czwartek, 18 kwietnia 2013

219. Powrót ojca marnotrawnego, czyli Jak skutecznie pomóc fatum (McDusia, cz. 3)


Silentium, kochani!

Wracamy dzisiaj do miłe, ciepłe, do mieszkania na ulicy Roosevelta 5 w Poznaniu, pełni obaw, czym tym razem uczęstują nas domownicy. Przed nami więc dziwna Wigilia logistycznie z rzyci wzięta, nastolatki o mentalności swoich dziadków, kolejne popisy Bernarda Żeromskiego, obiecujący początek linczu nad Pyziakiem oraz naciągany jak stalowa lina w konstrukcji Golden Gate - wątek uprowadzonej sukni ślubnej. Indżoj (oj, nie tak wulgarnie!)  Gaudete!

Analizują: Melomanka, Dzidka i Kura.

24 GRUDNIA
CZWARTEK

Wieczerzę przy Roosevelta wyznaczono na godzinę czwartą ze względu na późniejsze plany rodzinne. Laura mianowicie została zaproszona na szóstą do rodziców Adama (który zresztą obchodził dziś imieniny), a pozostali – Borejkowie, Strybowie oraz Pałysowie – mieli się po wieczerzy udać na wieś, do posiadłości rolnej Patrycji i Floriana...
Łociekręce, te półtora hektara zyskało miano posiadłości... W następnym odcinku telenoweli zapewne przeczytamy o dworze jaśniepaństwa Górskich. Z drewna, lecz podmurowanym.

...i spotkać się tam z nimi oraz z rodziną Natalii i Róży. U Florków bowiem zawsze było pod dostatkiem miejsca dla wszystkich.
To nie prościej by było zrobić wspólną wieczerzę od razu u Florków?
Spodziewasz się logicznego myślenia po ludziach, którzy kupują po dwa identyczne egzemplarze książek?
Rozumiem, że Róża z rodziną zatrzymała się u Górskich, skoro tam było  więcej miejsca. Ale że i Wigilię spędziła u Górskich (skoro już robiono osobne wieczerze, co w opisanej sytuacji jest bez sensu), a nie ze swoimi stęsknionymi dziadkami, matką, siostrą, bratem i ojczymem - to mi się w głowie nie mieści. Totalna bzdura - naprawdę.
Może ciotka Pulpecja i wujek Florek byli naj-naj-naj-najbardziej stęsknieni i nie mogli, no po prostu nie mogli się z nią rozstać.
- Florku, jak podlejesz katalpę, to sprawdź, czy łańcuch przy kaloryferze nie przerdzewiał.

Łusia przygotowała bilety wizytowe na świąteczny stół (ten pierwszy), a Ignaś dwoi się i troi, aby przenieść swój bilet na miejsce obok Magdy. Dzięki temu odsunięto od biedaczki Idę.
Pytanie, dlaczego Magda spędza święta z obcymi ludźmi, a nie z rodziną (brat ojca w Poznaniu, babcia w Pobiedziskach) pozostaje bez odpowiedzi.
Znaczy ok, o tej rodzinie to pamiętamy my, Źli i Upierdliwi Czytelnicy, pani MM radośnie o nich zapomniała i dlatego Magda nie ma żadnej alternatywy.

Niniejszym odnotować chcę jedyne zdanie w McDusi, przy którym wybuchnęłam śmiechem, niestety bynajmniej nie z powodu jego wartości humorystycznej, a ze względu na skojarzenie z fanfikiem Caitlin:
"Kiedy rudy sprawnie i energicznie ciosał dolną część pnia tak, by zmieściła się w otworze stojaka, Ignacy Grzegorz z trudem powstrzymywał jęki bólu."
A fe, Dzidu Miazmatem przesiąknięta, a fe! :D

Ignaś wślizgnął się nieznacznie na krzesło obok Magdaleny i z triumfem uśmiechnął się do niej – od ucha do ucha. Wyglądał jak rozradowany psiak.
Poczuła, że bardzo go lubi, i odpowiedziała uśmiechem.
(...)
[Mila:] – Wszystkiego najlepszego, Grzesiu. Przypomniałam sobie właśnie, jak po raz pierwszy byłeś u nas na Wigilii. Pamiętasz?
– Osiemnaście lat temu! – uśmiechnął się Grzegorz. – Pamiętam.
Grzegorz jest z Gabrysią od osiemnastu lat. A raczej dłużej, bo przecież na Wigilię nie zaprasza się świeżo poznanego partnera. Zaręczyli się trzy miesiące po Wigilii. Pobrali się więc jakieś siedemnaście lat temu. Na początku książki Gaba nie myśli: „duchem czuję się wciąż jak siedemnastolatka, choć tyle lat już trwa moje szczęśliwe małżeństwo”. Myśli, że czuje się tak młodo, mimo że doświadczyła wielkiej tragedii, jaką było porzucenie przez pierwszego męża. Które to porzucenie miało miejsce ćwierć wieku temu. Grzegorz nie powinien wspominać tej Wigilii z uśmiechem. Powinien się przerazić, że od tak dawna trwa w związku, w którym jest traktowany jak stale lekceważone zastępstwo za tego jedynego. Inaczej jest po prostu frajerem.

Mamy kolejny fragmencik przypominający nam o megazajebistości cholernej Łusi: otóż już w Noelce powiedziane jest, że przy czytaniu “prastarego świadectwa” z Biblii, każde, ale to absolutnie każde dziecko ma moment zawiechy:
“cienki, przejęty głosik, jak co roku, od tylu już lat - niezależnie od tego, które z dzieci właśnie wybrano do czytania - ciągnął odpowiedzialnie, zacinając się - jak zwykle - zawsze w tym samym miejscu: - Udał się także Józef z Gali - galili - galali - galilei, z miasta Nazaret...”
Moim zdaniem szalenie sympatyczne i takie normalne. Cóż mamy natomiast w Wigilię 2009?
[Łusia] na znak dany przez dziadka odczytała płynnie, a nadto – z przepiękną dykcją i właściwym akcentem...
Oczywiście *wymiotuje*
Oraz:
– Udał się także...
Babcia Borejko poruszyła się lekko i uniosła brwi, jakby w oczekiwaniu.
– ... Józef z Galilei, z miasta Nazaret...
Nienawidzę Łusi.

[Józef] właśnie nałożył sobie szczodrą ręką dokładkę.
Co wolno wojewodzie...

Ida zmusza Józka do odgrywania roli Gwiazdora (mimo że jest on temu bardzo niechętny, zapowiada się więc Gwiazdor bardzo sympatyczny) i wydaje rozporządzenia:
Pamiętaj, masz Ziutkowi wstawić gadkę dydaktyczną na temat szpinaczku. I jarzyn w ogóle. Ten ignorant jadłby tylko wieprzowinę z frytkami.
To już się robi po prostu nudne...
Ciekawe, w jaki sposób dwulatek miałby sobie wyrobić upodobanie do tłustych i niezdrowych potraw. Pewnie wymyka się cichaczem do McDonalda.
Taaa. Dietoterrorystka chce przemawiać do rozsądku dwulatkowi, zamiast dziadkom, którzy są najbardziej prawdopodobnymi winowajcami tych karygodnych upodobań Ziutka.

To rzekłszy, wręczyła mu srebrny dzwonek z rączką i wdzięcznie umknęła, a on został, wlepiając ostatnie ponure spojrzenie w lustro.
Obwieszone było wszelakimi fatałaszkami babskimi, a z boku wisiał na haczyku welon...
Laura chyba podświadomie chce dostarczyć rodzinie tematu przyszłej anegdotki o kolejnej ślubnej katastrofie. Trzeba mieć naprawdę gdzieś swój strój na ślub, żeby w Wigilię – kiedy w domu kręcą się dzieci, jest dużo zamieszania, wszyscy się przebierają, przenoszą prezenty – trzymać welon na wierzchu, na haczyku przy lustrze, koło którego powinno się przewinąć sporo osób. A niechby chociaż Józek zapaskudził go klejem do sztucznych wąsów.
A potem będą zwalać wszystko na niewinne fatum.

...wraz z plastikowymi konwaliami, pełen sztucznych perełek i czegoś błyszczącego, co samo się trzęsło. Czego też te baby sobie nie włożą na głowę!
Gdyby to on się żenił (do czego oczywiście nigdy już nie dojdzie)...
Oczywiście. Do końca życia pozostanie wierny Staszce ten poznański Petrarca.
I tak będzie usprawiedliwiał swój strach przed kobietami.

...wolałby pannę młodą nie ufryzowaną jak Barbie i nie wystrojoną jak choinka, tylko skromnie ubraną...
No bo jeszcze by ktoś w tłumie weselników umiał wypatrzyć bohaterkę tego dnia, pannę młodą.

...z warkoczem...
Czyli krótkowłose odpadają w przedbiegach.

...w wianku z żywych kwiatów. To byłoby ładnie i stylowo.
Józefie, mam pomysł. Znajdź sobie  jakąś miłą pogankę!

A nie tam jakieś woale, polichlorek winylu, perły, paciorki i kokardy, i co, może jeszcze sztuczny biust!
Że niby kobieta z silikonem w piersiach miałaby czelność do ołtarza podchodzić? Józef, daj spokój, o takich przyziemnych rzeczach jak atrakcyjny biust myślą wyłącznie kobiety bezwstydne i próżne, których twój dziadek na pewno by nie zaakceptował. Porządna kobieta po urodzeniu czwórki dzieci i karmieniu każdego do pierwszego roku życia powinna z dumą prezentować zwisy.
Mnie te marzenia Józefa o “skromnej” pannie młodej kojarzą się z kazaniami wygłaszanymi przez moją mamę, kiedy byłam w jego mniej więcej wieku. W kółko słyszałam, że “dziewczynka powinna być skromna” i ubierana byłam też stosownie do tych poglądów. Niestety, choć obracałam się w środowisku harcersko-oazowym, nie trafiłam na żadnego Józka, któremu to by się podobało... Dziwne.
Bo żaden z twoich kolegów nie był sześcdziesięcioośmiolatką dla niepoznaki upchniętą w piętnastoletni kostium z rudych włosów i piegów.

No, ale ponieważ się nie żenił (i już nigdy nie ożeni)...
I będzie to powtarzać co drugie zdanie...

...jego zdanie się nie liczy. Zostanie już na zawsze kimś w rodzaju samotnego wujaszka, który do śmierci będzie się przebierał za Gwiazdora, żeby obdarowywać cudze dzieci. Tak jest, proszę państwa, to ten nieszczęsny Józef Pałys w stroju błazna. Złamano mu za młodu serce i ono już się nigdy nie zrosło.
Klaun, zakochany klaun, on ma takie czułe serce...
Już to sobie wyobrażam: „A, pamiętajcie, musimy jeszcze zaprosić na Wigilię tego zrzędę Józefa”.
I pomyśleć, że w “Noelce” pani MM potrafiła celnie spuentować podobne smęcenia Elki, a teraz zostawia je ot, tak bez komentarza...

Mamy już przedsmak tego, jak Józef-Gwiazdor będzie dzieci uszczęśliwiał:
Ruszył wprost na Ziutka i grzmiącym głosem zadał mu pytanie zasadnicze:
– A szpinak?!... A szpinak?!...!
Ziutek zrobił podkówkę i zalał się łzami trwogi.
– Nie beczeć mi tu! – huknął Józef. – Zachowuj się jak facet!
Nie ma to jak Święta w miłej, rodzinnej atmosferze, z emocjonalnie niezrównoważonym Gwiazdorem krzyczącym na dzieci i wpajającym w nie heteronormatywne poglądy.
Chłopaki nie płaczą, nananananana... nawet jak mają dwa latka.
Znów, prawem kontrastu, przypomina mi się, jak w “Kłamczusze” Mamert przegiął nieco z ąpluła Gwiazdora i jak go Tosia upominała z wkurzoną miną, zaczynając od “Kochany Gwiazdorku...”

Wręczył jej [Łusi] prezenty, poklepał ją po głowie tak solennie, że aż pisnęła, i zrobiło mu się żal, że to już koniec. Do licha, tak dobrze się czuł w tej roli!
Nie wątpię.

Ale na pociechę można się jeszcze powyżywać na kuzynie:
– A czy jest tu ten mały Ignaś? – zaryczał i podbiegł do kuzyna kołyszącym się krokiem goryla. – Jak tam, byłeś grzeczny? Nie biłeś kuzynka?
– Zwykle to kuzynek bija Ignasia! – zauważyła z boku ciocia Gabrysia. – A sam tylko raz jeden dostał garnuszkiem.
A ciocia Gabrysia w każdej sytuacyjce musi wtrącić swoje trzy grosiki.

– Aaa! Garnuszkiem! Biłeś! Dobrze, lelosiu! A już myślałem, żeś miągwa! – ulżył sobie Gwiazdor...
Treści wychowawcze przemycane przez tego Gwiazdora są poniekąd niestandardowe. Ale nikt nie reaguje. Towarzyszące im dzieci zapamiętają sobie, że za bicie się z kimś, najwyższy z możliwych przejaw męskości, dostaje się prezenty; za to wrażliwość i pozwolenie sobie na łzy są dla mężczyzny hańbiące.

...i przysunął największą z paczek opatrzonych imieniem Ignasia, po czym postawił mu ją na stopie (a on bardzo zabawnie kwiknął!).
Niedobrze mi się robi.

Dalej mamy opis, jak Miągwa dziękuje rodzicom po otrzymaniu owego prezentu – „wielkiego podwójnego zdjęcia satelitarnego półkul Ziemi”:
– Dziękuję wam! – Ignacy ściskał to mamę, to tatę (...)
– Wspaniały to widok! – zakrzyknął dziadek, nie wiadomo, co konkretnie mając na myśli.
– Ale i budzi trwogę – powiedziała babcia, i to już chyba dotyczyło zdjęć Ziemi, a nie wąsatego, dwumetrowego miągwy tonącego w macierzyńskich objęciach.
Cha, cha, cha...
Tak wyglądał po południu, a tak – rano. Od biedy można się tych wąsów dopatrzeć na drugiej ilustracji, ale im dłużej patrzę, tym mniejszą mam pewność, co tam jest nosem, ustami, wąsami, podbródkiem...
Odnotowana przez Józka dwumetrowość miągwy również wydaje się dosyć zaskakująca; na podstawie kompleksów Ignasia względem kuzyna i niezadowolenia ze swojego nie dosyć męskiego wyglądu można było wyobrażać go sobie raczej jako drobnego i niskiego.

Józek jest pod wrażeniem tego, jaki fajny prezent wymyśliła ciocia Gaba dla syna.

Lubił tę ciocię Gabrysię...
WIEMY!!! Litości, to się już nawet w obrębie jednego tomu powtarza!

Była dzielna. Bardzo dzielna.
To chyba jakaś złośliwość ze strony Małgorzaty Musierowicz. Czyta forum, na którym czytelnicy krytykują przedstawianie Gabrysi jako heroiny każdego dnia mężnie radzącej sobie z bólem po porzuceniu przez Pyziaka i po prostu na złość im to robi. Nawet zwykłe podarowanie synowi świątecznego prezentu jest pretekstem do zachwytu „Ach, jaka ona dzielna!” To nie mogło być pisane na poważnie.
A zakładając, że było, pomyślcie - jak silny musiał być na Roosevelta 5 kult męczeński Gaby, skoro syn jej siostry po prostu rzucając okiem na nią pierwsze co myśli, to o tym, jaka jest dzielna.
Zresztą, “dzielność” dorosłych osób to chyba nie jest to, co nastolatki stawiają na pierwszym miejscu?
Myślę, że Józek mógłby docenić dzielność w sytuacji jakiegoś zagrożenia albo zmagania się z rzeczywistymi trudnościami (np. długa i żmudna rehabilitacja po wypadku), ale na litość boską, nie wtedy, kiedy obserwuje normalne, spokojne życie rodzinne, a cała ta wielka tragedia, której skutki ciotka tak dzielnie znosi, wydarzyła się na długo przed jego urodzeniem!
Swoją drogą, Gaba umiała się nieźle ustawić... Taka Wiesia, mieszkająca po rozwodzie kątem u Żaczków, nie była żadna “dzielna”, podziwiana i uwielbiana, tylko robiła za darmową służącą.

Około wpół do szóstej Laura i Adam pożegnali się z rodziną i ruszyli do Kostrzyna furgonetką firmową ogrodnictwa „Daglezja”, by zdążyć na drugą wigilijną wieczerzę, do państwa Fidelisów.
Huhu, a krawcowa zabroniła jej przed ślubem przytyć ;-)
Ja w ogóle nie rozumiem sensu tego miotania się pomiędzy Poznaniem a Kostrzynem. Co złego stałoby się, gdyby w tę akurat przedślubną Wigilię spotkali się Borejkowie i Fidelisowie, urządzając wspólną wieczerzę?
Już nie mówiąc o tym, że gdyby wieczerza była u Florianów, mieliby do tego Kostrzyna dużo bliżej. Przecież Laura od Florków do Daglezji zasuwała rowerem!

– Cudowna podróż przedślubna!... – powiedziała rozmarzona Laura.
– Zapamiętasz ją?
– Na pewno.
– Ja też. Do końca życia. Za pięćdziesiąt lat opowiemy naszym wnukom, jak jechaliśmy w samą Wigilię, tuż przed ślubem, ty i ja.
Ślub jest po Świętach, przypuszczam, że jeszcze zdarzy wam się do tego czasu gdzieś razem pojechać...

Opowiem, że tak jechaliśmy, jechaliśmy, a wszystko to, co oni o nas wiedzą, było jeszcze przed nami, zamknięte jak książka. A my w tej chwili w ogóle nie mieliśmy pojęcia, co w niej jest.
– Ja wiem: piękna historia miłosna!
–...ale też to, co stanie się Historią! – przez duże „H”, i na pewno też smutki, i zmartwienia... Ale jeszcze ich wszystkich nie znaliśmy. Nawet nie przeczuwaliśmy.
Wiedzieliśmy tylko, że to jest nasza wspólna książka, piękna i ciekawa.
– I dobrze napisana.
– Bardzo dobrze.
Oby lepiej niż ta, w której właśnie prowadzicie powyższy wtórny i patetyczny dialog.

– Sarny się ciebie nie boją – szeptała Laura. – Dzieci się ciebie nie boją. Ja też się ciebie nie boję.

Borze szumiący, ale dlaczego właściwie ona miałaby się go BAĆ?! Czy Laura w ogóle kiedykolwiek bała się ludzi? Skąd! Co stało się pomiędzy “Sprężyną” a “McDusią”, kto jej zrobił krzywdę, kto ją tak wystraszył?!
Prędzej takie teksty pasowałyby do Różyczki, cholernego promyczka, która tak bardzo nienawidzi konfliktów, że czuje się chora na dźwięk czyjegoś podniesionego głosu; którą bolały złośliwe komentarze prymusa Schoppe w latach szkolnych, która strasznie przeżywała to, że musi wyznać siostrze swojego ukochanego, że ten się wypiął na nią i jej ciążę. (No, jak z tym wypięciem się było, to też wiemy, ale ona w to silnie wierzyła.) Ale MM wszystko pisze na opak. Ta wycofana Róża jest wg komentarza odautorskiego “silną osobowością” i “rzuca się w życie głową naprzód”. Hehe. Hehe.

– Bo ty jesteś trochę dziecko, a trochę sarna.
To hasło stało się już chyba kultowe.

– Ale najbardziej to zły Tygrys. Niestety.
– Wcale a wcale! – Adam prychnął cichym śmiechem.
– To prawda... że przy tobie nie jestem żadnym Tygrysem, przy tobie całkiem się zmieniam, nie wiem dlaczego.
Łee tam, Wolfiemu mówiłaś to samo. (Czarna Polewka)
W ojca się wdała, on też każdej kolejnej dziewczynie powtarzał, że jest “kwiatem jabłoni”.
Pyczarcie nasienie.

– Bo się prawdziwie kochamy?
– Tak! Prawdziwie! Prawdziwie!...
Hmm, brzmi trochę tak, jakby usiłowała samą siebie przekonać...

...Ja nawet życia się nie boję przy tobie. I nawet śmierci...
Nawet nie boi się życia? A gdyby nie znalazła sobie faceta, to w pojedynkę nie byłaby w stanie żyć bez strachu? Błagam, autorko, pozwól tym swoim bohaterkom choć odrobinę się wyemancypować!

Męczącą rozmowę przerywa na szczęście pan Gruszka.
Co byśmy zrobili bez tego męża opatrznościowego!

Powigilijne spotkanie u Patrycji jest opisywane z punktu widzenia Józbella Swanłysa, któremu tym razem można wybaczyć zrzędzenie, bo po przeżyciach w domowej izbie wytrzeźwień rozwija się u niego choroba.
Podczas tej powigilijnej afterki dwunastoletnia Łusia skacze po kanapach wraz z małą Milą i innymi dziećmi, a “wujcio Robert co chwilę uprzejmie podawał kawę lub herbatę i nie mówił nic, tylko cicho śmiał się pod wąsem”.
A z czegóż to się tak śmiał, z czegóż? Z: rozmów o inteligentnym koniu Kabanosie, z klasycznych opowieści wędkarskich, z hodowli i uboju karpia, z tematów politycznych i z Cycerona. Co się stało Robrojkowi? Może pod drodze do Florków jakaś gałąź spadła mu na głowę? “A on tylko zaśmiał się cicho pod wąsem i poszedł dalej”.

Mama Józefa Pałysa nie upiekła nic ciekawego, gdyż nie miała do tego głowy po dyżurze, a ponadto raziło ją to, że do wszystkich świątecznych wypieków trzeba wkładać masło i cukier.
A jak wiemy, jej dzieci przecież masła nie tykają...
Bułek na śniadanie nie liczymy, to masło prosto od Borejków.
Zakład, że Ida pochłania w całości kawałki wszystkich maślano-cukrowych ciast, które upiekły jej siostry.
Ej, może Ida właśnie zmienia się w “wątłą, bladawą istotę z zapadniętymi oczami”, skoro już uważa “cukier i masło za zabójcze pierwiastki”?
BTW czy to tutaj były “blade i grząskie” ciasta Natalii-wegetarianki? No to jesteśmy w domu...
A w ogóle to “wkładać masło i cukier” kojarzy mi się z językiem Pascala Brodnickiego: “wkładamy do środka miski”... ;)

Szkoda, że Józef nie mógł w pełni się nacieszyć ciastami, bo postępujący szybko paraliż smaku i węchu pozwalał mu tylko na cząstkową percepcję.
Z ogromną ulgą przyjął wiadomość o powrocie do miasta – jak to dobrze, że rodzina była przywiązana do tradycji, także własnych.
Także tych świeżo stworzonych na potrzeby tej powieści... ale nie uprzedzajmy faktów.

Nie dali się namówić na pasterkę w Kostrzynie, w późnogotyckim kościele farnym, choć wuj Florian bardzo ich namawiał.
Synonimy są passé.
Czyli wpadli na jakąś godzinkę i teraz zamiast zrobić Florianowi przyjemność, popędzą na pasterkę z powrotem do Poznania, bo tak każe wymyślona przez nich tradycja.

Dla zachęty smakowicie o nim opowiadał, podając bogate szczegóły, gdyż dzieje regionu, w którym osiadł, stały się ostatnio jego konikiem. Dowiedział się od bibliotekarki z Pobiedzisk, że miasteczko to odwiedzał kilkakrotnie Władysław Jagiełło, a znów wojska Chrobrego maszerowały do Ostrowa Lednickiego tą właśnie drogą, przy której on, Florian Górski, w tysiąc lat później postawił swój dom. Na wieść o Chrobrym u swych bram popadł w trwały zachwyt i nieustającą manię badawczą. Nawet z wrażenia zapuścił bujne wąsy, niczym jeden z wojów piastowskich.


