piątek, 17 stycznia 2014

246. Harry w aureoli zajebistości, czyli Wszyscy mają mambę, mam i ja! (Sylwestrowa Ustawka, cz.2)



W poprzednim odcinku poznaliśmy alternatywne losy Harry’ego Pottera - po tym, jak Dursleyowie wyrzucili go z domu, trafił pod opiekę Snape’a oraz niejakiego mistrza Artura. Harry jest głuchym legilimentą a także wilkołakiem oraz… a czym właściwie on nie jest! Z całą pewnością natomiast jest mistrzem bucery i nadętym, antypatycznym bubkiem.
Dziś dowiemy się wielu pożytecznych rzeczy, między innymi, jak zdobywać przyjaciół i szacun na dzielni, a także, jak hodować węża (to nie to, o czym myślicie…). Indżoj!




Analizują: Kura, Babatunde, Dzidka, Szprota, Sineira, Pigmejka, Vivaldi, Kalevatar.


Śnił. Znów znajdował się w laboratorium mistrza Artura, ale stał jakby z boku. Spojrzał w okno.
Pełnia.
Skulił się, oczekując bólu, ale nic takiego nie nastąpiło. Wyprostował się, gdy usłyszał krzyk. Swój własny krzyk, ale nie dobywający się z jego gardła.
Kiszki mu grały marsza.
Ktoś go nagrał?
Krzyczał uszami.
To jego dusza krzyczała. Bo ją ból istnienia dopadł.
Bo z Harry’ego była duSZa z uszami.


Obrócił się od okna i zrozumiał, że to tylko wspomnienie jego pierwszej przemiany.
Wzdrygnął się. Nie chciał na to patrzeć. Całe szczęście sen zmienił się w jakieś zwyczajne senne bzdury. Ktoś go woła, on nie wie skąd, próbuje szukać i budzi się z wyciągniętą przed siebie dłonią.
Szefowo, da szefowa piątkę na winiacza!
Ważne, że nie obudził się z ręką w nocniku.
A potem się przez pół dnia tłumaczył, że tylko pięć piw zamawiał.


Zerknął na zegar. W pół do ósmej.
Zegar stał w pół do ósmej, a pół do dziewiąta była składzikiem na miotły.
Ale całej ósmej nie dostanie, na jego możliwości to max. druga baza.


Odpowiedni czas, by wstać i przygotować się na rozmowę z Severusem.
Obudził chłopaków, gdy wychodził, by nie zaspali w pierwszy dzień szkoły.
A on co, pokojowa? A koledzy nie mają jakichś magicznych budzików?
A potem poszedł wciągnąć flagę na maszt przy wtórze hymnu narodowego.
Musiał pokazać, kto jest szefem.


Po drodze do kwater Severusa, minął kilkoro Ślizgonów. Nie było to nic miłego, wręcz lodowato chłodny respekt.
Się wie, łerłolfy mają rispekt na kwadracie.
Uśmiechnij się krzywo, a oznaczę twoją szafę...


Zapukał po dotarciu do gabinetu.
— Wejść!
Nie zapowiadało się wesoło. Głos Severusa był bardziej niż ostry. Wszedł niepewnie [ten głos wszedł], po czym stanął przed biurkiem z opuszczonymi luźno rękoma i czekał.
Ten głos stanął i czekał.
Przed biurkiem z opuszczonymi rękoma.
Nawet biurko już ma dość.


Opiekun miał dziwny zwyczaj ignorowania.
Czego? Dopełnienia w zdaniu?
Rzeczywistości.
Jak pamiętamy z poprzedniego odcinka - nie taki znów dziwny, bo w ignorowaniu prześcigali się niemal wszyscy z otoczenia Harry’ego.


Nie wiedział, co chce tym osiągnąć (więc robił to na wszelki wypadek), ale zbyt dobrze znał Severusa, by mu jeszcze bardziej podpaść.
Nie drażnij lwa, bo lew to ja.
I zachlapię na ciebie tłuszczem z przetłuszczonych włosów!


Po dobrych pięciu lub więcej minutach nauczyciel uniósł głowę znad jakichś dokumentów i jeszcze chwilę taksował go spojrzeniem głodnej hydry.
Znaczy - nagle wyrosło mu kilka dodatkowych par oczu?
Jak hydry, to łbów.
Albo odrostów.
Miałem napisać, że najwyraźniej z Harry’ego ciacho się zrobiło, ale biorąc pod uwagę metrykę, to bardzo źle by zabrzmiało.


— Dlaczego znów dałeś się sprowokować Draco?
— Nie sprowokował mnie. Po prostu...
— Nie istnieje nic prostego, Harry.
Łżesz! A konstrukcja cepa?
Oho, ktoś tu się wczuł w rolę mentora i teraz będzie zarzucał mętną filozofią w ilościach hurtowych?
Obij-Dy-Wan Kensnape.


Obaj wiemy, jaki jest młody Malfoy. Jego rodzice przygotowują go. Jest jedynakiem i musi nauczyć się sprawować władzę (bo gdyby miał rodzeństwo, najpierw musiałby się nauczyć o władzę walczyć) (Nie wiesz, co robił jako niemowlak i czy WTEDY byl jedynakiem...). On testuje swoje umiejętności na tobie.
A mógł zabić.
Powinieneś się cieszyć, że jesteś workiem treningowym kogoś z tak szlachetnego rodu.
Więc nie bądź lama, nic nie mów, nic nie rób, nie reaguj, a najlepiej rób wszystko, czego chce.
Najwyżej Harry zrobi to, co zawsze robił, czyli zamknie oczy i będzie prosił, żeby to się już skończyło. Metoda mało skuteczna, ale za to prosta.


— Wiem, Severusie, ale to nie było tak. Moja magia trochę wymknęła mi się spod kontroli...
Severus wstał i podszedł bliżej. Położył obie ręce na ramionach Harry'ego i przytulił go do siebie.
Najpierw udaje hydrę, potem przytula - ktoś tu jest niestabilny emocjonalnie.
Wysyła sprzeczne komunikaty.
Koncentracji uczył się od mistrza Artura.


— Wiem, że to dla ciebie bardzo trudne, ale nikt nie może się o tym dowiedzieć. To twoja broń i tarcza.
— Rozumiem, Severusie.
Pitolisz, Sevciu. Na razie to jest zagrożenie dla niego i otoczenia.
Snape najwyraźniej rzuca krzepiącymi ogólnikami, aby zamaskować fakt, że tak naprawdę nie ma zielonego pojęcia, co robić.
Szkoda, że nie bierze pod uwagę, że Harry nie jest jedynym uczniem, za którego odpowiada.
Może bierze pod uwagę, ale resztę uczniów ma dokładnie między swoimi bladymi, chudymi pośladkami.
Reszta to błąd statystyczny.


Mężczyzna puścił go i wskazał fotel, sam zajmując drugi.
— Jak poważne jest to „trochę"?
Harry pochylił głowę, nie bardzo chcąc mówić. W końcu jednak westchnął ciężko i zaczął:
— Uszkodziło drugą szklarnię i połowę lustrzanego ogrodu. Trzy białe dęby i brzoza złocista złamane. Krzewy od północnej do wschodniej ściany nie zaowocują.
Komu jeszcze to wygląda na typowo mangowo-animowy wybuch mocy niszczący otoczenie w promieniu kilkudziesięciu metrów i przebijający przeciwnika przez trzy kolejne ściany? Come on - magia w Potterlandzie tak NIE WYGLĄDA.
No bo to jest TA INNA MAGIA, dlatego tak niebezpieczna, że nikt jej nie rozumie.
To nie mogliby poprosić, bo ja wiem, Czarodziejek z Księżyca na pomoc?
A skąd on wie, że krzewy nie zaowocują? Poucinał im krzewne jajowody?
Zmienił gałęzie w żelkowe węże.


— Z każdym słowem Severus coraz bardziej marszczył brwi.
Kiedy ustawił je pionowo, zerknął szybko do ręcznego lusterka i odetchnął, zadowolony z rezultatu.


— Szklarnia została naprawiona w ciągu godziny. Drzewa uzdrowione, a złamane gałęzie umieszczone w magazynie.
Sprawną służbę tam mają, brawo, brawo. A jego wysokość Harry jeno chodził i doglądał.
Stanął na wzgórku, omiótł wzrokiem zniszczenia i z uśmiechem na twarzy rzucił: “This is my design”.


Umilkł po zdaniu relacji i czekał na wybuch. Bo ten zawsze następował.
Aha, co mówiłam o stabilności?
Bardzo toksyczna relacja. Cóż się dziwić, nauczyciel eliksirów.
*czeka, aż Snape zabulgocze*


— Ty durny bachorze! Wiesz, ile lat musiałem poświęcić, by te krzewy w ogóle przyjęły się w ogrodzie? — Cichy szept był gorszy od krzyku.
No i po co było to martwienie się, to gadanie o tarczy i broni, skoro i tak okazuje się,  że pal sześć śmierciożerców - najważniejsze są roślinki?
Badylarz z Józefowa, jego mać.
Nie wiedziałam, że z Severusa taki działkowiec. Ciekawe, czy ma poziomki.
Regularnie avaduje krety i nornice, Sectumsemprą przycina gałęzie.
A roztwór z płynnej avady świetnie zwalcza mszyce.
Snape lubił trollować Harry’ego, szepcząc na różnych częstotliwościach.


— Mam nadzieję, że zawartość szklarni nie uległa zniszczeniu, bo wtedy porozmawiamy inaczej. Wiesz, jaka czeka cię kara?
Harry ścisnął dłonie, wstając. Ściągnął szatę i przewiesił ją przez oparcie fotela. Potem zaczął ściągać spodnie.
Zapowiada się interesująco…
Czy Harry nie jest nieco za młody na yaoi?
- He, he, he. Dajcie tu jakąś muzyczkę! - powiedział Maks.
Albercik skrzywił się z niesmakiem.


