czwartek, 13 września 2018

358. Całe zdanie porywacza, czyli to jest Grey na miarę naszych możliwości (365 dni, cz. 1/?)

Drodzy czytelnicy!
Wracamy do Was po wakacjach z najgorętszym bestsellerem tego lata; książką, która zrobiła furorę nie tylko na półkach w Empiku, ale i na aszdzienniku, czyli z “365 dniami” Blanki Lipińskiej, “polską odpowiedzią na Greya”.
Czego my tu nie mamy! Zabójczo przystojny i obłędnie bogaty mafiozo, Polka, która okazuje się jego wyśnioną (dosłownie!) damą serca, luksus, pieniądze, władza i ostre seksy… Ale zaraz, miało być o tym, czego nie mamy. Otóż akcji nie mamy.
Serio. Każde dzieuo erotyczne, pretendujące do miana “polskiego Greya”, jakie do tej pory analizowaliśmy, tj. i “Mistrz”, i “Wszystkie odcienie czerni” jakąś tam akcję miało. Kulawą, bo kulawą, pełną nieprawdopodobieństw – owszem, ale jakąś. Tu – nic, zero, null. Typowych dla opka opisów “ubrałam się w to i tamto i wyglądałam tak i tak” jest tu więcej niż czegokolwiek innego.
No dobra, bądźmy uczciwi, czytelnicy sięgają po taką książkę nie dla akcji, ale dla seksów. Tego książka faktycznie dostarcza nam w obfitości. Czy faktycznie są tak pikantne i wyuzdane, jak zapewnia nas autorka? Ano, sprawdźmy…
Indżojcie!

Analizę dedykujemy Melomance z okazji jej doktoratu. Gratulacje! 


Bianka Lipińska: 365 dni
wyd. Edipresse Polska SA, 2018


Analizuja: Kura, Vaherem, Kazik i Babatunde Wolaka


ROZDZIAŁ 1
– Massimo, czy ty wiesz, co to oznacza?
Obróciłem  głowę w stronę  okna, patrząc na  bezchmurne niebo, a później  przeniosłem
wzrok na mojego rozmówcę.
– Przejmę tę spółkę, czy to się rodzinie Manente podoba, czy nie.
Niezły początek. Dialog od razu wprowadza czytelnika w środek gangsterskiego konfliktu, bez nudnych i zbędnych opisów, ale… czy wam się to podoba, czy nie, to pierwszy i ostatni raz gdy rodzina Manente jest wspomniana w książce.
I bardzo słusznie, bo rzecz się dzieje na Sycylii, a tam praktycznie nie ma żadnych Manente. Większość ludzi o tym nazwisku zamieszkuje region Veneto na przeciwległym końcu Italii.
Generalnie - nie spodziewajmy się po tej książce opisów mafijnych porachunków, szemranych biznesów, czy innych tajemnic gangsterskiego półświatka. Po pierwszych kilku stronach narracja przechodzi na punkt widzenia bohaterki, a tę bardziej zajmuje interes Massima niż jego interesy.


Wstałem, a Mario i Domenico niespiesznie podnieśli się  z krzeseł i ustawili się za mną. To było miłe spotkanie,  ale zdecydowanie zbyt długie.
Ot, taki przyjemny mafijny obiadek w gronie samych najbliższych i zaufanych.


(...)
– Do domu – warknąłem pod nosem i zacząłem przeglądać wiadomości w telefonie. Większość  dotyczyła interesów, ale wśród nich znalazłem także SMS od Anny: „Jestem mokra, potrzebuję  kary”.
Zsikałaś się w majtki? Szlaban na słodycze na tydzień!


Mój penis poruszył  się w spod­niach, a ja z westchnieniem poprawiłem go i mocno ścisnąłem. Aż zapiszczał. O tak, moja dziewczyna dobrze wyczuwała mój nastrój. Wiedziała,  że to spotkanie nie będzie miłe i nie przyniesie mi spokoju. Wiedziała też, co mnie relaksuje.
To w końcu było miłe, czy nie?


„Bądź gotowa na dwudziestą”, odpisałem krótko i wygodnie się rozsiadłem, patrząc, jak świat za oknem samochodu znika kiedy wchodzimy w nadprzestrzeń. Zamknąłem oczy.
I znowu ona. Mój kutas w sekundę  zrobił się twardy jak stal [Kruppa!]. Boże, zwariuję, jeśli jej nie znajdę. Od wypadku minęło już  pięć lat; pięć długich lat od – jak to powiedział lekarz: cudu  – śmierci i zmartwychwstania, podczas których śni mi się kobieta,  której nie widziałem w prawdziwym życiu. Poznałem ją w swoich wizjach,  kiedy byłem w śpiączce. Zapach jej włosów, delikatność skóry – niemal czułem, jak ją  dotykam. Za każdym razem, kiedy kochałem się z Anną czy jakąkolwiek inną kobietą, kochałem się  z nią. Nazywałem ją Panią. Była moim przekleństwem, obłędem i podobno wybawieniem.
Tak. Kilka lat wcześniej Massimo leżąc w śpiączce miał wizję tajemniczej kobiety; od tej pory ma na jej punkcie obsesję, jego mieszkanie jest pełne jej portretów pamięciowych i jak widzimy, jej wizja nakłada się na wszystkie jego realne związki. W dodatku jeśli istotnie na każdą myśl o Pani Massimo doznaje wzwodu, to jego życie musi być pełne krępujących sytuacji.
Jak dla mnie, to kwalifikowałoby się już do leczenia, ale przecież Taki Męski Mężczyzna nie pójdzie do psychiatry…


Samochód  zatrzymał się.  Wziąłem do ręki  marynarkę i wysiadłem.  Na płycie lotniska czekali  już Domenico, Mario i chłopaki,  których ze sobą zabrałem. Może przesadziłem, ale czasami pokaz siły jest potrzebny, by zmylić przeciwnika.
Żeby nie wyczuł, że tak naprawdę jestem słaby jak niemowlę, a ta obstawa to moi jedyni ludzie.


Przywitałem się  z pilotem i usiadłem na miękkim fotelu, a stewardesa podała mi whisky z jedną  kostką lodu. Zerknąłem na nią; wiedziała, co lubię. Patrzyłem pustym wzrokiem, a ona czerwieniła  się i uśmiechała zalotnie. A czemu nie?, pomyślałem i energicznie podniosłem się z miejsca.
Z faktu, że zna jego upodobanie co do ilości lodu w szklance whisky wynika jedyny logiczny wniosek, że ma też ochotę na seks z nim.


Chwyciłem  zaskoczoną kobietę  za rękę i pociąg­nąłem  ją w stronę prywatnej części odrzutowca.
– Startujcie! – krzyknąłem do pilota i zamknąłem drzwi, znikając za nimi z dziewczyną.
Kiedy  znaleźliśmy  się w pomieszczeniu,  złapałem ją za szyję  i zdecydowanym ruchem obróciłem, przypierając do  ściany. Patrzyłem jej w oczy, była przerażona. Zbliżyłem usta do jej  ust i chwyciłem dolną wargę, a ona jęknęła. Jej ręce swobodnie  zwisały wzdłuż ciała, a wzrok utkwiła w moich oczach. Złapałem ją za włosy, by jeszcze mocniej odchyliła głowę, zamknęła powieki  i kolejny raz wydała z siebie jęk. Była śliczna, taka dziewczęca, cały mój personel musiał taki być, lubiłem wszystko, co ładne.
Te chłopaki z obstawy też?
Zwłaszcza oni.


– Klękaj – warknąłem, pociągając ją w dół.
Bez  wahania  wykonała polecenie.  Zamruczałem, chwaląc ją  za odpowiedni rodzaj uległości, bo gdyby była nieodpowiednio uległa, to w ryj, i kciukiem przejechałem po ustach, które posłusznie rozchyliła. Nigdy nie miałem z nią nic wspólnego, a mimo to dziewczyna dobrze wiedziała, co ma robić.
Pewnie inne ją ostrzegły.


Oparłem jej głowę o ścianę i zacząłem  rozpinać rozporek. Stewardesa głośno  przełknęła ślinę, a jej wielkie oczy cały  czas były we mnie wpatrzone.
–  Zamknij  – powiedziałem  spokojnie, przejeżdżając  kciukiem po jej powiekach.  – Otworzysz dopiero, kiedy ci pozwolę.
Mój  kutas  wyskoczył  ze spodni,  twardy i niemal  boleśnie napompowany.
Mamy wizualizacje:


Scenkę wycinamy, nie chcemy, żebyście już na samym początku ganiali swojego pawia, zostawimy tylko parę zdań na temat tego, co lubi Massimo:


(...) O tak,  lubiłem, kiedy z przerażeniem  otwierały oczy, jakby naprawdę  sądziły, że zamierzam je udusić. (...)
Jej  paznokcie  wbiły się w moje  nogi, najpierw pró­bowała  mnie odsunąć, a później okaleczyć,  drapiąc.  Lubiłem  to, lubiłem,  kiedy walczyły,  kiedy były bezradne  wobec mojej siły.


(...)


Stat:
Opis mafijnego spotkania: 9 zdań (ok. 73 słowa)
Opis samochodowego sextingu i gwałtu w samolocie: 65 zdań (ok. 652 słowa)


Dodatkowo: w scence wyraźnie widzimy, że dziewczyna jest przerażona, płacze, drży, opiera się i próbuje walczyć. Massimo jest brutalny, patrzy na nią z gniewem, odzywa się warknięciami, przydusza ją i szarpie za włosy. A mimo to ałtorka ma czelność twierdzić, że to nie był gwałt, tylko “dominacja w seksie”, oraz wyjaśnia: “między wierszami ukryłam sugestie, że kobieta tego chce. Prowokuje go, żeby zachował się tak, a nie inaczej”.


I wszystko to co robi Massimo jest cacy, bo Massimo jest przystojny i bogaty. Wróć, wystarczy samo to, że jest przystojny. Jestem ciekaw, czy autorka i fanki byłyby tak samo entuzjastycznie nastawione do tego bohatera, gdyby wyglądał tak jak Tony Soprano:


Ta, bohater nie byłby już taki fajny, gdyby zamiast robiącej mu loda dziewczyny, widział jedynie swój włochaty, piwny bebzol, co?
Znaczy – nie żeby Tony Soprano nie mógł być atrakcyjny, ale jakoś mam wrażenie, że i autorka, i jej bohaterka znacznie łatwiej potrafiłyby rozpoznać i nazwać przemoc seksualną, gdyby dokonywał jej ktoś o nie tak pięknie wyrzeźbionym ciele i nie tak imponującym koncie bankowym jak Massimo.


– Dziękuję. – Podałem jej rękę, O ŻESZ TY ROMANTYCZNY DŻENTELMENIE  a ona na lekko trzęsących się nogach stanęła koło mnie. – Tam jest  łazienka. – Wskazałem dłonią kierunek, mi­mo że to ona znała ten samolot jak własną kieszeń.
Jakby ktoś potrzebował definicji mansplainingu, Massimo chętnie wytłumaczy.


Kiwnęła głową i poszła w stronę drzwi.
Wróciłem do swoich towarzyszy i na powrót usiadłem w fotelu. Upiłem  łyk doskonałego trunku, który już nieco stracił odpowiednią temperaturę.  Mario odłożył gazetę i popatrzył na mnie.
– Za czasów twojego ojca oni by nas wszystkich zastrzelili.
Westchnąłem, przewracając oczami, i z iry­tacją stuknąłem szkłem o blat.
–  Za czasów  mojego ojca  handlowalibyśmy  nielegalnie alkoholem [bo za czasów jego ojca w Europie trwała prohibicja]  i narkotykami,  a nie prowadzili  największe spółki  w Europie.
Rozwala mnie, że potężny don w rozmowie ze swoim consigliere musi doprecyzować, że ten alkohol i narkotyki były nielegalne. Poza tym consigliere jest od niego sporo starszy i na pewno dobrze pamięta czasy poprzedniego bossa.


