czwartek, 5 stycznia 2012

156. Przewodnik geologiczny Ojca Pio, czyli do książek, poetesso! (1/2)


Drodzy Czytelnicy! Zgodnie z Nową Świecką Tradycją - oto znów przygotowaliśmy dla Was Sylwestrową Ustawkę, w której połączone ekipy PLUSa i NAKWy mierzą się z tekstem straszliwym. Weźcie kanapki i termosy, piersiówka też się przyda, bowiem czeka Was mozolne brnięcie przez pustynię najeżoną iglicami z granitowej stali, pod wertykalnym atłasem obsydianu, a wszystko to w blasku charyzmatów i stygmatów. Wzujcie też mocne glany, by nie skręcić sobie kostki na luźnych stosach Z Dupy Wziętych Synonimów. Przygotowani?
Należy jednak uczciwie zaznaczyć, że aŁtorka MIAŁA POMYSŁ. Inspirowany wprawdzie filmem, o czym ona sama wspomina, ale jednak pomysł. Opko, które Wam prezentujemy, nie jest kolejną banalną historyjką o miłości Marysi i jej Trólawera. Wręcz przeciwnie - mamy tu zadatki na całkiem interesującą opowieść o postapokaliptycznym świecie, w którym resztki ludzkości walczą o przetrwanie. Niestety, pomysł ten na samym początku został zamordowany potwornie pretensjonalnym językiem i stylem. A potem było już tylko gorzej.
A zatem, jeśli macie dość odwagi - indżojcie!

Analizują:
Kura   
Szprota
Jasza
Purpurat
Dzidka
Gabs
Mikan
Pigmejka
Kalevatar
Kasitza

http://protecteur.blog.onet.pl/

Autorka
Pasywna statystka życiowej inscenizacji.
Znaczy - tam, z tyłu sceny, oparła się na halabardzie i chrapie.
Żeby tylko drzewce się nie złamało.
Ej, a wiecie, że mój ojciec był na studiach tym anegdotkowym halabardnikiem w teatrze? Krzyczeli “Brać go!”, on wchodził na scenę i... no cóż, brał go.
*MA SKOJARZENIA*
Ekhm... Wchodził od tyłu...?
Gorzej. Z boku, jak to w teatrze.
Wchodził w ucho?

Entuzjastka literackich peregrynacji, rozkochana w irracjonalnych fragmentach opisów statycznych.
Tak, widać tu tę irracjonalność - ale bardzo, hm, dynamiczną.
Znaczy: uwielbia pisać od rzeczy. Trudno nie przyznać racji.
Ojtam... Za to aktywność elektryczną w mózgu ma dość statyczną.
Miłość nie wybiera...

Powołana do życia przed niemal szesnastu laty, w imię rodzicielskich pragnień.
Dobrze jest mieć świadomość, że było się dzieckiem chcianym!
Totalnie sobie wyobrażam, jak podczas aktu przyszli rodzice pokrzykiwali “WOŁAMY CIĘ W IMIĘ RODZICIELSKICH PRAGNIEŃ” “PRZYBYWAJ” “NA POTĘGĘ POSĘPNEGO CZEREPU!!!”
Hem, od tego można wzwód stracić.
Adherent cappuccino,
Adherencja - solidaryzowanie się z kimś. Cappuccino wszystkich kafejek, łączcie się!
Kilka razy obracałam w myślach tę frazę i zanim przeczytałam resztę zdania, byłam pewna, że chodzi o jakąś postać z kiepskiej fantasy.
Jest cappuccinoskopijna?
Taaa, przylega do filiżanki i się na niej mnoży.

smak, rzecz jasna, śmietankowy; rosyjskiej fantastyki i makaronu w kształcie ludzkiej fizjonomii;
Rosyjska fantastyka jest różnorodna i bardzo ciekawa, ale takiej z twarzą zamiast fabuły to jeszcze nie spotkałam.
I dobrze - wyobraź sobie, czytasz Strugackich, aż tu WTEM!!! Wielka Ruska Paszcza. I Cię pożera.
Martwi mnie, że stara dobra zasada niezjadania rzeczy, które na ciebie patrzą, odeszła w zapomnienie...
Jak jem szynkę, to ona na mnie nie patrzy. Mnie wyszło, że ałtorka jest o smaku śmietankowym.
Też możliwe.

twórczości Neila Gaimana oraz Andrzeja Pilipiuka;
Ejno, to spodziewałabym się tu raczej mnogości metafor odbimbrowych, a nie... dobra, sami zobaczycie.
Ja bym się raczej spodziewała Prousta połączonego z Mniszkówną...
A Neil spojrzał Ałtoreczce przez ramię i zapłakał.

rozmaitych słodkości, skrytych w głębi kuchennej szuflady. Wsłuchana w utwory Muse, Placebo, Aerosmith, Led Zeppelin, Radiohead, Lifehouse i Bryana Adamsa. Zauroczona głosem Jamesa Morrisona i Jasona Wade'a. Platoniczną miłość skierowała wobec filmowego Tristana, Jamesa Franco. Bezdroża szarego uniwersum przemierza w znoszonych trampkach [dziewięć złoty za sztukę].
Czyli osiemnaście złotyCH za parę. ZłotyCH, droga poetesso. ZłotyCH. Jeden złoty, dwa złote, pięć i więcej złotyCH. To było trzepnięcie w ucho poetessy po raz pierwszy.
Ja chyba też zaraz skieruję “WOBEC” aŁtorki moją dzidę bojową...
Trampki są ok, ale uniwersum trudno określić jako “szare”. Chyba, że poziom abstrakcji przekroczył właśnie 9000 i rośnie.

Pozbawiona możności posiadania zwierzęcych prokurentów.
“Prokurent -  pełnomocnik zarządu spółki mający prawo do składania oświadczeń woli w imieniu i na rzecz spółki”. Tak tylko wzmiankuję.
Pierwsze akapity, a już mamy spółkowanie... tfu, spółkę ze zwierzętami. W sumie dobrze, że pozbawiona jest tej możliwości...
No - nie może ich posiąść.
Czy to jest opko o furrysach?!

Wbrew zakazom rodzicielskim, nadal aprobuje wschodnie filozofie, wyraża pełen irracjonalności ateizm i odmawia spożywania ryżu w formie płynnej.
Znaczy - nie pije sake?
Ateizm pełen irracjonalności. No, no, no... Ciekawe, czego ja się jeszcze dowiem?
Że godzi go z filozofiami wschodu, przepełnionymi wszak racjonalnością po uszy.
Filozofie wschodnie (niech zgadnę - chodzi tu “aż” o buddyzm?) odetchnęły z ulgą. Mało, że nie są irracjonalne, to jeszce aŁtorka je aprobuje.
Mnie to bardziej komunizmem pachnie. Ten "wschód" małą literą pisany i odmowa picia sake, które ma wszak za mało mocy.
Komu szklaneczkę płynnego żyta? A może kieliszek ziemniaka w płynie?

Umiłowana w rozlicznych reprezentantach sztuk mangi i anime oraz zekranizowanych dziełach Marvela.
Swoją drogą to smutne, że z całego dorobku Marvela ją zachwycają akurat ekranizacje...
Dlaczego to było tak oczywiste, że "aprobata wschodnich filozofii" znaczy w rzeczywistości "czyta mangi i słyszała trochę o Japonii"?
Umiłowana w Chrystusie Panu czy jak?
Rozmiłowana, moja droga. Poza tym, wychodzi na to, że uwielbiasz nie tyle dzieła, co ich autorów, dobrze rozumiem? (Nie żeby to było coś dziwnego, ja też uwielbiam niektórych autorów na równi z ich dziełami, ale mam jednak wrażenie, że chodziło o coś innego...)


Jej jedyną nieplatoniczną miłość pozostaje Rajmund, czyli laptop. Kochanek nosi imię Rafał i jest przedstawicielem rasy mp3 marki samsung.
Jeżu. Najpierw zwierzęta, teraz maszyny. A to tylko charakterystyka aŁtorki.
Ciekawe, czy to mp3 ma funkcję wibrowania...
Rafał zapewne wygląda tak.
Yay, roboseksualizm, mam na ten temat piosenkę! (uwaga, 18+:)
Rajmund, Rafał - zaczynam się w tym gubić.
A platonicznie aŁtorka kocha się w odkurzaczu - Radosławie.

O opowiadaniu

Opowiadanie powstało przed kilkoma miesiącami, gdy znudzona szarością doczesnego uniwersum AŁtoreczka przemierzała internetowy bezkres w poszukiwaniu obiektów godnych jej cennej uwagi.
Zaktualizowała status na fejsie, obejrzała wszystkie nowe demoty i nudziła się śmiertelnie.
A jej cenna uwaga więdła bez równie wartościowych bodźców intelektualnych...
*nie myśl o goatse, nie myśl o goatse...*
Obiekty godne uwagi natychmiast otrzymywały znaczek “umiłowany aŁtoreczki” i specjalne miejsce w internecie.

Jako że jej ulubionym zajęciem jest oglądanie zwiastunów filmowych, naturalnym odruchem skierowała się w stronę portalu WP
(uwaga opko zawiera lokowanie produktu!)
Jak wiadomo, wp.pl jest najlepszą filmową bazą internetową, kudy jej tam do IMDB czy nawet Filmwebu.

gdzie miała przyjemność obejrzenia trailera filmu pod tytułem 'Daybreakers' oraz przesłuchania zawartej w nim piosenki zespołu Placebo i Kate Bush, 'Running Up that Hill'.
“Running Up that Hill” nie jest wspólną piosenką Kate Bush i Placebo. Placebo zrobiło cover piosenki Kate Bush. Owszem, ten cover pojawił się w soundtracku Daybreakers.


Zauroczona, postanowiła wykreować własną wizję przyszłości, przyszłości, gdzie nie ma miejsca na uczucia, śmiertelność i wolność.
Wyszedł mi z tego świat pełen zniewolonych zombie.
I napisała całkiem Nową Książkę Telefoniczną.
Aldous or GTFO.

Akcja koncentruje się na dwójce głównych bohaterów (no niemożliwe, byłam przekonana, że na trzecioplanowych...), Jackie Hale, lat dziewiętnaście, oraz Kyle'u Volkerze, lat około trzech tysięcy.
Tak circa. Może to było 2999, a może 2874.
Ile ma pani lat? Liczę sobie 29. A ilu sobie pani nie liczy?
Ile ma pani lat? Zbliżam się do czterdziestki. A z której strony?

Mamy także do czynienia z szóstką pozostałych postaci, będących zarówno przedstawicielami nacji Nieśmiertelnych jak i zwykłymi ludźmi, zagubionymi w świecie przemocy i mordu, w świecie tak odmiennym od tego, w którym żyli przed wojną.
W czym tu się gubić? Takie trochę korpo wersja hard. Albo - czy ja wiem? - sekcja fortepianu na akademii. Nic szczególnego.

