czwartek, 6 lutego 2020

387. Szu-szu-szu, czyli Putin ma nas w garści (Tysiąc obsesji, cz. 4/4)


Drodzy Czytelnicy!
Kończymy dziś naszą przygodę z Aniką, Robertem i ich obsesjami, a kończymy ją z wielkim hukiem i łomotem. Oto bowiem rozwija się przed nami potężna intryga szpiegowska, odsłaniają się mroczne tajemnice i jest tak groźnie, że ło-ho-ho! Jak sobie poradzą nasze niewinne baranki wrzucone w sam środek walki wywiadów?
Indżojcie!

Analizują Ci, Którzy Wytrwali do Końca: Kura, Jasza i Królowa Matka


Bla, bla, przez wiele, wiele stron nic się nie dzieje, nananana, Anika z Robertem romansują, od czasu do czasu błyskając bateryjką erudycyjną. 
Drodzy Czytelnicy,
gdybyście nie wiedzieli jak zagospodarować chwilę post-coitalną, panmarcel biegnie z pomocą:
– Wiesz – kontynuował, jakby nie dosłyszał jej żartu – że nigdy nie zobaczysz na niebie miliona gwiazd, ale jedynie około pięciuset. 
Tego miliona nie widać, bo z boku facet świeci Bateryjką Erudycyjną. I oślepia.
Robercik przed randką rzucił okiem na stronę ciekawe.org

Alpha Centauri świeci najjaśniej, czyli jakieś półtora razy jaśniej niż Słońce. Widziane z Ziemi gwiazdy wyglądają, jakby migotały, ale to nieprawda, one nie migoczą. 
Kepler musi udowodnić, że zasłużył na swoje nazwisko? 
Dlatego nie obiecuje gwiazdki z nieba, bo wciąż liczy i liczy.

Gdy światło gwiazdy przenika przez atmosferę, zwłaszcza gdy gwiazda pojawia się nisko nad horyzontem, musi przeniknąć przez wiele jej warstw o różnej i często szybko zmieniającej się gęstości. To ma wpływ na ugięcie światła. 
Kurde, aŁtorzy, już byście przynajmniej streścili własnymi słowami… 

Nudzę cię? – Robert spojrzał na Anikę.
– Mów dalej – poprosiła.
Anika zamknęła oczy i uważnie słuchała wszystkiego, o czym mówił Robert. A mówił tak, że aż jej dech zapierało.
“Ach, gdybym ja choć raz była w Planetarium, mogłabym porozmawiać z nim jak równy z równym”.

– „Gdzieś tam na trzęsawiskach, na rozstajach małej jak atom Ziemi, umierają ludzie i konają przedwcześnie nieszczęśliwe narody...” – Robert spojrzał na nią zadumany. – „Serce kosmosu bije na alarm...”
– „Jesteśmy tylko drobinami białka w okrutnym krzemowo-ognistym wszechświecie” – dokończyła za niego Anika.
– Czytałaś Małą apokalipsę? – zdziwił się Robert.
Zaprzątałaś sobie tym swoją śliczną główkę?
Tu powinien być wykład o Konwickim jako pisarzu, reżyserze i współlokatorze kota Iwana.

– Pasjami, kilkanaście razy.
– To moja ulubiona powieść, pierwszy raz przeczytałem ją jako piętnastolatek.
Biedna Chmielewska ze swoim (Nie)boszczykiem mężem poszła w odstawkę, Chmielewską człowiek takiemu Robertowi nie zaimponuje… 

(...)

Kacper zaczyna używać wody Gio, wprawiając tym samym Anikę w pomieszanie i zamęt grubymi nićmi szyty. 

– Hej, co się z tobą dzieje, skarbie? Na początku naszej znajomości siedem lat temu wspomniałaś mi kiedyś o wodzie Gio, swoim ulubionym męskim zapachu. Pomyślałem wtedy, że pewnie tak pachniał jakiś twój facet i że dlatego tak lubisz ten zapach.
I jeszcze pomyślałem sobie, że chcę pachnieć jak ten jakiś tam twój były facet, żeby ci go przypominać… oh, wait.
Gdyż albowiem kobieta niczego nie może lubić ani niczym się zajmować ot, tak po prostu dla siebie, wszystko musi być w odniesieniu do faceta. 

– Kacperku – przerwała mu i zdała sobie sprawę, że powiedziała to głosem z Predatora, jakaś wielka klucha utknęła jej w gardle, więc odchrząknęła i dodała: Jest wiele nut, które lubię, jak piżmowe, waniliowe albo coś w rodzaju cytrusów i drzewa sandałowego. Gio jest taką właśnie mieszanką.
Ta powieść musiała mieć ustanowiony jakiś dolny limit znaków i autorzy w pocie czoła nabijali objętość, przepisując informacje z folderów reklamowych itp. 
A i to nieudolnie, w Acqua di Gio nie ma ani drzewa sandałowego, ani - tym bardziej - wanilii, można to sprawdzić bez trudu jednym kliknięciem.
(...)

Okazuje się, że Kacper też miał przeszłość…

To nie mógł być Kacper Górniak, a jednak to był on. Izabella nigdy by go nie zapomniała.
Szedł z ładną blondynką o dość pokaźnym biuście. Dziewczyna uśmiechała się do niego, a on odwzajemniał jej uśmiech. Jednak w jego spojrzeniu kryło się szaleństwo, które ałtorzy wyciągnęli jak królika z cylindra, bo im się przypomniało, czy też raczej chcieli usprawiedliwić przyprawianie mu rogów przez Anikę, bo, wiadomo, jak facet świnia to nie szkodzi, a wręcz należy, Izabella dobrze pamiętała z czasów, gdy Kacper był jej chłopakiem. Nazywała wówczas to spojrzenie obłąkanym. Żeby tylko jej nie dostrzegł! Schowała się za pobliskim drzewem, ale dalej obserwowała z ukrycia tę dziwną parę, mimo że poczuła silny ucisk w klatce piersiowej. Na widok człowieka, od którego kiedyś uciekła, naszły ją mdłości.
No proszę, a Anika jest z nim od lat, mieszka z nim, nudzi się, w dodatku planuje ślub. I niczego takiego, jak ukryte szaleństwo nie odkryła. 

(...)
Wszedł na swój fałszywy profil na Facebooku. Nie był na tyle głupi, by używać swojego prawdziwego profilu, którego od dawna zresztą już nie posiadał. 
Skoro nie posiadał prawdziwego profilu to rzeczywiście byłby głupi usiłując na niego wejść. Nieprawdaż.
Pokrętne zdanie jest pokrętne bo pokręcone.

Ludzie są takimi idiotami, że udostępniają wszystko w mediach społecznościowych. On natomiast nie mógłby sobie na to nigdy pozwolić, przecież wtedy ktoś mógłby go namierzyć, dowiedzieć się, z jakiego numeru IP korzysta.
Adres IP (ang. Internet Protocol) jest to numer identyfikacyjny komputera lub serwera w sieci, który służy do prawidłowej komunikacji między urządzeniami. [wygrzebane w necie w kilka sekund]  Trzeba było umieścić tutaj ten tekst, bo najwyraźniej bateryjka erudycyjna aŁtorowi się wyczerpała.

Oczywiście, że ją odnalazł. Izabelli długo nie było w sieci, ale rok temu znów się pojawiła w wirtualnym świecie.
Bla, bla, Kacper przegląda profil Izabelli, masturbując się przy tym. Wspomina ich znajomość - Izabella była jego pierwszą kobietą, to z nią stracił dziewictwo. Jednak odeszła od niego po roku, czego ten nie może przeboleć do dziś. 

No i wreszcie przechodzimy do akcji sensacyjnej!

– Foucan, gliny! – krzyknął chłopak w białych dredach i grupa nastolatków rozpierzchła się we wszystkie strony bulwaru Smitha Pattona. Zza budynków Muzeum Sztuki Nowoczesnej wynurzyły się ponure twarze funkcjonariuszy prewencji, którzy nie byli ani fanami kultury fizycznej, ani żadnej innej.

Totalnie widzę to mniej więcej tak:

https://www.youtube.com/watch?v=8UW-Q9w1mEo

Chłopak chwycił Dagnę za rękę i ruszyli sprintem przez skwer.
To normalne, że gdy widzi się patrol policji, to się ucieka. 
Od czasu do czasu przez Warszawę przebiegają tysiące ludzi, ale mówimy na to “maraton”. 

(...)
– Autobus!
Ruszyli biegiem na koniec zatoczki w tunelu Wisłostrady, drzwi pojazdu były wciąż otwarte. W ostatniej chwili zdążyli wskoczyć do autobusu, dysząc i śmiejąc się jednocześnie. Byli z siebie zadowoleni jak diabli. Skronie im pulsowały i rozpierała ich młodzieńcza radość życia.
– Dzień dobry, bileciki do kontroli – zwrócił się do nich mężczyzna w kapeluszu.
Jest! Facet w kapeluszu.
U Marcela kapelusz jest znakiem rozpoznawczym wszelkich złoli. 

– My... – Igor nie dokończył.
Dopiero teraz zauważył, że nie ruszyli jeszcze z miejsca, a wszyscy pasażerowie autobusu wyglądają jak jedna kropla wody (atak klonów?)


i nawet kierowca ma taką samą kurtkę jak wszyscy pasażerowie, człowiek podający się za kontrolera ma zaś na rękach silikonowe rękawiczki.
To będzie bardzo dokładna kontrola. 

– Co tu się dzieje? – wyszeptała Dagna i przywarła do Igora.
– Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, jesteście zatrzymani – usłyszeli.
Od dłuższej chwili usiłuję to jakoś w miarę inteligentnie skomentować, ale mi turlanie się po ziemi w ataku śmiechu odrobinkę przeszkadza.
No nie? Obława jak na pytona, ABW całe zaangażowane, autobus wynajęty, w krzakach trzy razy więcej funkcjonariuszy uzbrojonych po zęby. Po co? Żeby złapać jednego nastolatka.

– Z jakiej racji? – roześmiał się Igor. – ABW fatyguje się w sprawie wykroczenia karanego mandatem do pięciu tysięcy złotych? Wolne żarty! 
Mandat za wykroczenie może wynieść do 500 zł, wyższą kwotę ewentualnie może nałożyć sąd.
Ty się tu drobiazgami zajmujesz, zamiast podziwiać, jaki wyluzowany ten Igor, jaką zimną ma krew, jaki opanowany, tutaj ABW łamane przez CBA robi na niego zasadzkę jak na jakiegoś super-hiper-mega-plus bandziora, autobusy wynajmują, agentów przebierają, a ten nic, tylko męski, surowy śmiech!

A poza tym, czy ma pan jakąś legitymację? Bo ja na przykład jestem z FBI.
– Oto moja legitymacja. – Mężczyzna wyciągnął dokument i Igor spojrzał na widoczne na nim personalia.
– Tomasz Piasecki. Agent Tomek? – zaśmiał się.
– Dla ciebie, chłopcze, może być nawet Tomek.
Tomek w krainie Deszczowców. Carramba! 

– A od kiedy to jesteśmy kolegami? – stawiał się Igor.
– Odkąd znaleźliśmy u ciebie w kieszeni flakkę. 
Flakka robi z człeka flaka.

– Piasecki wyjął z kieszeni plastikową torebkę z białym proszkiem.
– Że co, kurwa, znaleźliście?
Złoty pył.
Ach, te kulturalne kody! Te związki między dziełami literackimi… tych samych lotów :D!

– To najniebezpieczniejszy narkotyk dostępny obecnie na rynku. Ale przecież sam, chłopcze, dobrze to wiesz, skoro nim handlujesz.
– Chyba pana pogięło, nie byłem nawet przeszukany! – bronił się Igor.
– Mam siedemnastu świadków, że byłeś, chłopcze, przeszukany i że to twoje narkotyki.
– Ja pierdolę, to się nie dzieje naprawdę.
Igor głośno przełknął ślinę.
GULP!!!

Robert jedzie na spotkanie z Wiktorem Sukorowem.

W restauracji, w której oczekiwał go Wiktor, świeciło pustkami. Kelner ukłonił się Robertowi i poinformował, że pan Sukorow oczekuje go w drugiej sali.
Wiktor przywitał go w milczeniu, wskazując na krzesło naprzeciwko siebie.
– Coś się stało, Wiktorze? – zagaił Robert.
– Chcę cię, Robercie, ostrzec – odezwał się Wiktor, świdrując Keplera wzrokiem. – Lada moment pojawią się ludzie, którzy będą cię wypytywać o mnie. A ty, pamiętaj, masz trzymać mordę na kłódkę!
Gdyby mój wieloletni znajomy i chrzestny ojciec mojego dziecka wyjechał z takim tekstem, to bym głęboko przemyślała tę znajomość. I to raczej szybko, a wręcz natychmiast.
Ale gdy ktoś naoglądał się trzech filmów o roli ojca chrzestnego w życiu rodziny, to wie że mafia tak działa.

Robert już wiedział, że jego i Wiktora dotychczasowa partnerska relacja weszła właśnie na inny poziom.
No raczej. Moja weszłaby na poziom “trzask drzwi”.

– A teraz pogadajmy o naszym biznesie. Pojedziesz do ministra sportu i zaproponujesz mu... – W oczach Sukorowa błysnęła chciwość.
Chciwość mu błysnęła na myśl o tym, że będzie płacił?

– O czym ty mówisz?! – wykrzyknął Robert, jakby nie dowierzając własnym uszom.
– Mówię o tym, że pojawiły się pewne komplikacje licencyjne, ale znalazłem wyjście z tego impasu. Jest człowiek, który pomoże w kłopotach, i twoim zadaniem jest mu się za to sowicie odwdzięczyć, ponimajesz, drug?
– Co ty pieprzysz, Wiktor?!
– Będzie tak, jak powiedziałem! – warknął Sukorow.
W 2001 zabito ministra sportu Jacka Dębskiego
To nie ma żadnego związku z tym ksioopkiem, żadnego.

– Dlaczego?
– Spytaj raczej: dla kogo? A wtedy ja ci powiem: dla Kingi, Robercie, dla Kingi! Czy nie obiecywałeś pożyczyć jej pieniędzy na zainwestowanie w firmę?
Taaaa, i ona żyje tą obiecanką już… od miesiąca? Dłużej? 

Nagle wszystko stało się dla Roberta jasne. 
Przynajmniej dla kogoś...

Czyżby sam pchnął ją w ramiona Wiktora? Mógł się przecież domyślić, że Kinga jest zbyt dumna, żeby przyjmować od Roberta pożyczkę, skoro Robert ją od siebie odepchnął. Mogła jednak powiedzieć szczerze, co ją boli, mogli ze sobą porozmawiać jak małżeństwo.
Wytłumaczcie mi jedno: z jakiego właściwie powodu świetnie ponoć prosperująca przedsiębiorczyni nie mogła wziąć zwykłego kredytu w banku, tylko musiała tak kombinować? 
Żeby było mhrrroczniej.
Od samego początku tego nie rozumiem, w końcu w momencie rozpoczęcia naszej pasjonującej przygody literackiej Kinga była właścicielką prężnie działającej sieci kwiaciarni i hurtowni ogrodniczych, a Robert był, cóż, bezrobotny.

Jakież znowu małżeństwo. Robert uśmiechnął się gorzko, przecież dawno przestali być małżeństwem! 
Oczywiście. To, że mieszkają pod jednym dachem, uprawiają seks i jedzą przy jednym stole nie jest żadnym argumentem, że jest inaczej. 

Tak czy owak, siedział teraz naprzeciwko Wiktora z tej właśnie racji, że chciał zarobić pieniądze dla Kingi i Igora, choć jednocześnie ich rodzina była w rozsypce. Tak to jest – pomyślał – kiedy człowiek myśli jedno, a czyni drugie, chce być uczciwy, a wchodzi w szemrane biznesy, przez pół życia jest sportowcem, a przez drugie pół bawi się w biznesmena, ma żonę, a udaje, że jej nie ma. Chce się z żoną rozwieść, ale wkłada żonie rękę w majtki.
Hm, jak ich ostatnio widzieliśmy w łóżku, to Kinga pchała Robertowi rękę w bokserki… 

– Kepler! – Wiktor huknął pięścią w stół.
– Kinga nie chciała moich pieniędzy – westchnął Robert.
– Otóż to – żachnął się Wiktor – ale moje pieniądze chętnie wzięła.
Nawet, gdybym wcześniej nie zauważyła, po tym jednym poznałabym, że to Marcello pisał ten fragment. Nadal się nie nauczył poprawnie używać słowa “żachnąć”, biedaczysko.

– Czego ode mnie oczekujesz? – Robert chciał jak najszybciej przejść do konkretów.
– Powiedzmy, gospodin Kiepler, że sprolongujesz spłatę pożyczki dla Kingi, jeśli spotkasz się z ministrem i zrobisz to, o co cię przed chwilą grzecznie poprosiłem.
Mówiąc po ludzku, prolongata to nic innego, niż zgoda na to, aby kredyt spłacany był dłużej, niż jest w umowie.
Tyle tylko, że taką zgodę wydaje wierzyciel (w tym przypadku Wiktor), a nie ex-mąż. 
No i o to chodzi, jak Robert zrobi to, czego żąda Wiktor, ten zgodzi się na przesunięcie terminu spłaty. 
Zabawne jest to, że to wszystko przecież odnosi się do osób, z którymi Wiktor przez lata musiał żyć w bliskiej przyjaźni, a tu… No ale najwyraźniej “kochajmy się jak bracia, liczmy się jak mafijni księgowi”. 

– Jeśli to zrobię, stanę się przestępcą! – Robert poczuł, jak na jego gardle zaciska się niewidoczna pętla.
– Jeśli to zrobisz, okrągła sumka powędruje na specjalną lokatę, którą założyłem Igorowi – kusił Roberta jego rosyjski wspólnik. 
A już nie na konto Kingi…?

Po czym Wiktor wstał, i ocierając jedną dłoń o drugą, jakby umywał od wszystkiego ręce, rzucił na koniec:
– Żyt’ budiesz, gulat’ nie pochoczesz.
O, i to zdanie stanowi piękny przykład researchu a’la Marcello. Konsultowałam się z dwiema osobami, które rosyjskim posługują się zawodowo, i dowiedziałam się, że:
- forma “pochoczesz” jest archaiczna (ewentualnie gwarowa), powinno być “zachoczesz”,
- zdanie w takiej formie zupełnie nie ma sensu w tym kontekście. 
Odwrotnie – “żyt’ zachoczesz, gulat’ nie budiesz” – mogłoby ewentualnie znaczyć “jeśli zechcesz żyć, to nie będziesz podskakiwać” (gulat’ – dosłownie: spacerować, ale także hulać, bawić się). W dodatku podobne zdanie istnieje jako cytat z jakiegoś filmu: “żyt’ zachoczesz – nie tak raskoriacziszsia”, w luźnym tłumaczeniu – “żyć ci się zechce, to nie w taki paragraf się skręcisz”, co tu by nawet pasowało – jeśli Robert zechce żyć, zrobi wszystko, co Wiktor mu każe. 
No ale miało być po prostu złowrogo brzmiące zdanie wypowiedziane przez złowrogiego ruskiego mafioza...

* * *
Spotkanie w Ministerstwie Sportu przebiegło zgodnie z planem. Gdy Robert znalazł się z ministrem Bogdanem Kanią sam na sam, przesunął nogą w jego stronę teczkę z łapówką. Kania zachowywał olimpijski spokój, Robert również. Po czym panowie się rozstali.