–  Oparłem  się o fotel  i wbiłem gniewny  wzrok w mojego consigliere.  – Jestem głową rodziny Toriccellich [nie mylić z dużo bardziej znaną rodziną Torricellich, której jeden z członków dokonywał podbojów raczej na polu fizyki] i to  nie jest  przypadek, tylko przemyślana  decyzja mojego ojca. Niemal od  dziecka byłem przygotowywany do tego,  by rodzina weszła w nową erę, gdy obejmę  władzę – westchnąłem i rozluźniłem się nieco,  kiedy stewardesa niemal niepostrzeżenie przemknęła koło nas. –  Mario, wiem, że lubiłeś się strzelać. – Starszy mężczyzna, którym był mój doradca, uśmiechnął się lekko.
Przepraszam, ale każdego włocha o imieniu Mario wyobrażam sobie tak:


–  Niebawem  postrzelamy.  – Popatrzyłem  na niego poważnie.  – Domenico – teraz zwróciłem się  do brata, który zerknął na mnie. – Niech twoi ludzie zaczną  już szukać tej kurwy Alfreda.
I teraz się zastanawiam, czy chodzi o jakąś dziewczynę Alfreda, czy to po prostu Alfred jest tak ładnie nazwany.


– Wróciłem wzrokiem do Maria. – Chcesz strzelanki? No ta cię raczej nie ominie.
Upiłem kolejny łyk.
Słońce  nad Sycylią  zachodziło, gdy  wreszcie wylądowaliśmy  na lotnisku w Katanii. Włożyłem  marynarkę i ruszyliśmy w stronę wyjścia  z terminalu. Wyciągnąłem ciemne okulary i poczułem  uderzenie gorącego powietrza. Zerknąłem na Etnę –  dzisiaj widać ją było w całej okazałości. Turyściaki mają radochę, pomyślałem i wszedłem do klimatyzowanego budynku.
W gronie tych turyściaków musi być i autorka. Wnioskuję to po tym, że Etna jest jedynym elementem włoskiego krajobrazu, któremu poświęca się w tej książce jakiekolwiek wzmianki.
Może dlatego, że z Etną da się porównać honor mafioza.


–  Ludzie z Aruby chcą  się spotkać w sprawie, o której rozmawialiśmy wcześniej –  zaczął
Domenico, idąc obok mnie. – Musimy zająć się też klubami w Palermo.
Słuchałem go uważnie, układając w głowie spis spraw, które muszę jeszcze dziś załatwić. Nagle,  mimo że miałem otwarte oczy, zrobiło się ciemno.
Ha, zapomniał o tym, że założył ciemne okulary. Demencja atakuje w coraz młodszym wieku...
I wtedy  ją zobaczyłem.  Mrugnąłem nerwowo kilka razy; wcześniej widywałem moją  Panią tylko wtedy, kiedy to ja tego chciałem. Otworzyłem  szeroko oczy i zniknęła. Czyżby mój stan się pogorszył,  a halucynacje nasiliły?
Czyli Massimo miewa halucynacje, jego stan “pogorszył się”, ale dotąd widywał panią tylko wtedy kiedy sam tego chciał? Hmm.
Massimo nienawidzi nieposłuszeństwa; nawet halucynacje grzecznie robią, co każe!


(...)
Moje  serce na  sekundę zamarło.  Dziewczyna patrzyła  wprost na mnie, nie  widząc nic
przez  niemal czarną  szybę. Jej oczy,  nos, usta, cała ona  – była dokładnie taka,  jak ją sobie wymyśliłem.
Nie wymyśliłeś, tylko zobaczyłeś w wizji.


Chwyciłem za klamkę, ale brat mnie powstrzymał. Potężny  łysy mężczyzna wołał moją Panią, a ona poszła w jego stronę.
– Nie teraz, Massimo.
Siedziałem jak sparaliżowany. Była tu, żyła, istniała. Mogłem ją mieć, dotknąć jej, zabrać
i już na zawsze być z nią.
– Co ty robisz, do cholery?! – wrzasnąłem.
– Jest z ludźmi, nie wiemy kto to.
Hah. Sorry, ale na swoim terenie sycylijska mafia by się nie cackała.
Żałuję, że jednak Massimo nie pobiegł teraz-zaraz łapać Laurę. Już widzę ten podryw na szybko: “Hej, mała, nie bolą cię nogi? Od tego leżenia całą noc z rozpórką do nóg w moim wyimaginowanym pokoju BDSM?”    


(...)
–  Masz  godzinę  – warknąłem,  gapiąc się bezmyślnie  na siedzenie przed sobą.  – Masz jebane sześćdziesiąt minut, by powiedzieć mi kto to. Teraz już tylko pięćdziesiąt dziewięć!
Zaparkowaliśmy na podjeździe, a gdy wysiedliśmy z samochodu, podeszli do nas ludzie Domenica,  wręczając mu kopertę. Podał ją mi, a ja bez słowa poszedłem w stronę biblioteki.
Chciałem być sam, by móc uwierzyć, że to wszystko prawda.
Usiadłem  za biurkiem  i lekko drżącymi  rękami oderwałem górną  część koperty, wysypując jej zawartość na blat.
–  Ja pierdolę!  – Złapałem się  za głowę, gdy zdjęcia  – już nie obrazy malowane  przez artystów, ale fotografie ukazały twarz mojej Pani. Miała imię, nazwisko, numer buta, kuzyna w Kanadzie, siedemdziesiąt trzy grosze w kieszeni, przeszłość  i przyszłość, której nawet się  nie spodziewała. Usłyszałem pukanie do drzwi.  – Nie teraz! – krzyknąłem, nie odrywając wzroku  od zdjęć i notatek. – Laura Biel – wszeptałem,  dotykając jej twarzy na kredowym papierze.
Zdjęcia na kredowym papierze. Bogacze to już nic normalnie zrobić nie mogą, bo co by plebs pomyślał.


(...)
– Porwę ją – zdecydowałem bez wahania.
– Wyślij ludzi do mieszkania tego… – zawiesiłem się, szukając imienia jej chłopaka w notatkach – Martina. Niech dowiedzą się, kim on jest.
A to nie mają już całego jego dossier, ze wszystkimi szczegółami, włącznie z chorobami, jakie przebył w dzieciństwie i upodobaniami kulinarnymi? Jestem rozczarowana.
To smutne jak bardzo w ostatnich latach podupadła sycylijska mafia. Sic transit gloria mundi.


(...)
–  Tu jestem.  – Uśmiechnięta  Anna szła w naszym  kierunku. Jej długie  nogi w niebotycznie wysokich szpilkach sięgały nieba.


Kurwa, przekląłem w myślach. Zupełnie o niej zapomniałem.
–  To ja was zostawię.  – Domenico z głupim uśmiechem podniósł  się i poszedł w stronę
wyjścia. – Zajmę się tym, o czym mówiliśmy, a jutro to załatwimy do końca – dodał.
Blondynka  podeszła do  mnie. Nogą delikatnie  rozdzieliła moje kolana.  Pachniała jak
zwykle obłędnie, połączeniem seksu i władzy.
Czego to półświatek artystycznych unisex perfum nie wymyśli.
Wkrótce wprowadzą perfumy o zapachu późnego kapitalizmu.


Podwinęła skąpą  koktajlową sukienkę  z czarnego jedwabiu i usiadła na mnie okrakiem, wciskając mi bez ostrzeżenia język do ust.
–  Uderz  mnie –  poprosiła,  gryząc moją  wargę, a cipką  ocierając się o rozporek garniturowych spodni. – Mocno!
Lizała i gryzła moje ucho, a ja patrzyłem na fotografie rozsypane na biurku.  Ściągnąłem poluzowany wcześniej krawat i wstałem, zsuwając Annę na podłogę. Obróciłem ją  i zawiązałem jej oczy. Uśmiechnęła się, oblizując dolną wargę. Wymacała ręką stół. Rozstawiła szeroko nogi i położyła się  na dębowym blacie, mocno wypinając pupę.
Trochę śmieszy mnie ta zbitka “wypinając pupę” w myślach wielkiego gangstera i seksualnego predatora Massima.


Była bez majtek.
Przyznajcie się, ilu z was przeczytało to głosem Krzysztofa Globisza.


Podszedłem do niej od tyłu i wymierzyłem jej mocnego klapsa. Głośno krzyknęła i szeroko otworzyła usta. Widok zdjęć  rozsypanych na stole i fakt, że Pani była na wyspie, sprawił, że mój kutas zrobił się twardy jak skała.
–  O tak  – warknąłem, pocierając jej wilgotną  szparkę i nie spuszczając wzroku ze zdjęć Laury.  Uniosłem ją za szyję i zgarnąłem wszystkie papiery,  które przykryła swoim ciałem, po czym znowu położyłem ją  na blacie, podnosząc jej ręce wysoko nad głowę. Ułożyłem fotografie tak, by patrzyły na mnie. Poprawiłem obraz na ścianie. Przesunąłem dywan. Położyłem na wypiętym tyłku Anny serwetę. Odwróciłem zdjęcie babci patrzącej karcąco znad kominka.


Posiąść kobietę ze zdjęć – niczego nie pragnąłem w tej chwili bardziej. Byłem  gotów dojść w każdej chwili. Zdjąłem szybko spodnie. Wsadziłem w Annę dwa palce,  a ona jęknęła, wiercąc się pode mną. Była wąska, mokra i niebywale gorąca.
Jak garnek do gotowania szparagów.


Zacząłem zataczać  dłonią koła na jej  łechtaczce, [dobrze, że dłonią, a nie np. na motocyklu,] a ona  jeszcze mocniej  chwyciła się biurka,  na którym leżała. Złapałem ją  lewą ręką za kark, a prawą uderzyłem, odczuwając niewytłumaczalną  ulgę. Kolejny raz popatrzyłem na zdjęcie i uderzyłem jeszcze mocniej.  Moja dziewczyna krzyczała, a ja biłem ją, jakby to miało sprawić, że zamieni się  w Laurę.
Może sądził, że Anna jest z plasteliny i w ten sposób ją wyrzeźbi?


Jej pośladek był  niemal fioletowy. Pochyliłem  się i zacząłem go lizać, był  gorący i pulsował.
Aa, on po prostu rozbijał kotlet! Niech go teraz usmaży.


Rozsunąłem  jej pośladki  i zacząłem jeździć językiem po jej słodkiej dziurce, a przed oczami miałem swoją Panią.
– Tak – jęknęła cicho.
Muszę  mieć Laurę, muszę  mieć ją całą, pomyślałem, wstając i nabijając Annę  na siebie.
Wygięła plecy w łuk i po chwili opadła na mokre od potu drewno.
Zastanawiam się, w jakiej pozycji to robią, bo wszystko zdaje się sugerować, że Anna leży brzuchem na blacie, pieprzona od tyłu przez Massima, i tylko to wygięcie pleców w łuk jakoś mi do tego nie pasuje.


Pieprzyłem ją  mocno, ciągle patrząc  na Laurę. Już niedługo.  Już za chwilę te czarne oczy  będą patrzyły na mnie, kiedy uklęknie przede mną.
– Ty suko! – Zagryzłem zęby, czując, jak ciało Anny sztywnieje.
Mocno i natarczywie wciskałem się  w nią, nie zwracając uwagi na to, że zalewa ją  fala orgazmu. Nie obchodziło mnie to. Taki ze mnie zimny drań. Oczy Laury sprawiały, że nie miałem dość, a jednocześnie nie mogłem już  dłużej wytrzymać. Musiałem poczuć więcej, mocniej. Wyciągnąłem kutasa z Anny i pewnym ruchem wsadziłem go w jej wąską  dupkę.
Brzmi to zupełnie tak, jakby - excusez le mot - dupka nie była częścią Anny.
Powodzenia we wsadzaniu tak z marszu, bez choćby odrobiny rozciągnięcia wcześniej.


