piątek, 4 stycznia 2013

205. Moralność pani Potterowej czyli Ale draka, Draco bez fraka! (1/2)




Drodzy Czytelnicy!
Zapraszamy na kolejną, uświęconą już tradycją, Sylwestrową Ustawkę, w której połączone siły PLUSa i NAKWy mierzą się z dziełem... nieprzeciętnym. Bez obaw jednak, w tym roku nie czekają Was popisy natchnionej poetessy. Tym razem zawędrujemy w doskonale znane nam miejsce - to jest do Hogwartu. Ale czy będzie to taki Hogwart, jakiego się spodziewamy? Obawiam się, że nie... O, jak bardzo nie!
Po śmierci swych opiekunów, do Hogwartu trafia Harry Evans, syn Jamesa Pottera i jego pokojówki (tak!!!), Lily Evans. Jego dziadek, Harold Potter, jest jednym z najpotężniejszych i najbogatszych czarodziejów w Anglii. W związku z tym, na dzień dobry Harry dostaje superwypasionego kamerdynera najwyższej klasy - nie zgadniecie, kogo... A dalej jest jeszcze lepiej i głupiej! :)
Szczęśliwego Nowego Roku! Indżojcie!


Analizują Kura, Pigmejka, Dzidka, Mikan, Jasza, Kalevatar, Szprota i Gabrielle.

Kamerdyner
http://www.fanfiction.net/s/6938212/1/Kamerdyner

Autor: Zilidya
Tak, tak, ta Zilidya od Lamira :)

Beta: MichiruK (Cóż, ma do mnie cierpliwość)
I kanon jeszcze bardziej w dupie niż ty, co jest nie lada osiągnięciem.

Paring: Severitus, Drarry, ale tak do końca jeszcze nie wiadomo
Bo może w trakcie wpadnie mi do głowy taka myśl niesłychana, że Harry jednak mógł być hetero.
Nie chce palić za sobą wszystkich orientacji, słusznie.

Rating: +15
Rodzaj: Jeszcze nie sprecyzowano
Znaczy piszemy, ale nie wiemy tak do końca, o czym. Dzidu lubi!...
Pewnie w zależności od komci się ta powieść ukierunkuje.
Interaktywna taka.
Jak te wszystkie współczesne proszki, które odgadują nasze potrzeby.

Pomysł zaczerpnięty z dramy „Mei-chan no shitsuji"
Zdarzenia od I do V tomu (trochę?) odbiegają od normy.
Ostrzeżenia:
Alternatywa.
Kanon wziął długi urlop, może nawet tacierzyńskie.
Który kanon? Kanon Harry’ego Pottera, czy Mei-chan no shitsuji?
Obawiam się, że oba.
Obawiam się, że kanon Mei-chan ma się lepiej, niż kanon Pottera.

Nie wzięto pod uwagę majątku Weasleyów.
I tak go nie mieli.
Oprócz majątku Weasleyów, w tym opku jest całe mnóstwo innych rzeczy, których nie wzięto pod uwagę... (zasady przyjmowania do Hogwartu na przykład) ale wymienianie ich zbyt wiele miejsca by zajęło.

Prawa własności:
Wszystkie postacie należą do J.K Rowling i z tego fanfiction nie są pobierane żadne korzyści.
Spełnienie życzenie Deedee.
Rozumiecie z tego cokolwiek?
To, że z tego fanfiction nie są pobierane korzyści, jest spełnieniem życzenia Deedee.
Usiłuję sobie wyobrazić “możliwe do pobrania (?) korzyści z tego fanfiction”. Ni dudu.
A BO TO NIE WIESZ, ŻE FANFIKA MOŻNA WYDAĆ.

Rozdział 1.
— Słyszałeś, ten nowy dostał samego Draco Malfoya!
— Kamerdynera klasy Z?
Z jak “Zajebisty”?
Albo "Zło". Chyba że kamerdynerów ocenia się podobnie jak filmy - wtedy Malfoy byłby żywym odpowiednikiem "Deadly Prey" czy "Evil Brain from Outer Space".
No, mnie to się kojarzy z kategoriami poborowych. Kategoria Z - to musi być ktoś budzący absolutną litość...
Platfusy, wsteczny zgryz i astma.
I niemiły zapach z uszu.

Musi być naprawdę kimś ważnym ten Evans. Nie słyszałam o żadnym rodzie o takim nazwisku. Pewnie bogaty, bo przecież ostatnio nie ma nikogo dostatecznie potężnego magicznie, nawet wśród mugolaków.
Bill Gates, ten może by się załapał.
Zważywszy wątek adopcyjny, jednak raczej Steve Jobs.

— Panienko, proszę o spokój. Zaraz powitamy nowego ucznia. — Rozmowę, i to dosyć głośną, przerwał stojący za ich plecami młody, czarnoskóry mężczyzna.
Kamerdyner mówi swojej panience, co ma robić. Nieno, może jeszcze ostrzegawcze klepnięcie po łapkach?

— Och, Zabini. Lepiej popraw moją fryzurę. Ten wiatr całkiem ją zniszczył.
W pierwszym opku, z jakim się spotykam, w którym aŁtorka pamiętała o tym, że Zabini nie jest biały - jest on też... kamerdynerem. Ech.
Ale Drakuś też jest, to pocieszające.

Profesor Minerwa McGonagall, opiekunka Domu Gryffindora, obserwowała z boku zebranych uczniów oraz ich kamerdynerów i pokojówki.
Uczniowie stali w swoich grupkach, kamerdynerzy i pokojówki w swoich. Bo chyba nie wyglądało to tak, że każdy uczeń miał za swoimi plecami kamerdynera/pokojówkę?
Obawiam się, że tak właśnie.
Nawet na pewno *ponuro*

Jako nauczycielka w prestiżowej szkole dla szlachetnie i bogato urodzonej młodzieży, pilnowała panujących tu zasad. Każda młoda dama posiadała swego sługę, panicze preferowali pokojówki, chociaż w obu przypadkach zdarzały się wyjątki.
Taaaa. Zostaliśmy, co prawda, lojalnie ostrzeżeni, że kanon wziął macie-, tacie- a może nawet ciocierzyńskie, ale mimo wszystko idea Hogwartu jako elitarnej szkoły Tylko Dla Bogatych nieco mnie... brzydzi.
To jakby duch Slytherina nagle zaczął unosić się nad murami. Ba, jakby przeniknął do każdej cegły.
I teleportował fabułę do XIX wieku. Ciekawe, czy aŁtorka zdaje sobie sprawę, że kamerdyner nie jest po prostu pokojówką w spodniach.
Wygląda mi na to, że innych zasad, poza doborem sług, w tej szkole nie ma. W ogóle - jaki jest sens szkoły, do której każdy uczeń zabiera kamerdynera? Zdaje się, że generalnie w szkole chodzi między innymi o to, by nauczyć się samodzielności i życia z ludźmi innymi niż domownicy?

Głośny trzask teleportacji tuż za bramą Hogwartu oznajmił przybycie oczekiwanych gości.
— Zobaczę Draco! — Jakaś panna wręcz mdlała, łapana w ramiona swego kamerdynera.
— Panienko, jeśli chcesz go zobaczyć, to lepiej wstań.
Bez jaj, szlachetnie urodzone panienki tak się emocjonują tym, że za chwilę zobaczą - służącego? Serio???
To pewnie jak z jakimś nowym gadżetem elektronicznym, albo samochodem, każdy chce go zobaczyć.
I pomacać: jak reaguje w takim powierzchnia dotykowa czy sprzęgło...
Precz, miazmacie!
W Hogwarcie kamerdyner to taki odpowiednik nowego ajfona - wyjmuje się ich i porównuje na przerwach.

W świetle zachodzącego słońca w bramie stanął anioł.
I pasterzom mówił?
Bydłu raczej...

Promienie rozświetlały blond włosy, zmieniając je w płynne złoto.
Taki anioł?


Frak, uszyty na miarę, opinał szczupłe, wysportowane ciało. Szata czarodzieja niedbale przerzucona przez ramię.
A nie, jednak taki...

Ciekawe, gdzie i kiedy kamerdyner miał okazję się "wysportowywać".
Mieli dodatkowe zajęcia fakultatywne po godzinach; zaraz po kursie pełnienia roli geishy i wykładach z kamasutry dla zaawansowanych.

Angielski znak najwyższego wyszkolenia lśnił w klapie. Szkoła ta wypuszczała w świat tylko najlepszych kamerdynerów na świecie i trzeba dodać, że robiła to niezwykle rzadko, odrzucając wielu w czasie szkolenia.
To całkiem jak Szkoła Skrytobójców w “Piramidach” Pratchetta. Edukację kończył tam jeden na piętnastu. A może na pięćdziesięciu?
Ciekawe, co było sposobem na odsiew nienadających się uczniów. W Szkole Skrytobójców mogła to być podpiłowana rynna.
A tutaj - podpiłowane nóżki od łoża pana.

Uśmiechnął się delikatnie do zebranych, po czym odwrócił się do kogoś ukrytego za załomem muru i kładąc rękę na sercu, w lekkim pokłonie, powiedział:
— Paniczu, proszę podejść.
Zebrani wstrzymali oddech. Każdy był ciekaw nowego nabytku.
Świeże mięsko?
Mam przed oczami scenę przywozu nowych więźniów do Shawshank.

Ich oczom ukazał się chłopak około szesnastoletni. Ubranie nie wskazywało na wysokie pochodzenie, było standardowo mugolskie.
— Proszę się przywitać, paniczu Harry.
Kamerdyner wydaje polecenia swojemu panu, no pięknie.
Za chwilę będzie “Waruj, paniczu Harry. Brawo! Zasłużył pan na ciasteczko.”

Chłopak nazwany przez swojego kamerdynera Harrym poprawił okulary i zwrócił się do uczniów:
— Eee…Cześć.
W ciągu jednej chwili dziedziniec opustoszał z rozczarowanych uczniów.
A co, spodziewali się, że panicz Harry na powitanie sypnie w tłum galeonami?
Ja bym się spodziewała, że to panicz Harry wyda jakieś polecenie Draco.
O frajerzy, zamiast poczekać i pośmiać się ze świeżego jelenia, to oni se poszli.
Ale tylko rozczarowani poszli, ci pełni dobrych chęci wciąż stali.

— Witam w Hogwarcie, paniczu Evans — dobiegł za pleców Malfoya miły głos.
Odgaduję! Lily de domo Evans, miała pozamałżeńskie dziecię, które nie zostało przysposobione przez jej męża, Jamesa Pottera.
To jedyne logiczne wyjaśnienie. Więc, oczywiście, zapewne jest zupełnie inaczej.

— Nazywam się Albus Dumbledore i w razie pytań zapraszam do mojego gabinetu. Mam nadzieję, że spodoba ci się tutaj. Twój pokój jest już gotowy.
(tu Dumbledore zamiótł grzywką posadzkę)
(I oddalił się uginając się w pokłonach - pilnując tylko, by mu okulary połówki nie spadły.)

Starszy mężczyzna uśmiechnął się do nowo przybyłych, wskazując bramę wejściową do zamku.
— Dziękuję.
Podziękował im za wejście?
Wygonił resztę precz.
A brama była taka mała, czy zakamuflowana, że nie dało się jej zauważyć?

Harry za żadne skarby nie chciał tu być. Został wyrwany ze swego świata. Kochał swoją rodzinę. Ciocia dbała o niego jak o własnego syna. Wuj, może trochę szorstki, był pracowity i uczciwy. No i Dudley. Łobuz jak się patrzy, ale o dobrym sercu. On, jako sierota, czuł się wśród nich dobrze. Aż do tego feralnego dnia tydzień temu. Stracił ich wszystkich w głupim wypadku samochodowym, gdy wracali z zakupów.
Noooo, to jednak trochę kanonu tu jednak mamy!
W sumie niezły pomysł, zrobić z Dursleyów sympatycznych ludzi. Szkoda, że w następnym zdaniu już nie żyją.
Imperatyw pozbawienia bohatera rodziny zwyciężył, choćby szło o rodzinę przybraną.

A teraz musiał uczęszczać do tej dziwnej szkoły dla dystyngowanych czarodziei. Już wcześniej wiedział, że nim jest, ale nikt dotąd nie kazał mu się w tym kierunku szkolić.
Mój boru i gdyby rodzina nie pomarła, to by tak nadal trwał w zawieszeniu.
Może to elitarna ochronka dla sierot?
A standardowej sowy, w dniu ukończenia przez Harry’ego jedenastu lat, nie wysłano, bo...?
Bo i kropka.
A musiał się szkolić, bo inaczej nie dostałby spadku, dobrze rozumiem? Mugolski sierociniec nie wchodził w grę?