To znaczy takie wrażenie wywarł na nim sam fakt, że Chrobry raczył raz tamtędy przejść, czy przestudiowana historia życia króla? Co takiego w Bolesławie Chrobrym może imponować współczesnemu Polakowi? Karanie ludzi za wiarę inną niż odgórnie narzucona? Porwanie i zgwałcenie ruskiej księżniczki? Rozszerzanie granic Polski? Jeśli to ostatnie, Florian dogadałby się z mieszkańcami byłego ZSRR trzymającymi na ścianach portrety Stalina, który „może i kogoś tam skrzywdził, ale za jego czasów byliśmy takim imperium!” (Ciśnie mi się na usta porównanie z polską piosenkarką, która chcąc naśladować styl młodzieżowy paradowała w ciuchach z wizerunkiem Che Guevary, ale może to jednak zbyt daleko idąca analogia.)
Mujborze, co chwila mam wrażenie, że Musierowicz sobie ze swoich bohaterów kpi; złośliwie, ironicznie kpi.
A z całą pewnością w tym miejscu robi zyg-zyg marchewka złemu forumu, co wytykał nadmierne uwąsienie męskich postaci, a Baltonę uważał za jednego z najsympatyczniejszych bohaterów. Lubicie Florka? No to macie, ja go uwąszę. Nie uwierzę, że tak nie było.
A ja się też zastanawiam, czy faktycznie od czasów Piastów i Jagiellonów już nic ciekawego w Pobiedziskach się nie działo, nic, co mogłoby Florka zainteresować, czy wąsów nie mógł zapuścić choćby na cześć Maksymiliana Jackowskiego, a nie anonimowego woja...
A właśnie!!! Dziwi mnie, dlaczego MM w ogóle nie  poświęca u siebie miejsca wielkopolskiemu etosowi pracy XIX wieku - rzeczy, z której my poznaniacy/Wielkopolanie jesteśmy do dziś cholernie dumni. Wystarczy popatrzeć na patronów wielu poznańskich ulic i sprawdzić, kim oni byli - Ewaryst Estkowski na przykład, jego żona Antonina, Karol Libelt, czy moja wielka sympatia Karol Marcinkowski.
No właśnie, przecież, zdawałoby się, to takie bardzo w jej duchu! Zgodne z tymi wszystkimi wartościami, które chce przekazywać!
Może to tak, jak ze znajomością łaciny - Ignacy tak naprawdę zna tylko wkute na pamięć sentencje, a pani MM z historii regionu zna tylko hasła w wikipedii...
Albo organicznicy nie dostąpili zaszczytu, bo nie byli poetami.

Magdusi podobała się poznańska pasterka. Spędziła ją, co prawda, na stojąco, a ściślej – na jednej zdrętwiałej nodze, sprasowana w tłumie ze wszystkich stron, ale we Wrocławiu też nigdy nie było inaczej.
W pierwszej chwili pomyślałam „A bzdura, nie w każdym kościele we Wrocławiu na pasterce jest ścisk jak na Open’erze przy barierkach”. Ale nie, to na dobrą sprawę nie jest błąd, Magda zapewne myśli o tym jednym kościele, do którego ona chodziła z rodziną. Tylko szkoda, że nie zostało to sprecyzowane. Zawsze myślałam, że fajnie by było, gdyby o Wrocławiu ktoś pisał takie słynne książki jak te Musierowicz o Poznaniu. Skoro więc już ona sama umieszcza kilka wydarzeń w moim mieście, nie zaszkodziłoby jej dowiedzieć się, które kościoły we Wrocławiu są na pasterce zatłoczone i wspomnieć o konkretnym, tak jak zawsze skupiała się na poznańskim kościele dominikanów.

26 GRUDNIA
SOBOTA

Józek wydzwania do kumpla, Dziuby, usiłując zdobyć numer do Agaty, której jest winien prezent, a Dziuba oczywiście doszukuje się w tym czegoś więcej.
Potem mamy informację, że dzwoni też do Agaty, ale ona ma cały czas wyłączoną komórkę: “oczywiście wyłączyła telefon [podczas pasterki], skoro śpiewała w kościele (...) Jednakże w pierwsze święto komórkę nadal miała wyłączoną, dziś niestety także.” Podczas naszych dyskusji doszliśmy do wniosku, że to kolejna absolutnie niemożliwa rzecz. Owszem, niewykluczone, choć mało prawdopodobne, że dorośli kazali nastolatkowi wyłączyć komórkę na czas wieczerzy wigilijnej. Ale pokażcie mi nastolatka/nastolatkę, która wyłączyła, i zapomniała ją włączyć przez kolejne dwa świąteczne dni? A telefony/sms-y do przyjaciółek, z licytacją, która co dostała? A uskarżanie się na te obciachowe rodzinne zloty i te głupie ciotki? ;) A umawianie się “na po świętach”? W tym opisie znowu wyłazi mi psychika osoby dorosłej (chociaż ja nie wyłączyłam telefonów nawet na wieczerzę, po prostu nie zaglądałam do nich przez dwie czy trzy godziny, a potem już było radosne kontaktowanie się ze znajomymi). Nastolatki wyłączające telefony na calutkie święta, żeby się odciąć i pobyć z rodziną? Nastolatki, dla których komórka stanowi zwykle część ciała, element osobowości, i jest bodaj najważniejszym narzędziem kontaktu ze światem? WTF?

Głupie aluzje kumpla wydały mu się w odniesieniu do Agaty niesmaczne, i to w najwyższym stopniu; sugerowanie, że ta dziewczyna miałaby zarzucać jakieś zanęty, było wręcz oburzające. Czuł się obrażony w jej imieniu. Gołym okiem było przecież widać, że Agata to nie jest ktoś tak nieskomplikowany, jak – nie przymierzając – Magda. Żadnego narzucania się, wyznań, zaczepek, chichotów, łypania, przeciwnie: spokój, kultura, chłodne opanowanie. Które, nawiasem mówiąc, nie wykluczało łagodnego uśmiechu ani życzliwości. Ale to trzeba mieć pewną klasę, subtelny styl, specjalny rodzaj dyscypliny, żeby umieć tak wyważyć swoje zachowanie. To prawdziwa młoda dama, jak powiedziałaby babcia. Tak, dama, ale taka, która w dodatku ma sportowego ducha.
No nie, nie i jeszcze raz nie. Nie kupuję tego wątku. Nie wierzę w tę niedomyślność Józefa, który tak łatwo połknął haczyk i uwierzył, że Agata sama nie może znaleźć w Internecie hiphopolowego przeboju roku. Mogłaby co najwyżej być wybitnym antytalentem komputerowym i znalezionego pliku nie umieć pobrać (oj, naprawdę wybitnym), ale ma w domu dwóch braci. I przynajmniej jeden z nich nie jest jakimś tam miągwą sonety piszącym, tylko uprawia sport, a więc jest sensownym gościem :-P

Poza tym muszę tu wrócić do przemycania w tej książce szkodliwych treści. Józinek, bohater niby pozytywny, wyraźnie daje do zrozumienia, że Magdy nie lubi, bo mimo wyraźnych sygnałów odpychających wciąż się narzuca i na niego gapi – zrozumiałe, to denerwujące – ale też niechęć budzi w nim to, że Magda jest tłusta. Jej przeciwieństwem ma być Agata – fajna, bo uprawia sport. I w porządku, w tej części książki Józek może tak sobie myśleć. Ale podobnie jak Ida zrozumiała, że odpicowanej Paulince szczerze zależy na Krzysiu (Ida Sierpniowa), tak jak Maciek i Lelujka nie mieli powodu się lubić, ale ostatecznie uznali, że mogą się przynajmniej szanować (Opium w rosole), tak można by natrafić pod koniec na rozmowę Józka z Magdą, w której przyznaje on, że nie jest ona taka straszna i oprócz wymienionych wad ma też jakieś zalety. Myślę, że chętnie znalazłyby w książce taki dialog nastolatki, które mają nadwagę, na W-F-ie przy wybieraniu do drużyn w grach zespołowych zawsze zostają na końcu, a chłopcy, którzy im się podobają, wolą dziewczyny szczuplejsze, wymiatające w siatkówce czy koszykówce.
I pomyśleć, że Cesia “przy kości, pycho rumiane”, krągła Patrycja-Pulpecja czy niska i krępa Bella Rojek nie wzbudzały takiej odrazy autorki i tego typu komentarzy innych bohaterów. Ok, negatywna opinia Józka jest w pewnym sensie równoważona zachwytami Ignasia (“Magdusia była taka czarująca, taka mała, taka miła, taka śliczna, taka wszędzie zaokrąglona”), ale jednak obrzydzenie Józka, połączone z ciągłymi przytykami Idy, IMHO jakoś mocniej przebija się do świadomości czytelnika.
Plus casus Ani Górskiej, córki Patrycji, pracowicie opisywanej od momentu urodzenia wyłącznie jako “czerwonolica grubaska”, “tępa” w dodatku.

(...) do kuchni weszła Laura i poprosiła o pomoc. Oznajmiła, że Adam zadzwonił z Kostrzyna – nagle wpadło mu do głowy, żeby przyjechać za godzinę, po ostatni transport jej rzeczy: biblioteczka, odzież, drobiazgi (pianino miało stąd odjechać dopiero po sylwestrze).
– Jak to, przed ślubem? – zdziwiła się Magda. – To bardzo nietypowo, to chyba za wcześnie, to przynosi pecha!
Ooo, jakie to uroczo naiwne. Sama jestem staroświecka. Sama wolałabym wprowadzić się do męża dopiero po ślubie. Ale nie jestem ślepa i głucha na to, co robią moi krewni i znajomi. Musiała też zebrać o tym wiedzę Magda mieszkając we Wrocławiu, chodząc tam do liceum i słuchając chociażby opowieści koleżanek o tym, co porabiają ich starsze siostry. A chodziła do dwunastki, nie do którejś z prywatnych szkół katolickich (które też nie są jak klasztory, swoją drogą). W tej chwili to raczej trzymanie aż do ślubu ubrań u siebie, w mieszkaniu z rodzicami, jest „nietypowe”.
Autorka miała tu okazję przemycenia młodym czytelniczkom argumentów, czemu ten tradycyjny zwyczaj przeprowadzki dopiero po ślubie jest lepszy od nowoczesnego mieszkania na kocią łapę. Zamiast tego dostajemy tylko zabobonne wyjaśnienie – „to przynosi pecha”.
OK, wywozimy moje rzeczy do nowego domu przed ślubem. Dlaczego nie. Ale WSZYSTKIE? No proszę was. Dajcie mi godzinę do namysłu, a przedstawię wam co najmniej trzy wiarygodne powody, dla których na dobę przed ślubem Laura została praktycznie bez żadnych rzeczy osobistych, skoro MM musiała akurat na tym fakcie oprzeć kolejne komplikacje (dajcie mi kolejną godzinę, a...)

...kiedy przybył pan młody (zdaniem Magdusi – jeszcze bardziej przystojny niż zwykle w swoich roboczych drelichach), nic nie było gotowe.
Ciekawe, w jakich to okolicznościach Magda widziała Adama w roboczych drelichach, bo w książkach jako żywo słowa o tym nie ma.
Nie mówiąc już o tym, że facet na co dzień pracuje w szkole, na plantacji, jak sądzę, pomagając tylko w wolnym czasie.

Adam (och, z chwili na chwilę coraz bardziej przystojny!)...
Jakaś niewyżyta ta Magda. To już 186. strona książki, a jej jak na razie nie zajęło na dłużej nic poza gapieniem się na młodszych i starszych przedstawicieli płci przeciwnej.

...na wstępie zaczął się tłumaczyć i przepraszać, że im psuje świętowanie, ale urządzał dziś wszystko w domku i dopinał na ostatni guzik, i w końcu pomyślał, że lepiej wszystko to teraz spakować, przewieźć, a nawet ustawić i poukładać.
– Chciałbym, żebyś nie musiała już więcej myśleć o przeprowadzce – dodał, ogarniając Laurę ramionami i chowając nos za jej uchem. – Jutro masz się niczym nie martwić i wszystko ma być gotowe, i wieczorem masz się już znaleźć pod własnym dachem, we własnym nowym domu, i nie czuć się obco, i dlatego masz tam już mieć nuty i nawet swoje ulubione lusterko, i ulubioną książkę. I nawet ulubioną zakładkę do książki... i...
I ulubionego misia, bez którego sarenka Laura nie zaśnie. Jak czytam, co ten Adam mówi do Laury, to mam wrażenie, że ostatnie lata spędziła ona w szpitalu psychiatrycznym lecząc się z anoreksji/depresji/nerwicy/schizofrenii, teraz wraca do normalnego życia i potrzebuje opiekuńczego faceta, który wciąż tłumaczy jej, że jest bezpieczna (a raczej: jeśli chcesz się czuć bezpiecznie, to masz jechać do nas, masz już być u siebie, masz tam mieć swoje rzeczy, no i masz mnie słuchać), a ona stwierdza z radością, że z nim nawet życia się nie boi.
A to się wszystko zmieści w tej altance ciupciej-maciupciej?
Y. Czy to oznacza, że Laura nie miała nic do powiedzenia w kwestii zaaranżowania wnętrza Altanki Miłości?...

I wtedy Laura go gwałtownie uściskała i pocałowała, a on nic już więcej nie mówił, tylko mruczał.
Nie masz pomysłu na dialogi zakochanej pary? Niech się w kółko całują i mruczą.
Ona sarenka, on kocur, jakie dzieci z tego będą...
Uciekające przed wilkiem na drzewo, ze zjeżonym ogonem i prychaniem różkami.

Wsiedli we czworo do furgonetki z napisem „Ogrodnictwo Daglezja” i pognali do Kostrzyna.
I niespodziewanie spędzili razem bardzo, bardzo miły wieczór...
Nie wiem, co w tym niespodziewanego. Tam, gdzie pojawia się idealny Złotowiciowiec, wszystko staje się idealne, to oczywiste.
Domyślamy się, że pod określeniem “bardzo, bardzo miły wieczór” p. Musierowicz nie rozumie... tfu! ...seksu?
No nie, w czworo pojechali, w tym dwoje nieletnich...
A, przyzwoitki zabrali.

...rozpakowując pudła i zawiniątka...
Bo dziewczyna, która wychodzi za mąż, w przeddzień ślubu nie ma absolutnie NIC do roboty. Nic. W związku z czym tak po prostu jedzie sobie do swojego przyszłego domu i zajmuje się rozpakowywaniem swoich, że tak to ujmę moim ulubionym poznańskim słowem, klunkrów.
Ano nie ma, przecież PAN GRUSZKA CZUWA.

...w tym zabawnym, przytulnym domeczku o powierzchni nieco tylko większej od altany.
Generalnie wszystko w tym domeczku jest urocze i malutkie. We wszystko też Adam włożył sporo pracy. Tylko po co było się tak trudzić nad czymś zupełnie niepraktycznym? W małym domeczku prędzej czy później pojawi się dziecko (bo w świecie Borejków bezdzietnych małżeństw nie ma). I pewnie byłoby miło, gdyby czasem jego babcia wpadła na kilka dni z wizytą, żeby zająć się małym, kiedy na przykład Laura będzie zdawać egzaminy. Dobrze by było przygotować dla niej osobne łóżko, zmieścić się razem przy stole... Na którym to stole będą też zmieniać dziecku pieluchy, bo na przewijak nie będzie miejsca.

Postawiony opodal starej studni z żurawiem, pośrodku kilkuhektarowej plantacji roślin ozdobnych, otoczony polami młodych modrzewi, jałowców, cisów i jodeł,
Stara studnia, jak wygodnie! I nie trzeba rozkopywać połowy plantacji w celu podciągnięcia wody do Altanki Miłości...
Podczas listopadowych wieczorów pełnych szarugi pan Gruszka wystrugał koromysła dla Laury.

wyglądał on jak chatka krasnoludków – może dlatego, że zbudowano go tuż pod wiekowym świerkiem, którego ogrom mylił proporcje i zmieniał punkty odniesienia.
Wszystko jasne, to ten świerk złośliwy tak namieszał w ilustracjach!
(niezmiennie śmieszy mnie fakt, że na tym obrazku Magda ma mangowy “koci pyszczek”)

[Sarenka i Aaadaammm zachwycają się cudnie wyciętymi świetlikami w kształcie aniołów w okiennicach]
– Jest tak cudownie, kiedy przez nie świeci słońce do środka! – powiedziała Laura.
– Albo księżyc! – dodał Adam.
– Albo kiedy widać, jak pada śnieg!
I takie są właśnie rozmowy zakochanych w tym tomie. W Sprężynie nie zamienili ani słowa, tutaj zgodnie zachwycają się księżycem, śniegiem, leśnymi zwierzątkami i sobą nawzajem. Żadnych rozmów o polityce, światopoglądzie, o tym, czy oboje chcą do końca życia mieszkać na wsi blisko rodziców Adama, czy mają podobne pragnienia, jeśli chodzi o posiadanie dzieci, czy Adam rzuciłby pracę polonisty, gdyby Laura chciała robić karierę za granicą, czy ona zrezygnowałaby z tej kariery, aby on spełniał się zawodowo... Tylko mruczą i adammują.
Ok, mnie akurat brak rozmów o polityce i światopoglądzie na dzień przed ślubem nie przeszkadza - takie rzeczy uzgadnia się wcześniej ;) Problem jednak w tym, że nie dane nam było w żaden sposób zaobserować rozwoju relacji Laury i Adama. Jak wyżej: w “Sprężynie” tylko niemy zachwyt i złota nić łącząca serca (a akcja książki kończy się dokładnie w momencie, kiedy wreszcie się spotkali i mogą pierwszy raz porozmawiać), tutaj - ostatnie przedślubne przygotowania. A czytelnik ma wrażenie, że jak półtora roku wcześniej wsiedli na różowy obłoczek, tak fruwają na nim nadal bez jednego nawet spojrzenia w stronę ziemi.
Och, nie, nie, nie wymagam przytaczania tych rozmów; im mniej oni ględzą, tym lepiej. Ale mógłby na przykład Ignaś w drodze do Kostrzyna wspominać, jak burzliwa była dyskusja o budowie domeczku i przeprowadzce. Tak jak w Noelce Gabrysia rozmyśla o sercowych perypetiach siostry i dowiadujemy się, że Marek Śpioch, mimo braku mieszkania i samochodu, miał u Idy murowane szanse, gdyż zaimponował jej fascynacją kulturą łacińską.

– Mamy pierwszych gości! – powiedziała [Laura] z zadowoleniem.
– My jesteśmy już naprawdę, naprawdę w naszym domu...!
– I właśnie stąd – rzekł Adam – wyruszymy w podróż poślubną.
– Wybieramy się w podróż?!
– Tak. To miała być niespodzianka, dlatego przywieźliśmy twoje rzeczy – ale, do licha, nigdy nie wytrzymuję z niespodziankami, zawsze wcześniej je ujawniam, niż chcę.
To kiedy zamierzał ją poinformować? Na godzinę przed wyruszeniem w podróż? Zaraz po tym, jak Laura stwierdzi, że musi wstawić pranie, bo nie ma żadnych czystych majtek?

– Niespodzianka?!
Chyba żartujesz?! Niespodzianki niespodziankami, ale w sprawie naszej podróży poślubnej to chyba ja też powinnam mieć coś do powiedzenia, nie sądzisz?!

– Polecimy na trzy dni do Wilna. Pamiętasz, jak chciałaś zobaczyć Ostrą Bramę i Uniwersytet? A ja obiecałem, że zobaczysz? Pokażę ci też, skąd Jan Sobolewski w „Dziadach” patrzył na ratusz.
– Adamm!...
Padamm!...
Ja nie wiem, ja się nie znam, ja jestem korpodorobkiewicz, ale jakby mi ktoś reklamował podróż: “Pokażę ci, skąd Jan Sobolewski w „Dziadach” patrzył na ratusz” to bym go śmiechem zabiła, a nie adammowała z zachwytu.

– To będzie pierwszy etap podróży. Bo latem zawiozę cię do Kiejdan. A może i do Nowogródka.
A ja, oczywiście, DAM się tam zawieźć.
Generalnie w czasach Schengen i tanich linii lotniczych to wieeeelkie marzenie Laury, by odwiedzić Litwę, którego nie mogła zrealizować inaczej, jak tylko przy pomocy Adama, wydaje mi się... cóż, zabawne trochę (ok, więcej zawracania głowy byłoby z Nowogródkiem, ale też nieprzesadnie). Dawna Laura załatwiłaby to wszystko sama, nie oglądając się na nikogo.
Za to po dokonaniu transformacji jej postaci nie zdziwiłabym się, gdyby Laura była jedną z tych dziewczyn, które zamiast w pojedynkę pójść do kina, pojechać na koncert czy wybrać się na wycieczkę siedzą na forach internetowych i żalą się, że przez brak faceta nie mogą realizować swoich marzeń.

– Ach! No, czy ty nie jesteś!... – no, czy to nie jest!... – no, powiedzcie sami!...
Ja się lepiej powstrzymam.
Z miast na W wolałabym jednak Wenecję. Ale do Wenecji to się mogli wybrać Grzegorz z Gabą lat temu siedemnaście, kiedy jeszcze rodzina Borejków nie musiała każdym gestem i słowem krzewić Kultury Wyższej i Miłości Ojczyzny. Oraz nieść Oświaty Kagańca.

...rozpromieniona Laura objęła Adama za szyję. – Spełniasz wszystkie moje marzenia. A co ja mam zrobić dla ciebie?
– Istnieć – odrzekł bez namysłu.
(...)
Co do Ignasia – westchnął również, i najzupełniej machinalnie wziął Magdusię za rękę. Pomyślał jak Faust: „Trwaj chwilo! Jesteś piękna”! – i zamarł, a serce mu mocno biło.
Na szczęście dla mnie słodka aż do niestrawności scena jednak nie trwa wiecznie. Nadchodzi dzień barwnego ślubu bezbarwnej pary.

27 GRUDNIA
NIEDZIELA

Mieszkanie Borejków odwiedza Bernard, który dostarczył zamówiony tort.

– Bernardzie, Laury nie ma, więc ja spytam, ile jesteśmy panu winni za tort? – zatroskała się Babi, częstując gościa drożdżowym rogalikiem, który został w roztargnieniu przyjęty.
– Przebóg! – rzekł artysta gorąco i obwąchał rogalik. – Srebrzysta damo! Tort – o czym nie wspomniałem dotąd Laurze, znając jej dumną i hardą naturę – jest gratis...
Nie, nie, ta duma i hardość to już nieaktualne, Bernardzie. Obecna Laura zapiszczy, zaklaśnie w rączki i zawoła „Ojeej, Bernaaaardzie! Ty jesteś... ach.. ty jesteś... no... spełniasz moje marzenie!”

...To mój ślubny prezent. Wyrafinowana, urocza rzeźba jadalna. Nie mógłbym, nie mógłbym wziąć za to dzieło pieniędzy. –
*zagotowane nerwy Dzidki ON* Czy ten walnięty na umyśle idiota nie mógłby choć jeden raz w życiu normalnie, w prostych słowach, powiedzieć: “Pani Milu, tort to mój prezent ślubny dla Laury, nie jesteście nic mi winni”? Zawsze muszą być te piętrowe, barokowe wieże słowne?
*zagotowane nerwy Dzidki OFF*

Wgryzł się z lubością w rogalik. – Mniam – ocenił. – Przemiła pulchność. A mówię to jako znawca tematu.
Tylko nie bierz dokładki!
E tam, Bernard i “luzik w pasie” to pojęcia sprzeczne.

Wracając do naszego tortu: wychowałem to wasze tygrysiątko na własnej piersi – ciągnął dalej, jak zwykle nie bacząc na drobne odstępstwa od prawdy historycznej.
...ani na uczucia zgromadzonych. Ale spokojnie, chyba nie ma tam Grzesia. Jak zwykle zresztą. Gdyby był, mogłoby mu się zrobić przykro, bo nie było mu łatwo przekonać do siebie Laurę, a teraz usłyszałby, że w sumie to w ogóle był niepotrzebny... Ale właściwie jest już chyba do tego przyzwyczajony.

– Przelewałem w nie in loco parentis* zasoby mego ducha...
* zamiast rodzica (łac.)
Czy jest w jeżycjadowym uniwersum ktoś, kto nie sypie jak z rękawa łacińskimi zwrotami i sentencjami?
No jak. A po co taki wybrakowany? Nawet Marek Pałys po skończeniu studiów medycznych deklamuje łacińskie poematy. Nawet Baltona potrafił prawidłowo zaakcentować bezokolicznik.
(Jestem w wieku Natalii. W liceum byłam jedyną znaną sobie osobą, znającą kilka łacińskich przysłów i sentencji. Wyłącznie dlatego, że nauczyłam się ich dla szpanu.)

...Biedna, śliczna istotka ludzka, porzucona przez własnego ojca! (tego siermięgę!) – zawsze była mi bliska jak rodzone dziecię.
Kogo? To jakiś przykład gwary poznańskiej czy może bernardzizm? Bo w polszczyźnie ogólnej “siermięga” oznacza dawne chłopskie ubranie...
Czyli... „ty siermięgo” to staropolska wersja „ty szmato”?
To chyba poznańskizm. Coś mi się w dzieciństwie o uszy obiło. W domu tak czasem mówili.

(...)
Weszła mama Ignasia, którą Bernard zawsze darzył szczególną atencją i przywiązaniem.
Mam pomysł na nowy tom z zachęcającą okładką:


Nikt by autorce nie zarzucił powielania motywów z poprzednich książek!

Aż tu wtem! Nikt się nie spodziewał...

W drzwiach [Bernard] natknął się na nadciągającego jak chmura burzowa ojca Laury i Róży.
Nadciągał jak chmura burzowa, a za oknem anielskie trąby odgrywały Dies Irae. Czujecie to napięcie???
Bo ja nie. Od Języka Trolli Pyziak tak przemyka, przemyka i przemknąć nie może. No i dobrze, dzięki temu Gabriela wciąż może być imponująco dzielna.

