wtorek, 2 lutego 2016

307. Duch Grabińskiego aprobuje, czyli dzień świstaka w zbiorkomie



Dziś 2 lutego czyli dzień świstaka! Wstawajcie śpiochy, załóżcie kapcie, na dworze ziąb!


Pewien architekt z Warszawy
Wsypywał amfę do kawy
A że zdrowie miał przy tym marne
Wciąż przeżywał przygody koszmarne
Ten pan architekt z Warszawy.


Drodzy Czytelnicy!
Po koszmarnym opku sprzed dwóch tygodni zapraszamy dla odpoczynku na porcyjkę strrrrrasznych horrorów, które zmrożą Wam krew w żyłach i postawią włosy dęba. Nieco wcześniej niż zwykle, gdyż dziś jest Dzień Świstaka, a pewne fragmenty opek budziły w nas nieodparte skojarzenia z fabułą tego filmu.
Za chwilę dowiecie się, jak niebezpieczną rzeczą jest podróżowanie komunikacją miejską, choć we własnym domu wcale nie jest bezpieczniej, a już najgorsze są wesołe miasteczka.


Indżojcie!


Analizują: Sineira i Kura
dopisuje się: Jasza.




Autobus
Pan Jan Bronski ostatkiem sił dotarł do przystanku autobusowego i z westchnieniem ulgi usiadł na znajdującej się tuż przy jezdni, drewnianej ławeczce.
… uprzednio strąciwszy z niej zabłąkany przecinek, zgoła zbędny w tym miejscu.


Dosłownie przed chwilą opuścił budynek swojego biura i właśnie wracał do domu po przepracowaniu niemal szesnastu godzin.
Trzydziestoletni mężczyzna był z zawodu architektem i miał zaledwie kilka dni na skończenie bardzo ważnego projektu, od którego mogła zależeć jego przyszła kariera.
Bardzo ważnych projektów nie robi się w pojedynkę. Solo można  trzasnąć co najwyżej koncepcję architektoniczną domku jednorodzinnego.


Naszego bohatera cechowała niezwykła ambicja i dlatego zamierzał on całkowicie skupić się na wykonaniu tego jednego, jedynego zadania.
Zjawił się w biurze projektowym już o godzinie ósmej rano i pracował bez przerwy aż do późnego wieczora. Teraz dochodziła powoli północ i Janek wreszcie zdecydował się zrobić sobie małą przerwę.
Na siku i kawę.
Aha, czyli nasz bohater jedzie na amfetaminie. Projektowanie architektoniczne to praca umysłowa, której nie da się efektywnie wykonywać przez szesnaście godzin jednym ciągiem, to fizjologicznie niemożliwe.


Planował przespać się trochę w swoim przytulnym, niewielkim mieszkanku i skoro świt przyjechać z powrotem do biura, aby móc kontynuować pracę nad owym przełomowym projektem.
A mógł przecież, wzorem Lesia Kubajka, przenocować w biurze.


Stanowisko głównego architekta było na tyle dobrze płatną posadą, iż mężczyzna mógł sobie pozwolić na zakup wysokiej klasy samochodu.
Bycie głównym architektem w wieku lat trzydziestu oznacza naprawdę błyskotliwą karierę. Chapeau bas, panie Bronski.


Pan Bronski posiadał pięknego, srebrnego mercedesa, lecz z powodu odczuwanego zmęczenia postanowił zostawić wóz na parkingu i dotrzeć do domu autobusem. Obawiał się, że zaśnie za kierownicą i spowoduje jakiś groźny wypadek.
Słusznie, ale dlaczego w takim razie nie wziął taksówki?
Jeśli się ma dobre połączenie zbiorkomem, to nie warto.


Należał on bowiem do wyjątkowo rozsądnych ludzi i pomimo swojego stosunkowo młodego wieku, cechowała go wyjątkowa odpowiedzialność oraz dojrzałość.
Tylko wyjątkowo rozsądni i odpowiedzialni ludzie nie siadają za kółkiem, kiedy nie czują się na siłach. Takim przeciętnie rozsądnym nawet nie przyjdzie to do głowy.


Niestety, wkrótce miało się okazać, iż nasz bohater podjął fatalną decyzję. Gdyby odważył się wówczas wsiąść do własnego samochodu (albo zadzwonić po taksówkę), wszystkie późniejsze wydarzenia nigdy nie miałyby miejsca.
Błąd. Gdyby pojechał do domu samochodem, późniejsze wydarzenia i tak by nastąpiły - tyle, że bez jego udziału.
Ba, gdyby jednak wsiadł do samochodu, mógłby np. zasnąć za kierownicą i kogoś zabić.


Światem od zawsze rządzą jednak zbiegi okoliczności i choćbyś próbował z całych sił, nigdy nie uda ci się odmienić swego przeznaczenia.
Oraz nie ma sensu wstawać rano z łóżka.


Janek był wyczerpany do tego stopnia, iż nie chciało mu się nawet podejść do zawieszonego na pobliskim słupie rozkładu jazdy i sprawdzić, o której godzinie nadjedzie kolejny autobus.
Po co, jakiś przecież na pewno przyjedzie, jak nie teraz, to za godzinę.
Powiedzmy sobie szczerze: był tak wyprany, że już zupełnie nie myślał. Pewnie mu się zjazd po amfie zaczął, biedakowi.


Miał nadzieję, że nie będzie musiał czekać nań zbyt długo, gdyż w międzyczasie na jego głowę zaczął padać deszcz. Co prawda, nie była to jakaś silna ulewa, lecz architekt nie zabrał dzisiaj ze sobą swojej parasolki, a przystanek autobusowy nie posiadał żadnej wiaty.
Przystanek, jako obiekt nieożywiony nie będący człowiekiem, nie mógł z natury swojej posiadać czegokolwiek.


W efekcie, już po kilku minutach założony przez mężczyznę elegancki garnitur przemókł do suchej nitki.
Mimo to nasz dzielny boCHater uparcie trwał w postanowieniu, że po taksówkę nie zadzwoni, nie i już. *tup, tup nóżką*
Architekt, który pracuje nad pilnym projektem w garniaku? Boru, masochista jakiś!
Pisak wyobraził go sobie jako Człowieka na Wysokim Stanowisku, a jak wiadomo, dla takiego garniak to jak druga skóra.


Panu Bronskiemu dokuczało więc teraz nie tylko silne zmęczenie, ale również przejmujące zimno. Chociaż kalendarz wskazywał 24 maja, noc należała do wyjątkowo chłodnych.
Odpowiedzialny, rozsądny i dojrzały człowiek, który mając w planach późny powrót (w maju!) nie zabiera kurtki. Aha.


Trzydziestolatek miał dzisiaj jednak szczęście, ponieważ po chwili dostrzegł w oddali światła nadjeżdżającego samochodu. Sądząc po ich szerokim rozstawieniu, musiały one należeć do jego upragnionego autobusu.
Równie dobrze mogła to być jakaś ciężarówka i co wtedy?


Okazało się, iż rzeczywiście, projektant nie mylił się w tej kwestii. Na przystanek zajechał autobus linii 13.
Oczywiście to MUSI być autobus nr 13, bo inaczej czytelnik nie uwierzy w prześladujący bohatera pech.


Jego trasa wiodła między innymi wzdłuż ulicy, przy której znajdował się dom należący do Janka. Cały pojazd został pomalowany na piękny, żółty kolor i z zewnątrz wyglądał on dosyć przeciętnie, ale wbrew pozorom nie był to zwykły przegubowiec, jakiego przeważnie widuje się na ulicach polskich miast.
Zwykły przegubowiec jest tylko jeden i widuje się go raz tu, raz tam.
Ale zauważ, że nie jest czarny!


Przypadek sprawił, że mierzący niemal dwadzieścia metrów długości samochód (zapamiętajmy!), który przed momentem wyłonił się z mroku nocy, był najnowocześniejszym, istniejącym kiedykolwiek na świecie autobusem. Został wyposażony w najbardziej zaawansowane, znane człowiekowi technologie.
Wot zagadka - czemu takie cudo techniki puścili na linię nocną, gdzie o wiele mniej osób będzie miało szansę je podziwiać?
To nie jest autobus, to halucynacja! A poza tym technologia to metoda lub proces, tak więc autobus nie może być w nią wyposażony.
A na linie nocne się wypuszcza najgorsze graty.


Niezwykłość autobusu nr 13 polega na tym, że jest on w pełni zautomatyzowany, włącznie z tym, że nie potrzebuje kierowcy, będąc w pełni sterowany przez “inteligentny program komputerowy”. Wyczuwamy nadciągające Zło, prawda?
Paczciepaństwo, Google nie poprzestał na małym samochodziku!


Siedzący na ławeczce Janek spojrzał ze zdziwieniem na owe (owo!) żółte monstrum, jakby pojazd ten pochodził z jakiejś innej, bardzo odległej planety.
Chyba w boChaterze obudził się w duch proroczy, bowiem cała opiewana przez Pisaka automatyka kryła się wewnątrz i raczej nie była widoczna na pierwszy rzut oka. O, proszę, cytat: “z zewnątrz wyglądał on dosyć przeciętnie”.


Spływające po jego karoserii liczne krople deszczu, błyszczały intensywnie w świetle ulicznych latarń, sprawiając, iż cały autobus wydawał się być zrobiony z najczystszego złota.
Bardzo to poetycznie brzmi, tylko że “być” jest zbędne.


Architekt przyglądał się podejrzliwie stojącemu nieopodal „krążownikowi szos”, mając duże wątpliwości, czy należy do niego wsiąść.
Bo był taki… taki… taki ŻÓŁTY!


Intuicja podpowiadała mu, że powinien wrócić do domu na piechotę (albo… wziąć…), lecz niestety, nasz bohater nie posłuchał jej. Odczuwał zbyt duże zmęczenie oraz dojmujący chłód, aby zrezygnować z możliwości szybkiego znalezienia się we własnym łóżku.
Zwłaszcza, gdy uświadomił sobie, że czekałby go prawdopodobnie wielokilometrowy spacer. To Warszawa, a nie Pipidówek Mniejszy.
W Warszawie nie ma autobusów linii 13. Co najwyżej tramwaj z Koła na Kawęczyńską.
Jest nocna “trzynastka”.

(...)
Dla pana Bronskiego właśnie rozpoczęła się najstraszniejsza podróż w całym jego dotychczasowym życiu.
Dziękujemy za spojlery, Narratorze Profetyczny.


Wsiadłszy do owego niezwykłego pojazdu, Janek przyjrzał się pobieżnie pozostałym przebywającym w nim pasażerom. W żółtym, mierzącym niemal dwadzieścia metrów długości samochodzie znajdowały się dokładnie trzy osoby.
A liczbą tą nie było ani pięć, ani dwa. Cztery też wykluczone. Były dokładnie trzy osoby.


Była wśród nich sympatycznie wyglądająca starsza pani w okularach, wysoki, pryszczaty młodzieniec oraz obdarzona zjawiskową urodą kobieta w średnim wieku. Ludzie ci tworzyli dosyć oryginalną grupę, ale łączyła ich pewna jedna cecha, a mianowicie wszyscy oni wyglądali na tak samo zmęczonych, co nasz bohater.
A przecież o tej godzinie powinni być świeżutcy jak stado prosiątek w deszcz!


Trzydziestolatek usiadł na najbliższym, wolnym miejscu i zwróciwszy swą głowę w lewą stronę (a cudzą głowę zwróciwszy w prawo), zaczął przyglądać się pogrążonemu we śnie miastu. Nigdy wcześniej nie jechał jego ulicami o tak późnej porze, ani autobusem, ani własnym samochodem.
Serio??? Trzydziestolatek nigdy nie znalazł się w mieście o północy???
Co on robił na studiach???
Ale nie, czekaj, czekaj, on twierdzi, że nigdy nie JECHAŁ ulicami miasta o tej porze. Najwyraźniej na studiach wracał zawsze z imprez na piechotę! Ufff! *odzyskuje dobre zdanie o studentach architektury*


Nocą wyglądało ono zupełnie inaczej, niż za dnia. Janek nie dostrzegł dosłownie ani jednego przechodnia i odniósł wręcz wrażenie, iż patrzy na całkowicie opustoszałą metropolię, której ludność wymarła z powodu jakiejś groźnej, szalejącej w tej okolicy epidemii.
I chyba rzeczywiście tak było, bo jakie wielkie miasto tak kompletnie pustoszeje - nawet w nocy?


Padający intensywnie deszcz nadawał miastu swoistą aurę tajemniczości, pogłębiając owe (owo!) silne uczucie odrealnienia, jakie nawiedziło młodego architekta.
Nie wiem, z czym on zmieszał amfetaminę, ale z pewnością  to nie było dobre połączenie.


Światła ulicznych latarń odbijały się w powstających na chodnikach, głębokich kałużach, tworząc w ten sposób przepiękną, a zarazem niezwykłą iluminację.
To by było bardzo ładne zdanie, gdyby było dobrze napisane.


Podążający w kierunku centrum autobus był jedynym pojazdem, który odważył się przemierzać spływające wodą ulice w tę wyjątkowo ponurą noc.
Inne samochody tchórzliwie kuliły się w naprędce znalezionych kryjówkach i warczały na ludzi, którzy próbowali do nich wsiąść.


Brak innych uczestników ruchu drogowego oraz pracująca w trybie awaryjnym sygnalizacja świetlna, sprawiały, że kierujący żółtym przegubowcem starszy pan [co? a podobno ten autobus miał się obywać bez kierowcy?] śmiało pokonywał pojawiające się przed nimi, kolejne skrzyżowania, ani na chwilę nie zdejmując nogi z pedału gazu. Jazda stała się przez to bardzo monotonna i naszego bohatera ogarniała coraz większa senność.
Nie przeszkadzało mu nawet to, że latał od ściany do ściany, gdy kierowca na pełnym gazie pokonywał zakręty.
Czuł się jak w ramionach matki. Ziuu - ziuuu!


Od domu dzieliło go jeszcze aż osiem przystanków i mężczyzna nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie położy się w swoim miękkim, ciepłym łóżku. Po kilku minutach przestał wyglądać przez zalaną deszczem szybę i przymknąwszy swe powieki, zaczął (liczyć zbędne zaimki?) wsłuchiwać się w cichy pomruk pracującego na wysokich obrotach, nowoczesnego silnika oraz szum sunących po asfalcie opon. Dochodziła właśnie północ, godzina duchów.
Boicie się już? Czujecie te przerażającą atmosferę? Bo ja nie bardzo.
Chyba że… ta północ coś nadchodzi, nadchodzi i nadejść nie może, przecież “zbliżała się powoli” już wtedy, kiedy nasz boCHater opuszczał biuro.


W pewnym momencie Janek poczuł, że autobus zwalnia. Otworzył oczy i zauważył zmierzającą w kierunku drzwi starszą panią. Nie miał żadnych wątpliwości, iż zbliżają się do kolejnego, czekającego ich na tej trasie przystanku. Spojrzawszy przez przednią szybę żółtego przegubowca, już po chwili utwierdził się w swoim przypuszczeniu, ponieważ dostrzegł w oddali niewyraźny zarys przystankowej wiaty.
Boszzz, to wypracowanie pomagał chyba pisać sam Kapitan Oczywistość.
Cieszmy się więc, że nie zaczął opisywać wiaty, bo by nas to opko całkiem uśpiło. Wyobraź to sobie…
Wiata, którą Jan zobaczył w oddali, miała konstrukcję szkieletową z profili zamkniętych stalowych ocynkowanych malowanych proszkowo. Gdy autobus  zbliżył się do przystanku, projektant dostrzegł, że  ściany boczne schronienia dla podróżnych wypełnione były szybami ze szkła zespolonego laminowanego, na których padający deszcz kreślił zawiłe, efemeryczne wzory. Konstrukcja wiaty wsparta była na sześciu nogach wsporczych kotwionych za pomocą fundamentów do podłoża.
(MSPANC. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że nie była to wiata na nasypy drogowe i nie było w niej kotków gnanych parą.)


Prowadzący samochód mężczyzna w podeszłym wieku stopniowo redukował jego prędkość (tego wieku?), lecz nie dane mu było go zatrzymać. W chwili, gdy zegar wybił dokładnie dwunastą w nocy, stało się wówczas coś niezwykłego.
Dziki przysłówek zaatakował znienacka kierowcę!


Kierowca stracił bowiem kontrolę nad autobusem linii 13.
Wow, co za siurpryza!


Staruszka, która chciała wysiąść, awanturuje się, kierowca zauważa, że autobus nie reaguje na hamulec.


Zaintrygowany tym tajemniczym zdarzeniem Janek podniósł się z krzesełka i dołączył do dyskutującej ze sobą dwójki starszych ludzi. Nasz bohater przyglądał się przez kilka sekund walczącemu z żółtym przegubowcem kierowcy, po czym odezwał się doń tymi słowami:
Ależ Pisaku, czemu tak mało stylizacji? Powinno być: “Ozwał się był dostojnie i z namaszczeniem tymi słowy.”
Duch Stefana Grabińskiego unosi się nad tym opkiem. Unosi i łka z rozpaczy.


- Hamulce mogły ulec awarii, ale nie rozumiem, dlaczego wciąż dociska pan pedał gazu…
Boru, podziwiam, ten facet jest chodzącym zen, ucieleśnieniem spokoju, kwiatem lotosu na tafli, Buddą z autobusu, kwintesencją opanowania… oraz Borejką. Tylko Borejki się tak wysławiają.


Zdesperowany staruszek spojrzał bezradnie na architekta i odpowiedział mu:
- Oszalał pan?! Wcale tego nie robię! Ten przeklęty autobus sam przyśpiesza!
- To zaiste ekstraordynaryjne - odrzekł Janek, nie tracąc opanowania nawet na ułamek sekundy.


Przeklęty przez swojego kierowcę autobus, dotarł tymczasem do kolejnego skrzyżowania i wtedy okazało się, że owa zawrotna prędkość nie jest jedynym problemem przebywających w nim ludzi. W pewnym momencie kierownica ożyła i zaczęła samodzielnie się obracać, wbrew woli trzymającego ją mężczyzny. Pędzący niemal 60 km/h pojazd wykonał ostry skręt w lewo i znalazł się na zdecydowanie węższej, jednokierunkowej ulicy, z trudem mieszcząc się pomiędzy stojącymi po obu jej bokach budynkami.
Aha, to jest takie miasto, w którym nie znają wynalazku p.t. “chodnik”.
A ulice mają boki.


Najgorsze było jednak to, iż „trzynastka” jechała teraz pod prąd. Na szczęście, z naprzeciwka nie najeżdżał żaden inny samochód, z którym mogłaby się zderzyć.
… a na wąskiej, wciśniętej między domy uliczce nie było ani jednej latarni, ani jednego roweru, motocykla, śmietnika, psa czy obywatela, co nocną porą do dom wraca, pracą utrudzon.


W wyniku owej gwałtownej zmiany kierunku jazdy, Janek oraz stojąca obok niego staruszka przewrócili się na podłogę, a pozostali dwaj pasażerowie spadli ze swoich krzesełek.
A “obdarzona zjawiskową urodą kobieta”, ku konsternacji naszego boCHatera, okazała się jego sąsiadem z naprzeciwka, Zdziśkiem.
Eeee tam, a myślałam, że Andrejem Pejićem...


