środa, 2 marca 2011

113. Różowe konfetti, czyli Mionka Riddle wiecznie żywa (1/2)


Drodzy Czytelnicy! Zanim przejdziemy do podziwiania losów kolejnej córki Tego-Którego-Imię-Wszyscy-Zawsze-Przekręcają, powitajmy hucznymi brawami naszego dzielnego i walecznego Maskotka. Han, ukłoń się Państwu ładnie!
I schowaj ten blaster, schowaj ten blaaaa...!


Tak, wzrok Was nie myli, znów tknięto świat stworzony przez J.K. Rowling.
W dodatku boleśnie tknięto...
Mamy tu wiele dziwnych rzeczy i niesamowitych zdarzeń - zapach czekolady na polu bitwy, Nimfę Błotną żerującą w bagnisku, jasnowłosą Japonkę, nieudany związek małżeński z lodówką, spojówki jak dętki, cuchnące widmo Hermiony i wiele innych, równie fajnych pomysłów. A narracja, rwana jak stokrotki na wiosnę, jeszcze dodaje blasku tej opowieści.

Trzeba przyznać, że autorka ma szeroką wizję i czasami całkiem interesujące (serio!) pomysły. Niestety to, co jest dobre w tej opowieści, ginie całkowicie w morzu przejęzyczeń, niezręczności, z dupy wziętych epitetów i innych kwiatków z opkowej łączki.
Analizują: Kura, Sineira, Szprota i Jasza

http://forever-dramione.blog.onet.pl/





(P.S. Z ostatniej chwili: Autorka bloga oddała go komuś lub postanowiła pobawić się w prowokację, gdyż pod pierwotnym adresem mieści się teraz coś, co wygląda... no, jak prowokacja właśnie.
Oczywiście analiza dotyczy oryginalnego tekstu opka. Za prowokacje się nie bierzemy.)



Hermiona Riddle
Ciemno kakaowe włosy, opadające falami loków na ramiona i plecy. Duże oczy koloru mlecznej czekolady. Nienaganna sylwetka, morelowa skóra i nabrzmiałe od wiatru wargi.
Ejże, przymiotnika Waćpanna zapomniałaś! Malinowe?
Wiśniowe. Nasza wiśniowa brunetka!
Co to są wargi nabrzmiałe od wiatru? BoChaterka nabrała powietrza i się nadęła jak balonik?
Albo stało jej się coś TAKIEGO

Charakteryzuje się niesamowitą odwagą i chamstwem.
Tu odważnie pierdnie w towarzystwie, tam znowuż brawurowo wydłubie kozę z nosa...
Odważna niczym Wujek Staszek, nie zadrży jej nabrzmiała warga, gdy rzuca "spier***".

Nieliczni widzą jej szczery, radosny uśmiech bez cienia wyższości, czy irytacji.
Reszta widzi wyłącznie odpychający grymas? Urocza panienka.
Może ma uśmiech standardowego erpegowego wioskowego głupka. SEWG zawsze jest irytujący.

Kocha swojego ojca, jednakże trzyma go na dystans i nie okazuje szacunku- chowa do niego urazę, iż przez lata była okłamywana.
Voldek co pewien czas wydzwania, błagając o spotkanie, ale Hermiona jest nieugięta.
Ale go kocha, bo ojca trza kochać i juś.

Matki nie poznała, umarła przy porodzie- tą ważną osobę zastąpiła Cyzią- matką Dracona. Kobieta traktuje ją jak córkę, a ona w chwilach słabości zwraca się do niej "mamo".
W chwilach przypływu sił natomiast "Cyziu, podaj mi pantofle i pilota".
TĘ, do jasnej cholery!

Jest przywiązana (sznurkiem) do młodego Malfoya. Oficjalnie są razem (a prywatnie - osobno), jednakże nie dopuszcza go do siebie- choć bardzo go kocha, nie okazuje tego za często.
Ciśnie mi się na usta wiele pytań,dotyczących dopuszczania Malfoya w kontekście arystokratycznego chowu wsobnego.

Draco Malfoy
Platynowe włosy i szare oczy, w których ukryta jest pogarda.
We włosach też...?
Tak. Pomiędzy drobinkami irydowego łupieżu.

Przez przyjaciół przezywany "Smokiem". Darzy Hermionę niezwykle gorącym uczuciem- podobała mu się jeszcze, gdy były "Szklamą".
Szklamką po klamkach.


Poznając prawdę, obiecał sobie, że stworzy z nią prawdziwy związek- z miłości.
A nie dla korzyści, jakie dawałby ożenek z córką szefa.
Przecież jest napisane, że stworzy związek z prawdą, nie jakąś tam córką.

Jego najlepszym kumplem jest Zabini. Bardzo kocha swoją matkę, Narcyzę- cieszy się, że kobieta zastępuję tą ważną osobę również jego dziewczynie.
TĘ, na litość Bora! I od kiedy Narcyza jest matką Zabiniego?

Odczuwa pewne obawy, dotyczące swojego wstąpienia w szeregi Czarnego Pana- obawia się, że coś może się zmienić pomiędzy nim, a Hermioną.
Obawia się, że zaczną za bardzo zgadzać się we wszystkim i zrobi się nudno?
Obawia się, że czarna szata utrudni mocowanie sznurka, którym są związani.

Yuko Yamashita
Jasne blond włosy, proste i długie opadają na plecy.
Jak to u Japonek bywa.
No jasne, przecież typowa Japonka wygląda TAK.

Grzywka zaczesana na bok. Soczyście zielone oczy (też na wskroś japońskie), w których tlą się iskierki radość. Często się uśmiecha, wielu czaruje tym niepozornym gestem. Z pochodzenia jest Japonką- przyjechała do Londynu z tego orientalnego kraju, aby jej matka mogła spokojnie wypełniać polecenia Czarnego Pana.
Matka trzęsie ziemią i wybucha wulkany w Kraju Kwitnącej Wiśni, a córka tylko jej w tym przeszkadza.

Ojca nie poznała- matka zabiła go, gdyż był mugolem- miała chwilowy romans.
A potem chwilowy kaprys.
Dawca zrobił swoje, dawca może odejść.
Trzeba było załatwić jankesa w odwecie za Hiroszimę.

Dziewczyna szczera, pogodna i pomocna. Jedynie podczas misji, które wypełniała stawała się zimna, bezwzględna i okrutna.
Wracając z misji zrzuca skórzany płaszcz i oficerki, odkłada pejcz i znów jest jak do rany przyłóż.
Profesjonalista nie miesza pracy z życiem prywatnym.
Misjonarka bezlitosnej miłości.

Szalenie zakochana- starannie to tuszuje. Nienawidzi gdy ludzie szydzą z jej azjatyckiego pochodzenia- choć stanowczo jest bardziej naturalna, piękniejsza- jej ojciec był Amerykaninem, to po nim dziewczyna odziedziczyła oczy.
A włosy po mamie, czy po tubce "Palette"?
AŁtorka nie słyszała o genach recesywnych? Jasne oczy mogła mieć co najwyżej w niemowlęctwie. Chyba, że historyjka z hamerykańskim tatusiem to tylko ściema.
A mnie zastanawia, czy już tłuc rasistowską buckę za to, że Yuki jest bardziej naturalna niż inne Japonki, bo ma urodę po amerykańskim tatusiu, czy jeszcze dać jej szansę.

Blaise Zabini
Brązowe włosy, jasne zielone oczy- powszechnie znany jako "Diabeł".
I wot, znowu zagadka - czy aŁtorka pamięta, że Zabini był czarny, czy e tam?
NIKT o tym nie pamięta. Prócz analizatorów.

Czuje miętę do Yuko
Odśwież język! Jesteś tiktak, czy piernik?

- nowej uczennicy Hogwartu, mieszkanki jego Domu. Z Malfoyem są najlepszymi przyjaciółmi od trzech lat. Nie wie, kto jest jego biologicznym ojcem- nie obchodzi go to, szanuje matkę za spryt, który, oczywiście, po niej odziedziczył.
Znaczy co, też zamierza mieć siedem żon, z których każda zginie w tajemniczych okolicznościach, zostawiając mu majątek?
Zamierza nie dać się przyłapać na byciu biologicznym ojcem.

Harry Potter
Przybył, by zbawić cały świat na czele ze sobą.
To takie... gierczane.
Eee... wybacz, Harry, spóźniłeś się. Dwa tysiące lat.
Ale nie zniechęcaj się, doceniamy dobre chęci.

Przysiągł sobie, iż ostateczna walkę nie stoczy z Tomem Riddle, a jego córką- oczywiście zaraz po tym jak pozbędzie się wcześniej wspomnianego, Czarnego Pana.
Będą to zapasy w kisielu.
Bo Voldemordzianka to Zło jeszcze bardziej źlejsze od samego Zła. Tatko jej do pięt nie dorastał.

Pewien swojej wyższości. Patrzy na świat przenikliwymi, zielonymi oczami. Wierzy, że przepowiednia przyniesie mu sławę.
Taaaa, bo sława była tym, o co Harry najbardziej zabiegał. Zawsze pilnie słuchał wskazówek Lockharta w tej kwestii i z prawdziwą rozkoszą udzielał wywiadów Ricie Skeeter.
Zawsze się upierałam, że nie wiemy wszystkiego o Wywiadzie w Schowku na Miotły.

Ginewra Weasley
Miedziane włosy, piwne oczy i zdradziecka krew. Bez pamięci zakochana w Złotym Chłopku.
Oj dyć nie mówciez, ałtorecko!
Jak go miała nie miłować, no jak? Przeca chłopek lśnił się jako ten świątek na odpuście.
Złoty Chłopek, czyli Golden Redneck.
A może to nie był Harry, tylko 3PO?

Nie miesza się w kłótnie pomiędzy Gryfonami, a Ślizgonami- czuje urazę do byłej przyjaciółki.
Jaki ma związek jedno z drugim?
Trochę się dąsa, zwłaszcza po śmierci Molly, ale czy zamordowanie matki to powód do pretensji?

Bardzo zależało jej na tej więzi, nawet po ujawnieniu tajemnicy Riddle.
Ojtam ojtam. Luke też miał paskudnego tatusia.

Ronald Weasley
Miedziane włosy, piwne oczy i zdradziecka krew.
Ciekawe, co to znaczy? Zdradziecko płynie w drugą stronę?
Trombocyty obgadują leukocyty, aż furczy!
Ojtam, po prostu "rude to fałszywe"

Darzył Hermionę "miłością"- choć sam później nie był pewien, czy to nie było przypadkiem zauroczenie.
Albo zwykłe pożądanie, ewentualnie niezdrowa fascynacja jej podkolanówkami

Był wściekły, gdy cały Hogwart opanowała wieść, że "Ten, którego Imienia Nie Wolno Wymawiać" ma potomka.
Żeby to jednego... Setki pomiotów voldemortowych przetaczają się przez Hogwart i sądzę, że większą sensację wzbudzić może ktoś, kto nie jest z nim w żaden sposób spokrewniony.

Zbulwersowany przestawił swoje uczucia o 180 stopni.
A jak się już całkiem zbulwersował, to wziął i fotel przestawił pod ścianę, a budzik na 7.15.

Opisy nawiązują do Księgi 3, która przedstawiać będzie przeszłość.
"W takim razie powinno mieć numer jeden, a nie czterdzieści dwa!"

Stałam w cieniu schodów. Dyszałam ciężko, oparłam dłonie o kolana. Włosy opadły mi na twarz. Ze spokojem obserwowałam scenę przed sobą. Bezwolne ciało Bellatrix wydało ostatnie tchnienie. Martwa opadła na szachownicę kafelek.
Ruchem skoczka.
TA "kafelek" opadła martwa na szachownicę?
Podobno wzorki w szachownicę są masońskie, satanistyczne i w ogóle sieją ZŁO. Tak przynajmniej twierdzi niejaki Farhan Khan.


Z krtani jej oprawcy wydobył się histeryczny śmiech zmieszany ze łzami i łkaniem.
Wszystko razem trysnęło zadziwiająco obfitym gejzerem.
Z tej krtani... A trzeba było wziąć aviomarin!
A te łzy to w ramach inhalacji z fizjologicznego roztworu soli. Bardzo rozsądnie, to się zaleca w przypadku kłopotów z krtanią.

