czwartek, 17 marca 2011

115. Bigos fantastyczny, czyli Czarna szczała, jak leciała

Drodzy Czytelnicy! Miłe Czytelniczki!

Nie tylko na blogaskach można znaleźć opka, które warte są uwagi naszej i waszej.
Armada dostała niedawno sygnał z forum Nowej Fantastyki, że dzieje się tam coś, czym powinniśmy się zająć. Sprawdziliśmy. Rzecz przeszła nasze najśmielsze wyobrażenia i ludzkie pojęcie na dodatek. Trudno więc się dziwić, że Wielka Armada Analizatorów Z Otchłani Netu spadła na pleniące się tam po-tFory, siejąc - jak to ładnie ujął Jasza - terror, horror i Herhor. Dzisiaj pierwsza porcja analiz opowiadań znalezionych na NF. Wkrótce część druga. I - bądźcie pewni - czynnej obserwacji tego, co się tam pojawia, nie zaprzestaniemy!

Analizują: Kura, Sineira, Murazor oraz Jasza.
Miłych wrażeń!




Rewenge Widower
W tłumaczeniu: “Wdowiec na nowo pokryty egzotycznym fornirem”.
Bo tytuł opka w obcym języku daje +10 do wypaśności. A błędów przecież nikt nie zauważy
To nie lepiej było dać tytuł: “Duda Pembalas”?.

http://www.fantastyka.pl/4,2523.html
Dodał: fantastyczny12  2010-10-28  16:47

1. Pościg

Słońce wschodziło powoli dając znak sową ,
Trzymało ją za nóżkę i machało energicznie.
Latające dookoła piórka czyniły znaki bardziej widocznymi. Do tego dochodził sygnał dźwiękowy emitowany przez sowę.

borsukom i innym nocnym łowcą
Pisak nie może się zdecydować “-ą”, “-om”, ommmm, jednak “-ą”!
Jak Ty nic nie rozumiesz. Sową dawało znak borsukom, a innym nocnym łowcą dawało znak komuś innemu.
Chyba jeszcze inaczej: Sową dawało znać borsukom, zaś nocnym łowcą dawało znak innym!

że już pora udać się do swych nor tym samym budząc do życia zwierzęta dzienne.
- Sarna, wstawaj! Moja kolej na spanie!
- Puszczyku, ja jeszcze chcę spać!
- Jedno naraz, tak było umówione.

Pierwsze promienie zaczęły wpadać przez okno do sypialni Karla i Elzy delikatnie oświetlając pozostający jeszcze w półmroku pokój. Elza zbudziła się pierwsza, ale nie wstała od razu rokoszowała się widokiem swego niedawno poślubionego męża
Znaczy, buntowała się? Wydali ją nie za tego, którego chciała?
Patrząc na męża podjudzała się do czynu powstańczego. Tłumacząc na nasze - zbierała się, by wstać z wyra.

który teraz spał jak niemowlak.
Z kciukiem w buzi i pełną pieluchą.

Żona Karla wstała z łóżka , miała na sobie biała jedwabna haleczkę jej włosy były czarne, puszyste po prostu przepiękne
Ołje! Haleczka z futerkiem na zimne noce, podoba mi się.
Widać, że pisał to Pisak. AŁtoreczkom w głowie tylko topy. A tu proszę - haleczka!
Dlaczego mi się zwizualizował wielce obrośnięty bóbr?
Bo masz kudłate skojarzenia!

były jej skarbem przynajmniej tak mówili mieszkańcy wioski Elza była niezwykle zgrabna kobietą i urodziwą .Podeszła do okna otworzyła prawe skrzydło
Anielica?
Gęś.
W haleczce?!
No przecież nie w buraczkach.

wpuszczając do sypialni rześkie powietrze poranka.
Karl również pożegnał się z bratem śmierci
- BYWAJ, KARL!
- Mówienie dużymi literami jest chyba u was rodzinne...
Napisanie “obudził się” byłoby nazbyt banalne, nieprawdaż?

i nie otwierając oczu szukał swoja lewa ręką małżonki oczywiście nie znalazł jej gdyż stała przy oknie i patrzała na pozostające we mgle dwa szczyty gór
O szczyty gór! Jak już stylizujemy na „patrzała", to czemu także nie „stojała"?
Odziana w halkę bohaterka spozierała na gór szczyty, a zza okna dobiegał smętny śpiew Jontka.

zwanych Górami Mlecznymi.
Miały kształt łagodnie kopulasty i zwieńczone były niewielkimi, okrągłymi skałkami o lekko różowawym odcieniu.
Białe jęzory lodowca dopełniały obrazu.

Karl nic nie mówiąc przyglądał się swojej wybrance. Scena ta niczym z romansu nie trwała długo to co się zdarzyło zmieniło Karla na zawsze w pewnej chwili Elza odwróciła się do męża dalej nie odchodząc od okna teraz słonce ogrzewało jej plecy a jej uśmiech ogrzewał serce Karla
Prawo zachowania energii działa nawet w opkach.
W odróżnieniu od prawa zachowania znaków przestankowych.
Ślubna się do niego uśmiechnęła i biedaczyna kipnął na zawał.

- dzień dobry kochani-powiedziała Elza puszczając oczko do męża .
Odmrugnęło jej również sześciu kochanków z szafy.
Oraz dwóch spod łóżka.

Karl dalej leżąc na łóżku odpowiedział tym samym.
Jego kochankowie radośnie zamachali łapkami zza pieca.

Słońce coraz mocniej oświetlało sypialnie młodej pary.
Burżuje, mieli kilka sypialni!
No wiesz, dla tylu luda...

Na podwórzu było podejrzanie cicho żadnych hałasów szmerów nic, Elza nie zwróciła na to uwagi dla niej nie było to nic dziwnego a może po prostu się nad tym nie zastanawiała.
- wiesz co Koch...
...chyba znalazłam tu takiego ładnego prątka!

-urwała w półsłowa zawieszając swój wzrok na Karlu który nie wiedząc co się dzieje dalej leżał na łóżku ale tylko chwile do momentu w którym Elza padła na kolana. Karl zerwał się w momencie i podbiegł do zony
Zona zagrozona!



chwytając ją , teraz już wiedział co było przyczyna urwanego półsłowa, dziwnego spojrzenia i w końcu upadku.
Półsłowo - słowo wymawiane półgębkiem.

Była to strzała tkwiąca w plecach Elzy strzała musiała być zatruta bo już po chwili od upadku na kolana Elza była martwa.
E tam, zatruta. Wystarczy, że dobrze wycelowana!
A grocik nie wyszedł między piersiami? Cienki ten łuk, cienki.

Karl Podbiegł do okna zaczą się rozglądać i jego oczu ukazało się troje ludzi w czarnych kapturach siedzących na wielkich rumakach.
Kaptury trzymały się na rumakach za pomocą wdzięcznych troczków.
Co stwierdził za pomocą swojego ocza.

Owi mężczyźni stali na polanie i patrzeli wprost w okno w którym jeszcze minutę wcześniej stała Elza.
To w końcu stali, czy siedzieli na koniach?
I jakiej właściwie byli płci, skoro było ich troje?

Karl w ostatniej chwili zdążył uchylić się przed strzała która wystrzelił człowiek w kapturze.
Przed strzałą się uchylił, ani chybi kuzyn Geralta z Rivii!
Z bocznej, gorszej linii, bo nie odbił w locie.

Trzeba przyznać potrafi strzelać.
Skąd ten genialny wniosek, Holmesie?

Karl padł na podłogę nie zastanawiając się szybko podniósł się z podłogi chwycił swój łuk ,który był zawieszony na ścianie wybiegł z sypialni na korytarz i w biegu założył na siebie płaszcz wzią strzały do łuku i kusze już naładowana która leżała na stoliku obok miecza.
Taaak. Teraz wyobraźmy to sobie plastycznie i spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, ile Karl miał rąk, że zdołał to wszystko zrobić...
Nie narzekaj, standardowy erpegowy żelazny jeż miałby jeszcze wielki dwuręczny miecz i tarczę, a w biegu zdążyłby przywdziać pełną zbroję płytową;)

Wybiegł na zewnątrz jeźdźcy byli w tym samym miejscu co przedtem niczym posągi marmurowe.
Zwyczajem wszystkich Złych z opek i filmów klasy D, stali grzecznie i czekali, aż bohater podejmie jakieś działanie. Standard.
Chcieli po prostu zobaczyć, jak Karl żongluje kuszą, łukiem i strzałami (niesionymi luzem, jak mniemam).

Karl biegiem przedostał się do stajni omijając przy tym martwego psa (przyczyna śmierci strzała w głowie.)
...powiedział z mądrą miną porucznik Horatius Cainus, obejrzawszy zwłoki.

i przeskakując koryto na wodę dla kur i gęsi.
Przyczyna braku kur i gęsi - strzały w kuprach.

Dobiegł do wrót stajni i w tym samym momencie nad jego głowa przeleciała kolejna strzała wbijając się w(e) wrota. Teraz zakapturzeni widać się zdenerwowali bo zaczęli strzelać mniej celnie.
Musieli się bardzo zdenerwować, skoro coś było w stanie wyrwać ich z tego marmurowego bezruchu.
Aczkolwiek nadal trwali w częściowym stuporze, ponieważ przez cały ten czas, gdy Karl miotał się po gumnie, wystrzelili tylko jeden pocisk na trzech.

