czwartek, 12 lutego 2015

286. Akademia Górniczo-Hutnicza rzondzi, czyli szarlatan z tasakiem (2/2)

Drodzy Czytelnicy!
To kolejna analiza opowiadania, w której bełty bełtają, a obdartus zamiast zostać bogatym kupcem broniącym krwi, tę krew rozlewa (z nosa), ale jednak używa Wunderwaffe i przeżywa. W tej części cofamy się w przeszłość (nie wiemy, po co, a Pisak też nie wyjaśnia). Jak zwykle jest dużo krwi, dużo wrzasku, dużo dziwnych technik walki, a na koniec również medycyna alternatywna.
Żeby nie było wątpliwości - analizujemy kunszt narracyjny autora opowiadania, a nie grę, na podstawie której ono powstało.


Analizują: Kura, Jasza i Sineira


36 lat wcześniej (Derek jeszcze jako, tako wróci).
Chyba raczej jako (takie-o) zombie.
Na miękkich nogach wyjdzie z wehikułu czasu jako taco-bell...


EDIT: Żeby nie było niejasności, tekst dotyczy Rhodockiej rebelii o której było trochę w grze.
(Według http://mountandblade.wikia.com w bliżej nieokreślonej przeszłości Rhodokowie zbuntowali się przeciwko Królestwu Swadii i wywalczyli sobie niepodległość. Przywódcą rebelii był Grunwalder, którego imieniem nazwano zamek znany nam z pierwszej części opka)

Jestem Konrad Maria Ryis. Pochodzę z drobnoszlacheckiej rodziny, mieszkamy w Praven.
Pasiemy kózki, handlujemy królikami.


Gdy miałem już 17 wiosen na karku, ojciec rzekł.
- Synu! Czas abyś wyruszył w świat. Nasza rodzina podupada, jam już jest stary, matka chora. Chcę abyś wyruszył jako kupiec, jako wojownik możesz być kim chcesz, bylebyś uratował naszą krew.
Nie wiem, czy ojciec to do końca przemyślał. Kariera wojownika może się nieco kłócić z zachowaniem krwi. W tym zawodzie  - cóż za pech! - dość się ją często rozlewa, w dodatku istnieje spore  ryzyko rozlewu, że tak powiem, letalnego.
No i dlatego ojciec chce, żeby syn wyruszył jako kupiec (choć jednocześnie robi dyskretną reklamę karierze wojownika).


Miejże synów i córki, daję ci błogosławieństwo.
Gdybyśmy nie byli tacy podupadnięci, pozwoliłbym ci tylko na synów.


Wyrusz już jutro, nami się służba zajmie.
Gdyby wyruszył pojutrze, służba by się zbuntowała.


- Ależ ojcze! Ja jeszcze za młody.......
- A JA CI KAŻĘ!!! Idź i rozmnażaj się!!!
W ciszy odszedłem, dla ojca to nie było nic dziwnego.
To, że syn odchodził w ciszy? Stary terrorysta.


Widocznie kiedyś przeszedł to samo, los naszego herbu spoczywa w moich rękach, nie zawiodę go. Następnego zimnego ranka, pożegnałem się z rodziną i wyruszyłem w świat.
Po długiej wędrówce trafiłem do Doliny Muminków i zaprzyjaźniłem się z pewnym małym trollem.


Czułem się zagubiony, nie wiedziałem co robić. Postanowiłem wyruszyć do obozu treningowego.
Chyba nie o to panu ojcu chodziło…?
A te obozy rozsiane były wszędzie.

Jechałem na moim starym koniu. W połowie drogi do obozu, zatrzymali mnie bandyci.
- Oddawaj wszystko co masz! Konia też bierzemy!!
- Stary czy nie stary, na kabanosy się nada!
- Jedyne co mam, to honor! Bierzecie, czy nie?


Ja przerażony oddałem wszystko co miałem, zostałem pośród łąk, zostawili tylko ubrania.
Jacyś głupi ci bandyci. Ciuchy mogły być więcej warte od tej starej szkapy.


Udałem się dalej do obozu, z myślą, że po przeszkoleniu nie będę się dawał takim szumowinom.
Przprszm, a czym właściwie zajmował się ten syn szlachcica, niechby i drobnego, przez siedemnaście lat swojego życia? Ojciec nie nauczył go chociaż trochę mieczem robić?
Pisak najwidoczniej sobie nie uświadamia, że przedłużone dzieciństwo to współczesny wynalazek.


Wkroczyłem krokiem defiladowym do obozu wieczorem.
Wszyscy żołnierze mi salutowali.


- Wita w naszym obozie treningowym!
- To jeden z tych wsiowych głupków, jakich się mnóstwo tutaj kręci.


Widzę żeś biedak, lub cię bandyci złupili, bierz ten miecz, dla obrony, na mój koszt.
Buchachachacha!!! Takie rzeczy to tylko w grach. Niektórych.
Wypadałoby chociaż wspomnieć, KTO to powiedział. Wędrowny Rozdawacz Mieczy? Hojna staruszka? Anonimowy Dobroczyńca Początkujących BoChaterów?
Pani Jeziora też to nie była...


- Ehmmm dziękuję..... ja tu przybyłem na szkolenie.
- Jest suchy chleb dla konia?


Odparłem zadowolony z miecza. Piękne ostrze pobłyskiwało, w ostatnich promieniach słońca.
Oraz mieniło się nadprogramowymi kropkami i przecinkami, których w tym tekście jest pod dostatkiem.
Tak, tak. Przychodzi oberwaniec i z miejsca dostaje piękny miecz skrzący się w blasku zachodzącego słońca.


- No dobrze. Może zacznijmy od razu, bo jutro wyruszam do Halmar. Dam ci jedną, dobrą lekcję. Chodź za mną!
Po czym Anonimowy Dobroczyńca Początkujących BoChaterów dał Konradowi Marii w mordę i wyjaśnił uprzejmie, że w prawdziwym życiu tylko tyle może dostać za darmo i na piękne oczy.


Poszedłem za instruktorem. Wręczył mi drewniany miecz i rozpocząłem walkę z młodym wojownikiem, który tam stał całymi dniami i tylko czekał na kogoś, z kim mógłby powalczyć, bo nie miał nic innego do roboty.
- Teraz go pobij!! Zmylaj wroga!!
A nawet zmydlaj, to go wpieni! [taka uwaga dla aŁtora: nie ma w polszczyźnie “zmylaj”]

Nie dawaj się uderzyć........
I mnogokropkiem go po oczach!
A “młody wojownik” nie wiedział o co w tym wszystkim chodzi i dał się zmylać.
Może to był manekin…
http://rosetta.null-zero.com/wp-content/uploads/2008/12/kungfu1.jpg


Szkolenie trwało całą noc.
Jestem zmęczony. Daj mi koc
I nakryj mnie, gdybym rozgrzebał się
Zacząłem przecież jeszcze w dzień


Szkolenie trwało całą noc.
Tak, że zdobyłem informacji moc
Moje dwie ręce obolałe mam
Szkoliłem się przecież nie sam.


(śpiewać na melodię “Przesłuchiwałem całą noc” Kazika)


Poczułem się lepszym wojownikiem.
Ale za to bardzo niewyspanym.


(to jest właśnie żywy przykład, jak bardzo mechanika gry NIE sprawdza się w opowiadaniu)
(no wiesz, przynajmniej już wiedział, za który koniec się trzyma ten cały miecz)


Pożegnałem się z instruktorem i wyruszyłem w stronę Jelkali. Następnego dnia ujrzałem Jelkalę, nad bramą powiewał herb lorda Edwina Devilana. Jako że na dachu stajni ojca często jeździłem konno, byłem dobrym jeźdźcem, postanowiłem zaciągnąć się na Swadiańskiego konnego.
BoChater ewidentnie liczy na to, że zaraz spotka Anonimowego Rozdawacza Koni Początkującym BoChaterom.


