czwartek, 2 października 2014

272. Łotr nagłej śmierci, czyli Kefir na trakcie szerokim (Burzliwe lata, cz. 4)

Streszczenie poprzednich odcinków: działo się wiele.
Było strasznie i śmiesznie oraz tak śmiesznie, aż strach.
Tutaj, tutaj i tu opisane są ich przygody.
Przypomnijmy - Kalesanty, Zembrzuski, Michał, Miłosza i Maćków kręcili się w kółko po Małopolsce, robiąc wszystko, aby skołować Krzyżaków do reszty i uczynić ich życie pasmem nieszczęść.

W każdym razie - dziś mamy intrygę szpiegowską jak się patrzy! Będzie tworzenie siatki agentów, szantaż, werbowanie, działalność wywiadów w Krakowie, sprytne plany, tajne układy i zakulisowe działania. Do tego białe zęby Krzyżaka, foszek koniucha, rycerz bez skorupki i nocne sceny w ogródkach działkowych.


Do czytania zapraszają: Kura, Jasza i Babatunde Wolaka

Henryk Longin Rogowski: Burzliwe lata, t. 1

Noc przeszła spokojnie i już skoro świt w siodłach siedzieli. To Kalesanty ponaglał. Znów jechali tą dłuższą drogą, aby ominąć polanę, którą Mścisławową zwał.
Skoro tak starannie omijają polanę, na której rok temu zginął Mścisław, wnioskuję, że faktycznie, niepochowany po chrześcijańsku, zmienił się w jakiegoś upiora.
Nie ma rady - na bagnisku straszy.

- Droga dłuższa, więc spieszyć się trzeba.
Kalesanty! Czy przypominać ci muszę, że od Wołynia pod Kraków jedziesz najdalszą z dróg?

Powiedział do Zbysława i spojrzał na Michała, w którym smutek siedział.
A to czemu? Ichmość Władzio dał cieśli i piłę do wystawienia potężnego grodu, a ten wciąż nadąsany.
Bo się okazało, że to była piłka do metalu.

Wciągnął w rozmowę Michała, aby tej żałości mu ująć. Jechał dość długo koło małego człowieka [gdyż z sienkiewiczowskiej Trylogii wiemy, że jak Michał, to od razu musi być kurdupel. Zawsze], stroskanego do granic, rozmowę prowadząc. Jechali długo lasem, w który wjechali i naraz, gdy się skończył, zobaczyli pole drogą przecięte, a w oddali kępy drzew rozciągnięte wzdłuż.
Widzę pewien postęp - nie było bagna.

- Rzeka nie daleko, a te drzewa rozciągnięte brzeg wskazują. Krzyknął Zembrzuski. - Może w rzece się wykąpiemy.
Nie przesadzacie trochę z tą higieną w podróży?
Znów będą ryby zatruwać?!


Powiedział Miłosza do Dobrawy. Zembrzuski to usłyszał i odrzekł. - Jak nakaże imć Jędrzej. Widząc ich zdziwienie, poprawił się. No imć pan Kalesanty, to i kąpiel będzie.
Hurra! Okazało się, że Kalesanty to nie imię! Zresztą to nie jest jedyna jego metamorfoza. Najpierw był stary i schorowany do tego stopnia, że kazał się wozić w karecie, potem zaiwaniał konno 200 kilometrów dziennie, a teraz się okazuje, że Jędrzej mu było.
No to Hiszpan jak nic. Andrés de Calasanza. Ale my się już niczemu nie dziwimy :)
Byli w dziejach na Wołyniu Czesi, mogli być i Hiszpanie.

Ale zwróćcie uwagę na ten dobór imion: Jędrzej, Michał… Jeśli pojawi się jeszcze jakiś Onufry, będziemy całkiem w Trylogii.

Junosza gnał do dziewczyny. Tak bardzo tęsknił do niej. Wjechał w las będący przed osadą i wpadł w zasadzkę zastawioną przez Krzyżaków.
O, w taką.
Gdyż nikt się nie spodziewał krzyżackiej zasadzki.

- Kim jesteś? Związać go! Spytał i rozkazał Krzyżak jednocześnie. Związali go, nim zdążył odpowiedzieć.
Dobrze, że nie kazał go jednocześnie zakneblować.
I połaskotać.

Teraz dopiero, mając ręce związane, odrzekł. - Do dziewczyny jadę. - Szpiegujesz nas? - Nie panie. Odrzekł Junosza. - Do dziewczyny jedziesz? Powiedział i zaraz wybuchli śmiechem, bo nie spodziewali się takiej odpowiedzi.
Nie, nasi (a może raczej - Nasi) rycerze znani byli ze swojej cnoty i czystości obyczajów, więc zbereźni zakonnicy musieli wybuchnąć rechotem.

- Do dziewczyny, a gdzie ona? Krzyknął ten, który najbliżej niego siedział. Junosza zamilkł. Wiedział, że nie może Krzyżakom zdradzić, gdzie jest ona i osada, bojąc się i o nią i o osadę, by jej nie spalili.
Litości, aŁtorze! Po co ta łopatologia?

- Kłamiesz! Krzyknął Krzyżak. Po koniu widzę, że kłamiesz, boś kimś znaczniejszym.
Są kłamstwa, co mają krótkie nogi, są takie, co mają długi nos, a są i takie, które mają wielkiego konia.

Chciałeś podpatrzeć nas, co by królowi waszemu donieść, że jego zwierzynę ubijamy.
Bo w sumie Prusy już schrystianizowane, z Litwą też tak jakoś wyszło, to nie mamy co robić i kłusujemy po Małopolsce.

Teraz ją widzisz, ale sposobności, aby mu powiedzieć mieć już nie będziesz. Pojedziesz z nami, a lochy nasze odwiedzisz, to może rozumniejszy będziesz.
A gdy po Marienburgu przewodnik cię oprowadzi, to jeszcze czegoś się o Krzyżakach dowiesz.

Po chwili znów przywieźli na koniu, kilka sztuk ubitej zwierzyny.
I jeden zabłąkany przecinek.
- Oprawić to prędko, bo tylko mięso i skóry zabieramy. Resztę zakopać, co by śladu nie było. Rzekł dowodzący Krzyżak.
Nie ogarniam. Jeśli na koniu było “kilka sztuk zwierzyny” to była drobnica - ptactwo, może kilka szaraków. Gobelin chce tkać z zajęczych futerek?
Może to był naprawdę duży koń, na którym zmieściło się kilka łosi.

Teraz Junosza zrozumiał, jaki błąd popełnił myśląc, że bezpiecznie dojedzie. Nie miał szczęścia i nie wiedział, że tu Krzyżacy polują.
Pamiętacie Jagiełłę, który dziwi się, że Krzyżacy są u bram?!
Ja się w ogóle zastanawiam, jak wyglądało życie codzienne w tej krainie, jak poruszali się po drogach np. kupcy, jakim cudem rycerstwo jednak zjechało na sejmik itd.
Krzyżacy są najwyraźniej przypisani do naszych boCHaterów jak chłopi do ziemi i grasują tylko tam, gdzie mogą się na nich natknąć. Taką pokutę wyznaczył im wielki mistrz.

[Krzyżacy wyruszają, prowadząc ze sobą związanego Junoszę]

Oba jego konie luźne szły, tylko siodła były z nich zdjęte. Swoje, dostrzegł u Krzyżaka, którzy zaraz mu je zabrali, a przywłaszczył sobie je jeden, ten, który dowodził nimi.
A duch Yody unosił się nad nad tym zdaniem i z góry podziwiał jego urodę.
Duch Yody wręcz nad całym opkiem unosił się.

