czwartek, 8 listopada 2012

198. W pustyni oraz w innej jeszcze pustyni, czyli Wozem się wozim! (2/3)


Analiza pierwszej części była tutaj, więc sami wiecie co Was dziś czeka. Tak, nie mylicie się, będą dalsze przygody Zorana Barbarzyńcy i jego barbarzyńskiej drużyny, która okazuje się oddziałem lękliwych (tym niemniej bardzo barbarzyńskich) wędrowców.
Dziś mamy: podróże przez pustynię tam i nazad, przeskakiwanie przez Nil jak przez kałużę; dalsze odwracanie map do góry nogami (chyba tylko po to, żeby było ciekawiej), dziwne plemiona po drodze, oszalałe góralskie pekińczyki, sygnalizację świetlną na głowie,  piece martenowskie w XIII wieku p.n.e. i wiele innych ciekawostek.
http://zoran.blog.onet.pl/

Analizują: Sineira, Mikan, Gabrielle, Dzidka, Kura, Jasza i Purpurat

Podróż przez pustynię była okropna. Konie ledwo szły, a woda się kończyła. Zoran i jego towarzysze nie mogli się nigdzie umyć i cuchnęli jak końskie łajno.
Zoran się wyłamywał, bo cuchnął jak łajno Dagota.
To ciekawe, myśleć o myciu, gdy woda do picia się kończy.   

Kiedy po wielu dniach dotarli do niewielkiej oazy, wszyscy rzucili się do wody jak dzikie zwierzęta.Leżeli w niej co najmniej pół dnia i moczyli wyschnięte ciała.
I zupełnie nie przejęli się tym, że uczynili wodę niezdatną do picia.
To raczej pisak nie zdaje sobie sprawy, jak wygląda życie na pustyni i plecie duby smalone.
Może martwili się o zmarszczki?
To była niewielka oaza, czy ośrodek SPA?
No-SPA.

Noc minęła jak inne, tylko Habiryjczyk był niespokojny. Rankiem wszyscy zaczęli szykować się do dalszej drogi. Napełniono wszystkie bukłaki.
Nic to, że woda nieco pośmierdywała i pływały w niej jakieś niezidentyfikowane farfocle.
Rozwolnienie na pustyni, make live harder wersja dla zaawansowanych.
Na pustyni, gdzieś w oazie
Barbarzyńcy się kąpali.
Później wody się napili
Wszyscy się... skręcali.

Nagle Chawila gwizdnął. To był umówiony sygnał. Konie były schowane za płotem z opuncji, więc nie musieli się martwić, że zostaną wykryte.
Proszę precyzyjniej! Czy była to zeriba czy żywopłot? I skąd opuncja, której ojczyzną jest Meksyk, wzięła się w starożytnym Egipcie?
Dlatego nie martwili się, że ktoś wykryje konie, bo przeteleportowano je do Ameryki, która także nie była odkryta.
Komuś zamarzył się płot z opuncji, jak innym hebanowe meble.
Barbarzyńca, który plótł ten płot z opuncji, impulsywnie wynalazł parę odkrywczych przekleństw.

Z resztą Korech miał nad wszystkim pieczę. Urodził się w stajni i wychowywał się z końmi.
I wykarmiła go klacz, zupełnie jak wilczyca Romulusa i Remusa.
Gdy był zadowolony, parskał, a jego śmiech przypominał rżenie.
W wolnych chwilach galopował po polach, a za przekąskę służył mu owies.
Ten gość to jakiś Jezus wersja alfa, nie?

Nikt nie wiedział jak to robi, ale potrafił rozmawiać z rumakami, a te słuchały go z wielkim oddaniem.
Czy konie mnie słyszą?
Konie zgodnie parsknęły.

Wszyscy jak na komendę przypadli do ziemi.
Konie też?
Jak wszyscy to wszyscy!
Konie wyjęły lornetki i też filowały zza krzaków.

Nieopodal na wielbłądach gnał oddział Nubijczyków, a za nimi następna grupa zbrojnych.Zoran domyślił się, że to muszą być zwaśnione plemiona.
Mocarz intelektu.

Kiedy obserwowali w milczeniu pościg, Habiryjczyk zauważył, że jeden z jeźców ciągnie coś za sobą na sznurze.
Indianę Jonesa?

  • Chawila widzisz tego jeźca, który ciągnie za sobą wór? - szepnął Habiru.   
I znowu ten tajemniczy “jeziec”. Pisaku, facet na koniu to “jeździec”. A teraz napisz sto razy: “jedzie jeździec, widzi jeźdźca, ucieka przed jeźdźcem”.
A może jeziec, to takie chuj-wie-co, latające kiedyś po pustyni i dawno wymarłe?
Jeżyk ci to nie jest. To na pewno.
Ale czy lubi twaróg?

  • Też się zastanawiam co w nim jest. Musi być ciężki, bo jedzie wolniej od pozostałych.
Aha. Znaczy, wór z cenną zapewne zawartością ot tak, ciągną za sobą na sznurze, ryzykując, że się urwie albo rozedrze.
Skoro “jedzie” wolniej od pozostałych, to odległość pomiędzy worem a koniem wciąż się powiększa?
Wór miał swój własny napęd.
Nóżki.
Praprzodek Bagażu?

  • Weź ze sobą pięciu ludzi i udaj się od tyłu, ja uderzę z przodu. Czekaj na mój sygnał.
Chawila zebrał wojowników i pod osłoną sitowia szedł za pościgiem.
A ich chód bohaterski, nawet gdy przedzierali się przez zarośla,  szybszy był od biegu wielbłądów na otwartej przestrzeni.
Jest to chyba pierwszy w historii chód goniący pościg.
Sitowie? Na pustyni?!
Bo tam kiedyś było morze, ale potem pojawił się Mójżeś Ty.
Pisak co prawda wspomniał o “niewielkiej oazie”, ale pewnie była większa, niż mu się z początku wydawało.

Zoran wraz z dwoma barbarzyńcami obserwowali dalej Nubijczyków, którzy zaczęli ze sobą walczyć, gdy wór zerwał się ze sznura.
A mówiłam?
I uciekł.
Pozostaje mieć nadzieję, że miał kaganiec.
I komplet szczepień.

Habiru zawsze się zastanawiał skąd tyle zaciętości i siły jest w tych małych ludziach. Nubijczycy byli niewielkiego wzrostu od czterech do czterech i pół łokcia, [znaczy, około dwóch metrów - zaiste, malutcy. Mocno podejrzewam, że Pisak miary takie jak łokieć bądź stopa bierze dosłownie.] ciemna skóra prawie jak heban, zbite mięśnie i nie pasujące do niczego jasne włosy.
Ech, Pisaku, znowu riserczu brak. To, że obecnie na terenie Egiptu nie ma ludzi jasnowłosych nie znaczy, że te trzy tysiące lat temu też ich nie było. Wręcz przeciwnie - wiadomo na przykład, że  Ramzes II był rudawym blondynem.
Po drugie Herodot opisywał Nubijczyków (nazywając ich Etiopami) jako najroślejszych i najpiękniejszych ze wszystkich ludzi.
…por. Iz 45,14.

Miecze wyrabiali sami i dopasowywali je do swojego wzrostu.Dziwny to był widok.
Znaczy co, dziwny był widok wojownika z mieczem dopasowanym do wzrostu?
Pewnie. Normalne jest, jak niziołek ciągnie za sobą żelastwo, którego nie jest w stanie unieść, a dwumetrowy drągal robi dziab dziab sztylecikiem.
Poza tym jakie miecze, przecież Nubijczycy słynęli ze swoich umiejętności łuczniczych!

Słynęli jednak wśród innych ludów z niezwykłej siły i waleczności. Podobno ich przodkowie przypłynęli z północnego morza i mieli coś wspólnego z Hyksosami.
Rozumiem, że “północne morze” oznacza w tym przypadku Morze Śródziemne, bo Hyksosi pochodzili z zachodniej Azji a nie ze Skandynawii.;)

Habiryjczyk wraz z innymi (no, trudno, żeby bez innych)  był świadkiem straszliwej rzezi, jaką ścigający zgotowali uciekinierom. [me gusta] W zasadzie wystarczyło im pół godziny, aby pokonać przeciwników.
W zasadzie to trochę więcej. No dobra, w zasadzie to godzinę. Albo nie. W zasadzie to dziesięć minut.