Był jeszcze Draco.
Pojawił się w dzień po pogrzebie i powiedział, że od teraz jest jego kamerdynerem.
Jakby właśnie czekał na ten dzień, nic innego w tym czasie nie robiąc.Nie miał innego panicza do obsłużenia, albo chociaż jakiegoś stażu do odbycia...
A jego słowa były jak wyrok bez możliwości apelacji.

Pamiętał ten dzień bardzo dobrze. Stał w ogródku cioci Petunii, podlewając jej róże  i czekając na kogoś z kuratorium. Kogoś, kto miał go zabrać i umieścić w Domu Dziecka.
System działa tak świetnie, że zezwala na puszczenie nastoletniej sieroty samopas.

— Paniczu Harry?
Nikt nigdy tak nie zwracał się do chłopaka. Odwrócił się i zobaczył młodego mężczyznę stojącego przy bramce.
— Słucham?
— Witam. Jestem Draco Malfoy i od dzisiaj jestem twoim kamerdynerem.
Aha. W tym nowym Hogwarcie wysyła się kamerdynera zamiast sowy.
Ciekawe, czy im też przyczepiają wiadomości do nóżek i karmią myszami.

Zamrugał, nie bardzo rozumiejąc.
— Że… kim?
— Od dziś będę spełniał wszystkie twoje polecenia, paniczu Harry — powiedział blondyn, wchodząc do ogródka, zabierając mu węża z rąk i zakręcając wodę.
— Nie rozumiem.
Pierwsze polecenie: Oddawaj szlaucha!!!
Przyszedł Draco bez oręża
i Harry’emu wyjął węża.
I rzekł: Jestem na twoje usługi
Jakem cały silny i długi.

— Wszystko ci wytłumaczę. Przysłał mnie twój dziadek. Harold Potter.
— Ja nie mam dziadka.
Każdy ma dziadka, głąbie.
Jezus nie miał.
Ale tylko ze strony ojca.

— Masz, paniczu. Twój dziadek chciałby, żebyś wrócił do rodziny i swoich czarodziejskich korzeni.
Nie mając zbyt wielkiego wyboru, wylądował w Hogwarcie. Ale kto - ten dziadek? Swoją drogą - dowiemy się kim ów dziadek jest? Czy też Harry’ego to nie interesowało, tak oczarował go nowo nabyty służący? Drugą opcją był Dom Dziecka, dopóki nie uzyska pełnoletniości. Niezbyt zadowalające go wyjście.
Co oznacza, że Harry nie umie planować długoterminowo: w Domu Dziecka byłby tylko dwa lata, a jak wejdzie pomiędzy czarodziejów, to już na całe życie.
Ciekawe, czy przybrana rodzina w sam raz wstrzeliła się z wypadkiem na początek roku, czy też można było zacząć naukę w Hogwarcie zupełnie-bez-różnicy-kiedykolwiek?
Rodzinkę przejechał Imperatyw Narracyjny, stąd taka sprzyjająca data.

W ten sposób znalazł się w szkole, w której nikogo nie znał i już na dzień dobry nie zrobił dobrego wrażenia.
A w domu dziecka by znał?

Westchnął ciężko, wchodząc do swojego pokoju. Oczywiście, drzwi otworzył mu Draco. Ciągle go zaskakiwał.
Chował się za zbroją i robił “Bu!”
Najpierw wydawał mu polecenia jak psu, a teraz mu otwiera drzwi. To JEST zaskakujące

Traktował prawie jak dziewczynę, usługując na każdym kroku.
Bo dla Harry'ego tak normalne było odbieranie korespondencji dziewczyny, usługiwanie jej przy jedzeniu i tym podobne rzeczy.
Jak wiadomo, chłopakom się nie usługuje. Nawet pszczoły przestają robić miód na widok chłopaków.

Kilka dni z blondynem nauczyło go, żeby zbyt z tym nie walczyć, bo i tak kamerdyner zrobi swoje. Najgorsze, że zaczynał się do jego ciągłej obecności przyzwyczajać. Czy to normalne? NIE. Czyżby szukał zastępstwa swojej rodziny w lokaju?
A co, przeszli już z Draco do etapu, w którym ten wchodził do jego pokoju z lubieżnym “Who is your daddy?”
Najpierw ciotka mu prała skarpety, teraz lokaj, nie mam więcej pytań.

Opadł na łóżko załamany.
— Paniczu, chyba wypada, byśmy zjawili się na kolacji. Twoje kufry już dotarły i raczyłem przygotować ci ubiór — odezwał się blondyn, rozpakowując kufer swego pana.
Raczyłem! Zrobiłem ci tę wielką łaskę i raczyłem wypełnić swoje obowiązki!
Według aŁtorki, chodzi o “wytworność” słów. Wydaje jej się, że kamerdyner mówiący, że “raczył coś zrobić” brzmi wytwornie i z szacunkiem :D
Byśmy się zjawili? Kamerdyner jest najwyraźniej równoprawnym uczestnikiem kolacji. Pewnie jeszcze siedzą obok siebie przy stole.
Moim zdaniem siedzą sobie na kolanach i podają z ust do ust co lepsze kąski.
Bez użycia rąk.

— Naprawdę muszę? — spytał błagalnie.
— Dobre wychowanie nakazuje uszanować prawa i zasady domu, w którym się przebywa, paniczu Harry.
To on jest w domu czy zwykłej szkole? A, zapomniałam, to nie jest zwykła szkoła, tylko wujwieco.

Eliksir na poprawienie twego wzroku też już dotarł. Mówiliśmy o tym wczoraj, jeśli nie zapomniałeś.
Harry w okularach jest za mało wypaśny, jak na opkowe standardy.
Ej, myślałam, że okulary są teraz modne i cool! ...nie są?
Od razu widzę Harry’ego w tzw. kujonkach. Jeśli można - to proszę, nie. Wolę, po stokroć wolę eliksir na poprawę wzroku!!!
Ja pierdykam, poprawcie i resztę! Za chude ramiona, za krótkie ręce, zapadniętą klatkę...
Ależ Mikan, przecież to OPKOWY Harry, na pewno zaraz się okaże, że ma klatę jak u pirata.
W takim razie ta szkoła musi być pełna pięknych osób, które sobie poprawiły wszystko co trzeba odpowiednimi eliksirami, aby tylko uwydatnić to i owo.

— Ale ja lubię swoje okulary! — oburzył się chłopak, zrywając z łóżka. — Nie mam zamiaru tego zmieniać.
Kto inaczej uwierzy, że posiadam jakiś intelekt?!

Malfoy podszedł powoli do Harry'ego, po czym ostrożnie i delikatnie zdjął czarne, okrągłe oprawki.
Będzie buzi?

— Bez nich twoje oczy nabierają nieziemskiego blasku. Nie ukrywaj swojej urody. Jesteś piękny.
PANIE MALFOY!!! Co to ma znaczyć, molestuje pan podopiecznego?!
Mam wrażenie że tam każdy każdego tak molestuje...

Harry zarumienił się, wyrywając swoje okulary z ręki Draco i odsuwając się na bezpieczną odległość.
— To co mam ubrać? — zapytał w miarę neutralnie, choć rumieniec nadal gościł na jego policzkach.
Ubierz choinkę, przebierzesz się później.

— Rzeczy przygotowałem w łazience, paniczu. A to nie powinno wyglądać raczej “Draco, przygotuj mi mój ciemnozielony garnitur” - “Oczywiście, paniczu?” Mam pewne wątpliwości co do jakości tej szkoły dla kamerdynerów...
I dlaczego Harry ma przebierać się w łazience?
Żeby nie budzić w kamerdynerze zwierzęcych instynktów?
Albo to taki mały hint, że warto się umyć przed wyjściem do ludzi.

— Draco pochylił się w ukłonie z dłonią na klapie na wysokości serca.
Klatka piersiowa z klapą.Tego jeszcze nie grali.
Zaraz się okaże, że ma tam panel sterowania, jak Vader.
Może Draco jest Blaszanym Drwalem?

Chłopak szybko skrył się we wskazanym miejscu.
W klapie na wysokości serca?!
W jego (uk)łonie?
Moim zdaniem ta klapa była po to, żeby Harry tam się schował. Ojej.
Dobrze, że to nie klapa z tyłu, jak w tej bieliźnie, co drzewiej bywała.
Bo gdzie by wtedy musiał się skryć.
Mam nadzieję, że będzie z niej wyskakiwał i kukał o pełnych godzinach.

Harry stał już dłuższą chwilę przed lustrem i sam nie wierzył, że dał się na coś takiego namówić. Został poinformowany przez swego sługę o dosyć kontrowersyjnej modzie, panującej wśród czarodziei, ale żeby nosić sukienki, to już drobna przesada.
Sukienki? Sukienki? O szacie uczniowskiej można powiedzieć, że przypominała pelerynę albo togę, ale żeby sukienkę, to już naprawdę przesada.
Może narratorowi się toga z albą pomyliła?
To była kanoniczna szata. Te tutaj równie dobrze mogą przypominać uczniowski mundurek w wersji damskiej.
A, tak. Widziałam już Awendżersów w takiej wersji...
Generalnie wśród ludzi zajmujących się szeroko rozumianymi zjawiskami nadprzyrodzonymi sukienki są raczej standardem.

— Wyglądasz cudownie, mój drogi.
Omal nie wyskoczył ze skóry, gdy usłyszał głos dobiegający ze szklanej tafli.
— Ty mówisz?
— Oczywiście, jak wiele innych rzeczy w tym zamku. Nowy, prawda?
Boru, jak zacznie do niego przemawiać czajniczek i “wiele innych rzeczy”, to już nie zdziwię się niczemu.
Zaraz na scenę wkroczą świecznik z zegarem, śpiewając wesołą piosenkę o przyjmowaniu gości.
Albo chłopak zeświruje i zacznie lustru zadawać pytania w stylu “Lustro, lustro, powiedz przecie, kto ma najzieleńsze oczy na świecie?”.
Albo... (wiem, ze niedawno wklejałam już ten rysunek, ale każda okazja dobra!)

http://img8.joyreactor.com/pics/post/comics-WUMO-mirror-snow-white-342438.jpeg

— Gadam z lustrem — szepnął do siebie Harry, wychodząc z łazienki.
— Paniczu?
Harry zerknął w stronę Draco i zdębiał. Gdzieś zniknął frak, a sam kamerdyner był ubrany tylko w koszulę i kamizelkę.
BEZ SPODNI???
Tam spodnie... GDZIE MAJTY?
Spodnie go przy tym molestowaniu uwierały, więc zdjął.
Uczniowie noszą sukienki, a kamerdynerzy noszą tylko kamizelki i koszule. Fine by me.

— Coś się stało? — zapytał, wskazując na resztę ubioru wiszącego na oparciu krzesła.
— Nie. Takie panują tutaj zasady. Dopóki nie awansujesz wyżej, nie wolno mi nosić fraku [fraka], garnituru ani żadnej tego typu odzieży.
Jestem ciekawa, jaka jest podstawa logiczna takiego zarządzenia. Ale wyjaśnienia pewnie nie otrzymamy?
By móc podziwiać Draka bez fraka
I gorączkowych snuć marzeń splot,
Bo choć do twarzy Draku we fraku,
Draco bez fraka jest bardziej hot!

Dopóki Czcigodni nie zrobią kariery, ich kamerdynerzy mają te same prawa co skrzaty? I świecą gołymi pośladkami?
Kamerdyner jest wyrazem zajmowanej pozycji swego pana.
Gdy pan zdobywa następny level, kamerdyner odblokowuje achievmenty w postaci nowych ciuchów.
Zaczynamy nowy rok szkolny, dziś założę majty!
A po drugim semestrze może pozwolą mi nosić skarpetki!
Jak pójdzie gorzej, to tylko jedną, na co bardziej wystającej części ciała.

Należysz teraz do domu Hufflepuff i jesteś tak zwanym Puchonem. Po zdobyciu odpowiedniej liczby punktów — wskazał małą klepsydrę przy drzwiach — możesz ubiegać się o przyjęcie do Ravenclawu, czyli domu Krukonów. Kolejne w kolejce Domy to Gryffindor i Slytherin, czyli Lwy i Węże.
Biedni Puchoni. Zawsze na ostatnim miejscu - i u Rowling, i w blogaskach...
To naprawdę wygląda jak erpeg. Klepsydra pewnie zbiera punkty doświadczenia.
To jak w tym obrazku:



— Czyli przeze mnie zostałeś zdegradowany? — zmartwił się trochę Harry, zagryzając wargi.
Malfoy podszedł do niego, klękając na jedno kolano i podnosząc jego dłoń do ust, cicho szepnął:
— Nadal jestem twoim kamerdynerem, nieważne co mam na sobie.
Po czym ze znaczącym uśmiechem wyciągnął z kieszeni różowe jadalne stringi.
A jak Harry będzie miał marne oceny, Draco będzie musiał zdejmować kolejne sztuki odzieży? To przecież coś jak poker rozbierany.

