czwartek, 7 listopada 2013

237. Ale nudy w tym Hogwarcie, czyli jak się wykręcić od Azkabanu? (½)



Drodzy Czytelnicy!
W tym tygodniu znów wracamy do Hogwartu, by śledzić przygody nowej uczennicy, którą, jak to zwykle bywa, system przegapił, a teraz to nadrabia. Bohaterka ma Tatusia, Traumę i Telefon, a opko jest tak nasycone schematami, że aż ociera się o prowokację. Ale to właśnie lubimy w opkach potterowskich, prawda?


Analizują: Sineira, Purpurat, Jasza i Kura, dwa słowa dodaje  Dzidka.






Zaklęcie 1: Pociąg
Do hazardu?


Początek roku szkolnego. Chyba ... Nie chodząc do szkoły, nie wie się kiedy rozpoczyna się, a kiedy kończy rok szkolny i tak dalej.
Rok szkolny? Ejjj, to tłumaczy te tłumy dzieci w tramwaju od września do czerwca.
Skoro się wie, że jest coś takiego, jak “rok szkolny”, to chyba trudno nie wiedzieć, kiedy się zaczyna.


Ja, Faye Riddle, jedyna [a to się zdziwisz, gdy zobaczysz nieprzebrane ilości sióstr] córka Tom'a (Zdupywziętegoapostrofa dwojga imion) Riddla [Aaa, to stąd uciekł ten apostrof! A po drodze zeżarł “e”.] - zwanego także Lordem Voldemordem [bo miał straszną mordę] - zostałam skazana na dożywocie w Azkabanie za to, że w ogóle wyszłam na świat.
Przez dziurkę od klucza. Gdyby tak jeszcze móc się dowiedzieć, kim była matka naszej boChaterki, to szczęscie nasze nie miałoby granic.
Jakie te ludzie roszczeniowe.
Żadne roszczenia, ciekawi mnie tylko, czy jej matka też została zesłana do Azkabanu i jak Voldemort sprawdził się w roli ojca córeczki.


(Btw, ile razy mamy powtarzać, że Voldemort starannie ukrywał fakt, że był niegdyś Tomem Riddle, nienawidził nazwiska swojego mugolskiego ojca i tak dalej?)


To niesprawiedliwe ! Jednakże pewien [nieznany szerszej publiczności] stary czarodziej, dyrektor szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, Albus Persiwal Wulfryk Brian Dumbledore dał mi kuszącą propozycję, która utrzymała by mnie na wolności. Było to uczęszczanie do jego szkoły.
Szkoła jako zamiennik Azkabanu - no świetnie.
Seems legit.
Hm, czy to znaczy, że przyjęli ją do szkoły jako niemowlaka?
Może Voldek hodował ją w magicznej macicy i “wyszła na świat” mając naście lat?


Nie wiem, czy dobrze postąpiłam przystając na ten układ, ale przynajmniej nie muszę kisić się w jakimś zgniłym więzieniu.
Kiszenie zasadniczo wyklucza gnicie.
A wszystko zależało tylko od jej decyzji. Gdyby strzeliła focha, mogłaby resztę życia spędzić na Lazurowym Wybrzeżu.
Pod hasłem “nie dość, że nuda, to jeszcze za to płacisz”?


-Jutro jedziesz do szkoły, ciesz się !- oznajmił mój ojciec, gdy powróciłam do naszego "domu".
Wzięłam to słowo w cudzysłów, gdyż tej starej, opuszczonej nory domem nazwać nie mogę.- Mam nadzieję, że Dumby ci wszystko przygotował.
Bo jeśli zapomniał o kredkach, to ma fangę w nos!
Jakby nie mogli tego w spokoju przy herbacie obgadać, Boszsz...


-Wszyściuteńko, panie Havranék.- oznajmiłam z powagą i szacunkiem.- Jutro o dziewiątej rano pociąg wyjeżdża do Hogwartu.
Przyzwyczajcie się od razu - w tym opku wszystkie dialogi zawierają zbędne kropki. i nie zawierają niezbędnych spacji. Wrrr.


-To dobrze, bo mam dla ciebie pewne zadanie.- przekazał mi je w języku węży, który rozumie tak niewielu. Niestety nie mogę zdradzić cóż to za sekretna misja.
Ojtam, daj spokój, my już wiemy, że chodzi o poszukiwanie zaginionych przecinków.
I tak się domyślamy, na czym ma polegać ta sekretna misja.


Chcąc, nie chcąc już niebawem znajdę się tam, gdzie zawsze chciałam być - w szkole !
Wcześniej testy dojrzałości szkolnej nie pozwoliły...
Ej, ale widzicie ten ewenement? W ilu opkach zdarzyło się nam spotkać boChaterkę, która CHCE iść do szkoły?


*
Nadszedł ten dzień. Nareszcie mam szansę nauczyć się wielu rzeczy, poznać innych ludzi. Nigdy nikogo nie poznałam, no może z jednym wyjątkiem.
Tego miłego Dementora, który wpadał w każdy czwartek na herbatkę.


Muszę przyznać, że kiedy weszłam na peron 9 i ¾ na stacji King Cross w Londynie to oniemiałam z zachwytu. Nigdy nie widziałam na oczy podobnego miejsca, ale nie ma co się dziwić. W końcu przez całe moje życie wychowywałam się w ukryciu, na Śmierciożerce i zabójce.
Zabójka i śmierciożerka to jak wiejska kawalerka. Honorne życie z fasonem.
Śmierciożerka to coś jak etażerka, tylko bardziej mroczna.
Ale jak się wychowywała NA nich? Posiali ją jak bakterie na pożywce?
Śmierciożerka i Zabójka to takie dzielnice dla szemranej Herrenverein z magicznego Londynu.


-Hej !- ktoś krzyczał z daleka.- Faye! Faye !
A teraz przeczytajcie to na głos.
- Ćmiki! Ćmiki! - odkrzyknął ktoś zza węgła.


-Tu jestem!- pomachałam w górze ręką, by osoba ta mogła mnie znaleźć. Po chwili pojawił się przede mną wysoki chłopak w kominiarce, z zakrytą większością twarzy, w czarnej bluzie i ze słuchawkami nałożonymi na kaptur.
I wcale, ale to naprawdę wcale nie wyróżniał się w tłumie.
Ekhm. Kominiarka. Kaptur. Pytanie techniczne - po cholerę mu te słuchawki?
W słuchawkach rozbrzmiewa rytmiczne “wdech - wydech - wdech - wydech”.


