czwartek, 1 czerwca 2017

334. Strzelanie na opak, czyli przygody dobrych wojaków Winchesterów (1/2)


Drodzy Czytelnicy!
W sumie nie wiadomo, jak napisać tekst wstępu do dzisiejszej analizy, bo ręce bolą od facepalmów (zresztą jak zawsze przy opku o II Wojnie Światowej), w dodatku dziś idziemy w combo - Supernatural i Przełęcz ocalonych.
Ale rozkoszy będzie wiele, bo będziecie mieć zarówno Japończyków w Teksasie, w 1938 roku, zafrasowanego Roosevelta obierającego telefony ze skórki, dużo zginania, obozowisko rekrutów US Army oraz trzy czołgi.
Trzy Trzołgi,
Czy Czołgi?
Oraz Winchestery Dwa!

Analizują: Kura, Dzidka, Babatunde Wolaka i Jasza.




Rok 1938, październik (USA)
Dean wracał właśnie z pracy. Szedł codziennie tą samą trasą. Mijał praktycznie codziennie tych samych ludzi. Wszyscy wydawali się być spokojni, pewni, że są bezpieczni. Na wielu twarzach malował się uśmiech wciąż pełen szczęścia, że jego rodzina [kogo, Deana? Był aż tak ważną osobistością?] nie ucierpiała podczas I Wojny Światowej.
A ci, którzy tak nazywali Wielką Wojnę, najwyraźniej mieli moce prorockie.
A z pewnością byli nazywani przez rodzinę i przyjaciół pesymistami.

Wielu z nich było przekonanych, że to juz nigdy się nie powtórzy. Dało się ujrzeć jednak twarze osób zlęknionych, przerażonych, takich co wciąż nie pozbierali się po tragicznych wydarzeniach.
Chyba po Wielkim Kryzysie. Choć Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny w 1917 roku, to walki nie toczyły się w ogóle na kontynencie amerykańskim.
Za to jeszcze przed 1917 bywało gorąco w dziedzinie stosunków z Meksykiem: okupacja Veracruz, atak Pancho Villi na Columbus w Nowym Meksyku i ekspedycja karna, i tak dalej.
Amerykanie odreagowali to pijąc na umór, aż trzeba było wprowadzić prohibicję. Ale nie! Przecież prohibicję już zniesiono pięć lat wcześniej. Po  prostu - malkontenci, pesymiści i depresanci.
Poza tym dwadzieścia lat po wojnie emocje powinny już cokolwiek opaść…

Dean w odróżnieniu od nich nie był ani szczęśliwy ani przerażony. Był... zobojętniały. Wszyscy, których kochał odeszli juz dawno temu. Został sam ze swym młodszym bratem Samem. Sam był jedyną osobą, na której mu zależało. Nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby coś mu się stało, ale na szczęście podczas wojny obydwoje [Obydwoje? Nie obaj? Widocznie któryś był siostrą.] byli bezpieczni.
No raczej; jeśli nie wybrali się do Europy z siłami generała Pershinga, to nie musieli się o nic obawiać.
Niemowląt i dzieci chyba nie mobilizowano.
Taki dwulatek na polu walki może być straszny, bo nieobliczalny.

Idąc obok tych wszystkich ludzi zastanawiał się nad tym, czy jakikolwiek sens ma siedzenie w mieście i robienia tego, co każdy.
Wszyscy w mieście robili dokładnie to samo?

Czuł, że rutynowe życie nie było dla niego. Pragnął czegoś więcej. Pragnął pomoc innym.
Nie zorientował się, kiedy doszedł do domu. Wszedł do środka i usłyszał krzątającego się po pokojach brata.
-Nie powinieneś być jeszcze na uczelni? - zagadnął wchodząc do salonu, w którym chwilowo przebywał jego brat.
-Odwołali nam dziś zajęcia. Znowu nie powiedzieli czemu.
A my, płacąc za studia, nie domagamy się wyjaśnień od władz uczelni, dlaczego bez podania powodu marnuje nasz czas i pieniądze.

-Ja tam bym się cieszył.
-Niby się ciesze, ale jednak bez zajęć niczego się nie nauczę - odparł. - Znowu szukasz gazety? - spytał przyglądając się bratu, który rozglądał się na wszystkie strony robiąc przy okazji bałagan.
Jak Supernatural, to muszą być nieziemskie moce, nie? Na przykład moc robienia bałaganu wzrokiem.

(...)

Na stoliku faktycznie leżała gazeta.
(...)
Przerzucał stronę za stroną, nie mogąc znaleźć interesującego artykułu. Sam miał racje [wiele racji – żywnościowych], o niczym ciekawym nie pisali. Chciał juz zamknąć i odłożyć gazetę jednak jego wzrok przykuła krótka informacja na dole strony:
Hmmm. Powinna być na pierwszej, z wytłuszczonym tytułem.
Ale w 1938? Gdy Ameryka odcinała się od warknięć Hitlera?
W 1938 to nawet w Polsce wszyscy wierzyli, że to się jakoś rozlezie po kościach.

Dobra, zobaczmy co wyczytał.

"Mobilizacja werbunkowa
Albo mobilizacja, albo werbunek.

W uzupełnieniu wydanego ogłoszenia mobilizacyjnego Komendy Wojsk amerykańskich w stanie Texas podaje się, że zgłaszać się mają mężczyźni od 18 do 35 roku życia w Dallas w komendzie 67. pułku strzelców.
Pobór w USA wprowadzono dopiero w 1940 r., więc w gazecie mogłoby co najwyżej być ogłoszenie zachęcające ochotników do wstąpienia do US Army - to raz. Dla mężczyzn od 21. roku życia - to dwa. W XX wieku nie było w USA pułków strzelców, a co dopiero o tak wysokim numerze (jedynie pułki piechoty) - to trzy. Ani chybi jakaś samozwańcza milicja podszywa się pod armię amerykańską.
Jak się kto nazywa Winchester, to musi iść do strzelców.

Wyjątek stanowią wszyscy górnicy, kolejarze oraz wszyscy dotychczas od służby wojskowej zwolnieni.
Czyli, jak wynika z powyższego - cała reszta społeczeństwa.

Mobilizację tę należy uznać za werbunkową (dobrowolną), jeżeli jednak nie zgłosi się odpowiednia liczba osób dobrowolnie, wtedy zarządzona zostanie bezwłocznie ogólna mobilizacja.
Jasne. w 1938, gdy USA były szczęśliwe po podpisaniu aktów izolacjonistycznych, czyli mówiąc jasno: “mamy cię w nosie, Europo, z twoimi konfliktami”.

Ogłoszenie obowiązuje i tych, którzy wrócili juz z wojny.
A po tych 20 latach ktoś jeszcze nie zdążył wrócić?
Odyseusz.

Zasiłki wojenne będą wypłacane rodzinom zgłaszających się, jak to dotychczas miało miejsce.
Na ten czas nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich zadań, które będą obowiazywać zgłaszających się oraz stałego miejsca ich pobytu.
Dallas, 16 października 1938 roku
Rada Narodowa
Zjednoczonych Stanów Ameryki stanu Texas."
Komitet Wojewódzki stanu Teksas wydał zgodę.
Tylko nie wiem, co na to Pierwszy Sekretarz Komitetu Centralnego Partii Republikanów.
No jak to co, postawi sprawę na egzekutywie.

Dean przeczytał informacje jeszcze raz i juz wiedział co miał zamiar zrobić. To było coś, dzięki czemu mógłby przysłużyć się innym.
Yyyy? Postrzelać sobie do pesymistów, niech się nie męczą i głowy innym nie zawracają?

Odłożył gazetę i poważnym tonem powiedział do brata:
-Sammy... zapisuje się do wojska.
-Przepraszam, co?!
-Dobrze usłyszałeś. Zapisuje się do wojska.
Zapisać to się można do Międzygalaktycznego Towarzystwa Miłośników Kaktusów. Do woja się wstępuje (na ochotnika), lub się jest powołanym (w czasie powszechnej mobilizacji).

-Ale... po co? - spytał zdziwiony Sam.
Ale kto się “zapisuje”? - spytał zdziwiony Sam.

-No a po co się wstępuje się do armii? - odpowiedział pytaniem na pytaniem. - Mam po prostu dość tego rutynowego życia.
Nie, w armii nie będzie rutyny ani przez chwilę. Czeka tam pasmo przygód i niespodzianek.

Nic się tu nie dzieje, a ja chce coś robić, przysłużyć się jakoś innym.
Wrrr, ghrrr… nawet jeśli pracujesz w fabryce obuwia, to tak właśnie przysługujesz się innym.


-Nie możesz zapisać się, nie wiem, do jakiegoś wolontariatu?
-Sammy...
-Nie Samuj mi tu teraz - przerwał mu brat - czy ty wiesz w co ty się pakujesz? To wojsko, Dean, wojsko. W każdej chwili możesz tam zginać [różne części ciała], w mniej lub bardziej bolesny sposób, możesz być torturowany, porwany, Dean, może stać ci się dosłownie wszystko!
A na dodatek jedzenie paskudne.

-To samo może stać mi się także tutaj - podsumował - tylko tam może się to stać, gdy będę robić coś przydatnego. Sam, juz postanowiłem i nie zmienię zdania.
Ot, tak, w minutę osiem wywrócę całe swoje życie do góry nogami i nawet mi tu nie piśnij!

-W takim razie zapisuję się razem z tobą.
Jedyne wytłumaczenie to takie, że braciszek jest maminsynkiem, który boi się zostać sam w domu..

(...)
***
-Następny! - usłyszeli po raz kolejny ten sam głos, kolejka znowu poruszyła się powoli do przodu.
-Zaraz stąd wyjdę - powiedział coraz bardziej wkurzony Dean.
-Za chwile nasza kolej, wytrzymasz.
-Zmarnowaliśmy pół dnia stojąc w głupiej kolejce.
Pół dnia w kolejce do punktu mobilizacyjnego? Czyżby trwała właśnie jakaś wojna? Takie sceny to może w latach 40. już po Pearl Harbor (tak, pamiętamy, jak Steve Rogers na wszelkie sposoby usiłował się wkręcić do wojska), ale nie w 1938!
Przyjmijmy, że dla ówczesnych Amerykanów największym problemem była nuda i rutyna, więc wszyscy polecieli do punktu werbunkowego. Zresztą byli przyzwyczajeni do wielogodzinnego stania w kolejkach, bo jak nie do pośredniaka, to po zasiłek dla bezrobotnych czy zupę.

-Było wstać jeszcze pózniej.
-Zamknij się, nie moja wina, że nie wstaje jak ty z samego rana.
-Świat by się nie zawalił, jakbyś raz wstał wcześniej.
Element Komiczny ziewa z niewyspania.

(...)
-Następny! - przerwał Samowi znowu ten sam głos. Bracia podeszli do biurka, przy którym siedział mężczyzna o dość nie przyjemnym [albo nie dość przyjemnym] spojrzeniu. - Nazwisko - powiedział nawet na nich nie patrząc.
-Winchester. Dean i Samuel Winchester.
– Dean Samuel… – powtórzył urzędnik. – Ok, zapisano, a ten drugi?

Mężczyzna pomruczał coś po nosem po czym odhaczył ich nazwiska na swojej liście.
A to cwaniak! Miał swoją listę i odhaczał, czy się zgłosili!
Znaczy, to musiała być mobilizacja powszechna, a nie na ochotnika.

-Dokumenty proszę - rzucił patrząc na nich z wyższością. Dean widząc to spojrzenie chciał coś powiedzieć jednak Sam go powstrzymał. Położyli potrzebne dokumenty starając się ignorować spojrzenia mężczyzny. Ten przejrzał na [oczy] położone przez nich papiery po czym odwrócił w ich stronę listę z nazwiskami.
-Proszę o podpis przy swoim nazwisku - a gdy zrobili, o co prosił dodał - za trzy dni wyruszacie pociągiem do Szkoły Wojskowej.
A więc będą się uczyć na oficerów, right? Inaczej wysłano by ich po prostu do obozu dla rekrutów (boot camp).

Macie się zjawić punktualnie o godzinie 6:30 na dworcu kolejowym na peronie 9 i ¾  drugim. Zabieracie tylko najpotrzebniejsze rzeczy, bagaż nie może być duży. Wszystko jasne? - Przytaknęli. - Świetnie. Następny!
***
Przez dwa dni uporządkowywali swoje sprawy i pożegnali się z przyjaciółmi.
Albo: porządkowali (nie ma formy “uporządkowywali”) i żegnali, albo uporządkowali i pożegnali. Nie mieszajmy form.