(...)
Architekt ponownie podszedł do zmagającego się z żółtym potworem kierowcy i zawołał doń:
- Niech pan spróbuje zaciągnąć hamulec ręczny! Trzeba niezwłocznie zatrzymać tę bestię, bo inaczej zginiemy!
- Biada nam, ach, biada! - zawył w tle grecki chór.
- Prorocza to noc! - wrzasnęła zza kulis Emma. Całe szczęście, że inspicjent Filifionek (niechspoczywawpokoju) tego nie widział.


Staruszek poszedł za radą trzydziestolatka i chwyciwszy za dźwignię hamulca ręcznego, pociągnął ją do góry. Niestety, także i tym razem starania kierowcy nie przyniosły dosłownie żadnego rezultatu.
Zapewne dlatego, że w autobusach nie ma poziomej wajchy do ciągnięcia w górę, tylko jest pionowa dźwignia ręcznego zaworu hamulcowego, którą się ciągnie w tył.


Autobus wciąż mknął do przodu, z każdą sekundą zwiększając swą prędkość.
Pierwsza kosmiczna za trzy… dwa… jeden...


Mężczyzna skupił się więc teraz na walce z obracającą się samodzielnie w jego dłoniach kierownicą. Nie potrafił on jednak nad nią zapanować (podobnie jak aŁtor nad zaimkami osobowymi) i pojazd co chwilę ocierał się bokami o stojące po obu stronach ulicy budynki, wyrzucając w powietrze fontanny iskier.
Aż przyrżnął w kontener na gruz - bo niezastawione niczym uliczki nie występują w naturze.


„Trzynastka” dotarła tymczasem do kolejnego skrzyżowania i przejeżdżając przez nie, staranowała niewielki samochód osobowy, który akurat w tym momencie się na nim pojawił.
...materializując się z nicości.


Ów pechowy pojazd nie miał szans w starciu z ważącym kilkanaście ton, żółtym monstrum. Został z niego jedynie płonący, całkowicie zmiażdżony wrak. Nasi bohaterowie bardzo współczuli ofiarom tego tragicznego wypadku, lecz nie byli w stanie im pomóc.
No raczej, bo z pieczonego metal con carne nie da się za wiele wyciągnąć.


Musieli najpierw wydostać się z pędzącego z zawrotną szybkością, szalonego autobusu.
Przeczytałam “szkolnego” i teraz  tak to widzę:
514BY5VV0FL.jpg


(...) Do stojącego obok kabiny kierowcy Janka dołączyli po chwili pozostali dwaj pasażerowie, a mianowicie wysoki, pryszczaty młodzieniec oraz pewna piękna kobieta w średnim wieku.
W autobusie od samego początku znajdowała się jedna, jedyna “piękna kobieta w średnim wieku”, więc co w tym zdaniu robi zaimek “pewna”?
Po prostu była bardzo pewna siebie.


Chłopak zwrócił się do pana Bronskiego wyraźnie poirytowanym głosem:
- Hej, koleś! Co tu się u diabła dzieje?! Czy ten staruch siedzący za kółkiem chce nas wszystkich pozabijać?!
Duch Grabińskiego przestał łkać i zaczął chichotać, bo po stylu mówienia rozpoznał osobę sobie współczesną (acz próbującą się maskować) i pojął, że pryszczaty młodzieniec też jest duchem.
Masakra, całą wieczność obnosić się z pryszczami…


Projektant wykonał swymi rękoma [a nie cudzymi] uspokajający gest i odparł wzburzonemu nastolatkowi:
- Pohamuj się, młody. To nie jest wina naszego pilota. Ten supernowoczesny cud techniki wymknął się spod kontroli i właśnie próbujemy go poskromić…
Janek odwrócił się ponownie w stronę zmagającego się z pojazdem starszego jegomościa i rzekł do niego:
- Skoro hamulce tego wrednego demona nie działają, trzeba odciąć mu zapłon. Niech pan wyjmie kluczyki ze stacyjki.
Dialogi w tym opku są naturalne jak Justin Jedlica.
Nie obrażaj Justina.


Kierowca także i tym razem posłuchał rady trzydziestolatka i złapał prawą dłonią za wystające ze stacyjki kluczyki. Niestety, w momencie, gdy jego palce zetknęły się z ich metalową powierzchnią, został on nieoczekiwanie porażony prądem.
Zaiste nieoczekiwanie, albowiem powierzchnia, za którą łapie się kluczyki, nie jest metalowa.


Przekazany mu przez złośliwy autobus ładunek elektryczny był na tyle silny, że mężczyzna natychmiast doznał gwałtownych drgawek (aaa, napawam się pięknem tej frazy…) i straciwszy przytomność, osunął się z fotela na podłogę. Czwórka pasażerów skupiła się wokół poszkodowanego, nie zwracając najmniejszej uwagi na fakt, iż nikt nie siedzi obecnie za sterami zwariowanej maszyny.
… która niepostrzeżenie przedzierzgnęła się była w samolot.
(Ratunku, to się rzuca na język!)


Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nie zdołają nad nią zapanować.
A nie przyszło nikomu do głowy, że jednym z elementów wyposażenia apteczki samochodowej są rękawice lateksowe?


Staruszka nosząca okulary o szkłach grubych niczym denka butelek, klęczała najbliżej nieprzytomnego i zwróciła się do swych towarzyszy następującymi słowami:
– Towarzysze! Sztandar wyprowadzić!


- Odsuńcie się. Całe życie pracowałam jako pielęgniarka i znam się na tym. Spróbuję mu pomóc.(...)
Co prawda próba pomocy polega tylko na usiłowaniu ułożenia nieprzytomnego kierowcy w pozycji bocznej ustalonej, ale doceńmy i to. Tymczasem autobus szalony przez ulice miasta nadal mknie...


Pokryta wodą karoseria mierzącego niemal dwadzieścia metrów długości potwora lśniła niczym złota skóra podążającego tropem swej ofiary węża. Drapieżnik wciąż mknął przez opustoszałe, zalane deszczem ulice pogrążonego we śnie miasta, wijąc się pomiędzy wysokimi, wzniesionymi w centrum budynkami.
Trzeba przyznać, że opko ma moc wizjotwórczą. Teraz tak to widzę:
snake.gif


Asfaltowa powierzchnia jezdni była na tyle śliska, iż pokonując kolejne zakręty samochód za każdym razem wpadał w niekontrolowany poślizg, tylko cudem unikając zderzenia z zaparkowanymi przy krawężnikach innymi pojazdami. Nasi bohaterowie musieli za wszelką cenę przerwać tę szaloną podróż, zanim dojdzie do straszliwej tragedii.
KuFFa, aŁtorze, już doszło. Uważasz, że ludzie w zmiażdżonej na skrzyżowaniu osobówce byli mniej ludzcy od Twoich boChaterów?
To była tylko DDF – Dramatyczna Dekoracja Fabularna.


W zaistniałych okolicznościach pan Bronski został najstarszym, w pełni sprawnym (fizycznie, bo umysłowo chyba niekoniecznie) mężczyzną przebywającym na pokładzie tego niezwykłego „krążownika szos” i dlatego doszedł do wniosku, że to właśnie on powinien objąć przywództwo nad swymi towarzyszami.
Jak wiadomo - baby się do tego nie nadają, absolutnie nie i już.
No wiesz, jedna była emerytowana, a druga piękna, więc kwalifikacji mieć nie mogły.


Z niewiadomych dla siebie przyczyn czuł się odpowiedzialny za ich los i postanowił teraz całkowicie poświęcić się jednej tylko misji, jaką było ocalenie tych ludzi przed śmiercią.
On jest taki jednotorowy, zauważyliście? Przedtem całkowicie poświęca się jednemu projektowi, teraz - jednej misji…
Widocznie ma tylko jeden zwój mózgowy.


Chociaż dręczyły go liczne wątpliwości, mimo to zdołał odnaleźć w swym sercu odwagę i bardzo szybko wziął się w garść.
Niczym egzorcysta szykujący się do rozprawy z plugawym demonem, o-jej-jej!


Janek dokonał błyskawicznej analizy obecnej sytuacji i wykorzystując nabytą podczas studiów umiejętność improwizacji, [wybłagał trójkę z minusem?] opracował prosty plan działania na najbliższych kilkanaście minut. Rozejrzał się pobieżnie po wnętrzu owego oryginalnego „więzienia na kółkach” i powróciwszy wzrokiem do stojącej tuż obok niego dwójki pasażerów, odezwał się w te słowy:
Źle, źle! Powinno być “ozwał się temi słowy”!


- Posłuchajcie mnie uważnie (bo nie będę powtarzać). Wiem, że jesteście przerażeni, ale musimy się postarać zachować spokój. Panikowanie w niczym nam teraz nie pomoże. Jeśli chcecie się stąd wydostać, róbcie to, co każę. Powinniśmy zacząć współpracować, a wtedy na pewno wyjdziemy z tego bez szwanku. Obiecuję, iż nie pozwolę, aby coś wam się stało. Czy mogę oczekiwać od was pełnego zaufania?
Nie, bo już na wstępie składasz obietnicę, której dotrzymanie nie zależy od ciebie. Spadaj.


Kobieta w średnim wieku oraz pryszczaty młodzieniec spojrzeli po sobie z zaniepokojeniem, gorączkowo zastanawiając się nad odpowiedzią na postawione przez architekta pytanie. W końcu oboje odwrócili twarze z powrotem w jego stronę i niepewnie pokiwali swymi głowami (przy czym młodzieniec kiwał głową kobiety, a kobieta kiwała głową młodzieńca), dając mu do zrozumienia, że podejmą się wyzwania, którym była wspólna, desperacka walka o przeżycie.
Nie żeby mieli jakiś wybór odnośnie tego akurat wyzwania.


Trzydziestolatek z wdzięcznością uścisnął dłonie dwójce swoich nowych przyjaciół, przypieczętowując w ten sposób zawarte z nimi przymierze. Uśmiech momentalnie zniknął jednak z jego twarzy, kiedy na kolejnym zakręcie przygrzmocił potylicą w słupek i przypomniał sobie o czekającym ich, szczególnie trudnym zadaniu wydostania się z tej osobliwej pułapki.
Bo przedtem zdążył kompletnie o tym zapomnieć. Pamięć miał świetną, tylko jakoś krótką.
Zapominasz, że nasz boChater potrafił ogarniać tylko jedną rzecz naraz.


Janek podjął zatem decyzję o natychmiastowym przystąpieniu do działania i [wdrożył procedurę nr AH/34766/09045/U/3239249] zadał pozostałym pasażerom ostatnie, a zarazem bardzo istotne pytanie:
- Jak macie na imię, moi drodzy?
Bardzo istotne, faktycznie. W tej sytuacji rzekłabym, że ekstraordynaryjnie istotne.
No przeca nie będzie na nich wołał “ej, ty!”.


Jako pierwsza swoim nowym znajomym przedstawiła się klęcząca przy nieprzytomnym kierowcy staruszka:
- Ja nazywam się Elżbieta. Miło mi was poznać, chociaż faktem jest, iż do naszego spotkania doszło w wyjątkowo nieprzyjemnych dla nas okolicznościach…
I tak perorowała przez następną godzinę, a autobus jechał i jechał, aż dojechał do Wąchocka i stanął, bo sołtys zwinął asfalt na noc.


Następnie swoją tożsamość zdradziła obdarzona zjawiskową urodą, nieśmiała kobieta:
- Ja mam na imię Anna. Wiem, że zabrzmi to niestosownie w obecnej chwili, ale cieszę się, że jesteście tutaj ze mną. Nie poradziłabym sobie sama w takiej kryzysowej sytuacji.
Doceńmy jednakowoż fakt, iż aŁtor, uczyniwszy Annę zwiędła leliją, nie kazał jej przy tym panikować ani mdleć.


Stojący obok niej nastolatek zdążył już tymczasem uspokoić nieco targające nim emocje i powiedział skromnym głosem do swych towarzyszy niedoli:
- A ja jestem Michał. Kumple mówią na mnie Michael, bo gram w koszykówkę niemal tak dobrze, jak robił to słynny Jordan.
Jako ostatni swoje imię podał wybitnie uzdolniony projektant:
- Nazywam się Janek i jestem wybitnie uzdolnionym projektantem, oraz jestem piękny i mam wspaniałe mięśnie, więc wyciągnę nas stąd, Elżbieto, Anno oraz Michale. Musicie tylko mi w tym pomóc!
A kierowca imienia nie podał, więc nie zostanie wyciągnięty, o.


Pędzący z zawrotną prędkością autobus linii 13 wykonał w pewnym momencie kolejny, niespodziewany skręt i mężczyzna przerwał na chwilę tę entuzjastyczną wypowiedź, walcząc o utrzymanie równowagi.
Błagam, niech ją straci, niech oni wszyscy stracą równowagę, niech walną głowami o coś twardego i przestaną wreszcie ględzić!!!
Daj pani spokój, pani Sine. Czytałam ostatnio “Napowietrzną wioskę” Verne’a i tam bohaterowie, w chwili, kiedy atakuje ich pędzące stado rozwścieczonych słoni, prowadzą takie dialogi:
Stado było już o trzysta metrów zaledwie. Za dwie lub trzy minuty mogło dotrzeć do wzgórza.
— Jak tam? Zadowolony jesteś nareszcie? — spytał ironicznie John Cort przyjaciela.
— To tylko jeszcze jedno nieprzewidziane zdarzenie, mój drogi — odparł Maks.
— Zapewne. Nadzwyczajnym stanie się dopiero wtedy, kiedy wyjdziemy cało z tej afery.
— No tak… W gruncie rzeczy lepiej może było nie narażać się na zetknięcie ze stadem słoni, które potrafią być niekiedy mocno brutalne…
— Nie do wiary, mój drogi Maksie, jak bardzo nasze poglądy się zgadzają!


Może Pisak też lubi Verne’a...


Kiedy pojazd ponownie wyrównał tor jazdy, pan Bronski zaczął wydawać swoim nowym przyjaciołom następujące polecenia:
- Ty, kochana Elu, zostań przy naszym nieszczęsnym kierowcy i opiekuj się nim tak dobrze, jak czyniłaś to ze swoimi pacjentami będąc pielęgniarką. Miejmy nadzieję, że przeżyje on tę koszmarną noc. Anno, tobie przypadnie zadanie przespacerowania się po całym, tym niezwykle długim środku transportu
Nie przesadzaj pan. Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Infrastruktury w sprawie warunków technicznych pojazdów oraz zakresu ich niezbędnego wyposażenia, dopuszczalna długość autobusu przegubowego wynosi 18,75 m.
A może autobus naprawdę był wężem z tej gierki i wydłużał się po każdej staranowanej osobówce, potrąconym bezdomnym psie i przejechanej na pasach staruszce?  


w poszukiwaniu jakichkolwiek przedmiotów, które mogłyby nam się przydać podczas dalszej jazdy w przypadku, gdybym nie zdołał go zatrzymać.
O, typowy quest przygodówkowy.


Chodzi mi przede wszystkim o zapasy wody oraz żywności.
Które, jak wiadomo, standardowo znajdują się w każdym autobusie.
Kierowca na pewno ma kanapki i termos z kawą!


Być może ktoś dzisiaj tutaj coś zostawił? Zajrzyj pod wszystkie siedzenia.
Hmmm… rozsypane czipsy, przeżuta guma, kawałek rozdeptanego banana i torebka psich chrupek, może być?


A ty Michale, sprawdź, czy którekolwiek z drzwi dadzą się otworzyć w trybie awaryjnym. Jest szansa, że nie zostały one automatycznie zablokowane. Co prawda, nie damy rady wyskoczyć z autobusu przy tak dużej prędkości, ale warto jest poznać wszelkie dostępne nam możliwości. Ja natomiast spróbuję jakoś okiełznać tę wredną bestię. No, do roboty!
Diarrhoea verbalis, stadium letalne.
Oraz myślę, że czas najwyższy zadać fundamentalne pytanie: jakie Tajemne Szujstwo zeżarło tym ludziom telefony komórkowe?
Bardzo żarłoczny Imperatyw Narracyjny.


(...) Pan Bronski wkroczył tymczasem dostojnie do kabiny kierowcy i podjął się realizacji najistotniejszej, a zarazem najbardziej niebezpiecznej części swego planu, jaką było oczywiście zatrzymanie mknącego przed siebie, żółtego demona szybkości.
Mężczyzna usiadł na fotelu i uważnie obejrzał znajdujący się przed nim panel sterowania. Nie zamierzał zmagać się z oszalałą kierownicą, pomny tego, iż jego poprzednik nie zwojował zbyt wiele na tym polu bitwy. Nie odważył się również dotknąć wystających ze stacyjki kluczyków, będąc stuprocentowo pewnym, że podzieli los starszego jegomościa.
Khem, khem. Co tam wyżej było o nabytej na studiach umiejętności improwizacji?
MacGyver to z niego nie był.


Postanowił zatem znaleźć inny sposób na ponowne przejęcie kontroli nad niesforną maszyną, mając nadzieję, iż dokona tego przy pomocy któregoś z umieszczonych na wprost niego, licznych przycisków.
Janek wypróbował dosłownie każdy z dostrzeżonych przez siebie guzików, a także pociągnął za wszelkie dostępne mu dźwignie oraz wajchy, lecz na próżno.
“Co do pozostałych rzeczy nadal nie miałam pojęcia, co czym jest. Postanowiłam wciskać i zapalać wszystko po kolei, obserwując wyniki. (...) Zgłupiałam do reszty, ślepo przycisnęłam byle co innego i na to skądś z góry runęła mi na głowę cała orkiestra symfoniczna! To było tak nieoczekiwane, że straciłam zdolność ruchu, sparaliżowało mnie, ogłuszyło i oto prułam fale oceanu jak uosobienie szaleństwa, w grzmocie dźwięków rozdzierających uszy, w orgii szalejących fajerwerków, z armatą na pokładzie!”
(Joanna Chmielewska - Całe zdanie nieboszczyka)


Supernowoczesny przegubowiec wciąż pędził przez opustoszałe ulice, pokonując własną, zaplanowaną na dzisiejszą noc specjalną trasę przejazdu. Trzydziestolatek właśnie miał wstać z fotela kierowcy i dołączyć do swych towarzyszy, kiedy nagle z umieszczonych wewnątrz autobusu głośników rozległ się pewien tajemniczy, mrożący krew w żyłach szept:
- Śmierć… Śmierć… Wszystkich was czeka śmierć…
W tym miejscu aŁtor przeszarżował tak bardzo, że sturlałam się ze śmiechu pod biurko.
Haaa, już wiem! To był autobus z piekieł bram!