-Jestem Karon Lestrange, uczeń czwartego roku, Ślizgon.- powiedział donośnym, aczkolwiek słodkim głosem.- Dyrektor kazał cię przypilnować, byś bezpiecznie dotarła do szkoły. Wiesz, po drodze może spotkać cię parę nieprzyjemności ze strony uczniów.
Z nienawiści będą na ciebie pluć i podstawiać nogi.
Panna ma na czole wypisany pseudonim ojca, czy charakteryzuje się rodzinnym brakiem nosa?


-Emm .. Spoko, dzięki. Jestem .. A w sumie wiesz kim jestem, więc bez zbędnych szczegółów proszę, pokaż mi gdzie mam wsiąść.- odparłam dumnie.
Fakt, powiało dumą i majestatem wręcz.
Wyobraź sobie ten ton!


Nie wiedziałam, że Lestrange’owie mają syna. No to ciotka Bellatrix będzie mi się musiała grubo tłumaczyć, gdy ją znów spotkam.
To nie w kij dmuchał - przez kilkanaście lat ukrywać dziecko. A co ciekawsze, Bellatrix wiele lat spędziła w więzieniu.
Więzienie… Dziecko… Przypadek? Nie sądzę.
A skąd założenie, że to akurat JEJ syn? Rabastan nie mógł się rozmnożyć?
No wiesz, "tylko matka jest pewna"...


Spokojnie podreptałam za nowym znajomym do pociągu, po czym usadowiłam się wygodnie w przedziale do którego mnie zaprowadził. Byliśmy tam tylko my. Niestety nie na długo, a już miałam nadzieje, że będę mogła z nim swobodnie porozmawiać, jak Śmierciożerca ze Śmierciożercą. O ile nim był ...
O ile. Za chwilę okaże się, że całe towarzystwo jest mocno nieletnie, więc...


Nie zdążyłam schować walizki [kufry są dla mięczaków], a do przedziału wparowała czarnowłosa dziewczyna, o pięknej cerze i zielonkawych oczach. Odziana była w czarne spodnie, biały płaszczyk oraz buty na niewysokim koturnie. Krucze włosy związane były w koński ogon, z którego delikatne kosmyki wylatywały, opadając dziewczynie na ramiona.
Co to jest: białe - czarne - białe - czarne - białe - czarne - bęc?


-Dziadzia jest sprawa.- zwróciła się do chłopaka, stojącego obok mnie.
Straszny dziadunio zaraz raźno wkroczy do akcji, tylko laskę weźmie.


- Trzeba naubliżać mojemu durnemu bratu i to teraz !
Mujeju, za moich czasów to się takie rzeczy robiło samemu. Ta dzisiejsza młodzież…
Dziadzia. Już widzę resztę tej bandy - Karaluch, Fikoł, Siurek, Małpiak i Koniu.
Oraz Siwy i Łysy. W każdej bandzie musi być przynajmniej jeden z nich.


-Już się robi Potterówna. Wiesz, że jeśli o to chodzi nie trzeba mi dwa razy powtarzać.- odpowiedział jej i szybko żegnając się ze mną, pobiegł w głąb korytarza wraz z siostrą śmiertelnego wroga mojego ojca, jak mniemam.
Córka Voldka, siostra Pottera…To już jedna merysujka na opko nie wystarczy?


Poradziłam sobie jakoś z walizką i usiadłam przy oknie, zakładając słuchawki na uszy. Nacisnęłam "odtwarzaj" w telefonie i już po paru sekundach w uszach rozbrzmiało mi  "Need more friends with wingsAll the angels I know. Put concrete in my veins. I'd always walk home alone. So I became lifeless. Just like my telephone."*  
Po pierwsze:  dziewczyna wychowana w całkowitej izolacji od świata przez człowieka, który nienawidził mugoli, w ogóle nie powinna wiedzieć o istnieniu czegoś takiego jak telefon. Po drugie, gdyby nawet wiedziała i udało jej się jakimś cudem go zdobyć - ojciec chyba by ją zacruciatusował na śmierć za używanie mugolskiego wynalazku. Po trzecie, akcja HP to lata 90-te, modele z tamtych czasów nie służyły do słuchania muzyki. Po czwarte, piosenka, której słucha (Billy Talent, “Nothing to lose”) pochodzi z płyty wydanej w 2003...


Nie minęło pół piosenki, a pociąg ruszył i krajobraz na zewnątrz zaczął się zmieniać z coraz większą prędkością. Siedząc samej i słuchając muzyki nawet nie spostrzegłam jak szybko się przemieszczamy. Cały czas w głowie miałam dźwięk słów sądu ostatecznego [?!] sprzed dwóch dni: "Zostajesz skazana na dożywocie w Azkabanie ... "
Kilkanaście lat czekali z decyzją o postawieniu jej przed sądem. Ciekawe dlaczego.
Siedziała na mrocznej etażerce, więc nie mogli jej znaleźć.
No przecież to sąd ostateczny, zebranie razem tych wszystkich archaniołów i przejście formalności z trąbami, pieczęciami i plagami musiało trochę potrwać.


To było okropne. Chciałam się sprzeciwiać, przytaczać argumenty przeciw takiemu wyrokowi, lecz wiedziałam, że to by tylko pogorszyło sprawę. Na całe szczęście pojawił się wtedy ten staruszek o siwej, długiej brodzie w szarej tunice.
Broda w tunice… ten Miazmat mnie zadusi!
I do tego spodnie rurki i bluskę na naramkach.
Broda w szarej tunice, wąsy w legginsach, warkocz w kłos.


To dzięki niemu mogę teraz spełnić moje marzenie i przeżyć niezwykłą przygodę, zdobyć nowe, niepowtarzalne umiejętności.
Brzmi jak slogan rekrutacyjny do “młodego prężnego zespołu” w call center.
Reklama darmowych praktyk i wolontariatu.


Kiedy trwałam tak w bezruchu, opierając się na łokciu o parapet i obserwując pola, lasy oraz łąki, nie spostrzegłam, że ktoś wchodzi do pomieszczenia i siada naprzeciw mnie. Jednak po chwili zwróciłam moją cenną uwagę [Gdy tak będzie poświęcać swoją cenną uwagę, to się zdewaluuje!] na owego osobnika, gdyż jego wzrok tak jakby przeszywał mnie na wylot. Laser Cat!


-Czego się gapisz. Dziewczyny w życiu nie widziałeś?- zagaiłam, patrząc blondynowi prosto w stalowoszare oczy. Był nieprzeciętnie przystojny, jedną nogę miał zarzuconą na drugą białą [a ta pierwsza noga była czarna?] koszulę delikatnie rozpiętą [czule traktował guziki, moim zdaniem to raczej ta noga była rozpięta], a biało zielony krawat mocno poluzowany.
A ja chcę zobaczyć nogę zarzuconą na drugą koszulę.