Karl wbiegł do stajni, szybko dosiadł konie wcześniej go nie osiodłał i ruszył w stronne czarnych.
I ile on miał nóg? No, ja wiem, istnieje tzw. „poczta węgierska", ale nie nazwałbym tej pozycji „dosiadaniem".
A ja się zastanawiam, w co byłże on przyodzian. Wyskoczył prosto z łóżka, po drodze zdążył tylko zgarnąć płaszcz... Siadł gołym zadkiem na nieosiodłany koński grzbiet, czy może miał na sobie przynajmniej standardowe opkowe bokserki?
Może mi ktoś wyjaśnić, po cholerę leciał do stajni i wsiadał na konia, skoro miał łuk i kuszę, którymi wygodniej posługiwać się:
a) stojąc twardo na ziemi
b) strzelając zza osłony?

Stajnia a polana na której ów się znajdywali  [Ów się znajdywali! Napawam się, bo to cudne]
[Sięga po topór bojowy i zaczyna toczyć pianę z ust.] nie była odgrodzona od siebie niczym zadymi drzewami tylko małym płotkiem .
Kontem plujmy urodę tego zdania, nim się zacznie zadyma między drzewami.
Może drzewa odgradzały ją od zadu strony?
Wszystko było do dupy, ot co.

Młody wdowiec pędził wprost na nich , wycelował w nich kusza którą zabrał ze stolika wybiegając z domu, pociągnął za spust strzała wyleciała z ogromna prędkością tnąc powietrze. Trafił, siła strzały była tak potężna że człowiek w kapturze został zerwany z konia i odleciał od niego na dobre cztery metry.
Co to było, kusza wałowa???
Hmm, efekt, jakby oberwał przynajmniej z balisty.
I znów wracamy do motywów znanych z filmów sensacyjnych klasy D - Ci Źli nigdy nie trafią bohatera, on natomiast strzelając w biegu, z końskiego grzbietu, czy z pędzącego pojazdu, w ciemnościach lub pod słońce - kładzie ich jak kaczki. Ze spektakularnymi efektami wizualnymi.

Karl był już coraz bliżej w kuszy pozostał jeszcze jeden bełt.
Kuszałasznikow samopowtarzalny! To wiele tłumaczy!
Nie ma to jak dobry risercz. Kusze samopowtarzalne istniały, owszem, ale szybkostrzelność była okupiona słabszą siłą przebicia. Już pomijam, gdzie i kiedy były używane, w końcu to opkowy never-neverland...
Ale naciągać to je i tak trzeba było... To ustrojstwo tutaj to raczej broń z jakiejś komputerowej rozwalanki.
Raczej z filmu.

Dwóch czarnych (Kał-lice? Tutaj?) widząc pędzącego Karla czym prędzej poczęli (Jak dwóch to poczęło, geniuszu!) naciągać cięciwy i celować .
I tak celowali, celowali, celowali...
I poczynali, poczynali, poczynali...

Puścił cięciwę strzała wyrwała się niczym hart [ducha?] za szarakiem, strzała leciała prosto w Karla on poczuł się dziwnie bardzo dziwnie wydawało mu się jakby czas zwolnił i teraz dokładnie widział strzałę która leci wolno bardzo wolno niczym listek spadający z drzewa w bezwietrzny dzień, to było jak sen.
Za dużo złych filmów. Za dużo. Gwarantuję Ci, aŁtorze, że przyczyną dziwnego samopoczucia Karla byłaby raczej strzała tkwiąca między oczami, bo to cholerstwo leci naprawdę szybko.
Wiesz, może to właśnie to słynne “całe życie przelatujące mu przed oczami”?

Sam Karl nie zwolnił przynajmniej tak mu się wydawało jego Kon dalej szybko biegł, strzała doleciała do Karla ten wygiął się w tył kładąc się plecami na koniu.
Neo, nie byłeś tak odkrywczy, jak Ci się zdawało!

Czarni oniemieli strzała która pędziła jak szalona nie trafiła w cel,
“...pędzi kula jak szalona, oberwała mu ramiona...” (Haszek)

Karl zrobił cos niesamowitego w ostatniej chwili odgiął się do tyłu uchylając się od śmiertelnego strzału.
Tak, czytaliśmy o tym zdanie wcześniej. Naprawdę, nie musisz powtarzać.
Powtarzanie bzdury nie uczyni jej bardziej wiarygodną.
Mongołowie coś takiego uskuteczniali. Acz nie w ostatniej chwili.
Acz przy nieco większej odległości.

Wściekły wdowiec przeskoczył ów płotek który oddzielał plac od polanki, widząc to czarni zdali sobie prawe, że już nie zdąża oddać kolejnych strzałów.
Jak na asasynów to są z nich wyjątkowe dupy wołowe. Ale zaraz... Już wiem! Po prostu już wykonali ruch w tej turze. Ha, Pisaku, zmień Mistrza Gry, bo Twój jest kiepski.

Zwrócili swoje konie i zaczęli uciekać, Karl wycelował po raz kolejny w teraz już uciekających czarnych, zwolnił spust bełt wystrzelił, ale nie trafił w cel jedynie go musną trudno strzelać z konia który pędzi niczym wiatr.
Ja i tak wolę z pistoletu. Albo choćby z kuszy.
Jakie pociski wylatują z konia? Końskie jabłuszka?

Mimo iż jeźdźcy mieli kilku metrową przewagę w chwili rozpoczęcia pościgu Karl i jego Kon szybko ja zniwelowali. Kon karla to czystej krwi wierzchowiec, pochodził z królewskich stajni ale nie czas teraz na opowiadania o koniach.
Na resztę tego opowiadania też w sumie szkoda czasu.
Kiedy rum zaszumi w głowie, cały świat nabiera treści,
Chętnie wtedy słucha człowiek końskich opowieści!
Raz - mogłaby to być literówka. Dwa razy - już nie. Kon, pisany wielką literą, wygląda TAK i jest jednym z bohaterów serii Bleach. I wątpię, by ktoś chciał na nim jeździć.

W końcu zrównał się z jeźdźcem który był bliżej niego, spojrzał nań z nienawiścią w oczach, choć czarny widział tylko przez chwile jego oczy widok ten nie był najmilszym. Karl dalej trzymał w reku kusze z której wcześniej ustrzelił towarzysza jeźdźca z którym jechał teraz ramie w ramie.
Ramię w ramię jechał z duchem,
Ustrzelonym jednym ruchem.
Jechał z duchem towarzysza,
O czymś takim nikt nie słyszał!
Lecz historia ta nie kłamie:
Ramię w ramię jechał w ramie!

Kusza nie była już naładowana, mimo to Karl zrzucił
“Obaj przełknęli, żaden nie zrzucił, więc są braćmi!” (Sienkiewicz)

i przy okazji wybił kilka zębów nią czarnemu, chwytając się lewą ręką grzywy konia prawą zrobił zamach i z całej siły rzucił nią w twarz rywala,
Najpierw zrzucił, potem rzucił... Trudno ogarnąć.
Wyszło mi, że rzucił grzywą konia... Ale mogę się mylić;)

ten spadł z konia uderzając głowa o kamień miejsce to w kilka sekund było przesiąknięte krwią, [Pisak grywał w Blooda?...] ale Karl nie mógł tego widzieć i sczesze [grzywę na bok] go to nie interesowało kontynuował pościg za ostatnim z czarnych.
Nieśmiało spytam, po kiego grzyba, skoro podobno miał łuk? Pisak już zapomniał, w co uzbroił bohatera?
Pisakowi wydaje się chyba, że łuk służy do walki wręcz - szermierka łuczyskiem, duszenie cięciwą, takie tam.
Miałam kiedyś w łapkach łuk zrobiony ze stali. 
[Z rozrzewnieniem wspomina gigantycznego siniaka na przedramieniu.] Na upartego można było wbić to komuś w bebechy.

-Cholera co jest to miało być proste zadanie- Krzykną sam do siebie ostatni czarny.
Po czym odgryzł sobie język, bo jakoś, cholera, strasznie go trzęsło na tym końskim grzbiecie.

Pochylając się do przodu popędzał konia zbliżał się do lasu, spojrzał za siebie nie widział już swojego towarzysza tylko wściekłego mężczyznę który go doganiał. Wjechał do lasu miał nadzieję że teraz uda mu się uciec przed ofiara która stała się myśliwym, był w błędzie.
O, przecinek!

Karl nie odpuszczał popędzał swojego konia był już nie daleko swojej ofiary.
- Nie uciekniesz mi morderco- krzykną co sił w pucach.
No, taki tekst to dopiero lans i puca!
Kuszę co prawda wyrzuciłem, ale nadal mogę gryźć!

Nawet się nie spodziewał jaki przyniesie to efekt. Czarny usłyszał głos pełen żalu i nienawiści, odwrócił się jeszcze raz za siebie Karl był już bardzo blisko jakieś 3 konie od niego, był jeszcze bardziej wściekły niż czarny
A krokodyl jest bardziej zielony niż długi! (Bo długi tylko od nosa do ogona, a zielony jeszcze po bokach.)
Rany borskie, jadą i jadą, to była polana czy bezkresne stepy Azji???

widział go przed wjazdem do lasu.
Gdy wtem!


