czwartek, 2 stycznia 2014

244. Psychiatryk jak z horroru, czyli Bezdomna na społeczeństwa łonie (cz. 2)


Witajcie w Nowym Roku! Dziś przygotowaliśmy dla Was ciąg dalszy przygód Bezdomnej. Przygotujcie parasole, bo zaleje Was deszcz łez...
W poprzednim odcinku - bezdomna Kinga Król chce się w Wigilię zabić na śmietniku, ale kochanka jej męża akurat wynosi śmieci po północy, więc nic z tego pomysłu nie wychodzi. Za to ta wredna i zimna dziennikarska hiena zaprasza ją do domu, każe jej się wykąpać i oblec w elegancką sukienkę. I WTEM!  jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Kinga zamienia się w cud-dziewoję, piękną, wykształconą i kulturalną. Magia świąt.
Ale że Kinga naćpana psychotropami wykradzionymi ze szpitala i otumaniona wódką ukradzioną ze stacji paliw spała przez dwa dni - dziś będą zwierzenia przy mocno opóźnionym, świątecznym stole.
Dzięki nim dowiemy się, dlaczego ludzie uciekają z Bydgoszczy, jak wygląda leczenie w szpitalu psychiatrycznym i ile kosztuje wynajęcie mieszkania w jednej z najdroższych dzielnic Warszawy.

Nad tekstem wydanym przez Znak pochylili się: Kura, Szprota, Jasza i z doskoku Dzidka.

– Masz przyjaciół? – zaczęła niewinnie.
– Miałam – ucięła Kinga. – Gdy kogoś spotyka to co mnie, przyjaciele się wykruszają. A ty?
Aśka nie spodziewała się natychmiastowej riposty. Raczej długich, łzawych zwierzeń.
– Ja... ja mam, oczywiście. Mam mnóstwo przyjaciół!
– I żaden nie zaprosił cię na wigilię.
W pytaniu nie było ironii ani zdziwienia. Bo to nie było pytanie, ale stwierdzenie faktu.
Aśka była sama jak palec, ot co. „Tysiąc znajomych na facebooku, a wigilia z Polsatem”.
Suchy suchar jest suchy.
Co złego w samotnej wigilii? Tak tylko pytam.
Może to, że nie jest jak w telewizyjnej reklamie?

– My, bezdomni, trzymamy się razem. Przeważnie. Walczymy z glinami. Ze strażą miejską. Z bandziorami, co czasem któregoś z nas zgwałcą kijem od szczotki, czasem zakatują na śmierć albo podpalą... coś taka wstrząśnięta?
- Nic, nic - wyszeptała blada Aśka. - Ja tylko żartowałam z tą dziennikarką i nie spotkałam się nigdy z takimi historiami.
I daję słowo, zaraz o tym zapomnę.

Nie wiesz, że bezdomnych traktuje się gorzej niż zwierzęta? Bandzior jeden z drugim nad biednym psiakiem może się i ulituje, ale nad  zawszonym starym łachmaniarzem?
Tu spoiler: Kinga jest Mary Sue Tragiczną, więc wszystko, co jej się przydarza, jest złe, złe, złe i jeszcze gorsze. Brace yourselves, angst is coming!


Wracając do twojego pytania: nie, nie przyjaźnimy się. Choć akurat Wigilię spędzamy razem, jeśli oczywiście tego chcemy. Noclegownie i Brat Albert zawsze coś dla nas zorganizują. Długi stół przykryty białym obrusem, choinka, nakrycie dla zbłąkanego wędrowca…
Prześmiewcze tubki z chytrą babą z Radomia…

– Żarty sobie stroisz! – żachnęła się Aśka. – Może jeszcze Święty Mikołaj z worem prezentów?
Żarty pani sobie stroi, pani dziennikarko freelancerko, sprawiająca wrażenie, jakby nigdy w życiu o takim zwyczaju nie słyszała - toż przed świętami gazety uwielbiają się o tym rozpisywać, a telewizje pokazywać.

– O tym nie słyszałam. – Kinga spokojnie zajęła się kawałkiem szynki. Posługiwała się nożem i widelcem, jakby wczoraj opuściła szkołę dobrych manier, a nie ulicę.
No ba, skoro przyszła z ulicy to powinna jeść rękami, wycierać usta w obrus i wylizywać talerz?
A gdzie się zadział kryształowy kieliszek, cichy świadek samobójstwa?
Kot ukradł.

– I podczas takiej wigilii łamiecie się opłatkiem, życząc sobie powrotu do domu? – zakpiła Aśka.
Nie dość, że zła, dziennikarka, hiena, podrywaczka cudzych mężów, to jeszcze pozbawiona nawet odrobiny zwykłego taktu. Zaprawdę, nic nie będzie Aśce oszczędzone.
Jaki jest antonim Mary Sue? Może Joan Whale?

Kinga rzuciła jej ostre spojrzenie.
– Nie wiem, co życzyli sobie inni, bo ja swoją pierwszą i jedyną jak dotychczas Wigilię bezdomnej spędziłam w śmietniku, życząc sobie śmierci.
Aśce słowa uwięzły w gardle. Przez chwilę jadły w milczeniu. Obie straciły apetyt.
I dlatego jadły jakby wolniej i bez entuzjazmu, ale jednak jadły.

(...)
– Po wyjściu ze szpitala nie miałam dokąd wrócić.

Kinga
Skłamałam. Bez mrugnięcia okiem skłamałam Aśce, bo stracić wszystko, wraz z ukochanym domem, gdzie dopieściło się każdy drobiazg, każdy kąt, jest naprawdę banalnie prosto. Wystarczy jeden zapis u notariusza, na który – zakochana w przyszłym małżonku – nie zwrócisz uwagi,
Zakochana w przyszłym małżonku, zapamiętajmy.
Miłością tak wielką, że rozum odbiera. Tyle, że nie...

a gdy przyjdzie co do czego, zastaniesz drzwi swojego domu zamknięte, zamki wymienione, a jeśli pójdzie naprawdę źle, to za tymi drzwiami będzie mieszkał kto inny, zdzierając właśnie tapety, które własnoręcznie kładłaś, i tłukąc kafelki w łazience, dla których przeszukałaś pół Warszawy. (...)
Bo kafelków to się w Opocznie szuka.
Albo od razu jedzie się na Bartycką.

Nie miało żadnego znaczenia, że co najmniej połowa pięknego mieszkania w przedwojennej kamienicy była twoja, bo nie dość, że część pieniędzy dali na nie twoi rodzice – wtedy gdy jeszcze miałaś rodziców – to przez sześć lat miesiąc w miesiąc ty, z własnych ciężko zarobionych pieniędzy, dzieląc czas między studia a pracę, spłacałaś raty.

[Tu rzewna historia z gatunku “co ja głupia w nim widziałam”. W skrócie - mąż Kingi, tzw. Krzysio-Pysio, był osobnikiem leniwym, wygodnickim i cwanym, żyjącym sobie wesoło na utrzymaniu żony]

Na razie wpadliśmy sobie w oko: ja żywiołowa, roześmiana, zdolna i przez wszystkich lubiana, nie tylko przez kolegów i koleżanki z roku, ale i przez wykładowców – tak byłam postrzegana. Krzyś Król z kolei był typowym outsiderem. Cichy, mrukliwy, niezauważany przez grupę, gdy myślał, że nie widzę, wpatrywał się we mnie cielęcym wzrokiem i szybko odwracał spojrzenie, gdy go przyłapywałam na gapieniu się. Był totalnym przeciwieństwem kogoś, kogo kiedyś... Kto był... Nieważne. Ważne, że zaczęłam ostentacyjnie uwodzić Krzysztofa Króla, a jak się w tym uwodzeniu rozpędziłam, to nie mogłam przestać.
Jak rozumiemy uwodzenie?
Już nie jako:

Tylko czasem przy tablicy,
wiosną jakiś okularnik,
skradnie swej okularnicy pocałunek.
Wtem okular zajdzie mgłą,
przemarznięte dłonie drżą.
Potem razem w bibliotece,
i w stołówce, i w kolejce.
Itp., itd.,
itd.

tylko jako ładowanie się do łóżka:
Bo w jednym Krzysio-Pysio był naprawdę świetny, jeśli nie wybitny: w seksie – to była jego mocna strona. Mógł zawsze i wszędzie. Od wieczora do rana. Był niezmordowany i baaardzo pomysłowy. Potrafił od przodu, od tyłu, z boku, z dołu i do góry nogami. A jeśli zamiast niego wyobrażałaś sobie, że robisz to z Tamtym... Odlot na Alfa Cen­tauri i z powrotem murowany.
No więc sorry, ale jak dla mnie to wcale nie wygląda na małżeństwo z wielkiej, zaślepiającej miłości, lecz wręcz przeciwnie - z czystego wyrachowania. Chyba że to seks tak jej się na mózg rzucił...
Dla mnie wygląda to tak, jakby rzuciła się w jego ramiona, by zapomnieć o jakimś kimś. Prawdopodobne, choć niezbyt chwalebne w świetle dalszych wydarzeń.

Długo na efekty czekać nie musiałam. Bez słowa pokazałam Krzyśkowi test ciążowy, na
którym widniały dwie grube krechy. On przyjął tę jakże radosną nowinę bez mrugnięcia okiem – „weźmiemy ślub i tyle ”, ja wzruszyłam ramionami i miesiąc później, w tajemnicy przed całym światem [ale za to ze spisaną intercyzą] – do dziś dziwię się swojej głupocie – wzięliśmy ślub cywilny.
Ale głupie było co: tajemnica przed światem? (dlaczego? tajemnicze śluby są całkiem spoko, jak się chce mieć spokój od rodziny i obrażonych ciotek) czy też może ślub cywilny?
No jak to, nie wiesz, że ślub cywilny bierze się, “by nie nakładać sobie zbyt już nieznośnych więzów”?
Nawiasem, w kontekście dalszych losów tego małżeństwa wychodzi na to, że to nie ona, a on ją złapał na dziecko...

Dopiero z dokumentem w garści i z obrączkami na palcu poszliśmy z tą cudowną nowiną do rodziców.
I całą tajemnicę diabli wzięli. Serio, kompletnie nie rozumiem, po co ona była. Są dorośli, zgody mieć nie muszą, a jeśli chodzi o to np., że niezadowoleni rodzice odetną ich od kasy - to i po ślubie mogą to zrobić...

Moi byli nieco... przerażeni: „Ale Kinguś, jakże to tak?, a studia? ”
Bo przecież wcale nie ma studenckich małżeństw.

za to starzy mojego męża... dostali szału. Na dobry początek od jego ojca usłyszałam, że jestem zdzirą, co złapała ich synunia na dziecko, a może – znając moją reputację – to nie jego dziecko? Że takie jak ja powinno się kastrować. Albo palić na stosie. Albo i jedno, i drugie – kolejność dowolna. Że gdzie synuś miał oczy, by związać się z dziwką, co przed każdym nogi rozkłada – tu musiałam wtrącić: „Przed panem nie rozłożyłam, może w tym tkwi problem? ”, i mało nie oberwałam od teścia po twarzy – i tak dalej, i tak dalej.
Rozmawiamy o Polsce XX wieku? Bo mnie to jednak zalatuje powieścią dla pensjonarek.
Żebyś się nie zdziwiła... (no nie wytrzymałam, ale już znikam)
*przypomina sobie to i owo z opowieści czytelniczek i zamyka twarz*

Ja po ripoście musiałam uciekać na klatkę schodową (ja po tym opisie też), ale przez zamknięte drzwi dwupoziomowego mieszkania w ekskluzywnym apartamentowcu usłyszałam całą resztę: synuś się rozpłakał, mamusia zaczęła go pocieszać: „Jest jeszcze coś takiego jak rozwód ”, a ojciec od razu zaczął dzwonić po najlepszych prawnikach, czy da się ten ślub unieważnić.
I to wszystko słyszała przez drzwi. A to nieładnie jest podsłuchiwać!

„Nie? Bo związek został skonsumowany? A jeśli to nie jego dziecko? Też nie? Kurrrwa, co za chujowe prawo w tym kraju!!! ”.
*nieco skołowana* Ale jakie unieważnić, przecież wzięli CYWILNY!
Nie mówiąc już, że przy stwierdzeniu nieważności konsumpcja związku w niczym nie przeszkadza…
Rozwód po cywilnym ślubie nie wchodzi w rachubę, więc żeby było dramatyczniej, trzeba zaprząc w to Kościół. *wpada w stupor*
Albo może teściom w ogóle nie przyszło do głowy, że można wziąć tylko ślub cywilny, w ich światopoglądzie mieścił się jedynie kościelny…?

Chyba dopiero w tym momencie, na ciemnej klatce schodowej, dotarło do mnie: Kinga, w
co ty się wpakowałaś?
Cóż, zero współczucia, skoro nie poznało się rodziny męża przed ślubem.

Do dziś pamiętam dreszcz strachu, który przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa, jakbym przeczuwała najgorsze. Potem zgięłam się wpół, zwymiotowałam na lśniące płytki i… zaczęłam krwawić.
I to nie z nosa, jak się domyślamy.

Straciłam dziecko, zyskałam męża i nienawidzących mnie teściów.
Nadal nie rozumiem, w czym problem, jeśli chodzi o rozwód. To nie czasy Jane Austen, na litość boską!

Aśka, słuchająca do tej pory w milczeniu, teraz odezwała się ostrożnie:
– Skoro... skoro nie było już dziecka, a ty Krzysztofa nie kochałaś... może powinnaś się była rozwieść?
Kinga posłała jej długie spojrzenie.
– A kto ci powiedział, że go nie kochałam?
– Myślałam... Tak o nim mówisz...
– Teraz. Teraz rzeczywiście go nienawidzę i mam ku temu powody, ale wtedy... wtedy było nam całkiem dobrze:
“Całkiem dobrze” to jeszcze nie miłość, a przecież w tle wciąż majaczy jakiś Tamten… Ha, a może o to chodzi, rozwód byłby przyznaniem się do porażki!

mieliśmy własne mieszkanie, wprawdzie niedaleko od teściowej, która dzień w dzień sączyła synusiowi do uszu truciznę, z jaką to wywłoką się związał, i od teścia, który powtarzał, kim to Krzyś by został, gdyby ta mała sprytna dziwka nie wmanewrowała go w małżeństwo – oczywiście przeprowadzali te kształcące gadki pod moją nieobecność, podczas awantur mój małżonek powtarzał je słowo w słowo, dla mnie teściowie stali się uprzedzająco mili...
Widocznie Kinga nie tylko podsłuchuje pod drzwiami teściów, ale zakłada też pluskwy w obu mieszkaniach, bo skąd miałaby wiedzieć co teściowie kładą do głowy synowi i to, że mąż wiernie cytuje swoich rodziców?

Ja miałam ukochane studia i pracę, która była raczej pasją i spełnieniem marzeń niż harówką, choć wierz mi, Aśka, że przekopanie kawałka ogrodu i nasadzenie kilkudziesięciu roślin to ciężki kawałek chleba. Ale satysfakcja ogromna. Pozwalała zapomnieć o utraconym dziecku, utraconej młodości i wolności, [gdy na dziewczynę zawołają “żono”, to już ją żywcem pogrzebiono] której jednak zabrakło, mimo że Krzysio-Pysio pozostał pantoflarzem. Leniem również.
Innymi słowy, chujowo, ale stabilnie.

Układ był jasny: jego starzy dają połowę forsy na mieszkanie, do mnie należy cała reszta. Ich synuś ma być czysty i najedzony, raty za mieszkanie opłacone. Prąd, woda i czynsz... nad tym się pomyśli, czyli płaci Kinga. Chciałaś wywłoko, to masz.
A w poprzednim fragmencie stało jak byk, że połowę pieniędzy na mieszkanie dali JEJ rodzice, a raty spłacała sama.
Ot, skleroza ałtoreczkowa. Zaraz się okaże, że jednak nie poroniła, a teście są tak naprawdę przeuroczymi ludźmi.


– Słuchaj, Kinga! – Aśka zdenerwowała się nagle. Dziewczyna mówiła to tak cynicznym tonem, tak wypranym z uczuć, że aż niewiarygodnym. Za tą opowieścią o dziewicy i ogierze coś się kryło! Historia tego chorego małżeństwa miała drugie dno!
Niestety, słychać pukanie od dołu.


Aśka stwierdza,  że zupełnie nie rozumie, jak Kinga mogła dopuścić do takiej sytuacji - “Ta cała opowieść po prostu do ciebie nie pasuje! Masz w oczach inteligencję, nie debilizm!” (hm, czy z tego wynika, że wszystkie te kobiety w toksycznych związkach, z którymi przeprowadzała wywiady, uważała za debilki?) - w związku z czym Kinga decyduje się wyznać jeszcze jedną tajemnicę:


– To nie było jego dziecko.
Ręka opadła.
Nam też. Każdemu z nas obie.

Tego Aśka się właśnie spodziewała. Tamta wrobiła Krzyśka w ciążę i szybki ślub, ale... to nie było jego dziecko. Jeśli nie jego, to czyje?
– Kogoś, kto bardzo mnie kochał, a potem bardzo zranił – odpowiedziała Kinga na niezadane pytanie. – Ciąża... ślub z Królem... to miało zranić jego
Ślub z innym - rozumiem, ale samo zajście w ciążę też miało być narzędziem zemsty?
Tak.