Siodło było piękne z najprawdziwszej skóry, a nie z jakiegoś skaju czy innej dermy
bogato wyprawione.
Tak. Siodło jest ze skóry. Tak - skórę się wyprawia. Nie, siodła się nie wyprawia.
Chyba że wyprawia się je np. na wojnę, pod rycerzem.

Prezent od ojca na urodziny Junoszy. Bez trudu poznał swoje siodło pod Krzyżakiem. Szedł tak do końca dnia, a gdy zmrok zapadł ujrzał zamek przed sobą.
Zamek był magiczny, przez cały dzień niewidzialny, a pojawiał się dopiero po zmroku. Dlatego nikt nie mógł namierzyć Krzyżaków!

Za chwilę ciężka krata opadła, gdy ostatni z nich bramę minął.
Dlaczego mnie wcale nie dziwi, że aŁtor nie zna pojęcia “brona”, względnie kojarzy mu się ono tylko z rolnictwem?

Weszli do ciemnego pomieszczenia, po schodach drewnianych. Jeden go popychał przed sobą. Potężne drzwi zamknęły się za Junoszą. Dopiero, gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, dostrzegł innych ludzi, którzy siedzieli, bądź leżeli pod ścianą. - Kim jesteś? Usłyszał głos koło siebie. - Na imię mam Junosza. Odpowiedział.
I szurnął nóżką. Wszyscy więźniowie wybijali rytm łańcuchami: “Ju-no-sza! Ju-no-sza! Ale o tym sza!”

A wy, kim jesteście? - Jesteśmy chłopami. Siedzimy tutaj, bo jak mówią, nie chcemy pracować.
W związku z tym trzymają nas w zamknięciu, żebyśmy tym bardziej nie pracowali.
I karmią pasożytów, żeby mieli więcej siły do roboty. Takie krzyżackie Kraft durch Freude.

A my pracujemy ponad siły i tak z tej pracy niewiele mając. - A co to za zamek? Ciemno było, most jenom widział i kratę potężną za bramą. - To siedziba Krzyżaków, braćmi zakonnymi się nazywają, bo klasztor tu jest.
A jakby była świątynia, to zwaliby się templariuszami?
A jak szpital, to szpitalnikami. Logiczne.
A gdyby mieli nadreprezentację Joann, byliby Joannitami.

Nazywa się Chrobeż.
Skąd mu się, na litość boską, wzięli Krzyżacy w Chrobrzu?! W którym w dodatku nie było żadnego klasztoru?
Ale ok, w tej alternatywnej rzeczywistości to jest ChrobeŻ… w którym siedzą Kżyżacy.

Usiadł Junosza, bo nogi bolały go niezmiernie i zasnął ze zmęczenia. Ranek wstał i słonko przebiło się przez kraty.
I słychać było radosny świergot ptasząt i doleciał zapach polnego kwiecia. I w ogóle…
Na śniadanie przyniesiono więźniom prozac uwarzony na gęsto jak szpinak.

Junosza wstał i chciał podejść do okna kratą okutego, ale jeden go zatrzymał.- Nie podchodź do okna, bo to jest śmiercią karane.
Czy czegoś takiego nie opisywał Grzesiuk w “Pięciu latach kacetu”? W każdym razie dzwonią mi echa jakiejś literatury obozowej.
Dlatego dla świętego spokoju trzymano więźniów w podziemnych lochach.

[Jeden ze starszyzny krzyżackiej wzywa Junoszę do siebie. Chłopak utrzymuje, że nazywa się Kacper i mieszka w Krakowie, gdzie pracuje przy koniach. Krzyżak postanawia wykorzystać go jako szpiega.]

Junosza wiedział, iż nie może przyznać się, że jest synem imć pana Kalesantego. Na pewno wiedzą, że ojciec w kilku miejscach ich pobił.
Do tej pory mają sińce w kilku miejscach.
I gdzieniegdzie - zadrapania.

Po chwili odpowiedział. - Z Krakowa jadę do dziewczyny panie. Mieszkam w grodzie, Kacprem mnie zwą.
Toś się brachu w lochu przedstawił jako Junosza.
Liczył, że nikt spośród więźniów nie doniesie.

W grodzie przy koniach pracuję, tedy pozwolili mi dwa wziąć, a jeszcze siodła piękne dali, co by się panna nie rozmyśliła.
Jasne, zwykłemu stajennemu lekką ręką taki majątek tylko po to, żeby dobrze wypadł na randce… Mam skojarzenia z nastolatkiem pożyczającym auto rodziców.
No wiesz, wróci z randki, samochód odstawi do garażu… znaczy, tfu, konie do stajni - ale co chciał, to wziął, a pannie nikt cnoty nie zwróci!

- Jeśli uznamy, że jesteś względem nas uczciwy, przeżyjesz. Wyślemy cię do Krakowa, oczywiście nie samego. Będziesz pilnie baczył i przekazywał nam przez tego, z kim pojedziesz, to, co nas interesuje. Ale to może być tylko wtedy, gdy już uznamy, żeś dla nas uczciwy.
I od tej pory Junosza wszystko, co mu się przytrafiało, traktował jak krzyżacką próbę lojalności. Nikt go nie pilnuje, można uciekać? - e tam, pewnie gdzieś czają się w krzakach, żeby go złapać. Ktoś mu coś powiedział w sekrecie? - o, to na pewno Krzyżacy sprawdzają, czy im powtórzy. Motyw w sumie nawet wiarygodny, ale jak to u naszego aŁtora, ograny do śmierci z nudów.
I w dodatku naiwny jak scenki z “ukrytej kamery”.

Chłopak nic nie powiedział. Opuścił głowę. - Teraz do celi pójdziesz, a nadsłuchuj uważnie, co inni mówią. Co dzień nam będziesz, o tym donosił. Chcieli Junoszę wybadać i dlatego przed wieczorem wrzucili do izby jeszcze jednego. Junosza siedział pod ścianą, a na wprost niego tamten usiadł.

- Złapali mnie, gdy drzewo brałem. Co mi mogą zrobić za to? Junosza poczuł, że to zmowa i to jest ich człowiek. Co prawda wyglądał obskurnie, ale mową się zdradził. Junosza od dziecka słyszał mowę chłopów polskich, choćby u ojca w grodzie.
Nie dopuszczał do siebie myśli, że to nie jest Wołyń i nie jest to mowa ruskiego chłopstwa.  
Z drugiej strony nie przyszło mu do głowy, że to mógłby być niemiecki mieszczanin z Małopolski.

To nie była ta mowa, ale słuchał jej w napięciu.
W Junoszy obudziła się ciekawość badacza dialektologa. Porównywał wymowę, palatalizacje i brzmienie nosówek.
A już kiedy interlokutorowi wyrywały się dyskretne zapożyczenia ze staropruskiego, to w ogóle wpadał w euforię.

Ale tamten nic nie mówił więcej, więc Junosza zagadnął go. - Za samo drzewo baty może dostaniesz,
Eeetam. Tylko siekierę zabiorą. Gorzej będzie jeśliś ściął cisy, bo urżną wtedy rękę.

gdyż to ludzie rozumni i tylko za śmierć, śmiercią każą.
“Każą śmiercią” = wygłaszają kazania prowadzące do śmierci z nudów?

Chwilę siedział milcząc, a tamten znów zaczął. - Wiesz, boję się. - Nie masz się, co bać.
Najwyżej obetną ci przecinek.

Teraz Junosza zobaczył, że tamten się trzęsie. – Udaje. Pomyślał.
Sam udajesz, pomyślał tamten.

- Powiem tobie, bo ciebie wcześniej puszczą. Jakbyś wyszedł, to idź do trzeciej chaty, co przy drodze stoi. Będzie tam stary [kawał] z brodą. Powiesz mu, żeś mnie tu widział i powiesz, aby dobrze schowali.
Nie zapomnij lewą ręką klepać się po prawym policzku, a prawą złap się za kostkę i podskocz na jednej nodze siedem razy.
I pamiętaj, że pawiany wchodzą na ściany, a żyrafy wchodzą do szafy.

