czwartek, 16 czerwca 2011

128. Mroczne Dresy Przeznaczenia, czyli Co szeleści w kupie liści? (2/2)



Drodzy Czytelnicy! Witamy ponownie w świecie wąpierzy dziwnego pochodzenia. Jeśli pogubiliście się w meandrach fabuły i nie macie pojęcia, o co chodziło w poprzednim odcinku - sama aŁtorka przygotowała dla Was streszczenie. Indżoj!

http://wampiry-z-wody.blog.onet.pl/

Analizują: Sineira, Kura i Jasza.

Przypomnienie:
Pewnego dnia odbywa się sprzeczka dwóch dawnych przyjaciółek. Jedna wpada do wody, po czym ginię. Druga z przyjaciółek,Samantha jest wampirem czystego pochodzenia.
Siedzą na gałęzi dwa gołębie. Jeden grucha, a drugi jabłko.

Za karę jej przyjaciółka zostaję zamieniona w zmutowanego wampira, wyrzutka przez innego najstarszego wampira.
Uważaj, z kim się przyjaźnisz.
Też zrozumiałaś, że to była kara za czyste pochodzenie?
Dokładnie. To jakaś wyższa forma apartheidu - nie tylko zakaz małżeństw, ale nawet przyjaźni mieszanych.
“Wyrzutka przez innego najstarszego wampira” brzmi jak “wypluwka”.

Od tego czasu Samantha opiekuję się przyjaciółką, z którą znowiła przyjaźń. Obie mieszkają w małej chatce nad rzeką. Samantha uczy Mittchel wszystkich postawowych umiejętności wampirów takich jak lewitacja nad różnymi przedmiotami.
Tłumaczy jej, czym lewitacja nad taboretem różni się od lewitacji nad talerzem pełnym gorącej zupy.

W tym samym czasie w Królestwie Złych Wampirów zostaję wysłany wampir działający na własną rękę, by sprowadzić Mittchel, która włada mocą, ktora może zabić Króla Złego Królestwa Wampirów.
Który to freelancer ma wolną rękę na którą sam robi z rozkazu Złego Władcy, który każe przed swe oblicze sprowadzić pannicę która chce go zabić. Nie patrzcie tak na mnie. Ja tylko próbuję napisać równie niespójne zdanie.

Wampir ma przeciągnąć dziewczynę na stronę zła. Lecz mimo tego ich dom najeżdża kto inny...
Niech zgadnę - na dom napada straszliwy Związek Przyczynowo - Skutkowy.

                                                    ***
Samanthcie przyśnił się dziwny sen. W ogólę to wszystko było dziwne, ponieważ wampiry nie śnią. Lecz teraz... Opanował ją blogi spokój, który trwał jakby całą wiecznośc, chociaż była to tylko chwila. Magiczna chwila. W swoim śnie dziewczyna znajdowała się w przytulnym pokoju, przytuliła się do pachnącej poduszki, jakby wszystko tutaj znała. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
-Proszę!- krzyknęła.
-To ja, kochanie- odpowiedział męski głos wchodząc do pokoju ze śniadaniem.
*Wyobraża sobie tacę ze śniadaniem, szybującą na falach dźwięku*
Ależ to praktyczne! Sam głos, więc nie brudzi, nie bałagani, a śniadanie przynosi!

Samantha uśmiechnęła się szeroko. Tak miło było poznać męski głos.
Ja bym tam wolała całego mężczyznę, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
Nooo, głosu się nie da “poznać” w sensie biblijnym, a całego mężczyznę to i owszem.

-Ou, zrobiłeś śniadanie- wciągnęła nosem zapach świeżej krwii w kubku
- Żaden kłopot, odkąd mamy ekspresową w saszetkach...

- Kochany jesteś. Ale wiesz, że jeśli ktoś cię z tym zobaczy.
-Nie pozwolę, aby ktoś głodził mojego kwiatuszka- musnął lekko policzek dziewczyny, a ta się lekko zarumieniła. Chociaż to nie odpowiadało wampirom.
Nie odpowiadało im, ponieważ rumieniec kaził wytworną bladość oblicza. Zrozumiałe.

-Kochany jesteś. A gdzie śniadanie dla ciebie? Widzę tutaj  tylko krew.
Natomiast on na śniadanie wolał pot i łzy.

-Moim śaniadankiem będziesz ty kochana- uśmiechnął się szyderczo, po czym rzucił na dziewczynę.
Nie rozumiem. Wampiry wysysają się nawzajem? Po co?
Perpetuum mobile, wersja double action.

                                               ***
-Aaaa!!!- wydzierała się dziewczyna przez sen. Mittchel szybko podbiegła do niej, aby ją uspokoić.
-Spokojnie, obudź się- szturchnęła ją lekko, a ta otworzyła szybko oczy. Oddech miała nierówny, nie łapała powietrza. Wszystko stanęło ,jej serce.
Na krew Kaina w porcelanowej filiżance! Przecież ona NIE ŻYJE ex definitione, więc jaki znowu oddech? Jakie serce jej stanęło?

-To było dziwne.-oznajmiła przyjaciółce.
-Dlaczego?
-Ja śniłam, a wampiry nie śnią, poza tym, ja... żyłam- zakryła ręcę w dłoniach próbującsię troszkę uspokoić.
[Próbuje “zakryć ręce w dłoniach”, ale się nie mieszczą.]

-Co ci się śniło?- zapytała spostrzgając grymas bólu na twarzy przyjaciółki.
-Nie pamiętam- skłamała- Lecz ktoś nas odwiedzi, Mittchel.
Przyjdą Świadkowie Jehowy z najnowszym numerem Strażnicy.
I pani z Netii.

Mittchel krążyła w kółko zdenerwowana. Natomiast druga z dziewczyn nie czekając dłużej, wyjęła jedną z książek z ogromnej półki. W tym samym momencie otworzyły się ogromne wrota w drewnianej ścianie.
Łał, prawie jak w Indianie Jonesie! :D
Ogromne wrota w ścianie małej chatki.

Mittchel skierowała wzrok w stronę przyjaciółki.
-Co tam jest?- zapytała po chwili podchodząc bliżej.
- Piwnica! - odrzekła Samantha i zachichotała złowieszczo.
Piwnica? *Kura budzi się z drzemki i rozgląda z zaciekawieniem*

-Magazyn broni. Skoro mają nas najechać wilkołaki, musimy być przygotowane- odpowiedziała biorąc pochodnię i wchodząc do wąskiego korytarza, który prowadzi do podziemi.
I to wszystko w tej “małej drewnianej chatce nad brzegiem rzeki”?
W serialowym Wiedźminie wiejska karczma na zaplutej prowincji podpiwniczona była (?) podziemnym labiryntem niekończących się korytarzy, w których żyły Pomioty.
W “Funkym Kovalu” pod drewnianą szopką trzymali Tajny Śmig Zeroprzestrzenny;)
No doooobra...

Mittchel weszła tuż za nią.
-Powiedz mi, jak się o tym dowiedziałaś przez sen?- zaczęła się rozglądać po wąskich, drewnianych ścianach pomieszczenia. Byly takie niedostępne [niedostępne ściany to problem raczej dla much, a nie wampirów], mroczne, wydawało się jakby już nie była w ich przytulnej, drewnianej chatce przy rzece.
Zasadniczo już nie jest w chatce. Jest POD chatką, a to jednak stanowi sporą różnicę.

-Sen u wampirów zdarza się tylko raz (W życiu?). Wywołują go wilkołaki. Albo sporysz... Albo krew narkomana, albo jakikolwiek logicznie uzasadniony powód. Mają specjalne zdolności, opanowujące sen wampirów- odpowiedziała idąc spokojnie.
Aha, taka zapowiedź “Wpadniemy na podwieczorek, czekajcie i bądźcie przygotowani”?

-Powiesz mi, co dokładnie ci się śniło?- Mittchel chwyciła jej rękę spoglądając na nią i oczekując prawdy.
-Przyszłość. Tego co nastąpi, lub czegoś czym chcieli mnie przestraszyć wilkołaki- odpowiedziała mając dość niedorzecznych pytać Mittchel. Gdy wydostali się w końcu z wąskich ścian, przedostali się do ogromnej sali.
A przy okazji płeć swoją zmieniali...
… i gramatyce zadek skopali.

Było tam mnóstwo półek z bronią. Ale była to inna broń, jakby w sam raz zaprojektowana dla wampirów lub innych mistycznych stworzeń.
Na przykład dla Cthulhu - miecz dwumackowy, zaprojektowany do trzymania dwiema mackami.
Latający Potwór Spaghetti woli ostrzeliwać się klopsikami i oślepiać liśćmi bazylii.

Samantha wzięła z jednej z półek pistolet.
-Mamy tylko dwa naboję, nie możesz spudłować- powiedziała podając broń Mittchel.
No weźcie... Taki arsenał, a amunicji niet?
Dramatyzm!!! Nie rozumiesz? Bez tego nie byłoby napięcia!
Etam... gapy po prostu plądrują muzeum historii oręża, a nie arsenał.
*nuci* Roter Sand und zwei Patronen...
Tak, wiem, że jestem monotonna ;)

-Nie jestem gotowa.-szepnęła spuszczając wzrok i odpychając wzrok od siebie.
Zupełnym przypadkiem wsadziła przy tym przyjaciółce palce do oczu...
Wizualizuję sobie ten wzrok jako gałki na dłuuuugich szypułkach. A sio, a sio! Idź sobie, wzroku!

Jak najdalej od jej ciała, [ten wzrok?!] nie chciała być w to wszystko zamieszana. Najchętniej spędziłaby w tej chatce, spokojnej okolicy całe wieki.
Całkiem niegłupi plan, pod warunkiem dostępu do internetu i ciągłych dostaw książek. Albowiem najstraszliwszym elementem życia (niemal) wiecznego jest nuda.

-Jesteś. Uwierz w siebie- podała broń w prost w ręcę Mittchel.
Zacznij myśleć pozytywnie.
Wykorzystaj potęgę podświadomości.

Ta przełknęła głośno ślinę.
-Tutaj masz dwa srebne pociski- dała jej je.
-Nie potrafię strzelać.
-Jesteś wampirem, teraz potrafisz już wszystko- położyła ręke na ramieniu Mittchel.
Bullshit. Nawet gdyby jakiś cudem przejęła wiedzę z krwią “ojca”, to pomiędzy “wiedzieć jak zrobić”, a “umieć zrobić” jest spora różnica. Zwłaszcza gdy idzie o strzelanie.