Rozdział 2.1
Całe szczęście pierwsze zajęcia miały odbyć się dopiero o jedenastej i Harry miał szansę zdążyć się pozbierać po karze Severusa. Podejrzewał, że tak będzie, w końcu jego opiekun wiedział, jak jednocześnie ukarać go i nauczyć. Przynajmniej nie należał do ludzi, którzy biją swoich podopiecznych.
Ugh… Zrobię ci coś, po czym będziesz się długo zbierać, ale to tylko dla twojego dobra.
Bawiąc uczy, ucząc bawi. Się, jeśli jest sadystą.
Nie chcę wiedzieć, czego on go uczył, jeśli zdjęcie spodni nie miało służyć wyklepaniu Harry’emu tyłka. Znaczy - PASEM.
Nawet przy pasie powątpiewam w efekt edukacyjny.


Po tym, co robił wuj Vernon, Harry chyba nie wytrzymałby kolejnego takiego traktowania i sam uciekły od nowego opiekuna
Ciekawe, kiedy dowiemy się, jakiej terapii poddawano Harry'ego w międzyczasie, bo ta skrajnie pasywna gnębiona niewinność z poprzedniej notki jakoś kłóci się z tym, co obserwujemy tutaj.
Harry dostał bonusowe pole position w wyścigu szczurów.


Nie miał tego za złe mistrzowi eliksirów. Rozumiał go, przecież zawsze miał na względzie tylko jego dobro, nigdy by go nie skrzywdził, a już na pewno nie cieleśnie. Ale z drugiej strony nie cierpiał [i]tego[/i] sposobu.
Jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije. Jak się nie karze Harry’ego, to Harry się psuje od tego.
Ryba psuje się od głowy, Harry psuje się od… yhm.
Od wilkołaka.
Od wil-kołka.


— Hej, stary! Jadłeś coś w ogóle? Nie widziałem cię na śniadaniu. — Ron złapał go przed salą transmutacji.
— Miałem szlaban, zapomniałeś? Dopiero co wyszedłem — rzekł spokojnie Harry, chowając naszyjnik pod koszulę i poprawiając szatę.
— Co ci kazał robić? Jesteś okropnie blady. Chyba nie zmusił cię do wypicia jakiejś eksperymentalnej mikstury? Fred i George czasami opowiadają o takich przypadkach podczas zajęć.
— Nie wierz w każde ich słowo — obruszył się natychmiast Potter. — Severus nigdy by nie testował eliksirów na dzieciach. Wie, czym to grozi.
Och, doprawdy? A co niby znaczyły słowa Artura o “eksperymentalnym eliksirze”? Czyżby podawanie go sześciolatkowi tak bardzo zniesmaczyło Severusa, że przeszedł wewnętrzną przemianę i został świętym?
Ale lol z tego, że sam Harry przyznaje, że w sumie Snape jest sukinsynem zdolnym do testowania mikstur na uczniach,.ale powstrzymuje go strach przed karą.
Severus Mengele Snape, do usług.
Nie eksperymentuje na dzieciach… czyli wybiera tylko uczniów z najstarszych roczników?


Potarł lekko czoło w zdenerwowaniu. Nie lubił, gdy ktoś oskarżał o coś jego opiekuna. Był na tym punkcie przeczulony.
Lekko to zajeżdża syndromem sztokholmskim, czy mi się tylko wydaje?
Zdecydowanie. Poza tym Harry chyba dorabiał sobie jako rzecznik prasowy Severusa, skoro ma już jakieś reakcje nerwowe związane z oczernianiem jego dobrego imienia.
Ciekawe, czy ma umowę o dzieło, czy pełen etat.
On to chyba raczej w czynie społecznym...


— Ja tylko... — Ron chciał coś jeszcze dodać, ale kolega mu przerwał:
— Nieważne. Po prostu zastanów się nad zachowaniem swoich braci i doszukuj się prawdy w niedomówieniach.
Harry  i jego 365 mądrości na 365 dni za pięć złotych.
A teraz zajechało karteczkami Pawlikowskiej :-P



Sraty taty!


A ja znam tak:
Gdy życie ci zbrzydło
I świat stał się piekłem
Wsadź głowę do muszli
I pierdolnij deklem. ;)
Podejrzewam, że każde podwórko miało swoją wersję.


Geez, co za nadęty bufon.
Te mundrości Harry’ego to w ogóle… takie niedomówienie.


[Uczniowie idą na lekcję transmutacji, McGonagall daje popis przemiany z kota w człowieka, wszyscy są zachwyceni, tylko Harry zblazowany, bo Nie Takie Rzeczy Już Widział Podczas Wcześniejszych Wizyt. Uczniowie dostają zadanie przemiany zapałki w igłę.]


Rzucił głośniej czar, wskazując różdżką leżącą na stole zapałkę. I na tym jego kontrola się skończyła. Poczuł, jak ta druga magia wkrada się w niego samego niczym pasażer na gapę i przejmuje dowodzenie.
Wiadomo, dzieci + zapałki = pożar.
Pożar - zapałki = Harry z magiczną różdżką.
Pożar - zapałki - Harry = Smaug.


Promyk czaru dotknął zapałki oraz stołu. Sekundę później wszystko, co na nim stało, spadło na ziemię, bo stołu już nie było. Piękny, lśniący stos igieł różnej wielkości leżał u jego stóp.
— Dobrze, panie Potter. — Kobieta pochwaliła go, unosząc tylko brwi. — Następnym razem mniej magii, a więcej precyzji.
I od razu przechodzimy do następnego ćwiczenia: proszę zrobić z igły widły.
A nie możemy zrobić np. fakultetu z voodoo i użyć Harry'ego jako laleczki? Igły są.
Niech wyczaruje teraz stóg siana i bawi się w szukanie.
Albo niech transmutuje stół w gigantyczną poduszeczkę.
Albo namagnesuje głowę i udaje Pinheada.  


Przywróciła stół do poprzedniego wyglądu. Nie do końca jednak. Jego blat lśnił metalem, jakby nie całkiem zapanowała nad jego przemianą. Nie skomentowała tego, tylko zerknęła na chłopca niepewnie.
I tak Harry Stu okazał się nie tylko wybitnym legilimentą, ale i transmutacjonistą, przy którego zdolnościach sama McGonagall jest bezradna.
Niepewne spojrzenie McGonagall to oksymoron równy na przykład temu “sympatyczna posłanka Pawłowicz”.


Harry więcej nie próbował, przynajmniej na razie. Wolał ćwiczyć przy Severusie, który już nauczył się wyczuwać tę drugą magię i jej zrywy.
I który czym prędzej umykał wówczas do schronu, bo i tak nie potrafił zapobiec spektakularnym wybuchom mocy.
Nie no, po prostu przy samym Snapie to mniejszy przypał.
Druga magia chowała się, onieśmielona hebanami.


Byłoby mu pewnie łatwiej, gdyby miał czas się z nią oswoić. Gdyby obudziła się wraz z pierwszą przemianą. Niestety, stało się to dopiero kilka tygodni temu i Harry nie miał wiele czasu ani sposobności na jej opanowanie.
Poza tym przemiany były nieregularne, obfite i bolesne.


Nie miał też wcześniej prawdziwej różdżki, lecz zwykłą, dziecięcą, do ćwiczeń.
Trójkołową.
I z dodatkowym drążkiem dla opiekuna.


Nawet z tą próbną miał sporo kłopotów. Szarpała się, jakby się go bała. Słuchała go, co prawda, wykonując polecenia, jakie jej dawał, ale mimo to chłopak miał z tym niezwykłe trudności. Teraz, po kupieniu takiej z prawdziwego zdarzenia, sytuacja wyglądała o niebo lepiej. Ale co z tego, skoro wilcza magia robiła, co chciała, tak jak w przypadku ogrodu, gdzie zwykły [i]Expelliarmus[/i] rozwalił sto jardów kwadratowych. Jakby dwie magiczne istoty w nim walczyły o przywództwo. Severus kazał mu się wyciszać i wsłuchiwać w tę drugą moc, by ją poznać i zrozumieć, ale on, pomimo wielu starań, nie nawiązał z nią „kontaktu".
Wiecie co? Ona miała pomysł. Ona naprawdę miała pomysł. Ale co z tego, skoro został on wykorzystany tylko do uczynienia z Pottera największego Gary’ego Stu w okolicy…
Jak się dowiemy później, kontakt jednak był. Tak to jest, jak się pisze bez konspektu i potem nie wprowadza poprawek.


Ku uldze Harry'ego lekcje nareszcie dobiegły końca. Ale to był dopiero początek roku szkolnego.
W towarzystwie Rona i Hermiony chłopak ruszył na obiad, ponaglany przez warczący donośnie żołądek wilkołaka.
Przeczytałem “warczący donośnie zadek wilkołaka”. Brzmi niemal równie sensownie.
Ale innych uczniów nie wyprowadzał z równowagi widok podążającego za Harrym żołądka, tak?
To jest Hogwart, nie takie rzeczy tu widzieli.
W sumie skrzat imieniem Żołądek by mnie specjalnie nie zdziwił.
Nawet warczący nagląco.
Żołądek wilkołaka jest włochaty i warczy zamiast burczeć, to elementarne.


Po obiedzie mieli pierwszą lekcję latania. Harry już zacierał ręce. To była jego ulubiona dziedzina sportu. Mógł latać godzinami.
Jak miałam jakieś dziewięć lat i pierwszy raz czytałam “Winnetou” to też bardzo mi się podobało, że Old Shatterhand nawet jako kompletny żółtodziób już był najmądrzejszy, najsprytniejszy, wszystkoumiejący i co chwila zadziwiał starych wygów. Czy Zilidya pisze dla dziewięciolatków? Bo czytelników starszych i bardziej wyrobionych marysuizm w takim stężeniu już chyba wyłącznie wkurwia...
Yo, no ale niezwykłe uzdolnienia Harry’ego w lataniu akurat są dość kanoniczne.
Zgadza się, po prostu akurat w tym miejscu mnie ta refleksja dopadła. A zresztą - w oryginalnym HP najfajniejsze było to, jak chłopak odkrywa ten nowy, nieznany, pełen cudownych rzeczy świat magii, a tutaj? Zblazowany bubek, który wszystko już widział, wszystkiego próbował, na wszystkim się zna.