- A co? Spytał Junosza. - Oni będą wiedzieli. Cicho ktoś idzie.
Po cichu, po wielkiemu cichu, idu sobie ku miastu na zwiadu… I idu, i patrzu...

Po chwili drewniane potężne drzwi otwarły się i tego, który mówił zabrali na górę. Jakiś czas minął, gdy znów znalazł się w celi.
No i tak o. Ani słowa, czy było po nim widać np. ślady przesłuchania… Ot, poszedł, wrócił, a może po prostu był za potrzebą?

A później przybył Krzyżak po Junoszę. Stary [ten z brodą?!] siedział sam, a obok niego stało dwóch zbrojnych, z mieczami u pasa. – Powiedz, dowiedziałeś się czegoś, mówił ktoś coś na zakon. - Tak panie. Ten ostatni, który do celi przybył. - A cóż o nas mówił? Stary zniżył celowo głos. Junosza wszystko opowiedział.
Ale przecież figurant tylko pytał, co mu mogą zrobić za kradzież drewna…
No właśnie, aŁtor jak zwykle tak zamotał z dialogami, że nie wiemy, który właściwie opowiadał o trzeciej chacie z kraja....

Teraz już wiedział, że to była próba. Podstawili mu tamtego, chcąc go sprawdzić.
I tak właśnie wyglądały chytre pułapki krzyżackie, zastawione na niewinne, polskie pacholęta.

Krzyżacy, koniecznie chcieli mieć kogoś, kto by mieszkał i pracował w Krakowie. Najlepiej blisko rycerzy, a takim doskonałym człowiekiem był dla nich Junosza.
A dlaczego nie Jagiełło? Stanowisko ma wysokie, jest wystarczająco durnowaty, aby wpuszczać Krzyżaków na tajne obrady, do tego naiwny jest jak osesek, więc nawet nie zauważy, że pracuje dla krzyżackiego wywiadu.

Junosza stał cierpliwie i czekał, aż go zawołano. Wszedł do sali i znów zobaczył trzech zakonników siedzących naprzeciw. Stary znów się odezwał. - Do celi już nie pójdziesz. Sam widzisz, że z nami łatwo się porozumieć, jeno trzeba chcieć. Nawet jak widzisz, taką samą mowę mamy i nią obaj mówimy.
Krzyżak też Rusin?
Może Kawaler Mieczowy.

Dlatego bądź uczciwy dla nas, a zyskasz wiele. Widać, żeś w grodzie wychowany, bo różnisz się od tych, na dole.
Znaczy… sprawdzali go “na dole” i po kuśce poznali, że on z miasta?!
Przypominała bowiem basztę murów miejskich, a nie żuraw studzienny.

Tedy, jak powiedziałem do celi nie pójdziesz, jeno będziesz wolny od tej chwili. Będziesz miał możliwość po zamku chodzić. Jeno nie chodź po nim za bardzo, bo na to jeszcze czas przyjdzie.
Jassne, “możesz chodzić, jeno nie za bardzo”, zamiast od razu powiedzieć jeńcowi, po której części zamku może chodzić.
Może obawiali się, że jak zacznie “chodzić za bardzo”, to będzie strasznie tupać?

Po chwili ten, który go przyprowadził szedł z Junoszą korytarzami i otwarł inną celę. Była ona widna i bez krat. Pod ścianą łoże drewniane i na nim koc leżał. Pod drugą stół z desek i krzyż, który stał na stole. Obok świeca w lichtarzu.
Za zasłonką był wychodek, a nad drzwiami widniały cztery gwiazdki.

Zaraz potem otrzymał jedzenie. Przyniósł je jeden z Krzyżaków, który był bez oręża.
Orężem kelnera jest taca.
A czasami także rachunek.

Jak cię zwą? Spytał. – Kacper. Odezwał się Junosza. - A mnie Grotger z chrztu, brat Grotger, poprawił się, po czym wyszedł.
Na drugie Artur.

Junosza poczuł głód. Chciwie chwycił miskę i szybko zjadł strawę. Nie było jej dużo, ale przynajmniej nie śmierdziała, jak ta na dole. Kilka dni posiedział jeszcze w swej celi, od której nie oddalał się zbytnio. Nudził się okropnie, bo mało, kiedy z nim rozmawiano. Jedynie brat Grodger czasami go odwiedzał.
Grodger był bratem bliźniakiem Grotgera. Bez przerwy się każdemu mylili, zwłaszcza tym niepiśmiennym.

A któregoś dnia, zabrał Junoszę do swej celi. Była ona taka sama, jak jego, tylko okno było niżej i mur nie tak gruby. - Siadaj. Powiedział Grodger. Zaczęli rozmowę. - Wiesz, tu w tej celi mam dobrze, z tego okna ładny widok się rozciąga i nie raz stoję przy nim.
Przy tym widoku?

Patrzę na las potężny i słucham ptaków. A i zwierzyna często, z lasu wychodzi.
I pastuszek gra na fujarce.
A faunowie skaczą leśni.
I też grają na fujarkach, a gdzieś w oddali ktoś ścina poziomki brzytwą.

Dziś rano jelenia widziałem, gdym po modlitwie wyglądał. Wejdź i zobacz. Junosza wiedział, że to może być podstęp, ale wszedł na stołek, który Grotger mu postawił. Wiedział, że przy nim może wejść bez ryzyka. Uknuli to. Chcą zobaczyć zbóje, czy mi do wolności nie za tęskno. Wszystko, co powiedział Grotger, to prawda. Las blisko, a za oknem daszek, po którym można zejść i znaleźć się za murami.
Jaki znowu rwać-nać daszek?!
Od jakiejś przybudówki, jak sądzę.

Ale Junosza zszedł ze stołka i do Godgera, rzekł.
Niee, to zdecydowanie mutant. Raz bywa Grotgerem, raz Grodgerem, a tu nagle Godger.
Zaraz przyjdzie też Gottkarel i jego kuzyn Gottmituns.

Za chwilę drugi zakonnik zastukał do drzwi i powiedział. - Bracie Grodgerze, choć na chwilę, jesteś potrzebny.
Bo tak na co dzień to w ogóle nie ma z ciebie pożytku.

[Junosza] Usiadł i cierpliwie czekał. Dość długo nie było brata zakonnego w celi, a gdy już się pojawił, uśmiechnął się chytrze i teraz Junosza zobaczył białe zęby Krzyżaka.
E, powinny być chyba “zębiska”! W dodatku chytrość krzyżacka objawia się również poprzez białe zęby. W tym opku Krzyżacy mają strasznie przesrane. Nawet gdyby organizowali sieć szkół dla polskich sierot, to pewnie też byłoby to miarą ich chytrości.
No przeca w tych szkołach germanizowaliby je na wyścigi.
Staruszki przez drogę przeprowadzać? Dokarmiać koty podwórkowe? Wszystko na nic.

Ta broda go postarzała, ale to młody człowiek jeszcze. Uśmiechnął się też do niego. - Nie raz nie mogą się obyć beze mnie.
Powiedz to jasno - bez ciebie nie dają sobie rady z niczym.

[Junosza ponownie zostaje wezwany przed oblicze starego Krzyżaka, który oznajmia, że sprawdzili go, więc teraz wyślą go do Krakowa.]
Bo te okna bez krat, daszki i taborety były testem na lojalność wobec Zakonu.