Chociaż do uszu naszych bohaterów dochodziły różnorodne dźwięki, takie jak monotonny szum sunących po asfalcie opon, czy też pomruk pracującego na wysokich obrotach silnika, ów nienawistny głos był niezwykle wyraźny. Usłyszawszy go, projektant natychmiast zamarł w bezruchu.
Co było bardzo utrudnione, bo w rozpędzonym autobusie miotało nim jak szatan, ale nasz Janek był przecież wybitnie uzdolniony, dał radę.
On może robić tylko jedną rzecz naraz, jak słucha, to się nie rusza, jak się rusza, to nie myśli…


Początkowo pomyślał, że ma do czynienia z jakimś nagraniem, ale odczuwane przezeń wątpliwości zostały błyskawicznie rozwiane przez nieznajomego „spikera”, który odezwał się do niego takimi oto słowami:
- Dlaczego jesteś tak bardzo zdziwiony, Janie? Czyżbyś nie rozważał w swym umyśle takiej ewentualności? Dobrze wiesz, że nie zdołasz uratować tych ludzi. Dlaczego oszukujesz siebie oraz zwodzisz pozostałych pasażerów? Stąd nie ma ucieczki…
A co, już rozkradziono wszystkie młotki do tłuczenia szyb (przepraszam, do otwierania wyjść ewakuacyjnych)?
Eno, w biegu mają wyskakiwać?
No wiesz, to zależy, jaka by była alternatywa...


Z każdym kolejnym wypowiadanym przez nieprzyjazny głos zdaniem, serce Janka ogarniała coraz większa zgroza. Nie wiedział, co jest bardziej przerażające: fakt, iż tajemniczy jegomość zna jego imię (które sam podał chwilę wcześniej, ale to detal), czy też oryginalna, a zarazem wyjątkowo złowroga treść tego monologu. Podjęcie jakiejkolwiek próby rozmowy z maszyną zakrawało na szaleństwo, lecz pan Bronski mimo to zdecydował się nawiązać z nią kontakt.
Hmmm, dla mnie podejmowanie rozmowy z maszyną brzmi całkiem sensownie, ale Bronski wygląda mi na hipstera, który rysunki techniczne kreśli rapidografem.


Rozejrzał się dookoła z nieskrywanym niepokojem i zadał nieśmiałe pytania:
- Kim jesteś? Czego od nas chcesz?
Wewnątrz „trzynastki” zapanowała wówczas niczym niezmącona cisza, jeśli nie liczyć stłumionych hałasów wydawanych przez układ napędowy „żółtego potwora”. Kiedy architekt zaczynał już pomału podejrzewać, że był to jedynie jakiś głupi żart, jego niewidzialny rozmówca nieoczekiwanie przerwał pełne napięcia milczenie:
- Jestem duchem Smutnego Autobusu i przybyłem tu, by wywrzeć na was pomstę, wy plugawi mordercy!


- Pragniesz wiedzieć kim jestem? Otóż jestem Twoim najgorszym sennym koszmarem! Jestem Twoim katem. Jestem Twoim przeznaczeniem. Przede wszystkim jednak jestem nieszczęsnym duchem brutalnie zamordowanego pasażera, który w nocy 24 maja 2014 roku odbywał podróż autobusem linii 13. Tak, umarłem dokładnie 365 dni temu, ale w pewien niezwykły sposób otrzymałem możliwość powrotu z zaświatów w rocznicę swej tragicznej śmierci…
Następny ględa. Podejrzewam, że pierwotnie, zamiast urządzać dzikie rajdy przez miasto, miał zamiar po prostu zablokować drzwi i zaględzić pasażerów na śmierć, ale zajrzawszy w umysł  pana architekta zorientował się, że  konkurencja będzie zbyt silna.


Słowa wydobywające się z głośników były tak zdumiewające oraz niedorzeczne (prawiście, kumie!), iż Janek ponownie zaczął zastanawiać się na tym, czy aby na pewno znajduje się przy zdrowych zmysłach.
Okazało się, że nie, bo znajdował się w autobusie. Przy zdrowych zmysłach mógł ewentualnie być.


Owa absurdalna sytuacja rzeczywiście zdawała się przypominać senne urojenie, lecz był to wyjątkowo zły sen, do którego zdecydowanie pasowało wspomniane przez ducha określenie „jego najgorszego koszmaru”. Co prawda, mężczyzna nigdy nie wierzył w zjawiska paranormalne, ale w zaistniałych okolicznościach musiał przyznać przed samym sobą, że tym razem zetknął się z prawdziwym fenomenem i horror ten nie jest wytworem posiadanej przezeń bujnej wyobraźni.
Jakoś nie zauważyłam, żebyś zrobił test rzeczywistości, kurczaczku... Naści bączka:
giphy.gif


Chociaż odczuwał skrajne przerażenie, postanowił zadać tajemniczej zjawie tak bardzo dręczące go w tym momencie pytanie:
- Jakim sposobem udało ci się nawiedzić nasz autobus?
Oto wyjątkowy boChater opka! Nie pyta “dlaczego”, nie krzyczy “wypuść mnie!”, tylko od razu wypytuje o detale techniczne. Me gusta.


Złośliwy upiór milczał niewzruszenie przez dobrych kilkanaście sekund, jednak w końcu udzielił młodemu projektantowi następującej odpowiedzi:
- Cóż, wszystko zawdzięczam wspaniałemu cudowi techniki, jakim jest ten supernowoczesny pojazd. W chwili morderstwa moja nieśmiertelna dusza wcale nie opuściła ziemskiego padołu, jak ma to zwykle miejsce w podobnej sytuacji, lecz znalazła schronienie w inteligentnym programie komputerowym, zarządzającym wszelkimi elektronicznymi procesami, które zachodzą w autobusie linii 13.
“Ghost in the shell” w wersji dla ubogich.


Pozostawała ona uśpiona przez calutki rok, ale wreszcie nadszedł mój czas! Zapytałeś mnie także o to, czego od was chcę, nieprawdaż Janie? Już ci mówię. Oczekuję, że będziecie cierpieć równie mocno, co ja.
Ja już cierpię.


Urządzę wam tutaj istne piekło, które zapamiętacie do końca swego życia, a zatem będzie to niezbyt długi okres. Waszym przeznaczeniem jest umrzeć w tym przeklętym samochodzie, w niewyobrażalnych wręcz męczarniach…
Aha, a jednak zaględzenie na śmierć. *ziewa*


Pomimo, iż panu Bronskiemu bliżej było do malarza, niż do typowego inżyniera, zafascynował go ten niezwykły proces wędrówki dusz.
Znaczy, typowi inżynierowie interesują się wędrówką dusz bardziej niż typowi malarze? (Typowych malarzy i innych artystów zazwyczaj obchodzi tylko, ile czasu będzie szedł przelew.)


Poza tym, panu Bronskiemu nie jest szczególnie blisko ani do inżyniera, ani do malarza, za to wykazuje niezwykłe podobieństwo do typowego ględziatora.


Wielokrotnie słyszał historie o duchach ludzi nawiedzających domy, w których zostali oni niegdyś zamordowani, ale pierwszy raz spotkał się z przypadkiem opętania maszyny przez zmarłą osobę.
Kinga się nie czytało? Błąd.


Nie potrafił pojąć istoty tego osobliwego zjawiska, lecz w chwili obecnej nie miało to żadnego znaczenia. Dla Janka najważniejsze było bowiem otrzymanie niepodważalnego dowodu na istnienie życia po śmierci. Jako zagorzały katolik od zawsze czekał na podobny znak i doznał w tym momencie prawdziwego objawienia.
Nie znam się, to się wypowiem: wydawało mi się, że zagorzały katolik powinien wierzyć w życie po śmierci, a nie oczekiwać dowodów.
Ten był widać takim Tomaszem, co jak nie dotknie, to nie uwierzy. Biedaczek, żal mi go, jeśli się okaże, że to jakiś Wardęga ich strollował…


Bajdełej, jeśli “doznał w tym momencie prawdziwego objawienia”, to może oznaczać tylko jedno – ponieważ zasady wiary katolickiej nic nie mówią o wcielaniu się dusz w przedmioty, Janek doszedł do wniosku, że jest to wiara fałszywa i założył własny Kościół…
Zaraz tam “założył”. Przeszedł na shintō i tyle.


Owe [owo, a jeszcze lepiej: to] silne podekscytowanie opuściło go jednak tak samo szybko, jak się pojawiło, ponieważ wnet przypomniał sobie o tragizmie sytuacji, w której znajdował się wraz z nowymi przyjaciółmi.
Zaczął przeto rozważać, czy w programie komputerowym znajdzie się jeszcze miejsce dla pięciu kolejnych osób i czy nie będzie im za ciasno.
I co się stanie, jeśli wszyscy pięcioro naraz zechcą coś powiedzieć wygłosić przemowę.


...wraz z nowymi przyjaciółmi.
Eno, ja rozumiem, że niebezpieczna sytuacja ich zbliżyła, ale to jeszcze zdecydowanie za mało, by określać ich przyjaciółmi. Oglądaliście “Cube”? No właśnie.


Do rozmawiającego z duchem trzydziestolatka dołączyli tymczasem pozostali pasażerowie „trzynastki”. Anna, Michał oraz klęcząca przy nieprzytomnym kierowcy Elżbieta spojrzeli z przerażeniem na swojego nowego przywódcę. Ich twarze wyrażały coś więcej, niźli zwykły strach.
Dzięki niezręczności Pisaka wygląda to tak, jakby duch zamordowanego pasażera zmaterializował się przed boChaterami opka i oświadczył, że przejmuje dowodzenie.


Nasi bohaterowie zdawali się stracić wszelką nadzieję na ocalenie.
“Zdawali się tracić” albo “zdawało się, że stracili”. Poza tym to idiotyczne “nasi bohaterowie” prosto ze szkolnego wypracowania albo jakiegoś streszczenia/omówienia!
Albo analizy. ;)
W każdym razie nie z literatury.


Janek z całego serca pragnął dodać im nieco otuchy, ale niestety nie potrafił przyoblec swych myśli w odpowiednie słowa.
Zatkało kakao!


Jak wiemy, on również odczuwał przemożne zaniepokojenie, lecz nadal nie dawał tego po sobie poznać.
Przemożne zaniepokojenie? Szanowni Państwo, oto mamy kandydata na eufemizm roku.
Ja bym powiedziała, że kandydata do Srebrnych Ust...


Pozostali pasażerowie widzieli w nim przyszłego wybawiciela i mężczyzna postanowił nadal dźwigać to ciężkie brzemię odpowiedzialności. Nie posiadając jednak teraz żadnego pomysłu na rozwiązanie wspólnego problemu, zdecydował się przeprowadzić z ich prześladowcą swoiste negocjacje. Spróbował wziąć się w garść i uspokoiwszy nieco przyśpieszony oddech, zwrócił się do upiora wyjątkowo donośnym głosem:
Czytaj: wydarł się histerycznie jak przedszkolak na widok owsianki.


- Rozumiem, że jesteś rozgoryczony z powodu swojej tragicznej śmierci, ale to nie my Cię zamordowaliśmy.
Tej, ale weź mów za siebie. A może Elka zadźgała go strzykawką? Albo Michał przywalił mu w głowę piłką?
A ja jednak mam wrażenie, że Janek i ten nieszczęsny duch spotkali się rok wcześniej, właśnie w autobusie, i Janek zaczął mu opowiadać historię swego życia…


boring.gif


(...) Kiedy już zaczęło im się wydawać, że słowa Janka osiągnęły zamierzony cel i zmarły pasażer postanowił zostawić ich w spokoju, nagle z głośników ponownie odezwał się ów nienawistny, mrożący krew w żyłach szept:
- Mylisz się, Janie. Co prawda, zemszczenie się na was nie przywróci mi życia, ale jakże wspaniałe jest to uczucie. Czekałem na tę chwilę okrągły rok i nie przepuszczę takiej okazji. Wiem, że jesteście niewinni, lecz ja również stałem się niegdyś niewinną ofiarą i dlatego wy podzielicie mój los.
Kurczę, to jest ta rzecz, która mnie zawsze wkurza w horrorach - czy duchy z automatu muszą mieć urwane od sensu, logiki i związków przyczynowo-skutkowych?
Tak. Bo ich mózgi przeszły w stan ektoplazmy.


Przygotujcie się na długą oraz bolesną śmierć. Wasze nieśmiertelne dusze opuszczą swe cielesne powłoki i dołączywszy do mnie, na zawsze zostaną uwięzione w programie komputerowym zarządzającym autobusem linii 13. Pogódźcie się z faktem, iż nie ma już dla was żadnego ratunku…
No i masz, wykrakałam. W dodatku ten upiór to masochista, chce spędzić wieczność w towarzystwie ględziatora Janka.

Bla, bla, bla, upiór zaczyna kolejną rozwlekłą przemowę o tym, czego to on im nie zrobi. Otóż, okazuje się, że opanował wszystkie systemy autobusu, w tym klimatyzację, a ponieważ autobus jest “niezwykle szczelny” (dlaczego? Bo młotki ukradli! To nie łódź podwodna! Ejże, jechałaś Ty kiedyś “klimatyzowanym” autobusem w środku lata?), więc...
(…) mam przyjemność zainicjować proces wypompowywania powietrza i tym samym wprowadzenia wewnątrz autobusu stanu próżni (...)

- „Stan próżni zostanie wprowadzony za 14 minut i 59 sekund”…
Czyli standardowo – dostali tyle czasu, że na pewno zdołają się wykaraskać.
CO?!? To jest koniec?!? *sprawdza w źródle* No to…
167px-Ferdinand_Foch_pre_1915.jpg
I żółwik!
Tak, Pisaczek rzucił ten kawałek na smaczek, rozwiązanie tej niezwykle groźnej i ekstraordynaryjnie przerażającej historii zamierzając objawić dopiero w książce, którą planuje wydać za dwa lata. Miejże litość, Pisaku, toć z niecierpliwości poobgryzamy sobie paznokcie do samych łokci!
Spokojnie. Na podstawie wcześniejszych wzmianek o odrealnieniu i opustoszałym mieście mogę Ci zdradzić zakończenie już teraz: to wszystko było tylko snem, wywołanym oparami tonera z drukarki laserowej, która regularnie podtruwała pracowników biura architektonicznego. Następnego dnia Janek obudził się z potężnym bólem głowy, zwymiotował na gotowy projekt i poszedł do domu piechotą.




Elektroniczny demon
Aka elektronicky mordulec.


Pan Jan Bronski podszedł do drzwi swego mieszkania i wystukał na znajdującej się nieopodal klawiaturze sześciocyfrowy kod, który zwalniał zamontowaną w nich blokadę. System alarmowy błyskawicznie zweryfikował poprawność owego ciągu cyfr i po chwili ciężkie, drewniane wrota stanęły otworem.
Podszedł do drzwi mieszkania, a te się nagle zamieniły we wrota od stodoły. Magia, czy ki diabeł?


Trzydziestoletni mężczyzna przekroczył próg ogromnej posiadłości, a tymczasem drzwi samodzielnie zamknęły się za nim z cichym, charakterystycznym sykiem.
Syk wskazywałby na to, że nie były to zwykłe drzwi, a co najmniej śluza powietrzna.
O, Jasio się dorobił. W poprzednim opku miał tylko “niewielkie, przytulne mieszkanie”.
Poprzednie opko było później, analizujemy od dupy strony.
A to przepraszam.


Należący do naszego bohatera dom był istnym cudem techniki. Ten supernowoczesny budynek został wzniesiony dosłownie przed kilkoma miesiącami, na podstawie pewnego oryginalnego, nowatorskiego projektu.
Ej, Jasiu, jeszcześ się nie nauczył, że nie można ufać “supernowoczesnym cudom techniki”?
Niech no zgadnę, kto był autorem tego projektu...


Jednym z trzech genialnych projektantów, odpowiedzialnych za jego powstanie był właśnie Janek, pracujący na co dzień jako architekt.
A w weekendy jako geniusz do wynajęcia.
Boru, dlaczego to było takie oczywiste, no dlaczego?


Położoną na obrzeżach miasta, parterową budowlę, charakteryzowała przepiękna, zewnętrzna fasada, do której stworzenia użyto ciekawego połączenia wyjątkowo wytrzymałych materiałów, takich jak szkło, stal oraz drewno.
Że co? *idzie spalić podręcznik materiałoznawstwa*
Bogowie, a byłam pewna, że chodziło o diamenty w siatce z grafenu.


Posiadała ona [ta fasada] tak pokaźne rozmiary, iż śmiało można by ją nazwać prawdziwą rezydencją.
Nazywanie fasady rezydencją jest nowym i jakże oryginalnym wkładem Pisaka w rozwój słownika synonimów.
Z punktu widzenia kornika miał jednakowoż rację.


Najbardziej niezwykłe było jednak to, co znajdowało się wewnątrz wartego kilkadziesiąt milionów złotych domostwa.
SKONT WZIOŁ kilkadziesiąt milionów?
Mit o ogromnych zarobkach architektów trzyma się nieźle. Buchachacha.


Zostało ono bowiem wyposażone w najnowocześniejsze, znane człowiekowi technologie. Wszystkie zachodzące w nim procesy były w pełni zautomatyzowane, a całym budynkiem zarządzał stworzony specjalnie w tym celu, inteligentny program komputerowy.
Cholera, skądś to znam…
Taaa, calutkie, łącznie z błędnym użyciem słowa “technologie”. Deżawi czy cuś....


System ten kontrolował między innymi poznany już przez nas mechanizm, sterujący otwieraniem i zamykaniem drzwi wejściowych do posiadłości oraz każdego z okien.
Aha. I pewnie zaraz się okaże, że dom był hermetycznie szczelny, co umożliwiało wypompowanie z niego powietrza…?
A podczas budowy zginął w nim niewinny robotnik?
A całość w ogóle została zbudowana na dawnym cmentarzu?


(...)
Janek ostatkiem sił pokonał krótki korytarz i wkroczywszy do salonu, natychmiast osunął się na ustawioną na środku pomieszczenia, wygodną, miękką kanapę.
Boru, widzę go po prostu jak idzie słaniając się, czepiając ścian, jak podróżnik po tygodniu na pustyni bez wody, jak ranny Bruce Willis w ostatniej próbie uratowania świata...


Miał za sobą wyjątkowo pracowity dzień. Zjawił się w swoim biurze projektowym już o siódmej rano i przez niemal dwanaście godzin ślęczał nad niewielkim, ale za to bardzo ważnym szkicem. Od powodzenia tego projektu zależała przyszła kariera naszego bohatera.
I ten motyw skądś znamy.
Cóż. Ja osobiście mam wrażenie, że Jasio zajmuje coś, co niegdyś w japońskich firmach nazywało się “miejscem przy oknie” – absolutnie nieważne stanowisko, bez wpływu na cokolwiek, przydzielane największym pierdołom, takim, co to spieprzą wszystko, czegokolwiek dotkną...


Trzydziestolatek od zawsze należał do niezwykle ambitnych osób i dlatego też bezgranicznie poświęcił się wykonaniu tego jednego, jedynego zadania.
Ciekawa jestem, jak on dałby sobie radę u mnie w biurze, gdzie zwykle robi się pięć rzeczy naraz, a piętnaście innych czeka w kolejce.
Swoją drogą, dla zwykłej higieny psychicznej dobrze jest oderwać się od czasu do czasu i porobić coś innego, bo mózg zajęty cały czas tym samym wpada w rutynę i jałowieje. Richard Feynman wspomina, że kiedy męczył się nad jakimś problemem, którego nie mógł rozwiązać, zostawiał wszystko i szedł grać na bębnach. Pomagało.


Owe (owo) wielkie, odczuwane przezeń zmęczenie, było stosunkowo małą ceną w zamian za osiągnięcie upragnionego, życiowego sukcesu.
Janie, nie idź tą drogą. Odstaw amfę.