Wyciągnął swoją miotłę z szafy, wyganiając jednocześnie burego szczura Rona. Zwierzak ostatnio ciągle siedział ukryty w jego ubraniach, zamiast wśród rzeczy swojego właściciela.
— Parszywek jest już stary, nie zwracaj na niego uwagi — rzucił Ron, jednocześnie z zachwytem patrząc na miotłę przyjaciela. — Z takim sprzętem przyćmisz szkolne miotły. Tu są tylko stare Zmiatacze.
Dodatkowe punkty zajebistości. Jeszcze ich trochę przybędzie, to go ten marysuizm przygniecie.
Liczę, że jednak napuchnie jak balon i inni się będą z niego śmiali, gdy Severus będzie go toczył do wyjścia.
Sysyphus Snape (w skrócie Syphcio). Będzie wtaczał Harry’ego pod górę, a potem zasuwał za nim na dół.


— Jak chcesz, mogę ci pożyczyć. Mnie nie robi różnicy, na czym latam. Samo wzbicie się w niebo mnie zadowala.


Widzę to jakoś tak:



W jakiś sposób Harry dał radę sprawić, by nawet tak fajny gest jak zamienienie się na miotły z kolegą z uboższej rodziny 1) był straszliwie pretensjonalny, 2) wypływał wyłącznie z nonszalancji Gary'ego Stu, któremu NIE ROBI RÓŻNICY. Co za buc.
Poza tym, sorewicz, ale nie wierzę, że mu nie robi różnicy. Mnie robi, czy jadę na rowerze dopasowanym do swojego wzrostu i potrzeb, czy na anonimie z wypożyczalni miejskiej.
No ale wiesz, on nad poziomy wylata, dla niego ważniejsza jest transcendencja latania, nie miotły ;)
Dlatego zawsze nosi ze sobą miotełkę do kurzu. Wiadomo, mobilność to podstawa.
On jest tak zdolny, że i na szczoteczce do zębów da radę.


Severus często pozwalał mi latać, to właśnie prezent od niego i mistrza Artura.
— Naprawdę mogę? — upewniał się rudzielec.
— No, pewnie. — Wręczył mu miotłę. — Przecież korona mi z głowy nie spadnie, jak się z tobą podzielę.
Pewnie, że nie spadnie. Trzyma się na tym kiju, który masz w zadku, jedenastoletni sztywniaku.
I znów. Normalny, towarzyski dzieciak powiedziałby po prostu "Fakt, miotła jest super. Masz, sam spróbuj!". A Harry na każdym kroku nie pozwala Ronowi zapomnieć, jak wielką łaskę mu robi.
Małe książątko. Ciekawe, czy biedniejszych głaszcze dobrotliwie po głowach, sypiąc im knuty pod nogi.
W ramach działalności charytatywnej wymyka się wieczorami z domu i kupuje zapałki od samotnych dziewczynek.
Transmutuje im zapałki w igły, żeby mogły się przekwalifikować na szwaczki.


— Jesteś wielki! — Ron już wybiegał na zewnątrz pokoju, pewnie chciał przed lekcją złapać braci i się pochwalić.
Dean dziwnie na niego popatrzył.
— Jeśli też chcesz pożyczyć, wystarczy zapytać — rzucił w jego stronę Harry i ruszył za Ronem.
Och, jaki łaskawy z niego pan. Zaraz zacznie rozdawać tytuły, wioski i rumaki.
Ale tylko tym, których znajdzie godnymi.
I w ogóle to twoja wina, Dean, że nie masz równie wyczesanej miotły.


Chłopak natychmiast wybiegł za nim i krzyknął:
— Jesteś pewien? Naprawdę pożyczysz mi swoją miotłę?
— Jak tylko uda ci się oderwać od niej Rona, to możesz nawet dzisiaj. Tylko potem ją wyczyśćcie.
— Dzięki, Harry!
— Proszę.
- rzucił łaskawie i podał pierścień do pocałowania.
I postanowił, że odbije sobie na pańszczyźnie.
Oraz na prawie pierwszej nocy.
A na miotle zrobi test białej rękawiczki.
A jak znajdzie rysę, to naliczy im dwunastodniową pańszczyznę. 
Byle nie sprawdzał jej pod światłem UV.


Harry z Draco wystartowali jak z procy, natychmiast przełączając się na swój standardowy tryb rywalizacji. Malfoy wyciągnął z kieszeni swój ulubiony złoty znicz i rzucił go w niebo.
Nauczycielka krzyczała na nich, ale na wysokości, na której się znaleźli, nie docierał do nich jej głos.
Jeszcze trochę, a podlecą tak wysoko, że skończą jak Ikar.


Po chwili przestała, nakazując reszcie ćwiczyć w jej pobliżu i obserwowała dwójkę szalejących wysoko w górze jedenastolatków.
Tak, już to widzę. A gdzie słynne “... nim zdążycie powiedzieć ‘quidditch’ ”?
Zakneblowane w komórce pod schodami, razem z kanoniczną Minervą.
Chlipie w kącie, porzucone i niechciane.


Uniki i zwody bruneta robiły na niej wrażenie, a i blondyn niewiele mu ustępował.
*pada ze śmiechu* No tak, najistotniejszy jest tutaj kolor uwłosienia!
Może im te włosy malowniczo powiewały na wietrze…?
Zwody również im powiewały.


Zauważyła też, jak w ciągu paru minut lotu Potter kilka razy łapał i zaraz na powrót wypuszczał znicz, by przedłużyć zabawę.
A potem zauważyła jeszcze, że robił to z zamkniętymi oczyma i jedną ręką przywiązaną za plecami, taki był zajebisty.
A także głową w dół.
I werblując z zapałem piętami o miotłę.
Gdy w następnej chwili zobaczyła, jak łapie znicz między półdupki, uznała, że lepiej byłoby się jednak przenieść do jakiegoś pornoopka o Huncwotach. Tam przynajmniej grono pedagogiczne nie musi się zachwycać niczyimi wyczynami.


Po półgodzinie chłopcy wylądowali koło reszty klasy.
— Obaj macie szlaban! Nie pozwoliłam wzbijać się tak wysoko! — zagrzmiała niczym piorun pani Hooch, gdy tylko ich stopy dotknęły ziemi.
— Nie określiła pani limitu wysokości ani czasu trwania lotu — zauważył Draco swoim perfekcyjnie wyuczonym, arystokratycznym tonem.
Prezentując idealny akcent rodem z BBC.
Dobra, dobra, nie wciskaj kitu! “Unieść się” to nie to samo co “polecieć”!


Tu musiała przyznać mu rację, choć nie powiedziała tego głośno.
Bała się, że Draco, z wdziękiem właściwym wyszczekanym arystokratom poprosi, by się tak nie unosiła.
Albo że naśle na nią swoich niewolników z plantacji.
Albo nie daj boru odezwie się jeszcze Potter.


— Obaj i tak zgłosicie się do opiekunów swoich domów.
— Nie będzie takiej potrzeby. Potter od razu może ze mną iść. — McGonagall podeszła do nich z groźną miną. — Natychmiast!
Odwróciła się, widząc, że chłopak wykonał polecenie.
I to jak gorliwie! Poszedł z nią, zanim zdążyła ruszyć z miejsca!
Good boy! Chodź, do nogi!


[Scenkę z “Panie Wood, chyba znalazłam panu szukającego” doskonale znamy, więc wycinamy]


— Coś nie tak, panie Potter? — Nauczycielka zauważyła jego lekkie niezadowolenie.
— Wszystko zależy od profesora Snape'a, proszę pani. Jeśli się nie zgodzi, to nie będę grał. — Harry postawił sprawę jasno.
Choćby go błagali, nie popuści ani na jotę!
Taa, i nawet Dyrektor nie będzie miał nic do powiedzenia.
Czy to tylko ja, czy samodzielność Harry’ego włącza się głównie w momentach, kiedy decyduje o bzdurach lub gdy może komuś dopiec, a gdy trzeba coś poważnego uzgodnić, lepi się do nogi Snape’a?
To jedenastolatek, nie upieram się, by był przesadnie samodzielny.


— Porozmawiam z nim. Na pewno się zgodzi.
Och, jak bardzo chciałby być przy tej rozmowie. Dwa mocne charaktery i osobowości będą o niego walczyć. Był bardzo ciekaw, kto wygra.
Wyobraźmy to sobie: McGonagall i Snape, biorący się za kudły w basenie wypełnionym kisielkiem.
Włosów Snape’a to i tak bardziej nie zepsuje.
Ale białe kozaczki mogą się zniszczyć.
- Do mnie pierwszej wysłał SMS-a! - piszczała McGonagall. - Ale mnie zaprosił do farmville’a na fejsie! - charczał Snape.



Rozdział 2.2
Następnego poranka Harry zaraz po przebudzeniu zastanowił się, jak ten dzień się zakończy. Oczywiście dla niego.
Pójściem spać?
Nowymi supermocami?
Może chociaż jakąś małą, satysfakcjonującą apokalipsą?
Albo przynajmniej potężną sraczką?
Wieczornymi czynnościami pod kołdrą?
Wybieram bramkę komentarz numer cztery.