To był właśnie ten moment. Zoran gwizdnął i ruszył na Nubijczyków. Dobył miecz(a) i wydał okrzyk wojenny. Dzięki temu mali ludzie nie zauważyli oddział(u) Chawili, który zaszedł ich od tyłu. Nubijczycy sapiąc i dysząc [i buchając żarem z rozgrzanego brzucha] obrócili się w stronę nowych napastników. Mali wojownicy [to znaczy ci dwumetrowi] także wznieśli miecze i wydali okrzyk.
I tak obrzucali się inwektywami przez trzynaście i pół minuty. A potem w gardłach im zaschło.

Gdy odległość wynosiła rzut kamieniem, z sitowia od tyłu wyskoczył Chawila z wojownikami. Starli się w żelaznym uścisku. Krew lała się z ran.
Ślina lała się z gąb, a pot lał się spod pach.
A woda lała się z narracji.

Barbarzyńcy kontra Nubijczycy. (...) Nubijczyków albo się zabija, albo oni zabiją ciebie, dlatego wszyscy wytężali siły ponad miarę, do granic możliwości.
Ale to tylko tak z Nubijczykami. Bo całe wieki walk na miecze, topory, morgenszterny czy bagnety, to było tylko giglanie się jak na dużej przerwie, aby do dzwonka.

Nagle dwóch wojowników Zorana padło u jego stóp (więc zostało ich siedmiu, zapamiętajmy), a ten stanął oko w oko z dwoma jasnowłosymi żołnierzami...cięcie...zamach...kontra...cios...i tak w kółko,aż ktoś w końcu popełni błąd...
Na przykład najpierw zrobi zamach a potem wyprowadzi cięcie? Uhm.
To jak z tańcami w dawnych czasach, gdy tańczyło się określone układy. Ci tutaj też mieli wyćwiczone ruchy.

Błąd popełnili Nubijczycy, że nie uciekli od razu. Teraz wszyscy leżeli w nienaturalnych pozach,
Eee, to Hindusi byli. Weszli w skomplikowane asany i tak im zostało.
Dżizas no, który wojownik ucieka z pola walki? Zapiekły wojownik. Wojownik, którego napadnięto i w zasadzie nie pozostawiono mu wyboru i musi się bronić.

cali we krwi, a niektórzy bez rąk, nóg i głów. Straszny widok, bo wszyscy spoczywali na czerwonym dywanie z mieczami w dłoniach.
http://i.imgur.com/5cGiE.jpg
A ci, z oderżniętymi rękami - też?
Też, tylko miecze w dłoniach znajdowały się w pewnej odległości od reszty ciała.

Miało się wrażenie, że za chwilę znów się poderwą do walki, ale ich dusze poszły już do wiecznego spokoju.
Albo poszły w cholerę. Niekoniecznie wieczną.

  • Chawila – krzyknął Habiru ciężko dysząc – zobacz co jest w worze...   
  • Ha, ha, ha! Choć zobacz (chociaż rzuć okiem, nie rób min!) co tu jest. Nie uwierzysz – Chawila zaczął podskakiwać – jesteśmy bogaci.
Klaskał w łapki i kręcił się jak fryga.
https://d37wxxhohlp07s.cloudfront.net/s3_images/791401/1912-so-much-win_inline.jpg?1347586633

Kiedy Zoran zaglądnął do worka (przyGLĄDNĄŁ się zawartości), okazało się, że jest wypełniony klejnotami i złotem. Zdziwił się bardzo bo wiedział, że Nubijczycy nie noszą i nie wyrabiają takich świecidełek.
Nieee? Mając wielkie zasoby złota, które były przyczyną egipskich najazdów? Mieszkając na pustyni, na której występują szmaragdy?
*przegląda ciąg dalszy opka* Ok, tłumacząc z pisakowego na nasze, chodziło o to, że błyskotki nie wyglądają jak te, które zwykle noszą Nubijczycy (“gryzą się z ich kulturą”, hje hje), a zatem zapewne zostały komuś zrabowane.
Do tego momentu miałam nadzieję, że oni w tym worze za wielbłądem ciągnęli wroga, którego chcieli w zemście przedśmiertnie (lub pośmiertnie) poobijać. Czy Pisak wlecze swój portfel za sobą na sznurku?
Na sznurku to tu się wlecze logika, za tym opkiem.

Nagle jego uwagę przykuł przepiękny diadem z wielkim kryształem. Kiedy zaczął się jemu przyglądać, coś jakby zaczęło przemawiać do jego duszy.
Bo kiedy patrzysz w kryształ, kryształ może zacząć patrzeć w ciebie.
Palantir?
Zaburzenia paranoidalne i/lub schizotypowe?
To pewnie przez wodę...

(...)
Ciemność rzuciła swój płaszcz na ziemię.
Doch der Abend wirft ein Tuch aufs Land...

Każdy barbarzyńca położył się spać.
Jak zwykle, nie wystawili warty.
Pewnie liczą na to, że znowu im jakiś staruszek podrzuci spyżę.

Ognisko wołało o pomoc, o kawałek drzewa. Zapadła cisza...i ciemność...
Jeeej, jak się poŁetycznie zrobiło...
I się bidne nie doczekało. Poor thing.

Na barbarzyńców napadają Hyksosi. Zoran domyśla się, że powodem napaści jest coś, co zrabowali im Nubijczycy, a co teraz znalazło się w posiadaniu jego drużyny.

Lekki szmer. Ledwo słyszalny. Jakieś cienie przemykające z tyłu i z przodu obozowiska. Błysk stali w świetle gwiazd. Cisza...
Błysnęło, huknęło i zawstydzone zgasło, gdyż nagle zdało sobie sprawę, że akcja opka toczy się w epoce żelaza, a do wynalezienia stali trzeba poczekać jakieś tysiąc lat z okładem.

Rozległ się gwizd Habiru. Nagie miecze wynurzyły się jakby z otchłani by zanurzyć się w trzewiach, szukając krwi, aby się jej napić. Z szybkością kobry kąsały ludzi wypruwając, to co jest zawsze schowane.
Jak widać - może i zawsze, ale wcale nie na zawsze.

Różne części ciał legły na ziemi w dziwnej mozaice śmierci z czerwienią w tle. I znów zapadła cisza...
Kobry-bobry, lecz nie ma ani słowa o tym kto kogo wymordował.
Nagie samobieżne miecze z otchłani, przecież Pisak napisał.
Chrzanić, przecież chodziło tylko o to, że są cy... bebechy, jest okejka, nie?

Walka trwała tak krótko, że przeciwnicy nie zdążyli wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Tylko oczy wskazywały na wielkie zdziwienie jakiego doznali z momentem śmierci. Barbarzyńcy rozglądali się wokoło szukając kolejnych napastników, ale nikogo już nie było.
No jasne. Przeciwnicy byli tak beznadziejni, że nawet zarzęzić nie zdążyli, a nasi herosi mają tak wysokie współczynniki, że mogą zamknąć oczy, wystawić miecze i czekać, aż się przeciwnicy sami nadzieją (wiele razy).
Zwłaszcza, że jedni głęboko spali, a drudzy skradali się po to, aby ich po cichu wyrżnąć.
Wszystko przez te miecze, co wyskoczyły z otchłani, narżnęły i uciekły.

(...)   
  • Mam przeczucie. Wyciągnijcie wszyscy całe złoto, jeszcze raz je obejrzymy.
Barbarzyńcy otworzyli sakwy. Zoran chodził od kulbaki do kulbaki sam nie wiedząc czego szuka.
Pewnie kulbaki, której w tym czasie i w tym miejscu nie miał prawa znaleźć. Swoją drogą już wcześniej miałam wyrazić wątpliwość, czy Zoran i jego kumple w ogóle powinni podróżować konno i wierzchem, bo to przecież jeszcze epoka rydwanów.
I to wszystko w tych egipskich (hihi) ciemnościach, bo nikt nie pomyślał, żeby rozniecić ogień?

Jednak w pewnym momencie jego uwagę przykuł diadem z godłem Hyksoskim, którego wcześniej nie widział.
Widział, do diaska! Przyglądał mu się kilka zdań temu!
Ale kryształ, przemawiający mu wtedy do duszy, wykasował też pamięć przy okazji.
Faceci w czerni, wersja biblijna.

  • To jest to – rzekł z triumfem w głosie Habiru. - To jest to czego szukali i za co zginęli ci tutaj.
  • Zwykły    diadem – zlekceważył Chawila.   
  • Nie, nie... spójrz na ten symbol, to godło Hyksos, to musi być królewski diadem, a ten kto go posiada, może zostać władcą Hyksos. - Powiedział jakby nawiedzonym tonem.
Władcą HyksosÓW, jak już.
   
