan. Nie zdąży posprzątać. Oscarze, do kurwy nędzy, odbierz dziwko!
Zaczynam się zastanawiać, czy u Lokiego nie uaktywnił się nagle zespół Tourette’a.
Nie, to w ciągu ostatnich akapitów boChaterom zrobił się twist osobowości i wobec tego zachowują się na sposób zupełnie sprzeczny z ich wcześniejszą kreacją. U aŁtorów ma to za zadanie robić za ewolucję postaci, albo ukazanie uczuć skrajnych, ale wychodzi jak zwykle.


Rozłączył rozmowę. Trudno, za późno na to. Trzeba działać inaczej. Zielone oczy uderzyły norwega, twarde i zimne niczym stal.
Błe, zaglucą mu galaretą ubranie!
Nie zaglucą, bo zamarzły.


- Donarze, rób co mówię. To bardzo ważne – rozkazał przystawiając mu broń do głowy. Zmusił go, by się odwrócił, po czym popchnął. - Szybciej!
Kto rozkazał, kto się odwrócił, kto popchnął?
Imperatyw Narracyjny kręcił nimi jak kukiełkami na patyku.


- Loki... co to ma znaczyć!? - warknął wściekle, szukając w głowie odpowiedzi, aż nie dosłyszał syreny policyjnej za oknem. Ruszył posłusznie, czując na potylicy chłodną lufę. Layford zaprowadził go do sypialni gościnnej, do której ten wcześniej go zaniósł.
- Spokojnie. Zaufaj mi - rzucił pospiesznie.
To zdanie ZAWSZE oznacza kłopoty.


Jego głos był zdecydowany i zimny niczym stal. Gdzieś w tle rozległ się dzwonek do drzwi. Blondyn pochylający głowę niczym wilk podczas polowania, na dźwięk dzwonka napiął wszystkie mięśnie. Biznesmen szybko sięgnął do komody po kajdanki i bez ostrzeżenia zakuł jedną dłoń Brekkena, przykuwając do kaloryfera.
A raczej chciał go przykuć, lecz w ostatniej chwili przypomniało mu się, że przecież w swoim eleganckim, nowoczesnym apartamencie ma zamontowane ogrzewanie podłogowe. Spojrzał z wyrzutem na autorów opka. Zróbcie coś!


Odstąpił o dwa kroki, spoglądając w jego wielkie od niedowierzania oczy.
- Co ty wyprawiasz!? - Donar się wściekł, a ogień w jego oczach zapłonął żywo.
- Musisz być cicho. To ważne - rzucił mężczyzna i wybiegł z pomieszczenia.
- Co?! - wrzasnął za nim, jednak zatrzaskujące się drzwi zamknęły jego krzyk w pomieszczeniu. Zaczął się szarpać i szamotać, stukając metalem kajdan o rurę, którą chciał wyrwać ze ściany.
Rurę :D A kaloryfer pewnie był solidny, żeliwny, dwunastożebrowy, jak w porządnym gierkowskim bloku.


- Nic z tego! Loki, kurwa! Warkocze, cholera! Jeżyk, do jasnej ciasnej!
Sapnął nerwowo, szamocząc się. Uderzył nogą w ścianę, starając się zniszczyć kajdanki, rozciągając je siłą mięśni. Odepchnął się mocno, lecz łańcuch ani drgnął, zupełnie jak zaklęty.
- Kurwa! - Zlutowane ogniwa sprawiały, że był nie do złamania.
Lutować to ty sobie możesz łańcuszek po babci. “Łańcuchów się nie lutuje, tylko spawa, ewentualnie zgrzewa. Lut nie jest mocnym mechanicznym łączeniem.” Mikan, Analizatorka i specjalistka ds. lutowania i spawania (raz dwa, raz dwa, raz dwa, raz dwa…).


Dobre kajdanki. Przeklął w myślach, dopiero teraz dostrzegając ten mankament.
A przedtem co, myślał, że to plastikowe kajdanki z zestawu “Mały policjant”?


Mimo to, wciąż starał się wydostać, ignorując ból.
Odgryź sobie rękę.


Tymczasem Loki szybkimi ruchami poprawił włosy i ubranie, idąc przez korytarz. Dzwonek i pukanie ponaglały go. Im był bliżej, tym lepiej mógł słyszeć nawoływanie jego nazwiska zza drzwi. Stanął przed nimi, wyciągając rękę ku klamce. Chwila. Wyciągnął pistolet zza paska i wepchnął między obuwie.
- Panie Layford! - krzyknął znajomy głos.
Chwycił za klamkę, biorąc głęboki oddech i otworzył.
- Dobry wieczór, Oscarze. - Uśmiechnął się promiennie, klnąc w duchu na czym świat stoi. Wyszedł z apartamentu, zamykając za sobą drzwi. Miał nadzieję, że grube drewno zagłuszy krzyki jego pokręconego gościa.
- Wybacz, że cię kłopotałem. Już wszystko w porządku - powiedział do uzbrojonego policjanta w towarzystwie dwóch innych, których nie znał.
- Co proszę? - Dobrze zbudowany mężczyzna rzucił spojrzenie na drzwi. Jego ciało było spięte, gotowe do wywleczenia z domu szaleńca.
- Już wyszedł. - Loki ściągnął brwi w mimice zakłopotania.
No i znaleźli se nowy, ładny wyraz i pakują go w co drugie zdanie.


Silił się na spokojną grę, chociaż serce w piersi biło mu niczym młot. Zmuszając swój organizm do spokojnego oddechu czuł jak się dusi a krew dudni mu w uszach. - Widzisz, sam się tym zająłem i przez to nie zdążyłem zadzwonić.
Cała trójka policjantów wydawała się zbita z tropu.
- Panie Layford, o co tutaj chodzi? Odprawiasz nas? - zapytał gniewnie.
- Dokładnie, panie Davis – jego głos stał się bardziej stanowczy, sugerując, że nie życzy sobie sprzeciwu.
- Przed chwilą dostaliśmy prywatny telefon z wezwaniem do natychmiastowej interwencji. Gdzie on jest?
Czyli - poprawcie mnie, jeśli źle zrozumiałam - Loki zadzwonił nie na numer alarmowy, tylko na prywatny numer znajomego policjanta? Który pewnie miał prikaz stawiać się na każde wezwanie, gdy tylko pan Layford zadzwoni, niezależnie, czym akurat jest zajęty?
Jeden idiotyzm więcej, jeden mniej, co za różnica…
Dobrze, że ta część opka (chyba) nie została przerobiona z fanfika. Jestem niemalże pewien, że policjantem mógłby zostać, na ten przykład, Galactus.



- Wyszedł - odpowiedział niewinnie, podczas gdy serce o mało co nie przebiło mu piersi. Policjant otworzył bezgłośnie usta w niedowierzaniu. Zdjął dłoń z broni.
- Jak to, wyszedł?
- Na Boga, Davis - syknął Loki, chwytając go za ramię. Zielone oczy [KURWA MAĆ.] zerknęły na dwójkę pozostałych policjantów, sprawdzając ich reakcję. Ryzykował, nie miał jednak wyjścia. Musiał jak najszybciej ich odprawić zanim ten głupiec, Donar, rozedrze ryja tak bardzo, że go usłyszą. - Proszę, wypełnij moje polecenie i zamknij go. Ale tak jak mówiłem nie.ma.go.tutaj.com.pl
- Dobrze wiesz, że nie możemy teraz wyjść.
- Owszem, możecie odejść. A nawet musicie - powiedział zdecydowanym głosem. - Nieobliczalny szaleniec uciekł, a wy chcecie sprawdzać moje mieszkanie? Nie tak powinien zachowywać się policjant.
Davis zmarszczył czoło, które nerwowo potarł.
- Nie tak to działa, panie Layford. Otrzymaliśmy zgłoszenie i...
- Odwołuję wezwanie - uciął, wprawiając w zakłopotanie trójkę stróżów prawa.
Chyba wysłali tam do niego najtępszych w całym mieście… Facet zachowuje się na tyle podejrzanie, że JAKOŚ powinni zareagować. Ja na ich miejscu na przykład byłabym przekonana, że Loki mówi to, co mówi, bo ktoś do niego właśnie celuje z pistoletu. A policja z całą pewnością ma jakieś procedury postępowania w takiej sytuacji.