Evans odskoczył cały czerwony, skrępowany takim zachowaniem sługi.
Każdy by był na jego miejscu. Draco, jesteś pewien, że twoja szkoła kształciła kamerdynerów, a nie kurtyzany?
Ta. Dla wczucia się w klimat arystokratycznego ANGIELSKIEGO domu i zachowania wysoko wyszkolonej służby, polecałabym obejrzeć raczej “Okruchy dnia” niż “Mei-chan no shitsuji”.
“Downton Abbey”. Tylko “Downton Abbey”! Tutaj mamy raczej “Pan wzywał, milordzie?”

— Przestań. Ile ty masz lat? Jestem nastolatkiem. Nie możesz tak mnie traktować!
Draco wstał i kłaniając się, położył zwyczajowo dłoń na sercu.
Kurczę, co on? Łączy się ze stacją dokującą?
Wysyła komunikat do statku-matki.
Toż to klasyczna pozycja Jezu-ufam-Tobie, Draco po prostu na tym levelu nie może jeszcze strzelać tęczą z serducha.

— Wybacz mi, paniczu Harry. Nie miałem niczego złego na myśli. A odpowiadając na twe pytanie, jesteśmy równolatkami.
Ho, czyli do szkoły go wysłali jako... dziesięciolatka? *wyobraża sobie małe dzieci uczące się polerować srebra i czyścić ubrania przyszłych panów* Fuj.

— Nieprawda! Wyglądasz jak dorosły. — Zaczął krążyć po pokoju, nie mogąc znaleźć miejsca.
— Ty też. Wyglądasz tak dojrzale. Mrau.

Chłopak stanął zszokowany. Kamerdyner widząc to, zaprowadził go do łazienki i stanęli razem przed lustrem. Dopiero teraz Harry zauważył, że Draco jest tylko o niecałą głowę wyższy od niego.
A to mało?
I to ma oznaczać, że są równolatkami?

Dodatkowo jego nowy strój wydobył z niego „to coś" i uwydatnił jego męskie jaja.

Co prawda, do sługi było mu daleko.
Przed sekundą było, że skończył szkołę, którą rzadko komu udaje się kończyć i otrzymał “najwyższe wyszkolenie”? Aaaa, aŁtorka Harry’ego ma na myśli!

Nie miał tego żaru w oczach ani tak prostej sylwetki, choć nad tym ostatnim wystarczyło popracować.
Nie rozumiem, sługa powinien mieć żar w oczach?...
Tak. Żeby odpowiednio pobudzać swojego pana. Pobudzać do nauki, oczywiście. (przeczytałam: pobudzać soki)
Do rozpalania w kominku też się przydaje.
A co do tej “nie tak prostej sylwetki”... Narrator sugeruje, że chłopak miał prezencję stereotypowego Igora? Cóż, to by nawet pasowało...


Rozdział 1.2
Pomysł z dramy nie będzie kontynuowany, wzięłam tylko sam zamysł [pomysł] służby. Nie spodziewajcie się tych samych akcji co w filmie.
Że tak zaspoileruję: pomysł wzięty z dupy, zrealizowany bezsensownie i generalnie nie mający większego znaczenia dla akcji.
Czyli jak prawie każdy w blogasku.

Wielka Sala okazała się być rzeczywiście wielka, tak przynajmniej sądził Harry, wchodząc do niej.
Znaczy: sądził, że okazała się wielka, ale tak naprawdę okazała się rozmiarów schowka na miotły?
Harry miał agorafobię i wszystko, co było większe od przeciętnej ubikacji wydawało mu się wielkie.

Naprawdę ogromna. Sufit świecił, i to dosłownie, od unoszących się w powietrzu świec.
Mamo, mamo, firanki się świecą!
AŁtorko, uwierz mi, gdyby sufit świecił DOSŁOWNIE, nikt nie siedziałby tak spokojnie.

Robiła wrażenie. Tak duże, że kamerdyner musiał go delikatnie trącić, wybudzając z olśnienia.
— Paniczu, tędy proszę.
Draco poprowadził swego pana do jednego z wolnych stolików.
Wielka Sala jest tu tylko czymś jak restauracja, gdzie siada się przy wolnym stoliku. No cóż - w Wielkiej Sali były cztery stoły dla uczniów czterech grup.
W kanonicznej Wielkiej Sali, tu jesteśmy w blogaskowej!
Ciekawe czy mają tu kelnerów i kelnerki zamiast skrzatów.

Jednego z wielu do siebie podobnych na całej sali.
Panicze i panienki spóźniali się na posiłki?

Harry westchnął ciężko. Nie był przyzwyczajony do samotnych posiłków.
Na bora, co za zmanierowany bachor. Szkoła mu się nie podoba, stroje też nie, samotne posiłki to katastrofa, o przysługującym kamerdynerze nie wspominając. Zamiast brać życie na klatę (okropnej rozpaczy po śmierci przybranej rodziny nie zanotowano), z jakąś taką ciekawością, to tak smędzi i smędzi i smędzi.

Zerknął na swego kamerdynera.
— Zjesz ze mną?
— Nie, paniczu. To nie wypada, by lokaj jadł przy jednym stole wraz ze swym panem. Jestem tu po to, aby ci usługiwać. — Pstryknął palcami i blat stołu zapełnił się potrawami na najwyższej jakości porcelanie.
To się napracował!
Ćśśś, może go będzie karmić?
W sumie to kiedy on je, skoro nawet drzwi przed nim otwiera?
Bardziej jestem ciekawa, kiedy ma czas dbać o fryzurę i rzeźbić sylwetkę.
Może prasuje stukilowym żelazkiem?

Do ich stolika zbliżyła się starsza kobieta z wysoko upiętym koczkiem.
Koczek stanął w lekkim oddaleniu, gdyż był bardzo nieśmiały.

— Witam. Jestem Minerwa McGonagall. Uczę w tej szkole transmutacji. Jestem także zastępcą dyrektora.
Kanon poszedł tarmosić się w krzakach i zabrał ze sobą podstawowe zasady savoir-vivre’u. Nie wyobrażam sobie sceny, gdy zastępca dyrektora szkoły, starsza kobieta przedstawia się młodzikowi.
Mało, ona do niego się fatyguje, by się mu przedstawić!!!
Wiesz, odnoszę wrażenie, że to jest szkoła dla takich super hiper ą ę wypasionych bogaczy, że wszyscy, z Dumbledore’em włącznie, tylko się czołgają i proch z butów im zlizują.
Tylko ich służba z nieznanych przyczyn mówi im na "ty", wydaje polecenia i molestuje przy każdej sposobności.

Oto twój plan zajęć. — Podała pergamin Draco, a ten następnie swemu panu.
*bierze pejcz i wygraża aŁtorce* Dżizas, już nie można było bardziej zaplątać. Minerva daje pergamin Draco i mówi “oto TWÓJ plan zajęć”, to znaczy czyj???

— Dziękuję, pani profesor — odezwał się cicho brunet.
— W razie problemów zapraszam do mnie lub dyrektora — rzekła i odeszła do swego stolika na podwyższeniu, które miało na celu oddzielenie uczniów od nauczycieli.
Żeby napalone hot słit nastki nie rzucały się na Snejpa? Albo jego kamerdynera?
Ach, Lucjusz Malfoy jako charyzmatyczny kamerdyner Severusa!
Bo wykraczesz :D

Harry przyglądał się im, czytając wyrywkowo listę zajęć.
— Rubeus Hagrid — odezwał się Draco, pochylając nad ramieniem czytającego — to ten duży. Podejrzewam, że ma coś z olbrzyma. Tak, wzrost na pewno. I honor. Naucza Opieki nad Magicznymi Zwierzętami. Mały karzełek to Flitwick, uczy Zaklęć. Podejrzewam, że ma coś z karła. Ta dziwnie poubierana, nawet jak na modę czarodziejów, to Sybilla Trelawney, Wróżbiarstwo. Podejrzewam, że ma coś z second-handu. Nawet sporo. Jest jeszcze Remus Lupin, ale z pewnych powodów dziś go nie zobaczysz. Uczy Obrony przed Czarną Magią. Podejrzewam, że... lubi remuladę!
Hm, wygląda na to, że nauczyciele nie mają kamerdynerów. Czyżby to był przywilej przysługujący tylko uczniom? Może nauczycieli też traktuje się jako coś w rodzaju służby?
Toż to ledwie personel, gdzie im tam do jaśnie państwa!

W zeszłym roku okazało się, że jest likantropem, ale dyrektor Dumbledore ubłagał Ministerstwo Magii, aby mógł zostać.
— Likantropem?
— Wilkołakiem, ale proszę się nie bać, paniczu. Jest oswojony — dodał z ironią.

[http://www.ikoon.art.pl/pliki/24/selfportret_tomasz_mroz.jpg]


— A ten cały na czarno, który próbuje mnie zasztyletować wzrokiem?
— To Severus Snape. Znany w całej Anglii, i pewnie również poza nią, Mistrz Eliksirów. Ciekawe czemu tak na ciebie patrzy. Może gdzieś się spotkaliście?
O, przynajmniej niechęć Snape’a jest kanoniczna. Ciekawe, jaki powód będzie tym razem. Zazdrość o Dracona?

— Nie — zaprzeczył Harry. — Nigdy wcześniej go nie widziałem.
Choć jednocześnie miał dziwne przeczucie, że jednak tak. Tylko gdzie? Skądś pamiętał te czarne jak węgiel oczy o ostrym spojrzeniu, mogącym ciąć diamenty.
*nuci* I ten piąty, ten najmłodszy, co w miłości był najsłodszy, co miał oczy jak diamenty czarne dwa...
*przyłącza się* Jak Harry’emu spojrzał w oczy, to od razu zauroczył, i mógł wtedy robić wszystko to, co chciał.

— Dziwne — mruknął cicho Draco, ale Harry i tak go usłyszał.
— Dlaczego dziwne?
— Właśnie o to chodzi, że nie wiem, paniczu. Proszę jeść, zanim wystygnie — zmienił szybko temat.
Zupy zjedz talerz gorącej, pomidorowa, przynajmniej dobra...

Teraz już także brunet zauważył, że wszyscy mu się przyglądają i cicho szepczą ze swymi sługami.
— Ta szkoła jest dziwna — szepnął sam do siebie. — Nie mogą po prostu podejść i ze mną porozmawiać?
— To byłoby bardzo niegrzeczne, paniczu. Bez twego zaproszenia wręcz naganne.
Ale gapienie się i wymienianie między sobą uwag absolutnie niegrzeczne nie jest.
Obgadywanie nową szczerością.

Chłopak nie miał pojęcia, czego można się spodziewać po tylu czarodziejach. Sam z głupiej, dziecięcej ciekawości nauczył się kilku pomocnych lub po prostu ciekawych zaklęć znalezionych w książkach swoich rodziców. To były jego jedyne pamiątki po nich. Tylko dlatego, że kiedyś zapomnieli je zabrać od cioci Petunii, gdy byli z wizytą z małym Harrym.
Ciotka Petunia była tak nudna, że trzeba było zabierać na wizyty własną biblioteczkę. Chyba że chodzi o magiczny odpowiednik takich książeczek?
Mam pytanie. Skoro Harry nie umiał czarować, to kto i w jaki sposób ich teleportował? Draco? Czarodziej, który jest służącym???
Może mają jakąś wizę na czary wykonywane w ramach obsługi swoich panów.

Ciocia nie zabraniała mu używać tych przydatnych, ale zawsze przestrzegała go przed korzystaniem z nich przy obcych.
Nie będę uprzedzać faktów, ale zdziwicie się nieco, czytając, jakież to zaklęcia zaliczały się do “przydatnych”...
Niemagiczna ciotka, która ma wiedzę o zaklęciach i na dodatek wie, które są przydatne.
Imperiusem odkurzała dywany, a przed jej Crucio nawet widelce dzwoniły zębami ze strachu.

Nie wiedział dlaczego, ale starał się tego przestrzegać. Nigdy nie chciał by jego rodzina miała przez niego jakieś kłopoty.
Po posiłku wrócił do swego Domu, jak stwierdził Draco, rzucając hasło zbroi w korytarzu i odsłaniając drzwi. W bawialni, salonie lub, jak mówił sługa w pokoju wspólnym lub też pokoju dziennym lub też izbie, gabinecie czy alkierzu, siedziało już kilka osób, pisząc, rozmawiając lub nic nie robiąc.
Siedzieli jak porzucone marionetki.
Kamerdynerzy nie powiedzieli im, co mają robić.
A właśnie, gdzie kamerdynerzy?
Ścielą łóżka, przygotowują kąpiel, nakładają pastę na szczoteczki do zębów swoich panów...
Potem panicze usiądą, na komendę otworzą usta (“szeroko, paniczu Harry!”), a kamerdynerzy zaczną im czyścić zęby.