Mamy rok dwutysięczny trzydziesty – od początku wojny minęło osiemnaście lat.
Trzepnięcie w ucho poetessy po raz drugi!
Zapamiętaj sobie, pasywna adherentko włoskiego napoju kawowego, że tak jak nie mówimy “rok tysięczny dziewięćsetny trzydziesty dziewiąty”, tak nie ma roku “dwutysięcznego trzydziestego”. Jest rok dwutysięczny, ale rok dwa tysiące pierwszy, dwa tysiące drugi, dwa tysiące piąty, dwa tysiące dwunasty i dwa tysiące trzydziesty! Przepisać mi to na jutro dwa tysiące razy, w zeszycie w kratkę!
*zaparza melisę*
Chyba nie mogłabym być nauczycielką, jak myślicie?
Raczej nie. Usłyszałabyś od ucznia “półtora doby” i “półtorej kilograma” i wyrzuciła go przez okno.

Początek staje się końcem niewoli tych, którzy śmiali stanąć na drodze korporacji Hell's Company.
Ludzi, którzy stali na jej drodze i się śmiali, korporacja odsuwała delikatnie acz stanowczo.

Jeśli kogoś interesują opisy postaci oraz słowniczek zawierający wyjaśnienie niektórych pojęć związanych z wykreowanym w tym opku światem - niech zajrzy w linki poniżej. My to pomijamy, by niepotrzebnie nie rozciągać analizy. Przejdźmy zatem do właściwej fabuły!

Postacie
Słownik





Prolog
'Życie - to wojna i przystanek chwilowy w podróży.'
Śmierć bowiem jest pokojem oraz przystankiem końcowym.
No tego to akurat nie da się ukryć.
Wniosek: do coelhizmów ałtoreczki należy dopisywać dalsze ciągi, jest szansa na zyskanie sensu.
Dla porządku dodam tylko, że to powyżej to nie coelhizm, jeno markoaurelizm. Ale mam mocne podejrzenia, że Marek Aureliusz czytywał Coelho :-P


Czerwień wąskiej spirali znaczyła diagonalny skłon przysadzistego wzgórza.
Znaczy się, wzgórze miało kolorowe szlaczki na brzegach? (Rysowałam takie w zeszycie jak miałam siedem lat!)
Przypuszczam, że chodziło o ścieżkę wijącą się po wzgórzu, ale wyszło jak zwykle.
Wyobrażam sobie taką wielką, dupiatą górę, co sobie kucnęła i owinęła się kolorowymi serpentynkami.
Może to wulkan był po prostu?
Znaczyła teren na czerwono? Krwiomocz?
Albo ruja. Potem będą z tego takie maluśkie pagórki. Oraz się upieram, że diagonalny w ałtoreczkowym dialekcie znaczy “podwójnie agonalny”, wspomnicie moje słowa.
Mam wizję, tak to wyglądało:

U stóp szmaragdowego podium wzniesiono szereg unitarnych [znaczy - podporządkowanych organom centralnym i nie mających autonomii?] kamienic, na jego zaś szczycie skromny obiekt sakralny.
Podium służyło zaś do występów zespołów artystycznych na dorocznym Ogólnoświatowym Festiwalu Z Dupy Wziętych Synonimów.
Skromna świątynka zagładki.
Apokaliptyczna wizja, zaiste.

Ozdobiony ametystem wzniosłych witraży spoglądał wzgardliwie na odległy szkarłat dróżki.
Obiekt sakralny - niby skromny, a spogląda ze wzgardą. Jakie to prawdziwe...
Z ametystowymi witrażami. Taż to skromniejsze nawet od Lichenia.
Świątynia OpaCZności Bożej?
Szmaragdowe podium, ametystowe witraże (skromnego podobno obiektu sakralnego), szkarłatna dróżka... Pielgrzymi dostawali oczopląsu i zapalenia spojówek, kiedy tylko miejsce kultu pojawiało się na horyzoncie.
Czerwone oczka były po powrocie dowodem obecności w świętym miejscu.

Pochylone sylwetki z trudem pokonywały kolejne fragmenty spiralnego traktu.
W głowach im się kręciło, aviomarin nie pomagał...
Drifterzy pieszo? To takie hipsterskie...

Szczupłe twarze tchnęły słodkim posmakiem niepokoju,
O, tej też niepokój słodko pachnie, jak Snape’owi w lochach.Jednym napalm, innym niepokój... dla każdego coś miłego.
Azaliż da ksiundz rozgrzeszenie, czy też nie?
Taki lekki bulgot niepokoju czai się w każdej flaszce, osobliwie absyntu.
Ja z tego rozumiem, że sobie chlapnęli dla kurażu i chuchali teraz wódą. Fuuuuu.

znaczącym źrenice przerażonych oczu.
Źrenice oczu, no szaleństwo. Dobrze, że nie źrenica pośladków.
Trzeba byłoby oczy przymykać przy siadaniu.
Ekhm... Chyba, że o kakaowe oczy chodziło...
Też ich lepiej nie trzymać stale szeroko otwartych.

Strach. Prymitywna sekwencja zwierzęcych reakcji, ascetyczna reperkusja chemicznych funkcji.
Ciekawe określenie na napaskudzenie w gatki.
Pełna asceza to nie zmieniać ich potem przez tydzień.
Tyle słów, a można było napisać PRUUUT.

Usadowieni na przeciw drapieżcy, nieruchomi pośród zmartwiałej czerni.
Łoboru, w tej świątyni czeka na nich jakaś Wielka Żarłoczna Taca, czy ki czort?
Wielki żarłoczny ołtarz ofiarny, który pochłaniał swoje ofiary zaraz po złożeniu ich na nim. Tutejsze bóstwa preferowały bowiem fast food.
Bo chciały awansować z pomniejszych, choćby gabarytem.

Granit niebiańskiego firmamentu jaśniał milionem roziskrzonych twarzy, wpatrzonych w blednące znamiona człowieczeństwa. W oddali rozbrzmiał zniecierpliwiony pomruk bestii.
Ja też mruczę ze zniecierpliwienia.
Mnie trochę blednie znamię człowieczeństwa. I dobrze, już myślałam, że nie zejdzie.
Czy znamię na małym palcu lewej nogi się liczy? Bo nie wiem, czy to znamię człowieczeństwa, czy czego.

Kate z trudem uniosła córeczkę. Dziewczynka wsunęła do ust piąstkę, ostatkiem sił dławiąc spazmy histerii. Cicho. Cicho, Medelaine. Żałobny korowód ponowił bezsensowną wędrówkę, kierując się ku wąskim drzwiom świątyni. Chłopcy dysponujący falsyfikatami broni kroczyli u przodu procesji, ci zaś, obdarowani rodowymi mieczami, zamykali pochód, śląc ku czerni przerażone spojrzenia.
Mamy rok 2030, khę? I procesji bronią chłopcy z mieczami, khę?
Niebezpiecznie, broń jest droga, to wzięli chińskie podróbki.
Biednych nie stać na podróbki.
Na tym granitowym niebie w końcu były roziskrzone twarze, czy tylko czerń? Bo nie wiem, jakie narkotyczne wizje mam sobie wizualizować.
Twarze iskrzyły, czerń zmartwiała, bestia mruczała.

Szczupłe palce zdobiły ciężkie rękojeści stuletnich kordów.
Poucinane, tak sobie dyndały. U tych rękojeści.
Bajdełej, skoro jesteśmy w roku 2030, to stuletni kord powinien być raczej kordzikiem, bronią paradną noszoną do galowego munduru przez oficerów. Ani toto duże nie było, ani specjalnie ciężkie. Poza tym, nie zapominajmy, akcja dzieje się w Stanach, skąd tam rodowe miecze?!


Drżącymi ramionami objęła szczupłe ciało córki, nucąc na poły zapomnianą melodię kołysanki. Jadeit dziecięcych oczu zalśnił ognikiem przerażenia.
Aż tak mamusia nie miała słuchu?
No, skoro melodia na poły zapomniana...
Była sobie Baba Jaga,
miała chatkę z masła,
a co dalej - nie pamiętam,
bo mi pamięć trzasła.
Jeśli to była ta kołysanka, to dzieciątko mogło się spłakać.
No weź, przy dziecku po niemiecku?

Wojna, Kate. Nadchodzi Wojna. Teraz, gdy staliśmy się figurantem cywilizacji, teraz, gdy każdy nasz krok podlega setkom słów,
Znaczy - stoją i gadają, zamiast iść przed siebie? To się nie dziwię, że wyginęli.
Nie jestem tego taka pewna. Babcie pod sklepem też stoją i gadają.
Nie nie. Oni mają po prostu nogi z dupami sprzężone - jak jedno działa, to drugie ani rusz.
A wcześniej to jednostki miały jakiś szczególny wpływ na cywilizację, że to dla nich taka nowość?
“Figurant cywilizacji” brzmi jak “kamerdyner historii”, tyle, że bez sensu.

każda Wojna staje się obstrukcją, qui pro quo konstrukcji doczesnego systemu.
Gdy System męczy obstrukcja
Chwieje się jego konstrukcja,
Lecz  niebezpieczne szalenie
Systemu jest rozwolnienie!
Gdy System męczą wymioty,
Gdy oblewaja go poty,
Gdy nawet katar go dręczy
Słownik aŁtorki jęczy.
W sumie wojna i biegunka mają coś wspólnego: gdy się kończą, wszyscy oddychają z ulgą.
Ja tu widzę jedynie biegunkę słów przy obstrukcji treści.

Ofiara nie może zwyciężyć drapieżcy. Tak, może uciec. Może odnaleźć kryjówkę, zaszyć się w głębi rzeczywistości.
Polecam dratwę. Nic tak nie zaszywa w głębi rzeczywistości jak dratwa.
Zagrzebać się w ontologicznej ściółce.
Porosnąć grzybnią...
I chujnią.
Szukać sensu istnienia na dnie bagna...
Może znajdziemy tam sens tego opka.
Mam pomysł na film: “W poszukiwaniu zaginionego sensu AKA Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Łzy”

I próbować zapomnieć o tym, co jawi się poza ścianami marzeń.
*wyobraża sobie zająca skitranego w norce i powtarzającego sobie "lis nie istnieje, lis nie istnieje"*
Za ścianą marzeń jest pakamera zapomnianej logiki. I suterena sensu.

Może umrzeć.
I udawać, że to był jej wolny wybór.
Nie, nie “jej wolny wybór”. To było “ustanie procesów witalnych organizmu, które przebiegło za jej aprobatą”.
Ech, ta roztrząsana w nieskończoność kwestia wolnej woli... Arminiusz czy Kalwin? Cóż za emocje...
Tak czy inaczej - Die Kreatur muss sterben! (obowiązkowy Element Ramsztajnowy odhaczony, Kura oddycha z ulgą).