“Niezwykle uzdolniony trzydziestolatek” postanawia pójść spać, ale zanim pójdzie – przez chwilę pooglądać telewizję. Nie udaje mu się to jednak, gdyż…


Janek ponownie chwycił za pilot, chcąc wydobyć z głośników nieco mocniejsze dźwięki, lecz nie dane mu było tego uczynić.
Napawam się.


Kiedy mężczyzna spróbował wcisnąć palcem odpowiedni klawisz, stało się wówczas coś niezwykłego.
Palec mu odpadł!


W pewnym momencie z ekranu telewizora znikła bowiem sylwetka prezentera wiadomości, zastąpiona przez jednolity, czerwony obraz. Trzydziestoletni projektant natychmiast doszedł do wniosku, iż pomylił guziki.
Cóż za genialna dedukcja, Sherlocku!
Taaa, zapewne uznał, że przez pomyłkę włączył RedTube.


Przez kilka długich sekund usiłował przełączyć odbiornik z powrotem na pierwszy kanał, ale jego starania zakończyły się niepowodzeniem. Trzymany przezeń pilot z całą pewnością musiał być zepsuty, gdyż nasz bohater wymieniał w nim baterie przed zaledwie dwoma dniami i brak zasilania nie mógł być powodem tej drobnej usterki.
Wprawdzie baterie te znalazł na dnie bagażnika i wiedział, że w samochodzie leżały od paru miesięcy, ale ojtam ojtam.


Janek bardzo niechętnie wstał z kanapy i zbliżywszy się do swojego supernowoczesnego telewizora, spróbował zmienić program za pomocą umieszczonych w jego obudowie przycisków. Niestety, warte niemal dziesięć tysięcy złotych urządzenie wciąż nie reagowało. Na osiemdziesięciocalowym ekranie...
Krótki gugiel pokazuje, że ceny 80-calowych telewizorów zaczynają się od kilkunastu tysięcy złotych, no ale może Jasio trafił na jakąś super-hiper-duper wyprzedaż.


...nadal widniał ten sam, czerwony niczym krew obraz.
To mi przypomina taki stary dowcip o malarzu-abstrakcjoniście, który przyjął zamówienie na obraz przedstawiający przejście Żydów przez Morze Czerwone. Kiedy klient zjawił się po odbiór obrazu, zobaczył tylko wielką płachtę, zamalowaną od góry do dołu na jednolitą czerwień.
– Co to ma być, na litość boską?
– No jak to co, Morze Czerwone!
– A gdzie Egipcjanie?
– Potonęli!
– A gdzie Żydzi?!
– Już przeszli…


Zdaniem pana Bronskiego była to dosyć niezwykła barwa. Mężczyzna spodziewał się raczej ujrzeć kolory, takie jak niebieski, czy też czarny, ponieważ właśnie te odcienie są zwykle wyświetlane przez zepsute odbiorniki.
Zwłaszcza czarny jest wyświetlany, aż w oczy razi.


Tymczasem jego telewizor emitował bardzo oryginalny sygnał, z którym Janek nigdy wcześniej się nie spotkał. Z każdą kolejną upływającą sekundą, ta niesamowicie intensywna czerwień wywoływała coraz większy niepokój w sercu naszego bohatera.
Z tego pana taki inżynier, jak ze mnie artystka ludowa.


Sfrustrowany ową nagłą awarią drogiego urządzenia architekt, mocno uderzył pięścią w jego plastikową obudowę i wykrzyknął ze złością:
- Och, motyla noga, w wyniku tego jakże niefortunnego uderzenia poważnie uszkodziłem wyświetlacz, jakże się niepomiernie zdenerwowałem!


- Durny telewizor! Kupiłem cię zaledwie miesiąc temu, a ty już się psujesz?! Przecież reklamowano mi ciebie jako niezawodne kino domowe!
A kto dziś wierzy reklamom?


Pan Bronski pokręcił z niezadowoleniem swą głową [nie miał bowiem pod ręką żadnej cudzej] i odwróciwszy się tyłem do wadliwego odbiornika, skierował się w stronę sypialni. Nie zdążył jednak zrobić nawet kilku kroków, kiedy za jego plecami niespodziewanie odezwał się pewien dziwny, mrożący krew w żyłach głos:
Syćko piknie, tylko to “pewien” potrzebne jest tutaj jak drzazga w oku.


- Kogo nazywasz durniem, Janie? Służyłem ci wiernie przez sześćset sześćdziesiąt sześć godzin, a ty tak mi się odwdzięczasz? Zero szacunku?! Pragniesz zakosztować prawdziwego kina? Urządzę ci piekielny seans, który zapamiętasz do końca swego życia!
Jeżeli Jan kupił telewizor miesiąc temu, a ten przepracował już 666 godzin, to znaczy, że przez większość dni tego miesiąca był włączony na okrągło przez całą dobę. Dla kogo tak, skoro nasz boCHater mieszka sam, a pracuje po dwanaście godzin dziennie?
Dla nikogo, i na tym właśnie polegało “zero szacunku”. Oburzające, tak zmuszać biedny telewizor do wyświetlania filmów jakimś głupim ścianom, w dodatku głuchym jak pnie!
Wcale nie głuchym, toć były naszpikowane elektroniką, z pewnością znalazła się tam przynajmniej jedna pluskwa.


(...) Chociaż rozmowa z własnym kinem domowym wydawała się być szaleństwem, pan Bronski spróbował nawiązać z nim kontakt.
Borze Szumiący, znowu niemal identyczna fraza, czuje się jak w “Dniu świstaka”.


- Do mnie mówisz? – zapytał zaskoczony tą niezwykłą sytuacją Janek. – Kim jesteś?
- Posiadam wiele imion, ale jeśli chcesz, możesz nazywać mnie po prostu elektronicznym demonem (...)
- Nie chcę. Będę nazywać cię Zenkiem. Albo nie, lepiej nazwę cię “Zdzichu”.


- Posiadam wiele imion, ale jeśli chcesz, możesz nazywać mnie po prostu elektronicznym demonem –  odparł czerwony niczym ogień piekielny ekran. – Moim zadaniem jest unicestwienie wszystkich niewdzięczników, którzy znęcają się nad swoimi telewizorami, komputerami oraz pralkami.
Ej, ale to jest fajny pomysł. Serio. Gdyby Pisak nie tworzył z takim okropnym zadęciem i nadęciem, a potraktował temat bardziej lekko, komediowo, mogłoby coś z tego wyjść!


Jestem mścicielem, twoim najstraszliwszym, nocnym koszmarem. Uderzyłeś mnie, a więc teraz zginiesz…
Skomentowałabym jakoś, ale to jest tak głupie, że nie mam siły.
Ja tak tylko przypomnę, że dziwne rzeczy z telewizorem zaczęły się dziać ZANIM jeszcze Janek go uderzył. Zdaje się, że demon szuka wstecznie usprawiedliwienia.
Prowokator parszywy!


„Albo postradałem zmysły, albo też zasnąłem na kanapie i to wszystko jedynie mi się śni” – pomyślał nasz bohater. Uszczypnąwszy się w policzek, mężczyzna doszedł jednak do wniosku, iż to wcale nie jest sen.
A fakt, że nie poczuł bólu, jakoś nie dał mu do myślenia.


Głęboko wierzył również w swą poczytalność i musiał w tym momencie przyznać przed samym sobą, że doświadcza prawdziwego horroru, podobnego do tych, jakie zwykł oglądać w telewizji. Jedyna różnica polegała na tym, że rozgrywał on się teraz po przeciwnej stronie ekranu.
W takiej sytuacji raczej wątpiłabym we własną poczytalność, ale ja to truskawki cukrem…


- Urządzę ci tu istne piekło – odezwał się tymczasem do niego ów przerażający głos. – Wszystkie okna oraz drzwi wejściowe do budynku zostały przeze mnie zamknięte. Już nigdy nie opuścisz swojego ukochanego domu. Stanie się on twoim grobowcem. W końcu umrzesz z głodu lub pragnienia, ponieważ zablokowałem także twoją lodówkę. Niestety, będzie to bardzo powolna śmierć…
Nie będzie wysysania powietrza? Buuu, jestem baaardzo rozczarowana.


Po chwili z ekranu telewizora zniknął ten niepokojący, czerwony obraz, który wnet został zastąpiony przez wizerunek szeroko uśmiechniętej, trupiej czaszki.
Pisak bardzo lubi słowo “oryginalny” – niestety, tylko słowo, bo oryginalnych pomysłów tutaj ni hu hu.


(...) W przypływie desperacji architekt rzucił się biegiem do drzwi wyjściowych z posiadłości, jednak okazały się one być zamknięte.
Zamknięte i dodatkowo zabezpieczone zbędnym “być”, użytym w charakterze kłódki.


Mężczyzna spróbował wobec tego wystukać na klawiaturze zwalniający blokadę, sześciocyfrowy kod, ale jego starania nie przyniosły żadnego rezultatu. W pewnym momencie owe (Owo! Zresztą to słowo jest tu zbędne.) niezwykle głośne brzęczenie nagle ucichło i z głośników ponownie wydobył się mrożący krew w żyłach głos:
- Nie wysilaj się, Janie. Szyfr właśnie został przeze mnie zmieniony i nie uda ci się go złamać.
W tym momencie Jan podziękował wszystkim znanym i nieznanym bogom za to, że swego czasu nie dał się namówić na czytnik tęczówki.


Po dwóch kolejnych, nieudanych próbach wprowadzenia ciągu sześciu cyfr, drzwi automatycznie się zatrzasną i już nigdy ich nie otworzysz…
Łaskawy demon z tego demona, pozostawia aż dwie szansy do wykorzystania.


Nasz bohater wprost nie mógł w to uwierzyć, lecz wszystko wskazywało na to, iż demon przejął kontrolę nad całym budynkiem. Musiał włamać się do zawiadującego nim systemu komputerowego, działając na podobnej zasadzie co złośliwy wirus. Pan Bronski zaczął zastanawiać się nad wyjściem z tej wyjątkowo trudnej, zaistniałej sytuacji, ale elektroniczny diabeł natychmiast przerwał jego rozważania.
…zwracając mu uwagę na to, że gdyby była niezaistniała, to by nie mogła być trudna.  


W salonie znowu rozległ się ów niemożliwy do wytrzymania hałas.
Znajdujący się na skraju załamania nerwowego Janek, podbiegł do ustawionego w kącie pomieszczenia, ogromnego głośnika i szybkim ruchem ręki wyrwał z niego kabel zasilający. Następnie uczynił to samo z pozostałymi trzema urządzeniami i w pokoju nareszcie zapanowała błoga cisza.
Co ciekawe, jakoś nie wpadł na to, by spróbować odciąć od zasilania system zarządzający domem.
Zapomniał, gdzie go zamontował.


Architekt podszedł teraz do jednego z okien i spróbował je otworzyć, jednak ono również zostało zablokowane przez „piekielnego mściciela”. Każdą z zamontowanych w posiadłości szyb wykonano ze wzmocnionego, wyjątkowo wytrzymałego szkła i trzydziestolatek wiedział, iż nie zdoła ich sforsować.
Bullshit. To nie jest tak, że szyby pancernej nie da się rozbić. Wymaga to więcej czasu i wysiłku, ale jest możliwe. Dla przykładu rozbicie pancernej szyby chroniącej Całun Turyński podczas pożaru katedry wymagało ok. 100 uderzeń młotem (za Wikipedią).
Pan inżynier pewnie nie ma w domu młotka.  


Pozostawało mu jedynie znaleźć jakiś sposób na skontaktowanie się ze światem zewnętrznym, aby móc wezwać pomoc.
Mężczyzna wyjął z kieszeni swoją komórkę, ale niestety nie był w stanie nawiązać żadnego połączenia. Zapomniał, że w tym naładowanym elektroniką domu nigdy nie ma zasięgu.
*płacze ze śmiechu* Pamiętacie, że sam ten dom zaprojektował?
Miało to swoje plusy - nikt mu tyłka po godzinach nie zawracał. Tylko zamawianie pizzy było nieco upierdliwe, zwłaszcza kiedy lało.


Sięgnął zatem po słuchawkę znajdującego się na pobliskim stoliku telefonu stacjonarnego, lecz nie dane mu było z niego skorzystać. Odezwał się w niej bowiem przerażający głos elektronicznego demona:
- Nic z tego, Janie. Nikt cię nie uratuje!
Zaraz, zaraz, jaka właściwie jest architektura sieci w tej chałupie i jakim cudem demon przeskaku… No dobra, to demon, wolno mu.


Pan Bronski rzucił ze złością słuchawkę na podłogę, jednak jego prześladowca nie zamierzał dać za wygraną. Telefon samodzielnie przełączył się na automatyczną sekretarkę i z głośnika wydobyły się wówczas następujące słowa:
- Nie ma dla ciebie nadziei! Pogódź się z tym, że zginiesz i pójdziesz do piekła!
Gdyby za walenie pięścią w AGD posyłali do piekła,  miejsca w kotłach już dawno by się skończyły.


Janek podniósł telefon ze stolika i z całej siły cisnął nim o ścianę. Urządzenie rozpadło się na kawałki i ów złowrogi głos natychmiast zamilkł.
Nasz bohater czym prędzej udał się do swojej sypialni. Wkroczywszy do niewielkiego pomieszczenia, usiadł przy biurku i drżącą ze strachu dłonią włączył komputer.
Taka wielka posiadłość, a pan architekt nie ma osobnej pracowni, tylko stanowisko komputerowe wciśnięte w róg sypialni?


Zamierzał wezwać pomoc przy użyciu Internetu. Niestety, okazało się, iż demon zdołał opanować również i to urządzenie.
Internet to urządzenie. Aha.
Rzekłabym wręcz: ustrojstwo!
Wihajster!


Na ekranie monitora pojawił się bowiem dobrze mu znany, czerwony obraz wraz z dwoma czarnymi, przypominającymi oczy plamami.
Biedronka dwukropka!
http://marbu.galeria.ekologia.pl/uploads_user/29000/28607/41071_org.jpg


Z podłączonych do komputera głośników odezwał się nie kto inny, jak „elektroniczny Lucyfer”:
Nie bez kozery zwany pieszczotliwie “Lampką”.


- Bardzo pana przepraszamy, ale nastąpiła awaria sieci. Proszę spróbować później…
To nie Lucyfer, to co najwyżej pracownik piekielnego call center.


Stojąca na biurku drukarka niespodziewanie ożyła i zaczęła wyrzucać z siebie kartki, na których widniał ogromny napis głoszący: „ŚMIERĆ”. Architekt wstał z krzesła i skierował się do wyjścia z pokoju.
Nadal spokojnie i dostojnie.


W tym samym momencie komputer oraz monitor nagle eksplodowały (bo były wypchane TNT) i w ciągu kilku sekund cała sypialnia stanęła w płomieniach. Obite drewnianą boazerią ściany błyskawicznie zajęły się ogniem i Janek nie potrafił opanować tego pożaru.
Bo to była boazeria vintage z lat osiemdziesiątych, oryginalna, niezabezpieczona żadnym impregnatem.


Mężczyzna wybiegł na korytarz i wkroczywszy do salonu, stwierdził z przerażeniem, że telewizor również eksplodował i teraz cały budynek zamienił się w istne piekło na Ziemi.
Tak, tak, calutki. Nie chcecie nawet wiedzieć, co eksplodowało w łazience.


Pan Bronski podszedł do drzwi wyjściowych z posiadłości i podjął ostatnią, desperacką próbę wydostania się z tego koszmaru. Wystukał na klawiaturze jedyny kod, jaki przychodził mu w tym momencie do głowy. Wprowadził sześć szóstek, czyli podwójną liczbę Szatana.
Gdyby nie zadziałało, miał jeszcze w zanadrzu sześć siódemek - podwójną liczbę Nowego Lepszego Szatana.
W ostateczności mógł poświęcić trzy trzustki.
Albo trzy cytrzystki.


O dziwo, właśnie te cyfry składały się na wybrany przez demona szyfr.
*Kwiczy i smarka* Ten piekielnie trudny, nie do złamania szyfr???
...no dobra, może to było na zasadzie “pod latarnią najciemniej”...


System zwolnił blokadę i drzwi stanęły otworem. Janek wprost nie mógł uwierzyć w swoje szczęście.
- Diabłu niech będą dzięki! (Kwiiik!) – wykrzyknął z radością nasz bohater i szybko uciekł z płonącego mieszkania.
Mieszkania!
I tak oto Pisak zgrabną klamrą zamyka opowiadanie, dając nam do zrozumienia, że wielka posiadłość była halucynacją, jakiej doznał boChater po zatruciu się dymem wydobywającym się z płonącego mieszkania, którego drzwi otworzył na początku. Nota bene to tłumaczy również syk, z jakim zamykały się drzwi - po prostu ogień wysysał tlen z zewnątrz!
Całkiem jak w filmie “Ognisty podmuch”!




Metro Ciemności
Pan Jan Bronski, trzydziestoletni, wybitnie uzdolniony architekt, wyszedł z budynku, w którym mieściło się należące do niego biuro projektowe, a następnie skierował się w stronę stacji metra. Dochodziła północ i ulice pogrążonego we śnie miasta były niemal całkowicie opustoszałe.
Pan Jan (człek, jak pamiętamy, odpowiedzialny i dojrzały) gardził wiecznymi chłopcami, dlatego postanowił zostać wiecznym trzydziestolatkiem.
Bardzo dobra decyzja, też bym tak chciała. Najlepszy wiek!


Nasz bohater właśnie wracał do swego mieszkania, położonego na obrzeżach owej wielkiej metropolii, po trwającym prawie czternaście godzin dniu pracy. Miał zaledwie tydzień na skończenie pewnego bardzo ważnego projektu, od powodzenia którego zależała jego przyszła kariera.
Bogowie, to już trzeci niezwykle ważny projekt, od powodzenia którego zależy jego PRZYSZŁA kariera. Zdaje się, że dwa poprzednie spieprzył…
Czy świstak Phil zobaczył swój cień?


Mężczyzna odczuwał przemożne zmęczenie i chociaż posiadał on własny samochód, to postanowił skorzystać tym razem z komunikacji miejskiej. Obawiał się, iż zaśnie za kierownicą i spowoduje jakiś groźny wypadek.
- Panie Bronski, czy miewa pani czasem deja vu?
- Nie wiem, ale zaraz sprawdzę w kuchni.


Uznał, że najdogodniejszym środkiem transportu będzie dla niego właśnie metro, o wiele szybsze od nocnych autobusów, którymi pan Bronski nigdy nie lubił podróżować.
Nie, serio? A dlaczego…?
Bo śmierdzą?
(Może jednak przypomnijmy, że my te opka analizujemy od najnowszego do najstarszego, więc tutaj Bronski nie ma jeszcze powodów, by nie lubić autobusów.)