Molly Weasley upadła na kolana, dłońmi zakryła paciorkowate oczy, z których wylewały się fale łez.
Potem odgoniła małe ptaszki, wydziobujące resztki jedzenia spomiędzy jej zębów i dźwignęła się niechętnie.
"Paciorkowate" oczy mają szczury, pająki czy inne turkucie. W przypadku człowieka to po prostu ohydna kalka z angielskiego.
Nie pierwsza, nie ostatnia. Odpręż się i przyzwyczaj, bo tak już zostanie.

Była tu sama. Członkowie Zakonu przejmowali pozostałość posiadłości Malfoyów. Mój ojciec walczył o swoje racje.
Walczył o racje żywnościowe. Mamy po prostu zamieszki przy bufecie i bitwę o dostęp do spiżarni.

Sama zostałam „wyproszona” z pola walki w dość chamski sposób.
Jeszcze jedna gęba do wykarmienia?! Na kopach ją spuścili ze schodów.
A skąd. Wyproszenie w chamski sposób w przypadku mersójki oznacza jedynie, że nie błagali jej na kolanach, by zechciała uświetnić walkę swym udziałem.

Sporo czasu zajęło mi ponowny powrót na bagniste tereny.
To powroto jej zajęło. Takich kwiatków będzie więcej, w ferworze walki gramatyka została posiekana na tragiczne, krwawe szczątki.

Mnie natomiast cieszy wizja Wielce Utalentowanej panny Riddle, mającej melinę wśród błot i oczeretów.

Z końca różdżki cosik błyska
Wraca nimfa na bagniska.

Świnię z chlewa dziś ukradła
Idzie żreć ją na mokradła.


Tną ją muchy i komary
Bo jej domem są moczary.

Ni tu chleba, ni igrzyska
Wokół tylko trzęsawiska.

W samotności Nimfa Błotna
Żyje smutna i markotna.

Kto by pomyślał-Voldemort troszczy się o własne dziecko. Kochał mnie- wiedziałam o tym na swój własny, pokręcony sposób.
By the pricking of my thumbs, something wicked this way comes. To wiedza Ałtoreczki na temat życia, wszechświata i kanonu, który właśnie morduje.
Wszystko usprawiedliwia fakt, że boChaterka jest pokręcona.

Zgubiłam Dracona. Rozdzieliliśmy się, gdy okno w jego pokoju pękło i wleciało przez nie snop światła.
Wleciało snopo i chlusnęło po oczach.
Okno było zamalowane smołą dla bardziej mhhhrocznego efektu.
Snopo wymiotło Dracono, niczym spłoszono wampiro.

Kazał mi uciekać, ale ja ruszyłam na poszukiwanie ojca. A on, tak po prostu użył na mnie świstoklika!
Poszczuł ją wazonikiem?
Kolonasikiem Waazonikiem?
Abduction Wazon on the... sorry, to silniejsze ode mnie;)

Wyszłam  z cienia [i rozchyliłam znacząco poły płaszcza]. Płacząca kobieta, nie dostrzegła mnie. Ja zaś dostrzegłam bezdomny przecinek. Trzeba go zwabić, złapać i wykastrować, bo się jeszcze rozmnoży!

Łuna światła oślepiła mnie w pierwszej chwili.
W drugiej chwili blaskiem swej zajebistości Mary Só oślepiła łunę.

Wyjęłam z kieszeni różdżkę.                             
I pączka z marmoladą.

-Dziś, wszyscy starają się wybić nawzajem- szepnęłam.
Spartans! Tonight we dine in hell! (paś, paś, przecineczku...!)
O ileż prościej byłoby, gdyby każdy wybił się sam - dodałam i wyciągnęłam notesik, żeby zapisać tę cenną myśl.

Mój głos przeciął powietrze. Oczy mojej ofiary natychmiastowo zostały skierowane na moją sylwetkę.
Molly strzelała nimi z procy, czy co?
Mnie się widzi raczej takie urządzenie naprowadzające, jak w wyrzutni rakiet.
Pod warunkiem, że żelastwo będzie zgrzytać jak wieżyczka Rudego. Bez tego nic!

Z mojej broni wydobył się zielony promień. Iskra pozbawiła ją życia.
Tę broń? Trzeba było czyścić staranniej, nie dopuścić do powstania korozji.

Upadła na ciało Lestrange. Spojrzałam na rozciągającą się krew po posadzce.
Krew rozciągała się ze strzykaniem w stawach.
-AŚĘNIEWYSPAAM! - ziewała.
- I raaaaz! Skłon w lewo. I dwaaaa! Skłon w prawo - stękały erytrocyty.

Schyliłam się i musnęłam ją koniuszkiem palca. Zlizałam krew z palca.
Skrzywiłam się.
-Krew zdrajców jest obrzydliwa, zwłaszcza z dodatkiem czystej.- Zachichotałam.
Co, Krwawa Mary nie smakuje?
Tak bez selera?
To była krew zamordowanego Kanonu.
Zwłaszcza, że Avada zabijała bezkrwawo i w ogóle bez żadnych widocznych śladów.

- - - - - - - - - - - - - -
Wytarłam twarz, strzepałam z dłoni sadzę. Zdenerwowana, podniosłam się.
Ja to rozumiem. Co się tak dziwnie patrzycie? Naprawdę rozumiem, też się denerwuję i unoszę, jak muszę sprzątać.
Taaa, strzepać sadzę. Spróbujcie kiedyś. To nie kurz, to się czepia i rozmazuje.
"Roztarłam na twarzy sadze" brzmiałoby bardziej wiarygodnie.

Spojrzałam na kominek, żarzył się w nim ogień. Różano-pomarańczowe jęzory muskały popiół- pozostałość po drewnianych kłodach.
Bladocielisto-żółtawe palce muskały wióry - pozostałość po klawiaturze zniszczonej w podmuchu furii nad karkołomną metaforą AŁtoreczki.
<pogrąża się w kontemplacji, próbując zwizualizować różany ogień>

Podeszłam bliżej fotela. Było w nim zanurzone ciało kobiety.
I wypierało z fotela dokładnie tyle, ile samo straciło na wadze.

Blond włosy opadały na ramiona gęstymi puklami. Blada twarz, toczyły się po niej perełki- maleńkie łzy.
Oddychała ciężko, zanosiła się rykiem.
Zanoszenie się rykiem z "perełkami maleńkich łez" trochę nie współgra.
Tudzież z bladą twarzą.

Pięknymi, metalowymi oczami wpatrywała się w przestrzeń przed sobą.
A dookoła niej jarzyły się kręgi światła...
Powiedzmy, że miała oczy miedziane. Bardzo czerwone.
Gdyż trochę iskrzyły. Reaktor łukowy niestety powoli okazywał się przestarzałą technologią i wymagał wymiany (a swoją drogą Cyzia miała czarne oczy, nie stalowoszare, o ile dobrze rozumiem użycie słowa "metalowy" w tym kontekście).

- Znajdź mojego dziecko, proszę.-Bez namysły przytuliłam kobietę po raz ostatni.

I skręciłam jej kark.

- - - - - - - - - - - - - -

Zbulwersowana, wyciągnęłam z bagna nogę.
Gdyby różdżka zawiodła, będę miała się czym opędzać.
Albo pożywić, gdy zapasy się skończą.

Siarczyście klnąc ruszyłam dalej.  Miałam ochotę wyć.
Też mamy ochotę. Ruszamy dalej.
Klnąc i wyjąc.

Długo i głośno mogłam się przeklinać za głupotę, którą się wykazałam.
Nową przypowieść pomiot sobie kupi
że i przed bitwą, i po bitwie głupi.


Biegłam przed siebie, wabił mnie zapach. Charakterystyczny, coś mi przypominał. Był ciepły i słodki.
Drożdżowe bułeczki Narcyzy?
Sarnina z orzechami wujaszka Lucjusza?
Kupka niemowlęcia.

Zmieszana [ale nie wstrząśnięta] przyśpieszyłam. W oddali widziałam iskry zaklęć.
Delikatne linie światła tak oddalone.
Mistrz Yoda z tej składni dumny tak!

Poczułam łzy. Pierwszy raz płakałam, po miesiącach goryczy, chamstwa, oburzenia i irytacji poczułam smutek. Nieograniczony. Oparła ciało o drzewo.
To ona z jakimś trupem wędruje przez bagna?
No, z nogą przecież.
Może do tej nogi coś jeszcze było przyrośnięte?
Szyneczka?
Ale kto oparł?
Szyneczka.

Tępo wpatrywałam się w dumnego Pottera. Ledwo trzymał się na nogach, jednakże nie mógł pohamować zwycięskiego uśmiechu. Wciąż tam patrzałam. W miejsce, gdzie chwilę wcześnie stał mój ojciec. Zaklęcia Avady sprawiło, iż rozpłynął się.
Avada Anihilata... I szukaj potem trupa w polu.
Panta rhei, nawet Voldzia trup
się rozpływa, gdy Avadą łup!
Panta rhei, więc obalmy flaszkę
Voldzi spłynął, kiedy dostał w czaszkę.
Avada Anihilata, jak cudownie to brzmi,
Hakuna Matata, zawyć może byle knyp,
Koniec jest blisko, więc przed końcem swych dni,
naucz się tych radosnych słow: Avada Anihilata!


Rozmazał jak duch.  Nie postawił nic. Cienia szansy, czy nadziei.
Ani testamentu, ani spadku...
Niestety, potomstwo zostawił.

Wolnym krokiem kierowałam się na miejsce Toma. Kiwałam głową, a Złoty Chłopiec uważnie wpatrywał we mnie, te swoje ślepia. Stanęłam naprzeciwko niego. Tam gdzie odciśnięte były buty ojca.  (Umarł w butach!) Ze spokojem widziałam różdżkę, którą celował we mnie chłopak. Nieśpiesznie wyciągnęłam własną. Rozwarłam lekko usta- wypowiedziałam zaklęcie szybciej, niż Potter.  Z mojej nie prysło zielone światło. Z jego owszem. Jaskrawe i rażące, brnęło w moją stronę.
Brnęło z wysiłkiem, spowalniane przez silne pole magiczne. Zjawisko opisane obszernie przez naukowców z Dysku.

To była czekolada. Ciepła, rozpuszczona, ulatniała zapach- to ona mnie zwabiła.
A teraz proszę mi wytłumaczyć, co w lesie, w czasie pojedynku Voldemorta z Harrym, pachniało czekoladą?
Och, jest walka z Voldemortem, jest impreza! I Dibbler Gardło Sobie Podrzynam z czekoladą na gorąco.
Wychodzi mi, że ta czekolada jej pryska z różdżki.

Ze zdecydowaniem i determinacją, wypowiedział zaklęcie Niewybaczalne.  Nieomylnie trafił w jej pierś.
W pierś determinacji, jak mniemam? Czy to raczej narrator się cichcem zmienił?


Klatka piersiowa wypełniła się całunem powietrza, aby następnie opaść, zapadając się.
Całunem to się mogła co najwyżej owinąć.

Ostatni blask, a światło zniknęło. Opuścił różdżkę. Dyszał ciężko. Spojrzał na jej martwe ciało. Blada i zimna, umorusana błotem, w którym tonęła.
On ją walnął zaklęciem, czy strumieniem ciekłego azotu?