Pozostawić matnie uniwersum na rzecz nieznanych fragmentów duszy.
...Zamknąć się w sobie?

I może walczyć. Istnieją trzy drogi wojny, Kate. Żadna z nich nie prowadzi ku ocaleniu.
Czyli, mówiąc po ludzku, mamy przesrane, chodźmy się upić.Leonard: All right, well, let me see if I can explain your situation using physics. What would you be if you were attached to another object by an inclined plane wrapped helically around an axis?
Sheldon: Screwed!
Trzeba to było powiedzieć aliantom w '44, może teraz pisalibyśmy po niemiecku.


-Kate?- Sofia ujęła dłoń siostry. Medelaine uśmiechnęła się lekko, spostrzegłszy twarz ukochanej ciotki.- Musimy porozmawiać. Maddy, zaopiekuje się tobą pani Gabby, dobrze?- wskazała niską meksykankę o uroczym uosobieniu.
Uosobieniu czego?
Uroku. Elementarne.
Uosobienie figura retoryczna i środek stylistyczny polegające na metaforycznym przedstawianiu zwierząt i roślin, przedmiotów nieożywionych, zjawisk lub idei jako osób ludzkich (Wiki). Do książek, poetesso, uosobienie bełkotu!
Może też być uosobieniem irracjonalności. Tego tu tyle, że się nie zdziwię, jak mi zaraz wylezie z monitora.
Bransoletka z kordonka o uroczym usposobieniu? Nie łapię.
Bo moich nie widziałeś.

Medelaine posłusznie opuściła ramiona matki, krocząc ku świątyni u boku nieznanej kobiety. Po chwili dotarła doń córka Sofii, Alice. Ciemnooka dziewczynka objęła kuzynkę, spoglądając nieufnie na przysadzistą opiekunkę.
Idealnie skomponowaną z przysadzistym wzgórzem.
Może to ta opiekunka była wzgórzem... (i może nawet miała oczy?)? To by w jakiś sposób wyjaśniało czerwone szlaczki.
A może to miały być czerwone kwadraciki, tylko się biedactwa rozpuściły.
Doń? Do tego opiekunka, czy jak?

-Słucham.- Kate, jak na starszą siostrę przystało, niemal natychmiast przybrała mentorski ton.
I tak słuchała tym mentorskim tonem...
Coś jak ze “Shreka” - klasyczne już “kłaniam”.

Sofia bez słowa wskazała odległy krajobraz miasta.
-Wracam.- oświadczyła, mrużąc ciemne, nieomal granitowe oczy.
Granit jest szary. Do książek, poetesso, koszmarze geologa!
Spoko. Lepiej, że skręciła w geologię. Wyobraźcie sobie, co by mogło być, gdyby dorwała się do gastronomii. Szczypiorkowe oczy, pieczarkowe niebo...
Strawberry fields forever!


- Nie mogę pozwolić, by Richard...- umilkła, by po chwili podjąć przerwany wątek.- Zaopiekuj się Alice. Wiem, że zdołasz wszystko jej wytłumaczyć. To...- z głębi kieszeni obszernego trenczu wydobyła czarno-białą fotografię.
Też chyba stuletnią i rodową.

- To dla ciebie. Kocham cię siostrzyczko.- po czym, nie zaszczyciwszy Kate spojrzeniem, ruszyła ku miastu. Poły zielonego płaszcza starannie owiły szczupłą sylwetkę Sofii.
Starannie, po trzykroć się poprawiając i sprawdzając, czy aby na pewno owinęły dokładnie.
A potem udusiły.
Wysiorbując ją do dna.
Bo to był płaszcz Dejaniry, mwahahahahaha!


Żadna z nich nie prowadzi ku ocaleniu. Pogładziła gładką fakturę zdjęcia, zdobioną pajęczym ornamentem zgnieceń.
Jak gładką, to nie zgniecioną. Przykro mi.
Nigdy w życiu nie zgniotłaś żadnej faktury?!
Oj tam, mnie wyszło, że pająki ją pogniotły... A co taki pająk może zrobić zdjęciu?
Jak to co? Zaciągnąć je za obraz.
Pająk zdjęciu niewiele, ale pająkowi można sporo zdjęciem. Albo zrobić mu zdjęcie.

Dwie pary ciemnych oczu spoglądały nań z uśmiechem. Wiem, że zdołasz wszystko jej wytłumaczyć. Skryła pamiątkę w głębi szorstkiego materiału, pełniącego rolę prowizorycznego kardiganu.
Ale dlaczego akurat kardiganu, a nie golfa lub puloweru?
Gdyby chodziło o normalne opko, zaryzykowałabym, że to kwestia guziczków. W tym przypadku - zapewne oddaje to dramatyzm sytuacji. Nie wiem jak, ale oddaje.
Karrrrrrrdigan. To drrrramatyczne rrrrrr.
Prrrrrrrowizorrrrrrryczny na dodatek.

Szczupłą twarz oznaczył blady stygmat cierpienia.
Szprotą targnął wewnętrzny skurcz na taki wykwit bladego stygmatu niekompetencji językowych.
Stygmaty na twarzy to jednakowoż pewna nowość.

Posłuszna wewnętrznym głosom, ruszyła ku wąskim drzwiom świątyni. Wokół panowała cisza, pozorny stan afektywny wykreowany na potrzeby ludzkiego umysłu.
Eee... od kiedy to cisza jest stanem uczuciowym? No chyba, że mamy na myśli “ciche dni”.
Może tu chodzi o medytowanie nad niezgłębioną przestrzenią duszy? Albo zwyczajnie chodzi o to, że milczysz, gdy nie masz nic ciekawego do powiedzenia.
Nie zapominajmy, że to POZORNY stan afektywny. Klasyczny przykład
- Co się stało, kochanie?
- Nic. *zapada ciężka cisza nasączona grozą, zniszczeniem i PMS*

Ekhm... Nie chcę się czepiać, ale ona głosy słyszy...

Barwne witraże z pogardą kłaniały ametyst szklanych ciał.
Raz dwa trzy, zaklepuję to na sygnaturkę!Raz dwa trzy, i skłon do palców! Uwaga, nogi wyprostowane! (No co, witraże też mogą chodzić na aerobik.)
Widzę inspirację Baczyńskim. Widzę i płaczę.
O ja, elastyczne witraże!
Brakuje tylko cieknących zegarów Dalego.
W zamian wszystko ocieka językowym mrokiem.

W oddali na wtóry [ponownie] rozbrzmiał zniecierpliwiony pomruk bestii, srodze zawiedzionej ucieczką ofiar.
Dlaczego akt ucieczki jakoś mi umknął? Kto uciekł i dlaczego?
Procesja, przysadzistym skłonem diagonalnego wzgórza, pod ochroną chłopców ze stuletnimi rodowymi kordzikami (oraz plastikowymi chińskimi podróbkami), uciekała mozolnie w stronę obiektu sakralnego, który patrzył na nich z pogardą ametystem swych witraży. Panimajesz?
Eeee...
To była najbardziej powolna i najbardziej dyskretna ucieczka wszechczasów. Marzę o sfilmowaniu tego pościgu. I puszczeniu go w zwolnionym tempie.
Powiało kinematografią irańską.

Jej dłonie sięgały ku podstawom wzniesienia, uporczywie dopominając się śmiertelnych ciał, krwi, umysłu... Drapieżca o szkarłatnych źrenicach, zdobionych misterium nieśmiertelnego gniewu.
Źrenica to otwór w oku, dlatego jest czarna. Proszę mi podać choćby sto przyczyn, dla których zrobiłaby się czerwona.
...ktoś umieścił w czaszce czerwoną lampkę?
Zaświecił w ucho laserem!


Korowód przyspieszył, bezwiednie sięgając ku ostatnim fragmentom nadziei.
Fragmenty dyndały na końcu szlaku, nanizane na sznureczki.
Do kompletu z poucinanymi paluszkami przy rękojeściach kordów.
Tonący fragmentu się chwyta.

Pospiesznie otarła łzy, znaczące pobladłe, drżące policzki. Medelaine, nie pomna słowom opiekunki, powróciła do matki.
Znaczy - słowa o niej nie pamiętały?
AŁtorka kopie sobie dół nawet o tym nie wiedząc. Mhihihihi!
Niepomna SŁÓW opiekunki, jeżeli już.

Dziecięce ramiona skutecznie rozproszyły chwilę słabości. Bez namysłu pochwyciła córkę, tuląc szczupłe ciało do piersi. Z nad ramienia dziewczynki spostrzegła Alice – ciemnooką kotkę, porzuconą u skraju przepaści. W głębi rozszerzonych źrenic czaił się strach, dziecięcy, niewinny strach, o pobladłych dłoniach, sięgających ku bezdennej czeluści.
Źrenice miały piękne, długie dłonie. Dlatego nie mogły być na pośladkach.
Pośladki miały piękne, długie uszy.
Dziecięcy, niewinny strach miał długie, kręcone zęby. Odstawcie już te preparaty, co?
Ja rozumiem, że to kotce te dłonie ze źrenic wychodziły? O tak?
Popieram. Bierzcie połowę.

-Kocham cię Maddy.
-Ja ciebie też, mamusiu.

Chłopiec nie zdołał ostrzec przyjaciół. Nim wysunął srebrzyste ostrze sztyletu, inne przeszyło jego niewinne, dziecięce serce. Upadł, nie świadom niczego, co krwawym stygmatem naznaczyło karty historii.
Bo śmierć ma to do siebie, że wymazuje wiedzę wyniesioną z lekcji historii. I w sumie wszystko inne również.

Nieśmiertelny opuścił obszar czerni, zmierzając ku ofiarnej procesji. Szkarłat wiekuistych źrenic zdobił szary ornament róży,
No i bądź tu mądry, co zdobiło co.
Oczka zdobiły różę, ofkoz!
No, taka róża w oczka to jest całkiem glamour, co chcecie.


blada sygnatura przyszłości.
Znak wodny pokoleń wstępnych. Nikły podpis cyberpunka. Niepozorny ślad postapokalipsy. Phi, też umiem takie metafory. Wpisujcie miasta.
Wątłe rzężenie hermeneutyki.
Przyczłapy do bulbulatora.
Wyblakła pieczątka bezwzględnych urojeń.

Dostrzegłszy bielone mury świątyni, z trudem powstrzymał szyderczy uśmieszek. Naiwni. Ludzkie nadzieje, marzenia, sny... To, co jeszcze niedawno stanowiło meritum istnienia. Teraz, gdy istnienie stało się szeregiem kolejnych dni, ginących pośród mroku wieczności,
A wcześniej było... czym? Galaretką bananową?
Wcześniej nie było szeregu. Było kółko graniaste. Naznaczone stygmatem przypadkowych wyborów.
Krwawym stygmatem. Stygmat też nie może być po prostu taki se.
Zmarnowałby się wówczas i co z takim stygmatem, na allegro nie wystawisz.
Ojtam, wystawisz. A potem poślesz paczkę z ziemniakami. Klasyka.