Jakimś cudem myślałem (bo zwykle mi się to nie udawało), że trafię do garnizonu, tego potężnego miasta [znaczy: garnizon był potężym miastem?] i będę odbierał żołd nie bojąc się o wojnę, na razie chciałem tylko trochę zarobić.
I się przy tym nie narobić.
A ja się boję o gramatykę.


Udałem się do koszar, spotkałem sierżanta rekrutacyjnego.
Wiedziałem, że to ten, bo miał taki napis nad głową.
Wpleciony był w kędziory i ozdobiony muszelkami.


Bez zastanowienia rzekłem.
- Chcę się zaciągnąć na konnego!
Ojej...


On ze zmieszaniem.
- A z jakiej racji?!?!?
Dobrze gada, polać mu!


Chyba, że się wykażesz jako piechur, a jak żeś szlachcic, to dostaniesz w ryj, jednak na takiego to mi nie wyglądasz.
- A jednak jestem szlachcic!
Wyciągnąłem dokument potwierdzający pochodzenie, który wziąłem na wszelki wypadek.
I który do tej pory trzymałem w pluderkach, dzięki czemu bandyci mi go nie ukradli.


- Toś mnie wziął szlachcicu. Tyś z Ryisów. Pochodzisz z Praven??
No nie mogę, cały czas czytam “z Rysiów”. I te podwójne znaki interpunkcyjne, spadek po GG...


- Tak.
- To już takimi lord się zajmuje. Powiedz strażom, że kazałem cię przepuścić, zdaj im broń i idź do lorda.
Tak też uczyniłem, straże mnie przepuściły. W zamku spotkałem się z lordem.
- Witam mości panie!
Boru, stary Ryis nie tylko nie nauczył dzieciaka podstaw rycerskiego rzemiosła, ale nawet nie wbił mu do głowy podstaw dobrego wychowania… Nic dziwnego, że ród podupadł.


- Witam mości panie!
Rzekłem kłaniając się.
Kto kogo wita? Obdartus lorda w jego zamku?


lord za to zdzielił mnie rękawicą po głowie.
No, nie dziwię mu się.
Też myśleliście, że chociaż lord zachowa się stosownie do swej pozycji? Otóż nie:


- Bez takich ceremoniałów! Z młodym szlachcicem na równi mówię!
I dlatego ich wali po łbach rękawicami, egalitarysta jeden.


Jam lord Devilan, chyba ci już mój herb znany?
- Ano pięknie nad murem powiewa. Jak kalesony na sznurze.
Ale ja tu w innej sprawie niż poznanie się. Ja chcę ci służyć w garnizonie miasta.
Służyć radą czy ramieniem?


Devilan z niezadowoleniem.
- Niestety miejsc już nie mamy. Jeśli tak będziesz chciał, mogę cię jedynie do lorda Harlausa oddziału przyłączyć, akurat jest teraz w zamku. Chodź ze mną.
Bo lord nie ma co robić, tylko osobiście zajmować się każdym drobnym szlachetką, który mu się przypałęta.


Przeszliśmy przez salę, był tam lord Harlaus, bawił małego syna Devilana starą kuszą.
Tu korbeczka, a tu cięciweczka… Tutaj kładziemy bełcik, ooo tak. I myk! Fruuu poleciaaał!
Wujciu Harciu, a dlaczego tatuś się trzyma za brzuszek i tak robi takie śmiesznie miny?


- Harlausie! Chciałbym ci przedstawić tego młodego szlachcica. Oto Konrad Ryis, pochodzi z Praven, chce wstąpić do garnizonu, aczkolwiek nie mam miejsca. Mógłbyś przygarnąć go jako konnego do wojska??
Przywitaliśmy się. On na prośbę Devilana.
W sensie, że Harlaus raczył się przywitać dopiero wtedy, gdy Devilan go o to wyraźnie poprosił?
Inaczej dostałby rękawicą w ucho.


- Pójdę z nim to omówię, może wreszcie wyrwę się od tego knuta.
Jeden lord robi u drugiego lorda za niańkę, w dodatku w obecności ojca przezywa dziecko od jakichś batów. Matko Borska, to było pisane na trzeźwo?
Może nie?


Cały czas gada, że chce być "Lodoćkim kuśnikem". Chodź młody!
Chodź młody, leż stary, lewituj w wieku średnim.
Zapamiętajmy tego berbecia.


Poszliśmy na stronę.
Czyli do zamkowej wygódki.
Bo tylko w sraczyku można było swobodnie porozmawiać.


- Przyjmę cię, potrzebuję wojska. Na razie będziesz musiał się udać na szkolenie. Mamy taki zwyczaj ze szlachciców robić rycerzy.
A z ogórków - mizerię.


Mrugnął okiem i odszedł, mówiąc gdzie odebrać uzbrojenie i gdzie czeka oddział.
Puścił perskie oko, że “no wiesz jak to działa”.

Minęły dwa lata. Na szkoleniu spędzałem większość czasu, podróżowałem też przez pewien czas z rycerzem Karvanem jako jego giermek, zniszczyliśmy kryjówkę bandytów.
Tak we dwóch, od niechcenia i właściwie przypadkiem.
Taki bałagan zrobili, że nikt już nie odważył się wejść.


W oddziale Harlausa służyłem jako kawalerzysta.
Kursant, giermek i kawalerzysta - nie za dużo tego dobrego? A w wolnych chwilach zajmował się handlem obwoźnym?
Przecież ojciec nakazał mu być kupcem.


Dostałem porządny hełm i kolczugę, a także długą lancę. Jednak jeszze nie stoczyłem żadnej bitwy.
Potwierdza się moja teza o przypadkowym zniszczeniu kryjówki… ach, moment! No tak, oni zniszczyli kryjówkę! A ja, głupia, myślałam, że rozbili grupę bandytów.


Czułem się gorszy od tych wszystkich doświadczonych żołnierzy.
Jak na złość od dwóch lat trwał pokój, co za pech.


Pewnego dnia do Harlausa przybył posłaniec od Króla.
Nie było jeszcze internetu, więc posłaniec Króla bełkotał językiem pocztowych depesz:


- Panie! Panie! STOP Król przesyła wiadomość z Jelkali. STOP Plemię Rhodockie się zbuntowało pod przywództwem Grunwaldera, wewnątrz miasta Jelkali resztki sił bronią zamku. STOP Wszyscy mają się stawić na rozkaz króla Rolanda! STOP Wzywamy do obrony królestwa! STOP
I umarł.


- A cóż to za cholerstwo?? Bez takiej mowy! Idźże owce paść tchórzu, my już się walką zajmiemy.
Eeee, ale o ssso choziii? W którym miejscu posłaniec powiedział cokolwiek, co mogłoby spowodować taką reakcję?


ODDZIAŁ ZBIERAMY GRATY I NA JELKALĘ, POMÓC DEVILANOWI, CZYŻBY TEN STARZEC NIE UMIAŁ SIĘ OBRONIĆ PRZED WIEŚNIAKAMI!!!
W tym miejscu chciałam tylko sprawdzić, w jakim król powinien być wieku. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy na http://mountandblade.wikia.com dowiedziałam się, że w grze Hrabia Devilan był wasalem Króla Harlausa, przed którym panował Król Esterich, a tak w ogóle stolicą Swadii jest Praven. Aha. To opko trudno nawet nazwać fanfikiem.


Polubiłem charakter Harlausa, może był trochę arogancki i niektórych denerwował, ale cieszyłem się, że mu służę.


Całą sytuacja mnie nie ruszyła, tak jak Harlaus sądziłem, że to wieśniacy się zbuntowali a Devilan nie opanował sytuacji. Wyruszyliśmy prędko. Dwie godziny później byliśmy na miejscu.
Dwie godziny? Matko Borska, kto te miasta lokował tak blisko siebie, Bezdennie Głupi Johnson?


Pod miastem dopadło nas zdziwienie.
I wgryzło się nam w szyje.