W dłoni wciąż trzymała swoją broń. Wpatrywał się w nią dłuższą chwilę. Odskoczył do tyłu jak oparzony, gdy dostrzegł, że końców patyka zaczyna się żarzyć na różowo. Znieruchomiał. Kolorowe konfetti wzniosło się w górę, aby opaść na jej ciało…
Karnawałowe konfetti, serpentyny i girlandy z bibułki. Marysuizm daje o sobie znać nawet po śmierci.
Zaraz. Panna chciała strzelić w Pottera zaklęciem, ale różdżka jej nie zadziałała. Zdarza się, pech. Ale teraz okazuje się... że chciała go obsypać konfetti?!
Tak. Chciała zadusić go paproszkami.
Ojtam. Uruchomiła się Ostatnia Wola, zapisana na twardym dysku różdżki. "Po śmierci obsypcie mnie konfetti." To taki wyrafinowany sposób przekazania kolejnej głębokiej myśli - że wszystko jest farsą, życie to bal, a sens jest ulotny niczym papierki na wietrze.
Na świecie jest tyle konfetti, że czasem czuję, że mi serce pęka.
- - - - - - - - - - - - - -

Nie zdążył jej pocałować, dotknąć po raz ostatni. Nie powiedział na pożegnanie, kocham cię.  Jedynie musnął palcami jej delikatną skórę i kazał uciekać.
Komu kazał uciekać? Panience nieboszczce, co ją właśnie avadą trafił??
Nie, Jaszu, tu mamy zmianę punktu widzenia i zrozpaczonego kochanka nad grobem, ju noł.
Ledwo początek, a ja już gubię się w narracji.
Uważajmy na te kreseczki, tam powyżej. One wyznaczają Zmianę Punktu Widzenia.
Linia Zmiany Narratora.

Powinien to przewidzieć-determinacja biała z jej oczu.
Natomiast czarna determinacja biła z całkiem innego miejsca.

Oczywiste było, że wplątał się w to wszystko! Mógł się chociaż pośpieszyć, ale nie! Zabawa z Wiepszlejem była bardziej zabawna, niż świadomość straty.
Ee... świadomość straty rzadko bywa zabawna, z tego co wiem.
No nie wiem. Jak tracę zbędne kilogramy, to bywa to zabawne.
Sugerujesz, że Malfoy tracił kilogramy z Weasleyem?
Tak, zażywał z nim tych męskich rozrywek na siłce.

Dotknął marmurową płytę. [dotknął nie "co" - płytę, lecz "czego" - płyty] Srebrne literki układały się delikatnie w jej imię. [Złote ułożyłyby się wulgarnie i brutalnie?] Zacisnął pięści.
-Pieprzona sprawiedliwość!
Chrzanione prawo!

Jesteśmy, jacy jesteśmy- ale na ogół gorsi.
*Kura, uginając się pod ciężarem, taszczy drugą marmurową płytę, szlifierkę i wiadro ze złotą farbą* Ta myśl nie może zaginąć!
Zostaw te płyte, bier szlifierke, w tem łopku jezd tyla głembokich myślów, że trza nam w góry jechać i ryć na bieżąco na całym zboczu!

Po śmierci Hermiony Riddle i jej ojca, wszystko zdawało się powróciło do„normalności”.
Oprócz Kury, która na widok tego imienia skojarzonego z tym nazwiskiem wykonała soczystego facepalma i z obłędem w oczach oddaliła się w nieznanym kierunku.
Wracaj, prooooszę! Nie zostawiaj nas tu samych!
Właśnie! Ja się boję sama z Jaszą zostawać!
Boi się, boi jak kot śmietanki!
Cicho, Jaszu, muszę udawać niedostępną, bo się domyślą, co nas łączy.

Od tego czasu minęły dwa lata. Ludzie żyli błogo, nie obawiali się niczego.
Przy okazji ubicia Voldzia i jego latorości udało się usunąć, zupełnym przypadkiem, wszystkie chorobotwórcze mikroby oraz zUo z serc ludzkich, amen.

Każdy wydawał się być zadowolony z obecnego zajęcia, jakie uszykowało przeznaczenie.
Zwłaszcza osadzeni w Azkabanie śmierciożercy doceniali nowoczesne metody resocjalizacji.
Bardzo sobie chwalili terapię zajęciową. Wyplatali piękne koszyki, tkali makatki i chodniki z gałganków.

Czas mijał, niektórzy zamykali rozdział, który mieli już za sobą. Dokonywali nowych decyzji. Stawali na wysokości zadania, bądź też umierali na ulicy.
Ta wojna na pewno się skończyła? Bo to brzmi, jakby walki uliczne wciąż trwały.
Oj, wstawali rano, myśleli sobie "o, jaki piękny dzień, chyba umrę!" - i pyk!

Były wzloty i upadki, a wszystko podtrzymywały wspomnienia.  Do tej pory mówi się o legendarnym chłopcu, który „uratował” ich przed „klęską”.
Aha. Rozumiemy, że zdaniem aŁtorki zarówno ratunek jak i klęska były jakieś takie... umowne, nieprawdziwe?
Ależ oczywiście. Przecież Voldzio chciał dobrze! Tylko wszystko popsuła ta wredna propaganda, krecia robota podłych knowaczy oraz Gazety Wyborczej!
Tak naprawdę Voldzia pokonał żołnierz na elektrycznej motorynce, który zrzucił nań bombę termobaryczną.
A dlaczego nie napalm?

- - - - - - - - - - - - - -

[Tu mamy opis Londynu ogarniętego pośpiechem i amokiem, tłumów ludzi przewalających się po centrach handlowych]
A że nie ma opka bez kupowania ciuchów, więc i tu nie mogło zabraknąć snucia się po sklepach:
Ginewra Weasley była inna. Śpieszyła się, jednakże spokojnie odrzucała sukienki, które proponowała jej sprzedawczyni. Powoli spacerowała, czasem zwracała uwagę na daną wystawę.
I tak jestem spóźniona, więc co mi szkodzi? - myślała.
Spieszyła się powoli. Przysłowia mądrością narodów.
Zaś zimne sklepowe jarzeniówki świeciły na nią osobiście.

Uśmiechała się delikatnie do każdego. Karmelowe włosy opadały luźno na (śmietankowe) plecy. Piegi (w kolorze toffi) kontrastowały z (malinowymi) rumieńcami.
Znaczy, piegi były zielone, czy rumieńce sine?

Gładziła dłońmi wypukły brzuszek.
Była szczęśliwa. Za pięć miesięcy będzie trzymać na rękach swoje pierwsze dziecko.
Na samą myśl miała ochotę skakać. Jakiś rok temu wyszła za mąż. Stała się uradowaną panią Potter.
To dlaczego wciąż używa panieńskiego nazwiska?
Bo jej twórczość była lepiej znana pod panieńskim.

Mieli własne mieszkanie.
Dom przy Grimmauld Place rozsypał się ze starości?

Harry pracował w przyzwoitych godzinach- miał dużo czasu dla niej i ich przyszłych dzieci.
Sumiennie odwalał swoją pracę od ósmej do szesnastej.
Oczywiście - sama papierkowa robota.
Po skończeniu pracy odbijał blaszkę na bramce i zdawał kluczyk od sali ochronie.

Chcieli mieć dużą rodzinę. Dużą i szczęśliwą. Tego dnia dziewczyna udała się do mugolskich sklepów z odzieżą. Za trzy dni miał się odbyć bal charytatywny, który organizował Minister Magii-całe przyjęcie miało się odbyć na jego dworze.
Nie wiem czy na balu u ministra wypada pokazać się w mugolskich fatałaszkach. I czy to nie będzie uznane za nietakt, lub przynajmniej za nadmierną ekstrawagancję?
Może w okresie powojennym, po pokonaniu Voldka, w społeczności czarodziejów zapanowała hipsterska moda na udawanie mugoli?

W Dziurawym Kotle czekał już na nią mąż. Był wykończony po ciężkim dniu w Ministerstwie. Niby był prawą ręką Ministra, a czuł się, jakby to on nim był.
Znaczy, jakby Minister był Harrym? To jakaś odwrotność rozdwojenia jaźni!

Wypełniał papiery, uczył nowicjuszy, okrążał większość pięter parę razy dziennie
Gdyby Ministerstwo nie było pod ziemią, można byłoby przypuszczać, że lata na miotle dookoła wieżowca.
A tymczasem po prostu jeździł na deskorolce wewnątrz budynku.

i ciągle wysłuchiwał żalów innych- mimo wszystko lubił to.
Lubił wysłuchiwać żalów i dlatego, choć był prawą ręką ministra, nie robił nic, by poprawić sytuację osób, które się żaliły.
Całkiem zrozumiałe. Też uwielbiam słuchać o nieszczęściach, jakie prześladują innych.

Choć wolał zostać Aurorem. Gdy pokonał Czarnego Pana, jego popleczników i Ją, stwierdził, iż nie miałby co robić w tej pracy-
Aha, znaczy Harry'emu nie przystoi cokolwiek poniżej walki z samym Voldemortem?

czasem żałował decyzji. Widząc jednak stan swojego konta, zapominał o wszystkim…
Amnezja na widok wielu zer. Zdarza się, zdarza...
Mnie się nie zdarzyła! A mogłaby...

- - - - - - - - - - - - - -

[Tymczasem Ron Weasley trenuje reprezentację Anglii w quidditchu. Hm. Przypomnijmy, że aktualnie ten chłopak ma 19 lat i za sobą raptem dwa lata gry w szkolnej drużynie (plus, być może, jakiś kontrakt później). Trochę mało jak na trenera reprezentacji, nie sądzicie?]
[Trochę tak. Podejrzewam Harry'ego o jakieś niecne machloje]

-Za tydzień gramy mecz z Bułgarami!- Cały stadion został wypełniony jego warknięciem.
Warknięcie po chwili przelało się górą przez trybuny i zatopiło okolicę.
Warczący Ron... Zaraz się dowiemy, że pakuje na siłce i bierze sterydy...

-Krum znowu mnie rozgromi- dodał ciszej, aby tylko on sam mógł usłyszeć swoją sarkastyczną wypowiedź.
AŁtoreczkowa interpretacja znaczenia słowa "sarkazm" nie przestaje mnie zadziwiać.
Och, siedmioliterowe słowa na S są takie fajne!

Czasem zastanawiał się, czy on im czegoś nie daje. Myśl ta zawsze zostaje zgładzona, gdy przypomina sobie, iż wszyscy zawodnicy są sprawdzani tuż przed meczem.
Przed wejściem na stadion leżały stosy bezlitośnie zgładzonych myśli.
Otrutych sarkazmem i nagłymi zmianami czasu.
Plątało się w ich pobliżu kilku zagubionych narratorów.

-Zajebiście-machnął w stronę drużyny, iż na dzisiaj koniec. Musiał jeszcze zanieść garnitur do czyszczenia- wcześniej miał go jeszcze kupić.
Jaki jest sens oddawania do pralni nowego garnituru? Chyba, że Ron planował kupić kreację w osiedlowym Pier Kardenie. Chociaż to shmatex, lecz zawsze można coś fajnego wygrzebać.
Widzę, że po wojnie czarodzieje generalnie przestawili się na mugolskie ciuchy.
Upieram się, że to ma sens. Po latach prześladowań mugoli miała prawo wytworzyć się moda na zacieranie różnic między czarodziejami a mugolami. Nie żebym podejrzewała Ałtoreczkę o taką spójność.

- - - - - - - - - - - - - -

Zielone zasłony starannie zasłaniały okna.
A foremne fortepiany zafortepianiały parkiety.


Do tej pory w łóżku leżał młody arystokrata,
Aż tu WTEM! leśne boginki zamieniły go w starego menela.
- Złotóweczkę, kierowniczko? - zagaił ochryple.

przy jego boku leżała śliczna, delikatna dziewczyna. Blaise wpatrywał się w twarz dziewczyny. Powstrzymywał się, aby nie skraść jej kolejnego całusa- młodą kobietę ratował uśmiech, który nawet podczas snu jej nie opuszczał.
Uśmiech ratował ją przed "skradnięciem całusa". Aha. Zapewne gdyby roześmiała się w głos, powstrzymałoby to Blaise'a również przed włamaniem do jej "tajemnej komnaty"...
Bo to był wyżej opisany uśmiech standardowego erpegowego wioskowego głupka.

Bezsilny nachylił się nad jej twarzą. Z początku jedynie musnął jej wargi. Widząc, że nie reaguje w żaden sposób, zaczął łapczywie pieścić jej wargi.
Nadal mówimy o twarzy?

Zabawiał ją w ten sposób dłuższą chwilę.
Hmmm, chyba już nie;>

Odkleił się od niej, gdy dostrzegł kątem oka, że mruga delikatnie.
Mrugnięcie było ostrzeżeniem, że za chwilę - iju iju iju!!! - włączy się alarm!