- Rozumiem... - powiedział przeciągle. - Jednak muszę zdać raport o przebiegu interwencji i mimo wszystko wolałbym się rozejrzeć.
- Proszę, nie każ mi sięgać do kodeksu - Loki zaczynał się niecierpliwić.
I słusznie prosi, bo gdyby sięgnął, to by się przekonał, że nawet jeżeli “odwołuje się” wezwanie, to raport z tego faktu policja musi przedstawić. Inaczej policjanci siedzieliby z pączkami i kawą ;P w radiowozie boży dzień cały, twierdząc, że wprawdzie ktoś ich wezwał, ale potem mu się odwidziało.


Czas uciekał. Nie wierzył, że porywczy norweg siedzi w tej chwili spokojnie pod kaloryferem i czeka na niego. Widząc pojawiające się zrozumienie w oczach policjantów, rozwiał do końca ich wątpliwości. - Wiem, że bezpodstawne wezwania są karalne. Płacę ci od ręki.
- Panie Layford...! - zająknął się Oscar, nie wiedząc co powiedzieć.
Czy on właśnie chce ich przekupić?!


- Wypisuj ten mandat i daj mi odpocząć. Miałem ciężki wieczór.
Yyyy… myślałam, że chce im dać w łapę, a to jednak mandat...



Trójka policjantów spojrzała po sobie.
- Rozumiem – westchnął Oscar, wypełniając kwit.
- Dziękuję – odparł oschle zabierając papier i wciskając go niedbale w kieszeń spodni.
Nagle głośne uderzenie wypełniło wnętrze domu, a po nim nieco cichszy krzyk bólu. Wszyscy zastygli tak jak stali i spojrzeli w stronę drzwi, Loki zaś zamknął oczy. Ja pierdolę, proszę, nie....
- Co to był za hałas? - zapytał najniższy ze stróżów. Zielone oczy wbiły się w niego niczym szpile. Kurwa, ten kretyn ściągnie go na samo dno...
- Nie wnikajmy w moje życie seksualne, dobrze? - odpowiedział z jadem [ten kretyn], po czym popchnął osłupiałego policjanta do windy i nacisnął guzik zamykający drzwi.
I mandatu “od ręki” jednak nie zapłacił ;)


- Będziemy w kontakcie Davis, dziękuję za interwencję.
A to im powiedział, no!
A policjant oczywiście sobie poszedł. Pewnie oddychając z ulgą - tak blisko ośrodka yaoicowania, a mu się upiekło...
A można było napisać, że Loki wezwał ochronę budynku...


Promienny uśmiech, który posłał zszokowanym mężczyznom
Zszokowanym. Policjantom. Andy Sipowicz ukrył twarz w dłoniach i gorzko zapłakał.


zgasł, gdy tylko metalowe drzwi odgrodziły od niego stróżów prawa. Odchylił głowę do tyłu, łapiąc się za włosy i warknął głośno.
- Kurwa....!


Tymczasem Donar szalał we wściekłości, gniewny jak nigdy wcześniej. Gdyby któryś z policjantów zbliżył się do niego, rzuciłby się mu do gardła jak wygłodniały drapieżnik.
A co, tak mu się spodobało w yaoicu, że nie życzy sobie już żadnego ratunku?


- Drepe dem! Trrrreotrrrrralwe!!! Loki, wypuść mnie! - krzyknął rozpaczliwie. Od walki z kaloryferem nabawił się pokrzywki i zaczęły pojawiać się pęcherze.
Hm, pokrzywka to reakcja alergiczna, więc… chyba że kajdanki zawierały nikiel, a Donar akurat był na niego uczulony. Bardziej prawdopodobne jest, że po prostu, szarpiąc się, poobcierał skórę.
Miał alergię na bezsensowną fabułę.


Syknął z bólu, usiłując chociaż trochę wygiąć metal. Nic z tego. Czuł, że za chwilę będzie za późno. Zrozumiał, że jest sam, że Lokiemu w ogóle nie zależy na tym, co się dzisiaj stało. Czuł jak coś rozrywa go od środka.
Loki, rozkuj go lepiej, bo inaczej czeka cię dłuuugie sprzątanie...


- Zostajesz tutaj – zawyrokował nagle zimny głos. Loki pojawił się w pokoju cicho, jakby wyrósł spod ziemi. Rozsiadł się wygodnie na łóżku przypatrując uwięzionemu włóczędze. Jego jasne włosy rozsypane były w nieładzie, otaczając srebrzystą ramą poszarzałe z bezsilnej złości oczy. I omijając całą resztę twarzy. Jaką resztę? Policzki miał zaczerwienione a czoło zroszone potem wysiłku. Layford uśmiechnął się złośliwie do niego, pociągając solidny łyk whiskey prosto z butelki.
Norweg oddychał ciężko, chcąc zrozumieć o czym jest mowa. Zmarszczył w złości brwi, zabijając spojrzeniem biznesmena.
- Zostajesz dopóki nie zdecyduję inaczej. Chyba, że chcesz trafić do pierdla do końca życia.
- To jakaś kpina! Nie wkurwiaj mnie! – Szczeniacki uśmiech złagodził wściekłość spojrzenia.
No, mówiłam - szczeniaczek szarpiący pluszową zabawkę...


Stał pod ścianą odwrócony twarzą do żmija, drżąc ze złości.
- Jesteś bezdomny i bezrobotny. Spieszy ci się gdzieś? - odpalił papierosa.
- Muszę urwać ci łeb i nadziać na pal.
A to możesz i bez urywania...


Wypuść mnie! - brzękł kajdankami o rurę kaloryfera. Jego demoniczny gospodarz zaśmiał się. Pociągnął z gwinta bursztynowego trunku i otarł kciukiem kącik ust.
- Nie. A wiesz dlaczego? Bo mnie o to prosisz.
- Ty sukinsynu... - warknął z gorzkim uśmiechem. - To już nie jest śmieszne, Loki. Żądam abyś mnie wypuścił. To rozkaz!
Nice try.


- syczał przez zęby czując jak coś wewnątrz niego niebezpiecznie się skręca.
Skręt kiszek faktycznie może być niebezpieczny.


- Rozkaz mówisz? - Znów upił alkoholu i niespiesznie ćmił tytoń. Odwrócił się od więźnia, a na jego ustach pojawił jadowity uśmiech. - Jesteś uroczy, kiedy się złościsz.
- Ty obrzydliwy maniaku! - poczuł jak ucisk w brzuchu nasila się. - No, rusz się. Masz zamiar zachlać pałę? - zaśmiał się histerycznie.
- O moją pałę to już ty się nie bój… - odpowiedział Loki z zimnym uśmieszkiem.


Zbadał nerwowo obręcz kajdanek, czując jak ból pulsuje w jego nadgarstku. Odwrócił się twarzą do ściany oglądając skaleczenia a kark mrowił go od świdrującego spojrzenia zielonych oczu.
- Nie, chcę się trochę zabawić.
Donara przeszył lodowaty dreszcz. Słowa Layforda były jak paraliżujący jad. Zamknął oczy zmuszając się do oddychania.
- Powiedz, jak wiele jesteś w stanie poświęcić, by odzyskać swoją ukochaną wolność? - Głos Lokiego ponownie rozbrzmiał za jego plecami, niepokojąco łagodny. Brekken nie mógł się ruszyć. Oddech zamarzł mu w piersi. Wpatrzony w więżącą go metalową obręcz słyszał, jak jego gospodarz wstaje i podchodzi do niego. Lufa pistoletu odgarnęła jasne włosy z ramion.
- Co, panie Brekken?
- Wolę zginąć, niż dać się więzić! - sapnął po dłuższej chwili ciszy, w której zbierał w sobie odwagę.
Dobry tekst, gdy już siedzisz zakuty w kajdanki.


- To się dobrze składa. A teraz na kolana – odezwał się miękko, odbezpieczając pistolet.
- Kurwa, Loki! - rzekł drżącym głosem. Mimo skamieniałej od przerażenia sylwetki, bardzo powoli ukląkł. Oparł czoło o chłodny kaloryfer, łapiąc urwany oddech.
- Spójrz mi w oczy.
- Zaraz cię zniszczę - mruknął z bezsilną złością, kiedy bardzo niechętnie odwrócił się na klęczkach w stronę eleganta. Z odrazą uniósł swe burzowe oczyska na twarz biznesmena.
Lecz choć wytrzeszczał je coraz bardziej i bardziej, nie udało mu się cisnąć nawet najmniejszego pioruna.