Z jej  gardła wydobył  się dziki krzyk bólu i rozkoszy, poczułem, jak cała zaciska się wokół mnie.


Mój kutas eksplodował, a ja przed oczami miałem tylko swoją Panią.
https://thumbs.gfycat.com/SmoggyAchingBovine-max-1mb.gif
Kiedyś byłem świadkiem, jak pewien żołnierz próbował w pociągu nieporadnie poderwać dziewczynę tekstem “kutas nie granat, dupy nie rozerwie”. Cóż, mylił się.
Wygląda na to, że Massimo zasługuje na miano prawdziwego syna Etny.  


Gdy Massimo zajęty jest zszywaniem resztek swojego penisa, my przenosimy się osiem godzin wstecz do mieszkania głównej bohaterki:


8 godzin wcześniej


Dźwięk budzika dosłownie wdarł mi się do mózgu.
–  Wstawaj,  kochanie, już  dziewiąta. Za go­dzinę  musimy być na lotnisku,  żeby po południu zacząć sycylijskie wakacje. Zbieraj się!  – Martin z szerokim uśmiechem stał w progu sypialni.
Niechętnie otworzyłam oczy.
Skoro dopiero teraz otworzyła oczy, to skąd wiedziała, że szeroko uśmiechnięty Martin stoi w progu sypialni? Pewnie co ranek stoi tam jak jakaś kryptyda.


Przecież  jest śro­dek nocy, co za barbarzyński pomysł, by latać  o tej godzinie, pomyślałam.
To jest lot o barbarzyńskiej godzinie!? Ha, ha, ha. Nie.


Odkąd  kilka tygodni  temu rzuciłam pracę,  doba zupełnie straciła proporcje. Chodziłam spać  zbyt późno, budziłam się zbyt późno, a najgorsze było  to, że nic nie mu­siałam, a wszystko mogłam.
Bezrobocie otworzyło mi trzecie oko, a śmieszne reguły narzucone bezmyślnym niebieskopigułkowcom (tu żart o Viagrze) przestały obowiązywać moją boską osobę.  


Zbyt  długo tkwiłam  w bagnie hotelarstwa,  a kiedy wreszcie docze­kałam  się upragnionej posady dyrektora  sprze­daży, rzuciłam to wszystko, bo straciłam serce do pracy.
Czekała na ten moment, zacierając łapki: tylko mnie awansujcie, już ja wam pokażę faka!


(...)
Praca  w hotelu  dawała mi  satysfakcję i spełnienie,  pozwalała mojemu wybujałemu  ego
rosnąć.
A dosłownie dwa zdania temu to było “bagno hotelarstwa”; weź się, kobieto, zdecyduj.


(...)
Do sypialni wpadało jasne sierpniowe słońce. Martin nie lubił  ciemności, dlatego nawet w oknach sypialni nie było zaciemniających  rolet. Twierdził, że mrok powoduje u niego stany depresyjne, o które było  łatwiej niż o kawę w Starbucksie. Okna znajdowały się od wschodniej strony i jak na złość słońce co rano przeszkadzało mi w spaniu.
Skoro jest sierpień, to powinno ci przeszkadzać od jakichś czterech godzin.


–  Zrobiłem kakao i herbatę  z mlekiem. – Zadowolony z siebie Martin stanął  w drzwiach sypialni ze szklanką zimnego napoju  i kubkiem gorącego. – Na dworze jest jakieś sto  stopni, więc sądzę, że wybierzesz zimne – powiedział i podał mi szklankę, podnosząc kołdrę.
A gorące zrobił także, bo…?
Nie chciał jej budzić, żeby zapytać, więc zrobił jedno i drugie. To, które Laura zostawi, będzie dla niego.


Wkurzona wychynęłam ze swojej jamki. Wiedziałam,  że i tak mnie to nie minie. Martin stał uśmiechnięty; już  tak miał, że rano rozpierała go energia.
Mimo tych nieustannych stanów depresyjnych?


Był  potężnym mężczyzną  z łysą głową – to o takich  w moim mieście mówiło się „karki”.  Poza fizycznością nic go jednak nie łączyło  z ta­kimi facetami. Był najlepszym człowiekiem, jakiego poznałam w życiu, prowadził  własną firmę, a za każdym razem, kiedy zarobił większe pieniądze, przelewał sporą  kwotę na hospicjum dziecięce, mówiąc: „Bóg mi dał, więc się podzielę”.
I pewnie jeszcze kocha małe pieski i kotki. Sorry, koleś jest zbyt cudowny by brać go na poważnie. Poza tym… robimy zakłady o to, ile czasu bohaterka wytrwa przy tym ideale cnót wszelkich nim wpadnie w sycylijskie ramiona Massima?


Miał niebieskie oczy, dobre i pełne ciepła, duży, złamany kiedyś nos – no cóż, nie zawsze był  mądry i grzeczny, pełne usta, które uwielbiałam w nim najbardziej, i zachwycający uśmiech, którym potrafił w sekundę mnie rozbroić, gdy wpadłam w szał.
Jego  ogromne  przedramiona  zdobiły tatuaże,  w zasadzie wytatuowane  miał całe ciało z wy­jątkiem  nóg. Był potężnym, ważącym ponad  sto kilogramów mężczyzną, przy którym  zawsze czułam się bezpiecznie. Wyglądałam przy nim groteskowo  – ja i moje sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, pięćdziesiąt  kilogramów wagi. Przez całe życie mama kazała mi uprawiać sport, więc  trenowałam, co popadnie, a że na drugie miałam słomiany zapał, to przećwiczyłam  chyba wszystko: od chodu sportowego do karate. Dzięki temu moja sylwetka, w przeciwieństwie  do postury mojego mężczyzny, była bardzo fit, mój brzuch był twardy i płaski, nogi umięśnione,  pośladki mocno napięte i odstające – symbol miliona przysiadów, które wykonały.
Co tam symbol, alegoria!
Tak wyrobiona sylwetka to ostatnie, co kojarzy mi się ze “słomianym zapałem”.
Zastanawiam się, czy zdradzić w tym momencie pewien sekret bohaterki… Ale nie, poczekajmy jeszcze trochę, a na razie zapamiętajmy, że jest super fit i uprawiała wiele sportów.


– Już wstaję – powiedziałam, duszkiem wypi­jając pyszne, zimne kakao.
Fuj.


Tu następuje klasyczna opkowa scena z bohaterką przeglądającą się w lustrze i opisującą swój wygląd (czarne oczy, kasztanowe włosy do ramion, ogólnie - niezła laska). Przy okazji Laura użala się nad sobą z powodu tego, że rzuciła pracę i nie ma pomysłu, co dalej.


Moje  życie zawodowe zawsze wpływało na moje  poczucie wartości. Bez wizytówki w portfelu i służbowego telefonu miałam wrażenie, że nie istnieję.
Aha, zapamiętajmy.


Umyłam  zęby, pospinałam  spinkami włosy, pociągnęłam  tuszem rzęsy i uznałam, że tylko  na tyle mnie dziś stać. Zresztą było  to wystarczające, gdyż jakiś czas temu,  z powodu lenistwa, zrobiłam sobie makijaż permanentny brwi, oczu i ust, który zostawiał  mi maksymalnie dużo czasu na sen, ograniczając poranne wizyty w łazience do minimum.
Ronię pojedynczą łzę wzruszenia. To chyba moja pierwsza analiza w której natykam się na klasyczne poranne czynności.


Ruszyłam  do garderoby  po przygotowane  wczoraj ubranie. Niezależnie  od nastroju i spraw, na które wpływu nie miałam, ubrana musiałam być zawsze tak doskonale, jak tylko było to możliwe. W odpowiednim stroju od razu lepiej się czułam i zdawało mi się, że było to widać.
Moja mama powtarzała mi, że kobieta nawet jak cierpi, powinna być piękna, a skoro moja  twarz nie mogła być tak atrakcyjna jak zwykle, należało odwrócić od niej uwagę.  
Dlatego postanowiłam wyjść dziś w miasto z gołym tyłkiem.


Na  podróż wybrałam  krótkie szorty z jasnego  dżinsu, białą luźną koszulkę  i mimo że na dworze było trzy­dzieści  stopni już o dziewiątej rano, lekką, ba­wełnianą  marynarkę w kolorze szarego me­lanżu. Zawsze w samolocie  marzłam i nawet jeśli wcześ­niej prawie się ugotuję, to przynajmniej w po­wietrzu poczuję  się komfortowo, o ile ktoś, kto panicznie boi się latać, może czuć się tam komfortowo.
To tak trudno wziąć marynarkę w łapę?
Laura nie jest z tych, którym przychodzą do głowy proste rozwiązania.


(...)


Niestety, dobry, ciepły, kochający zwierzątka i płacący na chore dzieci Martin ma też pewne wady…
Jedyne,  czego w tym  związku brakowało, to zwierzęcy  pociąg, przyciąganie i namiętność,  która nigdy między nami nie wybuchła.  Jak to eufemistycznie kiedyś określił Martin: „on się  już w swoim życiu naruchał”. Ja natomiast byłam kipiącym  wulkanem seksualnej energii, której uwolnienie znajdowałam  w niemal codziennej masturbacji.
Zamiast się masturbować, to się trochę postaraj! Zaśpiewaj mu coś, zagraj, zatańcz!


Ale było mi z nim dobrze, czułam się bezpieczna i spokojna, a to stanowiło dla mnie większą wartość niż seks. A przynajmniej tak sądziłam.
Ale już za chwilę życie zweryfikuje jej poglądy…


(...)


Ostatni raz byłam we Włoszech, kiedy miałam szesnaście lat, i od tego momentu nie miałam najlepszej opinii o ludziach, którzy tam mieszkali. Włosi byli głośni, natarczywi i nie mówili po angielsku. Dla mnie natomiast angielski był jak język ojczysty.
Co gorsza, nikt tam też nie mówił po rosyjsku!
Nie udało mi się także znaleźć żadnego przystojniaka, który chciałby ze mną pogadać w dirtytalkingijskim. Może dlatego, że nigdy nie pamiętam o używaniu safewordów.
Ojej, taka jestem lepsza i taka ponad cały ten motłoch.


Po tylu latach spędzonych w sieciowych hotelach czasem nawet myślałam po angielsku. Kiedy  wreszcie wylądowaliśmy na lotnisku w Katanii, słońce już zachodziło.
Hmm.
O dziewiątej rano Martin mówił, że za godzinę muszą być na lotnisku. Z wyciętych przez nas fragmentów wynika, że lecieli do Rzymu, gdzie mieli godzinę do lotu na Sycylię (ten lot też miał trwać godzinę). Mój lot do Rzymu, co prawda z Krakowa, a nie Warszawy, trwał dwie godziny. Więc moje pytanie brzmi: jaką trasą lecieli, skoro w Katanii już zachodzi słońce?
Okrężną trasą wycieczkową. Samolot kołował nad każdym co ciekawszym kościołem.


(...)


Idąc z za­dartą  do góry głową, nie  zauważyłam, że chodnik  się kończy i zanim się zorientowałam, wyrósł  przede mną ogromny Włoch, o którego prawie się  potknęłam.
Czujniki Fundacji SCP odnotowały przedziwną anomalię wymiarowo-przestrzenną w jednym z włoskich miasteczek. Wysłano agentów do zabezpieczenia chodnika kończącego się w pustce, wykorzenienia pół-Włocha, pół baobabu i przesłuchania zdezorientowanej ofiary, która zaczęła potykać się o rzeczy znacznie większe od niej.