śmiertelne pobudki bladły,
Jeszcze jedna taka fraza i dam ja ałtoreczce taką śmiertelną pobudkę, że pożałuje, że w ogóle zasypiała!
Zaczaisz się z kosą u wezgłowia?
Małym poręcznym toporkiem. Kosy są już passe.
Jedynie najszlachetniejsze pobudki kierują moje myśli w stronę szlachtowania...

ustępując czerwieni słodkiej krwi. Jasnowłosy chłopiec upadł, w ciszy opuszczając ziemskie krainy. Wysunął ostrze z nieruchomej, młodzieńczej piersi. Czas. Nadchodzi Czas.
Błąd. W tym momencie czas się raczej bardzo szybko kończy.
Zaraz... Sam sobie to ostrze z własnej piersi wyjął?
Ty naprawdę się tu jeszcze czemukolwiek dziwisz? I szukasz logiki?!
Nadzieja umiera ostatnia. Nawet u analizatora.
Jaka nadzieja, toż to młodzieńcza naiwność. Urocze.

Wojna? Polowanie. Codzienna rozrywka nieśmiertelnego drapieżcy. Śmierć. Meritum doczesnego żywota.
Tak tak; memento mori, axis mundi i palimpsest. Tylko do czego to wszystko zmierza?
Do zalania nas łaciną. Bełkot po łacińsku brzmi mądrzej.
Ad mortem defecatam!
Per aspera ad astra, jeszcze in vino vertas.
Ignacy Borejko pokiwał głową z aprobatą.
Amantes amentes? E... to chyba nie ta bajka.

Uniósł dłoń, smakując szkarłatnych strumyków posoki.
OMNOMNOMNOM.
Po czym wypłynął na suchego przestwór oceanu.
I usłyszał głosy z Litwy - a to tylko piały kury, piały, nie miały koguta.
Hulały po polu i piły cacao...

Krew. Pożywienie Nieśmiertelnych. Słodki posmak triumfu.
-Ja ciebie też, mamusiu.
I twojemu kotu też.
I twoją matkę też.
I chomika. czemu nie
Jemu też należy się!

[tu jest miejsce na suchar o owijaniu chomika taśmą]

Nawiasem mówiąc, akcja powyższego fragmentu opka rozgrywa się... no zgadnijcie? W Filadelfii. Wybuchła wojna, kobiety i dzieci uciekają, by schronić się w kościele. Przeglądam właśnie zdjęcia filadelfijskich świątyń, usiłując dociec, która z nich stoi na wspomnianym szmaragdowym wzgórzu oplecionym szkarłatną ścieżką... ;)

Rozdział Pierwszy
Osada

Lśniąca egida słońca nikła pośród szkarłatu skalistych wzgórz.
Po wzgórzach pałętali się Zeus, Atena i Jan Pietrzak.
Znowu ktoś zwędził wino Dionizosowi!
To Pietrzak!

Wstęgi szarawego cienia spowiły kamienne granie, matczynymi dłońmi gładząc strome skłony.
Cienie w postaci szarych wstęg są matką kamiennych grani?
Tak. I je gładzą. Smyru, smyru.
Puci, puci, grubaski.
Jak stromo się trzeba skłonić, żeby być pogładzonym?
Ładnie wypiąć.

U stóp plateau
Château de Plateau - jak już będę stara i zblazowana, założę winnicę o tej nazwie i moi klienci będą się zastanawiać, czy chodziło mi o płaskowyż, czy o tę fazę podniecenia przed orgazmem.
Zawsze wiedziałam, że w miłości plateaunicznej jest jakiś podstęp.

porzucono błękitną szarfę strumienia, niewyraźną linię w głębi nikłego kolorytu. Był jeszcze szmaragd, płowy, naznaczony stygmatem nieustającej posuchy;
Znowuż lipa, bo szmaragd ma kolor raczej głęboki i soczysty, spłowiała zieleń to prędzej... jadeit?
*przegląda podręcznik* Być może oliwin.
To opko powinno mieć tytuł “Przewodnik geologiczny ojca Pio", tyle tu kamieni i stygmatów...

błękit niebiańskiego firmamentu, gasnącego wraz z nadchodzącym zmrokiem;
Firmament gasł? A mówi się, że Kosmos jest nieskończony...
Nie w świecie ałtoreczek i bladych, acz krwawych stygmatów.
Skoro na potrzeby opka Kosmos ma się kończyć, to aŁtoreczka go skończy!
Raczej - wykończy...
Wiesz, jeśli ciemnota ma ciężar gatunkowy, to wszechświat musi implodować. Sorry.

ametyst rysy horyzontu, mitycznej granicy nieba i ziemi. Niezmiennej podobiźnie pustyni towarzyszył równie jednaki upał – ciężki i obcy, usytuowany w sercu obumarłej pustki.
Nawet wieczorem i nocą? Na pustyni, gdzie występują znaczne wahania temperatur??? Do książek, poetesso!
A weź, książki nie mają więdnących stygmatów przeznaczenia... i innych dziwnych chujstw.
Obumarłych pustek, na przykład. Widziałaś kiedy książkę z obumarłą pustką?
No, raz mi kot kilka stron wyżarł...

Pośród owego bezkresu, zdobionego barwną krwi, wzniesiono szkaradną konstrukcję, strukturę żelaza i szkła. Salowe [zmywały podłogę i przynosiły baseny] iglice znaczyły boską fakturę roziskrzonym granitem metalu,
Gdzieniegdzie zaś widać było matową wełnę szkła i transparentny mosiądz plastiku.
Czekam na mosiężne drzwi do tego przybytku.
A ja na marmurową kapustę okien.
Jak wygląda boska faktura?
Jest wytłaczana w aureolki. (I pewnie ma stygmaty.)
BLADE I KRWAWE.
Bóg Sp. z o.o. Usługa: wzięcie do nieba, cena netto: …, cena brutto: …..

przeźroczyste tafle szkła ukazywały nieomal puste wnętrza korytarzy. W centrum obiektu jawił się ornament srebrzystego drutu, zdobionego miedzianymi cierniami.
Jeżeli na środku twojego obiektu jawi się drut kolczasty w wersji lux, to wiedz, że coś się dzieje...
- Palisz?
- Nie.
- Pijesz?
- Nie.
- To może... blogaski?!


Poza murami – pustynia, wewnątrz nich – szereg niewielkich, białych lokum,
Z jednej strony dobrze, bo “lokum” jest nieodmienne. Z drugiej źle - bo posiada tylko liczbę pojedynczą.
Dom ze szkła i stali na pustyni. Architekt przyszalał.
Las Vegas?Dom ze stali, zbudowany na pustyni to fajna sprawa - na dachu można pewnie codziennie kiełbaski smażyć.
A w środku piec pieczeń.
Za to nocą przechowywać żywność bez środków konserwujacych.

połączonych labiryntem plastikowej galerii. Wokół osamotnionego osiedla krążyły bezimienne jednostki o ludzkich ciałach, naznaczonych bezładem barwnych przewodów.
Niektórzy się tatuują, inni obwieszają biżuterią, im zostały druciki.
Niektórzy jeszcze mieli diody i oporniki, ale najmodniejsze w tym sezonie były bransolety z baterii R6.

Androidy miarowym krokiem przemierzały rozległy plac [skrzypu-skrzyp], co kilka sekund skrupulatnie sondując nizinny obszar [zerku-zerk]. Ich prymitywne złącza posłusznie wykonywały nadane z dawna rozkazy.
Strasznie mi przykro, ale złącza akurat nic nie wykonują. Równie sensownie byłoby napisać, że telewizor wyświetla obraz za pomocą gniazdka i wtyczki.
Oraz widzę prymitywne złącza (jakie w ogóle złącza?!) u androidów służących ludziom. Komandor Data zbudowany z kija i sprężyny.
Jeśli zaś miały biologicznie ludzkie ciała, to nie były to androidy, lecz cyborgi.

Strzec Strefy. Strzec Osady. W przypadku nieszkodliwych rzecz jasna powikłań, bezzwłocznie zredukować śmiertelne stadium.
DELETE! DELETE!
EXTERMINAAAATE!
Znaczy - nieszkodliwe powikłania leczymy, uśmiercając pacjenta?
Nie no, mi wychodzi, że trzeba zredukować śmiertelne stadium, czyli ożywić. Defibrylacja znaczy się.
KILL IT WITH FIRE!

Dwadzieścia procent. Bezbolesny zabieg wykonany na wzgląd kolejnych lat. Procedura zapobiegawcza.
Botoks?

WZ – 9890C,
Powiat Warszawa Zachodnia.
Jedyny zrozumiały fragment tego tekstu...

pomoc kuchenna. Niewielki android przekroczył granicę błękitnego korytarza, prowadzącego ku ludzkim domostwom. Do rdzewiejącego korpusu (nie było androida konserwującego Androidowe AGD?) dołączono syntetyczną misę pełną białych, plastikowych opakowań. Codzienna dawka protein. Trójpalczasta, stalowa dłoń pochwyciła dwie z nich [dwie proteiny? dwie opakowania?] i ostrożnie położyła u stóp białych drzwi.
Nie ogarniam, dlaczego na hasło “drzwi ze stopami” wujek Gugiel pokazał mi to:




W głębi lokum rozbrzmiał niezmienny impuls, wieczorny sygnał drapieżników.
"Poooraaa na dobranoc
bo już księżyc świeci..."
“Siusiu, paciorek i spać!”
Wszyyyystkie ryyyybki śpiąąą w jeeeziooorze...
Ja nie śpię, dopiero pierwsza w nocy, w sylwestra!

Drzwi uchyliły się lekko i blade palce łakomie zebrały skromną porcję.
-Kurczak. Znowu.
Pomoc kuchenna przyniosła żarcie. W którym momencie ona pomogła w kuchni?
...w międzyczasie.

Ellen rozdarła miękki plastik – niewielką przestrzeń wypełnił mdły, chemiczny zapach. Na dnie pudełka dostrzegła brązowe, kruche granulki, szyderczą podobiznę dawnych dni.
Znaczy, dawne dni były brązowe i granulowane, jak gówno w proszku?
A papier toaletowy jak zwykle do dupy.
Panna miała gównianego dealera, po prostu.

Wsunęła dłoń głębiej, dobywając rdzawe ziarenka. Zasmakowała kilku, krzywiąc pobladłą, szczupłą twarz.
To raczej średnio zasmakowała.