A później będziesz rozmawiał tylko z naszymi. Pracuj dalej przy koniach, a bacznie uszu nadstawiaj i przekazuj wszystko, temu, który z tobą do Krakowa pojedzie. - Dobrze panie. Odezwał się Junosza, i wtedy usłyszał cichy szept za sobą. Odwrócił się i ujrzał Grodgera. Jeszcze tu mnie sprawdzali. Pomyślał. Bo Grodger wypowiedział cicho imię, Kacper.
Ehehehehe, toż to żywcem wzięte z “Przyłbic i kapturów”, gdzie niejaki Benko, wysłany jako szpieg między Krzyżaków, przybrał fałszywą tożsamość - a wpierw sprawdzano go, czy dobrze nauczył się życiorysu i czy w razie czego nie zdradzi się, jeśli ktoś zawoła go starym imieniem.
Tyle że tutaj nie ma to sensu o tyle, że Krzyżacy nawet nie wiedzą, że “Kacper” jest fałszywym imieniem chłopaka.
Sens to miałoby, gdyby ktoś szepnął “Junosza”, a ten nie zareagowałby, prawda? Krzyżacy znacząco obniżyli poprzeczkę w egzaminie na agenta wywiadu.

Dużo rzeczy nie wiedział Junosza. Krzyżacy w każdym możliwym miejscu w Krakowie sprawdzali, czy chłopak mówi prawdę.
Jeden z ich ludzi zameldował przez kuriera, że naprawdę chłopak przy koniach pracujący wyjechał i któryś dzień go nie ma.
Dziwię się, jakim cudem Polska w ogóle wygrała tę wojnę z Krzyżakami, skoro tamci mieli siatkę szpiegowską tak rozbudowaną, że znali każdego krakowskiego koniucha.

I tu mu szczęście dopisało. Krzyżacy uznali, bowiem że to on. Wtedy tak powiedziało mu się, że pracuje przy koniach, bo tak naprawdę to tylko na koniach się znał.
Bo u ojca, w swej młodości często bywał przy nich.
Tak w XV wieku robiło się karierę chłopaka stajennego. Wystarczyło szlacheckiemu dziecku “bywać przy koniach” i już. Gdyby częściej bywał przy samochodach, zostałby mechanikiem.

Myślał, że jak Krzyżacy go sprawdzą, nabiorą przekonania, że mówi prawdę. Dzień przeszedł, a i noc burzowa. Nastał świt i Grodger wyprowadził go na dziedziniec, gdzie stały dwa konie osiodłane, a po chwili przyszedł Krzyżak, którego nazywali brat Kefer.
Grodger, Kefer… Fantazja aŁtora w dziedzinie germańskich imion przewyższa jeszcze tę w dziedzinie słowiańskich.
Trzech ich było: Grodger, Kefer i Rower. Jednakże trzeba przyznać, że autor w końcu zaczął nadawać Krzyżakom jakieś imiona nie kończące się na “-fryd”.

Był to Krzyżak, mający współpracować z Junoszą.
Spojrzał na jego konia i odwróciwszy głowę, [żeby nie było widać rumieńca] powiedział. - Tam w grodzie, będziesz mówił do mnie Bolko.
- A na razie Kefir?
- Tak, Kefir.
- Ale dlaczego na ciebie mówią Kefir?
Krzyżak zarumienił się jeszcze bardziej...

Zapamiętaj dobrze, tak ci radzę.
- Jak to? - zdziwił się Junosza. - Przecież Bolko nie żyje, sam mi o tym mówił.

Jechali obok siebie, po trakcie szerokim.
Którego okiem sokolim nawet nie zmierzysz.

[Junosza widzi ślady końskich kopyt na drodze, z czego wnioskuje, że jacyś Krzyżacy ich śledzą i znów poddają próbie lojalności - czy nie zaatakuje w drodze swego towarzysza. Faktycznie za jakiś czas z lasu wyjeżdża grupka Krzyżaków]

Junosza wzdrygnął się, a Kefar rzekł.
I tak Kefer stał się Kefarem. Poczekajmy jeszcze chwilę, a będzie Kafar.
Potem Kefas, potem Piotr.

- Teraz wiem, że jesteś nasz. To tak, jakbyś miał nowe życie. Nie bój się, to nasi. Osłaniali nas, co byśmy do lasu bezpiecznie dojechali. Kłamał.
Gdyż osłaniali ich, coby bezpiecznie wjechali w bagno.

[Po jednodniowej podróży]

Później razem bez przeszkód, dojechali do Krakowa. - Będziemy się w tej gospodzie spotykali raz na tydzień, w niedzielę po mszy. Rzekł Grodger, który też z nimi do Krakowa przybył.
Zastanawiam się po co im jeszcze jeden parobek w roli szpiega, skoro Krzyżacy swobodnie wjeżdżają sobie do Krakowa, łażą po gospodach, gdzie najciekawsze informacje można kupić za dzbanek piwa?
Mają nadwyżki funduszu wywiadowczego, który muszą wydać przed końcem roku, bo przepadnie.

Grodger zsiadł ze swego konia i oddał go Junoszy. - Musisz mieć dwa konie, to te ze stajni.
Rachunek musi się zgadzać.

Chłopak ujął drugiego konia za uzdę i teraz nie wiedział, co ma dalej robić. Myśli kłębiły się w jego głowie, a Grotger rzekł. - Ruszaj, a w niedzielę będę czekał na ciebie. Junosza ruszył spod gospody, ale gdzie, sam nie wiedział.
Na wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja!

- A może mnie tamci pilnują i gdy coś zrobię nie tak, zabiją. Nie znał przecież Krakowa dobrze, ale znów przypadek mu pomógł. Zobaczył, że pięciu zbrojnych na koniach zmierza i podążył za nimi. Przemierzył kilka przecznic.
Zmierza i przemierza i WTEM! Stajnia ex machina!

Widział Junosza, że żaden z Krzyżaków za nim nie podążył. Tylko zbrojni zaczęli mu się przypatrywać. - Co to za koń? Spytali patrząc na luzaka. - Ze stajni króla naszego. Odpowiedział. Piękny, co? - A ładny jucha, widać, że lubisz konie.
Konie taką rzadkością były w piętnastym wieku, że przechodnie aż palcami je sobie pokazywali.
I podśpiewywali: “Oj, czyj to kiń stojit’...

Dokąd zmierzasz? - Do stajni. Znów odpowiedział Junosza. I rzeczywiście, wjechali na podwórzec, gdzie po obu stronach stajnie były, a koni w nich moc stała.
Nie, to nie tak było! Junosza miał Moc Magiczną, która teleportowała go w miejsca, o których nie miał pojęcia, gdzie są. Wystarczyło że powiedział “do stajni!” i już był na miejscu.
Gdyby był bohaterem tego opka, mógłby zastosować lepszy patent: paść na kolana i prosić: “Panie, przenieś mnie do stajni”!

Junosza rzekł. - Chciałbym rozmawiać z rycerzem od króla. Pilne mam wieści. Nie żartujcie, tylko prowadźcie do zamku! Krzyknął Junosza. Spojrzeli po sobie. - Chce rycerza, to go trzeba zaprowadzić.
Koniuch pragnie rozmowy z rycerzem, więc jego życzenie staje się rozkazem.
Dyktatura (i sklejkatura) proletariatu.

Po chwili był już w izbie, gdzie stanął przed rycerzem.
Pilnował on stajni i koni.
Pewnie był to Koniuszy Wielki Koronny.

Po chwili przyszedł młody wiekiem rycerz i po rozmowie z tamtym, powiedział do Junoszy. - Ruszamy, idź za mną. Szli przed siebie, aż przedostali się do zamku. Poznał Junosza, że już jest w zamku króla, po bogato zdobionych korytarzach.
Bogato zdobione korytarze prezentuje, jak zawsze niezawodny - Igor z Petersburga!


Wkrótce weszli na dół, w podziemia. Doszedł do nich nieciekawy z wyglądu człowiek.
A to - Wielki Piwniczny. Mwahahahahahaha!