- Ku*wa mać! Oni mają miastoo.......
Ooooo!
Aaaaa?


Zakrzyknął Harlaus i skończył drżącym głosem. Wiedział, że sytuacja jest kiepska.
A widział to przez wysoki mur, który otacza Jelkalę. O, taki:
250


- Konnica za mną, wyrżnąć ich!!!!!
Ach, przepraszam, on nawet tego muru nie widział, cierpiał na wybiórczą ślepotę.


Dał rozkaz i pośpieszyliśmy za nim. Ledwo nadążaliśmy, chciał uratować swojego przyjaciela starego Devilana, jadnak nie chcieliśmy by w szale wpadł sam między wrogów. Lorda nic nie obchodziło, pędził na złamany kark. Rozkazy przeją [!] Karvan i ustawił nas w szyk do przekroczenia bramy.
Całe szczęście, że Rhodoccy najeźdźcy ją wcześniej rozbili, bo inaczej Harlaus by się w nią wprasował.
Zostawiłby w niej swój ślad.


Rhodoccy strażnicy pilnujący zdobytego miasta zniknęli, pod naszymi wierzchowcami został po nich tylko swąd.
Idźcie precz, autorzy kreskówek!


Rhodocy ściągnęli najemną konnicę, najemnicy wkroczyli w pogoń po mieście.
Czyli jakoś tak: w mieście trwała właśnie pogoń (może za dobrobytem), kiedy nagle wkroczyli najemnicy i tę pogoń zakłócili?
Bo w konnicę goniącą się po mieście nie uwierzę.
Ojtam, ganiali się z piskiem opon… znaczy, rżeniem na zakrętach.


Było nas czterdziestu, rozdzieliliśmy się. Za mną pognali dwaj najemnicy, przerażony rozpędziłem konia do cwału.
Nadal nie wierzę. Odmawiam przyjęcia do wiadomości.
Może nagle przeniosło ich do Bukaresztu. Tam jest dużo miejsca, żeby się rozpędzać.
http://ocdn.eu/images/pulscms/ZGU7MDQsMCwyMiwyNTIsMTRlOzA2LDMyMCwxYzI_/b0b8aa517814842896b1d96cedb55960.jpg


Nie dało się tak jednak jeździć po płonącym mieście.
Ha, wpadłeś na to, brawo. Lepiej późno niż wcale.
Zwłaszcza, jeśli mieli ulice dwukierunkowe.


Szybko szarpnąłem i zatrzymałem konia, nachyliłem lancę w bok. Nadziałem konia najemnika, uderzenie było potężne, prawie złamało mi rękę.
Sądząc z opisu, koń sam się nadział. Taki koński kamikaze.


Ciało jego konia wpadło na mojego, najemnika zgniotło, okropnie krzyczał. Łeb konia mnie przygniótł, odwaliłem go i wstałem, wdałem się w walkę z Rhdokiem.
Przecież był już zgnieciony.
Dla niego trud skończony.


- Swadiański pies!! AGHHH!!!
Akademia Górniczo-Hutnicza!


Wybiegł na mnie jak szalony, ledwo uniknąłem ciosu, rozłupałby mi głowę.
Obaj są przerażająco żwawi jak na facetów chwilę temu przygniecionych przez konie.


Złapałem go za rękę, ten (ten ręka?) wymierzył mi cios łokciem prosto w nos, krew trysnęła i lała się strumieniami.
giphy.gif

Otarłem nos i odepchnąłem przeciwnika na wóz. Wóz się przewalił przygniatając go słomą, podszedłem dobić, ten jednak atakował dalej. Sparowałem tarczą, huk byłby okropny [gdyby nie młócili słomy], krew cały czas spływała mi do ust.


Zmyliłem go, że chcę uderzyć w bok, on ciężkim młotem parował. Ja za to szybko zmieniłem kierunek i ciąłem go w twarz. Upadł i się wykrwawił, splunąłem na niego [jak obyczaj rycerski kazał], wskoczyłem na konia który się już podniósł i pojechałem w stronę zamku.
BoChater zalewa okolicę strumieniami juchy z nosa i jakoś żyje, a wróg natychmiastowo pada trupem od jakiegoś “cięcia przez twarz”. Ech, ciężki jest los eNPeCa.
Szkoda, że aŁtor napisał tę scenę na odwal i szkoda, że jej nie dopracował. No tak, ale gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem.


Był tam Harlaus i większość żołnierzy.
- Wkraczamy! Straciliśmy tylko czternastu! Tam czeka nas jatka!
Tam stracimy pozostałych dwudziestu sześciu, hop, siup, hurra!


Otworzył drzwi z kopniaka i jednym pięknym machnięciem miecza, zabił stojącego tam Rhodoka.
Jak muchę packą.
Drugiego załatwił skrzydłem drzwi. Dostał w nos, padł na pawiment i już ani nie drgnął.


Posoka trysnęła mi na tarczę. Harlaus z okrzykiem bojowym wbiegł w kilkunastu Rhodoków, poszliśmy mu z pomocą.
Ale nie skoczyliśmy ani nie pobiegliśmy, co to, to nie. Szlachetnie urodzonemu nie wypada się spieszyć.


Ciosem w plecy zabiłem jednego, upadł na twarz, jęknął "Ty psie!" i skonał.
*blednie z oburzenia* W plecy? To się nie godzi!


Wbiegaliśmy po schodach, za cofającymi się Rhodokami, szarpnąłem jednego za tabard i zrzuciłem z wysokich schodów. Wokół była istna rzeźnia, unosiła się krwista mgiełka. Jeden z nich dostał od naszego buławą, kawałki jego głowy znalazły się na ścianie.
*zamyśla się, wyobrażając sobie tę scenę* A wiecie, że ten Pisak chyba jednak ma jakiś potencjał?


Przebiłem plemieńca, ten stoczył się ze schodów wraz z moim mieczem, który utknął mu w brzuchu.
A’propos plemieńca: dotąd szukałam informacji w źródłach anglojęzycznych, ale w końcu sprawdziłam, jak “tribesman” (który jest pojęciem z “troop tree”, czyli drzewka rozwoju jednostek wojskowych) został przetłumaczony w wersji polskiej. Otóż jako “rekrut”, co ma sens i trzyma się kupy. I na tym może zakończmy dyskusję o słuszności nazywania kogokolwiek “plemieńcem”.


Wziąłem włócznię i dziobałem znajdujących się dalej.
Gdacząc przy tym jak wściekła kura.
Dziab, ty wstrętny wrogu! Dziab! Dziab!


W końcu stanęliśmy na czerwonym wodospadzie ze schodów i zauważyliśmy, że wszystkich pokonaliśmy.
Strasznie boli zestawienie obiecującego “czerwonego wodospadu” ze sztywnym, szkolnym “zauważyliśmy, że wszystkich pokonaliśmy”.


Harlaus udał się do komnat lorda.
Stary Devilan (który w międzyczasie został zdetronizowany) leżał zabity, tylko my przybyliśmy z pomocą. Mały Devilan krył się w szafie, z zakrwawionym mieczem ojca.
I dlatego stary zginął - bo mały mu podwędził broń.


Harlaus łkał nad ciałem przyjaciela. My wzięliśmy małego z dala od tego przykrego widoku.
Bowiem łkający Harlaus był najbardziej przykrym widokiem w okolicy.


Rhodoków jednak nie było mało, wcześniej wysłany zwiadowca powrócił i poinformował, że Grunwalder zebrał wielką armię na polu przy górach i planuje przybyć do Jelkali.
Na tym jedynym polu, przy tych jedynych górach. Dokładny adres jest dokładny.


Jeszcze nie wiedział, że jego poplecznicy zostali wybici, musieliśmy szybko uciekać.........
Tuptuptup po tych wielokropkach.