(...) Janek wprost nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie wróci do domu i położy się w ciepłym, wygodnym łóżku. Niestety, naszemu bohaterowi nie dane było zaznać tej nocy spokoju. Przyszłość miała pokazać, że już wkrótce odbędzie on niezwykle długą, straszliwą podróż metrem, rodem z najgorszego sennego koszmaru, którą zapamięta do końca swego życia.
Nieprawda, już w następnym opku nie będzie niczego pamiętał.
Jak rany, facet ma naprawdę przerąbane z tym transportem… Jak kiedyś wreszcie zdecyduje się wziąć taksówkę, z pewnością będzie to wóz nr 1313, który okaże się zamaskowanym wehikułem czasu i przeniesie go wprost do PRL-u!
http://i.imgur.com/dhuh9RO.png

Trzydziestolatek rozejrzał się dokładnie po stacji „Centrum” i wnet zorientował się, iż ta jest zupełnie opustoszała, podobnie jak najbliższa okolica jego biura projektowego. Biorąc pod uwagę ową wyjątkowo późną porę, wcale nie należało się temu dziwić, lecz mężczyzna mimo to poczuł się nieswojo.
Chyba trafiliśmy do jakiejś alternatywnej rzeczywistości, gdzie wciąż trwa stan wojenny, a o 22 zaczyna się godzina milicyjna…
Pisaku, uwierz na słowo - północ w dużym mieście to nie jest “wyjątkowo późna pora”, o której ulice kompletnie pustoszeją. A na ostatnie metro zwykle czeka większa lub mniejsza grupka pasażerów.

(...)
Z umieszczonych na peronie głośników odezwał się wówczas donośny głos, informujący pasażerów, że jest to ostatni pociąg, jaki tej nocy opuści stację „Centrum”.
Ostatni pociąg ze stacji Centrum powinien odchodzić około wpół do pierwszej, nie o północy.


Na twarzy Janka pojawił się szeroki uśmiech. „Udało mi się” – pomyślał z ulgą. Gdyby tylko wiedział, iż popełnia największy błąd w swoim dotychczasowym życiu, nigdy nie zdecydowałby się odbyć tej podróży. Naszym losem od zawsze rządzą jednak zbiegi okoliczności i nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić.
A Pisak trzaska kolejne opka nie tylko według tego samego schematu, lecz nawet używając tych samych zdań i też nie jest w stanie nic na to poradzić.
Może został opętany przez ducha niewinnie zamordowanego grafomana, będącego fanatycznym wielbicielem Grabińskiego?


Metro przejechało ze świstem powietrza tuż przed nosem uzdolnionego projektanta i wnet rozpocząwszy proces hamowania, po kilku sekundach zatrzymało się całą swą długością na opustoszałej stacji.
To prawda, że metro warszawskie nie jest najdłuższe na świecie, ale nawet ono nie zmieści się całą swą długością na stacji. Chyba że to cholernie dłuuuga stacja.
Eno, nie czepiajmy się potocznego użycia, jak mówisz “pekaes przyjechał”, to też nie masz na myśli całego Przedsiębiorstwa Komunikacji Samochodowej.


Drzwi stanęły otworem i pan Bronski czym prędzej wkroczył do środka ostatniego wagonu. Wewnątrz pociągu rozległ się charakterystyczny sygnał ostrzegawczy i po zamknięciu wszystkich drzwi, podziemna kolej zaczęła ponownie nabierać szybkości. Po chwili skład metra oznaczony numerem „13” osiągnął swą maksymalną prędkość i w mgnieniu oka zniknął w pogrążonym w ciemnościach tunelu.
13? To z pewnością nie jesteśmy w Warszawie. Paryż? Madryt? Nowy Jork? Ale czy tam też mają stację “Centrum”?


Autorze, pliz, stop. Nie rób tego więcej. Naprawdę, naćkanie gęsto w tekście takich słów-kluczy jak “północ” i liczb-kluczy jak “13” czy “666” nie stworzy magicznie mrocznej i pełnej grozy atmosfery.

(...) Usiadł na najbliższym wolnym miejscu i zamknąwszy oczy, spróbował się uspokoić. Niestety, diabelska „trzynastka” miała mu to skutecznie uniemożliwić.
W momencie, gdy na zegarze wybiła północ, pociąg metra został bowiem opanowany przez pewne tajemnicze, złe moce i rozpoczął wówczas najstraszliwszą podróż w całej swej dotychczasowej historii.
A nieprawda, bo podróż rozpoczął dużo wcześniej, wyjeżdżając ze stacji początkowej.
A Pisak wziął tępą piłę i zarżnął nią wszelki suspens, jaki mógłby się w tym opku pojawić. I to był największy horror.

(...) Kiedy wzrok Janka spoczął przypadkiem na zamontowanym tuż pod sufitem, niewielkim ekranie, wyświetlającym informacje na temat trasy przejazdu, jego serce zabiło prawie dwukrotnie szybciej, niż miało to miejsce do tej pory. Urządzenie wskazywało bowiem datę 13-13-3113. Trzydziestolatek nie wiedział, co jest bardziej przerażające: trzynasty miesiąc, który tak naprawdę nie istniał, czy też zupełnie nieprawdopodobny, ponad trzytysięczny rok.
Hm, a gdyby wyświetlacz pokazał rok 1313, pan Janek uwierzyłby, że przeniosło go do średniowiecza?
Przerażenie na widok wadliwie działającego wyświetlacza dobitnie świadczy o tym, że Jan nader rzadko korzysta ze środków komunikacji zbiorowej.


Mam radę dla pana Janka: skoro tak się boi niezwykłych omenów ukrytych w liczbach, niech nigdy nie jedzie nad morze!
http://hatalska.com/wp-content/uploads/2013/08/Hel666.jpg


Bla bla bla, bohater wędruje przez całkowicie pusty pociąg, dociera do kabiny maszynisty, która też jest pusta. Tymczasem metro gna coraz prędzej jakimiś wąskimi tunelami, nie mijając żadnej stacji, a Bronski naciska guziki i ciągnie wajchy, przy której to czynności już go wszyscy widzieliśmy i ileż można. Tajemnicze zjawiska nasilają się, ekrany w wagonach świecą na czerwono, pociąg mija drugi skład  – wypełniony szkieletami, atakują go jakieś drapieżne bestie…
Generalnie mamy tu całe składowisko typowych elementów horroru i ktoś z talentem mógłby z tego zrobić opowiastkę naprawdę mrożącą krew w żyłach, no ale poznaliśmy już chyba styl Pisaka na tyle, by wiedzieć, że on nie. Darujemy więc sobie i Wam przedzieranie się przez tę kupę suchych trocin, wybierając z niej jedynie te fragmenty, do których mamy jakieś konkretne uwagi.


(...)
Zerknąwszy przez okno, Janek ocenił, iż „trzynastka” pędzi teraz przez pogrążony w ciemnościach tunel ponad sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę.
Zdolniacha, tak na oko to ocenił!


Doskonale wiedział, że żadna kolej podziemna nigdy nie rozwinęłaby takiej zawrotnej prędkości. Było to po prostu niemożliwe, a jednak właśnie tak przedstawiała się rzeczywistość.
Niezupełnie. Wprawdzie prędkość metra w miastach europejskich zazwyczaj nie przekracza 80 km/h (średnia prędkość komunikacyjna to ok. 35 km/h), ale np. Metropolitan line w Londynie osiąga niekiedy 95 km/h. Z tego, co udało mi się wyguglać, najszybszym metrem na świecie  jest Delhi Airport Metro Express z maksymalną prędkością 135 km/h.
Rekord prędkości polskiego pociągu na polskich torach (co prawda naziemnych) wynosi 225,2 km/h.

(...)
Trzydziestolatek był jednym z wielu architektów, którzy opracowali projekt tej trasy i miał całkowitą pewność, iż pod ziemią nie znajduje się żaden ukryty tunel, w jaki mógłby skręcić jego pociąg.
No i proszę, słusznie stwierdziłam, że pan Jan to wieczny trzydziestolatek, bo jak w innym przypadku mógłby opracowywać ten projekt? Dzieckiem w kolebce będąc?


(...)
Młody projektant także i tym razem nie dostrzegł żadnego człowieka, lecz natrafił na przedmioty świadczące o tym, iż nie był on jedyną osobą, która podróżowała tej nocy pociągiem oznaczonym numerem „13”. Janek znalazł tutaj bowiem dużą, szmacianą lalkę oraz długą, drewnianą laskę. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że rzeczy te należały do dziewczynki jadącej metrem wraz ze swą babcią lub też dziadkiem.
Nie mogły one należeć na przykład do wracającej z pchlego targu kolekcjonerki pamiątek z PRL-u ani do roztargnionego pracownika teatru kukiełek, ani nawet do chłopczyka, który akurat lubił bawić się lalkami, bo dlaczego nie.
(Jasio to w ogóle nigdy nie ma żadnych wątpliwości…)


Nie wiedział jednak, gdzie też oni mogli się podziać. Był pewien, że dziecko nie porzuciłoby dobrowolnie ukochanej zabawki, [był także pewien, że to ukochana zabawka…] a więc ludzie ci nie mogli wysiąść na poprzedniej stacji. Wszystko wskazywało na to, iż pasażerowie po prostu stąd zniknęli, w wyjątkowo tajemniczy, niewytłumaczalny dla niego sposób. Mężczyzna wątpił, czy uda mu się rozwikłać tę zagadkę.
Tymczasem rozwiązanie zagadki było bardzo proste: przedmioty zostały zgubione wiele godzin temu i jeździły sobie w tę i z powrotem od jednej końcowej stacji do drugiej.

Jasio dociera do kabiny maszynisty:
Nasz bohater spojrzał na ustawiony na środku fotel i dostrzegł na nim jedynie małą, niebieską czapeczkę, jaką zwykli nosić pracownicy kolei. Po maszyniście nie było ani śladu.
Jego zdumienie byłoby o wiele większe gdyby wiedział, że mundury pracowników warszawskiego metra nie są i nigdy nie były niebieskie - do 2014 były granatowe, a obecnie są ciemnoszare.


Mijały kolejne minuty, a „trzynastka” wciąż mknęła przez mroczny tunel ze stałą prędkością ponad stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, zaprzeczając wszelkim, znanym Jankowi prawom fizyki.
Aha, znaczy, po przekroczeniu 150 km/h osiąga się prędkość warp? Ciekawe, czy wiedzieli o tym konstruktorzy pendolino.


Co prawda, posiadał on tytuł magistra architekta, a nie inżyniera mechaniki, lecz mógł stwierdzić z całą pewnością, iż jak dotąd nie skonstruowano jeszcze na świecie pociągu metra, który potrafiłby osiągnąć tak wielkie przyśpieszenie.
Nie wiem, jaką uczelnię i gdzie ukończył Janek, ale nie można mieć architekta bez inżyniera. Albo jest się inżynierem architektem, albo magistrem inżynierem architektem.
A mechanika to nie to samo co inżynieria mechaniczna, panie Pisak. Pan miałeś na myśli to drugie. To pierwsze natomiast (w odniesieniu do budowli) jest bodaj na drugim roku architektury i jest strasznie upierdliwą kobyłą.
Ponawiam pytanie: skąd wiedział, z jaką prędkością jedzie pociąg? Poruszali się w ciemności, nie mijając przy tym stacji, nie miał żadnych punktów odniesienia…
Rozpoznawał po łaskotaniu w brzuszku.


(...)
Nasz bohater ocenił, iż ten „piekielny rydwan” (duch Grabińskiego pokiwał głową z uznaniem) już dawno temu opuściłby granice każdego, nawet najbardziej rozległego miasta na tej planecie, a jego rodzinna miejscowość wcale do takowych nie należała.
Zapamiętajmy “rodzinną miejscowość”, ok?


Nigdy nie słyszał o tym, aby ktokolwiek zdecydował się wybudować linię podziemnej kolei, która wykraczałaby poza teren swojej macierzystej metropolii. Podobna inwestycja byłaby po prostu pozbawiona sensu oraz logiki.
Przyjmijcie do wiadomości, że Tokio, Pekin czy Szanghaj nie istnieją. A jeśli istnieją, to nie ma tam żadnych systemów kolei podziemnej.


Bla bla bla, dalej następują te różne straszne rzeczy, o których wspominałyśmy na początku, aż wreszcie (nagle wtem!!!) ni stąd, ni zowąd “piekielna trzynastka” dochodzi do wniosku, że starczy już tej rozrywki.


W niespełna minutę metro wytraciło całą prędkość i wyłoniwszy się z ciemnego tunelu, najzwyczajniej w świecie zajechało na stację „Dworzec Centralny”.
A pan Jan Bronski zorientował się, że faktycznie trafił do alternatywnej rzeczywistości, bo w Warszawie nie ma stacji metra “Dworzec Centralny”.


W momencie, gdy drzwi pierwszego wagonu stanęły otworem, mężczyzna natychmiast się z niego wyczołgał. Do znajdującego się u kresu swych sił Janka podbiegło kilku pracowników kolei. Jeden z nich zadał mu następujące pytanie:
– Co się panu stało?! Wygląda pan, jakby właśnie wrócił z piekła!
Na twarzy naszego bohatera pojawił się tajemniczy uśmiech i zamknąwszy oczy, zapadł on w głęboki sen.
A pracownicy metra wezwali Policję, która zawiozła Janka na wytrzeźwiałkę.

Demon Obietnicy

W ten jakże piękny, majowy poranek,
W ten – znaczy, jaki? Czyżby przyszedł tu jakiś głodny demon i zeżarł znajdujący się na początku opis poranka?
Ten jakże piękny, no przeca aŁtor napisał.


pan Jan Bronski postanowił wybrać się wraz ze swą narzeczoną, Agnieszką, do Wesołego Miasteczka,
Tego jedynego i wyjątkowego spośród wszystkich innych wesołych miasteczek, w pełni zasługującego na zapis wielką literą.


które wczorajszego dnia przybyło z wizytą do ich niewielkiej miejscowości.
Tej niewielkiej miejscowości, w której jest Dworzec Centralny i metro?
Sprawa się rypła – wydało się, że Janek jest “słoikiem”!
W dodatku nie przyznaje się do tego – w opku o metrze wszak określił “rodzinną miejscowością” Warszawę!


Trzydziestoletni mężczyzna był z zawodu architektem i ostatnimi czasy pracował nad pewnym niezwykle ważnym projektem, przebywając w swoim biurze po kilkanaście godzin na dobę. Od powodzenia owego przedsięwzięcia zależała jego przyszła kariera i nasz bohater całkowicie poświęcił się wykonaniu tego jednego, jedynego zadania.
Ja pierdolę, znowu…
groundhog-day-driving.jpg


Pisak zasiadł przy klawiaturze swego komputera. Ostatnimi czasy pracował nad pewnym niebywale strasznym horrorem, od ukończenia którego zależała jego przyszła kariera pisarska, dlatego też poświęcił się całkowicie wykonaniu tego jednego, jedynego zadania. Nie przewidział jednak, że w oprogramowaniu jego wiernej maszyny zagnieździł się złośliwy demon!  Kiedy tylko Pisak nacisnął klawisze Ctrl+C, komputer wydał z siebie tajemniczy jęk i zgrzyt. Pisak zdziwił się, ale kontynuował zaczęte dzieło swego życia… Niestety! Olaboga! Biada! Kiedy nacisnął Ctrl+V, klawiatura zmieniła się w potworną paszczę pełną piekielnie ostrych zębów i jednym chapnięciem odgryzła mu paluchy!


W końcu doszedł jednak do wniosku, iż potrzebuje nieco odpoczynku i dlatego też zdecydował się spędzić niedzielę z miłością swego życia.
Łaskawy pan!
Ja się raczej zastanawiam, jakim cudem Janek poznał miłość swego życia, skoro cały czas spędza w pracy.


Agnieszka była o cztery lata młodsza od Janka i to ona namówiła chłopaka (trzydziestoletniego) do odbycia tej szalonej wycieczki.
Bogowie! Jakimi sztywniakami muszą być oboje, skoro wypad do objazdowego wesołego miasteczka jest dla nich “szaloną wycieczką”! Jak potwornie nudne życie muszą prowadzić…
Oto Janek - ten pierwszy po prawej:
1246492064_by_krys__600.jpg


Wybitnie uzdolniony projektant oświadczył się jej niespełna dwa tygodnie temu i dziewczyna nadal nie mogła uwierzyć w swoje szczęście.
Bo nie ma nic cudowniejszego niż mąż, który spędza w pracy po kilkanaście godzin, wraca w środku nocy i dupy nie truje. (Tyle że nie.)


Dzień w wesołym miasteczku sobie darujemy, bo można go streścić tak:
quotes-hitchhikers-16.jpg


Opuszczając lunapark narzeczeni zauważają niezwykłą rzeźbę, przedstawiającą straszliwą bestię, wyglądającą jak skrzyżowanie Upiora Pierścienia z Reptilianinem. Rzeźba emanuje złowrogą energią i jest plugawa, bluźniercza i przedwieczna.


Im dłużej wpatrywali się w skrzydlate monstrum, tym trudniej było naszym bohaterom oderwać od niego wzrok. Narzeczeni skupili na nim całą swą uwagę i z czasem przestali zwracać uwagę na to, co dzieje się dookoła.
Widocznie jednotorowość Janka była zaraźliwa.


Do ich uszu nie docierał już panujący w Wesołym Miasteczku zgiełk, lecz pochodzący od potwora cichy głos, szepcący jakieś tajemnicze zaklęcie, w zupełnie obcym, niezrozumiałym dla nich języku.
Na jakiej podstawie uznali więc, że to zaklęcie, a nie np. przepis na piekielne ciasteczka?


Janek i Agnieszka zdawali się być przez niego zahipnotyzowani. Z każdą kolejną upływającą sekundą owa niecodzienna sytuacja stawała się coraz groźniejsza (albowiem boChaterom groziła śmierć z głodu i pragnienia, a komary coraz bezczelniej dobierały się im do zadków), ale na szczęście para została wyrwana z tego specyficznego stanu odrętwienia.
Nogi im tak zdrętwiały, że się przewrócili.


W pewnym momencie przechodzący nieopodal staruszek potrącił przypadkiem stojących przed posągiem narzeczonych, przywołując ich w ten sposób z powrotem do rzeczywistości.
... i mrucząc coś o cholernych zawalidrogach, zawsze ustawiających się w najwęższym miejscu.


Mężczyzna i kobieta spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, nie mogąc zrozumieć zjawiska, którego przed chwilą wspólnie doświadczyli. W końcu wzruszyli swymi ramionami i wnet zapomnieli o całym zdarzeniu.
Przelatująca obok jętka jednodniówka spojrzała na nich z podziwem.


Zerknąwszy ponownie w kierunku kamiennej rzeźby, Agnieszka dostrzegła wyryty u jej podstawy, bardzo osobliwy napis. Zwróciła na niego uwagę młodego architekta i zaczęła czytać na głos:
– „Jam jest Demon Obietnicy. Stoję z gracją baletnicy na straży przestrzegania wszelkich, czy to małych, czy to wielkich, złożonych drugiej osobie obietnic.
Z poszanowaniem uzasadnionych interesów osób trzecich, a jednocześnie z uwzględnieniem  prymatu interesu publicznego.


Biada temu, kto nie wywiąże się z przysięgi danej komuś w mej obecności. Jeśli masz odwagę, śmiertelniku, złóż obietnicę swoim najbliższym, jednak bacz na to, aby jej dopełnić…”.
Bo co?
Bo w ryj!


Zapoznawszy się z treścią tego niezwykłego tekstu, na twarzy dziewczyny natychmiast pojawił się szeroki uśmiech.
Wcześniej go tam nie było, bo pełzał po cokole.
No tak, pełzał i się zapoznawał, a jak już się zapoznał, to wrócił na swoje miejsce.