-Nie rozumiem tylko jednego.
-Hmm?
-Głupoty wilkołaków. Po co chcą żebyśmy wiedzieli, że przybendą? - zapytała Mittchel spoglądając na Samanthę.
To proste. Wiedzą doskonale, że zamiast zrobić coś sensownego, na przykład uciec, będziecie czekać jak owieczki na rzeź.  
A jak uciekać, to schodami na górę, do pokoju z jednym tylko wyjściem.

-Chcą, żebyśmy wiedzieli. Możliwe, że nie chcą nas zabić.
Tylko tak trochę chcą postraszyć. No, wiesz...

- odpowiedziała brunetka biorąc dla siebie długi miecz i wsadzając go w przygotowaną wcześniej pochwę na broń.
-A więc co chcą z nami zrobić?- spojrzała na nią wystraszona.
Grilla. Już niosą kiełbaski i piwo.
Samo piwo. Materiał na kiełbaski na razie ma nadzieję przeżyć.

-Spokojnie. Co kolwiek to jest, nie uda im się, zobaczysz- zapewniła przyjaciółke. Mittchel uspokoiła się na chwilę, ogarnęła ją piękna cisza, którą zamazał huk.
- No i czego tu maże, czego! - huknęła pani Gienia i zamachnęła się ścierą.

-Już są- szepnęła Samantha spoglądając na przyjaciółkę pytająco czy sobie poradzi, ta wyczuwając telepacje koleżanki [Znaczy, koleżanka się telepała? Ale w pewnej odległości się telepała] kiwnęła tlyko głową naładowując broń jednym nabojem, drugi [Bezlitosny Dopełniacz chwyta za broń i krzyczy: “Kogo? czego? Drugiego! drugiego naboju, psiakostka!”] wolała jeszcze nie tracić.
Bo raz załadowany nabój idzie na rozkurz, nieważne, czy zostanie wystrzelony, czy nie.

W ręcę Mittchel, Samantha wsunęł jeszcze scyzoryk.
Przewidując, że w niedalekiej przyszłości przyda jej się otwieracz do konserw oraz pilniczek do paznokci.
MacGyver mode on :D
Otwieracz do konserw przyda się w walce z czołgami.

-Idziemy- powiedziała do niej. Ta nie czekała nia odpowiedź tylko poszła przodem, a Mittchel tuż za nią z drżącymi rękami. Wyszli (wyszły!) z wąskim korytarzy i zauważyli (zauważyły!!!) trzech dobrze zbudowanych mężczyzn, spoglądających na nich z kpieniem na ustach.
Z kipieniem? Piana im z ust leciała?
Tak. Ze śmiechu.

-Chcecie nas zabić takimi zabaweczkami- powiedział jeden spoglądając to na Mittchel, to na Samanthę. Jednak mimo to prawie wszyscy wpatrywali się w dziwny wygląd Mittchel.
Była upudrowana na biało, miała przyczepiony czerwony nos z piłeczki ping-pongowej, marchewkową perukę z loczkami  i wymachiwała dyplomem Gildii Błaznów.

Zwyczajny wampir tak nie wyglądał, można byłoby tak zapewnić.
O, zaprawdę powiadam Wam - wyglądała jak Coś z reklamy McDonalda.
Masz na myśli reklamę?

-Nie kpijcie z nas, wolimy mieć to szybciej z głowy- rzuciła Samantha nawet nie bojąc się, nie drgąc.
Stała tam, nie drgąc
z nieba lał się gorąc
analizator, pisząc
przeżywał ogrom mąc.

Natomiast Mittchel stała jak wryta spoglądając na mężczyzn. Pewnie jednym ruchem mogliby ją zabić.
Jednym ruchem brwi.

-Właśnie, dobrze, że przypomniałaś. Dość roboty- uśmiechnąl się blondyn wskakując (sic!) na bezbronną Mittchel. Poszedł strzał z broni brunetki. Wilkołak zatrzymał się. Cisza... Nikt się nie rusza... Trzy... Dwa... Jeden...
Zero. START!
Endeavour oderwał się od powierzchni Ziemi.
I wybuchł.
Śmiechem.

Nie chciała sie chwalić, przemądrzać. Nie lubiła takich beznadziejnych gierek wilkołaków, w które grają. Za to ich nie nawidziła.
-Dość  tych gierek, panowie- uśmiechnęła się pewnie.
Tak bardzo nienawidziła gierek, że zamiast zaatakować, zaczęła gadać.
Przekonana, że pokona ich elokwencją.
No w końcu “zagadać na śmierć” skądś się wzięło.

-No dawaj- szepnął jeden podnosząc się z ziemi i kiwnął do drugiego ,który wstał tuż za nim.
-Ja zajmę się Mittchel, wy Samanthą- rozkazał uśmiechajacy się wilkołak stojący przy wystraszonej brunetce.
Zachowują się jak szwarcharaktery w kreskówce dla dzieci. “A teraz walnę go w głowę. Uwaga, walę w głowę!”
Piskliwie z offu: Ojej! Ojej! On chce ją walnąć w głowę!

A teraz mamy chwilę refleksji. Nieważne, że w samym środku walki:

Skąd on zna nasze imiona?- pomyślała Mittchel nie wiedząc  o co chodzi. I dlaczego akurat wilkołaki ich zaatakowali [wilkołaki zaatakowały!], myślała, że wojne mają ze Złym Królestwem Wampirów... Nic już nie rozumiała.
Tak jakby wcześniej pojmowała cokolwiek.
Dookoła wróg naciera, każdy rżnie każdego, ogólnie smród i brud, a ona myśli skąd ją znają. Z Naszej Klasy cię znają!
Po udzieleniu wyczerpującej odpowiedzi przechodzimy do dalszej akcji-atrakcji:

-Samantha!- krzyknęła dziewczyna podbiegając do niej, jednak unieruchomił ją wilkołak. Bezczynnie patrzyła jak wilkołaki powoli ją ranią, jednak nie śmiertelnie.
Obojętnie obserwowała, jak rozcinał jej powłoki brzuszne. Widok własnej wątroby nawet jej nie zaskoczył. Ze znudzeniem patrzyła, jak parujące jelita osuwają się na podłogę. Kiedy sięgnął po serce, ziewnęła.

-Błagam, zabijcie mnie. Nie ją- powiedziała Mittchel błągająco na wampira [Jakiego wampira, skoro walczyły z wilkołakami? Przepoczwarzył się w międzyczasie, czy jak? ] trzymającego ją za ramiona.
I tak stała, jak budyniowata mameja, nawet nie próbując się wyrwać, szarpnąć, kopnąć w klejnoty. A gdzie się podziała super-hiper-moc zabijania przez patrzenie? Wymaga aktywacji u operatora?

Spojrzala na tracącą przytomność przyjaciólkę, lecz ta tylko uśmiechnęła się mówiąc do jej myśli: "Spokojnie, nie chcą nas zabić.
Zrobią nam tylko wiwisekcję.

A teraz mamy coś na kształt śmierci Walentego z Fausta, który po dziabnięciu w płucko donośnie śpiewa jeszcze przez jakiś czas.
Albo Rolanda, któremu mózg lejący się uszami nie przeszkadzał w wygłaszaniu patetycznych przemów.

Rozgryłam ich wcześniej.
W ustach wampirzycy brzmi to bardzo złowieszczo.

Tylko nie wiem czy nie stracę zaraz siły więc powiem szybciej.
I uważaj, bo nie będę powtarzać!
Dzińdybry. Mam widomość od Miszel.

To porwanie. Chcą mnie, lecz większą rolę spełniasz dla nich ty. Jeszcze nie rozgryzłam dlaczego, ale nie martw się.
Wymyśliłam tak bezsensowną intrygę, że teraz sama nie rozumiem o co chodzi.
Ale mimo że właśnie jestem porywana, torturowana i tracę przytomność, jeszcze wygłoszę cały pakiet instrukcji.

I cokolwiek z tobą zrobią, lub mnie zabiorą, a ciebie nie. To spal dom i uciekaj jak najszybciej. Stoi za tym złe królestwo wampirów"
Za domem???
Tak. Zamiast konwencjonalnej wygódki.

Gdy usłyszała wiadomość, spojrzała zatroskana na Samanthę. Jednak wiedziała, że nic jej się nie staję. Nagle ktoś ją powali na podłogę,
mamy tu wampirzy profetyzm w czystej postaci

spojrzała na leżącą trochę dalej przyjaciółkę, całą zakrwawioną. Widziała to wszystko, widziała ją.
Powoli oczy zaczeły jej się zamykać. Zaczęła zasypiać. Trzy... Dwa... Jeden...
No mówiłam, że ziewała ze znudzenia? Patroszenie podziałało na nią usypiająco, zupełnie jak kołysanka albo czytanie bajek. Albo Anatolij Kaszpirowski.

Gdy Mittchel obudziła się, wstała z latwością. Rozejrzała się po pustym domku. Niczego nie było.
Tu byłem. Kononowicz.

Wszystko było takie samo jak przed napsaćią, tylko brakowało jej przyjaciółki.
Naćpana przyjaciółka tak napsociła, że  - na psa urok! - znikła.
Zostawiła po sobie garść naci z psianki.

-Sam!- krzyknęła rozglądając się. Nigdzie jej nie było, nie było krwii na podłodze, zupełnie nic.
Uprzejme wilkołaki umyły po sobie podłogę.
Wylizały.

Poszła wąskim korytarzem, który prowadził do magazynu, wciąż cała drżąc. W magazynie nie było nic. Puste półki, na których wcześniej leżało mnóstwo broni.
Bytujące w piwnicy pająki i szczury poczuły się urażone.
Z tego mnóstwa broni wzięły jeden pistolet, dwa naboje i miecz. A co się stało z resztą?
Wilkołaki ukradły. Te wredne psowate wszystko z chałupy wyniosą, jak tylko je spuścisz z oczu.
Jak mawiała moja babcia: Popie oczy, wilcze gardło - co zobaczy, to by żarło.

Mittchel pogładziła dłonią po zakurzonej półce szukając czego kolwiek. Znalazła kartkę z napisem " Tak jak woda, która zmienia kolor, tak ja będę zawsze z tobą".
Ee? Czy jest na sali tłumacz? Dlaczego woda zmienia kolor i jaki to ma związek z byciem z kimś?
Na sali nie ma tłumacza. Musimy brać tekst taki, jaki dają...
Ojtam, poezyi nie czujeta.