-Sorry, nie widziałem cię tu nigdy.- odparł z pogardą.- Wiesz, to wagon dla VIP'ów, czyli Ślizgonów. Nie ma tu miejsca dla jaki(ch)ś wyrzutków.
-Wyrzutków?!- zdenerwowałam się.- Jestem Faye Riddle, nowa uczennica waszej zasranej budy i niezmiernie się cieszę, że mogę uczęszczać do tak zacapiałego miejsca, gdzie jak widzę chodzą same nadęte bufony. Wielkie sorki, ale ten przedział od dziś należy do mnie
Ona ma bardzo silny instynkt posiadania przedziałów w pociągach


więc albo spadaj, albo daj mi spokój.
I tą oto tyradą w stylu pociągu relacji Warszawa-Małkinia potwierdziła swoje prawa do VIPowstwa.
VIP - Very Irritating Person. Wszystko się zgadza.


-Wow, kobieto, opanuj się. Nie wiedziałem, że jesteś tak szlachetnego pochodzenia. Zupełnie jak nasz Karon.
Miałam to już wcześniej napisać, ale jakoś mi umknęło. Karon to imię żeńskie. Serio.
Mnie to się kojarzy z karotenem i mam ochotę mówić na bohatera Marchewa.
Nie obrażaj  Kapitana Żelaznywładssona.


O wilku mowa, ciekawe gdzie on się podział. Uciekł gdzieś z tą dziewczyną i nadal nie wraca.
No to bardzo poważnie potraktował przydzielone przez dyrektora zadanie...


Po wysiadce gajowy Rubeus Hagrid wyczytał nasze nazwiska, by sprawdzić, czy aby na pewno wszyscy bezpiecznie dotarli. Oczywiście (zapamiętajcie to!) mojego nazwiska nie było na liście, widniało tam tylko imię.
Bez sensu. Równie dobrze mogliby jej napisać “podejrzana osoba” flamastrem na czole. Tak ciężko wymyślić jakieś lewe nazwisko?


Kiedy je usłyszałam, dałam znak, że jestem i wsiadłam do drewnianej łódki, by chwilę potem znaleźć się w Wielkiej Sali. To wszystko działo się tak szybko.
Tak szybko przekopano kanał, tak szybko wybudowano przystań w Wielkiej Sali, tak szybko Hogwart przeobrażal się w marinę!



Zaklęcie 2: Hogwart
To niesamowite ! Jeszcze z godzinę temu siedziałam w pociągu, rozmawiając z nowym znajomym, a teraz jestem tu - w Hogwarcie ! Pierwszoroczniaki zostały wspaniale powitane oraz uroczyście przydzielone do domów i wreszcie nadeszła kolej na mnie.
Wszystkie merysójki MUSZĄ wkraczać w progi szkoły z opóźnieniem, z czego wniosek, że merysójkowatość wpływa negatywnie na tzw. gotowość szkolną. Sześciolatek nie jest gotowy na podjęcie nauki, jeżeli ma m.in. zaburzone procesy poznawcze i trudności emocjonalne… Aha!


-A teraz Tiara Przydziału powie nam do jakiego z domów trafi nowa uczennica czwartego roku Faye ... - dyrektor zawahał się, spojrzał na starszą czarownicę (pewnie nauczycielkę) oraz gajowego i dokończył.- Faye Riddle!
To po cholerę na liście Hagrida OCZYWIŚCIE nie było nazwiska?
Bo dyrektor lubił teatralne efekty.


Szumy, okrzyki strachy, czy sprzeciwu wybuchły na sali.
Tak, tak. Oczywiście WSZYSCY wiedzieli, że nazwisko Riddle COKOLWIEK znaczy.
Oczywiście (powiedział sołtys, wieszając oczy na płocie).


[Faye trafia do Slytherinu. Nie spodziewaliście się tego, prawda?]



Ślizgoni energicznie bili brawa i wiwatowali, wyraźnie zadowoleni, że dołączyłam do ich domu. Myślałam, że będą zawiedzieni, a tu ? Niesamowite.
Gdyż ponieważ?


Kiedy już usadowiłam się przy stole obok platynowo-włosego blondyna,
(którego prawa strona ciała składała się z platyny, a lewa z włosów,)


świece pod sufitem pojaśniały jeszcze bardziej i dyrektor ponownie przemówił:
-A teraz, gdy wszyscy są przydzieleni do domów chciałbym coś ogłosić!- nagle do sali wbiegł jakiś pomarszczony, skulony dziadunio, ledwo trzymając się na nogach.
Skoro wbiegł, to trzymał się na nich całkiem nieźle.


- W nadchodzących miesiącach będziemy mieli zaszczyt uczestniczyć w bardzo podniosłym wydarzeniu, które nie miało miejsca od ponad wieku.
Nagle przerwał, by chwilę porozmawiać z tym starym człowiekiem. Usłyszałam też jak Draco szepcze mi cicho do ucha, że jest to Argus Filch, woźny. Wiele uczniów nie przepada za charłakiem, nawiedzają go i stroją mu różne żarty, szczególnie bracia Fred i George Weasley, największe rozrabiaki w szkole.
Ekskjuze mła, ale skąd ona to wie, skoro to jej pierwszy dzień w Hogwarcie?
Zwłaszcza, jeśli do tej pory żyła w ukryciu.
Pilnie śledziła “Magicznego Plotka” oraz “Dupelka”.


- Więc tego roku w Hogwarcie będzie mieć miejsce niezwykłe wydarzenie, Turniej Trójmagiczny.
Ejże! Skoro mamy rok Turnieju Trójmagicznego, to Voldek jeszcze NIE odzyskał ciała i wygląda tak:
To coś miało kształt jakby skulonego dziecka (...). Było bezwłose, jakby pokryte łuskami, ciemne, czerwonawoczarne. Miało cienkie, wiotkie rączki i nóżki i płaską twarz - żadne ludzkie dziecko na świecie nie mogło mieć takiej twarzy - twarz przypominającą łeb węża, z płonącymi czerwonymi oczkami.
(Harry Potter i Czara Ognia)


- na sali wzrosły szepty podniecenia.
Skoro nazywasz to szeptami...


- Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, w tym turnieju reprezentanci trzech szkół zmagać się będą w trzech konkurencjach.
Nie no, wszyscy wiedzą, przecież macie taki turniej co rok.