  • Z powodu kawałka złota?   
  • Tak.
Habiryjczyk założył diadem na głowę i nagle oczy rozbłysły mu dziwnym światłem.
Tak? http://3.bp.blogspot.com/_dPxFqwopmvg/SgyiP98dlsI/AAAAAAAAAM8/UutJ6gydKFA/s400/die.jpg


  • W drogę król Hyksosów Zoran zaprasza was na ucztę.
Na przystawki podajemy przecinki w chrupiącej panierce.
Nie podajemy, bo przecinki się skończyły!

Po tych słowach diadem rozbłysł się zielonym światłem, a Habiru spadł z konia trzymając się za głowę. Wojownicy skamienieli ze strachu. Nagle zerwał się wiatr, a dookoła Zorana zrobił się powietrzny lej zmieszany z piaskiem.
A z leja wylazł mrówkolew i porwał Mamę Muminka.

Trąba powietrzna się wzmagała.
Słyszałam o wzmagającym się wietrze lub o wzmagającej się nawałnicy. O wzmagającej się trąbie nie słyszałam.
Wzmaga mi się ból głowy.

  • Dooość!!! - Wrzasnął Habiryjczyk i natychmiast wszystko się skończyło.    Idealna cisza i spokój.   
  • To czary – wykrztusił Chawila – to przez ten diadem.   
  • To dziwne pomyślałem sobie, żeby po drodze nie zaskoczyła nas burza    piaskowa i w tej chwili się ona pojawiła.   
  • To uważaj o czym myślisz.
Eee tam, do luftu takie czary. Wcześniej powiedział, że zaprasza na ucztę - i gdzie ta uczta, hę?
Dzięki Borom, że nie pomyślał o maturze...
No ale on pomyślał, żeby ich NIE zaskoczyła. To czemu ich zaskoczyła?

Przeprawili się przez Nil i znaleźli się w Królestwie Hyksos.
*patrzy na mapkę Pisaka* To ja już nic nie kumam. Byli w Ptah, potem w Mieście Umarłych - cały czas na zachodnim brzegu - a teraz przeprawili się przez Nil i znaleźli się w Hyksos, które TEŻ leży na zachodnim brzegu. A w dodatku wygląda na to, że zawrócili. Po kiego grzyba?
Biorą przykład z Mojżesza.
Nie strasz, nie zdzierżę opka o czterdziestu latach błądzenia po pustyni!
Taaa... Będzie naprawdę jak z Mojżeszem. “Eeee, chłopaki, idziemy za nim! Powiedział, że zna zaj*bisty skrót!”

Diadem na głowie Zorana zaczął świecić na czerwono. Świt nadszedł szybko i rozbłysł jak pochodnia w ciemności. Do Ha-Rat stolicy państwa-miasta było już niedaleko. Wjechali do wioski rolników. Ci widząc diadem w czerwonym kolorze, padli na twarz przed Zoranem.
Ujrzeli światło czerwone i zrozumieli, że wjazd im zakazan został, i struchleli z wielkiej trwogi.

  • Zaczyna mi się to podobać. Ludzie padają przede mną na twarz ze strachu mruknął pod nosem Habiru.   
  • A mnie zaczyna to martwić – sposępniał Chawila.   
  • Czemu? Popatrz witają nas prawie jak bogów.   
  • Martwi    mnie, to że diadem świeci teraz na czerwono, a ty zmieniłeś się okrutnie.   
I wyglądasz jakoś dziwnie:
http://i.imgur.com/08EC8.jpg
Nie chcę uprawiać kryptoreklamy, ale... Diablo?
I nikt zupełnie się nie dziwił, że diadem przejawia jakieś moce. Ot, normalka. Założę go sobie na głowę, zobaczymy co będzie.
Zupełnie jak osoba grająca w Baldurs Gate, która najpierw zakłada Przeklęty Pas Zmiany Płci, a potem się zastanawia, do czego on właściwie służy i dlaczego nie można go zdjąć.

  • Przesadzasz.    A może mi zazdrościsz?   
  • Co ty bredzisz, jestem barbarzyńcą i niczego ci nie zazdroszczę.
Ja, jako barbarzyńca, mam głęboką świadomość swej barbarii.
Wyrzynam ludzi dla przyjemności i niczego nie rabuję!

Dalszą trasę przebyli w ciszy. Słońce sięgało zenitu kiedy dotarli do Ha-Rat. Lud z miasta przywitał ich tak samo jak wieśniacy. Wszyscy jak jeden mąż leżeli twarzą do ziemi w milczeniu.
Wszyscy, nawet ci z najdalszych dzielnic miasta, padli tak, jak stali.

  • Hej ty! W czerwonej szacie – zawołał Zoran i zatrzymał konia.   
  • Słucham panie – odezwał się mężczyzna, nie poruszając się w najmniejszy sposób.
Paczpan, brzuchomówca!
I na dodatek jasnowidz, bo wiedział, leżąc twarzą do ziemi, że to akurat o niego chodzi! No, chyba że tylko on w całym mieście miał czerwoną szatę.
   
  • Wstań    i powiedz, co tu się dzieje.   
  • Nie mogę, bo mnie zabijesz.   
  • Zabiję cię jak zaraz nie wstaniesz i nie zaczniesz ze mną rozmawiać. - Rzekł rozdrażniony Zoran.
A nieprawda! Jak leżę, to trudniej mnie trafić!

  • Ależ  panie twój diadem świeci czerwienią, to kolor krwi, jak    stanę przed tobą z pewnością poniosę śmierć. Oddal swój gniew, to sługa twój wstanie i będzie z tobą rozmawiał – mówił drżącym głosem mężczyzna.   
Zupełnie jak z krnąbrnym czterolatkiem - idź do swojego pokoju i wróć, kiedy się uspokoisz.

  • Ja  się na ciebie nie gniewam, ani nie gniewam się na tych ludzi. Mam  jedynie złe wspomnienia. Kiedyś stoczyłem tu pojedynek na topory z waszym królem Ganarem, który oszukał mnie sromotnie.
A temu co się wydaje? Że jest na sesji u psychoterapeuty i opowiada o  wszystkich złych doznaniach z przeszłości?
Przyszedłem do was, by przezwyciężyć traumę, pomożecie mi? Proszę, proszę, proooszę!
   
  • Panie...tyś jest Zoran z Habiru. Ten jeden jedyny, wybraniec. Największy wojownik.
Prorocy zapowiadali twoje przyjście, na czole masz bliznę o dziwnym kształcie, twój ojciec był najlepszym uczniem Obi-Wana, a tu masz dwie pigułki, czerwoną i niebieską.
Współczuję. W tamtym rejonie to wybrańcy mieli zwykle przerąbane.
   
  • Co za brednie pleciesz?
Pokażcie mi proszę władcę, wodza czy innego szefa, który na słowa że jest świetny,  odpowiada: “e, pieprzysz brachu!”
Ciiicho, tu się odbywa psychoterapia. Facet w czerwonym pomaga Zoranowi odzyskać wiarę w siebie. Podnosi jego samoocenę, rozumiesz.
   
  • To nie są brednie panie, tyś się oparł Dagotowi naszemu bogu i zwyciężyłeś go.   
  • Nie walczyłem z żadnym Dagotem! - Podniósł głos.
Nie dziwię się, że zaprzecza. Jak się ludzie dowiedzą w jaki sposób go zabił, to będzie śmiechu kupa.
Zoran doznał amnezji, kiedy diadem zaświecił się na zielono i zrzucił go z siodła. Teraz mu się wydaje, że jest puchatą kaczuszką.

  • Walczyłeś panie, bo Amamimowie wszystko nam opowiedzieli. Teraz masz na głowie     diadem Dagota, który ten nosił na swoim rogu, a kto nosi na swym rogu diadem Dagota nim samym się staje.
W ten oto sposób Dagotem została pewnego dnia mała, niewinna kózka. Paaanie, aleśmy z nią mieli przeboje!
Nie zdziw się więc, jeśli następnego ranka obudzisz się jako wielki, pełzający robal z pyskiem lwa i “odrostami, które wychodziły z boków tułowia”. Oraz odbytem na grzbiecie.
Franz Kafka miał podobnie.   

  • Jestem Zoran z ... - Habiryjczyk chwycił się za głowę i spadł z konia.
Diadem rozbłysł się białym oślepiającym światłem po czym znów wrócił do czerwonego koloru. Barbarzyńca wstał z ziemi i rzekł:
  • Jestem Zoran Dagot król Hyksos w Ha-Rat!!!
Rany koguta, burza piaskowa przeniosła ich do Iranu!
A te komplikacje to po żarciu w tanich liniach, jak sądzę.