Przestraszyła sie rzucając kartkę na ziemię. Ona znała to, myślała, że sama to wymyśliła.
Uhm. Każda aŁtoreczka pisząca o “samotnej kryształowej łzie” też jest przekonana, że sama to wymyśliła.

Jakoś to tkwiło w jej pamięci. Podniosła jeszcze raz karteczkę i przeczytala podpis "Na zawsze, Samantha i Melanie".
-Melanie- szepnęła Mittchel czytając ostatnie imię- Kto to do cholery jest Melanie?
Konkurencja!;>
Eee... kochanie, nikt ważny, to tylko moja eks!

Spuściła wzrok i zobaczyła miecz, na najniższej półce, wykryty był wąż zjadający własny ogon.
Gdyby go nie wykryto, to nie gryzłby się z żalu we własną dupę. Ale cóż - stało się...

Wzięła broń do ręki, a wszystko wokół niej zaczęło wirować. Miała mętlik w głowię, a ta bolała ją bardzo.
Wąż był na półce czy na mieczu? Też mam mętlik, gdy to czytam.

Zauważyła czerń, nic nie widziała. Stała teraz przed dwoma tronami. Na jednym siedziała pieknie ozdbiona (jak pisanka) kobieta, a na drugim jakiś mężczyzna z zakrytą twarzą.
-Witaj, Mittchel- przywitał się męski głos.
-Em... Witam. Gdzie ja jestem?- zaczęła się rozglądać.
-W... Królestwie Wampirów.
A już miałam nadzieję, że w zaświatach.

Mittchel spojrzała na miecz trzymany w ręku i napis wyryty na nim "Upiór juz nigdy po ziemi chodzic nie będzie".
Bo ktoś mu nóżki ucheta?
I na kark mu wsiędzie.

-Dobrych czy złych?
-Zadajsze dużo pytań, dziecko- zaczął schodząc z tronu.- Twoje pytania powinni [jeśli “powinni”, to poprawnie byłoby: twoi pytaniowie] lepiej brzmieć: Czy mam ci służyć? Czy twoja przyjaciółka żyję?
A dlaczego miałaby ją interesować jakaś przyjaciółka obcego faceta?
Podmiot! Orzeczenie! AŁtoreczko, do cholery, skup się!

-Gdzie jest Samantha?!- krzyknęła zdenerwowana przyciskając końcówkę miecza do gardła zakrytego mężczyzny.
Wpuszczono ją do sali tronowej z bronią, aha, aha... A zły władca schodzi z tronu i pozwala smarkuli robić sobie ryziu-ryziu mieczem po gardle. Aha...
Ojtam, przecież nie napisała, że przyciska tę ostrą końcówkę;)
Rękojeścią obmacywała mu migdałki? Jeszcze gorzej, bo głupio...
Jeśli maca go rękojeścią, to znaczy, że trzyma za ostrze. A paluszki prask! prask! na wszystkie strony...
Zalinkowałabym stosownego Oglafa, ale to nieletni czytają...

-Spokojnie, tutaj jej nie ma. Przeciez wiesz, że porwali ją wilkołaki.
Jeśli porwali to WILKOŁAKOWIE! Tak jak Nowakowie!
Porwali wilkołacy (archaicznie) albo porwały wilkołaki, na litość!!!

A ty musisz robić to co ci powiem ,zrozumiano?- zapytał spokojnym tonem. Mittchel zgodziła się kiwnięciem głowy. Za wszelką cenę chciała odzyskać przyjaciółkę. Przestała być małą dziewczynką, jest teraz wampirem, który zrobi wszystko dla uratowania swojej drugiej połówki duszy.
Pytanie techniczne - dlaczego wampir nie może być małą dziewczynką?
Pytanie filozoficzne - czymże jest nowonarodzona, jeśli nie małym, bezbronnym dziecięciem?
Pytanie teologiczne: czy wampiry mają duszę?
Pytanie podstawowe: czy dusza istnieje?;P

-Kocham ją- wyszeptała- Zrobię wszystko.
Mężczyzna zdziwił się spoglądając na nią, nagle uśmiechnął się blado.
-Kochasz?
-Tak, kocham- odpowiedziała.
Nie ma to jak podawać swój słaby punkt na tacy.
A czy ona w ogóle ma jakiś mocny punkt? Poza G, rzecz jasna.

-Więc musisz uwierzyć komuś, kto w końcu nadejdzie. Osobie, która zmieni całe twoje życie, która cię zmieni. Przejawi jasność- szepnął mężczyzna.
Następna ofiara palenia ziół Goraga. Bredzi jak standardowy erpegowy prorok.

Pięknie odziana kobieta spojrzała na niego w myślach powtarzając ostatnie słowa ukochanego.
-Przejawi jasność?- zapytała spoglądając na niego dumnie.
- Lecz jasność owa będzie na góra kadłuba, nogi zaś jego i reszta kadłuba będą w ciemno! - zakrzyknęła prorokini Sineira.

Ten tylko kiewnął głową, nawet nie spoglądając na tamtą.
Przybliżył się do szyi dziewczyny i pogładził kłami po jej szyi.
Spróbujcie kogoś pogładzić kłami. No, spróbujcie.
Haczą się, cholery jedne:/

Wystraszona kobieta szybko zerwała się z tronu.
-Panie!- krzyknęła.
On jedynie przybliżył usta do ucha młodej wampirzycy, która zaskoczona cała drżała. Jej serce zaczęło bić, a oddech stał się płytki.
Jak po raz kolejny nadmienię, że wampiry nie oddychają, a serce im nie bije, to będzie nudne, prawda?
Powtarzanie w nieskończoność może być nudne, ale repetitio mater studiorum est. Może wreszcie coś dotrze do wszystkich tych, którzy wycierają sobie paszcze wampirami.
Ale możemy to symulować! [pokazowo faluje piersią] [A ma czym!]
Samo falowanie piersią, to takie sztuczne oddychanie jest.
Ojtam, ważne że pierś naturalna.

Poczuła spokój, jednak tlyko na chwilę. Gdy jego ciepłe usta powędrowały do jej uszu straciła tę całą konsystencję spokoju.
No fakt, fakt, jak się tak po szyi i uszach mizia, to łatwo stracić “konsystencję spokoju”;>
A jak w dodatku jednymi ustami w dwoje uszu, to można się naprawdę zdekoncentrować.
Swoją drogą nagła zmiana konsystencji musiała poważnie utrudnić te mizianki.

Ciepła, które wypełniało ją całą.
-Cokolwiek zrobisz, zawsze prowadzić będzie cię światło. Zaufaj światłu, jasności, pokoi (łazienek, kuchni i korytarzy)  serca- szepnął do jej ucha, a potem odsunął sie od niej.
Ta upadła bezradnie na podłogę nie rozumiejąc nic z jego słów.
My też się słaniamy.

Kim on jest? To ciepło przeszywało mnie całą, ja go kocham- pomyślała Mittchel spoglądając na mężczyznę.
Też mam taki przypływ uczuć, jak jesienią włączę kaloryfer.
Piece kaflowe są bardziej romantyczne ;)

-Co mam robić by ją odzyskać?- zapytała błagalnie.
-Gdy spotkasz mężczyznę...- westchnął- Spotkasz niedługo wampira, któremu masz zaufać.
-Dobrze, zrobię wszystko- szepnęła i nagle ściskając mocniej miecz znalazła się w magazynie, tak jak wcześniej.
Z sygnaturą wypisaną na ręce i numerem inwentarza.
Dalej nie wiedząc przy tym, co właściwie miałaby zrobić z mężczyzną, któremu zaufa. Może jej podpowiecie?
Ma zrobić wszystko. Ot i wsio.
Hmmmm...

Gdy Mittchel opuściła Królestwo, mężczyzna upadł na ziemię. Kobieta przykucnęła przy nim i zpaytała:
-Już jesteś?
-Tak. To ja- powiedział dumnie i szybko wstał.
-Uważam, że to nie było dobry pomysł- odpowiedziała wstawając za wampirem, który usiadł na swoim tronie.
Zobacz, pluderki sobie rozdarłeś, gdy tak gruchłeś o pawiment.

-Dlaczego? Mi by nie zaufała. Miles dobrze wykonał swoją pracę. Jestem genialny- na jego twarzy malował się lekki uśmiech.
Król Julian.

Kobieta zdziwiona usiadła na swoim miejscu składając ręcę.
Ręca, tak jak mapa, nie dała się poskładać.

-Dlaczego genialny? Ty tylko wymyśliłeś plan, a wszyscy wykonują go za ciebie- prychnęła obrażalsko (w sensie “obraźliwie”, czy w sensie obrażania się?) mrużąc delikatnie oczy.
-Jak śmiesz!- krzyknał jednym posunięciem ręki zwalając ją z tronu
Element Komiczny zaatakował znienacka, niczym szeląg z wacka.
Kupa śmiechu, jak wtedy, gdy na matmie Maciek popchnął Sylwię tak, że z krzesła spadła...

Pięknie przyozdobiona dama turla się po posadzce plącząc się w swoje kiecki. Potem wstaje, otrzepuje się  i kontynuuje rozmowę o polityce wewnętrznej państwa:

- Ja jestem genialny. Przekupiłem wilkołaki, wszystko nabiera sensu.
-Ale po co je przekupiłeś?- spojrzała na niego.
I czym?
Mięsem.

-Wytłumaczę ci wszystko w bardzo prosty sposób. Aby ona spotkała się z Milesem, musi mu uwierzyć. On będzie pomagał jej w poszukiwaniu jej koleżanki, która jest teraz u wilkołaków. Dlatego mu zaufa.
-Wszystko widzę, że dobrze przemyślałeś- powiedziała spoglądając na niego dumna.
Dyskretnie rozcierając stłuczone kolano.

-Tak. Wszystko idzie po mojej myśli- uśmiechnął się lekko ściagając kaptur i pokazując swoje śnieżnobiałe zęby.
Powyższa scenka wygląda zupełnie jakby została wzięta z jakiegoś “Scooby Doo” czy innej kreskówki dla młodszej młodzieży. Ten mądrzejszy zły tłumaczy temu głupszemu złemu, żeby nawet najdurniejszy widz mógł pojąć, co ogląda.