Każdą ze szkół reprezentuje tylko jeden uczeń, ale uwaga śmiałek ten musi działać sam i [nie ściągać?] lepiej mi uwierzcie, ten turniej nie jest dla bojaźliwych, ale o tym potem.


A teraz powitajcie wraz ze mną urocze damy z Akademii Magi(i) Beauxbatons oraz ich dyrektorkę Madame Maxime.


Na salę wbiegły tańcząc i wzdychając do chłopaków dziewczyny w błękitnych mundurkach i delikatnie sterczących czapeczkach.
Taki magiczny menuet, co trzy kroki - wzdech.
Wiem, że to niby kanoniczne, ale dlaczego wizualizuje mi się stadko kretynek przebranych za disnejowskie wróżki?


Poruszały się z niezwykłą gracją, jak przystało na prawdziwe damy.
Wzdychamy jak damy
A jak nie damy
To też wzdychamy.


Za to ta cała Maxime to niezły kawał baby. Miała przynajmniej ze trzy metry wysokości, może trochę przesadzam. Na pewno była wielka, bo przewyższyła nawet Dumbledore'a. Po ich wspaniałym występie sala zawrzała oklaskami i wiwatami osobników płci męskiej.
CZYIM występie, na litość? Maxime i Dumbla?!?


Jednak nie minęło zbyt wiele czasu, a dyrektor uciszył nas i równie wspaniale co poprzednio powitał Instytut Magi Durmstrang i ich dyrcia.
Maga Durmstrang - tajemnicza czarownica, o której nikt nic nie wie; sekretna współzałożycielka szkoły.


Niezłe z tych chłopaków ciacha. Weszli jak jakieś wojsko na salę, waląc o podłogę i wymachując kijkami na wszystkie strony.
Precz, Miazmacie.
No, widać, że “Czara Ognia” została co najmniej obejrzana.


Z różnych stolików można było usłyszeć westchnienia fanek Wiktora Kruma.
Fanki Kruma były kornikami, dlatego siedziały w stolikach.


Przyznam, niezłe z niego ciacho.
Jak na dzikuskę wychowywaną w kompletnej izolacji, doskonale wie, kto jest kim.
I wie, co jest ciachem, a co nie.
Wiesz, jeśli za towarzystwo miała tylko Glizdogona, Nagini i ojca wyglądającego jak pokurcz, to ciachem będzie każdy.


Po wszystkich pokazach wreszcie mogliśmy zjeść spokojnie kolację. Ohh ... Jaka ja byłam głodna. Od razu zabrałam się za wciąganie udek kurczaka
Mam wizję, jak ona tak wsysa te udka, z lekkim szumem, jak odkurzacz.


i czegoś, co Karon nazywał "oddechem smoka". W rzeczywistości była to super ostra papryczka, której prawie nie poczułam, wzbudzając tym samym w innych obecnych przy stole zachwyt.
Merysujki gastronomicznej tośmy jeszcze nie mieli.


-No dobra Faye, opowiedz nam coś o sobie.- powiedziała blondynka, siedząca na przeciw Draco.- Właśnie, gdzież moje czysto-krwiste maniery. Jestem Diana Narcyza Malfoy, siostra tegoż oto durnego osobnika, siedzącego obok ciebie.
I wcześniej uczyłam się w Szkole dla Niewydarzonego Rodzeństwa Kanonicznych Bohaterów.


-Emm .. Co ja mam o sobie opowiadać. Wiadomo, czyją jestem córką, więcej wiedzieć nie musicie.- powiedziałam jak najmilszym tonem.
Ze strony ojca - wnuczką mugola i charłaczki, a po kądzieli - to bór jeden wie.
No ale nie zapominajmy, że gdzieś tam w odległym tle majaczy Salazar Slytherin.


Nie chciałam ich urazić, po prostu mój życiorys opierał się na więzach krwi i chyba to zrozumieli, bo nie pytali o nic więcej.
Raczej zrozumieli, że obycie towarzyskie nowej koleżanki pozostawia nieco do życzenia, więc woleli się nie narażać na niemiłe sceny.
Po prostu zdali sobie sprawę, że nie warto dalej dyskutować.


Nagle na salę wnieśli jakieś dziwne pudło i pan Albus poprosił nas o uwagę.
W pudle była szafa garderobiana z wyposażeniem wewnętrznym oraz wkręty, śrubki, imbusy i inne takie. Na pudle widniał tajemniczy napis “Ikea”.


Powiedział, że osoba, która wygra turniej na zawsze pozostanie sławna, bla bla bla ...
Bla, bla, bla. Ja tam nie wiem, ale jakbym była pierwszy raz w nowym miejscu, wśród nowych ludzi, to raczej słuchałabym z uwagą, starając się ogarnąć zasady, jakie tu panują i dowiedzieć się, co mnie czeka, a nie wyłączała się jak parafianin podczas odczytywania komunikatu Konferencji Episkopatu.
Och, nie rozumiesz. BoChaterka pogardza sławą, więc się wyłączyła, bo cóż sława obchodzi taką doskonałość jak ona?


Nagle sufit zmienił się w burzowe chmury i zaczął walić piorunami.
Nawet niebo zirytowało się na tę merysujczą nonszalancję.
Niestety pioruny chybiły, pomimo wielokrotnie ponawianych prób.


Jakiś koleś ze sztucznym okiem rzucił zaklęcie i wszystko wróciło do normy. Rozpoznałam go od razu - Szalonooki Moody.
Rozpoznała go, gdyż ojciec codziennie wieczorem pokazywał jej zdjęcia i kartoteki swoich wrogów oraz egzaminował z ich znajomości.


Co on tu robi ? Gdyby tego było mało jakiś gościu z Ministerstwa właśnie oznajmił, że dzieciaki poniżej siedemnastu lat NIE mogą brać udziału w Turnieju Trójmagicznym.
I w tym momencie całe zainteresowanie boChaterki i jej dworu nagle gaśnie.
Cóż za obraza majestatu!


Potem dyrektor otworzył pudło stojące na środku podium i naszym oczom ukazał się wielki kielich, płonący niebieskim ogniem, do którego uczniowie chcący wziąć udział w tym gównie
Coś, w czym Riddlejówna nie może brać udziału, musi być gównianą imprezą.



mają wrzucać karteczki z imionami i nazwiskami. Norma.
Norma. U niej w domu, jeśli ktoś chciał dostać obiad, musiał wrzucić taką karteczkę do kominka.
Skoro wspomniała o gównie, to zapewne wrzucali je (karteczki, nie gówno) do muszli.
Wyobrażam sobie muszlę buchającą ogniem.