Po tych słowach cały lud wzniósł okrzyk radości, a diadem rozbłysł zielonym światłem.
Pasożyt jeden. Założę się, że to była pradawna poczwara z kosmosu, ukrywająca się pod postacią diademu.
Czemu mam skojarzenia z dyskoteką, nie wiem.

Uczta trwała wiele dni. Wszyscy Hyksosi z zachwytem oglądali fajerwerki, jakie dla uciechy puszczał im Zoran  świętowali pojawienie się nowego króla, ale Chawila i reszta wojowników chodzili strapieni. Ich przyjaciel i dowódca dostał się pod panowanie mocy jakiegoś demona zamkniętego w diademie. Nikt nie wiedział, co robić dalej.
Och, jest bardzo prosty sposób, by wygnać z niego demona... Nie pamiętacie już, jak został pokonany pierwszy Dagot? No, skupcie się, chłopcy... Wy tam z tyłu, nie chichotać! O, Chawila, widzę, że już się domyślasz, bardzo dobrze!
“Żywotem Briana” powiało...

W końcu Chawila zdecydował się na desperacki krok. Miał nadzieję, że to pomoże.
I że nie będzie potem sparklić.
Na pomarańczowo, dla odmiany.
Nie, nie z dyskoteką. Z lampkami choinkowymi.

Barbarzyńcy po wcześniejszej naradzie udali się do sali biesiadnej. Ukłonili się przed Zoranem,a Chawila otworzył usta:
Chawila, nie! Jednak nie zrozumiałeś...

  • Zoranie Dagocie królu Hyksos w Ha-Rat postanowiliśmy opuścić cię i udać się w dalszą drogę do Kanaanu. Ponieważ znalazłeś swoje przeznaczenie w tej krainie nie chcemy być dłużej ciężarem dla twych poddanych. Jesteśmy barbarzyńcami i nie przywykliśmy żyć w bogactwie i przepychu.
Barbarzyński proto-franciszkanizm.

  • Chcemy pójść swoją drogą, aby miecz nie zardzewiał nam w pochwie,
Którą mamy jedną, wspólną, za to pojemną.
On poważnie tak myśli, że od chodzenia klinga w pochwie będzie błyszcząca?
W te i wewte, w te i wewte...
W pochwie może łatwo zawilgotnieć...
I zardzewieć, o ile się nim nie rusza w kroku.
Miecz? W kroku? Bez sensu...
Podobnie jak pustynna, owłosiona mysz.

Nagle zrobiło się małe zamieszanie. Barbarzyńcy stłoczyli się wokół Zorana. Błysnął miecz w ręku Chawili i cios poleciał prosto w czerep Habiru. Diadem pękł.
Diadem był z miękkiego złota, więc jeśli pękł, to razem z czerepem Zorana. Nie lepiej było celować w kryształ?


Zoran wrzasnął. Pociekła krew. Wojownicy obnażyli broń tworząc okręg wokół Habiryjczyka i Chawili. Ten ściągnął uszkodzony klejnot z jego głowy i zaczął badać czy jeszcze żyje.
Klejnot?
Tak. Istniała obawa, że ugryzie go drucikiem.

Miał nadzieję, że jego barbarzyńska czaszka wytrzymała impet cięcia.
Chawila takie młynki mieczem wywijał, że sam się w łeb palnął?
Oberwał rykoszetem.
Kopnął się piętą w locie.

Żaden Hyksos nie wyciągnął broni, drżąc przed Chawilą, który zniszczył moc diademu.
Zdziadziało strasznie to plemię, niegdyś tak waleczne...

Wojownicy w pośpiechu zbudowali nosze dla Zorana, które przytroczyli do konia i udali się w dalszą drogę.
I nie było żadnego pościgu, ani klątw na królobójców.
Hyksosi byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy, bo podliczyli koszty wielodniowej uczty i stwierdzili, że utrzymywanie króla Zorana zupełnie im się nie kalkuluje.

Poszli w kierunku ziem Patrusim, gdzie znaleźli odpowiednie miejsce na dłuższe obozowisko.
Czyli ZNOWU przeprawili się przez Nil, tym razem z nieprzytomnym szefem, bo obowiązkowym elementem życia barbarzyńcy jest moczenie portek i kuszenie krokodyli.
No wiesz? Dość kusząca perspektywa. W porównaniu.
Dobrze prosperujące miasto, pełne żywności, zwierząt, siły roboczej, wody, jest gorszym miejscem na obozowisko, niż jakieś miejsce gdziekolwiek-bądź, do którego trzeba się wlec kawał drogi?

Zoran musiał wrócić do zdrowia.
Nie miał wyboru, biedaczek.

Kiedy Zoran odzyskał pełną sprawność i władzę nad ciałem, zaczął zastanawiać się czego tak naprawdę oczekuje od życia.
Największego rydwanu, największej willi z basenem i największego Ptaha.
I żeby go ktoś wreszcie pokochał.
A tak naprawdę chciał zostać księżniczką.
Niestety, jedyny diadem w okolicy został zniszczony, a ludzie Zorana nie byli gotowi na tak dalekie zmiany, sądząc po gwałtowności reakcji.

Teraz wszyscy zmierzali do górzystego kraju Patrusim, z którego wywodzą się między innymi Filistynowie. Ludy zamieszkujące te tereny nazywano góralami.
Jak zazwyczaj nazywa się ludki żyjące w górach.

Słynęli oni z wyrobu oręża, a szczególnie łuków i strzał o niezwykłych właściwościach, przebijające najtwardsze pancerze.Tylko w Patrusim rosły drzewa Gofer pamiętające czasy potopu zadni Noego.
Potop zadni Noego... doprawdy, bardzo RZADKIE zjawisko.
Przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy... Może nie arkę budował, lecz sławojkę?
To wyjaśnia, dlaczego “wszystkie istoty, w których nozdrzach było ożywiające tchnienie życia, (...) zginęły.”

Właśnie z tego drzewa zbudował Noe korab i uratował swe życie.
Barbarzyńcy jechali głównym szlakiem handlowym, lecz w sercach mieli lęk o swoją przyszłość. Otóż górale byli również handlarzami niewolników i nie było pewności, czy sami nie zostaną schwytani i sprzedani.
Ci górale.
No wiesz - nosił góral razy kilka, ponieśli i górala.

Nikt z nich nie wiedział kim są Patrusimowie, jak walczą, czy są groźni i tak dalej.
Nieno, tylko pacyfiści wytwarzają najlepszą broń, naprawdę.
Tylko niegroźne misie-tulisie zajmują się handlem niewolnikami.

Jednak Zoran cały czas liczył na złoto, które mieli, aby w razie potrzeby opłacić przejazd.
  • Chawila jak myślisz, co nas tym razem czeka? - Rzekł zamyślony Habiru.   
  • Masz    mnie za „widzącego”? Skąd mam to wiedzieć?   
  • Podobno nikt nie wie jak wyglądają górale.
Podobno mają po dwie głowy. I kopyta. A przy zadkach ozdobne chwosty.
Krzyczą “uk, uk” i rzucają w przeciwnika żelaznymi kulkami.
Handlują bronią, niewolnikami i nikt, absolutnie nikt nie wie, jak wyglądają. Może by się pisak tak określił, co nam właściwie chce przekazać o tych góralach.
   
  • Też o tym słyszałem. Są zwinni jak kozice i atakują jak lew.   
  • Nie mam ochoty z nimi walczyć, a poza tym te ich łuki...daleko niosą...
A te ich miecze... są takie wielkie...

Powoli zbliżali się do podnóża jakiejś góry, która była porośnięta karłowatymi drzewami i krzewami. Nagle...Szszszyt...strzała o włos minęła Chawilę.
  • Z koni...tarcze...żółw... - wrzasnął Habiryjczyk
Napastnicy zaś, zaszokowani faktem, że jeden z nich śmiał spudłować, czekali bezczynnie na rozwój sytuacji. Poza tym byli przekonani, że nie może być żółwia bez czterech słoni.
Czy mnie się zdaje, czy też “żółw" był formacją obronną piechoty, nie konnych?
O żółwiu już pisałam w pierwszej części. I tak dobrze, że Pisak nie kazał im atakować np. karakolem.
Jak się robi tarcze z koni?
Niby można, tylko koń nie nadaje się potem do ponownego użytku.

W jednej chwili wszyscy wojownicy, skoczyli na ziemię, dobyli mieczy, wzięli tarcze i otoczyli się nimi złączając je po bokach i na górze. Posypał się grad strzał, lecz tylko z jednej strony.
Odetchnęli z ulgą - nie byli otoczeni...