Jakieś zakrzywienie czasoprzestrzeni niewątpliwie tu nastąpiło – Anna miała się zjawić u Massima o dwudziestej, jeśli następnie akcja przenosi się osiem godzin wstecz, to powinniśmy mieć południe, a nie dziewiątą rano. Co więcej, Massimo o dwudziestej spotyka się z Anną, a wcześniej przez pół godziny kontempluje zdjęcia i dossier Laury, zaś godzinę zajął mu dojazd z lotniska do domu. Czyli na lotnisku powinien być około 18.30, wtedy zobaczył tam Laurę. Ta wyszła sobie pospacerować, kiedy znudziło ją oczekiwanie w kolejce do wypożyczalni samochodów (“Facet z wypożyczalni samochodów zdecydowanie zbyt długo obsługiwał klientów, utknęliśmy w kolejce na godzinę”). Znaczy, przylecieli około 17.30. Nie ma siły, żeby słońce wtedy zachodziło – w sierpniu w Katanii zachodzi ono pomiędzy 20.10 (początek miesiąca) a 19.30 (koniec). Co więcej, choć Laura i Massimo musieli przylecieć w odstępie godziny, to oboje wylądowali w porze zachodu słońca – albo trwał tyle czasu, albo słońce, schowawszy się już za horyzontem, wrzasnęło “Aaa, zapomniałom kluczy!” i wyskoczyło z powrotem.
(...)


Hotel  nie był  tak luksusowy,  jak powinien, należąc  do sieci Hilton. Miał wiele niedociągnięć, które moje wprawne oko specjalisty od razu wychwyciło.
Widzę ją, jak w białych rękawiczkach wpada do holu i z kwaśną miną przeciąga palcem po framugach.


–  Ważne,  żeby było wygodne  łóżko, wódka i po­goda  – dodał Michał. – Reszta nie jest istotna.
Weteran all inclusive!


–  No tak, zapomniałam,  że to kolejny pato­logiczny wyjazd, czuję  się pokrzywdzona, że nie jestem alkoholikiem jak wy –  odezwałam się ze sztucznie skwaszoną miną.
Dobra dobra, ja jestem po lekturze całości i licznik pod Laurę przyssaną do butelki z szampanem mam w gotowości.


 – Jestem głodna, ostatni raz jadłam w Warszawie. Możemy się  pospieszyć i ruszyć w miasto na kolację? Już czuję w ustach smak pizzy i wina.
–  Powiedziała niealkoholiczka uzależniona od wina i szampana  – kąśliwie rzucił Martin, obej­mując mnie ramieniem. Powiedział to bez uśmiechu, za to z mocnym postanowieniem, że na tym wyjeździe z napojów winogronowych będzie podawany Laurze tylko soczek.


Ogarnięci podobnie silnym głodem wyjąt­kowo szybko rozpakowaliśmy walizki i już  po piętnastu minutach zwarliśmy szyki na korytarzu między naszymi pokojami.
Niestety, mając tak mało czasu, nie  byłam w stanie odpowiednio się przygotowywać  do wyjścia, ale już idąc do pokoju, przeczesywałam  w myślach zawartość walizki. Moje myśli krążyły wokół  rzeczy najmniej pomiętych po podróży. Padło na czarną  długą sukienkę z metalowym krzyżem na plecach, do tego czarne  japonki, skórzana torba z frędzlami w tym samym kolorze, złoty zegarek  i ogromne złote koła do uszu.
Wyglądałam tak: https://tuadreszdjęciadozestawuciuchówznalezionychwgoogle.jpeg


W pośpiechu  obrysowałam oczy czarną  kredką, dołożyłam trochę tuszu na rzęsy, poprawiając to, co jeszcze na nich pozostało po podroży, tj. trzygodzinnym locie samolotem i lekko  przypudrowałam  twarz. Wychodząc,  chwyciłam błyszczyk  ze złotymi drobinkami i ruchem „na pamięć bez lusterka” obrysowałam wargi.
Od razu ostrzegam: opisów strojów i makijażu bohaterki będzie tu więcej niż czegokolwiek innego.


Bohaterka z przyjaciółmi idzie do restauracji Tortuga (autentycznej), tam ma wrażenie, że ktoś cały czas ją obserwuje.


(...)
–  Masz manię  prześladowczą, dziecinko, poza tym wyglądasz zachwycająco, więc niech się gapią.
Popatrzyłam  raz jeszcze,  niby nikt nie  zwracał na mnie  uwagi, ale czułam  się, jakby ciągle ktoś  mnie obserwował. Odepchnęłam od siebie kolejną  chorobę psychiczną odziedziczoną po mamie,
Kolejną…? To ile ich jeszcze było?
No i jeszcze samobójcze skłonności po dziadku...


odnalazłam  w karcie swoją  ulubioną ośmiornicę  z grilla, dodałam do  tego różowe prosecco i już  byłam gotowa do zamawiania.  Kelner, mimo że był Sycylijczykiem,  był także Włochem, co oznaczało, że nie  możemy się spodziewać demona prędkości i chwilę  tu poczekamy, zanim zdecyduje się do nas podejść, aby zebrać zamówienie.
Yyyy, przyznam, że nie rozumiem. Sycylijczyk to nie Włoch? Sycylijczycy, w przeciwieństwie do Włochów, są szybcy z natury? Sycylijczyk, będący jednocześnie Włochem, to jakieś kuriozum?


– Muszę do toalety – poinformowałam, roz­glą­­dając się na boki.
W rogu  obok pięknego,  drewnianego baru  znajdowały się małe  drzwi, więc udałam się w ich kierunku. Przeszłam przez nie, ale niestety za nimi był  jedynie zmywak.
Całkowita zbędność tego fragmentu nasuwa mi podejrzenie, że autorka opisuje po prostu własną przygodę w restauracji Tortuga.


Odwróciłam się, by  zawrócić, i wtedy z impetem  uderzyłam o stojącą przede mną  postać. Jęknęłam, kiedy moja głowa zderzyła się  z twardym męskim torsem. Po tym rozbiciu czaszki o betonową klatę resztę wakacji spędziłam w szpitalu .


Skrzywiona, ma­sując  czoło, podniosłam wzrok.
Przede mną  stał wysoki, przystojny Włoch. Czy ja już  go gdzieś nie widziałam? Jego lodowate spojrzenie przeszywało mnie na wylot. Nie byłam w stanie się  ruszyć, kiedy tak patrzył na mnie prawie zupełnie czarnymi oczami. Było w nim coś, co przerażało  mnie tak, że w sekundę wrosłam w ziemię.
– Chyba się zgubiłaś – powiedział piękną, płynną angielszczyzną z brytyjskim akcentem.
On jest zły! Uciekaj! Wszyscy złole mają brytyjski akcent!


https://www.youtube.com/watch?v=e7gR7EYjcP8

Dlaczego właściwie Włoch mówi z brytyjskim akcentem…?
Bo gdyby mówił z francuskim, to wszyscy by myśleli, że sobie robi jaja.
Myślę, że to dlatego, iż według autorki ci zwykli nie mówią po angielsku wcale, ale cudowny Massimo nie tylko zna angielski, on ma jeszcze przy tym doskonały brytyjski akcent!


– Jeśli powiesz mi, czego szukasz, pomogę ci.
– Prywatności, creepy gościu?
Uśmiechnął  się do mnie  białymi równymi  zębami, położył mi  rękę między łopatkami, do­tykając  mojej nagiej skóry, i odprowadził mnie  do drzwi, przez które tu trafiłam. Kiedy poczułam jego dotyk, przez moje ciało przeszedł  dreszcz, co nie ułatwiało mi chodzenia.
To był paralizator. Massimo bardzo się zdziwił, że nie zadziałał. Musiał wymyślić inny plan.


Byłam tak  oszołomiona,  że mimo usilnych  starań nie potrafiłam  wykrztusić z siebie ani  słowa po angielsku. Uśmiechnęłam  się jedynie, a raczej skrzywiłam się,  i ruszyłam w stronę Martina, ponieważ z tych  emocji już całkowie zapomniałam, po co wstałam  z sofy. Kiedy dotarłam do stolika, towarzystwo w najlepsze  wlewało w siebie alkohol – pierwszą kolejkę wypili i już zamawiali  kolejną. Opadłam na sofę, chwyciłam do ręki kieliszek prosecco i opróżniłam  go jednym łykiem. W międzyczasie, nie odrywając go od ust, dałam kelnerowi wy­raźny znak,  że potrzebuję dolewki.
Martin popatrzył na mnie z rozbawieniem.
– Menel! A podobno to ja mam kłopot z alkoholem.
–  Jakoś  wyjątkowo zachało mi się  pić – odpowiedziałam lekko zmroczona zbyt szybko wypitym trunkiem.
–  W toalecie chyba dzieją  się jakieś czary, skoro wizyta tam  tak na ciebie zadziałała, mój patolu.
Romantyzm w narodzie nie ginie.


(...)
Po­dano  nam jedzenie,  na które łakomie  się rzuliśmy. Ośmiornica  była idealna; dodatek stanowiły  jedynie słodkie pomidory. Martin zajadał  się gigantycznym kalmarem, wprawnie pociętym  i roz­­rzuconym po talerzu w towarzystwie czosnku i kolendry.
Ach, te pretensjonalne opisy z karty dań.


–  Cholera  jasna! –  wrzasnął Martin,  zrywając się z białej  kanapy. – Wiecie, która  jest
godzina? Już po dwunastej, a zatem, Lauro! „Sto lat, sto lat...”.
Ach, to dlatego ten lot był tak dziwnie długi, bardzo głodni bohaterowie musieli wpaść do restauracji w nocy.


(...)


Przedzierałam  się przez tłum  w stronę toalety,  kiedy kolejny raz ogarnęło  mnie to dziwne uczucie, że jestem  obserwowana. Stanęłam i badawczo przyjrzałam  się otoczeniu. Na podwyższeniu, oparty o belkę jednego z boksów, stał  ubrany na czarno mężczyzna i kolejny raz mroził mnie spojrzeniem. Spokojnie  i bez emocji taksował mnie wzrokiem od kostek aż po czubek głowy. Wyglądał  jak typowy Włoch, choć był najmniej typowym męż­czyz­ną, jakiego w życiu widziałam.  
Khę… to chyba mało widziałaś.
A według mnie wygląda jak typowy amant z harlekina.


Typowy Włoch, a jednocześnie całkiem nietypowy:


Czarne  włosy opadały  mu niesfornie na  czoło, twarz zdobił  kilkudniowy, wypielęgnowany zarost, jego usta były pełne i wyraźnie zarysowane  – jakby stworzone do tego, by dawać nimi rozkosz kobiecie. Wzrok miał zimny  i przenikliwy, jak u dzikiego zwierzęcia, które szykuje się do ataku. Dopiero widząc go z oddali, uzmysłowiłam sobie, że był dość wysoki.
Wow, bohaterka zauważyła tyle szczegółów, ale umknęło jej jak bardzo Massimo się ślini. Pewnie co jakiś czas jeden z jego goryli wyciera mu twarz.
I gdzie ta nietypowość? Niechby miał chociaż pomalowane paznokcie!


Zdecydowanie  przewyższał kobiety,  które stały nieopodal,  więc musiał mieć około stu dziewięćdziesięciu centymetrów.
Zauważyła to dopiero z oddali; kiedy przyłupała czołem w jego klatę, jakoś nie dało jej to do myślenia.


Nie wiem, jak długo patrzyliśmy na siebie; miałam wrażenie, że  czas się zatrzymał. Z osłupienia wyrwał mnie mężczyzna, który  szturchnął mój bark, prze­cho­dząc obok. Ponieważ od tego wpatrywania się zesztywniałam jak deska [bohaterka umie tylko jedną rzecz naraz: albo patrzeć, albo się poruszać], zakręciłam się tylko na jednej nodze i padłam na ziemię.
I mamy potrójny Axel! Aj! Upadek! Sędziowie na pewno odejmą punkty…


–  Nic ci nie jest?  – zapytał Czarny, który wyrósł  koło mnie jak duch. – Gdyby nie to, iż[!] widziałem, że tym razem to nie ty go potrąciłaś, sądziłbym, że wpadanie na obcych mężczyzn to twój sposób na zwrócenie na siebie uwagi.
To nieładnie mówić o ciemnoskórych ludziach “czarny”.
Weź, mnie się to kojarzy z ksywkami nadawanymi opkowemu Zabiniemu.