Junosza wzdrygnął się. Nie miał oręża, a zobaczył, że tamten ma przy boku krótki sztylet.
- Gdzie idziemy? Spytał. Tamten nie odpowiedział. Weszli do izby, a po chwili przybył ktoś, kto nie był ubrany w rycerski strój, a zwykły, choć bogato zdobiony.
Znaczy że khm… był bez zbroi? Czy naprawdę aŁtor wyobraża sobie, że rycerze tuż po przebudzeniu wciągali na siebie zbroje pełnopłytowe? I że tak paradowali aż do nocy, kiedy zakładali półpancerze praktyczne, a zamiast szlafmycy - hełm?
Jak radzieccy generałowie, którzy idąc spać, przepinali ordery z munduru na piżamę.

- Teraz możesz mówić wszystko. Odezwał się ten, który Junoszę przyprowadził. Król się dowie, nie martw się. Junosza opowiedział. - Wiesz, z kim rozmawiasz. - Nie panie. - To ci powiem. Jestem doradcą króla, a ty, kto, tak naprawdę?
Znowu padła synchronizacja ze ścieżką dźwiękową.
Jestem bezimiennym doradcą króla, kryję się zwykle w cieniu tronu… Czasami mówią na mnie Smoczy Język, naprawdę nie wiem, dlaczego.

- Jestem Junosza, ojciec mój zwie się Kalesanty. Jesteśmy z herbu Działosza. - Toć oni nie dawno u króla byli. A ty gdzie byłeś? - Byłem tu z nimi, jenom od nich odłączył, bo do swej białogłowy miałem jechać. I pojechałem, jeno mnie złapali.
- Nie rozpoznajecie mnie? Tu Junosza herbu Działosza odgarnął grzywkę i doradca króla głęboko się przed nim pokłonił.

- Resztę już wiem i powiem, że ci wierzę. Z tego wynika, że ludzi tu do nas przysłali, co by nas w grodzie podpatrywali i przekazywali wieści do zakonu. Musimy coś zaradzić.
Dziewkom nakazać, aby szat nie zrzucały przy oknie i te rzeczy.
No właśnie, niech zrzucają! Szpiedzy się zagapią i nie zauważą nic innego!

A na razie, aby oni się nie zorientowali będziesz mieszkał w grodzie, a nie w zamku.
- Wybacz, ale nie możemy dać ci apartamentów na Wawelu. Ostatnio ochmistrz kazał kupić dziesięć tuzinów łapek na myszy i wyobraź sobie - setka z nich to byli przebrani Krzyżacy! Rozleźli się po całym zamku, w każdej komnacie siedzi po dwóch przynajmniej! A to lichtarz udają, a to antresolkę. Tak  świetnie się maskują, psubraty!

Będziesz mieszkał tak, jak im to powiedziałeś.
Musisz. Przecież mają swoich ludzi w każdej krakowskiej gospodzie i zaraz sprawdzą, gdzie się zakwaterował niejaki Kacper koniuch.
W tej alternatywnej rzeczywistości 80% ludności Polski to albo Krzyżacy, albo ludzie przez nich opłacani.

Pójdziesz za jednym z naszych, on cię tam zaprowadzi. A później pomyślimy, co dalej robić, aby się o tych łotrach, z krzyżami na plecach, wszystkiego wywiedzieć. Kazał Junoszy zaczekać, a po chwili wszedł człowiek ubrany po mieszczańsku i rzekł. - Pójdziesz za mną i nigdzie się nie oglądaj. Będzie za nami szło dwóch ludzi, na wypadek, gdyby Krzyżacy czegoś się domyślili.
Gdyż Krzyżacy gdy się domyślają, to wtedy iskrzą i piszczą piiiuuu-piiiuuu. Łatwo ich po tym poznać. A, i oczywiście po krzyżu na plecach. Tak, na plecach...

Na nich nie zapatruj się zbytnio, ale wiedz, że to nasi ludzie. Znów szli korytarzem, początkowo oświetlonym, a później już całkowicie ciemnym. Tak dotarli do wyjścia, które gdzieś w ogrodach za murami zamku się znajdowało.
Wyszli na ogródki działkowe?
Tak, na Pracownicze Ogródki Działkowe “Świetlana przyszłość”.

Nie widział dokładnie wszystkiego, gdyż już ciemno było, [Imperatyw Narracyjny kazał dzień skrócić do kilku godzin] ale dojrzał furtę w murze i wyszli nią poza ogrodzenie. Szedł teraz z tajemniczym człowiekiem nie oglądając się.
Coś mu się przypomniało o słupie soli i wolał nie ryzykować.

- Chodź za mną. Weszli schodami, a potem do izby, w której palił się kaganek i siedziała białogłowa.
Poza kagankiem i białogłową, jak rozumiem, nie było niczego.
Kaganek się zdmuchnie, a białogłowę...

- To on? Spytała. – Tak. Odpowiedział tamten, po czym wyszedł nic nie mówiąc. Kobieta spytała. - Jak ci na imię? - Dla Krzyżaków, Kacper, a dla naszych Junosza. - Dobrze.
Odpowiedziała i poleciała donosić Krzyżakom.

Będziesz tu mieszkał i co rano szedł do koni na stajnie królewskie, a później doczekamy się swego z rozkazami, abyśmy wiedzieli, co czynić mamy.
Chłopak stajenny nie śpi pod żłobem, ale wynajmuje przytulną izdebkę na mieście.
Cóż, skoro “tylko na koniach się znał”, to widocznie potraktowali go jako wysoko wykwalifikowanego.

Jedzenie i picie na stole stoją. Ja będę w izbie obok, gdybyś czegoś potrzebował.
Dodała ze znaczącym uśmiechem.

[Rano…]
Mimo spania w nocy, poczuł ogromne zmęczenie. Ale wiedział, że musi, bo mimo woli znalazł się w samym środku spraw bardzo ważnych dla siebie, ważnych dla króla i dla kraju również.
Tak. Zarówno Krzyżacy, jak i Polacy za cel swej troski wzięli sobie Junoszę. Oba potężne państwa dbają o jego bezpieczeństwo, zakwaterowanie, wikt i opierunek. Obawiam się, że wojna z 1409 roku wybuchnie tylko dlatego, że Junosza herbu Działosza, nieudolnie grający rolę chłopaka stajennego, skaleczy się o gwóźdź. Co będzie uważane za casus belli przez obie strony.

Prędko ubrał się i wyszedł. Idąc jakiś czas doszedł do stajen, gdzie był wczoraj. Wszedł do nich i konie ujrzał.
*ziew* Konie w stajni, cóż za niespodzianka...

Stały piękne, rzędem. Królewskie konie. Uśmiechnął się do nich, ale w chwile po tym, już był koło niego ten sam człowiek, który go wczoraj wieczorem prowadził. - Chodź za mną. Powiedział. Przeszli boksem do końca i weszli do drugiego. - Tu będziesz niby pracował.
- Tylko się nie przepracuj, my za ciebie wszystko zrobimy.

Na resztę rozkazów od króla czekaj. To powiedział i oddalił się.
- Leż w sianku i pachnij, bo król smrodu stajennego nie lubi.

Po południu ten sam człowiek przyniósł rozkazy. - Spotkasz się z Krzyżakiem w gospodzie. Powiesz, że dowiedziałeś się, że w niektórych grodach krzyżackich król ma swoich ludzi. Wie dużo o ich planach, nawet bardzo dużo. A ty, postanowiłeś to przekazać. Powiesz im, że król Polski płaci im szczodrze.
Tym samym dasz im do zrozumienia, że muszą podnieść ci gażę.
No nie będą przeca gorsi od Jagiełły, litewskiego dzikusa, nie?