- Grzeczny. A teraz połóż wolną rękę na moim udzie – rozkazał Loki. Z przyjemnością obserwował jak odraza i szok malują się na twarzy jego gościa. Nie powstrzymywał złośliwego uśmiechu, który wykrzywił mu usta.
- Nie zrobię tego! - wrzasnął z przerażeniem w oczach chowając gwałtownie rękę za plecami, a jego oprawca zaśmiał się szczerze rozbawiony. - Mnie nazywasz gwałcicielem? Co to w ogóle ma znaczyć!?
- Zrobisz, zrobisz. Nie karz [ghhhhh…] mi czekać i otwórz usta – popukał ponaglająco lufą o skroń blondyna, który zamknął odruchowo oczy.
Otwórz buzię, zamknij oczy, coś ci wskoczy!


Serce Donara na chwile przestało bić, a on sam poczuł jak umiera. Strach odbierał mu rozum.
Jeżu kolczasty, i to coś było kiedyś Thorem…
Sądząc po zachowaniu Donara w ciągu całego opka - strach nie bardzo miał co odbierać.


Zamajaczyło mu przed oczyma a potem, bezwładna ręka delikatnie dotknęła kolano [kolana!] Layforda. Przesunął dłonią po udzie i powędrował w górę.
Jak na bezwładną rączkę, to całkiem aktywnie sobie poczyna ;)


I takim oto cliffhangerem autorzy zachęcają do kupienia książki, kiedy już wreszcie wyjdzie ;)


Ok, podsumujmy: Loki najwyraźniej zamierza zabawić się z Donarem ostro, brutalnie i raczej bez jego zgody. To byłoby nawet wiarygodne, gdyby założyć, że jest kimś w rodzaju bohatera “American Psycho” - z zewnątrz elegancki, kulturalny biznesmen, w środku psychopata. Albo gdyby miał więcej wspólnego ze swoim komiksowo-filmowym pierwowzorem. Jednak TU OPISYWANY Loki taki nie jest - nie ma w nim nawet tej bezwzględności i drapieżności, jaka powinna cechować rekina biznesu. To tylko zmęczony, przepracowany, sfrustrowany i samotny człowieczek. Ktoś taki nie zaprasza do domu obcych włóczęgów, a już z pewnością nie przykuwa ich kajdankami do kaloryfera i zmusza do seksu.
W notce na fanpejdżu autorzy pisali, że  w przygotowywanej wersji książkowej przeróbce uległo niemal wszystko - charaktery postaci, wydarzenia itp. Mam nadzieję, że zauważyli również tę sprzeczność w charakterze bohatera i coś z nią zrobili.
Ja, szczerze powiedziawszy, nie wierzę w wielkie polepszenie jakości tego tekstu. Pierwsza wersja powieści może być niedopracowana, ale to, co widzimy powyżej, nie jest niedopracowane - jest kiepsko napisane, durne jak cholera, świat przedstawiony się wali, charaktery postaci się walą, logika nie istnieje. Po dwóch redakcjach i trzech korektach być może tekst będzie JEDYNIE niestrawny. Naprawdę trudno uznać, że wychodząc od takiego potworka, otrzymamy coś mającego ręce i nogi.
Pażywiom, uwidim. A ja chętnie przeczytam recenzję.
No weźcie, przecież te marzenia o książce to są jakieś śmieszne rojenia nastolatków. W każdym razie mentalnie są to nastolatki. Bo mogą sobie planować  _wydanie_, w końcu self-publisherów jest skolko ugodno, ale od samego wydania w KSIĄŻKĘ im się toto nie zmieni. Nawet mając okładkę i numerację stron nadal pozostanie to niedopracowanym, nielogicznym, durnym bublem. Nawet najgłupsza książka, jaką w życiu czytałam, była o pięć lat świetlnych lepsza niż to coś.
Zazdroszczę, chlip ;__;
(a “Dziewczyna komendanta”...?)


A na koniec: kolejny kwiotek z fanpejdża na Fejsbuku:





Z eleganckiego apartamentu w bloku z wielkiej płyty pozdrawiają: Dzidka zrzucająca skórę na zimę, Babatunde Wolaka nad butelką pierniczówki, Q uciekający przed wąsatym Gonzalezem oraz Kura, porywająca Desmonda do swej tajnej kryjówki,

a Maskotek skorzystał z naszej nieuwagi i opróżnił barek do reszty, a teraz leży na podłodze, wyśpiewując w domniemanym języku farerskim domniemane utwory grupy Týr.

56 komentarzy:

Gayaruthiel pisze...

Awww shucks, podziekowania na Nakwie? Moge umrzec szczesliwa :D

A teraz ide czytac dalej.

Sick Boy Barker pisze...

Najpierw poprawnie "Nowy Jork", a potem znowu "Nowy York". Nawet moja Mongolska Matka zaliczyla soczystego facepalma.

Do czego sluza "bramki do indentyfikacji"? O_O

Vulvarine zrobil mi dzien, senkju Prezydencie :)

Zmasowane natarcie jednym Thorem? Wojna klonow?

"- Donar! Do jasnej cholery, Donek!" - ja wiem dlaczego Donek. Bo to sie przeciez New Saczu dzieje ;)

"- Sofio? - zawołał mężczyzna, pakując z namaszczeniem swe dzieło srebrnicze." - to ja pewnie jestem pisanniczka xd

Donar powinien zginac bolesna smiercia za koszulke z SOADem

Jestescie niesamowici, ze przez to przeszliscie. Doszlam do polowy analizy i wysiadlam. Moze po odpowiedniej dawce nikotyny sie zmobilizuje do dalszego czytania.

Mam nadzieje, ze wasze mozgi jeszcze funkcjonuja :)

blinkowa

Niofomune pisze...

Yak to nie będzie seksuff? :((( Myślicie, że na co czekałam od tygodnia?

Anonimowy pisze...

("Przed chwilą dostaliśmy prywatny telefon z wezwaniem do natychmiastowej interwencji".Czyli - poprawcie mnie, jeśli źle zrozumiałam - Loki zadzwonił nie na numer alarmowy, tylko na prywatny numer znajomego policjanta?)

Aż tak głupie to chyba nie jest - chodzi raczej o to, że dostali telefon nie z żadnej instytucji, tylko z prywatnego numeru. Nie ma wprawdzie sensu zaznaczać tego w rozmowie, ale - sądząc po liczbie informacji o kolorze oczu Lokiego - autorzy lubują się w takich zbędnych dodatkach.

"Nie wierzył, że porywczy norweg siedzi w tej chwili spokojnie pod kaloryferem i czeka na niego."

Czyli kot norweski leśny? To rzeczywiście mało prawdopodobne, one rzadko kiedy siedzą spokojnie.

"- Zaraz cię zniszczę - mruknął z bezsilną złością, kiedy bardzo niechętnie odwrócił się na klęczkach w stronę eleganta."

Czy on sugeruje, że mu odgryzie narzędzie przemocy? Nawet się cieszę, że nie będzie trzeciej części.

Anonimowy pisze...

To opko odebrało mi mózg. Co TFUrcy zrobili z Thora? Moment, przepraszam. To nie miał być Thor. To było jakieś rozlazłe stworzenie traper-podobne, z rozbieganymi gałkami ocznymi. Podziwiam szanownych Analizatorów że przebrnęli przez całość. A seksów i tak się nie doczekałam. Foch!

Muuńcia

Anonimowy pisze...