Narzeczona pana Bronskiego zdawała się być zachwycona perspektywą usłyszenia od niego jakiejś wyjątkowej obietnicy. Uznała, iż ktoś postąpił bardzo sprytnie, stawiając w tym miejscu kamienną figurę „Demona Obietnicy” i dostarczając wychodzącym z lunaparku ludziom świetną rozrywkę.
Eeee tam, niezbyt sprytnie, bo posąg nie trzyma skrzyneczki na pieniądze i nie kiwa głową jak aniołek w kościele.
Chyba świetną rozrywkę na zasadzie, że ujrzawszy znienacka to coś wrzeszczą z przerażenia i zaczynają uciekać.


Agnieszka chwyciła ukochanego za rękę i zwróciła się doń tymi słowami:
– Janeczku! Proszę, obiecaj mi coś! Zobaczymy, czy uda ci się dotrzymać danej mi obietnicy. Wiem, że przed dwoma tygodniami przysięgałeś mi wierność aż do śmierci, ale chętnie otrzymałabym od ciebie jeszcze jedno zapewnienie, tym razem dotyczące czegoś innego. Obiecaj mi coś! Obiecaj!
A on jej na to obiecał, że nie będzie więcej wycierał nosa w firankę.
Można by sądzić, że ma na myśli coś konkretnego, nie?


Mężczyzna miał duże wątpliwości, czy powinien wziąć udział w tej niecodziennej zabawie.
Proszę mi wytłumaczyć jak sołtys krowie na miedzy, co tu jest niecodzienne – i co właściwie jest zabawą…
Składanie obietnic, nie wiedziałaś? Największy ubaw jest wtedy, gdy jakiś naiwniak w nie uwierzy.
Aaaaa, znam tę zabawę, odbywa się co cztery lata i nazywa “wybory”!


Niepokój, którego doświadczył na widok odrażającego demona, został podsycony za sprawą owej dziwnej, wyrytej na posągu inskrypcji. Przeczuwał, że wyniknie z tego coś niedobrego, lecz niestety, nie zaufał posiadanej przez siebie, nieomylnej intuicji.
I, jak już wiemy, tak mu zostało, bo nie potrafił się uczyć na własnych błędach.
Nieomylnej, fiu, fiu, ależ Jasio ma wysokie mniemanie o sobie.


Doszedł do wniosku, że odrobina szaleństwa nikomu jeszcze nie zaszkodziła i postanowił sprawić przyjemność narzeczonej.
Sprawianie przyjemności narzeczonej = szaleństwo? Biedna Agnieszka.
Z Janka krejzol na całego,
I być może to dlatego
W następnych opkach Agnieszka
Z Jankiem bynajmniej nie mieszka.


Janek zastanawiał się nad przedmiotem swojej obietnicy przez dobrych kilkanaście sekund, [nie czekając, aż Agnieszka powie, o co jej chodziło] ale wreszcie wpadł na pewien wyjątkowo oryginalny pomysł.
Och, wyjątkowo oryginalny, no no, czuję się zaintrygowana! Cóż to będzie, ach, cóż?


Objął ramieniem stojącą u jego boku dziewczynę i spojrzawszy jej głęboko w oczy, powiedział z uśmiechem na ustach:
– Dobrze, niech ci będzie. Co prawda, jest to obowiązek, czy też raczej marzenie każdego dorosłego faceta, jednak od teraz dotyczy ono również ciebie. Posłuchaj zatem. Uroczyście obiecuję ci, iż nie spocznę, dopóki nie wybuduję dla nas nowego, rodzinnego domu, dopóki nie zasadzę w ogrodzie tegoż domu drzewa, w cieniu którego będą kiedyś odpoczywać nasze dzieci oraz dopóki nie obdarzę cię synem…
Bogowie! Jakim oryginalnym pomysłem jest postawienie domu, zasadzenie drzewa i spłodzenie syna! Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł?!
Janek znowu składa obietnicę, której dochowanie nie zależy od niego. A jeśli któreś z nich okaże się bezpłodne, to co?


Ostatnie słowa szczególnie rozbawiły słuchającą tej długiej wypowiedzi Agnieszkę.
E tam, długiej. Jak na naszego Jasia to jest niezwykle zwięzła.
To oczywiście subiektywna opinia, ale moim zdaniem ostatnie słowa brzmiały bardzo creepy. Po której córce gotów byłby zrezygnować? Po trzynastej czy po sześćset sześćdziesiątej szóstej?


Kobieta roześmiała się serdecznie i odrzekła swemu ukochanemu:
– Niech pan nie będzie taki szybki, panie Bronski. Zgodziłam się zostać twoją żoną, lecz to nie znaczy, że chcę mieć całą gromadkę dzieci.
No właśnie.


Mimo to, dziękuję ci za te zapewnienia, ale przecież były to trzy osobne obietnice!
Architekt pocałował niespodziewanie narzeczoną w usta, którym to zachowaniem wprawił ją w jeszcze większe zaskoczenie.
No bo jakże to tak, kto to widział, żeby całować narzeczoną? Co za bezeceństwo!


Następnie pogłaskał dziewczynę czule po włosach i odpowiedział:
– Jesteś tak wyjątkową osobą, iż zasługujesz na specjalną, potrójną obietnicę. Możesz być pewna, że jej dotrzymam. Nasz „Demon Obietnicy” mi w tym pomoże.
Spłodzić syna też??? W takim razie miejmy nadzieję, że ograniczy się do trzymania kandelabru.


W momencie, gdy mężczyzna spojrzał ponownie na stojącą nieopodal kamienną figurę, uśmiech natychmiast zniknął z jego twarzy. Odniósł bowiem nieodparte wrażenie, iż prawa ręka potwora, trzymająca zakończone czaszką berło, przybliżyła się nieznacznie w ich kierunku, dając Jankowi jasno do zrozumienia, że demon trzyma go za słowo. Była to niezwykle niedorzeczna myśl, jednak chłopak nie potrafił się od niej uwolnić. Dopiero przytulona do jego piersi Agnieszka przywołała swego partnera z powrotem do rzeczywistości, mówiąc:
– Dobrze więc, mój ogierze. Wracajmy do twojego małego mieszkanka i postarajmy się o spełnienie ostatniej z danych mi przez ciebie obietnic…
*Sine przybiera minę pani Dulskiej* Przed ślubem? Fi donc!


Niestety, narzeczeni nie mogą zabrać się za spełnianie obietnicy, ponieważ...


Około godziny dwudziestej do Agnieszki zadzwonił jej szef, prosząc kobietę o to, aby niezwłocznie wyjechała do innego miasta, z pewną niezwykle ważną podróżą służbową (w podróż, nie z podróżą!). Dziewczyna pracowała jako dziennikarka i często spotykały ją podobne sytuacje. Nie śmiała odmówić dyrektorowi największej lokalnej stacji.
A to w “największej lokalnej stacji” nikt tego wieczoru nie pracował, trzeba było ściągać ludzi z domów?


Janek idzie spać.


W momencie, gdy na zegarze wybiła północ, mieszkanie naszego bohatera nieoczekiwanie nawiedził „Demon Obietnicy”. Bestia nagle zmaterializowała się w pokoju, w którym smacznie spał nieświadomy tego faktu trzydziestolatek. Temperatura panująca w pomieszczeniu spadła o kilkanaście stopni Celsjusza i z ust Janka zaczęły wówczas wydobywać się maleńkie obłoki pary. Już po chwili owe (owo…) przejmujące zimno zbudziło mężczyznę. Usiadł on na swym posłaniu i ze zdziwieniem rozejrzał się dookoła, lecz z powodu panujących w sypialni ciemności nie był w stanie niczego dostrzec. Dopiero po zapaleniu znajdującej się na pobliskim stoliku lampki młody projektant dowiedział się, co jest źródłem tej niezwykle niskiej temperatury.
I nie był to otwarty lufcik.
Ani zepsuta przez chochliki klimatyzacja.


Odczuwane przezeń zaskoczenie natychmiast ustąpiło miejsca paraliżującemu całe jego ciało przerażeniu. Janek od razu poznał, iż ma do czynienia z pochodzącym z lunaparku demonem, ale nie mógł uwierzyć własnym oczom. Uznał, że wcale się nie obudził i jest to jedynie senny koszmar. Niestety, uszczypnąwszy się w policzek musiał przyznać, iż należące do niego mieszkanie nawiedził prawdziwy potwór z piekła rodem. Nie miał pojęcia, jakim cudem kamienny posąg zdołał ożyć, lecz w zaistniałych okolicznościach było to bez znaczenia.
Opera zna takie przypadki. Gdyby nie elementy gadzie, byliby nawet podobni:
2cdd8e06adf196a7b319855d02a5ccef.jpg
Nie posądzam Jasia o jakikolwiek kontakt z operą, skoro nawet wyprawa do wesołego miasteczka to dla niego takie wielkie i szalone wydarzenie.


Monstrum żąda wypełnienia obietnicy:
– Muszę przyznać, Janie, iż Twoja potrójna obietnica zrobiła na mnie duże wrażenie. Codziennie słyszę setki obietnic, lecz ta jest wyjątkowa i dlatego też postanowiłem natychmiast ją od Ciebie wyegzekwować.
Zupełnie jak w pracy - raz się wykażesz i masz przerąbane.


Daję ci czas do wschodu słońca. Masz dokładnie pięć godzin, aby zrealizować wszystkie trzy zamierzenia, które w niej zawarłeś. Twoim zadaniem jest zatem wybudowanie prawdziwego, rodzinnego domu, zasadzenie drzewa oraz spłodzenie syna.
Nieprawda. Jan nie obiecał, że wybuduje, zasadzi i spłodzi, tylko że nie spocznie, dopóki tego nie zrobi. Janie, natychmiast wstań z wyrka i przestań spoczywać!


Jeśli nie wywiążesz się ze swojej obietnicy, Twoja nieśmiertelna dusza stanie się moją własnością. Zabiorę ją wówczas ze sobą do krainy ciemności i już nigdy nie zaznasz spokoju.
Z każdym kolejnym wypowiadanym przez demona słowem, serce mężczyzny ogarniała coraz większa zgroza. Strach, wywołany widokiem potwora, został spotęgowany w wyniku ujawnienia przezeń mrożącej krew w żyłach misji, jaką miał do wypełnienia.
Zwłaszcza myśl o płodzeniu potomka napawała go niewypowiedzianą zgrozą.


Jasio jojczy, że wypełnienie wszystkich trzech obietnic w tak krótkim czasie jest niemożliwe, a demon, zamiast odpowiedzieć mu, że wcześniej trzeba było o tym myśleć, niespodziewanie zgadza się na to, by spełnił tylko jedną.


Umowa zostaje przypieczętowana uściskiem dłoni:
Architekt wyciągnął do przodu trzęsącą się rękę i uścisnął szponiastą dłoń „Demona Obietnicy”. Była obrzydliwa w dotyku, oślizgła niczym łapa krokodyla, ale Janek dzielnie powstrzymał ogarniającą go falę mdłości.
Oślizgła? Pisak chyba nigdy w  życiu nie dotykał żadnego gada. Gady są milusie w dotyku!


Emanujące grozą monstrum wycofało się tymczasem z powrotem na środek sypialni i w pewnym momencie zniknęło tak samo nagle, jak się pojawiło, dosłownie rozpływając się w powietrzu. Mężczyzna ponownie zaczynał mieć wątpliwości, czy spotkanie z potworem nie było jedynie wytworem jego bujnej wyobraźni, lecz unoszący się w pomieszczeniu, wyjątkowo intensywny zapach siarki całkowicie wykluczał taką możliwość.
Nie przyszło mu do głowy, że za atmosferę w mieszkaniu mógł być odpowiedzialny Cichacz Podkołdernik?
Nie ta nuta zapachowa. Jak siarka, to raczej tanie winko rozlane na podłodze - paaanie architekt, no WEŚ pan!


(...)
Pan Bronski dokonał błyskawicznej analizy obecnej sytuacji i doszedł do oczywistego wniosku, że najłatwiejszym zadaniem jest spłodzenie przez niego syna.
Uroczyście oświadczam, że pan Bronski jest idiotą.


Istniało jednak kilka bardzo poważnych problemów. Po pierwsze: Janek nie był w stanie dotrzeć na czas do przebywającej w oddalonym o kilkaset kilometrów mieście narzeczonej. Po drugie: Agnieszka dała mu jasno do zrozumienia, iż nie zgodzi się na współżycie przedmałżeńskie i nasz bohater za nic w świecie nie chciał jej do niego zmuszać, nawet za cenę swej duszy.
Aaaaha, zatem “Dobrze więc, mój ogierze. Wracajmy do twojego małego mieszkanka i postarajmy się o spełnienie ostatniej z danych mi przez ciebie obietnic…” w języku jankowo-agnieszkowym oznaczało naprawdę “Dam ci wszystko to, co lubię, ale siebie dam po ślubie!”, tak?
To miło, że Pisak zrywa z irytującą tezą jakoby kobieta, która mówi “nie”, miała na myśli “tak”. Obawiam się jednak, że wykazuje się przy tym przesadną gorliwością.
Hm… Ja się zastanawiam w takim razie, co tak naprawdę Janek obiecał Agnieszce… “Żadnego domu, żadnych dzieci, ale za to mogę ściąć dla ciebie jakieś drzewo”?


Po trzecie: nie miał żadnej pewności, że poczęte dziecko będzie chłopcem, a także nie wiedział, czy tej nocy kobieta w ogóle zajdzie w ciążę.
Zdecydowanie nie. Ciąża zaczyna się, kiedy zapłodnione jajeczko zagnieździ się w macicy, dotarcie tam zabiera mu zwykle parę dni.


Wszystkie te okoliczności aż nazbyt dobitnie przemawiały za tym, aby natychmiast odrzucić pomysł starania się o potomka.
Aha, i to było najłatwiejsze zadanie…?


Młodzieniec rozważył zatem pozostałe dwie możliwości i uznał, iż łatwiej będzie mu wybudować skromny domek, niż znaleźć w środku nocy sadzonkę jakiegoś drzewa.
Po raz drugi uroczyście oświadczam, że pan Bronski jest idiotą. A poza tym nie uważał na wykładach z prawa budowlanego.


Co prawda, był tylko zwykłym architektem [zwykłym? a nie niesłychanym, wybitnie uzdolnionym itd.? Zaskoczonam!]  i nie posiadał doświadczenia w stawianiu zaprojektowanych przez siebie konstrukcji (bo praktyki budowlane na studiach odbębnił w firmie stryjka szwagra kuzynki i polegały one jedynie na twórczym wypełnianiu dziennika praktyk), ale mógł przecież skorzystać z pomocy fachowej ekipy. Miał przynajmniej kilku zaufanych znajomych, którzy nawet o tak późnej porze z pewnością zgodzą się go wesprzeć.
I przy okazji podarują mu uzbrojoną działkę budowlaną? Cholera, czemu ja takich nie mam?


Janek zerknął na znajdujący się na pobliskim stoliku elektroniczny zegar i z przerażeniem stwierdził, że dochodzi już wpół do pierwszej w nocy. Zostały mu cztery i pół godziny, aby zrealizować postawiony sobie cel. Nie chcąc tracić tak bardzo cennych teraz dla niego sekund, szybko się ubrał i założywszy swój drogocenny, złoty zegarek, wprowadził do stopera czas, jaki pozostał do wschodu słońca. Następnie nacisnął odpowiedni guzik i rozpoczęło się wsteczne odliczanie. 04:29:59, 04:29:58…
Optymistycznie założył, że jego “drogocenny, złoty zegarek” jest co do ułamka sekundy zsynchronizowany z wewnętrznym zegarem demona.


Mężczyzna skierował się w stronę wyjścia z należącego doń mieszkania i wybiegłszy na zewnątrz, czym prędzej wsiadł do swojej starej hondy. Przemierzał opustoszałe ulice pogrążonego we śnie miasta, w poszukiwaniu osób, które mogłyby pomóc mu w wybudowaniu domu.
Ale po co przemierzał cokolwiek w poszukiwaniu, skoro miał ekipę? Nie lepiej było pojechać prosto do kumpli?


Okolica wyglądała wyjątkowo ponuro, pomimo iż wszędzie paliły się liczne latarnie, rozpraszające gnieżdżący się w zaułkach mrok nocy. Janek jeszcze nigdy nie jechał samochodem o tak późnej porze i ów nienaturalny spokój pogłębił jedynie odczuwany przezeń strach.
No litości. W tym fachu o wpół do pierwszej to się szuka czynnego ksera. ;)


W chwili, gdy dotarł do centrum, otrzymał niepodważalny dowód na to, że wizyta potwora nie była złudzeniem.
Przejeżdżając obok terenu Wesołego Miasteczka, spojrzał przypadkiem w kierunku bramy i o dziwo, nie dostrzegł za nią kamiennego posągu „Demona Obietnicy”. Pan Bronski nie wierzył w zbiegi okoliczności i był pewien, że rzeźba nie została stąd usunięta przez pracowników lunaparku. Bestia naprawdę ożyła i grasowała teraz wśród nieświadomych tego faktu mieszkańców.
Aha. I własne przekonanie nazywa niepodważalnym dowodem? Świetnie musi się dyskutować z tym człowiekiem...


(...)
Nasz bohater dokonał istnego cudu, a mianowicie w zaledwie godzinę zdołał zebrać ekipę aż sześciu ludzi, doskonale znających się na swojej robocie, jaką było oczywiście stawianie budynków. Bardzo niechętnie zrezygnowali oni z dalszego snu, lecz żaden z mężczyzn nie śmiał odmówić młodemu projektantowi, z którym łączyła ich głęboka przyjaźń.
“Głęboka przyjaźń” i “nie śmiał odmówić” jakoś mi się ze sobą nie komponują.


Byli mocno zdziwieni jego prośbą, ale nie zadawali mu zbędnych pytań. Kolumna trzech samochodów zmierzała w stronę przedmieść, gdyż tylko tam znajdowało się wystarczająco dużo wolnego terenu na wybudowanie jakiegokolwiek, nawet najbardziej skromnego domu.
A to, że ten teren do kogoś należał, powiewało Bronskiemu koło odwłoka i zwisało miękkim kalafiorem.


Po przybyciu w odpowiednie miejsce, grupa dowodzona przez Janka błyskawicznie wyładowała z pojazdów zebrane naprędce (z okolicznych śmietników) materiały budowlane, wśród których przeważały drewniane deski.
Oprócz nich przywieźli również deski plastikowe, deski szklane i kilka desek z wełny mineralnej.


Przyjaciele uznali, iż właśnie z tego budulca najłatwiej będzie im skonstruować niewielki budynek. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nie posiadają [nie mają!!!] dużo czasu i dlatego też od razu zabrali się do dzieła.
Siedmiu (krasnoludków?) śmiałków postanowiło zmierzyć się z zadaniem, które wielu uznałoby za niemożliwe do wykonania.
Siedmiu śmiałków, mujborze… Myślałby kto, że idą wrzucić jakiś pierścień do jakiejś dziury, albo co.
Hej ho, hej ho, na budowę by się szło!