Panowie minęli się, wymieniając takie znaki, jak: niemile zaskoczony ukłon (Pyziak) i powitalne machnięcie ręką (Bernard), wzruszenie ramionami (Pyziak) i lekkie odęcie warg (artysta).
Doceniam fakt, że w przypadku Pyziaka zastosowano powtórzenie nazwiska, a nie pokuszono się o takie synonimy jak „złodziej i pijak (bo każdy pijak to złodziej!)”, „kłamca”, „wszelkie zło tego świata” itd.
Natomiast uparte nazywanie Bernarda artystą doprowadza mnie do szału. Jeszcze ktoś by zapomniał.

Janusz Pyziak przyjechał porannym pociągiem z Berlina i teraz, bez wcześniejszej zapowiedzi, wkroczył prosto do kuchni Borejków, a zaskoczeni członkowie rodziny literalnie zastygli na miejscach, co było odruchem bardzo wiele mówiącym.
Oj, wiele. Podejrzewam jednak, że dla krytycznych czytelników mówiło to zupełnie co innego, niż autorka zamierzyła.

Magdusi człowiek ten się nie podobał.
Zaskakujące.

Ojciec Laury wydawał się dziwnie przykry i nadęty, mało kontaktowy, zwłaszcza w bliskim czasowo zestawieniu z pogodnym, życzliwym i rozgadanym twórcą uroczej rzeźby jadalnej.
Który to pogodny i życzliwy człowiek właśnie przypisał sobie wychowanie Laury, krytykując przy okazji Janusza.
Co to, do chmurnej przędzy, jest “bliskie czasowo zestawienie”?! Pani M., co się pani stało w język, ffoła udziabała?!
Zupełnie jak u Mniszkówny: “Ordynat jest zastosowany do swojego otoczenia”.

Dziewczyna szesnastoletnia powinna mieć już na tyle wyrobioną inteligencję i empatię, żeby rozumieć pewne zależności. Jeśli na W-F-ie wszyscy wyśmiewają twoje umiejętności, to w zdenerwowaniu jeszcze częściej plączą ci się nogi. Jeśli usłyszysz, że ktoś za plecami przedrzeźnia twoje jąkanie się, peszysz się i jąkasz jeszcze bardziej. Jeśli zdajesz sobie sprawę, że w małżeństwie ci nie wyszło i zawaliłeś sprawę wychowania córki, a wchodząc do jej domu słyszysz, że inni właśnie cię za to obgadują, to przybierasz pozę:
a) przykrą, nadętą i mało kontaktową,
b) pogodną, życzliwą i rozgadaną.
Zgaduj, Magdusiu.

Zresztą wystarczyło spojrzeć na mamę Ignasia, by wiele się dowiedzieć: jeszcze przed chwilą jaśniała rozbawionym uśmiechem – lecz ten natychmiast zgasł, kiedy do kuchni wkroczył jej były mąż...
Nic dziwnego, na tę rolę życia Gabriela czekała od dwudziestu lat. Wszystkie oczy w nią wpatrzone! Wszyscy myślą „Och, jaka ona dzielna!” To trzeba dobrze rozegrać. Trzeba się skoncentrować.
Dla Borejków pojawienie się Pyziaka nie powinno być takim znowu zaskoczeniem, w końcu kiedy Gabrysia przypomniała sobie, że córka ma za sześć dni ślub, spytała, czy Pyziak odpowiedział na zaproszenie. Co prawda nie odpowiedział, ale jednak nie jest to jego przybycie aż tak zdumiewające, jak gdyby nagle pojawił się po dwudziestu pięciu latach milczenia w niewiadomym celu.
Poza tym, to nie pierwsze jego pojawienie się w związku ze ślubem Laury! W “Czarnej Polewce” przecież wiózł ich wszystkich własnym samochodem do Śmiełowa, na ślub, który w końcu się nie odbył! Świetna okazja, by wyjaśnić sobie to i owo, uregulować jakoś sytuację... Skleroza aŁtorska, czy niemożność rozstania się z wizerunkiem Świętej Gaby Męczennicy?
(gdzie była redakcja i za co wzięła pieniądze?!)

...ze sporą paczką w dłoni. (Na paczce pyszniła się zawiła, biała kokarda).
Prezent przywiózł. A to łajdak.
Sporą musiał mieć tę dłoń...

Wszyscy przyjęli go z pewnym zakłopotaniem, choć bardzo starali się być uprzejmi. Może się zastanawiali, ile usłyszał z tyczącej się go, a niezbyt delikatnej wypowiedzi Bernarda...
Oj tam, już się tak nie krygujcie, jak Magdę Ida obsypuje niedelikatnymi uwagami, to nie robi to na was żadnego wrażenia.

A może po prostu, co by było w pełni zrozumiałe, nie przepadali specjalnie za człowiekiem, który w najtrudniejszych czasach porzucił Gabrielę z małą córeczką i nawet nie doczekał narodzin drugiej.
I tu pojawia się zasadnicze pytanie – po co w ogóle autorka wprowadza Pyziaka do tej kuchni? Czemu nie mógł zjeść śniadania i wczesnego obiadu w barze, udać się na ślub, ustawić się w kolejce do nowożeńców, złożyć życzeń, wręczyć prezentu, pożegnać się i odjechać? Jaki jest tego sens, oczywiście poza sprawieniem masochistycznej przyjemności Gabrieli?
Naciągany wątek nr 1.

Gabriela poczekała, aż Janusz Pyziak zdejmie okrycie i znanym sobie sposobem umieści je na przeładowanym wieszaku, po czym podała mu rękę i zaraz ją nerwowo cofnęła.
Starsi państwo także się z nim przywitali, przedstawili mu Magdusię (zignorował ją), zaprosili go do stołu i zaproponowali śniadanie.
I po co? Po co przychodzić na śniadanie do ludzi, których nie ma się ochoty oglądać, a zwłaszcza z nimi rozmawiać?

(...) nie wyglądał zbyt pewnie, zwłaszcza gdy Gabriela nalewała mu kawę z dzbanka. Zakręcił się niespokojnie na stołku, najwyraźniej czuł się w tej sytuacji nieswojo.
Toż właśnie, toż właśnie...

– Ja... kupiłem KitchenAid – oznajmił.
– Słucham? – nie zrozumiała Gabriela.
– W prezencie ślubnym. Robot kuchenny. Chyba to dobry pomysł??...
– O! – odrzekła Gabriela, zaskoczona. – Chyba dobry... może Laura wreszcie polubi gotowanie.
– A nie lubi?
– Nie.
– No, ale – pospieszyła taktownie babcia – teraz będzie miała okazję polubić. Na pewno będzie gotowała mężowi obiady.
Och, jak wspaniale, jak taktownie babcia rozwiązała tę jakże niezręczną sytuację. Bo Pyziak kupił Laurze robot kuchenny, a ona nie lubi gotować. Straszne.
Ja nie znoszę prasowania. Gdybym wyszła za mąż, to małżonek koszule musiałby sobie prasować sam, naprawdę nie chciałby, żebym ja się do nich dorwała. Ale gdyby ktoś miał na zbyciu supernowoczesny zestaw do prasowania, wzięłabym bardzo chętnie. Bo choć tego zajęcia nie lubię, to swoje ubrania prasować muszę. Tak samo od czasu do czasu trzeba w kuchni przygotować jakieś jedzenie (chyba że jest się Edytą Górniak), a zawsze lepiej mieć do tego wypasiony sprzęt, niż nie mieć, czyż nie?
Och, jak się jaśniepaństwu nie podoba, to ja chętnie wezmę.
Prawda? Nie jestem zwierzęciem kuchennym (chociaż pichcić lubię, ale “tylko” lubię), a KA bardzo chciałabym mieć. On jest taki ŁADNY!

– Hm – mruknął dziadek Borejko z wyraźnym powątpiewaniem. Kiedy jednak przechwycił karcące spojrzenie żony, pospieszył ze zmianą tematu na ogólniejszy:
– No, jakże tam, Juliuszu? Coś mi mówi, że znów będziemy mieli kryzys. Czuję to w kościach.
– Nie, nie, ja już nie piję, od dwóch lat – odrzekł pospiesznie Janusz Pyziak, a dziadek umilkł, jakby go zatkało. Babcia natomiast się zawstydziła.
Za męża czy za zięcia?

Zapanowała niezręczna cisza, którą pan Borejko przerwał dopiero wtedy, gdy po dłuższej chwili namysłu udało mu się przełamać konsternację.
Bene! – powiedział. – Gratuluję.
– Mam duże nadciśnienie – dodał wyjaśniająco Pyziak.
Żebyście sobie przypadkiem nie pomyśleli, że przestałem, bo uświadomiłem sobie, że niszczę swoje życie, szkodzę rodzinie, czy cuś.

– Jednakże... nie pytałbym tak obcesowo o twoje sprawy, Juliuszu, źle mnie zrozumiałeś, miałem na myśli kryzys ekonomiczny.
– Tak? – rzucił gość i łypnął złym okiem, podczas gdy krew mu uderzała do twarzy. – A ja myślałem, że to był przytyk. Przytyk. Bo wy tak lubicie robić przytyki. – Mówił tonem wzmagającej się agresji, czekając najwyraźniej na rozwinięcie się rozmowy w spór. – Tak się lubicie ciągle wywyższać, a każdy, kto jest słaby lub grzeszny, zasługuje oczywiście tylko i wyłącznie na waszą pogardę.
*skacze z pomponami i wrzeszczy: Brawo, Janusz! Bravissimo!!! Yessss!!!*
Jak widać, Pyziak nie darzy szczególną sympatią rodziców byłej żony. Też by mnie szlag trafiał, gdyby mój teść uparcie przekręcał moje imię. (Pytanie, po co Janusz przyszedł tu na śniadanie, cały czas aktualne.) Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby się domyślić, że małżeństwu Janusza z Gabrielą zaszkodziło między innymi albo przede wszystkim gnieżdżenie się z jej rodzicami i trzema siostrami w ciasnym mieszkaniu. Ale autorka nie dopuszcza do siebie tak prozaicznej interpretacji działań jej bohaterów, musi do nich dorabiać metafizykę.

Przez chwilę panowało milczenie. Gabriela spojrzała z wyrzutem na swego byłego męża, lecz on hardo uniknął jej wzroku.
„Moja wrażliwość leksykalna, być może prostacka, twierdzi, że harde unikanie wzroku to coś równie karkołomnego jak odważna ucieczka.” (ananke666)

– Nie każdy bynajmniej... – zaczął dziadek wreszcie, marszcząc brwi, a babcia mu przerwała, mówiąc stanowczo i z mocą:
– Nikim nie pogardzamy, Januszu. Z zasady. Nikim. Wiedz o tym.
Z zasady nie pogardzamy nikim, praktyka swoją drogą...
Z zasady nikim nie pogardzamy, choćby nawet ktoś na to zasługiwał, tak, Pyziak, wstań, jak do ciebie mówię.

– Niektórzy ludzie jednak – nie wytrzymał dziadek – pogardzają sami sobą i dokonują mimowolnie tego, co w psychologii nazywa się przeniesieniem...
Raczej projekcją.
(W następnym tomie będzie wyjaśnienie, że dziadowi chodziło oczywiście o projekcję, i jak to, nikt nie zrozumiał, o czym myślał, gdy wyszedł mu ten skrót?!)

Babcia go uszczypnęła.
– Ale mówiliśmy wszak o kryzysie – Ignacy Borejko posłusznie zmienił temat na, jego zdaniem, lżejszy. – Czy zauważyliście, że kryzysy ekonomiczne występują w naszej ojczyźnie z pewną regularnością? Podobnie jak polityczne. Nie zliczę wprost, ile razy, siedząc przy tym oto stole, wznosiłem okrzyk: „I znów mamy kryzys!” – a zważcie, że wznosiłem go jeszcze i przy innych stołach. Co mówię, ja go wznosiłem nawet w kolebce. To się zaczyna robić monotonne.
Jezu, Ignac, nie ględź tak. Pierdoły gadasz, aż się włosy na plecach jeżą.
Szkoda, że uwaga o monotonii nie dotyczyła jego logorei.
Dzieckiem w kolebce kto kryzys obwieścił
Ten młody ciągle narzeka
Na starość jęczy w boleści
Że oto życie ucieka.

– Czy za każdym razem czuje pan to w kościach? – zapytała pośpiesznie Magdusia, gorąco pragnąc dopomóc w trwałej zmianie tematu, a senior rodu zmierzył ją wzrokiem tak mile zaskoczonym, jakby nagle, migocząc cekinami, zjechała z sufitu na cyrkowym trapezie.
– Ciekawe pytanie, Magdo. Niechże się zastanowię. Tak. Za każdym. Nazwij to intuicją, antycypacją, prekognicją, ekstrapolacją, jak zechcesz...
... pierdoleniem o Szopenie - nie wytrzymało Dzidu.

– Nic tu się, jak widzę, nie zmieniło – rzekł na stronie Janusz Pyziak, kierując swe słowa do Gabrieli. Dziadek Borejko jednak wziął je do siebie.
– Nie przeszkadza ci chyba, Juliuszu, że mnożę sobie synonimy? – zapytał z morderczą uprzejmością.
- Ależ skąd, panie BArejko, rozumiem, że w tym wieku można mieć trudności z przypomnieniem sobie właściwego słowa... albo imienia - z równą uprzejmością odparł Janusz.

– Ja mam na imię Janusz – przypomniał mu gniewnie gość.
– O, pardon. Zapomniałem.
No nie, litości. Nie znam żadnego realnie istniejącego roztrzepanego myśliciela, który nie potrafiłby zapamiętać imion krewnych i powinowatych.

– Kiedy mówiłem, że nic się tu nie zmieniło, miałem na myśli kuchnię.
– A jednak! – odparował dziadek Borejko. – W kuchni bardzo wiele nam się zmieniło, począwszy od koloru ścian. Tak szafirowe nie były nigdy dotąd.
– Nie ma telewizora! – odkrył Pyziak. – A zawsze był. W kuchni.
A nieprawda, za czasów Pyziaka telewizor jeszcze stał w pokoju (“Natychmiast włączono telewizor, stojący w zielonym pokoju.” - “Kwiat kalafiora”), do kuchni eksmitowano go - dokładnie nie wiadomo kiedy, ale pierwszą wzmiankę o tym mamy w “Pulpecji” (1993).

– Teraz jest na śmietniku – wyjaśnił dziadek. – Wyrzuciliśmy ostatecznie tę idiotyczną tubę. Nie lubimy, jak się nam robi kisielek z mózgu...
Mezzo, TVP Kultura, National Geographic, Eurosport – to takie ogłupiające! Lepiej wynieść telewizor na śmietnik zamiast oddać go komuś i narazić go na ten zgubny wpływ podstępnego medium.
Jakiś czas temu zostałam potwornie ogłupiona “Sagą Prastarej Puszczy”. Chętnie dałabym się ogłupić jeszcze raz, pooglądam sobie na jutiubce.
Kiiiisieeeeel! - zawyła zombiaszczo Kura.

Swoją drogą tak kulturalny człowiek jak Ignacy Borejko powinien chyba przeprosić za to, że neutralne słowa odebrał jako... no, przytyk właśnie. W odwróconej sytuacji Pyziak nie przeprosił, tylko podkręcał spór, ale po nim akurat można się było tego spodziewać, wszak to ten zUy.
Och, mogli mu jeszcze powiedzieć np. “Zresztą, możesz przecież jeszcze coś zmienić, poczytać, zrozumieć, po co masz od razu uchodzić za ubogiego duchem”.

...A gdyby nam jakoś nieodparcie zależało na informacjach, zawsze możemy sobie zajrzeć do „Kongresu futurologicznego” Lema.
W sumie niezły pomysł. Tam też ludzie mieli kompletnie zaburzony odbiór rzeczywistości...
Mnie to zdanie boli swoją głupotą. Ja np. nie oglądam żadnych programów informacyjnych (doskonale robi na ciśnienie, nerwy i serce, polecam!), ale kiedy zależy mi na informacjach, zaglądam do Internetu, a nie do przedpotopowych książek. Są także gazety... to takie duże, białe płachty, panie Borejko, popaćkane na czarno w drobne wzorki.

– Albo do Huxleya – dorzuciła babcia, a dziadek dał jej bezgłośne brawko.
Brawo (brawko). Wygraliście. Wasz sposób spędzania wolnego czasu jest lepszy. Dobrze dać to do zrozumienia gościowi w ramach rzekomego uprzejmego traktowania.
Panie Huxley, to jaka będzie jutro pogoda?
Panie Huxley, kiedy wypuszczą nowego iPhone’a? Jak to nie wie pan, co to jest?
I w ten sposób snobistyczni dziadkowie pewnie jeszcze nie wiedzą, że obecnie telewizor może służyć jako kino domowe, jest funkcja wyłączania lektora i włączania napisów, można sobie w ciszy i spokoju oglądać wartościowe filmy na Ale Kino! (A propos, czy tak wielbiący sztukę Borejkowie kiedykolwiek odkładają książki i idą do kina studyjnego?)
Cóż, najwyraźniej zatrzymali się w rozwoju na czasach, kiedy programy były dwa, a ludność masowo wychodziła na spacery w porze Dziennika Telewizyjnego.

– Ja bym bez telewizora nie mógł... – zaczął kłótliwie Janusz Pyziak...
A Mila w duchu pogratulowała sobie, że niegdyś przepędziła go ze schodów i nigdy nie powiedziała Gabrieli, że Pyziak chciał się z nią widzieć. Cóż to byłby dla Laury za ojciec, który nie potrafi żyć bez telewizji. Dziadek karmiący ją łacińskimi sentencjami wychował ją o wiele lepiej.

... i urwał, bo do kuchni wpadła Łusia, ubrana próbnie w bladoróżową sukienkę z falbankami. Rude jej loczki, ściągnięte na czubku głowy w kitkę, zdobił różowy wianuszek.
Jakoś nie widzę rudej Łusi w tych różach... Ale ok, to tylko “próbnie”, może się jeszcze przebierze, pewnie na tę okazję ma całą szafę falbaniastych sukieneczek we wszystkich możliwych kolorach.

– Ciociu, czy tak może być? – zapytywała, kręcąc się przed Gabrielą wokół własnej osi.
– Mama mówi, że druhenka nie może mieć ogonka!...
– Doprawdy? – zakrzyknęła Gabriela z uśmiechem ulgi.
– ...tylko rozpuszczone, wszelako jak mam rozpuszczone, to mi wianek zjeżdża.
– Łusiu, przywitaj się ładnie – zwróciła jej uwagę babcia. – Mamy gościa.
– Ach, ach, przepraszam, dzień dobry panu, jestem tak zaaferowana – powiedziała Łusia i skinęła Pyziakowi rączką.
Ale jak właściwie „skinęła rączką” – w geście przywołania kelnera, nadstawienia dłoni do pocałunku, pomachania koleżance?
Mnie to się kojarzy z gestem księżnej, z pałacowego balkonu pozdrawiającej poddanych.
Z czymś takim na przykład.

– Może jako osoba bezstronna powie pan coś na temat mojego ogonka. Zachęcam pana do całkowitej szczerości.
– Ja bym powiedział, że ogonek może być – zaryzykował opinię Pyziak, przypatrując się dziewczynce z lekką obawą. – No rozpuszczone, no ja nie wiem, ja sądzę, że...
Ma ktoś pomysł, dlaczego Pyziak, który jako nastolatek wspaniale odnajdywał się w zabawie z Pulpą i Nutrią (Kwiat Kalafiora), teraz nie umie przez chwilę porozmawiać z dzieckiem? To zmiany wsteczne spowodowane przez alkohol, czy też po prostu wtedy jeszcze Pyziak miał być bohaterem pozytywnym, a potem nastąpiła gwałtowna degradacja?
To drugie, niestety.

– Ach! – przerwała mu Łusia, uradowana, klaszcząc w dłonie. – Ach, ach, ach! Mam piękną ciekawostkę dla naszego pana polo... dla Adama. Zapiszę sobie w notesiku, że spotkałam człowieka, który nadużywa zaimka „ja”. Adam prosi zawsze, żeby nie nadużywać, bo język polski radzi sobie z tym problemem, czasownik sam potrafi wskazać na osobę. Proszę, proszę, proszę! – niech pan mówi dalej. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś aż tak nadużywał.
– Nie, nie – rzekł Pyziak pośpiesznie. – Ja już nie...
– O! O! Znowu! – radośnie zakrzyknęła Łusia, wybuchając srebrzystym śmiechem.
A prosiłam, grzecznie prosiłam, żeby to wkuropatwiające dziecko z książki usunąć... Niechże ktoś tej Łusi wreszcie znajdzie jakąś zwyczajną rozrywkę, pójdzie z nią do zoo czy do kina, przecież to nie jest normalne, żeby jej największą życiową radością było wynajdywanie u ludzi błędów językowych i ich nietaktowne wytykanie [powiedziała Melomanka non stop rozwodząca się na forum nad otaczającym ją niechlujstwem językowym ;-) ]. Obstawiam, że na lekcjach Łusia siedzi w pierwszej ławce, a przerwy spędza sama, bo nikt nie ma ochoty z nią rozmawiać i być przez nią poprawianym. Ona sama sobie robi krzywdę.
Co prawda w komentarzu odautorskim dostajemy zapewnienie, że Ania Górska bardzo lubiła przebywać z “kuzyneczką Łusią”, która była “taka mądra”, ale to chyba ten rodzinny rys masochizmu...
I chyba nie zdziwi już nikogo, że tej radosnej i niegrzecznej zarazem paplaniny nikt nie przerywa ani po fakcie nikt nie tłumaczy Łusi, że to nieładnie mówić tak do gościa. Rany, czy w tej rodzinie ktokolwiek kogokolwiek wychowuje? Czy też jedne złe zachowania zupełnie się ignoruje, a inne kwituje „no tak, niedobre dziecko, ma to po ojcu”?
No, niechby spróbowała skrytykować dziadka, czujna Milicja zareagowałaby natychmiast.

Na tę właśnie scenę trafiła, powiewając swą czarną, romantyczną peleryną, umalowana kunsztownie Laura, która właśnie powróciła od fryzjerki. Wkroczyła szumnie, wystudiowanym krokiem modelki, ze słowami:
– To dziwne, ale jednak chyba mam tremę!
Zsunęła z głowy kaptur i obróciła się, by wszyscy mogli ją podziwiać; włosy, zwinięte precyzyjnie w liczne fale i spirale piętrzyły się wokół jej grubo uszminkowanej twarzy niczym rokokowa peruka. Oblubienica wyglądała obecnie jak bardzo dojrzała primadonna obsadzona w roli Madame Pompadour.
– No, co wy na to? Arleta Kopiec dała z siebie wszystko.
Magdusia chciała pocieszająco powiedzieć, że ta wspaniała fryzura wspaniale będzie pasować do tej wspaniałej sukni...
Nie do końca rozumiem tę scenę. Czy młodsza córka Gaby jako jedyna w rodzinie ma fatalny gust i tak się to nagle objawiło w trzynastej z kolei części Jeżycjady, w której występuje?
Naprawdę, ktoś jej coś musiał w głowę zrobić, bo przecież Laura zawsze, odkąd ją poznajemy jako siedmiolatkę, umiała się ubrać, zadbać o siebie, chciała się podobać itp. I, do cholery, doskonale się orientowała, w czym wygląda dobrze, a w czym nie.
Czy też Laura zdaje sobie sprawę z okropności fryzury i dlatego Magda musi ją pocieszać? Czyli Tygrys, ten potulny baranek, a, przepraszam, potulna sarenka, nie przeszyła fryzjerki stalowymi oczami i nie powiedziała „to w ogóle nie przypomina tego, czego sobie życzyłam, proszę zacząć od nowa, bo za coś takiego nie zapłacę”, tylko poszła z podkulonym ogonem i pogodziła się z myślą, że w tym ważnym dniu będzie wyglądać groteskowo. To już ja wykazuję się czasem u fryzjera większą asertywnością.
Naciągany wątek nr 2.

...lecz nie zdążyła, bo Laura nagle zobaczyła swojego ojca.
Znieruchomiała.
Janusz Pyziak wstał, zaszurał nogami, wziął swój prezent i podszedł do córki, by się przywitać. Podała mu dłoń i zaraz ją cofnęła, po czym, zupełnie tak jak jej matka, bezwiednie schowała rękę za plecami.
– Jjj... – zaczął on, spojrzał szybko na Łusię i nie powiedział „ja”.
Pominę w statystyce, ale przedłużone wymawianie „jjj”, gdy chce się wypowiedzieć jednosylabowe słowo „ja”, to też naciągane.