Wracając do wyjściowej pozycji ujrzał gałąź na wysokości swojej głowy potem była tylko ciemność...

Ciąg dalszy nastąpi…
Nie. Potem będzie już tylko ciemność.



Łowca
Łowca, czyli Otchłanie postsowieckiej prerii

http://www.fantastyka.pl/4,2510.html
Dodał: galar  2010-10-05  13:11

Miał metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, długie, tłuste włosy i nieświeży oddech. Chodził ubrany w postrzępiony brązowy płaszcz i dziurawe dżinsy. Na szyi miał czerwoną chustę. Nikt tak naprawdę nie wiedział kim on był ani co tutaj robił.
Nawet Pisak dokładnie tego nie wiedział, ale zawsze  lepiej stwarzać pozory, że tak właśnie miało być.
Niestety, zapomniał podać numer buta. I jak my się mamy domyślić, kim jest nasz boChater?

Mężczyzna usiadł na kamieniu i zaczął zawiązywać buta
Niewiadomego rozmiaru, przypomnijmy.
Robiąc przy tym prymitywnego błędA.

Dookoła czuć było stęchły zapach rozkładających się na słońcu ciał.
Znaczy - leżały już chwilę, że je czuć było.
A to nie jego onuce tak pięknie pachniały?
Dlatego wystawiono trupy na powietrze, żeby się wywietrzyły i przestały zalatywać stęchlizną.

Nie były to jednak zwłoki zbłąkanych wędrowców,
co byłoby normalne w tych okolicznościach,

ale dobrze ubranych i uzbrojonych zbirów, którzy ostatni kontakt z mydłem mieli chyba w wieku 5 lat.
Nieumyci a dobrze ubrani? Ale numer.
Sorry, ale jeśli oni już się zaczęli rozkładać, to doprawdy żadnej różnicy, czy za życia się myli, czy nie.
No jakże tak? Nieumyci w zaświaty?!
Gruba warstwa brudu utrudniała dostęp powietrza i wilgoci, co spowalniało proces rozkładu.

Nastało południe, chociaż w tamtym momencie czas ciężko określić .
Z dala widać czubki usychających drzew, które uginają się pod ciężarem dziwnie wyglądających ptaków.
Nieokreślony czas zmienił się z przeszłego na teraźniejszy.
Natomiast ptaki były tak dziwne, że nawet z bardzo daleka widać było, że to mutanty.

-Niech to szlag! - mężczyzna nie szczędził słów, trzymając w ręku strzęp , zerwanej przed chwilą, sznurówki.
- Motyla noga! - nie szczędził słów analizator, czytając ten tekst.
A sznurówka była bawełniana, czy nylonowa?;>
Zobacz niżej...

- Kolejna poszła w drzazgi... gdzie ja teraz znajdę kolejną na tym zasranym pustkowiu. Nawet te śmierdzące trupy ich nie mają.
No fakt, drewniane sznurówki to jednak dość rzadka rzecz.
Proponuję, wzorem pewnego bacy, poszukać dżdżownic.
Albo odwiecznym obyczajem obedrzeć trupy z butów.

Spoglądał dookoła w poszukiwaniu jakiegoś kawałka sznurka. Niestety, pech chciał, ze jedyne co znalazł to spinacz.
Wow. Spinacz biurowy na jakimś pustynnym zadupiu. Ciekawe, co jeszcze znajdzie.
Pudełko zszywek, taśmę klejącą i pieczęć okrągłą z orłem.
Przydadzą mu się w następnej lokacji.
Chyba, że znajdzie złote kalesony. Wtedy przydadzą mu się dopiero w trzeciej części.

Po krótkiej naprawie obuwia zaklną,
Czas zmienił się na przyszły!
Jacy oni? Lotna Brygada Szewców?
Lotna Brygada Szewców Klnących jak Szewcy.
Jak on naprawiał spinaczem urwaną sznurówkę?
LMB/use + drag.

wstał i wziął opartą o kamień strzelbę. Przewiesił ją przez ramię i podszedł do leżącego najbliżej ciała , z którego wyją długi stalowy nóż.
Wyjące noże... Horror!
Dlatego wziął ze sobą strzelbę. Żeby ostatecznie uciszyć wyjący nóż.

Wytarł go o kurtkę i schował do pochwy. Obszukał jeszcze dokładnie resztę
Resztę czego?

po czym podszedł do największego osobnika na ziemi ,
Największym pojedynczym osobnikiem na ziemi jest ponoć krzak borówki zarastający sobą parę hektarów gdzieś w Kanadzie.
A nie przypadkiem kanadyjska opieńka, której zajmuje powierzchnię 965 ha? Swoją drogą, Kanada to dziwny kraj...
Owszem. Kraj, który wydał Justina Biebera...

ubranego w długi czarny płaszcz, ciemne okulary i długie robocze spodnie.
Ekscentryk. Płaszcz, spodnie, okulary i goła klata.
O mój boru, Till! On zabił Tilla!

Podziurawiony od stóp do głowy, z wielką ciętą raną poprowadzoną od brzucha do lewej piersi. To od niego właśnie śmierdziało najbardziej.
Gradacja smrodu na polanie zasłanej zwłokami? Łowcy gratulujemy powonienia.
Ktoś rozpruł mu bebechy w poszukiwaniu łyku świeżego powietrza.

Mężczyzna z trudnością przewrócił go na bok, po czym chwycił trzema palcami tylną część szyi. Szybkim ruchem wyrwał kawałek skóry z dziwnym tatuażem i schował go do kieszeni.
Aha. A nóż schował, żeby mu przypadkiem za łatwo nie było.
Miał długie, ostre paznokcie, tak jak TEN pan.

Wstał, splunął przez ramię i ruszył przed siebie.
Droga zaczynała się między wyschniętymi drzewami. Po bokach rosły jakieś kępki roślin, które próbowały wyglądać jak trawa, aczkolwiek rzadziej porozszadzane , a kolorem bliżej im było do fusów z herbaty, kiedyś bardzo znanego trunku, niż do zielonych łąk.
“Ja nie jestem pojąć w stanie. Waszmość prawisz zbyt zawiło.” (Fredro)
Bo takie są skutki pisania pod wpływem herbaty z prądem. A “porozszadzane” rośliny mają zapewne listki poprzeplatane szadzią.  

Szybkim krokiem przebył paręset metrów, stanął i spojrzał w niebo.
- To słońce doprowadza mnie do furii - parsknął - muszę się czegoś napić , bo inaczej zdechnę.
Zdechnę ja i pchły moje!
Pędzi furiat przez pustkowie
Słońce miesza mu wciąż w głowie...

Ruszył dalej. W okolicy czuć było żar , a na horyzoncie nic nie wskazywało na jakaś pobliską miejscowość. Mimo to, nie szczędził sił. Droga skręcała to na lewo , to na prawo, wijąc się miedzy resztkami drzew.
Pustkowie po horyzont, a droga wiła się meandrami omijając pieńki i kikuty drzew.  
Jak droga z Taplar ku światu, po osuszeniu bagien.

Od czasu do czasu, wędrowiec zatrzymywał się by złapać oddech i przetrzeć czoło z lejącego się potu. Skwar wydawał się coraz bardziej mu doskwierać.
Żar coraz bardziej go żarzył, a zaduch coraz bardziej go zaduszał.
W związku z czym zaczynał się również spłaszczać pod płaszczem.

Po godzinie wędrówki od wschodniej strony drogi zaczęły pojawiać się skały. Odetchnął z ulgą bo to dawał mu szanse na znalezienie odrobiny cienia. Przeszedł jeszcze kilka kroków i zaczął przypatrywać się skalnej półce. Chwilę później znalazł to czego szukał. Usiadł w małej szczelinie, która skrzętnie ochraniała go od jakichkolwiek promieni słonecznych .
Musiała to być naprawdę mała szczelina, skoro trzeba się było przyglądać półce, by ją znaleźć. Pytanie tylko, jak w takim razie nasz Łowca zdołał się w nią wcisnąć.
Zmiennokształtny?
Albo chuderlawy.
W sumie mówiłam przecież, że się spłaszczał.

Zdjął plecak, rozpiął go i ze środka wyjął mała puszkę oraz kawałek płaskiego drewienka.
Drewnianą szpatułkę, taką jakie dodają do lodów?

Jedzenie nie wyglądało zbyt dobrze. Jęknął krótko i kilkoma ruchami wyjadł wszystko.
Gość jest wysuszony przez skwar, a je bez popicia. Twardziel.
Nosi w plecaku konserwy, a o manierce z wodą nie pomyślał. Debil.
Ojtam, ojtam... może to była puszka skondensowanego, słodzonego mleka?
Widziałem kiedyś psa, który próbował zjeść krówkę-mordoklejkę. Tu efekt byłby podobny.

Oparł się o skałę i przymknął oczy. Radość ta nie trwała zbyt długo, zmącona cichymi krokami zza skraju szczeliny. Mężczyzna chwycił za broń, wstał i powoli ruszył do przodu. Zza rogu najpierw pojawiła się lufa , a potem bystry wzrok wędrowca.
Wzrok się pojawił, powiadacie?
Na szypułkach był, wychylił się zza winkla.

Naglę usłyszał wielki wrzask.
Wzrok usłyszał? A ucho zobaczyło?