Widząc go wchodzącego, jeden z chłopców wstał i zbliżył się, wyciągając rękę na przywitanie.
— Witaj w Hufflepuffie. Jestem Anthony Goldstein, a to moja pokojówka Hanna Abbot. Z naszego rocznika jest tu jeszcze Gregory Goyle ze swoim kamerdynerem Sirim Fawcettem.
Hyhy. Wcale się nie dziwię, widząc tu Goyle’a - przy tym sposobie promowania uczniów, na szóstym roku w Hufflepufie powinny zostać już tylko beznadziejne tępaki.
Dlaczego Harry'ego, który potrafił raptem parę zaklęć, przyjęto od razu na szósty rok? Bo dziadek miał dużo kasy. Tak wynika z tego co było napisane wcześniej. I tak w ogóle, co to za maniera przedstawiania służby z imienia i nazwiska?
Żebyśmy wiedzieli, które z kanonicznych postaci gdzie wylądowały ;)
Goldstein w Hufflepuffie. A to się biedak zdziwił.

— Harry Evans. Miło mi. Jak wielu czarodziei uczęszcza do tej szkoły?
— Niewielu. Reszta to zwykli mugole? Tylko dystyngowani, bogaci i bardzo potężni czarodzieje mogą się tutaj dostać.
Ok, a jeśli ktoś jest bogatym i potężnym - prostakiem?
To terminuje w specjalnym przedszkolu aż zdystygnowacieje.

Żaden mugolak nie przekroczy progów Hogwartu, jeśli nie ma odpowiedniego zaplecza finansowego lub chociaż magicznego.
Nie posmarujesz, nie pojedziesz.
Co to znaczy “odpowiednie zaplecze magiczne”, bo jak rozumiem, nie chodzi tu o zwykłą umiejętność czarowania?Hm... o bardzo długą różdżkę?
Nie bardzo rozumiem sens szkoły dla bardzo potężnych czarodziejów. Można by się spodziewać, że arcymagowie nie muszą już chodzić na lekcje.
Czyli wystarczy być odpowiednio bogatym, niekoniecznie mieć “zaplecze magiczne”?
Jak u mugoli, pani, jak u mugoli.
Ciekawa jestem co z szarą strefą biednych i poślednich czarodziejów - którzy zapewne w końcu zechcą wziąć odwet za to rozwarstwienie społeczne...
OCCUPY HOGWART.

Może oczywiście jako sługa.
Ot, masz odpowiedź!

Chłopak wcale mu się nie spodobał. Harry słuchał jego słów zdegustowany. Nie bardzo wiedział, kim jest mugolak, ale podświadomie czuł, że w ten sposób wyraża się o czarodziejach niższego szczebla.
— Mugolak to czarodziej urodzony przez niemagicznych rodziców — wytłumaczył mu Draco, widząc jego minę. — Są jeszcze półkrwi, gdy jedno z rodziców jest magiczne.
— A ja?
Nic nie wie o swoich rodzicach??? A kamerdyner wie???
Może dostał Specjalne Instrukcje od dziadka.

— Jesteś czystej krwi. Oboje twoi rodzice byli czarodziejami.
Dziadkowie Evans się nie liczą, tak?

— I dlatego dostałem się do tej szkoły?
— To jeden z wielu powodów, paniczu Evans.
A te inne to...?
Bogaty dziadek.

— Idę spać — rzucił Harry, wychodząc z łazienki. — Na dzisiaj mam dosyć wrażeń. Jutro będzie się pewnie sporo działo.
Bo dzisiaj to tak zupełnie niewiele.

— Jesteś w magicznej szkole, paniczu. Tu zawsze dzieje się coś niezwykłego. — Draco skończył ścielić łóżko i pokłonił się. — Proszę, gotowe.
— Czy ty już kiedyś tutaj byłeś? — Położył się, przykrywając się sam, gromiąc kamerdynera wzrokiem, gdy chciał to zrobić za niego.
Matko borsko, naprawdę się dziwię, że kamerdyner pozwala mu samemu chodzić do ubikacji.
A może i za niego siusia?
Ale z podcieraniem już nie ma przebacz.
Nie znacie się. Draco trzyma fiutka Harry’emu i celuje w środek, żeby nie popryskał muszli. A potem strząsa. I panicz zadowolony, i sługa zadowolony...
Źródłem satysfakcji obu panów jest też dokładne mycie panicza gąbeczką.


— Tak, dwa lata temu służyłem uczniom Hogwartu. Dobranoc, paniczu.
Znaczy, miał wtedy czternaście lat. To były jakieś praktyki zawodowe w tej elitarnej szkole dla kamerdynerów, czy jak?
Obowiązkowy staż.

Blondyn skłonił się ponownie, oddalając do swego pokoju. Ich kwatery były połączone drzwiami.
I oczywiście nie można było zamknąć drzwi na klucz.

Harry postanowił, że już niczemu nie będzie się dziwił. Sługa śpiący w „prawie" tej samej komnacie co jego pan.
A wcale nie, bo w osobnej. Co w tym dziwnego? Ma spać w oficynce i latać przez pół zamku w szlafmycy?
Mógłby jeszcze na progu, na wycieraczce.
Zwinięty w kłębek, przykrywający nosek ogonkiem.
Jestem absolutnie pewna, że jakby dobrze poszukać, znalazłyby się jakieś fanarty, przedstawiające Drakusia właśnie w ten sposób.

[Harry ma koszmarny sen na temat Voldemorta]

— Dobrze spałeś, paniczu? Jesteś trochę blady. — Podszedł do Harry'ego, kładąc mu dłoń na czole. — A także lekko rozpalony.
I odrobinę napalony - powiedział, kładąc mu dłoń... NIE na czole.

— Nic mi nie jest! — Harry odtrącił rękę, czując dziwne mrowienie przebiegające po ciele. — Trochę źle spałem. Możemy iść na śniadanie?
— Oczywiście, paniczu.
— Mógłbyś przestać nazywać mnie paniczem? Denerwuje mnie to.
— A jak mam cię nazywać, paniczu. Nie mogę mówić ci po imieniu. Zdegradowali by mnie inni kamerdynerzy i pozbawiono rangi, nadanej przez szkołę kamerdynerów.
A to nie działa tak, że życzenia twojego pana są ważniejsze niż wasze wewnątrzkamerdynerskie układy?
W tym opku chyba ogólnie pan niewiele może...

Harry westchnął. Logika mówiła mu, że to równałoby się z utratą pracy przez blondyna. Dał za wygraną.
Już wchodząc do Wielkiej Sali, wiedział, że coś się stało. Wszyscy byli poruszeni.
- Pieprzone 24fps - mruknął poprawiając okulary. - A tak prosiłem, by filmować moje przygody w najnowszych technologiach!

— Co się dzieje, Draco? — spytał, siadając na podsuniętym krześle. — Czemu wszyscy są tacy nerwowi?
Może też ich służba molestowała w nocy...
Borze, czemu on traktuje Dracona jak serwis informacyjny? Już nawet sam nie umie się rozglądać i wyciągać wnioski?

— Lepiej przeczytaj „Proroka Codziennego", to gazeta czarodziejów, paniczu. — Wskazał egzemplarz leżący po prawej stronie Harry'ego.
O, czyli Draco już wie o czym mowa, gazetkę zdążył przeczytać.Albo jest jasnowidzem.
Draco to taki Jeeves najwyraźniej.
Albo wygląda tak:


Pierwsza strona aż krzyczała wielkimi literami.
[b]„ATAK SAMI-WIECIE-KOGO!"[/b]
Zecer był trochę pijany. Za dużo piwa kremowego.

Pod tytułem dokładny opis tego co Sam-Wiesz-Kto zrobił mugolom i czarodziejom stojącym na jego drodze. Harry przeczytał artykuł dwa razy, myśląc, że się przewidział.
“Przewiduje się zachmurzenie duże i umiarkowane, wiatry słabe, z południa i południowego zachodu, miejscami zmienne.”
Prawdziwy jasnowidz przewiduje sam siebie jeszcze przed poczęciem.

Jednak nie. Gazeta słowo w słowo opisywała jego sen.
Srsly? Sen Harry’ego przedstawiał morderstwa z perspektywy śmierciożerców, czyżby Prorok też miał wśród nich jakieś wtyki?

— Kim jest Sam-Wiesz-Kto? — spytał szeptem Draco, choć sam nie wiedział, dlaczego ściszył głos.
To rodzi ciekawą zagadkę logiczną. Kim jest Sam Wiesz Kto, jeśli nikt nie wie, kim on jest?
Pewnie należy do ugrupowania tych słynnych Onych. Jak nie wiadomo o kogo chodzi, to zawsze są Oni.

— To Mroczny Lord. Wielu czystokrwistych czarodziejów go popiera.
— Czego on chce? Dlaczego morduje mugoli?
— On nienawidzi mugoli. Chce ich unicestwić, by czarodzieje mogli żyć tak, jak powinni od zawsze. Wolni i nie muszący się ukrywać.
Czy tylko mnie brzmi to tak, jakby Draco należał do Team Voldemort?
Owszem.
Idea Lebensraumu jest mu bliska.

— I to jest powód żeby ich mordować? Nie wystarczyłoby porozmawiać i się ujawnić? Przecież mugole nie są tacy źli.
Panie Hitler, pan naprawdę musi mordować tych Żydów? Przecież oni nie są tacy źli, może wystarczy z nimi porozmawiać?

— Paniczu, to nie jest miejsce na takie rozmowy — uspokoił go sługa, gdy chłopak zaczął nieświadomie podnosić głos. — Poza tym za chwilę rozpoczną się zajęcia. Dokończ śniadanie.
Niech panicz nie pyta. Będzie starszy, to zrozumie. A teraz proszę zjeść ładnie zupkę, bo stygnie.
Pomidorowa, przynajmniej dobra... A do chleba masło musisz tak skrobać, bo jest zmarznięte i się lepiej rozsmaruje.
I proszę się nie garbić, paniczu!

Klasa Transmutacji nie różniła się zbytnio od Wielkiej Sali. Była tylko mniejsza.
Czym się różni rolls-royce od syrenki? Syrenka ma listwę boczną na drzwiach, a rolls-royce - nie.
W klasie transmutacji też “sufit świecił się, i to dosłownie, od unoszących się w powietrzu świec”?
I były tam oddzielne stoliki z zastawą obiadową? (Może będą transmutować łyżkę w widelczyk do ciasta?)

Kamerdynerzy i pokojówki stali u boku swych właścicieli zajmujących małe pojedyncze ławki.
Właścicieli?...
Aha. Służbę kupowało się na targu i wypalało piętna. Ci sprzedawani pierwszy raz mieli nogi pobielone wapnem.
BTW już sobie wyobrażam kamerdynerów i pokojówki tkwiące przez wszystkie lekcje u boku swoich panów i pań, po to, by... No właśnie, po nic. A mogliby w tym czasie ubrania oczyścić, buty wypastować, sypialnie posprzątać...
Takie stanie nad głową w trakcie lekcji niezwykle pomaga w nauce.
A nauczycielowi jak dobrze robi!...
Oni, rozumicie, muszą być cały czas pod ręką, gdyby jakaś panienka na przykład postanowiła zemdleć i trzeba jej było podać sole trzeźwiące... Albo osmarkany nosek wytrzeć, pióro w kałamarzu zanurzyć, podpowiedzieć odpowiedź na pytanie nauczyciela...
Przecież ich ciuchy to prawdziwa tabela wyników w konkursie na najbardziej zajebistego ucznia Hogwartu; to oczywiste, że muszą cały czas być pod ręką.
Ciekawe, czy na egzaminach też byli obecni. Może podpowiedzieliby co nieco.

Zaraz po wejściu McGonagall uczniowie ucichli. Profesorka stanęła przy katedrze, wskazując dłonią Harry'ego.
— Mamy od wczoraj nowego ucznia. Proszę, przedstaw się.
Przecież już się przedstawiał. Uczniowie tu mają amnezję, czy jak?