-Głowa mnie boli- szepnęła.
- Znoooowuuuu?
- Boli cię głowa? Weź... tabletkę ;)

- - - - - - - - - - - - - -

Budząc się miał czasem wrażenie, że obok niego leży ona. Smyra <kwiiiiik!!!> go swoim ciepłym oddechem. Łaskocze delikatnymi lokami.  Mając zamknięte oczy, przesuwał dłoń powolnej części łóżka.
Szybka strona łóżka nie miała dłoni. Miała za to silne, umięśnione nogi. I setki stópek.
Nie tup, łóżeczko, nie tup...
Bo migrena tup-tup-tup!
I znienacka potem ŁUP!

Pół królestwa i rękę królewny za wyjaśnienie, kto z kim, bo zaimki szaleją jak króliki na wiosnę.

Ciepłe miejsce dawało mu złudną myśl, która wprawiała go w stan wspomnień. Prawda, która kazała mu otwierać oczy.
Hmm. Dziwne imię dla budzika.

Anna- jego narzeczona. Wychodziła wcześnie, wcześniej niż on wstawał. Pozostawiała po sobie jedynie zapach jaśminowych perfum oraz ciepło po drugiej stronie.
A także chłód w innych miejscach. Tu jak nic - chodzi o lodówkę.
Zgubiłam się. Trzymała perfumy w lodówce, ta Anna?
Każdy się w tym gubi...
Budzik ma na imię Prawda, lodówka - Anna, w czym tu się gubić?

Miał tego pecha, że była zawsze gdy wracał po pracy.
Cicho mruczała w kącie kuchni.
Od razu pecha, mnie raczej cieszy widok lodówki, gdy wracam z pracy.
Tylko że Twoja lodówka pachnie żarciem, nie jaśminem.
Skąd wiesz? Zawsze wiedziałam, że ktoś jeszcze w niej myszkuje, to niemożliwe, żebym tyle jadła.

Nie kochał jej. Zgodził się na ten związek ze względu na matkę.
Z lodówką? Ja się nie znam na tych czarodziejskich prawach, ale to chyba jednak nietypowy związek?
Dość chłodny, jak mniemam...
Tak, lodówce dość łatwo zarzucić oziębłość.
Ale za to z drugiej strony wydziela ciepło!

Nie mogła znieść myśli, że Hermiona nie żyje.
Matka z żalu pchała syna w nieudane małżeństwo, żeby jemu też było smutniej.
To ta lodówka stoi w prosektorium???

Rozgoryczona stratą jej i męża, nie była już w stanie patrzeć na jego melancholijny stan.
Kochał ją, jej wybór był trafniejszy niż ojca.
Ja się zdeczka pogubiłam. Kim jest która "ona", kto jest kochany, a kto nie?
I co wybrał ojciec?
Pralkę "Wiatka".

Choć wiedział jak mogłoby się to skończyć, gdyby ONA żyła. Anna nie była zła.
Tylko trochę zimna, no i czasami strasznie burczała.
Bywały chwile, gdy agregat strasznie nią telepał.

Związek nie był udany.
Arystokracie nie dogodzisz...
Ale opłaca się próbować.

Ona zgodziła się na to, gdyż miała z tego zyski. Była jedną z niewielu poddanych Czarnego Pana, która została całkowicie oczyszczona z zarzutów.
Ok, wyjaśniamy: wspomniana Anna jest narzeczoną Draco Malfoya. Ciekawam bardzo, jakie to zyski ciągnie ze związku z facetem, który po wojnie z Voldemortem prawdopodobnie stracił wszystko?
Zostały mu platynowe włosy. A platyna stoi za ponad 5 tys.PLN za uncję!
Bycie żoną kombatanta - męczennika to nie w kij dmuchał. Towarzysko +50 do lansu.

On był przystojny, bogaty i odpowiednio ustabilizowany.
Przystojny - owszem, co kto lubi. Bogaty i ustabilizowany? Niestety, jako poplecznik Voldka, dwa lata po wojnie mógł być co najwyżej bogaty w doświadczenia i ustabilizowany w Azkabanie.
Ustabilizowany przy murze krótkim łańcuchem i obręczą na szyi.
Nie udowodnili mu współudziału, był niepełnoletni, rodzice go zmanipulowali - dajcież spokój, przecież nawet nasza Komisja Lustracyjna nie dopatrzyłaby się w jego działaniu znamion przestępstwa;P
Hmmm i majątku rodzinnego też im nie skonfiskowali?

Odpowiadało jej to- wiedział o tym. Pociągał ją- może nawet by coś z tego było, gdyby nie jej charakter. Mała cząstka chamstwa, ironii, egoizmu była w niej ukryta- zbyt często ją ukazywała.
Może była to zbyt mała dawka chamstwa, bo Hermionę kochał bezgranicznie właśnie za jej buractwo i arogancję.

Nawet w jego stosunku.
Taaa, ironia w stosunku - to może działać jak zimny prysznic.
- Och, jaki on wielki - zauważyła ironicznie. No fakt, ja bym się po tym nie pozbierała.
- Ty już zacząłeś, czy znowu nic z tego nie będzie?

Czasem miał ochotę jej przywalić- mocno, porządnie… Nigdy by jej, jednak nie uderzył- nie akceptował przemocy względem kobiet- nawet tych naprawdę wkurwiających. Pamiętał jak ojciec bił matkę. Stosunkowo rzadko, jedynie gdy Voldemort był załamany- szukał córki długo.
Co ma wspólnego załamanie Voldzia z rękoczynami w wykonaniu Lucka?
Załamany Voldek wyżywał się na Lucjuszu, Lucjusz na Narcyzie, ta szarpała za ucho Dracona, a on kopał kota.
Kotek zaś zakradał się w nocy i wysysał mu oddech. For this you shall die in your sleep.

Gdy Hermiona odnalazła własne miejsce, wszystko się uspokoiło. Czarny Pan stał się lepszy- był namiastką „dobrego” człowieka.
Aha. Ciekawe, kiedy Hermiona "odnalazła własne miejsce". Domniemywam, że gdzieś w okolicach VI tomu, czyli akurat wtedy, gdy zaczął się terror, morderstwa, prześladowanie mugolaków i "nieczystej krwi".
Strach pomyśleć, co by było, gdyby Czarny Pan nie był rzeczoną namiastką w takim razie.

Można było powiedzieć, że jego świat nabrał kolorów. Jakby ktoś rozlał farbę na jego kartę.
Farbę w znaczeniu myśliwskim.
Czerwoną, krrrrwistą.

Kochał ją- wciąż.
Lucjusz farbę. Ołje.
Hm, nikt nie sparkli, a i tak ma się ochotę krzyczeć "Ludziska, patrzajta, wąpierz! farbę miłuje!"

Zawsze tak będzie. Dopóki nie zapomni żaru, który rozlewał się po jego ciele za sprawą dotyku jej zimnych palców. Dopóki będzie pamiętać czekoladę, zapach, który będzie jego- jedynie jego. Ciepła, wrząca, cieknąca, rozpływająca, parząca, słodko-gęsta czekolada.
A w przeterminowanej lęgną się robaki. Mniam.

- - - - - - - - - - - - - -

[Draco z narzeczoną wybierają się na bal]

Otworzył drzwi od wieczornego transportu [znaczy co - jechali nocnym autobusem?][nocnym pociągiem z mięsem] [w nocnym z alkoholem sprzedaje wredna jędza], miał za miar [przed wag] przepuścić swoją partnerkę przodem, gdy przed  oczami mignął mu karminowy materiał. Zesztywniał i chwycił Annę za ramię. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się promiennie.
-Prawda, że jest śliczna? Znalazłam ją w kartonie na strychu- zaszczebiotała.
Aha! Wiedziałam, że z bogactwem Malfoya coś jest nie tak, skoro jego narzeczona zamiast wybrać się na solidne zakupy, musi szukać strojów w zakurzonych kufrach na strychu.
Ciekawe, jakim cudem wcześniej nie zauważył, w co Anna jest ubrana. Ja wiem, że faceci są ślepawi, ale karmin jednak rzuca się w oczy.
A mnie się to cały czas paraseruje i wydaje mi się, że to Annę znaleziono w kartonie na strychu.

-Wrócisz do domu, ściągniesz to, co masz na sobie i założysz coś „normalnego”- warknął.
-Dlaczego?- Zdziwiona wyrwała się z jego uścisku.
- Bo wyglądasz jak ladacznica! - huknął, trzęsąc się z oburzenia.

-Masz na sobie suknię z jedwabiu z dodatkiem wstawek i koronkowych falban, które ponętnie okalają ciało.
Powiedział Draco, fachowym tonem kreatora mody.
Jakich wstawek? A ta falbana to berta czy wolant? Prosimy o więcej szczegółów!

Nie to ciało. Sprostując, masz na sobie suknię córki Toma Riddle- wysyczał jej do ucha.
Dziewczyna wzdrygnęła się.
No tak, suknia po nieboszczce może przynieść pecha.

- - - - - - - - - - - - - -

Diabeł patrzył na Yuko z dziwnym blaskiem w oczach. Ta odpowiadała mu delikatnym rumieńcem i dyskretnym uśmiechem. Palcami bawiła się blond włosami. Zarumieniła się jeszcze bardziej, gdy dostrzegła jak chłopak tasuje ją wzrokiem.
Ręka, noga, mózg na ścianie, tak się kończy tasowanie!
Ciekawe, czy tasował mieszając, czy użył riffle shuffle.
Jeszcze przełożenie i można rozdawać.

Jej zwiewna kreacja sięgała za kolana, ponętnie odsłaniając pozostałą część nóg. Zielono-zgniły materiał delikatnie przylegał do jej ciała idealnie podkreślając wcięcie w tali.
Przylepiał się wręcz, a miejscami zwisał w obślizgłych strzępkach.
Malfoy inwestował w platynę, a Yuko woli walutę z Samoa. Kiepska inwestycja. 1 tala (WST) = 1.227 PLN.

Duży dekolt wiązany na szyi przyciągał uwagę, którą odwracał czarujący uśmiech- jej atut.
Atut? Powiedziałabym, że defekt - tam uśmiech bronił jej przed pocałunkami, tu odwraca uwagę od innych walorów, ja dziękuję!
Dekolt przyciągałby większą uwagę, gdyby był wiązany na zadku.

Młoda para nie zwracała uwagi na pozostałą dwójkę czarodziei w limuzynie. Młody Malfoy wciąż uśmiechał się do narzeczonej w kpiący sposób.
Dziewczyna siedziała sparaliżowana.
No to pożytku na balu z niej nie będzie.
Bez przesady, może będzie nieco sztywna w tańcu, ale przynajmniej nie pójdzie w tango.
Ale i tak zapowiada się niezła polka.

Nie była w nastroju, nawet obrazić Yuko- co było jej definitywnym hobby.
Hobby definitywne, to coś jak wdrażanie się w skokach bez spadochronu.
Rzekłaby, że nieco jednorazowy poryw pasji.

Przebrana, miała na sobie jaśminową suknię- z wcięciem w łódkę. Dekolt, jak i cały materiał zdobiły białe koraliki. Pasowały do jasnego odcieniu kreacji i długości, ale nie do niej. Suknie była do kostek i Draco wiedział czym może się to skończyć.
O. Draco, podziel się, bo ja ni cholery nie wiem, czym może skończyć się suknia do kostek.
Tym, że przy wysiadaniu z autobusu ktoś na nią nadepnie.
Suknia do kostek kończy się kostkami. Fakt, dość to gotyckie.

- - - - - - - - - - - - -
A teraz zapraszamy na bal u Senatora... tfu, przepraszam, u Ministra Magii.
Dzis w chambre de bone bal magika
Każdy wytworny jest jak lord,
Nikt dnia im ww rozmowie się nie tyka,
Ni pracy, praca - chamski sport.

Odpalaj różdżkę, żądz nie kiełznaj,
Hej, na orbitę wszyscy wraz!
Bo gdy tak człek wciąż w magii pełza,
To wieczór spędzić chce wśród gwiazd!


Posiadłość była duża. Starannie wyrobiona z marmuru.
Marmurowe krzaczki i ścieżki, marmurowe trawniki, marmurowe ogrodzenie, marmurowe kibelki...