Strzelec szybko schował się za skałę i przysiadł na ziemi. Złapał kilka oddechów [uspokoił łomot serca] i ponownie podniósł przed siebie strzelbę. Po chwili przed jego oczami przeleciał wielki czarny kruk, który łopotaniem skrzydeł wzniecił w powietrze resztki liści.
Oraz wzniecił pożar na ziemi.

- Starzejesz się. Oj, starzejesz.-Z uśmiechem stwierdził i wstał z ziemi.
Ergo: wielki, twardy zabijaka, który przed chwilą zadźgał paru zbirów, a jednemu z nich gołymi paluchami oderwał kawałek skóry, boi się byle ptaszyska, tak?
Biorąc pod uwagę, że słyszał jego kroki...
Pterodaktyle-mutanty siedziały na drzewie, to nie ma się co dziwić, że tupanie trochę go skotłowało...
Matko borska, kunszt pisarski aŁtora zmylił mnie do tego stopnia, że przysięgłabym, że tam się pojawił jakiś inny facet!

Powrócił po plecak , spakował go i ruszył w dalsza drogę, sprawdzają , na wszelki wypadek, czy na pewno nikt oprócz niego nie znajduje się w okolicy.
Węchem.
W promieniu 23 kilometrów.

Po godzinie dotarł do starego i zardzewiałego znaku, na którym farbą był zrobiony napis : „WYSYPISKO". Zza niego było widać mała osadę.
Była tak mała, że bez trudu chowała się za wspomnianym znakiem.
Ładna nazwa dla miasteczka. Taka zachęcająca.

Kilka domów, skwer i studnia. Mężczyzna przyspieszył kroku. Kilka metrów przed wejściem na teren miasteczka kilku tubylców spojrzało na przybysza, a przy jego nogach zaczęły kręcić się dzieci.
Też macie wizję małych, robakopodobnych mutantów?
Ja raczej stworków psiopodobnych. Albo Ewoków.

- Max ! Amanda ! Do domu ! Krzyknął głos z okna, a mali nieznajomi zniknęli tak szybko jak się pojawili. Pomimo nieprzyjemnego wzroku na karku, wędrowiec przeszedł powoli przez skwer i stanął przed domem z wielką czerwoną gwiazdą na przodzie.
No tak - wzrok pojawił się i usiadł mu na karku! Ale teraz za diabła nie wiem, czy gwiazdę miał dom, czy ten, co stanął. I gdzie ją miał? Na przedzie, na wrzodzie, na trzodzie?
Trudno powiedzieć, ale przypuszczam, że to ta sama gwiazda, która kiedyś zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach z pomnika na poznańskiej Cytadeli.

Przy drzwiach była tabliczka : „ Milicja miasta Wysypisko" .
Czerwona gwiazda, milicja... Pisak sugeruje, że akcja dzieje się w Związku Radzieckim?
Ja myślałem że to śmieci,
Że to bydło drogą leci,
A to Sowieci, Sowieci, Sowieeeci!

Zapukał , po czym szybkim szarpnięciem otworzył drzwi.
Konsekwencją to on nie grzeszy.
Pukał tylko dla formalności, żeby nie było, że włazi jak świnia do chlewa.

W środku widać było tylko mały pokój z dwoma biurkami, i wejściem do pomieszczenia z celami.
Jasnowidz, czy co?

Na prawo były schody prowadzące na pierwsze piętro. Na ścianach wisiały dwa monitory, oraz kilka plakatów informacyjnych, nic szczególnego.
Biurko - mebel, który przetrwa zagładę i będzie towarzyszył ludzkości po kres dziejów.
I płaskie monitory, wiszące na ścianach. To siedziba CSI w Wysypisku...

Przy biurkach siedzieli dwaj grubi milicjanci, którzy chyba od wieków nie ruszali się z miejsca.
Mieli nawet specjalnie przystosowane stanowiska pracy.

Mieli tłuste, przepocone, czerwone koszule , na głowach czarne czapki dżokejki a pod nosem czarne wąsy.
Wąsy również należały do ich umundurowania.
Tak. Wąsy służbowe nosi się w godzinach od 22 do 6 rano, a co miesiąc należy rozliczać się z nich przed Radą Zakładową.
No to mi się zwizualizowali...

- Witamy. W czym możemy pomóc ? - spytał ten , który wydawał się starszy.
Do scenerii pasowałoby bardziej “Cegój? - burknął ponuro starszy”, no ale co ja tam wiem o zwyczajach miasta Wysypisko.
Ten, który wydawał się młodszy, milcząc żuł pszczołę.

Wędrowiec podszedł do jego biurka, spojrzał na ekran komputera, który znajdował się przed grubasem i sięgnął do kieszeni . Wyjął skrawek skóry, który wcześniej wyszarpał z trupa i położył przed milicjantem. Ten wyprostował się na krześle, przybliżył się do niego i skrupulatnie mu przyjrzał. Po chwili zerknął na rysopis poszukiwanego , który wyświetlał się na monitorze i z ulgą odpowiedział.
- Pięknie ! Ktoś wreszcie zajął się tym sukinsynem. Roman, chodź zobaczyć. Drugi policjant wstał i podszedł .
Jak już przestanę kwiczeć na widok tego “Romana”, powiem tylko cichutko, że milicjant to nie to samo co policjant, a poza tym przedstawiciel władzy ma chyba ciekawsze zajęcia, niż wpatrywanie się przez cały dzień w jeden rysopis.
Eno, na takim zapomnianym przez Boga i partię radzieckim zadupiu, to może i nie ma?
I energię elektryczną tak marnuje? Nuuu, bumelant i sabotażysta!

- To ten same tatuaż , co nie ? Ta - burknął młodszy kolega. - Dziękujemy obywatelu.
- Forsa - zniecierpliwiony już wędrowca uderzył pięścią w biurko - chce forsy a nie podziękowań.
- Tak tak oczywiście ! Tysiąc sto monet.
Taaaa, już przy tym spinaczu znalezionym na pustkowiu, podejrzewałam wpływ gier - teraz mam pewność.
Ja tylko nieśmiało zauważę, że jeden współczesny grosz waży 1,64 grama. Nie ma to jak latać po pustkowiu z circa dwoma kilogramami złomu.
Sine, coś Ty przy poprzednim opku pisała o standardowym RPGowym żelaznym jeżu...?
A może musiałby nieść 55 dekagramów albo tachać ponad tonę?

Do odebrania za 15 minut. Możesz poczekać w barze. Zaraz tam pójdziemy.
Mężczyzna wyprostował się, poprawił broń na ramieniu i stwierdził
- Wezmę tysiąc monet i pięć litrów czystej wody. Macie studnie, stać was na to.
Banał, nie ma to jak postapokaliptyczny banał. Wody brak, ale Pisak nawet się nie zająknął o jakimkolwiek systemie odzyskiwania, znaczy Łowca te pięć litrów wypije i wysika, tak po prostu. Biznes jak nie wiem co.
Buhihihihi, podczas gorączki złota w Klondike najlepszy biznes robili nie poszukiwacze, ale właśnie sprzedawcy łopat, sit, odzieży roboczej...
Ciekawe, w co weźmie tę wodę, w garść? Czy też będzie musiał kupić kanisterek na miejscu?
Co najwyżej kaRnistrer po... bĘzynie.

Milicjanci skrzywili się na tę wieść, ale zgodzili się na układ. Czysta woda, była na wagę złota,
Czyli litr wody = kilogram złota. Kilo złota = 20 monet.
Ile ważyć będzie 1000 monet nagrody?
Ale kilo wody jest cięższe niż kilo złota! ;-)
Nie strasz Łowcy! On się tego nie spodziewa...
Na taczce będzie wiózł. Wolny jak taczanka na stepie.
Ty drugoj takoj strany nie znajesz
gdie tak wolno dyszit’ czełowiek!

ale przecież z drugiej strony, przestanie ich nękać ten drań Czarna Szczęka.
Już ich nie nęka drań Czarna Szczęka,
Co tak ich nękał, że och i ach!
Więc tę piosenkę nuci Milenka,
Milicjant Roman i wujek Stach.

- Obywatelu, a jak mamy Ciebie wpisać w protokole wydania nagrody ?
“Dlaczego rano, Obywatelu, wstajecie z łożnicy w kwaśnym humorze?” (Gałczyński)

Przybysz odwrócił się i spokojnie odpowiedział :
- Możecie mnie nazywać Łowcą...
Kura aż się otrząsnęła od Tró Mhrocku bijącego od tego zdania i wyruszyła w stronę zachodzącego słońca...
…a Sine, mrucząc coś o łowcach i baranach, w podskokach podążyła za nią.
Murazorowi pozostało jedynie dołączyć do Duchów Pustyni.
Jasza pozostał w stuporze.




Czarny Wilk cz.1
...czyli o dwóch takich, co wyruszyli nie wiadomo, gdzie i po co, i spotkali na swej drodze cholera wie co.

http://www.fantastyka.pl/4,2574.html
Dodał: Smok_Feniks  2010-11-03  18:31

-... To nie ma najmniejszego sensu.
Święte słowa!

Puszcza skąpana w mroku, ścieżki dosłownie wymyte z widoczności.
Pisak lubi łazienkowe porównania. Nawet jeśli niezbyt pasują.
Mógłby jeszcze dodać coś na temat mozaiki liści, szczotek  porostów oraz kęp gąbczastych mchów zalanych strumieniami światła.
Prysznic deszczu lał się z góry, więc szli ostrożnie, jak po mokrej glazurze.

