niedziela, 9 czerwca 2019

375. Morderstwo w korytarzu, czyli rodzinne tajemnice (2/?)

Drodzy Czytelnicy!
Wiemy, że czekacie niecierpliwie na kolejne przygody Laury Biel i obiecujemy, że się nimi zajmiemy, ale dziś wracamy do świata aniołów, demonów i wilkołaków. W anielskiej stolicy robi się niespokojnie, padają pierwsze trupy, ale czy kogoś to obchodzi…? Ważne jest, że twój najgorszy wróg ma takie piękne, różowe usta…
Indżojcie!


Analizują: Kura, Vaherem, Kazik i Jasza.



James POV's
– Widziałeś to?! – krzyknął mój ojciec, gdy byliśmy już w jego gabinecie. – Ona... jasna cholera!
– Byłem tam i wszystko widziałem – powiedziałem. – Więc z łaski swojej opanuj się.
Tak się zwracasz do ojca?!
Czekaj, niech no matka wróci!


– James coś jest z nią nie tak.
– Słuchaj. – Wstałem mając dość jego absurdalnych oskarżeń wobec Aniel. – Wiem, że wydaje ci się to podejrzane, inne. Nikt z nas nigdy nie widział, aby ktoś tak dobrze walczył, to fakt. Ale musisz wbić sobie jedno do głowy. Aniel wychowywała się zupełnie inaczej, niż my.
Tatuś z pokorą przyjmował reprymendę synalka.


Cały czas trenowała w praktyce. Kiedy my szliśmy na polowanie na Caidosy dla zabawy, ona robiła to dlatego że musiała.
Polowanie na Caidosy nagle stało się odpowiednikiem miłego spędzania czasu.
Chcesz być wesoły – poluj na ośmioły!
Widocznie dla mieszkańców stolicy to taki rodzaj safari, a rodacy Anielki służą za przynętę dla dzikiej zwierzyny.


Walczyła o własne życie codziennie i jestem pewny, że przez te całe osiemnaście lat nauczyła się wiele. Ona prawie że żyła w lesie.
Ale tylko prawie, bo jak wiemy, przeżycie tygodnia w lesie jest niemożliwe.


– Nie wiem James. – Ukrył twarz w dłonie. Czuł pulsowanie w skronie. – Mam wrażenie, że to był błąd przyprowadzenia ją tutaj.
Mać Składnia załkała.
Brzmi tak… informatycznie. Spróbuj włączyć i wyłączyć rekrutację, może samo się naprawi.


– Ty się jej boisz? – Parsknąłem mrugając kilka razy oczami. Ślina wpadła mi do oka.
– Nie James. Nie boję się jej. Boję się jakie będą tego skutki. Wydaję mi się cholernie znajoma... taka podobna. Nie wiem skąd, ale…
Taaaa… Ciekawa jestem, co sobie myślał Arie, nie zdradzając Anielce prawdy w sytuacji, kiedy miała się udać do stolicy, gdzie na pewno wiele osób jeszcze pamiętało jej ojca i mogło dostrzec ewentualne podobieństwo.


– I co w związku z tym? – Uniosłem brew. – Masz zamiar ją szpiegować?
– Tak! – krzyknął. – To jest to!
Eureka! Że też wcześniej na to nie wpadłem!


(...)
– Muszę się dowiedzieć kim jest ta dziewczyna. Potem, jeśli będzie trzeba to usunę ją z powierzchni ziemi.
Ale po co sobie zaprzątać myśli i ewentualnie brudzić rączki, skoro i tak wyślesz ją na misję gdzie wskaźnik śmiertelności będzie wynosił 100%? Poza tym bawi mnie to stanowcze stwierdzenie “usunę ją z powierzchni ziemi”. To pewnie ten typ, który myślał tak o nauczycielce wstawiającej mu uwagę do dzienniczka.


Wzdrygnąłem się. W ostatnim zdaniu mojego ojca było coś mrocznego. Doskonale wiedziałem, że nie mówił tego poważnie, ale dziwne uczucie nie znikało.
To dziwne uczucie chce ci powiedzieć, że to było na poważnie, ale okey, mechanizm wyparcia działa...


Dziewczyna tak naprawdę była mi zupełnie obojętna, ale myśl, że mój ojciec chcę zabić kogoś kto tak samo jak my nie przepada za Caidosami przerażała mnie.
Twój ojciec już wie, na czym polega polityka…
Natomiast myśl o zabiciu kogoś, kto otwarcie nie lubił Caidosów, posyłała mnie w otchłań szaleństwa.


Popatrzyłem na niego jeszcze raz, ale mężczyzna był odwrócony i patrzył przez ogromne okno znajdujące się w pokoju. Westchnąłem kręcąc głową. Wyszedłem z pokoju zostawiając go samego. Nie miałem zamiaru uczestniczyć w jego chorym planie.
Kilka zdań temu było “lol, na pewno nie mówi tego na poważnie”, a teraz “chory plan”.


Owszem, może Aniel była specyficzna, ale żeby od razu prowadzić śledztwo? Ojcu musiało chodzić o coś więcej.
O dobro miasta, którym rządzi? “Przezorny zawsze bezpieczny?”


Jednak nie wiedziałem o co i doskonale zdawałem sobie sprawę, że jeśli się dowiem to moje zdanie o mężczyźnie [!]  
Czy ktokolwiek, myśląc o swoim ojcu, używa takich wywijasów stylistycznych i myśli o nim “mężczyzna”?


zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni. A nie byłem do końca pewny, czy tego chciałem, albo raczej czy byłem na to gotowy.


Rozdział 9


Nigdy nie sądziłam, że spędzę tak miło popołudnie w towarzystwie Aniołów z Claritas.
Drobna uwaga: ciągle czytam tę nazwę jako “Caritas”.


Na samym początku miałam być tylko ja i Abigail jednak po godzinie doszedł do nas Nathaniel. I chodź [no i proszę - przylazł] na początku byłam do nich sceptycznie nastawiona to z trudnością muszę przyznać, że chyba ich polubiłam.
Bardzo nad tym ubolewałam, nie przystawało to zupełnie do mojej mhhrrocznej natury, ale trudno – stało się!


Nathaniel był tajemniczym, ale także zabawnym chłopakiem. Był ode mnie starszy o dwa lata i jak się dowiedziałam walczył najlepiej ze wszystkich Aniołów w Claritas. Ku mojemu zdziwieniu był naprawdę skromny i nie przechwalał się tym.
Nie musiał, skoro wszyscy o tym wiedzieli. Po tym poznasz profesjonalistę.


Właściwie to Gal mi o tym powiedziała, a Nathaniel skomentował to tylko lekkim uśmiechem, który nie należał do tych aroganckich.
Ojej, to tak można? – zdziwiła się Anielka.


A jeśli chodzi o Abigail... była uroczą, dziewczyną w moim wieku, która potrafiła śmiać się ze wszystkiego. Przegadałam z nią prawie trzy godziny. Nigdy nawet z Bruno, czy Lily tyle nie gadałam.
Zawsze przerywał wam atak Caidosów.


Natomiast z Gal tematy się nie kończyły. Oczywiście próbowałam zwalić to na to, iż się nie znamy i po prostu chciałyśmy się lepiej poznać, ale sam fakt, że z nią rozmawiałam przerażał mnie.
Sama była przerażona swoim zachowaniem? Ojej...


Nie chciałam mieć więcej przyjaciół.
Bo przyjacielem staje się każdy, z kimś się pogada w kawiarni.
Żeby mieć czegoś więcej, trzeba, cóż, tego czegoś cokolwiek mieć na starcie.


Bla, bla, wycinamy tró mhroczne rozważania o tym, jak to przyjaźń i miłość niosą jedynie cierpienie w przyszłości.


(...)


– O czym tak myślisz? – Z zamyśleń wyrwał mnie głos Abigail.
O zamyślaniach w liczbie mnogiej.


– O niczym konkretnym – odpowiedziałam uśmiechając się lekko. Właśnie wracałyśmy do zamku, ponieważ zaczynało się robić ciemno, a zdaniem Abigail ,,Powinnam wypocząć przed jutrem".
– W porządku. I jak ci się podoba miasto? – spytała uśmiechając się szeroko.
– Jest... ładne.
– A Nathaniel?
Też ładny.
Ma fajną wieżyczkę.


– Co z nim? – Prychnęłam nie rozumiejąc jej pytania.
– Nie jest wspaniały?
Tak, tak… ma złocone blanki.


(...)


– Abigail! – Usłyszałam nagle krzyk jakiejś dziewczyny przez co odwróciłyśmy się.
– Japierdole, Aniel zabij mnie – szepnęła.
Z przyjemnością.


Dziewczyna, która wołała Gal podeszła do nas z uśmiechem. Już z daleka mogłam dostrzec, że jest śliczna. A kiedy tylko podeszła jeszcze bliżej to nie miałam pewności.
Zbrzydła w bliższym kontakcie?
Wszystko to kwestia odległości, perspektywy i oświetlenia!


Miała jasne falowane włosy, które dostawały jej za ramiona.
Uśmiechnięta blądiiina. Opkowe zUo.
Jak mam rozumieć to “dostawały jej za ramiona”.


Jej duże zielone oczy patrzyły na nas z wyższością jakiej nawet u ojca Jamesa nie widziałam.
O, to już druga zła bijacz w tym opku.


– Lexi! – Abigail uśmiechnęła się i przytuliła dziewczynę. – Jak miło cię widzieć!
W jej głosie wyczułam fałszywość, na co nie potrafiłam się nie uśmiechnąć.
Powinny teraz rytualnie cmoknąć powietrze obok swoich policzków.


– Gal kochana jak ja za tobą tęskniłam. – Lexi uśmiechnęła się ukazując swoje równe, białe zęby. Boże już jej nie lubię.
Sama mam krzywe i żółte, więc nienawidzę każdego, kto ma ładniejsze.


– Widzę, że przyprowadziłaś koleżankę. – Blondi popatrzyła w moją stronę. – Jestem Lexi.
Wyciągnęła dłoń.
– Słyszałam – warknęłam i uśmiechnęłam się sztucznie przyjmując jej dłoń. – Aniel.
– Ale masz śliczne oczy – powiedziała, na co uniosłam brew. – Zawsze uwielbiałam fiolet, a tobie ewidentnie pasuje.
– Ta dzięki – odpowiedziałam od niechcenia. – Wybacz, ale mi i Gal się śpieszy.
Widzisz, Lexi, nie trafiłaś z komplementem. Trzeba było powiedzieć “Ojej, jesteś taka tajemnicza, taka inna niż wszyscy”, a Anielka już jadłaby ci z ręki.
Tę, którą od ciebie przyjęła. Uważaj, ta dziewczyna ma nóż.

– A gdzie idziecie?
– Do zamku, więc...
– Świetnie się składa, bo ja też! Pójdę z wami!
Tu Lexi wykręciła piruet z radości, że też ćwiczy się w zabijaniu i lada dzień pójdzie do diabła.


– Ale my z tobą już nie – syknęłam nie wytrzymując, a mina dziewczyna [tego dziewczyna] zmieniła się. – Na razie Lexi.
Anielko, może byś się jednak zamknęła? Nie masz pojęcia, kto jest kim w tym cholernym mieście, jakie są układy sił i zależności, i czy przypadkiem nie robisz niedźwiedziej przysługi Abigail, tak stanowczo spławiając Lexi.


Bla bla, okazuje się, że Abigail też nie cierpi Lexi, która od trzech lat usiłuje poderwać Nathaniela, a ten dzielnie opiera się jej zakusom. Ale chyba mało asertywnie, skoro jeszcze nie zrozumiała.


(...)


– Laska zaliczyła każdego chłopaka w naszym wieku, który mieszka w Claritas. Good for her. Etam, jakież to miasto?!
Oczywiście prócz Jamesa i Nathaniela.
– Czemu nie zajmie się Jamesem?
– Ponieważ to rodzeństwo.
Phi.
https://media.giphy.com/media/3wstaENWfa5lS/giphy.gif


– Po jej słowach moja szczęka znalazła się na ziemi. – Tak wiem jak to brzmi, ale niestety to jego młodsza siostra.
Bardzo wdała się w ojca.


Chcąc nie chcąc muszę być dla niej miła, bo mi się oberwie.
– Och, biedactwo! Ale nie przejmuj się, będę niemiła za siebie i za ciebie! – z entuzjazmem zaproponowała Anielka.


Dla Jamesa jest ona aniołkiem.
W świecie aniołów bycie aniołkiem to chyba nic zdrożnego?
Cóż, mówienie do kogoś “człowieczku” nie jest zbyt grzeczne, więc kto tam wie...


(...)


Czy ty masz fioletowe oczy? Przecież ja widzę tu brąz.
Westchnęłam.
– Robią się fiołkowe, gdy jestem zła – wyjaśniłam widząc, że nie ma sensu kłamać. – Nie kontroluję tego.
Pani Yennefer poszła łkać w poduszki.
Anielka bez wysiłku zalicza kolejne punkty testu na Mary Sue :D
Ojej, oczy jak te pierścionki dodawane do płatków, które zależnie od emocji zmieniają kolor <3


– To niesamowite! Oczywiście nie chciałabym, abyś była przy mnie zła, ale i tak chciałabym je zobaczyć. Na pewno są śliczne.
No ba. Do Mary Sue nie stosuje się powiedzenie “złość piękności szkodzi”.
Śliczne jak fiolet dojrzewającego siniaka.


Wzruszyłam ramionami.
– Nie wiem. Tak naprawdę nigdy ich nie widziałam. Wiem, że zmieniają się podczas walki z Caidosami.
Podczas walki Caidosy patrzyły jej głęboko w oczy i szeptały słowa zachwytu.


Abigail zastanawia się, czy taka zmiana koloru oczu jest w ogóle możliwa u aniołów, co prowadzi do rozważań o biologicznych rodzicach Anielki. Ta deklaruje, że nie chce ich znać i ma nadzieję, że nigdy się nie spotkają.

(...)


Rozdział 10


Następnego dnia wszyscy goście, włącznie ze mną [oklaski! Poszła na zajęcia pomimo tego, że miała focha] zebrali się w sali, w której wczoraj ćwiczyliśmy. Stałam sama z boku nie mając najmniejszej ochoty rozmawiać z ludźmi. Szybciej byłabym milsza dla liścia.
No i czy te jej podwójne standardy nie są urocze? Jak ona do kogoś, to może być dowolnie niemiła, arogancka, wywyższająca się, bo przecież to tylko dowód jej szczerości. Jak ktoś do niej… ohoho, niech lepiej będzie maksymalnie miły, grzeczny, empatyczny i sympatyczny, bo jak nie…!
Bo jak nie, to zrobi fioletowe oczy!
...Dlaczego ze wszystkich rzeczy akurat liść?...


Skrzyżowałam ramiona na piersi, gdy zauważyłam ojca Jamesa dumnie wkraczającego do pomieszczenia.
To jest pomieszczenie będące zarówno salą do ćwiczeń, jak i miejscem, gdzie dyrektor wygłasza mowę do uczniów. Po prostu mamy apel w sali gimnastycznej, bo pojęcie “aula” czy “audytorium” są aŁtorce obce.  


– Witajcie moi drodzy! Na pewno jesteście podekscytowani i chcecie dowiedzieć kto jutro wyjdzie poszukać miecza.
Tego ukrytego przez Zbrojmistrza Noworocznego. A jutro - szukanie czekoladowych jajek!


– Uśmiechnął się. Tak, zdecydowanie ten uśmiech nie należał do szczerych. Spięłam się, gdy zauważyłam, że na mnie patrzy. Uniosłam brew.
Brzdęk.


Bla bla, ku zdumieniu Anielki okazuje się, że nie została jednak wybrana do pierwszej misji.
Idą: Jess (ta ruda), Charlie i jakiś trzeci chłopak.

(...)


Wściekła wyszłam z pomieszczenia. Pomimo tego, że obiecałam zostać w mieście to naprawdę wydaję mi się, że długo nie wytrzymam. Wściekła wyszłam z zamku mając dość.
Strzeliła focha, aż zadudniło.


Wiem zaraz powiecie: Aniel jesteś tu dopiero drugi dzień. Daj im szansę.
Jakby ci to Anielko wytłumaczyć… Nie masz nic do gadania.
Cicho, daj jej żyć w świecie własnych iluzji.