Gładkie, bielusie ściany rzucały się w oczy, dając pozytywne wrażenie.
Duże okna w gotyckim stylu pasowały idealnie ze złotymi obramowaniami.
Ogłaszam oficjalnie, że zakładam fanklub jej opisów! *łapie kolorowe pompony i podskakując wrzeszczy "Dawaj! Dawaj! Dawaj!"*
Idę po Aviomarin.
Znaczy się po gładkie, bielusie piguły, które ci dadzą pozytywne wrażenie? Daj mi też.

Zaczarowane, pokazywały to co mijający ludzie chcieli.
*Wyobraża sobie zgromadzony przed oknami tłum - oto darmowe kino na świeżym powietrzu, w dodatku takie, w którym w tym samym czasie jedni obejrzą kryminał, drudzy komedię romantyczną, a trzeci - film z czerwonym kwadracikiem*
Pytanie, czy okna były nastawione na jasno wyrażone życzenie, czy wyciągały z umysłu wszelkie przypadkowe i przelotne myśli. W tym drugim przypadku równie dobrze można było zaoszczędzić na magii i po prostu namalować cycki.

Drzwi frontowe wykonane były z ciężkiego, ciemnego drewna z mosiężnymi dodatkami.
Ołje! Obowiązkowy mosiądz - jest. Tym razem co prawda tylko w postaci "dodatków" (klamek? okuć?) - ale jest.
A to drewno to był mahoń, prawda? Ewentualnie heban.

Wnętrze posiadłości zaimponowało przybyłym czarodziejom. W prawdzie pokazane im zostało tylko hol, Salę Balowa i Salę Uzupełniająca- oba pomieszczenia zaczarowane tak, aby wszyscy goście mogli się bez trudu pomieścić.
Sala Uzupełniająca, wot ciekawy wynalazek jakiś. Widać czarodzieje nie znają Sal Bankietowych czy po prostu Jadalnych.
Luksusowe marmurowe kibelki i antyszambry były akurat w remoncie.
Sala Uzupełniająca była pozostałością po Magicznej Komisji Uzupełnień. Nadal tam nie wpuszczano bez munduru.

Goście rozmawiali ze sobą nawzajem,
W wytwornym towarzystwie nie ma miejsca dla wariatów, mówiących do siebie.

-Chciałbym ,aby…- Minister przerwał.
Spacja, postawiona przed przecinkiem, przerwała również i popatrzyła na niego pytająco.

Nie mógł zobaczyć jego miny, miny kogokolwiek. Wszystkie światła w całej posiadłości zgasły. Poczuł jak magiczna siła wyrywa mu zza paska różdżkę- nie tylko jemu- i rzuca przedmiot na parapet jednego z okien, słyszał brzęk obitej szyby.
Ała! Nie bij! - zadźwięczała cicho szyba.
Ani chyba była to szyba na facjacie.

Doszedł do niego damski pisk i słowa właściciela
Oczywiście, chodzi o właściciela tego damskiego pisku.
- Sam jesteś damski - odburknął pisk.

-Proszę o spokój!
Właśnie, drodzy współanaliztorzy, nie szaleć mi tu!
- - - - - - - - - - - - - -

Jak na komendę uspokoili się wszyscy zebrani- ale nie za pomocą wrzasku Ministra.
Nie, bo Minister uciszył wszystkich za pomocą lekko klajstrowatych kanapek, działających jak kneble.
Zaś dopchał jajkami na twardo.

[Minister zabawia gości przy pomocy trzech snajperów z celownikami laserowymi]
Wszyscy zwrócili uwagę na trzy światła. Maleńkie drobinki latające w ciemności-oświetlały niektóre obszary sali i pozwalały na ujrzenie niektórych twarzy.Zielone światło leciało ku niemu. Ludzie wydobyli z siebie westchnienie, a światełko usiadło na nosie Draco.
Zamachało skrzydełkami i otrzepało spódniczkę.

Czerwona drobinka wojowniczo krążyło przy Potterze (wymachując szabelką), a niebieskie przy starszych ludziach, których Smok osobiście nie znał. 
To musi coś znaczyć, to musi coś znaczyć... Może "Harry i Draco, jesteście połączeni na wieki, a tych dwoje starszych ludzi to sami Merlin i Morgana, przybyli z głębi czasu, by was pobłogosławić"?

Wirując razem, zniknęły, a światło zapaliło się natychmiast. 
Pokaz skończony, wynocha do domu.

Dostrzegł, iż wszystko uspokoiło się. Westchnął. Ludzie zaczęli podchodzić do środkowego okna, aby wziąć różdżki, które tam leżały.
Tak samo działa Magiczna Moc Pani od Geografii, która przed każdą lekcją każe odłożyć telefony na parapet.


-Ginny! Ginny!- Usłyszał wrzask Pottera, który potrząsał nieprzytomną żoną. Zapanował gwar i chaos, gdy ludzie dostrzegli również martwe ciało Luny Lovegood pod jednym z okien.
Nikt się nie zdziwił, bo Pomyluna zawsze zachowywała się dziwacznie.
- Mogłaby tak przekonująco nie sztywnieć - pomyślano tylko.


- - - - - - - - - - - - - -

Jestem w trakcie poprawiania błędów, więc nie zwracajcie zbytniej uwagi na nie.
O! I na to zwróćmy uwagę. Po każdym rozdziale pojawia się informacja, że błędy są "w trakcie poprawiania". Niestety, to "w trakcie" nigdy się nie kończy i jak po analizie widać, nawet pierwsze rozdziały nie zmieniły statusu na "poprawiono".
Bo to taka kokieteria: och, wiem, że piszę z koszmarnymi błędami, ale ja się tak staram, tak staram...

[Harry w swym biurze przegląda prasę, która rozpisuje się obszernie o morderstwie na balu]

Czyżby nastąpił kolejny „powrót” ?

-Żaden powrót, kurwa- warknął Harry. Upił łyk kawy i przeczesał dłonią włosy. Nie spał całą noc. Siedział w tym przeklętym biurze od wczorajszego wydarzenia i intensywnie myślał.
Aha, czyli tak wygląda śledztwo po czarodziejsku. Żadnego badania miejsca zbrodni, żadnego przesłuchiwania świadków, po prostu auror siada w biurze i myśli. Fajnie.
Całą noc myślał o tym, jak mu się cholernie chce spać.
Czepiacie się. Holmes czasem nie wyściubiał nosa z domu i rozwiązywał zagadkę.

Ginny siedziała w domu i czekała na kolejne wiadomości. Miał tego dość. Nic nie wskazywało na to, że było to pospolite morderstwo.
Oprócz trupa Luny...
Ojtam, ojtam... drobny szczegół.
Bal był to z trupem, z trupem balisko
gdy niespodzianie cosik się błysko
światło wróciło i nagle łup!
Pada trup Luny do gości stóp.
Ach strach, strach, rany boskie, rany boskie!


Nic nie wskazywało nawet metod Voldemorta. Zbrodnia przy dwustu świadkach? Pierwsze widział.
Tak, Harry, chłopcze, widać, że młody jesteś i nie masz doświadczenia. Powinieneś jednak pamiętać, że niejaki Peter Pettigrew nie wahał się popełnić zbrodni na ulicy pełnej świadków. Voldek też raczej nie miałby oporów.

Brak śladów?
Tylko go pogłębiali.
Do jądra Ziemi i dalej, w stronę Chin.
Pogłębianie braku śladów to jakiś magiczny odpowiednik ich zacierania?
Poniekąd. Polega na pozostawianie antyśladów z nadzieją na anihilację.

-Jeszcze te światełka! Cholera, co to ma być?!-
To są światełka rozsądku w tunelu absurdów tworzonych przez Ałtoreczkę.

Wściekły zrzucił papiery na ziemię. Uderzył pięścią w biurko i wyszedł. Trzasną [oni, kiedyś] drzwiami i wyszedł. Tak po prostu poszedł do kawiarni na śniadanie.

- - - - - - - - - - - - - -

-Kochanie, jak się czujesz?- Blaise spojrzał na ukochaną smutnymi oczami. Przytulił jej wątłe ciało do swojego.  Jego nozdrza wypełnił zapach piżmu.
Zanotujmy ten fakt, iż mu
Nos wypełnił zapach piżmu.
Szczęście to dla niego, gdyż ma
Uczulenie na woń PIŻMA.


-Krew-szepnęła. Dziewczyna od paru godzin tonęła w nastroju melancholii. Nie pamiętała kiedy miała okazję ostatnio oglądać ten widok. Chyba przy Hermionie-ona to lubiła.
A dziewczę ileż to latek sobie liczy, że widok krwi aż tak jest jej obcy?
Nie wiem, ale po zestawieniu z wonią piżma możemy przypuszczać, że wystarczająco wiele.

Obleśny widok rozlewającego się szkarłatu.
Taki obleśny, sprośny i zbereźny. Powiedzmy od razu - obsceniczny.
I lubieżny. Jak mokry piżmak.

Kochała stęchły zapach i krzyk bólu, który wydobywał się z krtani ofiar. Yuko mimowolnie się uśmiechnęła.
Na samo wspomnienie.
Te wszeteczne scenki w lochach, ach...

-Też za nią tęsknię- powiedział. Wiedział co myślała, czuł nostalgię po stracie przyjaciółki, niemalże siostry. Brakowało im wspólnych nocy przy butelkach Ognistej. Brakowało im wybryków, poczucia bycia. 
Brakowało im tych miłych, perwersyjnych zabaw z mugolakami w przytulnej izbie tortur...
Wypruwania flaczków, wyłupywania oczek, łamania kołem dla niepoznaki pomalowanym na różowo...

Brakowało im JEJ.
Nikt nie robił takich melanży jak Hermiona!

Życie było uparte- brnęło do przodu nie pozostawiając po sobie wiele. Mgliste kartki papieru, na których zapisano przeszłość. Oni nie mogli pogodzić się z myślą, że do ich drzwi nie zapuka Hermiona. Nie wyobrażali sobie, że niezastaną jej rozwalonej w wielkim łożu.
Łoże - naturalne środowisko Mionki.
Rozwalonej jak w rasowym pijackim barłogu, przemawiającej sznapsbarytonem, pełnej nieodpartego szarmu.

Wciąż widzieli jej złowrogie iskry w oczach, poważny wyraz twarzy i ukryte oblicze.
Drugie, ukryte oblicze Hermiony. Nie chcę się nawet domyślać, gdzie je miała.
Jak to gdzie? Ukryte pod turbanem.
Z tyłu, jak Janus.

- - - - - - - - - - - - - -

14 października, Hogwart- 23:25
O, Dzień Nauczyciela.

W całym zamku panowała cisza. Jedynie pochrapywanie obrazów psuły ten majestat. Choć, być może coś jeszcze.
Pochrapywania  psuły coś jeszcze, poza majestatem?
Zdarzało im się zepsuć powietrze...
Zwłaszcza gdy ktoś zębów nie wyszorował.

Dziesięcioletnia Ślizgonka wracała właśnie ze swojego pierwszego w życiu szlabanu.
Wcześnie zaczęła. Na rok przed przyjęciem do szkoły.
Młodzież teraz coraz wcześniej zaczyna.

Po jej ciele przeszły ciarki na wspomnienie męskiej toalety na trzecim piętrze. Wytarła spoconą dłoń w spódniczkę.
Miała szlaban w męskim kiblu. No nieźle.
I ta spocona dłoń... co się dzieje w tym Hogwarcie?!
Szkoła schodzi na psy!
Wyjdzie ze mnie gatunkizm, ale miałam nadzieję, że się ograniczą do ludzi.

-Nigdy więcej. Nigdy- mruknęła.
Czyżby się nie spodobało?
Brak jej techniki, brak doświadczenia, to i łapka spocona.

Poprawiła brązowe włosy i pewniejszym krokiem ruszyła do lochów. Podskoczyła słysząc stukot za sobą.
-Przestraszyła mnie pani- powiedziała widząc McGonagall. Kobieta spojrzała na nią surowym wzrokiem. I podeszła bliżej.
Przepraszam, a czym stukała McGonagall? Drewnianą nogą?
Obcasami!
Kłapała zębami i klekotała gnatami.

-A co pani tu robił? Jak mniemam cisza nocna jest od dwudziestej drugiej.
Kto jej coś robił po ciszy nocnej?!
Jaka "pani"? Ta dziesięciolatka?