Trzeciego dnia, z samego rana, zjawili się we wskazanym miejscu. Ustawili się w kolejce tak jak inni. Przed wejściem do pociągu podali swoje nazwisko. Mężczyzna odhaczył ich na liście. Weszli do środka, do pierwszego lepszego przedziału, w którym było miejsce. Nie zdążyli usiąść a odezwał się do przerażająco wesoły głos.
Taki?


-Cześć, jestem Garth - Garth wyciągnął w ich stronę rękę. Dean spojrzał pierw na niego lekko zdziwiony a potem na Sama.
Sam pozwolił mu uścisnąć dłoń.

-Dean - odparł ściskając niepewnie i krótko jego rękę - a to Sam
Sam kiwnął głową.
Przepraszam bardzo, kto zrobił lobotomię Deanowi? O ile się orientuję, to był przebojowy, pewny siebie, cwaniakujący koleś, nie jakaś blada i niepewna zjawa…

W przedziale oprócz Gartha, który wyglądał na niedożywionego chłopaka ledwo po dwudziestce, znajdował się jeszcze chłopak o lekko azjatyckich rysach, który mógł mieć maksymalnie osiemnaście lat oraz mężczyzna, który zdecydowanie był najstarszy z nich wszystkich. Jego spojrzenie było zdecydowanie nieufne wobec innych.
-To jest Kevin - powiedział Garth wskazując na młodzieńca - a to Benny - spojrzał na nich spode łba nie będąc zbytnio skłonny do rozmowy.
Nie? A przecież gada i gada cały czas.

Na początku rozmawiał głownie Garth nie przejmując się tym, że nikt, tak naprawdę go nie słucha, ale po jakimś czasie wszyscy wkręcili się do rozmowy.
A potem nadjechała taka pani z wózkiem z czekoladowymi żabami i Fasolkami Wszystkich Smaków.

Podróż trwała dość długo. Gdy dotarli do celu wszyscy wysiedli z pociągu i ustawili się w szeregu na placu. Przed nimi pojawił się starszy mężczyzna w wojskowym mundurze i donośnym głosem powiedział:
Pirszoroczni do mnie!

-Nazywam się Bobby Singer, jestem generałem [szurnij nóżką przed rekrutami, generale]  i od dziś, przez najbliższych kilka miesięcy znajdujecie się pod moim dowództwem. Będziecie przeze mnie szkoleni na żołnierzy. Macie robić dokładnie to, co wam każe [moja osoba]. Za każde, chociażby najmniejsze wykroczenie zostaniecie ukarani.
Za czwartym razem lub przy większych wykroczeniach wylatujecie z wojska.
Dobrze wiedzieć, że aŁtorka zna takie odzywki z obozu harcerskiego (?), zielonej szkoły, czy licho wie skąd.
Ale armia tak nie działa.

Jeśli, któryś z was myśli, że będzie łatwo, jest w dużym błędzie. Jeśli, któryś z was ma negatywne nastawienie do tego wszystkiego, radzę mu je zmienić. O wszystkim będziecie informowani na bierząco nie poprawialiśmy [rz], bo aŁtorka jest konsekwentna i byłoby to nudne.
Za chwile porucznik przydzieli wam odpowiednie kwatery.
Bo porucznicy będą dbać o wasz dobrostan, żeby niczego nie zabrakło.

Jutro z samego rana, dla uściślenia, piąta trzydzieści rano, żeby nikomu nie zdawało się, że rano to jedenasta, wszyscy, co do jednego, macie stać tak jak teraz i nawet nie próbujcie się spóźnić. Zrozumiano? - Mężczyźni nierównym chorem odpowiedzieli ciche "tak". Bobby pokręcił przecząco głową.
Ze spokojem dodał - powinniście stanąć na baczność i powiedzieć "tak jest sir" - zrobił krótka pauzę po czym krzyknął - pytałem czy zrozumieliście!

Do tej pory żyłam w przekonaniu, opartym na obejrzanych amerykańskich filmach o wojsku, że od takich gadek, jak i przywitania kadetów, są słynni sierżanci (ci, którzy drą się na przerażonych kadetów, nachylając twarz o cal od ich twarzy, każą im robić pompki i rozwalają źle pościelone łóżka). Okazuje się, że w USA przed wojną zajmowali się tym generałowie. A kwatery przydzielał porucznik.
No w sumie. Za dużo roboty to oni nie mieli…
(And, generał przedstawiający się jako “Bobby” trochę zrobił mi poranek.)
Postać w serialu nazywa się Bobby; może aŁtorka uznała, że jak przedstawi się pełnym imieniem, to czytelnicy go nie rozpoznają.
Generał miał już potąd papierkowej roboty i zostawił ją starszemu sierżantowi.

Mężczyźni zdziwieni nagłym wybuchem generała pospiesznie stanęli na baczność i nierównym chórem odpowiedzieli:
-Tak jest sir!
...za słówkiem “sir” kryje się stopień wojskowy - zatem sakramentalne “yes sir” znaczy np. “tak jest, panie sierżancie (poruczniku, majorze, generale itp.)” w zależności od sytuacji. Lokaj też nie powinien straszyć goudą czy parmezanem, tylko odpowiedzieć “dobrze, proszę pana”. Sir zostaje serem tylko wtedy, gdy jest tytułem szlacheckim (...). (Tomasz Beksiński, Patetyczny bękart)

-To będą ciężkie miesiące. A teraz rozejść się do porucznika.
Porucznik, otoczony garstką rekrutów, musiał wysłuchiwać ich szczebiotu:
- Poruczniku, pan da mi łóżko przy oknie! I jak to, nie ma pojedynek?! A ja chcę mieć łazienkę tylko dla siebie!

Rok 1938, grudzień
Pierwsze tygodnie szkolenia były dla braci totalną [zauważmy - totalną] katorgą.
“Atak - ogół czynności następujących po okrzyku ‘hurra’ “ Dean wbijał sobie w głowę.
“Kałuża - zapora wodna bez znaczenia strategicznego” mamrotał Samuel.
“Lufa - słup powietrza otoczony metalem” przepytywali się wzajemnie.
Dość szybko za to udało im się wykuć budowę łyżki (trzymak i komora zupna).

Na początku nie potrafili przywyknąć to rozkładu zajęć, zwłaszcza Dean, któremu najbardziej nie podobały sie codzienne głośne pobudki po 5 nad ranem.
Bo kto to widział, żeby wstawać o takiej porze? W wojsku?!

Mieli pół godziny na wyszykowanie sie i ustawienie na placu w szeregu. Generał stał zawsze przed czasem z zegarkiem w ręce i każdy, kto sie spoźnił choćby sekundę robił karne pompki.
Tyran i despota z tego generała! Gorszy niż pan od WFu.
Jego surowość potęgował ogólny wściek na podoficerów, którzy podziewali się nie wiadomo gdzie, zmuszając go, żeby wszystko robił sam.

Dzień zaczynali od półgodzinnego biegu. Pózniej mieli trochę czasu na odświeżenie się oraz zjedzenie śniadania. Następnie mieli do pokonania tor przeszkód, który składał sie ze skakania miedzy oponami, czołganiem [czołgania] sie pod drutem kolczastym, wspinaczki, skoków czy utrzymywania równowagi. Musieli pokonać tor w jak najkrótszym czasie, bezbłędnie.
Po dwóch tygodniach byli lepsi od Specnazu.

Chodzili także na strzelnice, co sprawiało praktycznie wszystkim najwieksza frajdę.
I krzyczeli pif-paf! No bo przecież nie “jeb-jeb”, którego to zawołania jako Amerykanie nie znali.

Raz w tygodniu mieli również do wykonania zadania w określonym czasie, ktore polegały np. na znalezieniu jakiegos obiektu w lesie i wróceniem [wróceniu albo lepiej: powrocie] do bazy nietkniętym przez przeciwników. Oprócz tego przeprowadzali próbne misje. Dzieli sie na grupy i walczyli o przerwanie [frontu], także na czas. Grupa z najwieksza ilością [liczbą, ghrrrr!!!] osób nienaruszonych przez przeciwników wygrywa.
W jaki sposób oni ich naruszali?
Nie wiem, ale ja tu widzę rozgrywki w paintballa.

Treningi odbywały sie zawsze, niezależnie od pogody, bo jak to mowil im generał "żołnierz musi umieć poradzic sobie w każdych warunkach".
Inaczej strzelą focha, że pada i za skarby nie pójdą walczyć.

Kazdego dnia mieli jakieś ćwiczenia a Bobby nie dawał im wytchnienia. Chciał zrobic z nich prawdziwych żołnierzy i to szybko, jakby czuł, że coś niedługo może sie zdarzyć.
Byli jedyną nadzieją Stanów, które wcześniej nie miały żadnego wojska.

I teraz wyszło na to, że wbrew moim powyższym dowcipom wojskowym, tak naprawdę oni nie mieli żadnych szkoleń teoretycznych. Tylko bieganie, skakanie, tor przeszkód, wspinaczki, strzelnica. Zespół wysoko wyspecjalizowanych, niekompetentnych trepów.

Pozostawieni sami sobie, jak co wieczór, usiedli przy ognisku delektując sie ciepłem płomieni w zimny grudniowy wieczór.
Koszary US Army po wieczornym apelu wyglądały jak plac piknikowy? Nie, nawet na obozie harcerskim po capstrzyku nikt nie ma prawa zapalać sobie ogniska.
Ja to mam wrażenie, że tam w ogóle nie ma żadnych koszar, wszyscy mieszkają w namiotach i szałasach, grzeją się przy ogniskach i żywią tym, co sami upolują.
Pewnie jeszcze w jakimś parku narodowym, zgodnie z tradycją US Army (zanim powstała National Park Service, opieką nad parkami zajmowała się kawaleria).

Nie robi hałasu, Bobby juz im dał za to nauczkę,
W dodatku generał Bobby miał zwyczaj przysiadać się do żołnierzy i sępić kiełbasę i piwo.
rozmawiali dość cicho, ale tak, aby każdy słyszał każdego.
(...)

-Jak myślicie, kiedy wyślą nas na pierwszą misję? - spytał Kevin
Misjonarze, motyla ich noga…

-Koleś, jestesmy tu dopiero dwa miesiące a tobie śpieszno na misje? - odpowiedział pytaniem na pytanie Dean
-Podejrzewam, że jak coś sie stanie a bedzie brakować ludzi to generał nas powoła do jakiegos oddziału - stwiedzil Sam ignorując Deana.
-Ja tam chętnie jeszcze pożyje - wtrącił znowu Dean.
-To po cholerę zapisywałeś się do wojska, skoro teraz nie chcesz podjąć ryzyka w terenie? - spytał podirytowany Sam.
-Bo taki miałem kaprys.
Czyli jednak ochotnik, a nie poborowy? Trzeba było tak od razu.

Bo nie wiedział, biedaczek, z czym to się je:

A vacation in a foreign land
Uncle Sam does the best he can
You're in the army now
Oh oh you're in the army now.

Now you remember what the draft man said
Nothing to do all day but stay in bed
You're in the army now
Oh oh you're in the army now.


(...)

Rozmawiali jeszcze przez jakiś czas, bez większych kłótni. Gdy mieli się zbierać usłyszeli w oddali głośny huk.
-Co to było? - spytał od razu Dean.
-Co, już szczasz w portki? - odparł Benny.
-Jestem po prostu ciekaw.
-Nie szukaj wy…
Znów rozległ się huk. Tym razem głośniejszy, jakby zdecydowanie bliżej nich.
No nie wiem… może eksplodował arsenał, a może ktoś się zdetonował po wyjątkowo głupim dowcipie?

Można było zauważyć wyraźne poruszenie wsród innych, którzy również znajdowali się w okolicy.
Zupełnie przypadkiem, jak to w koszarach.

Kilkoro [kilku – kobiet wtedy nie zaciągano do wojska] żołnierzy wyszło z kwater zobaczyć co się dzieje.
– Ale huknęło, co nie?
– To jakoś tam, od zagajnika.
– Dobrze, że nie u nas.


Zaczynało się robić małe zamieszanie. Żołnierze szeptali miedzy sobą, zastanawiając się co się dzieje, a oficerowie chodzili od kwatery do kwatery próbując coś ustalić między sobą.
Jednostka była tak elitarna, że nawet nie wyposażono jej w telefony.
I nie mieli żadnych procedur na wypadek Nagłego Huknięcia w Lesie.

Mężczyźni zauważyli w oddali generała, który nie szedł ze zbyt zadowolona miną. (...)
Był to znak, że coś poważnego musiało być na rzeczy.