A wiecie co ja odpowiem? Nie dzięki to jest o dwa dni za dużo. Serio. Gdybym mogła cofnąć się w czasie to na pewno na wstępie podarłabym ten durny kontrakt. Po prostu pieprzyć to.
Jak mogli nie uznać mnie za najlepszą, najbardziej wyszkoloną i najgodniejszą tego zadania!
Miło spędziła czas na mieście, od dawna nie martwiąc się o śmiertelne zagrożenie. Kawiarnia, zamek, smakołyki, rzeczy, których ludzie z jej wioseczki nigdy nie doświadczą. Ale co z tego, że żołądek pełny, jak ego niedokarmione.


– Co ty taka wkurzona. – Z moich zamyśleń wyrwał mnie wspaniały James.
– A co cię to obchodzi. – Odwróciłam się w jego stronę i skrzyżowałam ramiona na piersi.
Dobra, dobra. Już znamy twój język ciała.


Mówiłam już, że nie mam ochoty z nikim rozmawiać? Tak? To powiem jeszcze raz.
Chłopak najwyraźniej rozbawiony moim zdenerwowaniem podszedł do mnie.
– Widzę, że strasznie zależało ci, aby iść jako pierwsza. – powiedział, a ja zaczęłam się w kierunku miasta.
Khę, ja zaczęłam się czołgać? Wić się może w kierunku miasta?
Zacięłam się. Tak mnie zatkało z oburzenia po tej insynuacji, że mi na czymkolwiek zależy.


Tak jak się spodziewałam James dogonił mnie i zaczął iść razem ze mną.
– To jakieś przesłuchanie? – Uniosłam brew.
Bding za dolara!


– Jestem po prostu ciekawy.
– Twój ojciec także, prawda? – Zatrzymałam się, aby na niego spojrzeć. Blondyn oblizał usta. Bo myślami był właściwie jeszcze na śniadaniu. Prychnęłam. – Tak myślałam.
– To nie tak jak myślisz – zaczął, a ja machnęłam ręką.
– Skąd wiesz co myślę? – Uniosłam brew. – Właśnie.
Drogie dzieci - złoty dolar znowu leci!


– Jesteś tu nowa, my...
...my się tu starzejemy.


– Szpiegujecie mnie. – Zaśmiałam się. – Oj James błagam cię. Jesteście żałośni.
Nie takich Bondów wywodziłam w pole!
Te pluskwy, co mi podrzuciliście do pokoju? Rozplaskane TYM kciukiem!


– Mamy prawo do niepewności. – Chłopak powoli zaczął tracić cierpliwość. Natomiast ja byłam rozbawiona tą całą sytuacją. A raczej rozbawiona tym co ojciec Jamesa i on sam próbują robić.
– Oj oczywiście. – Uśmiechnęłam się, a on spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Następne zdanie powiedziałam prawie że szeptem: – Bo to ja jestem tu największym zagrożeniem.
Tak. Jeśli chodzi o to, że zaraz zasnę zamiast analizować, to tak, jesteś największym zagrożeniem.


(...)
– Nie masz prawa tak sobie iść! – krzyknął, kiedy miałam zamiar iść w kierunku miasta tak jak postanowiłam na początku. Pokręciłam z rozbawieniem głową i popatrzyłam na niego.
– A kim ty jesteś, że możesz mi rozkazywać? – Zaczęłam iść tyłem rozkładając ręce. James zacisnął dłonie w pięści.
I odpowiedział:


Uśmiechnęłam się szeroko i odeszłam dumnym krokiem. Nie miałam zamiaru już z nim rozmawiać. Blondyn był chyba największym kretynem jakiego spotkałam. Nie wkurzał mnie, a raczej rozbawiał, ale sam fakt, że próbował mną rządzić drażnił mnie. Nikt nie mógł mnie kontrolować. Nawet sam Arie od samego początku mówił mi, że to moje życie i ja sama podejmuję decyzje. I to ja sama będę płacić za źle podjęte.
Wychowuj się sama i nie zawracaj mi dupy!


Aniel dociera do centrum miasta, czyli wielkiego placu z fontanną.
Plac Sator?
(...)


Odwróciłam się w prawo, ponieważ poczułam na sobie czyiś wzrok. Wzięłam głębszy oddech, gdy zobaczyłam ciemną postać stojącą w cieniu. Miał na sobie kaptur, ale miałam pewność, że był to mężczyzna.
Odnotowała ABC – Absolutny Brak Cycków.


Jedyne co mogłam dostrzec to mocno zarysowane kości policzkowe i arogancki uśmieszek.
To w sumie widziała całkiem sporo; tylko oczy kryły się w cieniu.


Miałam ochotę do niego podejść, ale wiedziałam, że właśnie tego oczekuje. Odwróciłam się na pięcie i odeszłam w stronę zamku.
O, i to jest coś w czym nasza bohaterka jest naprawdę dobra.


Nie miałam zamiaru prowokować tamtego mężczyzny. Nie to, że się go bałam, (nie myślcie sobie!) ale wiedziałam, że nic dobrego nie wyniknie z naszej rozmowy. Mocniej zaciągnęłam kaptur na głowę, bo nadal czułam jego przeszywający wzrok na sobie.


(...)

Rozdział 11


(...)
***


Nawet nie pamiętam kiedy zasnęłam. W głowie miałam pustkę, ale wtedy nie miało to dla mnie znaczenia.
Ani wtedy, ani potem.


Zerwałam się do pozycji siedzącej, ponieważ poczułam jak ktoś mnie obserwuje. Rozejrzałam się i od razu potem usłyszałam cichy śmiech.
– Przepraszam, że cię obudziłem. – Zmrużyłam oczy i w końcu udało mi się dostrzec ciemną postać w kącie pokoju. Kiedy zauważył, że na niego spojrzałam wyszedł z cienia. Przełknęłam ślinę. – Naprawdę nie chciałem cię budzić.
Mordowanie śpiących jest łatwiejsze!


– Więc po co przylazłeś? – warknęłam. Nienawidziłam, gdy ktoś mnie budził.
– Kiedy ostatnio się widzieliśmy byłaś milsza. – Zdjął kaptur przez co mogłam dostrzec go w całej okazałości.
To musiał być cholernie wielki kaptur.
Taki:


Był przystojny. Dobra, kogo ja oszukuję, był cholernie przystojny. Pieprzony Bóg, a nawet o wiele lepszy, niż Bóg. Czy w tym aniołowym uniwersum wiadomo, jak wygląda Szef, czy?... Nie, Aniel on wcale nie jest przystojny. Chłopak jak każdy inny. W dodatku twój wróg.
To jeden z tych dziadków borowych, czyli Caidos.
To był w końcu przystojny czy nie?
Anielka całą siłę woli włożyła we wmawianie sobie, że nie.


– Przyszedłeś mnie pieprzyć? – spytałam wprost [o, ledwo przyszedł, a ona już tak z grubej rury?], a w oczach Isaac'a zauważyłam zdziwienie, a następnie na jego twarz wpłynął ten seksowny uśmieszek przez który zapewne wszystkie kobiety się rozpływają. Nie ze mną te numery. – Słyszałam, że co noc przychodzisz do innej.
Tak, teraz twoja kolej.
– A co? Chcesz?
Uśmiechnęłam się i podeszłam do niego.
Przeczesałam dłonią swoje czarne włosy. Zauważyłam jak ciężko przełyka ślinę.
Angina?


Stanęłam na palcach i wyszeptałam wprost do jego ucha:
– Radzę ci szybko stąd iść, zanim zmienię zdanie i jednak postanowię cię zabić.
– Doprawdy? – szepnął, a ja usłyszałam jak jego głos drży.
Mujborze, co te hormony robią z aniołami...


– Wątpisz? – Uniosłam brew.
Brzdęk.


Przegryzł wargę, a następnie uśmiechnął się zakrwawionymi ustami.
– Sama jeszcze będziesz mnie błagać, abym tu wrócił.
Z powodu przegryzionej wargi brzmiało to raczej “Ffama będzieff jeffe błagaśśśś…”


– W taki sposób próbujesz sobie podwyższyć ego? – Uniosłam brew.
Brzdęk!
Vahu zagarnia całą forsę!


– Tobą? – Zaśmiał się, a ja po jego słowach uśmiechnęłam się.
Dotknęłam dłonią jego klatki piersiowej i palcem zaczęłam zjeżdżać w dół. Syknął cicho, ale to mi wystarczyło.
Potwierdzone – reaguje bólem na anielski dotyk, więc jest kreaturą z piekieł – odnotowałam.


– Tak, mną – szepnęłam i spojrzałam mu w oczy. W jego spojrzeniu zauważyłam porządnie co mnie jeszcze bardzie rozbawiło.
No kto by się spodziewał, że upadły anioł będzie taki porządnicki!
Z tego napalenia mieszała mi się ortografia, zjadały końcówki, znikały przecinki...


– Nie wiem, kto tu pierwszy będzie błagał.
Przełknął z trudem ślinę (Powiedz aaaa! Tak, zdecydowanie angina.), a ja zabrałam dłoń od razu poważniejąc.
– Żegnam Isaac.
Popatrzył na mnie wściekły, na co prychnęłam i skrzyżowałam dłonie na piersi.
– Głuchy jesteś? Wypad.
Przewrócił oczami i w mgnieniu oka zniknął. Przełknęłam ślinę zdając sobie sprawę, że chłopak zapadł się pod ziemię.
Dostał naprawdę porządnego kosza!

Byłam pewna, że jeśli on tak potrafił to inne Caidosy nie miały z tym problemu.
I dlatego zamiast wypaść z podłogi w domu burmistrza, zawsze pojawiali się w tym samym miejscu, wychodząc z lasu na ustawkę.
Widocznie portal w lesie ustawiony był na stałe.


Podeszłam do okna i westchnęłam ciężko czując w sercu pustkę. Nie wiedziałam dlaczego i skąd ona się wzięła. Zamknęłam oczy i od razu przed moimi oczami pojawił się blondyn z tymi swoimi ciemnymi oczami. Zacisnęłam dłonie w pięści. Nie możesz o nim myśleć. Odwróciłam się na pięcie i położyłam się na łóżku wściekła na siebie, że o nim pomyślałam. Ten dupek nie powinien mi nawet przez głowę przechodzić. Naokoło niech idzie, tędy jest zakaz. Jeśli spotkam go jeszcze raz to bez zmrużenia okiem po prostu go zabiję i będzie po kłopocie.
Tyle razy prosiłam o porządną (i praktyczną) edukację seksualną dla opkowych Mrocznych  Łowców, żeby tak totalnie nie głupieli na widok pierwszej lepszej ładnej buźki… *wzdech*


Rozdział 12


Rano obudziłam się z uczuciem, że coś jest nie tak. Skrzywiłam się przypominając sobie wczorajszą noc. Nadal pieprzyło Caidosem.
Te feromony…


Aż tu wtem! Na korytarzach zamku hałas, zamieszanie i bieganina. W nocy ktoś zamordował rudą Jess… :(


(...)
– Kto to zrobił? – spytałam próbując przybrać obojętny ton głosu.
– Nie wiem! – wrzasnął James wściekły. – Jasna cholera!
– Uspokój się! – tym razem ja krzyknęłam. – Pierwszy kurwa raz widzisz martwe ciało?! Nie bądź pizdą!
*feministyczne trzepnięcie w ucho*


Nie byłam pewna dlaczego zareagowałam tak gwałtownie, lecz zapewne było to spowodowane tym, iż najprawdopodobniej znałam sprawcę morderstwa.
– Miała dzisiaj wyjść na poszukiwania. – Pokręcił głową.
– Wiem kto miał wyjść – prychnęłam. Odwróciłam się w stronę tłumu. – Na co się patrzycie?! Trupa nie widzieliście?!
Nie no, jasne, mamy takie rozrywki co dzień rano.


Zmieszani ludzie zaczęli odchodzić zostawiając mnie samą z Jamesem. No i oczywiście z martwą Jess. Wzięłam głębszy oddech i złapałam się za włosy. Zamknęłam oczy myśląc nad wczorajszą nocą.
O jejku jej!
– Dlaczego wydaję mi się, że coś ukrywasz – odezwał się James przez co poczułam jeszcze większą wściekłość.
– To źle ci się wydaje – syknęłam.
Ktoś tu właśnie został głównym podejrzanym. :3


– Idź po mojego ojca, a ja popilnuję ciała – powiedział chyba po prostu uznając, że nie ma jak na razie sensu dyskutować ze mną.
– Bo z pewnością trup gdzieś ucieknie – prychnęłam, lecz wykonałam jego polecenie.
Ezzzuu, czy ona musi tak ciągle szczekać? Tak, wiemy, jest twardą dziewczyną, nie musisz nam o tym przypominać kilka razy w każdym dialogu.

Do gabinety ojca Jamesa było bardzo łatwo dojść, ponieważ był on od razu przy wejściu głównym.
Myślałem, że ojciec Jamesa to jakaś ważna szycha, a tu proszę, odźwierny siedzący w kanciapie.


Drzwi do niego były ogromnych rozmiarów, więc nie dało się ich przeoczyć. Zapukałam i nie czekając na „proszę" weszłam do pomieszczenia. Mężczyzna spojrzał na mnie spod byka.
Inseminator!


– Dlaczego nie czekasz, aż się odezwę? To nie kulturalne.
– Jestem przecież z małej wioski. – Uśmiechnęłam się słodko. – Nie znam tutejszych zasad.
A poza tym każdy powód dobry, żeby się popisać swoim maniem wywalone na wszystko.


Mężczyzna przewrócił oczami, lecz wstał z fotela podchodząc do mnie.
– Co cię tu sprowadza?
Skrzyżowałam ramiona na piersi.
– Tak się składa, że na korytarzu leży martwa Jess. Chyba dobrze by było, gdybyś był o tym poinformowany.
Ojciec Jamesa:


Zauważyłam jak zaciska szczękę. Spojrzał na mnie, a następnie wyminął mnie wychodząc na korytarz. Przewróciłam oczami i ruszyłam za nim.
– Prowadź Aniel – syknął.
Mamy przewrócenie oczami, syknięcie… do pełnego kombo x3 zabrakło tylko uniesienia brwi.
***

– Jasna cholera, ale że martwe?! – szepnęła Abigail, a ja wzniosłam oczy ku górze.
– Tak, właśnie to powiedziałam. – Westchnęłam. – Czemu robicie z tego taką aferę?!
Ja wiem, Aniel jest przyzwyczajona do tego, że prawie codziennie umiera ktoś z sąsiedztwa, ale mogłabyś ogarnąć, że w super strzeżonej stolicy, w środku pieprzonego zamku, taka śmierć nie jest typowa.
I że jednak zwłoki to ex-ludzie, a nie ex-rekwizyty służące do pieczenia chleba i robienia butów.


Kiedy odprowadziłam ojca Jamesa na miejsce zbrodni mężczyzna od razu kazał mi iść. Dlatego nie kłócąc się poszłam na miasto, gdzie spotkałam Abigail.
Och, wychodzi jaki z ojca Jamesa komplety amator. Powinien odseparować potencjalnych świadków, rozdzielić ich i przesłuchać. A on pozwala głównej podejrzanej wyskoczyć na miasto.


I lecą do kawiarni, no bo gdzie. Życie w wielkim mieście ma swoje prawa.


Wszyscy ludzie już wiedzieli o zaistniałej sytuacji na zamku, dlatego Gal zaczęła mnie o wszystko wypytywać chcąc wiedzieć jak najwięcej.
I żadnych procedur też nie mają, żadnego zobowiązania do zachowania tajemnicy dla dobra śledztwa…


Usiadłyśmy w rogu kawiarni gdzie nikt nie mógł nas podsłuchać.
– Aniel jesteś taka głupia. – Uniosła dłonie. – Pałac jest najbardziej chroniony. To nie realne, aby ktoś tak nagle wkradł się i kogoś zabił. Od razu zostałby złapany.
– Sugerujesz, że ruda popełniła samobójstwo?
– Na to wygląda.
Jeśli wszyscy tam tak myślą, to to miasto musi być rajem dla szpiegów, tajnych agentów i innych ninja.


Pokręciłam głową z rozbawieniem.
– Nie ma takiej opcji. Widziałam ją. Po jej siniakach na ciele można wywnioskować, że się broniła. Dłonie miała całe w ranach oraz poderżnięte gardło.
Jeszcze trochę smakowitych szczegółów, czy masz dosyć?