– głos kobiety łamał się, w oczach błyszczały łzy. – Krzysztof był tylko narzędziem zemsty. Teraz siebie możesz oczyścić z winy, a mnie potępić – dokończyła beznamiętnie.

[Teraz przychodzi kolej na zwierzenia Aśki]

Aśka

Wiesz, jakiego dokonałam odkrycia, pracując w tym jakże wdzięcznym zawodzie dziennikarki? Światem rządzi forsa, zawiść i nienawiść. Masz choć jedną kartę z tych trzech, to wygrałaś partię.
Dorzuciłabym jeszcze znajomości i seks, ale pewnie wychowałam się na innych lekturach.
Dorzucam jeszcze ambicję i chęć władzy.

Chcesz napisać zjadliwy artykulik o takiej jednej celebrytce, która nie udziela wywiadów
Czy są celebryci, którzy nie chcą dawać wywiadów?
Ona najwyraźniej myli celebrytów ze sławami.

bo ceni sobie prywatność i takie tam inne pierdoły? Zagadaj z jej serdeczną przyjaciółką, koniecznie pracującą w tej samej branży, a dowiesz się o swoim obiekcie rzeczy, które same się na klawiaturę cisną. Chcesz wiedzieć jeszcze więcej? Kup szofera, portiera i osobistego kochanka. Jeżeli jeszcze ci mało, dzwoń do śmiertelnego wroga naszej celebrytki, ten dośpiewa ci całą resztę. A jak zabraknie materiału na dobry artykuł, taki że ludek będzie wyrywał go sobie z rąk...? Od czego jest wyobraźnia! Możesz wymyślać i spisywać niestworzone historie.
Najwyżej sprostujesz te brednie w następnym numerze, na ostatniej stronie, drobnym druczkiem.
Że ugodzą ego twojej ofiary? Że zniszczą jej małżeństwo czy karierę? Sorry! Było nie pchać się na świecznik! Nikt nikomu nie każe celebrycić, no nie?
SAME JESTEŚCIE SOBIE WINNE, WY WSTRĘTNE CELEBRYTKI. Było siedzieć cicho, w kącie, tam, gdzie wasze miejsce, a nie pchać się na świecznik, żeby wam ludzie zazdrościli!
Ja się nie znam, ale czy tych celebrytów jednego sezonu to przypadkiem wy, brukowce, nie wypychacie na świecznik własnymi rękami?

Zamiast wykonywać zawód „patrzcie, jaka jestem piękna i zdolna-do-wszystkiego” można być na przykład dziennikarską hieną, no nie?
“Patrzcie-jaka-jestem-brzydka-i-zdolna-do-wszystkiego”?

Mi nikt kompromitujących fotek nie pstryka, nikt o mnie nie pisze: „Joanna Reszka ma nowego kochanka ”. Szkoooda... Przydałby mi się.
Napisać zawsze można, od czego jest wyobraźnia...
A i kompromitujące foty w dobie smartfonów i kamerek w laptopach da się załatwić.
Mimo przegrzewania obwodów odpowiedzialnych za wzrost ego, Aśka nie jest celebrytką.

Wiesz co, Kinga? Gdy tak na ciebie patrzę, teraz w tej kiecce i fryzurze nadawałabyś się na pierwsze strony gazet. Nie myślałaś o aktorstwie? Jesteś naprawdę śliczna, jak się postarasz.
I zdolności aktorskie też masz.

Mogłabyś być kolejną gwiazdką M jak miłość.
Tam garściami biorą takie jak ty.

Albo dupcią jakiegoś bogatego starucha, który ustawiłby cię na resztę życia.
Ostatecznie, wielu skrupułów to ty nie masz…

Ja ci mówię, Kinga, ty się marnujesz pod tym mostem. Przemyśl sprawę. Ulica może poczekać. Chcesz, załatwię ci spotkanie z takim jednym starym, bogatym capem... Chociaż on gustuje w nastolatkach. Ty jesteś za stara. Hahaha.
Proszę mi nie przeszkadzać, imploduję z rozbawienia.

Ej, Kinga, nie obrażaj się! To tylko takie niewybredne dziennikarskie żarty! O tym my,
dziennikarze, gadamy, czekając na wywiad czy przyjazd celebrytów: kto, z kim i w jakim celu.
Dla miłości, prawdziwej szczerej miłości w tym światku nie ma miejsca.
Borze. To jest wręcz niewiarygodne, jak Ałtorkasia potrafi obrazić każdą grupę zawodową, o której pisze… Czy w jej świecie istnieją w ogóle jacyś porządni ludzie?
Pisarze i czytelnicy, przecież.
Pisarze sztuk jedna (ona sama) a czytelnicy - tylko ci, którzy ją uwielbiają.
*chowa przed Kurą rankingi bestsellerów empiku*

Kobieto... ile ja się na takie tematy napisałam. Ile wysłuchałam opowieści o bandytach katujących żony za zamkniętymi drzwiami, przy cichej zgodzie sąsiadów i rodziny... Ale wiesz, co napawa mnie prawdziwym przerażeniem? Że skurwysynom znęcanie się nad kobietami przestało ostatnio wystarczać. Biorą się za dzieci. A jeszcze gorsze jest to, że na małych bezbronnych gnojkach, na niemowlęciu czy paruletnim srajtku, wyżywać się zaczynają mamuśki. Zabiłabym sukę, co bierze maleńkie dziecko i o podłogę nim, rozwalić główkę. A gdy dzieciak jeszcze żyje, to udusić gołymi rękami... A już nasze sądownictwo, które na własny użytek nazywam nie wymiarem sprawiedliwości, ale bezmiarem niesprawiedliwości, to śmiech na sali. Skurwysyn-morderca dostanie pięć lat w zawiasach, bo na tyle sąd wyceni życie zakatowanego dziecka, a kurwy-morderczyni nie zamkną wcale, bo działała w szoku poporodowym...
Zaczynam rzygać Aśką. Jej poglądami, językiem, jakim te poglądy wyraża i ogólnie wszystkim. Niech ją ktoś zabije.
Bardzo chętnie, zwłaszcza, że ordynarnie kłamie. Akurat o kobietach - morderczyniach dzieci jest dużo głośniej niż mężczyznach.

Ej, Kinga, co z tobą?! Dziewczyno, nie będziesz mi tu chyba mdlała!! Napij się... czegokolwiek. Tak, może być wódka! Coś ty taka wrażliwa? Przecież to tylko opowieści dziwnej treści! To ja mam do czynienia z pierdolonymi psycholami, nie ty!
Widać Aśka starannie puściła mimo uszu to, co chwilę wcześniej Kinga opowiadała jej o znęcających się nad bezdomnymi bandziorach.
Bo tamte opowieści były takie banalne...

Jezu, jacy ci ludzie dzisiaj dziwni. Jedni znęcają się nad innymi, drudzy nie mogą nawet o tym słuchać.
Mientkie takie to wszystko dzisiaj, a kiedyś to przecież latali na publiczne egzekucje jak do Disneylandu!
Teraz też latają. Czytając wypociny Aśki.

Masz chusteczkę, to daj, bo oczy mi łzawią. Nie, nie z powodu tych biednych dzieciaków, uodporniłam się. To alergia. Pewnie na kocią sierść.
Taka jestem twarda, zupełnie niewrażliwa i tylko oczy mi się pocą!


Czy ten twój kot mógłby nie sikać mi do kapci, skoro ma kuwetę z piaskiem podpieprzonym z piaskownicy?
A co, na żwirek nie było jej stać?
(powiedzmy, że w wigilię i święta było trochę ciężko kupić)
(kuwetę jednak kupiła, Twój argument jest inwalidą!)
(może miała taką na dokumety, no!)
Kot spojrzał na nią z pretensją w oczach: czy chciałbyś sikać do zimnego, brudnego piachu?

I od czasu do czasu powinien choć udawać, że mnie lubi. Jest bądź co bądź na moim garnuszku. Sorry, Kinga, to też żart. Lubię i ciebie, i tego burasa, choć doprawdy nie wiem czemu…
Lubię was, ale znajcie swoje miejsce.

Wiesz, jak poznałam twojego męża? Pewnie nie wiesz. Na pewno chcesz o tym usłyszeć?
Tak, aŁtorko, czytelnicy już się ślinią.

Czerwony Kwadrat, bo seksy będą:

Jechaliśmy razem windą, na ostatnie piętro biurowca, w którym ja musiałam załatwić sprawę z polisą ubezpieczeniową, bo coś tam spieprzyli, a on... pewnie też.
Też coś spieprzył?

W windzie na początku był tłok.
Potem się okazało, że to jego tłok?

Królik – tak do niego potem mówiłam – stanął tuż za mną, czułam jego udo na moim udzie i… masz rację, że był dobry w te klocki, i musiał wydzielać jakieś feromony, wabiące samice, bo nagle poczułam, jak robi mi się ciepło między nogami. I jak w udo wbija mi się fiut tego faceta.
Znaczy - mikry kurdupel to był…
Albo miał wyjątkowo giętkiego penisa. Jak słoń.

Powinnam była się odsunąć, kurwa, normalnie tak bym zrobiła! Może jeszcze syknęłabym jakieś „spierdalaj, koleś”, ale ja... przesunęłam się odrobinę i naparłam na niego tak, że twardą wypukłość miałam dokładnie między nogami.
A ponieważ wcześniej wbijała mi się w udo, musiałam się tez nieco pochylić. Tak, z całą pewnością nikt nie zauważył.

Kinga... sorry, nie powinnam ci tego opowiadać… ale i tak opowiem, i podaj mi dildo z szuflady… gdy wysiadł ostatni gość – a musisz wiedzieć, że winda była przeszklona i wystarczyło, żeby ktoś w budynku zadarł głowę i nas dwoje zobaczył – Krzysiek zatrzymał ją między piętrami, rozpiął rozporek, wyjął fiuta i zerżnął mnie tak, jak jeszcze nikt przed nim i nikt po nim.
Ta finezja opisów, ta zmysłowość, ten dreszcz...

Musiał zatkać mi usta ręką, bo darłam się jak opętana, przeżywając orgazm stulecia.
Co zrobiłaś, droga AłtorKasiu, z moją fantazją o seksie w windzie?!


Trwało to ze dwie minuty.
Żadna rewelacja, że tak powiem.
Może zdenerwowani petenci zaczęli dobijać się do windy i odgrażali się, że zaraz będą dzwonić po mechaników?
Raczej zaczęli im robić foty i wrzucać na fejsa; i niewcześni kochankowie połapali się, że kompromitacji tylko patrzeć.

On zapiął rozporek, ja obciągnęłam spódnicę. Winda ruszyła. Gdy wysiadał, dałam mu swoją wizytówkę. Schował ją do kieszeni na piersi. Możesz mi nie wierzyć, ale przez cały ten czas nie odezwał się ani słowem.
Widzicie, tak wygląda seks w wielkim mieście. Ludzie poznają swoje imiona dopiero po wymianie wizytówek lub po otrzymaniu wyników badań na choroby weneryczne.

Jego głos poznałam następnego dnia, gdy zadzwonił, mówiąc, że jest właśnie w mojej okolicy. „Wpuścisz mnie na parę minut? ”
Wpuściłam.
I tak jak poprzednio trwało to parę minut. Za to dochodziłam do siebie parę dni, tak mnie wyobracał...
Przez te parę minut? No chyba że on jak koliber…
Współczuły raz sąsiadki pani koliberek:
Pani mąż to ma raczej mały kaliberek!
Owszem - odrzekła ona, nie wstydząc się zwierzeń  -
Lecz za to na sekundę do dwustu uderzeń!
(A. Waligórski, Bajeczki babci Pimpusiowej)

A wiesz, jak się czułam? Jak narkoman na głodzie.
Znaczy: trzęsły jej się ręce, miała sucho w ustach, pociła się, traciła przytomność?
I łupała ją wątroba.

W mordę, faceta nie znałam. Nie wiedziałam nawet, jak ma na imię i gdzie mieszka. Numer telefonu był zastrzeżony. Nie wiedziałam, kiedy facet wróci i czy w ogóle wróci, może pochodził z planety Szybki Numerek, zaliczył mnie i wrócił do siebie, a ja, idiotka, nie mogłam zapomnieć. Chciałam jeszcze. I jeszcze więcej. Odpierniczyło mi na punkcie fiuta. Bo przecież nie faceta – ledwo pamiętałam jego twarz, bo za pierwszym i drugim razem brał mnie od tyłu…
Pani Joanno, na to jest prosta rada - idzie pani na Marszałkowską do sklepu Beate Uhse, a tam fiutów do wyboru, do koloru, a rozmiary takie, że Krzysio-Pysio umarłby z zazdrości...
Poleca się również znany pasażyk przy Jana Pawła II (no, co ja poradzę, że akurat przy tej ulicy).

Gdy zadzwonił tydzień później i uprzedził, że będzie za kwadrans, po zakończeniu tej jakże krótkiej i treściwej rozmowy całowałam telefon, imaginujesz sobie waćpanna? Szajba, normalnie szajba!
A ona przez ten tydzień co, warowała przy telefonie odziana w czarne koronki?
Yhy, nie wychodziła nawet na siku.
...i pampersa.

Kinga słuchała tego w milczeniu. To, że Aśka opowiada o seksie z facetem, który wtedy był jej, Kingi, mężem, powinno... ranić czy choćby poruszać. Może wkurzać? I w tamtym czasie, gdy Kinga była przykładną żoną, rzeczywiście raniło. Ale teraz?
Teraz co najwyżej zanudzało na śmierć, bo ileż może być akcji w kilkuminutowych seksach na telefon…
Jak się za chwilę okaże, Kinga nie była żadną przykładną żoną, zdradzała męża aż furczało (w toku dalszej narracji poznamy jej kochanka), więc jeśli opowieści o jego zdradach ją raniły, no to nieźle się komuś hipokryzja rozwinęła.

Po tym, co przeżyła pół roku później, zdrada łajzy była niczym. Kompletnie niczym. To właśnie Aśce powiedziała. Ku swemu zdumieniu zamiast ulgi ujrzała na twarzy kobiety cień rozczarowania. Zrozumiała, że ta „spowiedź” nie jest dla Aśki łatwa, że przez wiele miesięcy była rozdarta między zwierzęcym pożądaniem, wstydem a poczuciem winy.
Myślę sobie, że największe poczucie winy to akurat powinien mieć Krzyś, ale co ja tam wiem o zdradzaniu żon w przeszklonych windach.
Gdzie ona się dopatrzyła tego wstydu i poczucia winy…?! Gdzie tych trudności ze “spowiedzią”? Toż Aśka aż płonie chęcią opowiedzenia wszystkich pikantnych szczegółów!

[Piorunujący romans w przeszklonej windzie zakończył się, gdy Aśka w chwili niedyspozycji odmówiła Krzysiowi świadczeń seksualnych, na co dowiedziała się, że powinna zadbać o siebie, bo nikt jej nie zechce oraz że jej kochanek zmienia numer telefonu - ten zastrzeżony - i ogólnie znika z jej życia]

Kinga milczała długą chwilę, patrząc, jak po policzkach tamtej płyną łzy wściekłości i upokorzenia.
– Wyuczył się chyba tej gadki na pamięć – mruknęła wreszcie. – Mnie na odchodnym powiedział niemal słowo w słowo to samo. No, jeszcze parę innych rzeczy, ale zupełnie niezwiązanych z tematem…
Oczywiście - nie wystarczyłoby Ałtorce umiejętności, a czytelnikom wyobraźni, by pojąć, że Krzyś jest gnidą pierwszej wody, skoro zdradza żonę i traktuje kochankę jak prostytutkę na telefon. Trzeba było mu dodać kilka obrzydliwych cech.

– Najgorsze jest to – Aśka podniosła na kobietę zapłakane oczy – że gdyby wrócił i poprosił o wybaczenie, przyjęłabym go z otwartymi ramionami.
– I nie tylko ramionami – sprostowała Kinga.
Aśka parsknęła śmiechem.
– A ty? – zapytała Bezdomną, która słuchała każdego słowa z powagą, bez cienia uśmiechu. – Ty pogodziłabyś się z nim?
Tym razem Kinga się zaśmiała.
Śmiały się tak z kwadrans, aż w końcu jedna z nich zapytała:
- Czemu się śmiejemy?
- Nie wiem, ja wreszcie zrozumiałam żart o gąsce Balbince.


– Nie, moja droga. Możesz być o to zupełnie spokojna. Między mną a moim byłym małżonkiem stanęło coś więcej niż zdrada. A jeśli chodzi o ścisłość, ja zdradziłam go również i podczas którejś awantury z detalami opowiedziałam memu mężusiowi, w czym tamten był lepszy od niego. Wyszło na to, że we wszystkim. Właśnie tego Krzysio-Pysio nie mógł mi darować. Przyrzekł, że mnie zniszczy, i dotrzymał słowa.
Nie chcę was martwić, kochani, ale chyba się uwikłaliście w toksyczny związek.