Po pokonaniu sił rebelianckich w Jelkali, przyszedł czas aby się wycofać. Zwiadowcy przynosili coraz bardziej niepokojące raporty, oddziały Grunwaldera były coraz bliżej.
Obmyłem się z krwi, przy studni na dziedzińcu.
Pierwsze dwa zdania sugerują, że to wszystko działo się przez jakiś czas (kilka dni?) po bitwie. Trzecie - że bitwa skończyła się dopiero co (chyba żeby założyć, że nasz bohater przez kilka dni chodził nieumyty).


Miałem strasznie pokaleczone prawe ramię, w wirze walki nawet nie czułem ran, teraz okropnie bolały, niektóre nawet ropiały.
Co powiesz na gangrenę?
Szybka z niej franca w tym świecie.


Nie było jednak wiele czasu, gdy Harlaus pochował swojego przyjaciela, wyszedł na schody zamkowe i rzekł.
I zamilkł.
Mam rozumieć, że pochował go pod podłogą komnaty?
Niech Grunwalderowi śmierdzi w najlepsze.


- Wojownicy! Jak już zapewne wiecie Grunwalder tu zmierza. Aczkolwiek najnowsze raporty zwiadowców donoszą, że wróg jest już blisko, najprawdopodobniej widzą miasto.
Kwiiik! Do dupy taki zwiad, tyle to mógłby powiedzieć byle cieć stojący na murach.
Aczkolwiek Pisak sili się jak może na archaizację języka, to mu bardzo nie wychodzi.


Dziewięć setek żołnierzy chce nas okrążyć!! Teraz nie walczymy o te [to] pie*dolone królestwo! Teraz walczymy o nasze życie lenie!! Żebyście mogli jeszcze się lenić i puszczać bąki w łożach, musimy się stąd wyrwać!! Dupy w troki i szykować się! Prędko!
Ej, podoba mi się ta przemowa, z Harlausa wyszedł stary trep. Tylko te podwójne wykrzykniki psują efekt.


Wszyscy byli wystraszeni, nasza liczba przed atakiem, nie przekraczała pięćdziesięciu żołnierzy. Podczas szturmu padło też kilku.
Uprzejmie przypominam, że przed rzezią na schodach było was dwudziestu sześciu.
Niech uważają, bo skończą z ujemną liczbą wojowników, jak Zoran Barbarzyńca i jego towarzysze.


Zacząłem myśleć o rodzinie, nie widziałem ich od dwóch lat, matka mogła nie żyć.
A ojca pies drapał, i tak go nie lubiłem.
Zaczął myśleć, ale na szczęście nie dokończył.


Musiałęm przeżyć, żeby ich jeszcze odwiedzić i przynajmniej się pożegnać. Założyłem zbroję, znalazłem stary hełm garnczkowy, przywdziałem go i wyjechałem na rynek miasta.
E? To on nie miał własnej zbroi, hełmu itd. tylko musiał po kątach jakieś stare znajdować?
Zużyła mu się i modyfikatory jej spadły.


Oddział powoli się zbierał, większość z nas byłą ranna i wyczerpana, jednak gotowa do walki.
Niestety, tylko psychicznie.


Przyjechał lord.
- Jesteśmy wszyscy?? Chyba tak. Za mną!!
A gdzie “w dwuszeregu zbiórka” albo chociaż “kolejno odlicz”?


Powoli podjechaliśmy do bramy, żeby nie męczyć koni. Wszyscy byli cicho. Dojechaliśmy do bramy. Zatkało nas....
Co za różnica, i tak już wcześniej wszyscy byli cicho.
Ale dlaczego nikt nie wpadł na tak rewolucyjny pomysł, aby bramę zamknąć?


- Boże! Nie miej nas w opiece, bo twa opieka sprowadzi nas do nieba, a ginąć jeszcze nie chcemy....
Rzekł ironicznie Harlaus. Za bramą rozciągały się setki rzędów Rhodockich rebeliantów, okrążyli miasto.
A zwiadowcy mówili o dziewięciu setkach. Albo ślepi, albo ich wróg przekupił.
Może to było sto rządków po dziewięć osób. Btw, Sine, nie będziemy wzbudzać kolejnego flejma przypomnieniem, czego w tym uniwersum nie ma?
Och, no nie wiem, ja się właśnie zastanawiam, dlaczego boChaterowie nie uciekną stamtąd śmigłowcem, przecież Pisak nikomu i niczemu by nie zaszkodził dokładając ten śmigłowiec oh wait....
 
- Skąd oni tylu wzięli??
Zapytał się jakiś żołnierz.
- Pewnie wzięli wszystkich Rhodoków z tej ziemi.
Ktoś odrzekł
Zawsze mnie zastanawia, jakim cudem ktoś, kto bierze się za pisanie, nie przeczytał w życiu ani jednej książki. Gdyby przeczytał, to by wiedział jak się zapisuje dialogi, prawda?


Harlaus po chwili namysłu rzekł.
- Za mną, widzę miejsce gdzie się przebić można!!!
Moment. Po pierwsze, król wzywał wszystkich do obrony królestwa. Ta czterdziestka to byli WSZYSCY? Gdzie pozostałe wojska swadiańskie? Gdzie mieszkańcy Jelkali?
Po drugie, jaki był sens odbijania miasta, skoro teraz Harlaus chce je tak po prostu oddać?
Po trzecie, dlaczego ja tu szukam sensu?


Zerwaliśmy konie z miejsca i pognaliśmy za lordem, który niczego się nie bał, jechał na samym czele. Byliśmy jeszcze daleko, ale już dostaliśmy rozkazy co do formacji.
Nie, nie byliście daleko. Byliście o rzut beretem, i to bez kamienia w środku, bo “Za bramą rozciągały się setki rzędów Rhodockich rebeliantów”.


Jak dla mnie, na drugą bitwę w życiu, ta była o wiele za duża.
- Formować klin!! Na trzydzieści metrów gruby ich rząd, będzie walka!!!
Chyba raczej efektowne samobójstwo… Struktura wojskowa Rhodoków wzorowana jest na szwajcarskiej piechocie, więc gotowe do bitwy wojsko Rhodockie wygląda tak:
250
Co taka wyszkolona piechota robiła z konnicą, to już sobie sami poczytajcie w ramach ciekawostki. Tu, oczywiście, będzie inaczej, bo to jest fanfik, a w fanfiku “nasi” nie mogą zginąć.


Wykrzyknął Harlaus. Znajdowałem się na lewym skrzydle w klinie, w czwartym rzędzie.
Przypomnijmy jeszcze raz - dwudziestu sześciu chłopa utworzyło klin. I wbili się w tysięczne rzesze wroga.
To były bardzo mocarne chłopy.


- Bełty! Tarcze w górę!!
Dał ostrzeżenie Karvan. Wszyscy równocześnie osłonili się tarczami, jednak chyba każdy martwił się o konie, bo to one były głównym celem ostrzału.
Na szczęście w M&B swadiańskie konie są lepiej opancerzone od jeźdźców. ;)


każdy kto wypadł z formacji tracił szanse na przebicie się. Bełty zaczęły gruchotać tarcze, jeden przebił się przez drewno i ranił mi rękę. Harlaus dostał w hełm, powstało swoiste wgłębienie i nieswoiste wybrzuszenie. Bełt się odbił i spadł na jego siodło.
- Osobiście wbiję ci go w dupsko, Grunwalderze!!! Nastawić lance!! Już blisko!
To opko jest tak nudne, że nawet Miazmat ogranicza się do leniwego łypnięcia okiem - “No dobra, wiecie, że tu jestem”.


Bitwa trwa, odległości między jej uczestnikami oraz liczebność oddziału swadiańskiego pozostają niejasne, a może nawet bardzo ciemne.


Wszyscy zaczęli Rhodocy wrzeszczeć.
Poplątała wrażenia się z im składnia.
Yoda mistrz z nimi był.