-Wszyscy macie się udać do oficera Shurley'a w kwaterze głównej po broń. Za pięć minut macie się zjawić na placu głównym. To nie są ćwiczenia, panowie.
Czy ja mam rozumieć, że to Pearl Harbor tak rypnęło?
I znów: generał osobiście idzie przekazać im wieść, żeby się zameldowali u młodszego oficera. To prawie jak Himmler składający raport sierżantowi Kaulitzowi!

***
Zjawili się we wskazanym miejscu, o wskazanym czasie. Wszyscy stali w szeregu, w pełni gotowi, czekając na dalsze rozkazy. Jedynie oficerowie chodzili miedzy sobą przekazując sobie najważniejsze informacje o obecnej sytuacji.
Gadu-gadu-gadu. Coś bombsnęło. - Ale jak! O rany!

Gdy zjawili się już wszyscy głos zabrał generał.
-Jak zapewne wiecie, nasz kraj już od ponad roku toczy wojnę z Japonią,
Żeeeeee whuuuuut???!!! Od 1937?!
Borze najzieleńszy, czy to naprawdę tak trudno sprawdzić, kiedy nastąpił atak na Pearl Harbor?
Wiem! To jest jednostka złożona z Amerykanów pochodzenia chińskiego. Mówiąc “nasz kraj”, generał miał na myśli Kraj Środka.

przeważnie na morzu.
A czasami dla odmiany w powietrzu.

(W ogóle zastanawiam się, skąd jej się wziął ten rok 1938 jako czas akcji. Zrozumiałabym 1939 i niewiedzę, że dla Ameryki wojna zaczęła się dwa lata później niż dla Europy, ale to? Ktoś ma jakiś pomysł?
Może wg imperatywu opkowego musieli wkroczyć w II WŚ już jako doświadczeni wojacy?)


Nie wiemy jednak jak, ale w jakiś niezauważalny sposób, nie za duża armia Japończyków przedostała się na ląd i zmierza w naszym kierunku.
Pewnie przyjechali jako turyści.
Jeśli to środek Teksasu, to to jest dupa a nie armia amerykańska, że nie zauważyli inwazji japońskiej per pedes. Nawet jeśli to była “nie za duża armia” *kwiczy*
Teraz wygląda na to, że “generał” i jego mała trzódka to najprędzej jacyś minutemani, szukający pretekstu do ganiania cudzoziemców.
Między rekrutami był koleś o azjatyckich rysach. To pewnie jeden z nich. To znaczy jeden z tej niewielkiej armii Japończyków.

Nie mamy pewności ilu ich jest, ale według naszych zwiadowców jest to liczba zbliżona do naszej.
Nasza liczba jest najnaszejsza!
Mowa była o “nie za dużej armii”, więc pewnie złożonej z dwóch-czterech tycich dywizyjek (fun fact: armie japońskie rzeczywiście były mniejsze od amerykańskich, odpowiadały wielkością mniej więcej korpusowi).

Jesteśmy na pewno bezpieczni w strefie powietrznej, która patrolują wysłane niedawno przez rząd myśliwce.
O, człowieku, amerykańskie myśliwce w tym okresie nie miały startu do japońskich...
- Za to w strefie lądowej, to nie jest zbyt dobrze.

Japończycy prawdopobnie nie zdają sobie sprawy o mieszczącej się tutaj bazie wojskowej,
Tak sobie idą przez kraj i notują, co zauważą. Traktor, Indianin, zdechły bizon, wieża wiertnicza, baza wojskowa.
(“nie wiedzą o” albo “nie zdają sobie sprawy z”, Miss Ałtoresso)

więc dysponujemy elementem zaskoczenia.
Będziecie udawać wiązki szarłatu. I gdy zobaczycie Japończyka, to go zaskoczycie!

Zostaliście podzieleni na grupy. Każda podlega pod innego oficera. To, co oni powiedzą ma być dla was, w zaistniałej sytuacji, ważniejsze niż to co ja mowię na codzień. [co dzień]
I od tego dnia, każdy second lieutenant miał więcej władzy niż generał.

Nie wykonanie [niewykonanie] rozkazu oficera będzie skutkowało usunięciem z wojska.
- Są pytania? - Nie? To dobrze, bo sam tego nie rozumiem...

Oficerowie podejdą teraz do wyznaczonych grup i przekażą wam zadania.

I tak jak powiedział tak się stało. Żołnierze stali w bezruchu czekając na oficerów. Do grupy, w której znajdowali się Dean, Sam, Kevin, Benny, Garth i paru innych żołnierzy został przydzielony oficer Shurley.
Oficerów przypasowuje się do grupek rekrutów? Jasssne.

Gdy podszedł do nich, wziął ich na bok.
Niech Stary nie słyszy.

-Okej, panowie. Zostaniemy wysłani na północny-zachód, jako jedna z pierwszych grup.
Północny zachód… To skąd ci Japończycy nadeszli? Wylądowali w Kalifornii i przemaszerowali przez trzy i pół stanu, zanim ich wyczajono?
No wiesz, skradali się nocami ubrani w stroje ninja…
Głównie przez pustynie. Przebrali się za kaktusy.

Generał chce, abyście byli grupą snajperów.
Bo snajperów to się tak o, wskazuje palcem, no nie? Nie żeby trzeba ich było szkolić dość długo, i nie to przede wszystkim, że snajper musi posiadać określone cechy, żeby takim porządnym snajperem zostać. Musi mieć na przykład zimną krew, świętą cierpliwość i mocny pęcherz.

Waszym zadaniem będzie przede wszystkim porządne ukrycie się w terenie i celne strzelanie do wroga, a zwłaszcza do ich kadry dowódczej, snajperów i ewentualnie do sprzętu, który wyraźnie by nam zagrażał.
Ale jak zagraża niewyraźnie, to nie marnujcie cennej amunicji, bo nie mamy jej za dużo.

Na miejscu jeszcze na szybko rozeznamy się w sytuacji i ewentualnie coś dopowiem. Wszystko na tą chwile jasne? - wszyscy zgodnie przytaknęli. - Dobrze. W takim razie, wyruszamy.
Gdy przybyli na miejsce oficer Shurley pokazał mężczyznom, gdzie mniej więcej mają się ukryć.
Ty mniej więcej za tym krzakiem, a wy trzej za tamtym…

Było ciemno więc mieli większą szansę na to, że wróg ich nie zobaczy. Byli oddaleni od siebie mniej więcej po 50 metrów, skryci miedzy krzakami, niektórym udało sie nawet wdrapać na drzewo.
Pogryźli się przy tym do krwi.

Dean po swojej prawej miał Benny'ego a po lewej Sama. Odetchnął z ulgą wiedząc, że może mieć cały czas oko na swojego młodszego brata.
Weź ty przestań mu tak matkować, bo nigdy z pieluch nie wyrośnie.

Shurley poszedł sprawdzić jeszcze raz, dla własnej pewności, czy wzięli wszystkie potrzebne rzeczy.
Szaliki, chusteczki do nosa, kanapki z jajkiem na twardo i piórniki.
A kolega nie miał śpiworka!
Ale miał trzy pazury.

Zabronił reszcie rozmawiać oraz wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, które mogłyby wywołać hałas, a także przemieszczania się. Nikt z nich nie chciał ryzykować przyłapania na nie spełnianiu [niespełnianiu] poleceń, więc zrobili o co prosił.
- Chłopaki, naprawdę was proszę, siedźcie cicho. Przecież wyznaczyli was na snajperów.

Kevin dopiero co mówił o ich pierwszej misji a tu proszę, jak z nieba mu spadła bitwa. Dean na samą myśl zaczynał sie denerwować. Nie bał się aż tak tego, że coś mu sie stanie, jak tego, że coś stanie sie jego bratu. Czuł sie za niego odpowiedzialny i nie wybaczyłby sobie, gdyby coś poszło nie tak.
To nie mógł mu na samym początku wyperswadować: nie, braciszku, ja sam idę do wojska, a ty zostajesz w domu?

Miał juz tak naprawdę dość czekania. Nigdy nie należał do tych cierpliwych.
Gdzie ci cholerni Japończycy?Zaczynało mu być niewygodnie. Spojrzał przez celownik sprawdzając czy w oddali widać wroga.
Może lepiej byłoby użyć do tego lornetki, mającej z założenia szerszy zasięg niż celownik.

Nic nie zauważył.
W lesie panowała martwa cisza. Nie było słychać okolicznych zwierząt a tym bardziej zbliżających sie ludzi.
A Japończycy to co? Niczego nie podpalają, nie mordują, poruszają się pieszo i boso na skuśkę przez USA?

(...)
[Shurley:]
-Dostałem wiadomość od generała, że armia wrogów jest coraz bliżej, możliwe, że znajda sie w zasięgu naszego wzroku za 10-15 minut.
Jeśli ktoś ma kurzą ślepotę, to zobaczy ich za pół godziny.

Wokół nas są inne oddziały, wiec pamiętajcie, że nie jesteśmy sami. Będę w pobliżu, rownież w ukryciu. Czekajcie na znak do wystrzału i pamiętajcie, [naj]pierw atakujcie tych, co znajdują sie niebezpiecznie blisko (na odległość wyciągniętego miecza) oraz tych, co mogą spowodować duże szkody.
O, na przykład takiego kolesia:


Bądźcie gotowi.
***
Pierwsze pojawiły się trzy czołgi.
W bagażu podręcznym się nie zmieściły, więc Japończycy przerzucili je do Teksasu przy użyciu papierowych balonów. Z niewielką pomocą jaskółek afrykańskich.
Czo… czo… czołgi… *osuwa się na szezlong podsunięty usłużnie przez Babatunde*
Ale tylko trzy. Jak na armię inwazyjną, to nie jest najgorzej.

Przesuwały się do przodu powoli tratując wszystko na swojej drodze. W dali za nimi szło [jakieś paskudztwo] [Godzilla!] usłyszeć ludzi wykrzykujących rozkazy. Tak jak Singer mówi, Japończycy nie spodziewali się ich. Zaczęli robić dość duży hałas.
Z tyłu za armią szedł oddział gejsz, wygrywając na shamisenach pieśni bojowe.

Nikt nie atakował.
Bo ich zatkało.

Wszyscy czekali, aż wojsko tamtych znajdzie się w zasięgu ich wzorku i nie będą mieli możliwości ucieczki.
Nie ma ucieczki przed wzorkiem w kratkę!

Gdzie nie gdzie można było juz dostrzec krzątających się przeciwników.
Rozstawiali namioty, zamiatali miejsce na ognisko i kopali latrynę.


Jednak wciąż za mało, aby rozpocząć atak. Dean czuł, że jego serce bije jak szalone. Miał wrażenie, że zaraz zwariuje przez to czekanie. To była dla niego najwieksza męczarnia. Chciał juz rozpocząć atak ale wiedział, że nie może.
No raczej, skoro właśnie się bronisz, kołku.

Spojrzał ukradkiem na Sama, który był skupiony tylko i wyłącze w [na] patrzeniu przed siebie. Też chciałby tak umieć. Zmusił się, aby spojrzeć znów przed siebie. Dało się juz dość wyraźnie ujrzeć sylwetki ludzi, a było ich całkiem sporo. Większość z nich biegała to w jedną, to w drugą, jakby bez celu.
Grali w gonionego. Niektórzy podskakiwali z radości, że doszli niezauważeni aż do Teksasu.

Czołgi znajdowały się w niebezpiecznej odległości.
Dean zaczął się zastanawiać na co czeka generał.
Po co ci generał, skoro dostałeś rozkaz, że nie wolno ci słuchać rozkazów generała?

W tym tempie zostaną stratowani przez czołgi.

I jak na zawołanie Singer rozpoczął bitwę. Z ich strony zaczęły pojawiać się [z nicości] czołgi strzelające do tych przeciwnika.
Nie wiadomo czyje czołgi  i do czego strzelają, ale coś się dzieje.  

Wsród Japończyków szło [jakieś naprawdę wielkie paskudztwo] zauważyć zdziwienie ową sytuacją. Większość przystanęła patrząc na to co się dzieje a po chwili jak wyrwani z transu ruszyli po broń.
To oni przedtem byli bez broni? Dywizja karateków? Czy po prostu uważali, że wyższość duchowa wystarczy do pokonania Amerykanów na ich własnym terenie?

Na to czekał Dean. I pewnie wszyscy inny. Teraz mieli szanse się wykazać. Jedyne co dało się teraz słyszeć to wystrzały z broni. Mieli przewagę.
I mieli broń przy sobie.

