OGŁOSZENIE

Przepraszamy,
blog chwilowo ma przerwę.

Mamy nadzieję, że niedługo wrócimy!

sobota, 19 lutego 2011

76. Genialne portfolio, czyli A pies cię szczekał!


Z okazji setnej analizy - wstęp historyczny. Dla ciekawych.

(Uwaga: powyższa analiza była setną na blogu Sierżant und Saper, gdzie zaczynaliśmy naszą działalność. Do tego bloga odnosi się także wstęp historyczny, który zostawiam ze względu na sentyment...)

Blog Sierżant Und Saper powstał 15 sierpnia 2008 roku. Matką Założycielką była oczywiście Sierżant, Ojcem - Saper, a towarzyszył im wierny Granatnik (Maskotek dołączył dopiero z okazji dziesiątej analizy). Na poczatku cała załoga gnieździła się w
czołgu,  ale że z czasem zrobiło się trochę ciasno - w pierwsze urodziny bloga przesiedliśmy się na statek kosmiczny Enterprise.
A teraz trochę statystyki.
Jak widać, mamy za sobą 100 analiz. W trakcie naszej działalności zbadaliśmy z bezlitosną miłością 78 blogasków, z czego 40 nie przetrwało, 38 istnieje nadal, choć część została porzucona.
Pierwsze piętnaście analiz to w całości dzieła
Sierżant i Sapera. Potem załoga zaczęła się rozrastać. Najpierw dołączył Jasza, niosąc pod pachą kota Waleriana (analiza nr 16). Następnie - Kura (analiza nr 23). Kolejnymi załogantkami zostały Sineira (analiza nr 41) oraz Dzidka i Gabrielle (analiza nr 45). Dorobiliśmy się nawet ducha pokładowego w postaci Murazora (analiza nr 79). Gościnnie pojawili się: Bużum i Bura (33, 59), Suin (67, 68, 75),Tess i Hagath (85), Purpurat (91), Jerry Only (94, 95), Mikan (96, 97) i Kasitza (98)*. Nie ma się co dziwić więc, że w czołgu zrobiło się ciasno!
Na samym początku blog miał być poświęcony wyłącznie analizom opowiadań o Tokio Hotel. Z czasem zakres tematyczny analiz zaczął się rozszerzać. Chcących zapoznać się ze szczegółową tematyką analiz zapraszam
TU.
Za treści pojawiające się na SuS odpowiedzialni są:
Kura - 56 analiz
Sierżant - 41 analiz
Jasza - 39 analiz

Sineira - 24 analizy
Saper - 22 analizy
Dzidka - 11 analiz

Gabrielle - 10 analiz
Murazor - 5 analiz
Suin - 3 analizy

Bużum - 2 analizy
Jerry Only - 2 analizy
Mikan - 2 analizy
Bura - 1 analiza

Tess- 1 analiza
Hagath - 1 analiza
Purpurat - 1 analiza
Kasitza - 1 analiza.


*) Odpowiednio na blogu NAKW: Jasza – nr 1, Kura – nr 6, Sineira – nr 18, Dzidka i Gabs – nr 22, Bużum i Bura – nr 35, Suin – nr 43, 44, 51, Tess i Hagath – nr 61, Purpurat – nr 67, Jerry Only – nr 70, 71, Mikan – nr 72, 73 i Kasitza – nr 74.

Koniec wstępu historycznego.

A teraz uwaga! Dziś spełniamy marzenia Matki Założycielki! Na specjalne życzenie Sierżant - analiza opek o Beli!

W dzisiejszym odcinku poznamy dwie Pracujące Dziewczyny, które tajemniczym zrządzeniem Losu spotykają na swej drodze mężczyznę o niejasnej tożsamości... Lecz my wiemy, kto to jest!
Obydwa opka są króciutkie (ałtorki zniechęciły się wyjątkowo szybko), lecz mimo to smakowite. Indżoj!



Analizują: Kura, Jasza, Dzidka i Gabrielle.



http://der-graf.blog.onet.pl/



[...] miłość nie daje i nigdy nie dawała szczęścia. Wręcz przeciwnie, zawsze jest niepokojem, polem bitwy, ciągiem bezsennych nocy, podczas których zadajemy sobie mnóstwo pytań, dręczą nas wątpliwości. Na prawdziwą miłość składa się ekstaza i udręka.
Paulo Coelho — Czarownica z Portobello

To było ostrzeżenie.
I żeby na nas później nie było...


Głośny dźwięk budzika przerwał nocną ciszę,  sprawiając, ze spod kołdry wysunęło się ramię z długimi paznokciami,
Ramię z paznokciami? To SF o alienach, prawda? Czyżby humanoidalny Naglfar?

macając w okół,
W oku?
Może w częstokół? Łóżko obronne, obwarowane częstokołem.

 żeby znaleźć hałaśliwy przedmiot.  Nie udało jej się to,
Jej? Tej ramieni?
Ramieni, która szukała hałaśliwego przedmiotu. Ja nie wiem, jak ta ramień ma, ale ja zazwyczaj wiem, gdzie kładę budzik, i rano nie mam nigdy problemów ze znalezieniem go, nieważne, jak wkurzona pobudką jestem. Trafiam weń jednym ciosem!

więc młoda blondynka odrzuciła całkiem kołdrę i otworzyła idealnie błękitne oczy z długimi, ciemnymi rzęsami. Złapała budzik i z wściekłością rzuciła nim o ścianę.
Podejrzewam wpływ jakiejś wyjątkowo śmiesznej komedii na powtarzające się w opkach sceny rzucania o ścianę a to telefonem, a to budzikiem, czy innym gadżetem...
Będąc młodą blondynką w Berlinie, został raz rzucony budzik o ścianę...

- Zamknij się wreszcie! - krzyknęła.
Zastanawiacie się, kim jest ta blondynka? Tak, to ja, Julia Meyer.  Mam 25 lat, właśnie skończyłam studia i jestem cenioną fotoreporterką gwiazd.
Znaczy, zajmujesz się astronomią?
Dobrze, że to nie dziewiętnastoletnia inżynier.

Dzisiaj trochę się denerwuję, bo właśnie zaczynam nową pracę.Odpowiedziałam na ogłoszenie w jednym z największych berlińskich czasopism. Oczywiście było mnóstwo innych kandydatów, ale gdy tylko komisja zobaczyła moje portfolio, nie było gadania.
Zatkało ich. Przez chwilę panowała krępująca cisza.
To przez te idealnie błękitne oczy.
Nie wiedzieli, czy są świadkami narodzin nowego, postmodernistycznego nurtu w fotografii, czy to po prostu bolesna amatorszczyzna.
A tak a propos, taka gwiazda z super portfolio, i nie była znana w środowisku fotoreporterów? Musieli zaglądać do portfolio, żeby zamrzeć z wrażenia? Nie podniecił ich sam fakt, że ona do nich aplikuje?

Przyjęli mnie i zaproponowali jedną z najwyższych stawek.
Wyjadacz z dwudziestoletnim stażem poszedł się powiesić w ciemni. Znajdą go za półtora miesiąca.

W końcu fotografowałam największych
Pokazałam fotki z wycieczki pod piramidy i spod wieży Eiffla i takie śmieszne zdjęcie goryla w ZOO.
I Giertycha! A nie, to właśnie był ten goryl z ZOO.

a moje zdjęcia ukazywały się na okładkach magazynów w całej Europie.
Annie Leibovitz jak żywa.
Annie Leibovitz to za nią aparaty nosi! I jest jej wdzięczna za taką możliwość.
W The Sun, Bild, Fakt oraz Belarusian Times.
Oraz w tygodniku "Gazeta Starachowicka" *chichocze jak gupek*

Uznałam, że czas wstać, żeby pierwszego dnia nie spóźnić się do pracy.
Znaczy drugiego, trzeciego i piątego już można? O Merlinie!
Drugiego dnia nie przychodzi się wcale.

Co prawda jestem uważana za artystkę [przez ciocię Angelę i mojego Franczesko], a ich nie obowiązują ścisłe grafiki, ale i tak chciałam po prostu zrobić dobre wrażenie.
Marysia Siusia przygotowuje się do zrobienia wrażenia:

 Pobiegłam szybko do łazienki. Prysznic i wszystko inne zajęło mi tylko pół godziny.
Wszystko inne, hm. Czyżby to była pierwsza z bohaterek, która robi Poranną Kupę?
Cierpi biedaczka na Poranne Zatwardzenie.

Pomalowałam się starannie - oczy podkreślone szarym cieniem i kredką, przedłużający tusz na rzęsy i malinowy błyszczyk.
One generalnie szminek nie używają, nie? Tylko błyszczyki.
Za to w Google Fight bezapelacyjnie wygrywa szminka.