– Ej, Kinga, no nie mów, że skończyłaś na ulicy, to znaczy trafiłaś pod most, bo jakiś palant wyrzucił cię z domu! Niechby i waszego wspólnego! Nie wyglądasz na pierdołę, co nie umie sobie poradzić bez wsparcia wątłego ramienia Krzysia Króla. – Aśka patrzyła na swego  gościa z miesza­niną niedowierzania i dobrodusznej kpiny.
Może jeszcze zakpij dobrodusznie “Pewnie sama tego chciałaś, co?”
- A puci puci żulasku - zaszczebiotała. - Kto to taka gapa, no kto?


– Słyszałam, choć jeszcze nie zgłębiałam tematu bezdomności, że to czasem sposób na życie: nie masz nic, więc nikt ci niczego nie może odebrać. Taka totalna wolność. Bez ZUS-ów-­pierdusów, bez podatków, czynszów, rat za samochód... No powiedz, proszę, że z tobą też tak było. Że po ­latach podcierania Królowi dupy zapragnęłaś totalnej wolności, najpierw trzasnęłaś w ryj Króla, potem trzasnęłaś drzwiami, i tyle cię widzieli. Tak było, co?
Borze, ja nie mogę… Aśka, czy ty naprawdę jesteś tak kosmicznie durna, czy tylko udajesz?!
*mamrocze pod nosem coś o alter ego*
Rozumiem, gdyby wygłosiła taką mowę do HipsThora szlajającego się po świecie ze swym plecakiem - kostką, ale nie do dziewczyny, którą znalazła na śmietniku, próbującą popełnić samobójstwo!

– Chciałabym, żeby tak było – odparła cicho Kinga. – Chciałabym, żeby to był mój wybór. Ale widzisz... przez pół roku byłam w szpitalu, a gdy w końcu wyszłam, nie wiedziałam, jak dalej żyć.
– AIDS? – szepnęła domyślnie Aśka.
Kinga uniosła ze zdumieniem brwi i pokręciła głową.
– Psychoza maniakalno-depresyjna.
Nie chcę bagatelizować, ale pod odpowiednią opieką z tym się funkcjonuje i nie jest to wyrok śmierci. Zwłaszcza, przypomnijmy, w dużym mieście z szeroko dostępną opieką medyczną.


Aśka opadła na oparcie krzesła, właściwie się po nim osunęła, oniemiała i wstrząśnięta.
„Aleś se gościa na wigilię sprosiła – przemknęło jej przez myśl. – Dziw, że jeszcze żyjesz, bo mogła ci gardło we śnie poderżnąć”.
Z tego co wiemy, Kinga spała przez dwa dni. Trudno, aby w tym czasie łaziła z nożem.
Nie mówiąc o tym, że dwubiegunówka nie na tym polega.

Kinga czytała w jej twarzy jak w otwartej książce. Wszyscy, absolutnie wszyscy tak reagowali na te trzy słowa: strachem, strachem i jeszcze raz strachem.
Wszyscy, z lekarzami włącznie.

By pacjent z takim rozpoznaniem nie był od razu skreślany przez potencjalnych pracodawców, wymyślono inną nazwę, niewiele mówiącą: choroba afektywna dwubiegunowa – lepiej brzmi, prawda? – ale Kinga nie oszczędzała ani swoich rozmówców, ani przede wszystkim siebie, waląc prosto z mostu: „Jestem niebezpieczną wariatką, mam psychozę maniakalno-depresyjną, nie wiadomo, kiedy wróci, nie wiem, kiedy zaatakuję”.
No i to jest tak zwany fragment, od którego nóż się w kieszeni otwiera.
Co tu jest złe i na ilu poziomach, to już mądrzejsi ode mnie wyjaśniali, na przykład tutaj, zachęcam do przeczytania. Ale! Miałam z tym fragmentem podobny problem, co z wynurzeniami Aśki na temat otyłości. To znów są poglądy wyrażane ustami bohaterów - a bohater, cóż, ma prawo być niedouczony albo zwyczajnie głupi, albo mieć skłonności do przesady i dramatyzowania, i tak dalej. Niemniej, w książce, która ma ambicje “poruszać trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa” POWINIEN znaleźć się jakiś równoważący to głos. Powinien pojawić się ktoś, kto te bzdury sprostuje, powie Kindze, żeby nie gadała głupot, a Aśce, żeby się nie bała, bo ta choroba nie na tym polega. Ostatecznie, w Poważnym Wydawnictwie powinna się znaleźć jakaś mądra redaktorka, która powiedziałaby “Pani Katarzyno, przecież tak nie można”, a Poważna Instytucja powinna się trzy razy zastanowić, czy akurat ta powieść zasługuje na objęcie matronatem…
Jeśli zaś nawet nie głos, to sama historia Kingi mogła zostać poprowadzona tak, by zadać kłam uprzedzeniom, bo faktycznie jest ich sporo. Nie zaskoczę was zdradzając, że nie została?


To był jej, Kingi, krzyż, który będzie niosła aż do śmierci. To była jej pokuta. Sąd ją uniewinnił – ludzki sąd, ale własne sumienie było mniej litościwe.
Łał, znaczy, kogoś jednak zarąbała w amoku?
(ok, niedługo się dowiemy, co takiego zrobiła Kinga, a przy okazji diagnoza psychiatryczna bez żadnego wyjaśnienia zmieni się na zupełnie-co-innego… Już nie spojleruję)

– Dałabyś pracę psychopatce? Wynajęłabyś komuś takiemu mieszkanie? – zapytała łagodnie, patrząc w pociemniałe z szoku oczy dziennikarki.
Doprawdy, ta książka ksionrzka wiele robi dla przeciwdziałania wykluczeniu osób chorych psychicznie i jakże słusznie Centrum Praw Kobiet objęło ją matronatem!
A odpowiadając na pytanie: nie jestem pewna co do wynajęcia mieszkania, ale pracę psychopatce bym znalazła.
Rzekłabym, że jeden z popularnych serwisów społecznościowych został stworzony przez kogoś, kto ma mnóstwo cech psychopaty.
Aha: Kinga psychopatką nie jest.

[Aśka proponuje Kindze, że jednak poszuka dla niej jakiegoś mieszkania i pracy. Następnie Kinga domaga się zwierzeń od Aśki - co ta zrobiła takiego złego, że rodzina jej się wyrzekła]

Aśka
Szczerość za szczerość, droga Kingo, i zaufanie za zaufanie... W czasach odurzenia twoim mężem – oczywiście „z żoną się rozwodzę”– byłam zupełnie inną kobietą, niż jestem teraz.
Patrzysz na mnie i widzisz zapuszczoną wielorybicę, wtedy zaś byłam szczupła jak sarenka, do czego wydatnie przyczyniały się spalane podczas dzikiego seksu kalorie, a i apetyt na cokolwiek innego również straciłam.
To chyba jednak ten brak apetytu, bo ileż mogła spalić podczas takich trzyminutowych numerków...

No tak, znasz mnie przecież z tamtych czasów, widziałaś moje zdjęcie, a  śmiem domniemywać, że nie raz i nie dwa razy śledziłaś niewiernego małżonka i widziałaś, z kim się spotyka. Zgadłam? Okej, spowiadam się dalej…
Podsłuchy u teściów, śledzenie małżonka… z tej Kingi to niezła stalkerka.

Emanowałam więc seksapilem, urodą i pewnością siebie.
A wszystko to zależało tylko od kilku kilogramów w tę lub tamtę.

Byłam gwiazdą brukowego dziennikarstwa. Brylowałam na salonach
(jeśli byłaś gwiazdą brukowców, to raczej nie na salonach)

...i żadna impreza, żadne przyjęcie, na które spraszano mały wredny światek celebrytów, bez Aśki Reszki odbyć się nie mogły.
Nigdy jej nie zapraszano, ale udawało jej się zawsze przekupić personel i wywęszyć raut. Ochronie wymykała się zakosami, uwodziła kelnerów, a psy gończe na jej widok zamieniały się w wielołapny i dość owłosiony kłąb testosteronu.
Leżący na grzbiecie i pokazujący podbrzusze.

Pisałam najlepsze artykuły, znałam najpikantniejsze plotki, pierwsza wiedziałam, kto z kim się schodzi, a z kim rozchodzi. Jeśli zaś nie wiedziałam, to i tak pisałam, pierdolona jasnowidząca i załgana suka.
Taka byłam.
I nikt ci nie odprocesował dupy? Szkoda.

Do dnia, w którym pierwszy ogier Rzeczypospolitej (przypomnij mi, co ja takiego w tym łajzie widziałam?) (przypominam, że jakby wrócił i poprosił o wybaczenie, przyjęłabyś go z otwartymi ramionami i nie tylko) nie dał mi kopa, w dosadnych słowach argumentując, dlaczego już nie chce ze mną przestawać.
Uzdrawiająca Moc Kopa w Dupę. Od razu jej się kręgosłup moralny wyprostował.
Kop od ogiera. Kopytkiem.

Jeeezu, Kinga, polej, bo na trzeźwo nie mogę.
A ja muszę! I kto ma gorzej?

Teraz będzie najlepsze.


Widzisz... ja tego dnia nie miałam okresu ani pms, ja... zrobiłam sobie rano test ciążowy i wypadły dwie kreski. Jak wół. Poleciałam do apteki po drugi i to samo. Trzeciego testu robić nie musiałam, bo od dwóch tygodni rzygałam rano jak kot i to wystarczyło za potwierdzenie.
JAKIE TO OPKOWE :D
Na drugi dzień test bije w oczy kreskami, na trzeci - USG pokazuje płeć dziecka. W czwartym dniu rośnie brzuch aż pod nos.
Stop, przeoczyliśmy magiczny moment pierwszego ruchu dziecka.
Może dzieciątko kopnęło w nocy?

Gdy więc wpadł na szybki numerek twój/mój Krzyś, podsunęłam mu pod nos plastikowe czarodziejskie pudełeczko z dwiema kreseczkami i oznajmiłam:
– Będziemy mieli dzidziusia.
A ten jak mi nie przypieprzy!
- Nie zdrabniaj! - warknął wściekle. - Nienawidzę zdrobnionek!

Wierz mi, Kinga, ten bydlak potrafił przypierdolić. Zresztą sama pewnie wiesz. Ja wpadłam na krzesło, runęłam razem z nim i dosłownie nakryłam się nogami. Byłam pewna, że złamał mi szczękę, ale nie. Podniosłam się, bojąc się drania straszliwie, wysłuchałam, jaka to jestem zapuszczona, obleśna i za stara, milcząc odprowadziłam go do drzwi i dopiero jak wyszedł, wybuchnęłam płaczem. Ryczałam jednocześnie z ulgi – bo tylko uderzył, a mógł zabić  (ludzki pan) – i z nienawiści. I żalu nad własną głupotą. Roiłam sobie, że weźmiemy ślub i będziemy  wychowywać nasze dzieciątko w dostatku, spokoju i szczęśliwości, a Krzyś Król będzie wiernym i kochającym mężem, a także troskliwym tatusiem...
I tego wszystkiego spodziewała się po żonatym panu Szybki Numerek? Ciekawe… Chyba że ona też wierzy w zaklęcie “On Się Zmieni Po Ślubie”.
No więc daleka jestem od szydzenia z dziewczyny w niechcianej ciąży bez wsparcia od sprawcy tej ciąży, ale związek od początku nie wyglądał na prorodzinny.
Swoją drogą, czy Wam też się wydaje, że ten poprzedni rzewny fragment o tym, że gdyby tylko wrócił itd., napisany był tylko po to, żeby Kinga mogła błysnąć dowcipem?
Chociaż z drugiej strony, te boCHaterki Michalak takie są. Niechby pił, niechby bił, byle był. Dla cię, w szmacie ja, pójdę na kraj świata, kacie mój. I tak dalej.


Zostałam więc sama z dodatnim testem – na moje szczęście nie był to test na HIV
Ojej, jakie śmieszne!

– puchnącym policzkiem i galopadą myśli: co robić?! Przecież nie urodzę dziecka teraz, gdy moja kariera rozkwita!
“Rób karierę, a nie dziecko!” - Stereotypy robią meksykańską falę. I dmą w wuwuzele.

W ogóle nie urodzę! Ani teraz, ani nigdy, bo nie nadaję się na matkę! Nigdy nie ciągnęło mnie do słodkich bobasków, nie zaglądałam matkom do wózków, nie gruchałam do obcych niemowląt. Nie! Dziecko to ostatnie, na co miałam ochotę. No, chyba że posłużyć miało jako haczyk na Krzysia, wtedy podrzuciłabym je niańce i jakoś by było, ale tak? Sama? Panna z dzieckiem?
Taki wstyd w XXI wieku!

I to dziec­kiem skurwysyna, którego nienawidziłam całym jestestwem?! O nieee, niedoczekanie...! Dyskretnie popytałam gdzie trzeba, zdobyłam adres konowała, co trudni się usuwaniem kłopotów, i...
...i będąc taką wygą w brukowym światku nie umiałam nawet przeczytać ogłoszeń drobnych typu “ginekolog, pełen zakres”, by nie musieć pytać?

popełniłam kolejny błąd. Poprosiłam moją matkę, by przy mnie była. Wiesz, skrobankę robi się pod narkozą...
Ale… to w którym miesiącu ona była, że to już musi być skrobanka pod narkozą? Zawsze sądziłam, że test ciążowy robi się, kiedy człowieka zaniepokoi brak miesiączki… A może Aśka myśli tak wolno, że pierwsze tygodnie ciąży w ogóle przegapiła?
Nie byłabym tym zaskoczona.
A poważnie - serio, tu jest poważny zarzut do AutorKasi, że nie chciało jej się zriserczować tematu aborcji, niezależnie od jej poglądów na ten temat.
Ałtorkasia i risercz to są pojęcia z zupełnie różnych wszechświatów. Że tak przypomnę zdziwienie pani weterynarz (!) z “Poczekajki”, że węże mają w środku jakieś narządy, a nie są pustymi rurkami…
LOLWUT, węże gady i węże ogrodowe to nie jest ten sam gatunek.
Ja to wiem i Ty to wiesz, ale czy AŁtorkasia to wie?

[Kinga wybucha płaczem, czytelnik dostaje kolejny sygnał, że Ma Jakąś Traumę…]

– I nigdy nie żałowałaś?
Aśka pokręciła głową.
– Jedyne, czego żałuję, to tego, że powiedziałam matce – rzekła cicho. – Moi rodzice wiele mi wybaczali, nie byłam zbyt grzecznym dzieckiem ani sympatyczną nastolatką. Mocno dałam im w kość. Wyborem studiów też ich rozczarowałam, ale jakoś to wszystko znieśli. Gdy jednak matka dowiedziała się, że chcę usunąć ciążę... Nie, nie urządziła mi awantury. Powiedziała tylko, że dzieciobójczyni przez próg nie przepuści. Że mogłam myśleć przed, a nie po. Że  dziecko można oddać do adopcji, co uszczęśliwi niepłodną parę marzącą o takim maleństwie. Że to, co chcę zabić, ma już główkę, brzuszek, rączki i nóżki, że...
No nie, sorry, ale nie ma. Aśka w momencie aborcji była w pierwszych tygodniach ciąży (przynajmniej tak sądzę, bo cholera, z tymi boChaterkami Michalak to naprawdę nigdy nic nie wiadomo), zarodek wówczas naprawdę nie przypomina miniaturowej laleczki, jaką pokazywała nam pani na naukach przedmałżeńskich. Gdyby choć aŁtorka napisała, że Aśka ukrywała tę wieść radosną przed Krzysiem przez jakieś trzy miesiące… Ale nie, poinformowała go - i została porzucona - natychmiast po wykonaniu testu.

Kurwa, nienawidzę matki, za to, co mi wtedy powiedziała. I siebie, że na złość jej poszłam na zabieg sama i zrobiłam to. Usunęłam płód. Z tą całą główką, rączkami i nóżkami.
Jasne. W dziewiątym miesiącu chyba...
W dwunastym. Może to jest po prostu opko o słoniach, a my się denerwujemy.
Gdyż nawet słoń, luba Filoteo, raz w roku w celu mienia dziatek.

– Aśka oparła się ciężko na krześle naprzeciw słuchającej w milczeniu Kingi i zalała się łzami, jak przed chwilą tamta. – Widzę je, wiesz? Widzę to małe... Takie porozrywane jak na plakatach antyaborcyjnych...
No więc z jednej strony rozumiem, że matka użyła wobec niej argumentów o główce, nóżkach i rączkach, ale z drugiej, wykształcona pani dziennikarka powinna chyba więcej wiedzieć o cyklu rozwojowym człowieka? WIEDZA, że parotygodniowy zarodek nie wygląda jeszcze jak niemowlę, tylko mniejsze, nie musi automatycznie oznaczać akceptacji aborcji…
(Btw, w tych pierwszych tygodniach nie ma żadnych skrobanek ani rozrywania czegokolwiek, przeprowadza się tzw. aborcję farmakologiczną, tzn. podaje pacjentce uderzeniową dawkę hormonów, po których następuje poronienie. Gugiel nie gryzie, pani dziennikarko freelancerko. Oraz pani aŁtorko.)