Wsród przeciwników panował chaos. Większość znajdowała się w tym samym miejscu, dzięki czemu łatwiej było ich zabić.
Mamy beznamiętny, źle napisany, bzdurny fragment opisujący rzeź, jaką jest rozstrzeliwanie otoczonej grupy ludzi metodą “strzelać jak do nich jak do kaczek”.

Winchester spojrzał przez celownik szukając wzrokiem kadry dowódczej. I znalazł kogoś wyraźnie wydającego rozkazy. Próbował stanąć w miejscu niewidocznym dla przeciwników jednak z pozycji Deana był idealnie na celowniku.
Wymierzył w niego i bez zastanowienia strzelił. Trzy raz dla pewności.
I któryś strzał trafił.
Sierota, a nie snajper.

Japończyk osunął się na ziemie. Zapanował tam jeszcze większy chaos. Nikt nie wiedział co robić.
Wojskowi w sytuacji, kiedy ktoś zabija jednego z nich, mają przykazane krzyczeć “o rety!” i kręcić się w kółko.

Dean chyba trafił kogoś ważnego.
Wrogowie padali jak muchy. Nawet nie próbowali się ukryć.
Rozrywali koszule na piersiach i ryczeli (po japońsku) “tu mi strzel!”

Trzy grupy ruszyły w stronę czołgów chcąc się dostać do środka.
Militarna wersja tego cyrkowego numeru, “ilu klaunów zmieści się w volkswagenie”.
Na szczęście, to była niewielka armia.  

Ludzie w środku strzelali na opak [znaczy, lufą do siebie?] mając nadzieje, że kogoś postrzelą.
O, na pewno. No, chyba że mają celność jak szturmowcy Imperium.


Kilku trafili zabijając na miejscu, jednak jeden z żołnierzy został raniony w nogę i nie mógł dalej iść o własnych siłach.
Ale dokąd miałby iść? Wrócić na brzeg oceanu i popłynąć wpław do ojczyzny?

Reszcie udało się dostać do czołgów. Próbowali się teraz dostać do środka.
Jeszcze rozumiem, żeby Japończycy próbowali w ten sposób wedrzeć się do czołgów nieprzyjacielskich. Ale do własnych?
Skoro strzelają na opak, to mogą i szturmować własne czołgi.
Przecież oni chcieli się tam schować, no.
Żołnierze mikada mieliby stchórzyć przed ogniem wroga?

Nikt nie ruszył na pomoc rannemu. Wielu widziało co się stało, jednak nikt nie odważył się czegokolwiek zrobić bez pozwolenia oficera. Dean nie mógł mu tak po prostu pozwolić umrzeć.
Przed śmiercią chciał go jeszcze trochę podręczyć, niech wie, że umiera.

-Proszę o pozwolenie o [na] udzielenie rannemu pomocy, który znajduje się na polu bitwy, sir! - wykrzyczał do Shurley'a mając nadzieje, ze ten go usłyszy.


-Odmawiam! - odkrzyknął tamten.
-Ale... on tam umrze jak nikt mu nie pomoże!
-Takie życie żołnierza!
Takie życie, jak umrze!


Nie zadowoliła go ta odpowiedz. Postawił na swoim i zamierzał pomoc rannemu. Tyle żyć dzisiaj odbierze, choć jedno chciał ocalić.
Trudno powiedzieć, żeby to było spójne.

Przewiesił broń przez ramie i pobiegł ku potrzebującemu.
Czyli w sam środek kotła, do którego strzelali zarówno jego koledzy, jak i ci dziwni Japończycy.

(...)

Gdy znalazł się przy tamtym bez słowa uklęknął szukając czegoś, czym mógłby zatamować krwawienie. Nie widząc niczego pożytecznego oderwał kawałek materiału od kurtki leżącego obok martwego żołnierza i zrobił z niego prowizoryczną opaskę uciskową.
Ani Dean, ani ranny, ani martwy żołnierz nie mieli przy sobie opatrunku osobistego.
A w całej armii nie było ani jednego sanitariusza.

Następnie pomógł mężczyźnie wstać.
A reszta strzelała, strzelała...

Przerzucił sobie jego rękę przez ramie i powoli ruszyli ku grupie Deana. Nie była to daleka droga lecz przemieszczali się powoli, gdyż tamten utykał.
Ktoś z przeciwników zobaczył dwa wolno poruszające się cele i zaczął strzelać w ich stronę.
Mężczyźni przyspieszyli jednak nie mogli za bardzo.
-Juz nie daleko [niedaleko], dasz radę - rzucił Dean mając nadzieje, że choć trochę to jakoś pomoże.
Strzały zaczęły się nasilać. Kilka razy padły tuż obok Deana.
Poziom wyszkolenia jest równie fenomenalny po obydwu stronach konfliktu.

Ale po chwili ustały. Strzelec został przez kogoś zlikwidowany.
Przez swojego własnego dowódcę, który nie mógł ścierpieć takiego marnowania amunicji.

Dotarli do reszty. Dean położył mężczyznę na ziemie. Podbiegł do nich Shurley krzycząc:
-Czyś ty do reszty zgłupiał?! Wydałem ci konkretny rozkaz!
-Chciałeś pozwolić mu tam umrzeć! - odkrzyknął Dean.
Mam wrażenie, że tryb “humanitarnego sanitariusza” włącza mu się wyłącznie na widok kogoś lekko rannego. Bo jak wiemy, Dean bez wahania rozstrzeliwuje bezbronnych.

Oficer spojrzał na niego wściekle wiec ten szybko dodał - sir!
-Doskonale wiesz, że grozi ci to wywaleniem z wojska.
- Więc bądź grzeczny i słuchaj , bo jak nie, to wrócisz do domu.

Dean wzruszył ramionami.
-Trudno, przynajmniej komuś pomogłem.
-Wracaj na swoje miejsce - powiedział i zawołał jakiegoś innego żołnierza, aby opatrzył rannego.
Dean posłuchał tym razem. Wrócił na miejsce i od razu dostał opieprz od brata. Że co on sobie wyobrażał, że mógł zginać, że jest głupi.
Mógł zginać lufy czołgów japońskich!


-Zamknij się i wróć do swojej roboty - przerwał mu w końcu Dean. Sam spojrzał się na niego zdziwiony ale już się nie odezwał.
Czołgi zostały zajęte przez Amerykanów. Japończycy biegali rozproszeni strzelając na opak. Starszy Winchester zaczął do nich strzelać, aż ostatni nie parł martwy na ziemie.
Odnoszę wrażenie, że ci Japończycy zapodali sobie przed bitwą coś poszerzającego świadomość w nieprzewidywalny sposób. W marszu przez Teksas żywili się głównie pejotlem?

Wraz z ostatnim martwym wrogiem rozległ się okrzyk radości wszystkich kompanów. Bitwa została zwycięsko zakończona.
Armia japońska rozbita, Bar wzięty.

Następny dzień rozpoczęli, wyjątkowo pózniej niż zawsze i bez porannego treningu, od zbiórki na placu głównym.

Wszyscy jak zwykle ustawili się w szeregu na baczność, gdy pojawił sie generał. Ten spojrzał na nich wszystkich z dumą, błyskiem w oczach i zaczął:
-Dzisiejsza noc była dla nas wszystkich ciężka. Pojawienie sie niespodziewanego wroga zaskoczyło zarówno nas jak i was. Ale wygraliśmy. Ponieśliśmy niewielkie straty w ekwipunku i w ludziach. Jednak utrata chociaż jednego żołnierza to dla nas wszystkich wielki cios i wielka strata. Dzisiaj wieczorem uczcimy ich pamięć.

Dziękuje zarówno oficerom jak i wam, bez was nie udałoby nam sie wygrać. Nie sadziłem, że aż tak dobrze sprawie się w terenie.
Biegałem tam i nazad jak wariat. Ale wiecie co?

Jestem zaskoczony i zadowolony, że wszystkie treningi nie poszły na marne.
Nawet zadyszki nie miałem!

Mimo wszystko, chciałbym szczególnie podziękować Deanowi Winchesterowi - Dean drgnął słysząc swoje imię - który jako jedyny ruszył na pomoc rannemu ryzykując przy tym własnym życiem. Nie wiem, czy jesteście po prostu zapatrzeni w siebie, czy ze strachu postanowiliście nic nie zrobić ale powinniście.
Biec w kłąb zabijanych ludzi.

Gdyby nie Dean, zginał by jeszcze jeden z nas, a im więcej ginie, tym większy cios. Pamiętajcie o tym. Reszta planu dnia jest nie zmieniona [niezmieniona]. To by było na tyle. Rozejść się.
Generał oddalił się… gdy wtem! błysnął mu nagły pomysł: a może by tak wyszkolić grupę żołnierzy na takich, co będą zbierać rannych z pola bitwy i udzielać im pomocy?

-Tak jest, sir! - Krzyknęli wszyscy stając na baczność, po czym każdy ruszył we własnym kierunku.
-A, i Dean, pozwól tu na chwile - zawołał go Singer a ten wykonał rozkaz. Koło generała stał jeszcze oficer Shurley. - Powiedz mi. Czy pójście po rannego to był twój pomysł czy oficera?
-Mój, sir.
-A uzyskałeś jego pozwolenie?
-Nie... - chciał jeszcze coś powiedzieć, jednak Shurley mu przerwał.
-Dean pytał się o moje pozwolenie, jednak nie usłyszałem, że coś do mnie mówi. Prawdopobnie uznał moje milczenie za zgodę.
Aaaaaa!... :D

Jednak biorę pełną odpowiedzialność za to, co zrobił. Gdybym usłyszał pytanie pozwoliłbym mu na to, sir - wyjaśnił patrząc na generała. Ten tylko z uznaniem pokiwał głową.
-Dobra robota Winchester. Trzymaj tak dalej, a będzie z ciebie porządny żołnierz.
-Dziękuje, sir - odpowiedział z lekkim uśmiechem i odszedł. Shurley poszedł za nim.
-Dlaczego skłamałeś, sir? - spytał cicho, gdy się zrównali.
-Ponieważ popełniłem błąd i nie chce, żebyś stąd wyleciał, bo byłem idiotą.
Oficerów też wyrzucają z wojska, gdy są niegrzeczni?
Najwyraźniej. Generał wywalił prawie wszystkich i został sam z tym całym bajzlem na głowie.

Jeszcze długa droga przed tobą, Winchester. Życzę ci jak najlepiej i mam nadzieje, że zajdziesz jak najdalej - powiedział uśmiechając się po czym odszedł zostawiajac Deana samego.
(...)

Na kwaterze żołnierze jak zwykle dogryzają sobie...

-Panowie... - powiedział Sam głosem wyraźnie nalegającym, żeby przestali.
-Co Sammy, przypomniało ci się, że zapomniałeś zabrać swojego szczęśliwego kocyka? - dogryzł mu Dean.
-Nie przypominaj mu, bo znowu będzie płakać w nocy - dodał Benny.
-W razie czego pożyczę twój, Dean - odgryzł się Sam.
-Spokojnie, ja nie bede po nim płakać.
-Nie? To czemu szlochałeś dzisiaj w nocy? - Dean się wzdrygnął na to pytanie. Fakt faktem, czuł w nocy łzy w oczach przypominając sobie wczorajsza bitwę i śmierć żołnierzy, których nawet nie miał okazji poznać. Czuł się okropnie, gdy cieszył się, że nie był to jego brat ani ktoś znajomy. Ale nie sadził, że szlochał.
Szlochał z żalu, że nie może oddawać się ulubionemu zajęciu – ogrodnictwu.

Nawet jeśli tego nie robił Sam zna go zbyt dobrze.
-Martwiłem się, że twój kocyk się nie znajdzie - odparł wiedząc, że nie do końca wybrnął z sytuacji.
-Przecież został w domu.
-Nie ważne. [nieważne]
-Komuś tu się skończyły riposty.
-Nie, po prostu pozwalam ci nacieszyć się jedyną wygraną ze mną w twoim życiu.
-Jedyną? Chyba pomyliłeś się w liczeniu.
-Nie, ty masz po prostu urojenia.
-Zdrowy psychicznie akurat jestem, wiec nie powiedziałbym.
-Nikt ci nie każe tego mowić.
-Palant.
-Suka.
I tymi dwoma słowami jak zwykle skończyli dyskusje, w której ostatnie słowo przeważnie miał Dean.
Wiecie, w zasadzie to nie znam za bardzo kanonu Supernatural, ale przypuszczam, że serialowy Sam jednak posiada jakiś charakter, bo ten tutaj to właściwie wcale nie istnieje – poza momentami, kiedy wymienia z bratem Cięte Riposty.
Tak Gimbaza wyobraża sobie Sarkazm.
Scenarzyści serialu niestety też.