Wyglądałam pięknie, z moją porcelanową cerą i drobnymi, lecz ślicznie wykrojonymi ustami. Teraz włosy. Wyprostowałam je, a potem wgniotłam piankę i ułożyłam w lekki nieład, jak muśnięte podmuchem wiatru.
Po czym pomiędzy moje, wyjątkowo zgrabne pośladki wetknęłam pęk pawich piór, na alabastrowym czole wymalowałam cudny ornamencik nawiązujący do łowickich wycinanek, a ślicznie wykrojonymi ustami chwyciłam pąsową różę i wiedziałam, że wyglądam jak prawdziwa profesjonalistka.

Tak dobrze! No i oczywiście trzeba się ubrać.
Eee-tam, po co?
Jeszcze pióra jej się pogniotą.

Co włożyć na pierwszy dzień w pracy? Nie mogę wyglądać zbyt poważnie, ale i niezabardzo młodzieżowo. W końcu zdecydowałam się na ciemno granatowe rurki, do nich zielony top z nadrukiem i na to rozpięta biała koszula.Przez chwilę zastanawiałam się nad ulubionymi trampkami, ale w końcu zdecydowałam się na sandałki na niskim obcasie, które tak ładnie stukają, gdy idę ulicą.
Kurde. Rurki i top z nadrukiem. Ale nie, nie wygląda za bardzo młodzieżowo. Przepraszam, wygląda niezabardzo młodzieżowo.

Wyszłam z domu i udałam się do garażu po mój samochód - mały smart w jaskrawo żółtym kolorze.
Wyjątkowo mały smart, w przeciwieństwie do innych, które są zwykle wielkości tira.
Ale jaka ona jest trendi i si! Jak już poruszać się po mieście - to smartem!

 Wsiadłam do niego i już po chwili byłam przed budynkiem redakcji.
- Dzień dobry Julio! - powitała mnie sekretarka. Skinęłam jej lekko głową.
Pierwszy dzień w pracy, a to sekretarka wita ją! Gwiazda nie będzie się tu z byle personelem spoufalać.
Zauważ, że jednak lekko skinęła jej głową na powitanie.

- Dobrze, że już jesteś, szef pyta o ciebie od rana. Chyba ma dla ciebie jakieś ważne zlecenie!
- Julia Meyer, jesteś nareszcie! - Drzwi gabinetu otworzyły się i wybiegł z nich wysoki, tęgi mężczyzna.
Gnąc się w pokłonach i dyskretnie wycierając dłonie spocone ze zdenerwowania.

Miał siwe włosy i okulary, a na czubku głowy trochę łysiał. - Pięknie dziś wyglądasz! -powiedział z uśmiechem i błyskiem w ciemnych oczach.
Pawie pióra zafalowały muśnięte wiatrem...

- Dzień dobry szefie! - przywitałam się. - Ma pan dla mnie jakieś zlecenie?
Tak. Poważne zlecenia daje się praktykantce w pierwszym dniu jej pracy.

- Oczywiście. Chodź do gabinetu, porozmawiamy. Moniko, zrób pannie Meyer kawę!
No, nie stój tak! Głucha jesteś?
Barbaria, pyf! Rurki! Służba tu!

Monika wstała bez słowa i zajęła się przygotowaniami, a my przeszliśmy do elegancko urządzonego gabinetu.
- Julio, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że udało mi się ściągnąć cię do pracy do nas!
Oczywiście Julia jak mogła, tak opierała się kopytami przed tą robotą.

powiedział szef, gdy już usiedliśmy wygodnie w fotelach i popijaliśmy kawę w filiżankach z chińskiej porcelany.
Tak sobie wyobrażamy redakcję czasopisma... Wytworne gabinety, chińska porcelana, pracownicy cicho i dostojnie przechadzają się po puszystych dywanach, elegancko i szeptem wymieniają uwagi.
Weszłaby raz w życiu do piekła zwanego redakcją, zmieniłaby zdanie. Zwłaszcza w kwestii tych eleganckich i szeptanych uwag.

- Słyszałem o tobie wiele i zastanawiałem się, jakie zadanie ci dać, żebyś mogła rozwinąć swoje artystyczne zdolności. I chyba już wiem.
Ponoć ma je już wystarczająco rozwinięte.
To jest jej szef, czy, eee, mentor? Prowadzi "jedno z największych berlińskich czasopism" i skupia się głównie na tym, żeby nowa pracownica mogła rozwijać artystyczne zdolności?!

- Co mam zrobić, szefie? - spytałam. - Reportaż o królowej angielskiej?
Jej Wysokość królowa Elżbieta II od lat płacze w poduszkę, że Julia M. ją lekceważy, dlatego wydała polecenie, aby w chwili, gdy fotoreporterka pojawi się w Anglii, przewieźć ją natychmiast do Buckingham Palace, bo chce jej coś ciekawego opowiedzieć.

Sprawozdanie z Dni Mody w Mediolanie? - poczułam, jak na samą myśl zaświeciły mi się oczy.
Jak można poczuć, że oczy się zaświeciły? 
Podpaliła papiery na biurku szefa.
Szef oślepł od blasku.
I puszczała zajączki na ścianach.

- Nie, wymyśliłem coś innego, ciekawszego.
Kochasz fotografować gwiazdy, więc wyślę cię tam, gdzie będziesz ich miała całe tłumy.
Pojedziesz do Meklemburgii robić fotoreportaż o hodowcach bydła.
Lepiej do Wielkiej Brytanii. Nową rasę owiec wyhodowali.

Polecisz do Austrii, na festiwal Nova Rock! Rammstein, Green Day, The Prodigy... - uśmiechnął się szeroko. -Cieszysz się?
- Oczywiście! - zawołałam z fałszywym entuzjazmem.  Niewypadało narzekać zaraz pierwszego dnia,
Jak to nie?! Trzeba było wygarnąć, co sobie myślisz o takiej robocie.

ale gwiazdy rocka nigdy mnie nie kręciły. Nie mają stylu i klasy...
Gdzie im do takiej Sary May, no nie?

Trudno, zacisnę zęby i jakoś się przemęczę.
Dzielna dziewczynka. Chodź, psitulę, pobuziam i przestanie ziaziać.

- Masz już zarezerwowany bilet lotniczy do Wiednia i hotel w Nickelsdorf, gdzie odbywa się festiwal. Wracaj do domu pakować się, jutro wylatujesz! - zakończył szef. Wstałam, z wdziękiem odstawiając filiżankę i uśmiechnęłam się najbardziej promiennie, jak tylko potrafiłam. Potrząsnęłam burzą moich blond włosów i energicznie ruszyłam w stronę drzwi.  [a ten bździęk za nią!] Niech wie, że nie przestraszę się żadnego zadania!
Tadaaaaaaammmm! Nieustraszona Mary Sue mknie na ratunek światu! (poproszę odpowiedni podkład muzyczny!)

Wsiadłam do samolotu, który podjechał punktualnie
*bding!* Samolot TLL linii Taszkent-Wiedeń przez: Erzurum, Noworosyjsk, Buzău i Budapeszt odleci wyjątkowo z toru przy peronie trzecim. Przepraszamy za utrudnienia i życzymy miłej podróży. 
Fotele z numerami pięć, sześć i dwa zatrzymują się w sektorze pierwszym. Dwa ostatnie rzędy nie lecą do Wiednia.
Tylko płyną do Pragi.
Na Pragę. Tę warszawską.

 i zajęłam miejsce przy oknie. Wyjęłam teczkę z informacjami, jakie przygotował mój szef na temat festiwalu.
 SZEF! Szef jej przygotowywał teczuszkę osobiście!
 Dobrze rozumiał, że Marysia Siusia nie może przemęczać swoich pięknych oczek jakimś głupim riserczem.

Nazwy niektórych zespołów znałam, inne (Łąki Łan?) nic mi nie mówiły. Skrzywiłam się. Nie po to przyjmowałam pracę w tej gazecie, żeby fotografować ludzi, którzy nic mnie nie obchodzą!
Przyjęłam ją po to, żeby... Żeby... ma ktoś jakiś pomysł? Po co ceniona fotoreporterka przyjmuje pracę w gazecie?
A tak, dla jaj?
Dla jaj to kogut z kurą chodzi.


Naprawdę, szef mógł bardziej się postarać i wymyślić mi jakieś ambitniejsze zadanie.
Po powrocie za karę potencjalnie odseparuję go od łoża.

Zaczęłam czytać, kiedy nagle koło mnie ktoś usiadł. Odwróciłam się i zmierzyłam go oczami.
Gałka oczna jako nowa jednostka miary?