I, kurwa, Kinga, nie mogę sobie tego darować. Mogło żyć. Mogłam je oddać komuś, kto by je kochał. Sama może bym je pokochała. Ale nie.
A jedyne, czego żałuje, to że powiedziała matce - że tak przypomnę, raptem akapit wyżej…

Na złość matce i Królowi usunęłam ciążę.
I przy okazji odmroziłam sobie uszy.
Poza tym, pogrzebałam trochę w chronologii tego ksioopka i wyszło mi, że jakby nie liczyć, cała historia z aborcją musiała mieć miejsce jakieś półtora roku wcześniej, a zatem to nie mogła być PIERWSZA Wigilia, którą Aśka spędza samotnie po kłótni z rodzicami.

Swoją drogą, wychodzi na to, że karą za aborcję jest otyłość… Nie chcę dociekać, jakimi drogami krąży myśl pani Michalak, naprawdę nie chcę.
[wyobraża sobie aŁtorkasię przyglądającą się mijanym na ulicy kobietom: O, ta jest gruba, z pewnością miała aborcję! O, tamta jest jeszcze grubsza, pewnie miała z pięć!]


[Kinga ucieka z domu Aśki i idzie ulicą, rozmyślając i wspominając swoje dawne, spokojne życie z rodzicami i siostrą w Bydgoszczy, następnie studia i małżeństwo z Krzysiem-Pysiem. Jej życie wydawało się całkiem niezłe...]


Uśmiechałam się w pracy, uśmiechałam w domu, uśmiechałam w dzień i w nocy. Na zewnątrz.
W środku zaś mój żołądek się skręcał, a wątroba płakała żółtymi łzami.

W duszy byłam jednym wielkim oczekiwaniem, bo wiedziałam, że ten, którego kochałam, kocham i kochać będę do końca moich dni... wróci. Mój przyjaciel z dzieciństwa, towarzysz szczenięcych zabaw, moja pierwsza miłość i pierwsze rozczarowanie, a wreszcie... ojciec tego dziecka, które poroniłam, i tego... które urodziłam.
Bo rzeczywiście wrócił.
Wrócił po to, by skrzywdzić mnie po raz drugi i ponownie zostawić... A ja nie przestałam go kochać.
Rozpoznanie schematu: Męczennica Miłości.

Gdybym powiedziała, że wspomnienie jego pocałunków trzymało mnie przy życiu po koszmarze, który przeszłam, skłamałabym. Leżąc w szpitalu psychiatrycznym, w zacisznej salce ścisłego nadzoru, gdzie nie wpuszczano bez towarzystwa personelu nawet najbliższej rodziny, myślałam tylko o jednym: jak przechytrzyć ten pieprzony personel i się zabić. Nie było to proste, o nie, bo „pieprzony personel ” nie ze mną jedną miał do czynienia i znał więcej sztuczek pieprzniętych pacjentów, niż mi samej przyszłoby do głowy.
Chyba aż tak źle nie było, skoro zapasik prochów sobie jednak uzbierała.
Przypomnijmy: Sięgnęła do kieszeni, namacała paczuszkę i uśmiechnęła się do siebie. Doktorki z psychiatryka hojnie faszerowały pacjentów psychotropami.
Tak hojnie, że niemal każdy miał uciułany zapasik na czarną godzinę.

Byłam strzeżona w dzień i w nocy, niczym jakaś cholerna Szeherezada, bo śmierć za to, co zrobiłam, to łagodna kara. Pilnowano mnie więc, bym odpokutowała jak trzeba. Sześć długich, cholernie długich miesięcy za kratkami... Przy czym w więzieniu przysługiwałoby mi prawo do odwiedzin, dostawałabym paczki, wychodziła na spacer, do biblioteki, może nawet na przepustki.
Tam, w psychiatryku, byłam pozbawiona wszelkich przywilejów.
Jasssne.
Przykro mi cię rozczarowywać, droga aŁtorko (ok, już przestaję kłamać!) ale pacjent w szpitalu psychiatrycznym tak samo ma prawo do odwiedzin, do spacerów, paczek i wszystkiego, co przysługuje pacjentom “zwykłych” szpitali. Ale to nie koniec bzdur...

Mogłam za to do woli ryczeć, kląć i ciskać tym, co miałam pod ręką – do momentu gdy mnie obezwładniono i przypięto pasami do łóżka. Gdy stawałam się bardzo uciążliwa, na przykład wyłam jak potępieniec, zamykano mnie w izolatce, nagą, przywiązaną do metalowego stołu, i polewano wodą, nie powiem, wcale zimną, dotąd, aż umilkłam.
Zastanawiam się, skąd aŁtorka czerpie informacje o funkcjonowaniu szpitali psychiatrycznych… Z XIX-wiecznych powieści grozy?
Pamiętam cykl artykułów o bodaj radomskim psychiatryku, w którym faktycznie przywiązywano pacjentów i mocno naruszano ich prawa. Ale zakładam, że to jednak wyjątek - sama na łódzkim oddziale odwiedzałam kolegę i nawet kurzyliśmy papierosy bez spiny.

Milkłam dosyć szybko, bo na przemian z napadami manii miałam napady depresji tak głębokiej, że potrafiłam jedynie spać i gapić się w sufit. Całymi tygodniami.
Czasem przytomniałam na tyle, że rozglądałam się dookoła ze zdumieniem.
Bo jak wszyscy wiemy, drugim biegunem depresji jest stan polegający na potępieńczym wyciu, nie zaś - podwyższonym nastroju i skłonności do ryzykownych decyzji.

Co ty tu robisz, kobieto?! – pytałam sama siebie. I natychmiast dostawałam odpowiedź...
Zrywałam się wtedy z łóżka, doskakiwałam do okratowanych drzwi, zaczynałam walić w nie pięściami, aż krew tryskała na białe ściany, i wyłam: – Wypuśćcie mnie! Muszę je odnaleźć!
Muszę odnaleźć moje maleństwo! Wypuśćcie mnie!!!
Jeju, jakie to malownicze.
Te białe ściany, ta krew, te kraty!
Wyrwij murom zęby krat! Zerwij kajdany, połam bat!
[Jaszu, polej, tego na trzeźwo niedasie…]

Ryk alarmu, wykręcone ręce, zastrzyk w ramię i... było po maleństwie, a ja – znów cicha i spokojna – mog­łam dalej kontemplować szpitalny sufit.
Ten opis przypomina mi “uspokojenie” rozpaczającej wdowy po zatonięciu “Kurska”. Zastrzykiem przez płaszcz.

Po sześciu miesiącach intensywnego faszerowania mnie najnowszymi zdobyczami medycyny kochany stary doktor Izbicki stwierdził, że „pani Kinga rokuje ”, i z dodającym otuchy uśmiechem wręczył mi kartę wypisu oraz plik recept, bo leki na moją psychozę brać musiałam nadal.
Oczywiście - i prawdopodobnie będziesz musiała do końca życia.

Szkoda, że do recept nie dołączył forsy na te leki, bo nie miałam przy sobie ani grosza.
Wyszłam ze szpitala w tym, w czym mnie przywieziono: utytłanej ziemią kurtce, bez portfela, pieniędzy i dokumentów.
Ale co: zabrali jej przy przyjęciu na oddział i shandlowali je w Hali Kopińskiej?

Dżinsy i bluzkę dostałam po jakimś pacjencie [który zmarł po pobiciu przez sadystycznych lekarzy], bo inaczej pod kurtkę musiałabym włożyć nocną koszulę: tak właśnie parę miesięcy wcześniej wybiegłam z domu – w kurtce narzuconej na koszulę, przyciskając do piersi mój największy skarb.
Oj tam, odrobina pewności siebie i mogłabyś wszystkim wmówić, że koszula nocna do kurtki jest trendy. Ja, prawdę powiedziawszy, mam taki plan na 2014.

Teraz stałam przed długim, ponurym budynkiem szpitala, który przez pół roku był moim – jakże znienawidzonym – domem, i... co dalej?
I przez te pół roku w szpitalu nikt z rodziny jej nie odwiedził, nie przekazał jakichś ciuchów…

Pielęgniarka, która trochę mnie lubiła, dała mi parę złotych na autobus. Pół godziny później stałam pod drzwiami domu, w którym się urodziłam i wycho­wałam, z maleńką nadzieją, że ktoś jednak będzie tu na mnie czekał. Zastałam zamknięte drzwi i powybijane okna. Na ścianie ktoś napisał czarnym sprayem MORDERCZYNI!!!
A zatem, jak się nietrudno domyślić, powodem Traumy boChaterki było to, że zabiła swoje dziecko. Tak rzeczywiście było - albo prawie, bo aŁtorka szykuje nam tu jeszcze takie plot twisty, że Incepcja się chowa. W każdym razie, ciąg zdarzeń przedstawiany teraz przez Kingę wygląda następująco: zabicie i zakopanie dziecka w lesie, szpital psychiatryczny, bezdomność, próba samobójcza w Wigilię. Póki co, wydaje się, że chronologia się mniej więcej zgadza (dziecko zginęło 8 lipca, ta data pojawia się w dalszej części tekstu, pół roku szpitala, rok bezdomności). Ale! mamy przecież informację, że SĄD ją uniewinnił - gdzie zatem czas na śledztwo i proces? Przecież nie wtedy, kiedy leżała w szpitalu, jak sama opisuje, odizolowana od wszystkiego. A może Ałtorkasia całą swą wiedzę na tematy policyjne i prawnicze czerpie z seriali W11 i Anna Maria Wesołowska? Wtedy by się nawet zgadzało - trzy dni na śledztwo, pół godziny na proces…

Zrozumiałam, że jestem zupełnie sama. Rodzice wyprowadzili się – dokąd? Nie miałam pojęcia.
I tak oto nasza Mary Sue staje się pełnoprawną, bo osieroconą heroiną opka.

Nie winiłam ich za to. Trudno żyć z takim napisem na frontowej ścianie...
Przypomnijmy, że rodzice żyli w podmiejskiej dzielnicy Bydgoszczy.
W Bygdoszczy nie mają sklepów z farbami.
I dlatego łatwiej się stamtąd wyprowadzić, niż odmalować fasadę.

Nieźli ci rodzice. Tak oto - pstryk! - wyłączyli wszystkie uczucia wobec córki, odcięli się od niej kompletnie i bezwarunkowo, nie zainteresowały ich ani jej wyjaśnienia, ani powody, dla których sąd ją uniewinnił, ani dalsze losy… Zawiodłaś nas - idź precz. Naprawdę chyba przenieśliśmy się w czasy Jane Austen.
Do tego sąsiedzi wybijają szyby w oknach i i piszą na fasadzie domu sprajem “MORDERCZYNI”.
Swoją drogą, jak tak przyglądam się bohaterom, to w całej książce nie ma chyba ani jednej normalnej relacji rodzinnej...
AutorKasia postanowiła napisać o patologii, więc poszła po całości.

Zrobiłam w tył zwrot i odprowadzana spojrzeniami zza firanek, ruszyłam tam, gdzie od tamtego dnia będę wracała miesiąc w miesiąc: do lasu.
Wokół Bydgoszczy są Bory, których nikt nie poznał.

Tam od świtu do zmroku, przez jeden niekończący się dzień, będę szukała miejsca, gdzie zakopałam moją córeczkę.
Ale po co?
Psychoza, rozumiesz.

[Kinga dostaje trochę pieniędzy od dawnej przyjaciółki i wraca do Warszawy]

Zamkniętym drzwiom przyrzekłam, że więcej nie wrócę, podziękowałam za pieniądze i pojechałam do Warszawy. Tu przecież również miałam dom.
Miałam.
Drzwi otworzył mi zdziwiony facet, który kupił mieszkanie całkiem niedawno i całkiem okazyjnie.
Oczywiście. Wspominałyśmy już, że na Kingę spadają wszystkie nieszczęścia? Cud, że nie wybuchła III wojna światowa albo przynajmniej jakieś krwawe powstanie.

„Może pani wstąpi na kawę? ”– i dwuznacznie puszczone oczko, a gdy weszłam do środka, mając nadzieję na jakieś wyjaśnienia, skąd, jak, kiedy, dlaczego znalazł się w moim mieszkaniu, lepka łapa łapiąca mnie za tyłek.
„Zabieraj te łapy, zboczeńcu! ”
„Nawet kijem bym cię nie tknął, brudasie! ”
„Ja ciebie też”.
Generalnie tak jest z mężczyznami w powieściach Michalak, nie tylko w tej - jeden w drugiego to gnojki, szuje, erotomani, wyrodni ojcowie, oszuści i co tam jeszcze chcieć z katalogu występków. Standardowo również wszyscy ślinią się na widok bohaterek i usiłują do nich dobierać. Tu polecam, gdyby ktoś był ciekawy, komiksoanalizę “Nadziei”.


Krótka wymiana uprzejmości, wypchnięcie za drzwi i znów stałam na ulicy, trzęsąc się z szoku. Gdy doszłam do siebie, uświadomiłam sobie parę rzeczy: nie mam domu, nie mam rodziny ani przyjaciół, nie mam nawet majtek na zmianę. Nie mam nic.
Masz zapas prochów na czarną godzinę, że tak przypomnę…
Oraz jesteś Mary Sue. Jeszcze cały świat chwycisz za gardło i zachwycisz.

Jestem całkowicie i totalnie wolna.
Jedyne, co muszę, to raz w miesiącu, w pierwszy czwartek, szukać dziecka.
Nic więcej mnie nie obchodzi. A im szybciej zdechnę, tym lepiej. Nikt po mnie nie zapłacze.

[Aśka dogania Kingę na ulicy i prosi, żeby jednak wróciła]

Ramię w ramię, przy czym Bezdomna dźwigała mruczącego kocura, wróciły do apartamentu na ulicy Narbutta.
Hm. Przeszłam się z Google Street View po całej ulicy Narbutta i nie mam pojęcia, gdzie Aśka mogłaby mieć swój “apartament ze szkła i światła” - kamienice wyglądają tam dość nobliwie i staroświecko, brak wielkich, przeszklonych przestrzeni.

Do wieczora przeszukały pół internetu, by w końcu znaleźć maleńki tani pokoik, parę ulic
dalej. Najem kosztował trzy stówy [chyba komuś urwało od zera]  plus opłaty – tyle Kinga powinna spokojnie na sprzątaniu cudzych domów zarobić. Mieszkanko miało szesnaście metrów, ale własną łazienkę i kącik z kuchenką, lodówką i zlewem, miało też wyjście do maleńkiego ogródka, który na zdjęciach wyglądał całkiem uroczo.
Szesnaście metrów kwadratowych, czyli cztery na cztery. A w tym pokój, łazienka i wnęka kuchenna?
Da się, czemu nie.
Da się, sama mieszkam na metrażu o dwa metry większym. Brakuje tylko ogródka.

Najem kosztował trzy stówy plus opłaty...
SŁYSZYCIE TEN HUK ZA OKNEM?
To nie burza, to nie noworoczne petardy, to nie Titanic zderzający się z górą lodową. To walą czołami o biurka wszyscy ci, którzy kiedykolwiek, gdziekolwiek wynajmowali pokój lub mieszkanie. A w szczególności czytelnicy z Warszawy...
Dla czytelników, którzy nie kojarzą o czym pisze aŁtorkasia: ulica Dąbrowskiego (gdzie znajduje się owo mieszkanko, o czym dalej w tekście) leży na Starym Mokotowie, jest to dość miła uliczka i w dodatku jest blisko do stacji metra, co automatycznie winduje opłaty. W Warszawie nie ma tanich  mieszkań, a Stary Mokotów należy do najdroższych dzielnic.
Sama Aśka wcześniej stwierdza, że ma apartament w najdroższej dzielnicy...

(autor: elwenka)

Mamy nawet dokładny adres Kingi: Dąbrowskiego 7/2. Jest to kamienica, wyglądająca TAK. Na zdjęciu w google maps na tyłach kamienic widać jakąś zieleń i drzewa, może i faktycznie można to uznać za uroczy maleńki ogródek. Tak czy inaczej, cena i tak została wzięta z samego środka dupy.
Chyba że… kiedy przeglądałam ogłoszenia na tablica.pl, znalazłam takie, w którym właściciel oferował mieszkanie do wynajęcia na krótkie okresy i podawał cenę za tydzień. Może tu też tak jest? (ale tamto też było droższe, choć na przedmieściach)
Nawet wynajęcie pokoju na spółę ze studentami nie daje mi tej kwoty. Gdzieś tam w tej cenie spierniczył co najmniej tysiąc złotych.

– Słuchaj, ja nie mam na kaucję– odezwała się Kinga drżącym ze wzruszenia głosem, gdy po obejrzeniu zdjęć zadzwoniły do właściciela i umówiły się na oglądanie mieszkania.
I usłyszały “Przepraszam, już nieaktualne”. Przy takiej cenie!
Za pokój na Chomiczówce pewna staruszka chciała brać sześćset złotych + opłaty + całodobową pomoc, bo była niepełnosprawna.

– Przecież wiem. – Aśka wzruszyła ramionami. – Nic nie masz, oprócz kota i kilku warstw ciuchów. Ale... wierzę w ciebie, Kingo Król. Jesteś silna i mądra. Przeżyłaś rok na ulicy. Poradzisz sobie z powrotem na łono społeczeństwa. Na początku popra­cujesz na czarno, ale potem... może wrócisz do swojej firmy? Chyba przyjmą cię z powrotem?
Jest Mary Sue, więc pewnie tak zrobią...
Od razu na stanowisko prezeski.