-Ja wracałam ze szlabanu. Sprzątałam…toalety- powiedziała dziewczynką rumieniąc się ze wstydu. Dyrektorka westchnęła ukradkiem i ruszyła w stronę lochów.
-Odprowadzę cię- powiedziała kobieta.
Korytarze lochów były zimne i opustoszałe. Minerwa musiała oświetlać drogę swoją różdżką. Widząc jak pierwszoroczna trzepie się i dygocze, przyśpieszyła. Pierwsze szlabany zawsze były najgorsze.
Pierwsze szlabany
jak zgniłe banany.

A potem to już luzik - wspólne patrolowanie korytarzy z przystojnym prefektem sąsiedniego domu itepe.
Paczciepaństwo, do rozrabiania i zasługiwania na szlaban jest już dostatecznie "dojrzała", a odrobina pracy fizycznej powoduje zaraz trzepanie i dygotanie. Swoją drogą dlaczego ona się trzepie? Zamieniła się w dywan?

Były to jedne z pierwszych kar, jakie wymierzono tym dzieciom- nie były one przystosowane do szorowania słoików, czy szorowania klozetów.
Szorowania zębów, szorowania podłóg, szorowania rąk przed posiłkiem...
Bo dzieci z natury swej są przystosowane wyłącznie do bycia obsługiwanymi. Uhm.

Uczono je, że duma jest najważniejsza. Najciężej mieli mieszkańcy Domu Węża. Wychowywani w dostatku, majestacie i bogactwie, przywykli, że wszystko wykonywali za nich skrzaty.
Ach, to opkowe przekonanie, że do Slytherinu trafiała wyłącznie arystokracja...
Ach, to opkowe przekonanie, że bycie arystokratą oznaczało li i jedynie opychanie się ptifurkami...

To była próba, samodzielne życie- Hogwart miał nauczać posłuszeństwa- w pewnym sensie.
W pewnym, bardzo specyficznym sensie, którego uosobieniem był Argus Filch z jego upodobaniem do kajdan i łańcuchów.
I niczego więcej! W porównaniu z drylem Hogwartu, pruskie koszary to lunapark.
Jakoś mi brakuje w tym opisie fali względem młodszych roczników.

-Czy coś tam jest?- Jej drżący głos przeciął powietrze. Kobieta dopiero teraz wyczuła roznoszący się zapach. Zdziwiona skierowała różdżkę w kierunku, w którym dziewczynka wyciągała rękę. - Elizabeth, podejdź proszę do mnie.- Cały korytarz wypełnił szloch.
Po brzegi. I chlusnął wezbraną falą.
Podmywając fundamenty zamku i powodując pięęęękną katastrofę budowlaną.

-Mój braciszek- szeptała.- Mój kochany braciszek.- Wtuliła głowę w zakrwawione ciało brata.
Skubana, jak go wywęszyła!
Ale że jak, tak się wytarzała w jego wątpiach?

Ręką odepchnęła McGonagall i zaniosła się rykiem.
Tutaj w lochu klęczy Elka, ryczy, bo jest pełna mleka
W korytarzu stuka noga, szloch nim płynie niby rzeka.

Ryk straszliwy wstrząsa murem, ryczą marysójki chórem.
Synonimy zaś pytają: Czy aŁtorki nas nie znają?


Nie hamowała niczego.  Łez, krzyku, złość i bezradność.
W końcu wetknęła sobie piórko w w pupkę i poszła malować trybuny quidditcha na tęczowo.

Nauczycielka oświetliła zaklęciem całe lochy. Słyszała jak przejście z Pokoju Wspólnego Ślizgonów otwiera się.
Zza drzwi wytoczył się potężny odyniec.

„Żyje, aby umierać- Żyje, aby zabijać”- zakryła dłonią usta, widząc wysmarowany napis krwią.
- Znowu jakieś pobabrane mentalnie emo. - Pomyślała.
I otarła usta, ulżywszy udręczonemu żołądkowi. Zawsze tak reagował na emobzdety.

- - - - - - - - - - - - - -

„Jak mniemam miał pan już okazję dowiedzieć się, panie Potter, co wydarzyło się na przyjęciu u Ministra Magii- wierzę, że sam był pan tam obecny.
A co, McGonagall nie czyta "Proroka Codziennego"? Rozpisywał się o tym bardzo szeroko!
Czyta, ale nie wierzy. Prasa kłamie.
A świadkowie byli pijani.

Piszę, aby dołożyć do tego wydarzenia „zjawiska”, jakie miały miejsce w Szkole Magii, Hogwarcie. Doszło do morderstwa- kolejnego. Pierwszoroczny Uczeń- przypadkowa ofiara? Był Ślizgonem- jeśli to istotne. Morderca pozostawił po sobie jedynie wygrawerowany napis,
Widocznie krew miał tak żrącą, że trawił nią mury lochów.
A myślałam, że ta fraza o zdradzieckiej krwi to tylko niezręczność Ałtoreczki!
Kolejny Obcy, wszędzie ich ostatnio pełno. A to, co go zabiło, to pewnie Predator.

a podczas dzisiejszego śniadania zaczarowany sufit spłatał nam „figla” i pokazał gwiaździstą noc.
Dobrze, że nie pokazał wała. A mógł.
A jaki związek ma niebo gwiaździste z morderstwami? Chce pokazać, że zbrodniarz ma prawo moralne w sobie?
Chodziło o to, by odbiorcy nie mylili nieba z gwiazdami odbitymi na powierzchni sufitu.

„Żyje, aby umierać. Żyje, aby zabijać”- mówi to, coś panu? 
Nie wiem, mnie się kojarzy z "Nie je, nie pije, a chodzi i bije".
Mnie się kojarzy z książką Henryka Pająka wydaną przez wydawnictwo Leszka Bubla. NJN mogłaby nam udzielić bliższych informacji.

Z poważaniem Minerwa McGonagall  ”


 - - - - - - - - - - - - -
[Tymczasem Draco Malfoy zagłębia się w lekturze ostatniej pamiątki po zmarłej ukochanej - jej słodkiego pamiętniczka]


„Jestem Hermiona Riddle. Wydaje mi się to szczerze głupie, pisać do samej siebie. Równie głupie jest mówienie do samej siebie- z gwoli ścisłości wolę pisać- nikt mnie wtedy nie usłyszy, nie?
A nie wzięłaś pod uwagę, że ktoś może przeczytać, co?
I, co gorsza, zanalizować?
Gwoli ścisłości dodajmy, że używanie zwrotów, których się do końca nie rozumie, w dodatku ozdobionych przyimkiem z czapy wziętym, jest głupie. Szczerze.

Jako, że nie wiem, co sensownego powinnam tu zanotować, to żegnam się ze samą sobą- krótki wstęp nie zaszkodzi samej mnie, nie?”
Nie. Zważywszy, że coś wcześniej już Ci zaszkodziło i to mocno.
Chwilowo nie ogarniam, ale liczę, że albo to minie, albo nabierze sensu.
Sraczka werbalna. W przeciwieństwie do tej normalnej, bierze się z pustki.

Lubił ten początek. Był na jej poziomie zagubienia.
Mam dziwne wrażenie, że "zagubienie" to silny eufemizm na stan Hermiony.

Jakby sama nie wiedziała, o czym powinna myśleć. Kochał gładzić tą pierwszą kartkę z jej dziennika. Jedna z niewielu rzeczy, które pozwalały mu na przypomnienie sobie jej śmiechu.
Biorąc pod uwagę poziom tego wstępu, były to zapewne perliste kaskady śmiechu nieskażonej myśleniem krejzolki...
Coś w TYM rodzaju. Tylko więcej sopranów.

„Dobra. To jest pierwszy dzień, który tu opisze. Nie będziemy się bawić w daty- czas jest ulotny, a ja pragnę, aby tu zatrzymał się bezpowrotnie.
Bla, bla, bla, bla, jeszcze wrzucę parę banałów i może jakiś cytacik z Coelho i będzie suuuupcio! Na przykład: "Czas nie zawsze przemija w jednakowym rytmie." Jak znalazł, głębia ta sama.

Dzień 1

Jak wspomniałam, mam na imię Hermiona Riddle- ostatnie słowo powtórzyć?
Zestawienie iście z czapy wzięte. Powtórzyć?
Skoro to jest imię, to gdzie nazwisko?

Nie? Ok. Nie będę również tłumaczyć tych wszystkich bzdur dotyczących dwóch światów-powiem jedynie, że jestem czarownicą i zamkniemy ten temat, jasne?
Zamkniemy, bo właściwie sama nie wiem, o czym piszę, więc dalsze rozpisywanie się mogłoby obnażyć ten niewygodny fakt, jasne?

Tak więc, jestem czarownicą. I również uczennicą Hogwartu- ten szczegół również pomińmy bez większych informacji, jasne?
Ona ten pamiętniczek pisze dla siebie, czy jednak dla kogoś?
Ma kłopoty z pamięcią. To charakterystyczne dla Marysujek, które piszą pamiętniki tylko po to, żeby napisać jakie mają włosy i jak im dano na imię.
Podoba mi się jej styl: pisze, jakby całe tłumy błagały ją, by wreszcie coś o sobie napisała, a ona wreszcie postanowiła zrobić łaskę.

Wytniemy również fakt, że byłam przydzielana dwa razy- szczęście miała ta obwisła szmata, że krzyknęła za drugim razem poprawne hasło.
Bo gdyby tego nie zrobiła, to bym ją wykrochmaliła i nie byłaby obwisła, jasne?

Dla wyjaśnienia, gdybym w dalekiej przyszłości [tak mniej więcej jutro w południe] zapomniała, to ostatecznie ukończę szkołę jako mieszkanka Domu Węża.
Ponowny przydział - odfajkować. Zaraz się pewnie okaże, że miała stuprocentowo czystą krew (dlaczego nikt nigdy nie pamięta o Tomie Riddle Seniorze?).
Burzy spójny obraz wszechzajebistości. I sama ma obwisłe szmaty i źle dobrany stanik.
A od źle dobranego stanika droga do obwisłości krótka.

Skleroza nie boli, ale napaja wstydem.
Gdzieś umknęło poprawne "napawam". [Napajam] to zdziczała forma od [poić] - dawać komuś coś do picia.
Może miała na myśli "przepaja", tylko nie chciało jej się sprawdzić w słowniku. Przecież słowniki są dla lamerów.
O, Hermiono!
Wstydem cię napojono
Przemianowując przebrzydle
Na "Mionę", w dodatku "Riddle".

Ale swoją drogą stwierdzenie niepozbawione słuszności w obliczu zjawiska Ałtoreczkowej Sklerozy. Ja się wówczas czuję napojona wstydem do wypęku.

Wracając do Dnia Pierwszego:

Jest połowa września- dopiero teraz zadecydowałam, że przeznaczę ten zeszyt na upust moich brudnych myśli.
Jak widać, wcześniejsze wspomnienie o sraczce werbalnej było jak najzupełniej słuszne. Dziewczę czyni z kajecika wychodek.
Skleroza może nie boli, ale zła frazeologia to tortury. Zdanie zostało całkowicie skotłowane. Powinno być "dawać tu będę upust moim myślom".

Dobra zacznijmy od razu… Nie lubię Yuko (delikatnie powiem). Przykleiła się jak rzep do psiego ogona. Łazi za mną wszędzie- nie pomijając niestety łazienek.
Zagląda za Tobą do sedesu oceniając urobek?
Komentuje jakość bielizny i krostki na zadku.

Siada na każdej lekcji za mną- oceny ma dobre, więc coś mi mu zajeżdża.
Blisko Mary Só mogą siadać wyłącznie matołki, bo tylko na ich tle ma szansę jako-tako wypaść.

[Dajemy niewielką próbkę stylu "najlepszej uczennicy w historii Hogwartu - niezrównanej Mionki  R."]

Wpierdziela się do moich rozmów w Wielkiej Sali-podczas śniadania, obiadu, i kurwa kolacji.
Widzę niekonsekwencję. Powinno być także kurwaśniadanie i kurwaobiad.
Zamiast "moich rozmów" napisz "moich natchnionych monologów", nie krępuj się.