Habiru nakazał aby ustawić tarcze pod dużym kątem, bo bał się, że specjalnie wykonane groty przebiją ich osłonę.
I nie przejął się, że w ten sposób musieli odsłonić nogi lub głowy... chyba że tarcze miały magiczną moc i wydłużały się wedle potrzeby.
I osłaniały też konie.

Ponieważ atak nastąpił od strony góry, postanowił wykorzystać tę okoliczność. To była ich szansa. Barbarzyńcy ustawili się frontem do źródła ostrzału. Utworzyli skośny mur i ruszyli.
Pamiętajmy - atakowali w biegu pod górę, przez karłowate drzewa i krzewiny. Po prostu - szli jak burza.
Jak buldożer.

Po jakimś czasie atak został przerwany.
Chyba ze zdziwienia góralom łuki z rąk wypadły.
Nie no, skończyła im się liczba ataków przysługujących w tej turze.

Nastała krótka cisza, po czym piskliwe ujadanie przeszyło powietrze.
Z pobliskiej góry zaczęli zbiegać górale.
Jaf! Jaf! Jaf! Ujadali jak opętane pekińczyki i tak też wyglądali.

Widok był imponujący. Cali odziani w kudłate skóry. Przeskakiwali ze skały na skałę jak kozice z gracją kota.
Kozice z gracją kota i piskliwym poszczekiwaniem. Co by tu dodać, żeby było fajniej? Może puszczali fontanny jak wieloryby?
Nie wiem, ale mnie się zwizualizowało stado kudłatych baranów.
Beee beee beee, kopytka niosą mnie!
No wiem, że niezupełnie na temat, ale MUSZĘ...

Twarze mieli zasłonięte maskami różnych zwierząt, które im wcale, ale to naprawdę wcale nie przeszkadzały w walce, a w dłoniach trzymali dwie krótkie klingi.
Dwie klingi, w dodatku bez rękojeści, na całe góralskie plemię - sroga tam panowała bieda.
Kling ci u nas dostatek, ale i te przyjmiemy...
Dwie opcje: klingi były tępe jak bohaterowie tego opka ALBO chłopaki mieli łapy jak drwale po 20 latach pracy. Bo po co komu paliczki.

Szczęście w nieszczęściu, nie było ich wielu. Jeszcze kilkadziesiąt stóp, jeszcze kilkanaście.
Nie wiadomo co Pisak w tej chwili oblicza, ale biorąc pod uwagę stopę egipską (35 cm) - nie mieli daleko.

Barbarzyńcy sformowali okręg (wyborczy i jednomandatowy). Zoran stanął w środku, wyciągnął procę i kamienie. Górale nie mieli tarcz. Cisnął. Patrusimczyk zachwiał się i padł.
Jeśli te stopy miały określać odległość do nieprzyjaciela, to kilkanaście stóp (powiedzmy - piętnaście), to nieco ponad pięć metrów. Z tej odległości rzucali w siebie kamieniami. Jak dzieci, panie... jak dzieci!
Jako żywo musiał nasz Zoran rzucać kamykami niczym pacholę, albowiem użycie procy (takiej, jaką Dawid powalił Goliata, nie takiej z gałęzi i gumki od majtek) wymaga jednakowoż miejsca na zamach.

Patrusimczyk zachwiał się i padł.
Khę, autor umieszczający akcję swojego opka w starożytności biblijnej powinien jednak wiedzieć, że Patrusim, Refaim itp. to nie nazwy krajów, a ludów i plemion (w liczbie mnogiej), a zatem “Patrusimczyk” brzmi tak, jakby od słowa “Polacy” utworzyć formę “Polacyjczyk”. No ale czego ja się spodziewam po człowieku, który pisze “Egipczanie”...

Wokół głowy zrobiło się czerwono. Cisnął. Drugi zasłonił się ręką. Klinga wypadła z dłoni, a strzaskana dłoń zawisła bezładnie. Wtem górale natarli z całym impetem.
Szarżowali z odległości pięciu metrów. Okładali się pluszakami i kukiełkami, jak przedszkolaki w napadzie berserku.
Widzę, że za Twoich czasów przedszkole to był piknik.
Szał bitewny był ten sam.

Niestety nic im nie dał ten atak, poza stratą dwóch kolejnych żołnierzy. Wojownicy Patrusim stali bezradnie i nie wiedzieli, co czynić dalej. Jeszcze nigdy nie spotkali się z taką taktyką walki.
Pułapki specjalizacji: tak się skupili na wyrobie łuków i strzał, że zupełnie zapomnieli o innej broni miotającej.
No i legendę o “atakujących jak lew” możemy włożyć między bajki. Zawsze mówilam, że nie należy słuchać plotek.

Trzech zabitych, jeden ranny, a barbarzyńcy nawet nie zostali draśnięci. Nagle odezwał się Zoran:
Góralu, czy ci nie żal,
Góralu, wracaj do hal!

  • Nie  chcemy z wami walczyć. Idziemy do Kanaanu. Mamy złoto i zapłacimy    wam za wszystko. Jeśli schowacie klingi, to my schowamy miecze.   
  • Kim jesteście? - Odezwał się piskliwy głos jednego z górali.   
  • Ja jestem Zoran z Habiru, a to moi towarzysze.
Ciekawa jestem jakim językiem posługiwały się obie strony. Skoro “Podobno nikt nie wie, jak wyglądają górale” przypuszczam, że mogą być trudności ze znajomością ich języka.
Ojtam, przecież wiadomo, że w historiach fantasy wszyscy posługują się Wspólnym.
Translatory mieli. Federacja też nie wiedziała do pewnego momentu, jak wyglądają Romulanie, a jednak dogadali się od pierwszego kopa.
   
  • Znamy cię dobrze barbarzyńco. Głośno jest wszędzie o twoich czynach.   
Nie myśl, że nie dochodzi do nas Gala i Viva!

  • Lecz nie ufam ci. Czemu nie idziesz do Kanaanu przez Mizraim?   
  • Bo tam też już zdążyłem narozrabiać, a przez wasze ziemie jest bliżej.
Znowu ktoś Zoranowi mapę odwrócił do góry nogami.
Narozrabiał? NAROZRABIAŁ?! Taż o tym już nawet analiza była...

  • Idę do Kanaanu, bo szukam Izraela, narodu, który sprowadził nieszczęście na Mizraim.
A jak znajdziesz, to co zrobisz z tym fantem?   

  • A co ty masz z nim wspólnego?   
  • Mamy    wspólnych przodków.
Więc pomyślałem sobie, że podtrzymam rodzinną tradycję i też trochę namieszam tym Micra... Mizra... Egipczanom.

  • Mówisz, że macie złoto... - zawahał się - ...zapraszam was do siebie – góral schował klingę a reszta poszła w jego ślady.
Jak każdy góral, ten też łasy był na dutki.

Barbarzyńcy lekko zaskoczeni tokiem wydarzeń, wsiedli na konie i udali się za Patrusimczykami.
Jacy oni są rozkosznie naiwni...
Zaraz, zaraz... Skoro barbarzyńcy pieszo atakowali pod górę, to znaczy, że konie zostały u jej podnóża. Czyli musieli wrócić po chabety i znów leźć do góry. Chyba, że wierne konie robiły za ariergardę.  
Konie dyskretnie rozpłynęły się w tle, by pojawić się z powrotem dopiero, gdy będą potrzebne.
Koń barbarzyńcy: zwierzę, iluzja; modyfikator +1/+1; kiedy ten stwór staje się celem czaru lub zdolności, poświęć go. (MtG FTW!)

Wkrótce dotarli do osady w kotlinie górskiej. Trzy strumyki, jedno jeziorko i kilkadziesiąt domów zbudowanych z kamienia i drzewa.
Trzy karczmy, bram czterech ułomki, klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.
Kilkadziesiąt murowanych domów to nie osada, ale na ówczesne czasy - niczego sobie miasteczko.
Wielkiej płyty nie było, to wiocha.

Niewielki lasek i same skały. Zoran przypomniał sobie, kiedy był niewolnikiem w kamieniołomach.
Otarł łzę wzruszenia...
I pomyślał, że warto by kazać się sportretować. W łańcuchach, rzecz jasna.
Przeczytałam “spenetrować”...