Mittchel postanowiła wykonać zalecenia Samanthy, czyli pozbyć się domu i uciec jak najdalej. Jednak nie mogła tego zrobić. Nie ważne co planują wilkołaki, ale mają Samanthę, a wiec to wszystko nie wchodzi w grę.
Palenie domu, jak mniemam, też już nie ma sensu, skoro wilczki wyniosły cały arsenał.

Muszę cos zrobić-pomyślała, choć w głebi duszy czuła się bezużyteczna i samotna jak biała lilia nad jeziorem, przy którym siedziała.
O, samotna lelyjo, wiotka i bezbronna memyjo!

-Muszę wziąć się w garść, nie mogę wciąż narzekać! Czy Samantha by tak się zachowywała?!- wybuchła automatycznie wstając.
Siłą odrzutu, jak mniemam. Z głośnym “PYF!”.

Weszła szybko do domu, chwyciła butlę z benzyną, kartki i zapalniczkę. Wyszła trzaskając za sobą gwałtownie drzwi.
Mroczny Biernik głucho warczy: “Trzaskając drzwi” - (kogo? co?) - trzaskając drzwi po pysku. Obrażony Narzędnik poczuł się ignorowany, więc wyszedł i trzasnął (kim? czym?) drzwiami.

Wzięła jeszcze tylko miecz, tą (tę!) kartkę z napisem "Tak jak ta woda, która zmienia kolor, tak ja zawsze będę z tobą". Przebrała się w strój odpowiedni na jej wyprawę.
To znaczy TAKI?

Nie minęła minuta, a Mittchel zaczęła oblewać chatkę z drewna. Gdy skończyła usiadła sobie spokojnie nad wodą i zaczęła sobie coś podśpiewywać. [Cytat.Ciach.] Podpaliła kartkę papieru, spojrzała jeszcze raz na wodę ze złym blaskiem w oku, po czym uśmiechnęła się sama do siebie.
- A teraz spalę las, zatruję wodę benzyną i pójdę w cholerę, haha!
I pójdę do najbliższego warzywniaka, zarażać sałatę i ogórki!

-Zaczęło się. Nadeszła era Mittchel, era wampirów z wody
Kiedyś przekonywali, że Era Wodnika będzie wystarczająco dziwna.

zaśmiała się i rzuciła papierek za siebie na ziemię polaną benzyną.  Nagle ogromny płomień zaczął wszystko za nią niszyć.
Wydłubując nisze i wpychając w nie, co tylko się dało wepchnąć.

Mittchel wstała, a za nią malował się pomarańczowy ogień.

                                               ***
Ciemność. Czy to kolor podstawowy? Dlaczego nikt czerni nie zaliczył do koloru podstawowego?
Bo to nie jest kolor.
Ciemność w tym kontekście to stan ducha.
Ciemna noc duszy.

Przecież gdy zamknię się oczy to sie widzi czerń, jak światło może odbijać ten niebiański kolor?
Czerń jest właśnie dlatego czernią, że nie odbija światła. No ale dobra, to monolog wewnętrzny bohaterki, można jej wybaczyć, że bredzi.

Przymykasz oczy, krzyczysz, błagasz! Mówisz, że jesteś osobą, czujesz, ale druga osoba wyżywająca się na tobie, nic nie robi. Tylko uśmiecha się lekko spoglądając na twoje pociątę (pociągnięte potem?) ciało.
-Błagam cię, Evangeline. Zostaw mnie!- krzyczała brunetka- Bedziesz tego załować!
Cały dramatyzm tej sceny psują literówki. Naprawdę tak trudno jest sprawdzić tekst przed publikacją?

Poczuła stal na swoim gardle.
-Ból minie, a teraz śpij siostro-wyszeptała wprost do jej uszu.
Stal wyszeptała.
Lub wprost przeciwnie - wyszeptała stali do ucha.

-Ściagnij mi opaskę, chcę cię choć raz zobaczyć-odpowiedziała jej bardziej spokojnie próbując się w jaki kolwiek sposób wydostać. Nic już nie czuła, bólu ,który siostra niedawno jej zadała, nic, pustkę. Z jej oczu poleciała łza (jedna, wspólna łza z obu oczu), która spłynęła na panele w pokoju sióstr. Podłoga była zakrawiona dużą ilością krwii. (Dobrze, że nie była zalana dużą ilością zalewy.) Jakby po jakiejś bójcy (czym???)(bejcy, inaczej zalewy do marynowania mięsa), w której Evangelina wygrała (zapasy w bejcy, prawie jak zapasy w kisielu).
-To ci dużo nie da, diable- uśmiechnęła się Evangelina i ściągnęła jej czarną opaskę z twarzy, zrzucając na podłogę. Oczom Evangeliny ukazały się czerwone tęczówki siostry.
-Ja tego nie chciałam, chyba wiesz- powiedziała uwięziona z sióstr.
Z wnętrza sióstr odezwała się jakaś uwięziona osoba trzecia. Być może była to podstępnie uprowadzona Składnia.
Domniemywam, że miało być “Z dwóch sióstr, jednej wolnej, drugiej uwięzionej, odezwała się ta uwięziona”.

-Catrine, nic już nie mów, błagam cię- odpowiedziała jej zaciskając ręcę na nożu, który trzymała w ręku nie zdecydowana czy zadać ostatni krok. Ostatnie pociagnięcie noża.
Zadać krok i co jeszcze? Zrobić cios?
“zaciskając ręcę na nożu, który trzymała w ręku” - mamy tu dowód, że “ręca” jest czym innym niż “ręka”, ale czym?
Może to jakaś podkładka na rękojeść? Diabli wiedzą.

[Evangelina znęca się nad siostrą. Byłaby to świetnie napisana scena, gdyby ktoś nad nią popracował. Niestety, została napisana na odwal i to widać.]

                                               ***
Mittchel miała wyruszyć w podróż. Do watahy wilkołaków, po swoją kochaną przyjaciólkę, za którą coraz bardziej tęksniła. Minęło kilka dni, a dziewczyna szła przez dzikie lasy, szukając plemiona (plemienia).  Już nic nie czyła, stała się bezdusznym wampirem. Wampirem z wody, jak twierdziła. Wampirem z wody.
To tęskniła, czy nic nie czuła? Kochała, czy była bezduszna?
I do tego wszystkiego strasznie w brzuchu jej bulgotało.

Kilka dni temu.
-Wiem, że nie jestem normalnym wampirem, a więc kim jestem?- zapytała Mittchel spoglądając na Sam. Siedzieli razem na łózku.
Oni siedzieli, ci dziewczyni. Tudzież osobnicy płci nieokreślonej.

Mittchel studiowała lewitację, a Samantha wciąż była zamyślona.
-Jesteś wampirem z wody- odpowiedziała cicho, grzywkę zakładając za ucho.
-Wampirem z wody? Co to może znaczyć?- wciąż się dopytywała.
- No wiesz, coś jak karp w galarecie, tylko zupełnie inaczej.
A wygląda TAK.

-Zmutowane wampiry tak się nazywa. Wampirami z wody, ponieważ mogą powstać tylko w wodzie- odpowiedziała spoglądając na nią- Wampiry z wody mają dużą moc, którą mogą zabić nawet króla Złego Królestwa Wampirów, a ja nauczę cię jej.
Jestem wampirem z wody
Stworem wątpliwej urody.
Mam moce i zdolności
Do rachowania kości.
Nie wiem, jak się z nich korzysta,
Lecz rzecz to jest oczywista!
Gdy grzywkę zatknę za ucho,
Nie ujdzie wam nic na sucho.

Usłyszała szum liści, zaczęła się rozglądać. Wolała być czujna i nie okazywać skruchy.
Nie wiedziała wprawdzie, co to słowo znaczy, ale na wszelki wypadek wolała tego nie okazywać.

Zacisnęła dolną wargę zębami i podeszła do liści za drzewem, które mocno szumiały.
Leżały na kupie i szumiały mocno i tak strasznie, że liście na drzewie nie miały śmiałości nawet drgnąć.

Serce biło jej jak szalone, a oddech stał się nie równy. W te kilka dni nikogo nie znalazła, w tym, jak sama twierdzi opuszczonym lesie. Może to jakieś zwierze?
Jeż Jak Byk przyszedł w odwiedziny.

Myślała. Wyciagnęła miecz, a nim rozgarnęła gałęzie, które dzieliły ją do tego miejsca. Mocno ścisnęła miecz, będąc gotowa do ataku.
Zdziwiła się kiedy nic nie zobaczyła. Uspokoiła się i uśmiechnęła lekko chowając miecz i spoglądając na jesienne liście. I nagle poczuła czująś obecność za sobą.
Ten ktoś lewitował, jak rozumiem. Bezgłośne chodzenie po jesiennych liściach jest możliwe tylko w bajkach.
Liście zza drzewa zagłuszały kroki.

-Bu...- usłyszała kobiecym głosem [słuchanie uszami jest dla mięczaków], który wywrócił ją z równowagi. [aż fiknęła i nakryła się nogami, Element Komiczny, haha] Potem poczuła stal na swoim gardle.
-Ja... Nic nie chciałam zrobić- powiedziała Mittchel broniąc się.
Jak małe dziecko. A rączki mam tutaj!
I w ogóle nigdy nie grzebałam mieczem w kupie liści!
Ani żadnej innej kupie!

-Skąd masz ten miecz?- zapytała kobieta za nią szepcząc do jej ucha.
-Znalazłam go na skarpię- skłamała szybko.
Taaa, bardzo wiarygodne. Miecze rosną na skarpach. Trochę jak szparagi, tylko że szparagi rosną w wałach.
Nie no. Strach na trawie usiąść, żeby sobie mieczem tyłka nie pokroić.
A jak będzie rósł rękojeścią do góry?

-Co robisz w tym lesie?- pytał głos.
-Ja mieszkałam tu z kuzynką, ale kiedy ona zgineła...
-W lesie? Mieszkałyście?- zdziwiła się zaciskajac zęby.
A skąd Mitchell, która jest w tym momencie pełni funkcję narratora, wie, że osoba stojąca za jej plecami zacisnęła zęby?
Zgrzyt echem poszedł, ot co!

-Tak, ale nasz dom spalił się w pożarze, a ona zginęła- wytłumaczyła się zmyślając automatycznie jak jakiś robot. Ale nie była robotem. Nie była też człowiekiem, a była zmutowanym wampirem.
Wampirem też nie była. Była Mrocznym Pomiotem Ałtoreczkowej Wyobraźni.
Zmutowanym. To słowo - klucz, słowo - wytrych.