Tak więc Czara Ognia została ukazana, a turniej uroczyście otwarty.
Nareszcie mogliśmy w spokoju pójść do dormitoriów. Ależ byłam zmęczona.
A wynudziłam się, że łomatko!
Tyle trucia i zawracania głowy, no jak tak można!


W salonie wspólnym Slytherin'u zatrzymał mnie Karon.
-Co jest?- zapytałam.
-Wiesz... Tradycją tego turnieju jest Bal Bożonarodzeniowy i ... - zająkał się.
-Iiii ? No mów no .
Co to jest bal? Co to znaczy “bożonarodzeniowy”?
A czy to się je?


-Czy nie zechciałabyś pójść ze mną na ten bal ? - wykrztusił, trochę zaczerwieniony. Sama przez to zalałam się rumieńcem, ale cóż ... Pierwszy raz usłyszałam coś takiego, w końcu dopiero dzisiaj poznałam prawdziwych ludzi.
Co do Voldka to faktycznie, można mieć wątpliwości, ale Bellatrix nie jest chyba zrobiona z drewna? (“No to ciotka Bellatrix będzie mi się musiała grubo tłumaczyć, gdy ją znów spotkam.”)


-Umm .. Pewnie.- odparłam nawet zadowolona.
A skąd wiesz, może słowo “bal” oznacza imprezę kaniBALi?
Albo balneoterapię?


Karon był słodki i fajny. No i gardził Potter'em, jestem pewna, że tatuś by go polubił.
Narrator też gardzi Potterem, dlatego obrzuca go nadprogramowymi apostrofami.
Córeczka już przygotowuje się do oficjalnego przedstawienia kandydata na trólaffa?


Odprowadziłam go pod pokój chłopców i pocałowałam w policzek na dobranoc, po czym udałam się do sypialni dziewcząt. Tylko otworzyłam drzwi i usłyszałam głośnie:
-Uuuuuu ...
-O co wam chodzi?- zapytałam zdziwiona.
-No wiesz. Najpierw flirtujesz z Malfoy'em, teraz z Lestrange'm. Kobieto zdecyduj się na jednego.- zaśmiała się Eve, siostra Harry'ego.
No proszzz, cały Slytherin został zapchany rodzeństwem i kuzynami kanonicznych postaci. Za to znikła taka na przykład Pansy Parkinson (może to i dobrze, bo mam dość czytania o niej jako o “różowej barbie”, klejącej się do Dracusia, który nią pogardza).
ON ją zaprosił, ale to ONA flirtuje - logika tych smarkul mnie zabija.


-Ale ... Ja z nikim nie flirtuje. Dobra dajcie mi się umyć i położyć, bo zmęczona jestem.- oczywiście musiałam powiedzieć to tak dumnie, że aż przestały się czepiać.
Z królewskim majestatem!
Psiapsiółki i tak wiedziały swoje.



Zaklęcie 3: Obrona przed czarną magią
Już z samego rana zmuszeni byliśmy wstać, by iść na lekcje. Wspaniale ! Nie dali się wyspać,
U taty w domu to się wylegiwałam do południa, a Glizdogon podawał mi śniadanie do łóżka! Żebyście wiedzieli!


ale opłacało się. Pierwszą lekcją była obrona przed czarną magią. Draco zaprowadził mnie do klasy i pokazał miejsce obok niego.
-Siadaj.- uśmiechnął się, odsuwając krzesło. Ale z niego dżentelmen.
Ponawiam pytanie: skąd wiesz? W jaki sposób rozpoznajesz, w tym dziwnym, nowym świecie, przy pierwszym kontakcie z ludźmi, co jest dobrym wychowaniem, a co wręcz przeciwnie? Siostra Malfoya, powołując się na swoje “czystokrwiste maniery”, nazwała go durnym osobnikiem, może powinnaś oczekiwać czegoś podobnego?


Nie musieliśmy zbyt długo czekać, gdyż po chwili w sali pojawił się dziwny człowiek, który dzień wcześniej zatrzymał burzę w Wielkiej Sali. Niewysoki mężczyzna, ze sztucznym okiem, ubrany jak jakiś bezdomny.
-Alastor Moody, były auror, krytykant ministerstwa.- przedstawił się, pisząc coś na tablicy, a następnie rzucając kredą na drugi koniec sali.- Nowy nauczyciel obrony przed czarną magią. Jestem tu, bo Dumbledore mnie o to prosił i koniec! Macie jakieś pytania?
Tak. Kto to jest “krytykant ministerstwa” i ile płacą za tę fuchę? Skąd się wzięła kropka po słowie “ministerstwa” i dlaczego zeżarła spację?


-Będziemy praktykować, czy uczyć się zaklęć z książek?- wyskoczyła Diana. Kiedy wstawała, by zadać owe [owe jak ***jowe] pytanie jej blond włosy ociekły [cieku-ciek] z niedbałego koka i opadły luźno na ramiona.
A potem spłynęły na podłogę i prosto do kratki ściekowej.


-Właśnie miałem o tym wspomnieć. Co się tyczy czarnej magii wyznaję praktyki.
Czyli jest wierzący i praktykujący.


A teraz usiądź panno ... - zamyślił się, nie znając dziewczyny.
Jak się tak zamyślał za każdym razem, gdy napotkał nieznaną osobę, to cud, że jeszcze się nie zabił o uliczną latarnię.



-Diana Narcyza Malfoy.- przedstawiła się i usiadłszy z dumą poprawiła włosy. Wtedy to pan Moody zapytał o zaklęcia niewybaczalne. Zgłosiłam się jako jedyna w klasie, choć wiedziałam że większość z uczniów je zna, lecz boi się nowego profesora.
Trzynastolatki nocami wkuwały czarną magię z zakazanych podręczników, jassssne.
Przecież nie mogły  torturować dżdżownic i wyrywać muchom skrzydełek RĘCYMA, niczym jakieś godne pogardy mugolaki.


- Istnieją trzy zaklęcia niewybaczalne. Nazywają się tak, gdyż są zakazane, za ich użycie grozi dożywocie w Azkabanie. Są nimi : Avada Kadavra, Crucio oraz Imperio. To pierwsze zabija, drugie torturuje, a trzecie przejmuje kontrolę nad osobą, na którą rzucamy owe zaklęcie. - powiedziałam.
OWO, do jasnej cholery!





-Dobrze! Ministerstwo uważa, że jesteście jeszcze za młodzi, by znać te trzy zaklęcia. Aż niesamowite, że ta oto wasza koleżanka umie je wszystkie.
Powiedzmy: zna nazwy (a i to z błędem), niekoniecznie umie. Chociaż oczywiście, skoro to córka Voldka...