– Kupiłem ci KitchenAid.
– Co...? – nie rozumiała Laura. Och, dopiero teraz wyglądała na zdenerwowaną! Minę miała dziecinną, bezradną i jakby zawstydzoną. Magda poczuła, że żal jej tej pięknej panny młodej, żal jak dziecka, które zaraz się rozpłacze.
Autorko, to Laura zaprosiła Janusza Pyziaka na swój ślub! Napisałaś to na stronie 46!

Jak wiadomo fanom Jeżycjady, Laura od zawsze była ciekawa, kim jest jej ojciec, ale nie była to ciekawość dziecka bohatera poległego w walce, tylko ciekawość połączona z żalem o to, że ją porzucił. Dosyć prawdopodobnym posunięciem wydawałoby mi się nieinformowanie go w ogóle o swoich planach matrymonialnych. Laura jednak uznała inaczej i w to mogę uwierzyć. Sądziłabym więc, że poinformuje go, ale nie będzie sobie życzyć jego obecności na ślubie. Jednak sobie życzyła, no dobrze, to też może mieć jakiś sens. Natomiast nie uwierzę w to, że Laura nie przewidziała, iż to spotkanie będzie trudne. Nie wierzę, że mając tego świadomość, zaplanowała sobie takie wstrząsy na dzień swojego ślubu, który powinien być szczęśliwy i radosny. Jeśli z jakiegoś powodu miała potrzebę gościć wyrodnego ojca na ślubie, trzeba było spotkać się z nim wcześniej, chociażby z wigilię ślubu (biorąc pod uwagę, że Pyziak mieszka daleko i przyjedzie specjalnie z zagranicy) i odbyć długą, szczerą, oczyszczającą rozmowę. Nie wierzę, że wysłała samo lakoniczne zaproszenie, bez sugestii, że muszą się wcześniej spotkać i pogadać, bo sytuacja jest dosyć niezręczna. Nie wierzę, że nie mając od niego wiadomości, czy dostał zaproszenie i czy przyjeżdża, nie próbowała się tego dowiedzieć i ostatecznie do dnia ślubu nie miała pojęcia, czego się po nim spodziewać.

Naciągany wątek nr 3.

A że Pyziak sam też mógł o tym pomyśleć i jest dupą wołową, to swoją drogą.

Z drugiej strony to, że z tym zaproszeniem nic się kupy nie trzyma, jest o tyle sensowne, że przecież Laura nie mogła się nikogo poradzić. Siostra udawałaby, że w ogóle nie wie, kim jest Janusz Pyziak i jej to nie interesuje. Mama wpadłaby w histerię już na samo brzmienie pierwszej sylaby jego nazwiska. Babcia za nieśmiałe próby wzmianki o tajemniczym ojcu zbeształa kiedyś Laurę, że ta rozmowa jest „niestosowna” (Imieniny). Niby mogłaby spytać o zdanie narzeczonego, ale przecież ona z nim tak naprawdę nie rozmawia. Tylko sobie szczebioczą i pomrukują.

Tak czy owak, nie wiedząc, jak dokładnie rozegrać sprawę z ojcem, Laura by go nie zapraszała. W końcu to miał być jej dzień, jeden z najpiękniejszych dni w życiu. Jeszcze nie wiedziała, że naciągany przypadek, despotyczna rodzina i rzekomo idealny narzeczony zabronią jej przeżyć ten ślub po swojemu.

– To taki duży robot kuchenny – wyjaśniła z boku babcia. Podeszła nieco bliżej i objęła wnuczkę za ramiona.
W tradycyjnym rodzinnym geście obrony przed Złym Światem, który znienacka podrzuca im na próg różne Pyziaki, roboty kuchenne i inne zagrożenia.

– Ach, dzięki – bąknęła Laura.
– Proszę bardzo – dodał Pyziak tonem raczej odpychającym, oburącz składając córce pod stopy bezcenny ślubny dar z kokardą.
Laura stała bez ruchu, wysuwając bojowo żuchwę...
Po co go zapraszała, jeśli jest do niego bojowo nastawiona?
Ej, ale widzicie to? Pyziak pokornie zgięty składa dar pod stopy Laury, dumnej i wzgardliwej jak królowa...

...i wyraźnie obmyślając jakąś dłuższą wypowiedź, więc jej mama zbliżyła się czym prędzej i uwolniła ją od paczki.
– Postawmy to w pokoju Ignasia – zaproponowała pojednawczo i zaraz zaniosła pudło do pokoiku obok.
– Hm. Miło, że przyjechałeś – powiedziała uprzejmie Laura, spoglądając nie na ojca, tylko w bok.
Po co zaprosiła na ślub człowieka, któremu nie umie spojrzeć w oczy?
Bo tak wypada, tak samo, jak wypadało zaprosić koleżankę z klasy.

– Pewnie chcesz, żebym cię poprowadził do ołtarza?
Laura zesztywniała i zapłonęła krwawym rumieńcem.
– Nic podobnego! – palnęła dumnie, bez namysłu. – Przecież nie chciałeś być moim ojcem. Myślałam, że poproszę Grzegorza. Ale on też nie jest moim ojcem...
Ale po co w ogóle musiała prosić o prowadzenie do ołtarza kogokolwiek pełniącego rolę ojca? Od kiedy w rodzinie Borejków była taka tradycja?
Naciągany wątek nr 4.
No, wykwitła nagle na ślubie Nutrii w 1999 (Kalamburka). Nic nie wiadomo, by Ignacy prowadził do ołtarza którąkolwiek inną ze swych córek albo Grzegorz Różę. Paczpani, za późno ten telewizor wyrzucili, zdążyli jednak przesiąknąć miazmatami amerykańskiej kultury... No chyba że Autorka mi udowodni, że prowadzenie panny młodej do ołtarza przez ojca to stara, polska, piastowska jeszcze tradycja...
(Tu chciałabym dodać, żeby uprzedzić niektóre komentarze, że chociaż ja osobiście tego obyczaju nie znoszę, to uważam, że niech tam sobie każdy popyla do ślubu jak chce, może nawet skoczyć z organów huśtając się na żyrandolu, mnie nic do tego. Ale w tej rodzinie, konserwatywnej i pełnej wartości, katolickiej, z gębami pełnymi frazesów na temat polskich tradycji w co piątym zdaniu?!)

...Więc poprosiłam dziadziusia. To dziadek mnie poprowadzi do ołtarza. Przez te wszystkie lata to on był... – i nagle głos jej się załamał. Umilkła.
Grzegorz w kącie zniewidzialniał jeszcze bardziej i całkiem wtopił się w ścianę.
(tak serio, to myślę, że chyba go przy tej scenie nie było - chyba Laura nie byłaby aż tak bezduszna, by wygłaszać takie teksty w jego obecności?)
Tak możemy gdybać, narrator przypomina sobie o Grzesiu dopiero gdy „drugi mąż” wiezie część rodziny na ślub, czyli jest do czegoś potrzebny. A czy wcześniej był poza domem, czy siedział w kuchni bez słowa i rozmowę z Pyziakiem pozostawił do rozegrania dzielnej Gabrieli, czy też w ogóle nie zauważył przybycia poprzednika, bo zaszył się w pokoju przy komputerze – co za różnica...

Dziadek Borejko chrząknął ze wzruszenia tak, że zabrzmiało to jak nieduża implozja.
Pyziak milczał w konsternacji.
– Chwileczkę, przecież jestem po spowiedzi – przypomniała samej sobie Laura.
I nagle łzy jej stanęły w oczach.
Dla bezsensownych wstawek o spowiedzi można by sporządzić osobną statystykę. Czy będąc po spowiedzi nie można komuś powiedzieć „zawiodłeś mnie, dlatego zaufałam komuś innemu”?

Magda przerywa niemiłą scenę przypominając Laurze, że muszą iść po suknię. Gabriela proponuje kawę lub herbatę, która to niezawodna kwestia niczym za dotknięciem magicznej różdżki natychmiast rozładowuje napięcie. Znów wkracza Bernard, tym razem szuka zgubionej komórki.

– Ach! – to znów ty, siwy wagabundo! – skonstatował (...) z udanym zaskoczeniem. – Co ty się tak kręcisz w kółko, wciąż na ciebie wpadam. A więc jednak przyjechałeś na ślub córki, hę? A już chciałem przyjmować zakłady...
I w tym momencie Tygrys albo ktokolwiek inny powinien Bernardowi przerwać i powiedzieć, że to sprawy między dorosłą Laurą a jej ojcem i sami je rozwiążą. Ale przecież nie w ciepłym, gościnnym domu Borejków.

...Hej, założę się, że to właśnie ty usiadłeś na moim telefonie. To z tego właśnie miejsca dzwoniłem, człowieku z życiorysem.
Czyżby Bernard sugerował, że wie, iż ojciec Laury siedział w więzieniu? Czy ktokolwiek z Borejków opowiadał o tym niesłynącemu raczej z dyskrecji Bernardowi?
Taaaa, najwyraźniej dzielili się obficie z całym światem informacjami na temat wyrodnego zięcia - nic to, że informacje o pobycie w więzieniu pochodziły z baaaardzo mało wiarygodnego źródła.

Bernard mówi Laurze, że przywiózł jej tort, na co ona załamuje ręce, bo jest jej ten tort potrzebny dopiero na sylwestra.
– (...) Przepraszam najmocniej. No i właśnie, czy w ramach rekompensaty mogę cię gdzieś podwieźć? Na dworze okropna pogoda, nie tylko psa bym nie wypędził, lecz nawet panny z koafiurą.
Na te słowa Laura nie dzwoni do nikogo z informacją, że jednak nie potrzebuje podwiezienia, bo kto inny jej pomoże. Wynika z tego, że sama planowała przydźwigać od krawcowej imponującą suknię ślubną. I żadna kobieta w tym domu, ani z tych starszych, które były niedawno zapraszane do kogoś na ślub, ani z tych młodszych, które kupowały suknie już w kapitalizmie, nie uprzedziła jej, że takie suknie są pakowane w ochronne futerały, zajmują dużo miejsca i ważą niemało. Sama krawcowa, taka poważana w środowisku, też jej tego nie uświadomiła.
Nie znam kobiety, która wykazałaby się podobną niefrasobliwością w obchodzeniu się ze swoją suknią ślubną. Jak już się na kieckę wydaje 1000 złotych, to się ją hołubi. Suknia Laury była projektem autorskim, szyto ją na specjalne zamówienie, Laura musiałaby się zatroszczyć o to, żeby nic po drodze jej się nie stało.
Naciągany wątek nr 5.

Zajrzyjmy do sutereny:

[Józef, bo przecież nie Marek] Odszukał w swoim biurku paczuszkę z prezentem i nagle stwierdził, że przedstawia się ona dosyć nieciekawie, ponieważ wyszmulała mu się wśród rupieci. Nawet było na niej trochę smaru rowerowego, nie wiadomo jakim cudem. Zdjął opakowanie – i całe szczęście! Pod papierem nie było widać, że pudełeczko po gwoździach pękło, miało brzydką rysę przez cały wierzch.
Nie dość, że piosenkę, na którą tak czekała Janicka, przeniósł na starego pendrive'a, to jeszcze zapakował go jak świnia.
Prawdę mówiąc, nie miała na co czekać. Bądźmy szczerzy: prezent był do bani.
Wreszcie się zgadzamy!
Przede wszystkim chcesz jej dać w prezencie mp-trójkę ściągniętą z Internetu, co powinno się spotkać z dezaprobatą kreującej twoją postać autorki, bacznie pilnującej, żeby jej twórczości nie rozpowszechniano na Chomiku.
A wystarczyłoby dodać, że Józek piosenkę owszem, ściągnął, ale z serwisu z legalnymi plikami, za które płaci się poprzez SMS. Mógłby to na przykład pobrać z iplay.pl, przez cały dzień męczyć się z instalowaniem kolejnych wtyczek i programów, a w końcu zawirusować sobie komputer – to by dopiero było poświęcenie.

Pałys, memloku, wykazałeś się skąpstwem i pazernością – powiedział sam do siebie. – Pożałowałeś miłej dziewczynie nawet pendrive'a, a masz tego przecież pełne szuflady. Weź no, głupku, przeklej to raz jeszcze na coś porządnego, nowego, opakuj po europejsku...
To znaczy zgodnie z normą EN 13427:2004 albo EN 13428:2004?

...a dopiero potem doręczaj. Żebyś się, ofiaro, jeszcze bardziej nie ośmieszył.
Tak zrobił.
Tylko że ostatecznie z tym nowym opakowaniem powstały drobne kłopoty. Ani rusz nie mógł znaleźć odpowiednio eleganckiego pudełeczka. No, w każdym razie – nie u siebie.
Przybrudzony używany pendrive z hiphopolowym hitem w eleganckim pudełeczku – to się nazywa przerost formy nad treścią :-P

W końcu znajdzie śliczne opakowanie, da Agacie prezent, a tu się okaże, że... klik. W końcu dziewczyna rzekomo nie umie pobrać z Internetu jednego pliku :-P

Dobra, Józef, wprawdzie nie pytasz mnie o zdanie, ale i tak je poznasz, bo te twoje cyrki z prezencikiem już mi bokami wychodzą. Mam kilka propozycji.
1. Zamiast używanego pendrive’a daj jej prosty model odtwarzacza mp3 z pamięcią 512 MB, znajdziesz taki mieszczący się w limicie cenowym.
2. Dopłać niecałą dychę i kup po prostu płytę, z której pochodzi piosenka. W niektórych sklepach internetowych można przedmiot zamówić od razu ładnie zapakowany na prezent.
3. Za podobną cenę możesz też kupić składankę z hitami Eski czy Vivy, która zawiera ten przebój.
4. Jak już ściągasz, to ściągnij całą płytę. Znajdź jakąś kopertę na płytę CD, rozłóż ją, rozprostuj i odrysuj ten szablon na kolorowym kartonie. Wytnij, pozaginaj, sklej i ładnym (w miarę możliwości) pismem nanieś na jedną stronę koperty listę utworów. Na drugiej stronie napisz jakąś ładną dedykację.
5. Zrób taką kopertę, ale na płytę nagraj tylko tę jedną piosenkę, zamiast spisu utworów zrób jakiś ładny obrazek. Na przykład karton weź ciemnofioletowy, na to naklej ładnie wyciętą zieloną choinkę, nad nią żelowym srebrnym długopisem z brokatem namaluj gwiazdki. Kombinacje możesz mnożyć.
6. Chociaż takie wycinanie i zginanie koperty może ci się wydać zbyt babskie i uwłaczające mężczyźnie, może lepiej skocz do dobrze zaopatrzonego papierniczego po gotową kolorową kopertę na płytę.

Poszedł do pokoju Łusi.
Siostrzyczka pojechała z mamą i Ziutkiem po zakupy, a potem mieli wpaść po tatę. (Zawsze istniała obawa, że, pochłonięty pracą lub zatrzymany przez chorych albo personel, doktor Marek Pałys zapomni o uroczystościach rodzinnych).
Drugi Judym normalnie...
Czy ktoś jeszcze wyczytuje między wierszami, że Ida zamierza zaciągnąć Marka na ślub prosto z pracy, żeby nie zabłądził w monopolowym?
Ja wyczytuję, że Marek ucieka w pracę, starając się spędzać w domu możliwie najmniej czasu. Kto wie, może i jego tam rugają za branie dokładek.

Różowa sukienka druhny czekała na wieszaku, obok stały specjalne różowe pantofelki.
Blada, ruda, w stroju różowo-różowym. Czy autorka w ogóle nie wizualizuje sobie tego, o czym pisze? Aż się boję, jak wyglądała ta sukienka. Mam pewne skojarzenia...
I kolejny staropolski zwyczaj - ubrana na różowo “druhenka”. Tymczasem Róża, która jest świadkiem, nosa nie wyściubia z Kostrzyna, nie pomaga pannie młodej w przygotowaniach.
Po raz kolejny zadaję sobie pytanie: czy tak wyglądały przygotowania do ślubu w rodzinie autorki?

W pokoju panował jak zwykle miły porządek, gdyż Łusia była bardzo pedantyczna.

Na jednej półce przy biurku miała rząd przeróżnych słowników i poradników językowych, na drugiej – szkolne podręczniki, a obok – obłożone w jednakowe okładki wszystkie zeszyty...
Wszystkie w jednakowych okładkach? Bez sensu, można się pomylić i zostawić zeszyt z pracą domową, a wziąć ten, który będzie potrzebny dopiero jutro. Czemu Łusia nie mogłaby mieć okładek w różnych kolorach?

...oraz słynny, porządnie już pękaty, notesik do wpisywania Ciekawostek Minionych Dni.
Chyba do wklejania. A może w świecie Borejków notesiki puchną od zapisków?



Pomiędzy obrazkiem a cytatem wisiała karteczka z wypisanym przez Łusię hasłem: Inwersja! – (hyperbaton, przekładnia, przestawnia, transgressio) – zmieniony szyk wyrazów w zdaniu, w poezji służy efektom brzmieniowym i wersyfikacyjnym. Zwł. w barokowej, ale AM też lubił.
Po cholerę jej taka definicja na ścianie? Dwunastoletnia Łusia wkuwa słowo po słowie, że inwersja służy efektom brzmieniowym i wersyfikacyjnym, nie do końca to rozumiejąc i nie umiejąc wyjaśnić na przykładzie, a potem zanudza gości taką wiedzą? Albo może wystarczy jej, że zaimponuje tym Adamowi.
Mnie to się kojarzy z popisywaniem się jak tresowana małpka.

Pokój Łusi i ona sama cieszą się aprobatą Józefa:
Śmieszny, miły maluch wyrasta na dziewczynę. Na szczęście jest bystra. Bardzo bystra. O, o! Coraz bardziej. Strach się bać.
Wszędzie ma porządek, aż miło. Ale żadnych pudełek.
Ma szczęście, że jest dziewczynką, braciszka podobnie miłego Józek by już nie doceniał.

No, dobra, trzeba po prostu skoczyć do kiosku. Na pewno coś tam się znajdzie.
A potem na moment do babci.
Może jeszcze zostało jej trochę bigosu. Naleśniki z serem to nie jest obiad dla faceta.
Mój... tata... jest... kobietą???
Może tata nie jada w domu...
Ale mój owszem, naleśniki z serem właśnie :-)

– Trudno, to ja tymczasem skoczę po paliwo – rzekł Bernard, geniusz organizacyjny.
Nie, nic po drodze nie wycięłam. Tak zaczyna się następny podrozdział.

– A wy tam sobie róbcie, co musicie. Byle biegiem. Byle biegiem.
„Róbcie, co musicie” – to brzmi tak, jakby Laura poprosiła o podrzucenie do apteki, a Bernard taktownie nie chciał wypytywać, czy potrzebne jej witaminki, czy środek na biegunkę, więc powiedział „no to sobie kup, co tam potrzebujesz”. Normalna panna młoda podekscytowana odbiorem sukni od razu powiedziałaby, po co udaje się pod wskazany adres i upewniłaby się, czy w samochodzie Bernarda są warunki do przechowywania stroju; czy nie będzie na przykład musiała trzymać go obok nieosłoniętego niczym, udekorowanego kremem tortu.
Rozumiem, że tym, co Laura musi zrobić, jest wyłącznie odebranie sukni, a nie wykonywanie jeszcze krawieckich przeróbek na kilka godzin przed ślubem...

Stali przed domem Krawcowej Operowej. Wiatr się wzmógł, śnieg sypał jak obłąkany, zawieja zaćmiewała w całości pole widzenia, ulice były nieprzejezdne, a taksówki po prostu nieosiągalne.
A skąd o tym wiedzą, dzwoniły po jakąś?

W tej sytuacji Bernard bez namysłu zaofiarował się, że oczywiście odwiezie dziewczyny z powrotem do domu, poprosił tylko, by pamiętały o tym, że czeka go długa i trudna droga, nim wreszcie osiągnie wiadomy punkt docelowy na południowym wschodzie kraju.
Zapamiętajmy, o co prosił Bernard.

– Nie chciałybyście przecież, żeby Aniella wystąpiła wieczorem w pantofelkach, które by ją cisnęły w pięty, wskutek czego mogłaby, nie daj Boże, nawet i zapomnieć tekstu!?...!
Rzecz jasna, że tego nie chciały.
– No to się pospieszcie.
To rzekłszy, odpalił swój wyładowany po brzegi busik...
Najbardziej zwariowany ślub, na jakim byłam:
Narzeczeni w listopadzie stwierdzili, że nie opłaca im się czekać do czerwca na ślub w kraju, w którym nie ma dla nich pracy, więc pobiorą się w lutym. Restaurację na skromne wesele załatwiali w grudniu. Fotografem i didżejem w jednym był znajomy, który na ślub się spóźnił, a na wesele przyniósł takie płyty, jakich sam słucha na co dzień i na wejście puścił utwór Joy Division o jakże akuratnym tytule Love will tear us apart. Najbliższa rodzina panny młodej wpadła do kościoła na ostatnią chwilę, bo zgodnie z wytycznymi udali się ze stacji S-Bahna w stronę kościoła, tyle że obrócili się w złym kierunku i wypatrzyli wieżę świątyni innego wyznania.
I przy całej tej niefrasobliwości młodej pary, najbliższej rodziny i gości, jedno było dla wszystkich oczywiste: w jadącym do Berlina samochodzie dwa miejsca byly zarezerwowane dla maksymalnie rozprostowanej i przypiętej pasami sukni, więc dwie osoby musiały pojechać pociągiem.
Przypomnę, że suknia Laury nie była pierwszą lepszą wypatrzoną na wystawie, tylko uszytą na specjalne zamówienie przez krawcową specjalizującą się w strojach dla opery.

...zapowiedział, że zaraz wraca, i znikł wśród zawiei.
Tam jest zawieja śnieżna. A Laura miała zamiar iść po suknię z Magdą i we dwójkę nieść dużą, ciężką suknię, czyli mieć obie ręce zajęte i pozwolić wiatrowi zwiewać jej kaptur z głowy ze ślubną fryzurą i ślubnym makijażem.
Nie rozumiem, jak autorka mogła o tym wszystkim nie pomyśleć. Przecież wystarczyło napisać, że z suknią obiecał jej pomóc na przykład Grześ, ale pechowo zepsuł mu się samochód, akurat wszyscy byli w tym momencie na drugim końcu Poznania i tylko Bernard mógł pomóc.
Masochistki, one wszystkie są masochistkami. Gaba dzielnie cierpi po Pyziaku, Ida odmawia sobie kolacji, by skuteczniej hodować w sobie złość na cały świat, a Laura planuje zasuwać po suknię piechotą w śniegu i wichurze...

Krawcowa Operowa, która widziała ich przyjazd przez okno, już czekała, drzwi były uchylone.
– Dobrze, że macie transport, dziewczyny – powitała je w progu. – Co za pogoda! Nie doniosłybyście sukni do domu. Strach pomyśleć.
I dlatego właśnie suknię odbiera się na kilka dni przed ślubem! Stroje na spektakle operowe też dostarcza pani na godzinę przed premierą?
A przecież można to było jakoś uzasadnić. No nie wiem, u Borejków jest wielkie malowanie i suknia mogłaby się zachlapać. Znajomy wyjechał na święta i zostawił u nich małego kociaczka, którego rozpiera energia i ma ostre pazurki. Jakiekolwiek wyjaśnienie, czemu i obracająca się w sfeminizowanym środowisku Laura, i doświadczona krawcowa czekały z odbiorem sukni do dnia ślubu.
Albo napisać, że krawcowa słynęła z tego, że suknie szyje wspaniałe, ale wszystko na ostatnią chwilę (znałyśmy taką; jedna moja kuzynka odbierała suknię w nerwach dzień przed ślubem, druga przytomnie skłamała z terminem).

Przymiarka poszła sprawnie. Tym razem wszystko leżało doskonale...
Tym razem. Poprzednio jeszcze nie leżało. Krawcowa dokonała przeróbek i dopiero na kilka godzin przed ślubem sprawdzają, czy efekt jest zadowalający.

...toteż twórczyni kreacji machnięciem ręki zbywała kolejne postulaty Tygryska.
Aha, pewnie podobnie wyglądała dyskusja z fryzjerką i wizażystką.
Jezu, a co ona jeszcze chciała zmieniać...?!
Idealna krawcowa dla Laury:

http://1.fwcdn.pl/ph/60/94/96094/65583.1.jpg

– Nie wymyślaj, nie wymyślaj! – ucięła. – Jest idealnie. Przymierz welon.
Laura, która, gryząc wargi, kręciła się nerwowo przed lustrem...
Czyli nie jest jej wszystko jedno. Przejmuje się tą suknią. A więc nie mogła czekać z ostatnimi przeróbkami do dnia ślubu!

Przed państwem - Laura w sukni ślubnej, na czterech nóżkach (ilustracja z przymiarki przedświątecznej, więc bez cudownej fryzury - a szkoda).
Za to krawcowa jest bez nóżek.
Umie lewitować! Zaiste słusznie ją cenią w środowisku śpiewaczym.