[Przed lekcjami Malfoy chce zamienić z Harrym słówko…]


— Potter! Nie wnerwiaj mnie! Wystarczy, że pałętasz się ze szlamą i zdrajcą krwi. Jesteśmy ponad nich, jeśli już zapomniałeś.
Znaczy, Dracuś jest arystokratą z urodzenia, a Harry - z nadania?
Tak. Coś jak Elton John.
Jeden bojarzyn, drugi dworianin.


Harry zmrużył oczy, a z jego gardła wyrwał się cichy warkot.
Kicia, ale ty źle to robisz. Zapewnianie sobie szacunu na dzielni tak powinno wyglądać:

(Jestem pewna, że Derek z “Teen wolf” zjadłby go na śniadanie. A jego wujek Peter ledwo by musiał kłapnąć swą seksowną szczęką.)


Wszyscy zebrani, poza Draco, odsunęli się.
— Waruj, Potter! — zadrwił z niego blondyn. — Nie przestraszysz mnie. Pełnia dopiero za tydzień.
— Malfoy! — Gryfon doskoczył do niespodziewającego się tego Ślizgona i przygwoździł go do ściany, trzymając za gardło. — Znowu zaczynasz mnie wkurzać. Wiesz, jak to się ostatnio skończyło.
Harry powinien zarabiać na życie prowadzeniem kursów. Na przykład “Jak zdobywać przyjaciół?” albo “Jak wzbudzać niekłamaną sympatię otoczenia?”
"Jak przekonać do siebie czytelników?" wraz z dodatkiem "Zaprezentuj się dobrze w oczach analizatorów: 100 praktycznych porad".
Plus suplement zawierający sposoby dbania o stan uzębienia i radzenia sobie z zapaleniem gardła.


Dzieciak przyszpilony przez wilkołaka wyraźnie zadrżał. Uniósł ręce w górę w geście poddania i podkulił… ogon, a Harry puścił go i odstąpił o krok.
I obwąchał mu odbyt.
Harry, jako dominant,  przybrał pozycję stojącą z usztywnionymi kończynami i ogonem wyprostowanym do góry, a następnie wszedł na Malfoya przednimi łapami, aby podkreślić, kto tu rządzi. W odpowiedzi Draco polizał jego pysk, mając przy tym tylną część ciała skierowaną ku dołowi.


— Jeszcze raz usłyszę, jak tak nazywasz kogokolwiek, kto przebywa w moim towarzystwie, to pożałujesz.
Innych mugolaków możesz obrażać do woli, ale wara ci od moich ulubieńców!
Moje stado, moje zasady.


I gdybyś zapomniał – jestem półkrwi, więc obrażasz i mnie. Chyba nie chcesz, bym w napadzie gniewu przyłączył cię do mojego stada?
Na te słowa zadrżeli już wszyscy.
Włos nam na głowie dęba stojał,
I każden z nas się strasznie bojał.
Zęby szczękali, nogi drżeli,
I tak się wszyscy wraz bojeli.
[Joanna Chmielewska]


Strach blady skręcił im kiszki, zgroza ścisnęła półdupki.
Ze strachu piszczeli jak myszki i bledli jak wczorajsze trupki.
A potem przyszli Winchesterowie i z Harrego nie zostało ni popiołu pół kupki.


Kłótnia przyciągała od kilku minut coraz więcej widzów, powodując w holu zator.
— Co tu się dzieje? — Jak na złość od strony lochów nadszedł Snape.
Spojrzał tylko na wolną przestrzeń i dwójkę chłopców, wokół której ona powstała.
— Potter! Malfoy! Szlaban! — oznajmił krótko i sucho.
- Pelargonia! Vettel! Kubica!
Szkorbut, szkorbut!
Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda.
Hastur, Hastur, Hastur.
Bagginsssss! Ssssshire!


— Za co? — zapytali obaj, jakby to, że dopiero co obrzucali się inwektywami, nie było jasne.
— Za zakłócanie porządku! Za utrudnianie mi przejścia na śniadanie! Za denerwowanie mnie waszym widokiem z samego rana! Mam wymieniać dalej? — Spojrzał na nich lodowato, gdy opuścili głowy.
PPP - Pełna Profeska Pedagogiczna. Zupełnie jak ten wychowawca pani Musierowicz, co się na nią obraził, bo wybrała inne studia niż on chciał, i przez x miesięcy przed samą maturą jej nie zauważał, także nie pytając jej i nie stawiając jej stopni.
A mimo to w autobiografii został opisany z ogromną miłością i w ogóle, kudy dzisiejszym belfrom do niego.


— Nie, panie profesorze — odparł Malfoy.
— Minus dziesięć punktów od Gryffindoru, panie Potter, za brak odpowiedzi.
Harry ścisnął dłonie, ale i tym razem nic nie powiedział. Wilk zaczął wyrywać się i starał się nad nim zapanować.
*przepędza sprzed oczu scenę jak z Obcego, tyle że z małym wilczkiem wykluwającym się z klatki piersiowej*
Tak?

(Kuźwa, przyśni mi się)
Snape odejmujący punkty jest owszem, kanoniczny. Tylko że tutaj wie, że ma do czynienia z wilkołakiem, który cierpi właśnie na coś w rodzaju PMS-a, więc drażnienie go na korytarzu pełnym uczniów jest, delikatnie mówiąc, niezbyt rozsądne. Snape lubi życie na krawędzi.


Chłopak przygryzł wargi, koncentrując się na wewnętrznej walce. Severus natychmiast wyczuł, co się dzieje.
— Rozejść się! — krzyknął ostro na uczniów.
Nikt nie chciał stawać na drodze Snape'owi, który pchnął Pottera do tej samej sali, z której chwilę wcześniej chciał skorzystać Malfoy.
Sala po prostu rozchwytywana, musiały w niej być naprawdę miękkie krzesła.
Dopiero co skończyło się w niej zebranie Rady Pedagogicznej i zostało sporo ciastek.
Które należało szybko zjeść przed zebraniem Wspólnoty Mieszkaniowej.


[Harry próbuje zapanować nad swoim wewnętrznym wilkołakiem - kiedy wreszcie mu się udaje, oczy ze złotych znów stają się zielone. Btw, czy to przypadkiem Cullenowie nie mieli złotych oczu?]
[wszystkie wampiry u Meyer, jeśli były najedzone. Głodne - miały czerwone oczy][Złote oczy mieli też Przeklęci w “Sadze o Ludziach Lodu” i wilkołaki w “Teen Wolf”, a nawet wampiry w “Buffy”. Najwyraźniej złoty jest cool.]
[Takoż Elyas i Perrin, czyli osobnicy najbardziej zbliżeni do wilkołaków w cyklu “Koło Czasu” Roberta Jordana. To najwyraźniej się wiąże po prostu z kolorem oczu wilków.]


— Wszystko w porządku? — upewnił się Weasley, na wszelki wypadek stając w niewielkim oddaleniu.
— Już tak. Musiałem się trochę uspokoić — rzekł spokojnie Harry, ciężko wzdychając. — Z każdym dniem będę coraz bardziej rozchwiany emocjonalnie, ale postaram się nad tym panować.
A jak mi się nie uda, to cóż, mówi się trudno. Ale dołożę się do kosztów pogrzebu.Pod warunkiem, że zostanie z ciebie coś więcej, niż sterta podartych ubrań.
Wtedy dołoży się do tablicy pamiątkowej.


— Myślałam, że wilkołaki stają się słabsze przed i po pełni, a nie nadpobudliwe? — zdziwiła się Hermiona, machając na nich, by wyszli z sali.
— Chodź, śniadanie nam stygnie — skojarzył nagle Ron.
Skojarzył z czym? Z wilkołakiem pożerającym człowieka?
Może akurat serwowali dziś wilkołaki, kto ich tam wie.
Może na śniadanie była surowa wątróbka.
I świeża, na niektórych talerzach jeszcze cicho chrumkała.


Malfoy już siedział przy stole Ślizgonów i tylko zmrużył oczy, gdy Harry wszedł do sali. Zaraz też wrócił do posiłku, jednocześnie starając się odkleić jakąś dziewczynę od swojego ramienia.




Harry, odrobinę zmęczony, nie miał w ogóle apetytu,
Też bym nie miała, na taki widok ;)
No tak, głodzi się przed pełnią, żeby mieć dużo miejsca w żołądku na ludzinę.


ale zmusił się do zjedzenia przynajmniej jednej kanapki, bo wiedział, że gdyby tego nie zrobił, pożałowałby tego w bardzo krótkim czasie.
On też z tych, co trafiają na intensywną terapię po ominięciu jednego posiłku?


— Harry, możesz mi to wytłumaczyć? — odezwała się nagle siedząca koło Rona dziewczyna.
— Co? — zamrugał, odrywając wzrok od stołu Slytherinu.
— Dlaczego robisz się nerwowy, a nie słabszy? Z tego, co czytałam dotychczas... Przestań, Ron! Chcę wiedzieć, czy Harry ma (bolesne miesiączki?) jakieś szanse na wyleczenie...
— Na razie nie znaleziono lekarstwa na likantropię, Hermiono — przerwał jej Harry, zanim zakłuła rudego chłopaka widelcem.
Jego słowa uratowały Weasleyowi życie.
Pozbawiając uczniów codziennej porcji rozrywki i niezwykłości.


— A eliksir tojadowy?
— On tylko przytłumia bestię podczas pełni, ale ja nadal przechodzę transformację — tłumaczył.
— Dlaczego unikasz odpowiedzi, Harry? Czy to jakaś tajemnica? — Dziewczyna nie dała się zwieść.
- Tak, Hermiono. Czy ja cię wypytuję o regularność cyklu i ewentualne leczenie, jeśli coś w nim szwankuje?
Tak moja droga, w każdą pełnię kości mi się łamią i przestawiają, skóra pęka, jucha bucha, twarz mi blednie, włos mi rzednie, psują mi się zęby przednie, z łepetyny robi mi się wilcza sieczka, z chęcią podzielę się więc z tobą moimi lękami egzystencjalnymi.
Ale przynajmniej raz bucuje ktoś inny niż sam Harry. To dziwnie… odświeżające.