Aż tu wtem! Aniel widzi zakapturzoną postać na ulicy i leci za nią, zostawiając Gal w kawiarni.


(...)


– O znowu się spotykamy – odezwał się, a ja już widziałam kim jest.
– Isaac. – Uśmiechnęłam się. – Słabo wtapiasz się w tłum.
– Bo może nie chcę się wtapiać w tłum? – Przewróciłam oczami. Nie wytrzymując zdjęłam mu kaptur, na co on uniósł brew.
My, po zakończeniu analizy:
https://thumbs.gfycat.com/LegalInsecureBobolink-small.gif


Będę udawał, że cały czas pamiętałem, że jeden dolar to banknot, nie moneta.


– Na czym to miało polegać?
Wzruszyłam ramionami.
– To nie kulturalne.
Prychnął.
– Widziałem, że spore zamieszanie w pałacu. Co się wydarzyło? – Uśmiechnął się arogancko.
– Doskonale wiesz co się stało. To twoja sprawka.
Pokręcił głową.
– Byłem tylko u ciebie.
– Zabiłeś ją – syknęłam.
– Nie zabiłem.
– Zabiłeś.
– Nie – Zaśmiał się, przez co poczułam narastającą złość.
Pls, kill me.


– Tak i nie próbuj kłamać.
– Nie kłamie. – Chłopak wyglądał jakby był rozbawiony tą sytuacją. – Owszem pomogłem pewnej osobie dostać się tutaj, ale nie zabiłem jej.
– Więc kto to zrobił? – Uniosłam brew. – I po co?
– Ktoś bardzo chce, abyś wyszła z miasta. – Ściszył głos. – Dlatego radzę ci się pilnować.
W sumie zastanawiam się, czy on wie, że takie ostrzeżenie przyniesie całkowicie odwrotny skutek…
A ja się zastanawiam, co by było, gdyby zamordowana została sympatyczna Gal, a nie Wredna Bicz Jess. Czy Anielka zdecydowałaby się donieść na superprzystojnego Isaaca, czy też nadal jego piękne oczy przeważałyby nad lojalnością?


– Nie boję się jakiś marnych Caidosów. Nie uda ci się mnie przestraszyć.
– Po prostu cię ostrzegam Aniel. - Zbliżył swoją twarz do mojej. Odgarnął mi włosy z twarzy, a ja nie wiedząc czemu nawet się nie cofnęłam.
Imperatyw narracyjny wynurzył się spod ziemi i przytrzymał cię za kostki.


Bla, bla, Isaac prosi ją, by uważała na siebie, bo ktoś chce, żeby jak najszybciej została wysłana z misją, po czym znika. Aniel jest wstrząśnięta, zmieszana i nie ma pojęcia, czemu on na nią tak działa.


(...)


Rozdział 13


Nie wiem ile już przesiedziałam sama w pokoju myśląc o planie jak zdobyć miecz, o którym nie wiem nic – ani jak wygląda, ani gdzie mógłby się znajdować, lecz moje rozmyślenia przerwało pukanie do drzwi. Odwróciłam głowę w tamtą stronę dokładnie w tym samym momencie, gdy drzwi się otworzyły. W progu stanął James, a za nim Nathaniel oraz Gal. Uniosłam brew, gdy bez słowa weszli do pokoju i jedno z nich zamknęło drzwi na klucz.
A teraz – kocówa?


– A z wami co? – spytałam wstając z łóżka nie rozumiejąc celu ich przybycia.
Tak po prostu wstałaś? A nie miałaś przypadkiem na myśli “przybrałam pozycję stojącą”?


– Musimy pogadać – odpowiedział James, a ja przewróciłam oczami.
*przewraca oczami*


– W porządku. – Westchnęłam wiedząc, że i tak nie mam nic do gadania. – O czym chcecie gadać?
– Rozmawiałaś z kimś w tam tym, tym no, no wiesz, zaułku. Chcemy wiedzieć, kto to był – zaczęła Abigail.
– Nikt ważny. – Skrzyżowałam ramiona na piersi. No pewnie. Dziewczyna od razu musiała polecieć do przyjaciół, aby im wszystko wyznać. Jakie to typowe.
Hej, a kojarzysz może to TAJEMNICZE NIEROZWIĄZANE DOTĄD MORDERSTWO, do którego doszło DZIŚ RANO!?


– Aniel nie rozumiesz powagi sytuacji? – syknął James. – Ktoś wkradł się do zamku i zamordował Jess. Nikomu, nigdy nie udało się wejść do miasta, a tym bardziej do mojego domu. Chcemy zrozumieć.
– Chyba twój ojciec chce zrozumieć. – prychnęłam domyślając się, że James poszedł do radnego i wszystko mu powiedział.
Tak. Ojciec chce to zrozumieć, bo odpowiada za bezpieczeństwo tego pieprzonego miasta i wszystkich jego mieszkańców, w tym cywili! Argh!
Rety, jakie wielkie halo o jakiegoś tam trupa! Przewróciło się, niech leży. I gnije w spokoju.
Tak, najlepiej zamurować drzwi do pokoju, w którym leży, zaszpachlować, pomalować i jeszcze powiesić w tamtym miejscu obraz.
Niedasie, bo leży na korytarzu.


– Ojciec Jamesa nie wie, że tu jesteśmy – odezwał się po raz pierwszy Nathaniel. – Słuchaj. Zaczynają się dziać różne, dziwne rzeczy odkąd się tu pojawiłaś.
– A więc jestem zdrajcą?
– Nie! – odpowiedziała Abigail. – Po prostu jako Mary Sue przyciągasz takie różne auterczkowe zjawiska. Aniel proszę. Odpowiadaj normalnie, albo zawołam panią pedagog.


Popatrzyłam na każdego z kolei. Miałam wrażenie, że powinnam im powiedzieć, że powinnam im zaufać. Oblizałam wargi.
– Osoba, z którą rozmawiałam nie zamordowała rudej. Pomogła mordercy, ale to nie on to zrobił.
– Eee… znaczy, ten morderca też nie zamordował? – spytała skołowana Abigail.
Ooo, a jesteś pewna że on tylko pomógł, bo… tak ci powiedział?

– Nie byłam pewna, dlaczego bronię Isaac'a, ale postanowiłam zastanowić się nad tym później.
E tam, bronisz. Właśnie go wsypałaś.
Jak wsypała, jak mówi, że jest niewinny i tylko pomagał, to na pewno się od niego odczepią.


Teraz miałam ważniejsze spawy na głowie.
Spaw czołowy, spaw ciemieniowy...


– Więc kto zabił? – spytał James, na co ja wzruszyłam ramionami.
– Nie wiem, ale zgaduję, że albo macie w mieście zdrajcę, albo któryś z Caidosów dostał się do miasta.
TAK, I TWÓJ CHOLERNY ISAAC PRZYZNAŁ SIĘ, ŻE MU POMÓGŁ!!! Nawiasem mówiąc, ten Isaac, którego znają również twoi nowi przyjaciele...


– To niemożliwe, aby Zły Anioł dostał się do miasta. – James pokręcił głową.
– Dlaczego? – spytałam nie mogąc się powstrzymać.
– Bo miasto jest zabezpieczone specjalną barierą. Jeśli któryś z nich by przeszedł przez bramę od razu by włączył się alarm – wyjaśnił.
Jesteśmy w fantasylandzie, więc muszę spytać: nie macie aby przypadkiem pod miastem starożytnych kanałów, tak szerokich, że mogłaby przejść przez nie cała rosyjska parada wojskowa z okazji Dnia Zwycięstwa?
Mają, ale są tam zamontowane lasery.
To może Isaac jest na tyle gibki, że potrafi między nimi się prześlizgnąć jak Catherine Zeta-Jones w “Osaczonych”?


– A więc macie zdrajcę. – Wzruszyłam ramionami.
James ukrył twarz w dłoniach. Wyglądał na bardzo przejętego i powoli zaczynałam go rozumieć. W Claritas nie, na co dzień walczy się z Caidosami.
Ale może przynajmniej na co dzień uczy się interpunkcji? Bo to brzmi, jakby rozumiała go, ale nie w Claritas.


Z pewnością było to dla nich trudne. Zwłaszcza, gdy we własnym domu zamordowano gościa.
I pyk, te dwie szare komórki w końcu na siebie wpadły…


– Claritas jest dużym miastem, lecz każdy ufa każdemu. To... – Uciął zapewne nie wiedząc, co powiedzieć.
– Albo jest to ktoś z nowych – odezwała się Abigail. – Ktoś mógł przecież współpracować z Caidosami. Byłoby to logiczne.
– Tylko pytanie, po co zabił Jess – odezwał się. Obawiałam się, że ich rozmyślenia pójdą w tą stronę.
RozmyślAnia, na litość. RozmyślEnia to mogłyby być od “rozmyślić się”.


Moi nowi znajomi nie byli głupi.
Byli. Nikt nie pociągnął wątku jej znajomości z pomocnikiem mordercy.


– Ty coś wiesz, prawda? – syknął James patrząc na mnie.
No jasne że wie, przed chwilą nawet coś o tym powiedziała!


Podeszłam do okna cała zestresowana. Z jednej strony wiedziałam, że powinni wiedzieć, lecz z drugiej to, co ja się dowiedziałam było nikomu nie przydatne. No dobra może trochę było.
Jak mi jeszcze trochę ręce poopadają, to zacznę wyglądać jak gibon.


(...)
– Caidosy chcą, abym szybciej wyszła z miasta. Nie wiem po co, nie rozumiem, po co im ja, ale właśnie tego chcą. – odezwałam się postanawiając być z nimi szczera.
Jak rozumiem, zamordowały rudą, żeby Aniel mogła zająć jej miejsce w drużynie…? A skąd pewność, że właśnie ją by wyznaczono, przecież tam nie było żadnej listy rezerwowej? To już lepiej byłoby zamordować Abigail, żeby wzbudzić w niej pragnienie zemsty.


– Jak to chcą, abyś wyszła z miasta. Przecież to nie ma sensu – syknął Nathaniel. – I dlaczego sądzisz, że wszystko kręci się wokół ciebie?


– A myślisz, że dla mnie ma sens?! – krzyknęłam nie wytrzymując i odwracając się w ich stronę. Abigail zrobiła krok do tyłu.
– Twoje oczy – szepnęła, a ja słysząc jej słowa zamknęłam je. Miałam nadzieję, że chłopaki nie zauważyli tej zmiany, lecz było to przecież niemożliwe. Przecież tego nie da się nie zauważyć.
– Co jest do cholery – szepnął Nathaniel utwierdzając mnie w przekonaniu, że już po mnie.
To świetnie. Kuro napisz podsumowanko, zgaś światło i zamknij za sobą drzwi.


Co chwilę otwierałam usta, aby coś powiedzieć, ale w rezultacie nie odezwałam się. Zamknęłam usta i kolejny raz spojrzałam za okno. Co miałam im powiedzieć? Udawać głupią i mówić, że im się przewidziało?
Rżnij głupa. “Co z moimi oczami? Trochę mnie piekły ostatnio, mam zapalenie spojówek?”


– Kim ty jesteś – syknął James. Nie byłam pewna, czy w jego głosie wyczułam złość, przerażenie, czy raczej zdziwienie.
Poczułam jak mój oddech przyśpiesza.
– Nie wiem – wyszeptałam. – Mam tak od urodzenia.
Dzisiaj zdecydowanie za dużo mówiłam.
– To jest popieprzone – powiedział Nathaniel. – Coś zdecydowanie zaczyna się dziać.
– Może... – Zaczął James i usiadł na moim łóżku. Oblizał wargi. – Zastanówmy się.
W “Mrocznym rycerzu” grający Jokera Heath Ledger miał problem ze sztucznymi bliznami przy ustach, które odpadały, gdy mówił. By temu zapobiec często się oblizywał, co w końcu stało się jedną z charakterystycznych cech postaci. Dlatego też czuję pewien dyskomfort, gdy tak często podkreślane jest, że bohaterowie tego opka oblizują usta.
No, ale może po prostu żyją w świecie bez pomadek.


– Nad czym? – Uniosłam brew nie rozumiejąc go.
– Zmieniają ci się oczy.
– Caidosy cię nagle zaczynają szukać – dopowiedział Nathaniel.
– To musi się jakoś łączyć. – James przetarł twarz dłońmi.


– Może po prostu zaszła im za skórę – odezwała się Abigail. – W Sanguiser była jedną z najlepszych. Też bym się wkurzyła na ich miejscu.
– Abigail te oczy nie są normalne. Fiolet nie jest normalny. – Nathaniel spojrzał na mnie.
– I co macie zamiar to gdzieś zgłosić? – prychnęłam. Tak, już wzywam nadwornego okulistę. – Wnikać w to? Nawet Arie nie wie, dlaczego.
– Albo udaje. – James wstał z łóżka. – Może coś ukrywa.
Chłopaki popatrzyli po siebie. Kątem oka zauważyłam jak Gal patrzy się na nich wściekła.
– Zwariowaliście do reszty! – krzyknęła. – Aniel nikomu nie zagraża! Nie zrobiła nic złego.
A w ogóle to przegadałam z nią trzy godziny w kawiarni i jest moją najlepsiejszą psiapsiółką, jak śmiecie ją o cokolwiek podejrzewać!
Co z tego, że jest rozchwiana emocjonalnie, agresywna i za nic ma życie ludzkie! I że miała konflikt z ofiarą! I że mało nie obgryzła paluchów z zawiści, gdy zamordowaną wybrano zamiast niej! I że kumpluje się z teleportującym się po mieście wrogiem przyznającym się do współudziału! Przesłuchajcie lokajów, któryś na pewno jest winny!


– Uspokój się – warknął Nathaniel.
– Nie powiemy nikomu – odezwał się James, a ja odetchnęłam z ulgą. – Nie ma to najmniejszego sensu. – Abigail uniosła brew. – Dobra, ani nie pójdziemy do Ariego! Wyluzuj.
Podsumowując: wszystko, co o tobie wiemy, jest podejrzane jak cholera, ale nie powiemy o tym nikomu, bo po co.


(...)
– Dobra koniec przesłuchania. – Abigail klasnęła w dłonie. – Powinniśmy się trochę wyluzować. Każdy z nas ma dziś za dużo stresu.
Podoba mi się to przejście od “co tu się dzieje, tajemnicze ataki caidosów, zmieniajace się oczy Aniel, to musi być połączone” do “naaaaah, to nie ma sensu, chodźmy do starbucksa”.


(...)
Ostatecznie do starbucksa idą tylko Nathan i Abigail, Aniel zostaje pod pretekstem złego samopoczucia, a James razem z nią.


– Dlaczego...
– Powinni spędzić trochę czasu razem – wyjaśnił, a ja uśmiechnęłam się.
James zawsze stawia na pierwszym miejscu to co najważniejsze… dla opka.


(...)
Popatrzyłam na Jamesa, który uśmiechał się szeroko. Uniosłam brew.
– Pobawmy się ze mną – powiedział, a ja prychnęłam.
Przepraszam, ale co znaczy to “pobawmy się”? Gdyby Aniel się zgodziła to co, wyciągnąłby zestaw klocków lego? Hot wings?


– Mam lepsze rzeczy do roboty.
– Na przykład jakie? – Skrzyżował ramiona na piersi.
– Na przykład trening. I właśnie na niego idę.
Wyminęłam chłopaka zostawiając go we własnym pokoju. W sumie miałam gdzieś, czy tam zostanie czy nie. Przecież i tak nie miałam nic do ukrycia.
Aniel wychodzi, a wtedy spod podłogi wyskakuje Isaac i tak na siebie patrzą z Jamesem, niezręczna cisza ciągnie się przez eony, aż w końcu Isaac mówi “To ja wpadnę później”.
Podoba mi się ten scenariusz. Ciekawe, czy wtedy James też uznałby, że nie ma potrzeby nikogo alarmować.  


Rozdział 14


Minęło kilka dni i na całe szczęście Isaac nie pojawił się. Przynajmniej tak mi się wydawało. Ten człowiek był nieprzewidywalny i psychiczny, więc w sumie pewności nie miałam.
Być może pojawiał się kiedy spałaś i gapił się na ciebie jak Edward na Bellę. Ha, powodzenia w zasypianiu dzisiejszej nocy!


Natomiast James nie odstępował mnie na krok tłumacząc, że to dla mojego bezpieczeństwa.
Następny Edward. Chyba że ojciec mu kazał.