Chłopak wstał i ukłonił się uczniom. Siedział najbliżej biurka nauczycielki, więc miał teraz dobry widok na wszystkich.
— Jestem Harry Evans, miło mi was poznać.
— Może opowiesz coś o sobie?
— Jestem sierotą. Moi rodzice zginęli, gdy miałem niecały rok.
Raczej rok z kawałkiem... no ale ok, to nie kanon.
To jest totalnie pierwsza informacja, jaką się podaje zgrai obcych ludzi, nie sądzicie?
Totalnie. Zaraz po podaniu wzrostu, wagi i długości.

Wychowywała mnie ciotka – niemagiczna, dlatego nie interesowałem się dotychczas światem czarodziejów.
Natomiast wcale to nie wyjaśnia, dlaczego świat czarodziejów nie zainteresował się nim. Riddle’a w mugolskim sierocińcu jakoś umieli odnaleźć!
Może mieli mniejszy budżet na wyszukiwanie Obiecujących Sierotek?
Kiepski silnik w Czarogoogle’u.

— W jaki sposób znalazłeś się w Hogwarcie? — zadał pytanie jeden z uczniów o strasznie rudej czuprynie.
Harry spojrzał na Draco, pytająco. Ten skinął twierdząco głową, by kontynuował.
A gdyby kamerdyner nie pozwolił odpowiedzieć?
To dupa blada. I zasznurowane usta.

— Mój dziadek chciał, bym rozpoczął tu naukę.
— Kim jest twój dziadek? — Tym razem odezwała się jakaś dziewczyna.
— To Harold Potter.
OH NOES.

Po tych słowach w sali rozpętał się Armagedon. Wszyscy zaczęli mówić jeden przez drugiego. Harry słyszał tylko pojedyncze słowa typu „najbogatszy czarodziej", „potężny magicznie".
Nawet profesorka była zszokowana.
Nie wiedziała, kogo przyjmują do szkoły? Harold przemycił tam wnuka incognito?
Spreparowawszy go wpierw starannie.
Coś jednak nie zadziałało na linii dziadek-kamerdyner, skoro ta informacja wyszła na jaw.

— Proszę za mną, paniczu. — I wyszła z klasy, nie czekając, aż podąży za nią.
MINERVA MCGONAGALL MÓWIĄCA DO UCZNIA “PANICZU”!!! TRZYMAJCIE MNIE!!!
Co chcesz, kanon na tacierzyńskim a logika chleje w krzakach.

— O co chodzi, proszę pani? — zapytał Harry, równając się z nią na korytarzu.
— Idziemy do dyrektora.
— Ale dlaczego? Co ja takiego zrobiłem?
— Przeżył panicz zabójczą klątwę. Tak sądzę — odparła, stając przy chimerze.
I na wszelki wypadek pomacała, czy nie duch.
I ona musi już teraz zaraz sprawdzić... właściwie co, że aż lekcja musi poczekać? Boi się, że klątwa nagle czknie po kilkunastu latach jak niewybuch i rozwali pół klasy?

Rozdział 1.3
Po chwili stali już w niezwykle urządzonym gabinecie siwobrodego dyrektora.
Szkoda że nie Sinobrodego.

— Witam, Minerwo. Co się sprowadza?
— Przyprowadziłam do ciebie pana Pottera.
— Evans — poprawił ją brunet. — Nazywam się Evans.
A ten upiera się jak głupi.

Jednak do tej dwójki chyba to nie docierało. Starzec wstał z fotela i zbliżył się do niego.
— Możesz to wytłumaczyć, Minerwo?
— Jego dziadkiem jest Harold Potter. Sam to powiedział. Ten dziadek. Bo wcześniej tego nie wiedzieliśmy. Zwykle przyjmujemy uczniów w ciemno. Zwłaszcza że do naszej szkoły bardzo trudno się dostać i przeprowadzamy ostrą selekcję, oh wait...
System jest tak dziurawy, że przemknąłby się i Voldemort, też pod innym nazwiskiem.
Na przykład “Waldemar Tomaszewski”.
A gdyby przedstawił się jako Waldemar Michorowski, to by go wnieśli w lektyce.
Ale Voldek nie ma nozdrzy, które mogłyby mu wachlować prędkim tempem [Trędowata, Tower Press 2000, T1, str. 163]

— Mogę wiedzieć, o co chodzi? — wtrącił się Harry.
McGonagall usiadła po wysłaniu gdzieś świetlistej sowy.
Pewno na Świetlisty Szlak.

— Harry. Paniczu — szybko poprawił się Draco. — Twoje prawdziwe nazwisko brzmi Potter. Evans jest nazwiskiem panieńskim twojej matki.
No i...? Jeśli w papierach ma zapisane Evans, to jego prawdziwe nazwisko tak właśnie brzmi, a Potter jest tylko nazwiskiem dziadka!
Oj tam, wedle Imperatywu bardziej wypaśne zawsze kasuje to mniej ważne.

— A co miała na myśli pani profesor, mówiąc o jakiejś zabijającej klątwie, którą przeżyłem?
— Co wiesz o śmierci swoich rodziców?
— Niewiele. Nikt tak naprawdę nie wie, co się stało. Pewnej nocy część domu wybuchła i tylko ja przeżyłem.
— I co potem?
— Przyjechali policjanci, straż pożarna i tym podobne.
FBI, CIA, CBŚ i cała reszta...
Inspekcja Ruchu Drogowego też?
I Straż Miejska.
I komisja Macierewicza, rzecz jasna. Przecież był wybuch.
Pod brzozą rosnącą przy domu Potterów do tej pory palono znicze.
A czasem wśród gruzów pałętają się ekipy szukające śladów trotylu.

Zabrano mnie do Izby Dziecka, skąd odebrała mnie ciocia Petunia.
Dumbledore zerknął na McGonagall.
— Nie szukałam w takim miejscu. Wszyscy byli przekonani, że dziecko zginęło w pożarze.
Taaaa. Bo sprawdzenie najbliższej rodziny wykraczało poza możliwości Dumbla. Zwłaszcza że wskazówką powinien już być fakt nieodnalezienia wśród gruzów ciała chłopca. A “użyteczne zaklęcia”, które ciotka Petunia pozwalała Harry’emu rzucać, były całkowicie niewykrywalne.
A po pobycie w Izbie Dziecka i ustanowieniu Dursleyów rodziną zastępczą nie pozostały żadne dokumenty.
Ciekawe w takim razie GDZIE szukał :>

Harry zaczynał mieć mętlik w głowie. Czego oni od niego chcieli?
Niecnie wykorzystać, to przecież oczywiste.

Chłopak zaczynał mieć dość. Nie zwracano na niego uwagi. Jakby go tu nie było. Usiadł ostentacyjnie w fotelu, czekając ze skrzyżowanymi na piersi rękami..
Wydął usteczka i zaczął tupać nóżką.
Powinien postukać niecierpliwie paznokciami po blacie biurka.
Wczuwał się w rolę panicza.

— Powinien znaleźć się w rodzinie czarodziei od samego początku. Gdy Tom dowie się, że Potter żyje, zacznie na niego polować. A teraz wie o tym spora część uczniów. Do wieczora dowie się cała szkoła.
Ekskjuzmi, ale tu się nic kupy nie trzyma. Do szkoły dla magicznej arystokracji ni stąd, ni zowąd przychodzi sobie chłopak z mugolskiej rodziny, wraz z kamerdynerem najwyższej klasy, na jakich stać tylko najbogatszych - i co, dyrektor szkoły nie ma pojęcia, kim jest ten nowy uczeń? To kto go zapisywał i jaką legendę przy tym opowiedział?
Nie no, wychodzi na to, że tylko Dumbledore wiedział, że to Potter. Tylko że najwyraźniej założył, że nikt nigdy nie zainteresuje się, kim Harry jest i czemu stać go na superkamerdynera. Bo przecież wiadomo, że w szkole nie plotkują.

— Kto to jest Tom? — Nie wytrzymał w końcu Harry takiego lekceważenia, decydując się wtrącić.
Lekceważenia? Przecież wciąż mówią o tobie, młotku!

— Tom Marvolo Riddle. Sam nazwał się Lordem Voldemortem. To on zabił twoich rodziców, a ciebie próbował, ale mu nie bardzo wyszło. Do niedawna myślano, że zginąłeś, zabierając go ze sobą.
I gdy wszyscy już odetchnęliśmy z ulgą, WTEM:

Jednak pojawił się dwa lata temu, a teraz ty też się zjawiasz, żywy. Dotąd nikomu nie udało się przeżyć zaklęcia zabijającego.
— Może nie trafił?
— Zaklęcia wyraźnie potwierdziły. W twoim domu rzucono trzy czary zabijające, Avady, i wszystkie osiągnęły swój cel. Jednak ty tu stoisz.
Harry przeczesał włosy, jak robił zawsze, gdy nad czymś myślał.
- Miałem żółwia! - chlipnął.

Ruch ten przykuł uwagę dyrektora.
— Skąd masz tę bliznę na czole?
Chłopak przesunął palcami po bliźnie w kształcie pioruna.
— Tę? Z wypadku. Musiałem ją otrzymać podczas wybuchu.
Otrzymać bliznę? Po jakiemu to?
Po chrześcijańsku. Narodził się Harry, przybyli trzej Mędrcy ze Wschodu i wręczyli złoto, kadzidło i bliznę.
Nie było rany, Vold klepnął go zaklęciem i już była blizna.

[Harry zostaje zabrany do skrzydła szpitalnego i poddany bolesnemu magicznemu testowi, który ujawnia, że blizna na czole została zadana Avadą.]

— Panie Evans...
— Chyba Potter? — zauważyła nauczycielka.
— Minerwo, dopóki prawny opiekun panicza Evansa nie zawiadomi o zmianie nazwiska, pozostaniemy przy aktualnym. Najlepiej postaraj się jakoś wyciszyć tę sprawę...
Powiedz, że chodzi o tego drugiego Haralda Pottera. Tego zupełnie nieznanego.
Bliźniaka zaginionego w dzieciństwie, o.
Albo że chłopak się przejęzyczył, a miał na myśli Harolda Pettersena. Albo możecie wymazać im pamięć, whatever.
Może chodziło o Pattisona i wszyscy słusznie ulegli zbiorowej histerii.

— To nie będzie potrzebne — wtrącił się blond kamerdyner, zmuszając swego pana do położenia się.
Wtrącił się. Czego go uczono w tej szkole? Jak uwodzić młodych i bogatych chłopców?
Całkiem prawdopodobne - jak sami się przekonacie w dalszej części, zasady pracy kamerdynerów były dość dziwne.
Już dawno stwierdziłam, że to nie kamerdyner, tylko kurtyzan.
W wolnych chwilach odpala plejawkę i ćwiczy tę piosenkę na singstarze.

— Pan Potter już rozpoczął sprawę zmiany nazwiska u panicza, a także zajął się kwestią dziedziczenia. W ciągu najbliższych dni panicz Harry stanie się jedynym spadkobiercą rodu Potterów. Nawet jeśli nie będzie chciał przyjąć nazwiska ojca, oficjalnie stanie się Potterem. Harry Jamesem Potterem.
Jego imię już zawsze pozostanie w mianowniku, choćby nie wiem co!
I nie będzie mieć absolutnie nic do gadania w kwestii swego nazwiska!
Jak w żadnej innej kwestii.
I pomyśleć, że gdyby nie śmierć całej przybranej rodziny, wciąż żyłby sobie, niczego nieświadom, tak?
Widać w pakiecie z Dursleyami nie był na tyle atrakcyjny, żeby ktokolwiek się nim zainteresował.

Harry miał ochotę sam sobie strzelić tą sławetną avadą w łeb. Coś mu się widziało, że wpadł po same uszy. Może ten Dom Dziecka to jednak było lepsze wyjście. Chyba wytrzymałby dwa lata.
— Draco, jak ważny jest mój dziadek?
To cię najbardziej interesuje? Nie “jaki jest mój dziadek”?
Jeszcze mógłby zapytać “jak majętny”...

— Harold Potter to najsławniejszy auror i do tego jeden z najpotężniejszych czarodziei. Nie dorównuje oczywiście panu, dyrektorze. — Ukłonił się w stronę starca. — Ale jest naprawdę potężny.
I ten naprawdę potężny czarodziej przez tyle lat nie zainteresował się, co się dzieje z jego jedynym wnukiem?
Skąd wiesz, że jedynym? Może miał ich tylu, że się nie mógł doliczyć, a Harry'ego ustanowił dziedzicem na złość im wszystkim.
Harold Potter nowym Voldemortem. Jest potężny i ma tyle potomków, że jeden w tą czy tamtą nie robi mu żadnej różnicy.