W głowie napastniczki ukazały się resztki domu, gdzie niedawno była. A więc nie kłamie- pomyślała zabierając miecz od szyi dziewczyny. Mittchel spokojnie odwróciła sie z lekkim uśmiechem.
-Dziękuje, że mnie zrozumiałaś- powiedziała cicho.
-Widziałam w pobliżu dom, nie kłamałaś- wywnioskowała.
W pobliżu??? To ona od paru dni idzie przez las, a wciąż jest w pobliżu???
Straciła poczucie kierunku i kręci się w kółko.

Mittchel spojrzała na brunetkę z kominiarką na twarzy i z pomalowanymi na czarno oczami i białymi soczewkami. Były takie zimne, straszne.
Te soczewki?
Mam wrażenie, że po tęczówkach, źrenicach i spojówkach jako synonimach oczu, nadchodzi czas na soczewki.

-Nie mogę się pogodzić ze śmiercią siostry...- spanikowala udając Mittchel.
O, pojawiła się jakaś panna, która udaje Mittchel, w dodatku panikując.

Skoro grała na zwłokę, postanowiła to ciągnął.
Kto ciągnął? To teraz jest tam jeszcze jakiś facet?
Miecio ze Skarpy.

-Spokojnie, każda siostra jest okropna- uśmiechnęła się lekko ściągając kominiarkę.
Aha, i dlatego nie ma się co przejmować jej śmiercią.

Mittchel spojrzała na jej miłą twarz, smukłą, lecz ciemną i zimną. Poczula dreszcze na swojej skórze.
Raczej nie da się poczuć dreszczy na nie swojej skórze. A smukła, ciemna i zimna nie są antonimami, więc łączenie ich spójnikiem “lecz” jest bez sensu.

-Mam na imię Evangelina, a ty?- zapytała brunetka spoglądajac na nią.
-Mittchel. Mittchel Lock- skłała nawiskiem.
Skłuła nawiaskiem? Skakała nad zwiskiem? Skalała wyzwiskiem?
Udawała kumkanie żaby i dziamkała “kła kła” nad nawiskiem. Takim małym nawisem...

Czuła, że Evangelina jest złym człowiekiem. Chodź (choć) na jej twarzy malował się magicznymi pędzlami uśmiech, to Mittchel nie darzyła ją (jej) wiekszą sympatią.
Gdyż na jej czole magicznym markerem nakreślono złowrogo ściągnięte brwi.

                                                                ***
-Nie pozwolę na to! Nie znowu nie to! Zostaw mnie potworze!- krzyczała Samantha wyrywając się. Była przywiązana do krzesła. Obudził ją zimny strumień wody. Ktoś ochlapał ją wodą.
Chlusnął na nią wodą. Oblał ją wodą. Ochlapać to sobie można biust, kiedy się myje naczynia.

Otworzyła lekko oczy i dopiero wszystko zobaczyła. Na pierwszym planie ujrzała mężczyznę. Znała go juz. To wilkołak, który porwał ją z chatki naj jeziorem.
-Coś ci się śniło, kochanie?- zapytał z lekkim uśmiechem spoglądając na nią. Samantha rozejrzała się w okół, wydawało się, że jest w zwyczajnym pokoju.
Nie takim znowu zwyczajnym, skoro znajduje się w nim wiejska zagroda.

-Braian wypuść mnie już- szepnęła pod nosem- Dość wycierpiałam, a wiem, że mnie nie chcecie. Więc co jest? Czyżby wspaniały pomysł Władcy Złego Królestwa Wampirów?- spojrzała na niego kpiąco- Słuchacie sie go? Wy, silni wilkołacy.
Aleśmy to jacy tacy
silni wilkołacy!
Przyznajemy z bólem:
wampir naszym królem!

Wilkołaki, wywijając siarczystego krakowiaka, rozważają dlaczego już nie są żywotne, męskie i nieosobowe, jak były do tej pory.

Myślisz, że przestraszą mnie twoje manipulację?
W pierwszych dwóch zdaniach skamle, by potem zgrywać twardzielkę. Niezbyt to pasuje do potężnej, starej wampirzycy. Nie lepiej było stworzyć postać, w której sposób myślenia łatwiej się wczuć? Młodej, niedoświadczonej, trochę naiwnej? Ale nieee, aŁtoreczki po prostu MUSZĄ tworzyć potężne, wypasione Mary Sue, które nawet mając kilkaset lat zachowują się jak gimnazjalistki.

Ten tylko prychnął śmiechem.
-Widzę, że wiekszą część już rozgryzłaś. A jakby mogło być inaczej? Ty wielki wampir! Jeden z najstarszych! Wiadome.
To była ironia, prawda?

-Mam dość słuchania ciebie, lepiej proszę powiedz mi jak sprawiasz, że ja śnię? Jak mną manipulujesz?- zapytała spoglądajac na niego próbujac rozwiązać węzeł, którym były zawiązane jej ręcę.
Mam dość słuchania ciebie, ale powiedz coś jeszcze. Aha.
Zwłaszcza, że ta wiedza będzie jej potrzebna jak zającowi dzwonek.

Samantha nie wiedziała, że wilkołaki są aż tak słabe. Nie potrafią jej nawet przypilnować, tylko gadają jak najętę. Mogłam wcześniej o tym pomyśleć, aby zagadać wilkolaka- pomyślała z uśmiechem na ustach uciekająca Samantha.
Znaczy co, osłabł od tego gadania i zemdlał?
*cicho i nieśmiało* Ale jak mówiłam o “zagadaniu na śmierć”, to żartowałam...

Chwila. Przsystanęła. Czy wilkołakio byłyby tak głupie?
Wilkołakio...
To Pinokio po przemianie w likantropa.

Może to zasadzka?- pytala w myślach. Zacisnęła pięść. Cos tu nie grało. Nikt jej nie gonił, a ona sama stała pośrodku nieznanego jej lasu.
A po co gonić coś, co stoi? Swoją drogą potęga jej intelektu nie pozwala robić dwóch rzeczy jednocześnie,  więc żeby pomyśleć musi bidula stanąć, bo działają jej albo szare komórki, albo nogi.

-Chyba za mocno wierzyłam, że wilkołaki są mądre- uśmiechnęł się pod nosem i pobiegła dalej. Była taka szybka. Odrazu było można poznać jej wampirze zdolności.
Z tego wynika, że cała jej wielka potęga ogranicza się do szybkiego biegania. Szewińska była wampirem.

Zmęczona biegnięciem zacisnęła zęby i przymknęła oczy. Nagle walnęła w coś. Nawet tego nie zauważyła zamyślona.
Wyobraźcie to sobie: zostaliście porwani, wydostaliście się, uciekacie. Bylibyście w tej sytuacji zdolni do popadania w tak głębokie zamyślenie, by zaryć nosem w pionową przeszkodę???
I niczego nie zauważyć? Nie, tego nawet Disney nie wymyślił...
Cóż, gdyby po drodze miała strome urwisko, zapewne przebiegłaby jeszcze parę metrów w powietrzu, stanęła, rozejrzała się i spadła dopiero potem.

Przed nią stała ogromna brama prowadząca do wyjścia z lasu.
A to co, Tatrzański Park Narodowy? Bilety sprzedają?
Nie, ja już wiem, gdzie to jest. Pod Krzeszowicami!

A w okól (o, znowu zagroda!) niej był płot druciany, tak wysoki, że nawet wampir by się nie wydostał. Usłyszała za plecami klaskanie.
...i coś tam klaszcze za borem.
Pewnie mnie czeka wilkołak miły
pod umówionym jaworem...

-Myślałaś, że jesteśmy, aż tak słabi?- spojrzał na nią mężczyzna w brązowych włosach.
Popatrz, jacy jesteśmy silni! Płot zbudowaliśmy, o!
A teraz jesteśmy we włosach.
Nooo, w sumie w przypadku wilkołaka...

-Braian- szepnęła- Gdzie ja jestem?!
-W rezerwacie wilkołaków. Nazywamy to Plemieniem Wilkołaków.
[soczysty facepalm]

-Jestem w samym sercu plemienia?- odwrociła się w jego stronę z niedowierzeniem.
Dziś w sercu plemienia, jutro w sercu narodu!
U wrót będących wyjściem z lasu?

- Nikt  z wampirów nigdy tu się nie dostał.
-Dostał. -uśmiechnął się lekko- Melaenie.

                                                         ***
Siedząca na brzegu Mittchel wrzucała kamienie do rzeki.
-Wciąż się smucisz- usłyszała za sobą głos nowo poznanej dziewczyny.
-Kochałam ją- szepnęła Mittchel wstając i spoglądając na dziewczyne.
Słowo “kochać” jest w tym tekście strasznie nadużywane.

-Chyba musimy już iść. Pomogę ci odnaleźć brata- powiedziała Evangelina lekko się uśmiechając i wsadzając sztylet do pochwy.
-Tak, po tym jak... Porwano go i zabito moją siostrę, nie wiem jak dłużej będę żyła- udawała wciąż kłamiąc i kłamiać. Wymyśliła całą histryjkę, ktorą wcisnęła do głowy Evangeliny. Śmierć jej rodziców, choć tak naprawdę czekają na nią zmartwieni w domu, zabitą siostrę, którą niby jest Smantha, którą porwali [porwały] wilkołaki. A teraz zmyśliła brata, który został porwany przez gwałcicieli i morderców.
Tyle tego nazmyślała, że nawet aŁtoreczka się pogubiła. Bo wiecie, ja pamiętam, że w opisie postaci było coś o jakiejś sierotce, którą się opiekowała niania. A tu proszę, rodzice zmartwychwstali i czekają w domu, zamartwiając się, że córkę wil(koła)cy zjedli.

Co miala jej powiedzieć? Moja przyjaciółka została porwana przez wilkołaków?.
*Po raz kolejny poprawia i czuje, że traci cierpliwość: “porwana przez wilkołaki”.*

-Spokojnie. Znajdziemy go. Zobaczysz- uśmiechała się wystawiajac białe zęby. Mittchel zacisnęła dolną wargę próbując się uśmiechnąć.
Osobliwa technika. Większość ludzi unosi kąciki ust.