Można przypuszczać, że za każdym drzewem czeka jakaś niemiła niespodzianka, w postaci jakiegoś stwora.
Za każdym drzewem? To chuderlawe te stwory są.
Cienkie jak wąż od prysznica.
Lecz niebezpieczne jak szczoteczka do zębów.

Wędrowcy ani myśleli potwierdzać tą teorię.
Za to gorąco jej zaprzeczali. A tak poza tym, to TĘ, nie TĄ.

Wszędzie było cicho. Niebezpiecznie podejrzanie cicho. Gdyby nie tupot twardych buciorów, zapewne dzwoniłoby w uszach.
A tak, tylko łupało.
W krzyżu.

- To nie ma sensu - Powtórzył Idoco - Lepiej rozpalmy tutaj ognisko i przeczekajmy tę noc.
Jest nadzieja, że wówczas coś wylezie z gęstwiny i nas zeżre.
Nie dość, że kolacyjka sama przyszła, to jeszcze będzie na ciepło.

- Im szybciej wyjdziemy z tego przeklętego, porośniętego pustkowia bez oznak cywilizacji, tym lepiej. Z drugiej strony, mnie też zmęczyło to ciągłe chodzenie w kółko. Stwierdził Tomode.
Lepiej pójść do bezdrzewnego gaju z oznakami.
Jeśli będą to oznaki upojenia alkoholowego, to zaczniemy chodzić zygzakiem. Zawsze jakaś odmiana.

- Skąd wiesz, że krążymy?
- Nie wiem. Ale mam niemiłe uczucie, że przechodziliśmy tędy co najmniej 5 razy.
Przecież wszystkie drzewa są takie same.

- Musimy się w tej chwili zatrzymać.
- Czemu?
- Chcę siusiu!
- Nie mogłeś zrobić przed wyjściem z domu?!

Masz krzemienie, prawda?
- Jasne, że mam. Ty możesz iść poszukać jakiegoś suchego drewna. To będzie trochę trudne, przeklęte deszcze... Gdy rozpalimy ognisko to poszukamy "czegoś" na czym moglibyśmy się położyć.
Ziemi?
Drzewa karimatowego.

Idoco szybko zdjął z siebie ciężki tornister.
I z ulgą rzucił na ziemię worek z kapciami.

Potem, prawie na oślep szedł w głębie puszczy. Wysoko unosił stopy, by się o nic nie potknąć.
Metoda “na bociana”.
Gałęzie drzew ofiarnie usuwały mu się z drogi, krzaki nie próbowały wydrapać oczu, pająki pospiesznie usuwały porozciągane tu i ówdzie sieci.

Domyślił się, że stąpa po jakiś gałązkach, bo z każdym krokiem coś z trzaskiem pękało.
A to dla niepoznaki były wyschnięte szkielety ofiar Demona Puszczy.

Wydawało mu się, że jest coraz ciemniej.
Od jakiegoś czasu nie widzi co pod nogami, a mimo to „coraz ciemniej"?
Ojej, bo to nie zwykła ciemność, ale nadciągał Mhrok!
Ale zobacz, domyślił się, że po gałązkach stąpa, szacun. BTW, poszedł po chrust, więc po co lezie jeszcze dalej, zamiast pozbierać to, co samo mu pod nogi włazi?

Zaczął iść powoli.
Przedtem szedł szybko. Po omacku w lesie wysoko podnosząc nogi. Kolejny twardziel.
Wplątał się w jeżyny, to i zwolnił.

Z jękiem zaczął otrzepywać spodnie z różnych roślinek, które się przyczepiły.
Tak? Roślinek? Skąd wie, co to, jak nic nie widzi?
I co mu te rzepy przeszkadzają, zjedzą go, czy co?
Kłują go w honor.

Po chwili marszu z ulgą stwierdził, że zbliża się do polany, gdzie jest mniej drzew, a światło księżyca pozwalało wreszcie więcej dojrzeć.
Myślałby kto, że zwykle na polanach jest więcej drzew niż dookoła...
I że będzie tam ciemniej, niż w czarnej, czarnej puszczy.

Uznał, że tam, gdzie się znajduje może być wiele suchego drewna.
Ułożonego w stosik albo nawet powiązanego w zgrabne wiązki.
Na polanie po deszczu. Naiwniak.
Na polanie, gdzie nie ma drzew.
Bo chrust chrzęszcząc wychodzi z lasu i układa się w stosy na polanach.

Zaczął więc na spokojnie przeszukiwać teren, zapominając w jednej chwili o  zagrożeniach.
Jedno z tych zagrożeń właśnie wpatrzyło się w niego...
Brak podzielnej uwagi bywa zabójczy.
Nie ogarniam. Co on chce znaleźć, skoro “przeszukuje” teren? Zgubioną dwugroszówkę?

Tomode wyciągnął koce i położył je na suchym gruncie. Krzemienie położył obok. Ciemność puszczy bardzo go niepokoiła.
To było takie niepokojące! Z reguły puszcze nocą są rozświetlone.
Po kij od mietły te dwie dupy wołowe pchały się nocą w las? A nawet, zakładając, że wędrowali od paru godzin - nie mogli założyć obozowiska ZANIM się ściemniło?
Suchy grunt w środku lasu? Co to ma być, sosny na piaszczystych wydmach?

Nienawidził być sam.
Taaaak, samemu, nocą, w lesie, gdzie wciąż coś szeleści, łypie zza krzaka... brrr!
Ale zaraz, zdaje się, mówimy o dwóch uzbrojonych wojownikach?
Tak, tak... o uzbrojonych wojownikach-maminsynkach.

Z niecierpliwością wyczekiwał na Idoco, klnąc w myślach. Gdyby nie jego przyjaciel, nigdy by nie dał się namówić na tę wyprawę. Opatulił się jednym z koców.
Bo zbieranie chrustu było poniżej jego godności. Zgarnięcie suchych liści, trawy, CZEGOKOLWIEK, co można podłożyć pod koc, aby zminimalizować ryzyko obudzenia się z przemokniętym tyłkiem, również go przerastało.
Hihi, nie tyle przerastało, co po prostu nie miał pojęcia. Założę się, że jego jedyny kontakt z plenerem do tej pory, to było siedzenie na kocyku nad brzegiem jeziora w upalny, letni dzień.

- Cholera jasna... kiedy on wróci? Niepokój Tomode był słuszny.
Miał się o co obawiać. Jak mógł wysłać samego Idoco w ciemny las po drew, wiedząc, że na każdym kroku mogą czaić się bestie? Tyle szczęścia, że zabrał ze sobą broń. Zamknął oczy...
Tomode powala ogromem swej troski.

... Idoco leżał ranny na ziemi. Mimo bólu, wciąż trzymał miecz w dłoni. Z zaciśniętymi zębami starał się zignorować cierpienie i wstać. Ciężko oddychał. Kilka metrów od niego stał dziwny stwór. Miał okrwawione kły i pazury. Nie szczędził siły, by pozbawić swego przeciwnika życia; potwór przypominał wilka. Jednak nie był wilkiem, ani - według przypuszczeń Idoco - wilkołakiem. Zwierzę zawarczało groźnie i ukazało kły w odpowiedzi na ruch wędrowca. Idoco resztkami sił uniósł miecz i czekał na najmniejszy krok bestii.
Bo sam miał niższą inicjatywę i w tej rundzie rzucał kostką jako drugi.
Ewentualnie: miał wyższą, ale wcisnął “wait”.

Gdy ta nadbiegła w dzikim szale, ten machnął mieczem najsilniej jak tylko pozwalała mu na to wola życia.
Skąd nadbiegła, skoro chwilę temu stała “kilka metrów od niego”? Oddaliła się, żeby mieć lepszy rozpęd?

Gdy ten myślał, że zaraz zginie, usłyszał dźwięk charakterystyczny przy ciężkim upadku.
JEBS!
I tak przerwało mu rzadką chwilę myślenia.

Ujrzał ciało wilko-podobnego stwora, które bezwładnie leżało na mokrej, wygniecionej trawie.
Znaczy, wcześniej zamknął oczy i machał mieczem na oślep?
Ciemno było.

Ta chwila trwała jedynie kilka sekund. Upuścił miecz; czerwona od krwi klinga bezgłośnie uderzyła o podłoże.
Rękojeść zaś lewitowała nad głową boChatera, śmiejąc się szyderczo.

Idoco z jękiem osunął się na ziemię, obok swojego niedoszłego zabójcy. Przez chwilę nadal wpatrywał się w ciało tej groźnej istoty. Podłużna, krwawa rana przebiegała po jej gardle, wynik ostatniego, najsilniejszego ciosu.
Że krwawa - to rozumiem. Ale podłużna? Trudno ciąć wilkopodobnego stwora wzdłuż szyi.

Wędrowiec nagle zapomniał o bólu. Czuł, jak opuszczają go resztki siły. Potem, nie odczuwał już nic.
Zamknął oczy...
- Co się z nim dzieje? Szepnął Tomode.
Obóz był już praktycznie gotowy. Brakowało już tylko ogniska.
O ile pamiętam, Tomode ograniczył się do opatulenia kocykiem i zamknięcia oczu. Nie wiem, co tu jest “gotowe”, ale nie nazwałabym tego obozem.