— I bogaty. Inaczej bym się tu nie dostał.
— To w szczególności. Od lat rodzina Potterów miała głowę do interesów.
— A co z tym... jak mu tam... Voldemortem? Co z nim?
Zauważył jak zebrani, poza dyrektorem, drgnęli.
— Postaraj się nie wymieniać tego imienia. To tabu.
— Dlaczego? To tylko imię. — Harry wzruszył ramionami. — Jak Puszek, czy George.
Niniejszym pogorszyło mi się od  tego Elementu Komicznego.
Lord Puszek Voldemort - zamiauczy cię na śmierć.

Dumbledore zaśmiał się szczerze.
— Chłopiec ma rację, Minerwo. Nie powinniśmy obawiać się nazywać naszego strachu po imieniu.
I paczciepaństwo, Dumbel wpadł na to dopiero teraz, a przedtem pewnie trząsł portkami jak każdy.

— Przypominasz swego ojca, Harry. Też był z niego urwis. Wszystko chciał zobaczyć i nie lubił ograniczeń.
Chłopak natychmiast oprzytomniał.
— Znał pan mojego tatę?
— Oczywiście. Był uczniem tej szkoły.
— A moja mama?
— Jego pokojówką.
*facepalm*
*headdesk*
No, ale w sumie to wyjaśnia, czemu Harry nazywa się Evans, widać panicz James nie miał zamiaru uznawać bachora, którego zrobił pokojówce.
LILY:
Daj ta, matka chrzestna, spokój! Ja się sama za moją krzywdę upomnę. A Cyzia Malfoyówna nie wyprawowała to u nas alimentów, co? Jak kto był bez sumienia nade mną, to i ja nad nim sumienia mieć nie będę.
POTTEROWA:
Ileż chcesz?
LILY:
Dajcie tysiąc galeonów.

— Jak to? — zdziwił się. — Draco mówił, że była czarodziejką. Nie była uczennicą?
— Niestety nie. Tylko majętni czarodzieje mogą tu uczęszczać, wyjątkiem są ci potężni magicznie. Między innymi Tom należał do takich wyjątków.
A jego pokojówką była Bellatriks Lestrange, hihihihihi :)
Ciekawe jak oni obliczają tę majętność. I tę potęgę.

— No, już wystarczy. Chłopiec jest zmęczony, dyrektorze.
Czym? Siedzeniem w fotelu? To jakaś wiktoriańska panienka, co od dłuższej rozmowy dostaje spazmów? Nic dziwnego, że potrzebuje kamerdynera.

Możecie porozmawiać później. — Pielęgniarka zaczęła wyganiać wszystkich, nawet Draco. — Lepiej idź na jego zajęcia, będzie potrzebował notatek z opuszczonych lekcji.
Ciekawe, czy będzie mu wolno usiąść w ławce, czy będzie musiał notować na stojąco?
Pewnie ma samopiszące pióro.

[Harry ma kolejny koszmar - Voldemort tortutuje Cruciatusem swoich zwolenników, wrzeszcząc, żeby “przyprowadzono mu tego bachora żywego”]

W końcu Harry został łaskawie wypuszczony z okowów tego snu. Otworzył oczy, obracając się na bok i trzymając za głowę. Koło jego łóżka stała odziana na czarno postać. Z kosą? *błagalnie*
— Co to było, Potter? — Głos, który do niego dotarł, był tak lodowaty, że aż ciarki przebiegły mu po plecach.
Potter? Dla całej szkoły Harry to wciąż Evans, tylko Dumbledore i McGonagall wiedzą, że jest inaczej!

I bez tego drżał na całym ciele.
— To tylko koszmar, proszę pana. — Rozpoznał Snape'a, ale nie wiedział, dlaczego tak nagle się go wystraszył.
Może to ta blada skóra w połączeniu z kosmykami tłustych włosów opadającymi wokół szczupłej twarzy i dającymi efekt wampira?
Nie wiedziałam, że cechą wampirów są tłuste włosy...
Gdyby był wróżką i miał skrzydełka, mógłby za to symulować efekt motyla. To by dopiero było...

A może to przez ten grymas wściekłości na twarzy? Albo postawa jastrzębia gotowego w każdej chwili zaatakować.
Snape w takim razie wyglądał dość głupio:

Pewnie łopotał peleryną dla wzmożenia efektu.

— W takim razie jak pan wytłumaczy efekty pocruciatusowe?
— Po...co? — Starał się usiąść, ale nie potrafił się podeprzeć na ciągle trzęsących się rękach.
Nagle poczuł, że smukłe dłonie pomagają mu, podtrzymując i podkładając pod plecy poduszkę.
Znaczy że niby Snape podkładał mu poduszkę pod plecki? SNAPE?
Tak. Swymi smukłymi dłońmi, mrrrrau :)

— Dziękuję.
— Wypij to. — Snape wcisnął mu w dłonie fiolkę z jakimś płynem.
— Co to?
— Masz to wypić, a nie debatować nad składem — warknął mężczyzna, zabierając mu buteleczkę, odkorkowując, a następnie przechylając mu trochę głowę, wlał zawartość w otwarte usta. — To eliksir pocruciatusowy. Pomoże.
Albo i nie. I tego się trzymajmy.
Czy jakby Snape kazał mu skoczyć z klifu bez zbędnych pytań, to Harry też by to zrobił? (On chyba robi wszystko, co mu się każe.)

Chłopak skrzywił się.
— Obrzydliwe.
— Ma działać, nie smakować. Jesteś głodny? Według słów Pomfrey spałeś dosyć długo. Ominęły cię dwa posiłki.
Jak na zawołanie żołądek chłopaka ogłosił bojkot.
Znaczy: Harry puścił pawia?Przez pępek wysunęła się mała chorągiewka z napisem “JEDZENIE ALBO WRZODY. MASZ 15 MINUT!!!*

— To wystarczy za odpowiedź. Zgredku!
Harry aż podskoczył, gdy u boku mężczyzny pojawiło się małe, pokurczone stworzenie.
Takie?
— Tak, panie.
— Przynieś lekki bulion dla chłopca i herbatę dla mnie.
A gdzie się podział Malfoy?
Siedzi na lekcjach i notuje.

— Tak jest, sir. — I zniknął z trzaskiem.
— Co to było?
— To skrzat domowy. Magiczna wersja lokaja, służącego, czy co tam od niego chcesz. Wykona bez sprzeciwu każde polecenie. Ten akurat jest moim osobistym skrzatem. Dostałem go w prezencie.
Jak miło zobaczyć, że Malfoyowie dają łapówki.
To już zwykły kamerdyner nie wystarczy?

Skrzaty przynależą do czarodziejskich rodzin.
— Każdy rozkaz? — upewniał się Harry.
— Tak, wierz mi. Każdy.
Naprawdę nie chcę się nad tym zastanawiać.

A teraz jedz.
Borze, kolejny, który na każde pytanie/problem odpowiada karmieniem Harry’ego. Jeszcze trochę i to zacznie wyglądać jak między Aną a Greyem. [KLIK!]
(O nie, nie kliknę)

— Wskazał na tacę, podawaną przez skrzata. — To najlepsze lekarstwo na Cruciatusy. Organizm nie myśli o bólu, tylko pracuje nad trawieniem.
I to jest jak na razie najgłupsze zdanie w tym opku.
Boli cię brzuch? Nażryj się, to pomoże.
Ale coś w tym jest, jak mam w domu puszkę masy krówkowej, to trochę mniej cierpię na ból istnienia.
A na ból zębów odważysz się zaryzykować?
Zlikwidujmy proszki przeciwbólowe! Zjedz ciasto i po bólu!

— Śniło mi się jakieś zebranie czy spotkanie. Wszyscy zgromadzeni w tych samych czarnych płaszczach i w białych maskach na twarzach. Wyglądało mi to na jakąś sektę lub coś podobnego. — Twarz Snape'a momentalnie zbladła. (bo to była sekta dzieci młynarza)— Jeden z tych ludzi, chyba przywódca, był wściekły. Nie został o czymś poinformowany i się zdenerwował. Pomiędzy zaklęciami każącymi, kazał sobie kogoś przyprowadzić.
Rzucił zaklęcie każące sobie kogoś przyprowadzić, w sumie logiczne. A w międzyczasie rzucał jeszcze zaklęcia każące robić różne inne rzeczy.
Zmywać naczynia, na przykład.
Albo dolać wina.

Żywego, zaznaczył. Odczuwam te zaklęcia i tyle.
Snape potarł skronie. Zaklął. Później jeszcze raz, wstając i zaczynając krążyć po sali. Pomfrey patrzyła to na jednego, to na drugiego.
— Severusie?
— Cicho! Myślę! — uciszył ją ostro i znów zaklął.
Raz przerwanego myślenia nie mógł ponownie uruchomić tak łatwo.

— To był Voldemort, prawda? — odezwał się Harry, powoli zaczynając rozumieć. — I on chce mnie. Jestem jakoś z nim połączony i dlatego widzę czasami to co on.
A odczuwasz efekty pocruciatusowe, bo...? Voldek torturował też siebie?
Może Voldi biczuje się wieczorami i nosi włosiennicę pod szatą?

— Miałeś to już wcześniej? — Mężczyzna zatrzymał się w miejscu.
— Tak, dosyć często. O tym ataku też śniłem.
Kolejne przekleństwo.
Czy ja sobie dobrze to wyobrażam: Snape krążący po sali i co chwila wykrzykujący: “Fuck! Fuck! Fuck!”?
Tak. Łopoczący do taktu peleryną.

— Severusie, mógłbyś się powstrzymywać?
— Pan też był w moim śnie — rzekł nagle Harry, rozpoznając znajomy ruch.
Snape przeczesał właśnie włosy w dosyć specyficzny sposób. Widział go [kogo? tego sposoba?] bardzo często u jednego ze zwolenników syczącego.
Kto, Snape? A nie, pewnie Harry.
Znaczy... Ci źli przeczesują sobie włosy w jakiś charakterystyczny sposób? Hmm... tak?


Dwoma palcami trzymał różdżkę, a pozostałymi przegarniał włosy za maskę, zahaczając je o ucho.
— Robi pan tak, gdy się denerwuje. Jak przy śmierci tej dziewczyny trzy miesiące temu.
Aż zamykam oczy z przerażenia: czarodziej tak denerwuje się przy zabijaniu, że różdżką odgarnia sobie włosy za ucho. Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby w takiej chwili wystrzeliło?

— Wyjdź — rozkazał mężczyzna cicho pielęgniarce.
Kobieta posłusznie wyszła, zostawiając ich samych.
— Ty naprawdę to widzisz. — Bardziej stwierdził niż zapytał.
W tej chwili Harry nie wiedział, co powiedzieć.
Kim był ten człowiek?
— Pan ją zabił! Na jego polecenie.
— Tak.
— Kim pan jest?
— Śmierciożercą, panie Potter. Śmierciożercą — powiedział cicho Snape.
I przyznaję się do tego każdemu, kto zapyta, a co!
Nawet komuś, kogo prawie nie znam, a co!
To nie jest tak, że on się teraz przyznaje. On po prostu wcześniej nikomu nie powiedział, bo go nie pytali.
Zważywszy intelekt pozostałej kadry czarodziejskiej w tym opku, właściwie nie jestem tym zaskoczona.

Rozdział 2.1
Harry nie wiedział, co robić. Nie rozpoznawał słowa użytego przez mężczyznę, ale bał się. Był przerażony, chociaż zaczął się już czegoś domyślać.
Wolał się domyślać niż spytać wprost. Prawda mogła być zbyt straszna.

— Zabierze mnie pan? — Wolał wiedzieć, na czym stoi.
Harry’ego straszono w dzieciństwie, że jak będzie niegrzeczny, to przyjdzie wielki, czarny pan i go zabierze.
Aż w końcu faktycznie przyszedł. Tylko z zabraniem trochę mu nie wyszło.

— Severus nigdzie panicza nie zabierze. Prawda?
A co to się nagle odezwało?

Snape kiwnął głową, nie podnosząc jej, gdy dyrektor podszedł nagle do nich, opuszczając pokój pielęgniarki.
— Nadal jednak chciałbym wiedzieć, dokąd miałbyś go zabrać, a co tak przestraszyło panicza Evansa.
- No wie pan - chrząknął Snape. - Młody, niedoświadczony z czarodziejkami, chciałem, by nabrał trochę obycia.

Zanim Mistrz Eliksirów zdołał odpowiedzieć, odezwał się Harry:
— Kim dokładnie jest śmierciożerca?
- No, taki freeganin, tylko wybiera rzeczy na literę “R”.
Raczej wielbiciel McDonalda :) Gdzie jada tylko ryboburgery, rfytki i raknuggets.

Dumbledore spojrzał na obu lekko spłoszony.
Czemu? Bo sam też był śmierciożercą?
— Tak nazywani są poplecznicy Toma.
Chłopak zamyślił się, patrząc na milczącą, wręcz zamarłą, twarz Snape'a.
Uświadomił sobie wreszcie, że nie należy chlapać jęzorem na lewo i prawo?