Złapał  mnie mocno za  łokieć i podniósł  do góry. Był zaskakująco silny, zrobił  to z taką łatwością, jakbym nic nie ważyła. Tym razem zebrałam się  w sobie, a buzujący we krwi alkohol dodał mi odwagi.
– A ty zawsze robisz za ścianę lub dźwig? –  odburknęłam, starając się posłać mu najbardziej  lodowate spojrzenie, jakie udało mi się przy­gotować.
Pomógł ci, więc trzeba go zglanować, niech sobie nie myśli.


Odsunął  się ode mnie i nadal nie spuszczając ze mnie wzroku, oglądał  mnie całą, jakby nie mógł uwierzyć, że jestem prawdziwa.
–  Patrzysz  na mnie cały  wieczór, prawda?  – zapytałam poirytowana.  Miewam manie
prześla­dowcze, ale przeczucie nigdy mnie nie zawodzi.
Mężczyzna uśmiechnął się, jakbym sobie z nie­go kpiła.
–  Patrzę  na klub –  odparł. – Kontroluję  obsłu­gę, sprawdzam zadowolenie gości, szukam
kobiet, które potrzebują ściany albo dźwigu.
Jego odpowiedź rozbawiła mnie i zmieszała zarazem.
–  A więc  dziękuję  za bycie dźwigiem  i życzę udanego wieczoru.
Czasem bywa dźwigiem, a przeważnie dzbanem.


–  Rzuciłam  mu prowokujące  spojrzenie i ruszyłam  w stronę toalety. Kiedy  został z tyłu, odetchnęłam  z ulgą. Przynajmniej tym razem nie wyszłam na kompletną kretynkę i byłam w stanie się odezwać.
– Do zobaczenia, Lauro – usłyszałam za plecami.
Kiedy się odwróciłam, był za mną już tylko rozbawiony tłum, Czarny zniknął.
*motyw muzyczny z Archiwum X*


Laura wraca do stolika, gdzie zastaje nową butelkę szampana, której nikt z towarzystwa nie zamówił. Po jej wypiciu idą w kurs po innych klubach, rano Laura budzi się z kacem, ale po niedługim czasie jest już w stanie dołączyć do przyjaciół nad basenem.


Michał i Karolina sączyli butelkę zimnego wina, wylegując się nad basenem.
Sączenie butelki wyobrażam sobie jakoś tak:


– Lekarstwo – powiedział Michał, podając mi plastikowy kieliszek. – Sorry, że z plastiku, ale sama wiesz, regulamin.
Wino było pyszne, zimne i mokre, choć przez chwilę się obawiałam, widząc napis “dry”, więc duszkiem opróżniłam kieliszek.
– Widzieliście Martina? Obudziłam się, a jego nie było.
– Pracuje w hotelowym lobby, w pokoju internet był zbyt słaby – wyjaśniła Karolina.
Hilton i za słaby internet?
To jakieś kiepski Hilton, przecież bohaterka na pierwszy rzut oka zauważyła tam “sporo niedociągnięć”.
W basenie pływały zwłoki, telewizor odbierał sygnał tylko między 9 a 19 (to jest wtedy, gdy pan z recepcji stał na dachu z anteną), jakiś partacz wstawił w nazwę hotelu “M” zamiast “H”. “Jaki żenujący błąd, doprawdy, ta sieć schodzi na psy”, pomyślała Laura.


(...)
–  Czasem  mam go dość.  – Odwróciłam się  do Karoliny, a ona  popatrzyła na mnie wielkimi  oczami. – Nigdy nie będę najważniejsza.  Waż­niejsza niż praca, niż koledzy, niż przy­jemności.  Miewam wrażenie, że jest ze mną, bo nie ma nic lepszego  do roboty i tak mu wygodnie. To trochę jak posiadanie psa –  kiedy chcesz, głaszczesz go, kiedy masz ochotę, bawisz się z nim,  ale kiedy nie masz chęci na jego towarzystwo, po prostu odganiasz  go, bo przecież on jest dla ciebie, a nie ty dla niego. Martin częściej rozmawia z kolegami na Facebooku niż ze mną w domu, nie mówiąc już o łóżku.
Częściej rozmawia z łóżkiem? No to masz problem.
Jednak związek z Laurą bardziej przypomina posiadanie kota niż psa. Nic nie robi, szlaja się po nocach, śpi do południa i zaczyna się koło ciebie kręcić akurat wtedy, gdy pracujesz.
A jak już się łaskawie obudzi, to domaga się stu procent uwagi, bo jak nie, to siądzie ci na klawiaturze i skasuje wszystko, co piszesz.


Laura i Karolina idą do hotelowego baru, żeby się napić; kiedy Karolina na chwilę wraca do pokoju, jak spod ziemi przed Laurą znów wyrasta tajemniczy Włoch.


–  Czemu odnoszę  nieodparte wrażenie,  że mnie śledzisz? – zapytałam, splatając ręce na piersiach.  Podniósł prawą dłoń i powoli zsunął mi okulary, tak aby zobaczyć  moje oczy.
Poczułam, jakby ktoś zabrał mi tarczę, która była moją ochroną. “Boże mój, skało moja, na którą się chronię, tarczo moja, mocy zbawienia mego i moja obrono”! Mój stalker jest przystojny, ratujcie, przepadłam!


–  To nie  jest wrażenie  – powiedział, patrząc  mi głęboko w oczy. – Nie  jest to także przypadek. Wszystkiego  najlepszego z okazji dwudziestych dziewiątych  urodzin, Lauro. Oby nadchodzący rok był najlepszym  w twoim życiu – wyszeptał i delikatnie pocałował mnie w policzek.
Byłam  tak skonfundowana,  że nie mogłam wydobyć  z gardła żadnych słów. Skąd wiedział, ile mam lat? I jak, do cholery, znalazł  mnie na drugim końcu miasta? Z natłoku myśli wyrwał mnie głos barmana; odwróciłam się  w jego stronę. Stawiał przede mną butelkę różowego moëta i małą kolorową babeczkę, na której szczycie zatknięta była zapalona świeczka.


Pojawiają się wreszcie mężczyźni naszych bohaterek; Laura robi awanturę Martinowi o to, że zostawił ją tyle czasu samą, po czym wybiega z hotelu i leci przed siebie byle dalej.


–  Martin, kurwa! Są  moje urodziny, a ty znikasz na cały dzień, nie obchodzi cię, co robię i jak się  czuję, a teraz zjawiasz się i jak gdyby nigdy nic pytasz o lunch? Mam dość! Dość  tego, że zawsze jest tak, jak ty chcesz, że zawsze to ty mówisz, jak ma  być, i że nigdy nie jestem najważniejsza, w żadnej sytuacji.
Ojej, nie lubisz tego? No to współczu… ale nie uprzedzajmy wypadków.


Laura znajduje jakąś małą, przytulną knajpkę, której główną zaletą jest to, że podają tam musujące wino, i siedzi tam aż do zapadnięcia nocy.


(...)
Poczułam się  gotowa, by wrócić  i stawić czoło temu, co zostawiłam za sobą, uciekając. Ruszyłam  spokojnie w stronę hotelu. Uliczki, którymi szłam, były prawie  bezludne, ponieważ znajdowały się w oddaleniu od głównego deptaku biegnącego  wzdłuż morza. W pewnej chwili minęły mnie dwa SUV-y. Skojarzyłam, że już wcześniej, kiedy czekałam przed wypożyczalnią na lotnisku, widziałam podobne samochody.
Noc był  upalna, ja pijana, moje urodziny się  kończyły i generalnie wszystko było nie tak, jak  powinno. Skręciłam, kiedy chodnik się skończył,  i zorientowałam się, że nie wiem, gdzie jestem. Cholera,  ja i moja orientacja. Rozejrzałam się i jedyne, co zobaczyłam,  to oślepiające światła nadjeżdżających aut.
Proszę, powiedzcie mi że stała na środku autostrady.


Statsy:
Laura pije: 5 kieliszków musującego wina, 1 butelkę szampana (dwa razy po butelce wypitej wspólnie z całą grupą, czyli na czworo i jedna opróżniona po połowie z przyjaciółką) oraz bliżej nieokreśloną ilość alkoholu podczas wędrówki po klubach oraz samotnego siedzenia w knajpce. Ogólnie, od chwili kolacji w dniu przyjazdu, Laura cały czas jest podchmielona albo na kacu.


Opisy ciuchów: 8 zdań, 166 słów
Opisy okolicy: 5 zdań, 43 słowa
Opisy seksów: 110 zdań, 1114 słów


ROZDZIAŁ 2
Kiedy otworzyłam oczy, była noc. Spojrzałam na pokój i zorientowałam się,  że nie mam pojęcia, gdzie jestem. Leżałam w ogromnym łóżku, oświetlanym jedynie światłem latarni. Bolała mnie głowa i chciało mi się wymiotować. Co, do cholery, się stało, gdzie ja jestem? Próbowałam wstać,  ale byłam zupełnie bez sił, jakbym ważyła tonę, nawet moja głowa nie chciała się pod­nieść z poduszki. Zamknęłam oczy i ponownie zasnęłam.
Kiedy  znowu się  obudziłam, wciąż  było ciemno. Nie wiem,  ile spałam, może to była kolejna noc? Nigdzie nie było zegara, nie miałam torebki ani telefonu. Tym razem udało mi się podnieść z łóżka i usiąść na brzegu. Przez chwilę czekałam, aż przestanie kręcić mi się w głowie. Zauważyłam  lampkę nocną przy łóżku. Kiedy jej światło zalało pokój, zorientowałam się, że miejsce, w którym się znajduję, prawdopodobnie jest dość stare i zupełnie mi nieznane. Ramy okien były ogromne i bogato zdobione, naprzeciwko ciężkiego, drewnianego łóżka stał  gigantyczny, kamienny kominek – podobne widywałam jedynie na filmach. Na suficie były stare belki, które idealnie komponowały się kolorem z ramami okiennymi.
Oczywiście. Pierwsza rzecz, nad jaką zastanawia się osoba, która obudziła się w nieznanym miejscu, nie wiedząc, jak się tam znalazła, to czy odcienie elementów wystroju komponują się ze sobą. Bo jak nie to foch i noga moja tu więcej nie postanie!


Pokój  był ciepły, elegancki  i bardzo włoski. Na ścianie wisiały zdjęcia mozzarelli, w jednym kącie stało cassone, a w drugim kącie malował sobie da Vinci. Ruszyłam  w stronę okna  i po chwili wyszłam  na balkon, z którego rozpościerał się widok na ogród zapierający dech w piersiach.
Doskonale widziała go w nocy.
Oczami wyobraźni go widziała!


– Świetnie, że już pani nie śpi.
Na  te słowa  zamarłam, a serce  podeszło mi do gardła.  Odwróciłam się i zobaczyłam młodego  Włocha. O tym, że nim był, niepodważalnie  świadczył jego akcent, kiedy mówił po angielsku.
W takim razie ten drugi musiał być Brytyjczykiem, nie ma bata.


Także jego wygląd zdecydowanie utwierdzał mnie w tym przekonaniu. Nie był bardzo wysoki  – jak siedemdziesiąt procent Włochów, których widziałam.
Czy ona chce powiedzieć, że 70% Włochów było wysokich, a ten akurat nie, czy odwrotnie, 70% było raczej niskich, i ten również?


Miał  długie,  ciemne włosy spadające mu na ramiona, delikatne rysy twarzy i gigantyczne usta.
Gi-gan-tyczne! Ofiara silikonu???
Może dopiero co pogryzły go szerszenie?
Ffoły!
Ja tu raczej zobaczyłem Stevena Tylera z Aerosmith.