 Był to wysoki mężczyzna z ciemnymi włosami,ubrany też na czarno. Na ustach miał złośliwy uśmiech, a oczy jakieś dziwne... chyba zielone... Patrzył na mnie i patrzył, jakby chciał mnie zjeść wzrokiem.
Potem wydłubie resztki spomiędzy tęczówki i rogówki?
Wykała wykałaczką.

Na palcach rąk miał dziwne pierścienie, jeden był z czaszką.
A drugi bez czaszki.
*odpędza wizję pierścienia w kształcie bezgłowego korpusu*

"Boże, to jakiś świr!"
Nooo...

- pomyślałam i szybko odwróciłam się od niego. Zaczęłam z powrotem czytać moje notatki. Mężczyzna chyba chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował, widząc, że nie zwracam na niego uwagi. Ja to zawsze mam pecha, muszę trafić na kogoś takiego. Kiedyś całą drogę do Nowego Yorku (z Warshawy?) siedziałam koło jakiegoś grubego biznesmena,który cały czas mnie zamęczał opowiadając o giełdzie. Jak wysiadaliśmy,chciał się ze mną umówić, ale ja na szczęście umiem takich spławiać.
Dwa razy z liścia, jedno zimne spojrzenie i po sprawie.

 Modliłam się, żeby samolot jak najprędzej wystartował i żebyśmy dolecieli już na miejsce.
- Witamy państwa na pokładzie!  -Odezwał się kapitan. - Prosze zapiąć pasy i nie palić. Mamy piękną pogodę, do Wiednia dolecimy punktualnie. Życzę miłej podróży!
Bo stewardessa nie po to przyjmowała pracę w lotnictwie, żeby witać pasażerów i inne takie.
Stewardessa?! Kapitan wita osobiście! Przecież wiedzą, kto jest na pokładzie. No, nie chodzi o tego złośliwego świra siedzącego obok Julii M.

Po godzinie lotu przeszła koło nas stewardessa z posiłkiem i napojami.
Lecą z Berlina do Wiednia, a stewardessa podaje posiłek i napoje po godzinie lotu.
Piloci chcieli zrobić jej przyjemność i zamiast do Austrii, lecą do Australii, żeby dłużej trwała zabawa.
Dolary przeciw orzechom, że boCHaterka nawet by się nie zorientowała?
Jestem pewna, że nie tylko zorientowałaby się, że lecą w złym kierunku, ale także poinformowałaby o tym pilota, a następnie sama usiadłaby za sterami.
Widzę, że Super Roksanka dobrze odcisnęła Ci się w mózgu...
Wydreptała ścieżkę.

Wzięłam herbatę bez cukru a mój sąsiad kawę. Nagle całym samolotem zatrzęsło, a jego kawa cała wylądowała na moich kolanach.
- Och! - wrzasnęłam głośno.  - Co robisz, kretynie! Zniszczyłeś mi całe spodnie!
Spojrzał na mnie jakbym mu ojca skarpetką zabiła.
Element Komiczny: jest. - Odhaczyła Dzidka bez zapału.
Natomiast turbulencja była bezradna wobec herbaty Marysi S. Jej herbatka trzymała się mocno.
Herbata wiedziała, czyją jest herbatą.

- No i czego tak wrzeszczysz laluniu? Nic się nie stało, zaraz to wytrę.
Wyciągną [kiedy?] z kieszeni jakąs chustkę i chciał się zabrać za wycieranie, ale z oburzeniem odtrąciłam jego rękę. Co za cham! Nie przeprosi, tylko pcha się z łapami. Niech sobie nie myśli, że jestem taka naiwna i nie wiem, o co mu chodzi.
No pewnie, przecież od razu widać, że chciałby pomacać. Taka okazja w jego nudnym życiu gwiazdy punkrocka może się już nie powtórzyć.
Pierwszy raz z punkrockowego klasztoru go wypuścili, to nie wie, co robić z łapami.

Wstałam i zamroziłam go spojrzeniem.
Aż cały pokrył się szronem!

- Przepraszam, idę do łazienki! - powiedziałam z godnością.
Z godnością mogła jeszcze wdać się w szczegóły, czym zamierza się tam zająć...

Niestety, kiedy go mijałam, samolot znowu się zatrząsł, a ja upadłam prosto na jego kolana.
- Laluniu, nie tak szybko! - roześmiał się. Co za prostak.
- Spadaj!
W samolocie okrzyk "spadaj!" brzmi jednak niesmacznie.

Zostaw mnie, ty! Bo zawołam ochronę! - wrzasnęłam na cały głos.
Z godnością cedząc słówka i elegancko odchylając mały palec.

-To chyba ja powinienem ich zawołać! Proszę pani! Ta pani mnie prześladuje!
Rodacy! Ratunku! Niemcy mnie biją!
Ochrona w samolocie rejsowym?
BOJ. Biuro Ochrony Julii.

 - Zawołał do stewardessy. Wstałam szybko z jego kolan.Byłam cała czerwona. Co za wstyd. Szybko poszłam do łazienki i spróbowałam zmyć plamy z kawy. Byłam strasznie zła. Jak ja teraz wrócę na miejsce?
Na czworaka między siedzeniami? Nie będzie rzucać się w oczy.
Nie, wcale.

 Nie siądę z powrotem koło tego wieśniaka! On tylko czeka, żeby nabijać się ze mnie całą drogę! I jeszcze nazwał mnie lalunią, jakbym była jakimś pustakiem! Nie wrócę tam!
Nie lalunia, nie jesteś pustakiem. Jesteś super jak kostka suporexu.

Poszłam do stewardessy i zapytałam, czy jest jeszcze jakieś inne wolne miejsce. Na szczęście było, ale w klasie ekonomicznej (przedtem siedziałam w przedziale dla vipów).
Przedział dla Vipów... No tak, Marysia Zuzia nie może siedzieć ze zwykłymi śmiertelnikami, prawda?
Przedział dla VIP-ów? A nie Business Class przypadkiem?
Salonik tuż za kabiną pilotów?

Poprosiłam ją, żeby przyniosła moje bagaże. Nie chciała się zgodzić, ale dałam jej spory napiwek.
Czekam jeszcze na konduktora z tym dziadkiem do dziurkowania biletów. Marynia w życiu nie leciała samolotem, jak wyraźnie widać.

Bardzo się cieszyłam, że resztę podróży spędzę w spokoju, z daleka od tego chama. Ciekawe, kiedy będziemy w Wiedniu?
Może oni lecą naokoło, przez Lizbonę?
Przez Bombaj, znaczy - Mumbaj.

Chyba już się pogodziłam z myślą, że będe fotografować ten festiwal.
Organizatorzy festiwalu odetchnęli, rozpłakali się z ulgi i poszli na jednego.
I z uciechy urąbali się jak drwale...
_________

Kim był mężczyzna z samolotu? Co stanie się na festiwalu?
Tego wszystkiego dowiecie się w następnym odcinku.

Mwahahahaha, bujajcie się, naiwniacy!

*****

A teraz pora na drugą Marysię Zuzię. Tym razem taką, co się boi psów. Indżoj!



http://hab-keine-angst.blog.onet.pl/

Witajcie Kochani!
Publikuję dzisiaj pierwszą część mojego opowiadania! Mam nadzieję, że znajdą się osoby, które przeczytają z chęcią notki na tym blogu :)
Tyle ze wstępu, przejdźmy do części głównej:
Przejdźmy, przejdźmy.


1.
 Dzień zaczął się dość spokojnie. Kiedy wstałam z łóżka i spojrzałam przez okno na bezchmurne niebo, poczułam, że zbliża się lato.
Wcześniej nic tego nie sugerowało. Nawet kalendarz. Mimo, że jak już zaraz się przekonamy, zawsze ma go przy sobie.

  Niestety ten dzień nie zapowiadał się dobrze. Przypomniałam sobie o tym gdy spojrzałam w mój podręczny kalendarz,który zawsze nosiłam przy sobie.
Miała go nawet we śnie, zawieszony pod piżamą na łańcuszku.

Mam załatwić jakiś catering na imprezę organizowaną przez moją matkę. Od niedawna pomagałam jej w pracy dzięki czemu dorabiałam sobie, a jednocześnie zdobywałam doświadczenie zawodowe. Ona była przekonana, że kiedyś przejmę jej firmę, ale ja nie byłam pewna co chcę robić wżyciu. Wiedziałam na pewno, że rozmowy ze starymi, irytującymi właścicielami firm dowożących jedzenie nie należą do przyjemnych zajęć.
W sumie masz rację, słonko. Nie wiem co prawda, dlaczego właścicielem takiej firmy nie może być jakieś młode, apetyczne ciacho, no ale cóż.
Bo praca jest "be"?