Chłopak rozejrzał się dookoła, ale nikt nie przysłuchiwał się ich rozmowie. Przysunął się więc bliżej i szepnął:
— To właśnie jeden z powodów, dlaczego Severus nakazał zmienić regulamin. On testował na mnie eliksiry.
Zmiana regulaminu - cudownym rozwiązaniem każdego problemu :D
Na dziecku. Cóż za fantastyczna osoba z tego Severusa!
Oj tam oj tam. Wiedźmi w Kaer Morhen testowali i nikt nie podnosił rabanu.
Wiedźmini nie mieli nad sobą ministra Knota.
Co nie jest zabronione, jest dozwolone. Co jest zakazane, zawsze możemy zmienić, bo Harry Potter.


— Har...! — Uciszył jej krzyk dłonią.
Dał jej plaskacza?


— Powiem krótko, ale ma to pozostać między nami. Do zwykłego wilkołaka jest mi bardzo, naprawdę bardzo daleko. (Aha, czyli Harry jest pośledniejszym gatunkiem likantropa.) Czy to ci wystarczy?
Kiwnęła głową, a gdy zabrał rękę, dodała;
— Ale tylko na razie, Harry. A teraz lepiej się pośpieszmy.
Dopiero teraz zauważyli, że tylko ich trójka została z pierwszego rocznika. Nawet Ślizgoni już wyszli.
Gdy zobaczyli, że Harry zakrywa Hermionie usta uznali, że to wstęp do czynów zabronionych, których świadkami woleli nie być, więc się ulotnili.


Pędem wypadli z Wielkiej Sali i pobiegli w stronę lochów.
Gdy dobiegali, Severus już wpuszczał uczniów do sali laboratoryjnej. Zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Poczekał przy drzwiach, aż wszyscy zajmą miejsca, i łopocząc szatą,
Jak można łopotać szatą w klasie? Rozumiem na korytarzu, na błoniach, ogólnie gdzieś, gdzie jest przepływ powietrza - ale w sali? Już nie mówiąc o tym, że klasa eliksirów znajdowała się w lochach!!!
Specjalnie sobie dmuchawę przed drzwiami zamontował. Lubił, jak mu łopotało to i owo.
Albo po prostu podnosił i opuszczał ramiona, niczym skrzydła.
A szata robiła “łopotu-łopotu”.
Coz I am the Night!

Może był jak Rahl Posępny? On też sam z siebie łopotał.


przeszedł na środek sali, po czym zmierzył ich wzrokiem bazyliszka na głodzie, doprowadzając Neville'a do jakiejś nerwowej drgawki.




— Jesteście tutaj, żeby się nauczyć subtelnej, a jednocześnie ścisłej sztuki przyrządzania eliksirów...
Na te słowa Harry musiał chwycić się stołu, by nie zerwać się z miejsca i czegoś nie powiedzieć.
Na szczęście w porę przypomniał sobie, że tego dnia dał już jeden popis bucery.
Wolał też nie ryzykować kolejnej rundki w charakterze królika doświadczalnego.


Ulubiona przemowa mistrza Artura, w trochę zmienionej na liczbę mnogą formie. Znając na pamięć dalszy ciąg, chłopak zaczął bawić się piórem i pergaminem, skrobiąc jakieś bohomazy.
Bo okazywanie nauczycielowi lekceważenia jest taaaakie zajebiiiiste!
Zwłaszcza jeśli się tego nauczyciela - podobno - ceni i szanuje.
I ma ochotę bić za krzywe spojrzenie w jego stronę.
Przecież musiał pokazać, że i w tej dziedzinie nie ma od niego większego kozaka.


Zapomniał na chwilę, z kim ma do czynienia.
— Potter, co mi wyjdzie, jeśli dodam sproszkowanego korzenia asfodelusa do nalewki z piołunu?
Niestety, nie tylko Potter zapomniał, z kim ma do czynienia.


Harry, zajęty rysowaniem wielkiego nietoperza topiącego się we wrzącym kociołku i wpychanego pod powierzchnię przez chochlę z wygrawerowanym imieniem „Artur", nawet nie podniósł głowy, gdy odpowiadał.
— Wywar Żywej Śmierci. Ostatnia partia zrobiona trzy tygodnie temu. Drugi regał po prawej, trzecia półka, niebieskie butelki. — I dalej rysował.
Sooooo…. BADASSSSSSS!
Harry:



W ogóle nie zauważył, że wszyscy jak jeden mąż odwrócili się w stronę wskazanego mebla. Na trzeciej półce najzwyczajniej w świecie w równym rządku stały błękitne fiolki.
Oczywiście, tylko przez chwilę, bo po sekundzie stuporu cała klasa rzuciła się na fiolki.


— Potter! — Tym razem w głosie profesora wyraźnie słychać było gniew. — Gdzie będziesz szukać bezoaru?
I znów sytuacja się powtórzyła. Harry zaabsorbowany swoim dziełem, udzielił odpowiedzi bez unoszenia głowy.
— Jeśli nie ma w czwartej szufladzie w magazynie, to przydałby się jakiś kozi żołądek.
Harry minął się z powołaniem. Nie powinien być magiem. To przecież urodzony magazynier!
Albo bibliotekarz. Choć nie, znając jego bucerę, kierowałby ludzi tak, żeby po drodze umierali z głodu w labiryncie regałów.


W tej samej chwili, w której Ron kopnął go pod ławką, Harry przypomniał sobie, gdzie się znajduje. Zerwał się ze swego miejsca, stając prosto jak struna.
— Przepraszam, panie profesorze. Nie chciałem być niegrzeczny, to tak z przyzwyczajenia.
Z przyzwyczajenia jestem aroganckim bubkiem, hamuję się tylko dla pana!
O, pan profesor! A ja taki nieubrany  bez rozdziału bez ogłady...


Severus patrzył na niego takim wzrokiem, jakiego Harry nie pamiętał już od dłuższego czasu. Coś mrocznego i strasznie pustego widać było w tych czarnych oczach.
Snape się wściekł, bo Harry zdradził właśnie, że nauczyciel używał szkolnego wyposażenia do celów prywatnych, w dodatku wykorzystując przy tym nieletniego do pomocy.



Harry spuścił głowę, ale ostry głos nauczyciela zmusił go do ponownego jej podniesienia.
— Potter! — Wskazał pojedyncze stanowisko z boku sali. — Pięć porcji eliksiru przeciwbólowego. Masz dwie godziny.
Ci, którzy pochodzili z rodzin czarodziejskich i znali podstawy nauczania, sapnęli zszokowani. Eliksir przeciwbólowy był w piątej klasie, a i wtedy mało komu udawało się go zrobić poprawnie.
Ale Harry zrobi, przecież to oczywiste. Swoją drogą co to za kara, dać bachorowi okazję do dalszych popisów?
Właśnie, co się stało ze starym, dobrym skrobaniem kociołków po zajęciach?
Przecież naszego Harry’ego nie moglibyśmy zniżyć do tak przyziemnych czynności.
Może używał tej samej szczoteczki do zębów co Severus?


Jednak nic w zachowaniu Gryfona nie świadczyło o tym, że nie zna sposobu przyrządzania. Najdziwniejsze dla wielu było to, że nawet nie pofatygował się szukaniem instrukcji czy spisu składników, tylko od razu podszedł do szafki z ingrediencjami i wyjął kilka.
Jaaaassssssne.
Ty się ciesz, że aŁtoreczka nie napisała, że ingrediencje same zaczęły wskakiwać do kociołka.
Albo że Potter wlał je sobie do gardła i po chwili zaczął smarkać gotowym eliksirem.
Nosił je wszystkie w kieszeni jak w porządnym point&click, razem z drabiną, kamiennym ptaszkiem, złamaną deską i kilogramem zardzewiałych gwoździ.
I ziemniakiem.


— Wersja zwykła czy ulepszona? — zapytał nagle, odwracając się do profesora.
I ty się, głupku, dziwisz, że masz wrogów...
- Wersja premium - wysyczał Snape. - Z dodatkowymi 25GB na upload zdjęć, bo będę dokumentował, jak ci wpycham tę arogancję do gardła przez buty.
Zmieniłem zdanie, ma być wywar żywej śmierci. A potem sam go wypijesz. CAŁY KOCIOŁEK.


[Potter znów pokłócił się z Malfoyem i…]


Huk, jaki rozniósł się po korytarzu, wywołał panikę wśród obserwujących kłótnię uczniów. W chwili, gdy Harry uderzył pięścią w kamienną balustradę, spora jej część rozpadła się.
Iwan Byczy Syn, jak pragnę zdrowia.
Albo jakiś Ichigo czy inny Naruto.


Ja widzę to:



Niszcząca siła wilkołaka posłała ją w kawałkach w przeciwległą ścianę. Wszyscy nagle nabrali ochoty znaleźć się gdzie indziej.
Trudno im się dziwić.
Pobiegli na wyższe piętro, skąd był lepszy widok.


Malfoy chyba był tego samego zdania, bo cofnął się o kilka kroków. Gryfon ściskał w dłoni resztki barierki, a jego oczy – złote w całej okazałości 



– śledziły każdy jego ruch. Nagle obrócił się na pięcie i zaczął wchodzić na wyższe piętro, całkowicie ignorując Ślizgona. Wszyscy schodzili mu z drogi, gdy tylko spojrzeli na jego twarz. Kolor oczu był bardzo wyraźnie widoczny.
Harry - sygnalizator uliczny. Póki się świeci zielone, możesz jechać, na żółtym uważaj. Przy czerwonym zapewne demoluje budynki i rzuca samochodami.
Raczej już wtedy aportuje samochody, się obawiam.
Harry… MIAŻDŻYĆ! 