Można powiedzieć, że był ślicznym  chłopcem. Doskonale i nienagannie  ubrany w elegancki garnitur wciąż wyglądał  jak nastolatek.
Znaczy: miał na sobie garnitur, trampki i plecak-kostkę? Jak typowy maturzysta?


Choć  ewidentnie  ćwiczył, i to  niemało, bo barki  nieproporcjonalnie rozpierały  jego sylwetkę.
Chudziutkie nóżki z trudem utrzymywały ciężar przepakowanej góry.


– Gdzie i dlaczego tu jestem?! – rzuciłam z wściekłością, idąc w stronę mężczyzny.
–  Proszę  się odświeżyć. Wrócę  po panią niebawem, wtedy wszystkiego się  pani dowie –
powiedział  i zniknął, zamykając  za sobą drzwi.
– Z brudasem rozmawiać nie będę! – rzucił, wymownie kręcąc nosem. No serio, to wygląda, jakby przyszedł wyłącznie po to, żeby kazać jej się umyć.


Wyglądało  to tak, jakby  uciekł przede mną, podczas gdy to ja byłam przerażona sytuacją. Próbowałam otworzyć  drzwi, ale albo były zatrzaskowe, albo facet miał klucz i go użył.
Zaklęłam pod nosem. Czułam się bezradna.
Obok  kominka  znajdowały  się kolejne  drzwi. Zapaliłam  światło i moim oczom  ukazała się zjawiskowa łazienka. Pośrodku stała ogromna wanna, w jednym rogu ustawiona była toaletka, obok niej wielka umywalka z lustrem, w drugim końcu zobaczyłam prysznic, pod którym z powodzeniem zmieściłaby się drużyna piłkarska. Nie miał brodzika ani ścian, jedynie szybę i podłogę z drobnej mozaiki. Łazienka była wielkości całego mieszkania Martina, w którym razem mieszkaliśmy. Martin… pewnie się  martwi. A może nie, może cieszy się, że wreszcie nikt nie zawraca mu głowy swoją obec­nością. Ale mu będzie strasznie głupio na moim pogrzebie, gdzie wszyscy będą żałować, że byli dla mnie tacy niedobrzy.


Znowu ogarnęła mnie złość, tym razem połączona ze strachem wywołanym sytuacją, w której się znalazłam.
Stanęłam przed lustrem. Wyglądałam wyjąt­kowo dobrze, byłam opalona i chyba bardzo wyspana, bo sińce, które miałam ostatnio pod oczami, zniknęły.
Dzięki ci, nieznany porywaczu! – pomyślałam ze wzruszeniem. – Wreszcie mogłam się wyspać, a tak mi tego brakowało!


Laura bierze prysznic, po czym, odświeżona i ubrana tylko w szlafrok, zostaje zaprowadzona przed oblicze swego porywacza.


Pomieszczenie  było chyba biblioteką,  ściany pokrywały półki z książkami  i obrazy w ciężkich drewnianych ramach. W centralnym miejscu palił się kolejny zachwycający kominek, 
Jak wiadomo, w sierpniowe noce na Sycylii mrozy sięgają -30 stopni. 

dookoła którego ustawiono ciemnozielone mięk­kie kanapy z wieloma poduszkami w odcieniach złota. Przy jednym z foteli był  stolik, na którym dostrzegłam cooler z szampanem. Wzdrygnęłam się na jego widok; po moich ostatnich szaleństwach alkohol nie był tym, czego potrzebowałam.
–  Usiądź, proszę.  Źle zareagowałaś na środek usypiający, nie wiedziałem, że masz kłopoty z sercem
Laura troszkę się zacukała. Kłopoty z sercem? Że też nie miała o tym pojęcia przez te wszystkie lata, kiedy uprawiała różne sporty! Że też serce nie dało znać o sobie wczoraj, kiedy biegła na oślep uliczkami miasta!
Ale jak to Massimo nie wiedział!? Co się stało z tym doskonałym, mafijnym riserczem?  
Mafiosi nie lekarze.
Może badania lekarskie zawieruszyły się gdzieś w biuście Anny podczas igraszek na stole pełnym laurzanych dokumentów.


– usłyszałam męski głos i zobaczyłam postać stojącą na balkonie tyłem do mnie.
Ogrodnik trochę się zdziwił, ale posłusznie usiadł.


Nawet nie drgnęłam.
– Lauro, usiądź na fotelu. Kolejny raz nie poproszę, tylko posadzę cię siłą.
Taaaaaa, bo od pierwszych słów muszę zaznaczyć, jaki jestem Męski, Silny i Stanowczy!
A ja wyobrażam sobie jak Massimo i młody Włoch, w czasie, w którym Laura spała, chodzili po całej chacie i zastanawiali się w którym pomieszczeniu i jak powinien stanąć Massimo, by wyszło jak najbardziej tajemniczo i dramatycznie.


W głowie szumiała mi krew, słyszałam bicie swojego serca i wydawało mi się,  że zaraz zemdleję. Przed oczami zaczęło mi się robić ciemno.
– Do cholery, czemu mnie nie słuchasz?
Postać  z balkonu  ruszyła w moim  kierunku i zanim  osunęłam się na podłogę,  chwyciła
mnie  za ramiona.  Mrugałam oczami,  chcąc złapać ostrość.  Poczułam, jak sadza mnie  w fotelu i wkłada do ust kostkę lodu.
–  Possij. Spałaś  prawie dwa dni,
Śpiączka Opkowa! Jak miło, jak klasycznie!


lekarz podał  ci kroplówki, żebyś  się nie odwodniła, ale może chcieć ci się pić i masz prawo nie czuć się najlepiej.
Eee tam, wstała świeża jak pierwiosnek, wyglądając zdrowo i kwitnąco, nawet jej się w głowie nie kręciło.
I dlatego wciska jej kostkę lodu. Taki pan, a zwykłej wody w domu nie ma.


Lekarz podał jej kroplówki…? Po obudzeniu Laura nie zauważa na swych rękach żadnych śladów wkłuć, czy opatrunków, czy innych oznak jakiejś ingerencji w swoje ciało. Zapamiętajmy to zresztą bardzo dokładnie.
Biorąc pod uwagę ogólny charakter tego ksiopka, strach pomyśleć, jaką drogą podawana była ta kroplówka.


Znałam ten głos i przede wszystkim ten charakterystyczny akcent.
Otworzyłam  oczy i wtedy  napotkałam to zimne,  zwierzęce spojrzenie. Klęczał  przede mną mężczyzna, którego widziałam w restauracji, w hotelu i... o Boże, na lotnisku. Ubrany był tak  samo jak tego dnia, kiedy wylądowałam na Sycylii i wpadłam na plecy wielkiego ochroniarza.
Tak samo? Jak na bajecznie bogatego dona, coś mało ma ciuchów.
Może jest praktyczny: wszystko w kolorze czarnym, nie trzeba się zastanawiać, co do czego pasuje.


 Miał  na sobie  czarny garnitur  i czarną koszulę rozpiętą  pod szyją. Był elegancki i bardzo wyniosły. Ze wściekłością wyplułam kostkę lodu prosto w jego twarz.
– Co ja tu, do cholery, robię? Kim ty jesteś i jakim prawem mnie tu więzisz?
Wytarł z twarzy resztki wody pozostawionej przez lód, podniósł z grubego dywanu zimną przezroczystą kostkę i cisnął nią w płonący ko­minek.
–  Odpowiedz mi, kurwa!  – wrzeszczałam wściek­ła do granic, zapominając, jak fatalnie czułam się  jeszcze przed chwilą. Kiedy próbowałam wstać z fotela, złapał mnie mocno za barki i cisnął na miejsce.
– Powiedziałem, byś siedziała, nie uznaję nieposłuszeństwa i nie zamierzam go tolerować – warknął, wisząc nade mną wsparty o podłokietniki.
*wywraca oczami* Taaaa, Massimo, bo jeszcze kutas ci zwiędnie, jeśli okażesz uprzejmość wobec kogoś, a zwłaszcza wobec swojej wyśnionej, wytęsknionej Pani.


Tak w ogóle rozwala mnie to: facet miał mistyczne niemal doświadczenie na pograniczu życia i śmierci, ale jedyne myśli na temat widzianej wtedy kobiety, jakie przychodzą mu do głowy, to wyobrażenia, jak ją pieprzy. A kiedy wreszcie ją spotyka, zaczyna od “hurr durr, masz być mi posłuszna, nie uznaję nieposłuszeństwa, hurr durr!”.
Nie mówiąc już o tym, że jeśli faktycznie przez dwa dni była nieprzytomna, to powinien przez ten czas umierać z niepokoju...


Rozjuszona podniosłam dłoń  i wymierzyłam mężczyźnie siarczysty  policzek. Jego oczy zapłonęły dziką furią,  a ja ze strachu aż zapadłam się w siedzisko.  Powoli podniósł się, wyprostował i głośno wciągnął  powietrze.
Po czym jeszcze głośniej wypuścił je drugą stroną.


Tak bardzo przestraszyłam się  tego, co zrobiłam, że postanowiłam nie sprawdzać, gdzie leżą  granice jego wytrzymałości. Ruszył w stronę kominka, stanął przodem  do niego i oparł się obiema rękami o ścianę nad paleniskiem.
– To moja pani – myślał gorączkowo Massimo. – Przecież wszystko przygotowałem perfekcyjnie, to miał być idealny wieczór. Co się stało, że nie wyszło? Gdzie popełniłem błąd?


Mijały  kolejne sekundy,  a on milczał. Gdyby  nie fakt, że czułam się  przez niego więziona, pewnie  miałabym teraz wyrzuty sumienia, a moim przeprosinom nie byłoby końca, ale w obecnej sytuacji ciężko było mi odczuwać coś innego niż złość.
Mam rozumieć, że plucie na mężczyzn i policzkowanie ich stanowi normalne zachowanie Laurki?
I dziwić się, że Martin ma stany depresyjne.


– Lauro, jesteś taka nieposłuszna, aż dziwne, że nie jesteś Włoszką.
Biedny Massimo, skoro Włoszki są z natury nieposłuszne, to jego życie musiało być pasmem niekończącej się frustracji.


(...)
Nagle  drzwi otworzyły  się i do pokoju wszedł  ten sam młody Włoch, który  mnie przyprowadził.
– Don Massimo... – powiedział.
Czarny  rzucił w jego  stronę ostrzegawcze  spojrzenie, a mężczyzna  nagle jakby zastygł. Podszedł do niego i stanął tak, że niemal  stykali się po­liczkami. Zdecydowanie  musiał się schylić, gdyż między nim a młodym Włochem było kilkanaście, a może kilkadziesiąt centymetrów różnicy.
Z tych zdań wynika, że to “młody Włoch” podszedł, schylił się… i był o kilknaście centymetrów wyższy od samego siebie.


(...)
Don... Pomyślałam, że tak w Ojcu Chrzestnym zwracali się do Marlona Brando, grającego głowę rodziny mafijnej.
Gdyby Laura słyszała o kimś takim jak Don Camillo, wiedziałaby również, że Włosi zwracają się w ten sposób do księdza.
A że Massimo lubi chodzić ubrany na czarno...


Nagle  wszystko  zaczęło się  składać w całość:  ochrona, samochody z czarnymi  szybami, ten dom, nieznoszenie  sprzeciwu. Wydawało mi się, że cosa  nostra to wymysł Francisa Forda Coppoli,  a tymczasem znalazłam się w środku bardzo sycylijskiej historii.
W “Ojcu chrzestnym” w ogóle nie pojawia się określenie “cosa nostra”. Mało tego, nie pada nawet słowo “mafia”.
Zaraz, zaraz. Czyli nasza bohaterka dotąd myślała, że mafia we Włoszech i Ameryce to po prostu wymysł Hollywoodu? Wow.
Jak nie znosi sprzeciwu, to musi być z mafii, nie to, że jest prostym bucem.