Iiii juuu, iiiijuuu włącza się bateryjka dekady palców:

Olimpizm – właśnie to zapomniane, niedoceniane i mało znane słowo zawsze wzruszało Roberta dogłębnie. 
Jak go dopadło znienacka, to szlochał jak bóbr, nieważne, czy w domu, czy na ulicy, czy podczas meczu, sam na sam z bramkarzem. 

Do rzutu karnego w pamiętną „niedzielę cudów” poszedł właśnie dlatego, że czuł się sportowcem, który walczy do końca i nie odstawia nogi (do szafy?), dopóki sędzia nie przerwie gry. 
I zupełnie nie dlatego, że szesnastoletni smarkacz, jak mu trener coś każe, to nie za bardzo ma możliwość odmówić, o ile chce jeszcze sobie pograć. 
W takim razie trener i kapitan drużyny też dali ciała, wystawiając do strzału tego małolata.

Olimpizm – człowiek w szczycie swoich możliwości, ciężkiej pracy nad ciałem i pracy nad wszystkim, na co ma wpływ, by wznieść się na szczyt swoich możliwości. 
Jeżeli to jest szczyt autorskich możliwości w zakresie konstruowania zdań, to obawiam się, że znajduje się on gdzieś w okolicach Morza Martwego. 

Olimpizm – człowiek naprzeciwko człowieka, dwaj herosi albo nawet dwaj amatorzy, ale dwoje ludzi, którzy według umówionych wcześniej reguł chcą zobaczyć, kto z nich okaże się lepszy. Przy zachowaniu szacunku dla rywala, dla jego pochodzenia, flagi, religii czy barw klubowych. Olimpizm – szczytowe osiągnięcie ludzkich możliwości.
I na tym szczycie stanął Robert K., rozejrzał się, policzył gwiazdy, spróbował promieniować własną doskonałością i zaczął z głębi serca: Jam jest posąg człowieka, na posągu świata. 
Jeśli olimpizm jest szczytowym osiągnięciem ludzkich możliwości, to widzę tu kogoś, kto ten szczyt osiągnął (i to, obawiam się, nawet zadyszki się przy tym nie dorobił) w dziedzinie wzniosłego pier...niczenia o niczym przy każdej okazji, bez okazji i (może nawet przede wszystkim) wbrew okazji.

Przeżył więc prawdziwy szok, że Kani, byłemu olimpijczykowi, nawet powieka nie drgnęła, gdy przyjmował od Roberta łapówkę, zresztą Kepler też nie czuł się kimś lepszym od skorumpowanego ministra. Obaj jako byli sportowcy musieli wiedzieć, że sprzeniewierzają się właśnie idei olimpizmu, a mimo to jeden wręczył łapówkę, a drugi ją bez skrupułów przyjął.
Ojej, misiu niewinny. 
https://media3.giphy.com/media/l2JHS7po8pGz94TgQ/giphy.gif

Parę minut po tym, jak pożegnał się z ministrem, Robert maszerował ciemnym zaułkiem i nagle ktoś zarzucił mu worek na głowę, skrępował z tyłu ręce i pchnął do zaparkowanego gdzieś w pobliżu samochodu. 
Tak nagle! To nie na moje nerwy!
Tak się robi z łapówkarzami! 
Przebóg, nie sądziłam, że na Senatorskiej w Warszawie jest tak niebezpiecznie! 
I że Senatorska jest ciemnym zaułkiem.
Oj, bo Wy nie wiecie. Jak się wyjdzie z Ministerstwa Sportu, to trzeba przejść naprzeciw, pod gmach Opery, rozpędzić się i na pełnym gazie wbiec w pierwszą kolumnę po lewej. Wtedy otwiera się przejście do Ciemnego Zaułka, a stamtąd już tylko trzy kroki na Pokątną. 
Gdy ktoś nie wyhamuje na Wierzbowej, to ląduje na Śmiertelnego Nokturnu. A wtedy to już nie przelewki! Worek na łeb i do dorożki.

Samochód przez pół godziny krążył po Warszawie (z czego 29 minut stał w korkach) i żaden z porywaczy – bo pewno było ich kilku, jak podejrzewał Robert – nie raczył mu wyjaśnić, czym Kepler im zawinił. 
Zapewne dlatego, że przez worek na głowie słyszeli głównie: “Wybbbbse byyyyf, wooo waaw wawwwyffyweemm!!!”.

W końcu samochód się zatrzymał i jeden z porywaczy wprowadził Roberta do jakiegoś gabinetu, w którym rozmawiało dwóch mężczyzn.
Żeby nie zwracać uwagi prowadzeniem po ulicy faceta z workiem na głowie, wjechał wprost do przedpokoju. 

– Walizka miała podsłuch – usłyszał Robert.
– Wyłączony?
Oczywiście, od samego początku!
– Tak, właśnie go wyłączyliśmy.
To się dużo ktoś tam nasłuchał, skoro przekazanie walizki odbyło się w całkowitym milczeniu. 

– Kim jesteście? – przerwał im Robert.
Ktoś zdjął mu worek. Oślepiło go światło, więc dopiero po chwili przyjrzał się tym mężczyznom.
– Jestem Pinky – wyjaśnił mu jeden z mężczyzn – a to Mózg. Pracujemy w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
W tym momencie Robert rozpoznał jego twarz.
– Agent Tomek!? – zdumiał się.

Dreamteam normalnie!



Czuję się bardzo spokojna, wiedząc, że nad naszym bezpieczeństwem czuwają tak fachowe siły!

Agent Tomek – który nie lubił, gdy się tak do niego zwracano – położył przed nim notatkę z zatrzymania Igora Keplera.
– Mój syn i narkotyki? – Z wrażenia Robert aż spurpurowiał na twarzy. – Nigdy w to nie uwierzę!
Wszystko, co dziś przeżył, wydawało mu się czystym absurdem, począwszy od spotkania z ministrem, skończywszy na worku zarzuconym mu na głowę.
Ale żeby zaraz absurd - narzucanie facetowi, który już ODDAŁ walizkę z podsłuchem i sobie po prostu szedł Senatorską w biały dzień, worka na głowę, to się przecież bez przerwy zdarza!

Jaki splot okoliczności zawiódł go przed oblicze agentów ABW?
Ich amatorszczyzna.

– O co tu chodzi, co to ma być?
– Po kolei, bo się pogubimy w tylu tematach. Panie ministrze, dziękujemy, zajmiemy się obiektem.
I jeszcze poproszę o wyjaśnienie, po co był ten podsłuch w walizce? Minister najwyraźniej współpracuje z ABW, wystarczyłoby, żeby Pinky wraz z Mózgiem stali za drzwiami pokoju, w którym wręczono łapówkę, nie trzeba by ogłuszać Roberta w centrum Warszawy i wozić go po zaułkach, jaka to oszczędność na benzynie, że o lasach, które życiem przypłaciły druk tego dzieua nie wspomnę…
Nie no, podsłuch w walizce był dziełem Ruskich Szpionów, którzy tę walizkę wręczyli Robertowi. 
A, rzeczywiście. I mają nagranie w stylu: "Dzień dobry, panie ministrze". "Dzień dobry, panie Robercie, widziałem pana w meczu reprezentacji X lat temu, żałuję, że nie miał pan szans rozwinąć kariery". "Pech, panie ministrze, zdarza się, najważniejsze, że nadal mogę pracować z bliskim mi środowiskiem sportowym", i tak dalej, i tym podobnie. Ruska mafia będzie tym mogła szantażować ród Keplerów do siódmego pokolenia, no nie pozbierają się po tym!
No wiesz, skoro do tej pory różni tacy mu wypominają, że nie strzelił karnego, kiedy miał szesnaście lat… 

Minister sportu ukłonił się i wyszedł z gabinetu. I Robert, i agent Tomasz Piasecki odprowadzili go wzrokiem, ale były to zdecydowanie odmienne spojrzenia.
Jeden patrzył z litością, a drugi z wściekłością? 
Jeden był krótkowidzem, a drugi miał nadwzroczność?


– Wszystko panu wyjaśnimy. – Piasecki rozłożył na stole jakieś dokumenty z takim namaszczeniem, jakby miał stawiać pasjansa. – Jest pan gotowy? – spytał, wskazując na swoje dokumenty. – Prokurator będzie wnioskował o zakład poprawczy dla Igora za handel narkotykami. Dowody już trafiły do laboratorium. A muszę panu zdradzić, że ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii to konik obecnego ministra sprawiedliwości. 
Taki mały, niepozorny konik-garbusek pośród tych innych, większych, piękniejszych i bardziej ulubionych przez Pana Ministra. 



Wie pan, te protesty w sprawie leczniczej marihuany, oleje konopne... Musimy mieć jakieś argumenty w ręku, kiedy młodzież jednocześnie zamawia tajemnicze przesyłki kurierskie z Azji. 
Kurierzy z Azji oczywiście jeżdżą na rowerach.
Wie pan, jak młodzi narkomani mówią na ćpanie?
A jakie to ma teraz za znaczenie? 
– Nie wiem i mój syn też tego nie wie! – Robert dałby sobie głowę uciąć, że Igor nie ma nic wspólnego z handlem narkotykami.
– Ci młodzi nie mówią, że ćpają narkotyki, mówią, że tylko je testują, że podchodzą do tych substancji naukowo. A Igor, zdaje się, dość mocno interesuje się chemią. 
Namiętnie wręcz. Wszyscy jak jeden słyszymy o tym pierwszy raz.
Może dlatego Kinga nie jest w stanie wybudować szklarni, bo młody wciąż eksperymentuje?

Musimy być czujni i łapać takich gagatków jak pański synalek. Liberalna młodzież czerpiąca wzory z YouTube’a. Pan też ogląda YouTube?
– Nie oglądam i mnie nikt na nim też nie będzie oglądać. 
Policja? Proszę natychmiast przyjechać na YouTube’a, pojawiło się nieautoryzowane nagranie ze mną! 
"Igorku, tatuś mówi! Proszę natychmiast wyłączyć YouTube'a, nikt mnie na nim nie będzie oglądał!"
Jutub jako szkoła zepsucia dla młodzieży liberalnej oraz konserwatywnej. 
Tja… a między tym zgorszeniem najgorsze są filmy z figlującymi kotkami.

Zostawcie mojego syna w spokoju! – Nie wytrzymał Robert. – Jestem pewien, że to nieporozumienie.
Piasecki popatrzył na niego przenikliwie.
– Zatem dobrze, zostawmy na razie pańskiego syna w spokoju i zajmijmy się Robertem Keplerem – westchnął. – Pracuje pan w spółce Hattrick, świadczącej usługi bukmacherskie, i otrzymuje przelewy od Wiktora Sukorowa, który dodatkowo utworzył długoterminową lokatę dla Igora Keplera, pana syna, czy tak?
Robert skinął niepewnie głową.
– Może przytoczę panu pewien konkretny zapis. Chodzi mianowicie o koncesję na działalność bukmacherską. Nie otrzyma jej osoba, wobec której istnieją uzasadnione zastrzeżenia z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, bezpieczeństwa interesów ekonomicznych państwa, a także przestrzegania przepisów regulujących przeciwdziałanie praniu brudnych pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu. 
No ale ta spółka JUŻ działa, więc JUŻ otrzymała tę koncesję, więc…? 

No więc my takie uzasadnienie mamy, czym się z panem w swoim czasie podzieliliśmy. Tutaj, proszę, zrzuty ekranu z monitoringu miejskiego, na którym widać, jak rozmawia pan ze mną w parku przy Królewskiej. Oczywiście mamy też nagranie.
No, fakt, nagraniem tej wymiany haseł to rzeczywiście będą mogli go szantażować do siódmego pokolenia. Rób co mówimy, bo jak puścimy to do internetu, to pół Polski umrze ze śmiechu! 
Internet zawsze gromadzi miliony widzów, żeby nie powiedzieć “wszystkich”. Pamiętajmy internetowy film, gdy Brodzki skoczył w głąb elewatora, a tłumy przed komputerami nie mogły oderwać wzroku od ciemnego ekranu…

(...)
– Możemy dalej? – Piasecki niczym zręczny iluzjonista przesunął na swoim biurku stosik dokumentów z dużym nagłówkiem „Zenit Solutions”.
– Według tych papierów zasiada pan w zarządzie Zenit Solutions z siedzibą przy alei Róż 6. Co pan na to?
Tak dla przypomnienia: to jest adres tego nowego mieszkania Roberta, które otrzymał, wraz z lexusem, od Wiktora jako hojny prezent na miły początek ich współpracy. 

(...)
– Nie wiem, czy pan wie – ciągnął Piasecki – że firma, w której zarządzie pan zasiada, jest obecnie zaskarżona przez klientów na kwotę blisko stu szesnastu milionów złotych. – To mówiąc, Piasecki podsunął Robertowi pod nos dokumenty KRS.
I pomimo to ją zarejestrowano?
Nie no, zarejestrowano najpierw, narobiła długów potem. To jest inna firma, nie ta spółka bukmacherska, w której aktualnie pracuje Robert. Najwyraźniej mroczny Sukorow jakoś szacher-macher bez jego wiedzy dopisał go do zarządu i tej poprzedniej spółki, bór jedyny raczy wiedzieć, po co. 
Tefler go namówił.

Keplerowi pojedyncze sceny wpadały do głowy jak natrętne muchy. Jego ford scorpio bez kół i Tefler proszący przez telefon, żeby przyjechał tramwajem. Już wtedy powinien wiedzieć, że oznacza to tłum wkurzonych klientów i majaczące na horyzoncie milionowe odszkodowania! Wcześniej Tefler przy śniadaniu w Toruniu. Co on tam w ogóle robił? Spotkanie w kamienicy, winda, mieszkanie, salon z ekspozycją światła na północny wschód, kurwa jego mać, kuchnia, cukiernica, którą rozbili z Aniką... Zaraz. Winda. Człowiek w kapeluszu.
Typu fedora!

– Zaraz, ja już pana pamiętam, agencie Tomku!
– Tylko nie agencie Tomku!
– Miałeś gazetę i kapelusz, byliście tam…
Panie, a gdzie mnie nie było! W Darłowie też i w Toruniu...

– Tak, wtedy jeszcze nic nie zapowiadało tragedii. Gdyby tylko pan nie podpisał papierów w tym mieszkaniu…
A ta tragedia to gdzie <zainteresowała się chciwie Królowa Matka>?
Nie wiem, ale najwyraźniej podpisanie dokumentów w innym miejscu dawałoby zupełnie inne skutki prawne. 
Oczywiście wiemy, że Robert nic takiego nie podpisywał, ale zapamiętajmy sobie tę uwagę, ta sprawa jeszcze wypłynie. 
Ale w sumie cholera go wie, czy nie podpisywał. Toż on cyrograf mógł wtedy podpisać, ułaskawienie Kamińskiego, czek in blanco… wszystko, co mu Tefler podsunął, uprzednio odlepiwszy od ciamkanego lizaka (bogowie, sama nie wierzę, że tego nie wymyślam), przecież Robert, nasz Gieniusz Biznesu (Oraz Wszystkiego Innego) w ogóle nie czytał tych papierków, które mu skwapliwie i w wielkiej obfitości podkładano pod długopis.

– Ja pierdolę – Robert złapał się za głowę – to się nie dzieje naprawdę!
– To samo powiedział pański syn. Powiem krótko: chce pan, żeby Igora Keplera oskarżono o posiadanie narkotyków i handel nimi? Powtórzę pytanie... Chciałby pan?
– Żeby Igor nie był o nic oskarżony. Nie wiem, co na to wszystko powiedzieć.
– Proponuję, jak w kościele, sakramentalne „tak” i od tej pory pracuje pan dla nas. Ostrzegałem przed Sukorowem, ale pan mnie nie słuchał. Teraz więc będzie pan wykonywał nasze polecenia.


W domu Keplerów: 
(...)
– Czuję, Robercie, że popadłeś w poważne tarapaty i musisz mi o nich powiedzieć. – Kinga delikatnie dotknęła jego karku.
Chwilę później siedzieli razem na łóżku. Oboje czuli się trochę niezręcznie, bo małżeństwo po przejściach przypomina partię polityczną po licznych rozłamach.
I dlatego małżeństwa się rozchodzą, aby móc wreszcie delikatnie się podotykać i opowiedzieć sobie szczerze o kłopotach.

Anika wysyła rzewnego maila do Roberta a w tym samym czasie Kacper z drugiego kompa też prowadzi korespondencję z tajemniczym kimś, z kim chciałby “wymienić się materiałami”.

W tym samym czasie Robert przeglądał listę uczestników toruńskiej konferencji, na którą w kwietniu zgłosiła go stacja telewizyjna Level+. Gdy dotarł do końca listy, zdał sobie sprawę, że nie wie, co bardziej go złości. Czy to, że telewizja wysłała go do Torunia, choć już zapewne wcześniej jej szefowie planowali, że z Roberta zrezygnują, ale woleli powiadomić go o tym przez telefon? 
Ale wysłali go, płacąc za to (kto bogatemu zabroni), czy kazali mu opłacić wyjazd z własnej kieszeni (szuje i szczeżuje)? 

Czy może bardziej złościł go fakt, że Adiego Teflera nie było na liście uczestników tej konferencji, bo prawdopodobnie nasłał go na Roberta Wiktor Sukorow?
A może nie było go, bo do Torunia pojechał w jakichś tam swoich interesach, w końcu od początku mówi się o Adim jako o bogatym kamieniczniku, specu od handlu nieruchomościami, o jego powiązaniach z telewizją i udziałach w konferencjach na temat mediów słowa nie było?
Krewnego pojechał odwiedzić, tego Szlomo z lombardu.

 Skąd, do cholery, Wiktor wiedział, że telewizja nie podpisze z nim kontraktu?!
Pewnie cała telewizja też siedzi u niego w kieszeni. 

Kiedy otrzymał maila od Aniki, nie był nawet w stanie go przeczytać. Faktycznie, brakło mu dziś czasu, by pomyśleć o Anice. Ale na swoje usprawiedliwienie miał to, że przekupywał dziś ministra sportu, siedział z jutowym workiem na głowie, uratował syna od wyroku za handel i dowiedział się, iż jego żona kręci interesy z jego największym wrogiem.
Od przyjaźni do nienawiści w jeden weekend. 

Tak, mogło to być usprawiedliwieniem, ale dziś już przed nikim usprawiedliwiać się nie chciał.
(...)

Tymczasem do Kingi przychodzi Wiktor.

– Przekonam go do wszystkiego – obiecała.
– Nie wiem – pokiwał ze zdumieniem głową – jak można mieć taką kobietę za żonę i nie chcieć zrobić dla niej wszystkiego, co w ludzkiej mocy. Jak można, mając takiego wspaniałego syna, wpaść w poważne tarapaty i nie zarobić na waszą wspólną przyszłość.
A ja nie rozumiem, dlaczego faceci w tym utforze uparcie nie widzą, że Kinga sama sobie nieźle radzi z zarabianiem.
Wypierają tę świadomość, bo jest zbyt bolesna dla ich delikatnego ego. 

 Dobrze, że chociaż jedna osoba w waszym małżeństwie myśli o przyszłości.
Ujął ją za podbródek i przyciągnął do siebie. Był niższy od Roberta, Kinga nie musiała więc zadzierać ku niemu głowy. Wiktor miał oczy głębokie, dzikie i nieokiełznane.
Jak każdy Rosjanin, nieprawdaż. 