Wnioski ogólne:
Słuchajcie, czytamy to wspólnie - to się spotkajmy, np. w Wawie, tak pomiędzy MDM-em a Świętokrzyską. Reh, reh, reh.
Jejku, jakie to głupie i bez sensu - to opowiadanie. I to ma niby być drukowane? To już nie chodzi o Lasy Amazonii, tu już żal nawet kawałka gałązki z Lasu pod Kozimi Dołami.
Donor-Donek to nanotechnolog, robi mikroskopijne wężne z super-mikroskopijnymi łuskami.
Moje przypuszczenia (zrobione na podstawie części pierwszej) że w budynku FC miesci się fabryka - się potwierdziły: robią jakis sprzęt energetyczny. Dlatego tętent nie zamiera nawet na chwilę 24/7, po prostu pracują na shifty.
Donek -nanoartysta - azrobił brzydką kukardę? No, ale może ci techniczni tak mają: na poziomie atomów super sobie radzą i układaja wzory na wężu, ale jak przyjdzie zawiązać kukardę/sznurówkę - to: mamo, pomóż, megapotwór mnie atakuje.
A i kukardka zmieniła kolor ze srebrnego na złoty.
I po kiego grzyba wędrowca wciska skórzaną kurtkę do plecaka typu kostka? Naprawdę mozna kupić za grosze lekkie, ciepłe i waterproof kurtki, po złożeniu mieszczące się w małym woreczku. Dostępne nawet w tesco. Kiklkukilogramowa ramoneska świadczy li i jedynie o 'pozerstwie'.
Niedzwonienie i niepisanie do Sofii - no cóż, albo to jakaś nowojorska część amiszów, albo jakieś traumatyczne doświadczenia z Pocztą Polską (na zasadzie: i tak list nie dojdzie na czas, nawet jak wyślę ekspresem)
Opis pobytu Donora w Norwegii - że ludzie go widzieli, że szedł w jedynie sobie znanym kierunku, że mówiono... - rozumiem z tego, że Norwegia to coś w rodzaju Kozich Dołów pod Pacanowem Górnym? A Donor to jakiś mleczarz czy zootechnik, którego wszyscy w okolicy znają i jak opuszcza powiat, to się robi dramat?
A tak ogólnie, to to opowiadanko jest strasznie nudne, stylistyka tragiczna itp. A przede wszystkim - brak jakiegokolwiek celu napisania tego czegoś. Tzn. oprócz celu 'wydać to na papierze'. Może jakaś korpo produkujaca ręczniki papierowe się zainteresuje.

kura z biura pisze...

>chodzi raczej o to, że dostali telefon nie z żadnej instytucji, tylko z prywatnego numeru.

Wydaje mi się, że nie. Tego fragmentu niestety nie mamy, ale Loki potem dzwoni do Oskara, jednego z policjantów ("Oscarze, do kurwy nędzy, odbierz dziwko!") próbując odwołać interwencję, dlatego założyłam, że wzywał ich też dzwoniąc bezpośrednio do niego. Gdyby zadzwonił na alarmowy, podesłaliby mu po prostu pierwszy wolny patrol w okolicy i nawet nie wiedziałby, kogo.

Serenity pisze...

"Nie wiem, czym zajmują się aŁtorzy tego dzieUa, ale że nigdy w życiu nie widzieli imprezy korporacyjnej, to pewne :D"
Może widzieli - imprezę integracyjną zespołu kasowego w Realu.

Uhm, tak mi się rzuciło w trakcie czytania, że kukarda to wcale nie kukarda tylko cockarda. :P

Kot Pik pisze...

Zakląłbym szpetnie, ale że to czyta również młodzież, to powiem jedynie - kurwa mać. To opko rządzi. Miszczostwo świata. Wypisywałbym je chorym na depresję zamiast Paxtinu, oczywiście dodając do tego osłonowo waszą analizę ;)

Ale.
"To tylko zmęczony, przepracowany, sfrustrowany i samotny człowieczek. Ktoś taki nie zaprasza do domu obcych włóczęgów, a już z pewnością nie przykuwa ich kajdankami do kaloryfera i zmusza do seksu."
Mi się właśnie wydaje, że tacy samotni, sfrustrowani biznesmeni z pięknymi, czarnymi bentleyami to idealni potencjalni seryjni gwałciciele niewinnych włóczęgów ;) W końcu kiedy zastanawiasz się, czy nie ośmieszysz się przed pracownikami każdym posunięciem, to potem musisz jakoś odreagować.

I drugie ale.
Nie wiem, czy Kura jest osobą generalnie znaną publicznie i czy to, w którym mieszka jest wiedzą dostępną dla szerokiej publiczności, ale jeśli nie, to już tak ;)

kura z biura pisze...

@Kot Pik
Nigdy nie ukrywałam, skąd jestem :)

Co do tego, czy Loki byłby "idealnym seryjnym gwałcicielem". Tak, mógłby. Ale - tadam! - trzeba wpierw pokazać, że gdzieś w nim tkwi to zło i gotowość skrzywdzenia innego człowieka. To, że pije, pali i klnie, jeszcze nie robi z niego czarnego charakteru. Póki co, mamy faceta, który ciężko pracuje (jakkolwiek autorzy rozumieją ciężką pracę), swoich partnerów w biznesie traktuje uczciwie, pozwala współpracownikom włazić sobie na głowę i dotrzymuje danego słowa, choć mu to jest zupełnie nie na rękę. W porównaniu z takim na przykład Gilem Griffinem ze "Zmowy pierwszych żon" to po prostu harcerz.
(Zmowę pierwszych żon, jakby co, polecam wyłącznie w wersji książkowej, od filmu należy trzymać się z daleka i nie dotykać nawet szmatą na długim drągu)

Annorelka pisze...

Nie czytałam, ale wychwyciłam gifek z Gideosiem z "Wodogrzmotów Małych" i się zastanawiam który z analizatorów jest fanem kreskówki. :D

kura z biura pisze...

To ja wrzuciłam gifka, ale niestety szukałam tylko odpowiednio efektownej ilustracji do "rotfl", a o samej kreskówce nie mam pojęcia :)

mikan pisze...

Odszczekuję wszystko, co powiedziałam na temat tego opka. Że nie nadaje się do analizy i takie tam. Odszczekuję po stokroć!

Pięknie zniszczyliście te wypociny :)

BTW, który przeciętny facet rozpozna na pierwszy rzut nausznicę???

Gayaruthiel pisze...

Jezujezu.

Zachowanie Lokiego po otrzymaniu prezentu daloby sie wytlumaczyc tylko wtedy, gdyby byl zapalonym kolekcjonerem, cale zycie szukajacym tego czegos, co wlasnie dostal.

Ja wiem, ze Donar jest z Norwegii, ale nikt tu nie pija miodu z rogu, ani czegokolwiek z rogu. Sam miod w ogole bardzo rzadko pija, a jak przywiozlam raz szefowi polski miod pitny w prezencie, to mocno sie zdziwil, i zapytal, czemu mu wioze piwo az z polski, i ze wolal zubrowke :D O wiele bardziej wiarygodne byloby, gdyby zazadal Avavity, choc to strrraszne paskudztwo. http://en.wikipedia.org/wiki/Akvavit

Pchanie sie z lapami do barku przypomina mi swiety barek Alicji z wszystko czerwone - nie wiem, jakim burakiem niewychowanym trzeba byc, zeby tak sie zachowywac.

DOROŚLI FACECI SIĘ NIE RUMIENIĄ. - Bullshit pachnacy seksizmem. Wiele zalezy od tego, kto ma jaki stopien emocjonalnosci i jak u niego wyglada krazenie. O ile placz mozna powstrzymywac, o tyle konia z rzedem temu, kto potrafi powstrzymywac rumieniec.

- Poproszę o więcej, w takim razie - powiedział jednym tchem, a mocny trunek posmagał go po plecach ciarkami, wybudzającymi z szoku. -- Mocny trunek...? Miod pitny...? Mocny...? Nie wiem, co on pije, ale chyba nalewke miodowa na spirytusie, a nie zaden miod pitny.

Bezdomny opróżnił kolejną szklankę. - Ale tak wlasciwie, dlaczego bezdomny, skoro ma dom w Gol?

"Hva er drama?" - czyli "Czym jest jeden z trzech rodzajow literackich?" - czyli pokraczne kalki angielskiego w norweskim :D (Dla zainteresowanych, odpowiedz na to pytanie tutaj: http://dramaiskolen.no/sider/tekst.asp?side=12 )

Stanął tuż przed biznesmenem wtulającym policzek w instrument. Sapnął oddechem pachnącym korzeniem, cynamonem i alkoholem. Wiedząc, że jego towarzysz jest teraz zajęty muzyką, postanowił go obudzić z transu. Mimo cudu jego gry... Podniósł flaszkę ponad swoją głowę, po czym cisnął nią o podłogę z całej siły, tak, że kawałki szkła znalazły się dosłownie wszędzie. - O ja pieprze. Najpierw zionie przetrawionym alkoholem, potem robi syf w pieknym mieszkaniu (powodzenia z myciem posadzek z lepieko trunku, z odbarwieniami po silnym alkoholu i z rysami na parkiecie, o szkle wszedzie nie wspominajac), a potem jeszcze pcha sie z lapami. Matko bosko.