Zacisnęła palce na opakowaniu, znacząc elastyczną fakturę syntetyku charyzmatem wiotkich dłoni.
I tak powstał Woreczek Mówiący Językami.
Woreczek z Charyzmatem. Napawam się.
Woreczek z charyzmatem DŁONI! Pewnie dawał po łapach wszystkim niepowołanym do sięgania po niego.
Wysuwał piąchę na sprężynce, moim zdaniem.
Cytując pewną mowę pogrzebową - “miał ten prawdziwy charyzm”.

Jackie usiadła na przeciw matki. Spirale ciemnych włosów skryły biel dziewczęcej twarzy.
To nie włosy, to Cthulhu usiadł jej na głowie.
Jackie wyglądała tak:
 

 
Dlaczego Jackie miała prozaicznie białą twarz, a nie na przykład marmurową?

Malachit niewinnych oczu zalśnił skrywanym rozbawieniem; karminowe wargi zdobił delikatny uśmiech.
Zęby zaczęły boleć od niespodziewanej orgii barw.
Malachit, grafit, ametyst. Czy w przyrodzie nie występują już normalne kolory?
Nie. Albo są spożywcze, albo geologiczne.
No weźcie, jesteście trywialne. Co ma pisać - zielony, szary, fioletowy? To są kolory koszulek na wf, a nie barwy świata poetessy.
Nam to akurat koszulki kazali białe nosić.
Ale potem były niegdyś białe...

Wsunęła do ust kilka ziaren, starając się nie okazać przejmującego obrzydzenia.
Cholera, czyżbym trafiła z tym... proszkiem?
Nie martw się. Miałam identyczne skojarzenia.
Karma dla rybek?

-Nie jest tak źle.- wyszeptała nieśmiało.
-Hę?- Ellen zmarszczyła brwi, spoglądając na córkę z niedowierzaniem.- Nigdy nie potrafiłaś kłamać. Wszystko co chcesz ukryć spoczywa w głębi twoich oczu.- pogładziła ciemne pasma włosów Jackie.
No, po źrenicach można poznać, czy ktoś ćpa, fakt.
Matka wie, że ćpiesz?

Dziewczyna wzruszyła ramionami, rozkruszając kolejne ziarna. Blade dłonie pokryła warstwa rdzawego pyłu.
- Będziesz się czuła bardziej syta, jeśli zjesz to w kawałkach, nie pod postacią proszku - doradziła życzliwie Dzidu.
- Wodą lepiej nie zalewaj - dodała Kal.
- I nie jedz po północy, na wypadek, gdybyś była gremlinem.
- I w ogóle, nie baw się jedzeniem!

Ellen westchnęła cicho, ostatkiem sił dławiąc narastający w głębi serca niepokój.
"Co jeśli ten proszek rzeczywiście jest tym, o czym myślę?"

Nie potrafiła zlekceważyć drżących, szczupłych ramion, gasnącego szmaragdu oczu, bladych policzków, oznaczonych nikłym, młodzieńczym rumieniem.
Ojoj, mam nadzieję, ze nie był to rumień zakaźny ani guzowaty, ani - nie daj boru! - nekrotyczny wędrujący...
Rumień lombardzki! Jaka ładna nazwa. Może boChaterkę zwyczajnie ukąsił kleszcz?
Rumień nekrotyczny wędrujący generuje mnóstwo ciekawych wizji, a podejrzewam, że i niejedno opko...
Córce zaś mienią się oczy. Tu malachit, tam szmaragd.
Za chwilę miotnie z nich wiązką światła i ale będziecie mieć miny!
Aż nam się karminowe usteczka rozchylą.

Uśmiechnęła się z trudem, skrupulatnie płosząc widmowe obawy.
O, tu jeszcze jedna jest do spłoszenia. I tam, w kącie. Jak skrupulatnie, to skrupulatnie.
A kysz, a kysz i amuletem po ektoplazmie.
Ale jeszcze ten rachunek za prąd... Eee, zapłacę później.
Miała uśmiech tak przerażający, że nawet widma spierniczały.
A może po prostu działanie proszku mijało?

-Wszystko w porządku?- Jackie odłożyła opakowanie.- Zbladłaś.
-Nie, nie...To tylko zmęczenie. Rozmawiałam dziś z Sharon. Spodziewa się dziecka.
Dziewczyna zamarła, spoglądając na matkę szeroko otwartymi oczyma. W głębi malachitowych źrenic zalśniło pasmo strachu.
Tęczówek *gania ałtoreczkę z podręcznikiem do okulistyki* TĘCZÓWEK!!!! I to zielonych *ciska malachitem*
Spokojnie, Gaba, spokojnie! Do książek, poetesso, spełniony senny koszmarze biologa!
Nie jest źle, mogłyby być jeszcze malachitowe spojówki.

Ellen przewróciła oczyma, wyklinając kobiecą bezmyślność. Sharon była rówieśnicą Jackie, skoro więc ta pierwsza oczekiwała narodzin potomka...
To co? Obowiązuje tak rodzenie synchroniczne?
No właśnie, przekonana byłam, że gdzieś tam w tekście coś o tym jest, że rodzą po kolei z jakiegoś powodu, dlatego nie skomentowałam.
Może jeszcze imiona będą nadawać w kolejności alfabetycznej?
Primus, Secundus, Tertius...

Zielonooka zacisnęła usta, starając się zdławić narastające przerażenie. Nie była gotowa.
-Trzeba porozmawiać z Walterem.- oznajmiła cicho.- Nim będzie za późno.
Niech się przestanie migać, wszak latka lecą.
Zegar biologiczny tyka...

-Jesteś pewna? To trudna decyzja. Nie tylko dla ciebie. Stawiasz mnie w osobliwej sytuacji. Jako matka nie potrafię zaakceptować i zrozumieć twojego wyboru. Jako człowiek... Przemyśl to jeszcze.- Ellen skryła dłoń córki pomiędzy drżącymi palcami. Niepokój znikł, zastąpiony wertikalem smutku.
*spuszcza na to zdanie żaluzję milczenia i zasłony zażenowania*
*oraz firany swych rzęs*
*i srebrzyste wspomnienie samotnej łzy*
Tyś jest rewolta, i klęska, i mgła, a ja - to twe rzęsy i loki.

Jackie skinęła głową; ciemna grzywka przysłoniła szmaragd niewinnych oczu.
I dobrze. Przynajmniej nikt nie będzie próbował powsadzać oczek w pierścionki.

Milczały, wpatrując się w odległy horyzont, bezkresny, rdzawy świat, pozbawiony materii człowieczeństwa.
A one to co, psy pasterskie?
Nastąpił bowiem tryumf ducha nad materią!
Ludzkość kompostowała.

Jackie wstała, podchodząc do niewielkiego, sferycznego okienka.
Bo wcześniej podchodziła leżąc.
Owijając się przewidująco w prześcieradło.
Szkoda, że nie było to prześcieradło Dejaniry.
A to okienko to w kształcie pustej kuli było?
Jak grodzie na U-Bootach.

Pustynny krajobraz, ozdobiony stalowym fragmentem Osady, przywodził na myśl znamienne ilustracje w dziecięcych książkach.
W odróżnieniu od ilustracji nieepokowych, niesymptomatycznych i niebrzemiennych w skutki.
Nie wiedziałam, że kamienice, jakie widzę za oknem, pełnią funkcję dekoracyjną. Hm, w takim razie by je chociaż odmalowali czy co... bo z taką prezencją to moje miasto wkrótce trafi do antykwariatu.

Gładka faktura stronic, delikatny zapach papieru, czerń krągłych liter. Atramentowe uniwersum. Marmurowy pałac, otoczony francuskimi ogrodami. Profuzja barw i zapachów, sugestywna feeria sennych marzeń.
Jednym słowem, mieszanka kolorów i woni jak w dobrze wyposażonej perfumerii. Ała, moja głowa.
Ona się tak książką sztachnęła, czy tym krajobrazem?
Przypuszczam, że kartki w książce sklejono nieodpowiednim klejem.

Bezwiednie pogładziła pasmo ciemnych włosów.
-Nie musisz tego robić.- Ellen umieściła opakowania w głębi pustej szuflady.- Nikt nie ma prawa wymagać od ciebie tak wielkiego poświęcenia.
Szuflada obkurczyła zawiasiki, bo ton głosu Ellen nie wróżył nic dobrego.
I zagrzechotała ponuro szufladami, pustymi jak oczodoły szkieletu.

-Wiem.
Ellen usiadła na skraju wąskiego łóżka, umieszczonego na poły w niewielkiej wnęce.
A na poły w piwnicy.
Nóżki łóżka tkwiły w pokoju sąsiada z dołu, bo się wcześniej podłoga zarwała.

Blada, szczupła kobieta, o długich, niemal białych włosach.
Zaginiona siostra Gandalfa, jak boniedydy!
Jezu, zimą jej pewnie w ogóle nie widać, bo się wtapia w krajobraz.

Płowy szmaragd oczu zalśnił niepokojem.
Płowy - żółty o odcieniu szarym, szarożółty. Więc albo płowy, albo szmaragd, do kroćset!
*Leniwie wachlując się wydrukiem, cedzi przez zęby: Do książek!*

Nie miała prawa kwestionować wyboru Jackie. Przekroczyła granicę matczynych prerogatyw, stając się nikłym fragmentem audytorium, śledzącego poczynania Jacqueline Hale.
Czyli standard, jeśli chodzi o opkowych rodziców.
Audytorium wprawdzie składało się z szuflady i łóżka z połami, ale kto by wnikał w szczegóły.
A skąd wiesz, może tam były jakiejś organizmy żywe i poniekąd świadome, np. myszy czy wszy.
Pająki, bakterie...

Indyferentna enklawa słów.
Indyferentna wobec czego?  
Pewnie wszechświata w ogólności. Albo stygmatów (krwawych).
Mnie, na przykład, indyferentność nie grozi. Jeśli o to opko chodzi, prędzej abominacja.

Pobielałe wargi ozdobił gorzki grymas. Sub specie aeternitatis.
Kierując się poetyką blogaskową: rozumiem, że teraz narratorem będzie wieczność?

-Powinnaś odpocząć, mamo.- dziewczyna oparła policzek o chłodną taflę szkła (Chcesz rozbić taflę szkła, a ona się ugina, i tam są wszyscy, a naprzeciw Ty...).- Jesteś zmęczona.
Ellen posłusznie wysunęła skrawek cienkiego, syntetycznego materiału o zadziwiająco skutecznych funkcjach termicznych [po naszemu: kawałek ciepłego kocyka]. Uważnie okryła każdy fragment szarawej koszuli, powszechnie stosowanej jako piżama.
Koszula, która jest piżamą, jeszcze mi ujdzie. Ale szarawa? Fuj, brudasie!
Skoro stosowano ją powszechnie... bór jeden wie, ile luda się przez nią przewinęło.
Śpij szybciej bo piżama potrzebna!
Czemu okrywa tę koszulę, a nie siebie? Koszula jest tak brudna, że aż trzeba ją zakrywać? A może jest w szoku?