Oni jednak zdawali się wcale tym nie przejmować i przez kolejne dwie godziny pracowali tak intensywnie, jak jeszcze nigdy do tej pory, czego efektem było wybudowanie przez nich skromnej, ale za to wyjątkowo uroczej drewnianej chaty. Chociaż posiadała zbyt małe rozmiary, aby mogła w niej zamieszkać trzyosobowa rodzina, ekipa zrealizowała wizję przedstawioną przez uzdolnionego architekta. Najważniejsze było to, iż zdołali postawić prawdziwy budynek, a przynajmniej tak im się wówczas wydawało.
...i tak powstała słynna Altanka Miłości:
“- Maciupki domeczek, ale w sam raz - weszła matce w słowo Laura. - Dwa pokoiki z kuchenką i łazienką. Altanka Miłości. Niedaleko domu Fidelisów. Wokół ocean zieleni z przewagą iglaków w pojemnikach i w gruncie. Pan Gruszka jest nieziemski, potrzebował tylko roku na całkowite zakończenie budowy. Przy kosztach minimalnych, dodajmy, bo zostało mu sporo materiałów po powiększeniu pawilonu dla róż. Miał tylko jednego pomocnika, no i oczywiście Adama. Adam sam kładł cegły! - dorzuciła Laura z dumą.”
(Małgorzata Musierowicz: McDusia)


Niestety, Jasio i koledzy cieszą się przedwcześnie, bo oto wpada Demoniczna Inspekcja Nadzoru Budowlanego.


Skrzydlata bestia wpadła z impetem pomiędzy grupę Bobów budowniczych i w zaledwie kilka sekund rozgoniła całe towarzystwo. Członkowie ekipy uciekali w panice do swych samochodów i uruchomiwszy silniki, czym prędzej odjechali w kierunku centrum miasteczka. Po niespełna minucie tylne światła dwójki (dwóch!) pojazdów znikły w oddali i w okolicy ponownie zapanował spokój.
Kiedy następnego dnia próbowali bliskim opowiedzieć o swojej przygodzie, boleśnie odczuli, jak krzywdzący jest stereotyp wiecznie pijanego budowlańca.


Jedynym człowiekiem, który pozostał w tym przeklętym miejscu był oczywiście nasz bohater. Janek wiedział, że nie jest w stanie ukryć się przed prześladującym go potworem.
Zakapturzona postać wylądowała na ziemi i złożywszy nietoperze skrzydła, podpełzła do sparaliżowanego strachem trzydziestolatka. Wymierzyła w jego stronę prawą rękę, dzierżącą zakończone trupią czaszką berło i zasyczała ze złością:
– Zawiodłem się na Tobie, Janie! Próbowałeś mnie oszukać! Nie wolno Ci korzystać z niczyjej pomocy. Musisz samemu dopełnić obietnicy danej narzeczonej…
A przepraszam bardzo, szanowny panie demonie, ale nie było o tym wcześniej mowy! Co to za zmienianie reguł w trakcie gry?


Demon zlustrował wzrokiem budynek wzniesiony przez siódemkę przyjaciół i kontynuował swą wypowiedź:
– Czy tę drewnianą chatę śmiesz nazywać domem?! To zwykły szałas! Twoje mieszkanie powinno posiadać fundamenty.
Bo co? Bo demon tak powiedział?


Postaraj się lepiej, albo Twa dusza stanie się moją własnością. Pamiętaj, masz czas do wschodu słońca…
Monstrum odwróciło się niespodziewanie w kierunku skromnej budowli i zionęło nań swoim magicznym, śmiercionośnym oddechem.
Pisanie formy zaimkowej z przyimkami dopuszczalne jest tylko w rodzaju męskim. Nań = na niego. Skoro więc monstrum odwróciło się w kierunku budowli i zionęło nań czymśtam, to… no cóż, współczujemy panu Borńskiemu wrażeń olfaktorycznych.


Prosta konstrukcja natychmiast rozpadła się jak domek z kart, a użyte do jej wzniesienia drewniane deski pokryły się masłem maślanym i w mgnieniu oka stały się całkowicie zmurszałe oraz przegniłe.


W obliczu klęski Pan Bronski postanawia wypróbować opcję numer 3 i wyrusza na poszukiwanie sadzonki drzewa.


Dotarłszy do centrum, Janek zaczął przemierzać ciche ulice, które wydawały się być całkowicie wymarłe, przywodząc na myśl skojarzenie z istnym „miastem duchów”. Okoliczne sklepy były pozamykane i nasz bohater nie miał innego wyboru, jak dokonać pierwszego w swoim życiu włamania.
Po raz trzeci uroczyście oświadczam… No dobra, może w tym mieście Zarząd Zieleni Miejskiej z założenia nie sadził drzew na skwerkach i pasach zieleni wzdłuż dróg.


Odwiedził wiele supermarketów, zajrzał do licznych magazynów oraz hurtowni, (zaraz… do wszystkich się włamywał?!) lecz nie natrafił na choćby nawet najmniejszy ślad sadzonki jakiegokolwiek drzewa.
W okolicy nie było bowiem żadnego centrum ogrodniczego z setkami sadzonek wystawionych na sprzedaż pod gołym niebem. Jassssne.
A gugla ukradli, że nie mógł sprawdzić, gdzie jest najbliższe.
Gdzie on w tej małej mieścinie znalazł “wiele supermarketów”?


Co prawda, znalazł kilka kwiatów, a także setki nasion przeróżnych gatunków roślin, ale nie mógł ich użyć. Bestia dała mu jasno do zrozumienia, iż nie pozwoli się zwieść podobnymi sztuczkami.
Tak to bywa, jak się nie potrafi sprecyzować przedmiotu umowy. Ciekawa jestem, jakim cudem Bronski nadal pracował w zawodzie, skoro już pierwszy inwestor powinien go wydy… przepraszam, zrobić w bambuko.


Przygnębiony owym niepowodzeniem architekt zatrzymał samochód na pobliskim parkingu i wysiadłszy z pojazdu, ponownie zerknął na wyświetlacz złotego zegarka. Do wschodu słońca pozostało już bardzo mało czasu – 00:12:48, 00:12:47.
tumblr_n6kbo9JDVS1sfddjro1_250.gif
(Nie ma to jak dobry pretekst, by wrzucić coś przyjemnego dla oka…)


Z każdą upływającą sekundą Janka ogarniała coraz większa rozpacz. Wówczas to, kiedy w jego sercu zgasła wszelka nadzieja na ocalenie swej duszy (“Taki z ciebie gorliwy katolik jak z koziej dupy trąba…” – Archanioł Michał smętnie pokiwał głową.), do mężczyzny niespodziewanie uśmiechnęło się szczęście.
W pewnym momencie pan Bronski oparł się całym ciężarem o bagażnik hondy i przypadkiem zwolnił zamontowaną w nim blokadę.
Stawiam dolary przeciwko orzechom, że sam ją montował.
A tam, montował, sam ją projektował!


Klapa natychmiast podniosła się do góry i oczom młodzieńca ukazał się nieprawdopodobny wręcz widok. W bagażniku samochodu znajdowała się bowiem tak bardzo upragniona przezeń sadzonka wyjątkowo pięknego gatunku drzewa.
Drzewo ex machina!
Dosłownie.


Zdumiony swym odkryciem Janek dostrzegł również leżącą nieopodal karteczkę i wziąwszy ją do ręki, szybko zapoznał się z treścią zapisanego na niej krótkiego tekstu.
To jest tak poprawnie, że aż hiper. Naprawdę, wystarczyłoby “z jej treścią”.


Były to życzenia urodzinowe pochodzące od jego ukochanej Agnieszki. Wyglądało na to, iż ma do czynienia z prezentem niespodzianką, który dziewczyna zapomniała stąd zabrać.
Y, znaczy, kupiła prezent, ale zamiast po prostu mu go dać (albo zabrać do siebie, jeśli chciała wręczyć go później), schowała go do bagażnika JEGO samochodu?
I to tak, że głupi Jasio tego nie zauważył?
Pewnie zawołała “Patrz, patrz, ptaszek leci!”, a on, z charakterystyczną dla siebie jednotorowością, skupił się wyłącznie na tym.


Nasz bohater został zatem uratowany za sprawą miłości narzeczonej.
To mocno naciągane twierdzenie, doprawdy.


Trzydziestolatek błyskawicznie wskoczył za kierownicę samochodu i ponownie ruszył w stronę przedmieść, gdyż w centrum nie było choćby nawet małego skrawka ziemi, na którym mógłby zasadzić znalezione przez siebie drzewko.
W to, że “tylko tam znajdowało się wystarczająco dużo wolnego terenu na wybudowanie jakiegokolwiek, nawet najbardziej skromnego domu” można było ostatecznie uwierzyć, ale wmawianie czytelnikom, że w mieście nie było gdzie posadzić małego ogigla, to już spora przesada.
Serio, Pisaku, serio? Nawet w centrum Londynu, Nowego Jorku czy Hong Kongu coś się znajdzie, a co dopiero w małym polskim miasteczku!
Poza tym, co on robi w centrum? Supermarkety, magazyny i hurtownie zwykle mieszczą się właśnie na przedmieściach, bo tam jest – co? – miejsce na ich wybudowanie!


Eksploatował hondę do granic jej możliwości (uważaj, bo jak przekroczysz 150 km/h, wejdziesz w warp) i po chwili dotarł na miejsce. Czym prędzej wysiadł z wozu i wyjąwszy z bagażnika swój drogocenny skarb, zabrał się do pracy. W niespełna minutę zdołał wykopać dłońmi płytki dół (bo saperki oczywiście nie miał w bagażniku - jak przystało na  wyjątkowo rozsądnego i odpowiedzialnego człowieka) i umieściwszy w nim zakupioną przez Agnieszkę sadzonkę, zasypał go ziemią. Spojrzał na zegarek. Zdążył w samą porę. Wsteczne odliczanie właśnie zbliżało się do końca – 00:00:09, 00:00:08.
Wtedy w oddali rozległo się ponure wycie, a mrożący krew w żyłach głos zadudnił:
- Zielonym do góry!


Zza rosnących nieopodal drzew nagle wychynęło słońce i zalało jasnymi promieniami całą okolicę.
Wschód słońca nagły jak w tropikach.


Janek jeszcze nigdy nie widział tak cudownego widoku. Co prawda, zasadzone przezeń drzewko rzucało niezwykle skromny cień, lecz dla pana Bronskiego owa niepozorna roślina miała szczególne znaczenie. Zawdzięczał jej ocalenie swojej nieśmiertelnej duszy. Żywy organizm podarował życie człowiekowi.
No ja nie wiem, na miejscu demona zjawiłabym się jednak porwać Janka do piekła, bo przecież obiecał, że to drzewko zasadzi nie byle gdzie, tylko w ogrodzie własnoręcznie wybudowanego rodzinnego domu, a tu domu niet!
Ani dzieci w jego cieniu.
Być może to tłumaczy przygody opisane w poprzednich (czyli następnych) opkach - w końcu demon zapowiedział, że Jan nigdy nie zazna spokoju.

Analizatorzy na szczęście nikomu nic nie obiecywali, więc mogli w tym miejscu pożegnać pana Jana i, wsiadłszy do pojazdu komunikacji miejskiej  (koniecznie numer trzynaście!), udać się do ZOO by sprawdzić, czy świstak Phil zobaczył swój cień.
(a Maskotek nuci “I got you, babe”)


57 komentarzy:

Lubię Kebaba pisze...

Po pierwszym opku zastanawiałam się, czy tego architekta nie mógłby też pożreć dom. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam drugie opko...

Akurat to wszystko było nudne jak diabli (hehe) więc z piasku bata ciężko ukręcić. No sorry, przy Natanku jakieś emocje jeszcze były, ale tutaj to: *przewiju* *przewiju* *chrrr* *przewiju*

Kvist pisze...

Podczas czytania fragmentów opowiadania miałam wrażenie, że powstały one w jakiejś maszynie do produkowania opek. Autor wpisuje tylko zmienne (metro/autobus/wesołe miasteczko), a reszta powstaje sama.

Pomimo wtórności tych tekstów analiza bardzo przyjemna, zwłaszcza po poprzednim... tworze.

I w ogóle dzisiaj takie miłe niespodzianki: najpierw analiza na Przyczajonej Logice, teraz u Was. Żyć nie umierać ;)

Anonimowy pisze...

"Po pierwszym opku zastanawiałam się, czy tego architekta nie mógłby też pożreć dom. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam drugie opko..."

Jeszcze może nastąpić większe połączenie.

Autor:
"A oto mała ciekawostka dotycząca mojego sposobu pracy nad kolejną powieścią: pierwotnie ze składających się na fabułę tej książki różnorodnych pomysłów miało powstać kilkanaście opowiadań, z których zamierzałem stworzyć zbiór. Potem uznałem, że łączy je bardzo wiele i postanowiłem "ulepić" z nich dosyć oryginalną powieść."

kotkot pisze...

Ej, a nie uderza Was, że on po prostu przerabia znane filmy? I to tak bezczelnie? :> Facet ma tragiczny styl i jeszcze wstrząśnięta, że już wydał swoją powieść.

Limited Edition pisze...

O, analiza! Pozwoliłam sobie na chwilę szaleństwa i zrywałam boki ze śmiechu przy waszych komentarzach. Nie wiem dlaczego, ale czytając pierwsze trzy opka miałam wrażenie, że Pisak ma jakiś dziwny fetysz zamykania bohatera w małej przestrzeni wypełnionej 'nowoczesną technologią'...
A co do metra - nie wiem, jak jest z nową linią, ale w tej starej może być naprawdę niebezpiecznie. Jeśli podczas wsiadania na stacji Centrum (kierunek Kabaty) drzwi przypadkiem przytrzasną cokolwiek, to nie ma zmiłuj - trzeba jechać do zajezdni, aby odzyskać zablokowany przedmiot. Tak, byłam świadkiem i akcja wyglądała przekomicznie. A więc, drodzy Czytelnicy, strzeżcie się złowrogiego metra.
Nie chcę być ględziatorem, więc oddalam się z wdziękiem i wracam do pisania pracy, od której zależy całe moje przyszłe życie.
Limited

Anonimowy pisze...

Tego mi właśnie było trzeba - miłego, puszystego hołłołu z okazji rozpoczęcia sesji ;) No i propsy za wyciągnięcie motywu autobusu z piekieł bram! W którejś z dawnych analiz był Przystojniak z Niebiosbram (czy coś takiego), to tu jest Autobus z Piekłabram :)
Autor jest łomatkojakiwtórny. To już nawet ja, z moim fiksem na opowiadania o pisarzach-wariatach, jestem mniej wtórna :) BTW, domyśliłam się, że kodem będzie 666666 (a swoją drogą wszelkie kody do drzwi mają raczej 4 cyfry, a nie 6).
Pozdrawiam Analizatorów (ze szczególnym uwzględnieniem pana Jaszy, gdyż pan Jasza jest, gdybym już miała wybierać, moim najulubieńcem *spuszcza oczęta i rumieni się pensjonarsko*)!
M.

Anonimowy pisze...

Bardzo zacna analiza!:) Mam teorię, że Pisak czyta dużo anglojęzycznych tekstów i to paczy jego styl, wyjaśniałoby to nagromadzenie zaimków (sformułowania typu "ktoś tam zrobił coś SWOJĄ ręką" - w polskim nie trzeba podkreślać, że swoją, ale w angielskim raczej tak) czy konstrukcje takie jak "zdawali się stracić" (bo "seemed to have lost").

Anonimowy pisze...

Chciałem tylko wspomnieć że Diarrhoea Verbalis mój tata nazywał logoreą.

Kluska pisze...

To mi się kojarzy z takimi opowiadaniami grozy z lat... 80.? 90.? Nie potrafię podać konkretnych tytułów, niestety. Ale ten sam patos i "miało być groźnie, a wyszło pastiszowo". Czyli summa summarum nie byłoby aż tak źle, gdyby Pisak miał to właśnie na celu. Ale chyba nie...

Kazik pisze...

Nie mogę uwierzyć, że to jest pisane na serio. Czy to aby na pewno nie jest parodia? To wysokie C, to kompletnie sztuczne ględzenie, te rekwizyty jak z przedstawienia na Halloween, to powtarzanie tych samych fraz i motywów z uporem maniaka, to wysokie C, to kompletnie sztuczne ględzenie, te rekwizyty jak z przedstawienia na Halloween, to powtarzanie tych samych fraz i motywów...

Bardzo mi się podobało! Nie tylko miła przerwa od siakiś chorych fantazji, ale też płodozmian nigdy nie szkodzi.

Co on się uparł tak z tym architektem? Myślałam, że to alteregowy wtręt, ale skoro ewidentnie nie zna się na tym zawodzie, to nie rozumiem, po kiego czorta bez przerwy do niego powraca. Choć zaczynanie każdego opowiadania w zbiorze od niemal identycznego fragmentu jest jakimś pomysłem... Tylko nie w takiej formie.

"To oczywiście subiektywna opinia, ale moim zdaniem ostatnie słowa brzmiały bardzo creepy. Po której córce gotów byłby zrezygnować?"
Nie no, było, że "obdarzę cię synem". Zawsze można jakiego porwać albo adoptować, nim się spocznie.

Było śmieszno i puchato! Dziękuję za tak wczesną niespodziankę i Wam też wszystkiego najlepszego z okazji dnia świstaka!

Z wyrazami szacunku
Kazik

Anonimowy pisze...

Jakie to miłe i puchate jest! Bohater Ględzion jak wyjęty żywcem z dziewiętnastowiecznej powieści przygodowej, złe automaty jak w s-f z lat sześćdziesiątych, mroczne metra i autobusy i domy... Dzięki!

Honorejbl menszion dla stwierdzenia, że z domu, syna i drzewa o syna najprościej. Heh.

Blaugran pisze...

Patrząc po jego fanpejdżu, to dystans do swojej twórczości jest mu całkowicie obcy. Info Niezatapialnej o analizie poleciało. Ciekawe, czy razem z banem :).

Blaugran pisze...

"Dentysta
Pan Tomasz Plombowski"
Ej, to powinno być jakoś wyróżnione :D.

Anonimowy pisze...

"Aha, czyli nasz bohater jedzie na amfetaminie. Projektowanie architektoniczne to praca umysłowa, której nie da się efektywnie wykonywać przez szesnaście godzin jednym ciągiem, to fizjologicznie niemożliwe."
A lekarz na dyżurze musi :p mam nadzieję że nie jedzie na amfie.

Groza w opowiadaniu zdecydowanie urocza

Inatemi pisze...

Ojej! Analiza jest dwa dni wcześniej niż zapowiadaliście! Rozpieszczacie nas :D
A co do opek: to są tak nieporadne, że aż urocze. Serio. Są złe i nudne, ale w jakiś sposób mi się podobają... może to, dlatego, że zahaczają trochę o parodie?
W każdym razie super, że tym razem wrzuciliście na warsztat coś lekkiego i przyjemnie głupiego. Po ostatnim mega gównie, wszystkim przydała się ta miła odmiana.

Anonimowy pisze...

a propos jednego z pierwszych komentarzy sine: andreja pejić jest kobietą :)

Blaugran pisze...

Oj i Pan pisak złapał focha na mnie, gdy spytałem grzecznie (jedynie spytałem!) czy można udzielić krytycznego komentarza, czy też jedynie przechodzą pochwalne. Dostałem bloka a komentarz znikł z fanpejdża. Widocznie krytykować nie wolno. Jedynie chwalić. A szkoda, bo opo "Dentysta" obnaża kilka "wanna be" pisaka - pomimo braku predyspozycji.