Najpierw "facet mnie przytula!" (no dramat normalnie) a potem "Jeżeli chcesz się ze mną przespać to powiem ci, że zabierasz się do tego w kompletnie zły sposób." - czyli info, ze Loki jest gotow pojsc do lozka z facetem, ale takim, ktory traktuje go inaczej? Aha.

Ta. Już widzę tego policjanta przyjmującego skargę: No ale przecież sam go pan zaprosił, piliście razem alkohol, przyjął pan prezent… - No ale zaraz, gdyby Loki byl kobieta, a policjant nie zechcialby przyjac zgloszenia o gwalcie, od razu rozpetalaby sie burza. Dlaczego warunki maja byc inne dla Lokiego-mezczyzny?

Rozejrzał się i ponownie zaklął w duchu. Ja pierdolę, jaki bałagan. Nie zdąży posprzątać. -- Ale caly ten balagan to dalej tylko jedna rozbita butelka?

Drepe dem! - Zabic ich! Przykuty do kaloryfera przez gospodarza gosc krzyczy "zabic policjantow!" ? O co chodzi w tym opku? O wiele bardziej pasowalyby jakies norweskie bluzgi.

kura z biura pisze...

Gaya, przecież uściśliliśmy, że faceci mogą się rumienić, choć niekoniecznie w takich okolicznościach, jak Donar w tym opku. Człowiek, który wybiera tryb życia bezdomnego włóczęgi nie jest raczej niewinnym, łatwo się peszącym chłopaczkiem, bo nie wytrzymałby tygodnia w trasie.
Co do zgłoszenia gwałtu: chodziło mi przede wszystkim o to, że Loki straszy tym Donara, natomiast ze względu na powyższe okoliczności policjant raczej przyjąłby to sceptycznie. Co nie oznacza, że to jest w porządku - ani w przypadku kobiety, ani mężczyzny.

Gayaruthiel pisze...

http://pl.wikipedia.org/wiki/Rumieniec "Występuje u zdrowych ludzi pod wpływem emocji, zwłaszcza w sytuacji niepożądanego zainteresowania ze strony innych ludzi. " -Imho pasuje jak ulal, Donar jest zdrowym mezczyzna rasy bialej, wciaz jeszcze dosc mlodym, rumieniec jest ledwo widoczny. Loki robi cos wychodzacego poza schemat dotychczasowego zachowania, skupia swoja uwage na Donarze w sposob niepozadany przez tego ostatniego (usmiechajac sie do tego drapieznie). Imho nie ma tu co stosowac kategorycznych oswiadczen i wielkich liter, a z tym podkresleniem, ze MEZCZYZNI sie nie rumienia, wypada to dodatkowo niezrecznie, tak jak wszystkie "mezczyzni nie placza", mezczyzni sie nie gola" czy "prawdziwi mezczyzni nie korzystaja z kosmetykow". A nawet troche gorzej, bo o ile na korzystanie - badz nie - z kosmetykow facet ma wplyw, o tyle na reakcje ukladu wspolczulnego juz zadnego.

szarosen pisze...

Sama czasem robię biżuterię, ale teraz już będę pamiętać, żeby nigdy nie sprzedawać jej nikomu, kto ma w domu kaloryfer i mieszka po drugiej stronie Atlantyku, amen, idę się zająć lutowaniem kajdanek.

Prezydent Internetu Q pisze...

Gaya, srsly, wytłumaczyłem już niżej w analizie, o co mi dokładnie. I to nie ma nic wspólnego z seksizmem, tylko z tym, że w yaoiach wszyscy mają obowiązek rumienić się wdzięcznie w dowolnej sytuacji, kiedy aŁtor uzna to za słuszne. Ten rumieniec jest całkiem z dupy, ponieważ nie pasuje ani do wcześniejszych reakcji Donara, ani do jego charakteru.

A dorośli ludzie rumienią się mniej niż dzieci, mężczyźni rumienią się mniej niż kobiety. Prawda jest taka, większość dorosłych ludzi (płci dowolnej) nie rumieni się niemalże wcale i tego się trzymajmy.

Gayaruthiel pisze...

Prawda jest taka, większość dorosłych ludzi (płci dowolnej) nie rumieni się niemalże wcale i tego się trzymajmy. - Kurcze, jako notorycznie rumieniacy sie wbrew wlasnej woli dorosly, poprosze o zrodla tych szacunkow :D

Anonimowy pisze...

“Jest to opowieść niosąca przesłanie o prawdzie życia, o tym co jest w nim najważniejsze. W rozwijającą się znajomość dwójka mężczyzn wplata ból straty, kłamstwo i brak zaufania. Jeden uczy drugiego pokazując mu jego samego. Historia choć pełna cierpienia mówi odzyskiwaniu samego siebie i nauce latania. Pokazuje, że kłamstwem można walczyć o prawdę, tak jak szczerością i zaufaniem można uleczyć komuś serce.”

... Tak, na pewno uwięzienie w domu, przykucie do kaloryfera i próba gwałtu jest znakomitym wstępem do bardziej zażyłej znajomości. Taaak. Seems legit.


PS: Czy tylko mnie po przeczytaniu "nauka latania" stanął przed oczami obraz Lokiego dosłownie uczącego Donara latać poprzez wypchnięcie go z okna tego nowobogackiego apartamentu?

Kot Pik pisze...

@Kura - "Póki co, mamy faceta, który ciężko pracuje (jakkolwiek autorzy rozumieją ciężką pracę), swoich partnerów w biznesie traktuje uczciwie, pozwala współpracownikom włazić sobie na głowę i dotrzymuje danego słowa, choć mu to jest zupełnie nie na rękę".

No właśnie, od razu widać, że coś z nim jest nie tak ;)

Anonimowy pisze...

...

...

...

To opko było tak koszmarne, nudne i nielogiczne, że błagałam, żeby w końcu pojawiły się seksy, w nadziei, że będą śmieszniejsze/ciekawsze (choć oczywiście nie mądrzejsze). A gdy już pojawiły się seksy, błagałam, żeby się skończyły. Naprawdę przez chwilę myślałam, że będę czytać jakiś obrzydliwy opis gwałtu.

Loki jak Loki, ale mnie bardziej przeraził w tym opku Donar. Mam wrażenie, jakby był albo jakiś nie do końca prawidłowo rozwinięty psychicznie albo autentycznie miał jakieś zaburzenie. Ma obsesję na punkcie nieznanego człowieka, uważa, że lepiej od niego wie, co dla niego dobre, nie widzi problemu w przekonywaniu o swojej racji przemocą, szarpie, ciągnie, łapie. Rzuca butelką, żeby zwrócić na siebie uwagę. Szczerze mówiąc, aż się zdziwiłam, że Loki wyciągnął broń, bo to była jedyna logiczna reakcja w całym opku - z psychopatą trzeba ostro, bo inaczej samemu można źle skończyć.

Z dwójki złego bardziej brzydzi mnie Donar - przekonany o swej wyższości hipokryta, który brzydzi się ludzi żyjących inaczej niż on, ale jednocześnie zapewnia, że wszyscy są dla niego ludźmi, że żyjemy w jednym świecie, a on chce tylko pomóc. Po czym pomaga na siłę i przemocą. Coś w rodzaju "czemu chcesz rozwodu, nie widzisz, że cię piorę po mordzie dla twojego dobra?". A Loki to zboczony gwałciciel. Też obrzydliwy, ale w jakiś taki mniej przerażający sposób...

Ag

Anonimowy pisze...

Ja w pewnym momencie zaczęłam sobie wyobrażać bohaterów z tymi samobieżnymi oczami jako touhouwych satorich. Wygooglajcie sobie "Satori Komeiji", to zrozumiecie.

Anonimowy pisze...

Czytając o Nowym Yorku myślę sobie, że bohaterowie są florą jelitową jakiegoś pieska.

Melomanka

Anonimowy pisze...

Mam nadzieję, że jednak ktoś będzie na tyle głupi, że wyda to opko jako książkę. Czemu? BO CHCĘ PRZECZYTAĆ DALSZĄ ANALIZĘ! To było tak złe, że aż miodne. Kocham!

Anonimowy pisze...