— To tajemnica, prawda, proszę pana? Nikt o tym nie wie. Może mi pan nie wierzy, ale dochowam jej.
Dlatego paplę dość jednoznaczne rzeczy przy dyrektorze.
Ale Potter ma jakiś konkretny powód, by kryć obcego faceta, który dopiero co przyznał mu się do wspierania szaleńca, zbrodniarza i rasisty? Prawda?
Tak, jego smukłe dłonie poprawiające poduszeczkę.
I te piękne czarne oczy, czarne oczy...
… gdybym ja je miał, za te czaarne cudne oczęta, serce, du... szę bym daaał.

W oczach mężczyzny coś mignęło, ale szybko odeszło gdzieś głębiej w mroki czerni źrenic.
Jednakże od czasu do czasu wyglądało nieco zza kadru.

— Dyrektor wie.
Harry przeczesał nerwowo włosy. Myśli pętliły się skomplikowanie. Nagle jedna wybiła się ponad inne na powierzchnię.
BLOP!

— Pan jest agentem. Szpiegiem! Dlatego on pana podejrzewa. A ja jestem jasnowidzem. Dlatego tak doskonale orientuję się w układach w świecie, do którego trafiłem raptem kilka tygodni temu. I ufam panu, bo panu tak dobrze z oczu patrzy.
Tym huskym.

— Kto? — zainteresował się Dumbledore.
— Teraz rozumiem. Ci dwaj chłopcy rok i ten ze szczeniakiem [husky’ego] trzy miesiące temu, to nie było naprawdę. To była podpucha! - powiedział Harry? Dżizas, dość mam tego międlenia osobami w dialogu!
— Jacy chłopcy, Severusie?
Właśnie. Jacy chłopcy, ałtorko? Jeśli nawiązujesz do jakichś wydarzeń z przeszłości, wypadałoby napomknąć o nich wcześniej, choćby w postaci wzmianki w opisie snu Harry’ego.
A o zabitej dziewczynce to ani słowa!

— Teraz to już nieważne. — Mężczyzna machnął lekceważąco ręką i podszedł jeszcze bliżej.
- Etam, trzy trupy i od razu tyle rabanu.
Dla trzech trupów nie warto robić retrosów.
Ale dla szczeniaka warto!
A dla dziewczynki - nie.

— Co podejrzewa?
Dumbledore obserwował w ciszy dwójkę dziwnie, według niego, zachowujących się osób. Za dobrze znał życie, żeby nie przeczuwać, że za chwilę wszystko się wyjaśni.
Standardowy Opkowy Dumbledore jak zwykle o wszystkim dowiaduje się ostatni.
I cierpliwie czeka, aż rzeczywistość nabierze sensu.
Albo minie.

— On wie, że uratował pan tych chłopców. Widział, jak dwóch pierwszych gdzieś pan odsyła. Nie wiem jak, ale zniknęli w błysku światła. A ten z psiakiem, co niby zginął w pożarze? On przeczuwa, że jest inaczej, [kto, na liściość borską, piesek?! Pożar?!]
bo za szybko pan odszedł po ataku. Co się z nimi stało?
— Wszyscy znaleźli się w Świętym Mungu. To szpital czarodziei — dodał szybko, widząc nic nierozumiejącą minę. — Po skasowaniu im pamięci wrócili do świata mugoli.
Piesek też?
Tak. Nowi państwo nadali mu imię Bakalia.

— Jako sieroty — zauważył smutno Harry.
Biedny piesek.

— Ale żywe sieroty. W przeciwieństwie do ich rodziców, którzy stanęli na drodze zaklęcia zabijającego, chcąc ich chronić.
Zaczynam sądzić, że to w tym świecie powszechna praktyka.
Aha, znaczy przed zabiciem rodziców Sevcio już nie miał oporów?
I dzięki temu wiemy, że Harry nie był jedynym Chłopcem, Który Ocalał. No i pieskowi też się upiekło.
Byłabym ostrożna z użyciem słowa “upiekło” w kontekście pożaru.

— Co nie zmienia faktu, że jest pan dla niego podejrzany.
Bo personel w Szpitalu Munga też rżnie idiotów.
Albo przynajmniej przywiązują ich pasami do łóżka.
Zróbcie mu lustrację!

— Poradzę sobie — warknął mężczyzna zły, choć sam nie wiedział na kogo.
Chłopak zmarszczył brwi. Coś mu mówiło, że to tylko wymówka. Nie powinno go to interesować. To nie jego sprawa. Ale czy na pewno? W końcu to on jest obserwatorem. Przymusowym, ale obserwatorem.
— Proszę spróbować zainsynuować mu, że lubi pan dzieci i pieski. Może go to trochę uspokoi i przyćmi podejrzenia.
Głoś Miłość i Pokój! Pokazuj się zawsze z psiakiem-słodziakiem!
I nie zakładaj gogli.
Snape jak nic jest typem człowieka, który lubi dzieci. Voldemort łyknie to bez popity.

— Nie lubię dzieci! — prawie krzyknął Snape, ściskając dłonie w pięści.
Harry zarumienił się, gdy mówił dalej:
— Chodzi mi o TAKIE lubienie [tu zrobił dziwny gest dłońmi]. On pomyśli, że zabrał je pan dla własnego, bardzo prywatnego użytku.
Mujborze, Harry, skąd ci takie pomysły do głowy przychodzą, naczytałeś się yaoiców, czy jak?
Raczej wiadomości o pedofilach.
Boru! “Chłopcy do własnego, bardzo prywatnego użytku” jako pomysł na ratowanie honoru Snejpa.
Nie czas żałować honoru, gdy idzie o życie.
Mam rozumieć, że Voldemort darzy zaufaniem pedofilów?

Lekki rumieniec wystąpił na blade policzki mężczyzny.
— Panicz ma rację, Severusie. Jeśli to uchroni cię przed rozpoznaniem, a co za tym idzie, uratuje ci życie, powinieneś spróbować.
Tak, chyba mam rację z tym traktowaniem nauczycieli jak służących, skoro Draco Harry’emu paniczuje, a ze Snape’em jest na ty.
Natomiast informacja, że profesor Hogwartu morduje rodziców, aby stworzyć sobie harem, będzie tylko ciekawostką towarzyską.
Och, skoro nie stać go na służbę... każdy orze, jak może.

— Myślę, że teraz wszyscy powinni odpocząć — wtrąciła się pani Pomfrey, dołączając do nich. — Wrażeń jak na jeden dzień wystarczy każdemu. Prześpijcie się.
Chyba każdy był zadowolony tą opcją. [z TEJ opcji!] Snape wrócił do swojego łóżka, a Harry przykrył się po same uszy.
Tylko Dumbledore jakoś dziwnie na nich patrzył.
Na obydwu naraz? Nielichy ma wzrok, nielichy...

Jednak zostawił ich w ambulatorium samych.
Becikowe samo się nie...
Poszedł poszukać małych chłopców na alibi.
Skoro Snape sam potrzebuje hospitalizacji, to czemu gania po całym ambulatorium, urządza dyskusje i poprawia poduszki Harry’emu? Dlaczego aŁtorka nie raczy nam wyjaśnić dlaczego w ogóle Snape leży w ambulatorium? Jego stan jest na tyle dobry, że sam mógł sobie przyrządzić jakiś eliksir na poprawę kondycji.

Gdy Harry znów się obudził, czuł się jak nowonarodzony. Nic go nie bolało, ale wspomnienia szybko dały o sobie znać. Odegnał je, widząc Draco u swego łóżka.
Oburzone wspomnienia uleciały z furkotem w kąty pokoju.

— Dzień dobry, paniczu. — Chłopak ukłonił się i zbliżył. — Za godzinę rozpocznie się śniadanie. Czy chcesz w nim uczestniczyć, czy zjeść tutaj?
— A mam jakiś wybór? — Harry usiadł, zanim kamerdyner sam zdecydował się mu pomóc. — Co planujesz?
— Dlaczego myślisz, że coś planuję, paniczu? — spytał zdziwiony Draco.
— Bo ci tak spodnie dziwnie odstają na wysokości rozporka...

— Gdyby było inaczej, nie przynosiłbyś akurat tej szaty. Sam mówiłeś przy jej zakupie, że będzie na specjalne okazje. Śniadanie nie wydaje mi się niczym niezwykłym, aby ją ubierać.
Uwaga! Kryć się! Harry włączył obwody logiczne! Jak się przegrzeją - biada nam wszystkim!

— Wskazał na odzież przewieszoną przez ramię lokaja.
- Poza tym nie mamy w co jej ubrać.
Draco uśmiechnął się.
— Masz dobrą pamięć, paniczu.
— Do rzeczy, Draco. — W jego tonie słychać było wyraźne zniecierpliwienie.
O, jak to zhardziało.

— Pański dziadek zakończył wszystkie formalne sprawy związane z przyjęciem panicza do rodziny. Notariusz już czeka w Wielkiej Sali wraz z dziennikarzami.
O ja pier... Potterowie to jakaś gałąź rodziny królewskiej?
Pff! W blogaskowie wystarczy mieć dużo kasy.

— Na co czeka? — Harry odwrócił głowę w stronę okna, obserwując las w zamyśleniu.
— Na Benedicta Cumberbatcha. Miał dziś odwiedzić zamek. ciebie, paniczu. A dokładniej na twój podpis.
— A jeśli tego nie chcę? — zapytał cicho.
— Wybór należy do ciebie, paniczu. Cokolwiek zdecydujesz, ja ciągle będę u twego boku.
— Czy dziadek też będzie? Tak, u drugiego boku. Takie obramowanie. Zobaczę się z nim?

— Jeszcze nie dziś, paniczu. Pański dziadek ma sporo spraw na swoich barkach. Gdy tylko znajdzie czas, jestem pewien, że odwiedzi panicza.
Mam w tej chwili wizję tajemniczego Don Potterone, ukrytego gdzieś w cieniu i pociągającego za sznurki...
Podobny motyw był z ojcem Colina w Tajemniczym Ogrodzie. Archibald Craven też nie wychodził do ludzi, tylko się mrocznił nie wiadomo gdzie.
A potem się okaże, że nie było żadnego Harolda Pottera, a Dumbledore/Snape/Voldemort wyskoczy z tekstem "Nie, ja jestem twoim ojcem".
Co się będziemy rozdrabniać, Vader!

Harry siedział na brzegu łóżka, nerwowo szarpiąc brzeg pidżamy. Potem skrył się na dłuższą chwilę w łazience, ale temat nie minął.
To brzmi, jakby “temat” był innym określeniem rozwolnienia.
To by wyjaśniało przymus szarpania na sobie piżamy.
Albo też określeniem innej męskiej porannej przypadłości...

— Muszę podpisać te dokumenty, prawda? Inaczej nie dacie mi spokoju.
— O kim mówisz?
— O was. O całym magicznym świecie. Czegoś ode mnie chcecie i w pewnym sensie to jeden ze sposobów, żeby mnie ze sobą związać lub zachęcić. Zaznacz sobie odpowiednie. Chciałbym tylko wiedzieć, czego ode mnie wymagacie i czy nie okaże się, że chcecie za dużo.
— Skąd paniczowi biorą się takie pomysły? Nikt nie chce niczego od panicza. To tylko podpis, by prawdziwe nazwisko pańskiego ojca nie zginęło.
To tylko jeden mały podpis, paniczu! I nie, proszę nie patrzeć na ten drobny druczek na dole strony, tam nie ma nic ważnego!


Oprócz twojego dziadka jesteś ostatnim Potterem. To zbyt potężny ród, by ot tak znikł.
Przecież Harry dalej będzie wnukiem Harolda, nawet pod innym nazwiskiem. Na ich miejscu bałabym się raczej o życie i płodność chłopca, jeśli chcą, by ród przetrwał, ale co ja tam wiem.(Harry, czemu ty jesteś Harry! Wyrzec się matki i porzuć nazwisko! Czemże jest nazwa? To, co zowiem różą, Pod inną nazwą równieby pachniało!)

Harry zaczął się ubierać. Na początku walczył z kamerdynerem, gdy ten zaczął mu pomagać, ale w końcu dał za wygraną.
Już to widzę: Draco klęczy u stóp Harry’ego, próbując nałożyć mu skarpetki, a ten wierzga z całych sił ;)
Coś jak zakładanie rajstopek histeryzującemu pięciolatkowi.

Harry spojrzał na siebie krytycznie. Zawsze był szczupły, cóż, taką miał budowę ciała, ale teraz wydawał się przeraźliwie chudy.
W porównaniu z umięśnionym Draco? Hje hje. Niemniej, zapamiętajmy chudość Harry’ego.