Niech zajmą się szukaniem szpiegów u siebie, a my tymczasem obmyślimy plan.
Zagramy z Krzyżakami va banque. W grę “Głupi i głupszy”.

Jednego im damy, bo dla nas on już bezużyteczny. Jak im go damy, zaczną ci bardziej ufać. Tam, gdzie ty byłeś jest brat Herbert, łotr nagłej śmierci.
Po dłuższej chwili, spędzonej w niemym podziwianiu frazy “łotr nagłej śmierci”, dalej nie wiem, jak to skomentować.
Bo to piękna fraza jest. Mogłaby stanowić czyjś oficjalny tytuł.
Myślisz o randze na forum?
Też.

Sprzedałby brata swojego, za złoto. Kiedyś ważne wieści nam przekazywał. Żądał jednak coraz to wyższych nagród, a coraz mniejszej wagi sprawy nam przekazywał.
To prawdopodobnie znaczy, że był podwójnym agentem albo Krzyżacy poznali się na nim.

Trzeba już go się pozbyć. To będzie twoje pierwsze zadanie. – Dobrze. Rzekł Junosza.
Mokra robota jako pierwsze zadanie dla szpiega-skrytobójcy? Nieźle, nieźle.

Rozstali się.
Jak przyjaciele.

Gdy przyszła niedziela, a dzwony przestały bić, Junosza poszedł do gospody. Było pusto jeszcze, ale usiadł. - Ciekawe, co będą dziś chcieli, abym się dla nich wywiedział. Niedługo gospoda zaroiła się ludźmi, Tylko pewna część stołów była pusta. - Ciekawe, dlaczego tam nikt nie siada.
Bo ława źle heblowana? Bo wczoraj ktoś ducha wyzionął w tym miejscu? Albo Krzyżacy zarezerwowali sobie kilka stołów na imprezę integracyjną?

Gwar powstawał coraz większy i wtedy Junosza zobaczył Krzyżaka, a i tego, który mu zadanie zlecił.
I każdy z nich pilnował, aby Junosza krzywdy sobie nie zrobił.

Krzyżak stał na schodach i rozglądał się wokoło, a potem przeszedł obok Junoszy i usiadł.
- Pilnują mnie. Pomyślał Junosza. Dobrze, będę pewniejszy. Za chwilę Krzyżak podsunął się bliżej.
I mrugnął oczkiem.

Ubrany był tak, że nikomu nie przyszłoby do głowy, że to obcy.
Biorąc pod uwagę wieloetniczność Krakowa i różnorodność jego mieszkańców, to musiałby się bardzo, ale to naprawdę bardzo postarać, aby brano go za Aliena.
I znowu choćby ogólnikowy opis stroju poniżej godności aŁtora się okazał .

Siedział po prawej ręce Junoszy. Dłuższy czas nic nie mówił, a potem rzekł. - Ludzi dużo o tej porze, jak nigdy. Wyjdź, a zobaczysz naszego. Będzie stał przed gospodą. Na jego szyi łańcuszek ze złotym krzyżem, zobaczysz.
Musiał się gość wyróżniać z tego tłumu...
dd4ce8460110f8bd31670a0ee542e07f9e340156.jpg


Idź za nim i o nic nie pytaj. On wie, kiedy i co tobie przekazać. Junosza chwilę jeszcze posiedział, po czym wyszedł. W drodze do drzwi, gdy szedł przez salę, myślał. - Ostrożni są, więc i ja muszę być bardzo ostrożny. Gdy wyszedł, od razu dostrzegł człowieka, który stał w czarnym płaszczu.
Z czarnym kapturem nasuniętym głęboko na twarz, z doklejoną czarną brodą i w czarnych okularach. Nikomu w oczy się nie rzucał.

Miał on koszulę rozpiętą i widać było łańcuszek, z krzyżykiem na szyi. Tamten znał go widać, bo skinął głową na niego i ruszył.
Dzięki temu, że wszyscy w Krakowie go znają, Junosza nie musi się niczym charakterystycznym wyróżniać z tłumu.
Takie są skutki, jak się nie zablokuje walla dla nieznajomych.

Junosza poszedł za nim. Dość długo tamten kluczył po grodzie i dopiero upewniwszy się, że nikt za nimi nie podążył, wszedł do jednego z domów. Izba była ciemna, bo okno było przysłonięte. - Tu porozmawiamy spokojnie. Rzekł Krzyżak. - Masz coś ważnego do przekazania. - Myślę, że tak. Odrzekł Junosza.

- Podsłuchałem dwóch ludzi króla, którzy konie ze stajni, z jego rozkazu brali. Gdzieś w drogę pojechali. Gdzie nie wiem, ale mówili o jakimś zakonniku, który im donosi. Herbertem go zwali. Podobno ważne wieści zakonu im przekazuje. Jest tu niedaleko w którymś grodzie zakonnym.
Tu Krzyżak zasępił się, gdyż mieli w Polsce “grodów zakonnych”, bez kozery powiem - pińcet! I komturie w każdym powiecie.


- Dobrze chłopcze się spisujesz. Pamiętaj, że nagroda cię nie minie. Węsz dalej, a my chcemy wiedzieć, na kiedy król każe konie królewskie pod siodłami postawić na polowanie jadąc.
A zwłaszcza jego ukochanego wierzchowca, zwanego Imiesłowem Przysłówkowym Współczesnym.
Jagiełło jadąc na polowanie każący konia siodłać:
RYCERZ.jpg


Dokładnie, kiedy i w który dzień. Wiemy, że nie długo wrócą jego wysłannicy z Litwy, chcemy wiedzieć i coś o tym.
I tego wszystkiego ma się dowiedzieć koniuch, cały dzień przesiadujący w stajni? Konie litewskich wysłanników wyszepcą mu to i owo na uszko?
Po żmudzińsku do Wołyniaka.

Blisko zamku jesteś, więc może uda ci się coś podsłuchać.
Tak, jak załatwi sobie Uszy Dalekiego Zasięgu od braci Weasleyów.

Teraz już możesz iść i na mnie nie czekaj. Junosza przyjrzał mu się dokładnie raz jeszcze. Mógł mieć nie więcej niż trzydzieści lat, tylko broda dodawała jemu powagi.
Czy ja już wspominałam, że w średniowieczu trzydziestolatek to już nie był żaden młodzik, a dorosły, poważny człowiek?
I każdy facet brodę nosił od chwili, gdy mu szczeciną gęba porosła.
Może ufarbował sobie na siwo.

Junosza wyszedł na zewnątrz i tą samą drogą nie spiesząc się, poszedł do stajni. Przemierzył podwórzec i wszedł do boksu, gdzie stały konie, powierzone jego opiece. Sprawdził, czy wszystkie w korytach mają.
Zdaje się, że zmienił specjalizację i został świniarczykiem. Nie. Konie nie jedzą z koryt.
No nie żartuj! Może jeszcze powiesz, że rycerze nie noszą kolczatek?!
Owszem, noszą, ale tylko na szyjach.

I zaraz przy nim był ten, który mu zlecił zadanie, a którego widział w gospodzie. Junosza przekazał mu wszystko to, co od niego Krzyżak zażądał. – Dobrze. Pomyślimy, co im za tydzień odpowiesz. Ale skąd oni wiedzą, że król polowanie szykuje? Myślałem, że o tym naprawdę wie tylko kilku ludzi, ci z osobistości, którzy są zaproszeni na nie.
Wynika z tego, że królewskie polowanie było jedną z najtajniejszych operacji dworskich. Tja…
Cóż, królewskie polowanie to czasem sprawa życia i śmierci - vide Kazimierz Wielki.