Moment... Skoro autorzy chcą niemal wszystko zmienić przed wydaniem tego cosia, to nie lepiej byłoby napisać coś nowego? Skoro ostateczna wersja ma być niemalże całkowicie inna od tego tforu, to po co ją tym tforem reklamować? To coś jak "ej, mamy słodką bajeczkę o kotku-kosmonaucie, ale trzeba to jeszcze dopracować, i w zasadzie wyjdzie nam z tego melodramat o biednej, polskiej wsi, ale to wciąż to samo i na pewno będziecie zainteresowani". Tylko mi wydaje się to nielogiczne?
...Dobra, i tak przecież wiadomo, że niewiele się zmieni ;d.

Krakatoa

Anonimowy pisze...

"No to właśnie źle, że chłodzony. Ale skąd taki nuworysz miałby wiedzieć, jak się serwuje czerwone wino."

Hmmm. Podobno zalecenie, żeby czerwone wino podawać "w temperaturze pokojowej" pochodzi z czasów, kiedy przeciętna temperatura w pokoju wynosiła 16 stopni. Kto dziś mieszka w takiej temperaturze? (ja, jak mam w domu poniżej 18, to już wyraźnie marznę). Dlatego podejrzewam, że drobne wspomaganie przy chłodzeniu wina by się przydało, w końcu bogaty pan prezes, przepraszam - dyrektor naczelny, przecież nie będzie popylał po mieszkaniu w wełnianym swetrze. Chociaż, kto go wie, może bycie synem lodowego olbrzyma zobowiązuje :D

"Dobra, kłuje mnie ten fragment, walnę więc elaborata, a co.
DOROŚLI FACECI SIĘ NIE RUMIENIĄ."

W "Krystynie, córce Lavransa" Erlend, mąż głównej bohaterki (też Norweg, co za zbieg okoliczności!) bardzo łatwo czerwienił się w chwilach wzburzenia. Chociaż dla sprawiedliwości trzeba dodać, że było to podkreślone jako coś niezwykłego i że było rodzinne.

"Odstawił ją, by ponownie jego gospodarz dolał doń więcej miodu."

O, żeż w mordę. *wzdraga się odruchowo* Trzy pełne szklanki miodu i szklanka nalewki. Alkohol to pikuś (chociaż ałtorzy najwyraźniej uważają, że to on jest tu głównym problemem), ale taka dawka cukru? Skoro opowiadanie jest "osadzone w realiach rzeczywistego świata", to miło było cię poznać, Donar. Teraz w najlepszym przypadku zemdli cię na amen i resztę wieczoru spędzisz na rzyganiu w nowobogacki złoty sedes, a w najgorszym śpiączka cukrzycowa cię zabije.

"Może jeszcze widzi wam się łowca, z głupią miną trzymający pustą skórę, podczas gdy nagi wąż myk-myk! i znika w trawie?"

*odgłosy rzężenia i dławienia się spod biurka* Ten obrazek zrobił mi dzień! Dziękuję!
(chociaż z uwagi na zagrożenie ukąszeniem freudowskim, sformułowanie "nagi wąż" nie powinno się znaleźć w promieniu pięciuset metrów od tego dziełka)

"Zainteresował się chyba najmocniejszym trunkiem w tej butelkowej koteryjce. Była to stara nalewka bez nalepki"

Serio? Nalewka to najmocniejsze, co bogaty pan prezes trzyma w barku? A gdzie brandy, wódka, rum, whisky, burbon, koniak? Tylko wino i słodkie ulepki, jak u nobliwej ciotki?

"jednak wciąż nie zmniejszało to dzielącej ich przepaści. Ta znajomość nie miała najmniejszych szans"

A co jej przeszkadzało? Serio, czy autorzy wymienili chociaż jeden sensowny powód? Prezes korporacji nie może przypadkiem spotykać się, z kim tylko chce? Przecież nie musi od razu poślubiać tego włóczęgi, może z nim trochę porandkować, a ja mu się sprzykrzy, wstawić gadkę, że powinniśmy zrobić sobie przerwę, ale zostańmy przyjaciółmi, i pojechać bentleyem do pracy, pogwizdując pod nosem (!) "Już taki jestem, zimny drań". Dlaczego tego nie rozważa?

"Drepe dem!"

O języku norweskim wprawdzie wiem tyle, co sobie ekstrapoluję ze szczątkowej znajomości old norse, a Donar pewnie mówi w bokmal, ale... "zabić ICH"? Tych policjantów? Jeszcze mu mało kłopotów z prawem?

"Wyglądało to jak medytacja, tylko on, instrument i mankamenty, którymi o niego dbał."

Ałtorzy też zadbali o swoje dzieło za pomocą mankamentów i dlatego mamy to, co mamy. To są sutki nieuwagi.

"Co tam jest? Budynki? Drzewa? Ludzie? Mów!
Przedmioty i podmioty stosunków prawnych!!!"

Tyle miłości <3

I przyznam, że, podobnie jak Anonimowy powyżej, mam cichą i przewrotną nadzieję na wydanie tego dzieła, a konkretnie - na jego recenzje i dalsze, równie imponujące analizy.

kura z biura pisze...

>To są sutki nieuwagi.

LOFF :D

No a Donar nie tylko woła "zabić ich", ale chce też się rzucać i przegryzać gardła policjantom. Chyba kontakt z policją jednak jest dla niego straszniejszy niż z psychopatycznym wannabe-gwałcicielem Lokim.

Siberian tiger pisze...

Rzadko zostawiam komentarze, ale tym razem jednak zrobię wyjątek. Jedna z Waszych najlepszych analiz EVER. Do tego zgrana z debiutem Prezydenta Q, który chyba obok Kury (za całokształt) i Dzidki (za komentarze o życiu w korpo - bo to nie praca, tylko styl życia) stanie się moim nowym idolem za trafne komentarze.
Też chciałem napisać o kuriozalnej zawartości barku, która bardziej kojarzy się z nobliwą ciotką niż nowobogackim prezesem korpo, ale Anonim dwa piętra wyżej już to wskazał, zresztą podobnie jak zesłodzenie miodem (uwielbiam miód pitny, po prostu uwielbiam; uwielbiam też słodycze, ale trzy szklanki miodu i nalewka? to nawet nie kwestia poziomu cukru, ale zesłodzenia; musiałby chociaż szklankę wody wypić pomiędzy takimi dawkami cukru). Może tylko dodatkowo podkreślę, że autystyczny Thor made my day.
No i z racji zawodu: "Co tam jest? Budynki? Drzewa? Ludzie? Mów!
Przedmioty i podmioty stosunków prawnych!!!" - Parafrazując Chandlera z Przyjaciół, could this analysis be any better?
Na koniec do Kury - wydaje mi się, że wykazujesz się wręcz niepowtarzalną znajomością zasad j. polskiego, dlatego dopytam: "Ja na ich miejscu na przykład byłabym przekonana, że Loki mówi to, co mówi, bo ktoś do niego właśnie celuje z pistoletu. A policja z całą pewnością ma jakieś procedury postępowania w takiej sytuacji". "Procedury postępowania"? Pytanie, czy to jest poprawne? Taka wolna rozkminka. Z kontekstu wynika, że chodziło o procedurę w rozumieniu "zbiór norm prawnych regulujących sposób postępowania". Zastanawiam się więc nad zależnością pomiędzy "procedurą" a "postępowaniem". Za sjp PWN: "procedura" to «określone reguły postępowania w jakiejś sprawie, zwykle o charakterze urzędowym lub prawnym», a postępowanie to "1) «określony prawem sposób działania sądu» 2) «proces sądowy»". Pomijając szczegół, że zarówno pierwsze, jak i drugie znaczenie moim zdaniem jest niesłusznie zawężone, bo np. wtedy z zakresu "postępowania" odrzucamy całe postępowanie administracyjne czy na gruncie ordynacji podatkowej, no i mamy też przecież postępowanie innych podmiotów wobec sądu (jako składu sędziowskiego w sprawie) i wobec siebie w czynnościach dokonywanych *przed sądem*. Druga definicja "postępowania" jest nie tyle zawężona, co błędna, bo przecież Kodeks postępowania cywilnego reguluje postępowanie procesowe i *postępowanie nieprocesowe*, z czego to drugie musiałoby być oksymoronem, jeśli byśmy przyjęli, że "postępowanie" to "proces sądowy". (Z drugiej strony czemu sjp PWN zawęża się tylko do definiowania na gruncie prawnym? Przecież mamy też postępowanie zgodne z moralnością, własnym sumieniem czy chociażby postępowanie zgodne z poleceniami przełożonych). Podsumowując już te wywody, czy "procedura postępowania" nie brzmi jak masło maślane? Osobiście wydaje mi się, że jednak tak.
Już na sam koniec, żeby nie pozostawić mylnego wrażenia przez ten przydługi wywód - powtarzam, że analiza była świetna, jednocześnie za dużo jest w niej smaczków, żeby wymieniać, które były najlepsze:)

kura z biura pisze...