Rozdział 2.3


[Harry wspomina pobyt w Snape Manor]


Pod osłoną barier mistrza Artura żadne, nawet czarnomagiczne zaklęcie nie zostało wyłapane przez Ministerstwo Magii. Nie żeby Harry je rzucał. Nawet teraz potrafił zapanować tylko nad kilkoma czarami. Nie przeszkadzało to jednak dorosłym opiekunom w ćwiczeniu ich na chłopcu, a dokładniej w ćwiczeniu obrony przed nimi.
Yup, najpierw eksperymenty na dziecku, teraz znęcanie się nad nim przy pomocy czarnej magii. Robi się coraz weselej.
Właściwie krok dalej to już tylko zabicie, zakopanie, odkopanie i zjedzenie.
Przecież to dla jego dobra, no...


Jak na razie tylko ich trójka wiedziała, że [i]Imperiusem[/i] mogą Harry'ego co najwyżej poszturchać, a [i]Crucio[/i] (choć ten czar zastosowali tylko kilka razy, by chłopak wiedział, co to właściwie za klątwa) zwala go z nóg i raczej nie boli tak, jak to opisują.
A od Avady dostawał jedynie lekkiego bólu gardła. W zasadzie to Voldemort mógł mu skoczyć i nie wiadomo, po co świat czarodziejski się z tym Potterem tak cały czas certolił.
Tak, a na kolację jadł kisiel z wapna gaszonego i zagryzał pszczołami, taki był zajebisty.
Skończywszy lat dziesięć zgolił swój pierwszy młodzieńczy meszek. Kataną. Po ósmej próbie.
Eeej, ale najpierw wyrastają włosy na genitaliach, dopiero później na twarzy… Ups! Biedny Harry.
Chuck Norris i Superman chcieli zapisać się do niego na staż dla superbohaterów, ale Harry im powiedział, żeby czekali w kolejce, bo on teraz nie ma czasu.


Na razie jego uczestnictwo w tegorocznych rozgrywkach quidditcha było tajemnicą, nawet dla Rona, a on sam nie miał zamiaru się chwalić. Już to, że pozwolono mu przywieźć miotłę jako pierwszorocznemu, wywołało ostatnio dyskusję w pokoju wspólnym. Całe szczęście do niektórych dotarło, że ma tu opiekuna i tak naprawdę zamek jest jego drugim domem, a w domu przecież można mieć miotłę. Trochę to zamotane, ale w końcu dali mu spokój.
Zrozumieli, że na protekcję nie ma rady.
Harry miał takie plecy, że musiał przechodzić bokiem przez drzwi.
Tylko że nie jest drugim domem, bo nie jest też domem Severusa. Bo chodzi przecież o to, że w domu jest się pod stałą opieką, a w szkole nikt nie może na niego uważać cały czas.


— Pokazałeś Ślizgonom, Harry. — Chłopak zamrugał, gdy Fred stanął przed nim w rozkroku i z szerokim uśmiechem na twarzy.
Będzie yaoi! Albo już było, w zależności od tego, co konkretnie Harry pokazał Ślizgonom.
Szkolny folklor, ani chybi.


— Szkoda, że poszkodowana jest barierka, a nie Malfoy — dodał zaraz George, stając obok w podobnej pozie.
Gangbang…?
Może chociaż twincest?


— Słucham?
Bliźniaki przysiedli się do niego, cicho szepcząc:
— Jesteśmy w drużynie, mały. Pałkarze, i to najlepsi, trzeba zaznaczyć. Sam się o tym przekonasz, if you know what I mean. A Ślizgoni ciągle zwijają nam puchar sprzed nosa.
Harry uśmiechnął się. Severus nie omieszkał pochwalić się zwycięstwami swego domu.


[Dowiadujemy się, na czym polega szlaban Harry’ego - przypomnijmy, ten, do którego musiał się rozbierać. Nie, nic z tych rzeczy, o których wszyscy teraz myślą - Harry śmiertelnie boi się wody (gdy był mały, zaatakowało go jakieś stworzenie z jeziora), więc musi siedzieć w basenie, zanurzony po szyję]


Od czterech lat Harry nie wskoczył do żadnego głębszego zbiornika wodnego. Teraz też wybrał powolne wejście. Magiczny zegar piaskowy uruchomił się dopiero, gdy wszedł po szyję. Serce wilkołaka biło jak szalone, starając się nadążyć ze strachem na wróble pod pachą. Każdy najmniejszy plusk wywoływał w chłopcu napad paniki. I chociaż bardzo dobrze wiedział, że to tylko łazienkowy basen, taka większa wanna, a i tak w każdym momencie oczekiwał ataku. Jego oddech stał się chrapliwy, gdy parę razy zakrztusił się wodą, okręcając się nagle wokół osi, szukając wyimaginowanego napastnika.
A potem zakrztusił się skuteczniej i to był koniec bajki.
Niestety, Czatownik z Wody to nie ten fandom…Przypomniał mi się slash Pottera z Wielką Kałamarnicą...


Minuty ciągnęły się w nieskończoność, powodując tym powolnym mijaniem dodatkowo napady złości wilka, który też nie przepadał za wodą. Czas w końcu minął i woda sama zaczęła się obniżać, spływając do kanalizacji. Harry wręcz rzucił się do barierki, by opuścić basen jak najszybciej. Opadł na kolana przy ławce z ubraniami. Nie miał sił na nic innego. Po wyjściu z ciepłej wody trząsł się z zimna i z opadającej adrenaliny.
Patrząc na skalę tej hydrofobii zaczynam się zastanawiać, jaki aromat roztaczał Harry.
Jeszcze nie było najgorzej, skoro nie był w stanie - jak hydrofobowie u Pratchetta - lewitować nad wodą siłą swojej niechęci.Może mył się wilgotnymi chusteczkami?


Drzwi łazienki stanęły otworem, a na progu zobaczył Severusa.
— Jakaś poprawa?
Zaprzeczył, próbując wstać na chwiejnych nogach. Dopiero, gdy podparł się rękami o ławę, dał radę na niej usiąść i sięgnąć po ręcznik.
— Moglibyśmy spróbować nad jeziorem — zaproponował mężczyzna.
— Nieee! — Hary spojrzał na niego z takim przerażeniem, że Severus aż sapnął ze zdziwienia.
Przepraszam, ale czy Severus jest niedorozwinięty? Stosuje tę “kurację” bezskutecznie od kilku lat i wciąż się dziwi, że  pacjent nie wyraża entuzjazmu?
Swoją drogą na ten strach przed pływaniem chyba niezbyt pomaga to, że Harry siedzi w basenie sam?
Severus wyszedł z założenia, że swe lęki należy pokonać, ale chyba dopiero niedawno ktoś go oświecił, że nie chodziło o rozsmarowanie ich na ścianie, ani odparowanie przy pomocy kuli plazmy.


— Harry...
— Nie! Nie pójdę pływać w jeziorze pełnym trytonów i Wielkiej Kałamarnicy! Nie, za żadną cenę!
Ok, może faktycznie nie każde towarzystwo jest wskazane.


— Nikt z mieszkańców tego jeziora nie zrobi ci krzywdy. Dam ci skrzeloziele, jeśli chcesz.
Terapia implozywna - robisz to źle.


[Spanikowany Harry ucieka i gna na oślep korytarzami Hogwartu]


Patrzył na wejście do nieznanego mu korytarza. Już samo wejście do niego wydawało mu się podejrzane,
No fakt, wejście do wejścia do korytarza wygląda bardzo podejrzanie.Wejście łypnęło niecnie drzwiami.
Wiadomo. Wejście, korytarz - Freud mógłby coś powiedzieć na ten temat...


bo kurz zalegał spora warstwą, jakby nikogo nie było tu od dłuższego czasu. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie poszedł sprawdzić, co się w nim znajduje.
A nuż znajdzie tam darmowego skill pointsa i zyska nową moc.
Ale on poszedł sprawdzić co się znajduje w kurzu. Już odpowiadam: “W skład kurzu domowego wchodzą pyłki kwiatów, drobiny martwych owadów, ich odchody, drobiny ludzkiego naskórka, włosy, resztki jedzenia, kłaczki i organiczne włókna z ubrań, pościeli i innych tkanin, ziemia, sadza, pył powstały podczas palenia papierosów i gotowania, ołów, arsen, a nawet DDT, przetrwalniki grzybów pleśniowych, drożdże, bakterie oraz żerujące w tym wszystkim roztocza.”
NIE CHCĘ WIEDZIEĆ, CO WCHODZI W SKŁAD ROZTOCZY.


Za zakrętem poczuł niepokojący zapach zwierzęcia. Co ono by tu robiło? Chyba że uciekło któremuś z uczniów.
Nie rozpoznał gatunku po zapachu? To kiepski z niego Wilkołak Stu.


Ruszył dalej zaciekawiony i zatrzymały go dopiero drzwi. To za nimi wyczuwał ten zapach. Spróbował otworzyć, ale były zamknięte. Wyciągnął różdżkę i rzucił [i]Alohomorę[/i], podstawowe zaklęcie otwierające. Zadziałało i drzwi uchyliły się powoli.
Jak widać, dysfunkcja dotycząca panowania nad magią działa wybiórczo.
A tajemne, zakurzone i zapewne w *uj stare drzwi otwierają się przy pierwszej próbie bez najmniejszego skrzypnięcia.
Ot - magia, panie.


Harry szeroko otworzył oczy, widząc wielkie bydlę o trzech głowach.
— Ożesz w mordę…
W trzy mordy!


Wszystkie natychmiast odwróciły się w jego stronę. Każda paszcza odsłoniła kły wielkości jego nogi.
Wilk w ciele chłopaka zaczął domagać się uwagi, więc ten warknął na niego, uciszając bestię. Nawet nie zauważył, że zrobił to głośno. Trzygłowy potwór przed nim usiadł na zadzie, kładąc łby na ziemi.