 Ubrałam wygodny dres i zjadając w progu drzwi resztę kanapki przygotowanej na śniadanie, wybrałam się na poranny jogging.
  Około 15 minut drogi od mojego domu znajdował się piękny park, w którym każdego poranka gościło berlińskie słońce, figlarnie świecąc między gałęziami drzew i ciesząc jednocześnie dzieci udające się tą drogą do szkół.
Ach, jakież to słoneczko berlińskie i figlarne!

 Większość ludzi traktuje jogging tylko jako sposób na stracenie zbędnych kilogramów, lecz ja od zawsze miałam szczupłą figurę.
No ba. Przecież Marysia Zuzia musi być lepsza od całej tej hołoty, jaka ją otacza, nieprawdaż?
Przede wszystkim, Marysia Zuzia nie może nosić niczego powyżej rozmiaru 36.

Bieganie sprawiało mi po prostu przyjemność. Uwielbiałam czuć wiatr  w moich gęstych, rudych włosach i uwielbiałam patrzeć na Berlin budzący się do życia. Tego dnia wszystko wokół mnie zdawało się wyjątkowo piękne. Koło ścieżki trawnik był pokryty gęstym dywanem białych niczym śnieg kwiatów o złotych środkach ["stokrotki" byłoby zbyt banalnie?], niedaleko kwitły na fioletowo bzy.
A motyle tęczową łuną migotały pośród kwiecia.
Odpowiednie tło dla Mary Sue. Samo piękno.

Zewsząd słychać było śpiew ptaków. Miałam ochotę się roześmiać i przyłączyć się do śpiewu ptaków [jak królewna Fiona...], które radośnie witały nowy dzień. Niebo było lazurowe i bezchmurne.
  Dobiegłam nad brzeg jeziorka znajdującego się w samym środku parku i przystanęłam, aby rozkoszować się widokiem powoli przekwitających już drzew owocowych, których duże skupisko znajdowało się na małej wysepce na środku stawu. Ten widok zawsze poprawiał mi nastrój [dla niej drzewa owocowe kwitną nawet w październiku], z czego często śmiali się moi znajomi. Nie rozumieli, jak można czerpać tak ogromną radość ze zwykłej, miejskiej roślinności [Może po prostu doceniali ładunek kabotyństwa i pozerstwa?] . Żałowałam,że nie są w stanie doświadczyć tego przypływu energii i zachwytu, który wywoływały u mnie kontakty z naturą.
Śnieżka, kurna. Króliczki i jelonki podbiegają do niej, ptaszki tirlikając polatują nad główką, a kwiatki rozpylają na nią swoje wonie i kropelki rosy.
Marysie Zuzie nie mają alergii na pyłki? *sięga po chusteczki*
No coś ty. Za to my mamy alergię na Marysie Zuzie.

  Nagle zostałam gwałtownie wyrwana z zamyślenia. Obok mnie, nie wiadomo skąd, pojawił się mężczyzna trzymający na smyczy psa. Psa, który wyraźnie pomyślał, że skakanie na moją nogę jest dobrym sposobem na rozpoczęcie przyjaźni.
Skakanie psa na nogę to raczej chęć kopulacji niż zaprzyjaźnienia się.

Mimo szczerych chęci nie byłam w stanie stłumić okrzyku przerażenia i siarczystego przekleństwa w stronę czworonoga,gdyż bałam się psów odkąd pamiętam.
A przecież ma taki doskonały kontakt z naturą.
Gdyby zaćwierkał siedząc na gałęzi i wił gniazdko z róż, to co innego... ale zwykły pies?

Mężczyzna, który jakby dopiero teraz mnie zauważył, przyciągnął do siebie zwierzaka i wymamrotał przeprosiny tonem, który jednoznacznie sugerował raczej użycie słów "O co ci do cholery chodzi? To tylko mały, niegroźny piesek!'
 Rzuciłam nieznajomemu gniewnie spojrzenie i odeszłam bez słowa. Jacy ci ludzie potrafią być niewychowani!
No! Takie szczyty chamstwa!

To niefortunne spotkanie popsuło mi całą radość poranka. Czułam zażenowanie i oburzenie.
Z tej traumy nie wyjdzie przez długie lata.

Skierowałam się z powrotem w stronę domu, lecz tym razem bieg nie poprawił mi nastroju. Musiałam wrócić do rzeczywistości i wypełnienia  swojego śmiertelnie nudnego obowiązku.Spojrzałam na zegarek i zorientowałam się, jak niewiele czasu pozostało mi do spotkania. "To ten incydent zabrał mi tyle cennego czasu" -pomyślałam z goryczą.
Zaraz. Pies ją obszczekał, właściciel szarpnął za smycz i bąknął przeprosiny. Ile to trwało? Najwyżej kilkanaście sekund. Niech nie zwala na psa, ale na czasochłonne rżnięcie królewny Śnieżki.

Szaleńczym biegiem dotarłam do mojego mieszkania. Nim wbiegłam po schodach byłam cała zdyszana i czerwona. Nienawidziłam się tak czuć, a do tego musiałam wyglądać okropnie.
Rozniosą ją na językach, że z niej niechluj spocony.
I jeszcze jakiegoś psa znowu przyciągnie.
Ona chce wracać z przebieżki pachnąc fiołkami?

Wzięłam błyskawiczny prysznic i ubrałam się w najbardziej elegancką ze spódnic w mojej szafie. Moja matka zawsze powtarzała mi, że na klientach można zrobić wrażenie odpowiednim wyglądem, ale ja w tych strojach nie czułam się prawdziwą sobą. Umalowałam się w pośpiechu, założyłam buty na wysokim obcasie, chwyciłam skórzaną torebkę i wybiegłam z domu.
Zwracała ogólną uwagę szminką na czole, cieniem do powiek na policzkach i podkładem na włosach, ale się tym nie przejmowała.


(WTEM!) Piękny poranek zamienił się w bardzo upalne popołudnie
Omijając tym samym kilka faz pośrednich.

 Matka wspominała, że sprawa jest bardzo ważna.Zwykle dobrze radziłam sobie z załatwianiem tego typu zleceń. Ludzie od razu ufali mi i czuli do mnie sympatię z niewiadomych powodów. Ale jeżeli partner do rozmowy nie przypadał mi do gustu, nie umiałam się powstrzymać od ciętych uwag,co raczej nie pomagało w nawiązaniu współpracy.
Szalenie profesjonalne podejście. *tłucze głową w ścianę*
Oj, nie psuj ściany... dla Mary Sue właśnie arogancja jest miarą profesjonalizmu.

Jakby tego było mało miałam podły nastrój po spotkaniu w parku
Po tylu godzinach dalej ją trzyma.

oraz byłam zmęczona pogodą. Nie przepadałam za gorącym latem i nie rozumiałam dlaczego wszystkie dzieciaki tak cieszą się z powodu temperatury w okolicach +30.
A gdzie się podział doskonały kontakt z naturą?
Makijaż mu spłynął.


Pomyślałam, że zaraz będę mogła wrócić do domu, zrobić sobie kubek cappuccino i odpocząć od tego wszystkiego.Niestety moje marzenie nie miało się spełnić. W tym momencie bowiem zadzwonił telefon. Dzwoniła moja matka.
- Cześć, mamo. Czemu dzwonisz? - zapytałam starając się być grzeczna.
Oszałamiająco!

Potrafiła się obrazić na cały tydzień, kiedy uznała, że odnoszę się do niej nieuprzejmie.
- Słuchaj, jest pilna sprawa, postaram ci się wszystko wyjaśnić jak przyjdziesz.-stwierdziła enigmatycznie.- Możesz wpaść do biura?
Matka szeptem nadawała zaszyfrowany komunikat:
"To nie rozmowa na telefon. Mogę ci tylko powiedzieć, że kroi się trudna misja. Na portierni podasz hasło: <<pasek rozrządu>> odzew <<cztery szczygły>>"

Zaklęłam w duchu, ale oczywiście zgodziłam się. Mimo wszystko matka nie była kobietą, która wezwałaby mnie bez powodu. Musiało się stać coś wyjątkowego. Zresztą praca to praca.
Podsumowała Marysia do Zadań Specjalnych...

Chcą nie chcą skierowałam się ponownie na przystanek autobusowy.
Bo jeśmy-są tak wspaniałe, że o sobie mówią z szacunkiem w 3 os. l. mn. Aż dziw, że jeżdżą plebejskim autobusem.

Z miejsca w którym się znajdowałam do biura było koszmarnie daleko.
Zaraz ci to wyliczę, joggerko parkowa, że bzdury chrzanisz.
Już po chwili zaczęłam żałować, że wybrałam ten środek transportu i skarciłam się w myślach za to, że nadal nie mam zrobionego prawa jazdy.
Trzepała się w ucho, biła po łapach i dawała sobie klapsy.