Kinga roześmiała się serdecznie.
– Ogrodniczka z psychozą maniakalno-depresyjną?
Jak dostanie ataku manii, wszystkie roślinki powyrywa, a jak depresji - utopi je we własnych łzach.

– Specjalista uznał, że jesteś wyleczona – zauważyła Aśka z naciskiem.
– A wymazał mi z papierów wyrok dwóch lat w zawieszeniu? – pytanie Kingi, wypowiedziane niewinnym tonem, zawisło w martwej ciszy.
A podobno sąd ją uniewinnił…?
A po ślubie cywilnym trzeba mieć kościelne unieważnienie małżeństwa?

Aśka przyglądała się kobiecie przez długą, długą chwilę. Ta zniosła to spojrzenie bez mrugnięcia okiem. Wreszcie dziennikarka westchnęła z rezygnacją.
– Zaskoczysz mnie czymś jeszcze czy to na razie koniec niespodzianek?
– Nie zapytałaś za co ten wyrok.
– Opowiesz mi w swoim czasie, jak mniemam.
– Opowiem.
Patrzyły na siebie na wpół wrogo, na wpół przyjaźnie.
– Skoro tylko dwa lata, nie mogłaś przeskrobać nic wielkiego.
Rok nie wyrok, dwa lata jak dla brata...

– Nic wielkiego. Pobiłam policjanta. Między innymi…
Czy jest na sali prawnik? Wygląda na to, że Kinga miała JEDNOCZEŚNIE proces o zabicie dziecka oraz pobicie policjanta, plus może jeszcze coś tam. Czy faktycznie można tak zrobić, czy też to kolejny aŁtorkasizm?


Mieszkanie nadawało się w sam raz na dobry początek nowego życia, a w porównaniu z ławką na Dworcu Centralnym czy norą pod szopą działkowicza zdawało się Kindze szczytem luksusu. Kotu też bardzo się ta odmiana losu podobała. Obszedł swe nowe włości z podniesionym ogonem, po czym wskoczył na starą, rozklekotaną wersalkę, która z szafą, stolikiem i krzesłem stanowiła jedyne umeblowanie maciupkiej kawalerki, i rozmruczał się
zadowolony jak to on.
Że też, jak normalny Kot w nowym otoczeniu, nie wrył się w najczarniejszą dziurę?

Kinga zachowywała się mniej pewnie. Stała na progu pokoju, mając za plecami kącik kuchenny, drzwi do łazienki i wejście, i... bała się zrobić krok naprzód. Przyjęcie od Aśki tego prezentu – bo zanim spłaci kaucję i pierwszy czynsz, był to prezent – stanowiło zobowiązanie.
Krok do przodu obligował Kingę do życia. I zniewalał.

Koniec z bezmyślnym pętaniem się po ulicach miasta, koniec z darmowymi posiłkami u Brata Alberta,
A to czemu? Tam dają jeść nie tylko bezdomnym, ale i zwyczajnie ubogim.
W wyobraźni AłtorKasi trzeba mieć na to jakąś legitymację, albo coś.
Te rękawiczki bez palców. Bez nich nie wpuszczają.

koniec ze śmierdzącą noclegownią i norą, którą własnoręcznie wykopała i wymościła resztkami materaca i szmatami.
Kinga na powrót stawała się członkinią cywilizowanego społeczeństwa ze wszelkimi tego wadami i zaletami. Niedługo upomni się o nią żądna daniny skarbówka [tylko, jeśli podejmie legalną pracę], potem ZUS [to chyba o jej pracodawcę] i... posypie się lawina urzędowej korespondencji.
*Kura usiłuje sobie przypomnieć, kiedy to ostatnio zasypywała ją lawina urzędowej korespondencji. No, coś tam się trafiało, ale żeby zaraz lawina?*

Będzie musiała wyrobić sobie dowód osobisty, kartę miejską – kiedy ostatnio kasowała bilet? – książeczkę czynszową.
To właścicielowi wynajmowanego mieszkania płaci się za pomocą jakiejś książeczki?
Tjaaa.  *idzie zgrzytać uszami w posępnej tonacji fis-moll*
Ja tam nie wiem, ja z prowincji...

Zaczną przychodzić rachunki za wodę i prąd... W panice zaczęła cofać się do drzwi, ale nie z Aśką takie numery! Pchnęła przyjaciółkę – bo tak zaczęła o Kindze myśleć – tak silnie, że ta wpadła na środek pokoju i czy tego chciała czy nie, znalazła się na łonie społeczeństwa.
I spojrzała aŁtorkasia, i widziała, że było to dobre, więc pokiwała tylko z politowaniem głową nad tymi wszystkimi, którzy tkwią w bezdomności, nie będąc w stanie wykonać tak prostej rzeczy… Lenie i nieudaczniki jedne.

Z mieszkania cztery na cztery metry pozdrawiają Was noworocznie: Kura zasypana lawiną korespondencji, Szprota podczytująca powieści dla pensjonarek, Jasza z puszką farby i Dzidka ostrożnie rzucająca jednym okiem
oraz Maskotek, który wyjechał do Bydgoszczy i tam wpadł w czarną dziurę.

84 komentarze:

Anonimowy pisze...

Ledwo zaczęłam czytać, a już nie wytrzymuję głupoty tej książki. Zupełnie nie rozumiem akcji z mieszkaniem - autorka co prawda gubi się w zeznaniach, ale jeśli pieniądze na mieszkanie dali rodzice Kingi, to mieszkanie jest jej. A jeśli było pół na pół (połowę dali rodzice Kingi, połowę Krzyśka), to mieszkanie jest po połowie. Ale skąd wtedy wzięłyby się raty do spłacania? Chyba że chodzi o to, że Kinga spłaca swoich rodziców (albo teściów - jakim cudem redakcja nie wychwyciła takiego babola???) A jeśli rodzice Krzysia dali połowę kasy, a rodzice Kingi ileś tam kasy, a resztę wzięła na kredyt na nią, to dalej mieszkanie jest na pół. To nie jest możliwe, żeby ona tak po prostu straciła to mieszkanie (też mam z mężem mieszkanie na pół).

Nie bardzo rozumiem, jaki papierek trzeba by podpisać, by oddać to mieszkanie w całości mężowi. Jakąś darowiznę, czy coś? Wydaje mi się, że prawnie byłoby to troszkę roboty, a Kinga naprawdę nie była na tyle zaślepiona, by podpisać wszystko, co jej mąż podsunął. Zresztą z tekstu wynika, że wcale go nie kochała, wbrew temu, co twierdzi.

Jakie to głupie, głupie! Idę czytać dalej.

Ag

Anonimowy pisze...

Od czytania tego opka zamieniam się w takiego typowego wariata z siekierą. Mam kontakt z leczeniem psychiatrycznym od dłuższego czasu i te opisy, oraz wizja osoby chorej na ChAD jako psychopaty z siekierą mnie przeraża. Nie wiem jak udaje się jej upchnąć tyle szkodliwych bzdur w jednym kawałku tekstu...

Anonimowy pisze...

Uff, skończyłam czytać i nie wiem, co gorsze:
- nieświadomość autorki, że istnieją też dziennikarze śledczy, zajmujący się gospodarką czy sprawami zagranicznymi
- fakt, iż facet w windzie wyciąga kutasa, a bohaterka zamiast krzyczeć - cieszy się; plus trzyminutowe seksy polegające na tym, że facet rzuca ją na łóżko twarzą w poduszkę i bez zabezpieczenia skuta przez 3 minuty a potem wychodzi
- całkowity brak wiedzy o chorobach psychicznych, aborcji, kwestiach prawnych, cenach mieszkań, czymkolwiek związanym z rzeczywistością.

Facepalmy lecą gęsto.

A na deser mam dla was świąteczne opeczko od tejże autorki: http://www.granice.pl/kultura,Swieta-wedlug-katarzyny-michalak,5586

Tym razem radośnie przesłodzone.

Ag

szarosen pisze...

Autorka mogła chociaż na chwilę wejść do psychiatryka, żeby zobaczyć, jak to mniej więcej wygląda... argh jestem dużo młodsza od niej, a mam wrażenie, że widziałam więcej. Swego czasu przynosiłam do szpitala psychiatrycznego paczki chłopcu z domu dziecka, zabierałam go na spacery i na Święta do domu. Nie, nie przywiązywali go do stołu nago, nie polewali zimną wodą... argh chyba autorka pochodzi z innej galaktyki... A co do ludzi chorych na depresję to dziwię się, że nic o nich nie wie, skoro w dzisiejszych czasach ta choroba dotyka bardzo wiele osób. Już szczególnie ludzie z dwubiegunową nie budzą w innych lęku - jeśli już to raczej współczucie... Ale co ja tam wiem, nie żyję w okrutnym świecie Aśki, tylko... wait, zaraz zaraz, żyjemy w tym samym świecie, wtf.

szarosen pisze...

Btw. Gdzie można wynająć pokój za trzy stówy z kuchnią i łazienką plus blisko centrum? Nie wiem, na jakiej to planecie, ale chciałabym wynająć od teraz!!! :(

Nuzlocke pisze...

Mam doświadczenia z trzema szpitalami psychiatrycznymi, w żadnym nie było bardzo źle.
Szpital nr 1 - młodzieżówka - tereny przyszpitalne mało sprzyjające spacerom, ale odwiedzający mógł zabrać pacjenta na spacer po miasteczku (podpisawszy jakiś papier i zostawiwszy dokument tożsamości). Była osobna sala do odwiedzin, można było odwiedzać pacjentów cały dzień od 7 rano do 8 wieczorem poza porami posiłków. Pacjent szalejący był najpierw kierowany do miękkiego pokoju, tzw. wyszalni. Dopiero gdy pobyt tam nie pomagał, stosowano skórzane pasy z miękką podściółką, którymi przypinano pacjenta do jego własnego łóżka. Leki były wydawane i miały zostać połknięte przez pacjenta natychmiast. Paczki mogły być przekazywane, zazwyczaj przy odwiedzinach, były najpierw sprawdzane pod kątem niebezpiecznych przedmiotów.
Szpital nr 2 - młodzieżówka - miał ogród, więc pacjenci byli wyprowadzani na spacer, gdy tylko pogoda dopisywała. Większość pacjentów mogła chodzić po ogrodzie samopas, ci z cięższymi zaburzeniami byli prowadzeni za rękę. Prawo do odwiedzin można było utracić za złe sprawowanie (odmawianie przyjmowania posiłków i uczestniczenia w terapii, palenie poza wyznaczonym miejscem), ale nie dotyczyło to pacjentów z ciężkimi zaburzeniami (jedynymi osobami, które widziałam bez prawa do odwiedzin, były anorektyczki, które nadal chudły). Paczki były rutynowo sprawdzane, mogły być przynoszone podczas odwiedzin lub przesyłane. Leki należało połknąć natychmiast po otrzymaniu. Odwiedziny w porze posiłków musiały być uzgodnione z personelem oddziału odpowiednio wcześniej, odwiedzający mógł zabrać pacjenta na spacer poza teren szpitala pod warunkiem podpisania zobowiązania i pozostawienia dokumentu tożsamości; mógł też zabrać pacjenta na posiłek pozaszpitalny, podpisując odpowiednie oświadczenie.
Szpital nr 3 - odwiedziny w wyznaczonych porach (3 godziny rano, 5 godzin po obiedzie), odwiedzający mógł zabrać pacjenta na spacer pod takimi samymi warunkami, jak w pozostałych. Paczki można było przynosić, były rutynowo sprawdzane. Leki należało przyjąć natychmiast po wydaniu ich, nie było możliwości uciułania zapasu. Pasy były używane w ostateczności, wyściełane.
We wszystkich tych szpitalach była również możliwość tzw. przepustki - wyjścia ze szpitala na co najmniej jedną noc. Możliwość taką mieli pacjenci, którzy dobrze rokowali i mieli jeszcze dość długo pozostać w szpitalu (co najmniej jeszcze tydzień-dwa tygodnie, zależnie od szpitala).
A w kwestii rączek i nóżek - jeśli Aśka miała nieregularne miesiączki, całkiem niewykluczone, że zorientowała się po kilku miesiącach. Znam osoby, dla których trzy miesiące bez krwawienia są normą, a i pół roku to nic specjalnego. Jedna z nich dopiero po porannych mdłościach zorientowała się, że może być w ciąży.

Braixen pisze...

Nie ma sylwestrowej ustawki, smuteczek :(

Hersilia pisze...

Matkohuto... Przestaję się dziwić p. Kalicińskiej i jej krytycznym słowom pod adresem polskiej litaretury współczesnej wypowiedzianym przy okazji ogłoszenie zeszłorocznych zwycięzców nagrody NIKE.
http://booklips.pl/newsy/malgorzata-kalicinska-krytycznie-o-nike-nagradzane-sa-tylko-mroczne-depresyjne-ksiazki/
Z drugiej strony jak mam wybierać między tak skondensowanymi negatywnymi emocjami jak u Katarzyny Michalak, a banałami Kalicińskiej to naprawdę wybieram Fantastykę, kryminał, sensację i historię.
Ogólnie mam jakieś wrażenie, że tzw. "literatura kobieca" to porażka.
Pozdrawiam z Bydgoszczy :D
PS1. Tak faktycznie lasów ci u nas dostatek naokoło miasta.
PS2. A Maskotek... :p Hmm... nie spodziewajcie się go za szybko :p

kura z biura pisze...

Tak, z tymi nieregularnymi miesiączkami masz rację (ba, ja znałam dziewczynę, która w pierwszych miesiącach ciąży miała jeszcze jakieś przypominające miesiączkę krwawienia i zorientowała się - jakoś w piątym?), ale tu wystarczyłoby, żeby aŁtorka dopisała Aśce jedno zdanie wyjaśnienia ("zawsze miałam nieregularne miesiączki, dlatego nic mnie nie zaniepokoiło" itd.), ostatecznie aż tak duże wahania nie są czymś powszechnym.
A co do szpitali - cóż, miało być dramatycznie, a prawdopodobieństwo niech idzie się bujać.

Hersilia pisze...

Tak jeszcze słowem w kwestii epizodu ze sprzedażą mieszkania. Niestety nie jest to tak do końca niewiarygodne - mąż był sku***synem nieziemskim, więc podrobienie podpisu żony na dokumentach nie musiało mu sprawiać większego problemu. Jak teście byli na tyle zawzięci, że próboewali unieważnić małżeństwo to co dlas nich załatwienie papierka o niepoczytalności małżonki synusia. BTW - małżeństwo zawarte przed urzędnikiem USC można unieważnić, tylko trzeba udpwodnić np.,że zostało ono zawarte pod przymusem. Na tym mógł pojechać kochany teściunio i gdyby ogier Krzyś poświadczył, byłoby po sprawie.
Nie bulwersujcie się - głupota i nienawiśc pchają ludzi do różnych zachowań.
Niestety głupota AŁtoreczek mieniących się dumnie "pisarkami" pcha je do takiej właśnie "ambitnej" TFUrczości.

Kazik pisze...

Mało co mnie tak cieszy, jak analiza tfurczości Michalak, muchachachacha.
Jakkolwiek się cieszę, mam pytanie: nie będzie w tym roku ustawki sylwestrowej?

@szarosen
"Autorka mogła chociaż na chwilę wejść do psychiatryka, żeby zobaczyć, jak to mniej więcej wygląda..."
I tu jest właśnie ciekawa kwestia... bo z tego co się orientuję, wizytę w szpitalu psychiatrycznym to Michalak miała zaliczoną. Jako pacjenta zresztą.
W dodatku motyw ten przewija się przez wiele jej książek, spotkałam się z nim w większej lub mniejszej dawce w "Poczekajce" czy "Roku w Poziomce", i za każdym razem opisywane jest mniej-więcej tak samo - miejsce, gdzie się nie leczy, a nadziewa pacjenta prochami jak indyka na Dziękczynienie i urządza lodowaty prysznic za przeszkadzanie krzykami lekarzom w oglądaniu meczu. Jeszcze brakuje tylko piorunów na tle zamczyska, trepanacji czaszki i elektrowstrząsów. Myślałby kto, że do tego czasu można było zrobić na ten temat jakiś risercz.

Ten fragment o tanim mieszkanku... Tak bardzo nie. NIE.
Ale u Michalak i jej domkomanii (a także wyobrażeń "jak wygląda remont rozpadającej się chałupy") to nic dziwnego.

@Ag
"Nie bardzo rozumiem, jaki papierek trzeba by podpisać, by oddać to mieszkanie w całości mężowi."
No jak to jaki? Bliżej Niesprecyzowany Rekwizyt Prawniczy. Aż dziw, że się dodatkowo na scenie nie pojawił Skorumpowany Prawnik, przyjaciel pana męża, który to wszystko uknuł i do cna oskubał sierotkę za pomocą kruczków prawnych.

Haftuję już seksizmem Ałtorkasi, zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn.
BTW, Krzyś Król? W czytanym właśnie przeze mnie "Roku w Poziomce" eks-mąż (najczarniejszy z czarnych charakterów, co bije, pije, po sądach ciągnie, w więzieniu siedział, koty otruł i zrobił dziecko nastoletniej sąsiadce) określany jest jako pan K. Przypadek? NIE SĄDZĘ.