Lancami nadzialiśmy pierwszy, łamiący się rząd. Kilka koni się wywróciło efektownym saltem, spadając przygniotły Rhodoków.
A my, zwalając się z siodeł, sialiśmy dalsze spustoszenia.
A potem takiego konia nadzianego na lancę - jebut! - przenosili nad rzędem wroga, wskakiwali nań i następne kółeczko!
To nie Skyrim, tu nie ma latających koni. *gugla, gugla, aż tu nagle....* Za to są nadrzewne!


Walczyliśmy jak szaleni. Plemieńcy próbowali ściągać nas z koni, jednak w pełnym rynsztunku byliśmy zbyt ciężcy do ruszenia.
Hmmm, “ciężki” to nie to samo co “przybity gwoździami”.


Kusznicy z tylnych szeregów umilkli. Rozbiegli się w strachu.
- Od tyłu grzeją! Chcą nas zmiażdżyć!!
Kto to krzyczy i do kogo oraz kto grzeje - tego już się nie dowiemy.


Padło ostrzeżenie. Ciąłem kogoś mieczem, ciężko przeszedł na wylot. Gdy ciało się przewracało, wyciągało mi miecz z ręki.
A gdy wstawało, to wpychało go z powrotem.
I tak powstała wańka-wstańka, ulubiona zabawka całych pokoleń dzieci w RWPG

Kopnąłem truchło, upadło a miecz wyszedł do sklepu po mleko. Boleśnie kaleczyli mi nogi, wy dranie! świnie jesteście! koń był opancerzony ale ledwo dyszał.
Był również podkuty, ale nie tańczył kankana.


Włócznie łamały się na jego klacie.
Którą był sobie wyrobił na osiedlowej siłce.


Byłem bardzo wdzięczny temu zwierzęciu. Obciąłem komuś dłoń, zajęczał i rzucił mi w twarz tarczą. Dzięki bogu założyłem wcześniej ten stary zakryty hełm, gdyby nie to, miałbym twarz w kawałkach.
A tak to luzik, tylko nos mi zmiażdżyło.


Ale i tak to mną zatrzęsło, koń przechylił się na bok,
Jeżeli cios był tak potężny, że aż koniem zarzuciło, to hełm na niewiele się zdał.
ja podparłem się nogą cały czas zostając na siodle.
Awykonalne. Chyba się komuś koń pomylił z motocyklem.


Zwierze stratowało pięciu plemieńców.
W przechyle i podparte nogą jeźdźca. Tja, na pewno.
To taka nowa technika walki: wbijasz w ziemię miecz, łapiesz go mocno, nogami ściskasz boki konia, a potem wziu! jednym podrzutem odrywasz go od ziemi i kręcisz w kółko.


- Dalej przeć!!!
I głęboko oddychać!
Już widać główkę!


Krzyczał lord. Zostało kilka metrów, przeciąłem komuś głowę, kawałek czaszki trysnął mi w prawe oko, oślepiając je na chwilę.
Wytryska kawałek czaszki,
Krwi kryształ z gruchotem się toczy.
To są rycerskie igraszki
Gdy trupom piach leje się w oczy.


Dech śmierci, gdy mierzwi włosy
W galarcik kolana zamienia
Więc czaszka - to jasne - tym bardziej
Stan zmienić może skupienia.


Popędziłem konia. Spojrzałem w lewo, Karvan ciął na prawo i lewo, nagle wyskoczył Rhodok, nabił jego konia na rożen, Karvan spadł.


Wybiliśmy się ja, Harlaus i siedmiu konnych.
A Rhodokowie stali w szpalerze i dopingowali.
Rozumiem, że wybili się w sensie “wyrwali z pola bitwy” a nie w sensie “siebie nawzajem”?


Szybko pędziliśmy za wzgórze, kusznicy zaczęli strzelać. Założyliśmy tarcze na plecy, ktoś dostał, przejechał drętwo kilkanaście metrów i spadł z konia.
Drętwa była gadka rannego rycerza,
Sztywno siedział w siodle, gdy ku śmierci zmierzał.


Gnaliśmy czym prędzej, ci co spadli z koni, próbowali podtrzymać jeszcze walkę, żebyśmy uciekli.
Leżąc w kałużach krwi, z nogami oplątanymi własnymi flakami, bohatersko gryźli wroga po pęcinach oraz pluli mu na ciżmy.


Udało się nam, wjechać za wzgórze nim kusznicy przeładowali. Zobaczyłem bełty wbijające się w drzewo, przy którym kilka chwil wcześniej przejechałem.
Sądząc z ilości dostrzeżonych szczegółów, nasz dzielny boChater siedział tyłem do kierunku jazdy.


Udało się nam uciec, rebelianci nie wysłali pogoni, przejęli Jelkalę. Kilku uciekinierów ich nie martwiło. Udaliśmy się w stronę zamku Hurlad*.......

Grupka niedobitków rozbija obóz w lesie, nasz bohater bierze kuszę i idzie upolować jakąś zwierzynę na kolację.


Krążyłem po lesie dwie godziny, nie było ani śladu żadnego zwierza. Udając się w głąb lasu ujrzałem pochodnię, a w jej świetle chatę.
Po kij oświetlać pochodnią chatę w głębi lasu?
Żeby jej nikt nie przeoczył?
Ale ona nie była w głębi, przecież boChater ją ujrzał udając się w głąb, czyli jeszcze zanim w ów głąb wlazł.


Zgasiłem swoją, podkradłem się.
Zaraz… to on szedł na łowy z pochodnią? Może jeszcze z gwizdkiem i bębenkiem?
Może myślał, że sarny, tak jak ćmy, zlatują się do ognia.


Wpełzłem w mały krzak, po prostu jak zaskroniec z którego obserwowałem postaci chodzące wokół chaty.
Pewnie sprawdzali, czy ich nikt nie widzi.


Usłyszałem ich rozmowę.
- Zarkan! Kiedy ruszamy??
- O brzasku! Prosto pod zamek Hurald, Grunwalder kazał sprawdzić ich garnizon.
- A masz te przebrania??
- No jasne! Dwa stroje pielgrzymów i jeden najemnika.
Weszli do domu i zgasili pochodnie na zewnątrz.
Już pomijam rozkoszną konspirę, każącą knuć na głos przed domem, ale co oni zrobili z pochodniami? Wyrzucili je przez okno?
Zdmuchnęli je przez okno (przecież najpierw weszli, potem zgasili).
Głupoty gadacie, po prostu w chacie był wyłącznik, weszli i zgasili światła na podjeździe.


Zrozumiałem, że to Rhodoccy szpiedzy. Szybko pobiegłem do naszego obozu, po chwili byłem już na miejscu.
- Harlausie! Panie!
Dyszałem.
- Gdzież zwierzyna??
Głodnemu tylko jedno na myśli.


- Rhodoccy szpiedzy ją zjedli W chacie leśnika, ruszają o świcie pod Hurald!!
Harlaus zdecydowanie.
- Wierzę ci. Te świnie są do takiego czegoś zdolne.
Wyrażam oburzenie w imieniu Rhodoków. Tylko skrajnie zidiociały dowódca nie korzysta z usług szpiegów.
Ależ Sine, to wiele wyjaśnia. Swadianie są tak szlachetni, że z ich usług nie korzystają - i dlatego orientują się, że wróg na nich idzie, kiedy jest już o strzelenie z kuszy od bram.


Fraincis chodź ze mną, ty Ryisie także! Reszta pilnuje obozu.
- Pozwól, że pokażę drogę!
- Nie pozwalam! Sam trafię! Foch!


Poprowadziłem Harlausa i Fraincisa do chaty.
- To tutaj! Dwóch było na zewnątrz, nie wiem ilu w środku.
- Czekajcie mam plan! Daj kuszę Ryis! Tam jest tylne wejście, ja strzelam wy tłuczecie.
Tłuczkami do mięsa. Zrobimy z nich kotlety, skoro zwierzyny w lesie brak.


Masz mój miecz!
To Miecz Przechodni.