Byłam całkowicie otoczona przez tłum
Jak to? Inni też weszli do tego samego autobusu, co nasza uduchowiona boCHaterka?!
Nie umieją się zachować.

Tak, zdecydowanie trzeba zapisać się na naukę jazdy...
Jak to? Nie poczeka, aż nauka jazdy sama przyjdzie do niej?

Podróż, jak na złość, wydawała się nie mieć końca, mimo iż trwała tylko 10 minut.
Wyliczam te "koszmarne odległości" - w  godzinach szczytu (mamy popołudnie w centrum miasta), wśród korków miejskich, autobus mknie ze średnią szybkością powiedzmy... 10 kilometrów na godzinę. W czasie 10 minut pokonuje więc najwyżej 1,5 kilometra. Pieszo i bez naprężeń to góra -  20 minut wolnym spacerkiem.
Zwłaszcza dla naszej wysportowanej, biegającej co rano Marysi Zuzi.

Zaraz po ty, jak wysiadłam z pojazdu
Nie, to nie był pojazd kosmiczny, a tylko autobus!

spojrzałam wymownie w niebo wzrokiem, który wystarczająco ukazywał moje rozdrażnienie.
Mam poważne podejrzenia, że bohaterka jest kolejnym wcieleniem Sierotki Julii. Identyczna pogarda dla świata, identyczne teatralne gesty...

 Jeśli rzeczywiście siedzi tam jakiś facet sprawujący władzę nad ziemią, to musiał się na mnie dzisiaj wyjątkowo uwziąć.
Znudziło mu się zsyłanie na ludzi raka, wojen i klęsk żywiołowych. Teraz będzie się uwzinał na Mary Zuzię w ZTM.
Skulił się ze wstydu, ale po chwili już się uspokoił i obiecał sobie, że mimo wszystko będzie na nią zsyłał plagi ciepłych majów i zapchanych autobusów. No i rzecz jasna - szczekających psów!

Firma mojej mamy miała swoją siedzibę w eleganckim biurowcu w jednej z najlepszych dzielnic Berlina.Uwielbiałam taką nowoczesną architekturę, połączenia szkła i metalu, był jednak jeden problem: dostać się na 8 piętro tego wieżowca można było tylko schodami lub windą.
Jezderkusie, a można jeszcze jakoś inaczej?!
Wspinać się po fasadzie?
Kobieta-Kot? Może dlatego tak nie lubi psów.
Raczej Kobieta-Mucha. Lubi... no nie powiem, co lubią muchy
.
Kubusiów Wojewódzkich.

Z racji swojej klaustrofobii musiałam wybrać to pierwsze. Wchodząc na górę po marmurowych stopniach błogosławiłam cud klimatyzacji oraz fakt, że trenowałam jogging co rano.
Łał. Marmurowe stopnie na klatce schodowej w biurowcu. A czerwony dywan i złocone poręcze były?
I pąsowe pluszowe portiery?
I portierzy w pąsowych pluszach?

 Kiedy dotarłam wreszcie pod drzwi musiałam wyglądać naprawdę okropnie.
E no, bez przesady. Mnie się zdarza wchodzić piechotą na moje siódme piętro i choć nie biegam rankami, i generalnie kondycję mam raczej kiepską, to nie docieram tam trzęsąca się ani zlana potem.

 Sekretarka przywitała się ze mną i powiedziała, że muszę chwilę poczekać, bo "szefowa właśnie odbywa ważną rozmowę". Też coś! Ja się dla niej śpieszę, tłoczę w autobusie, a ona rozmawia w najlepsze z klientami!
Bezczelna! jak ona śmie zajmować się swymi obowiązkami zawodowymi, gdy do gabinetu wkroczyła jaśnie pani Córka!
A jeszcze przed chwilą przekonywała, że matka nie jest złą kobietą!
Ponownie chuchnęła profesjonalizmem.
Przeczytałam: cuchnęła.

Później jednak musiałam sama przyznać, że dzięki tej chwili wytchnienia udało mi się jakoś doprowadzić do przyzwoitego stanu. Zdążyłam również napić się kawy. Kiedy wchodziłam do gabinetu mojej matki byłam w o wiele lepszym nastroju.
Matka z ulgą usunęła się na marmurowy fotel. Dzięki bogu. Jest szansa, że córeczka nie dostanie piany na ustach, nie zacznie warczeć i wirować wokół własnej osi sikając na dywan.

Zaraz w progu przystanęłam, gdyż moim oczom ukazał się jakże niespodziewany widok. Przy biurku mamy siedział mężczyzna, którego spotkałam rano w parku! Ciekawy garnitur, który miał na sobie [miejmy nadzieję, że nie ten ze zmutowanej anakondy] i kilka sygnetów na palcach sprawiły, że wydał mi się jeszcze dziwniejszy, niż przy naszym pierwszym spotkaniu. Spojrzał na mnie, otworzył szerzej oczy w wyrazie zdziwienia, zaśmiał się pod nosem, po czym natychmiast uśmiechnął się serdecznie. Nie mniej jednak zrobiło mi się głupio. Nakrzyczałam na jego pupila, on mnie wyśmiał, a teraz mamy tak się przywitać jak gdyby nigdy nic?
A nigdy w życiu! Wyskocz na niego z pyskiem, wybiegnij z gabinetu trzaskając drzwiami i leć do toalety wyszlochać się na podłodze!

 Na szczęście moja matka uratowała nas od tej niezręcznej sytuacji.
- Kochanie, to jest pan Dirk Felsenheimer.- mężczyzna podniósł się, żeby przywitać się ze mną - Musisz mu w przyspieszonym tempie zorganizować przyjęcie.
Zacznij się ruszać w Fast-Forward.

- Agnes Schneider - przedstawiłam się, a mężczyzna pocałował moją rękę.
Niemiecki punkrockowiec całuje kobietę w rękę. Wąsa czasem nie podkręcił?
A obcasami nie strzelił?
Wycinał hołubce. Bez narkozy.

- Bardzo mi miło panią poznać.
Przez chwilę gapiłam się na niego i dopiero potem zdałam sobie sprawę jak niezręcznie musiało to wyglądać.Zaczerwieniłam się z zażenowania. "Głęboki wdech. Jestem w pracy." - uspokoiłam się. Cóż, musiałam zachowywać się, jakby to było nasze pierwsze spotkanie.
Zabiera się do tego, jakby musiała ukryć, że od roku jest jego nałożnicą. A ją tylko (przypomnę) pies w parku werbalnie znieważył.

- No więc czy mogłabym poprosić o trochę więcej szczegółów? - zapytałam już obojętnym tonem, starając się nie patrzeć na jego twarz.
Żeby z oczu nie odczytał jak ona nieludzko cierpi, bo pies na nią zaszczekał.

- Chodzi o uczczenie wydania mojej nowej płyty.
- Płyty?
Tak, wyprodukowałem nowy rodzaj gips-kartonu.

- Jestem muzykiem.
- To fajnie. Kiedy impreza ma się odbyć ? - twarz mojego nowego klienta wydawała mi się znajoma, ale ponieważ zbytnio nie oglądałam telewizji nie potrafiłam przywołać dokładnie nazwy zespołu.
- To jest właśnie pewnie problem. Płyta wchodzi do sklepów za 3 tygodnie.
- W porządku, damy radę to załatwić – starałam się brzmieć przekonująco, ale wgłębi duszy mocno się przeraziłam. Zorganizowanie czegokolwiek w tak krótkim czasie jest praktycznie niemożliwe! - Jakieś specjalne wymagania?
Eeeej, no! To przyjęcie z okazji promocji płyty, a nie wesele hiszpańskiej księżniczki! Trzy tygodnie wystarczą z palcem w nosie na przygotowania, zwłaszcza dla wyspecjalizowanej firmy.
Nooooo, nie wiem. IMHO takie imprezy pilotuje się i projektuje już od momentu podania daty wydania płyty, a tego nie robi się na trzy tygodnie przed!

- No...Zapewnić alkohol - po tych słowach uśmiechnął się znacząco.
Co wskazywało na to, że pod słowem "alkohol" musiały się kryć jakieś znacznie mniej niewinne treści.

– Jakąś muzykę i ogólnie zaopiekować się całą imprezą.
Zaczęłam notować wszystko co mówił.
- Jakąś muzykę, hm... Może być coś Shakiry? Albo Ricky Martina? Wie pan, ja jestem taka trochę unrockbar...