Relacja na temat romansu kolejnym potwierdzeniem na to, że Michalak pisze "z marszu", bez ówczesnego przygotowania planu wydarzeń. A po co, a dlaczego, przecież jest DRAMAtycznie! Starczy!

No i rodzice Krzysia... Bogate, histeryczne, "okryłaś hańbą naszą rodzinę, lafiryndo!", no jak tu się nie śmiać z tej groteski. Już nie mówiąc o tym, że jest napraaaaaaawdę wiele sposobów i kruczków na unieważnienie ślubu kościelnego (już zaczynając od najdrobniejszych szczegółów ceremonii!), i aż dziw, że "najlepsi prawnicy" rozkładają przy tym bezradnie rączki... No ale jak DRAMA, to DRAMA...

Seksy w przeszklonej windzie, jak wycinek z taniej powiastki porno. Oni wsiadają do windy, on ją maca penisem, ona się wypina, on ją rżnie od tyłu, ona ma niesamowity orgazm po trzech minutach, THE END. Ale Michalak już parę razy udowodniła, że na opisach scen erotycznych zna się tak jak na medycynie, chorobach psychicznych, psychologii, remontowaniu domków, pracy w wydawnictwie, rakach, międzynarodowych organizacjach charytatywnych, życiu na wsi, pracy weterynarza w zoo, itp, itd...

Zróbcie z tej powieści miazgę.

Z wyrazami szacunku
Kazik

kura z biura pisze...

Śpieszę donieść wszystkim zaniepokojonym, że Ustawka też się pojawi - najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu :)

Anonimowy pisze...

Wiecie co, ja chyba rzucam studia i biorę się za pisanie. Przy odpowiedniej ilości alkoholu coś takiego dam radę trzasnąć w dwa-trzy tygodnie.
A tak btw, w Bydgoszczy lasów nawet w mieście dostatek, nie tylko na obrzeżach. Przeciw czarnej dziurze jednakowoż protestuję ;).

Anonimowy pisze...

Gratulacje dla komentatorek, że przez to udało Wam się przejść i nie bluzgać co drugi akapit.
Tylko dwie drobne uwagi z mojej strony:
- małżeństwo również w prawie cywilnym (a nie tylko kościelnym) można jak najbardziej unieważnić w ściśle określonych przypadkach (np. w przypadku choroby psychicznej);
- na Narbutta zdecydowanie jest jeden przynajmniej budynek, który podpada pod opis w "książce" (znaczy nowoczesny apartamentowiec), bodajże pod nr 72 lub 82 (znam dobrze, bo mam tam mieszkających znajomych)

Anonimowy pisze...

O ja pier... Przecież to się w głowie nie mieści! I żeby poważne wydawnictwo wypuszczało COŚ takiego na rynek, a organizacje, które chcą zajmować się poważnymi problemami społecznymi obejmowały to matronatami i patronatami?! A później siedzi taka aŁtorkasia w programie telewizyjnym i wciska się ludziom ciemnotę, jakie to jej książki są dobre i potrzebne?! No litości! Przecież to jest historyjka- sklejka z pierwszych stron Faktu! I być może ona właśnie do odbiorców tego typu chce trafić - jak ta dziennikarka obdarzona wszystkim co najgorsze (brakuje tylko opisów kurzajek na nosie, wąsów i innych wiedźmowych atrybutów) aŁtorka zmyśla w najlepsze, tylko po to, żeby wzbudzić sensację i zainteresowanie czytelników. Powiela dokładnie WSZYSTKIE stereotypy, jakie tylko istnieją i co mnie przeraża, to to, że ludzie mogą uwierzyć w przedstawianą przez nią wizję świata. Świata, który chyba tylko z nazwy pokrywa się z naszym.

Aż mi ciśnienie skoczyło!

Hersilia pisze...

Anonimowy mnie ubiegł. Skoro Katarzyna M. to autorka bestsellerów, to znaczy, że pisać może każdy.
Zresztą widać, że pani Kasi pisanie przychodzi z niezwykłą łatwością. Swoją drogą nic dziwnego, skoro nie traci czasu na szukanie materiałów do książek, to pisze dużo i o wszystkim, nie wykluczając twórczości fantasy :p
Tak przy okazji jechania po AŁtorce... Pozwalam sobie odesłać czytelników niniejszego wspisu do jej biogram z portalu "Lubimy czytać".
http://lubimyczytac.pl/autor/16062/katarzyna-michalak
Ja wiem, że w dobie zanikającego czytelnictwa należy zachwalać i promować słowo pisane, ale niestety z drugiej strony brak krytycyzmu też szkodzi. Z drugiej strony zastanawiają mnie zachwyty czytelniczek. Czyźbyśmy mieli aż tak bardzo nierwyrobionych czytelników, że połkną każdą szmirę, byle tylko było "o marzeniach i miłości"?

Ten Zenon pisze...

Ja na nowy rok życzę pani AutorKasi jakiejś uroczej choroby psychicznej, żeby zobaczyła wreszcie:
1) przed jakimi problemami naprawdę stają osoby z różnego rodzaju zaburzeniami
2) że istnieją organizacje wspierające takich ludzi, pomagające znaleźć pracę etc.
3) że sam fakt życia z jakimiś zaburzeniami nie jest od razu powodem do społecznego ostracyzmu
4) że choroby psychiczne mają różne nazwy właśnie dlatego, że nie wszystkie są synonimem latania po mieście z siekierą i kopania szczeniaczków.

Niestrawna treść przyozdobiona doprawdy koszmarnym warsztatem (litości, uczniowie gimnazjum piszą lepiej) i brakiem JAKIEJKOLWIEK konsekwencji w prezentacji świata przedstawionego. I to zostało wydane jako książka, ba, to jest bestsellerem! I'm out.

szarosen pisze...

@Hersilia, dzięki za linka. Dzięki niemu dowiedziałam się, że autorka "w planach ma również powieść historyczną". Już się nie mogę doczekać tych realiów historycznych! To będzie prawdziwa kopalnia wiedzy!

Anonimowy pisze...

On zapiął rozporek, ja obciągnęłam spódnicę. Winda ruszyła.

I jak rozumiem ona tak biegała po korytarzach i ciekło jej po udach? Bo o prezerwatywie nawet wzmianki... Przepraszam za wulgarność ale ta ksiunszka źle robi w mózg.

Anonimowy pisze...

Czytać hadko!

Chomik

Anonimowy pisze...

Ok, dawno już nie byłam tak zniesmaczona. Najgorsza jest świadomość popularności tej, poszum mi Borze, aŁtorki. Jak można takiego gniota nazywać arcydziełem? To straszne, że dookoła jest tylu, hm, niewymagających odbiorców, którzy łykają te bzdury. Autorkasia zdecydowanie bije poziomem inne aŁtoreczki. One są jeszcze młode i głupiutkie, no i na Bora, nie są tak szkodliwe jak ta baba i jej bezmyślne wypociny. Argh!

Anonimowy pisze...

Ok, dawno już nie byłam tak zniesmaczona. Najgorsza jest świadomość popularności tej, poszum mi Borze, aŁtorki. Jak można takiego gniota nazywać arcydziełem? To straszne, że dookoła jest tylu, hm, niewymagających odbiorców, którzy łykają te bzdury. Autorkasia zdecydowanie bije poziomem inne aŁtoreczki. One są jeszcze młode i głupiutkie, no i na Bora, nie są tak szkodliwe jak ta baba i jej bezmyślne wypociny. Argh!

Shemmer pisze...

Postanowienie noworoczne? Nie pisać jak autorka :3

StrawCherry pisze...

Borze zielony, widzisz i nie szumisz, chciałoby się zawołać.
Jakim cudem to zostało przyjęte w wydawnictwie? Jakim cudem znaleźli się ludzie, wychwalający to dzieUo pod niebiosa? Dlaczego nikt nie wyjaśnił Ałtorce, że pisanie nie jest dla niej?
Ile tu padło szkodliwych stereotypów, to ciężko zliczyć.
Przede wszystkim mam ochotę coś zrobić Aśce. Wiążę swoją przyszłość z zawodem dziennikarskim, osobiście znam paru dziennikarzy i włos mi się jeży na głowie, gdy widzę ten zawód przedstawiony w taki sposób.
Nie wspomnę już o poglądach AłtorKasi na otyłość, zaburzenia psychiczne, mężczyzn, kwestie prawne. Obrzydliwe i głupie.
Swoją drogą, muszę wyjaśnić mojej przyjaciółce, nie posiadającej Karty Miejskiej, że nie należy do cywilizowanego świata...
Mam koleżankę, która przebywała w szpitalu psychiatrycznym. Kurczę, nie mówiła, że przywiązywali ją nago do łóżka i oblewali zimną wodą.
Szlag. Jak się chce o czymś pisać, to błagam, niech się ma chociaż podstawową wiedzę na dany temat!
Moje opowiadanie z piątej klasy podstawówki jest bardziej logiczne.

A! Byłabym zapomniała. Wasz blog zainspirował mnie i moje koleżanki do założenia własnej analizatorni.
I choć nie dorastamy Wam do pięt, to ośmielę się napisać, że serdecznie zapraszamy na mistszowie-piura.blogspot.com ;)

A teraz wybaczcie, idę poszukać jakiejś bezdomnej i załatwić jej tanie mieszkanko, co by ją jak najszybciej (naprawdę natychmiastowo) wyciągnąć z marginesu społecznego.

Pozdrawiam :)

Szprota pisze...

tylko nie zapomnij, że ma to być kawalerka na Mokotowie!

Anonimowy pisze...

Mieszkanko (wynajem) kosztowało trzy stówy - CZEGO??? AŁtorka nie sprecyzowała, czy chodzi o euro, czy funty. Dla nieznajacych Wawy - Dąbrowskiego to uliczka, z której jest 10 min do SGH i BN-u piechotą, 10 min piechotą do kilku budynków polibudy, 2 przystanki metrem do polibudy głównej w jedną stronę a chyba 4 na UW, do SGGW na Ursynowie 4 przystanki metrem w drugą stronę - i ktoś wynajmuje to mieszkanko za trzy stówy PLN - kompletnie nierealne, nawet gdyby szło o pokoik 'przy rodzinie'.
No i ta przeszklona winda w jakimś biurowcu, zatrzymana między - przypuszczam - przeszklonymi pietrami w celu, hm, tete a tete. Czyli widać pasażerów z dwóch poziomów. W takim biurowcu ludziów jak mrówków: pracownicy, kontrahenci, ochroniarze, posłańcy z DHL-ów i Poczty Polskiej, dziennikarze, klienci - nie ma takiej możliwości, by przez 3 minuty nie przeszło przy windzie z 50 osób co najmniej, a i to lekko licząc.
No i ten szpital - ja wiem, że polska służba zdrowia nie jest najlepsza, ale ta wizja to chyba lekkie przegięcie. Może się Bezdomnej pomerdało i nie była w szpitalu a w tzw. żłobku, czyli izbie wytrzeźwień?

Kot Pik pisze...

Czy naprawdę tę książkę wydał ZNAK, czy mi się sylwester przedłużył i dziś jest 1 kwietnia?
Jak tak dalej pójdzie, to Więź zacznie wydawać kolejne tomy Greja.

O ile poprzednia część była śmieszna, tak to jest już tylko żałosne.
Szpital psychiatryczny - mam sporo wspomnień związanych z Tworkami, z dwojga złego wolałbym już tam siedzieć, niż w Rawiczu, Wronkach czy choćby i na Olszynce.

O czynszu za mieszkanie na Dąbrowskiego było już pisane, to nie tykam.

A wokół Bydgoszczy są lasy, owszem. Ale jeśli ktoś w nich szuka odosobnienia, to niekoniecznie, bo tam więcej seksów, niż w opkach o braciach Kaulicach (czy-jak-im-tam) ;)

A w ogóle to "złapałam go na dziecko, ale to nie było jego dziecko, ale nie rozwiodłam się z nim, bo go kochałam, a złapałam go na dziecko, bo się chciałam zemścić na poprzednim, ale go kochałam, bo było nam całkiem nieźle a w ogóle to męcz mnie, dręcz mnie ręcznie".
Kur zapiał :D

szarosen pisze...

Zastanawiam się, czy pokój za trzy stówy jest realny (no chyba, że w Zadupowicach Mniejszych). W Gdańsku zazwyczaj chcą tak tysiąc złotych brać :( Swoją drogą dziwne, że bohaterka zamiast od razu dzwonić i zaklepywać taką okazję, najpierw idzie "obejrzeć pokój". I co jeszcze, może wybrzydzać będzie? Że ogródek za mało urokliwy a okno wychodzi na północ??? Dżizas. I jeszcze ten tekst, że pewnie uda jej się zarobić te trzy stówy miesięcznie na sprzątaniu... nie wiedziałam, że w Wawie tak ciężko o pracę i że tak mało płacą. Nawet pracując na czarno można zarobić przynajmniej dwa razy tyle.

Anonimowy pisze...

“Rób karierę, a nie dziecko!” - Stereotypy robią meksykańską falę. I dmą w wuwuzele.
To było świetne! :)
Ale przy tej książce ręce opadają. Znak ją wydał? Ktoś chciał to czytać? I ( o zgrozo) ktoś to kupił?!
Wydawnictwa promują takie głupoty? Borze zielony...

Melcia

Anonimowy pisze...

Wiecie co? A mnie sie naprawdę spodobał jeden motyw (wątek) z tego natłoku absurdów i ciekawa jestem, czy aŁtorka to jakoś mądrze rozegra (a przynajmniej w miarę prawdopodobnie) - mianowicie moment, gdy Kinga wchodzi do nowego mieszkania i dostaje napadu lęku 'przed nowym'. Będzie sie jakos musiała zaaklimatyzować, poznać sąsiadów, coś przeżywać, wspominać czasy bezdomności, wspominać to dziecko itp. Ja wiem, że to nie 'takie nowe' - wszak nie jest bezdomną od dekady a od kilku miesięcy, ale to zawsze jakaś poważna zmiana. W tym odcinku zostało to potraktowane 'per noga', ale może jakoś dalej się rozwinie? No, bo w końcu O CZYMŚ TA KSIĄŻKA BYĆ MUSI, a jak na razie to napięcie akcji jest równe rozładowanej baterii. Za to natężenie faktów że ho, ho - a w szczególnosci ten koszt wynajmu oraz zawikłane trajektorie życia seksualnego i uczuciowego Kingi powodują zawrót głowy i osłupienie - z tym, że inaczej niż w fizi: natężenie ma się odwrotnie do napięcia (czyli: tyle tego, ze się ziewać chce).

Anonimowy pisze...

Ja przepraszam, nie znam się na literaturze i pytam: co to jest 'sylwestrowa ustawka'?

Braixen pisze...

Ja poruszyłam temat pierwsza, to ja odpowiem: jest to wspólna analiza tworzona przez ekipy PLUSa i NAKWy, tradycyjnie powstająca podczas Sylwestra.

K. pisze...

Czy jest na sali prawnik? Skoro boChaterka została skazana na dwa lata w zawieszeniu, to nie mogła zostać uniewinniona, jak słusznie analizatorzy zauważyli. Kiedy czytałam tę ksionRZkę zastanawiałam się jeszcze nad jedną sprawą: skoro boChaterka w chwili popełnienia czynu była chora psychicznie i nie mogła rozpoznać znaczenia swojego czynu lub pokierować swoim postępowaniem - a tak wynika z treści - to nie popełniła przestępstwa (art. 31§1 kk), a zatem jakiekolwiek postępowanie powinno zostać umorzone - czyli nie powinno być mowy ani o uniewinnieniu, ani tym bardziej dwóch latach w zawieszeniu. Ja wiem, że polskiemu wymiarowi sprawiedliwości można sporo zarzucić, noale.

Analiza jak zawsze ciekawa, materiał wyjściowy dość obrzydliwy, ale dobrze, że ktoś na takie rzeczy zwraca uwagę.

Pozdrawiam i życzę wytrwałości.

Anonimowy pisze...

Ja pierdzielę, sylwester to niejako picie, picie to swobodniejsze wypowiedzi, do tego dwie ekipy (jak sie domyslam): czyli bez hamulców typu 'nie kopiemy za bardzo' i w dodatku samowtór (więc się nakręcamy nawzajem) - OJ BĘDZIE SIE DZIAŁO, aż mi żal Pani AŁtorki, ale sorry gregorry, nie pchaj sie na afisz jak nie potrafisz.

Anonimowy pisze...

Widać autorka nie miała szczęścia w zawodzie lekarza weterynarii i postanowiła spróbować pisarstwa. Biedna, permanentnie nie ma szczęścia...
Ale dajmy jej szansę. Wpadła mi w ręce ostatnio "Gra o Ferrin". Nie wiem dlaczego ten oryginalny tytuł z czymś mi się uparcie kojarzy. Na okładce ktoś porównał tę, hmm... publikację do Sapkowskiego. Mogę tylko przypuszczać, że był to ktoś po terapii w opisanym tutaj szpitalu psychiatrycznym.

Anonimowy pisze...

A na tym blogu o Was dyskutują :D

http://dekadencko.pl/analizatorzy-wybrancy-boga/

http://dekadencko.pl/jak-krytykowac/

Anonimowy pisze...