Nagle z zamyślenia wytrącił go Chawila.
  • Spójrz,    zupełna pustka, żadnej żywej duszy – szepnął.
Rzeczywiście teraz dopiero zwrócił uwagę, że osada wyglądała na wymarłą. Wtedy jeden z górali zadął w róg. Barbarzyńcy chwycili za miecze, ale zupełnie niepotrzebnie.
Tu przerwał, lecz róg trzymał.
Wszystkim się zdawało
Że wydał ryk bojowy -
- a mu w kiszkach grało.

Po sygnale setki ludzi wyszło [wyszły] z ukrycia i przystąpiło/y do swych codziennych prac.
Setki!? Może tysiące, co?
Co tam za kryjówki mieli, że pomieściły setki ludzi? Chyba z jeziora wyszli, albo co.
Mam wizję armii automatów, która na sygnał wychodzi z kryjówek i z całkowitą obojętnością zabiera się do roboty...
Tja... nikt nie podbiega do oddziału, żeby powitać wracających, policzyć trupy, opatrzyć rannych, czy choćby z ciekawości przyjrzeć się przyprowadzonym barbarzyńcom.

Wojownicy im głębiej wjeżdżali do wioski, tym więcej pytań rodziło się w ich głowach. A zwłaszcza jedno podstawowe: Gdzie są mężczyźni???
Bo te setki, to same niewiasty były.

W końcu stanęli przed największą chatą. Barbarzyńcy zeszli z koni. Górale ściągnęli maski...Zoran wraz z resztą stał osłupiały z otwartą gębą. Wreszcie wykrztusił, jąkając się:
  • Tttoo wwwy jesteście kkkobietami?
Jąkanie się, to niezawodny Element Komiczny.   

  • Nu, padumajtie malcziki, chyba na mężczyzn nie wyglądamy – odpowiedziała z przekąsem jedna z nich.

Podano wino. Wzniesiono toast. Lecz góralki udały, że wypiły. Barbarzyńcy zaczęli jeść, ale po chwili jeden po drugim zaczęli zasypiać głębokim snem...
Fajny pomysł z wsypaniem trutki do aperitifu! Oszczędza się wtedy na jedzeniu, a wykarmić bandę barbarzyńców, to nie w kij dmuchał.

...łeb bolał piekielnie jakby stado koni biegło po nim tam i z powrotem. Zoran otworzył oczy. Był związany i jechał wraz z innymi nawozie.
Na furce gnoju, jak Jagna Borynowa?
Przypomniała mu się walka z Dagotem.

Rozejrzał się dookoła i stwierdził, że prowadzą ich handlarze niewolników – beduini.
To ich prowadzili, czy wygodnie wieźli?
Beduini na pustyni
Złapali Zorana
Nie wiedzieli co z nim zrobić
Wciepli do guana!

Chawila i reszta wojowników powoli dochodziła do siebie.
I nie myślcie sobie, Drodzy Czytelnicy, że w wiosce góralek doszło do jakichkolwiek scen gorszących. Nasi Barbarzyńcy są bowiem skromni jak stokrotki.
Skąd wiesz, czy ich góralki nie wykorzystały niecnie, gdy leżeli nieprzytomni?
Wszyscy budzili się jak na komendę? Dobra synchronizacja.

Zoran przeklinał w duchu swoją głupotę i łatwowierność, że dał się omamić półnagimi ciałami góralek. Wypił zatrute wino i teraz jechał niewiadomo gdzie.
A złoto,którym się tak głupio chwalił, zostało wiadomo gdzie.
Nie ma co, świetny z niego wojownik, skoro na widok kawałka gołego uda traci zupełnie rozum.

Arabów było dziewięciu. Jeden powoził ich wóz, drugi prowadził kolejny z żywnością i wodą, a reszta znajdowała sie na wielbłądach.
Te wozy Beduini sprowadzili specjalnie dla wygody brańców, aha. I ciekawe, co je ciągnęło. Owce, kozy i wielbłądy, prawda?
Samobieżne były, jak te rydwany, co w poprzednim odcinku napadły naszych boCHaterów.
I miały specjalne szerokie opony, żeby się nie zapadały w piasku.

  • Psssyt... - Chawila obrócił się do Habiru.   
  • Co jest? - szepnął.
  • Masz    we włosach sztylet?
  • Nie wiem? Jak go góralki nie znalazły, to powinien być.
Nie, żebyśmy kiedykolwiek wcześniej czytali, że Chawila ukrywa sztylet we włosach...
Chyba nożyk do rozcinania kopert...
Albo pilniczek.

  • Położę się na ciebie, sprawdź.
Oooo, będOM seksy?
W sumie i tak nie ma nic innego do roboty.

Chawila powoli opuścił się na plecy Zorana, aż do momentu, kiedy jego głowa spoczęła na jego przegubach rąk. Barbarzyńca zaplątał palce w czuprynie Chawili, by w końcu uśmiechnąć się pod nosem.
MIAZMACIE, PRECZ!!!
Zaplątał... palce... w jego czuprynie... aaaa, nie mogę, kwiiik!
I spomiędzy kędziorów wyciągnął kindżał.

Wszyscy wojownicy siedzieli skrępowani plecami do środka wozu.
Co za szczęśliwy zbieg okoliczności! Bo zazwyczaj więźniów sadza się plecami do ścian wozu, żeby łatwiej było ich kontrolować, w ostateczności nawet przywiązać im ręce do szczebli, żeby się zanadto nie ruszali. A ci jadą jak chcą, kładą się na sobie, figlują, gmerają sobie nawzajem w owłosieniu - i nic!

Sztylet Chawili krążył z rąk do rąk. Po niedługim czasie wszystko wyglądało niby tak samo. Była jednak drobna różnica, barbarzyńcy mieli wolne ręce. Słońce znajdowało się w zenicie, a żar z nieba znacznie spowalniał podróż. Nagle Zoran odezwał się do beduinów:
  • Ata szariba (dać pić).
Jeden z handlarzy podjechał z bukłakiem, nachylił się...trzech wojowników chwyciło beduina, Chawila zabrał mu miecz i... Zoran zobaczył błysk w oczach...zapadł się w ciemność.
Powaliło go Laserowe Oko Mocy?Beduin miał paralizator ukryty w fałdach dżelaby.

Najpierw pojawił się szum. Potem dudnienie w głowie i totalna drętwota w całym ciele. Po chwili mógł dokładnie określić położenie każdego mięśnia i kości, bo przy najmniejszym ruchu przeszywał go ostry ból.
Znaczy, ból służył mu za echosondę, dzięki której mógł zbadać dokładnie swe ciało i wszystkie narządy wewnętrzne?
Ech, to już nie ten sam Zoran, wiek daje mu się we znaki.

Nie ważne jak się czuł, ważne było, że żył. Świadomość wróciła w pełni. Otworzył oczy. Był dokładnie skrępowany, jego towarzysze również. Wóz powoli sunął po piasku, zostawiając za sobą dwie równoległe linie. Ślad kończył się gdzieś za linią horyzontu. Drugą rzecz, którą zanotował, to sporą ilość ran na swoim ciele.
Czyli tak: Zoran przytomnieje i nie jęczy z bólu, ale rozgląda się po okolicy, podziwia piękno krajobrazu i ślady kół wozu, a potem ze zdziwieniem odkrywa, że jest dziurawy jak sito.

Fakt przecież walczył [z SuperExpressem o czytelników].
Jakie “walczył”? Zobaczył błysk w oku i stracił przytomność!
Walczył z własną słabością.

Dwie osoby przenosiły go w pobliże ognia.
I robiły to wielokrotnie, latając z nim tam i z powrotem.

Była już noc. Dopiero teraz zauważył, że to nie byli ci sami beduini, którzy ich wcześniej wieźli.
Zmienili się nie do poznania. Byli uprzejmi i nadskakujący.

Dziwni byli ci nowi oprawcy. Cali ubrani na biało z dwoma krótkimi mieczami na plecach. Na głowach mieli turbany i twarze zasłonięte czarnym materiałem.
Jak się okaże, że Pisak wpakował asasynów w trzynasty wiek p.n.e., to znajdę go i osobiście kopnę w zadek.

Na nogach nie mieli sandałów jak beduini, ale pełne buty z wielbłądziej skóry...
Zoran aż schylił się, żeby pomacać, czy aby nie ze skóry barana lub kozy.
A one były z dermy.

A tak w ogóle, to skąd oni się znaleźli w tamtym miejscu, kiedy próbowali ucieczki. Nie umiał sobie przypomnieć przeszłych zdarzeń. Próbował maksymalnie się skupić, ale głowa w dalszym ciągu go bolała. Miał nadzieję, że Chawila coś pamięta. Po chwili przyniesiono resztę barbarzyńców.
Na rękach, żeby stóp nie pokaleczyli?
Rzeczywiście, dziwni ci oprawcy, niewolników na rękach noszą.