Oddałem kuszę i wziąłem za nią miecz. Podeszliśmy z Fraincisem do drzwi frontowych.
A szpiedzy na to myk! myk! przez okno.


Harlaus stojąc z tyłu krzyknął.
- TERAZ! Włazić!
Rozbiliśmy słabe, spróchniałe drzwi i wpadliśmy do chaty.
Jak to tradycyjnie w grach bywa, nikt nie sprawdził, czy w ogóle były zamknięte.


- Pięciu!
Krzyknął Harlaus, wbiegając do chaty po nas.
O, to dla dwóch zabraknie przebrań.
Ci pójdą w strojach organizacyjnych Szpiegowskiej Międzynarodówki.


Przymierzył i strzelił szpiegowi w szyję.
- AGGHHHHHH!!!!
Akademia Górniczo-Hutnicza!!!


Zaczęła się bitwa i uwierzcie, wszystkich szpiegów wybili.


Ja walczyłem z szefem szpiegów. Gdy chciałem zadać cios osunął mi się na ramiona. Spojrzałem na jego zakrwawione plecy, był tam bełt, a Harlaus się głupio uśmiechał.
Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że strzelając z tak małej odległości Harlaus powinien był przebić ich obu naraz jednym bełtem.

- Chyba wszyscy. Tak pięciu!
- No wszyscy! Dobrze walczyliśmy.


A potem wzięli się za przetrząsanie zdobytej placówki.


- Panie! Mam tu pismo! Leżało w ich kufrze!
Inaczej nikt by nie uwierzył, że rozwaliliście szpiegów, a nie działaczy Greenpeace.


Zawołał Fraincis, wyciągając z ich kufra jakieś instrukcje.
Niech zgadnę, tajne instrukcje będą napisane otwartym tekstem, żeby każdy, kto się na nie natknie, mógł poznać plany Grunwaldera.


- Czytaj więc!
Odparł Harlaus.
- Ja nie umiem.
O, realizm! Jaki ładny! *wyciąga lupę i przygląda się realizmowi z wielkim zainteresowaniem*


- Daj to!
Rzekł z kwaśną miną, klepiąc Fraincisa po głowie.
- "Drogi Jarkmirze! Oto rozkazy od samego Grunwaldera! Weź je sobie do serca, macie pełną swobodę działania, bylebyście je tylko wykonali.
1. Odnaleźć słabe punkty w obronie zamku Hurald.
2. Zinfiltrować garnizon tejże twierdzy.
3. Wywołać pożar w drewnianej sekcji zamku.
4. Wzniecić panikę wśród załogi zamku Hurald.
5. Znaleźć sposób, na wyciągnięcie z miasta i pokonanie konnicy stacjonującej w Praven.
6. Po wykonaniu zadań, odebrać rozkazy w Jelkali dotyczące szturmu na Praven."
Niech zgadnę: żywcem przepisany quest z gry?

Bohaterowie nie mają szczęścia - kolejny zamek, w którym się schronili, zostaje zdobyty. Opis bitwy, epicki i krwawy, darujemy sobie, bo jest bliźniaczo podobny do tego, który przed chwilą czytaliśmy. Przy okazji poznajemy nową, niezwykle skuteczną technikę walki.

Zaczęliśmy dźgać na oślep. Dźgnąłem kogoś w zadek, jego poderwało z oburzenia i wyrwało mi lancę z rąk. Nabitego nieszczęśnika odrzuciło na kompanów, których zaraz stratowaliśmy.
Po stronie boChaterów walczy jakieś Tajemne Szujstwo Podrywająco-Rzucające.
Podrywa i rzuca? Jak nic, jakaś wredna uwodzicielka.


Pod końmi było czuć masę zgniatanych ciał. Musiałem bić mieczem. Uderzyłem kogoś koniem, jego obróciło przy tym tyłem i zupełnie niespodziewanie, na mój miecz nabił się Rhodok.
Ups. To nie ja, to on sam się nadział! I tak dwadzieścia razy!


Przeciągnęło go kilka metrów zanim miecz wyszedł. Z wierzchu jego brzucha wystawało moje ostrze, więc lecące ciało raniło wszystkich na których wpadało.
Co???
Wunderwaffe.


Niedobitki muszą odzyskać punkty siły i zdrowia…


Droga do Praven była ciężka. W małym lesie, zatrzymaliśmy się u uzdrowiciela Jeremusa. Harlaus wyszedł do niego.
- Młodzieńcze! Widzę, żeś alchemik albo uzdrowiciel.
Masz to wypisane na twarzy.


Ja tu wracam z setką tych dzielnych żołnierzy, ledwie uszliśmy z życiem spod zamku Hurald. Teraz ranni niedługo nas niezdolnymi do marszu uczynią. Opatrz ich rany, albo cię o głowę skrócę!!
Nie ma to jak odpowiednia motywacja do pracy.


Zaczął słodko, skończył groźnie. szybko wyjął wyszczerbiony puginał. Szarlatan odpowiedział z szerokim uśmiechem.
Jak się wkrótce przekonamy, tym razem użycie tego słowa było (zupełnym przypadkiem!)  w pełni uzasadnione.


- Cny lordzie! Czyżbyś mnie chciał zadrapać tym....... czymś?? To robaka nie zabije.......
- Ależ natychmiast!!! Pomóż im albo się przekonasz!!
Szarlatan trochę się przerazi.
Eeee tam, dopiero w przyszłości.


- Dobra! Niech ci będzie. Kilkunastu masz rannych, nimi się zajmę. Och! Idę! Już idę.
Podszedł trochę krzywym krokiem, do jakiegoś rycerza. Dając mu jakiś kijek powiedział.
- Wsadź to w mordę!
Masz, żryj!
Tylko dobrze przeżuj!


Rycerz spojrzał na niego groźnie i postukał palcem, w swój własny sztandar na tarczy.
Widząc sztandar na tarczy, uzdrowiciel znacząco postukał się w czoło. “Tu nie ciało mi leczyć, ale duszę” - pomyślał ze zgrozą.


Szarlatan od razu zmienił podejście.
Najważniejsze - wariata nie drażnić.


- Och! Czy jaśnie pan raczy wsadzić to w m...... do ust.
Rycerz starannie umieścił kijek w ustach.
Aż wywołał wymioty? Nie. Tu chodzi o zaciśnięcie zębów na drewnie, aby pacjent nie przygryzł sobie języka. No i też jako knebel - żeby nie wył z bólu.


Szarlatan wziął jakieś dziwne liście i przyłożył mu je, do rany na kolanie.
- Uch!
- Para w brzuch.
- Och! - poprawił go szarlatan.


Mruknął rycerz przez kijek. Szarlatan zaciągnął na jego kolano kolczugę uzdrawia przez nałożenie rąk przez naciągnięcie kolczugi na kolano i powiedział.
- Strasznie głupio wyglądasz, wiesz?  


- Trzymaj to panie tak dwa dni, teraz już boleć na będzie.
Ciężko mu będzie przez dwa dni chodzić z kijkiem w mordzie.
I jeździć z kolanem podciągniętym pod brodę.


Jak zdejmiesz zostanie tylko blizna.
Ale za to uśmiech będziesz mieć taki szeroki.


Szarlatan opatrzył jeszcze kilku. podszedł do mnie.
- Och! Ach! Cóż za rana na ramieniu! Zejdźże z konia i się połóż. Ja zaraz wrócę.
Zszedłem z konia i położyłem się na ziemi. Ściągnąłem naramiennik i czekałem.
...aż mi laseczki tężca do rany wlezą.


Szarlatan wrócił z chaty. Niósł nóż, gorący tasak i jakieś zielsko. Harlaus zawołał.
- Kowal żeś czy uzdrowiciel??
- Och! Coś gorącego na ranę musi być! Och! Już idę!
Tak, kuźwa, okład z gorących piersi.
A może gorący rosołek?