Powiedz, skąd o nich wiesz?- zadziwił się Alastor, przez co na moje usta (na moich ustach!) zagościł uśmieszek dumy.
-Od ojca.- powiedziałam, wywołując szmery w klasie.- Tom'a Riddle'a.
No tak. Najpierw mamy głęboki sekret jak brzmi jej nazwisko, a potem wio! Panience, która miała być skazana na dożywocie (za winy ojca), nagle język lata jak łopata. Powinna jeszcze rozdzierać koszule, aby pokazywać ryby siną barwą kłute.
Jaszu, wstydź się, piszesz o rybach, a masz na myśli cycki?
Gorzej. Piszę o cyckach, a mam na myśli ryby.


Tego już nauczyciel nie skomentował i zaczął swoją [nudną] gadkę o zaklęciach niewybaczalnych, szukając czegoś zawzięcie między słoikami i pudełkami ze stworzeniami.


[Dalej mamy opis jak w powieści - Moody prezentuje działanie zaklęć na pająku]


Wtedy to na naszych oczach Moody postanowił potorturować pajączka. Nie chciałam nic mówić, ale to było straszne. Wiem, że jako córka Sami-Wiecie-Kogo powinnam być odporna na cierpienie i ból, których nie raz doświadczyłam, ale tak nie jest. Mimo wszystko jestem wrażliwą dziewczyną.
Ona jest tak samo wrażliwa, jak Święta Gabriela Poznańska jest dzielna.
Dlatego trzeba to zaznaczać komentarzem odautorskim, bo z zachowania czytelnik za nic się nie domyśli.


Wtem wyskoczyła Granger, chcąc zatrzymać nauczyciela. Ten przestał i położył pajączka na jej książce i poprosił o podanie trzeciego zaklęcia niewybaczalnego. Gdy odmówiła sam chciał je rzucić, ale Diana go wyprzedziła i krzyknęła, wskazując różdżką na zwierze:
-Avada Kadavra!
Oczy każdego zwróciły się ku niej, kiedy stworzenie umarło.
Hm, ktoś powinien zainteresować się czternastolatką, rzucającą ot, tak sobie zaklęcie uśmiercające…
(a poza tym, im wszystkim wydaje się, że Avadę można było rzucić bez trudu, jak np. Drętwotę. No, chyba że Dianka naprawdę miała w sobie tyle nienawiści)



Następne było zielarstwo. Niezwykłą wiedzą na temat roślin i ich właściwości wykazał się Karon, który jako jedyny w Slytherin'ie miał jakiekolwiek pojęcie na ten temat.
“Zielonym do góry!” - pouczał kolegów przy sadzeniu drzewek.
Niestety, przy zielonych szparagach musiał się poddać.


Potem udaliśmy się na moje ukochane eliksiry, a zaraz po nich na historię magii, po której nastąpiła długa przerwa. Wraz z synem Bellatrix, jego kuzynem, kuzynką i siostrą Pottera udaliśmy się na boisko, gdzie Wiktor Krum uczył nowych kolegów paru sztuczek w quidditch'u.
-Ale ciacho.- skomentowała go Eve. Całą czwórką spojrzeliśmy na nią spode łba, jak na idiotkę. Tylko nienormalnym dziewczyną (OM!!!) mógłby podobać się ktoś taki.
Pozwólcie, że przypomnę: “Z różnych stolików można było usłyszeć westchnienia fanek Wiktora Kruma. Przyznam, niezłe z niego ciacho.” BoChaterka ma galopującą sklerozę.
Nie sklerozę, tylko syndrom kwaśnych winogron.


Owszem, miał w sobie to coś, ale ... W tej szkole jest uczeń o wiele lepszy od niego. Tak, dokładnie chodzi mi o pewnego aroganckiego blondyna, nienawidzącego szlam.
Z którym zamieniła kilka zdań, ale już wie, że jest najlepSIEJszy.
Serduszko jej podpowiada.
W pociągu objechał ją jak rudą sukę, więc zauroczyła się, bo był bardziej gburowaty niż ona.


Kiedy obok nas przeszła para rudych bliźniaków, Karon nie wytrzymał i krzyknął:
-Rudych trzeba tępić !- po czym strzelił w nich piorunem. Ale ubaw ! Wręcz zginaliśmy się ze śmiechu, dwójka z nas nawet się popłakała.
Kabaret roku po prostu.
Też mi się chce płakać, jak widzę ten poziom.


Początkowo myślałam, że ten zamaskowany chłopak jest trochę dziwny, ale teraz wiem, że jedyne o co mogę go podejrzewać to to, że mimo wszystko wywołuje we mnie cień zaciekawienia, tajemnicy.
Zaraz… to ten Karon cały czas chodzi w kominiarce, kapturze i ze słuchawkami?
Może jest kobrą i ma kaptur w pakiecie.
Karon bardzo podziwiał swego japońskiego kuzyna Kakashiego i starał się we wszystkim go naśladować!


Nagle usłyszeliśmy dzwon z wierzy zegarowej, oznajmujący obiad.
A była to z wierza magiczna, specjalnie do tego celu tresowana przez Hagrida.
Samiczka zwierza Alpuharego.


Powoli wstaliśmy, by udać się do sali, lecz nie jeden z nas. Jedyny syn rodziny Lestrange'ów szyko podniósł się na równe nogi i pobiegł w stronę pomieszczenia, gdzie podane zostało jedzenie.
-A ten co tak szybko?- zdziwiłam się.
-Jest wiecznie głodny.- zaśmiał się Draco.- Ahh .. Ten kuzynek.
Ma traumę po dzieciństwie spędzonym w Azkabanie.


Kiedy przyszliśmy w Wielkiej Sali już zgromadziła się większa liczba uczniów, a Ślizgon z zakrytą twarzą zajął nam miejsca i zajadał się ogonami węża, które jak widać bardzo lubił, bo wchłonął prawie całą miskę.
Ciekawe, którędy wciskał te węże pod kominiarkę.
Dumbledore w wakacje gościł w pałacu Pankot i tak mu się spodobało, że zatrudnił tamtejszego kucharza. Uważajcie, bo następnym razem dostaniecie...
... mrożone małpie móżdżki!