-Wiem, że mogę ci ufać. Moja siostra bardzo chciałaby, abym z kimś się zaprzyjaźniła.
-A więc już to zrobiłaś.
Mittchel z łatwością mogłaby zabić Evangelinę, ale po co? Może jej sie jeszcze przydać.
To bardzo rozsądnie, że się dziewczyna troszczy o zabranie prowiantu.

(Z pamiętnika Mittchel)
Coś było nie tak. Ta wczorajsza noc. Ta szybkość Evangeliny, to wszystko. No i te (to) światło. Jak może istnieć tak coś pięknego, niezwykłego? Pamiętam, że mnie przyciągało, ale teraz gdy siedzę na gałęzi wysokiego drzewa
Już nie picie krwi, spanie w trumnie, długie zęby, ożywanie po zmroku i tede, ale siedzenie na drzewie stało się cechą dystynktywną wampirów.
Edek. To wszystko przez Edka.

dopatruję się ptaków. Pięknych, dzikich latających po niebie.
Do tego miejsca tekst faktycznie wygląda jak pamiętnik. Potem przestaje. Pewnie te dzikie ptaki porwały dziewczynie memuar.

-Mittchel!- usłyszałam po chwili przeraźliwy wrzask Evangeliny. Szybko zerwałam się na równe nogi i (spadłam z drzewa) pobiegłam w stronę naszego obozu. Obudziłam się wcześniej, nie mogłam spać i przyszłam pomyśleć. Gdy dobiegłam zobaczyłam ją związaną do drzewa z przepaską na buzi.
To nie było drzewo tylko Ent. Drzewa nie miewają buź.

-Evangelina... Kto ci to zrobił?- zapytałam podchodząc do niej bliżej. Zerwałam przepaskę, którą miała na ustach, by mogła mi odpowiedzieć.
-To pułapka- odpowiedziała szybko. Odwróciłam się i ujrzałam mężczyznę.
… który pokładał się ze śmiechu, widząc tak “rozsądne” zachowanie.

-Miło widzieć. Evangelina dużo mi o tobie mówiła- uśmiechnął się w moją stronę przeszywając badawczym spojrzeniem.
-Kim jesteś?- zapytałam nagle wyciągając miecz z pochwy i wystawiają go.
Dziecko, gdyby chciał cię zabić, to dawno by to zrobił...

-Zwą mnie Miles- uśmiechnął się. Miles? Miles? Znałam to imię i czułam przy nim spokój, ale jego uśmiech. Był taki... pociągający. Chlopak zaśmiał się.
-Żałosne- powiedział. Zupełnie jakby czytał mi w myślach.
Ha, zupełnie jakby czytał także w moich w myślach!

-Zostaw nas w spokoju!- rzuciłam w niego nożykiem, lecz ten zrobił szybki unik odsuwając się.
Z nożykiem. Miecz skurczył się ze wstydu.

[BoChaterka dostaje czymś twardym w główkę i traci przytomność. Następnie, pod hasłem “Z pamiętnika Evangeliny”, dostajemy retrospekcję, w której zła pogromczyni wampirów knuje z Milesem. W kolejnym rozdziale Mittchel budzi się nad rzeką i nie wie, co jest grane.]

Z bolącą głową wyszła z lasu i skierowała się ku swojemu domu (Domowi, na litość!).
Wiedziała, że czeka na nią ukochany ojciec. Mamy nie miała, zginęła w wypadku samochodowym gdy Mittchel miała pięć lat.
Przypominam, że na początku dowiedzieliśmy się, że Mitchell mieszka tylko z nianią, którą to nianię zabija po przemianie w wampira i ze strachu ukrywa się w lesie. Gdzie się podziało to wszystko, a zwłaszcza niania?
Zmutowane pijawki ją wtranżoliły.

Otworzyła drzwi do domu. Były otwartę.
-Mittchel!- usłyszała radosny krzyk ojca, który przytulił ją. Nie okazywała uczuć. Spojrzała na niego. Była taka nieżywa. W sumię to jest teraz wampirem i musi...
… być nieżywa. Logiczne.

Przypomniało jej się.
-Musze znaleźć Samanthę- powiedziała do ojca stojącego obok niej.
-Samantha nie żyję kotku. Nie wiedziałaś?- spojrzał na nią zdziwiony.
-N-nie żyję?!- krzyknęła na cały dom. Był on ogromny, ale i pusty.
- Nie żyje? - zdziwili się analizatorzy. - A to dlaczego?

-Kochanie. Dostaliśmy wiadomość. Myślałem, że uciekłaś kilkanaście dni temu z domu, bo się załamałaś- powiedziała przytulając ją mocno- Ale jesteś. Cała i chyba zdrowa.
Co do jej zdrowia, słowo “chyba” jest wyjątkowo dobrze użyte. Mittchel jest wszak martwa, brak tętna wyczuje nawet dyletant.
Tyle że aŁtorka cały czas o tym zapomina.

-Tak jestem. Muszę iść do pokoju tato. - powiedziałą i ruszyła w stronę białych drzwi z napisem "Pokój Mitch nie wchodzić!". Weszła do środka. Poznała wszystko. Różow ściany, a w szafie najładniejsze ubrania. Chciała ich się pozbyć. Zaczęła z płaczem wyrzucać kolejno rzędy drogocennych ubrań.
Na podłogę poleciały safiany i złotogłowia, jedwabie i adamaszki. Perły potoczyły się po deskach, lądując przed ryjami głodnych wieprzów.

Zostawiła tylko szare dresy na koncu szafy, które pozostawiła kiedyś na samym dnie. Lezała na nich kartka z napisem "Mittchel jak to odczytasz w przyszłości to nie waż się ich ubrać!".
Mroczne Dresy Przeznaczenia?

[Następnego ranka ojciec przypomina Mittchel, że musi iść do szkoły, choćby po to, żeby przywitać się z przyjaciółmi]

-Ja nie mam przyjaciół!- wytknęła się palcem
Wytykać palcem można kogoś, żeby zawstydzić go czy ośmieszyć, ale wytykać samą siebie? Po co?
Żeby samą siebie zawstydzić bądź ośmieszyć?

- Czy ty kiedyś interesowałeś się mną, kurwa! Nie, bo jesteś skurwysynem!- zaczęła krzyczeć, a ręką zwaliła tacę ze śniadaniem- Po co mi to!? Hm??? Te lata w którym cię kurwa nie było bo byłeś z jakąś inną dupą odpłacasz mi francuskimi rogalikami!?
O, jaki śliczny atak histerii! Kiedyś takie coś się leczyło strzałem w papę, ale teraz nie wolno.
Emmm, czy gdzieś tam powyżej nie było “czeka na nią ukochany ojciec”?

-Mittchel! Ja tez chcę normalnie żyć!
-No to wypierdalaj bo moje życie nie jest normalne i ty nie masz w nim miejsca! - wypchała go z wielką silą z pokoju rzucając tacą ze śniadaniem.
Wypierdalaj, tatusiu, ale nie zapomnij zostawić pieniędzy. Gówniara.
*Rozgląda się bezradnie* - Co to miało być? Element Komiczny?
Byłoby niezłe jako opis histerii, tylko przydałoby się najpierw zaznaczyć, że boChaterce puściły nerwy.
Jak Wy nic nie rozumiecie. Przecież oczywiste, że ten popis bucery miał być sygnałem “Oto wracam nowa, odmieniona i nic już nie będzie takie samo”.

Zamknęła szybko drzwi na klucz. Oddychała szybko. Była taka naładowana agresją. Chciała coś rozwalić. Zrzuciła laptopa, który stał na biurku i walnęła nim o ziemię. Walnęła pięścią w drzwi, a potem osunęla się na nich z płaczem.
-Mamo! Oddaj mi ją. Oddaj mi moją Samanthę!
Dobra, ludziska, od dawna mi się to ciśnie na klawiaturę - bohaterka ma coś nie tak z głową. I nie mam tu na myśli wybiórczej amnezji.
To kto w końcu porwał Samanthę: wilkołaki, wampiry, zmarła matka Mittchel? Latający Potwór Spaghetti?

Miałam być grzeczną i dawną dziewczynką jego zdaniem? Zawsze pilną, inteligentną i z dobrymi ocenami z każdego przedmiotu, tak?
Ależ owszem. Dlaczego te nastoletnie buntowniczki nie potrafią pojąć, że - od kiedy dzieci wysyła się do szkół zamiast do pracy - rodzice mają pełne prawo tego właśnie oczekiwać?
No właśnie. Sto lat temu oczekiwaliby, że grzecznie przyniesie dniówkę z fabryki.

Ja się zmieniłam i nie mogę już tak w pełni zaspakajać potrzeb mojego ojca.
Brzmi to jakoś... dwuznacznie.
Dwu? Całkowicie jednoznacznie!

Jestem wampirem i pozostaje mi całe życie przed sobą. Minęly dwa tygodnie tego życia. Przyzwyczaiłam się do krwii i w ogólę. Teraz wróciłam do domu. Zauważyłam bliznę na głowie. Dlatego ona mnie tak bardzo bolała. Co się do cholery w ogóle stało?
Hmmm, zostałaś wampirem. To się właśnie stało.
Bliznę? A może zaatakował ją Voldek?

Nie pamiętałam tych całych dwoch tygodni, ale tata powiedział mi, że tyle mnie nie było. A teraz powrót do szkoły. Eh. Ciężko będzie. Zobaczyć te dwie blondyneczki i inne znane twarze. Racheal i Josephin. One były tego dnia gdy zabiłam Samanthę. Dlatego wszyscy myślą, że ona nie żyję.
Mocno musiała oberwać w głowę, skoro jej się wszystko do tego stopnia pomieszało. A może to aŁtoreczka zapomniała, co napisała na początku opka?
Najwyraźniej. Przecież, na Bora, to Mittchel utopiła się na oczach koleżanek!

One na pewno najpierw wymyślały jakieś wymówki, a potem przyznały, że Sam nie żyję. Ale ona przecież nigdy nie żyła. Zawsze była martwą wampirzycą. Tak szczerze, to przypomniało mi się, że o jej wampirzym życiu. Jej przeszłości nie słyszałam.
Na litość, niech się już aŁtoreczka zdecyduje, co bohaterka pamięta, a czego nie, bo mąci straszliwie.
Mieszkając w lesie, najadła się grzybków i tak się jej porobiło.
Aaaa, to dlatego próbuje “usłyszeć” przeszłość?