***
Wieczorem, tak jak powiedział generał, wszyscy zebrali sie w kwaterze głównej aby uczcić pamięć poległych żołnierzy. Ustawili sie w kilku rzędach a generał czytał nazwiska zmarłych i mówił kilka słów o każdym. Wszyscy słuchali go w skupieniu. Nikt mu nie przerwał. Nikt nawet nie odwrócił od niego wzroku. Każdy okazywał należyty szacunek zmarłym.
Dean dawno nie czuł się tak strasznie smutny, przygnębiony jak dziś. Tyle ludzi bezsensownie straciło życie, tylko dlatego, że przywódców dwóch krajów nie potrafi się dogadać.
Zwolnić ich i zatrudnić nowych!

Gdybym to ja był prezydentem nigdy nie dopuściłbym do czegoś takiego. Tylko, no cóż, łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Ale i tak lepsza wojna miedzy dwoma krajami niż kolejna Wojna Światowa.
giphy.gif


I tak, Dean, zaczął sobie wmawiać dzień w dzień, żeby nie czuć aż tak dużego smutku.
Btw, jeśli takie myśli przychodzą żołnierzom do głowy, to znaczy, że specjaliści od propagandy też się mocno opierdalają.


Rok 1939, maj
Minęło juz dziewięć miesięcy odkąd bracia dołączyli do wojska. Inni żołnierze stali się dla nich jak rodzina, której od dawna nie mieli. Każdego wieczoru wszyscy siadali razem przy ognisku żartując z każdego możliwego tematu.
Zaraz… Przecież pojawili się jacyś Japończycy (nie wnikam, skąd), była jakaś bitwa… i potem nic? Nie wysłano ich na front, wrócili po prostu do obozu i siedzą tam dalej, rozpalając co wieczór ogniska jak skauci?
A może to nie była żadna bitwa, tylko podchody z drużyną z sąsiedniego obozu?
Ostatni Japończyk “parł martwy na ziemie”, więc odtąd mieli spokój.

Jednak z dnia na dzień dało się wyczuć napięcie i niepokój w ich głosach. Jakby czuli, że najgorsze jeszcze przed nimi. Że bedą musieli jeszcze wiele przecierpieć i wielu z nich zginie. Próbowali unikać tego tematu przez wiele tygodni, mimo iż każdy o tym myślał.
Tego wieczoru bali się zacząć rozmowę, tak jakby każdy temat miał sprowadzić tylko do jednego.
Opowiadanie świńskich dowcipów najwyraźniej nie wchodziło w grę.

Deanowi nie za bardzo odpowiadało to milczenie, wolał pogadać. Spojrzał na innych. Kilka osób także było chętnych do rozmowy. Tylko problem pojawiał się w zaczęciu tematu.
Starszy Winchester postanowił nie owijać w bawełnę.
-Ostatnio krąży wiele plotek o zbliżającej się wojnie - wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni rozpoczętym tematem - podobno Niemcy wkroczyli jakiś czas temu do Pragi.
– A daj spokój, te wszystkie małe europejskie państewka, kto by je spamiętał! – zaprotestował któryś z żołnierzy.

-To nie są plotki tylko czyste fakty - odezwał się Benny wykorzystując możliwość poprawienia Deana.
-Na Westerplatte zbierają się żołnierze. Zarządzili tam stan ostrego pogotowia - wtrącił ktoś inny.
O czym pisano w The Dallas Morning News.

-Tylko dlatego, że Niemcy zajęli jakiś litewski port.
-Port w Kłajpedzie.
-Nie może ktoś zrobić zamachu na tego Hitlera? Od razu spokojnie zrobiłoby się na świecie.
-Łatwo ci mówić. Spróbuj dopchać się do największej szychy Niemiec, której wszyscy się słuchają, gdzie lud jest pod wpływem indoktrynacji.
Wystarczy zrobić zamach i już będzie spokojnie, przypadki poprzedniej wojny to potwierdzają.

-To tak, jakbyś spróbował zrobić coś generałowi. Nie do wykonania. A nawet jeśli albo cię przyłapią i zginiesz albo sam generał by cię zabił. Szansa prawie jak jeden na milion.
Mówimy o tym generale Bobku, co osobiście wita kadetów na stacji i odsyła ich do kwater?

-Słyszeliście, że Hitler podpisał rozkaz o rozpoczęciu przygotowań do wojny z Polską? - rzucił ktoś szybko, nie chcąc, żeby tamci się przypadkiem pokłócili.
Szpion na szpionie. Teksańscy poborowi mają wspaniały wgląd w zawiłości dyplomacji europejskiej. No i wiedzą, gdzie leży Polska, co to jest Westerplatte, a zajęcie Memellandu traktują poważniej, niż polski MSZ.

-Niby gdzie to słyszałeś?
-To nie ma znaczenia. Jakiś czas temu w Reichstagu zerwał pakt o nieagresji z Polską - poparł go Kevin.
– Gdzie jest Polska? – zapytał Sam.

-Sądzicie, że dojdzie do wojny?
-Wszystko na to wskazuje.
-Niemcy chcą dochodzić do swoich praw do Gdańska. Są gotowi użyć siły zbrojnej.
-Juz odmówiono im przyłączenia Gdańska do ich kraju. Wszystko wskazuje na to, że Hitler rozpęta za jakiś czas kolejną wojnę.
Jestem pełna podziwu dla wiedzy jankeskich kadetów na temat sytuacji militarno-politycznej w Europie w 1939 roku :D Oraz geograficznej.
Wiedzą nawet, że Kłajpeda to Kłajpeda, a nie Memel.
I że istnieje jakaś Wojskowa Składnica Tranzytowa z garnizonem liczącym dwieście pięć osób. Aha… A sami nie wiedzą ilu Japończyków zaatakowało Teksas.
Teksas jest duży, niektórzy mogli się wykruszyć po drodze.

-Coś czuje, że ta będzie okropniejsza od poprzedniej.
-Czemu juz zakładacie, że wojna się odbędzie?
-Jak to czemu? My prowadzimy wojnę z Japonią. Niemcy rzucają się na Polskę. Wiosną 1939?! Rosja tez swoje kombinuje. Włochy, Francja i Anglia nie są lepsi. Wszędzie albo masz zamieszki, albo wojny domowe(?), albo akcje dywersyjne(???), nie mówiąc juz o masowym mordowaniu Żydów.
Wszędzie?!
W Anglii, po cichu.
Wojna domowa akurat ledwo dobiegła końca w Hiszpanii.
No fakt, o tej akurat mogli coś słyszeć – Hemingway był tam korespondentem wojennym.

I ty serio się pytasz czemu? - odpowiedział Sam zdziwiony zadanym pytaniem. Mężczyzna w obronie uniósł ręce do góry oświadczając, że wszystko rozumie i przeprasza.
-Sądzicie, że gdzie nas wyśle generał?
-Tam, gdzie będziemy potrzebni. Zrobi z nas jakiś puk i albo gdzieś wyśle, albo zostawi tutaj.
“Puk” to chyba zrobi z nich jakiś pukownik.
I wyśle ich bez amunicji, żeby paszczowo udawali odgłosy strzelania. Puk puk puk!


Na pewno nie odeśle do domu.
Przecież byli grzeczni, za co ma ich odsyłać?

-Zaczynam żałować, że zapisałem się do wojska.
Gdyby zapisał się do skautów, to by roznosił ciasteczka po sąsiadach i to też byłoby dobre.

-Przestań. Gdy rozpęta się wojna bedą potrzebowali mnóstwo ludzi, więc pewnie i tak byś musiał wstąpić. Tak to przynajmniej jesteś lepiej przygotowany - odpowiedział Benny.
-Ale mógłbym przynajmniej spędzić więcej czasu z rodziną.
-I co by ci to dało? Po kilku dniach pewnie miałbyś ich dość, dość codziennego życia, które dzień w dzień jest takie samo. Zapragnąłbyś coś zmienić i pewnie zacząłbyś żałować, ze nie zapisałeś się do wojska wtedy, kiedy było to możliwe.
A wojsko to ciąg fascynujących niespodzianek; na przykład nigdy nie wiesz, kiedy zamiast grochówki z kotła dostaniesz makaron z mielonką z puszki!

(...)


***
Dzień rozpoczęli jak zwykle od porannego biegu. Zapowiadało się, że będzie wyjątkowo ciepło. Dean biegł przed siebie pogrążony w swoich myślach. Miał nadzieje, że gdy rozpocznie się wojna nie zostanie przydzielony do jakiegoś puku [jak widzimy, aŁtorka jest konsekwentna], który będzie walczyć na jednym z ważniejszych frontów. Nie to, że się bał walczyć. Mógłby tam pójść, nie widział problemu. Ale wiedział, że jeśli on zostanie tam przydzielony to i jego brat.
W US Army, jak widać, stosowano zasadę nierozdzielania rodzin.

A bał się, że coś stanie się Samowi. Czuł się za niego odpowiedzialny, mimo, że był już dorosły. Ale dla niego zawsze będzie jego młodszym braciszkiem, którym musi się opiekować. Nie zniósłby myśli, że ten miałby zginać na jego oczach.
No fakt, tak przy ludziach…
Takiego określenia jeszcze nie znałam ;)
A co znaczyło “giąć” po staropolsku? :)

Czułby wtedy, że zawiódł. Że nie opiekował się nim wystarczajaco dobrze. Że to była jego wina.
Źle wychował brata po prostu, powinien bardziej pilnować spania z rękami na kołderce!

W końcu, Sam poszedł do wojska ze względu na brata.
Chciałby, żeby przydzielili go do jakiegoś mniej ważnego puku.
Ten uparty brak “ł” przypomina mi tych geniuszy, co pisali o “Zofii Naukowskiej” ;)
Albo to trzeci wpływ południowosłowiański, bo po serbsku pułk to “puk”, a pułkownik - “pukovnik”.

Najlepiej takiego, który nie będzie wystawiany bezpośrednio przeciwko wrogowi. Chciał, żeby Sam był bezpieczny.
Z tyłu za linią dekowniki,
Intendentura, różne umrzyki,
Gotują zupę, czarną kawę
I tym sposobem walczą za sprawę!
(Pałacyk Michla)


Ja mogę zginać. Poświęcę wszystko, byleby Sam przeżył. Nie pozwolę, żeby zginał przede mną [kark]. Nie zniósłbym patrzenia jak umiera.
Sam, z drugiej strony, myślał podobnie. Nie chce pozwolić Deanowi zginać za niego.
Sam se będę zginał, cudzej ręki nie potrzebuję!
A może… a może to takie Wunderwaffe? Wysyła się ich na linię frontu, a oni - myk! I wyginają wszystko, co im w ręce wpadnie.

Uważał, że brat zrobił dla niego za wiele, że teraz on powinien mu się w jakiś sposób odwdzięczyć. Wiedział, że Dean zrobi wszystko, aby wciąż nim się opiekować. I on może tego nie widział, albo udawał, że nie ale Sam też w pewien sposób opiekował się bratem. Obydwoje nie wyobrażali sobie życia bez drugiego. I obydwoje byli gotowi zginać za siebie. Taka była relacja braci.
To skoro obaj (nie obydwoje!) tak bardzo się o siebie troszczą i tak im zależy, żeby ten drugi był bezpieczny i nie “zginał”, to po kij od jakiej mietły w ogóle szli do wojska jako ochotnicy?!
Obaj najlepiej w mieście wyginali szyny. Pewnie dlatego.

Dean skończył bieg. Sam zawsze biegł koło niego jednak nie dziś. Nie zorientował się nawet kiedy ten się oddalił. Przed nim nikt nie biegł więc Sam musiał być z tylu. Postanowił poczekać.
Minęli go wszyscy ale nie Sam. Starszy z braci zniecierpliwiony wciąż czekał.
Uhm, i tak sobie mógł stanąć i czekać, będąc na porannej zaprawie w wojsku.

W końcu młodszy Winchester wyłonił się z lasu ze spuszczoną głową.
-Sammy? - Dean podszedł do brata patrząc na niego pytającym wzrokiem. - Co się stało?
Sam podniósł głowę i spojrzał na brata smutną miną.
-Zgubiłem buta.
-Co? - spytał jeszcze raz nie wiedząc, czy się przesłyszał.
-Zgubiłem buta - Sam spuścił znów głowę i poruszył palcami u stopy, u której nie miał buta.
Yyyy… jak można było zgubić w biegu wojskowy, wysoki, wiązany but?!
Jeszcze trochę, a założy hełm na lewą stronę.