Jeśli chodzi o "procedury postępowania" to użyłam po prostu urzędowego żargonu, nie zastanawiając się, czy słownik mówi coś więcej na ten temat, bo wyrażenie jest powszechnie używane:
http://tiny.pl/qwgm6

Anonimowy pisze...

"Podszedł do barku, szukając wśród tych rozcieńczonych soczków czegoś mocniejszego. Zainteresował się chyba najmocniejszym trunkiem w tej butelkowej koteryjce. Była to stara nalewka bez nalepki, najprawdopodobniej ręcznie robiona."

Kwiiik, totalnie widzę tego Lokiego, jak pędzi bimber... znaczy, tego, nastawia nalewki w zakamarkach wieżowca :D (koleżanka zasugerowała, że może od babci dostał i chowa na tyłach barku, żeby wstydu nie było)


Lokiego, który leci na biznesowe spotkania w marynarce od Gucciego, krawacie i szmaragdowej nausznicy też totalnie widzę. Donar powinien zebrać oklaski za umiejętność dopasowania podarku do gustu obdarowanego.


Hasz

Siberian tiger pisze...

Ok, myślałem, że może wiesz o dopuszczalności używania tego określenia w niektórych sytuacjach, a w niektórych nie:)

Nawiasem mówiąc, z opka dowiedziałem się, że w ogóle istnieje coś takiego jak nausznica. Fakt, bardziej pretensjonalnego i niewłaściwego prezentu dla nieznajomego faceta można ze świecą szukać.

Ten Zenon pisze...

Analiza bardzo "znamienita". Chyba najlepsza... Q, analizuj częściej :)

Also, ktoś mógłby uświadomić aŁtorów, że istnieją bardziej ekskluzywne zegarki niż Rolexy. Nawet takie przez jedno "l".

Anonimowy pisze...

kura z biura: "Chyba kontakt z policją jednak jest dla niego straszniejszy niż z psychopatycznym wannabe-gwałcicielem Lokim."

A tak, to też. W pierwszym odruchu myślałam, że to zwykły błąd językowy i że więzień miał krzyczeć coś w rodzaju "Puść mnie, bo cię zabiję!". Ale jak już porządnie dotarła do mnie cała rozpaczliwa głupota tej sceny, zajęczałam cichutko i wykonałam facepalm ręka, stopą, łokciem i pośladkiem.
Zastanawia mnie jeszcze coś, co nie było poruszone chyba ani w analizie, ani w komentarzach. Bohaterami są dwaj mężczyźni i to już konkretnie dorośli. Donar ma dwadzieścia pięć lat, Loki pewnie jest po trzydziestce (bo w to, że można zostać CEO megakorporacji w wieku 25 lat i to w branży spoza IT wierzy chyba tylko pani El James). Ludzie są zwykle dość dobrze określeni i samoświadomi, bo orientacja seksualna to jest coś, co odkrywa się w wieku nastoletnim. Tymczasem nasi dwaj panowie kompletnie nie zwracają uwagi na zaczepiające ich piękne kobiety (Loki ignoruje sekretarkę, Donar wręcz odpycha przyjaciółkę), a potem są wielce zdziwieni, że podoba im się inny facet. "Nie pozwoli by ktoś, a już na pewno nie mężczyzna, wprawiał go w takie zakłopotanie" i inne "Chryste, facet mnie przytula!". Teoretycznie jest możliwe, że to dla nich pierwsze doświadczenie z własną płcią i dotąd sypiali wyłącznie z kobietami - ale wtedy nie powinni ich traktować, jakby były zadżumione!

Mówię "teoretycznie", bo bohaterowie są tak wyprani z seksualności, jakby nie spali w życiu jeszcze nigdy i z nikim. Autorzy każą nam uwierzyć, że Donar spędził cały rok z rękami na kołderce, myśląc cnotliwie o zielonych oczach Lokiego i ani razu nie zrobił sobie dobrze do tej myśli? Nigdy nie obudził się ze wzwodem, wyobraźnia nie podsunęła odpowiednich obrazów? Przez rok miał obsesję na punkcie obcego człowieka i ANI RAZU nie przyszło mu do głowy, że tamten facet po prostu podoba mu się fizycznie? I to jego oburzenie na sugestię, że przyszedł do Lokiego, żeby się z nim przespać, jest autentyczne? Jeszcze przed chwilą dopatrywał się drugiego dna w zdaniu "sam cię obsłużę", a potem domaga się, żeby jego pytanie "Gdzie jest sypialnia?" interpretować dosłownie? Chwileczkę, zadzwonię z tym w odpowiednie miejsce.

"O, już wiem jak. Oto reakcja Thora, który znalazł to opko"

To jeszcze do kompletu reakcja Lokiego, który je znalazł.

kura z biura pisze...

Lubię takie tłuste, wypasione komcie :D
Cóż. Seksualność bohaterów interpretowałam sobie tak, że do tej pory byli hetero, a potem przyszedł Imperatyw Jaojcowy i walnął ich maczugą przez łeb. ;) To tak strasznie widać, że ich pcha ku sobie li i jedynie Imperatyw!
A tak serio - Loki mógłby być np. tak zapracowanym człowiekiem, żeby kompletnie nie mieć czasu na życie prywatne. Mógłby wychować się w środowisku, w którym bycie gejem wciąż jest powodem do wstydu i sam przed sobą się nie przyznawać. No ale to trzeba napisać...
A Donar... Donar to taki harcerzyk, że i prawiczkiem mógłby być :)

Anonimowy pisze...

"A tak serio - Loki mógłby być np. tak zapracowanym człowiekiem, żeby kompletnie nie mieć czasu na życie prywatne."

Hm, przyznam, że podoba mi się ten pomysł :-) przy takim przedstawieniu to by nawet miało sens. Loki jako człowiek, który większość życia spędził głęboko w szafie, nie akceptując własnej orientacji, a potem uciekł w pracę, wmawiając sobie, że żadne związki mu niepotrzebne? To by tłumaczyło wszystko: i ryzykowne zapraszanie nieznajomego do domu, i popisywanie się grą, i jego późniejszą wściekłość. Wszystko nabiera sensu, jeśli wiemy, że on przez cały czas powtarza sobie z tyłu głowy: "To nic nie znaczy, wcale nie jestem gejem, po prostu zaprosiłem tego człowieka, bo ciekawie mi się z nim rozmawia i zamierzałem z nim pogadać o rękodziele i muzyce, to nic takiego, jestem pewien, że ludzie robią tak cały czas, trochę wypiliśmy, ale to też nic złego, wszystko pod kontrolą... o żeż, kurna, jaka sypialnia? (atak paniki)". Prosty mechanizm i wcale nie trzeba go tłumaczyć żadnym zaburzeniem dysocjacyjnym diagnozowanym ad hoc przez człowieka sterroryzowanego pistoletem.

Postać Donara jest, obawiam się, w obecnym kształcie nie do odratowania. Co innego niedoświadczenie, a co innego kompletna ignorancja i nieznajomość własnych reakcji. Kto by chciał oglądać kolejną Anastazję Steele, tyle że z wackiem?
(zresztą, co ja gadam - nawet ten głąb Anastazja po dwóch dniach skumał, że na widok Christiana robi jej się przyjemnie "tam na dole", a Donar po roku nie wpadł nawet na to)

kura z biura pisze...

Bo seksualność bohaterów nie mieści się na żadnym dole, tylko wręcz przeciwnie, bardzo, bardzo na górze, w sferze marzeń i jakichś mętnych wyobrażeń, i wyraża się jedynie przez patrzenie w oczy (syndrom seksualności trzynastolatki, jak to określił gdzieś Q). Żeby zadziało się pomiędzy nimi cokolwiek więcej, będą musieli przyjąć dożylnie dawkę Imperatywu, zamiast viagry.

kura z biura pisze...