A tu - pierwowzór


...ustrojona w to swoje ślubne cudo, wydobyła z plastikowej torby zwinięty tiul i z pomocą Magdy osadziła go ostrożnie na swej wyszukanej fryzurze.
A tu niespodzianka, ciocia Ida przez lata czekała na okazję do zemsty i teraz ciachnęła kawał z welonu, który cały czas gdzieś tam się pałętał po mieszkaniu.

– Za długi! – jęknęła dramatycznie, jak La Traviata.
Sorry, ale właśnie wyobraziłam sobie okoliczności, w jakich La Traviata mogłaby jęknąć “Za długi!” :D
Kuro!!! *płacze ze śmiechu*

– Nie za długi, tylko nie w stylu – oceniła krótko krawcowa.
Bez komentarza.

– Dawaj, ja ci go upnę.
Nastąpiła dłuższa chwila działań kreatywnych, to jest przypinania, odpinania, upinania i dopinania tiulu do koafiury.
I to jest właśnie ten moment, w którym przy Laurze powinna być Róża - w końcu to do jej zadań będzie należało później upięcie welonu, więc niech zobaczy, jak! A ta się opierdala w Kostrzynie.

– Okropnie! – oceniła z rozpaczą Laura.
– A bo to zawsze tak jest, jak się działa na ostatnią chwilę! – krawcowa też nie była zadowolona.
Mądre bohaterki Jeżycjady po szkodzie.

– Najlepiej by było całkiem bez welonu – wyrwała się Magdusia.
– No, przestań!
Masz tylko pomagać w dźwiganiu, nikt cię o zdanie nie pyta!
No jakżeż bez welonu, wszyscy by pomyśleli, że nie jestem dziewicą!

Krawcowa wzmogła wysiłki.
– Trzeba go po prostu zebrać w wąskie pasmo, o tak, i upiąć o, tu. Suknia jest strojna, fryzura bogata, więc welon powinien być dyskretny.
– Zbyt strojna? – podchwyciła lękliwie Laura.
Rychło w czas.
Ty się lepiej tym plastikowym kwiatkom przyjrzyj...
Cały czas się zastanawiam, czy te plastikowe kwiatki to podkreślenie już nie złego, ale jarmarcznego wręcz gustu Laury, czy pani MM zatrzymała się w kwestii mody nie tylko ślubnej w latach 70-tych? Ale do licha, swoje córki to chyba za mąż wydawała stosunkowo niedawno!!!
(A w ogóle - to gdzie u licha teraz można kupić plastikowe kwiatki?! Sztuczne to teraz z materiału się produkuje!)

– Nie. Skończ już z tą tremą. Będzie cudnie, a ja specjalnie przyjadę do kościoła, żeby to zobaczyć na własne oczy.
No to się zdziwisz.
Hehe.

Po kolejnym kwadransie już wszystko grało. Laura zaakceptowała nową wersję welonu, samopoczucie jej się podniosło, nerwy opadły.
A spieszącego się Bernarda w tym kolejnym kwadransie trafiał szlag.

Teraz twórczyni ślubnej szaty zapakowała ją z pietyzmem w profesjonalny pokrowiec, zasuwany na zamek.
No to chociaż tyle. Nieogarnięta sarenka pewnie chwyciłaby wieszak i ciągnęła suknię po chodniku.

W tym momencie okazało się niestety, że Laura nie ma czym zapłacić, bowiem, zdenerwowana przez ojca i popędzana przez Bernarda, nie zabrała z domu ani grosza.
– Nie przejmuj się, i to w dzień ślubu – pokrzepiła ją Krawcowa Operowa.
Ależ ona to lubi. Na dzień ślubu planuje sobie emocjonalną huśtawkę z wyrodnym ojcem.

– To dobra wróżba. Kto nie ma pieniędzy, ma szczęście w miłości. Zawieź suknię do domu, jak już tu masz ten transport, a zapłacisz mi potem.
– Co za wstyd – denerwowała się Laura. – Przepraszam. Wrócę natychmiast z zapłatą, proszę się nie niepokoić.
– Ani myślę.
Wyszły w zawieję.
I w tej zawiei Laura z pełnym makijażem i fryzurą ma zamiar przyjść tu z domu jeszcze raz, żeby zapłacić za suknię. Wcale nie przyjdzie i nie zapłaci, ale o tym później. Krawcowa na to przystaje, choć sama zapowiedziała, że będzie na ślubie, więc już te kilka godzin chyba nie zrobi jej różnicy.
Ale najważniejsze: czy słyszeliście o takim salonie sukni ślubnych, w którym płaci się na koniec? Wyobraźmy sobie, że klientka zamawia suknię, welon i bolerko, krawcowa uniwersalne modele sukni i bolerka dopasowuje do jej figury; welon przerabia tak, żeby pasował do reszty, a tu zaręczyny zerwane, ślubu nie ma, niedoszła panna młoda już nigdy w salonie się nie pokazuje. Krawcowa Operowa nie miała gotowego modelu, szyła wszystko od podstaw, a materiały do sukni ślubnych swoje kosztują.
Naciągany wątek nr 6.

Bernard czekał już od dłuższego czasu w swym busie, dla uśmierzenia szalejącej w nim niecierpliwości słuchając przez radio chorału gregoriańskiego.
Jasne. Czegóż by innego słuchał pozytywny bohater Jeżycjady. Przecież nie Radia Złote Przeboje.

Lecz spojrzenie, jakie im rzucił, gdy otwarły ośnieżone drzwi auta, było pełne wyrzutu.
– Nadużyto mej dobrej woli – oznajmił boleśnie. – Czekam już pół godziny, bezproduktywnie.
– Przecież i tak byś tu niczego nie wyprodukował, nawet gdyby to trwało minutę – ucięła jego skargi Laura.
No, no, sarenko, nie poznaję cię! A na poważnie – dlaczego, do licha, Laura nie może wreszcie powiedzieć, że tym, po co tu przyjechali, jest suknia ślubna? Bo Bernard tego nie wie, w dalszej części znajdzie ten pakunek zostawiony u niego w busie i zadzwoni z pytaniem, co mu tu dynda w jakimś futerale. Normalnie Laura powiedziałaby „długo to trwało, bo musiałyśmy jeszcze zrobić ostatnią przymiarkę sukni i był problem z welonem”. Ale pół-dziecko-pół-sarenka musi z tego robić wielką tajemnicę, bo inaczej cały pomysł autorki na suknię odjeżdżającą w dal wziąłby w łeb.
Naciągany wątek nr 7.

– Co mam zrobić z pokrowcem?
– Rzuć go gdzieś z tyłu, na wierzch.
– Co, co, co?!...!
A to, to, to. Do siebie miej pretensje, żeś o tym wcześniej nie pomyślała. Albo do autorki, która tak bez sensu rozpisała twoją postać w tym tomie.

Magda aż westchnęła ze zgrozy...
To może chociaż ona będzie tą rozsądną i wreszcie powie, że w pokrowcu mieści się słynna suknia?
Chciałabyś.

...a rozgniewana Laura bezpardonowo przedłużyła Bernardowi czas oczekiwania, włażąc na tyły busa, odwalając tam część niechlujnego ładunku i gniewnie przepychając na stronę liczne blejtramy. Wreszcie ustała w tym trudzie i pieczołowicie powiesiła bezcenny pokrowiec na haczyku przy oknie bocznym.
(...)
[Na Roosevelta] Laura wyskoczyła natychmiast prosto w tumany śniegu i wyjący wicher, wołając coś jakby: „zaraz wracam” (wiatr zagłuszył jej słowa) – po czym znikła w bramie.
Ale po co? Potrzebuje tragarzy do wyciągnięcia sukni ślubnej z busika?

Magdusia wysiadała nieco wolniej; zwlekała, bo z bramy tej wychodził równocześnie Józinek, z ponurą miną zmierzając w stronę kiosku na Moście. Biedny, pewnie wciąż przeżywał zdradę tej Staszki.
Nie wiem, doprawdy, czy śmiać się, czy płakać. Józek nigdy nie rozmawiał z Magdą o swoich uczuciach. Mogła się jedynie domyślać, co jest między nim i Staszką. I co – widziała, jak ta Staszka siedzi sobie u Borejków przy stole, opowiada o tym, że cośtam robiła ze swoim chłopakiem w Irlandii i według Magdy ona w ten sposób tak beztrosko wyznała całej rodzinie, że zdradziła Józka???
Litości. Owszem, Magda zauważyła, że Józek patrzy na Staszkę “jak zakochany”, ale przecież wie też, że Staszka ma dwadzieścia lat!!! Czy naprawdę podejrzewa, że między nimi coś było - te parę lat temu, zanim ona wyjechała z Polski? Coś na tyle poważnego, że można teraz mówić o “zdradzie”?! Czy ona sama, dorastająca dziewczyna, związałaby się, powiedzmy, z dwunastolatkiem?!

Jakże go Magda żałowała! Ach, wiedziała przecież, jak to boli!
Rany, jak mnie te miłosne dramaty nastoletnich bohaterów Neojeżycjady nic a nic nie obchodzą.
Niechby chociaż pomyślała, że boli nieodwzajemnione uczucie, a nie zdrada...

Pomachała mu w końcu krzepiąco z otwartych drzwi, lecz on ją niestety zignorował. Ale i tak ledwie zdążyła stanąć obunóż na chodniku i sformułować krótkie podziękowanie, którego Laura wskutek pośpiechu nie wypowiedziała...
To znaczy niby Magda myśli, że Laura już wszystko załatwiła i Bernard może sobie jechać, więc trzeba mu podziękować za całą przysługę? Przecież widziała, że prosto z samochodu Laura biegnie do domu, nie idzie do bagażnika, nie wnosi do bramy sukni...

...gdy już silnik ryknął jak ranny łoś, a niecierpliwy artysta, dodając mocniej gazu, sczezł wraz z busem wśród wiru białych płatków.
Nie minęła nawet minuta, gdy oblubienica wybiegła z bramy, ściskając w jednej dłoni kopertę z pieniędzmi, a w drugiej – otwarty parasol, i z takim rozpędem wpadła na Magdusię, że ta aż jęknęła.
Ahaa, ona jednak nie zamierzała iść z tymi pieniędzmi, tylko chciała ponownie wykorzystać do tego Bernarda? A więc Laurze wydawało się, że Bernard ma nieskończenie dużo czasu na usługiwanie jej (mimo że wyraźnie podkreślał, jak mu się spieszy). Skoro tak, nie powinna w ogóle widzieć problemu w tym, że ona sobie tę suknię wypakuje i zaniesie na górę, a on będzie na nią grzecznie czekać. Musiałaby natomiast widzieć problem w tym, że jej suknia zaliczy kolejną przejażdżkę upchnięta w busie, którym Bernard jeździ jak wariat, a po bagażniku przewala się mnóstwo innych przedmiotów. Sama krawcowa mówiła jej „zawieź suknię do domu (...), a zapłacisz potem". A skoro Laura chciała wrocić szybko samochodem, to nie byłoby bardziej sensowne zabrać suknię już po uiszczeniu zapłaty?
Naciągany wątek nr 8.

– Jadę z powrotem! – zawołała Laura pod wiatr, który wygiął jej parasolkę, zerwał kaptur i zasypywał śniegiem koafiurę.
JADĘ Z POWROTEM?!
No właśnie...

Tu nagle zatrzymała wzrok na pustym chodniku, na którym jeszcze przed chwilą znajdował się, wbrew zakazowi parkowania, bus Żeromskich. – Gdzie Bernard? – zaniepokoiła się, przecierając swe stalowe oczy.
Taki Literacki Gest Zdziwienia, nieprawdaż.
Niezależny od ilości nałożonego na okolice oczu makijażu.

Magdusia stała z rozchylonymi jak karp ustami, przejęta nagłym zlodowaceniem wewnętrznym. Czuła, jak drętwieją jej nogi, a zaraz potem ręce, wreszcie – język. Poczucie paniki i straszliwej klęski docierało do niej z opóźnieniem, jak fala dźwiękowa po wybuchu. Nie mogła przemówić ani słowa, nie mogła się też poruszyć. Wreszcie, pod niespokojnym spojrzeniem Laury, zdołała podnieść ciężką jak głaz rękę i wskazać w dal ulicy Roosevelta.
Nic z tego nie rozumiem. To w końcu Magda myślała, że operacja z suknią zakończona, można Bernardowi podziękować i iść? Jeśli tak, to po co jeszcze stała na chodniku i czekała na Laurę? Ten Józinek ją tak zahipnotyzował?
Naciągany wątek nr 9.

– Co? – spytała Laura, z wolna ogarniając ogrom katastrofy. – CO???!!! – A suknia?!...
A suknia, sarenko, poddała się naciąganemu do niemożliwości Imperatywowi Narracyjnemu.

Z bernardziego busa, oddalającego się wśród zawiei, zgodnie machają rękami Melomanka z warkoczem i w wianku z żywych kwiatów, Dzidka stojąca obunóż na logice i zdrowym rozsądku, i Kura dyndająca w pokrowcu na haczyku,
a Maskotek, czekając na ich powrót, piecze ciasto z dużą ilością cukru i masła.

83 komentarze:

Nefariel pisze...

Stwierdzam, że analiza McDusi nie jest śmieszna. Jest za to bardzo ciekawa, bo rzeczowa i IMHO ma spory walor edukacyjny. Na pewno przyda się także ludziom, którzy wyrośli już z pisania o Hermi Riddle, NaruSasu i schodzeniu na śniadanie...

RudyKrólik pisze...

"(...)Spełniasz wszystkie moje marzenia. A co ja mam zrobić dla ciebie?"
Przykro mi, ale moja chora wyobraźnia podsuwa mi tylko jedną rzecz jaką przyszła żona może dać przyszłemu małżonkowi, w przeddzień ślubu i we własnym przyszłym domu ;)

Nadal uważam, że MM chce byśmy znienawidzili wymyślone przez nią postacie. Mówię Wam, że ona się nimi znudziła, a o nikim innym pisać nie umie. Mam nadzieję, że MM wkrótce spotka swoją Misery :)

Borówka pisze...

Właśnie do mnie dotarło z całą mocą, że nie przebrnęłabym przez tę książkę. Przy całym moim sentymencie do starszych części serii. Tutaj Borejkowie (a także Pałysowie i Bernard) są po prostu niestrawni, co dobija mnie coraz bardziej z każdym zacytowanym fragmentem. Od dziś kibicuję Januszowi (który jest ograniczony, bo nie wyobraża sobie życia bez telewizora, jak starała się pokazać pani Musierowicz).

Jak autorka może wmawiać czytelnikom, że TO są ciepli, mili (:D), życzliwi i mądrzy ludzie, których wszyscy (poza tymi zUymi) lubią? Ja nie chciałabym spędzić z nimi ani świąt, ani żadnego innego dnia w roku.

Bezsensowne historie z sukniami, zdradami itepe pominę (tak jak i biedną Laurę bez osobowości) :P

Sama analiza "McDusi" różni się od pozostałych, co nie znaczy, że odbiega od nich jakością :)

Anonimowy pisze...

I śmieszno i straszno :D Przejdę a verbis ad verbera - biję bezgłośnie brawko!

Anonimowy pisze...

Ja tylko tak a propos zmiany Laury z Tygrysa w Sarenkę. uwazam, ze chociaz zmiana byla z jednej skrajnosci w druga w zamysle ma sens. opieram sie tu o doswiadczenia wlasne. jako nastolatka bylam taka troche tygrysowa. moze nie tak cieta ale bardzo rozzalona z podobnych powodow co Laura. szybko sie irytowalam i wyzywalam na najblizszych potem tego zalujac. wnioskuje ze bralo sie to z braku pewnej stabilizacji. otrzymalam pomoc w osiagnieciu tej stabilizacji psychicznej dzieki przyjacielowi i pozniejszemu partnerowi. zrobil sie ze mnie mniejszy nerwus a i przestalamiec problem z okazywaniem cieplejszych uczuc. moze o to chodzilo MM, moze to chciala pokazac ale no... przesadzila ;) pozdrawiam i przepraszam za brak polskich znakow.

CraftyKhajitt pisze...

Ta okładka - to musiałaby być chyba książka o Juliu... znaczy Januszu Pyziaku :D

A z innej beczki - ile jeszcze tygodni będzie się ciągnąć ta analiza? Pierwszy tom Achai był, z tego co pamiętam, dwa razy grubszy, a zmieścił się w trzech odsłonach...

Anonimowy pisze...

Aufffgrhhhh... Błagam, niech to będzie już koniec Mcdusi! Mam jej już serdecznie dość! Dajcie mi, proszę, jakąs mało wymagającą analizę z córkami Voldemorta! Przynajmniej w Harry'm Potterze wszyskie książki znam.

Bumburus pisze...

O, Maskotek coraz to nowe talenty odkrywa!
Napiszcie koniecznie, czy ciasto okazało się zjadliwe...

Anonimowy pisze...

Bardzo mi się miło Was czytało!
Wolałabym w ciemnym lochu siedzieć niż Wigilię w taki sposób spędzać.
Józinek z marzeniami o skromnej pannie młodej!No stara baba,nie młody chłopak.
Będac roztargnioną nieśmiałą osobą (i nie bogatą) między 18 a 25 rokiem zycia zwiedziłam kawał Europy,w tym ukochany Paryż, bez faceta,nikt mnie nie musiał łaskawie zabierać!Do Wilna sa całkiem tanie wycieczki.
Uczyłam się łaciny w liceum,miałam ja na studiach,sporo pamiętam i nie przyszło mi do głowy popisywać się tym w towarzystwie.
Okładka super!!!
Melomanko,miło czytać!Ja też nie znoszę prasować,mój mąż prasuje sam,oby Ci się taki trafił.
Z tym zapraszaniem różnie bywa,mój dziadek porzucił rodzinę, widziałam go może 5 razy,może 7,matka wysłała mu zaproszenie na moją komunię.
Dialogi sa żenujące.
Suknię ślubną odbierałam z pralni tydzień przed ślubem i pod lufami szturmowców nie wypuściłabym jej z ręki.
Ale może to książka dla nastolatków jest,może je to śmieszy..

Chomik

Anonimowy pisze...

Eh, dużo jeszcze Wam tego zostało? Bo ja już odpadam i marzę o opku potterowym.

Anonimowy pisze...

A i kocham t o,co Dzidka napisała o nieoglądaniu informacji w telewizji!


Chomik

Ann pisze...

Janusz Pyziak - jedyna normalna osoba wśród ślubnych gości.

Rinceoir pisze...

La Traviata mnie ómarła <3 To rzeczywiście było dosyć ciekawe sformułowanie ;).

Matko Noc, ja już zapomniałam jak bardzo ta książka była potworna. Na miejscu Pyziaka bym zwiewała do Berlina pierwszym lotem i nie oglądała się za siebie.
I serio, czy tylko ja, gdyby narzeczony chciał mi w podróży poślubnej zrobić powtórkę z "Dziadów" to wykopałabym go na kanapę?
Ach, no tak. Laura nie miała jak, w końcu mieszkanie razem przed ślubem jet Be.

P.S. Jako poganka sobie wypraszam - nie chcę żadnego Józefa! Takiej miągwy bym przez pięć minut nie zniosła.

Herbaciany Potwór pisze...

Rodowita Wielkopolanka potwierdza: rzeczywiście, używa się "siermięgi" jako obraźliwego określenia. To takie coś kinda-sorta circa about a la nadużywana przez Józinka "miągwa". Nie mam w sumie pojęcia, skąd się to wzięło, ale funkcjonuje.

Herbaciany Potwór pisze...

Ach, jeszcze post scriptum: moja mama jest krawcową, która zarabia głównie na sukniach ślubnych. W życiu by się nie zgodziła szyć sukni tak późno - to raz. Należność rozkłada na raty dwie albo kilka, w zależności od możliwości finansowych klientki, przy czym rata numer jeden nazywa się zawsze Zaliczka (i rzeczywiście nosi wszelkie znamiona zaliczki, włącznie z terminem płatności!) - to dwa. Tylko w tym roku zdarzyło się aż dwa razy, że ślub odwołano, więc gdyby kazała sobie płacić dopiero po uszyciu, już dawno trafiłby ją szlag. Trzy: owszem, dostaje zdjęcia z sesji weselnych klientek i ich wybranków. I to dość często. Ale kto u diabła zaprasza krawcową na ślub? Inna sprawa, że taka krawcowa i tak raczej średnio miałaby czas. Mojej mamie by się wręcz NIE CHCIAŁO.

...chyba, że tu chodzi o podkreślenie faktu, że Laura jest z TYCH Borejków. I że na jej ślub musi, MUSI się zlecieć całe miasto.

Sineira pisze...

To wyższa szkoła jazdy - sprawić, że postaci, którym autor nie szczędzi superlatyw, jawią się czytelnikowi jako odrażające indywidua. Borejkowie to banda wrednych, złośliwych, niewychowanych kreatur. Trudno się dziwić Pyziakowi, że zwiał z tego kołchozu gdzie pieprz rośnie. Serdecznie współczuję Grzegorzowi, który został towarem zastępczym i zapchajdziurą dla "dzielnego" babska. Czy autorka naprawdę nie widzi, jak toksyczną rodzinkę stworzyła?

zen_OFF pisze...

No czeeeeść!
Tym razem już na wstępie zaznaczę, że reprezentuję płeć męską. Chyba rzeczywiście mój nick na to nie wskazuje (co innego sposób, w jaki odmieniam czasowniki)...

Bajdełej, miałyście rację, ta wigilia była... dziwna. Tak bardzo dziwna. Ale nic nie pobije poziomu żenady sceny, gdy nasznajwiększywrógzapijaczonyipoprostuzły Juliusz (!) wchodzi do domu. Zaczynając od idiotyzmu faktu, że Laura zaprosiła ojca na ślub (przecież go prawie nienawidzi), poprzez Gabę, od której powinni uczyć się najwięksi męczennicy, Łusię, która chyba wkuropatwia wszystkich oprócz Świętej Rodziny Borejków (serio, Maryja się chowa) aż do zachowania dziadka. Zresztą, JanuszJuliusz też ma sobie wiele do zarzucenia.

Aha, może zasnąłem, ale czy robot kuchenny (zajebiaszczy zresztą) nie był PREZENTEM ŚLUBNYM? Czyli był przeznaczony dla OBOJGA małżonków, c'nie? Dlaczego więc wszyscy pytają, czy Laura lubi gotować i robią wielki problem z faktu, że jednak nie? Może Adam się ucieszy z KitchenAida? Czy w głowach Borejków myśl, że to mężczyzna będzie gotował, nie ma prawa bytu? W końcu są tak tradycyjnie polską rodziną, że ojciec prowadzi córkę do ołtarza (no dobraaa, dziadek, ale wiecie, o co biega).

PS Zgłaszam się na ochotnika na misję zabicia überdziecka Łusi. Kto idzie ze mną?

PPS Masło w ciastach? Ida dissapproves.

Anonimowy pisze...

W przeciwieństwie do innych komentujących, wcale mi się spieszy do kolejnego opka potterowego - analiza McDusi jest o niebo bardziej wciągająca!

zen_OFF pisze...

PPPS Podoba mi się pomysł puszczenia Joy Division na ślubie! Nigdy bym się na to nie odważył :)

PPPPS Jak Staszka mogła ZDRADZIĆ Józefinka, skoro NIGDY nie byli PARĄ? Czy ktoś może mi to wytłumaczyć? Tak bez odwoływania się do teorii superstrun? I najlepiej rozrysować?

Anonimowy pisze...

Żadnego Józina! Jako poganka to mówię. A ta inwersja Łusi to, jeśli mnie pamięć nie myli, były próby rozpoznania cytatu z Wallenroda bez uwłaczającego korzystania z internetu. Deina

tuptaczek pisze...

Mnie samo czytanie McDusi nie odrzucało, choć zauważałam część rzeczy, które tu są omawiane. Najbardziej mnie jednak zastanawia to, że Mila przegnała Janusza i nikomu nie powiedziała o tym, że chciał wrócić. Wydaje mi się, że w powieści takie kłamstwo powinno w końcu wyjść na jaw, żeby pokazać, że to było złe. I może pozwoliłoby to nieco poprawić stosunki między Laurą a jej ojcem.
Poza tym, kurde kolejny ślub w święta! Oni już nie mają innych terminów? I ile można opisywać wigilię? Już była kilka razy, prawda? Ile razy można przytaczać do tekstu fragment Biblii? Ile można czytać o ubieraniu choinki?

Anonimowy pisze...

"Wracamy dzisiaj do miłe, ciepłe, do mieszkania na" Czy nie powinno być czasem do miłego, ciepłego? Wiem, że przekreślone, ale chyba miało to się jednak odnosić do mieszkania. A może jednak nie.


A.

Babatunde Wolaka pisze...