Na całe szczęście przestał się, aż tak wywyższać, dzięki czemu był nawet do wytrzymania. Ku mojemu ogromnego zdziwieniu polubiłam go. Nadal był aroganckim, pewnym siebie dupkiem, ale od czasu do czasu potrafił zachować się przyzwoicie.
Jesteście do siebie całkiem podobni, wiesz?
Pokaż mi tylko, gdzie Anielka zachowywała się przyzwoicie.


Dużo czasu spędzaliśmy na sali treningowej, gdzie bez problemu, gdy byliśmy sam na sam mogłam się na nim wyżyć. Chłopak zapewnił mnie, że mogę mu ufać i nikomu nie powie, że umiem, aż tak dobrze walczyć.
Błagam, powiedzcie mi, że on w ten sposób tylko zdobywa jej zaufanie, a tak naprawdę co wieczór składa raporty ojcu.


(...)
– Właśnie, zapomniałem! Gal uznała, że powinniśmy poszukać czegoś w księgach.
Oh boy, powiedzcie mi, że mają tutaj dział książek zakazanych. Albo chociaż coś na kształt watykańskiego archiwum, gdzie dowiedzą się, że aniołowie nie mają kusiek, więc nie mogą mieć dzieci, więc całe życie żyli w kłamstwie, spisku i tak naprawdę są tylko zwykłymi ludźmi, a ta anielskość to tylko rządowa propaganda.


– Na mój temat? – Uniosłam brew rozbawiona.
A ja podciągnąłem spodnie. Mój portfel zrobił się jakiś cięższy…
Oczywiście, kurnać, że na TWÓJ temat, a nie na przykład tego miecza, którego podobno macie szukać.

Co jak co, ale byłam pewna, że mojego przypadku tam nie znajdziemy.
– Twoje oczy zmieniają barwę, musi być coś co nam rozjaśni sytuację.
A jednak… Czego ja się w sumie spodziewałam.


(...)
– Dobra, możemy już wejść do tej biblioteki, znaleźć czego i tak nie znajdziemy i wyjść?
Boże, ci bohaterowie są straszni. Pewnie niedługo usłyszymy coś w stylu “Dobra, możemy już iść po ten miecz, znaleźć go i tak nie znajdziemy, ale za to pewnie umrzemy po drodze”


James popatrzył na mnie, ale nic nie powiedział. Skinął tylko głową i zaczął iść w kierunku naszego celu.
Weszliśmy we czwórkę do pomieszczenia, a mnie zaparło dech w piersiach. Tyle ksiąg naraz jeszcze w życiu nie widziałam. Było ich z tysiące, co wcale nie było pozytywny wiadomością. Jeśli mieliśmy to wszystko przeszukać…
Użyjcie magicznego przedmiotu, zwanego katalogiem bibliotecznym! Albo poproście o pomoc panią bibliotekarkę. Chyba… że nie wiecie, czego właściwie szukacie. Wtedy możecie mieć problem.


– A więc? – spytałam unosząc brew.
Któregoś dnia ta biedna brew w końcu odpadnie z powodu nadmiernego eksploatowania.


– Tylko w jednym dziale mogą być zawarte o twoich oczach informacje – odezwał się James.
– Czyli? – spytałam trochę bojąc się odpowiedzi.
Biologia? Medycyna? Genetyka?


– Księgi zakazane – odpowiedział jak gdyby nigdy nic i poszedł zapewne w ich kierunku.
YAAAAS! Zgadłem! Hahaha!
https://media.giphy.com/media/wLBS2GlPDALS0/giphy.gif


Ja wiem. To są ortodoksyjni kreacjoniści (w sumie – anioły…) i wszelkie nauki biologiczne są u nich zakazane!


Otworzyłam szeroko usta ze zdziwienia.
– Zajebiście. Nie dość, że jestem tu gościem, twój ojciec domyśla się, że jest coś ze mną nie tak w dodatku mnie nie lubi, plus mam szperać w dziale zakazanym. Świetnie to sobie wymyśliliście.
Spotykasz się i rozmawiasz z kolesiem zamieszanym w morderstwo. Szperanie w zakazanych książeczkach to przy tym igraszki.
A właśnie, a propos, jak tam śledztwo w sprawie Jess? Nikogo już nie interesuje?
Niepilnowane ciało ktoś ukradł, służące niechcący zmyły ślady, a główna podejrzana mówi, że to nie ona i o co właściwie ten hałas. Sprawa zamknięta, kolejny sukces anielskiej policji.


– Aniel musimy się dowiedzieć co się dzieje – wtrąciła Gal. – Przecież nikt nas nie złapie.
– Oby – prychnęłam. Naprawdę nie chciałam mieć tu problemów. Chciałam pomóc mojemu miastu, a z takim zachowaniem na pewno się nie uda.
Wzdech.
A, racja, miasto. Skoro i tak jesteś ponad to stolicowe życie i czekasz w kolejce do wymarszu, mogłabyś w wolnym czasie zrobić trochę propagandy, odpowiedzieć o życiu poza bezpiecznymi murami miasta, zaapelować do ludzkich serc, może pozyskać broń i zapasy dla swoich. Ale to brzmi bardziej męcząco od pogaduszek w kawiarni, więc...


Nathaniel uśmiechnął się do mnie pocieszająco, co odwzajemniłam.
– Dobra zabierajmy się do roboty, bo szkoda czasu – powiedział.
Przytaknęliśmy głowami i przez następne dobre dwie godziny szukaliśmy czegoś na mój temat w księgach.
I nikt wam nie przeszkadzał, bo biblioteki, a już w szczególności działu ksiąg zakazanych, nikt nie pilnował. Harry miał przynajmniej pelerynę niewidkę!


Aż tu wtem! słyszą znajomy głos...


(...)


– Zajebiście – szepnęłam, a następnie odwróciłam się w stronę ojca Jamesa.
Biedny ojciec Jamesa. Zaczynam podejrzewać, że do jego licznych zadań w tym mieście  dochodzi jeszcze etat bibliotekarza i strażnika biblioteki w jednym. Ile nadgodzin wyrabia ten chłop!?
A tak przy okazji, czy on ma jakieś własne imię i nazwisko, czy jest identyfikowany tylko przez swojego synalka?


Przydybawszy ich w bibliotece, ojciec Jamesa oznajmia, że podjął decyzję i Aniel NA-TEN-TYCHMIAST wychodzi z misją, i bez gadania proszę!


(...)
– A może powinnam się przygotować? Wiesz broń i te sprawy...
– Przecież jesteś tak dobra, że broń ci nie potrzebna – prychnął, na co przewróciłam oczami. Nie miałam ze sobą żadnej broni, byłam ubrana tylko w legginsy i bluzkę z długim rękawem.
A na stopach miała japonki.
Może dajcie mi przynajmniej jakąś czapkę z daszkiem, taki upał.


Dodatkowo jadłam dobrych kilka godzin temu, przez co mój żołądek był prawie pusty, a zaraz miało zachodzić słońce. Nie miałam szans przeżyć nawet tygodnia. Chyba komuś wcale nie zależało na mieczu.
Ani na zachowaniu choć odrobiny pozorów.


W głowie szybko ułożyłam plan, dzięki któremu miałam chociaż cień szansy na przeżycie. Po chwili byliśmy już przy bramie, a ja widząc ciemny las wzięłam głębszy oddech. Zrobiłam krok w przód wiedząc, że i tak nie mam wyjścia. Byłam już poza murami miasta całkowicie bezbronna. Kocham życie.
– Aniel! – usłyszałam krzyk Jamesa przez co odwróciłam się w jego stronę. – Ojcze nie możesz jej puścić, kiedy jest bezbronna. Przecież...
Może i musi, bo autorka mu każe. Ale może mieć to też fabularne uzasadnienie: tatuś już wie kim jest Aniel, dlatego nawet nie zadaje sobie trudu, żeby dowiedzieć się, czego jego synek szukał w bibliotece.
Ja bym obstawiała uzasadnienie pozafabularne: autorce znudziły się przekomarzanki bohaterów i postanowiła przejść do bardziej dramatycznej akcji.


Końcówki zdania już nie słyszałam, ponieważ coś innego przykuło moją uwagę. Szelest krzaków, napięcie cięciwy i po chwili wystrzał. Zrobiłam unik w lewo, a następnie rozejrzałam się dookoła. Krew zaczęła szybciej płynąć w moich żyłach.
Po chwili usłyszałam jak ktoś klaszcze. To był przechodzący obok kleszcz, wyraźnie pod wrażeniem. Wyprostowałam się, aby pokazać, że strzał nie zrobił na mnie wrażenia.
Wtedy usłyszałam świst piętnastu kolejnych strzał...


– Z każdym dniem podziwiam cię coraz bardziej.
– Isaac – szepnęłam domyślając się do kogo należy głos.
– Brawo Aniel. – Chłopak wyłonił się zza krzaków, a na jego ustach widniał szeroki uśmiech. – Naprawdę miło cię widzieć.
– Domyślam się – syknęłam zaciskając dłonie w pięści.
– Zostaw ją w spokoju! – Po głosie Abigail mogłam wyczuć  złość.
– Nawet nie wiesz jak bardzo bym chciał. – Pokręcił głową. – A wam radzę zrobić coś za nim będzie za późno. Nie chcecie stracić takiej broni.
Po jego słowach wszystko działo się tak szybko. W moją stronę ruszyło ze dwadzieścia Caidosów oraz Isaac. Za nim zdążyłam zareagować już byłam unieszkodliwiona przez chłopaka. Nawet nie wykonałam jednego ruchu. Próbowałam się wyrwać na wszelkie możliwe sposoby, lecz Isaac wiedział jak mnie trzymać. Pieprzony Aniołek.
– Naprawdę nie chcę tego robić słońce – szepnął mi do ucha. – Ale nie mam wyboru.
Po chwili poczułam ogromny ból w szyi, a następnie zapanowała ciemność.
O Borze, nie, nie, nie! Oby to się nie zamieniło w “jestem porwana przez przystojnego złola na którego lecę”! Mam flashbacki z Wietnamu “365 dni”!


Rozdział 15


Obudziłam się w jakimś ciemnym pomieszczeniu z koszmarnym bólem głowy.
To zupełnie tak jak ja rano, na myśl o tym że czeka mnie kolejny paskudny dzień w pracy, będzie cholernie gorąco, a po południu będę musiał analizować to opko.
Ale przynajmniej pociesz się, że nie budzisz się w kajdanach, jak Anielka.  
Ale ja mam na sobie metaforyczne kajdany codzienności!
A kto nie ma...


(...)
– Kogo my tu mamy. – Usłyszałam męski głos. – Czy to ta słynna Aniel?
– Najprawdopodobniej się zgadza – odpowiedziałam z pewnością w głosie. – A co chcesz autograf?
– Zobaczymy, czy będziesz taka odważna przy naszym władcy – warknął, po czym odpiął kajdany i brutalnie postawił na nogi. Był trochę wyższy ode mnie, dzięki czemu doskonale widział mój wredny uśmieszek.
Tak dobrze widział w ciemnościach, czy miał założony noktowizor?


– Nie radzę ci się wyrywać. Obok celi stoi dwadzieścia naszych (czego? transporterów opancerzonych?), więc będziesz miała mały problem.
Jeśli chłopak myślał, że mam zamiar teraz zacząć uciekać to był w koszmarnym błędzie. Doskonale wiedziałam, że jak sobie teraz nagrabię to będą mnie jeszcze bardziej pilnować, a na tą chwilę nie było mi to na rękę.
Z obstawą niczym prawdziwa gwiazda szłam korytarzami jakiegoś ogromnego pałacu.
Naprawdę tyle ceregieli? Jest bez broni i przed chwilą dała się pojmać praktycznie bez walki.


Oczywiście nie był on tak piękny jak w stolicy, bo tutaj nawet normalnego światła nie było. Wszędzie były powieszone pochodnie [dyndały sobie na sznurkach], w którym [w tym wszędziu] palił się ogień i świetnie oświetlał ściany, na których było mnóstwo pająków.
Hm, wydaje mi się, że pająki raczej wolą cień, a już na pewno nie bezpośrednie sąsiedztwo otwartego ognia.
Gdyby przyjrzeć im się uważniej, to można by dostrzec, że są jedynie namalowane dla bardziej złowieszczego efektu.


Okropność. Nagle przed nami ukazały się ogromne czarne drzwi. Tak jak się spodziewałam weszliśmy do ogromnego pomieszczenia, które było tak samo koszmarnie wystrojone w niemodne ciuchy jak korytarz. Znajdował się w nim tylko jeden ogromny fotel, który chyba miał służyć, jako tron.
Całe wyposażenie wnętrz zostało zakupione po promocji w IKEI, w ramach akcji “i ty możesz być stereotypowym władcą ciemności siedząc w fotelu-tronie BELZEBUB (66.60 PLN)”.


Siedział na nim jakiś mężczyzna, którego jeszcze nie miałam okazji poznać. Po jego obu bokach stał Isaac oraz jakaś dziewczyna mniej więcej w moim wieku. Uniosłam brew widząc tą scenę.
This is madness! MADNESS!!!


Jakie to jest żenujące.
I jak zupełnie-ale-to-kompletnie nie robi na mnie wrażenia!


Mężczyzna, który siedział na „tronie" klasnął w dłonie, a wszystkie Caidosy odeszły ode mnie zostawiając mnie samą na środku pomieszczenia. Uniosłam dumnie głowę,
Bez kitu, przeczytałem “uniosłam” i automatycznie dodałem “brew”.


gdy facet zaczął iść w moim kierunku. Miał krótkie jasne włosy oraz mocno zielone oczy. Miał bardzo jasną karnację i był średniego wzrostu. Mogłabym nawet rzec, że był nawet przystojny.
No ba. Gdyby w opkolandzie znalazł się jakiś brzydal, wszechświat by implodował.


– Odbyło się bez niespodzianek? – spytał Caidosów, a któryś z nich przytaknął głową.
– Schlebiasz mi dając tak ogromną obstawę – powiedziałam uśmiechając się wrednie.
– Przynajmniej miałem pewność, że nie uciekniesz – mruknął.
– Gdybym chciała to by mnie już dawno tu nie było.
– Jaka pewna siebie – prychnął. Patrzyliśmy na siebie, ja z dumą w oczach, a on z ciekawością oraz czymś na wzór władczości. – Jak po tatusiu.
Zamarłam słysząc jego słowa, lecz nie dałam po sobie poznać, że zrobiły na mnie jakiekolwiek wrażenie.
Hm, znaczy, że Caidosy doskonale wiedzą, czyją córką jest Aniel? Interesujące.


Oblizałam wargi.
– Chcesz mnie poderwać, że tak mnie komplementujesz? – Uniosłam brew. – Wybacz, ale nie jesteś w moim guście.
– A ty wręcz przeciwnie – szepnął przybliżając się do mnie. Zacisnęłam szczękę nakazując sobie spokój.
– Carter odsuń się od niej – warknął nagle Isaac.
O, wow. Patrząc na tę całą scenerię byłam przekonana, że Aniel trafiła przed oblicze jeśli nie samego władcy piekieł, to przynajmniej ważnego bossa – a tu tylko jakiś kolo, na którego Isaac sobie powarkuje.


Spojrzałam leniwie na niego. W oczach chłopaka dostrzegłam złość, co odrobinę mnie zdziwiło.
– Będę robił, co mi się podoba – powiedział blondyn.
Który pierwszy zacznie tupać nóżką?


– Ale nie tym miałeś się chyba zająć, prawda? Od tego masz swoją prywatną dziwkę, prawda Laro?
Wow, Isaac, co za klasa. Będziecie do siebie pasować z Anielką.
Są jak dwie połówki jabłka zerwanego z drzewa poznania dobra i zła.


Dziewczyna stojąca po drugiej stronie „tronu" burknęła coś, na co miałam ochotę zareagować śmiechem.
Carter spojrzał to na mnie, to na chłopaka. Na całe szczęście po chwili odsunął się ode mnie, dzięki czemu znowu wyprostowałam się. Blondyn uśmiechnął się do mnie, na co uniosłam brew.
Jestem gdzieś na granicy między popadnięciem w obłęd a pęknięciem ze śmiechu.