Lizawieta pisze...

Ojej, nie zasnę w nocy ^^

Marq Mortis pisze...

Ja prawie usnęłam. Ja kutwa prawie usnęłam, z paczką płatków śniadaniowych na kolanach i półpełną miską pod brodą, grzebiąc łyżką w mleku i cheeriosach, prawie usnęłam.

Ho Lee Fuk - pan ałtor ma talent. Powinien na poważnie zająć się pisaniem opowieści na dobranoc, bo to takie cudoffne łopeczka, że nic, tylko zwinąć się w kłębek i zasnąć z nudy. Serio.

Z drugiej strony, gdyby zajął się pisaniem niepoważnych parodii, też by mu nieźle wyszło!

Anonimowy pisze...

" (...) Kiedy wzrok Janka spoczął przypadkiem na zamontowanym tuż pod sufitem, niewielkim ekranie, wyświetlającym informacje na temat trasy przejazdu, jego serce zabiło prawie dwukrotnie szybciej, niż miało to miejsce do tej pory. Urządzenie wskazywało bowiem datę 13-13-3113. Trzydziestolatek nie wiedział, co jest bardziej przerażające: trzynasty miesiąc, który tak naprawdę nie istniał, czy też zupełnie nieprawdopodobny, ponad trzytysięczny rok."

Nie jestem się w stanie opędzić od skojarzeń z Johnnym Bravo. Był kiedyś taki odcinek, gdzie Johnny był święcie przekonany, że czas się zatrzymał, bo stanął mu zegarek w magnetowidzie. :D:D:D

mysza pisze...

Ja tam czekam na to, aż wyjdzie książka Sitriel, to by dopiero był piekny materiał do analizowania!

Barneyek pisze...

O mój Jeżu Przekolczasty. Istne kuriozum. To na pewno nie jest autoparodia albo prowokacja? Nieważne zresztą. Cudowna odmiana po ostatnim gównotforze :)

Lepus Istlich pisze...

"Mężczyzna wyjął z kieszeni swoją komórkę, ale niestety nie był w stanie nawiązać żadnego połączenia. Zapomniał, że w tym naładowanym elektroniką domu nigdy nie ma zasięgu"
On mieszka w domu/mieszkaniu czy w klatce Faraday'a? Rozumiem, że w pewnych pomieszczeniach zasięg może się urywać, trzeba stawać przy oknie itede - ale żeby w domu NIGDY nie było zasięgu?

"Jak rany, facet ma naprawdę przerąbane z tym transportem… Jak kiedyś wreszcie zdecyduje się wziąć taksówkę, z pewnością będzie to wóz nr 1313, który okaże się zamaskowanym wehikułem czasu i przeniesie go wprost do PRL-u!"
Zgaduję, że gdyby próbował złapać stopa to trafiłby na czarną wołgę.

"Serio, Pisaku, serio? Nawet w centrum Londynu, Nowego Jorku czy Hong Kongu coś się znajdzie, a co dopiero w małym polskim miasteczku!"
"Nawet w centrum Londynu coś się znajdzie"? :D Akurat w Londku parków, skwerów, placów zabaw z drzewkami czy pól golfowych dostatek, a na obrzeżach (ósma czy tam dziewiąta strefa, w sumie nie jestem pewna, czy jest to liczone jako Londyn) są takie lasy, że łohoho. W samym centrum mamy na przykład przepiękny st. James's Park z mnóstwem ptactwa i jakimiś jeziorkami, The Green Park, Kensington Gardens, Hyde Park, jakieś pojedyncze drzewka, trawniki - tyle mogę wymienić z pamięci. A w małym, polskim miasteczku można po prostu wyjechać poza teren aglomeracji - aż dziwne, że boChater opka miotał się przez parę godzin w tę i nazad, zamiast po prostu jechać za miacho, wykopać na szybko jakiś młodziutki dąb czy jesion i wsadzić go metr dalej . :)

Anonimowy pisze...

A nie macie wrażenia że autorem jest ok.10-letni dzieciak ? Taki, dla którego lat 30 to starość a architekt to zawód marzeń? Mieszka w niedużym mieście,w stolicy był na wycieczce,o 22 śpi więc skąd ma mieć pojęcie o nocnym życiu miasta. Czytał Harry'ego Pottera - ten autobus przenikający,demon przypominający dementora itp. Chodzi na religię i wierzy w diabła( dobra, ma mniej niż 10 lat ). A bardzo ważny projekt jest cały czas ten sam tylko złośliwe czynniki wciąż nie pozwalają go ukończyć - Lesio też tak miał 😁

Anonimowy pisze...

Anonimie, mam to samo wrażenie. To musi być dziecko. Dorosły miałby raczej większe pojęcie o literaturze.
Magda

Anonimowy pisze...

Opętany przez demona autobus, telewizor, metro...Z niecierpliwością czekam na mrożącą krew w żyłach opowieść o nawiedzonym czajniku elektrycznym i skrywającej mroczną siłę elektrycznej szczoteczce do zębów (no chyba, że już takowe dzieła powstały, to przprszm).

Anonimowy pisze...

O nie. Sprawdziłam, faktycznie ten młody człowiek wydał powieść. Jeśli jest napisana tak, jak jego opowiadania, to niech Bór ma w opiece wydawnictwo...przecież tego się nie da czytać !!!
Magda

Lamperia pisze...

Aż poszukam moich horrorowych opek, które pisałam w wieku gimbazjalnym po lekturze Kinga... Też było coś o nawiedzonym autobusie, ale wydaje mi się, że nie było aż tak suche. Wody!

Gin pisze...

Skojarzenia miałam i z "Dniem Świstaka", i z jednym z odcinków Supernatural (oh, Trickster, sthap it, you~) i z "Higurashi no naku koro ni", tylko... tylkko że w przytoczonych przeze mnie seriach/filmach miało to nieco więcej sensu, było zgrabniejsze i miało jakiś cel... :)

Analiza przednia, miło było się oderwać od zeszłoanalizalnej "Areny", którą to musiałam czytać na kilka podejść.
... Choć, niewątpliwie, przy materiale źródłowym mi się ziewnęło nie raz i nie dwa.

Anonimowy pisze...

No wydał. Kolejną powieść chce napisać tak, że wykorzysta opowiadania, które już ma i połączy je w jedną długą książkę. Nie wiem jak on chce to połączyć. Może ten zły duch będzie ścigać architekta. W pogoni za architektem duch będzie przeskakiwał z telewizora do autobusu i dalej. Ważny projekt będzie ciągle ten sam i może duch nie będzie chciał dopuścić do jego zakończenia. Co architekt będzie zabierał się za pracę, to duch będzie się pojawiał. Na koniec architekt postanowi zniszczyć "ważny projekt" i porzucić pracę, a wtedy duch zniknie. Ciekawe czy coś udało mi się trafić.

Shun Camui pisze...

Kwik, przecież to pseudowydawnictwo Novae Res, czyli koleś grubo przepłacił za druk swojego dzieUa, które nie widziało korekty i redakcji.

Anonimowy pisze...

Pamięta ktoś jeszcze "Gęsią skórkę", jej nieśmiertelne: "...Już za chwilę/mili widzowie/strach wam włosy/zjeży na głowie..." i tytuł w ramce z zielonych glutów na początku każdego odcinka serialu? Tak mi się skojarzyło po przeczytaniu tego tForu ;-).

S.

Anonimowy pisze...

"Gęsia skórka" była serialem dla dzieci. Jak oglądało się ją, będąc w odpowiednim wieku, to można było się wystraszyć.

Goma pisze...

Ach, analiza jak za starych, dobrych czasów :) Dzięki za chwilę wytchnienia po ostatnim opku, przy tym się nawet zdrowo pośmiałam!

"Nie chcecie nawet wiedzieć, co eksplodowało w łazience." xD

"Pisaku, uwierz na słowo - północ w dużym mieście to nie jest “wyjątkowo późna pora”, o której ulice kompletnie pustoszeją. A na ostatnie metro zwykle czeka większa lub mniejsza grupka pasażerów."
Gdybym o północy nie natrafiła w metrze na innych pasażerów, to zwiałabym przerażona, bo to po prostu niemożliwością.

"Metro przejechało ze świstem powietrza tuż przed nosem uzdolnionego projektanta i wnet rozpocząwszy proces hamowania"
Przemknęło z taką prędkością i dopiero wjechawszy na stację zaczęło hamować? Chyba jakieś japońskie.

"Uroczyście obiecuję ci, iż nie spocznę, dopóki nie wybuduję dla nas nowego, rodzinnego domu, dopóki nie zasadzę w ogrodzie tegoż domu drzewa, w cieniu którego będą kiedyś odpoczywać nasze dzieci oraz dopóki nie obdarzę cię synem…
Janek znowu składa obietnicę, której dochowanie nie zależy od niego. A jeśli któreś z nich okaże się bezpłodne, to co?"
To nigdy nie spocznie xD (Jak Sineira słusznie zauważyła)

Anonimowy pisze...

Ale fajna analiza! Uśmiałam się.
Jeśli ja,kompletny laik, widzę drewnianą konstrukcję zdań,to powiadam Wam :nie jest z tymi zdaniami dobrze...
Aluzje do Lesia urocze.
Ten supernowoczesny cud techniki wymknął się spod kontroli i właśnie próbujemy go poskromić…+Tak,po Person of interest znamy te cuda..AI chce nas zabić!
Piosenka cudna.
A podczas budowy zginął w nim niewinny robotnik?
A całość w ogóle została zbudowana na dawnym cmentarzu? -ech Wy,starzy wyjadacze..Żadnych emocji..

Chomik

Anonimowy pisze...

Po pierwsze primo, we wspomnianym przez Was Szanghaju kolejka na lotnisko w Pudongu (wprawdzie naziemna, noale) jeździ z prędkością 500 km na godzinę. Wiem, jechałam. Więc, tenteges, to sto pięćdziesiąt brzmi nieco marnie ;) (fun fact: tej prędkości w zasadzie nie czuć, więc gdyby nie licznik w przedziałach, można się nie zorientować).

Po drugie primo, w opowiadaniu o szatańskim mieszkaniu demonem jest ewidentnie Hastur, który spędził upojne chwile na automatycznej sekretarce z Aziraphalem i teraz demonstruje swój wkurw.

Sineira pisze...

Anonimowy z 3 lutego: Cholera, nie jestem na bieżąco, przegapiłam tę zmianę płci. Przepraszam za błąd.

Anonimowy od kolejki w Pudongu: Naziemne w ogóle mają większe prędkości od podziemnych, dlatego nie wspominałam np. o Shinkansenie, chociaż korciło mnie by napisać, że prędkości w nim nie czuć.

Scio me nescire.~Anika6 pisze...

@Gin Haha, mi właśnie też się skojarzyło z Higurashi. Niestety w przypadku analizowanego tekstu powinno być raczej "Suspens no naku koro ni".
Generalnie opka strasznie nudne, językiem napisane hmm... pretensjonalnym. Trudno mi to nawet ująć, po prostu przekombionowane wyszło. Żeby tak autor poświęcił tyle uwagi fabule czy budowaniu napięcia, co stylizacji językowej... W każdym razie analizę czytało się bardzo przyjemnie (choć też robiłam to na raty), a za którymś już razem kolejne deja vu zaczęły mnie bawić :D

Korodzik pisze...

- „Stan próżni zostanie wprowadzony za 14 minut i 59 sekund”…
Po czym Rada Państwa wprowadziła stan próżni na obszarze całego autobusu.

Dakini pisze...

Nawiązania do Chmielci *serduszko* Dzięki!
Te tfory całkiem fajne byłyby jako, hm, czarne komedie. Komediowe horrory. Whatever. Ale totalnie widzę Jana, ze zblazowaniem przełączającego kanał za każdym razem, jak jego nawiedzony telewizor pokazuje czerwony ekran i rzuca jakieś straszliwe klątwy za ten jeden raz trzy lata temu, kiedy źle odbierał mecz i Jan przywalił mu kapciem. Totalnie to widzę. Albo autobus, grożący pasażerom śmiercią i Jan mówiący coś w stylu 'zrób to, i tak miałem zamiar po pracy zajść po sznur do Mrówki' i cały czas wchodzący monologującemu duchowi w słowo z narzekaniami na swoją robotę i depresję. Aż wreszcie i pozostali pasażerowie proszą autobus, żeby rozbił ich gdzieś na lampie ulicznej.
Tak.
Niestety, zamiast całkiem zabawnych historyjek mamy wannabe Mastertona. Bleh

Deni pisze...

Euch, miałam dość tego Bronskiego po pierwszym opku, a tu cała seria z nim w roli głównej! W pewnym momencie przyłapałam się na czytaniu samych komentarzy. xD

Babatunde Wolaka pisze...

"Wiata, którą Jan zobaczył w oddali, miała konstrukcję szkieletową z profili zamkniętych stalowych ocynkowanych malowanych proszkowo..."
Jeżu słodki, toż to czysta słodycz w porównaniu z tekstem, nad którym ostatnio siedziałem!

"On jest taki jednotorowy, zauważyliście?"
I'm a man with a one-track mind...

Generalnie "Speed - niebezpieczna narracja". Grozi zwichnięciem szczęki.

"...użyto ciekawego połączenia wyjątkowo wytrzymałych materiałów, takich jak szkło, stal oraz drewno."
To musiało być surowe szkło (raw glass) importowane z Elder Scrollsów. Najlepsza broń z tego była, ale tak droga, że się lootować nie opłacało więcej niż na własny użytek.

"Swoją drogą, dla zwykłej higieny psychicznej dobrze jest oderwać się od czasu do czasu i porobić coś innego, bo mózg zajęty cały czas tym samym wpada w rutynę i jałowieje."
W takich właśnie warunkach czytałem tę analizę!

"Oburzające, tak zmuszać biedny telewizor do wyświetlania filmów jakimś głupim ścianom, w dodatku głuchym jak pnie!"
Znam ludzi, którzy uważają, że telewizor powinien popracować z godzinkę dziennie, nawet kiedy nikt nie ogląda, bo inaczej się zepsuje.

"Moim zadaniem jest unicestwienie wszystkich niewdzięczników, którzy znęcają się nad swoimi telewizorami, komputerami oraz pralkami."
Czy znęcanie się psychiczne, np. obrzucanie kompa piętrowymi przekleństwami albo zmuszanie go do odtwarzania sprośnych piosenek, też się liczy?

"*Kwiczy i smarka* Ten piekielnie trudny, nie do złamania szyfr???"
Cóż, według niektórych interpretacji 666 oznacza potrójnie rażącą niedoskonałość, więc może u elektrycznego dziabeła przejawiała się ona brakiem pomyślunku w dziedzinie wymyślania szyfrów...

"Bogowie! Jakimi sztywniakami muszą być oboje, skoro wypad do objazdowego wesołego miasteczka jest dla nich “szaloną wycieczką”!"
Trochę jak ten carski urzędnik, co przepracował 10 lat przy jednym biurku, a jak go przesadzili do sąsiedniego, to westchnął: "Ech, cyganskaja żyzń!"

"Janek nie był w stanie dotrzeć na czas do przebywającej w oddalonym o kilkaset kilometrów mieście narzeczonej."
LOKALNA stacja wysyła dziennikarkę do miasta odległego o kilkaset kilometrów? Gdzie to się dzieje, na Syberii?

Czyżby Janek, mimo wszelkich przygód dzielnie ślęczący nad pra'ektem, od powodzenia którego zależy jego przyszła kariera, był dalekim krewniakiem B.G. Johnsona? Aż strach pomyśleć, jakie budowle zawdzięcza mu społeczeństwo...

Zaprezentowane horrory są mniej więcej tak straszne, jak pewne opko z dwudziestolecia, zrecenzowane przez praszczura analizatorstwa, Antoniego Słonimskiego:
"Hrabia sięgnął do wieszadła i zdjęty kapelusz włożył na głowę. Nagle odtrącił go z przerażeniem - kapelusz był cudzy".

Anonimowy pisze...

Jestem na tak dla "Gwiezdnych wojen". Chcę Kylux. Teraz to już nie mogę się doczekać analizy takiego opowiadania.

Anonimowy pisze...

Kurczę, to nie można pojechac do pierwszego z brzegu parku / lasu / miedzy, wykopać jakąś samosieję i posadzić w mieście, albo wręcz nazbierac kasztanów / żołędzu i zakopać? Wielki pan architekt nie potrafi tego, co zrobiłem w podstawówce...

A co do aurobusów, to jak najbardziej może się zdarzyć najnowsze cudo na linii nocnej - w Łodzi przy ostatnich mrozach okazało się, że w starszych niskopodłogowcach zacinają się drzwi, a poczciwych Ikarusów już nie ma.

Anonimowy pisze...

Czy następna analiza mogłaby być o yałojcu ?Najlepiej z mpregiem ?Są rozbrajające,i chyba nie tylko ja je lubie :D

Royal Bee pisze...

A ja tęsknię za pisanymi śmiertelnie poważnie opkami o bezmózgich Mary Sue posiadających superultramagiczne moce i mających uratować świat u boku swojego bucowatego truloffa. :D Ma ktoś coś takiego? :>

Anonimowy pisze...

Jest jakaś nadzieja, że będzie Kylux. Opka Kylux to yaoice.

Gayaruthiel pisze...

Och, dziekuje za ten piekny gif! <3 <3 <3

Lo pisze...

Boru, jakie to drętwe. O.o

Ryszard Rwie Serce pisze...

Wyczuwam obecność demona Kontrol Fał.

Kosiciel pisze...

Nie tylko Dzień, ale i Noc Świstaka! Boru, jak ja teraz wsiądę do metra lub autobusu? Strach!

Justyna K Lambert pisze...

Zabić za zniesławienie jednego z moich ulubionych polskich pisarzy!

Justyna K Lambert pisze...

I żeby nie było, pisałam o Grabińskim ;)

PPaweł pisze...

Wracam z ferii, zaglądam co nowego, czytam bo pewnie fajne będzie, odpadam po drugim ekranie. Smęcicie w dopiskach strasznie i na siłę.

Anonimowy pisze...

„Stan próżni zostanie wprowadzony za 14 minut i 59 sekund”
Ten autobus to miał, przepraszam, konstrukcję batyskafu i takież okna?
Nie chce mi się tego teraz liczyć, ale już przy rozrzedzeniu powietrza do ciśnienia odpowiadającego wysokości circa 10 kilometrów (przelotowa współczesnych samolotów) na każdą szybę działała by siła rzędu paru ton. Co oznacza, że takiego ciśnienia zwyczajnie nie dało by się osiągnąć, któraś szyba by malowniczo strzeliła dużo wcześniej. Co tam o próżni mówić...
A w ogóle emocji w tych opkach tyle co w słoiku z majonezem. Parafrazując pewnego polityka, autora horrorów poznaje się nie po tym jak zaczyna, a po tym, jak kończy. Pal licho wtórność pomysłów i nadęty styl, ale tam nie ma po prostu tego momentu kulminacyjnego, który jest niezbędny w każdym horrorze!

mirrorqueen pisze...

Co Wy tam wiecie :-) to prawdziwy aŁtor jest, książkę wydał: http://zaczytani.pl/ksiazki/lipski

Cichy Protagonista pisze...

Wydał, ale sam za to zapłacił wydawnictwu vanity :) koleś jest spalony i nawet go nie żal.