Wystraszyła go dłuższa nieobecność przyjaciela. Ileż można szukać suchego drewna? Nie uszedł daleko, gdy nagle wpadł na drzewo.
Widzę tu disnejowski Element Komiczny. Takie bdingggg i gwiazdki dookoła głowy. I świergot ptaszków.
Buhahahaha!

Mrok był niezwykle denerwujący.
Oni się chyba szlajają po Mrocznej Puszczy, skoro  podczas księżycowej nocy wpadają na drzewa.
I szedł w mroku taki zły, zirytowany, wkuropatwiony jak nigdy.

Szczególnie dla Tomode. Zrobiłby wszystko dla odrobiny światła.
Ta pipa miała krzemienie, prawda? Zgubiła je w ciemnościach???
Jeden zgubiła, drugi zepsuła.

Nie widział nawet, po czym chodził, a już na pewno nie widział tego, na co miał wkrótce wpaść.
Na pomysł?

Jęknął z wyraźną goryczą, miał wrażenie, że przeszukuje cały las za kimś, dla kogo oddałby życie.
Przeszukuje ZA KIMŚ. Uhm. Czyli idzie tuż za nim, tak?
Pokłosie dialogu: “Za czym pani stoi? - Stoję za rybą.”

Wtedy ujrzał światło przed sobą.
Błędny ognik wiodący na bagna? Ślepia bestii? Ognisko Trzech Wiedźm?
Światło. Po prostu światło. Niewielkie światełko w tunelu puszczańskiej ciemności.

Po wielu niekończących się chwilach, doszedł do polany leśnej. Zauważył znajomą postać... i pobiegł ku niej wyraźnie przestraszony, obawiając się najgorszego.
- Idoco! Wszystko gra?!
Taaa. Jak widać. Tak sobie tylko leżę i krwawię.
I świecę oczami.
Dobrze, że nie gołą rzycią.
To też nie jest wykluczone, może mu bestia portki potarmosiła.

Gdy nie uzyskał odpowiedzi, zaczął się przyglądać jego ranom. Krew Idoco splamiła większą część jego ubrań.
Ojtam ojtam, przecież mamy Vanish!

Wielki stwór obok także przykuł uwagę Tomode. "Co to jest, do cholery?" Jednak bardziej interesował go stan przyjaciela. Obwiniał się w duchu za swoją głupotę. Mógł pójść razem z nim, a być może nie doszło by do takiej tragedii!
Mogliście też pozbierać chrust, który zalega pod każdym drzewem, zamiast szlajać się po omacku nie wiadomo gdzie.

Podniósł towarzysza wypraw i ponownie próbował go obudzić.
Idoco tak się zmęczył zabijaniem bestii, że słodko zasnął. Nie pomagało nawet poszturchiwanie w żebra.

Bez skutku. Musiał szybko zabrać go do obozu.
Składającego się z jednego koca, nie zapomnijmy.
Oraz tornistra i worka z kapciami.

Przez chwilę nawet nie pomyślał o bestii, o której nigdy nie słyszał, ani nigdy nie widział.
Nie no w sumie, po co interesować się stworem, co zaatakował przyjaciela, nie? A to, że w krzakach może czaić się reszta stada, to pikuś.
Spiżowe prawo czaszki smoka: “Jeśli zobaczysz czaszkę smoka - wiej! Cokolwiek go zabiło, może wciąż być w pobliżu.“ Te ciapy nie zwiałyby nawet gdyby smok padł na ich oczach.

Niósł Idoco na rękach; po niedługiej chwili znów byli w obozie. Poszło szybciej, ponieważ Tomode tym razem znał drogę.
Yhy. Z jednego przypadkowo wybranego miejsca w lesie do innego, równie przypadkowego, w całkowitych ciemnościach itede. Chyba, że miał taki wewnętrzny GPS rejestrujący przebytą trasę?
Już nawet nie wspomnę, że niesienie na rękach osoby dorównującej wzrostem i wagą jest CIUT problematyczne. Zwłaszcza w gęstym lesie, gdzie podłoże nie przypomina chodnika.

Zrobiło się jaśniej. Ścieżka była już o wiele bardziej widoczna. Położył Idoco na kocu. Rany obwiązał jakimś materiałem, które wygrzebał z tornistra.
Podarł na paski strój do wf-u?

Potem wziął z okolicy nieliczne suche drewna i krzemieniem rozpalił ognisko.
To nie można tak było od razu?!?
Nie. Bo nie byłoby Elementu Dramatycznego.

Poszukiwania odpowiedniego drewna zajęło sporo czasu, bo wszystko było mokre od ostatniego deszczu, ale wkrótce obaj towarzysze mogli się ogrzać przy ciepłym ognisku.
To szczęście, że trafiło im się ciepłe ognisko, bo jakby się trafiło zimne, to byłby straszny pech.

Po niecałej godzinie Idoco zbudził się wreszcie.
Nieprzytomnym wzrokiem zmierzył okolicę. Odezwał się takim głosem, jakby nic nie pił od ostatnich dwóch dni:
- Tomode...? - Klinika? Mosz półlitry?
- Nareszcie się obudziłeś! Gdy cię ujrzałem tam na polanie, myślałem, że już po tobie - Powiedział uradowany przyjaciel - Z czym ty tam walczyłeś?
- Z imperatywem narracyjnym.

- Ja sam nie wiem. Wyglądał jak wilkołak. Ale to nie był wilkołak. Za duży... i w ogóle bardzo się różnił od niego. Nie pod względem wyglądu.
Skurczyflak, był stanie ocenić różnice gatunkowe, walcząc w ciemnościach z czymś wielkim, co w dodatku ciężko go raniło. Szacun.
Przed przystąpieniem do walki przeciwnik powiedział kilka słów o sobie i pozdrowił ciocię Zębatkę oraz kuzynkę Szponiatkę.

- Ważne, że jesteś cały. Westchnął Tomode.
Na koniec onej stypy
Wierne dziewki i sługi
Zdjęli z rycerza slipy
Sporządzone z kolczugi.
Wonczas zabrzmiał głos żony
Już nie tak minorowy:
- O, kiciuś nie zmęczony?
Nieście go do alkowy!
(Andrzej Waligórski - Powrót)

- Widzę, że wyręczyłeś mnie w zbieraniu drewna - Powiedział z lekkim uśmiechem - Nie wybiegałeś się pewnie za bardzo, prawda?
Młodość musi się wyszumieć, a wojownik  - wybiegać.

Tomode roześmiał się. Dopiero teraz poczuł wilgoć na swoim ciele i zerknął na ubrania; były całe od krwi rannego przyjaciela.
Całe od! Całe od! *Cieszy się jak głupek*
Zboczenica.

Twarz przybrała bardziej ponury wygląd. Przypomniał sobie nagle wygląd tego potwora, którego zauważył przy Idoco; zapamiętał wilczą sylwetkę ciała, długie jak na zwierzę łapy,
Bo wszystkie zwierzęta mają łapy jak jamniki.  Te z długimi nogami (np. koń, krowa, żyrafa, struś), to nie są zwierzęta.

potężne pazury długości ludzkiego palca, kły jak u tygrysa, oraz ślepia, których nie sposób nie wyróżnić spośród tych najstraszliwszych części ciała tej istoty.
Nie sposób było wyróżnić, czyli były całkowicie niewidoczne.

Dodatkowo, te wilkowate stworzenie było wysokie na tyle, by spojrzeć w oczy osobie stojącej na niedużej drabinie.
Co był w stanie ocenić, widząc je LEŻĄCE na polanie.
A widzisz! To był Demon Wspinających się na Nieduże Drabiny.

Spojrzał na swego towarzysza. Spał. Nadal ciężko oddychał. Mimo tych bandaży, nadal wyglądał kiepsko. Szmaty przesiąknęły od krwi, a nie wiadomo, co będzie rano.
Rano będzie pogrzeb.

Właściwie, to ciemny firmament już ustępował jutrzence. Las wydawał się bardziej przyjazny, niż w ciągu ciemniej nocy.
Paczciepaństwo, jaki kurna wredny magiczny las. Światło jutrzenki przepuszcza, a światło księżyca blokował w stu procentach!

Po kilku następnych godzinach ognisko zgasło;
To nie ognisko było, to był całkiem dorodny stos, skoro bez podsycania wytrzymał parę godzin.
Może te ciućmoki las podpalili?

obaj panowie spali w najlepsze na kocach, nie zdołała ich zbudzić nawet zimna i wilgotna mgła, która się stworzyła od mokrego od deszczu trawnika.
Trawnika! Zapewne starannie przystrzyganego co sobotę przez leśne skrzaty...

Przecież to są panowie, nie jakieś chłystki!
Domniemywam też, że Pisak nie spędził nigdy nocy pod gołym niebem, ani nawet w namiocie, nie ma więc pojęcia, jak skutecznie potrafi budzić poranny chłód!
Zwłaszcza, że ognisko ma tę paskudną właściwość, że grzeje tylko z jednej strony.
Było im tak ciepło, że spali NA kocach, a nie pod nimi.
Gorące chłopaki ;)

Ptaki rozpoczęły swój poranny koncert. Zwierzęta pochowały się w najdalszych zakątkach puszczy, szukając pożywienia.
Sarny przegryzały gardła zającom, borsuki polowały na dziki. Normalnie, jak to w lesie o poranku.
A stary sęp ścierwojad się pochował.