Trzeba z tym do króla, a i przekazać, że na razie wszystko idzie po naszej myśli.
Wkrótce król go przyjął i ten przekazał królowi, co od Junoszy usłyszał.
Król zadumał się. - Co do rozmów z Księciem Litewskim, trzeba powiedzieć, że były to rozmowy finansów tyczące. Małej pożyczki dla Litwy.
Takie tam duperele, nic nie znaczące dla polityki.
Kieszonkowe dla Witka.
Właściwie to rodzinne sprawy.

A co do polowania? No cóż, oni i to wiedzą.
A dlaczego mieliby nie wiedzieć, skoro Kraków jest naszpikowany szpiegami jak pieczeń sadłem?

- Może szykują się nastać na twe życie panie. Wszystko u nich możliwe. W Malborku Zygfryd siedzi, a on podstępny, taki, że wszystkiego się można po nim spodziewać.
Na przykład, że podstępnie stanie do pojedynku i da się pokonać.

- Wszystko możliwe. Odparł król. - Podamy, zatem datę inną, a wyjedziemy o czasie, jakby zdanie zmieniwszy w ostatniej chwili.
Tak starannie uknuta intryga mająca na celu dezinformację wroga, budzi mój głęboki podziw.
Szczwany plan jest szczwany.

- Dobrze mości królu, tak im przekażemy, z pomocą chłopaka. - Powiedz jeszcze chłopakowi, że na moje względy liczyć może, a jeśli dobrze mi się przysłuży, to i więcej otrzyma. - Tak, najjaśniejszy panie. Odparł tamten, po czym król Jagiełło odwrócił się i wyszedł.
Na progu komnaty jednak się zatrzymał i rzekł: “Tylko niech przygotują umowę - zlecenie i listę płac podpisze, żeby bałaganu w księgowości nie było!”

A tamten zszedł na podwórzec i zajrzał do koni. Zobaczył Junoszę, który przy koniu karym stał i poił go wodą. - Mam wieści dla ciebie, które im przekażesz. Może oni nie będą czekać teraz do niedzieli i ciebie wcześniej poszukają. Tedy już teraz ci powiem. I powtórzył to, co z Jagiełłą uzgodnił.
- No więc słuchaj, stary, Władek powiedział, że...

Po tak emocjonującym dniu, Junosza decyduje się zostawić to wszystko i wrócić do domu. Wyszedł po chwili na podwórzec, który przemierzył i poszedł wzdłuż muru zamkowego. Szedł powoli spokojnie, rozglądając się wokoło i dotarł do domu, tego, w którym teraz mieszkał. Wszedł do izby i zaraz widział, że ktoś pokój uprzątał.
Uprzątnął. Raz a dobrze. Zniknęły nawet pozostawione dla zmyłki ślady, typu włos na okuciu kuferka. Onuce, leżące w nieładzie między tajnymi pergaminami Zakonu zostały wyprane, wykrochmalone i wyprasowane. Niestety, pergaminy też.

Zaraz też weszła kobieta. Przyniosła strawę i napitek. Nic nie mówiąc wyszła. Junosza zjadł, położył się na łożu i myślał o wszystkim. Jeszcze kilkanaście dni temu nie przyszło by mu do głowy, że będzie tak blisko spraw króla. - Może trzeba dać znać ojcu, ale jak? Sen był szybszy. Oczy zamknęły mu się i po chwili zasnął. Zaraz po jego zaśnięciu weszła kobieta, przykryła Junoszę, zabrała naczynia i wyszła.
A buzi na dobranoc? A bajeczka?
Bajeczka o szpionku-kocim-szponku była tak nudna, że nawet opowiadająca usnęła?

Później jeszcze wiele razy Junosza przekazywał wieści, które król przygotowywał. I tak przeszło lato. Tymczasem imć pan Kalesanty, chodził częściej zamyślony. Martwił się o syna. Pierwsze dni nie, ale później złe przeczucia nachodziły. - Coś musiało się stać? Mówił.
Niii [proszę, nie mów tego niii!] po prostu podróżuje od krzaczka do krzaczka, tu popas, tam kąpiółka w rzece, i tak mu jakoś schodzi.

Drodzy Czytelnicy! W tym miejscu postanowiliśmy zakończyć naszą przygodę z panem Kalesantym i jego drużyną. Jeśli martwicie się o Junoszę, to bez obaw - z Wołynia wyruszyła wyprawa ratunkowa pod wodzą Maćkowego, która uwolniła nieszczęsnego młodzika. A potem bohaterowie standardowo bujali się po drogach i lasach w tę i wewtę… Obawiam się, że opisami tego bujania zanudzilibyśmy Was na śmierć, zwłaszcza, że nie skończyliśmy nawet pierwszego tomu, a jeszcze czeka cały drugi (przejrzę go jednak i jeśli znajdę coś smakowitego, to możecie się spodziewać powrotu Kalesona, a co!).


Z królewskiej stajni pozdrawiają: Kura, co po cichu idzie ku miastu na zwiadu, Jasza z harmonogramem dworskich polowań, Babatunde Wolaka ubijający kefir kafarem

oraz Maskotek ze szpiegowską siatką na zakupy.

16 komentarzy:

Anonimowy pisze...

No cudne po prostu!
Uśmiałam się setnie z krzyżackiej chitrości!Z Yody,konia Imiesłowu,casus belli...
Będzie mi imć Kalasantego brakowało..

Chomik

Anonimowy pisze...

Ten Kalasanty się ciągnie już i ciągnie, trochę się to robi nudnawe według mnie. To opko jest strasznie męczące, trzeba się ciągle domyślać o co autorowi chodziło i w ogóle jakoś mało funu przy nim, jak dla mnie :/ Mam nadzieję, że za tydzień wróci Czarna Walkiria (<3).

Anonimowy pisze...

Nie ma to jak napisać komentarz przed przeczytaniem całości analizy -.-"

Anonimowy pisze...

To już zaczyna przypominać cudne opka na podstawie gier - bohater łazi od jednego gościa do drugiego, a każdy mu mówi, co ma robić. I jeszcze ten wybitnie questowy tekst: "Dobrze chłopcze się spisujesz. Pamiętaj, że nagroda cię nie minie."

Tonks

Anonimowy pisze...

"Bracie Grodgerze, choć na chwilę, jesteś potrzebny."
Aż dziw, że nikt na owo zdanie nie zwrócił uwagi, choć miast "choć" winno być "chodź".

"[Junosza] Usiadł i cierpliwie czekał. Dość długo nie było brata zakonnego w celi, a gdy już się pojawił, uśmiechnął się chytrze i teraz Junosza zobaczył białe zęby Krzyżaka."
Idealnie białe uzębienie w średniowieczu. Tak, bez wątpienia.

"Przecież Bolko nie żyje, sam mi o tym mówił."
:D

Inga

kura z biura pisze...

@ Inga: no jak to nie zwrócił uwagi, przecież zinterpretowaliśmy jest właśnie tak, jakby "choć" znaczyło "choć". :)

Anonimowy pisze...

Buuu, jakie to ksiopko jest nuuudne!Przeczytałam bardzo pobieżnie, bo najzwyczajniej w świecie nie mogłam się na tym dziele skoncentrować. Przecież to się, uczciwszy uszy, kupy i d..y nie trzyma. Również mam nadzieję, że za tydzień wróci Czarna Walkiria (kiedyś w ramach samoudręczenia czytałam już to...ekhm...dzieUo, ale z dopiero komentarzami nabierze właściwego charakteru ).

Anonimowy pisze...

W tym odcinku Kalesanty naprawdę mnie zgorszył - niby taki nowoczesny rodzic, że aż syna z chłopką chce ożenić, ale jak przyjdzie co do czego, to gówniarz może zniknąć na całe tygodnie i ojciec ma to gdzieś!
Myślę, że Krzyżakom myliły się imiona, bo w swej niezmierzonej chytrości używali fałszywych aliasów i ciągle zapominali, czy nazywają się Kafar czy Katar, Grotger czy Grodger. Takim samym chytrusem jest Kalesanty, który naprawdę ma na imię Jędrzej, ale udało mu się wszystkim wmówić, że wcale nie i dlatego tylko jemu z Krzyżakami w paragon iść.
"Orężem kelnera jest taca. A czasami także rachunek."
Przewdzięczne!