Po Draco jest drugą osobą na liście, którą bym chętnie zabiła- choć ją, to już całkiem poważnie.
A co do tej łajzy… To nie jest łajzą. Jest cholernie przystojny- i on to, kurwa wie.
Rozbestwiony przecinek sprawił, że przez chwilę zastanawiałam się, skąd się tam wzięła jakaś  prostytutka, która wie, że Malofy to on. Zapewne sprowadzili ją ci, którzy chcieli sprawdzić, czy łajza jest łajzą - samiczką  czy łajzem - samcem.

I już wiecie, co ona sobą reprezentuje, prawda?
W dzidę knajacka pannica. Zaorać.

Dobranoc, Miona.”
Podpisywanie się pod notatką we własnym pamiętniku. To takie aŁtoreczkowe! <rozczula się>
No, jeśli Hermiona pisze o sobie używając tego idiotyczego blogaskowego zdrobnienia, to znaczy, że koniec świata już nastąpił.
Ale miał być za 25 lat, jak ta asteroida w nas trzaśnie. Nie mogliście mi wcześniej powiedzieć? Miałam taki fajny plan na Ostatni Dzień przed Armageddonem!

To zawsze w niej tkwiło- sarkazm, chamstwo.
Jasne. Wyssała to z mlekiem ojca. Nota bene Voldzio bywał sarkastyczny i nieprzyjemny, ale trudno go oskarżać o prostackie chamstwo.

Nawet sama przed sobą nie kryła irytacji, która ogarniała ją w każdej chwili.
Żyła w stanie nieustającego PMS-a.

Była szczera, ale chamska. Była piękna, ale chamska. Była idealna, ale wciąż za chamska. Mimo, że widział w niej wiele-pierwszy przymiotnik jakim był w stanie ją określi, to „chamska”.
I za to ją kochał. Brutalnie i po chamsku. Za każde przekleństwo, każde beknięcie w towarzystwie, każde źdźbło słomy wystające z jej gumofilców...
Drżał ze wstydu, gdy ją wypuszczał do ludzi, lał po chamskim pysku, gdy wracali do domu, ale wciąż kochał...
<kiwa ze smutkiem siwiejącą głową> AŁtoreczko, raz na zawsze zapamiętaj - chamstwo nie ma nic wspólnego z byciem asertywnym, pewnym siebie czy nawet bezczelnym. Chamstwo to synonim prostactwa. To plucie na buty, smarkanie w rękaw, puszczanie głośnych bąków w towarzystwie. Bycie prymitywną mierzwą aż tak Cię kręci? No to powodzenia. Tylko nie mieszaj w to bohaterów literackich.

- - - - - - - - - - - - - -

[Tymczasem Yuko wspomina Dawne Dobre Czasy]

Delikatnymi dłońmi dotykała śliskich powierzchni zdjęć. Większość z nich niewiele się różniła. Na wszystkich była cała ich czwórka. Na wszystkich znajdowały się PUSTE butelki po alkoholu.
Specjalnie, dla szpanu, wygrzebane ze śmietnika pod Trzema Miotłami.
Większość tych fotek mogłaby się z powodzeniem znaleźć na portalu wiocha.pl. Robienie sobie zdjęć z butelkami to prawdziwa pasja ćwierćinteligentnych gówniarzy.

Na wszystkich śmiali się, obejmując  z głupimi minami.
Ach, ulotnych wspomnień czar...
Czoła myślą nie zmącone, w oczach pustka, na ustach dzióbek.
Na drugim planie gumofilce i akumulatory popodłączane pod prostowniki.

Przeszłość, wspomnienia- to jedyne co pozostaje nam po ludziach. Bez nadziei, czy czegokolwiek innego. Jest wyłącznie pustka. Pojawia się, aby zepchnąć płacz i smutek. Ale również ona znika, ustępuje miejsca melancholii- a po śmiechu pojawiając się łzy goryczy- mimowolnie płynął po polikach.
Poliki, czyli poli-króliki. Włochacze rozmnażające się w zawrotnym tempie.
Pseudogłębokie myśli o przemijaniu w wykonaniu nastoletniej staruszki.

Zgniłozielone oczy spoglądały na świat pustką spod kurtyny gęstych rzęs. Pełne, karminowe wargi wykrzywione były w uśmiech- delikatny, pewny siebie, pełny wspomnień i życia.
Innymi słowy, każda część twarzy miała swą własną, odrębną mimikę, niezależną od pozostałych - a także od nastroju właścicielki.
Mówiąc po prostu - robiła małpie grymasy.
Zombie nie panują nad mimiką, zwłaszcza gdy oczy im zgniją.
Ale chwali się, że szczerze się przyznała do tej pustki.

- - - - - - - - - - - - - -

Jego futro było w odcieniu rdzy.
Intensywny odcień karmelu z mieszanką kakaa, czekolady.
Aa, kakaa! Niedługo będziemy czytać o "rybce w akwariumie", czy "wycieczce do muzeumu".
Mimo wszystko "rdzawy" wygląda trochę inaczej niż "karmelowo-brązowy".
<patrzy na rdzę> <patrzy na kakao> <patrzy na czekoladę> Gdzie ona, do jasnej kakaowej, widzi tutaj odcień karmelu???

Pionowe zielenice
Miało być tak poetycko, tak leśmianowsko, a wyszły z tego glony.
W dodatku stojące słupka.
Unoszące się w toni, Ty niepoetyczny drobiu!
Gdak.

i ciemny odcień tych ślepi. Łagodne usposobienie- a raczej leniwy. Gruby, jak puchata kulka o uroczym odcieniu. Futerko, w niektórych miejscach posklejane i przybrudzone błotek.
Uwaga - jeśli Kot nie czyści futerka, to znak, że jest bardzo chory.
Czyli, mówiąc bardziej prozaicznie, gruby, sparszywiały, rudy kocur.
Greebo? Co Ty robisz w opku?


Pachniał stęchlizną, starością, dokładniej wilgocią- Londynem.
Zapachy Londynu są mroczniejsze niż odór Ankh-Morpork.
Śmierdział mokrym kotem. Ot i wsio.

Ten obraz nędzy ratowało mruczenie.
W przedawnieniu, irytujące, ale jednak niosące wspomnienie.
...Wszystkim się zdawało,
Że Krzywołap wciąż mruczy - a to echo grało.
Po ilu latach mruczenie ulega przedawnieniu? I w oparciu o jaką podstawę prawną?

Jedyny, żywy, śmierdzący dowód, że Hermiona kiedyś istniała.
I to jest najlepszy przykład, aby nie dawać unieść się cwałowi nieokiełznanej poetyckości.

Krzywołap- zwykły, tłusty, stary kocur?
No przeca mówiłam.
Nie - to magiczny, zwinny futrzak, bezbłędnie rozpoznający wrogów.
To w kanonie, Jaszu... Ten Krzywołap ma tyleż wspólnego ze swym pierwowzorem, co Hermiona Granger z Mionką Riddle.

Otóż nie! Dla pewnego blondyna była to chodząca przepowiednia. Kot pojawiał się od czasu do czasu. Nic wielkiego, prawda? Ostatni raz, Draco widział kota rok temu. Dokładnie rok temu. Przyniósł mu zdechłą mysz w zamian za nocleg i żarcie.
Czegóż to ludzie nie wymyślą. Malfoy z myszą w zębach, proszący o kąt do spania...
Chodząca przepowiednia poczęstuje go pchłami i nasika do butów.

Następnego dnia kota nie było- oczywiście myszy również.
Draco po dziś dzień nie może odżałować, że się wtedy nie poczęstował.
Za to pchły bardzo sobie chwaliły nowe lokum.

Dziś wieczór miał okazję widzieć go po raz kolejny. Stał za oknem na parapecie. Wpatrywał się w niego, jak w obrazek. Chłopak, aż się wzdrygnął widząc zwierzę. Za to Krzywołap dumnie oczekiwał zaproszenie.
A co on, wampir, że bez zaproszenia nie wejdzie?

-A myślałem, że zdechłeś na jakiejś ulicy- szepnął uchylając okno. Wziął go na ręce i„przytulił” do twarzy. Tak. Wciąż tam był. Ulotny, ale wciąż intensywny  zapach Hermiony.
Eeee... że niby Hermiona woniała starym kotem?!
Zdechłą myszą.

- - - - - - - - - - - - - -

Pierwszy raz Krzywołap zawitał w jego progach tydzień po pogrzebie Riddle.
Chyba że usypali mu symboliczną mogiłkę, w miejscu gdzie został tylko ślad po butach, bo jak pamiętamy - Voldemort nagle zdematerializował się po avadzie.
Nie TEGO Riddle, Jaszu, tylko TEJ. Córeczki.
Gubię się w gąszczu narracji.

Siedział na werandzie oczekując na jego powrót z rozmowy kwalifikacyjnej o pracę. Gdzie najzwyczajniej w świecie pożerał mysz,
Nonszalanckim gestem odrzucając ogonek, jak na prawdziwego arystokratę przystało.
Na Bora zielonego, Draco! Gdzie ty szukasz pracy i w jakim charakterze?!
Zaciągnął się na okręt na stanowisko teriera-szczurołapa.
Za moich czasów w użyciu były zaczarowane flety, a nie ordynarne kły i pazury!

brudząc mu przy tym ganek- ślady krwi wciąż się tam znajdują.
Niespieralnej, nieścieralnej - jak na dłoniach Lady Makbet.
Ciągle ten zapach krwi! Wszystkie wonie Arabii nie odejmą tego zapachu...
... z tego małego ganku.


Pewnie by go zabił, gdyby nie fakt, że to zwierze było częścią jego ukochanej.
Zaraz, moment, czy to znaczy, że Krzywołap skądś jej WYRASTAŁ?!
Nie wnikajmy, skąd...
Hermiona miała rudego kota. Hmmm. Jakoś mi to zaczęło dwuznacznie brzmieć;>


Po raz drugi, Draco miał okazję oglądać rudawego kota jakieś trzy miesiące po tym zajściu. Siedział wtulony w czerwony fotel.
Kot.

Ogień w kominku buchał delikatnie.
I do tego emitował mroźne ciepło.

Jęzory ognia połykały kawały drewna, pozostawiając po nich jedynie proch. Sączył alkohol- jedynie tyle pamiętał.
Ale to proch sączył, ogień czy kot?
Kawał drewna.

Nie był pewien, czy było to wino o nieskazitelnym roczniku, czy może whisky, bądź też zwyczajna Ognista. Bawił się jednak, zjawiskowo nudno.
To tak jak ja - bawię się zjawiskowo wręcz niedobranymi epitetami.
A ja z roku na rok czuję się coraz bardziej nieskazitelna.

Oczekiwał nawet sowy z Prorokiem Codziennym- chciało mu się rzygać wszystkim i na wszystko.
Nauczone doświadczeniem skrzaty przygotowały już całą baterię wiader i misek - jak obsługa restauracji przed wejściem Pana Creozote (uwaga, obrzydliwe!)
Pytanie tylko, czy miał zamiar zeżreć sowę i narzygać na "Proroka", czy zeżreć "Proroka" i narzygać na sowę.

[Jedna z domowych skrzatek przynosi złapanego na podwórzu Krzywołapa]

Z oczami jak dętki spojrzał na wyrywającego się Krzywołapa.
Nie rozumiem.
Napuchły mu tak.
I z boku oczodołów sterczały mu małe wentyle?
Tak, nawet cichutko syczały.

Zwierzę widząc go, uspokoiło się. Skrzatka puściła rudzielca i wróciła do kuchni. Kot zaczął mruczeć i łasić się, ocierając o jego nogi. Odłożył kieliszek i usiadł z nim przed kominkiem. Zaczął go smyrać po mokrym futrze.
Dużo w życiu widziałam, ale kominka z mokrym futrem - nie.
Efekt nieudanej transmutacji. Zdarza się po dużej ilości Ognistej.