Dean zaczął się śmiać. - To nie jest śmieszne Dean.
-Co, krasnoludki zdjęły ci go gdy biegłeś?
Do końca dnia jeden z braci chodził przygnębiony a drugi rozbawiony.
Zostałam powalona tym skrzącym się dowcipem. Ciekawe, czy przynajmniej poszli szukać “buta”?


<Mam nadzieje, że takiej długości rodziły wam odpowiadają>
Trzeba spytać tych, które rodziły.


Rok 1939, noc z 31 sierpnia na 1 września
Waszyngton, Biały Dom
Prezydent siedział niespokojny w swoim pokoju obierając co chwile dzwoniące telefony.
Ze skórki je obierał, a one wciąż dzwoniły.
I znowu Eleanora sepleni do słuchawki, że ma w końcu przyjść na kolację, bo wszystko stygnie i co on sobie myśli - kto to będzie odgrzewał w nieskończoność?!

W żadnym nie otrzymał upragnionej informacji. Co chwile dostawał zgłoszenia albo o ewentualnej gotowości wojska, albo o stanie militarnym, albo o najnowszych poczynaniach Japończyków.
W Mandżukuo.
Przede wszystkim jednak nad Chałchyn-gołem.

Pewnie, te informacje były ważne. Ale nie na to czekał. Od kilku dni zostawał w swoim gabinecie, w Białym Domu, do późna. Czuł rosnące napięcie miedzy innymi państwami i każdego dnia obawiał się telefonu o rozpoczętej wojnie. Obawiał się go, ale nie chciał przegapić. To było zbyt ważne.
No cóż, niewątpliwie ważne, żeby prezydent był informowany na bieżąco o sytuacji międzynarodowej, ale – jak wskazał wcześniej Jasza – w 1939 Ameryka miała w nosie problemy Europy i dopiero atak na Pearl Harbor (7 grudnia 1941) zmusił ich do przyłączenia się do wojny.
Tak tylko na marginesie dodam, że Roosevelt dlatego został (cztery razy!) wybrany na prezydenta USA, bo obiecywał politykę neutralności.

Było juz po północy. Zniecierpliwiony zaczął chodzi od okna do okna patrząc czy może przypadkiem coś niebezpiecznego nie dzieje się na niebie.
Sytuacja była tak poważna, że Franklin Delano Roosevelt przeżył cudowne uzdrowienie. Z impetem kopnął swój wózek inwalidzki do kąta.
I czekał na nalot.
Albo na UFO. Albo na rozzłoszczonego pterodaktyla.
Wystarczyłby Superman, już wtedy istniał.

(...)
Gdy [sekretarka] wyszła usiadł przy biurku chowając twarz w rękach ze zmęczenia. Poprosił o te papiery tylko dlatego, że musiał sie czymś zająć, żeby nie zasnąć. Nie żeby przeglądał je wczoraj i przedwczoraj. Chciał mieć tylko pewność, że niczego nie przegapił poprzednim razem.
Zachowuje się, jakby zakuwał do jakiegoś egzaminu z sytuacji międzynarodowej.
I z geografii Polski.

Dziewczyna zapukała, a gdy prezydent pozwolił jej wejść położyła papiery na biurku i spytała czy jeszcze czegoś potrzebuje. Nie zrozumiał drugiego dna tego pytania i Odpowiedział, że nie a ona wyszła, zostawiajac go samego, pogrążonego w ciszy nad papierami, odbierającego od czasu do czasu telefony.
Mmmmmiędzymiastowa łąąąąączęęęęę!...
Mówi się! Mówi się!

***
Było chwile przed trzecią, gdy stwierdził, że wszystko przestudiował, z dziesięć razy, i zapamiętał. Teraz tylko zdać, zapomnieć i zapić. Poszedł oddać papiery sekretarce po czym wrócił po swoje rzeczy.
Sprawdził dokładnie czy wszystko zabrał. Gdy trzymał już rękę na klamce zadzwonił telefon. Prawie ze podbiegł do niego żeby odebrać.
Jeeej, naprawdę wyzdrowiał, to cud!

-Mówi prezydent Franklin Roosevelt.
Bo jeszcze ktoś by nie wiedział, pod czyj megatajny, superstrzeżony numer dzwoni. A prezydent USA jest zobligowany przedstawiać się przez telefon.

-Dobry wieczór panie prezydencie, mówi Bill Bullitt, dzwonię z Paryża. Kilka minut temu Tony Biddle zadzwonił do mnie z Warszawy z ważnymi informacjami. Otóż, dokładnie o 4:37 rano, czasu polskiego, Polska zostało zaatakowana przez Niemcy. W pierwszej kolejności zbombardowany został most kolejowy i miasto Wieluń. Niemcy dwukrotnie bez powodzenia szturmowali Westerplatte [i Oksywie]. Zostałem rownież poinformowany, że jakiś czas temu rozpoczęła się bitwa pod Mławą.
I to wszystko opowiedział mu koleś dzwoniący z Warszawy?
Wiesz, wypuścił drony szpiegowskie nad cały kraj...
Wieluń, Mława, Westerplatte… prezydent nie potrafił powstrzymać łez.

Wojna się rozpoczęła panie prezydencie. Będę informować pana o wszystkim na bierząco, w miarę moich możliwości.
Prezydent podziękował za informacje i dopytywał o pare szczegółów. Uzyskawszy odpowiedzi rozłączył się. Usiadł z powrotem przy biurku i schował twarz w rękach.
Uświadomił sobie, że występuje w opku, i zrobiło mu się słabo.

franklin-delano-roosevelt-photo-9.gif


To była ta informacja, na którą czekał i której się obawiał. Przez następne kilka godzin wydzwaniał z wiadomością do każdego generała wojskowego [bo do tych cywilnych już nie], który prowadził sztab szkoleniowy albo posiadał własny puk.
Względnie PIN.
Co to jest sztab szkoleniowy, dlaczego ma go prowadzić generał i dlaczego FDR, niczym Czang Kaj-szek, wydzwania do każdego generała z osobna, zamiast kontaktować się tylko z wyższym dowództwem?

Zbierał od każdego najpotrzebniejsze dane.
PINy, NIPy, PUKi, PESELe.

Chciał mieć pewność, że jego papiery się zgadzają.
Z czym?

Wiedział, że dzisiejszej nocy już nie zaśnie. Wiedział, że musi wziąć wszystko dziesięć razy bardziej na poważnie niż dotychczas. Żarty się skończyły. Rozpoczęła się wojna. Nie tylko USA z Japonią [za dwa lata. Chyba prorok]  Polski z Niemcami [przygraniczne przepychanki, jak donosili Anglicy]  ale całego świata.

Rozpoczęła się II Wojna Światowa.
Wraz z odzyskaniem władzy w nogach prezydent zdobył także umiejętność przepowiadania przyszłości.


Rok 1939, 3 wrzesień [września!]
Oficjalnie nic nie widzieli. I w ogóle ich tu nie było. Chodziło mnóstwo pogłosek na temat tego, co się działo. Mimo to niczego nie usłyszeli od generała. Jednak zarówno po nim jak i oficerach było widać wielką zmianę.
Zapuścili brody?

Przez te miesiące oficer Shurley stał się dla niektórych kimś w rodzaju przyjaciela. Gdy inni nie widzieli pozwalał mowić do siebie po imieniu - Chuck.
Nie to co generał Bobby, który się nie certolił.
Ja bym raczej sprawdzała, czy ktoś słyszy, a nie widzi.

I to on dostarczał codziennie jakichś informacji. Uważał, że mają prawo wiedzieć, co się dzieje.
A wiedział wszystko. Zupełnie, jakby był jakimś Bogiem.

A działo się dużo złego.
Dziś przybyło mnóstwo nowych mężczyzn, którzy byli zmuszeni dołączyć do wojska.
Zmuszeni. Czyli już nie czekają na ochotników, biorą wszystkich.

Wsród nich znajdowało się wielu dorosłych ale także byli tacy, co wyglądali, jakby udawali osiemnastolatków, bo chcieli pomóc kraju.
Oczko mu się odlepiło. Temu kraju.

Odbywali jeden z popołudniowych treningów. Dean przyglądał się z daleka nowoprzybyłym przypominając sobie swoje pierwsze dni tutaj. I zaczął tamtym współczuć. Mieli cieżko na początku, gdy nie było wojny. Teraz jest (nie, dalej nie ma wojny) a to oznacza przyspieszony trening co się równa z większym wysiłkiem. Pewnie i tak musiałby teraz dołączyć do wojska. Cieszył się więc, że zrobił to wcześniej.
Dean rozmyśla, że kiedy poszedł do wojska nie było wojny – to skąd tamta mobilizacja? Zresztą już w 1938 r. stoczyli bitwę z Japończykami, a oficer przy okazji poinformował, że wojna z nimi trwa od roku. Skoro już tworzymy świat alternatywny, to wypadałoby pamiętać, co się w nim dzieje.

-Um, Chuck - odezwał się do oficera po imieniu Kevin - kiedy zostaniemy przeniesieni do innego oddziału?
- A po cholerę? Nasz ci się nie podoba? - odpowiedział pytaniem Shurley i z goryczą pomyślał, że tyle miesięcy poświęconych kształtowaniu esprit de corps poszło się zrelaksować.

-Śpieszy ci się, żeby się stąd wyrwać i ruszyć na front? - spytał go Benny.
-Zamknij się. Jest wojna. A my nie będziemy tu tkwić wiecznie.
Dwa lata jak dla brata, poczekaj.

Potrzebują nas pewnie gdzieś indziej a trzeba zrobić miejsce nowym.
-Generał ma miesiąc na ostateczne przygotowanie was i przydzielenie każdego do odpowiedniego oddziału. Z tego co wiem, niektórzy mogą trafić nawet do marynarki wojennej, lotnictwa czy nawet wojska spadochronowego - odpowiedział Chuck Kevinowi ignorując jego małą sprzeczkę z Benny'm.
Do marynarki generał nie może was przenieść, bo to inny rodzaj sił zbrojnych i on tam nie ma nic do gadania, musielibyście sami zwrócić się o przeniesienie (swoją drogą, US Navy nie mogła narzekać na brak ochotników - pobór do niej wprowadzono dopiero w 1942). Lotnictwo w sumie wypada najbardziej realnie z tej trójki - jeszcze wówczas było częścią US Army, choć stanowiło odrębny pion organizacyjny. Ze spadochronowymi się nie śpieszcie, bo dopiero za rok powstanie pierwsza eksperymentalna jednostka.

-M-miesiąc? Ale... to mało czasu. Nie jesteśmy tu nawet rok. Wiele rzeczy pewnie będzie musiał pominąć - powiedział Garth.
Ja na przykład dalej nie wiem, co ma żołnierz pod łóżkiem!

-Nie ma wyjścia. Tam, gdzie was wyślę, nadal będziecie kontynuować szkolenie.
Intensywnie ćwiczyć spadanie w dół i cofanie się do tyłu.
Zrzucą ich na Okinawę.
Kto przeżyje wolnym będzie
kto umiera wolnym już.

Będzie wyglądać to inaczej ale przygotowują was dobrze.
Będziecie rano biegać nie na trzy, ale na dziesięć kilometrów, żadnych kołder, suchary i jedzenie z puszki.

Będą się tak szkolić i szkolić, i wreszcie, jakieś pięć lat po zakończeniu II wojny, dowództwo uzna, że już są wystarczająco przygotowani. W sam raz, żeby wysłać ich do Korei.

-Wszystkich przenoszą?
-Większość. Na pewno tych co są tu dłużej niż dwa lata. Z resztą zależy od posiadanych umiejętności. Niektórych oficerów też mają przenieś albo zamienić z innymi. Nie jestem pewien.
Rutyna zabija, więc pozmieniają wszystko i będą patrzeć, co z tego wyniknie.

-Czemu to robią w ogóle?
-Bo nasz sztab jest w centrum kraju i w dość ukrytym miejscu. Jest mała szansa, że zauważą go z powietrza.
No wiesz, jeśli nie macie na dachu wielkiego, neonowego napisu “Sztab”, to nie powinni.

A jesteście bardziej potrzebni przy granicach państwa albo na marynarce.
Jako guziczki.


Istnieje tez szansa, że wyślą was do Europy.
-Europy? Nie mamy wystarczającego problemu z Japonią? - spytał Benny głosem pełnym podirytowania.
Nigdzie nie jadę! Foch!

-Co nam po jednej wygranej wojnie skoro cały świat może stanąć w płomieniach? - odpowiedział mu tym razem Sam.
Clap-giphy-1.gif

Dean nie udzielał się w dyskusje.
On tresować pchła do cyrk.