Cholera. Wiecie co? Czuję się autentycznie OBRAŻONA zarówno jako osoba z ChaDem, jak i osoba, która z tego powodu była z własnej woli w szpitalu psychiatrycznym. Warszawskim. To jest tak złe na tak wielu poziomach...
Tabletki dostawało się w ogonku i brało się wszystko na raz - chyba, że coś na gardło się dostawało, to można było sobie chlorchinaldin skitrać na potem. Powodzenia w samobójstwie. O ile pamiętam nie było żadnych izolatek - najgorszych pacjentów trzymało się cały czas na obserwacyjnej, żeby móc w razie czego szybko zadziałać. Pasy był groźbą, i przez dwa tygodnie nkogo w nie nie zapięli, jak tam byłam, choć wiem, że zdarzało się to wcześniej(jeden pacjent przez kilka dni był non stop w pasach, taki był agresywny - ale to osobna historia). Nikt nikogo wodą nie polewał. Nikt nikogo nie faszerował. Można było i być odwiedzanym i dostawać supplies, a pacjenci spoza obserwacyjnej albo mieli pozwolenie na spacerowanie po ośrodku na spacerach z opiekunem, albo w grupie(z opiekunem), a Ci co w lepszym stanie - sami, żeby mogli np. wyjść do sklepu i kupićsobie coś słodkiego, kawę, czy mydło. Owszem, jedyna terapia jaka była to ruchowa, gimnastyka rano, po śniadaniu - spacer, po obiedzie - jakieś roboty ręczne (robienie róży z liści albo decoupage). Ordynator zazwyczaj strasznie zalatana, lekarze tak samo, ale jak była potrzeba - zawsze się dało znaleźć chwilę, aby pogadać, czy dowiedzieć się czegoś. Poznałam wiele - wbrew pozorom - zwyczajnych i fajnych osób, od uczennic liceum, po starszą panią na emeryturze, czy porządnego bizmesmena, który pracował nawet w szpitalu, na laptopie. Kilkoro osób z ChaDem. Wszyscy jak najbardziej w porządku.
I ta... Pożal się boże, pisarzyna bez krzty talentu... No po prostu nie mam słów. Ciężko nie czuć się obrażoną.
Zniszczcie to gówno, proszę was.

StrawCherry pisze...

Szproto, nie martw się, oczywiście, że będzie to kawalerka na Mokotowie. Z łazienką, kuchnią, przytulna i wgl same ochy i achy. Przeraźliwie tania, rzecz jasna!

Falco pisze...

Jako prawnik, trochę niekompetentny jeszcze, ale jednak się wypowiem.

1. Małżeństwo mogło zostać unieważnione cywilnie i wtedy, w przeciwieństwie do rozwodu, który jest przerwaniem go, jest tak, jakby nigdy go nie było- czyli np nie ma podziału majątku, czy coś, bo nigdy nie było wspólności majątkowej. Nie wnikam, co im to miało dawać co podpisywali, bo mi robi sieczkę z mózgu, ale chyba darowiznę w takim razie.
2. Żeby mąż mógł sprzedać mieszkanie, albo musiało być mu ono przepisane w formie darowizny i było całkowicie na niego, albo nie mógł go sprzedać bez żony nawet podrabiając podpis, bo nieruchomości się sprzedaje w formie aktu notarialnego, przy notariuszu, przy obecności wszystkich stron. Więc chyba ten podpis by podrabiał przy kupujących...
3. Wydanie wyroku łącznego jest możliwe (za kilka przestępstw razem), ALE- jeśli niepoczytalna była w tym czasie, to jest to okoliczność wyłączająca winę i sąd mógł ją ALBO skierować na leczenie psychiatryczne, ALBO wydać wyrok (jeśli jednak była poczytalna, a wychodzi na to, że nie jest). Uniewinnienia tam być nie mogło, bo jeśli niepoczytalna- to umorzenie postępowania i skierowanie na leczenie, a jeśli poczytalna- to wyrok. Ostatecznie mogła mieć dwa osobne procesy, w żadnym nie mogło być uniewinnienia, ale jej może być wszystko jedno, a w drugim potraktowano ją jako poczytalną.
Da się to jakoś powyjaśniać, ale jest tak pokręcone i naciągane, że podejrzewam, że wyjaśnienia są tylko przypadkiem.
Natomiast ZUS za bezrobotną opłaca Urząd Pracy, jeśli się w nim zarejestruje w ogóle i dostanie zasiłek.
Jedyna urzędowa korespondencja, jaka do mnie doszła przez pięć, jako właścicielki mieszkania dotyczyła wykupu działki dla mojego bloku (z użytkowania wieczystego na własność) i od wspólnoty mieszkaniowej wybór formy wywalania śmieci. Ale tym się zajmuje właściciel, nie najemca. Ona ma tylko płacić rachunki, albo i nie, wtedy nie będzie miała prądu, gazu i wody, i problemy z wynajmującym.
Co do kota, cóż- mój akurat wszędzie gdzie się go zabierze, po wyjściu z koszyka podnosi ogon, patrzy z pogardą na zebranych i idzie zwiedzać.
Jeśli chodzi o fazy maniakalno-depresyjne, to zgadzam się z analizatorkami w 100%, a psychopatia jest zupełnie inne zaburzenie psychiczne, nie mają ze sobą NIC wspólnego. I zero wyjaśnienia -_-

A teraz wreszcie wrażenie- borze szumiący, jak ja tej autorki zaczynam nienawidzić. Takie zło, zepsucie i ogólne paskudztwo bije z tej książki, ludzie są tam przedstawiani jako takie paskudne, pełne hipokryzji szuje, bez cienia zwykłego, prostego dobra, że nie wierzę, żeby ona w ogóle miała z nim coś do czynienia, bo najwyraźniej postrzega innych przez swój pryzmat.

Paskudna ta książka, ale analizujcie dalej, gorzej już chyba nie będzie...

Anonimowy pisze...

Haha, widzę, że link do Dekadentów wywołał reakcję na Waszym forum :) Nie chce mi się tam rejestrować, ale zauważcie, że blog jest pisany przez dwie osoby: i oba posty zostały napisane przez dwie różne persony :)

PS. To, że się nie pastwicie nad twórczością dzieci z podstawówki, zostało zacytowane. W drugim poście. :)

Nefariel pisze...

"Hm. Przeszłam się z Google Street View po całej ulicy Narbutta i nie mam pojęcia, gdzie Aśka mogłaby mieć swój “apartament ze szkła i światła” - kamienice wyglądają tam dość nobliwie i staroświecko, brak wielkich, przeszklonych przestrzeni."
HAHAHAHAHA, ale osom, tyle sławy dla naszej ulicy! Chociaż ojczym donosi, że jakieś apartamenty mogą się znaleźć - koło szkoły są nowoczesne budynki, ale nie mam pojęcia, czy mieszkalne.

"Zaczną przychodzić rachunki za wodę i prąd..."
Zaczną przychodzić do właściciela, nie do wynajmującego...


Ja wiem, że aŁtorKasia nic nie wie, ale brakiem wiedzy psychiatrycznej strasznie mnie wkuropatwiła. Od pewnego czasu interesuję się psychopatią i sporo o niej czytałam, miałam też okazję mieszkać z dziewczyną mającą dwubiegunówkę (nie wspominając o przeczytaniu świetnych artykułów Elwen). Nie wiem jak można to mylić. Wystarczy trochę poczytać...

kura z biura pisze...

@Anonim: zawsze wklejamy na forum linki do dyskusji o nas :)

Anonimowy pisze...

Nefariel, przenocuj u mnie we Wrocławiu na Macedońskiej w pierwszym tygodniu miesiąca; jak cię o siódmej rano obudzi moja dozorczyni łomocząc do drzwi, to już nigdy nie zapomnisz, że rachunki mogą też przychodzić do wynajmującego, a nie właściciela ;-)

Melomanka

Anonimowy pisze...

Ostatnio znajdujecie naprawdę miodne rzeczy. Najpierw HipsThor (czekam aż zostanie wydany, bo szczerzę chcę ciągu dalszego!) a teraz ta ksionszka. Cudowne analizy. Najlepsze są właśnie opka, gdzie nie ma za bardzo błędów ortograficznych, literówek itp (ewentualnie jest niewiele) ale za to pełno absurdów.

Anonimowy pisze...

Pokój typu przy rodzinie/w mieszkaniu studenckim można było w Warszawie wynająć za 300 zł... gdzieś tak koło roku 2000, i to też z trudem. Najtańsze jednopokojowe mieszkanie, czyli kawalerka, jaką w tamtym czasie widziałam, kosztowała ok. 700 zł za miesiąc, znajdowało się w bardzo plugawym zakątku starej Pragi i ojapierniczę, co to była za nora.

Co do psychiatryków: odwiedziny jak najbardziej są, sama odwiedzałam osobę z rodziny w takiej instytucji, a do jednej pacjentki przychodził nawet mąż, żeby pomóc jej się umyć i uczesać. Nie mam pojęcia, skąd autorka czerpie te rewelacje na temat polewania zimną wodą. Przychodzą mi do głowy dwa wytłumaczenia. Pierwsze - uznała, że większość jej czytelniczek w życiu nie oglądała szpitala psychiatrycznego nawet przez lornetkę, więc i tak się nie zorientują. Drugie: personel szpitalny naciska na regularne mycie i nie pozwala pacjentom leżeć cały dzień w łóżku, co w głowie zaburzonej osoby w jakiś sposób zmutowało w "polewanie zimno wodo!!!1jedenaście".

Postanowiłam pójść o krok dalej niż Falco i nienawidzieć nie tylko autorki-grafomanki, ale także wszystkich w wydawnictwie, którzy mieli z tym dziełem cokolwiek wspólnego. Do ciężkiej i nagłej cholery, gdzie był redaktor tego czegoś? Jak można było nie zauważyć nagłej zmiany uniewinnienia w skazanie, a jednej choroby w drugą? Jak można było nie zauważyć kawalerki za trzysta złotych?!

Anonimowy pisze...

Szarosen, to nie będzie byle jaka książka historyczna, tylko książka o Powstaniu Warszawskim! *dum dum DUMMM* I smell genius!

A tak w ogóle przyszło mi do głowy, że skoro Kinga tylko kilka miesięcy spędziła na ulicy, to żadna tam z niej bezdomna, o pardon, Bezdomna, bo ani trochę nie "zdziczała" skoro tak szybko wraca na łono społeczeństwa. Jak ten bezpański, brudny kot co to mieszka w piwnicy, ale do każdego się łasi, taki zdziczały. To by nawet miało sens.

Krakatoa

Kot Pik pisze...

A na Narbutta zdecydowanie mogą być apartamęta ze szkła i stali ;)

szarosen pisze...

Zatem z utęsknieniem czekam na to Powstanie Warszawskie.

Anonimowy pisze...

dobra analiza,ale mam jeszcze komenatarz do poprzedniej:fajnie by było zobaczyć więcej analiz opek na podstawie universum marvela. Jak kiedyś jeszcze znajdziecie jakieś dziwne to nie wahajcie się.

Sylwia Zbroszczyk pisze...

Czytam i... jestem zażenowana. Ktoś to wydał? Serio? Kupa bzdur. Najzabawniejsza była kawalerka za trzy stówy z opłatami na Mokotowie...

Sylwia Zbroszczyk pisze...

Zajrzałam na blogaska ałtorkasi, napisałam, co myślę o jej grafomanii i co? Komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu... Ktoś tu chyba boi się krytyki.

murhaaja pisze...

Miałam wrażenie, że czytam rasowe opko, nie książkę. Serio aŁtorka ma 40 lat? Aż mi się wierzyć nie chce. Jak mi ktoś opowiedział fabułę "Zmierzchu" to też byłam pewna, że to nastolatka napisała, i tak samo myślałam teraz.
Uroczyście przysięgam, że jak założę już wydawnictwo, NIGDY czegoś takiego nie wydam! :D

Siberian tiger pisze...

Wyszedł mi za długi komentarz ;/ Jeżeli mogę w kwestiach prawnych coś dodać od siebie (do wypowiedzi Falco):
"1. Małżeństwo mogło zostać unieważnione cywilnie i wtedy, w przeciwieństwie do rozwodu, który jest przerwaniem go, jest tak, jakby nigdy go nie było (...)" - Ja z tym właśnie mam problem, bo unieważnienie małżeństwa jest sytuacją samą w sobie wyjątkową, dodatkowo sądy interpretują te przepisy w sposób zawężający (i słusznie), więc z unieważnieniem nie jest tak łatwo (vide krótkie terminy, w jakich można tego dokonać - nawet przy błędzie lub groźbie nie można żądać unieważnienia po upływie 3 lat od jego zawarcia, co jest terminem drakońskim, a wydaje mi się, że oni chyba byli trochę dłużej małżeństwem; natomiast z powodu choroby psychicznej odpada, bo jak rozumiem - choroby nie było w czasie zawierania małżeństwa). Nie widziałbym tutaj problemów dla rozwodu - skoro jest intercyza, dzieci nie ma, to praktycznie rozwód (do tego za zgodą stron) powinien nie napotkać żadnych
problemów. Nie wiem, czemu tutaj autorka utrudnia sobie życie - przecież to nie jest tak, że po rozwodzie w prawie cywilnym nie można zawrzeć kolejnego małżeństwa.

"2. Żeby mąż mógł sprzedać mieszkanie, albo musiało być mu ono przepisane w formie darowizny i było całkowicie na niego, albo nie mógł go sprzedać bez żony (...)" - Podrobienie podpisu odpada, bo chyba nie znalazłby ten mąż tak idiotycznych kupujących, żeby takie coś przeszło. Mieszkanie to nie bułki, nieważność czynności prawnej wisiałaby nad nimi jak miecz Damoklesa, a dodając do tego, że roszczenie ze 189 kc się nie przedawnia i nieważna czynność nie podlega konwalidacji, to życzę miłego mieszkania w takim mieszkaniu. Nie znasz dnia ani godziny:) Generalnie nie współczuję tej Bezdomnej - skoro u notariusza podpisuje jakieś papierki (biorąc pod uwagę, że notariusz odczytuje umowę) bez zastanowienia co to i po co, to faktycznie, może lepiej, żeby była bezdomna, bo jest trochę społecznie niedostosowana.

"3. Wydanie wyroku łącznego jest możliwe(...)" - Z tym też mam problem. Wyrok łączny nie ma tutaj zastosowania, bo w końcu mamy tylko jedną karę. Jeżeli byłaby uznana za chorą psychicznie, odpada nam też uniewinnienie, więc musiała być zdrowa na umyśle. Bez przesady, uniewinnienie mogło być - jak ja to rozumiem, to po prostu ona została oskarżona o zabicie dziecka, a faktycznie nie ona tego dokonała, tylko ktoś inny, stąd uniewinnienie. Potem ma kolejny proces - efekt to "dwa lata w zawieszeniu", to pojawia się pytanie: dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na X, czy dwa lata to już jest okres zawieszenia. Bo jeżeli za naruszenie nietykalności cielesnej policjanta dostała dwa lata pozbawienia wolności (a kata została zawieszona), to na pewno nie tyle go pobiła, co musiała mu co najmniej nogę ogryźć, żeby taką karę dostać (może akurat biegała z tą siekierą i się policjant nawinął?). Natomiast jeżeli dwa lata to okres zawieszenia kary to bullshit. Żaden sąd nie zgodzi się na wskazanie tak krótkiego okresu zawieszenia kary dla tak młodej osoby.

Książeczka czynszowa mnie urzekła. Już widzę te hordy właścicieli lokali mieszkalnych, którzy zamiast żywej gotówki wolą, żeby im przekazywać opłaty za pomocą książeczki czynszowej. *rozsiada się w fotelu i oczekuje nowelizacji ustawy o ochronie praw lokatorów i dodatkach mieszkaniowych*
Shiren.

Babatunde Wolaka pisze...

"Do dnia, w którym pierwszy ogier Rzeczypospolitej (...) nie dał mi kopa,"
No skoro NIE dał, to o co chodzi? Była masochistką i kopa oczekiwała?

"Najem kosztował trzy stówy plus opłaty..."
Płaciłem trzy i pół stówy plus media. Jako jeden z czworga. W krakowskim blokowisku średniej klasy, w mieszkaniu, w którym ciągle były awarie. 11 lat temu.

@Anonimowy z 14.45
"On zapiął rozporek, ja obciągnęłam spódnicę. Winda ruszyła.
I jak rozumiem ona tak biegała po korytarzach i ciekło jej po udach? Bo o prezerwatywie nawet wzmianki... "
Ale też nie jest powiedziane, że facet również miał orgazm.

@Sylwia Zbroszczyk
"Komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu... Ktoś tu chyba boi się krytyki."
Nie będzie widoczny, możesz mi wierzyć... :/

"Bezdomna" zdaje się być tym dla literatury polskiej, czym "Wiedźmin" był dla filmu (z całym szacunkiem dla materiału źródłowego, na którego motywach on powstał). Od tej pory, wychodząc do śmietnika, mówię "Idę do Bezdomnej".

kura z biura pisze...