(...)
***
Wiktor skończył odsłuchiwać nagranie ze spotkania Roberta z ministrem sportu i zaśmiał się rubasznie. 
Ha-ha-ha! 
Jego śmiech zadudnił w małej szatni znajdującej się w podziemiach Stadionu Narodowego. Towarzyszyło mu dziś dwóch ochroniarzy, pomiędzy którymi siedział wyraźnie speszony Adi Tefler. Robert zaś był dziś wyraźnie zdenerwowany i zniecierpliwiony.
– Może czekolady albo chałwy? – Wiktor wskazał uprzejmie na tacę ze smakołykami. – To świetna chałwa, bo lwowska, a Lwów, Robercie, to stolica słodyczy i kawy.
Biedny Stambuł, mam nadzieję, że nigdy się o tym nie dowie.

– Dziękuję, ale nie przyszedłem tu ani na kawę, ani na chałwę. – Robert wydawał się śmiertelnie poważny. – A zatem, Wiktorze, po co tu mnie wezwałeś?
– A zatem, gospodin Kiepler, przekupiliśmy ministra sportu i mamy koncesję!
Aaaa… aha… to dopiero… A ja głupia myślałam, że nowa, wchodząca dopiero na rynek firma NIE ogłasza wszędzie swego istnienia, NIE zatrudnia ludzi, NIE zawiera umów np. z dostawcami usług itd., dopóki nie ma załatwionych wszystkich formalności, które w ogóle umożliwiają jej działanie! A tu od tygodni wszyscy trąbią, że Hattrick, że Kepler w zarządzie, a Hattrick dopiero teraz uzyskał coś, co ma być podstawą jego działalności?! 

– Więc na tym kończy się moja rola i jeśli pozwolisz, Wiktorze, to cię teraz pożegnam.
Od dziś może mi się pan nie kłaniać!

– Jak to pożegnam?! – Na twarzy Wiktora malował się kwaśny grymas.
– Zrobiłem, czego ode mnie żądałeś, przekazałem ministrowi kasę i finito! A teraz muszę się z tobą pożegnać. Wojna polsko-ruska mnie nie interesuje.
– Ja pierdolę! – Wiktor trzasnął otwartą dłonią w stół. – Mówiłem ci, że ktoś organizuje na mnie nagonkę, jak to zawsze na Rosjan w tym kraju, że ktoś rozpuszcza plotki, jakobym latał do ruskiej ambasady. 
Ja tam nie wiem, ale wydaje mi się, że dla Rosjanina żyjącego w Polsce kontakty z ambasadą, konsulatem czy innymi przedstawicielstwami władz swojego kraju są jednak dość naturalne, czasami konieczne, i same w sobie nie stanowią podstaw do jakichś zarzutów. 

Ale nie gadajmy o plotkach, tylko o biznesie, bo mamy wspólne interesy, a ty mi mówisz: żegnam?!
– Posłuchaj... – Robert zbliżył twarz do Wiktora. – Jeśli mówię, że muszę wyjść, to znaczy, że muszę. - Robert nerwowo przestąpił z nogi na nogę, w popłochu zastanawiając się, gdzie w tych kazamatach po Stadionem znajduje się toaleta - Czegoś nie rozumiesz?
– Tefler, słyszałeś, o co twój przyjaciel pyta? Pyta, czego nie rozumiem!
Adi Tefler drżał ze strachu.

Dlaczego? Serio pytam. Dlaczego Adi Tefler, wieloletni współpracownik, raczej zaufany z tego, co zdążyłam wyłowić z tego dziwnego słowotoku aŁtorów, z jakiegoś powodu zwanego “książką”, nagle trzęsie się ze strachu, siedząc między dwoma ochroniarzami (którzy, tak domniemuję, mają go na oku)? Że co, że nic nie wiedział, i nagle się dowiedział? że był zmuszany? szantażowany? zaskoczył go rozmach gospodina Sukorowa? COKOLWIEK? 

Wiktor był wściekły, a na jego skroniach pulsowały sinofioletowe żyłki.
– Jeśli stąd wyjdziesz, Robercie... – zasyczał.
– To co, Wiktor, to co? W co ty mnie wpakowałeś? Byłem dotąd szanowanym ekspertem piłkarskim i byłym piłkarzem z dobrą marką. Ale widzę, że coś cię bardzo bawi.
– Przypomniała mi się „niedziela cudów”, kiedy to piłkarz z „dobrą marką” nie strzelił karnego.
Podobnie jak Kazimierz Deyna, Robert Baggio, Andrij Szewczenko, Michel Platini,  David Beckham, Leo Messi, że o Kubie Błaszczykowskim czy Robercie Lewandowskim nawet nie wspomnę. Długie ręce ma nasza Legia wraz z ŁKS Łódź!
Robert Kepler roześmiał się w głos.
– Pierdolnij się w ten swój durny łeb – poradził życzliwie. – Miałem wtedy szesnaście lat, debiutowałem i stałem naprzeciw legendy. Tylko idiota uznałby, że zepsułem celowo i za pieniądze. 

To chyba kolejny pomysł, na który Marcel wpadł w latach 90’, świeżo po “niedzieli cudów”, i wrzucił go w powieść tworzoną ćwierć wieku później, nie zastanawiając się w ogóle, jak to będzie grać we współczesnych realiach. 
Chociaż w czasach “niedzieli cudów” sam miał dziewięć lat… 

Ale już dobrze, panie piłkarzu, resztę naszych interesów załatwię po swojemu. A o Kingę i Igora możesz być spokojny, bo Igor to mój chrześniak, a Kinga...
Wiktor wyszczerzył bezczelnie zęby i poruszył językiem w ustach, sugerując seks oralny.
Jak już z grubej rury, to z grubej… *wzdech*

Mimo wszystko Wiktorowi zależy na współpracy Roberta, bo przechodzi do gróźb pod adresem Aniki i Kuby, a wtedy Robert mięknie natychmiast i zgadza się na wszystko.

(...)

– A zatem – Sukorow zatarł ręce – dokończmy rozmowę o interesach. Mówiłem ci, drug, że dorośli faceci grają ostro i nieczysto, ale grunt, że z zyskiem, co Adi?
Tefler rozłożył bezradnie ręce. Kepler zauważył, że Adi miał palce ubrudzone chałwą.
Drży ze strachu, ale żre. 

Ochroniarze Wiktora, jeden krępy, a drugi wyższy, ujęli Roberta pod ręce i popchnęli go w kierunku drzwi.
– Sam wyjdę – wyrwał się im Robert, poprawiając mankiety koszuli.
A potem Wiktor i Robert, którym dyskretnie towarzyszyli Adi i ochroniarze, udali się do jednej z sal konferencyjnych Stadionu Narodowego, gdzie już na progu oślepiła ich kanonada fleszy fotograficznych.

Oślepiła ich kanonada.

W dodatku KANONADA FLESZY. Po raz kolejny witamy w latach dziewięćdziesiątych.

Dziewiętnastego wieku.

 Ledwo Sukorow i Kepler usiedli za stołem konferencyjnym na tle ścianki reklamowej, dziennikarze przeszli do ofensywy:
– Panie Robercie, pierwsze pytanie! – dobiegło go z sali.
<zgorszona> No co za hieny z tych dziennikarzy, tak od razu z grubej rury, tak bez uprzedzenia PIERWSZE PYTANIE!!!

Głos brzmiał znajomo, Kepler nie widział jednak dziennikarza, toteż przyłożył dłoń do oczu, by go wypatrzyć w gęstym tłumie żurnalistów i fotoreporterów.

https://en.m.wikipedia.org/wiki/Birdwatching

Sezon ogórkowy chyba trwa w najlepsze, skoro informacja o otwarciu nowej spółki bukmacherskiej ściąga takie tłumy. 

– Panie Robercie, tutaj Dariusz Drozdowski, „Magazyn Ekstraklasy”, Telewizja Narodowa. Jak się pan czuje w roli człowieka zachęcającego, by obstawiać mecze? Nie czuje pan dyskomfortu w tej roli?
Obstawianie wygranych jest równie stare, jak samo pojęcie “zawodów”. Od wyścigów rydwanów, poprzez pojedynki turniejowe aż po - no nie wiem… piłkę nożną. 
Rozumiem wątpliwości moralne, gdyby zajmował się tym aktywny piłkarz [trener, właściciel klubu], ale przecież nie emerytowany, dorabiający sobie co najwyżej jako komentator. 

W tym samym momencie do Roberta i Wiktora dosiadł się łysiejący mężczyzna.
– Przepraszam za spóźnienie, cześć, Robercie. – Nieznajomy podał Keplerowi rękę.
Robert przez chwilę nie mógł skojarzyć, skąd zna tego pewnego siebie faceta. Po chwili dopiero olśniło go, że parę miesięcy wcześniej spotkał się z nim w siedzibie stacji Level+, zawierając z tym łysym mężczyzną dżentelmeńską, jak się łudził, umowę o współpracy z tą telewizją, co uświadomiwszy sobie, starannie wytarł dłoń o spodnie, patrząc przy tym wyzywająco Igielskiemu w oczy. Ale z jakiej racji Hieronim Igielski znalazł się na dzisiejszej konferencji? Wszystko stało się jasne, gdy Robert spojrzał na tabliczkę z nazwiskiem i funkcją Igielskiego. Dżentelmen z telewizji reprezentował sponsora tytularnego platformy Hattrick: firmę Level+!
Znaczy… Robert nie wiedział, z kim zawiera tamtą umowę? Czy może raczej nie wiedział, kto jest sponsorem jego firmy? Czy jest w ogóle cokolwiek, co Robert WIE?


Kepler spojrzał za siebie. Logotypy Hattrick Level+ pokrywały całą ściankę, na tle której siedzieli.
Wchodząc na salę jakoś zupełnie tego nie zauważył. Pewnie przez tę kanonadę fleszy. 

– A więc od początku planował pan – Robert taksował wzrokiem Igielskiego – że będę dla pana pracował czy to w Level+, czy to w Hattrick Level+?




Zgromadzeni na sali żurnaliści doskonale wiedzieli o niepisanej rywalizacji między prasą i mediami elektronicznymi i między poszczególnymi redakcjami tych samych mediów. Firmy bukmacherskie również ze sobą walczyły i skoro jedna stacja współpracowała z jedną firmą, to inna dogadywała się z inną. Nikogo więc, poza Robertem, nie dziwiło, że potężna stacja dogadała się z firmą Sukorowa. 
Wot, fachowca se zatrudnili! I w dodatku wojny podjazdowe o niego prowadzili, zupełnie jakby był wart więcej niż dziesięć groszy :D.


Wiktor, widząc, że Robert nie spełnia swojej wizerunkowej ani też żadnej innej misji, wskazał na rozstawione na stołach patery i samowary.
Przy każdym samowarze stało rumiane dziewczę z warkoczami i w kokoszniku, w tle Chór Aleksandrowa nucił “Kalinkę”. 
Kelnerzy też wczuli się w atmosferę i zatańczyli, aż iskry poszły:


– Drodzy państwo, może czekolady? Albo chałwy? Dobra, lwowska. Lwów to stolica słodyczy i kawy…
Panie Marcelu, ja tak tylko Panu przypomnę, że Lwów nie leży w Rosji, nie wiem czemu rosyjski biznesmen tak się uparł lansować ukraińskie produkty. 
W dodatku zadziera z mafią turecką, która stanie w obronie chałwy, kawy i rachatłukum.
Po prostu autorzy kładą subtelnie podwaliny pod drugą część dzieła!

– Drodzy państwo – ocknął się Kepler, przypomniawszy sobie o swojej roli w firmie Wiktora – chcemy wam opowiedzieć dzisiaj o nowych zakładach bukmacherskich. Pan Darek zadał mi przed chwilą pytanie, czy ja, jako były piłkarz, nie odczuwam dyskomfortu, pracując dla firmy bukmacherskiej. Wpajano mi od dziecka, panie Darku, że gra się do chwili zwycięstwa. W piłce nożnej liczy się zawsze, i to stanowi o emocjach w tym sporcie. Piłka to przede wszystkim kibice, bo sport nie istnieje bez widowni. I ci kibice wierzą w magiczną moc swoich modlitw, ci kibice skoczyliby w ogień za swoimi zawodnikami, zaś przed każdym meczem są pewni, że ich drużyna pokona przeciwnika. Zatem, panie Darku, cóż złego widzi pan w zakładach bukmacherskich?
Pan Darek zwiesił głowę i usiadł ze wstydem, kompletnie zdewastowany przez płomienną przemowę Roberta. 

Sala zgotowała Keplerowi huczne oklaski, meksykańską falę, wiwaty i owacje na stojąco, paru entuzjastów wyrwało się z tłumu, żeby porwać go na ręce i podrzucić w powietrze. 
Kamerzyści złapali co im się nawinęło w ręce, a potem zobaczyli, że to samowar i dali dyla.

a Wiktor uśmiechnął się do niego szeroko, mówiąc do siebie:
– Bog dał ruki, cztoby brat’!

Na ściółkę jeża w borze zielonym! Czy ten aŁtor nie potrafi opisać nikogo i niczego inaczej, niż przez pryzmat najprymitywniejszych stereotypów?
(...)

Anika spotyka się z Robertem w kawiarni.

Wróciła z kieliszkiem wina. Zaległa między nimi kłopotliwa cisza. Robert wyciągnął do niej rękę i odgarnął z jej czoła kosmyk niesfornych włosów, cisza wzdrygnęła się mimowolnie, zaskoczona.
– Aniko – zaczął z trudem – robi się niebezpiecznie.
– Myślisz o naszym związku? – spytała z lękiem.
Jasne. Kobieta ZAWSZE myśli tylko o jednym - żeby kochanek od niej nie uciekł. 
– Aniko.
– Tak mam na imię.
Jaka riposta! Krótka, cięta i nieludzko inteligentna...
Nic nie rozumiała. To wszystko, co dzieje się między nimi, jest szaleńczo ekscytujące, ale czy niebezpieczne?
Równie ekscytujące jak błąkanie się po Dworcu Centralnym. Ale nie uprzedzajmy wypadków…

– Nie w tym rzecz. Mam pewne problemy. Myślę – spuścił głowę, jakby bojąc się spojrzeć jej w oczy – że dla twojego dobra, kochanie, musimy na jakiś czas przestać się widywać.
A więc naprawdę on chce ją rzucić!

(...)
Takie przygody zaczynają się najzwyczajniej pod słońcem. Gaśnie na przykład prąd na hotelowym korytarzu. Albo usłużny sąsiad pomaga samotnej matce wnieść wózek z jej dzieckiem. Bo przecież nikt nie planuje romansu, a przynajmniej większość kobiet. 
Nie no, wcale. Kobiety mogą tylko biernie czekać, aż któryś z panów uzna je za godne starań. 

(...)
– A ja głupia – ocknęła się Anika – tak się cieszyłam, że cię zobaczę, a ty mi mówisz, że dla mojego dobra – podkreśliła mocno te dwa słowa – musimy przestać się spotykać. Może po prostu dopadły cię wyrzuty sumienia, że krzywdzisz Kingę? 
A przecież ja też kogoś krzywdzę, spotykając się z tobą. – Anika wrzała wprost z wściekłości. – Czy wiesz, że Kacper zaczął używać tych samych perfum co ty?
Będzie się po tym musiał  poddać jakiejś terapii!
Uważaj! Bo niedługo naprawdę zrobi mi się wszystko jedno!

To ty wszystko zacząłeś, zmieniłam się przez ciebie, zaczęłam kłamać. Musiałam płacić komuś za niewydanie naszego romansu, musiałam przebierać się na stacji benzynowej z ubrań, które pachną tobą. A teraz nie muszę, zawsze mogę powiedzieć, że spryskałam się perfumami Kacpra. Jestem pewna, że Kacper coś przeczuwa, cały czas patrzy na mnie podejrzliwie. 
Mamy przestać się widywać, kiedy ja jestem gotowa poświęcić dla ciebie wszystko, co posiadam, kiedy nie wyobrażam już sobie życia bez ciebie?! – Ogarnęła ją dusząca panika. – Nie możesz teraz mnie tak po prostu zostawić!
Robert spojrzał na nią zbolałym wzrokiem, kątem oka dostrzegając dwóch smutnych panów siedzących w pewnej od nich odległości.
– Aniko, wybacz, ale muszę już się z tobą pożegnać – powiedział, podnosząc się z fotela.
– Pieprz się, Robercie Kepler! – rzuciła mu ze złością.
Zrób to sam!

(...)
– Poczekaj! To, co ci teraz powiem... – zawahał się – jest najszczerszym, co mogę wyznać. Po pierwsze, jesteśmy obserwowani, więc zachowuj się spokojnie. Tobie i mnie grozi niebezpieczeństwo, więc po prostu zapomnij o mnie. Wyjdź stąd i nie odwracaj się za siebie. I pamiętaj, że cię kocham. A po drugie i najważniejsze. Choć bardzo się przed tym broniłem, dłużej nie mogę. I nie chcę. Posłuchaj. Ja... Kocham cię bezgranicznie.
Ta awantura na widoku obserwatorów może i miałaby sens, gdyby oboje nie migdalili się przed wyjściem z lokalu.

Pocałował ją czule, a potem pchnął ją delikatnie ku wyjściu. Robert nie chciał oglądać się za siebie. Jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że jeśli się odwróci, zobaczy Anikę po raz ostatni. Anika z kolei nie posłuchała jego rady i obróciła się, by jeszcze raz spojrzeć na mężczyznę, którego kochała i który – okazuje się – ją również kocha.
I zamieniła się w słup soli. 
Obserwatorzy zanotowali skrzętnie, że całe to rozstanie było dla picu.

***
– Zostaw to, gnojku! – wrzasnął Kacper.
Kuba aż odskoczył od jego komputera tak gwałtownie, jakby go raził prąd. Był kompletnie zdezorientowany i wystraszony.
Kacper zamrugał oczami, jakby zrozumiał, że zrobił coś, czego nie powinien, po czym powiedział łagodnym tonem:
– Przepraszam... Jesteś dla mnie ważny i musimy się trzymać razem, okej?
– Sztama, tato!

(...)
– Hej, hej, mój mistrzu kierownicy! – Kacper kucnął przed nim i przytulił go. – Przepraszam cię, nie powinienem tak mówić. Musimy się trzymać przecież razem, nie? – Kuba pokiwał nieśmiało głową. – Zwłaszcza teraz, kiedy mama... Kiedy mama nie czuje się najlepiej.
– Dlaczego mama nie czuje się najlepiej?
– Mama ma dużo na głowie. Musimy pomóc jej zapomnieć o pewnych rzeczach, tak? Zgadzasz się na taki plan?
– Tak, Kacper.
- Więc nie dotykaj mojego komputera, jasne!?

– To umówmy się, że nie będziemy jej mówić o tej sytuacji, żeby mama się poczuła jeszcze gorzej, dobrze?
– Tak... tato.
Znaczy: jak jej nie powiemy, to się poczuje, więc nie mówmy? 

Kacper przytulił go mocno, zastanawiając się w myślach, czy Kuba potrafiłby rozróżnić polskie pismo od rosyjskiego. 
Dziewięciolatek? A w życiu.

Oczywiście, gdyby takie zauważył.


* * *
Tego dnia Robert Kepler musiał porozmawiać telefonicznie jeszcze z Tomaszem Piaseckim. Z agentem Piaseckim.
– Panie Robercie – zaczął oficer ABW – mamy nadzieję, że dotrzymał pan słowa i zakończył przygodę z panią Aniką?
Serio, agentów ABW tak bardzo obchodzi, z kim się spotyka na boku ich podopieczny…? A może Anika miałaby się okazać jakąś Matą Hari? 