Przez krótką chwilę spoglądała na córkę. A potem, wbrew usilnym staraniom, ażurowe powieki opadły, znacząc policzki czernią rzęs.
Przy dziurawych powiekach to są chyba duże problemy z wilgotnością spojówek.
Sprytne. Niby nie widzi, ale jednak widzi. Ewolucja genów przysłużyła się rodzicom.
Ja wam mówię, to te wiązki świateł z oczu.
Policzki pokryte czernią rzęs wyglądają za to tak:

  
E tam, po prostu umalowała się za mocno i teraz tusz jej się paćka.

Jackie usiadła na wąskiej płycie parapetu, wpatrując się w niezmienny, pustynny krajobraz. W oddali jawił się na włosach żel? fiolet przysadzistych wzgórz, otoczonych bezkresem złocistych nizin.
Te wzgórza musiały być nie tyle przysadziste, co karłowate, skoro widać było niziny znajdujące się za nimi...
Ojtam, może niziny były z przodu. Mnie zastanawia raczej ta nagła zmiana kolorów, dopiero co mieliśmy “bezkresny, rdzawy świat”.
Za chwilę będzie fioletowy, bo okaże się, że to w ogóle noc. A w nocy złociste niziny mogły być co najwyżej szarobure.

Swobodna interpretacja niemniej płonnego żywotu panny Hale. Ułożyła dłoń na chłodnej powierzchni szkła. Frustracja? Lęk? Bezradność? Nie była gotowa. Ale Czas permanentnie zmierza do przodu, niepomny na ludzkie błagania. Już niebawem stanie się fikuśną kukiełką o białych pasmach włosów zdobiących woskową twarz;
Ten czas się stanie kukiełką?
Marionetką. Będzie można mu usiąść na twarzy i poprosić, by skłamał. ^^
Nie każda poetessa to pisarka, nie każda marionetka to Pinokio :-P

impersonalnym falsyfikatem ludzkiej istoty, w pełni zależnym od czarnookich stworzeń.
Już miałam pisać, że nie ma przecież całkiem czarnych oczu, kiedy Google pokazało mi TO. Hm.
A “Oczi cziornyje, oczi grustnyje”?

Niewielka, bezładna laleczka, ozdobiona labiryntem srebrzystych nici, gotowa spełnić każde surrealistyczne żądanie.
Laleczka voodoo?
Oby...
Podajcie mi szpilki...


Ślad szczupłej dłoni przez kilka krótkich chwil znaczył gładką fakturę szkła.
Musisz dotrzeć do Tucson. To około pięćdziesięciu mil. Jeżeli każdego dnia zdołasz w przeciągu dziesięciu godzin pokonać piętnaście mil, do miasta dotrzesz po pięciu dniach. Idź wzdłuż drogi numer 86.
- odezwał się głos z GPS.
Na następnym skrzyżowaniu pustyni z pustynią skręć w lewo.
Tylko nie pomyl wydm!
Piętnaście mil dziennie przez pięć dni to jest siedemdziesiąt pięć mil, a nie pięćdziesiąt. Bohaterka ominie miasto i zalezie w pustynię po drugiej stronie. Do książek, poetesso, głąbie matematyczny!
[chór Analizatorów] Do książek, poetesso, do książek!!!
Mila stosowana w USA to 1609 metrów. Czyli nasza wychudzona i wątła boCHaterka miałaby pokonywać dziennie nieco ponad 24 kilometry, w pustynnym upale, mając za pożywienie jedynie te wątpliwej wartości granulki.* Nie wróżę powodzenia tej misji...

*) Jest jeszcze kwestia wody, ale ta została rozwiązana - mają tam jakieś fiku-miku magiczne butelki, w których pod ciśnieniem może zmieścić się zapas wody na tydzień. Ok, ja to kupuję, SF ma swoje prawa.

A potem? Walter nie znał odpowiedzi.
Kim u diabła jest Walter? I skąd on  nagle wziął się w tej scenie?
Wyskoczył z pudełka.
Może to jakiś tamtejszy odpowiednik wyrażenia "Bóg jeden wie"?
Walter Scott? Ale co on by tam robił?
To ten, co tam wyżej miał jej zrobić dziecko czy coś.
A, ten buhaj rozpłodowy.
Pewnie mają inseminatora, jeden Walter bez roweru wszystkich nie obskoczy...

Milcząc, wpatrywał się w odległy fiolet wzgórz.
Bała się. Tego, co czeka na nią poza granicą złocistych wzgórz.
Przed chwilą złociste to były raczej niziny.
Hmmm... Walter widzi fioletowe wzgórza, boCHaterka złociste... Wiem! Wiem! Patrzą przez kolorowe szybki witraży!

Czarnookich stworzeń, pozbawionych człowieczeństwa (Bo zazwyczaj zwierzęta są pełne człowieczeństwa. Taki Timon i Pumba, na przykład...). Śmierci. Drogi z której nie sposób powrócić.
To w końcu bała się stworzeń, Śmierci, czy filmu Droga bez powrotu?

Na tle granitowego firmamentu pojawiła się srebrzysta gwiazda, lśniący skrawek marzeń. Uniosła dłoń (ta gwiazda), sięgając ku roziskrzonej istocie, tak osamotnionej pośród onyksu niebiańskiej kopuły. Chimeryczna utopia zapomnianych dusz.
Brzmi jak facebook.
Dramat skasowanych kont, zablokowanych zdjęć, zbanowanych uploadów.
Tragedia odrzuconych zaproszeń do znajomych, histeria zmian w wyglądzie feeda, rozpacz niepolubionych statusów.
Timeline, którego nikt nie chce.
Zaraz, nie rozumiem już. To te niebiosa to były z czego zrobione, z granitu czy z onyksu?

Gładka struktura obsydianu, usytuowanego pośród nicości wszechświata.
AŁtoreczko, pokaż mi gwiazdę z obsydianu, bardzo proszę. Albo lepiej od razu sięgnij do książek.
Lepiej niech nie pokazuje, bo wobec takiej osobliwości wszechświat nam eksploduje, a mam parę spraw do załatwienia.
Cóż, 2012 rok właśnie się zaczął...
Obsydian na onyksowym tle to taki raczej mało widoczny będzie.
Droga AŁtorko. Jeszcze nie wykorzystałaś rodochrozytu, spinelu, spodumenu, prehnitu, a nawet hambergitu. Proponuję rodochrozytowe źrenice, spodumenowe wzgórza i spidelowe stygmaty.
I zoisytowy charyzmat.
Z kunzytowymi stygmatami (kto oglądał Czarodziejkę z Księżyca i pamięta Tych Złych: Jadeite, Nefrite, Kunzite i Zoizite?).

Niewielki fragment krain zapomnienia.
Kawałek Forgotten Realms unosił się w przestworzach? Ale czad.
Ale płatny czy w wersji shareware?

Musisz uważać. W ciągu dnia zaprzestają pościgu, ponawiając go zaraz po zachodzie słońca.
Wampiry?
Błagam, nie, nie znowu wampiry, ostatnio gdzie nie spluniesz tam wampir.
Jeżeli ze śmieszchu, to rzeczywiście mogą się zasparklić na śmierć.
I zostaje po nich kałuża opalizującego w blasku słońca cuchnącego błocka.

Każdego wieczoru uważnie dobieraj kryjówkę. Nie możesz pozwolić by ktokolwiek cię zobaczył.
Leć w dzień, trasą 86, a nikt cię nie zauważy.

Oczywiście. Pięć dni. Pięćdziesiąt mil.
Każdego dnia dziesięć mil. Coś około 18 kilometrów dziennie, czyli cztery godziny marszu spacerkiem.
Jaszu, dolicz pustynię, upał, ogólną wątłość bohaterki, a okaże się, że to nie takie proste.
Osiemnaście kilometrów zrobiłam kiedyś w sześć godzin. Tylko że miałam zapas wody i połowa trasy wiodła przez las.

Droga numer 86. Kolejna gwiazda ozdobiła jaspisową storę nieboskłonu.
Jaspisową, czyli żółtą, brązową, czerwoną, zieloną, fioletową, czy białą?
Prawdopodobnie w ciapki. Jednak "jaspisowa stora nieboskłonu" to coś, co wymyka się mojej wyobraźni.
Pamiętajcie, że jesteśmy w przyszłości, w postapokaliptycznym świecie. Niebo może wyczyniać różne sztuki, włącznie z ciapkami.
Oraz płynnie mutować z onyksu w jaspis.

Jackie uśmiechnęła się lekko, niepewnie, jak wtedy, gdy, będąc małą dziewczynką, po raz pierwszy ujrzała niebo.
Rodzice chcieli jej oszczędzić tego szoku do czasu, aż dziecko trochę podrośnie. Inaczej trauma gwarantowana.
Potem ich spytała, czemu właściwie chowają się po bunkrach i stalowych molochach. Nie zrozumiała, gdy odpowiedzieli “bo to jest, córeczko, nasza ojczyzna”.
Ciekawe jak długo musieli ją przekonywać, że to wielkie niezmierzone coś w ciapki nie spadnie im na głowy.
Jak na głowę zleci kawałek jaspisu, onyksu, czy z czego jest to niebo, to może zaszkodzić.

Po trochu wtulona w ojcowskie ramię, nieśmiało spoglądała na granit odległej kurtyny.
Boru, co ona z tymi kurtynami, storami i wertikalami?
Przeczytała tłumaczenie "Love story" jako "Miłosne zasłony" i tak jej zostało.
Ja się boję, że jest gorzej, że trafiła na “Neverending story”.
Bo gdyby trafiła na “Sex story” to nie czytalibyśmy tych głupot.

Miliony diamentowych twarzyczek lśniło [LŚNIŁY! LŚNIŁY!!! *z rozmachem trzepie poetessę w ucho po raz trzeci* Dzidu, może nakręcimy “Lśnienie 2” z Tobą zamiast Nicholsona? ;) Tam bohater nie ograniczał się do walenia po uszach!] pośród czerni niebiańskiego wertikalu.
Granitowy jaspis wertykalnej story...
[muszę coś se chlapnąć, bo mózg ma opory!]
Dlaczego mam wrażenie, że ktoś tu lansuje wizję nieba jako takiej gigantycznej rolety w słoneczka Polsatu, opuszczanej na świat po zachodzie słońca?
Weeeź! To ma sparklące twarzyczki! To żyje!!!
"Na Wojtusia z wertikalu
iskiereczka mruga..."
Ależ to doskonały pomysł, zastanawiałam się właśnie, jakie sobie żaluzje kupić.
Tylko mi nie mówcie, że te sparklące twarzyczki to rozmnożony magicznie Edward Cullen, bo więcej nocą w niebo nie spojrzę...