Astroni pisze...

Boziu, takiej schizy to jeszcze nie widziałam. Nawet bez Waszych (genialnych) komentarzy widzę, że tu nic się kupy nie trzyma! A taka krótka przecież. I tym bardziej po tej krótkości doceniam ból czytania tego badziewia. Nie chodzenie za bardzo po zamku, wychodzenie z zamczyska po daszku, zdobywanie zaufania wroga przez wydawanie na śmierć swojego prawdziwego szpiega (zamiast donieść na jakiegoś Krzyżaka), boksy w XV-wiecznej stajni, poznawanie zamku po bogato zdobionych korytarzach (bo kto by się przejmował bramami, murami, strażą czy innymi duperelami)... Boziu, przecież to już się zbliża do jakiejś Masłowskiej...

Chrobeż. Bo metoda Copiego Pasta jednak jest zbyt skomplikowana na możliwości aŁtora. Chociaż, jak widzę zwrot śmiercią każą i Kżyżaków, to się zastanawiam, czy on nie jest jakimś pasjonatem ż z kropką...

"Widać, żeś w grodzie wychowany, bo różnisz się od tych, na dole.
Znaczy… sprawdzali go “na dole” i po kuśce poznali, że on z miasta?!"
Ah, ta magia przecinka, Harry Potter by się nie powstydził X) (Zwłaszcza ten z poprzedniej recenzji...)

"Jeden z ich ludzi zameldował przez kuriera, że naprawdę chłopak przy koniach pracujący wyjechał i któryś dzień go nie ma."
1. Najpierw niedowierzali, że od koni, bo jakiś ważniejszy czy coś. 2. Mają taką sieć kontaktów, że bez problemu znaleźli miejsce, gdzie pracował. 3. Całokształt jest z dupy, bo przecież nie pracował, więc komu niby zameldowali..?

"- Teraz możesz mówić wszystko.
- Król się dowie, nie martw się.
- Wiesz, z kim rozmawiasz.
- Nie panie.
- To ci powiem. Jestem doradcą króla, a ty, kto, tak naprawdę?
- Jestem Junosza"
Czyli... najpierw ten cały doradca poprosił Junoszę o "mówienie wszystkiego", a potem... spytał, kim on właściwie jest. Ba - z dalszej wymiany zdań wynika, że o tym, że Junosza spiskuje z Krzyżakami, też wie (bo nie może go zakwaterować w zamku) i traktuje to zupełnie OK.
Tak więc - dlatego Polacy wygrali wojnę. Mieli daleko lepszych informatorów (choć informacje zdobywali w kratkę), z tym, że się nie chwalili.

"Z czarnym kapturem nasuniętym głęboko na twarz, z doklejoną czarną brodą i w czarnych okularach. Nikomu w oczy się nie rzucał."
A z foci wynikało, że jedynie w czarnych majtach. A może to taki ekshibicjonista? Podchodzi ten, co trzeba, to on wtedy rozchyla płaszczyk i pokazuje krzyż...
Zawsze mnie w dzieciństwie intrygowało, czemu szpiedzy/tajni agenci ganiali w tych czarnych płaszczach, wielkich kapeluszach i okularach przeciwsłonecznych, przez co było ich widać na kilometr. A tu proszę, tradycja.

Po jakości tego tworu wychodzi, że do e-księgarń z powodzeniem można sprzedać tekst SEO złożonego ze słów typu: konie, lasy, zbroja, podróż, zamek, zasadzka, gospoda itp. plus oczywiście parę imion i nazw miast. Rety.

Anonimowy pisze...

"Łotr nagłej śmierci" ewidentnie brzmi jakby ktoś sobie jaja robił...

Bardzo się cieszę, że to koniec.

S.H

Mal pisze...

Analiza króciutka (w porównaniu z poprzednimi), ale zupełnie się nie dziwię, bo kto by dłużej wytrzymał z tym tworem... A wiecie, co mnie najbardziej przeraża? Fakt, że istnieje drugi tom tego "dzieła".

Koszmarnego zapisu dialogów, szalonych przecinków i błędów gramatycznych oraz ortograficznych nie chce mi się nawet komentować. Po cichu liczę, że to opko nie przeszło przez żadną redakcję, bo płakać by mi się chciało, gdyby ktoś to-to przepuścił w takiej formie...

Zresztą, co ja mówię, gdyby to-to przeszło przez redakcję - jakąkolwiek - może nie byłoby tak niesamowicie absurdalne. Już od pierwszych fragmentów - Krzyżacy w Małopolsce! - wiedziałam, że będzie źle. W gruncie rzeczy, gdyby nie fakt, że autor uważa się za znawcę tematu i wielkiego pisarza, ta absurdalność i naiwność "fabuły" (cudzysłów zamierzony) byłaby nawet cokolwiek urocza. No bo - proszę! W tej alternatywnej rzeczywistości do króla łatwiej jest się dostać niż do pani z dziekanatu, konie może i mają, ale chyba mechaniczne (transportowanie kilku sztuk "zwierzyny" na jednym wierzchowcu...), a teoria z "komtórką", czyli komturzą komórką, MUSI być prawdziwa, bo nie wyobrażam sobie, jak inaczej te asy wywiadu tak szybko przekazują sobie zdobyte wieści. A Junoszy to pewnie GPS przyczepili do ubrania, żeby mieć pewność, że puszczony samopas po Krakowie rzeczywiście stawi się na to niedzielne spotkanie, zamiast zwiać z miasta przy pierwszej okazji...

Już tylko jedno - przyznam, że na architekturze nie znam się zupełnie, nawet współczesnej, a co tu mówić o tej piętnastowiecznej; więc czy mógłby mi ktoś powiedzieć, kiedy w zamkach zaczęto wstawiać okna? Bo ta "jasna" cela Junoszy trochę mi nie zagrała, potem z kolei przez okno mógł uciekać, więc pomyślałam, że zwykła dziura w murze... Więc jak to może być? :)

Anonimowy pisze...

Uwielbiam to opko! Trzy razy wracałam do Waszej analizy. Mieliście świetny pomysł z wyborem ksionszki do analizowania :)
Mam nadzieję, że drugi tom też się u Was pojawi : P

Karmena

Anonimowy pisze...

Laboga, szczerze przyznam, że staralam się, naprawdę się starałam. Ale nie dalam rady doczytac tych pierdół, mimo, że analiza cudowna. Koszmar. A do autora chyba napiszę list z posypką wąglikową, żeby nie mnożył tego dziadostwa :/

Siberian tiger pisze...

Też jestem w grupie, która cieszy się, że to wreszcie koniec. Na początku było śmiesznie, a potem to już tylko nudno, chociaż Wasze komentarze od czasu do czasu rozświetlały ten gąszcz nudy. Cała intryga jest prowadzona w tak infantylny sposób, że momentami to jest tak żałosne, że aż śmieszne. Urzekł mnie fundusz wywiadowczy, który trzeba koniecznie wydać do końca roku, bo inaczej przepadnie. Takie życiowe :)

Anonimowy pisze...

oj, czepiacie się. Może to byli krzyżacy Cherezińskiej, którzy szukali Dzikich po lasach?

Kuba Grom pisze...

To się już staje nudne. Dziwię się że autor nie przysypiał jak to pisał (może zmajstrował to lunatykując?).

Powinna istnieć jakaś strona do piętnowania gniotów wśród nowości wydawniczych.