Nikt by nawet nie przypuścił, że w tak "przyjaznym" środowisku odnajdzie się choć jednego potwora, który nie pasuje do otoczenia... pierwszym, który się zbudził był Idoco.
Znaczy, pierwszym potworem niepasującym do otoczenia?
No sama powiedz, czy on tam pasuje?
Ale z potworów... to najwyżej Potworna Łajza.

Zmusił się, by wstać, choć potężny ból trawił jego ciało niczym wewnętrzna pochodnia.
Ładna metafora! Napawam się.
Paliła go zgaga?

Miał trudności z poruszaniem się. Dopiero teraz, gdy było jasno, zauważył swoje rozległe rany; był cały pokryty różnym materiałem,
Był pokryty materiałem rozmaitem: a to jedwabiem, a to cegłami, to znów kawałkiem drewna i elany.
I fornirem z wenge!

żaden z wędrowców nie zabrał autentycznych bandaży.
A co, mamusia nie spakowała? *wewnętrzny wkurw mode on*
W połowie drogi zorientowali się, że zabrali chińskie podróbki, więc ciepnęli je w krzaki.

Nakrył się kurtką i zbudził Tomode.
- Wstawaj, pora ruszać. Musimy się jeszcze dziś dostać do miasta.
- Dobrze się czujesz? Oszalałeś Idoco? Odbiło ci?!

- Szczerze mówiąc niedobrze. Wielu w stanie takim jak mój trafiłoby do szpitala.
Hyhy. Jeśli znajdujemy się w średniowieczu (miecze, krzemienne krzesiwa), to mówienie o szpitalu jest cokolwiek anachroniczne, nie sądzisz, Pisaku? No chyba, że masz na myśli umieralnię dla ubogich...

Spakuj rzeczy.
- Wiesz co...? Sądzę, że kogoś bardzo zainteresują te potwory. Wielu ludzi uważa, że w tych lasach jest bezpiecznie. He, jesteś żywym dowodem na to, że tu coś grasuje.
Grasuje. Nazywa się Galopująca Głupota.
Jożin z bażin.
Jak to było? “Kura z biura gorsza od Jożina”?

Zaśmiał się Tomode.
- To nie jest śmieszne! Naburmuszył się Idoco.
Masz rację. To jest żałosne.

- Musimy ostrzec ludzi przed nimi. Pośpieszmy się!
Biegnijmy! Biegnijmy ostrzegać Ludzkość!
Przed nie wiadomo czym, bo przecież aniśmy temu stworowi nie ucięli łba na dowód, ani nawet porządnie się nie przyjrzeliśmy...

Światło jutrzenki oświetliło im dalszą drogę do miasta. Nagle niebo pociemniało od deszczowych chmur. Tak, znowu zaczynało padać.
Jak w Grombelardzie, tylko bohaterowie nie pasują.

Jednak tym razem był to przyjemny deszcz. Ciepły deszcz.
Jasssne. Po wielu dniach ulew, o świcie nagle spadł ciepły deszcz.


W tyle wędrowcy zostawili kolejne połacie lasu. Dalej było już tylko mniej drzew, a po chwili ogromna łąka. Deszcz spływał po płaszczach; Idoco z każdą chwilą wracała chęć życia.
Rany przestały krwawić, boleć i w ogóle... *Kurze przypomina się Nadzwyczaj Skuteczny Lek Na Wszystko z opka o Ramsztajnie*
*A Murazorowi “Morderca Cierpień” z Przygód Tomka Sawyera.*

Przez większą część drogi nie rozmawiał ze swym towarzyszem. Woń deszczu unosiła się nad otoczeniem. Szare chmury wędrowały kolejnymi chwilami w głąb kraju.
Tja. Płanetnicy wypuszczali je partiami z bramki co trzydzieści sekund.

Idoco zerknął za siebie. Zostawił razem z Tomode nieprzyjazną puszczę w tyle. Zamknął oczy...
Na wieki.
Zostawiam to opko mając go w tyle.
Przestań, bo się Kurze skojarzy...

Zamknął oczy... i w tym momencie coś go haps! za tyłek.

C.D.N
N.Z.T. (Nic z tego!)



Tu pozwolimy sobie zrobić przerwę. Kolejne opowiadania prosto z forum NF już wkrótce.

Z tajemniczego postsowieckiego lasu pełnego anielic w buraczkach żegnają was: Kura w haleczce z futerkiem,  Sineira z wyjącym nożem, Murazor z kuszałasznikowem, Jasza z niewielką drabiną, a także Maskotek dzierżący swój nieodłączny blaster.

23 komentarze:

Procella pisze...

Lepsze niż blogaski :) Czekam niecierpliwie na drugą część.

nowokaina pisze...

Gdzie mozna kupic kuszalasznikowa?

Anonimowy pisze...

Ło matko, jakie to fajne, głupie takie. Nic apokalipsa w ZSRR, nic tajemnicze tajemnice w tajemniczej głębi tajemniczej puszczy. Pierwsze opko jest moim ulubionym. Halki, kusze i czarni (racist much?) będą mi się snuć po głowie przez kilka dni. Każdy banał z RPGów i książek fantasy został wykorzystany bardzo starannie, a tam, gdzie było to możliwe, również przekręcony.
To jest genialniejsze od fanficków, bo tutaj ałtorzy mają szansę wspiąć się na wyżyny (tudzież niskie drabiny)swojej kreatywności, nie ograniczani już zupełnie niczym. Nie to, żeby komuś dotąd kanon za bardzo przeszkadzał.
Niech Wasze miecze pozostaną ostre (a tak mi się skojarzyło a'propos złego fantasy)!
World Ruler.

Anonimowy pisze...

Analiza świetna, ale w lesie chyba powinni spać NA kocach. Żeby nie spać na gołej ziemi i nie wychładzać się.

jajebszon pisze...

śliczności. i świeżością taką powiało:)

Anonimowy pisze...

Super! Urzekły mnie drzewa karimatowe :D


Ale do jednego fragmentu się muszę doczepić :

"potężne pazury długości ludzkiego palca, kły jak u tygrysa, oraz ślepia, których nie sposób nie wyróżnić spośród tych najstraszliwszych części ciała tej istoty.
Nie sposób było wyróżnić, czyli były całkowicie niewidoczne."

Tam jest NIE sposób NIE wyróżnić, czyli chyba wszystko na swoim miejscu...?

Więcej perełek z NF! :D

Pozdrawiam, Gayaruthiel

Anonimowy pisze...

Analiza przednia!
Wprawdzie dotarłam dopiero gdzieś do połowy, gdzie zabiły mnie spinasz, zszywki i taśma klejąca, które przydadzą się w następnej lokacji , a ostatecznie dobiły złote pantalony... Nie wątpię jednak, że ciąg dalszy będzie równie radosny.
Miła odmiana, jeśli chodzi o tematykę opka.

Z zaświatów wracam do czytania (zaopatrzona w potrzebne w następnej lokacji zszywki i taśmę), z szerokim uśmiechem na paszczy :)

Baz Wawelski

PS A propos znajdowania i Baldur's Gate, skąd jak widzę przypełzy pantalony - zawsze mógł jeszcze znaleźć Pas Zmiany Płci... albo dajmy na to Buty Niewiadomego Rozmiaru +5.

Anonimowy pisze...

A to nie jest trochę łamanie praw autorskich?

Anonimowy pisze...

"Do odebrania za 15 minut. Możesz poczekać w barze. Zaraz tam pójdziemy.
Mężczyzna wyprostował się, poprawił broń na ramieniu i stwierdził
- Wezmę tysiąc monet i pięć litrów czystej wody. Macie studnie, stać was na to."

Ja tutaj nastawiona na automatyczne tłumaczenie z polskimi znakami przeczytałam:
"(...)- Wezmę tysiąc monet i pięć litrów czystej WÓDY. Macie studnie, stać was na to."
Toteż zdziwiłam się, że w studni zamiast wody mają alkohol :)

Anonimowy pisze...

ło, analiza świetna.

szczególnie część z tymi łajzami, co łażą po lesie. od razu widać, że Pisak nie spędził nocy pod gołym niebem.

to ci jeden drepce po ciemnej puszczy w poszukiwaniu drewna, a tu ci wtem - drugi bierze suche drewno leżące w okolicy.

urzekł mnie fragment: Szczególnie dla Tomode. Zrobiłby wszystko dla odrobiny światła.
Ta pipa miała krzemienie, prawda? Zgubiła je w ciemnościach???
Jeden zgubiła, drugi zepsuła.

genialne, czekam na kolejne tFory z NF.

z ciemnego pokoju pozdrawia bastian.

SStefania pisze...

I ile on miał nóg? No, ja wiem, istnieje tzw. „poczta węgierska", ale nie nazwałbym tej pozycji „dosiadaniem".
Ojtam, był po prostu tak męski, jak Shingen! (I po pionowych ścianach również zapewne nie miałby problemu wjeżdżać.)

Za dużo złych filmów. Za dużo.
Albo gier wideo. Właśnie się zorientowałam, że prawie wszystkie moje ulubione mają taką opcję spowolnienia rozgrywki na chwilę. Przydałoby się takie coś w życiu...