– Może zaczniemy od czegoś prostego... – zaczął. – Może jak się nazywasz?
– Jeśli w drodze tutaj od celi załatwiłeś mi taką obstawę, to myślę, że doskonale wiesz jak się nazywam – odpowiedziałam, na co dostałam pięścią w twarz. Prychnęłam nie dając mu tej satysfakcji, chociaż poczułam ogromny ból.
– Jeśli pytam, to oczekuję odpowiedzi!
– A co pytanie dostałeś? – Kolejne uderzenie w policzek. Przyznaję, że moja pyskówka nie miała za bardzo sensu, ale od tego sierpowego zaczęło już mi się plątać w głowie. Zacisnęłam zęby wstrzymując jęk. W buzi poczułam metaliczny smak. Jeszcze zęby mi rozwal to pożałujesz.
Pożałuje, bo będziesz wtedy niewyraźnie paplać. Widać, że kolo to amator, który agresywnym zachowaniem dodaje sobie animuszu.


– Radzę ci ze mną nie zadzierać – syknął wskazując na mnie palcem. Spojrzałam na niego i oblizałam wargi, a po chwili na mojej twarzy znów zagościł wredny uśmieszek. – Gdzie mieszkałaś?
– Na totalnym zadupiu, jestem pewna, że nawet nie skojarzysz nazwy.
– Ostrzegam... bo dostaniesz tak, że nie będziesz w stanie stać o własnych nogach. W takim razie, gdzie jest miecz twojego ojca?
– Spytałabym ojca, ale najpierw muszę go znaleźć.
– Bardzo zabawne, gdzie jest miecz?
– Nie obchodzi mnie to, kup sobie na wyprzedaży, a nie będziesz zabierał jakiemuś facetowi.
– Aniel kurwa! – wrzasnął, a ja przełknęłam ślinę.
Zabawne jak bardzo rozpaczliwie brzmi ten wrzask.


Jego wrzask rozległ się po całym pomieszczeniu i zabrzmiał wręcz demonicznie. Kłamałabym, gdybym powiedziała, że nie zrobił on na mnie żadnego wrażenia. – Miecz Gabriela! Miecz, który miałaś znaleźć!
Carter właśnie uświadomił sobie, że spierdolił sprawę, zlecając porwanie Anielki tuż spod bram miasta, zanim zrobiła choćby krok w poszukiwaniu miecza.


Przełknęłam ślinę powoli łącząc fakty. To niemożliwe. Przecież Arie by mi powiedział, gdyby... A może jednak. Nie to niemożliwe.

– Jeżeli mi nie powiesz... – Carter ścisnął moje gardło tak, że zaczęłam mieć problemy z oddychaniem.
– Twoje groźby nie robią na mnie wrażenia – prychnęłam. Blondyn mocniej ścisnął moje gardło, a następnie rzucił mnie kilka dobrych metrów. Wylądowałam tuż przed ścianą, co było ogromnym szczęściem w tej chwili. Mogło skończyć się o wiele gorzej. Byłam ciekawa, jakim sposobem ten facet miał tyle siły. Z trudem podniosłam się z ziemi.
– Chyba nie masz pojęcia jak rozmawiać z kobietami – powiedziałam rozbawionym tonem.
– A ty nie masz pojęcia, na co mnie stać – warknął zbliżając się do mnie. Chłopak przygwoździł mnie do ściany, a ja z bólu skrzywiłam się. Drugą dłonią dostałam pięścią w brzuch.
– Radzę ci powiedzieć, co wiesz – syknął mi do ucha. – Bo zacznę używać innych środków.
To mówiąc wyjął ostry nóż i przejechał mi nim po ręce. Wstrzymałam powietrze nie chcą dać mu tej satysfakcji.
– Mów! – wrzasnął wbijając mi nóż w ramię.
– Nic ci nie powiem – syknęłam, a zaraz potem zaczęło mi się robić słabo. Przełknęłam ślinę, a zaraz potem zawładnęła mną ciemność.
Dramatycznie. Zastanawia mnie tylko skąd ta wiara, że Aniel wie, gdzie jest miecz. Była w końcu małym dzieciakiem, gdy Gabriel zaginął…
Właśnie. Miała dziesięć miesięcy. Caidosy chyba umieją liczyć?

Rozdział 16


James POV's
Ukryłem twarz w dłoniach dowiadując się, że minął następny dzień, a my nadal nie wiedzieliśmy co się dzieje z Aniel.
– Musi gdzieś być! – wrzasnąłem nie wytrzymując. Abigail wzdrygnęła się słysząc wściekłość w moim głosie.
– Uspokój się – warknął Nathaniel. – Twoje wrzaski nam nie pomogą.
– Twoje uspokajanie mnie także – prychnąłem. Wstając przewaliłem stół przy, którym siedziałem.
– Ej, już trochę przesada, co? – syknęła Abigail.
– Musimy się przynajmniej dowiedzieć w jakim celu jest im potrzebna Aniel – zignorowałem słowa dziewczyny. – To może nam dużo pomóc.
– Niby w czym? – Ciemnowłosa uniosła brew.
Nie będę tego przed wami ukrywał: w chwili gdy to piszę od dawna analizuję to sam i czuję, że jestem blisko pierdolonego jądra ciemności.


Trójka przyjaciół postanawia w końcu dowiedzieć się prawdy i by to zrobić postanawiają niezwłocznie, w nocy, udać się do rodzinnej wioski Aniel.
(...)


– To do dzieła – powiedziałem odwracając się w kierunku wyjścia z budynku.
Natomiast jak zwykle nie mogło obejść się bez problemów. Jak spod ziemi przed oczami wyrósł nam mój ojciec. Spojrzał na nas i skrzyżował ramiona unosząc przy tym brew.
aaaaaaAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!
Potężne combo!


– Wychodzisz gdzieś? – spytał podchodząc do nas.
– Nie twój interes – burknąłem chcąc go wyminąć, lecz od razu zagrodził mi drogę.
– Nie tak odpowiada się ojcu. – Złapał mnie za łokieć.  – Jest całkowity zakaz wychodzenia z miasta.
– Słucham?
– Nie słyszałeś? – Mężczyzna zaśmiał się kpiąco. – Nawet nie próbuj wychodzić.
Prychnąłem.
– Bo co? Dasz mi szlaban na kompa na tydzień?

– James – jego ostrzegawczy ton nie zrobił na mnie wrażenia.
– Chcę dowiedzieć się prawdy – warknąłem. – Nie zostawię tego tak.
– Ile razy mam ci powtarzać, że to durna zagrywa Caidosów. – Mężczyzna przewrócił oczami. – Chcą nami manipulować. Nie powinieneś...
– Jeśli tak uważasz, to tobą też zmanipulowali. Od tak nie zamykasz miasta. – Wyszarpałem się ojcu i tym razem udało mi się wyjść z pomieszczenia. Czułem, że przyjaciele są od razu za mną.
I tak sobie wychodzą, a ojciec Jamesa po tym jak został wyminięty nie jest w stanie ich powstrzymać. Być może był w takim szoku, że zapomniał że dowodzi strażnikami itd.


(...)
***


Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu cała drogę przeszliśmy bez większych komplikacji. Gdy tylko zauważyłem miasto przyśpieszyłam (!?) kroku. Ku mojemu zdziwieniu zajęło nam to o wiele mniej, niż ostatnio. Wyłaniając się z krzaków zacząłem (!? O BORZE, GENDER ICH ZAATAKOWAŁ POD DRODZE) się rozglądać po miasteczku. Moje serce ścisnęła się (i ich wnętrzności także!) widząc w jakich warunkach żyją. Dopiero teraz to zrozumiałem. Zrozumiałem co tak naprawdę dzieje się na świecie.
Dostąpił oświecenia jak książę Siddharta?


Miasteczko jest opuszczone, ale szczęśliwym trafem spotykają… eee… jak też się nazywał ten miejscowy przyjaciel Anielki? Whatewer, w każdym razie on prowadzi ich do domu Ariego.  


(...)
Tak jak się domyślałem w środku panowała taka sama biedota jak na zewnątrz.
W środku panowała biedota, jak zwykle tam, gdzie mieszka bieda.


Nadal nie mogłem w to uwierzyć, że dopiero teraz się obudziłem i dostrzegałem takie rzeczy.
Faktycznie to trochę dziwne, biorąc pod uwagę, że poprzednim razem spędziłeś w tym domu ładne parę godzin.


– Arie goście do ciebie – powiedział chłopak, a następnie wyminął nas zostawiając nas samych z wilkołakiem. Z wahaniem wszedłem do pomieszczenie i od razu co mi rzuciło w oczy to ogromny bałagan.
Mężczyzna widząc mój wzrok zaśmiał się cicho i powiedział:
– To Aniel zawsze sprzątała.
A jemu co, rączki ujebało, czy uważa sprzątanie za niemęskie? A może niewilkołacze?  


Muszę się w końcu pogodzić, że jej nie ma. W dodatku, gdybyście wiedzieli ile ataków mamy. Wejdźcie dalej.
I jakim cudem się trzymacie?


Oblizałem wargę.
– Właśnie my w tej sprawie – zacząłem z wahaniem.
Wilkołak poprawił się na siedzeniu i uniósł brew.
– Chodzi o waszych ludzi? Za późno, ostatni zginął trzy dni temu.
Dobra, to jakim cudem wiocha nie poszła jeszcze z dymem? Aniel nie ma, aniołków ze stolicy nie ma… Czy caidosy powstrzymuje już tylko śmieciowa barykada, która powstała bo Ariemu brakuje Aniel?

Popatrzyłem na niego z przerażeniem. Zdawałem sobie sprawę, że nie daliśmy do wsi najlepiej wyszkolonych Aniołów, aczkolwiek miałem nadzieję, że wytrzymają zdecydowanie dłużej.
– Raczej nie o to chodziło – rzekł Nathaniel wiedząc, że muszę dojść do siebie.
– Stało się coś czego się nie spodziewaliśmy, ale wydaje nam się, że możesz coś wiedzieć na ten temat – powiedziałem bojąc się reakcji wilkołaka.
– Do rzeczy – warknął.
– Aniel porwały Caidosy. Wiemy tylko, że miały w tym jakiś cel.


Rozdział 17


Zauważyłem jak Arie się spina.
– Jak to porwali? – W jego głosie usłyszałem nutkę wściekłości.
– Mój ojciec zachował się dosyć nieodpowiedzialnie i puścił ją w teren bez żadnej broni – wyjaśniałem. – Jeden z Caidosów powiedział, że szkoda by było stracić taką broń.
James, mimo wszystko ciągle trochę wybiela ojca. “Puścił” to nie to samo co “wygnał w środku nocy bez niczego”.


Bla, bla, Arie początkowo stwierdza, że nic im nie powie, bo i tak nie pomoże to Aniel, która zapewne w tej chwili już nie żyje… Po czym zaczyna szlochać, że zawiódł swego najlepszego przyjaciela, Gabriela. Okazuje się, że za dawnych czasów Arie, Gabriel i ojciec Jamesa tworzyli nierozłączną paczkę, nie zważając na różnice gatunkowe, a wszystko zmieniło dopiero odejście Gabriela.


(...)
– Kiedyś wszystko było inaczej. – Pokręcił głową. – Wszyscy żyliśmy w zgodzie. Nie ważne było czy byłeś wilkołakiem, elfem, czarownikiem, Aniołem, czy nawet wampirem.
Zmarszczyłem brwi zdając sobie sprawę, że nigdy nas tego nie uczyli.
– Przecież...
– Tak wiem – przerwał mi. – Twój ojciec po zniknięciu Gabriela totalnie zmienił nastawienie. Oskarżył mnie o jego śmierć, a wszystkie inne nadnaturalne rasy znienawidził.


(...)
– Caidosy... one ją zamęczą na śmierć – jęknęła Abigail. – Nie możemy jej zostawić!
Spojrzeliśmy na nią. Dziewczyna była blisko płaczu.
– Nie odbijemy jej bez pomocy profesjonalnego wojska – rzekł Nathaniel patrząc zmartwionym wzrokiem na dziewczynę.
Arie zaśmiał się.
– Chyba nigdy nie widzieliście murów Darkness.
To najlepsza nazwa dla stolicy sił ciemności o jakiej słyszałem.


Miasto jest lepiej chronione niż ta wasza głupia stolica. Możecie zapomnieć.
Znaczy ta stolica, gdzie Isaac może pojawiać się kiedy i jak chce?
W Darkness trzeba zmierzyć się z domofonem.


– Ale trzeba coś zrobić – powiedziałem, na co Arie pokręcił głową.
– Już nic się nie da zrobić – przerwała Abigail. – Nie rozumiesz?


Arie POV's
To jaki czułem w sobie ból był nie do opisania. To wszystko było moją winą. Obiecałem ją chronić, a dopuściłem do tego, aby Złe Anioły ją znalazły.
Hm, o ile dobrze pamiętam, to nie sprzeciwiał się jakoś bardzo stanowczo jej pomysłowi, by udać się do stolicy i wziąć udział w poszukiwaniach. W dodatku, wiedząc już, że chodzi o poszukiwania miecza Gabriela, nadal nie zdecydował się powiedzieć Anielce prawdy. A zatem wypuścił ją bez podstawowych informacji, więc tak, jego wina jest całkiem spora.


– Nadal nie rozumiem jakim sposobem Caidosy się o tym wszystkim dowiedziały – mruknął James. Spojrzałem na niego.
– Z mrocznej przepowiedni – westchnąłem i wstałem od stołu. Podeszłem do okna spoglądając na wstające słońce. Wiedząc, że i tak nie wiedzą o czym mówię kontynuowałem: – Mają ją jedynie Caidosy. Zawarta jest w nich przepowiednia mówiąc o córce najpotężniejszego, która zjednoczy cały świat a dobro w końcu zwycięży nad złem.
Mają ją tylko źli, ale ja o niej wiem i nikomu nie powiedziałem, o taaak.
Bardzo, hm, szczegółowa ta przepowiednia.


– Myślisz, że chodzi o Aniel?
Nie, chodziło o tę rudą zołzę która się z nią pojedynkowała i która została później zamordowania. Jesteście w dupie.


– Jestem tego pewien – rzekłem. – Potężniejszy jest tylko Bóg i najprawdopodobniej Lucyfer. Te dwie opcje można odjąć zauważając, że Bóg nie ma i nie będzie miał dzieci, a Lucyfer jest złem prawdziwym i też nie ma dzieci.
Ej ale “córka najpotężniejszego” to nie “córka trzeciego w kolejności najpotężniejszego, psst, jego imię zaczyna się na >>G<<”.
Właśnie. Niech ktoś powie Caidosom, że powinny poczekać jeszcze z jaki tysiączek lat, aż Bóg uzna, że pora zagadać do jakiegoś skromnego dziewczęcia z małej wioski.
Tylko co, jeśli w tym świecie też urodzi mu się chłopiec?


James wyglądał jakby się chwilę nad czymś zastanawiał. Zmrużył oczy i powoli przytaknął głową.
– Tym bardziej musimy uratować Aniel – mruknął, na co się zaśmiałem.
– Czy ty w ogóle mnie słuchałeś? – warknąłem zbliżając się do niego. – Nie rozumiesz, że wszystko stracone. Ona jest stracona.
– Jeżeli pójdziesz z nami do Claritas i wszystko wytłumaczysz mojemu ojcu to mamy szansę.
– Szanse na co? – burknąłem. – Na wywołanie wojny, w której zginął wszyscy?
Why not? Skoro i tak powoli przegrywacie i tylko odsuwacie w czasie nieuniknioną klęskę, to dlaczego nie pójść na całość?


Przełknąłem ślinę i zamknąłem oczy, aby się uspokoić. Nie mogłem pozwolić, aby wściekłość mną zawładnęła. Wzięłam głębszy oddech i spojrzałem na całą trójkę.
– Zgoda, pójdę z wami.


Aniel POV's
Biorąc głębszy oddech otworzyłam oczy. Ku mojemu zdziwieniu przed moimi oczami ukazało się niebo tak niebieskie i czyste jak nigdy dotąd. Nie byłam już w ciemnej celi czy ogromnej chłodnej sali tylko na łące. Z lekkim trudem wstałam z ziemi otrzepując się. Rozejrzałam się dookoła próbując zrozumieć, gdzie jestem i co ja tu robię. Dopiero gdy przyjrzałam się dokładniej zauważyłam, iż na horyzoncie widać coś czerwonego. Zmarszczyłam brwi. Nagle poczułam, że łąka wcale nie jest realna. Wyostrzyłam wzrok i dopiero wtedy dostrzegłam wszędzie czerwone przebłyski. Miejsce, które kilka chwil temu wydawało się idealne już wcale takie nie było. Miałam wrażenie, że z jednego więzienia wylądowałam do drugiego. Niepokój, który opanował moje ciało automatycznie przygotował moje ciało do walki. A konkretnie w momencie, gdy zauważyłam postać idącą moją stronę. Zacisnęłam dłonie w pięści. Zmęczenie, które czułam ustąpiło.