Tam, kochanie, są wszyscy ci, którzy opuścili nasz świat. Jeżeli kiedykolwiek poczujesz się samotna, śmiało spoglądaj na niebo. Ktoś na pewno czeka, patrząc właśnie na ciebie.
Ta, kurna, Mufasa.
Radziłabym raczej patrzeć pod nogi. Szukając przyjaciół w gwiazdach możemy przeoczyć dziurę w chodniku i co wtedy.
Wtedy JEBS!
Krótsza droga do przyjaciół.

Wstała, osłaniając okno syntetyczną przegrodą.
Dzięki temu nie widziała, że nieorganiczna płaszczyzna bez uporządkowania dalekiego zasięgu pokryła się pyłem z tlenku krzemu i potrzebuje nasyconego roztworu dążeń do czystości.
Skończyły się synonimy na zasłonki, hihihi
Zawsze można powiedzieć jeszcze: ta szmata we wzorki, co ją wieszam, żeby mi tatałajstwo przez okno do chałupy nie właziło.
Są jeszcze zazdrostki, żaluzje albo gardiny. W ostateczności - okiennice.
Firanek też jeszcze nie było w tym opku.

Po omacku dotarła do łóżka, ustawionego na przeciw wąskich, szklanych drzwi.
Ciekawy pomysł. Rozumiem, że takie ustawienie łózka i wybór SZKLANYCH drzwi to z myślą o stalkerach i fapowiczach-podglądaczach. Troska o bliźniego się chwali...

Mglisty snop księżycowej poświaty znaczył matową fakturę podłogi. Wysunęła termiczny koc, starannie okrywając każdy fragment szarej koszuli. Jej samej było ciepło, ale flanelka była cienka i marzła, biedactwo.
Dobranoc.

-Jesteś pewien?
Walter skinął głową, ignorując złośliwy uśmieszek zdobiący wargi przyjaciela. Mike wzruszył ramionami, rozkruszając kolejne ziarenka wieczornej dawki protein. Jadeit blatu znaczył zawiły labirynt rdzawego ornamentu. Milcząc, nakreślał kolejne linie karnelianowego pyłu.
...ten blat nakreślał. Tym jadeitem. Tak?
Ale dzięki Boru robił to milcząc.
Wrzuciłam w googla "karnelianowy" i googiel pierwszy raz w mym życiu zwrócił mi JEDEN wynik. *googluje dalej* Aaa, chodzi o ciemnoczerwony.
Pytanie, czemu blat chce mieć czerwony labirynt. Swoją drogą to brzmi, jakby tworzył mandalę...
Ojej, może robi doświadczenia ze szczurami i jest mu to potrzebne?

-Sharon spodziewa się dziecka. W ten sposób jedyną wolną jednostką pozostaje Jackie. Nieśmiertelni niebawem spostrzegą nieocenioną okazję i także ona...
Czyli wychodzi na to, że ci Nieśmiertelni (niech to nie będą wampiry, plz!) żądają ofiary z dziewic, ew. z niedzieciatych. Brak słów by określić, jakie to słabe.
Dlaczego to zawsze musi być kobieta?!
Bo jest słabsza i zachodzi w ciążę.
Bo ma cycki? Cycki prawie zawsze są dobrym uzasadnieniem...

- Walter umilkł, przygładzając pasma ciemnych włosów. Po chwili podjął przerwany wątek:- Należy jak najszybciej podjąć decyzję.
-Zabrzmiałeś wyjątkowo dramatycznie.- Mike zaprzestał bezowocnego procederu, umieszczając syntetyczne pudełko w głębi pustej szuflady.
Co oni mają z tym wciskaniem plastikowych pudełek do szuflad? Najpierw Ellen, teraz ten.
Kolekcjonują?

Walter przewróciła błękitnymi oczyma,
Ależ aŁtorko, bądź konsekwentna! Turkusowymi! Lapis lazulowymi! Topazowymi!
A szafiru nie dali?
Nie rozumiecie. On błękitnymi przewrócił - zaś turkusowe i topazowe miał pewnie od spozierania ponuro lub dramatycznie.
On błękitnymi przewróciŁA, lazurowymi pewnie przewracaŁ.
A topazowymi przewalał(a)!

z trudem dławiąc narastające zniecierpliwienie.- Znasz moje zdanie. Jeżeli Jackie opuści Osadę, zginie. Od Tucson dzieli nas przeszło pięćdziesiąt mil pustyni. Brak wody, pożywienia, przymus podróżowania w ciągu dnia...- uśmiechnął się lekko.- Posyłasz ją na pewną śmierć.
Mission impossible dla damy w poważnym stanie, raz. Na wynos. Sama zapakuję w przypadkowo dobrane słowa i chybione przenośnie.

Walter usiadł na przeciw przyjaciela, zaciskając palce na skraju szarej koszuli. Śmierć. Jedno krótkie słowo. Blada sygnatura strachu.
Siu... siu... siu... Siuprajz!!!
Nie stygmat? W głowie mi się zakręciło od zmiany metafory.
Cieszmy się, że nie chodziło o storę.
Zauważcie, że koszule są konsekwentnie szare. A nie na przykład agalmatolitowe.

Mężczyzna oparł łokieć o blat stołu, pobladły policzek wspierając o dłoń. Na poły zirytowany, na poły znużony, wpatrywał się w obsydian niebiańskiego atłasu.
Starannie oplatając się kamiennym jedwabiem.
Niebiański atłas miał obsydian. To obsydian atłasu. Atłas jest niebiański.
“Obsydian atłasu” brzmi jak nazwa jakiegoś związku chemicznego. Jak winian potasu, na przykład.
Atlas jest zniewolony. Tłum zniesmaczonych widzów wychodzi z kina.
A może to jest jakiś kalambur...?

Samotna gwiazda rozjaśniła czerń firmamentu, pustymi oczyma śledząc ziemskie dramaty.
Gdybym powiedziała lekarzowi, że widuję na czarnych firmamentach samotne gwiazdy z pustymi oczami, prawdopodobnie zmieniłby mi funny pills.
W porównaniu z tym wszystkim koncepcja, że księżyc jest z sera, wydaje się niemalże logiczna i prawdopodobna.

Niewielki fragment krain zapomnienia. Kilka chwil wydartych z księgi życia, pustych stronic, zagubionych w labiryncie rzeczywistości. Pośród fantazmatów urojonej arkadii (i wyszło ci, kochanie, masło maślane) jawił się malachit jej oczu – lśniąca zieleń, ozdobiona złocistym charyzmatem.
Teraz mamy Oczy z Charyzmatem, w pakiecie do Woreczka.
I na dodatek Oczy Jawiące Się Pośród Urojeń.
Majaki krążą nad Europą, oczy jawią się wśród urojeń, a nad Pałacem Kultury szybuje moja odeśmiana dupa.
Sylwestrowo plująca fajerwerkami.

Wąskie wargi naznaczył gorzki półuśmiech.
-Walter...- Mike przybrał łagodny, dydaktyczny ton.- Istnieje granica, której nie sposób przekroczyć. Cienka linia rozdzielająca ludzkie uczucia i zwierzęce instynkty.
Nie żeby to nie było prawie to samo, prawda?
Jej pewnie chodzi o coś w rodzaju doktora Jekylla i pana Hyde’a. Nie żeby w tym kontekście nabierało to sensu...

Jesteś gotów poświęcić życie Jackie? Zdajesz sobie sprawę, że ona ci nie odmówi. Jest gotowa na wszystko, by sprostać twoim oczekiwaniom.
Niewinne, karminowe wargi... Słodki uśmiech, zagubiony pośród aksamitu nieomal białej skóry.
Raz na brodzie, raz za uchem...
Jak u Picassa.
Tak blada skóra może być objawem zarówno niedokrwistości, jak i nowotworu, białaczki, albinizmu oraz gruźlicy... Może być to także znak, że panna zmarła około 15-20 minut temu. Zważywszy na zupełnie nieuzasadnione niczym przemieszczenie ust, rozważałabym tę ostatnią opcję...

-Każda wojna wymaga ofiar. (kropeczka ci się zaplątała, a ti ti ti) - odparł cicho.- Staliśmy się zwierzętami, Mike. Hodowanymi na potrzeby ucywilizowanej federacji drapieżników. Starannie pielęgnowanym rudymentem dawnych dni. I jak na zwierzęta przystało, wszelakimi sposobami dążymy ku wolności.
Nono. Każdy członek stada ci to powie, każdy element ławicy, każdy fragment watahy. Każda krowa w oborze. Nie masz, pani, jak wolność!

Nie odpowiedział. Milcząc, wpatrywał się w pustynny krajobraz. Niebo, ozdobione milionem roziskrzonych punkcików, ginęło pośród skalistych grani wzgórz.
To musiały być wyjebiście wielkie góry, skoro przysłoniły niebo.
Niebo w rolkę zwinęło się wieczorem, jak asfalt w Wąchocku.

Bezkres czerni górującej nad kamienną areną złota. Nie lubił pustyni, tej nieustającej posuchy, martwoty i obojętności. Monotonia scenerii skłaniała ku absurdalnym refleksjom, alogicznej liryce spirytualisty.
Mój drogi, nie zwalaj na scenerię, bełkoczesz zupełnie sam z siebie. ;)

-Każda wojna wymaga ofiar...
09. 07. 2009

Słowo Boże na dzień dwudziestego drugiego lipca
Bierut dostałby wylewu!


– moi drodzy parafianie (zdaje się, że mówię do jednej osoby...) chciałabym wyjaśnić, iż daty umieszczone na początku i końcu każdego rozdziału to nic innego jak data wyjściowa i końcowa tworzenia jednej części.
I stworzyła aŁtoreczka notkę w 7 dni i nie widziała, jak bardzo była ona zła...

Prolog napisałam zdaje się szesnastego lipca, zaś pierwszy rozdział – drugiego.
Co pozwoliło jej cofnąć się w czasie. Jeśli planuje dłuższy utwór, zamieni się w kwilące niemowlę,

Na chwilę obecną posiadam cztery rozdziały i piąty w trakcie produkcji.
"Na chwilę obecną jestem posiadaczką czterech rozdziałów..." - kretyńsko brzmi, prawda? "Posiadać" nie jest zwyczajnym synonimem "mieć", stosuje się go tylko w odniesieniu do rzeczy bardzo znaczących i wartościowych.
Jak mózg?
Or tuna. Tuna is fine.
Or bow ties. Bow ties are cool.