- Może trochę bardziej konkretnie? - wtrąciła się moja matka. W myślach przyznałam jej rację. Nadal trochę onieśmielona nie chciałam mówić, że z pewnym doświadczeniem zawodowym, które ten człowiek na pewno ma, wypadałoby jakoś ściślej określić swoje żądania, przecież nie jestem wyrocznią, ani wróżką, żeby wiedzieć na czym mu zależy.
- Liczę na kreatywność Agnes. - odpowiedział. Zauważyłam, że prawie nie przestaje się uśmiechać.
- Przewidywana ilość osób?
- Ok. 130. Jak mówiłem
"Ok sto trzydzieści. Ok sto trzydzieści". Powtarzam i ciągle głupio brzmi. Chyba poprawnie powinno być "sto trzydzieścioro oczu"


- Dobrze, zrobię wszystko co w mojej mocy. Czy mógłby mi pan podać swój numer?W razie jakiś wątpliwości zadzwonię do pana.
Kiedy podał mi numer i opuścił pomieszczenie, zdałam sobie sprawę, że przede mną 3 tygodnie naprawdę ciężkiej pracy.
Jak mniemam, wyżyłuje się biedaczka przy tym na amen.

Tak, jak się spodziewałam, kolejne dni spędziłam na obdzwanianiu najlepszych kucharzy i  ściąganiu dekoracji z zagranicy.
Bo te niemieckie mają zbyt teutońsko-wagnerowski look.
Taaa... były wyłącznie Walkirie z posrebrzonego styropianu, do zawieszania pod sufitem.
I krasnoludki ogrodowe.
Made in Poland, oczywiście.

Nie dopuszczałam nawet myśli, że cokolwiek mogłoby pójść nie tak, jak przewidywałam, gdyż zawsze, jak się za coś zabieram, to jest to idealnie dopilnowane.
Nie na darmo jest się Mary Sue.
Tylko Mary Sue umie naprawdę przewidzieć tak zwane sytuacje nieprzewidziane 

Poza tym, może to być przełomowy moment w mojej karierze. W końcu, skoro organizuję przyjęcie znanej osobie [a to zdołała w międzyczasie ustalić, kim dokładnie jest tajemniczy właściciel psa?], może więcej osób zainteresuje się skorzystaniem z mojej pomocy przy organizacji  imprez? Ta myśl na szczęście mobilizowała mnie do pracy, gdyż przy 38- stopniowej temperaturze nie koniecznie sprawiała mi ona przyjemność.
E? Trzydzieści osiem stopni w Berlinie, w maju, gdy kwitną bzy?
Co chcesz, pogoda ostatnio tak wariuje...

Pierwszym napotkanym przeze mnie problemem okazała się muzyka. Mój klient nie określił czego dokładnie się spodziewa. Na początku planowałam po prostu sprawdzić w jakim zespole gra i na podstawie tego coś wybrać, ale później uznałam, że lepiej po prostu zadzwonić.
A wystarczyło wrzucić nazwisko w Gugla. W der Gugla.
Czyli nie ustaliła.
Była w szoku.

Znalazłam zapisany w notatniku numer i już po chwili do niego dzwoniłam.
- Dzień dobry, panie Felsenheimer.
Dzięki Boru, że nie Fleischenhammer!

- Y... Z kim mam przyjemność? - pomimo że była już 12 w południe mężczyzna wydawał się zaspany. "Szczęśliwe życie muzyków" - pomyślałam z nagłą złością. - "Kiedy ja się uwijam od 8, oni śpią w najlepsze"
Coś kręci. A kto rano psa wyprowadził? Farin Urlaub?
Ukraińska pomoc domowa.
Co ty, Bela ma w domu spory zapasik Wee-Wee Pad.


- Agnes Schneider, organizatorka przyjęć.-przedstawiła się oficjalnie.
- A, faktycznie. Jakieś pytanie?
- Chodzi mi o muzykę. Nie wiem jakie są pana oczekiwania...
- Powiedziałem ci, że liczę na twoją kreatywność.
- Ale...
- No dobrze. Bardzo lubię zespół die Arzte. - roześmiał się.
I tu się starannie zapętlamy. Na promocję płyty Die Arzte zapraszamy członków zespołu Die Arzte, żeby grali utwory Die Arzte.
Niiii. Zapraszamy didżeja, który ładnie miksuje ich stare piosenki.
Można zaprosić Karela Gotta.

Nie wiedziałam co zabawnego widzi w tym fakcie, więc podziękowałam grzecznie i rozłączyłam się.
Podeszłam do mojego laptopa, zdecydowana od razu sprawdzić czego życzy sobie klient. Ściągnęłam i przesłuchałam kilka ich piosenek.
I gdy widziała perkusistę DA nic do niej nie dotarło. Mamy do czynienia z tak zwanym idiotyzmem wybiórczym.
Gdyż albowiem Bela na scenie zmienia się nie do poznania i w niczym nie przypomina poczciwego pana Dirka Felsenheimera, właściciela niesfornego pieska.

Po chwili uznałam jednak, iż lepiej będzie, jeśli zajmie się tym kompetentny.
- Ściągnijcie mi tu Kompetentnego! Ale już!

 [Kompetentny chce położyć łapę na wszystkim, gdyż jest wszechstronnie kompetentny i zorganizowanie bankietu promocyjnego to dla niego jak splunąć].

Jako że jakąś dumę mam, a poza tym zobowiązałam się do wykonania tej roboty, grzecznie odmówiłam. Pożałowałam tego dość szybko, gdy musiałam biec na drugi koniec miasta [po strasznych doświadczeniach z komunikacją miejską drugi raz wolałam nie ryzykować] skontrolować zmówioną salę, gdyż, gdy przybyłam na miejsce,praktycznie nie mogłam mówić.
Sala się zmówiła, to po co jeszcze ona ma mówić.
A tak BTW to nie zatrudniłabym do takiej pracy osoby bez prawa jazdy. Owszem, komunikacja berlińska jest doskonała, ale bez przesady.
Na piechotę z jednego końca Berlina na drugi... Jako rzecze Ciocia Wikipedia: Największa długość miasta w kierunku wschodnio-zachodnim wynosi około 45 km, największa długość w kierunku północno-południowym wynosi około 38 km.

Na domiar złego, zaraz po wejściu do środka, zasłabłam.
Omdlenie - jest.
Ale nie w obecności trólawera, to nie wiem, czy się liczy.
To ona zemdlała z racji chrypki? Też tak chcę...

Kiedy odzyskałam świadomość, byłam na siebie zła jak nigdy. Musiałam dość mocno przestraszyć właścicieli przez co raczej mnie nie polubią.
Bywa opryskliwa wobec klientów i zleceniodawców, a chce był lubiana przez "właścicieli sali" - kimkolwiek są. 
Pomarudzę - sale bankietowe to nie są strażackie remizy, opuszczone hurtownie, świetlice czy sale weselne, zawiadywane przez stare, naiwne małżeństwa i odnajmowane chwilowo na dyskoteki.


- Nic mi nie jest - powiedziałam starając się być przekonywująca.
- Na pewno? - chciała koniecznie wiedzieć kobieta.
- Tak, tak proszę pani. Tylko na chwilę pójdę do łazienki.
- Oczywiście. Zaraz cię zaprowadzę.

Należała do znienawidzonego przeze mnie typu kobiet, które od razu traktują wszystkie młode dziewczyny jak swoje wnuczki. Zaraz zaczęła narzekać, że to wszystko przez to, że jestem taka chuda. Jakby tego było mało wciąż klepała mnie po ramieniu.
Najwyraźniej jednak mnie polubiła i trochę mi ulżyło.
Nie daj Bór, gdyby jej nie polubiła od pierwszej chwili! Ale Marysia na wszelki wypadek musi zaznaczyć, że kogoś takiego wprost nie-na-wi-dzi!


- Już dobrze się czuję - wyjaśniłam mężczyźnie.
Usiedliśmy we trójkę przy barku i zaczęliśmy dyskutować o warunkach wynajmu.Kobieta okazała się bardzo dobroduszna, wręcz naiwna i była mi gotowa odstąpić salę prawię za darmo bylebym nie mdlała więcej.
Mignął w tle zawoalowany Element Komiczny.
Nie no, całkiem niezła metoda prowadzenia biznesu! Spróbuję zemdleć, by wymusić podwyżkę, hmmm...

Mężczyzna, wręcz przeciwnie,nie miał zamiaru ustąpić, dopóki nie dopnie swego.
Miał nadzieję, że ona znów przyglebi, to sobie poreanimuje do woli?
Usta-usta, mruah!

Wreszcie udało się nam dojść do kompromisu i w ten sposób załatwiłam salę na całkiem niezłych warunkach.
Szli, szli, aż doszli. I zaczęli bić głowami w kompromis.