Brakowało trzech wojowników.
Czyli zostało ich czterech.

Nagle jeden szczegół przykuł jego uwagę. Jeden z wielbłądów był załadowany ich mieczami i zbrojami. Po co u licha ci ludzie tak mocno ich skrępowali?
Dlaczego mają na sobie takie dziwne, obcisłe stroje? I te obroże z kolcami...
Może po to skrępowali, żeby znów nie próbowali ucieczki?


O co tu chodzi? Musiał się koniecznie tego dowiedzieć.

[Chawila wyjaśnia, że “gdy już się prawie uwolnili”, nadjechała inna grupa beduinów i pokonała ich. Zoran próbuje się dogadać z porywaczami, ale nic z tego nie wychodzi]

Przez cały miesiąc podróży wszystko wyglądało tak samo. Jazda przez pustynię, w nocy postój, dwa posiłki dziennie. (same wygody, panie, tego) Przez cały ten okres nie słyszał ani jednego słowa od „białych”, nie tylko do niego skierowanego, ale oni nie rozmawiali też między sobą. Widział jakieś gesty, które sprawiały wrażenie, że rozumieją się doskonale.
Porwała ich banda głuchoniemych?
Dorwali ich agenci Mosadu.

Zoran i towarzysze wrócili do zdrowia. Wszystkie ich rany zabliźniły się, większość zakrzepłych strupów krwi odpadła.
A niektóre pozostały, tworząc malownicze wzorki.

Miał już więcej siły, ale wciąż nie mógł chodzić. Musiał nieźle oberwać w czasie potyczki.
Jeśli po miesiącu wciąż nie odzyskał władzy w nogach, to kręgosłup mu przetrącili, jak nic. Po kij od mietły w takim razie wciąż go wiozą ze sobą, zamiast dobić? Łowcy niewolników nie cackali się z takimi, co to już pożytku z nich nie będzie.

Krajobraz zmienił się na bardziej kamienisty i to spowodowało, że „biali” każdej nocy otaczali obozowisko wieloma ogniskami.
Pustynne kamienie bardzo boją się ognia i nie atakują karawan.
Znowu związek przyczynowo-skutkowy jak w mordę strzelił... Chyba, że te kamienie to był węgiel ;)
Albo łupek palny. Ewentualnie bursztyn (kamień, który się pali), tylko skąd on tam?

Zoran nie potrafił tego zrozumieć, ale instynktownie wyczuwał niebezpieczeństwo.
Na wiele ognisk potrzeba wiele drewna. Ale na tej pustyni - za każdym zakrętem jest skład opałowy.
Skoro zbliża się niebezpieczeństwo, jaki jest sens palenia wielu ognisk? Ogniska jedynie mogą odstraszyć zwierzęta, no, chyba że to właśnie one są niebezpieczeństwem.

Minęły jeszcze dwa dni i kamienna pustynia się skończyła. Przed oczami wszystkich ukazały się potężne góry i wielkie miasto u jego stóp Rathorim. Teraz Habiru zrozumiał gdzie się znajduje, w królestwie Kothami obok państwa Ataram. Barbarzyńcy zadrżeli (zbiorowo wszyscy wraz) widząc to. Przypominały im się różneo powieści wędrownych pieśniarzy, które opowiadały o krwiożerczości i okrucieństwie rdzennych mieszkańców owego królestwa.
Ojej, ojej, i co te biedne, pokojowo nastawione misie-pysie teraz zrobią!
Cały czas mam wrażenie, że ci Barbarzyńcy to w najlepszym wypadku wędrowna trupa cyrkowa, a nie wojownicy.
A teraz wróćmy na sam początek opka i przypomnijmy: kamieniołomy Ataram, książę Uchor, który żegnał swego ulubionego najemnika z wielkimi honorami... To już nie jest amnezja opkowa, to coś znacznie gorszego.

Bali się tym bardziej, bo wciąż odczuwali konsekwencje po przebytej walce. Zoran cały czas nie potrafił utrzymać się w siodle, a co dopiero władać mieczem.
Khę, a skąd to wiedział, skoro cały czas wieziono ich na wozach?
Khę, no wiedział, że nie ma czucia poniżej pasa.


W końcu pojawiły się pierwsze domostwa jakby zabudowania wiejskie. Gdzieniegdzie pojawiały się postacie wieśniaków, z przytroczonymi do bioder krótkimi mieczami.
Tja... wieśniacy z mieczami, kupcy ze szpadami, a cała reszta popyla z pancerfaustami. Chyba.
To wiele wyjaśnia! Ten wóz, którego koła nie zapadały się w piachu i którym tak wesoło popylali przez pustynię, to był Panzerkampfwagen VI Tiger.
Ciekawe, czy pokażą się też jakby zabudowania miejskie?

Chociaż siły powracały barbarzyńcom z każdym dniem, czuli wyraźnie, że ich kondycja jest bardzo kiepska.
I wiedzieli, że niewiele wycisną na klatę.
Rany boskie, jaki to musiał być ŁOMOT, skoro oni po miesiącu nie mogą dojść do siebie?

Po kilku godzinach ukazało się w całej okazałości miasto Rathorim, stolica Kothami. Straż przepuściła wędrowców z wielkimi honorami i znaleźli się w centralnym punkcie życia owej krainy, obok potężnej areny z kamienia. Zoran i towarzysze mogli już normalnie chodzić, ale „biali” zawsze trzymali ich związanych.
O, uzdrawiająca mocy miasta Rathorim! Zoran przez cały miesiąc wędrówki nie był w stanie chodzić, aż tu wjechali do miasta i może!
Mogli chodzić, bo “biali” wreszcie im zdjęli sznury, którymi przywiązali barbarzyńców do wozu, a które jakoś wcześniej nie rzuciły się Zoranowi w oczy.

Chyba podświadomie czuli, że barbarzyńcy mają potężną siłę w sobie, której mimo wszystko się obawiali. Kiedy zaczęli iść w kierunku areny, wojownicy zrozumieli, że owi beduini nie byli zwykłymi handlarzami niewolników tylko łapaczami gladiatorów.
Dobra, ja wiem, że w tym opku to tak wędrujemy jedną nogą po starożytnym Bliskim Wschodzie, a drugą po standardowej krainie fantasy, ale tak tylko dla porządku przypomnę, że walki gladiatorów to wynalazek etruski, wieleset lat późniejszy.
Tia, wielcy barbarzyńcy. Najpierw załatwiła ich grupka kobiet i dali się uśpić jak dzieci, a później dostali taki łomot od handlarzy niewolnikami, że po miesiącu wciąż odczuwają jego skutki. Wielka siła w tych barbarzyńcach, zaiste.

Drzwi okute stalowymi ćwiekami [tjaaa... i miały aluminiowe klamki], otworzył jednooki mężczyzna ubrany w skórzaną zbroję.
Dziwne. Stal będzie wytapiana prawie dwa tysiące lat później, a tu sobie stalowe ćwieczki w drzwi wbijają. Aż cud, że koleś nie ma na sobie zbroi pełnopłytowej. A przecież mógłby.
To była taka lekka zbroja na po domu.
Szlafrok bojowy.

[Jednooki kupuje od “białych” całą grupkę]


  • I co barbarzyńcy – odezwał się jednooki – teraz należycie do mnie. Zapłaciłem za was dużo złota, więc musicie je teraz odrobić.
  • Jestem wolnym człowiekiem – wycedził przez zęby Habiru.   
  • Błąd! Byłeś wolnym człowiekiem, teraz ty i cała reszta jesteście gladiatorami Jakina. - Wrzasnął.   
  • Jestem wolnym człowiekiem – znów wycedził przez zęby.
A jeśli fakty się z tym nie zgadzają, to tym gorzej dla faktów!
   
Nagle zjawili się jakby spod ziemi ludzie w maskach, czy hełmach. -
Kojarzy mi się to z nieodróżnianiem spódnic od sukienek.
A może mieli na sobie jedno i drugie?
http://us.123rf.com/400wm/400/400/sergeyussr/sergeyussr1010/sergeyussr101001070/8014359-niemiecki-a-oa--nierz-w-maska-gazowa.jpg
Z tego Tigera wysiedli.

  • Idźcie za nimi i bądźcie grzeczni, to kto wie może odzyskacie swoją wolność... po szybkiej śmierci...ha, ha, ha.
Kto przeżyje, wolnym będzie, kto umiera, wolny już!