Ja jednak postawiłam na coś mniej tuczącego i nałożyłam sobie sałatkę z warzyw z ogrodu Hagrida oraz troszkę ziemniaków i udko kurczaka. Chociaż jedno dziwi mnie niezmiernie - jak można jeść potrawkę z piór hipogryfa [Piór?! Chyba Hagrid to gotował…] oraz korzenia dyptanu.
Dyptan - dyptam brutalnie zdeptan.
Sam Vimes popatrzył na jedzenie. Ono też popatrzyło.
– Najlepszy kawałek – powiedział Jabbar i mlasnął zachęcająco. Dodał coś po klatchiańsku i wokół ogniska rozległy się stłumione śmiechy.
– To mi wygląda na baranie oko – stwierdził niepewnie Vimes.
– Tak jest, sir – potwierdził Marchewa. – Ale nierozsądnie byłoby...
– Wiesz co? – rzekł Vimes. – Myślę, że to taka zabawa, zwana „Zobaczymy, co przełknie offendi”. I tego nie przełknę, przyjacielu.
(...)
Nastąpiła jedna z tych chwil, kiedy wszystko wisi na włosku. Sytuacja mogła doprowadzić do wybuchu śmiechu albo do nagłej śmierci.
I wtedy Jabbar klepnął Vimesa w plecy. Oko wystrzeliło z jego dłoni i odleciało w mrok.
– Świetnie! Wyjątkowo dobrze! Pierwszy raz to nie zadziałało od dwudziestu lat! Siadaj teraz i zjedz porządny ryż z owcą, jak u mamy.
(Terry Pratchett: Bogowie, honor, Ankh-Morpork)


Ślizgoni coraz bardziej mnie zadziwiają. W końcu, po długich minutach wysłuchiwania błagań [tak, błagań…], spróbowałam tej dziwnej, różowo szarej mieszanki i muszę przyznać, że jest znośna. Nie tak dobra jak mugolskie jedzenie, ale da się przełknąć.
A skąd ty, kiciu słodka, znasz mugolskie potrawy?
Jak się człowiek ukrywa, to nie ma czasu na gotowanie, więc Voldek zamawiał chińszczyznę na telefon.


Pod wieczór siódmoklasiści wrzucali zgłoszenia do Czary Ognia. Ja, wraz z Malfoy'em i jego siostrą siedziałam i śmiałam się z idiotów, którzy próbowali przechytrzyć magiczny krąg wokół kielicha, który wyczarował dyrektor.
Sami nawet nie próbowali - wiedzieli, że nie są na to dość sprytni.


Bliźniacy Weasley ponieśli klęskę, a potem najlepszy najsławniejszy uczeń  Durmstrangu zgłosił się do Turnieju Trójmagicznego. Zauważyłam, że między nim, a tą durną szlamą - Hermioną - jest chemia. Biedna Potterówna, będzie zawiedziona gdy jej o tym powiem.
Biedna Potterówna stawiała na fizykę (zwłaszcza oddziaływania grawitacyjne), a tu klops.
Tymczasem kandydatka z Beauxbatons przeszła w ogóle niezauważona.


Po kolacji, która odbyła się od 19:00 do 20:00 w salonie wspólnym Ślizgonów opowiedziałam wszystkim o moim zacnym spostrzeżeniu.
“Zacny” to może być co najwyżej suchar, milordzie. W pozostałych przypadkach wyraz ten oznacza tyle co “godny szacunku, przyzwoity, prawy”, natomiast w języku czeskim, z którego został zapożyczony, oznacza drogocenny, wielmożny, wysoko urodzony, rzadki” (za "Słownikiem etymologicznym języka polskiego" Wiesława Borysia).
-Ohoho .. Wielki pan Krum robi BUM na widok szlamy.- śmiali się uczniowie.
Tak bardzo Beavis & Butthead…


-Jeśli przyjdą razem na Bal Bożonarodzeniowy to będzie żart stulecia.- mówili inni.
Zwłaszcza mówili ci, którzy jakimś dziwnym trafem nie mieli pary.


Ja nie widziałam w tym nic dziwnego, w końcu pasowaliby do siebie. Przeciwieństwa się przyciągają. On jest siłaczem, ona kujonką, słodka byłaby z nich parka.
Oczywiście, moja ty słodka znawczyni charakterów.
Prowadziła wnikliwe studia, całymi dniami oglądając w telewizji seriale o amerykańskich liceach… oh, wait.


Z magicznego kręgu wokół kielicha pozdrawiają: Sineira na etażerce, Jasza z własnym przedziałem, Purpurat w kapturze i kominiarce, Kura z telefonem zajumanym z odległej przyszłości i Dzidka - szefowa bandy z Zabójki,
a Maskotek buszuje w kuchni, sypiąc ostrą paprykę do wszystkiego.

26 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Brzmi jak slogan rekrutacyjny do “młodego prężnego zespołu” w call center - oj,super!!
I "Samiczka zwierza Alpuharego" też.
Ile on jeszcze ma tych córek?!


Chomik

Anonimowy pisze...

Dopiero zaczynam lekturę i już jest pysznie :) Ale:
"A skąd założenie, że to akurat JEJ syn? Rabastan nie mógł się rozmnożyć?

Rabastan? Myślisz, że ktoś w ogóle pamięta, że Bellatrix miała jakiegoś męża?"
Rabastan był szwagrem Belli. Mężem był Rudolf. Ale racja, obaj mogli się rozmnożyć bez jej udziału ;)

To pisałam ja - Nagualini

Lwinka99 pisze...

Broda w tunice, też mi.

A u mnie była "broda w turbanie" i "turban z brodą"! I to dużo wcześniej. :P

kura z biura pisze...

>Rabastan był szwagrem Belli.

Och, co za wpadka *wstydzi się*. Zaraz to jakoś poprawię :)

Anonimowy pisze...

Boskie! ;)
Przede wszystkim Karon Zamaskowany (a ja myślałam, że to Karol z literówką...), cytat z Terry'ego (<3) i "chińszczyzna na telefon" Voldka. I, oczywiście, "Wiesz, jeśli za towarzystwo miała tylko Glizdogona, Nagini i ojca wyglądającego jak pokurcz, to ciachem będzie każdy."
pozdrawiam, Adria ;)

Marta Es pisze...

Zabójka i śmierciożerka - Jak dwie Atomówki xD

Anonimowy pisze...

"Karon bardzo podziwiał swego japońskiego kuzyna Kakashiego i starał się we wszystkim go naśladować!"
To było świetne! Jeszcze to zdjęcie Hatake, ale jak zobaczyłam ten kadr ze Świątyni Zagłady to przydzwoniłam zębami o kant biurka.

Mimoza

Sick Boy Barker pisze...