Przypomniała mi się kartka, którą miałam w spodniach. "Tak jak ta woda, która zmienia kolor tak ja zawsze będę z tobą." i podpis "Melanie i Samantha". Długo myślałam kto to jest Melanie i nie mogłam nic wymyślić.
[Wraca do spisu postaci na początku opka] Podpowiedziałabym ci, ale niestety, tam też jej nie ma.

Nastał ranek. Kolejny dzień.
Słoneczko świeciło sobie w najlepsze, a wampirowi nawet skóra z nosa nie zlazła...
Znowu zgubny wpływ tFurczości pani Meyer, fuj!

Tego dnia miałam iść do szkoły. Westchnęłam wstając z miekkiej pościeli. Chciałam położyć się jeszcze na niej i zasnąć spokojnie. Żeby to całe życie mnie ominęło. Abym przez wieczność tylko spała i myślała. O Samanthcie. Co ona teraz robi? Co się z nią dzieję?
Idź się zabij, rozdyźdane emo.

(Z pamiętnika Samanthy)
Ekskjuzmi, czy prowadzenie pamiętnika to jakiś ustawowy obowiązek każdego wampira?

Każdy mój dzień był spokojniejszy.
Coraz bardziej i bardziej... aż zapanował spokój wieczny.

Mieszłam w normalnym pokoju i zaczynało mi się tu podobać. Codziennie rano przez małe okienko z kratkami wlatywały ciepłe promienie słońca. Gładziły moją twarz. Nie byłam tu więźniem, a kimś większym.
W sensie gabarytów?
Promienie słońca gładzące twarz wampirzycy, cóż za wyrafinowana tortura!

Byłam gościem wilkołaków. Dobrze traktowanym i zawsze witano mnie z uśmiechem.
Uśmiech wilkołaka, całą paszczą, to musi być imponujący widok.
Taki krzepiący, pełen ciepła.

Minął tydzień, a ja czuję, że jestem naprawdę szczęśliwa.
Jest gościem, a te kraty to tak dla zmyły. Solidnie wyprali jej mózg.

Wstałam z łóżka i weszłam do łazienki, szybko chodząc pod prysznic. Ogarnęło mnie ciepło, które wpływało na moją jasną skórę. Pomyślałam o Mittchel. Zakręciłam wodę pośpiesznie i przyłożyłam głowę do zimniejszego kafelka na ścianie. Zostało jej mało czasu. Tydzień i miesiąc, a ja nie mogę dzielić z nią tych ostatnich chwil na świecie.
I dlatego, zamiast szukać sposobu na jej uratowanie, napawam się błogim spokojem w niewoli.

Najgorsze było to, że ona nie wiedziała jak mało czasu jej zostało. Zapewne myśli, ze ma jeszcze wieczność.
Z jej punktu widzenia to chyba nie jest “najgorsze”, a wręcz przeciwnie.

(Z pamiętnika Mittchel)
Wysiadłam z samochodu. Kiedy zobaczyłam stare mury liceum nie mogłam uwierzyć, że nic się tu nie zmieniło. Ten sam zapach wiatru, który zawsze witał mnie rano.
Uśmiechnęłam się lekko zamykając samochód na klucz. Ruszyłam w stronę wejścia, pociągnęłam za drzwi i weszłam do środka. Tłumy wlepionych we mnie oczu penetrowały mój każdy ruch, każdy najmniejszy oddech, jaki robiłam.
Już nic nie mówię o oddychaniu, nic nie mówię... Tylko sobie wizualizuję te tłumy oczu.
Przypominam, że Mittchel po przemianie wyglądała dość groteskowo: sina, popękana skóra, wystające żyły... Też byś się gapiła.
Najwyraźniej jej przeszło, skoro nawet rodzony ojciec nie powiedział nic na temat jej wyglądu.

Wszystko. Pamiętałam wszystkich. Przy szafkach stały plotkujące Racheal i Josephin. Dalej stał Brandon, który wyjmował napój z automatu. Wszystko po staremu. A ja kujonka jak zwykle mogę wyciągnąć książkę, iść do biblioteki i się pouczyć. Ale tego nie zrobiłam. Stanęłam przy blondynkach i powiedziałam:
-To moja szafka.
-Nie wiedziałam o tym, jaśnie pani- odpowiedziała Josephin ze śmiechem. Wiedziałam, że nie jest moja, ale jestem teraz wampirem i mogę pozwolić sobie na wszystko.
-A co ty wiesz?- odpowiedziałam z szerokim uśmiechem na ustach.
-Wiem tyle, że to ty zabiłaś Samanthę. I co... Chcesz, żebym o tym wszystkim powiedziała, hm?
Bohaterka może mieć amnezję, ale te dwie powinny pamiętać, że Mittchel nikogo nie zabiła, bo wpadła do wody ZANIM zdążyła zrobić cokolwiek poza pomachaniem scyzorykiem.
Te dwie, nie zapominaj, są GUPIMI, PUSTYMI PLASTIKAMI. Nie wymagaj, żeby coś pamiętały.

Nie zależało mi na tym. Powie czy nie. Nic mnie już nie zbawi.
I właśnie dlatego nie należy tworzyć Potomków z nastolatków. Nie myślą perspektywicznie, nie planują z wyprzedzeniem, działają pod wpływem impulsu i stanowią zagrożenie dla gatunku!

-Ou... Widzisz jak bardzo się tym przejmuję?- pokazałam palcem na swoją uśmiechniętą twarz,
O tu. Tu się patrz! Tu!

choć gdy wspominała o Samanthcie robiło mi się smutno i źle.
-Aż szkoda z tobą rozmawiać- przerwała Racheal-Idziemy Josephin.
Tyle ich widziałam. I dobrze, bo nie zamierzałam być pośmiewiskiem teraz. Żądze tą szkołą. Wszystkimi uczniami i nauczycielami.
Tam, gdzie rządzą moje żądze
Tam, niestety, ja nie rządzę.
(Jan Sztaudynger)


I już. Nie dowiemy się, czy Mittchel uratuje Samanthę ani co stanie się z Królestwami Wampirów, nie spotkamy też Elżbiety Batory, Izy Koksiary z Nabrzeża ani Carlosa Camemberta. W tym miejscu opko się urywa... Mnie zastanawia jedno - czy całe zamieszanie potrzebne było po to tylko, aby dojść do wniosku, że wszyscy w szkole powinni jej słuchać?

Z serca rezerwatu analizatorów pozdrawiają: Sineira falująca piersią, Kura z koszem grzybków-halucypków, Jasza ze składaną ręcą w ręce i Maskotek szeleszczący w kupie liści.
                           

29 komentarzy:

Dzidka pisze...

Zostawiłyście Obrażonej AŁtoreczce informację o drugiej części analizy? Ona się tak fajnie wścieka :D

Anonimowy pisze...

"Mittchel zaczęła oblewać chatkę z drewna. Gdy skończyła usiadła sobie spokojnie nad wodą i zaczęła sobie coś podśpiewywać" - przypomina mi to scenę, w której wiedźmin nieświadom zbliżającej się tragedii odlewa się w ogródku (zamiast jak człowiek lać do doniczki), a w tle rozpoczyna się awantura na Thanned.

"Wilkołakio" mnie zniszczył. To chyba stwór do pary z Wampirą.

http://en.wikipedia.org/wiki/Maila_Nurmi

A co do uporczywej sugestii, że wilkołaki to w istocie "ci wilkołakowie", wydaje mi się to próbą nadania tym istotom powagi w stylu tolkienowskim, tzn. "ci elfowie" zamiast "te elfy". Chociaż być może podejrzewam autorkę o obszar inspiracji, którego nigdy nie zwiedziła.

I dlaczego w tym opku roi się od błędów gramatycznych, które przypominają mi, że jutro mam egzamin z gramatyki opisowej...? To chyba znak z nieba, że powinnam się uczyć, a nie czytać o "wampirach z wody" - btw. ta konstrukcja zawsze kojarzyła mi się tylko z "ziemniakami z wody".

Moje hasło to "dravo". Zatem dravo, dravo! Piękna analiza! Pozdrawiam serdecznie!

Reverentia

Goma pisze...

Samantha uczy Mittchel wszystkich postawowych umiejętności wampirów takich jak lewitacja nad różnymi przedmiotami.
Tłumaczy jej, czym lewitacja nad taboretem różni się od lewitacji nad talerzem pełnym gorącej zupy.

Była taka nieżywa. W sumię to jest teraz wampirem i musi...
… być nieżywa. Logiczne.

Sineiro, ogłaszam uroczyście, że już zbieram materiały na ołtarzyk, żeby uczcić to w jakim stylu dzisiejsza analiza naprawiła mi humor. Zresztą wszyscy byli genialni, a opko zadziwiające.
Chociaż muszę przyznać, że było tu trochę fabuły i zwrotów akcji (że bez sensu, to już inna sprawa), co faktycznie rokuje na przyszłość. Szkoda, że AŁtorka nie wykazuje zainteresowania wyciągnięciem jakiejś nauki z tego doświadczenia.
Pozdrawiam!

Anonimowy pisze...

"Kim on jest? To ciepło przeszywało mnie całą, ja go kocham- pomyślała Mittchel spoglądając na mężczyznę.
Też mam taki przypływ uczuć, jak jesienią włączę kaloryfer."

MISTRZOSTWO!!!
Umarłam :D

SStefania pisze...

Ta część lepsza od poprzedniej - głównie dlatego, że tutaj jest mniej opisów, a więcej czystego idiotyzmu, egzaltacji i zwykłych błędów. To opko jest tak sympatycznie głupiutkie, że gdyby aŁtoreczka nie pokazała się pod pierwszą częścią od najgorszej strony, chciałoby się ją pogłaskać.
Straszna szkoda, że urwane tak szybko, bo na dobrą sprawę dopiero się przecież zaczynało...

Anonimowy pisze...

Bezszczeszczenie wampirów w popkulturze - już widzę ten wylew prac dyplomowych na ten temat. To opko jest okropne, durne, nudne, bezsensowne, chwała Borowi, że się szybko kończy. Jak zwykle bez cudnych przerywników w postaci komentarzy zapewne nie dałabym rady dobrnąc do końca. A poprzednią częsc musiałam brac na dwa razy, w jednym ciągu nie dałam rady.
Pozdrawiam załogę Armady i dziękuję za uprzyjemnienie mi kolejnego piątkowego poranka :D
Mam też pytanie branżowe poniekąd- czy znacie jakieś nie-polskojęzyczne analizatornie?
Pozdrawiam
Lobo

Sineira pisze...