– Tak, poinformowałem ją, że musimy się rozstać – westchnął Robert. – Ale proszę mi powiedzieć: co z ministrem Kanią?
Z nim też ma się czule rozstać?

– Kani nic nie grozi, bo współpracował z nami w tej akcji, bo uprzedziliśmy go wcześniej o planowanej dla niego łapówce.
Biedny Kania. A już się cieszył na walizkę pełną pieniędzy.

– A co z koncesją dla Hattrick?
– Koncesja nigdy nie była zagrożona, panie Robercie.
– Więc po co wręczałem Kani łapówkę?
Żebyś nie zauważył, że to bez sensu.

– Nasze źródła twierdzą, że rzekomo za lobbowanie za tym, by firma Hattrick została sponsorem tytularnym polskiej ekstraklasy. A tak naprawdę Moskwa – bo to ona za tym wszystkim stała – chciała Kanię skompromitować, nawet kosztem upadku Hattricka.
Dlaczego. Dlaczego. DLACZEGO AŁTOR SOBIE TEJ INTRYGI NIE ROZRYSOWAŁ, ZANIM JĄ ZACZĄŁ PISAĆ, ja się pytam?!

 Chodziło o to, by skompromitowany Kania nie mógł wystartować na dyrektora Światowej Organizacji Antydopingowej, która jest wobec Rosjan bezlitosna i przez którą wykluczono ich z ostatnich igrzysk olimpijskich.
– Skąd Sukorow wiedział, że Kania przyjmie łapówkę?
– Powiem panu tak, panie Robercie – Tomasz Piasecki uśmiechnął się ironicznie – może rosyjscy oficjele biorą łapówki, ale czy słyszał pan kiedykolwiek, by wysoko postawiony polski urzędnik wziął do łapy?
Czy to ironia? Czy to serio? Nie, to SuperMarcello!


* * *
Wiktor wyjął z barku whisky i usiadł za biurkiem, wyciągając na nim nogi. Czy pił whisky, bo ją lubił? Nie, pił ją zamiast wódki, bo posiadał władzę, pieniądze i naoglądał się dużo filmów, w których bogaci ludzie pijali ten trunek. Spojrzał na bursztynowy płyn i z niesmakiem skrzywił usta.
Ten też jest nieszczęśliwy. Zamiast, jak na Rosjanina przystało - pić samogon z samowara, zakąszać sałem i kawiorem, to musi jak durak sączyć bursztynowy płyn.
Żyd ma garbaty nos, zmysł do handlu, siedzi na forsie i ma żonę Ryfkę, Rosjanin cierpi, bo musi pić whisky (no bo widział kto kiedy Rosjanina, który by whisky lubił, albo, nie daj Boże, abstynenta), a wolałby na pewno spiryt stakanami, też siedzi na forsie, ale dlatego, że jest mafiozem, a ponadto - szpionem jak również moskiewską wtyką, jakie to wszystko zaskakujące, jaki subtelny rysunek postaci, nie ustaję w podziwie, doprawdy.
Mnie tylko dziwi, że Wiktor S. nie przyjmuje interesantów w rosyjskiej bani - nagi, spocony i  pijany.

Wiedział, że ma Keplera w rękach i wydusi z niego wszystkie soki. Zniszczy go, jeśli Kepler wykręci mu jakiś numer. 
Dla samej przyjemności niszczenia. Bo co właściwie może wydusić z kolesia, który nie ma ani kasy, ani władzy, ani pozycji…? 
Ani żadnej, ale to ŻADNEJ wiedzy.
No co Ty! Przecież na pamięć wykuł tekst o gwiazdach. 

Jego (Keplera?) ludzie już donieśli Wiktorowi o próbie włamania się na ich serwery przez ABW, ale Wiktor Sukorow nie z takimi kozakami w życiu sobie poradził. 

A funkcjonariuszy ABW uważał za durniów, bo kierując się przepisami prawa, nie zauważają lądującej na ich głowie cegły. 
Przepisy prawa zabraniają im spoglądać w górę? 

Wiktor od dawna czuł do Keplera niechęć, choć starannie to ukrywał, i śmiał się z niego w duchu, że daje się okręcić wokół palca każdej kobiecie. A jak facet da się okręcić takiej wokół palca, to koniec.
Wiktor zaś nigdy nie dał się żadnej kobiecie, nawet Kindze, owinąć wokół palca. Kingę zdobył bez trudu, bo była samotna, a samotne kobiety – taka była jego dewiza – same rozkładają nogi. 
Ałtorowi zalecamy sprawdzenie w słowniku znaczenia terminu “dewiza”. 

Oczywiście później Kinga ryczała, że żałuje, błagała, żeby się Wiktor od niej odczepił. A przecież on się nikomu nie narzucał, był tylko obok Kingi, zbliżał się do niej i oddalał, wiedząc, że prędzej czy później ta wygłodniała kobieta będzie mu jeść z ręki. Anika natomiast może i jest atrakcyjna, ale on nawet nie obejrzałby się za nią na ulicy. Za Kingą tak, ale za kochanką Keplera nigdy! Robert był głupcem, że zostawił żonę. Ale dlaczego Keplerowie żyją w separacji, dlaczego się nie rozwodzą? Faceci tacy jak Kepler – myślał Wiktor – łaszą się do panienek z sąsiedztwa, które sprawiają, że znów czują się niczym nastolatkowie, a tymczasem są sentymentalnymi durniami. On, Wiktor, potrzebował prawdziwej kobiety, takiej jak Kinga. Kinga była interesująca i dojrzała, a Anika mogłaby co najwyżej zakręcić mężczyźnie w głowie. A Wiktor wiedział, że jeśli kobieta zakręci mężczyźnie w głowie, to mężczyzna głupieje, tak jak to przydarzyło się Robertowi. Kepler był mięczakiem. Już dawno trzeba było go usunąć na boczny tor – westchnął Wiktor, nalewając sobie kolejną szklaneczkę whisky – bo Kepler nadaje się tylko do kopania piłki, a czasami nawet na boisku okazywał się kiepski, jak wtedy gdy zmarnował tamten rzut karny.

Słuchajcie, czytałam ten fragment z… no, dziesięć razy minimum. Z naprawdę napiętą uwagą. 

Po tych dziesięciu razach rozumiem, że Wiktor zniszczy tego gnoja, Roberta, który jest mięczakiem i daje się owinąć wokół palca kobietom, i to takim banalnym dziuniom jak Anika, za którą Wiktor by się nawet na ulicy nie obejrzał, bo one zawracają mężczyznom w głowie,  a Wiktor nie da sobie w głowie zawrócić, nawet Kindze, która jest dojrzała i interesująca, chociaż z ręki mu jadła, jak każda, chociaż jest prawdziwą kobietą, taką, jakiej Wiktor potrzebował, chociaż on sobie nie da w głowie zawrócić, nie to co ta mamałyga Robert, który rzucił taką wspaniałą kobietę, i to dla kogo, dla niuni, za którą Wiktor by się nawet nie obejrzał…

Tekst totalnie bez sensu, zaprzeczanie temu, co się powiedziało w tym samym zdaniu pięć słów wcześniej, przy okazji banalne psychologizowanie na poziomie szóstoklasisty, tylko wielu szóstoklasistów o wiele lepiej panowałoby nad konstrukcją postaci… całość do wywalenia, przecież jest zupełnie niepotrzebna, nie wnosi nic nowego ani do, pożal się Boże, akcji, ani do, pożal się Boże, rysunku postaci.

Tylko lasów żal.


* * *

Alex (prostytutka) spotyka się w kawiarni z jakimś mężczyzną w drogim garniturze, któremu ma za pieniądze przekazać jakieś informacje.
Anika postanawia poważnie rozmówić się z Kingą i w tym celu jedzie do Podkowy Leśnej.

Anika nie była tą osobą, która zazdrości ludziom bogactwa. Na początku swojego pobytu w Warszawie pracowała jako hostessa i kelnerka na wystawnych przyjęciach stołecznej śmietanki, gdzie doszła do wniosku, że większość tych znanych i zamożnych ludzi była nieszczęśliwa, zagubiona i rozczarowana życiem.
Tak, tak, wystarczył jeden rzut jej przenikliwego oka, nieskażonego jeszcze stołecznym fałszem, a zdiagnozowała ich bezbłędnie. 

Teraz jednak była pod wrażeniem tej pokaźnej podwarszawskiej rezydencji w Podkowie Leśnej. Jedna jej część, która była kiedyś starym dworkiem, została niedawno odrestaurowana, a drugie skrzydło dobudowano w taki sposób, by nie zaburzyć stylu całości. I ten ogród sprawiający wrażenie, jakby dom tonął wśród kwiatów.
Anika wiedziała, że Kinga kocha kwiaty, bo Robert powiedział jej kiedyś o pasji jego żony.
Ona kwiatami handluje. Są źródłem utrzymania. Planuje wybudowanie szklarni, aby móc sprzedawać jeszcze więcej kwiatów w większej ilości kwiaciarni, aby zarabiać jeszcze więcej pieniędzy. 
To miło, że Kinga ma takie subtelne hobby, ale zamieńmy “hodowlę kwiatów” i “sieć kwiaciarni” na “chlewnię” i “kilka rzeźni”, wtedy ta pasja zaczyna być troszkę inna, prawda?

Okna od południowej strony rezydencji były szerokie i wysokie, zapewne wpuszczały do pomieszczeń dużo światła. Brama była otwarta na oścież, więc Anika przeszła przez nią i ruszyła w stronę dwuskrzydłowych drzwi w kolorze mahoniowym.
Mahoniowe drzwi!!! 

Nacisnęła dzwonek i już po chwili tego pożałowała. Po co w ogóle tutaj przyszła?
Nie działała racjonalnie. Czuła, że Robert wymyka się jej z rąk, a wraz z nim jej życie też się jej wymyka.

Jednak w ostatniej chwili Anika traci odwagę i kiedy Kinga jej otwiera, zmyśla, że przyjechała na zlecenie Marczaka, zamówić kwiaty na przyjęcie z okazji 25-tej rocznicy jego ślubu. Kinga ma podejrzenia i dzwoni do Marczaka, ten jednak niespodziewanie potwierdza alibi Aniki. 


Tymczasem niejaka Kate, współlokatorka Alex i również prostytutka, niepokoi się, bo Alex od dwóch dni nie wróciła do domu. 
Kate obudziła się w południe, bo miała za sobą ciężką noc i tylu klientów w ambasadzie kraju, którego nazwy nie potrafiła nawet wymówić, że cud, że się o nią nie pobili. 
Jak to zwykle robią pracownicy ambasad na widok prostejtutki. 

Dlaczego w ogóle faceci korzystają z usług prostytutek? – zastanawiała się. Bo przecież na wielu z nich czeka w domu żona lub dziewczyna, a nawet jeśli nikt ich nie oczekuje, to prawie każdy jako tako przystojny facet może sobie bez trudu wyrwać jakąś laskę w pubie. Może jednak wolą zapłacić pierwszej lepszej dziwce, bo to dla nich ekscytujący deal? 
Zostawmy tak tutaj te filozoficzne rozkminy. 

(...)

 Alex zawsze coś kombinowała. Chciała się wybić, skończyć z prostytucją, okradała więc swoich klientów, bezczelnie wyciągając im forsę z portfela. 
Klienci byli na tyle szarmanccy, że nie wybijali jej z głowy pomysłu z kradzieżą pieniędzy.


Opowiadała ostatnio często o niedawno spotkanej starej przyjaciółce, która dobrze się dzisiaj urządziła, ma chatę, narzeczonego i dziecko. Raz nawet namówiła Kate, żeby ją śledziły i dowiedziały się, gdzie panna mieszka. Ponoć Alex miała na nią niezłego haka i była przekonana, że dziewczyna zapłaci Alex niezłą kasę za trzymanie buzi na kłódkę.

Minął cały dzień, a Alex wciąż miała wyłączony telefon. Może się rozładował? Na pewno oddzwoni. Zawsze oddzwania – uspokajała samą siebie. Kate bała się, że wydarzyło się coś złego. Wzięła więc prysznic, ubrała się i wyszła na poszukiwanie koleżanki. Wiedziała, że Alex przesiadywała ostatnio w Blue Diamond, ekskluzywnym, nowo otwartym klubie.
Uhm, już widzę jak do ekskluzywnego klubu wpuszczają tandetną, zniszczoną, podstarzałą prostytutkę. 
No, w tym…. universum to czemu nie, skoro jej koleżanka po fachu była gościem na przyjęciu w ambasadzie…

Kiedy dotarła na miejsce, zapukała do drzwi od zaplecza i po chwili otworzył jej osiłek o nabrzmiałych bicepsach i łysej głowie.
– Czego? – spytał z rosyjskim akcentem.
OCZYWIŚCIE. 

– Znasz Alex? – spojrzała mu śmiało w ślepia, choć bała się tego ochroniarza jak diabli.
– A bo co?
– Jestem jej współlokatorką. Nie było jej w domu od dwóch dni.
– Bzdura, Alex ma swoje lokum i mieszka sama. – Osiłek splunął jej pod nogi.
Lokum! Aligancko się wyrażają te tępe osiłki, nie ma co! 
Ciekawe, jak brzmi "lokum" powiedziane z rosyjskim akcentem…
Tak:
https://img.taste.com.au/67_Ew-3b/taste/2016/11/lokum-turkish-delight-45293-1.jpeg

– Alex zniknęła – powiedziała, ledwo kryjąc swoje obrzydzenie tym troglodytą.
– Alex nie widziałem od środy, tyle ci powiem, a teraz spierdalaj, maleńka. – Splunął jeszcze raz pod jej nogi i zatrzasnął za sobą drzwi klubu.

(...)

Kacper dzwoni do Aniki, że musi wyjechać, bo jego ojciec jest ciężko chory. Zostaje jednak w Warszawie; idąc ulicami ma wrażenie, że jest śledzony, zaczyna nawet uciekać i o mało co nie wpada… pod policyjny radiowóz. 
– Wtargnął pan na jezdnię, i to przed radiowóz. Mamy tu kamery, nie mogę pana puścić, nawet jakbym chciał, bo dyżurny mi żyć nie da. Dowodzik poproszę.
Kacper pobladł, co za pech, trafił z deszczu pod rynnę. A jak znajdą go w bazie? – przeraził się. – Może tamta sprawa jeszcze się nie przedawniła?
O, wow, Kacper miał Mroczną Przeszłość? 

(ale sprawa rozchodzi się po kościach, bo policjanci dostają pilne wezwanie i odjeżdżają, nie spojrzawszy nawet na dowodzik Kacpra)

(...)

Kate nie wie, dokąd pójść w poszukiwaniu Alex, więc idzie… do Aniki. 

– Alex od dwóch dni nie wróciła do domu, boję się, że coś się jej stało. – Głos Kate się łamał.
– Nie chcę być niemiła – szorstko przerwała jej Anika – ale to nie moja sprawa.
Anika poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Chciała, by Kate jak najszybciej wyniosła się z jej domu. Chciała, aby całe jej życie wróciło do stanu sprzed kilku tygodni. W co ona się, do cholery, wplątała?
Gdyby się w nic nie wplątała, to prostytutki wracałyby punktualnie do swoich domów. 

Kaśka podejrzewała zaś, że Anika ma coś do ukrycia, dlatego Alex próbowała wywinąć jej jakiś numer. Chciała jeszcze coś powiedzieć Anice, ale jej telefon nagle zawibrował.
A gdy odebrała telefon, momentalnie pobladła, po czym wyszeptała ni to do siebie, ni to do Aniki.
– Alex nie żyje!
A powiedział jej opiekun, zły że stracił źródło dochodu.

* * *
Anika siedziała na podłodze i gapiła się w ścianę. A tymczasem w wiadomościach radiowych informowano o znalezieniu zwłok kobiety w jednej z bram przy ulicy Kredytowej. Był to podobno mord na tle rabunkowym, a ofiara tej zbrodni, Aleksandra K., miała trudnić się prostytucją.
W wiadomościach radiowych są takie informacje? Że trup, że brama, że kurew i rabunek? 
Zdarza się, chociaż wątpię w takie szczegóły w tak krótkim czasie od zbrodni.

Anika nie mogła tego słuchać, wyłączyła więc radio, ale potem schowała je do kuchennej szafki, jak gdyby miało to unieważnić zasłyszane informacje.
(...)

Anika dzwoni do rodziców Kacpra i odkrywa jego kłamstwo. W nocy ma wrażenie, że słyszy na klatce schodowej czyjeś kroki, a nawet, że ktoś szarpie za klamkę od jej mieszkania. 

Dla uspokojenia nerwów zapraszamy Czytelników do kącika poetyckiego.

Bo często w nocnej porze
Coś stuka się na dworze,
Coś chodzi po świetlicy.
Ściga mnie nocna mara,
Zaledwie przymknę oczy,
Traf, traf, klamka odskoczy;
Budzę się, widzę, słyszę,
Jak idzie i jak dysze,
Jak dysze i jak tupa,
Ach, widzę, słyszę trupa!
Skrzyp, skrzyp, i już nad łożem
Skrwawionym sięga nożem,
I iskry z gęby sypie,
I ciągnie mię, i szczypie.
[Mickiewicz: Lilije]


Dzwoni do Roberta, ale ten zbywa ją, odpowiada chłodno, aż wreszcie “musi już kończyć, bo Kinga…”

– Więc biegnij do Kingi, bo pewno już na ciebie czeka w łóżku! – Anika nie zamierzała kryć się ze swoimi uczuciami. – Mam cię dosyć, Robercie Keplerze, naprawdę mam cię dosyć! 



* * *
Gdy rano Anika weszła do kuchni, aż drgnęła z zaskoczenia i przestrachu.
Przy stole jak gdyby nigdy nic siedział Kacper, a ona stała nieruchomo w drzwiach do chwili, kiedy minął ją Kuba. 
Drgnęła z przestachu, bo zobaczyła Kacpra przy stole i siebie samą, stojącą w drzwiach? 
No nie mów, że ty byś nie drgnęła!

Ucałował matkę w policzek i usiadł obok Kacpra, a ten poczochrał chłopakowi włosy.
– Usmażę ci omlet, Kubusiu – zaproponowała Anika i wyjęła patelnię.
Kuba zaklaskał ze szczęścia.
Ranykoguta, naprawdę, co z tym dzieckiem jest… nie tak? Ono bez przerwy klaszcze ze szczęścia w rączęta, w zasadzie jego aktywność w tym dziele ogranicza się do wykręcania się od pocałunków mamusi i klaskania właśnie.
No, chyba, że to z moimi dziećmi jest coś nie tak, w każdym razie po wyjściu z wieku “kosi kosi łapci” nigdy nie klaskały.

– Omlet? Ale tylko na słodko, mamusiu – poprosił przymilnie.
– Od słodkości czasem człowiekowi robi się niedobrze – bąknął pod nosem Kacper.
Anika zdała sobie sprawę, że Kacper powiedział to, co od dawna leżało mu na sercu. Wiedziała, iż moment konfrontacji pomiędzy nimi pozostaje tylko kwestią czasu.
– A jak się czuje twój tato, Kacperku? – spytała.
– Mam nadzieję, że kiedyś umrze – wycedził Kacper.
Miluś, nie ma co. 
Jak widzimy, aŁtorzy przechodzą sami siebie, aby zbudować spójną postać, która będzie budzić niechęć i obrzydzenie. 