O! Tego się po nim nie spodziewał. Czyżby to, że on jest wilkołakiem, dawało mu jakąś władzę nad tym sporym kundlem? Zwykłe psy bały się go i uciekały albo natychmiast stawały się uległe. Czy i w tym przypadku tak to działa?
Ależ oczywiście! Najstraszliwsze bestie będą mu jeść z ręki i podstawiać brzuszki do drapania.
Voldemorta nie wyłączając.
Obawiam się, że nie tylko brzuszki.
Bazyliszek pewnie tylko zamrugałby do niego zalotnie.


Podszedł bliżej, ale pies już nie reagował wrogo, ba, nawet pozwolił się pogłaskać.
A Ty, Sine, prorok, czy co?
Kurde bele, może pójdę w Lotto zagrać?...a hipogryfy pewnie trzymałby w klatce, żeby mu ćwierkały.
A sklątek tylnowybuchowych używał jako wrotek.


— Co tu robisz? Przecież bez powodu by cię tu nie zamknęli.
Bo to, że jest wielki i potrójnie morderczy, to za mały powód.


Rozejrzał się po pomieszczeniu i teraz zauważył klapę, na której siedział psiak.
Dlaczego nie pieseczek? Nie ograniczajmy się!
Pimpuś brzmi bardzo… szlachetnie.


— Przesuń się, mały.
Popchnął go, by usłuchał, i otworzył klapę. Ciemność w dole nie wróżyła niczego dobrego, ale [i]Lumos[/i] od razu rozświetlił mu kolejne pomieszczenie na dole. Puste.
— Siedź tu grzecznie. Zaraz wracam — rzucił do psa i zeskoczył.
To tam nie było żadnej drabinki? Hmmm, ciekawe, jak Potter wróci na górę.
Złapie się za włosy i sam siebie uniesie, jak baron Műnchhausen.
Wszyscy superbohaterowie wiedzą, że wystarczy wycelować pięść w niebo. Łopotanie pelerynką mile widziane.
Tego ostatniego miał szansę się nauczyć od swego mĘtora.


Na dole nie znalazł nic poza kolejnymi drzwiami i kolejnym pokojem, także pustym, choć trochę dziwnym. Bardzo wysokim i z kilkoma miotłami stojącymi przy kolejnych drzwiach.
Trafił do tajnej kwatery Gildii Sprzątaczek!
Puste pomieszczenie i dużo mioteł? To oznacza jedno:

Może to po prostu bardzo duża komórka na miotły?


Gdy minął następne puste komnaty, zaczął się już tym nudzić i chciał wrócić, ale trafił do jeszcze jednego pomieszczenia i tam zamarł. Coś go zaniepokoiło. Rozglądał się, ale nikogo tu nie było, stał na otwartej przestrzeni, a otaczały go tylko ściany.
Noooo, gdyby na otwartej przestrzeni otoczyły mnie ściany, też bym była zaniepokojona.Może to pomieszczenie, w którym trzymali wszystkie obalone przez artystów “czwarte ściany”?
Rekwizytornia Pink Floydów.


Nie było tu nic, kilka kolumn i nic poza tym. Nagle przed nim jedna z niewysokich kolumn zaczęła się jarzyć słabym światłem.
A to była kolumna rektyfikacyjna.
Albo Monolit.
Albo O’n ze Szninkla.
Albo zwykła lampka z lawą, ino ciut większa.


Podszedł bliżej, przyglądając się światłu. Jego nagły rozbłysk oślepił go na kilka sekund. Przetarł oczy, przyzwyczajając się na nowo do zwykłego światła.
Znów wszystko było zwyczajne. Wzruszył ramionami i skierował się w powrotną drogę, zastanawiając się, co robił pies, skoro niczego tu nie było.
Jak się słusznie domyślacie, Harry zwiedzał właśnie pomieszczenia, w których ukryto Kamień Filozoficzny.
A ten blask to co? Gloria chwały robiła sobie próby przed ostatecznym opromienieniem Pottera?
Nieudana próba oświecenia.
To był wewnętrzny blask wrogów Pottera, który właśnie przygasł. Albo zwykła lampka z lawą.


[Tymczasem w Proroku Codziennym…]


Wilkołak w Hogwarcie!
[i]Czy nasze dzieci są bezpieczne? Jak powiadamia nas jeden z uczniów (prosi o anonimowość), wczoraj w godzinach popołudniowych Harry Potter-Snape w przypływie gniewu zniszczył część schodów. Co, jeśli następnym razem jego ofiarą okaże się któryś z uczniów?
To jest bardzo dobre pytanie. Może Harry jeszcze nie osiągnął tzw. gotowości szkolnej?
A nawet zakładając, że to wszystko przez to, że nie zdołał się jeszcze przystosować do nowej superspeshul magii - powinien, u licha, szkolić się z dala od innych dzieci tak długo, aż przestanie być zagrożeniem dla otoczenia. Póki co trzymanie go w Hogwarcie jest równie sensowne, co zapraszanie Hulka na warsztaty dekorowania bombek.
Może w Hogwarcie nie poznali jeszcze dobrodziejstw indywidualnego nauczania?
Może to jest tajna broń Hogwartu i ktoś testuje ją w warunkach polowych, na ruchomych celach?
Ale trzeba przyznać, że dziennikarz “Proroka” jako jedyny się przejmuje tą całą sytuacją.


Jak wiemy, wilkołaki nie należą do łagodnych magicznych stworzeń, wręcz przeciwnie. Są krwiożercze, złośliwe i nieokiełznane. Dlaczego nikt nie zareagował na jego przybycie do Szkoły Magii i Czarodziejstwa? Czy to, że jest Chłopcem-Który-Przeżył daje mu inne przywileje niż pozostałym dzieciom?...[/i]
Dalej Harry już nie czytał. Miał dosyć.
Ja też.


Kolejne trzy dni minęły mu prawie w całości samotnie. Ron z Hermioną byli jedynymi, którzy nie odsunęli się od niego, ale przecież nie mógł przebywać z nimi na okrągło.
Bo wtedy jego angst nie wyglądałby aż tak dramatycznie.
Nie no, do kibelka wolał jednak chodzić sam.
A Hermiona kategorycznie odmówiła towarzyszenia mu pod prysznicem.
Pomimo zaokrągleń Hermiona nie mogła z nim być na okrągło.


Większość czasu spędzał więc w dormitorium z Nim. Dzięki naszyjnikowi odkrył coś dziwnego, ale jednocześnie wspaniałego. Swojego zwierzaka ukrywał przed innymi z kilku powodów.
Na przykład dlatego, że w Hogwarcie nie tolerowano naturystów. Poza tym jego zwierzak wzbudzał niezdrowe podniecenie.
Chwalenie się swoją giętką Łasicą nie było w dobrym tonie.
Cóż, znamy takich, co mieli nawet cały zwierzyniec:
“Gdy wychodził w plener, dbał, by robić to z klucza faunistycznego: walił konia, dusił węża, głaskał karpia, patroszył śledzia, rozciągał węgorza, drażnił byka w parku pomiędzy ławkami, poganiał muła, ujeżdżał źrebię, budził smoka na polnych ścieżkach, nad rzeką, za miastem”.
[M. Cetnarowski, RP Productions [w]: Pożądanie, Warszawa 2013.]


Teraz, będąc Gryfonem, mogliby to źle przyjąć.
Przy powyższym zdaniu słynne “idąc do szkoły, zaczął padać deszcz” jest cienkie jak dupa węża.
We, the Gryfon, are not impressed.


Drugi powód był sporą częścią pierwszego. Jego ulubieniec był jadowity.
Nadal będąc jego Gryfonem.
Jestem pewna, że androlog przepisze ci na to jakąś maść i tabletki.
Jedenastolatek  już zdążył złapać jakiegoś syfa…?! Ta dzisiejsza młodzież!
Sławetne zepsucie obyczajów wśród młodych Anglików.
To wszystko przez te liberalne seriale BBC. Oglądaliby Klan i chodziliby nietknięci jak Bożenka.


Możesz wyjść. Nikogo nie ma — zasyczał jak wąż, choć dla niego to była nadal zwykła mowa.
Wąż, jego pupil, sam go poinformował, że nagle przestał mówić normalnie. Dotychczas porozumiewali się w większości mentalnie.
Większość facetów tak właśnie porozumiewa się ze swoim wężem. Ci, którzy zaczynają z nim rozmawiać, wzbudzają niejakie podejrzenia.
Chyba, że są herosami polskiej kultury. Wtedy wszystko jest w porządku.


Opiekunowie kupili mu go, gdy był jeszcze w jajku i nauczyli tego sposobu komunikacji z dziewięcioletnim dzieckiem.
Zrozumiałam że Harry, będąc jeszcze w jajku, porozumiewał się z jakimś dziewięcioletnim dzieckiem.
Okazuje się, że czasami naprawdę można prychnąć kawą, ja też zrozumiałam, że Harry był w jajku :D
Same here.
Te Kinder Niespodzianki w Wielkiej Brytanii są jakieś takie… dziwne.
Duże jakieś. Wiadomo, Zachód.
I tak oto nagle z samego środka dupy objawia nam się informacja, że Harry miał jakieś zwierzątko. Wprowadzanie nowych treści: robisz to źle.
Btw, wąż jest tylko kolejnym wyznacznikiem uberzajebistości Pottera, bo jego rola w opowiadaniu jest dokładnie żadna.
Chyba powinniśmy się cieszyć, że Potter nie łazi z jakąś czterometrową anakondą albo czymś podobnym; to by do niego pasowało.