Okazuję się, że postać to sam Gabriel, uwięziony tutaj przez Lucyfera. Aniel zaczyna podejrzewać, że może być jej ojcem, ale oczywiście stwierdza że to niemożliwe.
(...)


Rozdział 18


Aniel budzi się ponownie, tym razem w ciemnościach, mając przy sobie Isaaca, który obmacuje jej głowę w poszukiwaniu rany po uderzeniu.


(...)


– Teoretycznie rzecz biorąc oberwałaś tak w głowę, że powinnaś choć w minimalnym stopniu stracić pamięć. – Z powrotem złapał mnie za podbródek. – Ale nie widzę u ciebie nawet drobnej rany.
– Zagoiły się. Zaraz kiedy dostałam w głowę?
Chłopak najprawdopodobniej zignorował moje pytanie.
– Tak szybko? – Mogłabym się założyć, że właśnie uniósł brew. Wzruszyłam ramionami.
Ja też mógłbym się o to założyć.


– Zawsze tak miałam.


Isaac daje jej także coś do wypicia, Aniel waha się, czy to przypadkiem nie trucizna...


(...)


Te jakże egipskie ciemności tylko utrudniały mi podjęcie decyzji. Nie mogłam dostrzec twarze Isaac'a, co zwiększało mój niepokój.
Isaac o wielu twarzach?


Jednakże moje burczenie w brzuchu wygrało z wielką niepewnością. Wzięłam łyk pokarmu i doszłam do wniosku, że nie smakuje najgorzej. Umrę albo od tego, albo z głodu. Wzięłam następny łyk, aż w ostateczności wlałam w siebie wszystko.
– Jednak mi ufasz – powiedział z rozbawieniem, kiedy podałam mu już pusty przedmiot.
– Nie czuj się zbyt wyjątkowo – mruknęłam. – Ufam każdemu, kto nie jest rudą albo blond biczą.  Chłopak zaśmiał się.
– Chyba za późno.
Przewróciłam oczami, ale nic już nie powiedziałam. Spoglądałam w ciemną przestrzeń mając nadzieję, że właśnie tam jest Isaac. Wyobraziłam sobie go siedzącego naprzeciwko mnie z tym jego typowym uśmieszkiem. Te jego bujne, ciemne włosy, choć w nieładzie to idealnie ułożone. Jego ciemne oczy przenikające mnie na wskroś i pełne różowe usta.
Can you feel the love tonight…


Mam dyskomfort. Jeśli facet ma ciemne, falujące włosy, ciemne oczy i nazywa się Isaac (i ciągle przygryza usta), to już wy wiecie, jak ja mogę go sobie wyobrażać…
Poe, run! Run for your life!

Przełknęłam ślinę odganiając te żałosne myśli.


Plot twist: po rozmowie, w której dużo było unoszenia brwi, prychania i oblizywania ust, Isaac uwalnia Aniel z celi.


(...)
– Pierwsze drzwi po lewej. Ruchy.
Skinęłam głową i rozglądając się na wszystkie strony podeszłam do wyjścia. Chłopak zamknął moje już dawne więzienie i podszedł do mnie. Tak samo jak ja zaczął słuchać, czy aby na pewno nikt nie idzie. Kiedy miałam już pewność, że nikogo nie ma po drugiej stronie otworzyłam drzwi. Spojrzałam na Isaac'a nie wiedząc, w którą stronę się teraz kierować. Bez słowa zaczął iść w prawo, a ja bezszelestnie ruszyłam za nim. Byłam ciekawa, dlaczego nie zauważyliśmy jeszcze żadnego Caidosa, lecz to pytanie wolałam zostawić na później nie chcąc zakłócać ciszy. Z racji, iż zamek chyba nie posiadał okien nawet nie wiedziałam, czy jest noc.
Tak na logikę to lochy są raczej gdzieś w piwnicy, więc trudno byłoby o okna.


Po drodze mamy uroczą scenkę, kiedy to Isaac nagle wciąga Anielkę w jakąś wnękę, by ukryć się przed wartownikami, i stoją tak blisko siebie, a serca im tak biją, tak biją… ;)


(...)


– Będziesz mi wisieć ogromną przysługę – powiedział, a ja stanęłam jak wryta patrząc na ogromne wrota, przed którymi właśnie staliśmy.
– To jest wyjście? – szepnęłam.
– Nie myślałaś chyba, że ten zamek to labirynt, prawda? – prychnął. – Złe Anioły są zbyt głupie, aby bawić się w taki rzeczy.
A może zbyt mądre? Kto na co dzień chciałby żyć w labiryncie?


Po tych słowach otworzył drzwi i wyszedł przez nie na zewnątrz. Nadal nie do końca wierząc, co się właśnie dzieje zrobiłam kilka kroków do wolności. Isaac zaśmiał się widząc moje wahanie. Drzwi za mną zamknęły się same, co zaakcentowało, iż byłam prawie wolna.
I to serio było takie proste? W całym zamku tylko raz spotkali wartowników? I jeszcze wyszli jak gdyby nigdy nic przez główną bramę?
Wspominano, że Darkness ma znacznie lepszą ochronę niż stolica… ale to nie znaczy, że dobrą.


– Wyglądasz jak przestraszone zwierzę – zaśmiał się, a ja pokazałam mu język nie zważając jak bardzo to dziecinne było.
Rozejrzałam się po okolicy ignorując jego wredne wypowiedzi.
To pokazała mu język czy zignorowała?


Na dworze było zimno i panowała noc. Księżyc w pełni idealnie rozświetlał drogę, a w oddali było słychać wycie wilka. Arie.
Już zdążył?


(...)
– Jakim sposobem nas nie złapali?
– Jest noc. Połowa jest na polowaniu, a reszta śpi.
– Nie ma u was wart?
– Valentine był bardzo naiwny i myślał, że prześpisz więcej nocy, dlatego uznał, że nie ma sensu pilnować twojej celi – prychnął. Tak swoją drogą, jesteś naszym jedynym więźniem. Mamy remont, większość cel jest odnawiana, zabezpieczenia wyłączone, rozstawione rusztowania w sam raz na ucieczkę. Ale ci się fuksło.
I trwa jeszcze strajk służby więziennej!


– Więc ile spałam?
– Tylko cztery dni.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Jak to możliwe, że spałam, aż tyle?!
Normalne, Śpiączka Opkowa, nie słyszałaś o niej, czy jak?


– Co mi zrobiliście? – spytałam trochę obawiając się odpowiedzi.
– Pamiętasz płyn, który ci wstrzyknąłem? – Przytknęłam lekko głową.
Przytknęła? A może prztyknęła? I zaklaskała uszami do kompletu.


– Miał on za zadanie osłabić twój organizm, żebyś wszystko powiedziała, ale jak widać jesteś jeszcze bardziej uparta, niż się spodziewałem. Ale do rzeczy, twój organizm nie był w stanie znieść takiego bólu i po prostu zemdlałaś na czas nieokreślony. W sumie Valentine nie był pewny, czy się w ogóle obudzisz.
ALE ZARAZ. Jaki płyn, jaki Valentine, przecież po porwaniu (kiedy faktycznie, “poczuła ogromny ból w szyi”, więc może wtedy Isaac coś jej wstrzyknął) ocknęła się w celi, skąd została zabrana na przesłuchanie przez niejakiego Cartera, który pobił ją i poranił nożem, aż znowu zemdlała.
Hm, a może to przesłuchanie to też były zwidy w śpiączce, jak spotkanie z Gabrielem?
Nie wiem, Nic już nie wiem!


Uniosłam brew słysząc ostatnie słowa.
– Czyli podsumowując cudem żyje? Nie samym cudem żyje człowiek.
Isaac zastanowił się chwilę.
– Tak, właśnie tak jest.
Wzięłam głęboki oddech, aby się uspokoić. Cudnie. Cudownie, że taki cud.


Rozdział 19


Nie mogłam uwierzyć, lecz przez całą drogę, która trwała dobrych kilka godzin gadałam z Panem Dupkiem Isaakiem. To było dziwne zważając, iż byliśmy największymi wrogami i nawet nie powinniśmy na siebie patrzeć. W tym momencie właśnie powinniśmy się próbować zabić, a mi to nawet do głowy nie przyszło.
Biorąc pod uwagę, jak w tym opku wygląda rozwój jej relacji z poszczególnymi postaciami, to po przegadaniu kilku godzin powinni być już przyjaciółmi na śmierć i życie.


– Daleko jeszcze? – jęknęłam, na co Isaac zareagował śmiechem.
– Akurat nie – powiedział i spojrzał w lewo. – Za tymi krzakami jest stolica.
Podoba mi się, że ta cała stolica ze swoimi złotymi murami i wieżami, schowana jest za jakimiś tam krzakami.


Niestety, pojawia się mały problem – Aniel jest w zbyt dobrym stanie fizycznym, żeby uwierzono, że Caidosy ją torturowały i uciekła im z narażeniem życia. Wobec czego wpada na genialny pomysł, jak się uwiarygodnić…


(...)


– Złam mi rękę – powiedziałam pewnie, a chłopak spojrzał na mnie jak na idiotkę. – To strażnicy stolicy. Nie wpuszczą mnie, jeśli nic mi nie będzie.
Takie prawo, do stolicy wpuszczamy tylko chorych, rannych i kaleki.


W jego oczach zauważyłam wahanie, jednak zaraz potem usłyszałam łamanie kości. Zacisnęłam wargi, aby nie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Spojrzałam na swoją prawą dłoń i zauważyłam lekko wystającą kość.
Ona usłyszała łamanie kości, ale nie wspomina o tym że poczuła ból. Musiała spojrzeć na dłoń by się upewnić.
Wow. Aż dziwię się, że ten cały Carter sam sobie nie złamał ręki, gdy ją uderzył.


(...)


Strażnicy prowadzą Anielkę do ojca Jamesa, który mimo złamanej ręki i tak jej nie wierzy.


– Interesujące – mruknął, a ja zebrałam wszystkie siły, aby tylko nie przewrócić oczami. – Caidosy nie w taki sposób traktują swoich wrogów.
– Chyba nie myślisz, że jestem po ich stronie? – prychnęłam. Jego podejrzenia były wręcz absurdalne, a ja po prostu nie potrafiłam tego przemilczeć. On był tak wielkim idiotą.
W sumie patrząc jak niekompetentnie zajmujesz się sprawami w stolicy… to kojarzysz mi się z tym gościem:


– Myślę, że na pewno – burknął, a ja uniosłam brew.
– Może najpierw powinieneś zebrać dowody, co? – Po gabinecie rozległ się męski głos. Moje ciało natychmiastowo się rozluźniło, a na twarz wpłynął uśmiech. Odwróciłam się w daną stronę, aby mieć pewność, że to on. Ojciec Jamesa spoglądał na niego z niedowierzaniem.
– Jak się tu dostałeś? – syknął, a ja miałam wrażenie, że się znają.
– Zaprosiłem go – obok Ariego pojawił się James. Schował dłonie do kieszeni i spojrzał na własnego ojca z wyższością.
I tak szczęście, że go nie opierdolił z góry na dół i z powrotem.
Tato, jak ty się zachowujesz! Wstań, przywitaj się, proszę, niech państwo usiądą, tata, idź nastaw wodę na herbatę, ręce z kieszeni wyjmij, bardzo przepraszam za niego, ale sami wiecie, to już ten wiek...


Jestem uratowana. Nie panując nad rucham i nie myśląc nawet minuty rzuciłam się na Ariego przytulając go mocno. Nie obchodziła mnie moja złamana ręką. I nawet nic nie poczułam. Chciałam jak najszybciej znaleźć się blisko osoby, która była przy mnie całe osiemnaście lat. Mężczyzna objął mnie, a ja poczułam jak jego ciało drży.
– Myślałem, że cię straciłem – szepnął.
– Zapomniałeś, że ja nigdy się nie poddaje – powiedziałam z uśmiechem na ustach.
Nadal nie mogłam uwierzyć, że on tu jest. Wilkołak przecież nie ma wstępu do stolicy. Jest to zakazane, chyba, że zgodę udzieli radny... lub jego potomek. Spojrzałam na Jamesa i uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością.
Zajebiszcze prawo. Czujecie tę formę rządów w której rozpuszczeni potomkowie najważniejszych dygnitarzy mają takie same kompetencje jak ich rodzice?
Czy to nie w Achai było, że w Królewskiej Radzie zasiadali książęta wraz z synami – niezależnie od wieku tych synów?
Tak!
Ale jako kobieta nie mogła zasiadać w Radzie Królewskiej, co spędzało Archentarowi sen z oczu i napawało wstydem, ilekroć musiał uczestniczyć w zebraniach sam, podczas kiedy inni książęta byli tam z synami.


James rozpoczyna przemowę w obronie Aniel, usiłując przekonać ojca, że nie jest ona Caidosem.
(...)
– Od momentu, gdy Aniel pojawiła się w stolicy uznałeś, że coś jest z nią nie tak – mówił, a ja pomimo, że chciałam mu przerwać nie zrobiłam tego. Ciekawość, co chce powiedzieć wzięła górę. – Walczy lepiej od dziesięciu najlepiej wyszkolony aniołów razem wziętych. W dodatku jej słuch i wzrok są o wiele bardziej rozwinięte.
A skąd to wiesz? Nie było ani jednego momentu, w którym mógłbyś się o tym przekonać.


Wiadomo również, że Caidosy w walce i w sumie we wszystkim są o wiele gorsze od nas. – Przewróciłam oczami słysząc ostatnie zdanie. To ciekawe, dlaczego tyle Dobrych Aniołów ginie.
Lekceważą przeciwnika?


– Do czego zmierzasz James? – W głosie radnego mogłam usłyszeć ciekawość.
– Podsumowując to, co powiedziałem musimy wykluczyć, iż Aniel jest Caidosem. Można jeszcze dodać, że gdyby nim była to bariera, która jest wokół stolicy zareagowałaby natychmiast.
Na Isaaca jakoś nie reaguje, nananana… Ale ok, James może tego nie wiedzieć (albo zaraz się okaże, że Isaac też nie jest Caidosem).

– Więc chcesz powiedzieć, że jest demonem, tak? – Prychnęłam słysząc absurdalne oskarżenia ojca Jamesa.
– Dla ciebie to mogę stać się demonem i zgotować ci piekło do cholery jasnej. – warknęłam nie wytrzymując. Mężczyzna spojrzał na mnie złowrogo. I cyk, łamanie kołem. Nie moja wina, że ten idiota mnie tak strasznie wkurzał! – A tak na poważnie, to gdybym była demonem to również miałabym problem z przejściem przez bramę, czyż nie detektywie?
Podobno na specjalne zaproszenie można tu wejść (jak zrobił to Arie). A Anielka podpisała nawet jakiś kontrakt czy cuś, można uznać, że została zaproszona.


Mężczyzna zacisnął dłonie w pięści, a ja uśmiechnęłam się słodko.
– To, że mnie nienawidzisz nie oznacza, żeby wymyślać bezpodstawne plotki na mój temat.
Och, jak ty mało wiesz, jak działa nienawiść.


– Mogę kontynuować? – przerwał mi James spoglądając to na swojego ojca, to na mnie. – Możemy teraz przejść do jej zachowania, dobrze? Aniel gdyby była szpiegiem nie wychylała się, a co do tej pory bardzo marnie jej wychodziło. Jest chamska, bezczelna, za bardzo szczera i nie potrafi zamknąć jadaczki.
– Ja tu jestem – burknęłam i skrzyżowałam ramiona na piersi.
Nie przejmuj się, w opkach te cechy zwykle są zaletami. James chwali cię jak umie.


– Szpieg robiłby wszystko, aby każdy mu zaufał. Aniel na tym nie zależy.
Jeśli kiedyś przyłapią ją wynoszącą tajne plany z gabinetu burmistrza, to czy James też będzie argumentował, że szpieg by tak nie zrobił?