W jego oczach tlił się obłęd.
Drodzy ałtorzy, my, czytelnicy, nie jesteśmy aż tak mało inteligentni jak podejrzewacie, już w poprzednich częściach zauważyliśmy, że Kacper musi zostać zmieszany z błotem, by na tle jego ohydy moralnej cnoty Aniki lśniły jak brylant, nie ma powodu powtarzać nam tych topornych uwag o "obłędzie w oczach" (pięć razy), "szaleństwie we wzroku" (dwa razy), "szyderczym wzroku" (raz), "dzikich oczach" (raz) i "świdrowaniu wzrokiem" (też raz), żebyśmy sobie utrwalili.

Tak, policzyłam.

* * *
Robert przychodzi do siedziby firmy Marczaka, wysyła smsa Anice, rozmyślając rzewnie, jak to naprawdę ją kocha, a nie jedynie pożąda… aż tu wtem!

Robert znał tę twarz i te świdrujące go dzikie oczy. Nie miał wątpliwości, że spotkał Kacpra.
Po dzikich oczach rozpoznasz go wszędzie!

(Panowie poznali się nieco wcześniej, kiedy to przypadkowo spotkali się w trójkę gdzieś na mieście i Anika ich sobie przedstawiła). 

– Cześć! – Przywitał się z narzeczonym Aniki jak gdyby nigdy nic.
– Co u ciebie słychać, co z twoim biznesowym projektem? – Kacper wydawał się niezdrowo podekscytowany.
– Dziękuję, testujemy serwery. – Robert starał się zachować spokój.
– Korzystacie podobno z usług Maxmere Corporation. Szkoda, że o tym nie wiedziałem wcześniej, bo ja wykonałbym dla was tę pracę i taniej, i lepiej.
Znaczy, Robert i Wiktor wynajmowali całą firmę do czegoś, co mógłby zrobić pojedynczy człowiek? Kto bogatemu zabroni...

– Wiem, że jesteś informatykiem.
– Anika ci o tym mówiła? – Kacper spojrzał na Roberta z jawną drwiną w oczach.
Wie czy nie wie o mnie i o Anice? – głowił się Robert, a zaraz potem przeszło mu przez myśl, że jeśli Kacper go podejrzewa o romans z jego narzeczoną, będzie go prowokował i czekał na jego reakcję. Ale Robert nie zamierzał dać się sprowokować.
– Marczak mi opowiadał kiedyś, że jesteś informatykiem i bardzo się cenisz!
Dlatego bardziej nam się opłacała jego firma. 

Obaj się roześmiali nieszczerze, przeciągając chwilę pozornego oddechu jak szpiedzy.
– Przejście, przejście, uwaga, szkło! – rozległo się w korytarzu.
Czekam na ten cudny gag z wbieganiem między szklarzy niosących taflę szyby.

Obaj odskoczyli na boki, przestrzeń między nimi wypełniło szkło i patrzyli teraz na siebie przez jego taflę.
Szkło zaczęło się topić. 

Wtedy Kacper zrobił coś, co wprawiło Roberta w jeszcze większe osłupienie. Nie odrywając od Keplera wzroku, wyjął z kieszeni telefon, odblokował kciukiem ekran, potem coś na nim szybko napisał, po czym dalej wpatrywał się w Roberta. 
Gdy Keplerowi zawibrował w kieszeni telefon, ten aż podskoczył z wrażenia.
Sięgnął do kieszeni i pobladł.
Wiadomość, którą otrzymał, brzmiała: „Widzę cię!”.
Ale jej nadawcą była Anika. Albo ktoś, kto wysłał tę wiadomość z jej numeru. Robert był gotów przyprzeć Kacpra do muru, ale gdy oderwał wzrok od telefonu, zorientował się, że po Kacprze nie ma już śladu.
To znaczy…? Kacper zabrał Anice telefon? Czy to znowu jego medżik hakerskie sztuczki? 
Hakierskie medżik sztuczki, na bank!

Wtedy zrozumiał, że Kacper wie o ich romansie. A on powinien ostrzec Anikę. I zrobi to jak najszybciej, zanim zacznie w Maxmere Corporation załatwiać sprawy związane z firmą Hattrick.
* * *
Anika musiała ochłonąć ze wszystkich nocnych wrażeń, zwolniła się więc wcześniej z pracy.
Wracając do domu, zajrzała na Dworzec Centralny.
Ot, tak. Nic tak nie relaksuje, jak wizyta na dworcu.
Na oddech krótki - niedziela na Głównym!
Na sypkość uczuć i brak przyjaciela
Niedziela na Głównym, na Głównym niedziela,

Na niski wskaźnik - niedziela na Głównym!
Na nadmiar wyobraźni - niedziela na Głównym!
Oto najlepszy jest relaks -
Niedziela na Głównym, na Głównym niedziela.


(...)
Od pewnego czasu wszędzie widziała jakichś ludzi, którzy – jak podejrzewała – ją śledzili. 
Pięknie rozwijająca się obsesja (jedna z tytułowego tysiąca, jeszcze sporo przed nami!). Pogratulować. 
To nic, że akcja dzieje się (podobno) w Warszawie, gdzie co krok są jacyś ludzie. Właściwie są wszędzie gdzie nie spojrzeć. 

Czuła strach, wszędzie węsząc nierealne zagrożenie. A Robert nic sobie z tego nie robił, podobnie zresztą jak i Kacper.
Ale co ją tak sparło? Przecież największym zagrożeniem dla niej miało być to, że Robert od niej odejdzie.

W tym samym momencie na wyświetlaczu jej telefonu pojawiła się wiadomość od Kacpra.
Czy tylko dla mnie “wiadomość na wyświetlaczu” to nic innego niż sms?
Mógł się odezwać przez Messengera. 

– Zostań tam, skarbie, gdzie jesteś – w głosie Kacpra dźwięczała groźba – zaraz przyjadę po ciebie. Mamy do pogadania.
Taka groźna wiadomość tekstowa, że literki drżały.


* * *
Robert zjawia się w firmie Marczaka, aż tu wtem!

– Przykro mi, Robert. – Marczak rozłożył ręce bezradnie jak mechanik nad nieznaną mu usterką silnika. – ABW zajęła wasze serwery, nie zdążyłem cię uprzedzić, sorry, stary.
Nie zdążył nawet zadzwonić i strasznym głosem wrzasnąć “Uciekaj natychmiast!!!”...

– W porządku, nie winię cię o nic. – Kepler uśmiechnął się gorzko, a Marczak, opuszczając swój gabinet, pokazał mu kciukiem i wskazującym palcem prawej ręki znaną wszystkim kibicom warszawskiej Legii literę L, na co Robert odpowiedział mu tym samym. Bo w tym mieście były pewne sprawy, które łączyły ludzi niezależnie od tego, po której stronie barykady się znajdowali.
Oczy agenta Piaseckiego zabłysły groźnie, kiedy złowrogim gestem, powoli, wyciągał z kieszeni szalik Polonii… 

Robert został w biurze sam na sam z pracownikami ABW.
– Pamięta pan swoją wizytę w Ministerstwie Sportu? – Piasecki nie bawił się w uprzejmości i od razu przystąpił do rzeczy.
– Tę, na którą mnie wysłaliście? – spytał Kepler. – Nic a nic nie pamiętam.
Ale jakie “wysłaliście”, przecież wysłał go Wiktor…? 
Na jedno wychodzi. Już nie mam nadziei, że to kiedyś nabierze sensu.

– Pytam o tę – Piasecki przeszył go zimnym wzrokiem – podczas której podsłuchiwaliście ministra polskiego rządu!
– No i po co ta liczba mnoga? – Robert starał się za wszelką cenę zachować spokój. – Mamy znowu lata szczęśliwie minione i zamiast „pan” używamy słówka „wy”?
– Przepraszam, to z przyzwyczajenia – Piasecki jakby ciut się speszył. – Ustrój się zmienił, a człowiek ma jeszcze nawyki po starszych kolegach z Wojskowych Służb Informacyjnych. 
AŁtorze, bateryjka ci wysiadła, skoro mylisz wywiad wojskowy z cywilnym. 
Ani UOP (organizacja, którą przekształcono w Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego), ani ABW nigdy nie miały nic wspólnego z WSI. 

Ale do rzeczy, panie Robercie. A zatem podsłuchiwał pan ministra Kanię.
Nie, on mu tylko wręczył łapówkę, nawet nie miał pojęcia o podsłuchu. 

– Na wasze zresztą polecenie! – powtórzył Robert. – Całe szczęście, wszystko okazało się waszą ustawką i macie teraz niezbite dowody…
...na to, że Kania bierze. 
Ale serio, jakie “ich polecenie”? Jedyne, co wcześniej na ten temat padło, to było “Robercie Keplerze, odstosunkuj się od Wiktora Sukorowa, bo jest on ruskim szpionem i będziesz miał kłopoty” - “No co pan, panie agencie, jakim szpionem, ja o niczym nie wiem.”

Było mu już wszystko jedno. Hattrick lada chwila miał okazać się niewypałem, a Robert miał powrócić do tego samego punktu, z którego niedawno wystartował: znów zostanie bez pracy i zabezpieczenia finansowego na przyszłość, za to z większym bagażem problemów w bonusie.
– Rzecz w tym, że nasze nagrania ktoś zagłuszył – wyjaśnił mu skonsternowany Piasecki – za to te, które nagrywał sprzęt umieszczony w walizce z łapówką, poszły prosto do ambasady Rosji, a stamtąd do Moskwy. Oczywiście, kiedy sprawa wypłynie, będzie dementi ze strony polskiego rządu, ale w tej chwili nie wygląda to zbyt ciekawie.
Aha. Znaczy, były dwa podsłuchy, ruski i nasz – i oba zarejestrowały psińco, bo przekazanie łapówki odbyło się poprzez przesunięcie walizki nogą pod stołem, o, proszę, tutaj mamy to napisane: “Gdy Robert znalazł się z ministrem Bogdanem Kanią sam na sam, przesunął nogą w jego stronę teczkę z łapówką”. Tak więc teraz nasi dzielni chłopcy nie mają nagrania “szur, szur, szur” walizki po dywanie, A PUTIN MA i będzie tym szantażował polski rząd przez najbliższe trzysta lat. 

– Panie agencie, czemu właściwie Rosjanom tak zależy na skompromitowaniu Kani, że zmuszają do takich ryzykownych działań Wiktora Sukorowa?

Agent Tomek wyjaśnia: Rosjanie mają u siebie wielką aferę dopingową, ich sportowcy zostali masowo zdyskwalifikowani, główne laboratorium utraciło prawo do przeprowadzania badań i teraz próbuje je odzyskać. 

Niedługo wybory nowego szefa Światowej Organizacji Antydopingowej. Jednym z najmocniejszych kandydatów jest nasz minister sportu.
– Który na nagraniach znajdujących się teraz na biurku Putina przyjmuje ode mnie łapówkę.
– Mniej więcej tak – kiwnął głową Piasecki.
Przypomnijmy - szur, szur, szur…
W jaki sposób kompromitacja Kani przybliży Rosjan do odzyskania pozwoleń, nie wyjaśniono. 

– I co dalej, panie agencie? – Robert był zirytowany tak, jak dawno mu się to nie zdarzyło. – ABW ma zamiar mnie wrobić w wasze rozładowane baterie w krótkofalówkach? Zrobiłem przecież, co kazaliście.
Podsłuchiwano przy pomocy krótkofalówek. Właściwie, dlaczego nie? 
Ministrowi Kani też się coś należało za fatygę. 
Po chwili zdziwienia, że w walizce oprócz pieniędzy jest całkiem spore urządzenie z antenką, ucieszyłby się, że miałby jakiś prezent dla dziecka.

– Obawiam się, że to za mało. – Agent Piasecki postanowił odkryć ostatnią swoją w tej rozgrywce kartę. – Potrzebujemy ostatecznego dowodu (na co?) i pan nam pomoże go zdobyć.
– Zwariowaliście? – Robert spojrzał na Piaseckiego wściekłym wzrokiem.
– To będzie ostatnia akcja z pańskim udziałem, panie Robercie – obiecał agent Tomek. – Sukorow podobno ma kropnąć któregoś ze swoich ludzi, który sypie [komu? ABW? Zapamiętajmy], ale czekamy na rozwinięcie scenariusza.
No i? Kepler ma go kropnąć, czy oni Keplera? 

– Jak długo to potrwa? – spytał zrezygnowany Kepler.
– Może dzień, może miesiąc, nie wiemy. – Piasecki bezradnie rozłożył ręce. – A teraz proszę wracać do swoich zajęć.
Do jakich zajęć? Przecież on jest bezrobotny. 
Nawet na serwerach “siedzą agenci ABW”  - choć z trudem utrzymując powagę, to jestem w stanie to sobie wyobrazić. 

<łagodnie> “Szanowny Panie Marcelu, jesteśmy przekonani, że gdy wymyśla Pan te swoje intrygi to one w Pańskiej głowie jakoś tam układają się w logiczny ciąg. Nie wątpimy też, że w Pana głowie jedno wynika z drugiego z żelazną konsekwencją, w dodatku wydaje się Panu, że każda kolejna informacja jest ciekawsza niż poprzednia, w związku z czym czytelnik wyczekuje ich, gryząc palce.

Niestety, w drodze od Pańskiego mózgu do klawiatury komputera Pańskie zapętlenia akcji i w domyśle błyskotliwe rozwiązania tracą na ostrości, względnie szwankuje sposób przekazania ich czytelnikowi, język, jakim Pan się posługuje, lub obie te rzeczy. Skutek jest taki, że intrygę Pańskiej powieści czytelnik musi sobie rozrysować, a i tak nie będzie miał gwarancji, że cokolwiek zrozumie.

Proponujemy, by dużo Pan ćwiczył i dawał swoje prace do sprawdzenia krytycznie nastawionym przyjaciołom, którzy nie zawahają się przed wykreśleniem połowy przydawek, przymiotników i zmienianiem szyku zdań”. 

Takiego maila wraz ze zwróconym rękopisem powinien był otrzymać Marcel od każdego wydawnictwa, do którego wysłał był swe dzieła.

Niestety nie dostał i teraz musimy się tu z nim męczyć.

Marcello jest mistrzem czegoś, co ja nazywam “stawianiem tekturowych dekoracji”. Na pierwszy rzut oka mamy tu wszystkie elementy składowe thrillera szpiegowskiego: obcy wywiad, agentów, pościgi, prowokacje, szantaże itd. Niestety, jak się przyjrzeć z bliska, widać, że to tektura i paździerz, krzywo przycięte, niedbale pomalowane i sklejone na ślinę. I nic się tu kupy nie trzyma, nic. 

Agent Tomek odprowadził Roberta spojrzeniem do drzwi gabinetu, po czym rozsiadł się za biurkiem Marczaka i najwyraźniej poczuł się tam dobrze, bo rozparł się wygodnie w prezesowskim fotelu i zabębnił palcami w blat mahoniowego biurka.
Wyobrażał sobie siebie samego po awansie za udaną akcję z rosyjskimi szpiegami. 

* * *

Kacper kłóci się z Aniką, potem wybiega z mieszkania i leci po pomoc do swojego kumpla Adama, jęcząc, że potrzebuje kryjowki i pieniędzy na wyjazd, bo zadarł z groźnymi ludźmi i wdepnął w niezłe gówno. 


* * *
Anika siedzi sama w domu (Kuba śpi), na dworze szaleje burza, a ona znów ma wrażenie, że ktoś się zbliża do drzwi. 

Nagle wydało się jej, że słyszy pukanie do drzwi. Podeszła na palcach do futryny i spojrzała przez wizjer. Na klatce panowała jednak ciemność. Przez dłuższą chwilę nic się za drzwiami nie działo, ale po kilku sekundach ktoś nacisnął klamkę. Anika pisnęła cicho i zakryła usta. Podbiegła szybko do kuchni i chwyciła za [nóż!? Ależ nie!] pozostawiony tam telefon, ale wskaźnik pokazywał brak sieci i połączeń alarmowych. Czy to możliwe – zdumiała się – że burza uszkodziła linie telefoniczne?
Tak, te komórkowe linie telefoniczne. 


Aż tu wtem! tajemniczą osobą za drzwiami okazuje się Robert. Wyznaje, że musiał się z nią zobaczyć, a nie mógł pisać i opowiada o swoim spotkaniu z Kacprem. Wychodzą na zewnątrz i chowają się przed burzą pod dużym dębem, rosnącym w pobliżu. 
Słusznie. Pod drzewem bezpieczniej niż w jakimś tam wnętrzu.


(...)
Piorun huknął z niespotykaną wcześniej mocą, gdzieś na końcu ulicy trafiając w skrzynię transformatora, aż buchnęły z niej iskry.
I stała się ciemność.

– Zapomniałem – zaśmiał się Robert – że tobie zawsze towarzyszą zjawiska elektryczne.
– Nic nie mów – przerwała mu – tak za tobą potwornie tęskniłam!
W jednej sekundzie zapomnieli o całym świecie. Byli tylko oni, blade światło, ściana deszczu i małe tornado szalejące nad miastem. Ich ciała rozpalała żądza równa kilku gigawatom, jakie tej nocy krzesały nad Ochotą błyskawice. 
I w ten sposób stali się tanim i ekologicznym źródłem prądu dla miasta. 

Ich ręce paliły się jak pochodnie, 


ich palce żarzyły się jak ogniki, zaś ciała lgnęły do siebie niczym namagnetyzowane przetworniki. 
Przetwornik urządzenie dokonujące przekształcenia danej wielkości na inną wielkość według określonej zależności i z pewną dokładnością. [wikipedia]
Jak wiemy, wszystko lgnie do przetworników. Wszystko.
Robert uniósł Anikę, chwycił za pośladki, ona oplotła go nogami, a potem on w nią wszedł. Wbiła zęby w jego szyję, zatopiła ręce w jego włosach i tym razem bardziej czuła zapach jego mokrej od deszczu skóry niż perfumy.
I to wszystko pod drzewem w czasie burzy… nie był ci to bezpieczny seks, oj nie był.

(...)
– Chcę, żebyś wiedziała, kochanie, że nigdy bym cię nie skrzywdził. Nic mnie nie łączy z Kingą ani z nikim innym. 
Tylko seks na pocieszenie, tak co drugi wieczór. 

Wszystkie kłopoty związane są z moją firmą. Zostałem w coś wrobiony i grozi mi niebezpieczeństwo, i dlatego powiedziałem ci, że nie możemy się spotykać. 
Zainteresowała się mną Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ale więcej nic ci nie powiem, bo i tak za dużo wiesz, a im wiesz mniej, tym dla ciebie lepiej. Teraz zaś, kochanie, muszę zniknąć.
I nadal to wszystko w czasie burzy pod drzewem, tuż po upojnym (i nie bezpiecznym) seksie, oraz takimi aliganckimi słowy, prosto z pierwszych stron gazet ("zainteresowała się mną Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego"), jak ja to bardzo widzę to nawet Szanowni Państwo nie.

(...)

* * *
Kilka godzin później w mieszkaniu na Sanockiej pojawił się Kacper. Był wzburzony. W jego oczach tlił się jakiś obłęd. 
Jak zawsze. Ten typ tak ma. 

Jego włosy były rozwichrzone, a szczęki mocno zaciśnięte. Anika cofnęła się krok do tyłu. 
Jakie szczęście, że cofnęła się do tyłu! Gdyby cofnęła się do przodu, to wpadłaby w objęcia narzeczonego. 