Pierwszy miałam zamiar umieścić w piątek, ale, jak to w życiu bywa, sprawa się rypła.
Dzisiaj opuszczam granice cywilizacji, udając się na bezsłoneczne opalanie w towarzystwie przyjaciół,
Znaczy, na solarium idzie. Tylko czemu poza cywilizacją?
Solarium na Zadupiu, jako przybudówka do Szpitala na Peryferiach.
Będą się wspólnie smarować samoopalaczem. Brzmi to prawie jak orgia.

jutro mam zamiar wkroczyć w dzicz bezdroży mej szafy (Uważaj, bo do Narnii wpadniesz.), natomiast w piątek będę odsypiać nocny seans HP6 (kto o zdrowych zmysłach chodzi do kina o północy?
Rozumiem, że ałtoreczka wybiera się do solarium na zadupiu, tam się przypiecze, w szafie przeczeka najgorszy okres po oparzeniu, po czym pójdzie nocą do kina robić za straszydło wieczorową porą.
Ja tu wyczuwam sugestię, że ma Narnię w szafie.
Istna ich plaga w tym roku.

Szczególnie gdy od kina dzieli go godzina drogi?). Na dobrą sprawę pojawię się wieczorem w piątek lub podczas czwartkowej nocy, oczekując tego cholernego Pottera. Szczęść Boże.
Dziękujemy za wyczerpującą treść twych wyjaśnień. Rozumiem, że mamy wzbudzić w sobie wybuch niecodziennych uczuć w postaci ciekawości, trywialnej zazdrości, tudzież ekstatycznej radości?
Ej, no, premiera HP6. Sama byłam, bardzo fajna sprawa!
AŁtorka tłumaczy nam co i kiedy robiła, gdyż albowiem okoliczności powstawania tego opka zaiste muszą być wyjątkowe. Przed napisaniem pierwszego odcinka była na solarium? Łaaaaaaał, to dlatego jest on taki... pustynny! Pewnie się przypiekła deczko.


Z nieustającej posuchy, diagonalnej martwoty i eremickiej obojętności plateau pustyni w Arizonie, pozdrawiają:
Kura o granitowych oczach,
Szprota chłonąca cyborgiczne białko,  
Jasza pośród czerni niebiańskiego wertikalu,
Purpurat zamknięty w indyferentnej enklawie słów,
Dzidka z pogardą kłaniająca ametyst witrażem,
Gabs wpatrzona w szkarłat wiekuistych źrenic,
Mikan znacząca opko charyzmatem dłoni,
Pigmejka siedząca na szczycie przysadzistego wzgórza
Kalevatar kładąca drapieżniki do łóżek
oraz
Kasitza rozkruszająca kolejne ziarenka wieczornej dawki protein.

Maskotek natomiast starannie grabi charyzmę na pryzmę.

21 komentarzy:

Sineira pisze...

Napisałam piękny komentarz, ale mi go zeżarło, więc krótko: podziwiam Waszą wytrwałość przy analizowaniu tego geologiczno - tekstylnego bełkotu.

Winky pisze...

Obosz, Obosz. Te wypociny przypominają mi nieustanny bełkot i ,,wiersze" mojego byłego. Jakbyście chcieli zanalizować, to służę, muehehe. Kocham wasze anale. <3

Nolofinwë pisze...

Cóż za niesamowity w swej bełkotliwości bełkot, przez myśl mi nie przeszło, że coś takiego można stworzyć. Czuję, że wiekuisty szkarłat jadeitowego granitu na atłasie szmaragdowego firmamentu zaczyna mi się udzielać. Muszę natychmiast przeczytać coś normalnego, inaczej musk chómanisty mi się usmaży.
Pozdrawiam i podziwiam

Anonimowy pisze...

Już kiedyś było podobne opko, równie bełkotliwe. Tam panna poważnie przedawkowała słownik synonimów, a ta tutaj najwyraźniej postawiła ją sobie za wzór. Masakra :/ Natomiast analiza bardzo zacna :)
Jak ja płakałam, jak nic się nie pojawiło w zeszłym tygodniu! Z moich akwamarynowych ocząt wypłynęło tyle samotnych, kryształowych łez, że hurtownię otwieram.Pozdrawiam serdecznie, życząc pomyślności i weny w nowym roku :)

AA aka Merkav pisze...

- Palisz?
- Nie.
- Pijesz?
- Nie.
- To może... blogaski?!

Zbiliście mnie!!!

(btw. muszę przyznać, że blogaski pseudoprzeintelektualizowane są gorsze od tych naiwnych i głupiutkich)

Anonimowy pisze...

Opierając się na Andrusie wychodzi na to że to pisał doktor.
"A kiedy zrobił habilitację, doszedł do wniosku, że teraz już nie wypada, żeby jego pies wabił się po prostu `Igor'. Nazwał go `Interlokutor'. Na spacerach woła teraz: `Interlokutor! Do mojej dolnej kończyny!' Żeby Państwo widzieli, jak bardzo zdziwiony wyraz pyska może mieć pies, który czochrany przez pana wychodzącego do pracy słyszy: `No Interlokutor, okaż serwilizm i wysłuchaj admonicji: jeśli będziesz argusem parafernaliów podczas mojej nieobecności powodowanej uczestnictwem w przewodzie sądowym przeciwko pewnemu segregacjoniście, może to implikować wyjście na hesperyjski spacer'."

Anonimowy pisze...

jeden Walter bez roweru wszystkich nie obskoczy...
Dobre!!
A słusznie ludzie mówią,ze solarium takie szkodliwe...

Ametysty,jadeity -ojciec geolog?

Chomik się cieszy z Waszego powrotu

Anonimowy pisze...

Doszedłem do wniosku, że ten tfór trzeba dozować. Po 1/5 tekstu robie pauzę. Nie dziwi mnie, że trzeba było czekać aż dwa tygodnie (bo tak samo jak Ziemia jest płaska, tak samo Wasz odpoczynek to ściema), ale podziwiam że za jednym zamachem zrobiliście analizę w takiej ilości. Mi sie mózg zlasował...

Pozdrawia Tezet74 i w ramach wskrzeszenia starej świeckiej tradycji dowcip:

Stirlitz przyszedł do lokalu, w którym miał przebywac łącznik. Zastukał w drzwi umówione 175 razy. Nikt nie otworzył. Stirlitz wyszedł na zewnątrz i spojrzał w górę: no tak, w oknie ujrzał 32 żelazka, znak wsypy!

Anonimowy pisze...

Ja oglądałam "Czarodziejkę", ja pamiętam! Ja!

Nie wiem, czy dam radę przebrnąć przez drugą część, dawno nie było takiego koszmarka. Na trzeźwo na pewno nie idzie.

Ag

Anonimowy pisze...

"Trzeba to było powiedzieć aliantom w '44, może teraz pisalibyśmy po niemiecku."

Nie no - my to raczej po rosyjsku. I nikt by się nie oburzał na portret Stalina nad łóżkiem :P

Anonimowy pisze...

Hasło:prehoo. Oj, nie będę się wyrażać...

A stygmatu nie można na czole mieć? Czoło też twarz ;-).

Anonimowy pisze...

Jezu, to o czym w końcu było to opko?

Anonimowy pisze...

Piękne! Po prostu krystalicznie przejrzyste jak bazalt i elastyczne jak diament.
Ija Ijewna

Anonimowy pisze...

Czy to źle o mnie świadczy, jak najbardziej z całej analizy rozbawił mnie komentarz o wyrzucaniu dziecka przez okno? A rozbawił mnie on dlatego, że podobne zdanie usłyszałam od dziewczyny, której udzielam korepetycji (chociaż ona mówiła to w matematycznym kontekście).
Pamiętam czasy, gdy w podobnym stylu pisałam w pamiętniku. Tak... moje wypociny z okresu, gdy byłam trzynastolatką. *ociera łzy wzruszenia* Ach, wspomnienia...
Teraz niestety ten styl jest dla mnie nie do przełknięcia. Nie wiem czy zmądrzałam, czy zgłupiałam, zresztą nieważne.
Analizę czytałam na raty, bo nie dawałam rady temu bełkotowi. I to pomimo naprawdę zabawnych i trafnych komentarzy Pań i Panów Analizatorów.
Jednym równoważnikiem zdania: Analiza tak, opowiadanie (choć z pomysłem) nie.
Silje

Caps lock pisze...

Dziwna ta aŁtoreczka. AŁtoreczka, która sama nazywa się aŁtoreczką? Analiza jak zwykle borska.

Kot Pik pisze...

Piękne :) I ogarnąłem za jednym posiedzeniem.
I chyba zmienię nicka. Od dziś proszę na mnie mówić Jadeit Blatu ;)

die_Kreatur pisze...

"Tak circa. Może to było 2999, a może 2874."
Przyjaciółka mojej Mamy zawsze powtarza, że po 40-stce lat się nie liczy.

Analiza jest tak cudna, a bełkot tak niezrozumiały, że będę ją, analizę, sobie dawkować i czytać we wszystkie Pochmurne Dni na poprawę humoru.

die_Kreatur

Anonimowy pisze...

"Plateau" to również nazwa jednego etapu powstawania impulsu w komórkach nerwowych, zaraz przed szczytem napięcia albo zaraz po. Pamiętam, że w podręczniku do fizjologii było to niejasno opisane i jak spytałam wujka Googla, to wyniki wyszukiwania mnie zaskoczyły :-)

Melomanka

Anonimowy pisze...

Koleżanka poleciła mi waszą analizatornię, jako że lubię czytać tego typu opka z dobrym komentarzem. Jestem NAKW-ą oczarowana i możecie się spodziewać nowej stałej czytelniczki :)
A co do analizy to łożesz, tylu kamieni szlachetnych w jednym opku to ja dawno nie widziałam. Nie wspominając już jak cholernie ciężko się to czyta. Od nadmiaru tych wszystich szafirów, to już mnie głowa boli. Ciekawe czy już oblazły mnie jadeitowe stygmaty czy tylko powieki zamieniły mi się na ażurowe.
Boże, dlaczego nie mam szmaragdowych oczu! Nie jestem tru. Nigdy nie zostanę bohaterką opka :( . Zapomniałabym o samotnej łzie :'( .
Słowem: straszne. Gratuluję wytrwałości, ja bym prologu nie zdzierżyła.
Pozdrawiam serdecznie
Gniada
hasło: visici.. Czyżby sugestia aby powiesić ałtoreczkę?

Anonimowy pisze...

Jestem za mało inteligentna by to czytać. Moje czytanie wyglądało tak:
-fragment: czytam i nie rozumiem nic poza niektórymi słowami,
-wasze komentarze: rozumiem prawie wszystko, ale okazuje się, że nie mam pojęcia do czego się odnosi.

Wybaczcie, wymiękłam.

Malaga pisze...

" (...)kto oglądał Czarodziejkę z Księżyca i pamięta Tych Złych: Jadeite, Nefrite, Kunzite i Zoizite?"

Kuro, jedna z komentujących osób już się przyznała do pamiętania tych panów, mnie również nie są oni obcy :)

BTW. TV4 emituje obecnie 1. serię Czarodziejki (teraz już końcowe odcinki), więc po latach można znów zobaczyć całe towarzystwo w akcji.