Przykucnął nade mną i przyłożył bok tasaka do rany.
Tym razem Pisak, obdarzając eNPeCa mianem “szarlatana”, miał całkowitą rację. Jeremus może i gdzieś widział zabieg kauteryzacji (przyżegania), ale nie do końca załapał, o co w tym chodzi.


- JAUUUU!! AJJJJJJ!!!!
Zacząłem wrzeszczeć z bólu. Nim skończyłem, rana już była zawiązana a pod bandażem było ziele. Skończyło boleć.
A nas zaczęło krzyczeć.


- Och! Już! trzymaj to przez tydzień i wsio przejdzie! Och! Już wszyscy!
Dał instrukcję.
Na piśmie.
Drobniutkimi literami dopisano coś o skutkach ubocznych, ale nikt się tym nie przejął.


Harlaus powiedział żeby się zbierać.
- No szarlatanie! Wcale nie taki głupi żeś jest! Łap ten mieszek.
Szarlatan stał jeszcze chwilę i nam machał. Trochę dziwny był, ale uleczył nas i to najważniejsze.


I tu pożegnamy naszych bohaterów - zdradzę tajemnicę, że w połowie kolejnej bitwy Pisakowi ostatecznie urwało od natchnienia i historia Konrada Marii Ryisa nie doczekała się końca. A Derek jako tako nie wrócił.


Z chatki uzdrowiciela-szarlatana pozdrawiają: Kura szpiegująca z pochodniami, Sineira z gorącym tasakiem, Jasza bawiący się starą kuszą
oraz Maskotek umieszczający sztandar na tarczy.

29 komentarzy:

Bumburus pisze...

Ja przerażony oddałem wszystko co miałem, zostałem pośród łąk, zostawili tylko ubrania.
Jacyś głupi ci bandyci. Ciuchy mogły być więcej warte od tej starej szkapy.

Albo wstydliwi i nie chcieli swych bandyckich oczu widokiem nagich członków urazić... :P

Anonimowy pisze...

Powiem tyle: czytanie tego w trakcie wykładu nie było dobrym pomysłem.
M.

Anonimowy pisze...

Mruknął rycerz przez kijek. Szarlatan zaciągnął na jego kolano kolczugę uzdrawia przez nałożenie rąk przez naciągnięcie kolczugi na kolano i powiedział.
- Strasznie głupio wyglądasz, wiesz?


Osmarkałam się w pracy! xD

Bumburus pisze...

- Ehmmm dziękuję..... ja tu przybyłem na szkolenie.
- Jest suchy chleb dla konia? Chwila, moment, przecież ja już nie mam konia...

Bez zastanowienia rzekłem.
- Chcę się zaciągnąć na konnego!

Dobrze, że nie wciągnąć na końskiego. Grzbieta, rzecz jasna.

Cały czas gada, że chce być "Lodoćkim kuśnikem". Chodź młody!
Kuśnikiem to by niejeden chciał zostać. Niekoniecznie lodoćkim.

Minęły dwa lata. Na szkoleniu spędzałem większość czasu, podróżowałem też przez pewien czas z rycerzem Karvanem jako jego giermek, zniszczyliśmy kryjówkę bandytów.
A z bandytami w środku czy bez?

Polubiłem charakter Harlausa, może był trochę arogancki i niektórych denerwował, ale cieszyłem się, że mu służę.
Temu charakterowi. Bo to charakterny charakter był.

- Boże! Nie miej nas w opiece, bo twa opieka sprowadzi nas do nieba, a ginąć jeszcze nie chcemy....
Zacny tekst, tylko nie do tego uniwersum.

murhaaja pisze...

Cholernie nudne to opko, jak Wyście to przeżyli?

Anonimowy pisze...

Smacznego pączka, Analizatorzy. :)

Inga

Anonimowy pisze...

Tak tak, ja wiem, że stary Sienkiewicz to seksista operujący stereotypami i tak dalej, ale może fajnie byłoby, gdyby ktoś, kto 'rzuca się' na opisy bitew, jednak poczytał trochę tego zramolałego autora lektur szkolnych? O Tołstowym i 'Wajnie i mirze' nie wspominam, bo to jeszcze nie te progi, ale 'Krzyżacy' czy 'Potop' to chyba coś, co każdy gimnazjalista przeczytać może? (I pomyśleć, że jeszcze 20 lat temu zarywaliśmy noce by przeczytać o Zbarażu albo o Kmicicu niszczącym kolubrynę - Wierny Soroka mówiący: jeśli waszmość pozwoli sam pójdę; lont krótki, Waszmość uciec nie zdąży; skracaj lont, za długi, zauważą - mam takie cholerne pytanie: dlaczego pismacy bitew nie czytają takich gotowców? Wszak to tak, jakby ktoś opisujący Wojnę Secesyjna nie przeczytał 'Przeminęło z wiatrem'?) O wiernym naśladowaniu nie mówię (zresztą widać wyraźnie, że o Zbyszku z Bogdańca nasz aŁtor nawet pojęcia nie ma, bo Zbyszko jak był w wieku boCHatera to nie dosyć, że już łupy w wojen przywoził, to jeszcze prawa rycerskiego liznął i na kulturze dworskiej się rozeznawał), ale chodzi mi o jakąś ogólna wizję 'jak wygląda bitwa'. A poza tym w pewnym momencie pogubiłam sie juz tam w haerze i zastanawiam się: 26 kontra 9000? I to nie obrona miasta - ale wyraźnie 'wyszli w pole'. Ja tam nawet sierżantem nie jestem, ale coś mi tu śmierdzi jakimś cudownym naparem, tym samym, co to był Achillesowi na piętę.
Ale to pewnie taka polityka gier - ja pamiętam, że jak byłam na etapie różnych dómów, heksenów i diuków itp to tam się powalało wroga że hej (a jak nie wychodziło - to się odpowiedni kod wpisywało, he he he). Grafika się wyraźnie zmieniła, natomiast idea ciągle ta sama - 'Rudy 102' kontra cała armia Rzeszy.
Przychodzi mi na myśl dialog z 'Czterdziestolatka':
- a kto wygrał wojnę?
- Jak to kto? My!

Nie chce być nachalna, ale może zajmiecie się teledyskami? Niektóre są tak absurdalne i żałosne... A opka pisze gimbaza - a teledyski robią 'artyści'. No, chyba że to jest jakoś zabronione - ZAIKS i te sprawy (absolutnie nie życzę, byście za skomentowanie teledysku Mandaryny trafiły do więzienia lub miały zapłacić karę).
'Sto lat temu' dałam pomysł: "Filiżanka' Wiśniewskiego. Dam sobie wszystko uciąć, że odtamtąd do dziś na tym poziomie znajdziecie dziesiątki tego typu wytworów.

Co pisze
Zakochana w NAKW

Guineapigs

Anonimowy pisze...

Ale wtopa, nie 9000 a 900 - przepraszam, szaconeczek, szansa powalenia wroga w polu wzrasta znacznie. Nie 350-ciu mam zabić a 35-ciu. Spore uproszczenie, w zasadzie 'nic nie robić a zarobić'.

Kryjąca ze wstydu swe oblicze
Guineapigs

Anonimowy pisze...

Urocze i znacznie lepsze od I części.
I Royal Facepalm i teksty o szpiegach i zgasili światła na podjeździe i tuptup.
W końcu stanęliśmy na czerwonym wodospadzie ze schodów i zauważyliśmy, że wszystkich pokonaliśmy -ależ to szkolne i piękne.
Ja też życzę smacznych pączków.

Chomik

Sineira pisze...

Guineapigs, mnie cały czas prześladowały wspomnienia z kilku wybitnie heroicznych sesji Warhammera (takiego jak zwierzę, paszczą granego), na czas których chwilowo odłożyliśmy na bok realizm, krew, pot i łzy. Kiedy pod koniec kampanii wyszliśmy na przełęcz i oczom naszym ukazały się zastępu Chaosu, jeden z graczy spytał:
- Mistrzu, ilu ich?
- Pięć tysięcy - odpowiedział MG z uśmiechem krzywym, zwiastującym klęski jakoweś.
- Oooo... - zmartwił się gracz. - Chyba nie damy rady.