Znowu pogrążył się w swoich własnych myślach, co było do niego nie podobne [niepodobne]. Zawsze lubił takie rozmowy, zwłaszcza, gdy mógł rzucić jakąś ripostę albo coś, co rozbawi innych.
Jak tak dalej pójdzie to przez to wojsko stanę się wiecznie zamyślony jak Sam. Obym tylko nie skończył na czytaniu inteligentnych książek.
To byłoby straszne.

Ciekawiło go, czy jego też generał ma zamiar przenieś.
Gdyż generał osobiście decyduje  o przydziałach pojedynczych żołnierzy.

A jeśli tak, to gdzie. Ale gdziekolwiek to nie będzie, będzie musiał patrzeć na śmierć milionów. A może ktoś tam w górze stanie się dla niego łaskawy i zakończy jego życie zanim zmuszony będzie patrzeć na ludzką masakrę. Sam nie wiedział co by wolał. Obie opcje mu się nie podobały.
Wytłumaczcie mi jeszcze raz, po co on się zgłosił na ochotnika do tego wojska?

Ale w sumie, czy ja mam jakiś wybór? Nikt tu przecież nie będzie patrzeć na to, czy coś mi się podoba. Jestem tylko od spełniania rozkazów.
I może miał racje. Może jest tylko od spełniania rozkazów. A może przyjdzie mu je wydawać. Może jest w całkowitym błędzie i będzie za jakiś czas wolny jak ptak. Tego nie wiedział. Ale przez ten czas zdążył przyzwyczaić się do wypełniania rozkazów. I ta opcja, myśl, że to jest to, co ma robić mu odpowiadała.
Jakby co, to potem tak właśnie będzie się tłumaczył.

Usłyszał jak ktoś go woła. Otrząsnął się z własnych myśli i spojrzał na chłopaków.
-Co?
-A ty co myślisz o tym? - spytał go brat.
-O czym?
-O tym całym przenoszeniu żołnierzy? Na marynarkę i tak dalej?
E-e, kocyk będzie lepszy, bo marynarkę uszmotruchają jak szmatę.

-Że cokolwiek nie zrobią, dobrze się to nie skończy.


***
Od dwóch dni do jego kwatery ciagle ktoś albo wchodził albo wychodził.
Praktycznie ani na chwile nie zostawał sam.
I bardzo go to złościło, bo nie dość, że od rana do zmroku mieli ćwiczenia, to jeszcze wieczorami w baraku dla kilkudziesięciu osób wiecznie ktoś się kręcił.

Ze specjalną dedykacją dla aŁtorki: tak wyglądała sala sypialna w koszarach US Army:

Eno, generał Bobek miał chyba własną kwaterę...



To jedni powiadamiali o nowoprzybyłych [niech ich licho porwie! Wciąż nowi i nowi], to drudzy mówili o najświeższych informacjach [ludzie mówią, że przyjechała żona pułkownika, niezły kociak], inni jeszcze zdawali sprawozdanie dotyczące szkolonego oddziału w konkretnej dziedzinie.
Oddział piąty świetnie robi szpagat.

A do tego miał mnóstwo papierów do ogarnięcia w niecały miesiąc. I wszystko musiał zrobić sam. Nie to, ze nie miał mu kto pomoc. Chętnych było dużo. Ale samemu pracowało mu się szybciej.
Takich miał fachowych oficerów.
I czekał na ochotników, bo żadnych procedur i hierarchii w tym wojsku nie ma.

Wszystko to w sumie nie byłoby takie złe, gdyby nie fakt, że każdemu żołnierzowi, który zostanie przeniesiony musi wybrać odpowiednią nową kompanię i sztab. A z tym było wiele roboty.
A potem pewnie jeszcze osobiście wysłuchiwał skarg, jeśli szeregowemu Johnsonowi nie podobała się nowa kompania.
(Każdy żołnierz miał swój własny sztab?)
A jak się na wojnie pojawić bez własnego sztabu? Przecież to wstyd!

Dwa dni temu z samego rana dzwonił do niego prezydent aby powiadomić o wybuchu wojny
Prezydent USA też sam jak palec, nie ma żadnego sztabu najwyższych dowódców, którzy przekazywaliby informacje i rozkazy tym niższym, wszystko musi załatwiać osobiście...
Kongresmeni wyjechali na wakacje, radio i prasa żywią się wiadomościami z wyścigów, a sekretarka wzięła wolne i pojechała do Dakoty.

i dowiedzieć się o obecnym stanie całego obozowiska: konkretnych kampaniach, umiejętności żołnierzy, oficerów, poruczników.
Porucznik to nie oficer?!
Jak byłam mała, myślałam, że oficer to taki stopień, jak porucznik albo major. Trochę się tylko dziwiłam, że słyszę, jak to ludzie idą do szkoły oficerskiej, a nikt nie chce iść do szkoły porucznickiej albo majorskiej.
Czy Wy też widzicie generała Bobka, jak monotonnym, schrypniętym głosem, trzecią godzinę z rzędu, odczytuje do słuchawki: “Starszy szeregowy Alan Smith zaliczył ćwiczenia na strzelnicy, sierżant Andrew Kowalsky zdał egzamin z budowy czołgu…”


Spędził nad tym wtedy prawie dwie godziny.
Spojrzał na zegarek. Było juz po 22. Przetarł oczy ze zmęczenia. Po prawie całym dniu siedzenia za biurkiem wstał chcąc wyjść na zewnątrz i rozejrzeć się. Powstrzymał go jednak dzwoniący telefon.
-Generał Singer - powiedział podnosząc słuchawkę.
-Dobry wieczór generale. Mówi prezydent Roosevelt.
- Znowu ten nudziarz?

-Panie prezydencie. W czym mogę pomóc? - spytał zdziwiony drugim telefon w ciągu trzech dni.
-Chciałem poinformować cię, generale, iż Wielka Brytania, Francja, Australia, Indie, Kanada i Nowa Zelandia wypowiadają wojnę III Rzeszy. Jesteśmy wystawieni na atak. Gdy uderzą w Kanadę mogą tez w nas.
Pod warunkiem, że będą mieli czym!
Widzę desant kajakarzy. Bo Japończycy, to wiadomo - przyjechali na rowerach.

A Rosjanie wciąż chyba pragną odzyskać Alaskę, którą sprzedali za śmieszne pieniądze.
Tak, będzie im się chciało pchać na Alaskę, gdy tu mają pół Europy do zagarnięcia.

Wykorzystają każdy pretekst do walki. Założyli tez przymierze z Hitlerem. Może to się źle skończyć. Mam nadzieje, że twoi żołnierze są w pełni gotowości na każda możliwość. Nigdy nie wiemy gdzie, kto i kiedy w nas uderzy.
Nasze służby wywiadowcze są ślepe, głuche i ogólnie – martwe.

-Oczywiście panie prezydencie. Są bardzo dobrze wyszkoleni. Osobiście kontroluje przebiegi większości treningów i dalsze poczynania każdej kampani.
Jakiej-kurwa-kampanii. Kampanii rozpalania ognisk w lesie?

Swoją drogą… ciekawe, czy to jedyny obóz szkoleniowy armii w całych Stanach, czy też prezydent osobiście obdzwania wszystkie.
Jak już przestał jeździć na wózku inwalidzkim, to nie wiedział co zrobić z rękami.

Mogę zapewnić, że sprawią się doskonale w każdej możliwiej sytuacji. Ręczę za nich.
-Cieszy mnie to bardzo. W razie jakiś nowych ważnych informacji odezwę się ponownie. Do usłyszenia generale.
Singer pożegnał się a potem rozłączył.
-To będzie długi, męczący i monotonny miesiąc. Życzę sobie powodzenia - powiedział sam do siebie. Wziął głęboki wdech, po czym w końcu wyszedł na zewnątrz.

To może i my wyjdźmy, i zrzućmy z barków naszych ten ładunek absurdu.

Z obozu szkoleniowego armii Opkolandu pozdrawiają: Jasza obierający telefon, Dzidka w stopniu generalskim wymyślająca jadłospis na kolację dla rekrutów, Kura wkuwająca budowę łyżki, Babatunde Wolaka w czołgu niesionym przez jaskółki,

a Maskotek stoi na baczność i ani drgnie!

29 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Ta analiza jest jak powiew świeżego powietrza! Uśmiałam się i widzę, że dla aŁtorki wojsko to faktycznie taka zielona szkoła, z sierżantem jako panią od nauczania początkowego i generałem jako dyrektorką.
Achika

Anonimowy pisze...

Za czwartym razem lub przy większych wykroczeniach wylatujecie z wojska.

Dobrze wiedzieć, że aŁtorka zna takie odzywki z obozu harcerskiego (?), zielonej szkoły, czy licho wie skąd.
Ale armia tak nie działa.


Obóz harcerski też nie, jak coś ;>

Anonimowy pisze...

Kwikłam, dziękuję za cudowny prezent z okazji dnia dziecka!
Słyszeliście o powieści "Szklany tron"? DzieUo idealne do analizy. Przejrzyjcie chociaż trzy pierwsze rozdziały, bo jest co przeglądać.

Beksa

Aadrianka pisze...

AŁtorką stanowczo powinni się zająć British Men of Letters. Scena z Samem gubiącym but pojawia się w serialu (i w kontekście całego odcinka, jest dość urocza), jednakże tego typu zachowania bohaterów są zazwyczaj wynikiem tego, że bawi się nimi jakiś trickster, ktoś rzucił na nich urok, nieświadomie spożyli jakąś substancję zmieniającą świadomość, etc. Zgubienie wojskowego buta ot tak, w trakcie biegu przez las? I w ogóle, Winchesterowie w wojsku? https://www.youtube.com/watch?v=5SNL2FUo7XE

Anonimowy pisze...

"-Chciałem poinformować cię, generale, iż"
Zginałem ze śmiechu.

Anonimowy pisze...

"za czwartym wykroczeniem wylatujecie z wojska" -jeśli po wprowadzeniu obowiązkowego poboru ta zasada nadal działała, to armię amerykańską można uznać za raj dla potencjalnych dezerterów:)
Strzelanie na opak i pchanie się do jednego czołgu w trzy oddziały piękne, podobnie jak strach przed zginaniem i obieranie telefonów
PS nie wiem czy dotąd wyeksploatowana kopalnia opków znajduje się na stronie samequizy.pl (a przynajmniej jak ją ostatnio widziałam to tam była)

Anonimowy pisze...

"Bo snajperów to się tak o, wskazuje palcem, no nie? Nie żeby trzeba ich było szkolić dość długo, i nie to przede wszystkim, że snajper musi posiadać określone cechy, żeby takim porządnym snajperem zostać. Musi mieć na przykład zimną krew, świętą cierpliwość i mocny pęcherz."
Albo mieć zapas słoiczków, z których będzie mógł skorzystać w krytycznym momencie.

Anonimowy pisze...

Szeregowiec Winchester!

Cudowne,dawno się tak nie uśmiałam! Sama wygladałam jak o'Neil z łyżką.
No fajne,ale co to ma do Sama i Deana, Trickster ich przerzucił do wojska czy jak? W czasie się przenieśli? I charaktery im się odmieniły przy okazji?! Tak,Sam ma charakter i myśli samodzielnie.
Ta inwazja ninja,te trzy czołgi!!! Japończycy biorący przed bitwą!!I UFO!

ak zapewne wiecie, nasz kraj już od ponad roku toczy wojnę z Japonią,
Żeeeeee whuuuuut???!!! Od 1937?!
Borze najzieleńszy, czy to naprawdę tak trudno sprawdzić, kiedy nastąpił atak na Pearl Harbor?

Oj tam oj tam ,kto by wszystkie te daty sprawdzał! Przecież to było dawno!
Jesteście cudowni.

Chomik

Frikey Slender pisze...

To opko zginało mnie strasznie i tylko wasze komentarze mnie jakoś przy życiu utrzymały. W każdym razie miły prezent na dzień dziecka, uśmiałam się setnie :)

Ela TBG pisze...

Opko takie kwikaśne, kompletny brak researchu...

Anonimowy pisze...

Jakie cudne opko, aż mi się przypomniały czasy Legii Cudzoziemskiej :)

"że Hitler podpisał rozkaz o rozpoczęciu przygotowań do wojny z Polską?"
Który to taki skóry do ploteczek? Ribbentrop czy Mołotow?