Analizatorki są dzielne. Bardzo dzielne. Borejkowie jawią mi się mocno odrażającym kolektywem. Chyba będę musiał przeczytać coś ze starej "Jeżycjady" dla kontrastu. Aha, i czy Bernard zawsze wysławiał się w taki sposób, jakby był pod wpływem niedozwolonych substancji?

"Klaun, zakochany klaun, on ma takie czułe serce..."
D - e - A - D. Trauma z podstawówki powraca.

" – Jak tam, byłeś grzeczny? Nie biłeś kuzynka?"
A więc tak to się teraz nazywa... Przepraszam, jestem dokumentnie, nieodwracalnie zepsuty.

"Co takiego w Bolesławie Chrobrym może imponować współczesnemu Polakowi? Karanie ludzi za wiarę inną niż odgórnie narzucona? Porwanie i zgwałcenie ruskiej księżniczki? Rozszerzanie granic Polski? "
Obawiam się, że jest taka grupa, której imponują wszystkie z powyższych.

Nie potrafię ocenić, czy cytat z pamiętniczka jest autentyczny, czy to znowu jakaś parodia.

@Herbaciany Potwór:
"Ale kto u diabła zaprasza krawcową na ślub?"
A na moim ślubie była krawcowa. Co prawda nie ta od sukni, ale i tak słusznie ceniona w środowisku oświatowym.

PS. "Traviata" zabija.

Anonimowy pisze...

Bardzo mi się podobają analizy Musierowicz, czuję jakąś oczyszczającą moc rozumu zwyciężającą nad idiotyzmem i zadufaniem... :)

Ze starych tomów czytałam tylko Klepkę i chyba Kwiat Kalafiora, którego już niestety nie pamiętam, ale wtedy bohaterowie wydawali się mili, przytomni... A to coś, co jawi się w McDusi to jakiś horror...

Zastanawiam się, czy Laura nie zakochała się w poloniście tylko dlatego, że podświadomie czuła, że tylko Adam zostanie zaakceptowany przez rodzinę, bo ma podobne zboczenia literackie... :P To by tłumaczyło, czemu nie rozmawiają, to małżeństwo z rozsądku!

C.

minimysz pisze...

Na moim ślubie była krawcowa, ale to przez to, że sukienkę szyła mi mama :)
Bernard niewątpliwie jest pod wpływem niedozwolonych substancji i ma przez to zaburzoną percepcję. Chyba że nie zrozumiałam dowcipu zawartego w zdaniu "Co ty się tak kręcisz w kółko, wciąż na ciebie wpadam."

Anonimowy pisze...

"Co takiego w Bolesławie Chrobrym może imponować współczesnemu Polakowi? Karanie ludzi za wiarę inną niż odgórnie narzucona? Porwanie i zgwałcenie ruskiej księżniczki? Rozszerzanie granic Polski? "
Nie hipsteryzujcie, może Florek jarał się tym, jak Wy blogaskami. Nie ma ludzi władzy z nieskazitelnymi życiorysami, ale fascynowanie się konkretną postacią nie musi oznaczać bezkrytycznego uwielbienia, utożsamienia się i wdrażania w życie podobnych aktywności. Znam przemiłego gentlemana, który swego czasu połykał książki o Czyngis-chanie i krwiożerczych carach Rusi. Sama chętnie czytam o Maggie Thatcher, choć nie zabieram dzieciom mleka i nie każę umierać za jakąś wyspę. No, ale to ja i moje fascynacje, nie każdy musi się z tym zgadzać. Jednak dlatego sądzę, że zachwyt Florka jest całkiem dobroduszny, może podszyty pewnym zabawnym snobizmem, ale zrozumiały. Natomiast zgadzam się z tym, że warto jest poświęcić więcej uwagi historii swoich małych ojczyzn, lokalnym bohaterom, a nie tylko celebrytom wielkiej polityki.

Insomnia pisze...

Przy fragmencie, gdzie Łusia poprawia Pyziaka, po prostu zdębiałam. No dajcie spokój! Co autorka sobie w ogóle myślała, pisząc coś takiego? Że to będzie śmieszne?! Jeszcze nigdy nie spotkałam tak bezczelnego dzieciaka w literaturze. Wychwytywać u dorosłego (wątpliwe) błędy językowe? U nieznajomego faceta? U GOŚCIA?! Jedyną prawidłową reakcją na taką odzywkę wydaje mi się szarpnięcie smarkuli za ucho (no dobra, to można pominąć), udzielenie jej od razu reprymendy i kazanie jej przeprosić gościa. Gdyby moje dziecko powiedziało do kogoś, kogo zaprosiłam coś takiego, spaliłabym się ze wstydu!
Borejkom najwyraźniej takie zachowanie odpowiada.

Anonimowy pisze...

"Nie hipsteryzujcie, może Florek jarał się tym, jak Wy blogaskami."

Bardzo proszę o szersze wyjaśnienie powyższego, taki ze mnie sztywniak nienadążający za nowymi modami i zjawiskiem hipsterstwa.

Melomanka

Czytryna pisze...

Ale tym gościem, którego poprawiała Łusia, był przecież PYZIAK, czyste zUo. Nie wyobrażam sobie sceny, w której ktokolwiek z świątobliwych Borejków zganił dziecko za wytykanie błędów TEMU znienawidzonemu Pyziakowi. Oczywiście, że im takie zachowanie odpowiada.

Anonimowy pisze...

Tym razem znacznie dzielniej zniosłam kolejną analizę tej miłej powieści (może dlatego, że nie było Idy).

Dzielnie czekam na kolejny fragment zmagań naszych miłych analizatorek.


Gosia

Pigmejka pisze...

NIENAWIDZĘ takich ludzi jak Borejkowie. Nie przebrnęłabym chyba przez tę Musierowicz, więc brawa dla Was za wytrwałość i za tak dokładne podejście do tekstu. Aż się boję myśleć, co tam będzie dalej...

Anonimowy pisze...

"Nie hipsteryzujcie, może Florek jarał się tym, jak Wy blogaskami."

"Bardzo proszę o szersze wyjaśnienie powyższego, taki ze mnie sztywniak nienadążający za nowymi modami i zjawiskiem hipsterstwa."
Używam tego sformułowania w odniesieniu do ludzi, którzy moim zdaniem, okazują nadmierny niepokój czyjąś "pospolitością"


Anonimowy pisze...

Florkowe zapuszczenie wąsów na cześć anonimowego woja dowodzonego przez Chrobrego jest "pospolite"?

Melomanka

Anonimowy pisze...

Nie o to chodziło w krytyce Florkowej fiksacji? Bo tak to odbieram: na hasło Chrobry prosty Florek zapuścił wąsy, jaki on głupi hahaha - z mojego punktu widzenia człowiek podszedł do historii regionu w sposób romantyczny, a dziwactwo w postaci zapuszczenia wąsów uważam za nieszkodliwe. Niektórzy lubią gadżety i przebieranki.
W dobie popularności serialu Gry o tron, nie widzę problemu, w tym, że ktoś podekscytował się średniowieczem z własnego podwórka. Fajnie jest zdystansować się, wyjść na pole, popatrzeć na posiadłość rolną i zamyślić się: wsi spokojna, wsi wesoła, a kiedyś to tu król jechał i wojowie jego, może nawet kogoś zgwałcili...

Leleth pisze...

Um... ale Gra (nie Gry) o tron to low fantasy, nie średniowiecze. I nie wiem, co to ma właściwie do rzeczy, fascynatów średniowiecza znałam na długo przed emisją Gry o tron.
A zdystansowanie się w kontekście zapuszczania wąsów na cześć woja brzmi śmiesznie... (natomiast ostatnie zdanie jest bardziej niesmaczne niż śmieszne).

Anonimowy pisze...

"– Pewnie chcesz, żebym cię poprowadził do ołtarza?"

Rrrwać. Wkurzało mnie to w musicalu "Mamma mia", który poza tym bardzo lubię, wkurza mnie i tutaj. Tak, niewdzięczna kreaturo, furda matka, która wychowywała cię całe życie. Żeby miał cię kto prowadzić do ołtarza, trzeba koniecznie w ostatniej chwili zorganizować łapankę na ojca, którego na oczy nie widziałaś (to o musicalu). Sophia z "Mamma mia" przynajmniej na koniec wyjęła głowę z czterech liter i prosiła matkę o poprowadzenie. Natomiast decyzja Laury o wzgardliwym odepchnięciu wyrodnego ojca na rzecz dziadziusia to tylko wzmocnienie stereotypu - "nieważne, kto cię wychował, i tak musi cię prowadzić jakiś facet". Jak znam ten cykl, to relacje Laury z dziadkiem "przez te wszystkie lata" nie obejmowały zmieniania pieluch, opatrywania zbitych kolan, zabawy w sklep, śpiewania kołysanek ani niczego takiego, co najwyżej podrzucenie paru nieodpowiednich dla wieku książek i trochę cytatów po łacinie.

Zgadzam się z komentarzami, że analiza tej książki nie jest ani trochę zabawna, za to bardzo jakościowa i informacyjna. Jeśli będzie kontynuowana, to przeczytam z zainteresowaniem, chociaż przyznam, że od patrzenia na głupotę, snobizm i ogólne napuszenie bohaterów jest mi już trochę źle i mam ochotę wydrapać sobie oczy z rozpaczy. Jeśli w charakterze przerywnika puścicie jakąś córkę Saurona schodzącą na śniadanie, to się nie obrażę.

Anonimowy pisze...

Jasne, o to nam właśnie chodziło - Florek to głupi prostak, z którego naśmiewamy się my - hipsterzy, hejterzy i jakie tam jeszcze określenia są teraz na czasie...

Melomanka

Anonimowy pisze...

aha, brzmi logicznie....chyba się nie obraziliście?
Um... ale Gra (nie Gry) o tron to low fantasy, nie średniowiecze. I nie wiem, co to ma właściwie do rzeczy, fascynatów średniowiecza znałam na długo przed emisją Gry o tron."
Wiem, że Gra o tron nie jest oparta na faktach (autentycznych), jednak jest silnie zainspirowana średniowieczem. Skoro znasz fascynatów, powinno być dla Ciebie normalne, że nawet w codziennych kontaktach próbują podzielić się swoimi odkryciami. Czemu Florek, nie miałby opowiadać o Chrobrym?

"A zdystansowanie się w kontekście zapuszczania wąsów na cześć woja brzmi śmiesznie...
Bo miało być.

"(natomiast ostatnie zdanie jest bardziej niesmaczne niż śmieszne)."
Przykro mi, ale jeśli nie trawisz mojego tekstu to jest to problem Twojego żołądka, nie mój. Boję się gwałtu, ale nie boję się słowa "gwałt". Zajmując się historią, trafia się na smaczne kąski lub obrzydlistwa, ale życie toczy się dalej, więc możesz albo obrazić się na daną postać albo przejść nad tym do porządku dziennego.

Anonimowy pisze...

Anonimowy: "Skoro znasz fascynatów, powinno być dla Ciebie normalne, że nawet w codziennych kontaktach próbują podzielić się swoimi odkryciami. Czemu Florek, nie miałby opowiadać o Chrobrym?"

Hmm, chyba właśnie w tym sęk. Gdyby Florek dał się poznać jako pasjonat średniowiecza jako takiego, gdyby bawił się w odtwórstwo historyczne, itd. to wyglądałoby bardziej naturalnie. Ale z tekstu wynika, że zainteresował się nie tyle średniowieczem, ile swoim grajdołkiem, dowiedział się, że kiedyś przejechał tamtędy średniowieczny władca i zrobiło to na nim tak piorunujące wrażenie, że aż zapuścił wąsy. No, ni pri cziom ta jego decyzja wizerunkowa. Samo opowiadanie o odkryciach jest OK.

Anonimowy pisze...

Dla mnie jest oczywiste, że zainteresowanie historią Florka jest powierzchowne i wybiórcze, stąd te wąsy - taki autorski żart. Nadal jednak nie rozumiem co w tym złego, że ktoś usłyszy jakąś historię dotyczącą najbliższej okolicy i bardziej w to wsiąknie. Czy do tego trzeba się specjalnie przygotować biorąc udział w warsztatach historycznych? To takie ludzkie zainteresować się odpryskiem dziejów: tu był Chrobry, Piłsudski albo Plater. Trochę plotkarstwo, a trochę zwyczajna ciekawość. Moim zdaniem wąsy są zabawne, lubię bohaterów, którzy wyskakują z czymś irracjonalnym.

Anonimowy pisze...

A ja też chciałam przyłączyć się do głosu osób, którym się analiza podobała. Szczerze mówiąc analizę Achai i teraz McDusi czytałam ze szczerym zainteresowaniem i niczego mi nie brakowało (kwikaśne momenty przecież też się trafiały) a przy tym można było sobie różne rzeczy przemyśleć. Bardzo mi się podoba jak pokazujecie, że do literatury nie należy podchodzić bezkrytycznie, nawet jeśli ktoś to wydał i ma ogólnie dobrą opinię.
Bardzo się ucieszę jeśli tego typu analizy będą pojawiać się częściej :)

Goma

Anonimowy pisze...

Marit
Czy ktoś wie, co to jest za imię "Ziutek"? Do tej pory myślałam, że to zdrobnienie od "Józef", a Józef to ten starszy... Tak się im to imię spodobało, że dali je DWÓM synom???

Leleth pisze...

Anonimowy - ja jakoś widzę subtelną różnicę między niebaniem się słowa "gwałt" a żartowaniem z niego...
"Wiem, że Gra o tron nie jest oparta na faktach (autentycznych), jednak jest silnie zainspirowana średniowieczem."
Jak mnóstwo fantasy. I co? Równie dobrze można by mówić o erze popularności Tolkiena.
I zanim zaczniesz coś komuś zarzucać, to uświadom sobie, że nikt Ci nie czyta w myślach. Ty możesz wiedzieć, że to fantasy, ale wypowiadając się w taki sposób, przekazujesz rozmówcy, niezobowiązanemu do wnikania w twój każdy skrót myślowy, że nie masz pojęcia o przedmiocie. Li i jedynie.

""A zdystansowanie się w kontekście zapuszczania wąsów na cześć woja brzmi śmiesznie...
Bo miało być."
O'rly? Jakoś nie widać.

Ziutek to u Musierowicz Kazimierz.

Anonimowy pisze...

Mam nadzieję, że wysłałyście zawiadomienie o analizie do MM.

Anonimowy pisze...

"- ja jakoś widzę subtelną różnicę między niebaniem się słowa "gwałt" a żartowaniem z niego...
Leleth nie śmieję się z gwałtu, skąd ten pomysł. W ogóle nie komentuję po to, aby kogokolwiek tu zabawić. Doprawdy mogłabyś okazać trochę dobrej woli i dostrzec subtelną różnicę między żartowaniem z czynności przestępczej a ludzkiej mentalności, która lubi upraszczać i zapominać. Szacunek dla ofiar to jedno, ale uczulenie na nazwisko władcy to już paranoja. Do pociągu "Chrobry", też byś nie wsiadła?

"A zdystansowanie się w kontekście zapuszczania wąsów na cześć woja brzmi śmiesznie...
Bo miało być."
O'rly? Jakoś nie widać.
Mnie wąsy po woju bawią. Bardzo. To surrealistyczne. Wąsy bardzo fajnie, ale bez zbędnej zgryźliwości komentują mentalność ludzi lubiących pobawić się w historię bez bólu dupy o ideologię.
"Jak mnóstwo fantasy. I co? Równie dobrze można by mówić o erze popularności Tolkiena.
I zanim zaczniesz coś komuś zarzucać, to uświadom sobie, że nikt Ci nie czyta w myślach. Ty możesz wiedzieć, że to fantasy, ale wypowiadając się w taki sposób, przekazujesz rozmówcy, niezobowiązanemu do wnikania w twój każdy skrót myślowy, że nie masz pojęcia o przedmiocie. Li i jedynie.
No właśnie mimo, że nie czytasz mi w myślach, próbujesz mi uświadomić kilka istotnych informacji na mój temat, niestety niezwiązanych z poruszonym przeze mnie tematem. Niepotrzebnie, to mnie nie interesuje, nie oczekuję, że będziesz mi czytać w myślach i doceniać. Biorąc pod uwagę lakoniczność innych komentarzy, nie widzę sensu w konstruowaniu przesadnie obrazowych wypowiedzi. Doszukuję się sensu, a nie negatywnych emocji, chyba moje słowa nie są obierane jako atak, bo nie o to mi chodzi. Odnoszę jednak wrażenie, że zaczyna powstawać jakaś niezdrowa atmosfera, a szkoda.
Generalnie staram się brać każde słowo za dobrą monetę, czasem nie ogarniam, ale drążę. Po pierwsze nadal uważam, że wąsy Florka to naciągany problem, nie będący w tej książce niczym szczególnie bulwersującym. Nie lubicie takiego zarostu,ok, nie przepadacie za Chrobrym, spoko. Takie Wasze prawo, że możecie sobie wyśmiać. Jednak nikt jeszcze nie przedstawił mi argumentu, który by mnie przekonał do tego, że Florek, wąsy i Chrobry nie są zgraną ekipą. A już doszukiwanie się w tym celowej złośliwości autorki trąci megalomanią. Po drugie nie zarzucam coś tylko się powołuję. Ktoś lubi fantasy albo właśnie nie, cały gatunek go nie obchodzi, za to zainteresował się tym konkretnym serialem, lub przeczytał tylko Tolkiena. Dla mnie to całkiem w porządku, tak samo jak Florek, który spontanicznie zachwycił się wojami. Tego typu historie zdarzają się bardzo często mężczyznom, w których wciąż tkwi dziecko. Myślę, że tak właśnie jest skonstruowana ta postać, dojrzały facet, w którym nagle pod wpływem impulsu, do głosu doszedł mały chłopiec lubiący bawić się w wojenkę. A dlaczego nie zaistniał tu jakiś bardziej zasłużony człowiek - czy możemy jednoznacznie stwierdzić, że wojowie byli odrażający, brudni i źli? Chyba nie. Wśród nich mogło się znaleźć kilku prawych mężów, na których to Florek mógł się z czystym sumieniem powołać.

Anonimowy pisze...

Byłoby mi strasznie wstyd, gdyby moja rodzina tak rozpamiętywała moje rozstanie sprzed dwudziestu lat i wzdychała, jaka to byłam dzielna. Widać Gabie to nie przeszkadza, a nawet ją cieszy. Dobrze, ze w tej analizie nie było Idy, bo nie zdzierżyłabym... Dobrze też, że nie było za dużo tego niewychowanego bachora, Łusi.

" – W prezencie ślubnym. Robot kuchenny. Chyba to dobry pomysł??...
– O! – odrzekła Gabriela, zaskoczona. – Chyba dobry... może Laura wreszcie polubi gotowanie.
– A nie lubi?
– Nie.
– No, ale – pospieszyła taktownie babcia – teraz będzie miała okazję polubić. Na pewno będzie gotowała mężowi obiady."
Cholera, czy ten prezent nie mógł być dla Laury i dla Adama? Od razu założyli, że to Laura ma gotować, chociaż nie lubi. Aż przypomniałam sobie, jak na pewnym ślubie panna młoda dostała od jednego gościa odkurzacz "na nową drogę życia", a pan młody pieniądze. :/

Podziwiam, że chciało wam się to analizować. Tym bardziej, że widać, że załoga lubi stare książki pani Musierowicz i na pewno nie było to przyjemne zobaczyć, jak ewoluowali co niektórzy bohaterowie. Pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Mam zapytanie: czy wyście zestawiły Chrobrego ze Stalinem w ramach żartu, czy tak na serio?
Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

Anonimowy pisze...

Wypłosz - raczej ciągoty imperialne i sentyment do czasów, kiedy się podbijało kolejne ziemie, obojętnie jakim kosztem.

Melomanka

Anonimowy pisze...

Anonimowy: "Cholera, czy ten prezent nie mógł być dla Laury i dla Adama? Od razu założyli, że to Laura ma gotować, chociaż nie lubi."

I zauważmy, że ten zły Pyziak tylko przyniósł robota (nie wiedząc nic o niechęci Laury do gotowania, a taki robot sam w sobie to wcale niegłupi prezent ślubny). To ci dobrzy Borejkowie od razu zaczęli planować zapędzanie dziewczyny do garów, doskonale o tej niechęci wiedząc. I kto tu jest negatywnym bohaterem?

Melomanka: "raczej ciągoty imperialne i sentyment do czasów, kiedy się podbijało kolejne ziemie, obojętnie jakim kosztem."

Mimo wszystko. W przeciwieństwie do Stalina, Chrobry na tle ówczesnych władców wcale nie wypadał szczególnie źle (może nie licząc tej kary dla niewiernych żon swoich drużynników, to chyba zszokowało nawet jemu współczesnych). Gwałty, rozboje - to wszystko było wtedy na porządku dziennym, a wręcz stanowiło podstawę utrzymania drużyny, i ciężko mieć pretensję do władcy, że nie wyprzedzał swoich czasów. Poza tym znajomość tamtych wydarzeń jest obecnie słaba i nie budzą one takich emocji, w przeciwieństwie do zbrodni stalinowskich, których świadkowie przecież żyją.

Anonimowy pisze...

Nie mam pretensji do władcy, że nie wyprzedzał swoich czasów. Ale właśnie z racji tego, że oceniamy z perspektywy czasów obecnych, możemy znaleźć w historii o wiele bardziej godne podziwu postaci, których nie musimy tłumaczyć "no tak, gwałcił, torturował, mordował, ale wtedy była inna moralność".

Melomanka

Anonimowy pisze...

Zgadzam się z anonimem nade mną (pewnie zostanę posądzony o dublowanie się, ale furda). Szczerze mówiąc, gdy przeczytałem to zestawienie, to poczułem się mocno wzburzony. Na spokojnie chcę po prostu powiedzieć, że zestawianie Józefa Stalina i barbarzyńskiego kniaziny, który był zdolnym dzieckiem swoich czasów, jest naprawdę przykrym nadużyciem, bo relatywizuje zbrodnie tego pierwszego, sprowadza ich po prostu do "podbojów" i "imperializmu". Trzeba pamiętać, że w czasach, gdy Chrobry gwałcił Przedsławę, na serio traktowano opinie w stylu "kobieta powinna czuć się zawstydzona przez sam fakt, że jest kobietą". Sam fakt, że trzeba to tłumaczyć, wydaje mi się dziwny.
Nie przeszkadzają mi wrzutki o "heteronormatywności", cokolwiek by to miało wnosić, ale traktowanie Stalina, jakby po prostu był okrutnym władcą, który zabijał, bo takie są odwieczne prawidła polityki, jest niegodziwe wobec tych, którzy zginęli, ponieważ Dżugaszwili ocenił, że w tym okręgu ma zostać wykonanych trzydzieści tysięcy egzekucji.
W każdym razie pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz :)
PS To nie ten Bolesław miał problem z niewiernymi żonami swoich wojów. Tamten to był Szczodry.

Anonimowy pisze...

Powtarzam, chodzi mi o samo podejście "byliśmy imperium i poszerzaliśmy granicę, nieważne, jakim kosztem", nie o porównywanie psychiki Stalina i Chrobrego.

"Nie przeszkadzają mi wrzutki o "heteronormatywności", cokolwiek by to miało wnosić"
To fajnie, że nie przeszkadzają. A czemu miałyby przeszkadzać? Czy według Ciebie wymarzona wigilia w rodzinnym gronie to taka, w czasie której rodzina daje Ci do zrozumienia nie "kochamy cię takiego, jaki jesteś", ale "jesteś facetem i masz się zachować jak facet"?

Melomanka

Anonimowy pisze...

Powtarzam, chodzi mi o samo podejście "byliśmy imperium i poszerzaliśmy granicę, nieważne, jakim kosztem", nie o porównywanie psychiki Stalina i Chrobrego.

To doskonale, bo mnie też nie. Ale rozumiem, że można porównać kogoś, kto fascynuje się, dajmy na to, Cyceronem z fanem Hitlera, bo przecież nie interesuje nas "porównanie psychiki" a podejście "ciekawi mnie dobry mówca, nieważne, kim był", prawda? I wtedy ten, co lubi Cycerona by się świetnie dogadał z neonazistą?

To fajnie, że nie przeszkadzają. A czemu miałyby przeszkadzać? Czy według Ciebie wymarzona wigilia w rodzinnym gronie to taka, w czasie której rodzina daje Ci do zrozumienia nie "kochamy cię takiego, jaki jesteś", ale "jesteś facetem i masz się zachować jak facet"?