(...)
–  Parę  lat temu  miałem, nazwijmy  to, wypadek, postrzelono  mnie kilka razy. To część ryzyka wynikająca z przynależności do rodziny, w której przyszedłem na  świat. Kiedy leżałem, umierając, zobaczyłem... – Tu urwał i wstał z miejsca. Podszedł  do kominka, postawił kieliszek i głośno westchnął. – To, co ci powiem, będzie tak niesamowite,  że do dnia, kiedy zobaczyłem cię na lotnisku, nie sądziłem, że to prawda. Popatrz w górę na obraz, który wisi nad kominkiem.
Mój  wzrok  powędrował  w miejsce, które  wskazał. Zamarłam.  Portret przedstawiał kobietę, a dokładnie moją  twarz.
Nie chcę oceniać spostrzegawczości Laury, ale ja bym zauważył swój pysk na portrecie wiszącym nad kominkiem. Tym bardziej, że nasza bohaterka zwracała uwagę na ten kominek przynajmniej dwa razy…
Bardziej była zainteresowana odcieniem obicia kanapy i leżących na niej poduszek.
Nie zdziwiłoby mnie, gdyby ten portret Laury był odsłaniany jak święty obraz w kościele, z odśpiewaniem pieśni i wszystkim.


Złapałam kieliszek i wychyliłam go do dna. Wzdrygnęłam się na  smak alkoholu, ale zadziałał łagodząco, więc sięgnęłam po  butelkę, żeby sobie dolać.
Massimo kontynuował.
–  Kiedy moje serce zatrzymało się, zobaczyłem... ciebie. Po wielu tygodniach w szpitalu odzyskałem  przytomność, a później pełną spraw­ność. Kiedy tylko byłem w stanie przekazać obraz, który  cały czas miałem przed oczami, wezwałem artystę, by namalował kobietę, którą wtedy zobaczyłem. Namalował ciebie. Trochę przekazów telepatycznych, trochę rozmów jak przy sporządzaniu portretu pamięciowego, i jakoś poszło.


Nie dało się ukryć, że na obrazie byłam ja. Ale jak to możliwe?
Słyszałaś kiedykolwiek, moja droga, o imperatywie narracyjnym?


(...)
– Ty także musisz do mnie należeć, Lauro.
Nie wytrzymałam.
–  Ja nie należę  do nikogo, nie jestem przedmiotem. Nie możesz tak po prostu mnie mieć. Porwać i liczyć na to, że już jestem twoja – warknęłam przez zęby.
–  Wiem,  dlatego  dam ci szansę,  byś mnie pokochała  i została ze mną nie  z przymusu, a dlatego, że zechcesz.
Wiesz, mamy tu taki zwyczaj: używamy pseudonimów wziętych od nazw miast. Ciebie nazwę Sztokholm.


Parsknęłam histerycznym  śmiechem. Uniosłam się spokojnie i powoli z fotela. Massimo nie  oponował, gdy podeszłam do kominka, obracając w palcach kieliszek  szampana. Przechyliłam go, wypiłam do końca i zwróciłam się w stronę mojego porywacza.
–  Ty sobie  ze mnie jaja  robisz. – Zmrużyłam  oczy, piorunując go nienawistnym spojrzeniem.  – Mam faceta, który będzie mnie szukał, mam  rodzinę, przyjaciół, mam swoje życie. I nie potrzebuję  od ciebie szansy na miłość! – Ton mojego głosu był zdecydowanie podniesiony. – Więc uprzejmie cię proszę, wypuść mnie i pozwól mi wrócić do domu.
Massimo  wstał i przeszedł  w drugi koniec pokoju.  Otworzył szafkę i wyjął z niej  dwie duże koperty. Wrócił i stanął  obok.
Cóż za opanowanie! Żadnego “hurr durr, jak śmiesz się na mnie wydzierać, NIE ZNIESĘ TEGO”? Jestem pod wrażeniem!


Podszedł  do mnie na  tyle blisko, że  czułam jego zapach, obez­wład­niające  połączenie władzy, pieniędzy i wody toaletowej  z bardzo ciężką korzenną nutą.
Władza: nuta głowy, pieniądze: nuta serca i korzenie: baza.


Od tej mieszanki aż zakręciło mi się w głowie. Podał mi pierwszą kopertę i powiedział:
– Nim otworzysz, wyjaśnię ci, co jest w środku...
Nie czekałam, aż  zacznie, odwróciłam się  od niego i jednym ruchem oderwałam wierzch koperty, a na ziemię posypały się zdjęcia.
– O Boże.... – załkałam cicho i opadłam na podłogę, chowając twarz w dłoniach.
Serce  mi się  zacisnęło,  a po policzkach  zaczęły płynąć łzy, które skapywały na rozsypane screeny spoilerujące finał “Jak poznałem waszą matkę?”.


Na  zdjęciach  był Martin posuwający jakąś  kobietę. Fotografie ewidentnie były robione z ukrycia i niestety bezsprzecznie przedstawiały mojego faceta.
–  Lauro...  – Massimo ukląkł  obok mnie. – Za chwilę  wyjaśnię ci, co widzisz, więc mnie posłuchaj. Kiedy powiem, byś coś zrobiła, a ty postąpisz inaczej, zawsze skończy się to dla ciebie gorzej,  niż powinno. Zrozum to i przestań ze mną walczyć, bo w obecnej sytuacji jesteś na przegranej pozycji.
Mam nadzieję, że kiedyś Massimo skończy w gejowskim lochu BDSM i usłyszy dokładnie takie same słowa jak w ostatnim zdaniu.
To w sumie smutne, że facetów trzeba straszyć gejowskim podrywem, żeby zrozumieli, że niektóre teksty, jakie wygłaszają do kobiet, nie są fajne.


Podniosłam  zamglone od  płaczu oczy i spojrzałam  na niego z taką nienawiścią,  że aż odsunął  się ode mnie.  Byłam wściekła, zrozpaczona,  rozerwana na strzępy i było mi  wszystko jedno.
– Wiesz co? Odpierdol się! – Cisnęłam w niego kopertą i rzuciłam się do drzwi.
Boże, ona walczy! Ciągle ma racjonalne odruchy!


Massimo  wciąż klęcząc,  złapał mnie za nogę  i pociągnął w swoją stronę.  Przewróciłam się  i ude­rzyłam  plecami o ziemię.  
Biegła tyłem?
Zrobiła beczkę, upadając.


Czarny  nic sobie  z tego nie robił,  przeciągnął mnie po dywanie,  aż znalazłam się pod nim. Błyskawicznie  puścił kostkę mojej prawej nogi, za którą ciągnął,  i złapał moje ręce w nadgarstkach. Rzucałam się na wszystkie  strony, usiłując się oswobodzić.
– Puść mnie, kurwa! – wrzeszczałam, szamocząc się.
Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, że Massimo tak traktuje kobietę ujrzaną w wizjach, którą w zasadzie mógłby uważać za anioła czy inną nadprzyrodzoną istotę.
Stereotyp twierdzi, że Włosi są raczej religijni i zabobonni. Rzeczywiście, Massimo jest bardzo nietypowym Włochem.


W pewnym  momencie, kiedy  mnie szarpnął, przywołując  do porządku, zza jego paska wypadła broń i uderzyła o podłogę.
O, jaka szkoda, że nie wypaliła, obrywając mu jaja! Gdzie są prawa Murphy’ego, kiedy człowiek ich potrzebuje?


Na ten widok zamarłam, ale Massimo zdawał się zupełnie nie zwracać  na to uwagi, nie odrywając ode mnie wzroku.
Łap za spluwę i strzelaj! Błagam!


Coraz mocniej zaciskał  dłonie na moich nadgarstkach. W końcu przestałam z nim walczyć, leżałam bezbronna i zapłakana, a on przenikał mnie  swoim zimnym wzrokiem. Spojrzał w dół na moje wpół nagie ciało; szlafrok, który je okrywał, podciągnął się  dość wysoko do góry. Na ten widok zasyczał i przygryzł dolną wargę zębami jadowymi.
Zbliżył  usta do moich,  aż przestałam oddychać  – zdawało mi się, że chłonie  mój zapach, a za chwilę przekona się, jak smakuję. Przeciągnął wargami po moim policzku i wyszeptał:
– Nic nie zrobię bez twojej zgody i chęci. Co prawda właśnie robię, ale to się nie liczy. Nawet jeśli będzie mi się wydawało, że ją mam, poczekam, aż mnie zechcesz, zapragniesz i sama do mnie przyjdziesz. Co nie znaczy, że nie mam ochoty wejść w ciebie bardzo głęboko i językiem zatamować twój krzyk.
Spierdalaj, creepie.


Na te słowa, wypowiedziane tak cicho i spokojnie, zrobiło mi się gorąco.
Ze strachu, prawda?
Może nie zauważyła, że leżą blisko kominka?


–  Nie wierć  się i posłuchaj przez chwilę, czeka mnie dziś  ciężka noc, ostatnie dni też nie były lekkie, a ty  nie ułatwiasz mi zadania. Musiałem zrezygnować ze sjesty dla porwania ciebie, złośliwie się budzisz tak, że trzeba brać nadgodziny, i to w dniu, gdy dział ds. zakładników pracuje tylko wewnętrznie, no szlag mnie trafi. Nie  przywykłem  do tego, że  muszę tolerować nieposłuszeństwo, nie umiem być  delikatny, ale nie chcę zrobić ci krzywdy. Więc albo za chwilę przywiążę  cię do krzesła i zaknebluję ci usta, albo puszczę cię, a ty grzecznie  wykonasz moje polecenia.
No i spoko, mamy sytuację wyjściową jak z mrocznego thrillera, ale czy KTOKOLWIEK w ogóle wątpi, że za parę chwil zmieni się to w słitaśny romans?


Jego  ciało przywierało  do mojego, czułam każdy  mięsień tego niezwykle harmonijnie zbudowanego  mężczyzny.
– Dwugłowy uda, skośny brzucha… – w myślach robiłam szybką powtórkę z anatomii. – O, a co to za interesujący mięsień, o tuuuu…?
– To ciało jamiste, siadaj, pała! – zagrzmiał z nicości głos sorki od biologii.


Lewe  kolano,  które trzymał  pomiędzy moimi nogami,  podsunął w górę, gdy nie  zareagowałam na jego słowa.  Cicho jęknęłam, tłumiąc krzyk,  kiedy wbiło się między moje uda, drażniąc wrażliwe miejsce, a plecy mimowolnie wygięłam w łuk refleksyjny, odwracając od niego  głowę. Moje ciało zachowywało się  tak jedynie w sytuacjach podniecenia, a ta mimo namacalnej agresji zdecydowanie taka była.
– Nie prowokuj mnie, Lauro – wysyczał przez zęby.
Okazuje się, że Massimo to nie tylko boss mafii, ale i dziedzic Slytherina. Ssss!
Tak, potrafi wysyczeć zdanie, w którym nie ma ani jednej głoski syczącej. Magia!


– Dobrze, będę spokojna, a teraz wstań ze mnie.
Massimo  z gracją podniósł  się z dywanu i odłożył  broń na stół. Wziął mnie  na ręce i posadził na fotelu.
– Tak zdecydowanie będzie nam łatwiej. A więc jeśli chodzi o zdjęcia... – rozpoczął. –  W twoje urodziny byłem świadkiem sytuacji na basenie między tobą a twoim facetem. Kiedy wybiegłaś, wiedziałem,  że to jest dzień, w którym sprowadzę cię do mojego życia. Po tym, jak twój mężczyzna nawet nie drgnął, kiedy  wyszłaś z hotelu, wiedziałem, że nie jest ciebie wart i długo po tobie rozpaczać nie będzie. Kiedy zniknęłaś, twoi przyjaciele poszli zjeść, jak gdyby nigdy nic. Wtedy moi ludzie zabrali twoje rzeczy z pokoju i zostawili list, w którym pisałaś  do Martina, że odchodzisz od niego, wracasz do Polski, wy­prowadzasz się i znikasz z jego życia. Nie ma możliwości, by tego nie przeczytał, gdy wrócił do waszego apartamentu po posiłku.
Oczywiście, że napisany był po polsku i twoim charakterem pisma, dlaczego pytasz? 
“Kochany Martin!
Laura  Ja już ciebie nie kocha. To nie ma sensu. Idę z powrotem do Polska wyprowadzam się i znikać na zawsze. Nie pokazuj ten list policji bo twój ulubiony koń umrze. Pozdrawiam!”
Treść była bez wątpienia dziwna, ale Martin już nie takie pisane pod wpływem sms-y dostawał.