– A chyba pamiętasz mój drogi, kto miał taki charakter, prawda? – Tym razem odezwał się Arie. – Nikogo się nie słuchał, miał chamskie odzywki do wszystkich, nie umiał trzymać języka w gębie i wyśmienicie walczył.
Bądźmy szczerzy, nie codziennie trafia się na taki opis archanioła Gabriela.
Tak z ciekawości… Szefowi też pyskował?


(...)


– To niemożliwe – szepnął mężczyzna. – On nie miał potomstwa...
– A jednak – warknął Arie. Przegryzłam wargę. Byłam pewna, że następne jego słowa nie spodobają mi się. – Mój drogi to właśnie jest córka Archanioła Gabriela.
Bucowata jak ojciec, no nie powiesz, że nie rozpoznajesz TEJ bucery!


Rozdział 20


(...)


Wilkołak schylił głowę.
– Aniel, to nie jest żart – westchnął. – Jesteś córką najpotężniejszego.
Zaraz, przecież dopiero co ustaliliśmy, że najpotężniejszy jest Bóg, po nim Lucek, a Gabriel dopiero trzeci.


– Nie – wyszeptał ojciec Jamesa. – To niemożliwe. Gabriel by mi powiedział.
– Nie chciał, aby ktokolwiek wiedział. Pragnął, aby Aniel była bezpieczna, a czym mniej osób wie tym lepiej – wyjaśnił.
Khę, jest jeszcze co najmniej jedna osoba, która doskonale wie, że Gabriel miał dziecko. Czyżby Arie… zajął się matką Anielki?


– Przecież do cholery przyjaźniłem się z nim!
– Arthurze – upomniał go Arie. W końcu dowiedziałam się jak ma na imię. – Tu chodziło o życie córki. Ryzykowałbyś za życie Jamesa?
Zaraz, co. Zawsze wydawało mi się, że tatuś Jamesa to Michael. A to Arthur, przez “h”!
Właśnie, zwłaszcza, że na początku opka padło “Michael ma syna”.


Spojrzałam na mężczyznę, który skierował wzrok na syna. Zamknęłam oczy, a do mnie zaczęła powoli dochodzić informacja, którą powiedział Arie. Byłam Archaniołem. Cholernym Archaniołem. Skrzyżowałam wzrok ze swoim opiekunem.
– Jak mogłeś przede mną to zataić? – szepnęłam cicho. Brunet oblizał usta i spojrzał na podłogę. Powoli wszystko zaczynało się układać w całość. Moja moc, oczy, ten dziwny sen w celi i powód, dla którego zostałam porwana przez Caidosy. Do oczu napłynęły mi łzy. Całe osiemnaście lat w kłamstwie.
Dobra, a teraz zastanów się, skoro wiedział o tym tylko Arie, to skąd wiedziały to caidosy?


(...)


– Twoje oczy – Arthur wyglądał na przerażonego. – Gabriel miał tak samo.
No to podsumujmy jeszcze raz: Arie wiedział, że Aniela ma tę cechę po ojcu i każdy, kto go znał, może ją rozpoznać. Oraz wiedział, że miastem rządzi dawny najlepszy przyjaciel Gabriela. Łączenie faktów chyba nie jest mocną stroną wilkołaków...


Przełknęłam ślinę i zupełnie zignorowałam słowa ojca Jamesa. Nie potrafiłam uwierzyć, że najpotężniejszy Archanioł był moim ojcem. Przecież to nierealne. Milion myśli na sekundę przewijało się przez moją głowę. Nie wiedziałam, na kogo być złą. Na Ariego, Jamesa, siebie, czy mojego rzekomego ojca.
– Zaraz, czyli mam rozumieć, że mój kochany tatuś zostawił mnie, żeby stoczyć nierówną walkę z Lucyferem? – Znowu wbiłam wzrok w wilkołaka. Jednak nie dałam mu dojść do słowa, ponieważ kontynuowałam. – Poszedł na pewną śmierć, a mnie postanowił zostawić jakiemuś wilkołakowi?!
Wow, po tych wszystkich latach Arie został “jakimś wilkołakiem”. Rusz głową. Ojciec zostawił cię u najlepszego przyjaciela, któremu ufał.
Zapchlonemu, śmierdzącemu wilkołakowi! Co się będziesz ograniczać!


– Aniel...
– Żadna Aniel! – wrzasnęłam. – A ty postanowiłeś ukrywać to przede mną przez ile?! Pewnie nawet nie miałem zamiaru mi powiedzieć, co?!
– Chciałem poczekać, aż będziesz gotowa.
I dlatego puściłem cię, kompletnie niegotową, do stolicy.
Arie, widzę, jest z tych, co jak sobie postanowią, że zrobią coś np. w dwudzieste pierwsze urodziny podopiecznej, to żadna rzeczywistość nie zakłóci im planów.


– Gotowa? – zakpiłam. – Nie Arie, to ty nie byłeś gotowy. Od zawsze wiedziałeś, że pragnę poznać, kim są moi rodzice, ale ty szedłeś w zaparte. Ukrywałeś przede mną najważniejszą dla mnie rzecz.
– Możemy porozmawiać na spokojnie? – odezwał się nagle ojciec Jamesa.
– Spokojnie? – prychnęłam. – Masz czelność mówić teraz o spokoju?! Jeśli nie masz nic mądrego do powodzenia, to lepiej się zamknij. No, powodzenia. W tej próbie rozmawiania spokojnego..
– Ale nic wskóramy, jeśli spokojnie nie porozmawiamy – powiedział James, a ja przeleciałam oczami po całej trójce. Odgoniłam łzy, które cisnęły mi się do oczu. Kysz, kysz!


– To najlepiej wcale nie rozmawiajmy – odpowiedziałam i ignorując prośby chłopaków (chłopaków? Znaczy, Ariego i ojca Jamesa? To kim jest James w takim razie – noworodkiem?) po prostu wyszłam z pomieszczenia.
Trzaśnij drzwiami dla lepszego efektu! No już!


Pragnęłam być sama. Wiedziałam, że nie dam rady rozmawiać w spokoju. Nienawidziłam kłamstwa, a Arie doskonale o tym wiedział.
Nienawidzisz kłamstwa, a jednak okłamywałaś Jamesa, Abigal i Nathaniela przy sprawie z morderstwem. Och, jak bardzo prawda zależy od punktu siedzenia…
Podwójne standardy to dla niej standard.


Aniel idzie do sali treningowej rozładować swą wściekłość, aż tu wtem! jak zwykle znikąd pojawia się Isaac.


(...)
Nasze spojrzenia się skrzyżowały, a ja uniosłam brew. Brunet podszedł do mnie, a gdy dzielił nas tylko krok wystawiłam nóż przed siebie.
– Ta odległość jest odpowiednia – rzekłam, a ten uśmiechnął się słodko. Przegryzłam wargę.
Uważaj, bo jeszcze trochę, a zaczniesz wyglądać jak Mursi.


– Jakim sposobem się tu dostałeś?
– To już moja słodka tajemnica – odpowiedział, a ja pokręciłam głową z rozbawieniem. Jakim sposobem przy tym kretynie potrafiłam się uśmiechać?
Obstawiam jakiś prztyczek w mózgu, błyskawicznie przełączający ją pomiędzy trybami “angry” i “happy”.


– Więc może powiedz, co cię tu sprowadza?
– Carter jest wręcz wściekły, że jego ulubiony więzień z niewiadomych powodów zniknął. – Zrobił minę niewinnego szczeniaczka, na co zareagowałam śmiechem. – Nie mogłem go słuchać, dlatego postanowiłem przybyć w bardziej przyjazne miejsce.
Prychnęłam.
– Pamiętaj, że nadal jesteśmy wrogami. – Podeszłam do miejsca, gdzie były wszystkie bronie. Wzięłam łuk i strzałę. – I jeśli będzie trzeba to i tak cię zabiję. – W momencie wypowiedzenia tych słów strzeliłam z niego w jednego z manekinów. Trafiłam prosto w czoło, co nie uszło uwadze Isaac'a.
– Skarbie – mruknął, a następnie sam sięgnął po nóż i nadal na mnie patrząc rzucił nim w drugi manekin. Uniosłam brew, gdy zauważyłam, iż trafił w samo oko postaci. – Zrobiłbym to, jako pierwszy. Musisz przyznać, jestem od ciebie lepszy.
– Kpisz sobie – prychnęłam, a następnie zrobiłam to samo tylko mój manekin wywrócił się na podłogę.
– Zacznijmy od tego, że nie byłabyś w stanie mnie zabić – mruknął i podszedł do przedmiotu, który podniósł. Oparł się o niego przypatrując mi się uważnie. – Za bardzo byłoby ci szkoda tak pięknej buźki.
Uśmiechnęłam się.
– Tego kwiatu jest pół światu. Nie wyróżniasz się niczym.
I tak sobie ćwierkają w niepilnowanej sali treningowej, córka Gabriela z włamującym się co chwila Caidosem, a ścianę dalej szef zamku cięty na obcych wciąż podejrzewa, że panna trzyma z wrogiem. Pewnie jak ktoś wejdzie i zażąda wyjaśnień, to Aniel każe mu się zamknąć i wyjdzie, trzaskając drzwiami.


Pokręcił głową.        
– Gdybym się niczym nie wyróżniał to byś mnie już zabiła. Pomogłem ci się wydostać z Darkness. Okay, w porządku chciałaś mnie wykorzystać, ale teraz nie stoi ci nic na przeszkodzie.
– Tobie również – rzekłam, a chłopak przegryzł wnętrze policzka.  
W odpowiedzi Aniel chapnęła szczęką i odgryzła sobie podbródek.


(...)
– Co on ode mnie chce? – spytałam, pomimo, że tak jakby znałam odpowiedź. Isaac wzruszył ramionami.
– Ma nadzieję, że wiesz gdzie jest miecz Gabriela. Próbowałem mu tłumaczyć, że, pomimo, iż jesteś jego córką nie oznacza, że wiesz gdzie jest ten magiczny przedmiot. Niestety Carter to idiota.
– Zauważyłam – prychnęłam. – Jak mogło dojść do tego, że to on jest władcą.
Muszę przyznać, że władca piekieł o nazwisku Carter brzmi… dość egzotycznie.


– Wie czego pragną Złe Anioły. Przekupstwo i puste słowa są u nas niesamowicie szanowane.
– Dlaczego wydaję mi się, że wcale taki nie jesteś – mruknęłam zanim zdążyłam pomyśleć.
Brunet zaśmiał się i wbił we mnie wzrok. Przyglądał mi się uważnie, a ja czułam się coraz dziwniej.
– Masz rację – powiedział nagle. – Bo ja jestem o wiele bardziej gorszy.
Najbardziej najgorsiejszy na świecie!


Rozdział 21


Nie zdążyłam mu nawet odpowiedzieć, bo od razu rozpłynął się w powietrze. Jakim sposobem on to potrafił?! W dodatku myśl, że Isaac z łatwością dostawał się do stolicy przerażała mnie. Przecież Claritas było zabezpieczone z czterech stron. Bariera była nieprzepuszczalna. Nikt nieproszony nie miał prawa tu wejść. Przecież…
Przecież, srecież. Wchodzi? Wchodzi. Może powinnaś komuś o tym powiedzieć, hę? Bo któregoś dnia wszyscy obudzicie się jak biedna Jess… Oczywiście Isaac będzie niewinny, on tylko wprowadzi do środka mordercę.


– Aniel – moje przemyślenia przerwał mój opiekun. Leniwie odwróciłam się w jego stronę. Mężczyzna mierzył mnie smutnym wzrokiem. Z westchnięciem odłożyłam broń nie przerywając kontaktu wzrokowego. Nadal byłam na niego wściekła. Jak mógł zataić przede mną taką rzecz?!
Postawmy się w miejscu Ariego. Gdybyście mieli taką podopieczną, spieszyło by się wam do wyznania, że jest bohaterką przepowiedni super kól najpotężniejszą lepszej nie będzie?
No, prawdę mówiąc,  to uważam, że COŚ powinien jej powiedzieć i jakoś przygotować, zwłaszcza gdy wyruszała do stolicy. On mi trochę przypomina Gabrielę Borejko, też chowającą głowę w piasek i na wszelkie sposoby unikającą rozmowy z córkami o Pyziaku.  


– Czego chcesz? – powiedziałam w końcu głosem wypranym z emocji.
– Powinniśmy pogadać – odpowiedział, a ja przegryzłam wargę. Mój dobry humor, który udało się stworzyć z niewiadomych powodów Isaac'owi szybko się ulotnił.
– A mamy, o czym? – Skrzyżowałam ramiona na piersi. Pomimo, że pragnęłam, aby Arie wyjaśnił mi to wszystko to nie mogłam pozbyć się uczucia zranienia. – Bo wydaję mi się, że nie.
– Przynajmniej mnie wysłuchaj.
Westchnęłam. Arie zasługiwał na to. Był moim opiekunem od zawsze, a zarazem najlepszym przyjacielem. Pomimo, iż byłam na niego zła to i tak chciałam usłyszeć prawdę.
– Masz pięć minut. – Spojrzałam na nadgarstek, gdzie powinien znajdować się zegarek. A że go tam nie było, to głupio wyszło.


– Masz rację. Nie mówiłem ci o tym wszystkim, bo sam nie byłem gotowy na prawdę – mówił. – Wmawiałem sobie, że ty nie byłaś, ale nie miałem racji. Przepraszam cię za to. Po prostu... tak strasznie bałem się, że jeśli to powiem tobie to dowiedzą się inni. Z całego serca pragnąłem, abyś była bezpieczna.
– Dlatego jako pierwszemu powiedziałeś Jamesowi? – Uniosłam brew.
No rusz głową. Co robiłaś parę dni temu? No? Leżałas nieprzytomna w celi caidosów, ty głupia parówo!


– To nie było w planach – westchnął i przejechał dłońmi po włosach. – Kilka dni temu przybył do mnie w raz z przyjaciółmi. Powiedział, że porwały cię Caidosy. Uznałem, że jedno z najgorszych i tak się stało. I niestety mogło być jeszcze gorzej. Wyznałem mu wszystko i razem postanowiliśmy powiedzieć radnym, ponieważ tylko tak czułem, że cię mogę uratować.
Prychnęłam.
– Jak widać dałam radę sama.
Ehehehehe.


Aniel opowiada o swoim śnie z Gabrielem. Arie wyciąga ciekawe wnioski...


(...)


– Więc on żyje. – Na twarzy Ariego zauważyłam cień uśmiechu. W jego oczach dostrzegłam wesoły blask. – Żyje.
Khę, nie powiem, ile razy śnili mi się nieżyjący członkowie rodziny i co? Po obudzeniu się nic się w tej kwestii nie zmieniało...
A nawet jeśli żyje, to co to za życie? Po osiemnastu latach w więzieniu Lucyfera koleś jest pewnie psychicznym wrakiem.


– Najprawdopodobniej. – Wzruszyłam ramionami i wstałam. Mało mnie to interesowało. Fakt, może był moim ojcem, ale myśl, czy nadal żyje była mi zupełnie obojętna. Przeżyłam bez niego osiemnaście lat. Dam radę i następne. Nie musiał się pokazywać w moim życiu. A jak gnije gdzieś uwięziony, to już jego sprawa. Obejdzie się.


Arie wydaje się przerażony i żąda dokładnego opisu miejsca, które śniło się Anielce.


(...)


Arie ukrył twarz w dłoniach.
– A jeśli myślałam o czymś istotnym...
– Jeśli byłaś tam gdzie myślę to Lucyfer miał dostęp do twoich myśli – szepnął, a ja cofnęłam się o krok.
A więc to stąd wiedzą o Aniel. Więc… dlaczego nie skierowali dostatecznych sił, by zdobyć mieścinę w której mieszkała? Dlaczego pozwolili jej dojrzeć i stać się uberwojowniczką?
No, Gabriel nie wiedział, gdzie Arie ją ukrył… ale wystarczy, że Lucyfer miał samą świadomość istnienia jego córki; z pewnością mógł wysłać szpiegów po całej krainie.
Ale powinien wiedzieć, że jest z Ariem. Wystarczyło namierzyć wilkołaka i tyle, mieszkali w jednym miejscu chyba ze dwanaście lat.
To pewnie ta długa tradycja ukrywania potomków wielkich potęg tak, żeby nikt ich nigdy nie znalazł, wywodząca się od samego Obi-Wana Kenobiego.
Uuu, nie, ta tradycja jest starsza. Hm, kto mógł być pierwszy? Zeus ukryty przed Kronosem?