Raz - mogłaby to być literówka. Dwa razy - już nie. Kon, pisany wielką literą, wygląda TAK i jest jednym z bohaterów serii Bleach. I wątpię, by ktoś chciał na nim jeździć.
Ja z kolei cały czas wizualizuję sobie świętej pamięci Satoshiego Kona. Jeżdżenie na plecach japońskiego reżysera, ołsom!

Nieśmiało spytam, po kiego grzyba, skoro podobno miał łuk? Pisak już zapomniał, w co uzbroił bohatera?
Karta postaci się jemu zawieruszyła, Pisaku temu :(

Mogliście też pozbierać chrust, który zalega pod każdym drzewem, zamiast szlajać się po omacku nie wiadomo gdzie.
Ale ten pod nogami to tylko tekstury, po itemki trzeba iść dalej!

Cudny pomysł z analizami takiej twórczości - generic opowiadanek autorstwa wielbicieli RPGów i fantasy, za to niekoniecznie zdrowego rozsądku. Czekam na więcej!

Pigmejka pisze...

Siedzę ja sobie w nocy, zmęczona i zniewolona przez niezwykle silny Weltschmerz, i zastanawiam się, czemu mi tak źle. I oto nagle - eureka! - zapomniałam, że jeszcze nie przeczytałam najnowszej analizy na Wazonie! *biczuje się i klęczy na grochu* I rzeczywiście, okazało się, że po przeczytaniu jej dół przeszedł mi całkowicie. :>

Co do złego kina - jako jego zagorzała admiratorka potwierdzam: właściwie niczym nie różni się ono (rzecz jasna, w treści, nie w formie) od blogasków - są w nim nawet typowe Elementy Komiczne i Cięte Riposty. ^^

PS. Naprawdę fajnie, że Murazor wrócił. :)

Sineira pisze...

"Ale ten pod nogami to tylko tekstury, po itemki trzeba iść dalej!"
Sstefania, zrobiłaś mi dzień! Aż żal, że sama na ten komentarz nie wpadłam:(

Anonimowy pisze...

Łoj, genialne, łoj piękne :D
Przypominają mi się czasy sprzed lat kilku, gdy na polskim necie raczkowała GMF a tfurca na 'D' pisał "Smoka i szczałę"... łezka w oku :)
Głupota i uporczywe antytalencie nigdy nie ginie :)

Nadira

Anonimowy pisze...

A wiecie co jest najgorsze? Wszystkie te grzechy popełnia także polska fantastyka spod znaku Fabryki Słów. Całkiem na serio i całkiem poważnie. Dlatego unikam jej jak mogę.
Analizy przednie i słitaśne, you made my day... again :D Mam nadzieję, że jeszcze wielokrotnie wrócicie na to forum,
pozdrawiam ciepło
Wierna Czytelniczka Lobo

Wyjaśniacz pisze...

@ Anonimowy z 17 marca 2011 21:45:

Nie, wykorzystanie tekstów opublikowanych w sieci do celów krytyki jest dozwolone prawem autorskim.

Atle pisze...

Może to niemożliwe, ale... Kwiczę już od pierwszego zdania analizy!

"borsukom i innym nocnym łowcą
Pisak nie może się zdecydować “-ą”, “-om”, ommmm, jednak “-ą”!
Jak Ty nic nie rozumiesz. Sową dawało znak borsukom, a innym nocnym łowcą dawało znak komuś innemu.
Chyba jeszcze inaczej: Sową dawało znać borsukom, zaś nocnym łowcą dawało znak innym!"
Mantra "Omm" tak mnie dopiła, że nie byłam w stanie zrozumieć kto co komu daje :D.

"Dlaczego mi się zwizualizował wielce obrośnięty bóbr?
Bo masz kudłate skojarzenia!"

"Anielica?
Gęś.
W haleczce?!
No przecież nie w buraczkach."
Ała. To boli :)

"Słońce coraz mocniej oświetlało sypialnie młodej pary.
Burżuje, mieli kilka sypialni!
No wiesz, dla tylu luda..."
Toż to początek! Początek! Tak nie wolno! Nie wolno mnie ómierać na początku analizy!

"Nie widział nawet, po czym chodził, a już na pewno nie widział tego, na co miał wkrótce wpaść.
Na pomysł?"
He he. Jaasne...

"Poszukiwania odpowiedniego drewna zajęło sporo czasu, bo wszystko było mokre od ostatniego deszczu, ale wkrótce obaj towarzysze mogli się ogrzać przy ciepłym ognisku.
To szczęście, że trafiło im się ciepłe ognisko, bo jakby się trafiło zimne, to byłby straszny pech."
Zimne ognie? Co? Gdzie?
*patrzy na niebo*
Aaaa...

"Ptaki rozpoczęły swój poranny koncert. Zwierzęta pochowały się w najdalszych zakątkach puszczy, szukając pożywienia.
Sarny przegryzały gardła zającom, borsuki polowały na dziki. Normalnie, jak to w lesie o poranku."
Że niby pełnia księżyca?
*czyta jeszcze raz fragment*
A nie. Toż to jutrzenka. No to może pełnia słońca tak rzadko spotykana.

"żaden z wędrowców nie zabrał autentycznych bandaży.
A co, mamusia nie spakowała? *wewnętrzny wkurw mode on*
W połowie drogi zorientowali się, że zabrali chińskie podróbki, więc ciepnęli je w krzaki."
Zgon nastąpił o 22:20

Analiza prześliczna! Mimo, że zasiadłam do niej zmordowana przez życie, teraz mam siłę na chodzenie po trÓ mhrocznym lesie i walkę z potworem (czy też z Potwornym Łajzą) na niedużej drabinie.
Dziękuję wam i czekam na następną analizę.
I niech Kolonas będzie z Wami :)

Anonimowy pisze...

Take se. Dupy nie urywa ;)

atha pisze...

"A to nie jest trochę łamanie praw autorskich?"
Akurat dziś na wykładzie z Ochrony Własności Intelektualnej temat poruszyłam- krytyka jest możliwa zawsze, bez względu na formę i treść, nawet jeśli miałaby obiektywnie zostać uznana za nieuzasadnioną, tak samo, jak wykorzystywanie do tego fragmentów tekstu prawem dozwolonego cytatu, a wszelkie zakazy krytyki ze strony autora są prawnie bezskuteczne. Na krytykę nie potrzebna też jest zgoda autora- automatycznie wyraża zgodę udostępniając publicznie utwór. I ta kwestia jest akurat wyjątkowo mało sporna, w całej historii tylko jeden autor dawno temu miał inny pogląd, ale zaraz został zjechany.
Specjalnie wybrałam ten przedmiot, żeby w razie czego służyć Analizatorom ^^

Uwielbiam analizy z dziedziny fantasTy! Zawsze pomysły autorów są ciekawsze i mniej oklepane, bo fanfiki i opka o zespołach wieją nudą na kilometr- jakby rysowane od szablonu. A tu? Postapokaliptyczny Związek Radziecki, Nowy Podręcznik Skauta, czyli Czego W Lesie Nie Robić, woltyżerka bez gaci...- i jak takich pięknych rzeczy szukać w opkach o kolejnej Marysójce, dla której najważniejszą rzeczą jest opisanie stroju, makijażu i podkreślenie swojego zajebistego chamstwa.

W analizie powaliły mnie: -dosiadanie koni przez czołg (jak na mój gust to był co najmniej troll Detrytus ze swoją kuszą. I tylko koni żal...
- tornister... tu nie jestem w stanie wyrazić tego, co w chwili czytania tego ze mną się działo.
- fragment:
"- Starzejesz się. Oj, starzejesz.-Z uśmiechem stwierdził i wstał z ziemi.
Ergo: wielki, twardy zabijaka, który przed chwilą zadźgał paru zbirów, a jednemu z nich gołymi paluchami oderwał kawałek skóry, boi się byle ptaszyska, tak?
Biorąc pod uwagę, że słyszał jego kroki...
Pterodaktyle-mutanty siedziały na drzewie, to nie ma się co dziwić, że tupanie trochę go skotłowało...
Matko borska, kunszt pisarski aŁtora zmylił mnie do tego stopnia, że przysięgłabym, że tam się pojawił jakiś inny facet!"
To mój zdecydowany faworyt. Kilka minut na zmianę ocierałam łzy, po czym znów wybuchałam śmiechem.

Vespa pisze...

Bardzo smaczne, a najbardziej ujął mnie największy osobnik na ziemi. Zwłaszcza, że to borówka, ewentualnie opieńka (czy opieńka ma coś wspólnego z opkami?).

W tym kontekście aż się boję zgadywać, co oznacza hasło, którego się domaga Blogspot: "ranuche".

Idę poczytać jeszcze raz.

Berek

SStefania pisze...

Ojej, Sineiro, rumienię się i dziemkujem :3

Goma pisze...

Brak mi słów, by wyrazić swój zachwyt.

Mroczny Ciastek pisze...

Przepiękne, przepiękne... Jestem pod wrażeniem waszego literacko-anal-i-zatorskiego kunsztu, czego niestety nie mogę powiedzieć o Pisakach.

A kuszołasznikowem, drapaniem po honorze i Mordercą Cierpień mnie zabiłyście (czy zabiliście? - można mówić o płci ducha pokładowego). Trzykrotnie!!!

Hasło: fashin. Co prawda nie wiem, co to jest, ale ładnie brzmi :)