Kuba Grom pisze...

Dobrze że przynajmniej nie było seksów...

Autor coś tam próbował z realizmem, ale wyszło mu komicznie - miecz chyba ze cztery razy wypadał z ręki bohaterowi, bo się za głęboko w przeciwnika wbił. I chyba wracał bo nadal miał się czym bić. Zupełnie nie rozumiem idei "przebijania się przez bitwę" - przeciwnicy chyba utworzyli szeroki szpaler szeroki tylko na kilka rzędów, skoro można się było przebić i zostawić całą armię w tyle.

Korodzik pisze...

Jak dla mnie trochę gorsze niż część pierwsza, z początku komentarze analizatorów wydały mi się bardzo na siłę. Ale kiedy doszliśmy do szpiegów w lesie, dopiero zrobiło się wesoło ("szef szpiegów", o matko...)

Zmylaj wroga!!

A może: smyraj wroga? :)

Kilka koni się wywróciło efektownym saltem, spadając przygniotły Rhodoków.

Hehehe, oczami wyobraźni ujrzałem konia, który ze sztywno wyprostowanymi nogami wylatuje na kilka metrów w powietrze, wywija piękne salto mortale i pada...

Dając mu jakiś kijek powiedział. - Wsadź to w mordę!

Z początku myślałem, że o termometr chodzi...

Elle pisze...

- Ku*wa mać! Oni mają miastoo.......
Ooooo!
Aaaaa?


Castle of Aughhhh?

Anonimowy pisze...

Chyba bardziej podobała mi się część pierwsza, aczkolwiek metody szarlatana rozwaliły system xD

Anonimowy pisze...

Jeśli mogę coś polecić - analizowane opka coraz bardziej zbliżają się do epic fantasy powstającego właśnie na chatolandii. Tylko tutaj nikt sobie nie robi jaj..

Anonimowy pisze...

O matko, jak wy nic nie rozumiecie. Bo to jest dramat, taki do wystawiania na scenie. Stąd taka forma zapisu dialogów.

:P

Ag

Anonimowy pisze...

Przeciągnęło go kilka metrów zanim miecz wyszedł. Z wierzchu jego brzucha wystawało moje ostrze, więc lecące ciało raniło wszystkich na których wpadało.
Starałam się wyobrazić sobie tę scenę - naprawdę, starałam się - ale za każdym razem zawieszało mi mózg z powodu wystąpienia nieoczekiwanego błędu (error 404: logic not found). Może byłoby mi łatwiej, gdyby opko zostało napisane w konwencji zbliżonej do "Monty Pythona i Świętego Graala".

...chociaż i bez tego jest się z czego pośmiać :)

Szarlatan, z uwagi na upodobanie do "ochów", najwyraźniej rozminął się z powołaniem. Bardziej nadawałby się na ochmistrza.

Vespera Verril pisze...

Dziękuję bardzo za możliwość zdrowego i szczerego pośmiania się. To opko jest tak rozkosznie zabawne, tak słodko naiwne. Śmiech to zdrowie, więc wasze analizy powinny być zalecane przez lekarzy.

Pozdrawiam, Vespera

Anonimowy pisze...

Coś z innej, aczkolwiek podobnej do idei NAKW beczki. Otóż czytam ostatnio ogłoszenia typu 'dam pracę' - bo pracy poszukuję. I co mam przed oczami? Ano, treść mniej więcej taka: szukamy do biura absolwentki studiów, ew. studentki ostatniego roku, wymagania: umiejętność pisania ortograficznie i składniowo po polsku.
No nie ma inaczej: nasze babcie pod to podpadają. Albo NAKW.
Kiedyś (onegdaj, Panie Dzieju...) było tak, że jak ktoś zdał maturę z j. polskiego to znaczyło, że potrafił po polsku pisać, a jak miał problem - to sięgał do Słownika, do poradnika (typu: 'razem czy osobno?'), ew. szedł do nauczycielki/bibliotekarki po radę.
Co takie ogłoszenie znaczy dziś? Ano, że wakujący nie potrafią napisać pięciu zdań (np. zaproszenia na mityng) poprawnie. I Firma szuka kogoś, kto napisze tekst bez błędów - często tekst podyktowany.
To już dramat, dramat.

Anonimowy pisze...

No dobra. Jestem szalenie zaskoczony tym, że Pisak zdobył się na wprowadzenie jakiegokolwiek wątku fabularnego niezwiązanego stricte z tym, co można zobaczyć w grze. Jest nawet rozkosznie nieudolna próba przeniesienia "expienia" wojsk na kryjówkach bandytów!
Za to chatka i wytyczne szpiegów, wbrew sugestiom Analizatorów, to nie "kwest" z gry tylko inwencja twórcza aŁtora. Za to Jeremus jest NPCem, którego można zwerbować do leczenia jednostek i (z jakiegoś kretyńskiego powodu, przecież to healer a nie wojownik) zbierania srogiego łomotu w trakcie walki.
Zdziwieniem napawa mnie to, że Pisak nie pokusił się o oddanie dziwacznego spawnu jednostek. "Stałem pośród trupów na pustym placu, aż WTEM zostałem otoczony przez Rhodockich plemieńców!"
Poza tym - moje pojedyncze sesje w M&B mają więcej fabuły (którą sobie dopowiadam) niż ten okrutny tFUr.

Anonimowy pisze...

Wpadłam bo AGH, a tu takie buty. Cudowne komentarze, jak zwykle można zapluć komputer <3 Korci mnie, żeby podrzucić Wam moje opowiadanie ale nie wiem, czy mogłabym potem normalnie funkcjonować. Przemyślę to jeszcze :D

Vespera Verril pisze...

Załogo Armady, czy nie moglibyście zrobić analizy "50 twarzy Greya"? Czytałam kilka recenzji książki i wygląda na to, że to chałka, jakich mało... W jednej z recenzji były umieszczone fragmenty tego czegoś i już wyobraziłam sobie wasze soczyste komentarze :)

Anonimowy pisze...

Przychylam się do prośby Vespery. Wiem, że już kilka analizatorni znęcało się nad tym...ekhm..."dziełem", ale jak wiadomo - dobra analiza zawsze w cenie, nawet jeśli już były przed nią inne.

Anonimowy pisze...

Ufff...Miało być, że popieram prośbę Vespery, a nie się do niej przychylam.

Anonimowy pisze...

" Btw, Sine, nie będziemy wzbudzać kolejnego flejma przypomnieniem, czego w tym uniwersum nie ma?
Och, no nie wiem, ja się właśnie zastanawiam, dlaczego boChaterowie nie uciekną stamtąd śmigłowcem, przecież Pisak nikomu i niczemu by nie zaszkodził dokładając ten śmigłowiec oh wait.... "

Żenujące.

Anonimowy pisze...

Analiza przecudna! Zacieram łapki i czekam z niecierpliwością na kolejną ;)
A, i tak przy okazji, planujecie może jakąś analizę jakiegoś kiepskiego opka hobbitowego? Namnożyło ich się trochę ostatnio.

Char - Lee

Anonimowy pisze...

Znaleziony w odmętach internetów, zły, zły blog o syrenach, wampirach, czarodziejkach i nie wiadomo czym jeszcze >__< Oto adres: syrenaiwampir.blogspot.com

Dzidka pisze...

Nie chcę mówić za całą drużynę, ale o Greyu powiedziano już wszystko i szkoda tracić czas na dublowanie tego.

Jyfu pisze...

No weŚcie! Dwudziestu sześciu konnych to siła nie lada. Pod Otumbą zaledwie dwudziestu trzech jezdnych pokonało dwudziestotysięczna armię. :P