Zamknęłam oczy łapiąc się za głowę. Za nic nie mogłam przypomnieć sobie, o czym wtedy myślałam. W sumie ledwo, co pamiętałam, o czym gadałam z Gabrielem.
– Aniel błagam przypomnij sobie.
– Nie potrafię – jęknęłam. – Nic nie pamiętam.
Wilkołak zaczął chodzić po pomieszczeniu. Byłam w rozsypce. A jeśli myślałam o czymś istotnym? Co jeśli Lucyfer się o tym dowie? Za bardzo panikowałam. Wzięłam głębszy oddech i nakazałam sobie spokój.
Najistotniejsze przecież było to, że różowe usta pięknego Isaaca czekają w ciemności. Na wasze szczęście Aniel ma całkowicie w nosie wszystko poza pozowaniem na taką strasznie obojętną, możecie spać spokojnie.


– Co zrobi Lucyfer, gdy dowie się, że jestem córką Gabriela? – spytałam z wahaniem. Lekko obawiałam się odpowiedzi jednak musiałam znać prawdę. Musiałam być przygotowana na wszystko. Arie przetarł dłonią włosy.
– Najprawdopodobniej znajdzie cię i zabije.
Nie, już dawno by to zrobił. Moja teoria jest taka, że Lucyfer to Isaac. Ten tekst, że “on jest dużo gorszy”, no i Lucek to nie zwykły upadły anioł, a cherub, więc może potrafi pokonywać bariery Claritas? No i może chce zaliczyć Aniel, by w jakiś pokręcony sposób podkreślić swoją dominację?


***


– Aniel! – Od razu, kiedy wyszłam z sali treningowej Abigail rzuciła mi się w ramiona. Zachwiałam się lekko, lecz całe szczęście nie upadłam.
– Dusisz mnie – jęknęłam, a dziewczyna odsunęłam się ode mnie. Stanęłam obok nas.
(...)


Arie zabiera Aniel na spotkanie z Radą Miasta.


– Jak tylko wyjdę z tego nudnego i idiotycznego zebrania, to porozmawiany, dobrze? – powiedziałam.
Pewnie będzie o polityce, wojnie, i inne bla bla bla. Do zobaczenia w Starbuniu!


– Oczekuję wyjaśnienia, w jaki sposób wyrwałaś się z tego przeklętego Darkness – odpowiedziała i mrugnęła do mnie.
Uśmiechnęłam się do niej.
– No jasne – mruknęłam, pomimo, iż wiedziałam, że będę musiała wymyśleć jakieś obrzydliwe kłamstwo. Jak mogłam złościć się na Ariego za to, że mnie okłamuje, jeśli robiłam to samo?! Byłam okropną hipokrytką. :O


Rozdział 22


Razem z Arie przekroczyliśmy próg sali zebrań gdzie każdy z radnych siedział już na swoim miejscu, a w pomieszczeniu panowała idealna cisza. Uniosłam brew, gdy poczułam jak jeden po drogim, drugi po tanim kieruje na mnie wzrok. Po chwili udało mi się dostrzec Jamesa, który posłał w moją stronę ciepły uśmiech. Wzięłam głębszy oddech, a następnie wyprostowałam się i uniosłam głowę. Skierowałam się w stronę chłopaka i usiadłam obok niego. Arie zrobił to samo mordując każdego po kolei wzrokiem.
Czy tylko ja mam skojarzenia z Wizengamotem z Pottera?


– Możemy zaczynać – powiedział ojciec Jamesa spoglądając na mnie.
– To jest rzekomo córka Gabriela? – prychnął ktoś z tłumu, a ja przewróciłam oczami.


Dawno, dawno temu gdy zaczynałem pisać opka często nie miałem pomysłu na didaskalia, więc stworzyłem sobie plik do którego wrzucałem różne określenia na które natrafiałem w kolejnych lekturach. Mam wrażenie, że autorka zrobiła tak samo, ale jej kolekcja skonczyła sie na prychaniu, unoszeniu brwi, oblizywaniu, przewracaniu oczami itd. Stwierdziła, że to wystarczy i wrzuciła to na koło fortuny, którym kręciła przy tworzeniu każdego opisu.
Headcanon: w tym uniwersum język mówiony nie istnieje, mieszkańcy komunikują się skomplikowanym systemem prychnięć, oblizań i podnoszeń brwi
Masz na myśli, że są dragonusami cracovusami?


Bla, bla, Aniel wstawia mętne kłamstwa o swojej ucieczce z zamku Caidosów, aż tu wtem! pojawia się nowy gracz.


(...) – Aniel nie jest sprawą Aniołów.
– Kim ty w ogóle jesteś? – warknął Arthur i wyciągnął miecz spod stołu. Uniosłam brew, gdy zauważyłam jak reszta radnych robi to samo. Czyżbyśmy mieli intruza?
Szok, nie?
Podoba mi się idea, że każdy radny trzyma miecz pod stołem. Burzliwe obrady muszą być naprawdę ciekawe.


(...) – Nazywam się Raphael i jestem tutaj tylko ze względu na Aniel, więc proszę usiądźcie, wysłuchajcie mnie, a następnie zostawcie mnie oraz dziewczynę sam na sam. Tu oblizał usta.
Po pomieszczeniu znowu przeszły szepty zdziwionych Aniołów. Sama byłam w niemałym szoku, bowiem doskonale kojarzyłam to imię i dzięki temu miałoby to jakikolwiek sens.
Ciekawe, że Raphaela kojarzyła, a kim był Gabriel dowiedziała się dopiero w chwili, gdy wyruszała do stolicy.


– Więc sugerujesz nam, że jesteś Archaniołem Raphaelem i przybyłeś tutaj... – ucięłam, ponieważ w sumie nie wiedziałam, po co.
– Znałem twojego ojca i byłem jednym z niewielu, którzy wiedzieli o tobie. Mam obowiązek cię chronić oraz nauczyć walczyć jak na Archanioła przystało. Rada pod żadnym względem ma się tym nie interesować. To sprawy Archaniołów.
I pojawiłeś się dopiero teraz!? Nie mogłeś tego zrobić, gdy Aniel wygnano? Lubisz dramatyczne wejścia przy publiczności, co?
Czekał, aż ktoś powie jej o tatusiu i weźmie na klatę wybuch złości.


Bla, bla, Raphael i Rada Miasta kłócą się, kto ma większe prawa do Anielki (jeśli urodziła się na Ziemi, to Rada, jeśli w Niebie, to Archanioły).  


(...)
– Jednakże Aniel została urodzona w niebie. – Uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Owszem została wychowana na ziemi, lecz pierwsze jedenaście miesięcy spędziła w niebie wraz ze swoim ojcem.
A masz na to jakieś dowody? Akt urodzenia czy coś?
Do tej pory przechowuje szatę, na którą kiedyś Anielce się ulało.


W dodatku Archanioły to książęta niebieskie oraz naczelnicy Aniołów. Wasze prawa są dla nas nic warte, dlatego skończcie tą durną szopkę i jeśli nikt nie ma już nic do powiedzenia to proszę o natychmiastowe wyjście z pomieszczenia.
Yeaaah, bohaterka to szlachta, błękitna krew i książę, którego obiecano, wy kmioty!
Dyplomacja zdecydowanie nie jest najmocniejszą stroną aniołów.


Ku mojemu zdziwieniu nikt się nie odezwał i wszyscy po kolei zaczęli wychodzić z sali. (...)
Skierowałam wzrok na rzekomego Archanioła, a nasze spojrzenia się spotkały. Dopiero, gdy do niego podeszłam mogłam przyjrzeć mu się uważniej. Mogłabym rzec, że nie wyglądał jak Archanioł z ksiąg, czy nawet mój ojciec. Był jego totalnym przeciwieństwem. Miał dość krótkie brązowe włosy postawione do góry oraz oczy tego samego koloru, widoczne kości policzkowe, co dodawało mu uroku oraz powagi. Był ubrany w garnitur, a jego postawa świadczyła, iż rzekomo ma władzę. Był przystojny, tego nie dało się ukryć, jednak nie zmieniało to postaci rzeczy, że coś mi w nim nie pasowało. Skrzyżowałam ramiona na piersi unosząc dumnie głowę.
– Wyjaśnijmy sobie coś – powiedziałam po dłuższej chwili, na co mężczyzna uniósł brew. –
Ale tylko jedną, bo uniesienie obydwu może się źle skończyć!


To ja tutaj rządzę, nie chodzisz za mną jak psychicznie chory i nie dyktujesz mi, z kim mogę, a z kim nie mogę rozmawiać. To moje życie, a ty do niego nic nie wnosisz.
Wiecie co? Czekam na jej konfrontację z Bogiem. *zaciera łapki*
Co? To to nie jest koniec tego opka?


Nie martw się, zrobimy jakiś płodozmian. Wolisz Blankę Lipińską?


– Więc może teraz ja coś powiem. – Raphael wydawał się rozbawiony moimi słowami, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. – Przybyłem tu by cię chronić i wytrenować na godną miana córki najpotężniejszego. Jeśli zawiodę to najprawdopodobniej zrobią ze mną Upadłego (mroczne yaoi atakuje znienacka), a uwierz mi nie jest to moim najskrytszym marzeniem. Będę cię kontrolować, bo do tej pory wpadałaś w niezłe tarapaty, a do tego dopuścić już nie można. Zadajesz się z wilkołakiem, które są zakałą tego świata tak samo jak wampiry.
Raphael, według jego własnych słów, od początku wiedział o Aniel. Nie mógł jej wcześniej zabrać “zakale” i godnie wychować sam?


– Przepraszam co? – wypaliłam. Jego ostatnie słowa zirytowały mnie najbardziej. – Nikt nie będzie obrażał mojej rodziny, rozumiesz?! Arie to mój przyjaciel i jeśli jeszcze raz go obrazisz to urwę ci łeb i dam na pożarcie Ariemu. W dodatku pojawiasz się znikąd i uważasz, że możesz decydować moim życiem? W dupie mam, czy staniesz się Upadłym, czy nie.
– Jesteś na mnie skazana kochanie i musisz to zaakceptować. Mam gdzieś, czy ci się to podoba, czy nie. Jeśli będziesz absolutnie posłuszna i nie będziesz robić mi problemów to się dogadamy.
Borze, kolejny dupek. I jeszcze to “kochanie”, ugh. Może to Isaac w kamuflażu?
W kolorycie podobny. Może jego ojciec?


– Dogadamy się tylko wtedy, gdy stąd odejdziesz – warknęłam i wyminęłam go chcąc wyjść z pomieszczenia.
– Za godzinę widzimy się na sali treningowej. Nie spóźnij się.
– Możesz zapomnieć! – wrzasnęłam, a następnie wyszłam trzaskając mocno drzwiami.
Jeśli myślał, że przyjdę na ten jego durny trening to się grubo mylił.
*zagląda do kolejnego pliku* Spoiler: Poszła.


Również trzaskając mocno drzwiami pozdrawiają Was analizatorzy: prychająca Kura, podnoszący brew Vaherem, przewracający oczami Jasza i oblizująca usta Kazik.
A Maskotek stanął przed lustrem i przYgryza usta, żeby były bardziej różowe.

18 komentarzy:

Pirat pisze...

Matko borsko, jacy ci bohaterowie infantylni i wkuropatwiający, a relacje między nimi ekspresowe i płaskie.

W ogóle może to spaczenie m/m, ale na moje oko Gabriel i Arie mają więcej chemii niż wszystkie pozostałe postaci razem wzięte. To chyba kwestia ich długiej historii "za kulisami", co zwalnia aŁtorkę od budowania relacji od podstaw, czego wyraźnie na razie nie potrafi. No i nawet trochę zadziałało, bo byli razem na scenie raz, a i tak kradną mi całe to nudne show. Chociaż z drugiej strony trzeba przyznać, że wielkiej konkurencji nie mają - okropna merysujka, generyczny zUy władca, kilkoro statystów, jedna czy dwie ładne buźki do poślinienia się.

Ale analiza miodna, jak zwykle, mimo że materiał momentami już nużący <3

Anonimowy pisze...

Jaka ta dziewucha wkurzająca

Anonimowy pisze...

"Mam dyskomfort. Jeśli facet ma ciemne, falujące włosy, ciemne oczy i nazywa się Isaac (i ciągle przygryza usta), to już wy wiecie, jak ja mogę go sobie wyobrażać…
Poe, run! Run for your life!"

Czy wyjdę na dużą ignorantkę, jeśli powiem, że nie kojarzę nawiązania? 😶

Roma

kura z biura pisze...

@Roma:
Oscar Isaac, grający Poe Damerona w Gwiezdnych Wojnach. Wygląda tak:
http://media.comicbook.com/2015/12/poe-dameron-x-wing-pilot-161956.jpg

No i co poradzę, że nie lubię, jak mi się ulubieni bohaterowie szlajają po głupich opkach... ;)

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

To jest tak pełne wkurzających rzeczy, że trudno w ogóle jedna wymienić... Anielka porwana zachowuje się jak niewiadomo, w każdym razie nie jak osoba w wielkim niebezpieczeństwie. Rafał... W zasadzie ma już doświadczenie w opiece nad nastolatkami (patrz: Księga Tobiasza) i może wyszedł z założenia, że najlepszym sposobem na podopieczną będzie naśladowanie jej zachowania?
Ale czemu ja tu szukam wyjaśnień...
To chyba najbardziej niespójne opko jakie pojawiło się tu od czasów już-nawet-nie-wiem-czego.

Anonimowy pisze...

@kura z biura

Jak się okazuje postać kojarzę i nawet lubię. Nie mam natomiast pamięci do nazwisk. Z całej najnowszej trylogii pamiętałam tylko Hamilla, Fisher i Forda 😶. Ach, i jeszcze Adam Driver, ale to zasługa memów 😀.

Roma

Natarela pisze...

Miodna analiza! Tak trzymajcie :)

Anonimowy pisze...

No i co poradzę, że nie lubię, jak mi się ulubieni bohaterowie szlajają po głupich opkach... ;)

Ja też nie, a ciemne włosy, "różowe usta" i imię Isaac skojarzyło mi się od razu z Branem Starkiem, co zawiesiło mi system.

Masza

Katka pisze...

"Za tymi krzakami jest stolica."

Trochę zasłania ją Jeż Jak Byk.

Mam wrażenie, że ktoś tu przedawkował trylogię Mrocznych Materii, wymiksowaną ze Zmierzchem. A wy?

Anonimowy pisze...

Garnitur w średniowieczu? Jakby opko było w jakiś cyberśredniowiecznopukowych klimatach to dlaczego nie. Robokonie,egzoszkielety,coś podobne do Warhammera ale nie do końca...
Chciałym zobaczyć czy autorka jest tak samo pyskata jak jej postać

Maris Anna pisze...

I jeszcze dodał solidną dawkę Darów Anioła (Valentine!).

Starred Shinra pisze...

Bobrze, czy mogłabyś mi wyjaśnić, co miałaś na myśli przez doświadczenie Rafała w opiece nad nastolatkami? *nie może sobie tego skojarzyć*

Anonimowy pisze...

Opiekował się młodym Tobiaszem w drodze do,chtba,Niniwy

Anonimowy pisze...

Ja z kolei od początku tego tFForu nie jestem w stanie odwidzieć Gabriela w jego wersji z komiksów na podstawie "Kłamcy" Ćwieka, a Rafała widzę jako Raphaela z Yu-Gi-Oh. I dlatego też wizja pyskującego Gabriela zapewnia mi trochę dysonansu poznawczego :D

Arka

Starred Shinra pisze...

Dzięki za info, sprawdzę to dokładniej :D

Anonimowy pisze...

Kochana Armado. Jak wiemy dzieua pani Blanki doczekają się ekranizacji.
Tak się zastanowiłam czy jest szansa na to,abyscie obejżeli ten film jak wejdzie do kin i zrobili jego recenzję?

Anonimowy pisze...

Podrzucam wam książkę, którą autorka dość nachalnie promuje na LC:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4884380/mistrzyni

Opis mówi sam za siebie - kobieta, żeby czuć się dobrze powinna w życiu poznać bogatego faceta.

Może się skusicie na analizę?

Eva

Victemia pisze...

Więc to takie rzeczy lądują na pierwszym miejscu rankingu opowiadań fantasy na Wattpadzie? Rozczarowujące...