(...)
– Naprawdę sądzisz, że jesteś teraz w miejscu, w którym kontrolujesz cokolwiek? Musisz mi opowiedzieć o wszystkim, czym się popisywałaś kiedyś w internecie, o wszystkim, co zlecała ci Alex. Czy ktoś oprócz niej wiedział, czym się zajmowałaś?
Cała masa klientów? 

– Nikt oprócz Alex nic nie wiedział – powiedziała, nie patrząc Kacprowi w oczy – występowałam w masce i byłam anonimowa. Ale dlaczego właśnie teraz chcesz to wiedzieć?
– Bo wtedy będziemy mieli jeszcze jakąś szansę.
Na co? Na szczęśliwe pożycie małżeńskie?

– Czy to w ogóle możliwe? Mówiłeś, że masz problemy. Nie pakuj, proszę, w nic ani siebie, ani Roberta.
– W takim momencie – krzyknął boleśnie dotknięty prośbą Aniki – martwisz się o Roberta?! Robert zadarł z przestępcami, być może ma coś wspólnego z morderstwem pewnej prostytutki.
– Co? Jak? Przecież…
Mieszało się jej w głowie, czuła, że zaraz osunie się na ziemię. Przecież dopiero co Robert tu był, mówił jej te wszystkie rzeczy. Dlaczego miałaby mu nie wierzyć?
– Muszę ci się przyznać, że sprawdziłem tego twojego absztyfikanta, wdzierając się do jego komputera. Czy wiesz, że Kepler to zwykły przestępca? Czy wiesz, że zasiada w spółce, która oszukała ludzi na ponad sto milionów? Czy wiesz, że przekupywał niedawno ministra Kanię? Że jego syn handluje narkotykami? Że ma kontakty z rosyjskimi szpiegami? To oszust, ale ty tego nie widzisz?! A jak myślisz, skarbie, kto zamordował Alex?
I to wszystko było w komputerze Roberta? Prowadził pamiętniczek, zapisując w nim wszystkie swoje matactwa? 

Kacper snuje plany: odeślą Kubę do dziadków, sami pojadą w Góry Sowie, żeby sobie wszystko jeszcze raz poukładać. Anika, zgnębiona, zgadza się na wszystko i za obietnicę, że Kacper zostawi w spokoju Roberta, przyrzeka opowiedzieć wszystko o swojej przeszłości. 

* * *
Tymczasem okazuje się, że pod domem Aniki w czasie tej burzy czaił się Gniewko Bromski, który narobił właśnie zdjęć naszym niepowstrzymanym kochankom. 

* * *
– Gratuluję, tato, właśnie zostałeś bohaterem skandalu, a razem z tobą twoja rodzina! – Igor huknął tabletem o ścianę w kuchni i wybiegł z mieszkania.
– O co mu chodzi? – spytała Kinga.
Robert podniósł tablet. Na potłuczonym ciekłokrystalicznym ekranie migała strona jakiegoś brukowca, który opublikował dziś artykuł i fotografie jakiegoś nieznanego Robertowi Gniewka Bromskiego.

Ale chwila, chwilunia, momencik, jak to "nieznanego Robertowi"? Robert znał Gniewka Bromskiego, proszę, drodzy AŁtorzy, specjalnie dla Was cytat z Was:

"Rozglądał się właśnie po dopiero co wynajętym lokalu na Grzybowskiej, gdy do drzwi zapukał niezapowiedziany gość. Miał na sobie wojskową kurtkę, martensy na nogach i szylkretowe okulary na cienkim nosie. Przedstawił się jako Gniewko Bromski. 

Robert przywitał się z nim i spytał o powód jego wizyty.
– Powiedzmy, że jestem zaprzyjaźnionym reporterem.
– Zaprzyjaźnionym z kim, panie Bromski? – dopytywał Robert.
– To zależy od tego, co mi pan powie, panie Kepler!"

A tyle razy mówiłam. ROZRYSOWUJCIE SOBIE.

Kepler spojrzał na te zdjęcia i zobaczył siebie samego uprawiającego seks z Aniką. Ich twarze nie były wprawdzie idealnie wyraźne, ale komuś, kto ich znał, nietrudno będzie je rozpoznać. Lada chwila internet zacznie huczeć. 
Z całym szacunkiem, ale Robert Kepler to nie Robert Lewandowski, żeby jego seksy, nawet uprawiane w miejscu publicznym (choć w mało publicznych okolicznościach), miały być hot newsem na pierwszą stronę brukowca. Serio, kto zna faceta? Emerytowanego piłkarza, którego największym osiągnięciem był JEDEN towarzyski mecz w reprezentacji, ponad 20 lat temu? 

W swoim artykule Bromski pisał o powiązaniach pomiędzy Zenit Solutions i firmą Hattrick i o podejrzanych interesach Wiktora Sukorowa i Roberta Keplera.
To był bardzo poważny artykuł! Goła dupa Keplera była tylko dla wzbudzenia zainteresowania.

(...)

Do Roberta dzwoni Wiktor i zapowiada, że “dorwiemy i załatwimy jak należy” Bromskiego. Chwilę później dzwoni Piasecki, bardzo zadowolony, bo ma wreszcie czarno na białym, że Wiktor zamierza popełnić przestępstwo i teraz będzie go mógł schwytać na gorącym uczynku. Robert jest mu niezbędny do zastawienia pułapki. 

* * *
Do Aniki przyjeżdża matka, żeby zabrać Kubę na wakacje. 

(...)
– No tak, tobie, córuś – matka pokiwała głową – wciąż się coś nie udaje. Sto razy ci powtarzałam, że nic dobrego w Warszawie cię nie spotka.
I rzuciła w jej kierunku brukowiec z artykułem tego gada Bromskiego.
– Wdałaś się w romans z jakimś oszustem? – Matka nie kryła już swego świętego oburzenia. – Kim jest ten człowiek? Pociągały cię jego pieniądze?
– Nie wiesz, co do niego czułam – broniła się Anika – a potrafisz mnie tylko osądzać.
– Robiłaś to z nim... i to w samochodzie!
Momencik <pogubiła się Królowa Matka>. W jakim samochodzie? A nie w czasie mrocznej, mrocznej burzy, w mroczną, mroczną noc, pod mrocznym, mrocznym drzewem?
Matka Aniki ma jakąś metawiedzę, bo owszem, istnieje nagranie ich seksów w samochodzie (pamiętamy, na podziemnym parkingu), ale to nie ono wypłynęło do brukowca, tylko właśnie zdjęcia spod drzewa w czasie burzy. 
A. Czyli nie ja się pogubiłam, tylko aŁtorzy. Nihil novi sub sole, że tak błysnę Bateryjką.

– Ludzie, którzy się kochają, mamo, uprawiają seks!
– Czy ty wiesz, co ludzie powiedzą? – To był zawsze jej koronny argument.
Jakie to ma znaczenie – pomyślała Anika – co ludzie o mnie powiedzą? A czy nie gadali, że jej ojciec, a mąż jej matki, musi być nieszczęśliwy, mając taką babę u boku? Zatęskniła za ojcem, który w takiej sytuacji może i niewiele by się odzywał, ale spojrzałby chociaż porozumiewawczo w jej stronę i miałaby poczucie, że jest po jej stronie.
“Mrug, mrug, córuś, nie słuchaj zrzędzenia matki, grunt, że posuwanko było na szóstkę!”

– Mamo, czy pomyślałaś choć przez chwilę, jak ja się teraz czuję? – zapytała Anika, nie licząc na żadną odpowiedź.
Bo matka w ogóle jej nie słuchała, wzywała jedynie Najświętszą Panienkę, lamentowała o grzechu, o ludziach z osiedla, o tym, jak Kuba to wszystko przeżyje. Tak jakby Anika nie martwiła się o swego syna!
Matka wstała, żeby pomóc Kubie spakować jego rzeczy.
– Zabieram dziecko na wakacje – sapnęła z furią – a ty uporządkuj swoje życie.
Masz na to dwa tygodnie!

(...)
Przecież w ich rodzinie nie było nigdy rozwodów. Czy ta kobieta nie zdaje sobie sprawy, że człowiek może się czasami pomylić i lepiej się do błędu przyznać?
No spoko, tym razem też nie będzie rozwodu, przecież nie bylo ślubu. 

* * *


– Skąd miałeś materiały o Keplerze i Sukorowie?
Bromski siedział na tarasie swego mieszkania przy Tamce i mimo że wparowała do niego brygada antyterrorystyczna i ABW, najwyraźniej nic sobie z tego nie robił.

Gdyby ktoś miał kiedykolwiek problem z odróżnieniem kryminalnego filmu/książki klasy “A” od tego/tej klasy “Zet” to jest niezawodny sposób - w tym drugim przypadku obywatel, nawiedzony znienacka i nieoczekiwanie przez agentów FBI/ policje kryminalną / posępnego inspektora prowadzącego śledztwo w sprawie ataku terrorystycznego / cały szwadron agentów ABW nie dostaje palpitacji serca, nie wpada w panikę, choćby (a może nawet zwłaszcza) był czysty i niewinny jak płatek śniegu, ciśnienie mu nie skacze do poziomu 240/120, nie zaczyna gorączkowo przypominać sobie, co robił 23 sierpnia w piątek między 16.45 a 17.30, i kto to może potwierdzić, tylko wybucha śmiechem i nonszalancko rzuca: “Pan wybaczy, inspektorze (czy tam jakiś inny Ważny Ktosiu), mam teraz ważniejsze sprawy na głowie”.

Sprawdzone milion razy.

(...)
– Pytam ostatni raz. Kepler i Sukorow.
– Panowie, skoro już wpadacie do bezbronnego obywatela – drwił sobie z Piaseckiego w żywe oczy – to ja się pytam: gdzie prawo prasowe? Informatorów zdradzać nie będę. Zapłacicie, to powiem.
Taki jestem honorowy twardziel! Nikogo za darmo zdradzać nie będę.

– Dosyć tego pierdolenia. – Agent Tomasz Piasecki zirytował się nie na żarty. – Tu chodzi o ludzkie życie. Koledzy, bierzemy typa do lodówy.

* * *
– Nie boję się o siebie – zapierał się Robert.
– A szklarnia Kingi? – Wiktor zaczynał właśnie go szantażować.
Czymże jest twoje życie, Robercie, wobec szklarni Kingi! 
A, szklarnia Kingi! No dobra, o szklarnię Kingi się boję.

– Kinga jest odważna i poradzi sobie.
– W takim razie może to cię przekona? – Wiktor podsunął mu telefon, na którym odpalił nagranie.
– Ty skurwysynu!
W ułamku sekundy Kepler pojął, czemu nie warto przyjmować lexusów w prezencie: nigdy nie wiesz, kiedy zostaniesz nagrany ukrytą kamerą.

* * *
Kacper wpada do domu jak tornado, pokazuje Anice nagranie seksów w lexusie, które jakimś sposobem wykradł z komputera… chyba Wiktora? Bo przecież nie Roberta. 

(...)
– Gdzie Kuba? – spytał Kacper, wciąż kiwając się na lewo i na prawo.
– Z dziadkami – odpowiedziała mu lakonicznie.
– W takim razie my też musimy uciekać.
– Dlaczego? Powiedz: dlaczego?!
– Bo rozpieprzyłaś nasz związek – Kacper roześmiał się furiacko – a teraz piszą o tobie w brukowcu! Ośmieszyłaś mnie!
Zhańbiłaś mój ród!
I dlatego razem uciekniemy! 

Zgodziła się. Była skompromitowana.
Jej reputacja, największe dobro kobiety, legła w gruzach. Od tej pory czekało ją już tylko samotne życie pełne smutku i pokuty. 

W samochodzie opowiedziała mu wszystko o Alex i dziewczynie w niebieskiej masce. Kacper nie przerywał jej, skupiając się na prowadzeniu samochodu. Anika dziwiła się, że Kacper nie krzyczy i wyjątkowo nie pretenduje do roli ofiary.
Gdy skończyła opowiadać o tym, jak przez blisko dwa lata zarabiała dzięki internetowemu serwisowi wideo, w którym nigdy nie pokazała twarzy ani nie zdradziła swojej tożsamości, Kacper nie zrugał jej. Zapewniła go też, że o czynnościach seksualnych, których dopuszczała się w sieci, wiedziała jedynie Alex. Celowo używała zawoalowanych określeń i nie wchodziła w szczegóły, wiedząc, jak bardzo słowa mogą boleć. 
No ale co ona tam właściwie robiła na tych kamerkach, bo najgorsze, co mi przychodzi do głowy, to że masturbowała się na wizji…? 

Kacper odetchnął, widać było, że wyznanie Aniki przyniosło mu pewną ulgę, a potem sam zaczął mówić. Nie oceniał Aniki ani nie podkreślał swojego żalu. Przeciwnie, przyznał się, że sam był od tego typu stron uzależniony i że dopiero kiedy się poznali, zrozumiał, czym jest prawdziwa miłość. Co nie przeszkadzało mu nadal na te stronki wchodzić i, że tak powiem, czynnie uczestniczyć (pamiętamy ten kosz pełen zużytych chusteczek?). Że to właśnie Anika mu to uświadomiła i choć go zdradziła, wciąż chce z nią pozostać, bo tylko z nią może i chciałby żyć. Przyznał się też do historii z barmanką, bo czuł wówczas, że traci swoją męskość, a Anika oddalała się od niego. Zaprzeczył natomiast podejrzeniom Aniki, jakoby przeglądał jej telefon i upierał się, że gdy go na tym przyłapała to tylko jej się wydawało, bo… bo… o! była bowiem pod wpływem silnych środków odurzających. Przyznał jednak, że kilka dni temu nie wytrzymał i sklonował jej kartę SIM.
Nie grzebałem w twoim telefonie, co to, to nie! No, technicznie rzecz biorąc –  nie skłamał, bo kartę SIM można zhakować zdalnie… 

Potem oboje długo płakali i powoli zaczęli rozumieć, jak długą drogę przeszli, by znaleźć się w tym punkcie, w którym teraz byli. Był to punkt zero, punkt szczerości, prawdomówności, obnażony ze wszystkich wstydliwych, przeszłych zdarzeń.
I od tej chwili wszystko już będzie dobrze, a oni, trzymając się za rączki, pobiegną ku świetlanej przyszłości… prawda? 

(...)
* * *
– Panie Robercie – zwrócił się do niego agent Piasecki – już czas. Jedziemy pod adres podany panu przez Sukorowa.
Robert skinął głową i spojrzał jeszcze raz na wyświetlacz z wiadomością SMS, po czym wsiedli obaj do ciemnego opla insigni i ruszyli przed siebie.
– W akcji będziecie brali udział pan i Bromski – wyjaśnił mu agent ABW. – Bromski ma zainstalowany podsłuch i założoną kamizelkę kuloodporną. 
- Pan zaś.. - tu zawiesił głos, westchnął i dokończył - pan nie. Nie będzie miał pan ani podsłuchu, ani kamizelki. Wiemy, że Sukorow musi kogoś zabić, a nie wiemy kogo, rozumie pan? 

Będzie czekać w holu, a budynek roi się od snajperów i agentów. 
Roi się od snajperów! No, nie, w życiu już na dworzec nie pójdę!

Kiedy tylko Wiktor da panu znać, gdzie ma się zjawić, rozpoczniemy operację. Dzisiejszego dnia urwiemy łeb hydrze.
Zaraz… Oni są przekonani, że Wiktor będzie ubijał tego Bromskiego osobiście? Taki potężny ruski mafiozo nie ma od tego ludzi…?

– Jak zmusiliście Bromskiego do współpracy? – chciał wiedzieć Robert.
– Miał w domu narkotyki. – Uśmiechnął się Piasecki.
– Niech zgadnę: te same co mój syn?
(...)
* * *


– Jest SMS od Wiktora! – powiedział Robert, wpatrując się w swój telefon.
– Co napisał? – spytał Piasecki.
– Że sytuacja opanowana i namierzyli przeciek.
Hydraulik już jedzie!

– W takim razie zaraz wchodzimy – zadecydował agent ABW, po czym dwóch funkcjonariuszy podeszło do Roberta, jeden przytrzymał go za ręce, a drugi zabrał jego telefon. – Proszę wybaczyć – uśmiechnął się Piasecki – pańska komórka, panie Robercie, jest dowodem w sprawie.
– A co ze mną? – chciał wiedzieć Robert.
Pan nie jest dowodem w sprawie.
– Panujemy nad sytuacją, zaraz będzie po wszystkim 
Nie powinno boleć. 
Nawet jak zaboli, to tylko przez chwilę.

– zapewnił go agent Tomek, po czym funkcjonariusze wysypali się z pomieszczenia, w którym dotąd przebywali, zostawiając w nim tylko Roberta i jednego z nich na warcie.
Robert spojrzał za szybę. 
Przechodnie zza szyby spojrzeli na Roberta.
Otóż, jeśli to miała być tajna dziupla dla ABW, gdzie funkcjonariusze przygotowują się do ważnej akcji na dworcu, to z pewnością nie powinna być przeszklona, bo to nie stragan.

(...)
Nagle Robert osłupiał ze zdumienia.
Zmroziło go tak, jakby płuca zalała mu lodowata woda i zaczął tonąć. Kilkadziesiąt metrów przed sobą zobaczył Anikę i Kacpra zmierzających w kierunku ruchomych schodów. Był pewien, że to nie może być przypadek.
Pewnie, że nie. To Imperatyw Narracyjny kazał im zostawić samochód (którym mieli jechać w Góry Sowie) i iść na dworzec. 

A potem spostrzegł trzech ciemnolicych mężczyzn, jak wataha wilków otaczających Anikę i Kacpra.
– Ratujcie ich! – krzyknął do agenta, który pozostał z nim w pomieszczeniu. – Tu nie chodzi o Bromskiego, Sukorow zamierza zabić Kacpra! Ten chłopak i towarzysząca mu kobieta są w śmiertelnym niebezpieczeństwie!
Jaki elokwentny w chwili zagrożenia. 

Ale funkcjonariusz stał jak słup soli.
I obojętnie żuł gumę. 

– Co tu jest grane?! – Robert zaczął tłuc pięściami w taflę szkła krzycząc: – Kacper, uciekaj!!
Przez głowę przemknęła mu myśl, by zadzwonić do Aniki i ostrzec ją przed niebezpieczeństwem, ale przypomniał sobie, że przecież agenci ABW zabrali mu telefon.
Musiał uratować tych dwoje ludzi.
Rzucił się na funkcjonariusza, obezwładnił go jednym ruchem
https://collectpeanuts.com/shop/toys-games/toys-stickers/toys-panini-stickers/snoopy-laughing-sticker-116-2/
i doskoczył do drzwi. 
Tak było. 
Agent ABW wzięty na akcję jako ochrona świadka, stoi sobie spokojnie i patrzy, jak cywil obezwładnia go jednym ruchem. Tak sobie myślę, że Robert musiał go bardzo zaskoczyć. Bardzo, a nawet ogromnie.
A mnie się wydaje, że Roberta zostawiono w towarzystwie sklepowego manekina, dla niepoznaki ubranego w kamizelkę taktyczną i kominiarkę. 

Drzwi były jednak zamknięte. Robert wrócił więc do agenta i wyciągnął z jego kieszeni telefon.
– Cholera, zablokowany.
A ten dalej nie może wyjść z podziwu, że Keplerowi tak łatwo poszło.