Natychmiast zadzwoniłam do matki, pochwalić się moim sukcesem. Oczywiście, o omdleniu nie wspomniałam. Za pewne zakazałby mi wychodzić z domu, a w tym momencie nie mogłam sobie na to pozwolić.
Niech się mamusia zdecyduje: albo wysyła córkę do roboty, chcąc jej przekazać rodzinny interes, albo trzyma ją w domu pod kloszem.
Boru... Zdarzyło mi się omdleć ze dwa razy w życiu, w tym raz w sanatorium. Potrzymali mnie pół godziny w gabinecie pielęgniarki na wszelki wypadek, a potem puścili wolno. Straszna mimoza z tej Agnes. I ona pracuje w tak stresującej branży? Bo przecież sama zaraz przyznaje, że:


(...) wciąż trzeba było wszystkiego dopilnować. Mimo że wydaję się inaczej, w rzeczywistości właśnie to jest najgorszą częścią mojej pracy. Albo raczej najbardziej stresującą. Nie możesz odetchnąć po załatwieniu wszystkich potrzebnych rzeczy (...)

Kochana, zawyczaj jak się coś organizuje, to już goście wchodzą, a ty jeszcze w kątku wydajesz polecenia dopinania wszystkiego na ostatni guzik. Taka karma.
Może lepiej zmień zawód?



- Dzień dobry - wyrwał mnie z zamyślenia głos mojego klienta. Właściwie nie zauważyłam nawet, kiedy wszedł do biura mojej matki, gdzie właśnie porządkowałam dokumenty.
- Oh, witam. Coś się stało?
- Nic, pomyślałem tylko, że sprawdzę jak pani idzie. - uśmiechnął się. Swoimi słowami bardzo mnie zaskoczył, gdyż nie spodziewałam się po nim jakiegokolwiek zainteresowania po jego wcześniejszej bardzo nie przejętej postawie.

Bo postawa klienta przejęta
na kolana może rzucać dziewczęta.
Skoro Sue na piszczele nie pada
w postawie tej jest jakaś wada.




-No cóż, to w porządku. Mam tylko nadzieję, że się pani nie przepracowuje...
Po tym wszystkim co przeszłam przez te półtora tygodnia miałam ochotę mu przyłożyć w twarz.
A spoliczkuj dziada! Przecież jego pies na ciebie skoczył! I pracować musisz... i ten pies! Dziesięć dni pozbierać się nie możesz... i ten pies...
*Podnosi transparent i skanduje* Daj mu w mor-dę! Daj mu w mor-dę!

Opanowałam się jednak i uśmiechnęłam się.
Przez łzy.


-Nie, wszystko jest w porządku.
Ale coś w głębi jestestwa wołało: hau, hau, hau...

Przez chwilę miał ochotę jeszcze o coś zapytać, ale zrezygnował. Możliwe, że minie uwierzył, bo mój wygląd mówił coś innego niż słowa. Mimo usilnych starań nie udało mi się ukryć worów pod oczami.
To z niewyspania. Po nocach budziła się z krzykiem z sennego koszmaru, że w parku pies zaszczekał. Budzi się zlana potem i już nie może zasnąć do rana.
Jak u Chmielewskiej w "Wielkich Zasługach": "Żaden te­mat nie nadawał się do rozmowy
z Mizią, psy gryzą, ptaki dziobią, ryby się wiją, koty prawdopodobnie mruczą...
"



-No to do zobaczenia na imprezie!  -uśmiechnął się po raz ostatni wyszedł.
I już nigdy nie wróci.

Próbowałam doszukać się jakiś powodów jego wizyty,jednak nie umiałam sobie tego wytłumaczyć. Może po prostu przechodził gdzieś w pobliżu? W końcu nie miał mi nic istotnego do powiedzenia.
Przecież mówił, że sprawdza, jak jej idzie!!! Tak BTW, o ile wiem, żadna gwiazda sama nie pilnuje przygotowań do imprez! Ma od tego ludzi i nawet nie musi myśleć, że trzeba się zajać promocją!
Oj, Dzidka, jakaś Ty naiwna. Trólawer in spe wpadł pogapić się na Marysię, sam nie wiedząc jeszcze, co go ku niej tak ciągnie. Jakbyś opek w życiu nie czytała!

Tym razem do biura weszła moja matka. Podziękowała za zrobienie porządku i zapytała jeszcze raz czy przygotowałam już wszystko.
Kiedy potwierdziłam, uśmiechnęła się i powiedziała:
-W takim razie pozostaję odliczać dni do imprezy! [zostanie w biurze i będzie skreślała dni w kalendarzu?] A właściwie kupiłaś już sobie jakąś sukienkę?
-No mam tę starą, zieloną... Poza tym idę przecież tam pracować! - stwierdziłam.
A nie na podryw. Stara zielona sukienka... Buuu...
Po prababci Scarlett?
Scarlett to ona do rąbka nie sięga.

-Daj spokój, na takie wydarzenia powinnaś sobie sprawić coś nowego...Proszę, masz pieniądze.
Proszę, weź je. Proszę, prooooszę!

Uznajmy to za małą premię za twoją ciężką pracę.
Uśmiechnęłam się niepewnie. Zakupy były czymś co lubiłam, ale niekoniecznie miałam na nie ochotę właśnie teraz. Z drugiej strony była tam klimatyzacja [co za poświęcenie! Gdyby nie klimatyzacja w sklepach, musiałaby chodzić w worku] więc zdecydowałam się pójść. Mama wyjaśniła, że nie może mi towarzyszyć, gdyż jest zajęta pracą. Była głęboko wdzięczna losowi, ponieważ nienawidziłam, kiedy traktowała mnie jak dziecko i zabierała ze sobą do sklepu. Zwłaszcza, że mam już przecież 26 lat.
To, że ma psychikę wątłą jak piętnastolatka, i że śnią jej się szczekające psy, to o niczym nie świadczy.

Szczekający Jasza, łasząca się Kura, warcząca Dzidka, i Gabrielle rzucająca kość Maskotkowi
pozdrawiają z samolotu Tanich Linii Lotniczych Taszkient - Albuquerque. Przedział dla VIPów.



7 komentarzy:

Anonimowy pisze...

• gość


Genialnie, jak zawsze.


Ten blog wydaje mi się warty małej analizy. --> http://deal.mylog.pl/2009-11-16/prolog

• Monaco


Niniejszym dopisuję "ów" analizę do grona moich najulubieńszych :)

Serdeczne wszystkiego najlepszego z okazji setnej analizy, po raz kolejny zakończonej sukcesem. Poza Wami czytam praktycznie jeszcze tylko jedną analizatornię, ale nie tak regularnie. I nie, nie powiem którą - nie będę robiła reklamy :)

A tak sobie pomyślałam, że niedługo będzie druga rocznica Waszej działalności. Czy z okazji urodzin również przyszykujecie dla nas coś specjalnego? ;)

• Znudzona Pszczoła


Gratulacje z okazji 100 (albo 78, zależy jak liczyć) morderstwa na głupocie! :) No i nie wiem, czego Wam życzyć - więcej czy mniej blogasków do analizowania. Chyba mniej, bo byłby to jakiś objaw, że pewne grupy wiekowe nam zmądrzały. ;)

A analiza... Ten lot do Wiednia na pewno zahaczył o Portugalię, Wyspy Owcze, Meksyk, Wyspy Wielkanocne i dopiero po nich Australię! Cudo!

• il



przerazacie mnie, ja nazywam się Julia M. ; p

• lola


Genialna analiza! Pękałam ze śmiechu! Gratuluję dobicia do setki i życzę kolejnych paru setek analiz ;)A jakbyście mogły, zróbcie analizę zawsze-w-twoich-marzeniach.blog.onet.pl Pozdrawiam ;**

Anonimowy pisze...

Nila.


Sto lat! I jeszcze więcej blogasków!
Nieśmiało czytuję Was regularnie od, hm, 34. analizy i przy każdej następnej płaczę ze śmiechu. Ludzie, kocham Was!
Zgadzam się z Ewą - dobrze, że porzuciliście zamysł analizowania tForów wyłącznie tehowotematycznych. Niszczycie wszystko, i słusznie, niech aŁtoreczki nie czują się bezkarne za gwałty na polszczyźnie. :) Do pełni szczęścia brakuje mi jedynie analizy opowiadanka o Muse...*zerka nieśmiało i ukradkiem odpala wujka Google'a*

Pozdrawiam "z bananem na twarzy". :D

• kura z biura


>spojrzałam wymownie w niebo wzrokiem, który wystarczająco ukazywał moje rozdrażnienie.

Czyli miałam rację podejrzewając, że to powyżej było inspirowane Sierotką Julią (względnie Karoliną z Berlina)?

• sin


Cóż, ja jestem drugą autorką. I też żałuję, że nie doszliśmy do kolejnego momentu tej epickiej fabuły, bo mielibyście więcej do analizowania.
Ale co do tego wchodzenia na schodach: ja tam już na 3 dostaję zadyszki codziennie rano, więc nie marudźcie że na 7 można wejść spokojnie.
Muszę przyznać, że kilku komentarzy spodziewałam się pisząc te notki, ale niektóre strasznie mnie zaskoczyły.
Jesteście genialni i 100 lat!