"Oczywiście (powiedział sołtys, wieszając oczy na płocie)." - ja wiem, że to stare, ale kiedy wyobraziłam sobie Bezdennie Głupią
Faye w tej czynności po prostu wysiadłam xd

"Nagle na salę wnieśli jakieś dziwne pudło i pan Albus poprosił nas o uwagę.
W pudle była szafa garderobiana z wyposażeniem wewnętrznym oraz wkręty, śrubki, imbusy i inne takie. Na pudle widniał tajemniczy napis “Ikea”." - kocham ten komentarz. Swoją drogą, ciekawe czy czarodzieje potrafiliby złożyć szafkę z Ikei w 20 min xd

Ja to was podziwiam, że przez to przeszliście, naprwadę :)

Captcha: icleadeq. Mrożone małpie móżdżki w wersji Ctulhu?

blinkowa

Vespa pisze...

"Jaszu, wstydź się, piszesz o rybach, a masz na myśli cycki?

Gorzej. Piszę o cyckach, a mam na myśli ryby."

Made my night.

ncom pisze...

czy ktoś może zbanować zieloną kurę?
przez jej wpisy dostaję idiotycznych ataków śmiechu w miejscach publicznych.
niestety wyglądam na idiotę i bez tego, więc obawiam się aresztowania.

Ten Zenon pisze...

Ja na miejscu Voldemorta wytresowałbym te wszystkie córki, zrobiłbym z nich armię, najechał Hogwart i po kłopocie. Przecież ich jest tam tyle co mieszkańców średniej wielkości stanu z USA. i wszystkie mają nadludzkie zdolności (np. zjadania ostrych papryczek, bardzo przydatna na wojnie).

PS Ktoś mądry (nie wiem kto) rzekł mi kiedyś, że mówienie i pisanie "USA" w polskojęzycznych tekstach jest niepoprawne. ktoś się może odnieść? Z rozpatrzeniem kwestii uzusu oczywiście.

Anonimowy pisze...

O Boska Marmolado... Czy Voldek rozmnaża się przez podział plechy że ma tyle córek, z których żadna nie ma matki?! I dlaczego nagle połowa postaci ma bliźniacze rodzeństwo? Starszego lub mlodszego rodzeństwa nawet nie podejrzewam, na upartego można by to przecież uznać za zgodne z kanonem...
Ech, merysuizm zaczął chyba wyciekać z Hogwartu jak magia z Niewidocznego Uniwersytetu. Niestety, pojawienie się kolejnej Marysi Zuzi może doprowadzić do unicestwienia uniwersum.
Ejżja

Anonimowy pisze...

,,-Wow, kobieto, opanuj się. Nie wiedziałem, że jesteś tak szlachetnego pochodzenia. Zupełnie jak nasz Karon."
Czy tylko ja przeczytałam ,,maszkaron"?

kura z biura pisze...

@ Ten Zenon
Nigdy nie spotkałam się z tym, żeby taki zapis był niepoprawny. Słownik poprawnej polszczyzny też nie ma zastrzeżeń. Co więcej, nie spotkałam się z żadnym innym skrótem (w polskich tekstach) oznaczającym to państwo. Zastanawiam się, czy komuś, kto postawił tę tezę, nie chodziło o to, że skoro spolszczyliśmy sobie np. Związek Radziecki i pisaliśmy ZSRR, a nie SSSR albo NRD, a nie DDR, to należałoby również używać skrótu od polskiej nazwy Stanów? W każdym razie nawet jeśli ktoś kiedyś to postulował, nie przyjęło się.

Malinowa_Panna pisze...

Analiza jak zwykle cudowna ^^
" A skąd ty, kiciu słodka, znasz mugolskie potrawy?
Jak się człowiek ukrywa, to nie ma czasu na gotowanie, więc Voldek zamawiał chińszczyznę na telefon."
Kto wie może Voldek gustuje w chińskich potrawach?
Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na kolejną analizę.


P-chan pisze...

Dziękuję za ładnego hejta ... Jakoś ocena z http://ocenialnia-opowiadan.blogspot.com/2013/10/1-hogwart-oczyma-slizgonki.html
bardziej mi się podobała -.-"

Ada Pawłowska pisze...

Ty chyba pojebana/pojebany jesteś... wpisz se "DJ Jan Werner" w google i będziesz wiedzieć kurwa na kim sie wzoruje Karon, dziwko.

kura z biura pisze...

Wow, kultura taka, wow, wysoki poziom wypowiedzi, wow.

Sineira pisze...

@Ada: Smarkacz, który w pomieszczeniu siedzi w kapturze i kominiarce wygląda jak głupek, niezależnie od tego, na kim się wzoruje.

Anonimowy pisze...

Powiało kulturką.

(Kiedy ałtorki wreszcie nauczą się, że analizatornie to nie ocenialnie? ;))

Anonimowy pisze...

Dziunia robi z gęby szambo i myśli, że od rzucania kurwami się zrobi dorosła. Ciekawe czy mamuni i wychowawczyni by się spodobały te popisy, może im podesłać?
Egon

Anonimowy pisze...

Mon Dieu, śmiechłam tak bardzo. Wow.
Przeborska analiza :D
Czekam na więcej! :3

Pozdrawiam

Mokosz

Dzidka pisze...

O, gimbaza się odezwała :) Rzuci kurwą i dziwką i myśli, że kogokolwiek tym przestraszy :)

Anonimowy pisze...

Wypowiedź Ady to naoczny dowód na to, że przed ósmą nie warto do komputera siadać.

Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

Amy Gryffin pisze...

"Gimbaza to nie wiek, a stan umysłu", ale i tak głęboko wstydzę się za Adę i innych moich rówieśników.

Analiza przeborska, jak zwykle :D

Zastanawia mnie, ile ścian Voldek musiałby poświęcić na same córki, gdyby posiadał gobelin z drzewem genealogicznym swojej rodziny (taki, jaki mieli Blackowie).

Babatunde Wolaka pisze...

Śmierciożerka - to brzmi! Np. "U Malfoyów w salonie zebrała się już cała śmierciożerka".

"Pytanie techniczne - po cholerę mu te słuchawki?"
Przytrzymują kaptur, aby nie zsunął się z kominiarki.

"Co to jest: białe - czarne - białe - czarne - białe - czarne - bęc?"
Walka Gołoty z Lennoxem Lewisem?

"Był nieprzeciętnie przystojny, jedną nogę miał zarzuconą na drugą białą [a ta pierwsza noga była czarna?] koszulę delikatnie rozpiętą [czule traktował guziki, moim zdaniem to raczej ta noga była rozpięta], a biało zielony krawat mocno poluzowany."
Moim zdaniem on miał nogę na temblaku z koszuli.

"Jak się człowiek ukrywa, to nie ma czasu na gotowanie, więc Voldek zamawiał chińszczyznę na telefon."
Mógł również zamawiać pizzę i piwo oraz przekąski ze snake baru.