Blokada była na odcisk palca. Nie namyślając się wiele, wziął rękę nieprzytomnego człowieka i przytknął jego kciuk do obudowy. Urządzenie włączyło się. Wbił dziewięć cyfr telefonu Aniki i zadzwonił.
Spojrzał za szybę.
– Odbierz!! – krzyczał, waląc pięściami w szkło.
Ale Anika nie odbierała jego telefonu. A gdy po chwili zrozpaczony Robert spojrzał przez szybę, ujrzał, jak szajka Wiktora porywa Kacpra i Anikę, by po chwili rozpłynąć się z nimi w gęstym tłumie pasażerów.
I nikt nic nie widział, absolutnie nikt. 

Nie myśląc wiele, Robert chwycił metalowe krzesło i z całym impetem natarł nim na szybę, by po chwili ruszyć pędem za ludźmi Wiktora. 
Tłum nawet się nie otrzepał z kawałków szkła.
Dobiegł do łącznika między peronami. 
Może się czepiam, ale “pomiędzy peronami” jest po prostu korytarz, a nie żaden tam łącznik. Dopadł do barierki i spojrzał w dół. Przez perony przelewały się tłumy pasażerów.
Wreszcie w oddali dostrzegł Anikę i jednego z bandziorów.
– Anika! – krzyknął głośno. – Uciekaj!

* * *
Anika była sparaliżowana strachem, na szczęście Kacper wydawał się spokojny, jak rzadko kiedy mu się to zdarzało.
Spokój grabarza, wszystko będzie dobrze… 

– Rób, kochanie, wszystko, co ci każą – szepnął cicho, gdy w ręku jednego z porywaczy błysnęła rękojeść noża o długim ostrzu.

Musiał to być sztylet tego typu,

https://www.ripleyauctions.com/item/trifari-empress-eugenie-dagger-pin-with-amethyst-faceted-crystal-jewels-gold-wash-and-pave-rhinestones#gallery-1

a rękojeść błyszczała od klejnotów po prostu.

Na litość wszelkich bogów żywych i martwych, aŁtorzy, ja rozumiem, dolny limit znaków, nieporadność językowa, nastoletnia skłonność do przyozdabiania zdań, lekceważenie błagań redakcji, by chociaż jedną, jedniusią, najmniejszą poprawkę zrobić, ale, doprawdy, są granice.

“w ręku jednego z porywaczy błysnął nóż o długim ostrzu”, jeśli już koniecznie chcecie, albo “błysnęło ostrze noża”, tak powinno być.

Szedł wyprostowany jak struna, prowadzony przez trzech wysokich mężczyzn. Trzeci niższy, [moim zdaniem - czwarty, ale może było dwóch trzecich? Jeden trzeci był wysoki, a drugi trzeci dla odmiany - niski], ujął Anikę pod rękę i w tym samym momencie dziewczyna poczuła lufę broni na swoim ciele.
To trzeci trzeci szedł za nią. 
Opuścili hol ruchomymi schodami, a potem jeden z bandziorów pchnął Kacpra w kierunku peronu czwartego, a drugi poprowadził Anikę w stronę podziemnego pasażu.
Ciekawe dokąd, skoro perony są pod ziemią i pasaże też. 
Tłum przelewał się we wszystkich kierunkach.


(...)

* * *
Robert nie dawał za wygraną. Dobiegł do ruchomych schodów, wskoczył na łącznik pomiędzy tymi schodami i zjechał po blaszanej rynnie 
Jakież to byłoby romantyczne! Zjeżdżanie po rynnie na łączniku. Niestety, to tylko któreś z aŁtorów nie zna słowa “poręcz”  
na peron, wpadając przy tym w grupę japońskich turystów. Ale po Anice nie było tu ani śladu.
A teraz proszę sobie wyobrazić, że akcja dzieje się w tym miejscu: 


Jaki Bond, taki Skyfall. 

Dopiero teraz dołączyli do niego funkcjonariusze ABW.
Też zjeżdżali po rynnie?
Dopiero teraz? Już dawno powinni spuścić mu manto za pobitego kolegę.

– Gdzie oni są? – krzyknął agent Piasecki.
– Zgubiliście ich! – jęknął zrozpaczony Robert. – To była pułapka! Musicie ich odnaleźć, błagam, panie Tomku!
Agenci w ciemnych strojach, z kamizelkami taktycznymi na torsach i w kominiarkach na głowach, rozpierzchli się po peronie, wywołując popłoch wśród pasażerów. 
To nic, że przed chwilą jakiś wariat zjechał po poręczy. Uprzednio wybiwszy szybę krzesłem.

W tym samym momencie, hamując ze zgrzytem, na peron wtoczył się pociąg osobowy. Robert rozglądał się w panice na wszystkie strony, wiedząc, że nie daruje sobie, jeśli coś się Anice stanie.
I nagle, na sąsiednim peronie, za przejeżdżającym pociągiem mignął mu Kacper w towarzystwie dwóch bandziorów. W przezroczu okien pociągu, tasujących się jak w kalejdoskopie, widział w oddali sylwetkę Kacpra ciągniętą przez dwie osoby.
Ochroniarze dworcowi przyłączyli się do zabawy. 
Dwóch bandziorów ciągnęło, dwóch ochroniarzy pchało, a co się przy tym nadokazywali!

Nie namyślając się wiele, po przejechaniu wagonów Robert skoczył na tory i wdrapał się na sąsiedni peron. Rozejrzał się po ostatnim sektorze, przeraźliwie pustym mimo popołudniowej pory. Może zarządzono tu ewakuację – zastanawiał się Robert – może ludzie uciekli, nie czekając, aż wezwie ich do tego brygada antyterrorystyczna. Jakieś cienie poruszyły się niewyraźnie u końca peronu, tam gdzie szyny gubiły się w ciemnościach tunelu. Kacper razem z napastnikiem znikali właśnie za ostatnim filarem platformy! Robert skoncentrował się niczym napastnik czekający na wrzutkę w pole karne i ruszył ostrożnie przed siebie. Dlaczego nie było tu nikogo z policji, sokistów ani Piaseckiego? – przemknęło mu przez głowę.
Już było po godzinach?

– Kepler, uważaj! – krzyknął ktoś z oddali.
Zdawało mu się, że to głos Piaseckiego, ale nim zdążył się obejrzeć za siebie, poczuł na potylicy nieludzko silny cios i jego ciało, niczym worek ziemniaków, runęło z peronu na tory. Coś chrupnęło mu w barku i Robert stracił przytomność.

Tu powtórzenie słowo w słowo sceny, która stanowiła prolog powieści, z oprychami pochylającymi się nad zakrwawionym mężczyzną na torach oraz z wzywaniem karetki do umierającej Aniki.

– Z ostatniej chwili! – donosiła jedna z największych w Polsce stacji telewizyjnych. – W wyniku prowokacji służb specjalnych doszło dziś w Warszawie do zatrzymania Wiktora S., podejrzanego o szpiegostwo na rzecz jednego z sąsiadujących z Polską krajów i przynależność do działającej  przy jego ambasadzie siatki szpiegowskiej. Wiktor S. miał też brać udział w handlowaniu meczami w polskiej pierwszej lidze w latach dziewięćdziesiątych. 
Ćwierć wieku temu. Czy tego nie obejmuje przypadkiem jakieś przedawnienie…?

Oraz: CO właściwie zrobił Wiktor, że go zatrzymano? Nie był przecież jednym z trzech “ciemnolicych mężczyzn”, którzy napadli na Anikę i Kacpra, a samo przebywanie na dworcu, nawet w czasie akcji ABW, nie jest przestępstwem. 

Stał także na czele finansowej piramidy kryjącej się za funduszem inwestycyjnym Zenit Solutions. Podczas akcji zatrzymania podejrzanego padły strzały. Nasi reporterzy donoszą też, że na jednym z torów Dworca Centralnego znaleziono ciało martwego mężczyzny o nieustalonej do tej pory tożsamości.

Anika leży w szpitalu nieprzytomna, pilnują jej dwaj policjanci. Ponieważ im się nudzi, włączają wiszący w sali telewizor na monety. 


– Oto najnowsze doniesienia z warszawskiego dworca – dał się słyszeć głos dziennikarza prezentującego serwis informacyjny. – Jak udało się ustalić naszej reporterce, obecnie jest mowa o dwóch mężczyznach, którzy mieli znaleźć się na torach czwartego peronu. Magdaleno, czy to prawda?

– Istotnie, prokuratura krajowa podała nam szczątkowe, nomen omen, [ha-ha-ha… ja rozpuknę się ze śmiechu!] informacje, jakoby w tunelu w chwili wjazdu pociągu Konopnicka miało przebywać trzech mężczyzn. Ale znaleziono zwłoki tylko jednego z nich.
– Czy znane są ich personalia?
– Prokuratura nie mogła ujawnić tych danych, ale nieoficjalnie dowiedziałam się, że jedną z tych osób miał być były piłkarz Robert K.
I WTEM:
– Śledziu, a ty myślisz, że ten piłkarz jeszcze żyje?
– Lepiej, żeby żył, bo podobno ta panna z nim się bujała.
To nie nasz komentarz, ale zdanie z tForu.

Od tego “Śledziu” Anika wybija się z nieprzytomności i:

– Spieprzajcie stąd! – usłyszeli za swoimi plecami głos rozzłoszczonej kobiety.
(...)
– Czy jest tu lekarz? – Anika naciskała wszystkie przyciski w panelu nad łóżkiem. 
O tym, co się później działo, personel szpitala do dziś opowiada z mieszaniną grozy i fascynacji.

(...)
– Jest pani bezpieczna. – Doktor miał wyjątkowo łagodny głos. – Znajduje się pani na Oddziale Intensywnej Terapii Centralnego Szpitala MSWiA przy ulicy Wołoskiej. Proszę spróbować wziąć głęboki oddech, w przeciwnym razie będziemy musieli podać pani relanium…
Dobry jest!
Po podaniu relanium z pewnością będzie głęboko oddychać. Raz czy drugi.
Eter! Eter na takiej szmatce jej podać, widziałam w różnych kryminałach, że tak się robi, odetchnie dziewczynina głęboko i będzie spokój, żadnych więcej krzyków na OIOMie.

– Nic jej nie będziecie podawać – rzucił ktoś twardo z progu izolatki. Matka Aniki bezceremonialnie odsunęła sanitariuszy i usiadła obok córki.
Natomiast sanitariusze z OIOMu nie wyrzucili bezceremonialnie natrętki pchającej się do izolatki. .
Lekarz nie osadził jej w drzwiach jednym słowem. Może go zatkało po prostu.

– Mamo! – Anika wtuliła się w nią.
– Już dobrze, kochanie – powiedziała matka łagodnym tonem. – Jesteś, córeczko, cała i zdrowa.
Tak. Te rurki i dziurki to są dla większej urody.

– Mamo... – Anika oddychała coraz spokojniej.
Matka z groźną miną na twarzy obróciła się w kierunku policjantów i personelu medycznego, na co wszyscy potulnie spuścili wzrok i w mig wyszli z izolatki.

Totalnie to widzę. TOTALNIE. Nie wiem sama, czy totalniej widzę wychodzących pospiesznie z sali (NA OIOM-IE!!!) pod karcącym spojrzeniem mamusi pacjentki policjantów, czy lekarzy.

Przyjmijmy może taką roboczą koncepcję, że do dłuuuuugiej listy rzeczy, których aŁtorzy nigdy nie robili (nie uprawiali seksu, nie bywali w prawdziwie eleganckich restauracjach, nigdy nie korzystali z drzwi zamykanych na kartę magnetyczną, nie prowadzili rozmów biznesowych, nie podpisywali umów), dodać należy jeszcze jedną - żadne z nich nigdy w życiu nie było w szpitalu, ani jako pacjent, ani nawet jako gość.

(...)
Natomiast Robert odzyskuje przytomność i gdy jest już w stanie widzieć, widzi:
duże kwadratowe kafle, a następnie parę wojskowych butów. Potem kolejną i kolejną. Mimo pulsującego w karku bólu podniósł powoli głowę. Stało przed nim kilkunastu funkcjonariuszy różnych służb, którzy nagrodzili go teraz oklaskami. 
Nie ma nic pilniejszego w takiej chwili niż oklaskiwanie faceta, który zderzył się z pociągiem i przeżył.
Z tego opisu wynikałoby, że leży na podłodze, ale chwilę później...

(...)
– Mów, gdzie jest Anika! – warknął na Piaseckiego. – Wrobiliście mnie i wcale nie chodziło o Bromskiego! Gdzie jest Anika?! – Zerwał się z łóżka i rzucił z pięściami na Piaseckiego.
Agenci wleźli mu z butami na łóżko?
(...)

Na szczęście był ktoś rozsądny i z dworca zadzwonił po lekarzy, bo Robert w szpitalnej izolatce jest przesłuchiwany przez Piaseckiego.

– Kiedy próbowałeś się podźwignąć na torach, nadjechał pociąg. Pamiętasz tę chwilę?
Głośna syrena w tunelu, potem potworny zgrzyt hamującego składu. Robert aż nakrył uszy dłońmi i zajęczał z bólu.
– Tak, pamiętam – szepnął tak cicho, że Piasecki ledwo go usłyszał.
Tak, pamiętał ślepia zbliżającego się ku niemu pociągu, pamiętał potworny huk, gdzieś w tle dudniące megafony i tę rękę!
– Podniósł rękę – wykrztusił z siebie z trudem.
– Kto podniósł rękę, Robercie, kto? – nachylił się ku niemu Piasecki.
Ten z tyłu!
https://orka.sejm.gov.pl/media.nsf/photos/ASEA-9SJD9M/$File/BI1F5590.view.jpg

– Człowiek w tunelu. Podniósł rękę i wydawało mi się, że na mnie spojrzał.
– Co się wydarzyło potem?
Potem podniósł palec, ten środkowy. 

– Potem... wszystko wydarzyło się w ułamku sekund i nadjechał pociąg, ktoś do mnie krzyknął, żebym położył się na torach! 
Ale nie w poprzek, durniu, nie w poprzek!

I zobaczyłem, jak Kacper Górniak – bo to był Kacper – znika pod kołami pociągu. I chyba w tym momencie zemdlałem.
Robert zamrugał oczyma jak człowiek wybudzony z długiego, strasznego snu.
– Twarz Kacpra będzie mnie prześladować do końca życia – powiedział z bólem.
– Rozumiem – skinął poruszony tą opowieścią Piasecki – to traumatyczne przeżycie. Nie wiesz jeszcze jednego, Robercie. To my znaleźliśmy cię zemdlonego na torach.
Agent Piasecki siąknął ze wzruszeniem, przypominając sobie, jak to wziął zemdlonego Roberta na ręce, jak wyniósł go ku światłu… 

– Tak czy owak – Robert spojrzał na Piaseckiego z wściekłością – nie spisaliście się za bardzo. Mieliście wystawić Bromskiego!
Tymczasem Bromski, korzystając z zamieszania, spierdzielił chyłkiem i nikt o nim więcej nie słyszał. 
Miał na sobie podsłuch i kamizelkę, skubany!

– Ale to Górniak był kretem, a nie ten pismak! – warknął Tomek i zamknął tym usta Keplerowi. – Wiktor od dawna podejrzewał, że Kacper był naszą wtyczką. 
Kto? Kacper?! Ta mameja o szalonych oczach miałaby być agentem ABW w rosyjskiej mafii? 
W dodatku wygląda na to, że aż do tej chwili nic o tym nie wiedzieli, bo:

Gdy Kacper wytropił twój romans z jego narzeczoną i natrafił na informacje o tobie, zaczął dalej węszyć. I był w tym naprawdę dobry, stary, powinien pracować dla agencji wywiadowczych. 
Trzeba było skorzystać z okazji gdy jeszcze żył.
Miałbyś pracownika, który w chwili zdenerwowania kołysze się z pięt na palce. 

A to, co wywęszył, sprzedał niejakiemu Gniewkowi Bromskiemu. Oczywiście nie po to, żeby dokopać Wiktorowi Sukorowowi, tylko tobie, Romeo. 
Znaczy, wtyczka ABW w rosyjskiej mafii węszy sobie i grzebie na własną rękę, a co wygrzebie, sprzedaje do mediów. Spoko, jak ja to widzę, to Wy nawet nie. 
Nie, żeby coś, ale czy ja dobrze rozumiem, że Gniewko Bromski warował pod domem Aniki w burzową noc, bo mu Kacper dał cynk, że będzie się działo? Bo jeśli tak to pogłoski o jego zazdrości uznać muszę za mocno przesadzone.
Nie, chyba raczej śledził Roberta. 

Bromski dostał dość niespodziewanie telefon od Kacpra, żeby wstrzymać materiał, ale ten go nie posłuchał. No i gdy artykuł Bromskiego się ukazał w tym jego szmatławcu, Wiktora szlag trafił. A dla nas to była szansa, żeby poczekać, aż twój ruski przyjaciel popełni błąd.
Aha, czyli samowolka Kacpra ostatecznie przyniosła lepsze skutki niż eeee… starannie przez wiele miesięcy przygotowywana akcja ABW? 
Nic trudnego, biorąc pod uwagę, że te manekiny można przewrócić jednym ruchem. Natomiast szef grupy dochodzeniowej marzy o skaperowaniu do służby kogoś tak bystrego jak Kacper.
(...)

A potem spytał o to, o co chciałoby spytać tysiące ludzi w tym kraju: – Wytłumacz mi, Tomku, jak to jest możliwe, że Rosjanie mogą w biały dzień biegać z bronią po centrum stolicy Polski i rozpętać na Centralnym takie piekło? Skąd ta hydra się wzięła i czemu nasze służby nie zdusiły jej w zarodku?!
Tu przerwał, patrząc wzrokiem marsowym a gniewnym, aż agent Piasecki spłonił się ze wstydu. 

– Rosjanie majstrują w naszym kraju, odkąd wyzwoliliśmy się spod ich kurateli. Rosjanie są śmiertelnie niebezpieczni. Wiktor Sukorow na przykład sprzedawał swoim moskiewskim kumplom dane osobowe polskich obywateli [!] i przez twój serwis bukmacherski włamywał się na konta powiązanych z wami instytucji. 
Eeee… Okej.

Będzie też oskarżony o szpiegostwo, o handel meczami w polskiej pierwszej lidze, o zbudowanie finansowej piramidy. 
Jak również o zrobienie dziury ozonowej, ostatnie podtopienie Wenecji, pożary w Australii i jeszcze… e… jeszcze… o, o osobiste zarażanie koronowirusem z Wuhan, o to też!
Dodam handel mieczami, a nie meczami. 
Nagimi mieczami, więc dojdzie jeszcze zarzut o rozpowszechnianie porno. 

Widzisz więc, jak Rosjanie panoszą się nad Wisłą, zresztą nie tylko oni, bo w tym samym biurowcu, w którym działa Maxmere Corporation, była też dziupla chińskiego wywiadu, ale mieliśmy Chińczyków cały czas na oku. 
A gdy założyliśmy im podsłuch, to mówię ci!  Kupa śmiechu - nic tylko won ton, dan bing, ping-pong, dzyń-dzyń, a kuku.
Wow, mieliśmy gdzieś tam wzmiankę o Azjacie, który poinformował Kacpra, gdzie poszła Anika, powinnam była od razu się domyślić, że jakiś on podejrzany!
Zwłaszcza, że mowa jest o chińskim wywiadzie, a koleś przedstawiał się jako Hiroki. 
Kto by ich tam rozróżnił - Chińczyk, Japoniec czy Wietnamczyk.