W tym miejscu chciałem tylko delikatnie zasugerować, że to było niepotrzebne :). Ani mądre, ani zabawne, ani nic. Po prostu ambicje Józka do bycia macho można było skomentować w znacznie lżejszy i zabawniejszy sposób. No i dziwi mnie takie "społeczne" podejście, tzn. krytykujecie coś, bo to powiela złe wzorce. Krytykowałabyś, dajmy na to, "Młode lwy", ponieważ jeden z bohaterów tej powieści jest nazistą?
A co do Twojego pytania - ad personam nie jest odpowiednią metodą prowadzenia dyskusji :). Jeśli jednak chcesz wiedzieć - nie jestem znawcą biologii i moja wiedza na ten temat jest nikła, ale mam wrażenie, że mimo wszystko gdyby kobieta nie różniła się od mężczyzny, to nie istniałby podział płci. Tak więc nie wierzę, że "męskość" czy "kobiecość" to tylko rzecz kultury. Innymi słowy - z nieufnością podchodzę do pojęcia "gender", bo nawet jeśli w istocie wiele z naszego pojmowania "bycia mężczyzną" ma umocowanie kulturowe, to rdzeń pozostaje ściśle biologiczny i dopóki mężczyźni nie wymrą, dopóty facet będzie "zachowywał się jak facet", bo inaczej nie dadzą rady. Inszą inszością jest jeszcze fakt, że wraz z zanikiem dyskryminacji kobiet zanika spora część konwenansu wywodząca się z kulturowej nierówności płci (vide pomaganie kobiecie zdjąć płaszcz czy otwieranie przed nią drzwi) oraz to, co nazywa się "byciem prawdziwym mężczyzną" - i trochę mi tego szkoda.
Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

Anonimowy pisze...

"W tym miejscu chciałem tylko delikatnie zasugerować, że to było niepotrzebne :). Ani mądre, ani zabawne, ani nic. Po prostu ambicje Józka do bycia macho można było skomentować w znacznie lżejszy i zabawniejszy sposób. No i dziwi mnie takie "społeczne" podejście, tzn. krytykujecie coś, bo to powiela złe wzorce."

Krytykujemy to, że rodzina Borejków jest przedstawiana jako miła, ciepła, w której każdy czuje się jak u siebie - tymczasem kiedy Ignaś, który ma kompleksy, bo jest nie dość "męski", słyszy od kuzyna, że nagroda należy mu się za to, że temu kuzynowi przywalił i wreszcie zachował się jak facet, nie doczekuje się żadnej reakcji pozostałych członków rodziny. I taki też przekaz dostaje mały Kazimierz. Dla Ciebie ten wątek jest zupełnie nieważny i komentowanie go nie było do niczego potrzebne, dla mnie ten fragment ma fatalną wymowę. Zwłaszcza że na końcu powieści Magda wybiera Ignasia dlatego, że ujęły ją nie jego wrażliwość czy talent poetycki, ale starcie z dresiarzami.

"A co do Twojego pytania - ad personam nie jest odpowiednią metodą prowadzenia dyskusji :)."
To nie miał być argument ad personam i przepraszam, jeśli tak to odebrałeś. Łatwiej mi się po prostu ułożyła w zdaniu druga osoba l.p. niż forma bierna.

"Inszą inszością jest jeszcze fakt, że wraz z zanikiem dyskryminacji kobiet zanika spora część konwenansu wywodząca się z kulturowej nierówności płci (vide pomaganie kobiecie zdjąć płaszcz czy otwieranie przed nią drzwi) oraz to, co nazywa się "byciem prawdziwym mężczyzną" - i trochę mi tego szkoda."
O, widzisz, a mnie ani trochę nie szkoda. Zwłaszcza, że nigdy nie rozumiałam, któż to taki ten "prawdziwy mężczyzna". Czy jeśli chłopak jest niski i ma piskliwy głos, to nie jest "prawdziwym mężczyzną"? Czy jeśli się nie maluję i nudzą mnie katalogi Avonu, to nie jestem "prawdziwą kobietą"?

Melomanka

Anonimowy pisze...

Wypłosz: "wraz z zanikiem dyskryminacji kobiet zanika spora część konwenansu wywodząca się z kulturowej nierówności płci (vide pomaganie kobiecie zdjąć płaszcz czy otwieranie przed nią drzwi) oraz to, co nazywa się "byciem prawdziwym mężczyzną" - i trochę mi tego szkoda."

No widzisz, a mnie jako kobiecie nie szkoda ani trochę. Niech pojęcie "prawdziwego mężczyzny" i "prawdziwej kobiety" spada stąd jak najszybciej i uważa, żeby drzwi nie przywaliły mu na wyjściu. Nie da się jednakowo akceptować różnych postaw i wyborów życiowych (np. faceta zajmującego się domem, podczas gdy żona robi karierę polityczną), jeśli jednocześnie będziemy wyznawać jakieś arbitralne wzorce "prawdziwego mężczyzny" i "prawdziwej kobiety". Powołując się na te normy, wysyłamy wszystkim ludziom choć trochę niestandardowym jasny sygnał: "OK, wprawdzie możesz robić, co ci się podoba, ale prawdziwy mężczyzna robiłby to i to, więc ty nim nie jesteś". Czyli krótko mówiąc: jesteś gorszy. Jeśli zarabiasz mniej od żony, jesteś niemęski. Jeśli zamiast oglądać sport, wolisz coś ugotować albo upiec ciasto, jesteś niemęski. Jeśli lubisz piwo z sokiem, jesteś niemęski. Baczność, w lewo patrz, w prawo patrz, patrz i równaj do skrzeku. To samo z kobietami: nie nosisz sukienek? Nie lubisz romansów? Nie chcesz dzieci? Ups, chyba mamy dla ciebie złe wiadomości.

Anonimowy pisze...

Otóż to, powyższy Anonimie.

A co do zanikających "męskich" zachowań... Kurczę, nie potrzebuję zdejmowania ze mnie płaszcza i otwierania przede mną drzwi, potrafię samodzielnie odsunąć sobie krzesło, żeby pójść do łazienki ( http://www.youtube.com/watch?v=xjAYigJfBfU#t=4m27s), żeński zestaw chromosomów nie czyni mnie niepełnosprawną. Nie rozumiem też, dlaczego kosztem pyszności, którymi się obżeram w kawiarni, mam obarczać towarzyszącego mi chłopaka. Jedyny powód, jaki mi przychodzi do głowy, to taki, że w przeciwnym razie poczułby się dotknięty, bo nie dałabym mu się wykazać jako mężczyźnie.

Melomanka

Anonimowy pisze...

Nie zamierzam sięgać po poprzednie tomy, bo denerwuje mnie schematyczne podejście do kobiecości i męskości. Całe szczęście, że u mnie w domu tego nie ma i jak to czytam to jest jak jakaś egzotyka. Zdążyłam polubić Ignasia i tylko to. Szkoda, że być może szykuje się dla niego przemiana. Po tym co było tu pisane o Dmuchawcu można się było związku z Magdą spodziewać. W końcu geny Dmuchawca zostaną wmieszane do rodziny, a z tego może być kolejna bohaterka, albo bohater. Będzie opisany w późniejszych tomach jakiś dzieciak, który będzie podobny do Dmuchawca z charakteru czy wyglądu. Coś mi się tak wydaje.

A.

Anonimowy pisze...

Dlatego właśnie bardzo podobała mi się "Żaba", w której tytułowa bohaterka na zaproszenie do kina odpowiedziała, że nie może, bo nie chce, by ktoś za nią płacił, a sama jest w tej chwili bez pieniędzy.

Melomanka

Anonimowy pisze...

Nie dziwię się, że Wy nie żałujecie, bo to kobiety od zawsze były grupą upośledzoną prawnie i kulturowo. To że nie wymagacie od facetów, aby otwierali Wam drzwi i całej tej kurtuazji jest bardzo szlachetne :).

Niezależnie od tego jednak, co lubię ja, a co lubicie Wy, jeżeli płeć w istocie jest uwarunkowana biologicznie, to zawsze będzie jakiś kanon zachowań prawdziwego mężczyzny i odstępstwa od niego kwitowane będą "ale ciota", "co za pedał" i tyle - tak samo, jak zawsze piękniejszym będzie łatwiej niż brzydszym.

"Powołując się na te normy, wysyłamy wszystkim ludziom choć trochę niestandardowym jasny sygnał: "OK, wprawdzie możesz robić, co ci się podoba, ale prawdziwy mężczyzna robiłby to i to, więc ty nim nie jesteś". "

A naprawdę przekaz "cokolwiek robisz jest okey, nie musisz od siebie niczego wymagać, bo Twoje indywidualne gusta i Ty sam to najważniejsze rzeczy, nie pracuj nad sobą, nie staraj się, a jak ktoś Cię skrytykuje, to oskarż go o seksizm/homofobię/antyklerykalizm/satanizm/cokolwiek" jest okey i pozytywny?
Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

Anonimowy pisze...

"A naprawdę przekaz "cokolwiek robisz jest okey, nie musisz od siebie niczego wymagać, bo Twoje indywidualne gusta i Ty sam to najważniejsze rzeczy, nie pracuj nad sobą, nie staraj się, a jak ktoś Cię skrytykuje, to oskarż go o seksizm/homofobię/antyklerykalizm/satanizm/cokolwiek" jest okey i pozytywny?"

Ale skąd wziąłeś ten przekaz, z którego każesz nam się teraz tłumaczyć? Czy ktokolwiek tutaj postuluje, żeby ateisty lub geja nie wolno było skrytykować za zakłócanie ciszy nocnej albo jazdę po pijanemu, bo powinno się ich traktować jak święte krowy? Jeśli "nie musisz być stereotypowym prawdziwym mężczyzną" ma być równoznaczne z przekazem "nie musisz się starać i pracować nad sobą", to by znaczyło, że "prawdziwa kobieta" i "prawdziwy mężczyzna" to synonimy "dobrego człowieka", a kto nie pasuje do schematu, jest zły.

Melomanka

Anonimowy pisze...

Wypłosz: "zawsze piękniejszym będzie łatwiej niż brzydszym."

To ciekawe, że powołujesz się akurat na "piękno", bo akurat kanony urody są zmienne i uwarunkowane kulturowo jak mało co. W średniowieczu za piękne uważano wystające kobiece brzuszki, a suknie miały specjalne panele spłaszczające biust. W dziewiętnastym wieku atrakcyjna była chorobliwa bladość (jak to się ma do dzisiejszych standardów?) Chińczycy swego czasu cenili małe stopy, niektóre plemiona afrykańskie cenią wyciągnięte uszy i tak dalej, i tak dalej.

"A naprawdę przekaz "cokolwiek robisz jest okey, nie musisz od siebie niczego wymagać, bo Twoje indywidualne gusta i Ty sam to najważniejsze rzeczy, nie pracuj nad sobą, nie staraj się, a jak ktoś Cię skrytykuje, to oskarż go o seksizm/homofobię/antyklerykalizm/satanizm/cokolwiek" jest okey i pozytywny?"

Odwróćmy pytanie: a czy Ty uważasz, że okey i pozytywne jest stygmatyzowanie ludzi jako "nieprawdziwych mężczyzn" i "nieprawdziwe kobiety" na podstawie tego, jak wyglądają, czym się zajmują, kogo kochają i jakie mają hobby?

Odpowiadając na pytanie: pozytywny przekaz brzmi, moim zdaniem, "Cokolwiek robisz jest okey, póki nie krzywdzisz tym innych". Każdy mężczyzna ma prawo uważać się za prawdziwego, nieważne, czy wyciska na klatę sześćdziesiąt kilo, czy jest drobnym okularnikiem i z trudem podnosi worek cementu. Tak samo każda kobieta jest równie prawdziwa, nieważne, czy nosi szpilki, czy trampki i czy umie gotować. Lansując kult silnego faceta, co to problemy rozwiązuje pięścią, świat dorabia się całych pokoleń mężczyzn, które w efekcie po prostu gardzą słabszymi od siebie (tak, w tym również kobietami). Myślę, że świat byłby znacznie spokojniejszym i bezpieczniejszym miejscem, gdyby jeden z drugim dorastający młodzieniec nie musiał co krok udowadniać ziomkom na dzielni, że naprawdę jest "prawdziwym mężczyzną". Jasne, że pewne różnice biologiczne zawsze pozostaną - mężczyźni będą statystycznie silniejsi, bardziej skłonni do rywalizacji, a mniej do współpracy, mniej rozmowni, itd. Ale tylko od nas zależy, czy będziemy te różnice zwyczajnie przyjmować do wiadomości, czy nakręcać i fetyszyzować, na przykład, mówiąc małemu chłopcu: "Nie płacz synku, nie bądź baba, mężczyźni nie płaczą, leć i natychmiast przyłóż tamtemu łobuzowi".

Anonimowy pisze...

Ale skąd wziąłeś ten przekaz, z którego każesz nam się teraz tłumaczyć?

Nie "nam", tylko anonimowi ;). Nie traktuję "Was", tylko Ciebie i ją/jego, bo chyba nie jesteście jakąś grupą :)?

Ale co do meritum: "Czy ktokolwiek tutaj postuluje, żeby ateisty lub geja nie wolno było skrytykować (...)? Jeśli "nie musisz być stereotypowym prawdziwym mężczyzną" ma być równoznaczne z przekazem "nie musisz się starać i pracować nad sobą", to by znaczyło, że "prawdziwa kobieta" i "prawdziwy mężczyzna" to synonimy "dobrego człowieka", a kto nie pasuje do schematu, jest zły."

Postulowałbym ostrożność z użyciem słowa "dobry" bądź "zły", bo jak naucza Dobra Księga, dobry jest tylko Niebieski Ojciec :). Mnie się rozchodzi o to, że jeśli takiemu małemu człowiekowi od pacholęcia tłumaczy się, że jest świetny taki, jaki jest, że nie musi się zmieniać, że wszyscy są inni i to jest cudowne, to trudno się potem dziwić, że, dajmy na to, nie czyta książek. Bo dlaczego niby ma się starać być mądrzejszy? Dziwi mnie, że tego nie zauważacie, przecież takie pacholęcia co tydzień dostarczają Wam materiału do analizy ;).

"To ciekawe, że powołujesz się akurat na "piękno", bo akurat kanony urody są zmienne i uwarunkowane kulturowo jak mało co. W średniowieczu za piękne uważano wystające kobiece brzuszki, (...) niektóre plemiona afrykańskie cenią wyciągnięte uszy i tak dalej, i tak dalej."

Ale niezależnie od czasów, piękni mieli lepiej niż brzydcy. Kanony "prawdziwego męstwa" mogą się zmieniać, ale są stare jak ludzkość i nie wydaje mi się, aby zanikły - tak jak nigdy nie zanikną różnice między urodziwymi, a tymi trochę mniej.

"Odwróćmy pytanie: a czy Ty uważasz, że okey i pozytywne jest stygmatyzowanie ludzi jako "nieprawdziwych mężczyzn" i "nieprawdziwe kobiety" na podstawie tego, jak wyglądają, czym się zajmują, kogo kochają i jakie mają hobby?"

Obróćmy jeszcze raz ;): czy uważam za okey i pozytywne narzucenie kanonu, który wymusza na człowieku samodoskonalenie się, ciągły wysiłek, by być lepszym i mądrzejszym? Myślę, że tak.

"Odpowiadając na pytanie: pozytywny przekaz brzmi, moim zdaniem, "Cokolwiek robisz jest okey, póki nie krzywdzisz tym innych"."
I to jest właśnie kultura pobłażania. Nie musisz czytać Heideggera i Casseira, by czuć się mądrym; nie musisz ćwiczyć, by czuć się silnym, wystarczy, że nie przeszkadzasz reszcie i wtedy jesteś okey.

"Lansując kult silnego faceta, co to problemy rozwiązuje pięścią, świat dorabia się całych pokoleń mężczyzn, które w efekcie po prostu gardzą słabszymi od siebie (tak, w tym również kobietami)."

Trudno się z tym zgodzić. Zresztą - odsyłam do kodeksu honorowego Boziewicza.

Jasne, że pewne różnice biologiczne zawsze pozostaną - mężczyźni będą statystycznie silniejsi, bardziej skłonni do rywalizacji, a mniej do współpracy, mniej rozmowni, itd. Ale tylko od nas zależy, czy będziemy te różnice zwyczajnie przyjmować do wiadomości, czy nakręcać i fetyszyzować, na przykład, mówiąc małemu chłopcu: "Nie płacz synku, nie bądź baba, mężczyźni nie płaczą, leć i natychmiast przyłóż tamtemu łobuzowi".

Dla mnie "fetyszyzacją" jest raczej udawanie, że tych różnic nie ma i wmawianie chłopcu, że jego potrzeba rywalizacji jest zła. Bo więcej chłopców będzie chciało rywalizować, i większość zawsze będzie uważać, że ci chłopcy, którym na tym nie zależy, są dziwni.

Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

PS Jeśli moja wiadomość jest nieskładna, to przepraszam; wymawiać mogę się tylko późną porą i zmęczeniem.

Anonimowy pisze...

"...to trudno się potem dziwić, że, dajmy na to, nie czyta książek. Bo dlaczego niby ma się starać być mądrzejszy? Dziwi mnie, że tego nie zauważacie, przecież takie pacholęcia co tydzień dostarczają Wam materiału do analizy ;)."

Chodzi o to, że interesowanie się czymś stereotypowo uznanym za kobiece (na przykład gotowaniem), nie jest regresem dla mężczyzny, natomiast z komentarzy "prawdziwy mężczyzna tego nie robi" wynika zupełnie co innego. Jeżeli mężczyzna stara się być coraz lepszy w gotowaniu, a kobieta wstępuje do wojska, to powinno być uznawane jako progres dla ich obojga, a nie strofowane jako niemęskie albo niekobiece. Wybacz, ale to, co napisałeś brzmi trochę jakby tylko nabycie typowo męskiej cechy albo robienie tego, co "powinni" robić mężczyźni powodowało, że mężczyzna się rozwija.

Pozdrawiam :)

Anonimowy pisze...

PS Nie jestem Melomanką. Napisałam ten pierwszy komentarz o robocie kuchennym :)

Anonimowy pisze...

Chodzi o to, że interesowanie się czymś stereotypowo uznanym za kobiece (na przykład gotowaniem), nie jest regresem dla mężczyzny, natomiast z komentarzy "prawdziwy mężczyzna tego nie robi" wynika zupełnie co innego. (...) Wybacz, ale to, co napisałeś brzmi trochę jakby tylko nabycie typowo męskiej cechy albo robienie tego, co "powinni" robić mężczyźni powodowało, że mężczyzna się rozwija.

To, co mówisz, jest w pewien sposób słuszne, ale zwróć uwagę, że bez pewnej społecznej opresywności ani mężczyzna nie zechce się doskonalić w gotowaniu, ani kobieta w, dajmy na to, obsłudze broni palnej. Najpierw musi istnieć jakiś wzór osobowy - a bez takich "stygmatyzacji" taką wzorce nie mogą powstać. A jak świat światem, człowiek nigdy nie był dla drugiego człowiekiem, ale zawsze kobietą albo mężczyzną, dlatego te wzorce dla płci będą się różnić.

"PS Nie jestem Melomanką. Napisałam ten pierwszy komentarz o robocie kuchennym :)"

Przez myśl nie przeszło mi podejrzewać Cię o coś takiego :)

Anonimowy pisze...

"jeśli takiemu małemu człowiekowi od pacholęcia tłumaczy się, że jest świetny taki, jaki jest, że nie musi się zmieniać, że wszyscy są inni i to jest cudowne, to trudno się potem dziwić, że, dajmy na to, nie czyta książek."

Zaraz, gdzie Rzym, a gdzie Krym? Naprawdę nie pojmuję, dlaczego do czytania książek koniecznie potrzebny jest wzorzec męskości. Czy przekaz "bądź mądrzejszym człowiekiem" jest niewystarczający? Uparcie zrównujesz realizowanie modelu "prawdziwego mężczyzny/prawdziwej kobiety" z ogólnie pojętym samodoskonaleniem, tak jakby nie było innych wytycznych, którymi można się kierować. Akurat współczesne wzorce genderowe, moim zdaniem, robią więcej złego niż dobrego, bo kładą zupełnie nieproporcjonalny nacisk np. na siłę fizyczną (we współczesnym społeczeństwie zachodnim nie tak bardzo istotną) czy umiejętność walki (w cywilizowanym społeczeństwie problemy rozwiązuje się inaczej). A dlaczego szkodliwe jest przyuczanie kobiet, że mają być łagodne, pasywne i we wszystkim zdawać się na inicjatywę mężczyzny, chyba tłumaczyć nie trzeba.

"Kanony "prawdziwego męstwa" mogą się zmieniać, ale są stare jak ludzkość i nie wydaje mi się, aby zanikły"

Jak dotąd kultura zdołała bardzo skutecznie wymusić na mężczyznach z zachodu - wbrew naturze - golenie bród, monogamiczne związki i sprawiła, że większość wzdraga się przed zabiciem zwierzęcia, nie mówiąc już o człowieku. Współczesny "wzorzec męskości" jest prawdopodobnie bardzo odległy od tego, co mogli wyznawać nasi przodkowie w jaskiniach.

"Zresztą - odsyłam do kodeksu honorowego Boziewicza."

Do tego zakurzonego kuriozum, które nie obchodzi dziś nikogo poza garstką konserwatystów w muszkach, a już na pewno nie dresiarza spod siłki? Litości. Nawet w swoich czasach obchodził wyłącznie śmietankę towarzyską, co to chciała sobie postrzelać w ramach rozrywki towarzyskiej (swoją drogą, też niezła aberracja). Chłopi, rzemieślnicy i robotnicy, czyli większość społeczeństwa, byli z niego przecież explicite wykluczeni.

A przede wszystkim, jeśli chcesz udowodnić, że mężczyźni z tamtych czasów, realizujący pochwalany przez Ciebie wzorzec prawdziwego mężczyzny, nie spoglądali na kobiety z góry, to lepiej nie powoływać się na źródło odmawiające kobiecie "zdolności honorowej", bo to samobójstwo.

Anonimowy pisze...

"Zaraz, gdzie Rzym, a gdzie Krym? Naprawdę nie pojmuję, dlaczego do czytania książek koniecznie potrzebny jest wzorzec męskości. Czy przekaz "bądź mądrzejszym człowiekiem" jest niewystarczający?"

Tylko że przekaz "bądź mądrzejszym człowiekiem" może mieć siłę oddziaływania tylko w kulturze silnych wzorców, a co za tym idzie - stygmatyzacji, opresywności i wykluczenia. Po prostu jeśli komuś będzie się od dziecka mówić "skoro jesteś mężczyzną, to masz się starać, być szarmancki, nie bić słabszych, etc.", to ta osoba łacniej podejmie wysiłek, by stać się lepszą, niż ta, której się mówi "jesteś jaki jesteś i to jest okey, bo wszyscy są różni i to jest piękne". "Prawdziwy mężczyzna" to element kultury opresywnych wzorców.

"Jak dotąd kultura zdołała bardzo skutecznie wymusić na mężczyznach z zachodu - wbrew naturze - golenie bród, monogamiczne związki i sprawiła, że większość wzdraga się przed zabiciem zwierzęcia, nie mówiąc już o człowieku."

Ale to nie przeczy w żaden sposób temu, co mówiłem. Kultura nie zabiła w mężczyznach skłonności do rywalizacji, tylko przeniosła je na inne pole - teraz nie sieczemy się pałaszami, tylko, dajmy na to, realizujemy zawodowo, ew. gramy w gry komputerowe.

"Do tego zakurzonego kuriozum, które nie obchodzi dziś nikogo poza garstką konserwatystów w muszkach, a już na pewno nie dresiarza spod siłki?"
Ano ;).

"Nawet w swoich czasach obchodził wyłącznie śmietankę towarzyską, co to chciała sobie postrzelać w ramach rozrywki towarzyskiej (swoją drogą, też niezła aberracja)."
Nie jest to do końca prawda - odsyłam do prasy międzywojennej. Strzelali się nie tylko oficerowie, ale też dziennikarze, dyrektorzy...

"Chłopi, rzemieślnicy i robotnicy, czyli większość społeczeństwa, byli z niego przecież explicite wykluczeni."
To też nie prawda; odsyłam do rozdziału II, szczególnie do paragrafów 30, 32 i 33.

Boziewicz był mi potrzebny do dwóch rzeczy:
a) pokazania, że kultura promocji "prawdziwego mężczyzny" nie jest oparta na afirmacji przemocy, bowiem kodeks jasno mówi, że konflikty należy rozwiązywać w sposób tak pokojowy, jak to możliwe, a szukanie zwady jest właśnie postępowaniem niehonorowym (!). Nie wspomnę już o tym, że kodeks wykluczał kategorycznie pojedynki aż do śmierci.
b) pokazanie, że "kultura prawdziwych mężczyzn", choć charakteryzowało ją bezsprzecznie krzywdzące podejście do kobiet (przykładem tego jest m.in. to, że kobiety były automatycznie wykluczone z grona osób honorowych) i w wielu miejscach po prostu kretynizm (vide casus Jana Luksemburczyka pod Crecy), promowała też wartości pozytywne - po prostu kłamcy, donosiciele, ci, którzy stosowali przemoc wobec kobiet tracili zdolność honorową. Bez wątpienia była to stygmatyzacja, opresja i tępienie indywidualności, ale nie zmienia to faktu, że przyczyniała się do umacniania postaw raczej pożądanych - nikt chyba nie zaprzeczy, że potępianie szantażystów i oszczerców to coś właściwego.

Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz :)

Anonimowy pisze...

"Tylko że przekaz "bądź mądrzejszym człowiekiem" może mieć siłę oddziaływania tylko w kulturze silnych wzorców"

Mam wrażenie, że w tym miejscu możemy jedynie podpisać protokół rozbieżności. Ty uważasz, że wzorce genderowe są niezbędne jako element procesu samodoskonalenia, bo tylko one skutecznie zmotywują ludzi do pracy nad sobą. Ja uważam, że samodoskonalenie można skutecznie realizować przy użyciu wielu innych wzorców, jak choćby "chcę być taki jak tata/mama" (i nie musi to być zbieżne z rolą genderową, popkultura jest pełna przykładów córek, które chciały być jak ich ojcowie), "chcę być taki jak mój idol", "chcę mieć taką umiejętność, bo wydaje mi się atrakcyjna/potrzebna, itd." Uważam, że ludzie powinni przede wszystkim mieć wybór - doskonalić się i rozwijać w wybranym przez siebie kierunku, robić to, co im wychodzi najlepiej i niekoniecznie musi to być zdeterminowane od razu przy urodzeniu. O różnicach między płciami można przecież mówić tylko w ujęciu statystycznym, więc jeśli trafi się akurat chłopiec/dziewczynka o mniej "typowych" zachowaniach, to pozwólmy im się rozwijać - może będą w tym wybitni? Nie bijmy ich po głowie pałą z napisem "prawdziwy wzorzec", aż zrozumieją, gdzie ich miejsce.

"Nie jest to do końca prawda - odsyłam do prasy międzywojennej. Strzelali się nie tylko oficerowie, ale też dziennikarze, dyrektorzy...
"To też nie prawda; odsyłam do rozdziału II, szczególnie do paragrafów 30, 32 i 33."

Boziewicz został przekartkowany dawno temu na potrzeby jakiejś dyskusji, nie będę tego robić drugi raz, bo nie wchodzi się dwa razy do tego samego miejsca, w którym było nam nieprzyjemnie. Dyrektorzy podpadają pod wymienione tam "ważne funkcje" (podobnie jak posłowie i wysocy urzędnicy, niezależnie od pochodzenia), dziennikarze to "zawody twórcze", stąd zbiorcze określenie "śmietanka".

Potępienie stosowania przemocy wobec kobiet było oczywiście słuszne, choć mogło wypływać z nie do końca pozytywnych przesłanek (to już temat na osobną dyskusję). W dużym skrócie: z literatury przełomu wieków, w rodzaju Wspomnień niebieskiego mundurka, wyłania się ówczesne postrzeganie kobiety jak czegoś w rodzaju dziecka specjalnej troski. Owszem, mężczyźni otaczali kobiety opieką, znosili kaprysy i pozwalali się policzkować za byle co, ale wszystko to właśnie dlatego, że spoglądali na nie z pobłażliwą wyrozumiałością, nie traktując jak równych sobie. I o to właśnie chodzi: "prawdziwe" wzorce genderowe bywają szkodliwe choćby dlatego, że siłą rzeczy zawsze są budowane w opozycji do siebie.

Anonimowy pisze...

"Tylko że przekaz "bądź mądrzejszym człowiekiem" może mieć siłę oddziaływania tylko w kulturze silnych wzorców, a co za tym idzie - stygmatyzacji, opresywności i wykluczenia."

Przerażasz mnie.

"Po prostu jeśli komuś będzie się od dziecka mówić "skoro jesteś mężczyzną, to masz się starać, być szarmancki, nie bić słabszych, etc.", to ta osoba łacniej podejmie wysiłek, by stać się lepszą, niż ta, której się mówi "jesteś jaki jesteś i to jest okey, bo wszyscy są różni i to jest piękne". "

I znów ten schemat: pielęgnowanie w sobie cech niezgodnych ze stereotypami płciowymi = lenistwo i utrwalanie złych cech charakteru. Dlaczego hasło "masz się starać, masz nie bić słabszych" musi być uprzedzone przypomnieniem, że jest się płci męskiej? Czy tylko z tej płci wynika to, że powinno się być dobrym dla bliźnich i wymagającym wobec siebie? To w takim razie ja mogę całe dnie spędzać przed telewizorem i żerować na pieniądzach rodziców, a w przypływie złego humoru skopać jakiegoś kotka albo dziecko, w końcu nie jestem mężczyzną, więc nic mnie nie motywuje do pracy nad sobą.

Melomanka

Kró pisze...

Wiem, że pewnie nikt tego nie przeczyta, ale proponuję do analizy "Homo-pułapki" Mamuchy z Frondy, takie opowiadanko o "zagrożeniach homocywilizacji śmierci", wyborne.
A poza tym - świetna analizatornia, pozdrawiam :)

Anonimowy pisze...

"Czy tylko z tej płci wynika to, że powinno się być dobrym dla bliźnich i wymagającym wobec siebie?"

O to, to. O to mi właśnie chodziło z tą szkodliwością przeciwstawnych wzorców. Jeśli założymy, że mężczyzna jest odważny, kulturalny i broni słabszych i to właśnie te cechy czynią z niego prawdziwego mężczyznę, czy oznacza to, że kobieta nie musi (a może wręcz nie powinna?) takich cech posiadać? A jeśli zgadzamy się, że takie cechy jak odwaga i szacunek dla słabszych są pożądane i u mężczyzn, i kobiet, to gdzie tu właściwie jest miejsce dla dwóch różnych wzorców?

x pisze...

tak się wtrącę w Waszą dyskusję i napiszę, że nigdy nie słyszałem, żeby ktoś mówił do dziewczynki o dzielności, honorze, czy żeby się po prostu nie mazała. za to "zachowuj się jak na dziewczynkę przystało", czyli w domyśle ulegle i grzecznie słyszałem często. coś w tym jest

Anonimowy pisze...

"Mam wrażenie, że w tym miejscu możemy jedynie podpisać protokół rozbieżności."
Z przyjemnością :)

"Nie bijmy ich po głowie pałą z napisem "prawdziwy wzorzec", aż zrozumieją, gdzie ich miejsce."
To trochę bardziej złożone :). Wzorce mogą być tylko skuteczne, gdy siedzą w głowach samych zainteresowanych i to oni sami biją się nimi po czaszkach. Ale cóż... :)

"Potępienie stosowania przemocy wobec kobiet było oczywiście słuszne, choć mogło wypływać z nie do końca pozytywnych przesłanek (to już temat na osobną dyskusję). "
Zgadzam się w 100%.

"Owszem, mężczyźni otaczali kobiety opieką, znosili kaprysy i pozwalali się policzkować za byle co, ale wszystko to właśnie dlatego, że spoglądali na nie z pobłażliwą wyrozumiałością, nie traktując jak równych sobie."
To prawda. Z mojej obserwacji jednak wynika, że kobiety często tęsknią do takich zachowań, nie zauważając, że to pokłosie seksizmu. Ha. Dziwna to schizofrenia i niszcząca dla mężczyzn.

"I o to właśnie chodzi: "prawdziwe" wzorce genderowe bywają szkodliwe choćby dlatego, że siłą rzeczy zawsze są budowane w opozycji do siebie."
Coś w tym jest, choć nie nazwałbym tego "opozycją", a budowaniem "względem siebie". Wirgina Woolf powiedziała, że mężczyzna potrzebuje kobiety, by przejrzeć się w niej jak lustro i myślę, że tak będzie zawsze.

Pozostaje mi tylko podziękować za dyskusję i życzyć miłego dnia :).

Wypłosz

Anonimowy pisze...

Melomanko,

"Przerażasz mnie."

Ale dlaczego? Czy ja mówię takie szokujące rzeczy? Czy to tak naprawdę rewolucyjne zauważyć prawidłowość, że, cytując Marka Edelmana, po to były Żydom przykazania, by mieć ideologiczne narzędzie do stygmatyzacji tych, którzy nie wypełniali wzorców odpowiednich wzorców i nie mieścili w strukturach społecznych (powiedzmy, mordując bez opamiętania)?
Odwracając - mnie przeraża utopistyczna wiara w możliwość świata bez opresji. To zawsze prowadzi do niebezpiecznych utopii.

"I znów ten schemat: pielęgnowanie w sobie cech niezgodnych ze stereotypami płciowymi = lenistwo i utrwalanie złych cech charakteru. Czy tylko z tej płci wynika to, że powinno się być dobrym dla bliźnich i wymagającym wobec siebie?"
Nigdzie czegoś takiego nie powiedziałem. Po prostu wzorców społecznych nie sposób ustalać w oderwaniu od płci - przynajmniej dopóki obie płcie się różnią. No i "ekonomiczniej" te różnice wykorzystać, czyli męską skłonność do rywalizacji wyładować w czymś pozytywnym. Generalizując, wzorce "męskości" czy "kobiecości" współistnieją z innymi wzorcami, które są często pochodnymi - "dżentelmena", "damy", "inteligenta" i, dajmy na to, uniseksualny wzorzec "pedagoga"; samo zaś istnienie wzorców jest możliwe tylko w kulturze, która wymaga, a nie akceptuje - czyli w kulturze opresywnej.

"To w takim razie ja mogę całe dnie spędzać przed telewizorem i żerować na pieniądzach rodziców, (...) w końcu nie jestem mężczyzną, więc nic mnie nie motywuje do pracy nad sobą. "
A to Twoja decyzja i mnie nic do tego :).

"Jeśli założymy, że mężczyzna jest odważny, kulturalny i broni słabszych i to właśnie te cechy czynią z niego prawdziwego mężczyznę, czy oznacza to, że kobieta nie musi (a może wręcz nie powinna?) takich cech posiadać?(...)"
Ja bym powiedział raczej, że kulturalność mężczyzny przejawia się w czymś innym, niż kulturalność kobiety - weźmy chociaż to romantyczne zdejmowanie płaszcza. Jeśli zaś chodzi o bronienie słabszych, to była to domena mężczyzn, która - jak to w życiu - pociągała za sobą złe i dobre skutki, choć dobrych było zapewne więcej :).

"tak się wtrącę w Waszą dyskusję i napiszę, że nigdy nie słyszałem, żeby ktoś mówił do dziewczynki o dzielności, honorze(...). za to "zachowuj się jak na dziewczynkę przystało", czyli w domyśle ulegle i grzecznie słyszałem często. coś w tym jest"
Po prostu tak wyglądają wzorce. Można próbować je modelować, ale... pożyjemy, zobaczymy, jak to powiedział ślepiec.

Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

Anonimowy pisze...

"Po prostu tak wyglądają wzorce. Można próbować je modelować, ale... pożyjemy, zobaczymy, jak to powiedział ślepiec."
Ja myślę, że TRZEBA, a nie można spróbować, bo niestety, ale te wzorce są w 90% krzywdzące tylko dla kobiet (choćby odmawianie kobiecie honoru), bo jeśli mężczyźnie nie wypada wykonywać kobiecej czynności, to dlatego, że to mu urąga, a jeśli kobiecie nie wypada wykonywać męskiej, to z powodu jej ułomności, słabości i "no gdzie tam babie do polityki/nauki/szefowania...". Ale to tylko moje zdanie, a ja przecież tylko kobietą jestem.

Anonimowy pisze...

" – Ach! – przerwała mu Łusia, uradowana, klaszcząc w dłonie. – Ach, ach, ach! Mam piękną ciekawostkę dla naszego pana polo... dla Adama. Zapiszę sobie w notesiku, że spotkałam człowieka, który nadużywa zaimka „ja”. Adam prosi zawsze, żeby nie nadużywać, bo język polski radzi sobie z tym problemem, czasownik sam potrafi wskazać na osobę. Proszę, proszę, proszę! – niech pan mówi dalej. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś aż tak nadużywał.
– Nie, nie – rzekł Pyziak pośpiesznie. – Ja już nie...
– O! O! Znowu! – radośnie zakrzyknęła Łusia, wybuchając srebrzystym śmiechem."
...
DA FAK?!Co to ma być?! To jest to grzeczne, bystre dziecko, przykład dla przyszłych pokoleń? Nabijające się otwarcie z DOPIERO CO POZNANEJ OSOBY? Pani MM, co właściwie pani sobie myślała, że to jest słodkie i niewinne? A gdyby tak Łuśka była, no nie wiem, pasjonatką biologii, która natyka się na ulicy na kogoś z zespołem Tourette'a?
- Ach, ach, ach! Zapiszę sobie w notesiku, że spotkałam człowieka z fascynującym zaburzeniem! Proszę, proszę, proszę, niech pan jeszcze popląsa i poprzeklina! Nigdy nie widziałam, żeby ktoś miał tak ciężki przypadek echolalii! Ach, ach, ach!

Serio, pani Musierowiczowa? SERIO?

Wpieniona Że Ach Ach Makapka

murhaaja pisze...

jak to nie ma książek o Wrocławiu? a książki Krajewskiego? :)

Anonimowy pisze...

Nie to, ze chcę bronić MM, ale dziwaczne konfiguracje wigilijne to w mojej rodzinie też są, a wynika to z rodzinnego hermetyzmu.
W kazdym razie wygląda to tak:
Jest wigilia szeroko pojętej rodziny X w bardzo dużym (wynajmowanym na te okoliczność) domu (spędza się w nim wigilię i dwa dni świąt), na której jestem ja. Mój mąz spędza wigilię u swoich rodziców i potem ok 20-21 jedzie do mnie, czyli do X na rozdanie prezentów.
Kuzyn spędza wczesną wigilię ze swoją zoną, jej bratem i teściową, a potem jedzie do X razem z żoną i jedzą drugą wigilię.
Kuzyn z partnerką przyjeżdzają w pierwsze święto i nocują do drugiego święta, ale co dwa lata spędzają wigilię u X no i na śniadanie wracają do rodziców partnerki.
Druga rodzina kuzynów też co dwa lata spędza wigilię, a nie nocuje.
Kuzynka zapiera się nogami, by nie jeździć do teściów i z mezem spędza wiilię u X, ale maż "zmusza" ją do wizyty u swoich rodziców w drugie swięto.
Uff.. nie wiem czy ktos rozumie tę skomplikowaną układankę kto kiedy i na jak długo?
Tak czy inaczej są jeszcze wizyty osób, które normalnie nie siadają do wigilii, tak wiec do wigili siada ok 11-13 osób nie wliczając małych dzieci. Zaś nocuje jakieś 15-18 (nie liczac dzieci) a przewija się pewnie ze dwadzieścia kilka osób.
Dlatego musimy wynajmowac mały pensjonat :)

Dlatego zaborczość rodziny Borejków nie jest dla mnie obca.

Inna kwestią są rodzinne tradycje, których nikt nie odważa się złamać (chociażby kolejność przebiegu dnia Wigilii i role, jaki każdy ma do wykonania - dzięki temu cała organizacja złożona logistycznie przebiega bardzo sprawnie)

Ola

Anonimowy pisze...

"Nastolatki wyłączające telefony na calutkie święta, żeby się odciąć i pobyć z rodziną? Nastolatki, dla których komórka stanowi zwykle część ciała, element osobowości, i jest bodaj najważniejszym narzędziem kontaktu ze światem? "

Cóż, może nie byłam klasyczna nastolatką, ale zarówno jak i brat zapominamy ładować telefony, a nie zabranie ich na Wigilię, Pierwsze i Drugie Święto też się zdarzyło.

Czyli sa tacy młodzi ludzie, dla których telefon to nie cały świat.

Ale mam też kuzynkę spędzającą święta z laptopem, bo dzień bez FB to dzień stracony

Anonimowy pisze...

I kolejny wydumany problem analizatorni - jak przewieźć suknię ślubną?
Mieszkajac w Poznaniu wiozłam swoją suknię ślubną ze Strzeleckiej w okolice parku Wilsona tramwajem.
Da się, i naprawdę samochód ani asysta nie są do tego potrzebne.
Skunia bez halki wcale nie jest taka imponująca, a halkę na elastycznych kołach łatwo złożyć. Z reguły halka nie jest częścią sukni tylko osobnym elementem.

Rany, chyba jestem Borejkówną!

Ola

tey pisze...

Nie znam zbytnio książek Musierowiczowej. Mój jedyny kontakt z tą autorką miał miejsce przed wieloma laty, gdy zostałam zmuszona przez polonistkę do przeczytania "Opium w rosole". Powieść podobała mi się tak średnio, wrażenia nie zrobiła, nie zachęciła mnie do zaznajomienia się z resztą twórczości pani Małgorzaty. Oczywiście orientuję się z grubsza w jej "fenomenie" i roli, jaką pełni (tak, wiem to z internetów i prasy, a nie z książek, i co mi pani zrobi;). Niniejszą analizę czytam więc z pozycji kogoś neutralnego, nieskażonego uprzedzeniami ani uwielbieniem.

Z Waszych analiz rodzina Borejków z przyległościami jawi mi się wyjątkowo odpychająco. I niby są oni podawani jako wzór, bohaterowie pozytywni...? Zatrważa mnie to. Właściwie w ogóle tego nie pojmuję. Pani MM przedstawia bowiem galerię doborowych postaci, które u innego autora "robiłyby" za postacie negatywne (!) Osoba z zewnątrz widzi tych bohaterów tak (oczywiście mówię za siebie):
- Zwykły, typowy dresiarz Józef, obżerający się bez przerwy tłustym świństwem (nie uderza Was, jak często on coś je w książce?), gburowaty, chamski, zaburzony emocjonalnie i mający skłonności do przemocy. A krócej to się to nazywa: burak.
- Ida, dojrzała kobieta, która zwraca się do młodziutkiej dziewczyny-gościa przezwiskiem! Serio? Złośliwa, chamska, upierdliwa, komentująca czyjś wygląd (tego kulturalny człowiek nie robi absolutnie!). Koszmarna baba. Szczerze to nigdy nie spotkałam nikogo, kto by się tak prymitywnie zachowywał, a pełnoletnia jestem już dwukrotnie. :P
- Nadęty, pretensjonalny dziadek Ignacy, chyba przeniesiony z Marsa - zero ogarnięcia świata współczesnego. Rozumiem, że nie umie posługiwać się komputerem, ale epatowanie gości (których to nie interesuje) swoimi łacińskimi przysłowiami oznacza tylko jedno - umysłowe ograniczenie. Ja wyczuwam, jeśli mój rozmówca nie interesuje się tym, co ja i wtedy go tym nie zanudzam. Staram się szanować drugą osobę - partnera w rozmowie.
- Łusia - okropny bachor to najtrafniejsze określenie. Kompletnie rozpuszczona, przemądrzała i niegrzeczna dziewucha. Ach, jak pięknie byłoby przeczytać kiedyś o tym, jak to nie zdała egzaminu na wymarzone studia. ;) Mogę się założyć, że w klasie nie jest zbytnio lubiana.

tey pisze...

c.d. (za długi komentarz, musiałam wkleić dwie części)

Druga rzecz, która dla takiego laika w temacie MM jak ja, szczególnie rzuca się w oczy, to chory snobizm. Książki traktowane są jako jedyne dobro kultury, a inne pomijane albo wręcz wzgardzone. Czyż człowiek kulturalny nie powinien czerpać z różnych form wiedzy i kultury - czytanie książek - w porządku, ale też dobry film (jest mnóstwo filmów lepszych niż niektóre czytadła), internet (jasne, jak ktoś kojarzy sieć tylko z FB, to ma problem), telewizja ma również wartościowe programy (tylko trzeba poszukać), gazety, komiksy, gry video, wizyty w muzeach, wystawy, koncerty, imprezy tematyczne itp. Czemu nie ma nic o ebookach? Niech zgadnę, to zło wcielone, nie da się tego postawić na półce i nie obrasta romantycznym kurzem. Dziwi mnie też bałwochwalcze uwielbienie papierowej formy książki, a jeszcze bardziej zaskakuje brak konsekwencji: książki nie wolno przyciąć, ale podstawić dziecku pod tyłek jako krzesło już można. Ja papierówek nie uwielbiam jak bóstwo, ale trzymam je na półce i szanuję jak każdy inny przedmiot, za który musiałam zapłacić, a najpierw zarobić na to pieniądze. Nie przyszłoby mi do głowy podstawiać książkę pod krzywą nogę w krześle albo walenie nią komara na ścianie. Szanuję swoja pracę i pieniądze, nie literki na papierze.
Wracając do tematu, postacie przedstawione są albo niewiarygodnie (młodzież - Józef gada jak talib albo moherowa słuchaczka Radia) albo odpychająco (albo to i to naraz).
Kontakt ze współczesnością, naszą, ziemską współczesnością pani autorka ma iluzoryczny. Odleciała w kosmos i jest w drodze na Alfa Centauri. Coś słyszała o Rammsteinie, coś o internetach, nawet zna słowa takie nowoczesne jak "pendrive" (może dlatego, że sama zmuszona jest go używać?;), ale już nie rozumie śmieszności idei prezentu z mp3. Nie łapie języka i mentalności nastolatków. Ona ich opisuje jak jakieś kuriozalne twory z duszą emeryta albo kosmitów. Normalni gimnazjaliści, licealiści tacy nie są. I raczej nigdy nie byli. :)
Kolejne spostrzeżenia. Co my tu mamy? Hipokryzja, podwójne standardy Kalego. Obrażanie innych przez Borejków jest "zabawne, ironiczne", obrażanie Borejków - skandaliczne, prostackie.
Obrzydzanie przedsiębiorczości, zamożności, promowanie dziadostwa i lichej wegetacji.
Jechanie stereotypami - jak kto nie czyta, to debil (a Józef czyta? - zapytam podstępnie;). Kobieta musi się zachwycać małymi dziećmi i ślubami. Bogaty - złodziej. Telewizja - durnie.
Dziwi mnie też ślinienie się autorki nad Józefem - kto jak kto, ale tępy buc, bijący innych nie ma wiele wspólnego z łaciną, klasykami, czytaniem, tradycjami historycznymi, deklamowaniem wierszy, czyli wszystkim tym, co uwielbia MM. Coś mi tu zgrzyta. Chyba że to taki zachwyt inteligenta nad prostaczkiem - nie ona pierwsza (Młoda Polska, chłopomania), nie ostatnia drży z ekscytacji nad brutalną siłą dresa, spozierając znad przykurzonych stronic z poezją antyczną. xD

P.S. Znam osoby kulturalne i inteligentne, które nie czytają książek. Znam osoby prymitywne i nieokrzesane, które nie czytają książek. Znam osoby proste, które książki czytają i osoby wykształcone, które też czytają. I co niby z tego wynika, pani Musierowicz?
Jak pani nie wyjdzie z tego swojego dziwacznego matrixa i nie zanurzy się w rzeczywistym świecie, to straci pani czytelników. Mnie to obojętne, bo i tak nie należę do ich grona, ale niech się pani ogarnie dla ich dobra - czego pani szczerze życzę.

Analiza bardzo dobra, w sensie - pouczająca. Nie jest wcale zabawna, bo też i tekst zabawny nie jest. Raczej napawa niesmakiem i lekką zgrozą. Podziwiam Was za brnięcie przez odmęty tego bagienka.

Angelika Michalowska pisze...

Wasza analiza "McDusi" jest świetna niestety podzielam pogląd wielu osób że Nowa Jeżycjada jest okropna napisana jakby z musu kolejne tomy kojarzą mi się z nastepnym odcinkiem coraz mniej lubianej telenoweli.
Głupie naciągane wątki które raczyłyście zauważyć i okrasić celnymi sarkastycznymi komentarzami bardzo mnie ubawiły
Janusz przedstawiany przez autorkę tak negatywnie też zasługuje na wieksza uwagę przeciez trzeba wysłuchać i drugiej strony a wina leży zawsze na środku. wiadomo ze jak sie mieszka na kupie zawsze będa konflikty. Może Janusz nie chciał mieszkać z irytującym niezaradnym teściem który zyje w świecie starożytnych stoików oraz teściową wiecznie cierpką i gotową by komuś wsadzić szpilę bo ona nie lubi tak okazywać sentymentalnych uczuć z narwaną histeryczną Ida pozostawioną we własnym swiecie we własnym swiecie Natalię oraz odcinająca sie od wszytskiego Patrycją .
Dla mnie najbardziej irytujaca postacia w Jezycjadzie jesr własnie Łusia przemadrzała denerwujaca smarkula nic dziwnego ze dzieciaki z klasy maja ja za dziwaczke z innej beczki i Robert i Grzegorz chyba zapomnieli o córkach ze swego pierwszego małżeństwa w ogóle prawie nie ma o nich mowy .
Cóż jest duzo niedociągnięc w tym (prawie) idealnym borejkowym świecie które na swym blohgu wykazujecie . Pozdrawiam!