• a


szampany, konfetti, królewny dla wszystkich ;-)niechaj Wam się darzy, a nam uśmiecha.

• Insomnia


Rany, to już setna analiza. Jak czas leci! O.O To znaczy, że czytuję SUS regularnie od 60 analiz, bo pamiętam, że do grona wielbicieli dołączyłam przy analizie 40. Z okazji rocznicy jeszcze wielu wielu setek życzę! :)

• jimenes


Będzie ciąg dalszy opek, mam nadzieję? Wciągnęło mnie... ;)

A z okazji okrągłej rocznicy - stu i jeszcze stu, i więcej analiz życzę, tak wybornych, jak do tej pory!

Anonimowy pisze...

kura z biura


No ale od ostatniego odcinka opka minęło kilka długich tygodni, podczas których nie wiedziałaś, czy zostanie zanalizowany, czy też nie... ;)

• Dzidka


"Wybacz, Kuro, że nie dam Ci okazji dowiedzieć się, jak się udała impreza, ale jaki byłby sens to dalej ciągnąć? Blogasek został zanalizowany, więc więcej nie mógłby osiągnąć. :)"

Zaraz mi się przypomina taki stary szmonces:
- Wy, Żydzi, jesteście dziwnym narodem. Nie wierzycie w pana naszego, Jezusa Chrystusa, a wierzycie, że wasz rabin staw na chustce do nosa przepłynął.

- No tak, ale to jest prawda!

• Pigmejka


Sto Lat! :D
*bije brawo wraz z wynajętym na tę okazję specjalnym oddziałem doborowych klaskaczy*
Piękne obie analizy, rzeczywiście nadzwyczaj udane. :D Oby tak dalej... i do tysięcznej analizy. ;)

• saru


Wybacz, Kuro, że nie dam Ci okazji dowiedzieć się, jak się udała impreza, ale jaki byłby sens to dalej ciągnąć? Blogasek został zanalizowany, więc więcej nie mógłby osiągnąć. :)

Anonimowy pisze...

kura z biura


Saru, dlaczego zrezygnowałaś? Taka byłam ciekawa tej imprezy!

• Ewa


Łał, Saru, nieźle wam to wyszło :-)

W sumie bohaterka tego pierwszego opka jest tak perfekcyjną Mary Sue, że to też momentami wygląda na napisane z premedytacją.

• platon

Rozwalacie wszystkie opka. Biedne Pisaki i jeszcze biedniejsze aŁtoreczki uciekają w popłochu, zamykając, zawieszając, porzucając lub w inny sposób dewastując swe dzieła, milcząc, tłumacząc się lub klnąc na was nie tylko pod nosem. Jesteście niczym morderca w "Siedem", tylko tutaj jest nieco genialniej i więcej pokutujących grzeszników. Szkoda, że tak mało opek z HajkSkulMjuzikal - dużo za dużo ich w naszym gronie. Gratuluję setnej analizy!
Otworzę szampana, wypiję symboliczną lampkę, po czym wrócę do chodzenia na opery, oglądania Felliniego i dyskutowania o osiemnastowiecznej poezji francuskiej.

Anonimowy pisze...

Dzidka


@ Droga Saru,
każda analiza traktowana jest przez nas poważnie, niezależnie, z jakiego źródła opko pochodzi ;)
Dziękujemy za życzenia i mamy nadzieję, że stworzycie też coś tak fajnego na dwusetną analizę. Mamy na to prawie dwa lata! :)

• Mrohny


Najlepszego załogo :)
Fajna analiza. A bohaterka taka... boChaterska.

• saru


Droga Załogo SuS,
przede wszystkim przyznaję się, że jestem autorką drugiego "dzieła" o Beli. Jako że jesteśmy z koleżanką fankami Waszych analiz już od roku, postanowiłyśmy sprawdzić, jak Sierżant zareaguje na powstanie takiego opka. Niestety nie byłyśmy pierwsze, jednak i tak doczekałyśmy się Waszego zainteresowania.
Chciałabym zatem serdecznie podziękować za analizę, która jest boska, a komentarze Jaszy rozbawiły mnie do łez.
I wszystkiego najlepszego dla SuS i kolejnych 100 tak dobrych analiz! :)

• Ewa


Ja też miałam skojarzenia ze "rżnięciem królewny Śnieżki" :D A tekst "Wracaj do domu pakować się, jutro wylatujesz!" w pierwszej chwili zrozumiałam jako wyrzucenie z pracy.

I bardzo dobrze, że nie ograniczyliście się do blogów o TH, dzięki temu jesteście jedyna analizatornią, która regularnie czytam, te przerabiające w kółko TH i HP mnie nudzą. Rany, zabrzmiało to trochę a la Mary Sue - jesteście jedynymi, których spotkał zaszczyt czytania przez mnie waszych tekstów ;)

Anonimowy pisze...

kura z biura


Z analizą opka o DA w wykonaniu Sierżant jest ten problem, że ona dostaje ciężkiego wkurwa na samą myśl o szarganiu jej ulubieńców i mogłoby to być niebezpieczne dla jej zdrowia ;) A poza tym i tak nam się chyba materiał skończył...
• Croyance


Gratulacje. Czym bylyby czwartkowe wieczory bez analizy? Caly tydzien na nie czekam :-) Piszcie dalej, i nie ustawajcie!

Organizacja imprez mnie zabila ...

• lobo


Sto lat, sto kolejnych analiz, sto durnych opek, które można bezlitośnie obszczekać, co by aŁtoreczki miały powód do budzenia się w środku nocy zlane potem. I kolejka dla wszystkich!
Nie mogę się doczekać analizy opka o DA w wykonaniu osoby do tego powołanej, czyli Sierżant (kompetentna jest). Analizy słodkie i kwikaśne, przy rżnięciu Śnieżki zaplułam monitor kawą. Lot z Berlina do Wiednia przez prawdopodobnie Guatamalę też był słodki. Do przeczytania za tydzień
wierna fanka
Lobo
PS kod: ceqof. Nie wiem co to, ale brzmi ciężko i przyłożyłabym tym AŁtorkom. Profilaktycznie.

• mikan


Wszechzajebistość Marysiek... *wzdycha* Kurczę, skąd u nich się bierze taka pogarda dla innych?
A na 1000 analizę wszyscy urżniemy się w trupa? :D

Sto lat analizatornio! *rozrzuca płatki róż i tańczy wdzięczny balet*

• Szpro


Dołączam się do fanek Jaszy, zwłaszcza za niezamierzoną kosmatość kilkugodzinnego rżnięcia królewny Śnieżki.

Anonimowy pisze...

Rzepicha



Analiza genialna i utwierdza mnie w przekonaniu o wielkości Jaszy. Kocham Jaszę.

*sięga do worka z transparentami na każdą okazję ten duży, różowy i puchaty z napisem "USS SUS"*
Oby tak dalej, kochani! I przynajmniej jeszcze siedmiuset kolejnych analiz!

• Ome


Sto lat, sto lat, sto lat i stu analiz!!! *fałszuje niemiłosiernie*

Analiza boska, przy uwadzoe o mówieniu "spadaj" w samolocie zakrztusiłam się herbatą. Oba tworki-potworki zostały zanalizowane wspaniale. Uwielbiam te aŁtoreczkowe wyobrażenia o dorosłym życiu i pracy. Podstawową inspiracją są chyba badziewia w rodzaju "Bridget Jones" i "Seksu w wielkim mieście".

Swoją drogą, otwierający analizę cytat z Coelho wzięłam początkowo za kolejne aŁtoreczkowe bajdurzenie, bo doskonale się wpisuje w klimat i do aŁtoreczkowstwa pasuje świetnie. Potwierdza się moje przekonanie o Coelho, którego pseudointelektualny i pseudometafizyczny bełkot idealnie pasuje do pseudointelektualnego i pseudometafizycznego bełkotu części aŁtorek.

Rys historyczny bardzo interesujący. Gratuluję Wam pierwszej setki i życzę wielu kolejnych setek, tak w analizach, jak i na stole podczas oblewania tego postu :)

• Kami


spłakawszy się ze śmiechu oraz wystraszywszy koty :-D

• Chelsea


Jejciu! Baaaaardzo kwikaśna analiza, jedna z lepszych jak dla mnie :D
Tak się ubawiłam, że jeszcze chichoczę.
Jeśli te analizy będą dalej tak z odcinka na odcinek coraz śmieszniejsze to ja już się boję analizy numer 200, na która z niecierpliwością będę czekać ;)