W odpowiedzi, Krzywołap otrzepał się i wtulił w jego szlafrok. Wstał tylko na chwilę. Spojrzał w pionowe zielenice
Uu, Krzywołap, kiepsko z tobą, skoro już ci ślepia glonami zarastają!
Krzywołap generalnie jest dość parchaty.
Za to potrafi wstać.

i wstał, aby dorzucić drewna do kominka.  Gdy odwrócił się- kota już nie było. Pamiętał jak się wtedy wkurwił. Czekał cierpliwie na powrót wszarza. Wrócił po roku. W tą noc.
W tĘ noc.
A on tak cały rok siedział, czekał, siedział, czekał, obrósł jak Jańcio Wodnik...


Z balu u Ministra Magii pozdrawiają:
Kura obsypana konfetti, Szprota z serpentynami zaplątanymi w skrzelach, Sineira lśniąca od brokatu i Jasza przebrany za mugola
oraz Maskotek, który zawsze strzela pierwszy.

NIECH KOLONAS WAAZON BĘDZIE Z WAMI!

21 komentarzy:

Bestia Zua pisze...

"w Złotym Chłopku" :D

Anonimowy pisze...

Hermiona Riddle to już prawie postać kanoniczna. Myślę, że powinniście przy nazwisku stawiać "TM". Ach, córki Voldzia, na imię im Legion, bo faktycznie jest ich wiele.
Analiza pozwoliła mi przebrnąć przez trzy godziny matematyki, co już samo w sobie powinno Wam zastać policzone za dobry uczynek. Naprawdę trudno było zdusić chichoty przy takich mądrościach jak naturalne Japonki, gloryfikacja chamstwa czy chłodny romans z lodówką.
Przyznaję bez bicia: nie wiem, o czym czytałam. Na początku wydawało mi się, że może wycięliście znaczne fragmenty tekstu i dlatego jest niezrozumiały, ale gdzieś tak w połowie dotarło do mnie, że nie, to jednak narracja jest tak innowacyjna. Wiem, że była tam jakaś śmierć na początku, potem chyba fleszbeki... Nie, poddaję się.
Wypaśnego Tłustego Czwartku życzę.
Pozdrawiam,
World Ruler.
Ps. Maskotek w moim mniemaniu bardziej przytulaśny od poprzedniego, ale to pewnie moje zboczenie na tle "Gwiezdnych Wojen" się ujawnia.

Anonimowy pisze...

Chyba mam dzisiaj pecha jeśli chodzi o analizy. Na Plusie Potter, tu także a ja Pottera mam już dość. Zapowiada się nudny czwartek bez analiz, pierwszy od dłuższego czasu.

Hasło: boxiciot, pudełko ciot?

Koyami

SStefania pisze...

Soczyście zielone oczy (też na wskroś japońskie)
Oj, ktoś znowu obejrzał za dużo anime - wyszukiwarka postaci według cech pokazuje mi 290 zielonookich blondynek w japońskich produkcjach.

Zwłaszcza, że Avada zabijała bezkrwawo i w ogóle bez żadnych widocznych śladów.
Jaka avada? Do avady trzeba było wymówić zaklęcie - to najwyżej jakieś niekanoniczne avocado było :)

Hm, zastanawia mnie, dlaczego wszystkie ałtoreczki dają Blaise'owi ksywkę "Diabeł"? Rozumiem, skąd się wzięło, że Draco to "Smok", rozumiem, skąd się wziął blady i jasnooki Zabini (w końcu taki wizerunek był w fandomie powszechny ZANIM filmowcy strollowali fanki czarnoskórym aktorem), ale z czym, do jasnej, wiąże się "Diabeł"? Zastanawia mnie to bardzo.

Czepiacie się. Holmes czasem nie wyściubiał nosa z domu i rozwiązywał zagadkę.
Poirot się kiedyś założył, że zrobi to z fotela i zrobił!

Też mam już trochę dość Pottera, więc jestem trochę zdziwiona, że tak ostro się uśmiałam. Dobra robota, nowy Maskotek najwyraźniej Wam służy :)

Kapcza mówi "screi" - schrei? Może chcę więcej Tokio Hotela?...

Nowhere woman pisze...

Wielkie brawa za wszystkie Pratchettowe i Pythonowe aluzje. Śmiałam się jak nigdy. Och, i za pączki! Wasze zdrowie, drodzy analizatorzy! *zajada się pączkiem z adwokatem*

Azu pisze...

Ej, ta lasencja już chyba wykasowała swoje opko :/ A szkoda, bo byłam ciekawa, czy Mionka powróci jako chamski zombiak. To byłby powrót w chamskim stylu. A narzeczona-lodówka kojarzy mi się z 54 odcinkiem AskThahGuy(tgwtg.com), gdzie facet żeni się z GPSem :P

Atle pisze...

"Harry Potter
Przybył, by zbawić cały świat na czele ze sobą.
To takie... gierczane.
Eee... wybacz, Harry, spóźniłeś się. Dwa tysiące lat.
Ale nie zniechęcaj się, doceniamy dobre chęci."
Jesteście okrutne. Przyszłam do domu, po ciężkim dniu, z zakwasami w ramionach, a wy co? Doprowadzacie mnie do kwiku! Moje biedne mięśnie...

"Wyszłam z cienia [i rozchyliłam znacząco poły płaszcza]. Płacząca kobieta, nie dostrzegła mnie. Ja zaś dostrzegłam bezdomny przecinek. Trzeba go zwabić, złapać i wykastrować, bo się jeszcze rozmnoży!"
To już wiemy skąd akcja "Przygarnij kropka".

"Biegłam przed siebie, wabił mnie zapach. Charakterystyczny, coś mi przypominał. Był ciepły i słodki.
Drożdżowe bułeczki Narcyzy?
Sarnina z orzechami wujaszka Lucjusza?
Kupka niemowlęcia."
Ómarłam. A to dopiero 1/3 analizy.

"Oparła ciało o drzewo.
To ona z jakimś trupem wędruje przez bagna?
No, z nogą przecież.
Może do tej nogi coś jeszcze było przyrośnięte?
Szyneczka?
Ale kto oparł?
Szyneczka."
A to był ostatni gwóźdź do mojej trumny.

"Jesteśmy, jacy jesteśmy- ale na ogół gorsi."
To natomiast widnieje na moim nagrobku po dziś dzień.

Analiza boska. Dawno się tak nie ukwikałam, nie zrelaksowałam i nie odmóżdżyłam. Dziękuję wam :)
Z niecierpliwością czekam na drugą część analizy :).

*na odchodne**fałszuje* Panta rhei, nawet Voldzia trup
się rozpływa, gdy Avadą łup!
Avada Anihilata, jak cudownie to brzmi,
Hakuna Matata, zawyć może byle knyp...

Ps.
Czy Armada ma może jakiś email, by móc się z nią skontaktować prywatnie? Gdyby ktoś miał jakieś pytania...

jasza pisze...

@ Atle:

>Czy Armada ma może jakiś email, by móc się z nią skontaktować prywatnie? Gdyby ktoś miał jakieś pytania...

Jesteśmy na Forum. Link u góry strony, po prawej.

KlaŁn Szyderca pisze...

A mnie zastanawia jedynie, czy Krzywołap był równie parchaty, co dywan z Peru...

Adwokat pisze...

Pięknie. Wielki dzięki za gruntowne poprawienie nastroju. Analiza mnie rozbroiła, szczególnie Malfoy ochoczo wcinający szczurki i Hermiona pachnąca mokrym kocim futrem.
Niech żyje Waazon! Hip, hip! Hura!
No i kocham nowego Maskotka :D.
Pozdrawiam serdecznie.

Adelaar pisze...

"W drugiej chwili blaskiem swej zajebistości Mary Só oślepiła łunę." - ktokolwiek to napisał (niestety mój epicki monitor ma problemy z odcieniami niebieskiego), ma u mnie piwo.

Przyznam się szczerze, że zrozumiałam jedynie opisy bohaterów, w całej reszcie gubiłam się w gąszczu narracji. Ta Ałtorka chyba coś bierze. Swoją drogą, nie rozumiem, skąd się wzięło to branie na robienie z całkiem równej dziewczyny, jaką mimo wszystko była książkowa Hermiona, chamskiej kretynki. *idzie zgłębić problem w pobliże lodówki*

Och, i jeszcze jedno:
"-Masz na sobie suknię z jedwabiu z dodatkiem wstawek i koronkowych falban, które ponętnie okalają ciało. " - wyobraziłam sobie, jak mój Miły mówi mi coś takiego i o mało nie zeszłam ze śmiechu.

Darz Bór!

maruko pisze...

już przy drugim zdaniu zgubiłam się i nadal nie mam zielonego pojęcia kto komu co i czym, ale i tak było pięknie. parchaty Krzywołap w roli mrohnego zwiastuna rządzi ~~

Pigmejka pisze...

Piękne, piękne, piękne! :D Ledwo na oczy widzę ze zmęczenia (dwa ostatnie dni na uczelni mnie prawie zabiły) ale MUSIAŁAM doczytać do końca, takie to było wspaniałe. :)
Miałam skopiować teksty, które mnie najbardziej rozbawiły, ale zrobiło się ich za dużo, więc zrezygnowałam. :P Powiem zatem tylko, że wierszyki mnie doszczętnie zmiotły i zepsuły. :D Ciekawe, co po takiej lekturze mi się przyśni...

PS. Uściski i całusy dla nowego Maskotka! :))

Murazor pisze...

Słówko w kwestii "kakaa" i "muzeumu":

Myślę, że wyraz "kakao" podobnie jak wcześniej "radio" i "studio" coraz mocniej ciąży w stronę bycia wyrazem odmiennym. To chyba dobrze. W sumie chyba powinniśmy się cieszyć, że aŁtorka nie napisała: "kakała". :) To by dopiero było!

"Akwarium", "muzeum", czy "liceum" raczej jeszcze długo pozostaną nieodmienne, acz dla naszych pradziadków "album" było też nieodmienne i rodzaju nijakiego...

Dzidka pisze...

Przyznaję bez bicia: nie wiem, o czym czytałam. Na początku wydawało mi się, że może wycięliście znaczne fragmenty tekstu i dlatego jest niezrozumiały, ale gdzieś tak w połowie dotarło do mnie, że nie, to jednak narracja jest tak innowacyjna.

Miałam dokładnie to samo. Nawet się zirytowałam, gdzie się podziały streszczenia wyciętych fragmentow :)

Vespa pisze...

Też nic kompletnie nie zrozumiałam, poza komentarzami. Wędrówka Mionki przez bagna z trupią noga będzie mi się dziś śniła w nocy.

Prywatnie najbardziej polubiłam pionowe zielenice. Coś jakby tresowane węgorze.

Hasło: operseli. Kto kogo?

Anonimowy pisze...

hehe... Yuko? Podejrzewam, że aŁtoreczka miała na myśli Yuki, ale możliwe, że rzeczywiście Yuko - z jap. skuteczny, o ile napisze się to z akcentami (długie "o" i "u"), ale mój słowni może się mylić... a opis to chyba wzorowała na Dedairze z Naruto. Tyklo zdjęcie chybacwidziała. Albo nie dotarło do niej, że to facet (rozumiem ją - też tak mam z Kaulitzami)

Anonimowy pisze...

Uhuhu. Analiza przednia :D Swoją drogą ciekawi mnie gdzie tu był te ciekawe pomysłu aŁtorki? No, nie ważne. A! Co mi się jeszcze w oczy rzuciło to to: Mój głos przeciął powietrze. Oczy mojej ofiary natychmiastowo zostały skierowane na moją sylwetkę. czy tylko ja widzę tutaj niesamowite wręcz pokłady samouwielbienia boCHaterki? :D Chociaż już powinnam chyba przywyknąć... wszak to Mary Sue!
Pozdrawiam
Aartz

Anonimowy pisze...

O kurczę. Pomysłu aŁtorku.. chyba mi się udzieliło :) No, już milknę *wycofuje się chyłkiem*

Kinga pisze...

Ło, toz to turpistyczne bylo, chamska Hermiona i kot parchaty. Przy tym kot saczacy alkohol, jak u Bulhakova prawie :-) I mroczny zapach Londynu ...
Ha ha ha :-D Az lezka mi poleciala (samotna, krysztalowa) po policzku ...

Croyance

Anonimowy pisze...

Jesteście borscy! Skwiczałam się i natychmiast wysłałam linka różnym moim znajomym. Kontynuujcie zbożne dzieło, dodaję blog do Ulubionych.