Łiii, ołtarzyk będę miała, juppi!!!

Pigmejka pisze...

Jeju, jakie to opko kwikaśne! Jeju, jaka Wasza analiza cudowna!!! :D Tym cudowniejsza, że czytana pomiędzy Cassirerem a Spenglerem - dodała mi więcej sił i energii niż kawa! Może wzmocniona nią, znajdę nawet siły na przebrnięcie przez Lyotarda? :))

Anonimowy pisze...

Co w tym jest pouczającego?
Durne analizy nie nauczą mnie NICZEGO.
"Kim on jest? To ciepło przeszywało mnie całą, ja go kocham- pomyślała Mittchel spoglądając na mężczyznę.
Też mam taki przypływ uczuć, jak jesienią włączę kaloryfer."
To jest analiza czy pochwalenie się swoim działającym kaloryferem?
Mittchel

Anonimowy pisze...

Miłosc od pierwszego przeszycia? Dwuznaczne :D
Buziaki
Lobo

Anonimowy pisze...

"Co w tym jest pouczającego?
Durne analizy nie nauczą mnie NICZEGO."
W takim razie najwyraźniej jesteś wyjątkowo odporna na wiedzę. Wprawdzie żaden z moich dawnych tworków nie trafił pod nuż analizatorni ale to właśnie dzięki nim zauważyłam że popełniam omyłki czysto opkowe. Moi dawni czytelnicy nie potrafili nazwać błędów jakie popełniam, dokładnie wskazać co powinnam poprawić a sama często nie potrafiłam do tego dojść. Analiza jest jak kopniak w tyłek i wskazanie palcem "o, tu masz źle", czyli jak dla mnie rzecz bardziej przydatna młodym twórcom niż głaskanie po głowie. Oczywiście tylko wtedy gdy autor na to zasługuję . Jednak do krytyki trzeba dorosnąć, nauczyć się podchodzić z dystansem do własnych pomysłów i dzieł. Większości przychodzi to z wiekiem, choć nie zawsze.
Koyomi

jasza pisze...

@Mittchel

> Co w tym jest pouczającego?
Durne analizy nie nauczą mnie NICZEGO.

*****

W takim razie siądź nad podręcznikiem i naucz się gramatyki. Weź się solidnie za deklinację i składnię, popracuj nad odmianą rzeczowników, bo mocno kuleje. Naucz się pisać poprawne zdania, potem popracuj nad związkami przyczynowo-skutkowymi. I nie nadymaj się zanadto, bo
tu litościwie wytknięto Ci tylko niewielką część błędów, jakie sadzisz.

*****

Hasło: graalot - coś jak szukanie Graala.

Anonimowy pisze...

O tak! Kanon 100% :D Nielogiczne, niepoprawne gramatycznie i ortograficznie opko właściwe z uroczym dodatkiem jakim jest oburzona aŁtoreczka. Moje serce pieje z zachwytu! Ach, załogo WAAZONa... co ja bym bez Was robiła w te wszystkie nudne czwartkowe (tak, wiem, że dziś jest piątek, w zasadzie to już nawet sobota) wieczory? Co do trzymania miecza za ostrze i fruwających paluszków to takie niewinne skojarzenie mam z Elfen Lied. Sasasa!
Pozdrawiam
Aartz

Sineira pisze...

> Co w tym jest pouczającego?
Durne analizy nie nauczą mnie NICZEGO.

Dziecko, odnosiłam się do Ciebie z maksimum życzliwości. Widzę, że nie było warto. Jesteś nadętą smarkulą, z każdym wpisem pogrążasz się jeszcze bardziej.
Analizy mają być pouczające i zabawne, już Ci to raz tłumaczyłam. Nie zrozumiałaś? Nie, bo Ty niczego nie chcesz zrozumieć, interesuje Cię tylko tupanie nóżką i dąsy.
Z pisaniem, podobnie jak z każdym innym rodzajem pracy twórczej, jest tak, że 10% to talent, a 90% - ciężka praca. Ty najwyraźniej chcesz zmarnować tę iskrę, która się w Tobie tli. Marnuj, wolna wola. Jesteś uparta jak koza, nawet gdyby wszystkie Twoje błędy wylazły z tekstu i zasadziły Ci kopa w zadek i tak byś udawała, że ich nie widzisz.
Rany, moje pięcioletnie dziecko ma więcej samokrytycyzmu niż Ty!

Anonimowy pisze...

Po co być zabawnym? Albo trzeba być zabawnym, albo pouczającym. Jesteście przykładem, że nie da się tego zjednolicić w całość.
Mittchel

Anonimowy pisze...

Wprost przeciwnie- naukowo potwierdzono skutecznosc nauki przez zabawę.
"Zjednolicic" :D

Droga Załogo Armady, naprawdę potrzebuje odpowiedzi na pytanie czy istnieją niepolskojęzyczne analizatornie, czy też to tylko polski trend, w co aż mi się nie chce wierzyc. Serio, serio.
Znowuż pozdrawiam
Lobo

Murazor pisze...

Mnie nic o niepolskich analizatorniach nie wiadomo, co wszakże nie znaczy, że nie istnieją.

*

Przy bieżącej analizie miałem kilka szczerych wybuchów śmiechu, największy przy: "Tu byłem. Kononowicz."

Anonimowy pisze...

Tak, zdecydowanie Kononowicz był świetny. Chociaż moim osobistym cytatem analizy jest "Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać!". Kocham to!

Zresztą cała analiza jest cudownie zabawna;)

pozdrawiam
zaraza

Anonimowy pisze...

A Ty, słodki aniele, jesteś żywym dowodem na to, że nauka "na poważnie" też nie przynosi skutków. No, przynajmniej nauka języka ojczystego.

Sine, ja oglądam to opko z jednej strony, oglądam z drugiej, zestawiam w duchu założenia i... Proszę, pokaż mi palcem, gdzie tu jest ten potencjał. Bo nie widzę, brak prawdopodobieństwa i rozłażący się świat mi zasłaniają.

Hasz


Hasło: pressene. Zmutowane, egzotyczne, elficko-wampirycko-druidyczne "proszę".

Adwokat pisze...

Haj, ale milutka analiza z całym stadem genialnych tekstów, ale nie chciało mi się spisywać ;). Opko tak pokręcone, że skończyłam z zawrotami głowy i silnym przekonaniem, że Sam i Mitchell to lesbijki i że każda z nich ma co najmniej po trzy wcielenia.
Do aŁtoreczki: Wręcz przeciwnie, akurat analizatornia świetnie bawi i jednocześnie poprawia, lepiej niż cokolwiek innego, z tego co wiem.
A szkoda, bo faktycznie pachnie jakimś talentem.
Analizatorów pozdrawiam i dziękuję za miły wieczór ;D.

Lolita pisze...

Hej! Uwielbiam wasze analizy, a ta najbardziej mi się podoba, sama nie wiem. aŁtoreczka na swój sposób pisze dobrze. Jeżeli dłużej będzie tak pisać, tym więcej będzie do analizowania.
Przy Kononowiczu odpadłam. Kiedy następna część tego opowiadania?
A no i zapraszam do mnie
www.my-lolita-life.blogspot.com

Anonimowy pisze...

Ja napisane jest pod analizą: "W tym miejscu opko się urywa...".
Tak więc jeśli aŁtoreczka nie napisze ciągu dalszego kolejne części się nie pojawią. Chyba że ekipa Armady sama postanowi spisać dalsze losy bohaterek.
Koyomi

Anonimowy pisze...

"Po co być zabawnym? Albo trzeba być zabawnym, albo pouczającym. Jesteście przykładem, że nie da się tego zjednolicić w całość."
Muhahaha... A właśnie, że im się udało :) I to jak! Co się uśmiałam, to moje. A swoją drogą, zastanawia mnie to bezrefleksyjne podejście do faktu, że zostało się zanalizowanym.
W internecie są setki tysięcy tekstów, ale na tapecie analizotorni znajdują się tylko te wyjątkowo kiepskie. Wniosek nasuwa się sam - skoro dany tekst został zaanalizowany, to oznacza, że jego poziom jest poniżej krytyki. Więc nie ma się co burzyć, tylko posypać głowę popiołem i zwyczajnie postarać się pisać lepiej. Proste? Proste.

Caerme pisze...

Nakapałam łzami radości na dokumenty!!!!
Analizatorzy zostali słusznie dopieszczeni i soczyście pochwaleni powyżej zatem ja tylko dodam, że narracja opowiadania to dla mnie absolutne mistrzostwo świata w dziedzinie absurdu, braku jakiejkolwiek konsekwencji i spektakularnej śmierci ciągów przyczynowo-skutkowych.

Bezwstydnie przyznam, że nic nie rozumiem z fabuły ale i tak jest zabawnie. Zdania spokojnie można czytać bez kontekstu bo ten wprowadza tylko niepotrzebne zamieszanie;)

Anonimowy pisze...

Świetne!
Za domem???
Tak. Zamiast konwencjonalnej wygódki.
To najlepsze!

Talent poszedł ukryć się w lesie.Stumilowym.Cholernie długo będzie się go szukać.
Chomik

Dzidka pisze...

Lobo: tu kiedyś była o tym mowa:
http://www.sierzantundsaper.fora.pl/o-blogaskach-ogolnie,19/zagraniczne-analizatornie,2315.html

Anonimowy pisze...

Zdechło nie tylko gramatyka. Zdechło ciąg przyczynowo-skutkowy, logika, sens, samokrytycyzm... Wszystko zdechło. Ostali się na placu boju analizatorzy, próbujący ratować reszti opka i komentujący śmieszne skutki katastrofy, oraz aŁtoreczka tupiąca nóżką, mówiąca, że ten armagedon był w planie i oburzająca się na grupę analizatorów, że ośmielili się wtargnąć na jej podwórko.

Kod: supelet. Hm. Super było i szybko przeleciało. Ale fabuły jak nie rozumiałam, tak nie rozumiem.

die_Kreatur

Anonimowy pisze...

Dzidko dziękuję Ci serdecznie, naprawdę tego właśnie potrzebowałam.
Pozdrawiam
Lobo

Lukrecja pisze...

uśmiałam się jak głupia przy tej analizie ;p opko idealne, cudownie nielogiczne a w pakiecie ekstra-zbulwersowana aŁtorka! oby więcej takich kwiatków! ;)