Mijał dzień za dniem. Rano posiłek, a potem długie godziny morderczych ćwiczeń. Wieczorem znów posiłek, odpoczynek i tak każdego dnia. Barbarzyńcy akceptowali ten stan rzeczy tylko z jednego powodu, musieli dojść do formy po feralnej walce z beduinami.
Szkoła gladiatorów jako ośrodek rehabilitacyjny. Nie mam więcej pytań.
W końcu czytasz o facecie, który świetnie się czuł w kamieniołomach.

Czuli jak z każdym tygodniem przybywa im sił i nowych umiejętności, których uczył ich z wielkim zapałem ciemnoskóry Kothamczyk.
Ponieważ żaden Kothamijczyk nie chciał się podjąć tego zadania. A Kothamczyk pochodził z odległego Kotham.

Po jakimś czasie poinformowano wszystkich gladiatorów, że odegrają przed ludem Rathorim jakąś starożytną bitwę, w której uczestniczyło pięć nacji pradawnego Kotham. Sprawa była prosta wygrało jedno plemię. Przekazano im, że kto przeżyje walkę ten otrzyma wolność. Ciekawe ile w tym prawdy zastanawiali się wojownicy, sądząc, że to podły podstęp, po to by mieć jeszcze ciekawsze widowisko i zmotywować gladiatorów do zajadłej walki.
Byłoby jeszcze ciekawiej, gdyby znienacka wygrali gladiatorzy reprezentujący stronę przegraną.
Wyobrażasz sobie, że w inscenizacji bitwy pod Grunwaldem nagle wygrywają Krzyżacy?
W 2000 roku Jagiełło spadł z konia, więc było blisko.;)

Ponieważ Habiru wyróżniał się wśród innych niewolników siłą, umiejętnościami i muskulaturą, zainteresowała się nim Teris królowa Kothami.
Przeczytałem najpierw “Tetris”. To musiała być klasyczna piękność...

Zostawiamy Was w niepewności, co z tego wyniknie...

Z sitowia rosnącego w środku pustyni pozdrawiają: Dzidka w masce gazowej i hełmie,  Kura ciągnąca na sznurze worek z Indianą Jonesem, Mikan kąpiąca się w oazie, Gabrielle kibicująca Krzyżakom, Sineira karmiąca jeźca twarogiem, Jasza w aluminiowej zbroi i Purpurat, który na to wszystko machnął ręką i pojechał popatrzeć na prawdziwe morze

oraz Maskotek, który zaciągnął się do góralskiej kapeli i teraz rżnie na basach.

12 komentarzy:

Rinceoir pisze...

...co ja właśnie przeczytałam?
Policzmy. Nawiedzony diadem, osada góralek-Amazonek, co to chyba dawno chłopa nie miały, beduini i Naprawdę Nie Assasyni jako handlarze niewolników i zainteresowana barbarzyńcom królowa o dyskusyjnej moralności.
Brzmi bardzo logicznie. A nawet very bardzo n_n

Patrycja Stankowska pisze...

Potop zadni Noego mnie ómarł :))) Analiza piękna, a napuszone opko aż prosi się o ostre zanalizowanie. Brawo, moi państwo! I ten JEZIEC nieśmiertelny. A może aŁtor chciał napisać JAŹWIEC?

Anonimowy pisze...

Jesteście cudownym lekiem na listopad!Wszyscy!
Ale tym razem to komentarze Purpurata mnie rozbawiły do wycia i spazmów,najbardziej Jezus wersja alfa!
Karczmarz:„Drzwi nie zamykacie, w stajni się urodziliście czy co?” „Tak”powiedział Jezus ("Baranek" Moore'a).
Sitowie na pustyni Romulanie, gladiatorzy, faceci w czerni wersja biblijna!!!

To będzie hit fantazy!Się nie znacie,zawistnicy!

Chomik

Anonimowy pisze...

A owieczki już kiedyś były ale warto powtórzyć- cudności!

Ale "Achaja" jeszcze będzie kiedyś?

Chomik

Anonimowy pisze...

Ładne, pośmiałam się - ale chciałabym analizę takiego klasycznego opka, ze schodzeniem na śniadanie, porannymi czynnościami tudzież bluskami na naramkach :)

Babatunde Wolaka pisze...

Sitowie i opuncja na pustyni po prostu miażdżą.
"I skąd opuncja, której ojczyzną jest Meksyk, wzięła się w starożytnym Egipcie?"
Pewnie jaskółka przyniosła. To dziadostwo (opuncja, nie jaskółka) szybko się rozrasta.

"Nikt nie wiedział jak to robi, ale potrafił rozmawiać z rumakami, a te słuchały go z wielkim oddaniem."
Pewnie umiał po końsku ruszać uszami.

"cali we krwi, a niektórzy bez rąk, nóg i głów. Straszny widok, bo wszyscy spoczywali na czerwonym dywanie z mieczami w dłoniach. "
To mi przypomniało klasyka:
"Axes grind and maces clash when wounded fighters fall to the ground.
Severed limbs and fatal woundings, bloody corpses lie all around".

"Do tego momentu miałam nadzieję, że oni w tym worze za wielbłądem ciągnęli wroga, którego chcieli w zemście przedśmiertnie (lub pośmiertnie) poobijać."
A ja, za sprawą uwagi Sine o twarogu, sądziłem, że w worku jest mleko, ubijane tą metodą na twaróg albo kefir.

"Błysnęło, huknęło i zawstydzone zgasło, gdyż nagle zdało sobie sprawę, że akcja opka toczy się w epoce żelaza, a do wynalezienia stali trzeba poczekać jakieś tysiąc lat z okładem. "
Ja bym nawet zaryzykował twierdzenie, że standardem był wówczas brąz, a nawet zwykłe żelazo stanowiło luksus, do którego dostęp mieli tylko Hetyci i Filistyni.

"Kiedy Zoran odzyskał pełną sprawność i władzę nad ciałem, zaczął zastanawiać się czego tak naprawdę oczekuje od życia.
Największego rydwanu, największej willi z basenem i największego Ptaha.
I żeby go ktoś wreszcie pokochał.
A tak naprawdę chciał zostać księżniczką."
Albo drwalem :)

"Tylko w Patrusim rosły drzewa Gofer pamiętające czasy potopu zadni Noego. "
Dyć gofer to nie drzewo, ino gryzuń.

"chyba że tarcze miały magiczną moc i wydłużały się wedle potrzeby."
Chuchali na nie, to się wydłużały pod wpływem ciepła.

"Straż przepuściła wędrowców z wielkimi honorami"
Khem...

Procella pisze...

Jak dobrze, że będzie jeszcze trzecia część, kocham to!

rinoasin pisze...

Dziękuję za umilenie mi długaśnej podróży pociągiem, uśmiałam się szczerze, a współpasażerowie dziwnie na mnie patrzyli. No trudno, ich strata:D. Opko się rozkręca w swojej absurdalności, a wasze komentarze są świetne i miło widzieć aż 7 kolorków w jednej analizie. Podpinam się do pytania Chomika - "Achaja" jeszcze wróci? No i co z opkiem specjalnej troski? Ono też miało zjawić się ponownie na Kolonasie i nie obraziłabym na come back, bo to jedna z moich ukochanych analiz.

Anonimowy pisze...

Niezatapialna Armado!

Nadciąga prawdziwe wyzwanie.
http://hackmangaanime.bloog.pl/?ticaid=6f81f

Pan Muskuł

Anonimowy pisze...

Jejku, ile dobra! Woda lejąca się z narracji, jeziec lubiący twaróg, logika na sznurku, przecinki, które się skończyły i opis wybrańca obstawiającego wszystkie bazy... "Opowiadania akcji" to mój ulubiony rodzaj twórczości, zapewnia znacznie więcej radości niż romanse tych wszystkich nadąsanych małolat schodzących na śniadanie.

Korodzik pisze...

Ja tam bałbym się tego dywanu trzymającego miecze w dłoniach (dywan z dłońmi - jakiś pociotek Bagażu?) oraz oprawców, noszących na głowach twarze (zapewne obcięte twarze wrogów.)

Kalevatar pisze...

To było przezacne. Poziom absurdu już dawno temu przekroczył dopuszczalne normy. To miotanie się w te i wewte z jednego brzegu Nilu na drugi, te góralskie Amazonko-pekińczyko-kozico-koto-wieloryby, ta mapa ciągle odwracana do góry nogami, pokątne mizianie czupryny, badassowaci beduini... oj, jeszcze długo będę wspominać tę analizę. Wspaniałości!