A skoro o Maxmere mowa, to zdradzę ci, że jej prezes jest uczciwym człowiekiem. Marczak współpracuje z nami od lat.
<z podziwem> Od lat, pomyślcie tylko!
Ostatni sprawiedliwy w tym morzu zepsucia!

(...)
Twoja Anika... – Piasecki zawahał się, chcąc być taktownym wobec Keplera – kilka lat temu rozbierała się w internecie.
– To niemożliwe! – jęknął wstrząśnięty Robert, czując się tak, jak wtedy, gdy leżał na torach i zbliżał się do niego rozpędzony pociąg.
Uważaj, Robercie, pociąg wjeżdżający do tunelu to znany symbol freudowski, twoje id najwyraźniej chce ci coś przekazać! 

– Obudź się, człowieku! – Piasecki chwycił go za ramiona i solidnie nim potrząsnął. – Nie oceniam twojej dziewczyny, uwierz, że ja jej współczuję, straciła faceta, z którym była od lat, jest samotną matką i jakby tego było mało, ma jeszcze ciebie na głowie! 
Ha-ha-ha!

Już raz dzięki tobie trafiła na okładkę brukowca, nie pozwól więc, by trafiła na nią ponownie.
Tak, brukowce najbardziej obchodzi jakaś randomowa laska, która nie jest i nigdy nie była nikim ważnym. Będą się zabijać o jej historię. 

– A niby jak te wszystkie szmatławce miałyby się dowiedzieć o jej przeszłości? – Robert udawał niewzruszonego, ale jego serce mogło lada chwila tego nie wytrzymać.
– Jeśli ktoś w tym kraju chce, to zawsze może się dowiedzieć wszystkiego, na przykład, jakie numerki dziewczyna w niebieskiej masce wycinała w internecie. Nie szkodzi, że cały czas ukrywała twarz i tożsamość, JUŻ ONI WIEDZĄ, KTO TO. Przyjdzie taki dzień, kiedy zmienią się w tym kraju polityczne wiatry i zacznie się wielkie grzebanie w życiorysach odsuniętych od władzy polityków. 
Dał nam przykład Bonaparte… No, nie Bonaparte, ale też nieduży. 

I cała Polska dowie się, że na przykład były minister sportu przyjął łapówkę od byłego piłkarza, który z kolei romansował z internetową prostytutką.
Jak ja mam ochotę sobie w tej chwili rzygnąć od tego świętoszkowatego pierdololo, to nie macie pojęcia. 

(...)

Bla bla, mimo że ewidentnie minęliśmy już punkt kulminacyjny, to opowieść nadal ciągnie się i ciągnie jak sparciała guma do majtek. Matka Aniki spławia Roberta, przekazując mu słowa niby to od niej, Kinga każe mu się zastanowić nad przyszłością Igora i tym, kto jest dla niego najważniejszy. Media wałkują temat, Robert z daleka śledzi Anikę na pogrzebie Kacpra, Kuba molestuje wszystkich, żeby zagrali z nim w Fortnite, Igor zaczyna trenować piłkę nożną, Kinga cierpi, Karolina (ta wysoce moralna przyjaciółka Aniki) zwierza się z romansu, na litość boską, co nas to wszystkich obchodzi?!
Na koniec jeszcze Anika dostaje list od Izabelli, byłej Kacpra, w którym ta wyznaje, że Kacper niegdyś, chcąc ją zatrzymać przy sobie, faszerował ją potajemnie silnymi, uzależniającymi lekami. Anika przypomina sobie, że sama kiedyś znalazła w rzeczach Kacpra paragon z apteki i zdarzało jej się mieć dziwne objawy. NO DOPRAWDY.
A skoro już jesteśmy przy czarnych charakterach, to okazuje się również, że to Wiktor był osobiście odpowiedzialny za “niedzielę cudów” w 1993. Kurwa, serio… Czy ta książka zamierza się kiedyś skończyć? 

O, czekajcie, aŁtorzy jeszcze nie dość oczernili Kacpra! 

Anika z synem jest u rodziców w domu, kiedy wtem! dzwoni jej komórka. 
Kiedy podeszła do stolika w salonie i sięgnęła po komórkę, zmroziło ją.
– To niemożliwe – wymamrotała.
– Co żeś tak pobladła? – zaniepokoiła się matka.
Anika opadła bezsilnie na kanapę.
– Mamo, dzwoni Alex – wykrztusiła z siebie Anika – a przecież Alex nie żyje! (...)


Anika miała numer Alex? Przecież chciała zerwać wszelkie kontakty, odciąć się od przeszłości i nigdy nie wracać!
“Nie wierz nigdy kobiecie!”

(...)
– Mamo? – usłyszała tuż za sobą głos Kuby. Odwróciła się. Jej syn stał w drzwiach, trzymając komórkę w ręku.
– Kuba? – spytała zdezorientowana. – Skąd masz ten telefon?
– Znalazłem go w biurku Kacpra – wyjaśnił chłopiec.
Ba-dum-tsss!!!

Pierwszy oprzytomniał ojciec. Zerwał się z fotela, choć nie bez trudu, podszedł do Kuby, odebrał mu komórkę i wziął się do przeglądania jej zawartości.
– O cholercia – zamruczał po chwili – co to za świństwa! W pamięci telefonu zachowały się tysiące zdjęć Alex. Robiła je nieustannie, na przykład przed zabiegiem powiększania ust. (mryg, mryg, hehehe) Te zdjęcia były kroniką jej życia intymnego.
Straszne świństwa wyczyniała Alex przed operacją plastyczną!
Kubuś pluł sobie w bródkę, że przez głupi dowcip straci teraz telefon ze zbiorem zdjęć, którego zazdrościli mu wszyscy koledzy z klasy. 

– Anika, wytłumaczysz nam, o co tu chodzi? – pytała zdumiona matka.
Anika coraz bardziej trzeźwiała na umyśle, zupełnie jak gdyby jakiś zegar zaczął iść wstecz, ukazując wszystkie zdarzenia takimi, jakie były w rzeczywistości. Teraz wszystko do niej dotarło! Słowa Izabelli, jej domysły i manipulacje Kacpra! Alex, Kate, Wiktor, dworzec… zebra, pawian, nosorożec...
A Anika w tej chwili zrozumiała, że opłakiwała dotąd śmierć człowieka, który poznawszy jej przeszłość, zamordował jedynego świadka tej przeszłości.
W ten sposób ma święty spokój z każdej strony, no same plusy w tej sytuacji. 

Jeżu, jeżu, to się jeszcze ciągnie, Robert wyjeżdża do Turcji, Anika postanawia zacząć życie na nowo… i wreszcie! Alleluja! Epilog!

Jedną z niezaprzeczalnych właściwości czasu jest ta, że czas upływa. 
Co za głębia przemyśleń! Zaraz nas zaleje z kretesem i nie będzie dla nas ratunku.

Można mówić, co się chce, ale jednak nigdy się nie zdarzyło, ażeby było inaczej – pomyślał Robert, obchodząc boisko treningowe, by zebrać pomarańczowe pachołki i słupki.
...owszem, tak samo nudny i rozbeblany, jak poprzedzające go rozdziały. Więc nie przedłużając: Robert rozmyśla o życiu, siedząc w Stambule, Anika robi to samo, siedząc w Warszawie, Anika dostaje zaproszenie na konferencję do Torunia, a Robert… nie, tego się nie spodziewaliśmy!


A więc znów był w Warszawie i witał się z Igorem, który oczekiwał go na lotnisku [zapamiętajmy - Igor był jednym z gości odbierających pasażerów], ale ledwo zamienił z synem kilka słów, ujrzał z daleka agenta Tomasza Piaseckiego, który tak mu napsuł krwi w ubiegłym roku, a potem stał się jego serdecznym (ale naprawdę SERDECZNYM, żeby nie było!) przyjacielem. 
Nic tak nie łączy jak porwanie w worku na głowie! 
Swoją drogą szczerze, z głębi serca podziwiam talent Roberta do wybierania sobie przyjaciół. Tefler, Sukorow, a teraz Piasecki. 

Ale już po chwili zorientował się, że Piaseckiemu towarzyszy kilku jego kumpli z ABW, którzy migiem otoczyli Roberta i Igora.
I wszyscy chcieli się serdecznie zaprzyjaźnić. 

– Czego znowu ode mnie chcecie? – warknął starszy z Keplerów.
Jednak agenci bez słowa wyjaśnienia zaprowadzili obu Keplerów do małej przeszklonej sali z oknami na płytę lotniska.
A tu zonk, na drzwiach karteczka…

– Jest sprawa – zaczął Piasecki. – Musisz wiedzieć, że od początku wiedzieliśmy, że cię wrobili…
„Zaczyna się – przemknęło przez myśl Roberta. – Nici z meczów Fenerbahçe, nici z kanału na YouTube [?], nici ze spacerów z synem nad Bosforem...”
– ...w mieszkaniu zamontowaliśmy podsłuch i wiedzieliśmy, że podpisujesz umowę na mieszkanie, a nie cyrograf…
Doprawdy, piętrowość tej intrygi mnie przerasta. Wychodzi na to, że dokumenty KRS, stwierdzające, że Robert zasiada w zarządzie spółki, która oszukała klientów na grube miliony, sfałszowali… agenci ABW? Ale po co?

(...)
– Czego w związku z tym oczekujecie ode mnie? – niecierpliwił się Kepler.
– Oczekujemy, że przyjmie pan nasze gratulacje – dobiegło go zza pleców.
Robert odwrócił się.
https://66.media.tumblr.com/485bbf87c537809ae0495ab5d1632377/tumblr_onrlyitEnD1qmob6ro1_400.gif

Stał przed nim prezydent Polski w towarzystwie ministra spraw wewnętrznych i administracji oraz wianuszka ochroniarzy w niemodnych okularach przeciwsłonecznych.
Ojacie. To nie żart, naprawdę nie mam słów na inny komentarz. 
Mnie też zatkało. 


– Panie Robercie – prezydent uścisnął mu mocno dłoń – w imieniu Rzeczypospolitej dziękuję panu za pomoc w rozbiciu niebezpiecznej grupy przestępczej i szpiegowskiej. Niestety, to spotkanie zostaje między nami, a jedyne, co mogę panu ofiarować, to uścisk dłoni. Przykro mi tylko, że nie mogę panu podziękować oficjalnie za pańską współpracę z państwowymi służbami.
Pisałam już wcześniej, że turlałam się po podłodze w ataku śmiechu? Pisałam, prawda?
No więc nie. Nie turlałam się.
TERAZ się dopiero turlam.
Państwo żałujo, że tego nie widzo normalnie!

– Mama nie uwierzy, jak jej to opowiem – wyszeptał do ojca wzruszony Igor.
Nikt. Nikt nie uwierzy, że Prezydent nie ma nic innego do roboty, jak uganiać się po Okęciu za jakimś kolesiem. 
Nawet jeśli był tak zasłużony dla Ojczyzny, to powinien być zaproszony do pałacu prezydenckiego na audiencję.

– Jestem ogromnie zaskoczony, ale dziękuję panu, panie prezydencie, i panu, panie ministrze – odparł Robert. – No i ponieważ jestem prosto z podróży z Turcji, proszę wybaczyć nam [?] strój.
Prezydent spojrzał na krótkie spodenki Keplerów, a potem na ich stopy.
– To polska marka, prawda?
– Tak, najlepsze klapki, panie prezydencie.
Oryginalne Kuboty, nie żadna chińska podróbka!
Mam nadzieję, że prezydent się na nich podpisał.
Na pewno, on tak ładnie podpisuje!

– Mam nadzieję – uśmiechnął się prezydent – że może jeszcze kiedyś będę miał przyjemność pana spotkać.
Po czym obstawa z VIP-ami wyszła równie niespodziewanie, jak się pojawiła.

Usiłuję sobie wyobrazić tę scenę rano w pałacu prezydenckim. Dzwoni telefon:
– Adrian! Adrian, wstawaj natychmiast, Kepler dziś wraca z Turcji, trzeba mu podziękować!
– Joachim? Zwariowałeś, wiesz, która godzina? Co za Kepler, jaki Kepler, kto to w ogóle jest…?!
– Ten koleś, oskarżany o kontakty z mafią rosyjską i o defraudacje na miliony. No, wiesz, ten, co dwadzieścia pięć lat temu nie strzelił karnego w meczu ligowym. I miał takie fajne zdjęcia na pierwszej stronie “Faktu”, pamiętasz, jak się śmialiśmy? 
– Aaaaa, TEN!!! Jasne, już lecę! Agatka, kochanie, nie widziałaś mojego długopisu…? 

(...)
– Dawaj, ojciec, zrobię ci zdjęcie z prezydenckim samolotem w tle. – Stanęli obok siebie. – Uwaga! I zrobione. Pamiętny dzień z ojcem, 12 kwietnia 2019 roku.
– 12 kwietnia?! – krzyknął zdumiony Robert.
Niemożliwe! Zupełnie nie miałem pojęcia, kiedy wracam, ot, tak sobie w chwili natchnienia pojechałem na lotnisko i wsiadłem na pokład przypadkowego samolotu!
Jakie szczęście, że nie leciał 10 kwietnia, bo musiałby w samolocie wysłuchać Apelu Smoleńskiego.

Tymczasem Anice w Toruniu, w hotelu Pod Orłem, NO CO ZA PRZYPADEK, znowu psuje się karta do drzwi. I znów w ciemnym korytarzu zmysłowy męski głos proponuje pomoc. 

A może ten cały rok się nie wydarzył? – pomyślała. – Może ciągle trwa kwiecień 2018 roku? Weszła do pokoju, nie odwracając się za siebie, a za nią ktoś wszedł do pomieszczenia, stąpając cicho po wykładzinie. Kątem oka zobaczyła cień przesuwający się po ścianie, a potem po pościeli, tuż za jej cieniem.
W pokoju było ciemno, ale Tajemnicze Źródło Światła postarało się, żeby wyodrębnić właśnie te cienie. 

Trzęsła się cała i nie mogła nad tymi dreszczami zapanować.
– Pamiętałaś? – usłyszała znów ten znajomy głos.
– O czym? – spytała cicho, z przymkniętymi oczami siadając na łóżku.
– Że to rocznica naszego spotkania.
- Nie. Po prostu firma znów wysłała mnie na szkolenie kompetencji miękkich.

(...)
– Pamiętasz ten dzień na plaży nad Wisłą? – Robert uśmiechnął się szeroko.
– Jak pachniałeś hamburgerami i piwem?
Pokochałam wtedy ten zapach ponad wszystkie wody Gio!

– Zanim wtedy zasnęłaś, obiecaliśmy sobie, że zobaczymy się w tym hotelu w rocznicę naszego pierwszego spotkania, a wtedy okaże się, czy nasz związek był przelotny, czy też był dziełem przeznaczenia. I dzisiaj, Aniko, mija właśnie rok od chwili, gdyśmy się poznali.

Jezu… I gadają, gadają, gadają. Serio, tu musiał być jakiś dolny limit znaków. 
A może, bo ja wiem, zakład? Redaktora z korektorem, na przykład. "Ile jeszcze wytrzyma wierchuszka, nim zdecydowanie i twardo powie "DOŚĆ".

<z zadumą> Ciekawe, swoją drogą, dlaczego pisarstwo Marcella kojarzy mi się zwykle właśnie z wygranym przezeń zakładem…

Robert nabrał powietrza.
– Mam wrażenie – ciągnął – że gdyśmy się pierwszy raz zobaczyli, ogarnęła nas obsesja... Co ja plotę, to było tysiąc obsesji, które sprawiły, że do dzisiaj przyciągamy się niczym dwa magnesy, dlatego tu się dzisiaj znaleźliśmy.
Byleby tylko ustawić się odpowiednią stroną. Bo jak nie, to pizgną o ściany tak, że tylko dziury zostaną. 

– Może to była jedna obsesja, która zaczęła się, bo na mnie poleciałeś? Może do tej pory nikt na ciebie tak nie działał?
– Ale z nami, Aniko, to nie była jedna obsesja, ani dwie, ale...
– Tysiąc obsesji?
Dziękujemy. Nie rozwijajcie dalej tego tematu.

– Tak. Tysiąc. Tyle, ile chwil minęło, odkąd się poznaliśmy...
– A ile trwa chwila?
– Ty mi powiedz. Chcę, żeby nigdy się nie skończyła.
(...)
– Co dalej, Robercie? – Anika czuła się potwornie zmęczona. – Pójdziemy do łóżka? Będziemy się pieprzyć? Tego chcesz? Po to przyjechałeś?
TAAAAAK!!! ZRÓBCIE TO, NA BOGÓW, ZRÓBCIE TO WRESZCIE! I SKOŃCZCIE TO GLĘDZENIE, BO ILE MOŻNA!!!

Ale dlaczego oni nie zawarli w końcu małżeństwa, przecież mieli na to cały rok. 
Przez ten rok się nie widzieli i nie kontaktowali, matka Aniki o to zadbała, przekazując odpowiednio spreparowane informacje jemu i jej. 


(ględzą jeszcze przez parę stron, ale ostatecznie staje na tym, że dadzą sobie drugą szansę)

A teraz ględzą aŁtorzy osobiście:
PODZIĘKOWANIA
Przede wszystkim chcielibyśmy podziękować Wam, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, za to, że sięgnęliście po tę książkę.

Gabrysia:
Marcelu, dziękuję Ci, że ze mną wytrzymałeś, choć bywało ciężko!, wysyłanie wiadomości typu: „Dlaczego skasowałeś mój akapit?”, „Ale on tam nie pasował”, „Ale był ładny”, „Ale nie pasował”. Szło na noże, ale przetrwaliśmy! ;-) Dziękuję, że czegoś mnie nauczyłeś: planowania, a nie życia w chaosie i pisania nie po kolei. Dziękuję za Twoją cierpliwość i czekanie na to, aż się wygadam. Dziękuję Ci za ciężką pracę, jaką włożyłeś w tę książkę.
(...)
Dziękujemy ci Marcelu, za to, że wszystkie twoje akapity były zarówno piękne jak i sensowne. I rzecz jasna - logicznie ze sobą powiązane.
Jak sobie próbuję wyobrazić (na tle tych ocalałych), jak musiały wyglądać te “niepasujące”, skasowane przez Marcello akapity… <wypiera wizje z przerażeniem w oczach>
Tak. Kawałki autorstwa pani Gargaś są głównie przegadane i nudne, kawałki Marcela – dodatkowo pokręcone i głupie. 

Marcel:
To niezwykłe i cenne doświadczenie połączyć się wyobraźnią z drugim człowiekiem. Dzieje się tak, gdy czytamy czyjeś myśli, ale także wówczas, gdy z kimś te myśli tworzymy. Tak było w przypadku tej książki, za której powstanie chcę Gabrysi podziękować. Anika i Robert będą z nami na zawsze. 
(...)
Nie wiem, jak kto, ale ja mam jednak nadzieję, że nie.

KONIEC!!!

Z Hotelu pod Orłem w Toruniu pozdrawia Was ekipa NAKWy. 
Niestety, Maskotek został na Okęciu i czeka aż prezydent złoży podpis na jego nowych, polskich pepegach.

P. S. Zgodnie z wynikami ankiety przeprowadzonej na fejsbuku, nie wracamy do “Korony Przeznaczenia”. W następnym odcinku pojawi się inne gorące dzieło literackie. Ale żeby nie było Wam smutno, że nie poznacie dalszych losów Arienne i Severa, przygotujemy streszczenie pióra naszej niezrównanej Kazik :)