Idąc korytarzem, zastanawiał się, co spowoduje ta zmiana. Niby to tylko nazwisko, ale za to jakie.
Niby to tylko bogactwo, ale za to jakie.

Albo lepiej powiedzieć – czyje. Nie miał jeszcze okazji poznać swojego dziadka. W albumie cioci też nie było jakiegokolwiek jego zdjęcia.
— Dlaczego moi rodzice nie chcieli nosić nazwiska taty?
Noweś, nazywać się “Garncarz”?
No i nie chcieli, żeby biegał za nimi tłum dziennikarzy, spragnionych wiedzy, jakie ziemniaki kupują w warzywniaku.

— Nie znam szczegółów, ale chodziło chyba o jakąś kłótnię. Głównym tematem była twoja matka. Zaraz po tym sporze twój ojciec wyrzekł się rodziny Potterów, a co za tym idzie całego majątku.
Znaczy, związki ze służbą nie były w czarodziejskim świecie przyjmowane z entuzjazmem. Zapamiętajmy.
Dziadek w końcu dopiął swego! Jego syn nie chciał przekazywać tego nazwiska, ale teraz ma już guzik do gadania.

— Ciocia zawsze twierdziła, że nie należeliśmy do normalnych ludzi, nawet pod względem majątku.
Harry ujął to bardzo dyplomatycznie... podejrzewam, że brzmiało to raczej “Twoi rodzice byli nienormalni, żeby się wyrzec takiego bogactwa!”

— Twój ojciec był aurorem. Nie znam zawodu twej matki, paniczu.
Znasz. Była pokojówką.
Może miała jakiś dodatkowy (szwaczka? przemytniczka?), a ta pokojówka to tylko przykrywka?
Była sowieckim szpiegiem.

— Była artystką. Tworzyła najpiękniejsze obrazy. Nie pamiętam tego, ale ciocia twierdziła, że jej obrazy wręcz żyły.
Jak raz powiesiła na ścianie swoją bitwę nad Little Big Horn, to wszyscy z krzykiem uciekli.

O, to pokojówkom pozwalano się dodatkowo kształcić?
Pokojówka i artystka w jednej osobie... Szanowni Państwo -  Lily Evans!


Wieczorami pewnie dodatkowo pisywała haiku.
A na trzeciej zmianie walczyła z wampirami.

Stanęli przed drzwiami do Wielkiej Sali.
Nawet gdyby chcieli wejść, byłoby to niemożliwe. Sala była przepełniona do granic możliwości. Uczniowie tłoczyli się w Wielkim Holu, grymasząc na tę niedogodność.
Niektórzy musieli nawet stać na Wielkim Ganku. A Benedict i tak chytrze wśliznął się Małym Wejściem Dla Dostawców:




— To chyba był błąd, zgadzać się na przybycie prasy do szkoły. — Za ich plecami stanął Dumbledore.
Więc tak: w tej wieeelkiej, wieeeelkiej Wielkiej Sali jest prasa, dla uczniów nie starczyło miejsca i tłoczą się w Wielkim Holu. Chyba pozapraszali dziennikarzy z całego świata!

— Minerwa zaraz się nimi zajmie, a ja zapraszam gdzieś, gdzie będziemy mieć trochę więcej spokoju.
A teraz wyobraźcie sobie miny i reakcję wszystkich tych, którzy tam przybyli, żeby obejrzeć to wielkie widowisko :D Nie będzie przedstawienia.

Proszę za mną, paniczu Evans. Notariusz już czeka.
- Bardzo panicza przepraszam za tę niedogodność - mruczał po drodze, gnąc się w ukłonach.
Dziennikarze w Wielkiej Sali niech robią zdjęcia sobie samym.

Harry ruszył za starszym czarodziejem z wyraźną ulgą. Jakoś nie wyobrażał sobie spotkania z taką ilością dziennikarzy.
Z liczbą, a nie ilością, jak już, pani aŁtorko. A najlepiej: z tyloma dziennikarzami.
Znaczy: zleciała się cała redakcja “Proroka”, włącznie z działem sportowym, a także cała redakcja “Żonglera” w osobie pana Lovegooda?
A także redakcja gazety o zwierzakach “Sowa i kot czarownicy” oraz William de Worde z Azety Ankh Morpork (z sąsiedniego fandomu).
Oraz kilku ponurych facetów z Trybuny Ludu.
I zostali wystrychnięci na dudka.


— Nie unikniesz tego, paniczu. To tylko krótkie opóźnienie. — Lokaj uśmiechnął się drwiąco, widząc ulgę na twarzy swego pana. — Dopadną cię wcześniej czy później.
Harry przewrócił oczami. Sam się tego domyślił. Czarodziejski świat niewiele pod tym względem różnił się od mugolskiego. Jeśli ktoś staje się sławny, dziennikarze za żadną cenę mu nie popuszczą.
I wszystkim im umyka fakt, że sami go robią sławnym.
Paradoks medialny.

A tym bardziej, gdy jakiś nikomu nieznany chłopak robi się nagle nieziemsko bogaty, a co za tym idzie wpływowy. Draco już zdążył mu opisać stan majątku Potterów i ich władzę.
Sprawiając, że Harry nieco zmiękł w swym postanowieniu niepodpisywania żadnych dokumentów.

Otwarcie przed nim drzwi do sali wytrąciło go z rozmyślań. Wszedł za dyrektorem.
Starszy mężczyzna o nienagannym wyglądzie na jego widok wstał natychmiast oczywiście!!! i podszedł się przywitać.
— Witam, panie Evans. Jestem Anthony Neth, notariusz pana Harolda Pottera oraz jego pełnomocnik w tej konkretnie sprawie. Odpowiem na wszelkie pana wątpliwości i pytania.
Trochę zazdroszczę Harry’emu, że gdzie się nie zjawi, tam chcą mu usługiwać i rozwiewać wątpliwości. Miałabym tyle pytań do zadania!

— Dyrektorze, Draco. Chciałbym zostać z panem Nethem sam — poprosił zdecydowanie Harry.
— Ależ oczywiście — zgodził się z nim Dumbledore z wesołym błyskiem w oczach. — Pójdę sprawdzić, czy rowery stoją jak radzi sobie Minerwa. Może będzie potrzebować jakiego żartu, by opanować taką liczbę ludzi.
Pójdę, podrzucę jej kilka fajnych, które usłyszałem niedawno w Familiadzie.
Minerva żartująca z dziennikarzami. Może jeszcze z Ritą Skeeter?
Zawsze możemy mieć nadzieję, że chodzi o takie żarty jak ten ze skeczu Monty Pythona o najśmieszniejszym żarcie świata.

Blondyn ukłonił się tylko w odpowiedzi i zamknął drzwi, wychodząc zaraz za dyrektorem.
— Chciałbym najpierw przeczytać dokumenty. — Harry usiadł w jednej z ławek. — Może nic nie wiem o tym świecie, ale pewne zasady chyba obowiązują w obu. Między innymi umowy. Mam rację?
Hoho, nasz panicz Evans zachowuje się jak książątko krwi.

— Tak, panie Evans. Proszę, oto pełny akt adopcyjny.
— Chwilę! Jak to adopcyjny? Przecież nie mam zamiaru stać się synem dziadka!
Nie synem, a podopiecznym. Chyba że jest tam jakaś klauzula o użyciu magii genetycznej.

— W pewnym sensie tak. Pan Harold Potter chce cię adoptować. Nie uwzględnia praw twego ojca. Od chwili, w której ten sam się wyrzekł rodziny, przestał istnieć w naszych dokumentach. James Potter po prostu nigdy się nie narodził.
Harold Potter chce więc adoptować kogoś, kto został spłodzony przez nieistniejący byt?
No, z punktu widzenia ateisty, dokładnie to samo zrobił święty Józef.

— Proszę mówić dalej. Chcę poznać wszystkie szczegóły.
Dobrze. Ale to za tydzień! :D

Z Wielkiej Sali przy szampanie, herbacie i coli pozdrawiają połączone ekipy analizatorskie, czyli: Kura, Pigmejka, Dzidka i Mikan czekające przy Małym Wejściu Dla Dostawców, Jasza z zabitym żółwiem, Kalevatar prasująca stukilowym żelazkiem, Szprota w czterdziestu ośmiu klatkach na sekundę i Gabrielle podlewająca Petunię,

a Maskotek (we fraku, ale bez spodni) odpala fajerwerki i śpiewa “Happy New Year”

11 komentarzy:

Piafka pisze...

"Więc tak: w tej wieeelkiej, wieeeelkiej Wielkiej Sali jest prasa, dla uczniów nie starczyło miejsca i tłoczą się w Wielkim Holu. Chyba pozapraszali dziennikarzy z całego świata!"

Bo każdy dziennikarz przywiózł ze sobą prasę... drukarską.

Analiza przecudna. Gif ze Skazą mnie ómarł. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku dla obu ekip :).

Babatunde Wolaka pisze...

Co prawda nienawidzę słowa "tacierzyński", ale do chaosu fabularnego, który panuje w tym opku, pasuje ono wyjątkowo.

Po zachowaniu Malfoya rzeczywiście widać, że jest on kamerdynerem klasy Z.

"Ciekawe, co było sposobem na odsiew nienadających się uczniów."
Szkolenie kamerdynerów na wzór jednostek specjalnych: BITCH (Butler Indoctrination Training Course, Heavy) - dziesięć dni nieprzerwanego usługiwania bez snu i jedzenia oraz przy nieustannych bluzgach ze strony państwa.

"Ciekawe, czy im też przyczepiają wiadomości do nóżek i karmią myszami."
Motyw Malfoya pożerającego myszy ma długą tradycję.

"Dodatkowo jego nowy strój wydobył z niego „to coś" i uwydatnił jego męskie jaja."
Zła Dzidu!

"Ćśśś, może go będzie karmić?"
Pigmej też zły - zwizualizowałem sobie, jak Draco karmi Pottera łyżką.

"Mały karzełek to Flitwick, uczy Zaklęć. Podejrzewam, że ma coś z karła."
Kim był duży karzełek, nie wyjaśniono.

A więc śmierciożercy w charakterystyczny sposób przeczesują włosy. Voldemort też?

Najbardziej, z jakiegoś powodu, ómarł mnie husky.

Hasło: ortoble. No, przynajmniej ortografia w tym opku nie jest taka znowu ble...

Ale rok w analizatorni zaczął się świetnie.

Anonimowy pisze...

Nawet komuś, kogo prawie nie znam, a co!
To nie jest tak, że on się teraz przyznaje. On po prostu wcześniej nikomu nie powiedział, bo go nie pytali.

To było najlepsze.I brzoza z trotylem.
Wszystkiego naj w Nowym Roku!

Chomik

CheshireCatto pisze...

Analiza genialna jak zwykle :D A fragment:
— Dobrze spałeś, paniczu? Jesteś trochę blady. — Podszedł do Harry'ego, kładąc mu dłoń na czole. — A także lekko rozpalony. I odrobinę napalony - powiedział, kładąc mu dłoń... NIE na czole. — Nic mi nie jest! — Harry odtrącił rękę, czując dziwne mrowienie przebiegające po ciele.
przypomniał mi to :D

Wąpierzowaty (wszak tłuste włosy do czegoś zobowiązują!) Snape z tym swoim "Cicho! Myślę!" przypomniał mi Sherlocka BBC.

Anonimowy pisze...

Naprodukowałam się na PLUSie, więc tutaj streszczę: przegenialne, prześmieszne, boski materiał, łączcie siły częściej, brawo, gratulację, ave analizatorzy!

Abbey

Ręka Umarlaka pisze...

Służba z tego opka przypomina mi tę z "Księcia w Nowym Jorku"
*wyobraża sobie Malfoya wynurzającego się z wanny i mówiącego -Penis panicza jest już czysty*

Anonimowy pisze...

Lord Puszek Voldemort... Zabiło mnie to xD

Anonimowy pisze...

Ale głupoty! Ja nie wiem co ta autorka bierze.

Anonimowy pisze...

Opko samo w sobie jest tak głupie, że chyba nawet bym się nie zaśmiała, czytając je. Ale na szczęście Wasze komentarze ratują sytuację.
Wszystkiego najlepszego w nowym roku ;)

Psinka pisze...

hwoarang-tekken.bloog.pl/id,2160188,mkomentarze.html

Chodzi mi o komentarze, jakby nie patrzeć to też są opowiadania.

Nie odpowiadam za urazy xd

Korodzik pisze...

A ja przyznaję, że nie bardzo jarzę, o co chodzi z tym huskym... jakieś wyjaśnienie?