Miks Supernatural z "Przełęczą ocalonych" powiadacie? W niektórych fragmentach to chyba prędzej z "Szeregowcem Dolotem" xd

"Panie generale, ci Japończycy z obozu obok się do nas skradają.
Harcerze, szybko, chowamy się, ale będą mieli niespodziankę!"

Ej, ostatnio moja pani od geografii opowiadała jak ktoś jej napisał na kartkówce o wyginaniu dinozaurów w kredzie! Może to ta sama persona co tu...


Korzaj

Kazik pisze...

"Pierwsze pojawiły się trzy czołgi."
-Skąd wyjeżdżają czołgi?
-Znienacka!

Nic tak nie cieszy jak opko pseudohistoryczne - zwłaszcza te z kategorii rozczulających. Ja wiem, że to morze głupot, ale jest coś sympatycznego w tym, jak młoda osoba wychowana w Polsce wyobraża sobie przedwojenne nastroje w dalekiej Ameryce. Jaskółki transportowe, cudownie uzdrowiony Roosvelt, generał Bobby chwalący żołnierza jak ucznia z 100% frekwencją na szkolnym apelu, amrykańscy żołnierze rozprawiający o europejskich zawiłościach politycznych przy ognisku co płonie i szumią knieje, same śliczności. Apeluję o większą liczbę wojskowych sucharów!

Czekam na plot twist z Shurleyem, bo to dziwne, że Bobby jest generałem, a sam Pan Bóg zaledwie oficerem. I generalnie na to, że się pojawią potwory i w jakie role zostaną upchnięte pozostałe postacie z serialu.

Z wyrazami szacunku
Kazik



Beryl Autumnramble pisze...

"Taki dwulatek na polu walki może być straszny, bo nieobliczalny."
No jak go w wózeczku przywiązać do czołgu...

Lepus Istlich pisze...

"Nic się tu nie dzieje, a ja chce coś robić, przysłużyć się jakoś innym.
Wrrr, ghrrr… nawet jeśli pracujesz w fabryce obuwia, to tak właśnie przysługujesz się innym."
Ktoś musi szyć buty itede, ale akurat wiele osób miało podejście takie, jak w wymienionym fragmencie opka. Zwłaszcza wielu młodych ludzi. A nie, moment, przecież to 1938 rok w Stanach...

"Yyyy… jak można było zgubić w biegu wojskowy, wysoki, wiązany but?!"
Nie wiem, jak to się ma do amerykańskich buciorów (nie miałam okazji ich nosić), ale na przykład drugowojenne brytyjskie ammo boots można zgubić jak najbardziej. Wystarczy, że zasznurujemy je w "jodełkę" zamiast przepisowej "drabinki", supeł w sznurówce z rzemyka się rozwiąże, a my biegniemy właśnie po płytkim bagienku albo chociaż bo solidnym błocie...

"Ja na przykład dalej nie wiem, co ma żołnierz pod łóżkiem!"
Posprzątać! :D

"Chciałem poinformować cię, generale, iż Wielka Brytania, Francja, Australia, Indie, Kanada i Nowa Zelandia wypowiadają wojnę III Rzeszy."
Grrr... "Chciałem pana poinformować, panie generale (...)"

Rzabcia pisze...

Ja sie tylko zastanawiam nad jedna rzecza: skoro Winchesterowie w opku nie maja nic wspolnego z tymi z serialu oprocz imion, to po co ich uzywac? Gdyby glowni bohaterowie nazywali sie John i Tom to swiat by sie zawalil?
Najbardziej w tym wszystkim boli mnie obdarcie z charakteru Bobby'ego, bo to moja ulubiona postac z serialu :(
Dolaczam sie do prosby o wieksza ilosc wojskowych sucharow :)!

Lepus Istlich pisze...

Rzabcia:
Wtedy nikt nie czytałby tego opka. ;)

Dla sucharów wojskowych sto razy tak!

Anonimowy pisze...

"skoro Winchesterowie w opku nie maja nic wspolnego z tymi z serialu oprocz imion, to po co ich uzywac? Gdyby glowni bohaterowie nazywali sie John i Tom to swiat by sie zawalil?"

Dosyć często widzę ten zarzut i zawsze mam ochotę go odeprzeć jako osoba, która trochę opek różnofandomowych spłodziła, pokusiła się też kiedyś na opko autorskie - otóż świat by się nie zawalił, jednak liczba czytelników byłaby nieporównywalnie mniejsza, o ile w ogóle by zaistniała. Taka jest smutna prawda, że wiele zamieszczanych w internecie tworów i tworków nigdy nie doczekałoby się uwagi, gdyby nie dotyczyło znanych i lubianych postaci książkowych/filmowych/serialowych/grokomputerowych albo idoli wszelkiej maści. Dlatego wiele naprawdę zdolnych osób potrafi "zaistnieć" i zdobyć uznanie dzięki fanfickom, podczas gdy wybicie się na opowiadaniu o "Johnie i Tomie" jest o wiele trudniejsze, nawet jeśli pomysł i talent ten sam.

Fakt faktem, powyższe opko nie jest przykładem dobrego ffa i, Boże broń, nie mam zamiaru tego sugerować, jednak przeczytałam już w życiu parę dobrych, praktycznie całkiem autorskich opowiadań, które wcale nie musiałaby być fanfickami, bo jedynie imiona się zgadzały - ale gdyby nie te imiona, nigdy bym na nie trafiła. Dlatego uważam akurat ten zabieg za całkowicie usprawiedliwiony.

Rzabcia pisze...

Nie no, jak ficzek jest dobry i bohaterowie nie sa obdarci z charakteru to jak najbardziej jestem na tak, ale mi chodzilo tylko o ten przypadek, w ktorym altoreczka sie nie popisala. Po prostu Winchesterowie sa tutaj Winchesterami tylko z nazwy, co mnie jako fanke drazni, bo tak poza tym to lubie chlopakow (nie wspominajac o Bobby'm).

Korodzik pisze...

"Większość z nich biegała to w jedną, to w drugą, jakby bez celu."
"Większość znajdowała się w tym samym miejscu, dzięki czemu łatwiej było ich zabić."

Może ci Japończycy to byli NPC-ty z gry wideo? To by tłumaczyło bieganie w kółko bez celu oraz przenikanie przez siebie...

"Winchester (...) znalazł kogoś wyraźnie wydającego rozkazy. Próbował stanąć w miejscu niewidocznym dla przeciwników jednak z pozycji Deana był idealnie na celowniku.
Wymierzył w niego i bez zastanowienia strzelił."

Cóż za zgrabna proza. Jak to pierwszy raz przeczytałem, to zrozumiałem, że Sam właśnie zastrzelił Deana...

"Strzały zaczęły się nasilać. (...) Ale po chwili ustały. Strzelec został przez kogoś zlikwidowany."
Ee... znaczy się, tam na całym polu bitwy był tylko jeden strzelec?

kodama pisze...

Mnie to strasznie wymęczyło, jak mało co. Ani to polotu literackiego nie ma, ani nie jest dynamiczne. Błędy rzeczowe doprowadzają do szału, ale gdyby to chociaż było dobrze opisane, to chociaż tę część by się dało ocalić. A tak... Miałki dramat ;/

Shinra pisze...

nie ucierpiała podczas I Wojny Światowej.
Dobrze, kuźwa, że nie podczas "wtoroj otwieczestwiennoj wojny", oh wait...nie te czasy i nie ten kraj.
"Mobilizacja werbunkowa" - CO? *słabym głosem*
"Za chwile porucznik przydzieli wam odpowiednie kwatery."
- SCHWAAARTZ! - wrzasnął sztabskapitan Shinra. Kiedy zatrwożony żołnierz wpadł do jego gabinetu, został na progu powitany zdumiewającym rozkazem: - Melduj do dowództwa, że żądam, aby kawę przynosił mi co najmniej jenerał! No, w ostateczności może być marszałek...
"Grupa z najwieksza ilością osób nienaruszonych przez przeciwników wygrywa."
Obawiam się, Babatunde, że chodziło tu o naruszanie przestrzeni osobistej sensu stricte. *wymowne spojrzenie i czerwony kwadracik*
" Gdy zjawili się już wszyscy głos zabrał generał.
-Jak zapewne wiecie, nasz kraj już od ponad roku toczy wojnę z Japonią"
Generał MacArthur przesyła pośmiertnego facepalma.(wiem, że walczył z Japonią dopiero od 1942, kiedy wprowadzono żabie skoki, ale...)
"nie za duża armia Japończyków przedostała się na ląd i zmierza w naszym kierunku. "
NIE. ZA DUŻA. ARMIA. *mózg rozjebion* Dziękuję waćpaństwu analizatorstwu, kłaniam się rysim kołpaczkiem jako Basia Wołodyjowska, resztę skomentuję jutro. *padł i nie szyje, a nawet nie żyje*

Flo pisze...

Musiałam na parę minut przerwać czytanie, bo mnie zatkało ze śmiechu :D Zginam się we wszystkich kierunkach z radości.

Anonimowy pisze...

"Jak już przestał jeździć na wózku inwalidzkim, to nie wiedział co zrobić z rękami."

MISTRZ xDDD

A w ogóle frapuje mnie, w jaki sposób Roosevelt obierał telefony: ręcznie jak bana czy raczej strugał jak ziemniaczki?

Hasz

Anonimowy pisze...

*banana

Broz-Tito pisze...

O mój Boże, uh, moja przepona, mój mózg, moje... Moje wszystko. To było wspaniałe. To był... To był... To był wspaniały traktat o zginaniu. Więcej!

Mnie też na początku strasznie interesowało to, czemu autorka wybrała akurat fandom Supernaturalowy i postanowiła go przedziwnie połączyć z "Przełęczą ocalonych" i chyba "Szeregowcem Ryanem"(???), a później już machnęłam na to ręką, bo w końcu z całego universum wzięła sobie tylko imiona bohaterów, więc co za różnica. Ale muszę jej dać mocne -100/10 za odarcie kawału "zgubiłem but" z całej jego śmieszności, tak się nie godzi! A tak w ogóle to Jensen Ackles fantastycznie prezentuje się w mundurze z epoki - powód do napisania opka dobry jak każdy inny.

Swoją drogą fascynuje mnie to wybiórcze podejście do faktów - czasem widać, że autorka przeczytała coś o wybuchu II wojny i przekopiowała to do opka, z drugiej już jej się nie chciało doczytać do tego momentu, w którym piszą o tym, kiedy i dlaczego Ameryka dołączyła do wojny. I w związku z tym w ogóle mnie nie dziwi cudownie ozdrowiały Roosevelt - autorka sprawdziła, kto był wtedy prezydentem i ta wiedza jej wystarczyła do szycia tej niesamowitej fabuły. Dosłownie nie z tego świata.

WinchesterBear pisze...

Uśmiałam się ogromnie, ta analiza zrobiła mi dzień XD

"A wiedział wszystko. Zupełnie, jakby był jakimś Bogiem." - przez to, że pisałaś, że średnio orientujesz się w kanonie Supernatural zastanawiam się czy to szczęśliwy przypadek, czy jednak specjalnie... Tak czy siak, ucieszyło xd

FDR chyba sprzedał duszę, żeby znów móc chodzić XD Właśnie, ciekawi mnie czy pojawią się tu jakieś elementy "supernaturalne", czy też jedyny wspólny czynnik dla opowiadania i serialu to imiona niektórych bohaterów... No i gdzie Castiel? xd Oh jak ja się boję, że Dean zostanie gdzieś przeniesiony i tam jego dowódcą zostanie jakiś Castiel i rozpocznie się romans na wojnie... Obym się grubo myliła ;__;

"Bo nasz sztab jest w centrum kraju..." - Teksas centrum USA? xd Albo przez to opko już mi się pomieszało wszystko i źle zrozumiałam sens zdania, albo nawet lokalizacja stanu, w którym dzieje się akcja, przerosła umiejętności autorki w wyszukiwaniu informacji...

kura z biura pisze...

Moją skromną wiedzę uzupełniłam supernaturalową wiki, tak, że wzmianka nie była przypadkowa :)

Anonimowy pisze...

To jest przewspaniałe. Powiew orzeźwiającej gimbuśnej głupoty i niewinności po tym obrzydlistwie o wilkołakach. Ale niektóre komentarze za mocne, prawie umarłam ze śmiechu.

Quay

Anonimowy pisze...

"-M-miesiąc? Ale... to mało czasu. Nie jesteśmy tu nawet rok. Wiele rzeczy pewnie będzie musiał pominąć - powiedział Garth.
Ja na przykład dalej nie wiem, co ma żołnierz pod łóżkiem!"

Nie wie, bo pewnie dobry ziomek generał sprząta za nich ;)

Lynx