Pain był mambą, ale o tym dowiedzieli się dopiero po jego wykluciu. Nikt się tego nie spodziewał i dlatego zamierzali oddać węża do sklepu, w którym kupiono go jako niegroźną odmianę gadziego rodzaju.
Spodziewali się gekona?
W sklepie, jak rozumiem, nie wiedzą, jak wyglądają jajka mamby?
To taka potterowska wersja miejskiej legendy o facecie, który zamiast owczarka kupił na targu białego niedźwiedzia.
Litości, kto tak nazwał to biedne stworzenie i czemu służby nie zainterweniowały? Ciekawe, czy Potter ma też parkę chomików o imionach Darkness i Destruction.
Ewentualnie Madara i Tobi.
No przecież ultimate badass, nawet w okresie chłopięcym, nie może mieć jakiegoś zaskrońca o imieniu Rosco.


Harry się jednak wtedy nie zgodził, od razu zachwycony prezentem. Nie pozwolił go sobie odebrać. Nawet, gdy wąż go ukąsił i omal przez to nie zabił.
- Wszyscy mają mambę, mam i ja! - krzyczał Harry, kurczowo przyciskając gada do wątłej piersi.
Poza tym w tej rodzinie ceniono, gdy ktoś miał węża w kieszeni.
Jeżeli czarna mamba ukąsiła jedenastolatka i OMAL NIE zabiła, to musiała być bardzo fajtłapowata mamba.


Jesteś podenerwowany, Harry — zauważyła mamba, wysuwając się spod poduszki.
Nie była zbyt duża jak na swój gatunek. Coś musiało się stać jeszcze, gdy była w skorupie, bo pomimo swego wieku nadal była wielkości młodego osobnika.
Potter, będąc jeszcze w jajku, nadepnął jej na kręgosłup.
A potem, będąc w kołysce, łeb urwał hydrze, ale to materiał na inną dygresję.
Sugerujesz, że w dalszej części opka będzie dusił centaury?
Same się uduszą. Ze śmiechu.
Myślał, że to co w środku się tak obija, to składany samochodzik.


Tylko ubarwienie świadczyło o tym, kim tak naprawdę jest. Czarną mambą, choć z przebłyskami zieleni - najbardziej jadowitym wężem świata.
Kolejne “naj” na liście i kolejne punkty zajebistości dla naszego superbohatera.  
Kolejne powody, dla których powinno się go usunąć z tej szkoły.
Zapewne kolejny punkt regulaminu do zmiany.


Nic się nie dzieje. Wkrótce pełnia, to dlatego.
Wiesz, że mnie nie oszukasz. Wyczuwam twoje nastroje po zapachu, przecież wiesz, Harry.
Wącha, a z tego zapachu,
Który mógł być skutkiem strachu,
Wnosi, że to nieboszczyk, i że już nieświeży.
(A. Mickiewicz, Przyjaciele)



Nawet Pain nie mógł mu pomóc w całej zaistniałej sytuacji. Jak na nieszczęście, na drugi dzień miał obronę (Pain?) a on zapomniał opowiedzieć Severusowi o niezwykłych reakcjach ciała na widok tego jednego nauczyciela.
Odejdź, Miazmacie… *leniwie ogania się kitą z końskiego włosia*
Ohohoho, Ałtoreczko! Ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem, że mi się kojarzy, ale mi się wcale nie kojarzy!


Teraz było już za późno i musiał udać się na zajęcia.
— Wi...witam wszy...wszystkich — zająknął się profesor, wpuszczając ich do salki.
Harry od samego początku, gdy tylko mężczyzna pojawił się na korytarzu, zaczął odczuwać nieprzyjemny, tępy nacisk na bliznę. Jakby ktoś drażnił ją od środka.
Przebór! Przeczytałam: “zaczął odczuwać nieprzyjemny, tępy nacisk na BIELIZNĘ”. To nie było dobre...
Albo mu się trzecie oko otwierało, albo róg mu się wykluwał. Może potem pojawią się skrzydła i Harry zostanie alikornem?
Nie, jak pojawią się skrzydła, to zostanie lamirem i żeby się schowały, ktoś go będzie musiał wyryćkać.
Albo po prostu blizna zacznie mu się skręcać do środka:




Niewiele zapamiętał z tej pierwszej lekcji. Prawdę powiedziawszy, to nie zapamiętał nic. Jąkanie się nauczyciela, czosnkowo-zgniły aromat w klasie (Tak, czosnek to zło) (jąkanie u osób, które mówią publicznie też bywa męczące) i natarczywe dudnienie pod czaszką skutecznie odciągało jego uwagę.
- Can't you hear it, Mrs Rook?
- What do you mean?
- The drum beat... the drums are coming closer... and closer.



Prawie biegiem opuścił salę, gdy rozbrzmiał dzwonek oznajmiający koniec zajęć.
To nie było normalne. Jeszcze na dobre nie stracił z oczu profesora, a ból momentalnie zniknął.
Harry, jesteś wyjątkowy i zajebisty, ale nie aż tak. Normalni ludzie też dostają migreny od smrodu. Niektórzy bywają wrażliwi na zapachy i nie potrzebują do tego magicznego zaplecza.
W świecie czarodziejów rozpoznajemy migreny: oczną, okoporaźną (występującą głównie u trolli nadziewających się na różdżki), porażenną (tzw. postvoldemorcką), przedquidditchowy stan migrenowy, śnieg optyczny oraz z aurą zajebistości Pottera.


Jak na złość ta dolegliwość rozproszyła jego koncentrację, tak bardzo, że zaraz po wyjściu z klasy wpadł na kogoś z impetem.
— Jak łazisz, Potter! — Oczywiście przy jego szczęściu musiał napatoczyć się na Draco.
— Daj mi spokój, Malfoy! — warknął na niego ostro, starając się go wyminąć.
Przechodząc, szepnął jednak: - To twoja różdżka czy ucieszyłeś się na mój widok?
— Nie ma tak dobrze, Potter. Jeszcze nie skończyliśmy poprzedniej rozmowy. — chłopak przytrzymał go za ramię.
Dobrze, że Harry nie jest Hermioną, Gdyby nią był, wpadnięcie na Dracona oznaczałoby trVloFF jak nic!
Przypominam, że znajdujemy się w opku Zilidyi…
O Jeżuuuuu...
Może mimo wszystko, jako że Harry to wilkołak, skończy się na dość “tradycyjnej” konsumpcji Draco - w charakterze połcia łykowatego mięska. I niczego więcej.
Wiesz, jedna opcja nie wyklucza drugiej: coś jak z modliszką.
Harrybal Lecter.
Furryball Lecter. (MSPANC)


Ciąg Dalszy Nastąpi...

Z boiska do quidditcha pozdrawiają zgodnie obie drużyny Analizatorów, wykonując śmiałe ewolucje na miotełkach do kurzu i szczoteczkach do zębów.

10 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Mała techniczna uwaga - głodne meyepiry mają oczęta nie czerwone, ale czarne (wszystkie, niezależnie od preferowanej diety). Czerwone mają te z wąpierzy, które szamią ludzi, złote - "wegetarianie".

Maryboo

Szprota pisze...

O widzisz, dzięki.

Annorelka pisze...

"Czarodziejka z księżyca" jest jedna i wybuch magii jak z opisu w serialu nigdy nie miał miejsca. :P

murhaaja pisze...

leżę i kwiczę
analiza przeborska
a zdanie "Co nie jest zabronione, jest dozwolone. Co jest zakazane, zawsze możemy zmienić, bo Harry Potter." mnie zabiło.
leżę i nie żyję :D

Anonimowy pisze...

Oficjalnie przyznaję, że "Severus Mengele Snape" mnie zniszczył. :D

Ingrida

Anonimowy pisze...

"w oryginalnym HP najfajniejsze było to, jak chłopak odkrywa ten nowy, nieznany, pełen cudownych rzeczy świat magii, a tutaj? Zblazowany bubek, który wszystko już widział, wszystkiego próbował, na wszystkim się zna."

Tak właśnie, przez cały czas miałam przed oczami ten obrazek.

Anonimowy pisze...

Może i ten Potter jest za bardzo wszystkoumiejący i wkurzający, ale i tak aż przyjemnie jest czytać to opo w porównaniu z tymi, w których bohater pozytywny zaczyna zdradzać sympatie do idei czystości krwi, i traktować poprzednich przyjaciół oraz kadrę nauczycielską jak ścierwo.

Anonimowy pisze...

Harry w oryginale też był bubkiem, a wszystko działo się "bo Harry". Ostatnio zrobiłam sobie maraton filmowy z HP i im dalej, tym gorzej. Plecy, i "bo Harry" lub "bo tak". A już dostawanie punktów za to, za co normalny uczeń miałby je odjęte- na prządku dziennym.

Anonimowy pisze...

Anonimowy: "Harry w oryginale też był bubkiem"

Niestety - im dalej, tym bardziej. Apogeum osiągnięto, oczywiście, w słynnej scenie, gdzie Harry rzuca zaklęcie cruciatus, normalnie karane dożywotnim więzieniem. A McGonagall, surowa nauczycielka z zasadami, zamiast tak go obsztorcować, żeby na samo wspomnienie do końca życia zmieniał się w kupkę zawstydzonego popiołu, jeszcze go za to chwali, a potem sama poprawia drugim niewybaczalnym. Nie dlatego, że sytuacja tego wymagała, ot, taką miała fantazję. I w ten sposób otrzymaliśmy "zaklęcia, które są niewybaczalne dla każdego poza głównymi bohaterami (dla których są całkiem spoko)". Wstyd, pani Rowling, wstyd.

StrawCherry pisze...

Harry był idiotą, ale raczej w filmach. W książkach nie było z nim źle. A w tym opku... znaczy, bywało gorzej. Ale ten wszechzajebisty Harry łamiący balustrady :d Szlaban Snape'a był... dziwny. Zero podtekstów normalnie. Zero ;o
Ta część analizy jakaś taka lepsza niż poprzednia. Zresztą, ustawki ogółem uwielbiam.
A co, jeśli głupie pomysły Zilidyi się skończą? Strach pomyśleć!
Pozdrawiam ;)