Wieczorem, gdy przechodzili obok recepcji wystrojeni i w szampańskich nastrojach [można by pomyśleć, że nie lubili Laurki za bardzo i tak się cieszą, że zniknęła], zagadnął ich człowiek z obsługi, polecając odwiedzić  jeden z lepszych klubów na wyspie. Toro także należy do mnie i dzięki temu mogłem kontrolować sytuację. Gdy przejrzysz zdjęcia, zobaczysz na nich całą  historię, którą właśnie usłyszałaś. To, co działo się w klubie... no cóż, pili, bawili się, aż Martin zainteresował się jedną z tancerek  – resztę już widziałaś. Zdjęcia chyba mówią same za siebie.
Fotomontaż jak nic. Już wierzę, że facet, którego trudno było namówić na seks z naszą Laurą, bo “już się w życiu naruchał”, ot tak, z marszu ulega wdziękom pierwszej lepszej tancerki.
Albo naszprycowali go tabletkami gwałtu i viagrą.
Albo gdzieś tam poza kadrem stoi ochroniarz z pistoletem wycelowanym w jego głowę.


Siedziałam  i patrzyłam na  niego z niedowierzaniem.  W ciągu kilku godzin moje  całe życie wywróciło się do góry nogami.
– Chcę wrócić do Polski, proszę pozwól mi znów być do domu.
Massimo wstał  z kanapy i stanął  przodem do tlącego się  ognia, który już lekko przygasł, tworząc w pokoju ciepły półmrok. Oparł  się jedną ręką o mur i powiedział coś po włosku.
Porca puttana!


Złapał głęboki oddech, odwrócił się w moją stronę i odparł:
–  Niestety, przez najbliższe trzysta sześć­dziesiąt pięć  dni nie będzie to możliwe. Chcę, żebyś mi poświęciła najbliższy rok. Postaram się  zrobić wszystko, byś mnie pokochała, a jeśli za rok w twoje urodziny nic się nie zmieni, wypuszczę cię.
I pamiętaj, masz czas tylko do chwili, póki nie opadnie ostatni płatek róży pod tym kloszem.


To nie jest propozycja, tylko informacja, ja  nie daję ci wyboru, tylko mówię, jak będzie.
Odejdź stąd i wychędóż się sam.
Jak to szło? “Nic nie zrobię bez twojej zgody i chęci”.


Nie  dotknę  cię, nie  zrobię niczego,  czego nie będziesz  chciała, nie zmuszę  cię do niczego, nie zgwałcę  cię, jeśli się tego boisz...
Ok, Massimo, trzymamy za słowo… i zaczynamy liczyć.


Bo  jeżeli faktycznie jesteś  dla mnie aniołem, chcę rżnąć cię w każdy otwór twego ciała… uuups, anioły nie mają otworów okazać  ci tyle szacunku, ile warte jest dla mnie własne życie.  
Uuu, gościu, to chyba niewiele je cenisz.


Wszystko  w rezydencji  będzie do twojej  dyspozycji, dostaniesz  ochronę, ale nie dla kontroli, a wyłącznie dla twojego bezpieczeństwa. I dla twojego dobra, pamiętaj. Sama wybierzesz sobie ludzi, którzy będą  cię chronić pod moją nieobecność. Będziesz miała dostęp do wszystkich posiadłości, nie zamierzam cię  więzić, dlatego jeśli tylko będziesz chciała bawić się w klubach czy wychodzić, nie widzę problemu…
Tu nos Massima przewiercił ścianę.


Laura zapowiada, że ucieknie przy najbliższej okazji, gdyż ma rodzinę, która będzie się o nią martwić – na co Massimo podaje jej kolejną kopertę.


(...)
Rozerwałam kopertę  i drżącymi rękami wyciąg­nęłam kolejne zdjęcia. Co, do cholery?,  po­myś­lałam. Fotografie przedstawiały moją rodzinę: mamę z tatą  i brata. W zwykłych sytuacjach, zrobione obok domu, na lunchu z przyjaciółmi, przez okno w sypialni, kiedy spali.
– Co to ma być?! – zapytałam zdezorientowana i wkurwiona do granic.
–  To moja polisa gwarantująca mi,  że nie uciekniesz. Nie zaryzykujesz bezpieczeństwa i życia swojej rodziny. Wiem, gdzie mieszkają, jak  żyją i gdzie pracują, o której chodzą spać i co jadają na śniadanie.
Zaczynam mieć podejrzenia, że Laura wcale nie zapadła na te dwa dni w Śpiączkę Opkową, tylko Massimo czymś ją naćpał, żeby mieć czas na zebranie tych informacji.


Nie zamierzam cię pilnować, bo wiem, że nie jestem w stanie robić tego, gdy  mnie nie ma, nie będe cię więzić, wiązać czy zamykać. Jedyne, co mogę  zrobić, to dać ci ultimatum: ty mi dasz rok – a twoja rodzina będzie bezpieczna i chroniona.
Ja pierdolę. Po prostu ja pierdolę.
No co. Jak każdy szanujący się Don, złożył jej propozycję nie do odrzucenia.


Siedziałam naprzeciwko niego i myślałam o tym, czy jestem w stanie go zabić. Na stoliku między nami leżał  pistolet, a ja chciałam zrobić wszystko, by chronić swoją rodzinę. Złapałam broń i wycelowałam w Czarnego.  Wciąż siedział bardzo spokojnie, ale jego czy płonęły gniewem.
–  Lauro,  doprowadzasz  mnie do szaleństwa  i do szału jednocześnie.  Oraz szaleję za tobą jakbym się objadł szaleju. Odłóż  broń, bo  za chwilę sytuacja przestanie być zabawna i będę musiał zrobić ci krzywdę.
Massimo, masz złe spojrzenie na tę sytuację. Ona przestała być zabawna już w momencie, gdy Laura obudziła się w łóżku.


Kiedy  skończył  mówić, zamknęłam  oczy i pociągnęłam  za spust. Nic się nie  stało. Massimo rzucił się na mnie, zabrał  mi broń i szarpiąc za ramię, ściągnął mnie z fotela, ciskając na  kanapę, z której się poderwał. Przekręcił mnie na brzuch i sznurem  od jednej z poduszek obwiązał mi ręce.
Jak okazywać szacunek aniołowi, poradnik praktyczny.


Kiedy skończył, posadził mnie, a raczej rzucił na miękkie siedzisko.
– Trzeba go najpierw odbezpieczyć!!!
W zabezpieczonym pistolecie nie da się pociągnąć za spust!!! Po co biegasz z bronią bez amunicji, zapomniałeś do niej nalać wody?


Wolisz tak rozmawiać? Wygodnie ci? Chcesz mnie zabić, myśląc, że to takie proste? Wydaje ci się, że nikt wcześniej tego nie próbował?
Specjalnie zostawiam pistolet w różnych widocznych miejscach i czekam na tych frajerów, którzy spróbują!


Massimo woła Domenica (tego młodego Włocha o gigantycznych ustach) i nakazuje mu zaprowadzić Laurę (nadal związaną) do jej pokoju, ale nie zamykać go na klucz. Laura w pokoju wpada w rozpacz i wreszcie, zmęczona płaczem, zasypia. Kiedy się budzi, słyszy z daleka jakieś męskie głosy, więc podąża w ich stronę, aż dociera do wielkiego holu z widokiem na podjazd. Tam, ukryta za framugą drzwi, obserwuje.


(...)
W mroku  dostrzegłam  Massima i kilku  ludzi stojących obok.  Przed nimi klęczał człowiek,  który wykrzykiwał coś po włosku.  Jego twarz zdradzała przerażenie i panikę,  kiedy patrzył na Czarnego. Massimo stał spokojnie z rękami w kieszeniach luźnych ciemnych spodni. Przeszywał mężczyznę  lodowatym spojrzeniem i czekał na koniec wywodu łkającego człowieka. Kiedy ten umilkł, Czarny powiedział spokojnym głosem do niego jedno, może dwa zdania, po czym  wyciągnął zza paska pistolet i strzelił mu w głowę. Ciało mężczyzny przewróciło się na kamienny podjazd.
Eh, takich interesów nie załatwia się w domu. Zobaczysz, Lauro, skończy się z jak z Martinem.
Przy “Klątwie przeznaczenia” śmialiśmy się, że kat nie może przynieść pracy do domu; mafiozo najwyraźniej tak.


Na widok morderstwa Laurze robi się ciemno przed oczami, zaczyna się dusić i prawie mdleje.


(...)
Widziałam śmierć  człowieka, w mojej  głowie jak zacięty film  przewijał się obraz padającego  strzału. Powtarzająca się scena spowodowała, że tlen już całkowie odpłynął z mojego ciała. Poddałam się temu  i przestałam walczyć. Resztką świadomości zarejestrowałam, jak pasek mojego szlafroka poluźnia się, dwa palce na mojej szyi próbują  wyczuć słaby puls. Jedna dłoń wsunęła się przez plecy i szyję przechodząc przez nie na wylot, aż złapała mnie za głowę, druga zaś pod moje na wpół zgięte nogi. Poczułam, że się przemieszczam  – chciałam otworzyć oczy, jednak nie byłam w stanie unieść powiek. Wokół słychać było jakieś dźwięki, do mnie wyraźnie dotarł tylko jeden:
– Lauro, oddychaj.
Byłoby zabawnie, gdyby Laura go nie posłuchała i ot tak umarła. Chciałbym zobaczyć reakcję Massima.
Hurrr durr, jak śmiałaś być mi nieposłuszna, zmartwychwstawaj natychmiast!


(...)
Massimo otworzył mi jedną dłonią usta, drugą zaś wsunał pod język tabletkę.
–  Spokojnie, mała, to lekarstwo na serce. Lekarz, który się  tobą opiekuje, zostawił je na wypadek takiej sytuacji.


Taaa, choroba serca jest tu takim wygodnym rekwizytem, mającym wyjaśnić, dlaczego nasza fit, wysportowana bohaterka, nie jakaś tam delikatna lelija, czasami mdleje. (Autorka w którymś z wywiadów przyznała rozbrajająco, że stosowała ten chwyt, kiedy nie wiedziała, jak wykaraskać ją z jakiejś sytuacji). Laura do tej pory nie poświęciła ani pół myśli swojej rzekomej chorobie, nie panikowała, że jest w obcym miejscu bez swoich leków oraz nie miała żadnych oporów przed wlewaniem w siebie sporych ilości alkoholu. Choroba nie będzie jej też przeszkadzać w bieganiu ani w uprawianiu dzikiego seksu…


Po  chwili  mój oddech  stał się bardziej  miarowy, do organizmu  docierało więcej tlenu, a serce z szaleńczego galopu zwolniło do spokojnego stępa. Zapadłam się w pościeli i zasnęłam.


Statsy:
Laura pije: tym razem skromniutko, tylko dwa kieliszki szampana.


Z luksusowej willi w Taorminie pozdrawia analizatorska mafia, racząc się szampanem i ostrygami,
a Maskotek z natchnioną miną rysuje portrety pamięciowe pewnej księżniczki.

P.S. A gdyby ktoś chciał poczytać o przygodach Polki porwanej przez mafię, to serdecznie polecam “Całe zdanie nieboszczyka” Joanny Chmielewskiej.