A tak jeszcze mi się przypomniało - warto zajrzeć do galerii Oak Deera, jednego ze współautorów, i zobaczyć, jak on sobie wyobraża Lokiego i Thora - zarówno w wersji opkowej, jak i nie-opkowej. To naprawdę dużo wyjaśnia, jeśli chodzi o te postacie.
http://oak-deer.deviantart.com/

StrawCherry pisze...

Nie. Nie. Nieee! Właśnie zniszczyliście mi scenę śmierci Snape'a w "Harrym Potterze". "Zielone oczy odnalazły czarne oczy, ale w tych czarnych oczach...". Teraz będę się zawsze na tej scenie śmiać xd
Głupota tego opka aż się z niego wylewa :D A końcówka to już zupełne: WTF?!
Nie oglądałam Thora, a opowiadanko i tak mnie przeraża. Biedni ci, którzy widzieli, a potem to przeczytali ;/
Analiza jak zwykle świetna ; )
Pozdrawiam^^

Anonimowy pisze...

Po pierwsze: tak strasznie, sztraszniesztraszniestrasznie podoba mi się interpretacja anonima... Eee... Kilka komentarzy wcześniej (zapracowany Loki próbujący oszukać samego siebie, że ,,nie, tamten facet wcale mu się nie podoba, skąd, wcale, przecież ja jestem NORMALNY, zresztą po co mi jakiekolwiek związki?) że mimo całego zła, które opko ma w sobie, teraz myślę o nim jako o czymś ciekawym i nawet odrobinę wzruszającym. Fakt, że czytałam tekst jakiś czas temu, no i jest druga w nocy. //Rosja

Anonimowy pisze...

No i druga rzecz, mniejsza i nie wiem czy dobrze myślę noalecotam: nigdy nie miałam opinaczy. Ale przeszłam przez trapery, oficerki i glany chyba trzech firm. No i tak sobie myślę: czy przy opinaczach to działa inaczej, czy Donar nasz zaprawiony piechur- włóczęga nie miałby stóp otartych do krwi już po, no nie wiem, dwóch dniach chodzenia w razwiązanych butach? Jako harcerka chodziłam na rozmaite rajdy oraz wędrówki i po prostu nie potrafię tego zrozumieć.

kura z biura pisze...

TAK! Mnie też interpretacja Anonima bardzo się podoba i generalnie to byłaby całkiem fajna postać. W ogóle temat pt. "spotykają się ludzie z całkiem różnych światów, o odmiennym podejściu do życia" to samograj, którego wystarczy tylko nie zepsuć. Noale.
A co do butów itd. to przypuszczam, że autorzy nigdy nie wędrowali, nie pakowali się na wielodniowy wyjazd...

kura z biura pisze...

A fokle, zaczęłam się zastanawiać, gdzie i w jaki sposób zetknąć ze sobą biznesmena i włóczęgę tak, żeby miało to więcej sensu i wymyśliłam... jakąś modną obecnie w kręgach zapracowanych CEO wyprawę ekstremalną, szkołę przetrwania czy coś w tym rodzaju. Thor byłby przewodnikiem :) Okazji do poranienia sobie stóp - skolko ugodno, poza tym można prowadzić egzystencjalne rozmowy przy ognisku oraz przytulać się w ciemnościach namiotu, gdy wicher na zewnątrz wyje :) Cholera, podoba mi się ten pomysł... :D

Anonimowy pisze...

niech jakaś dobra i miła osoba napisze o tym opowiadanie. najlepiej długie. ;_; prrroszę ;_;

kura z biura pisze...

Tu nie ma dobrych i milych osob, tu sa sami wredni szydercy! ;-)

Anonimowy pisze...

kura z biura: "W ogóle temat pt. "spotykają się ludzie z całkiem różnych światów, o odmiennym podejściu do życia" to samograj, którego wystarczy tylko nie zepsuć."

Temat świetny, ale wcale nie taki łatwy do realistycznego opisania. Mnie wyszło, że powinni się poznać przez kogoś trzeciego, osobę, która z racji pracy i/lub lajfstajlu może mieć kontakt z nimi oboma. I tak sobie piszę, i jest tego trzydzieści stron, i zapowiada się na osiem razy tyle i na razie jest mało fanserwisowo, a relacje są zawikłane i mało oczywiste. Jak nabiorę odwagi, to poproszę tu o adres, pod który można by (jeśli można by?) to przesłać do wglądu. Jak będzie bardzo źle, to przestaję pisać i niech mnie ekipa zanalizuje :)

kura z biura pisze...

Chętnie przeczytam, omnomnomnom :)

Czy jesteś anonimem od któregokolwiek z wcześniejszych komentarzy? Weźcie wy się podpisujcie choć literką! :)

Anonimowy pisze...

a mi właśnie pasuje tak jak w oryginale. Niechże się Donar- Thor wjebie pod to auto (może tylko w nieco bardziej... No, prawdopodobnych warunkach), niech- jak na lekko przygłupiego Norwega przystało (ok, to zabrzmiało ksenofobicznie, nie o to chodzi)- daje się wozić po mieście, niech ma tą obsesję na punkcie i nieznajomego faceta i niech uważa że jego światopogląd jest najlepszy. A Loki niech sobie będzie znerwicowanym szefem korpo, do którego podwładni latają z każdą pierdołą, a którego stosunek do własnej orientacji /patrz komentarze wyżej/. No i który w efekcie też dostaje świra- w ten nie załkiem pozytywny sposób- na punkcie niezwykłego włuczęgi. Bo sam pomysł jest fajny, i naprawdę ciekawy, po prostu został przysypany stosem... Kupy. // Rosja, która była zbyt leniwa żeby podpisać się pod komciami z Anonimowy14 grudnia 2013 02:11 oraz Anonimowy16 grudnia 2013 20:07

Anonimowy pisze...

Anonimowy: "jak na lekko przygłupiego Norwega przystało"

Hehehehe, wyczuwam tu wyraźny wpływ złośliwych skandynawskich sąsiadów :D W Szwecji i Danii, z powodu różnych zaszłości historycznych, Norwegowie faktycznie są stereotypowo przedstawiani jako poczciwi i lekko przygłupi wieśniacy. A już bohater tego dowcipu to po prostu Donar jak malowany:

Szwed, Duńczyk i Norweg wylądowali na bezludnej wyspie. Łapiąc ryby na posiłek, złowili złotą rybkę, która obiecała im spełnić po jednym życzeniu. Szwed natychmiast mówi: "Chciałbym wrócić do mojego wielkiego domu pełnego mebli z Ikei". Duńczyk mówi: "Chciałbym wrócić do mojego przytulnego mieszkania w Kopenhadze, gdzie czeka na mnie moja dziewczyna i sześciopak piwa". Norweg długo myśli i w końcu mówi: "Trochę mi się zrobiło smutno, jak tak zostałem sam, więc chciałbym, żeby moi koledzy wrócili".

kura: "Czy jesteś anonimem od któregokolwiek z wcześniejszych komentarzy?"

Tak, od kilku: 12,12, 10:39, 11.12, 13:05 i 9.12, 14:19 (obiecuję, że na przyszłość postaram się podpisywać, przynajmniej w dyskusjach). - ML

Anonimowy pisze...

Część pierwsza gotowa (taki mały prezent gwiazdkowy :), proszę o wskazówkę, gdzie podesłać -ML

kura z biura pisze...

Łiiii! To ja poproszę na meduza7[at]gazeta.pl :)

Anonimowy pisze...

to ja poproszę na sacrumnonprofanum@gmail.com jeśli można...

Anonimowy pisze...

Poszło. To moje pierwsze podejście, więc bądźcie delikatni (jak powiedziała zaokrąglona Hermiona do opkowego Snape'a i wszystkich innych stojących w kolejce). ML

kura z biura pisze...

Przeczytałam. To jest boskie! Dalszy komentarz na mailu :D

Anonimowy pisze...

Świetna analiza! :) Przychylam się do wypowiedzi osób, które oczekują na analizę książkowej już całości. :D
PS. Czy wariacja na temat tego tForu tworzona przez ML (info z komentarzy powyżej) będzie gdzieś upubliczniona? :) Bardzo chętnie przeczytałabym alternatywną wersję, bo rzeczywiście potencjał niektórych motywów wystepujących w tym opku, wykorzystany inaczej, może być ciekawy.
Maria

kura z biura pisze...

@Maria: Zapraszam na forum, mamy ciaste... znaczy, opowiadanie :)