Komentarz z pewnością nie zostanie opublikowany, ale być może doczekamy się za jakiś czas notki o wrednych hejterach bądź wzmianki w najnowszej powieści ;)

Zresztą, w którejś powieści już jest scenka z Wredną Internetową Hejterką, która z czystej złośliwości glanuje młodą, zdolną poetkę, w dodatku - oczywiście! - chorą na porażenie mózgowe. Nie pamiętam niestety, w której, ale ktoś z forumowiczów może wie.

Anonimowy pisze...

Na własne nieszczęście, mam dosyć wysoką tolerancję dla kiepskiej literatury, więc jeśli nie daję rady przebrnąć przez jakiś tFór, to znaczy, że sytuacja jest krytyczna. Ale to... To jest zwyczajna obraza czytelników myślących i społeczeństwa jako ogółu. Tego czegoś nie ratuje absolutnie NIC. A kiedy już myślałam, że gorzej nie będzie, spojrzałam na komiksoanalizę Eśki. Mam w zwiazku z całokształtem pytanie: dlaczego AłtorKasia tak bardzo nienawidzi rodzaju ludzkiego? Dlaczego ma taki olewczy stosunek do wszystkiego? Dlaczego jeszcze nie zaczęto poszukiwań redakcji (bo zakladam że musieli nagle zniknąć bez śladu, żeby tyle idiotyzmów przeszło do druku).
Tym bardziej szanuję Was i podziwiam za analizowanie tego czegoś. Od pewnego momentu byłam w stanie przeczytać tylko komentarze.
Ejżja
PS: hasło to heyMaa taxes. Więc niech się Bezdomna nie martwi, to nie ona będzie płacić podatki, a bliżej nieokreślony hey.

Kazik pisze...

@Kura
"Zresztą, w którejś powieści już jest scenka z Wredną Internetową Hejterką, która z czystej złośliwości glanuje młodą, zdolną poetkę, w dodatku - oczywiście! - chorą na porażenie mózgowe. Nie pamiętam niestety, w której, ale ktoś z forumowiczów może wie."
Ręki sobie nie dam uciąć, ale obstawiam "Lato w Jagódce".
W "Roku w Poziomce" z pewnością jest wątek krytyków-hejterów, grafomanów, którzy sami piszą gnioty, nikt tych gniotów nie chce pisać, więc wylewają swój jad w opluwających Prawdziwego Pisarza recenzjach, z zazdrości o talent i sławę. I stąd się właśnie, drogie dzieci, biorą negatywne recenzje.

@Sylwia
"Zajrzałam na blogaska ałtorkasi, napisałam, co myślę o jej grafomanii i co? Komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu... Ktoś tu chyba boi się krytyki."
Szkoda Twoich palców i klawiatury - na blogu Michalak jest nie tylko akceptacja komentarzy, ale istnieje też duże prawdopodobieństwo, że krytycznych wpisów Ałtorkasia nigdy nie zobaczy, jako że ma człowieka od moderowania wpisów (nie wiem, jak teraz, ale kiedyś była na jej blogu o tym wzmianka). Nie muszę dodawać, że ta selekcja jest bardzo ostra, ani jedno negatywne słowo nie może się prześlizgnąć, prawdopodobnie istnieje Czarna Lista Nicków Hejterów Niepokornych, i w efekcie komentarze to jedna wielka litania pochwalna.
Zresztą Ałtorkasia nie ogranicza się tylko do swojego podwórka - po Internecie krążą screeny nieistniejących już komentarzy i dyskusji świetnie pokazujących mroczniejszą stronę Kochanej i Ciepłej Michalak.

hasło: pray ftmspo. Nie wiem, co za bóstwem jest ten cały Ftmspo, ale widać tylko modlitwa do niego może nas jeszcze ocalić.

Z wyrazami szacunku
Kazik

Siberian tiger pisze...

Tak całkiem nawiasem odnosząc się do komentarzy typu tych http://dekadencko.pl/analizatorzy-wybrancy-boga/
zastanawia mnie jedna rzecz - że tak się mówi często "przecież pisanie ma przede wszystkim sprawiać przyjemność", ogólnie taka "tolerancja" wśród młodych do kiepskiego pisania panuje. Ciekawy jestem, czy gdyby np. podczas meczu siatkówki Kurek zaczął piłką kozłować zamiast odbijać, to wszyscy by mówili "ale przecież to mu przyjemność sprawia, więc o co chodzi; tak miło się patrzy, jak kozłuje". Albo gdyby np. Stoch skakał jak najmniej, bo by dużych odległości nie lubił.
Shir.

Anonimowy pisze...

Siberian tiger: tak się mówi często "przecież pisanie ma przede wszystkim sprawiać przyjemność"

A na to akurat jest prosta odpowiedź: czytanie tego napisanego też ma sprawiać przyjemność. A jeśli jakiś twórca naprawdę pisze tylko "dla siebie", to niech trzyma to u siebie na dysku i nigdzie indziej.

Annorelka pisze...

" Jaki jest antonim Mary Sue? Może Joan Whale?"
Janusz Pyziak!

"A jeszcze gorsze jest to, że na małych bezbronnych gnojkach, na niemowlęciu czy paruletnim srajtku, wyżywać się zaczynają mamuśki. Zabiłabym sukę, co bierze maleńkie dziecko i o podłogę nim, rozwalić główkę. A gdy dzieciak jeszcze żyje, to udusić gołymi rękami... A już nasze sądownictwo, które na własny użytek nazywam nie wymiarem sprawiedliwości, ale bezmiarem niesprawiedliwości, to śmiech na sali. Skurwysyn-morderca dostanie pięć lat w zawiasach, bo na tyle sąd wyceni życie zakatowanego dziecka, a kurwy-morderczyni nie zamkną wcale, bo działała w szoku poporodowym... "
Zatkało mnie w tym momencie. Nazywanie mordowanych dzieci, którym niby Aśka współczuje "gnojkami" i "srajtkami"? :( To jest już po prostu bardzo przykre.
Miałam w podstawówce znajomą, która obrażała wszystkich jak leci w podobny sposób do pani dziennikarki z powieści. Gdy podłączono jej internet zaczęła nałogowo czytać ostre recenzje, kłótnie na tematy polityczne, blogi osób z depresją i potem cytowała przy prawie każdej możliwej okazji takie górnolotne, krytykanckie sformułowania nawet nie znając ich znaczenia. Dziwne zafascynowanie jedenastolatki takim językiem jest jeszcze w miarę zrozumiałe (chęć zaszpanowania, pokazania jak się jest dojrzałą), ale bardzo mnie smuci, że tutaj w podobny sposób opisuje świat osoba dorosła i jednak nieco doświadczona życiowo.

Generalnie jednak analiza poprawiła mi humor, a niektóre absurdy sprawiły, że zaczynałam chichotać dość głośno. ;D

I potwierdzam, koło Bydgoszczy są lasy. Drogę z Torunia (gdzie mieszkam) do Bydgoszczy można pokonać w 90% samymi lasami (jak ktoś się uprze), jedną i drugą stroną Wisły.
https://maps.google.pl/maps?oe=utf-8&client=firefox-a&q=toru%C5%84&ie=UTF-8&hq=&hnear=0x470334e1d994ec19:0x744a729a586a89c4,Toru%C5%84&gl=pl&ei=KLrGUqGKC4WTtAaX3ICwBA&ved=0CJoBELYD

PS Znam gifek niezwykle mi pasujący do sposobu funkcjonowania świata kreowanego w tej książce (z naciskiem na wypowiedzi Aśki):
http://img822.imageshack.us/img822/4756/qr4.gif
(rainhowlspl.deviantart.com)
Może się w przyszłości analizatorom przydać. :)
PS2 Można by zaznaczyć gdzie się kończy czerwony kwadrat?

jasza pisze...

O to właśnie mi chodziło, że wokół Bydgoszczy są lasy bez końca, więc Kinga ma robotę na długie lata, tak jeździć co miesiąc na jeden dzień i grzebać dziury to tu, to tam...

jasza

Sylwia Zbroszczyk pisze...

Tak swoją drogą - będziecie analizować więcej rozdziałów, czy to już koniec? Bo odczuwam naprawdę dziką chęć założenia bloga, na którym zanalizuję z koleżanką całą książkę, tak jak to zrobiły Maryboo i Beige z twórczością pani Meyer.

Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale Meyer przy Michalakowej jest naprawdę genialną pisarką...

Sylwia Zbroszczyk pisze...

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/148456/bezdomna - DLACZEGO to ma tyle pozytywnych opinii? Kobiety zachwycają się tym bardziej niż Stanisław Wokulski Izabelą Łęcką. Borze iglasty...

Wiem, że strasznie się przejęłam, ale ta książka po prostu mnie obraziła. Nie tylko, jako zwykłego czytelnika, z którego się robi idiotę, ale przez pogwałcenie tematów naprawdę dla mnie osobistych.

Nie mogę wyjść z szoku.

Siberian tiger pisze...

Tak właśnie: ""A jeszcze gorsze jest to, że na małych bezbronnych gnojkach, na niemowlęciu czy paruletnim srajtku, wyżywać się zaczynają mamuśki. Zabiłabym sukę, co bierze maleńkie dziecko i o podłogę nim, rozwalić główkę. A gdy dzieciak jeszcze żyje, to udusić gołymi rękami... A już nasze sądownictwo, które na własny użytek nazywam nie wymiarem sprawiedliwości, ale bezmiarem niesprawiedliwości, to śmiech na sali. Skurwysyn-morderca dostanie pięć lat w zawiasach, bo na tyle sąd wyceni życie zakatowanego dziecka, a kurwy-morderczyni nie zamkną wcale, bo działała w szoku poporodowym..."
Przypomniało mi się, że miałem się do tego odnieść. 1) Rzeczony "skurwysyn-morderca" nie dostanie pięciu lat w zawieszeniu, bo zawieszać można maksymalnie karę 2 lat pozbawienia wolności. Do dzieciobójstwa się nie przyczepię, bo ma jakieś medyczne uzasadnienie, a i ja nie jestem i nigdy nie będę w stanie go popełnić. 2) Generalnie postać tej Aśki jest śmiesznie kreowana. Biorąc pod uwagę jej cele życiowe - kasa, fajna chata i dobra blacha to raczej powinna się cieszyć, że ma o czym pisać. W końcu na podobnej sprawie wypłynęła, więc czy nie powinna być raczej wdzięczna tym "kurwom-morderczyniom" za całą swoją karierę?
Znowu Shir, obiecuję, że po raz ostatni.

Anonimowy pisze...

Polewanie zimna woda chyba wzielo jej sie z popularnego w US latach 70 'zimnego zawijania'; pisze o nim w swojej ksiazce np. Lori Schiller. W ogole mam wrazenie, ze wizja szpitala psychiatrycznego przedstawiona w Bezdomnej to popluczyny po jakiejs dramatycznej narkomanskiej kontrkulturze z lat 70-80, a szpital to narzedzie 'systemu' niszczacego indywidualnosc i tak dalej, i tak dalej. Ale tak zle jak u Michalag nie bylo nawet u Joanne Greenberg!

Croyance

Borówka pisze...

Wierzyć się nie chce, że autorka tegoż "dzieła" ma więcej niż 15 lat. Fragmenty tej książki budzą nawet już nie niesmak, ale totalne obrzydzenie (do osoby samej autorki również).

Po pierwszej części Waszej analizy z ciekawości przejrzałam komentarze na temat "Bezdomnej" na lubimyczytać.pl i już wtedy byłam ogromnie zdziwiona ilością tych pozytywnych. Po drugiej części analizy zupełnie już nie pojmuję, jak o TYM można się wyrazić pozytywnie. Ta książka obraża wszystkich i wszystko, łącznie z czytelnikiem. Jak można tego nie widzieć?

Anonimowy pisze...

Internetowa Hejterka jest w "W imię miłości".
Są też seksy w towarzystwie koni, rak i arabski szejk.

Anonimowy pisze...

ja mam dla Pani Michalak - jako komentarz - przysłowie i anegdotkę.
1. jest takie przysłowie - podaję wersję mniej-więcej: słowa niewypowiedzianego jesteś panem, wypowiedzianego-niewolnikiem. Bardzo to mądre, sugeruję Pani wypisać to czerwonym flamastrem na białej kartce i powiesić nad biurkiem
2. anegdotka: Jak W. Hugo skończył pisać "Nędzników", to wysłał to do wydawcy z listem, zawierającym jedynie wielki znak zapytania (?). Otrzymał odpowiedż: '!'. Nie będe objaśniać Pani, kim był Hugo, bo to nie ma sensu, i tak nie przeczyta Pani ani akapitu, ale zwrócę uwagę na pewną cechę, nieobcą nawet geniuszom: skromność. UWAGA DLA ANALIZATORÓW: absolutnie nie sugeruję, że proza Pani Michalak ma cokolwiek wspólnego z prozą W. Hugo.
3. a tu juz 'nadrogramowa' sugestia i delikatna porada: a może jednak warto przeczytać jakąś dobrą powieść zanim napisze się własną? Taka Anna Karenina czy Przeminęło z Wiatrem - ja wiem, że to bujdy na resorach i zramolałe pisaniny, ale może warto poczytać, jak inni budowali akcję, opisywali innych ludzi?
4. i już na koniec: jest taka książka, dostępna prawdopodobnie w każdej bibliotece osiedlowej, autorem jest taki staruch K. Dickens, a tytuł to 'Opowieść Wigilijna'. Proszę się nie martwić, nie jest to nic znaczącego, ale w pewnym sensie idea tego czegoś jest zbliżona do Pani idei. Moim zdaniem - warto, by Pani to przeczytała.
(teraz Jasza, Kura i Reszta mają konkretny plan: zabić mnie za napisanie 'Dickens' pod Pani dziełem, ale proszę nie brać tego do siebie, i tak Pani tego nie pojmie, bo i po co, co nie? Bardziej obawiam się spadkobierców Dickensa - że pozwą mnie o szarganie i zniesławienie).

Anonimowy pisze...

Halo???... Nie, nic nie napiszę, bo nie mam siły. Od kiedy to "Znak" wydaje takie ***** ************. Już wiem! Na poprawę humoru można prosić (z okazji tej niedawnej premiery nowej części "Hobbita") jakieś beznadziejne opko LotR? Hahaha chyba coś mi odbija od waszej analizy...

Pozdrawiam,
Cichy głos zza monitora

PS. Chora jestem i do tego czytam jeszcze o tej dziwnej *o.O rozgląda się nerwowo O.o* bezdomnej... A olać to, idę spać!

mysza pisze...

Ta książka... Nie, brak słów.
A wokół Bydgoszczy są lasy, to akurat prawda, czasem się żartuje, że jak się tu zgubisz to wyjdziedz koło Gdańska. Ale sklepy z farbami mamy.

Anonimowy pisze...

W ogole mysle, ze bledy typu kawalerka, kwestie prawne etc. bylyby drugorzedne (a moze i nawet by jakos z trudem przeszly), gdyby to dzieuo mialo chociaz slad jakiegokolwiek prawdopodobienstwa psychologicznego i bylo literacko dobrze napisane. Gdyby emocje byly prawdziwe i dobrze opisane, to mozna by lyknac i rozne logiczne absurdy; inna rzecz, ze nimi akurat powinni sie zajac redaktorzy. W tej ksiazce jednak (jak i innych ksiazkach Michalak) nie ma ani sensu, ani stylu, ani logiki – a kto czytal inne jej opka wie, ze wszystkie sa na jedno kopyto, i we wszystkich wystepuja ci sami papierowi bohaterzy (nawet imiona i nazwiska sie powtarzaja).

Croyance

Marikessa pisze...

@Anonim z 3.01, 21.19:
Mnie właśnie proza pani Michalak dodaje odwagi, że może i moje dziełko (obecnie w trakcie pisania trybem "przeczytaj co najmniej jedną książkę, zanim napiszesz nowy rozdział", z konspektem) ktoś kiedyś wyda. Za wsparcie świata przedstawionego (fantasy quasi-późne średniowiecze) służy mi brat, który studiuje historię; ogółem sporo znajomych mnie wspiera nie na zasadzie "pisz dalej", ale dzieląc się wiedzą ze swoich dziedzin. Znacznie przyjemniejsze niż przekopywanie się przez różne tomiszcza o rzeczach, które same w sobie mnie nie interesują. No ale ja nigdy nie będę AŁtorKasią, ani nawet bliska niej w kwestii liczby wypuszczonych książek...

Anonimowy pisze...

Jeśli można, to mam prośbę - czy moglibyście sprawdzić kod do szablonu strony, szczególnie w wersji mobilnej? Kiedy próbuję przeczytać dowolną analizę na telefonie, przez większość posta mam białe tło zamiast czarnego, przez co nie widać zbyt dobrze jasnoszarych liter.
Dziękuję :)

Anonimowy pisze...

Kochani analizatorzy! Coś do analizy: http://slodkiswiatyaoi.blox.pl/html

Anonimowy pisze...

300 ZŁ MIESIĘCZNIE?!?!?! BUHAHAHAHAHA. PŁACIŁAM WIĘCEJ NAWET MIESZKAJĄC W AKADEMIKU, I TO W NIESPECJALNIE ATRAKCYJNYM MIEŚCIE. Z tego serdecznie się uśmiałam. Nad całą resztą mogę się tylko załamać.

Anonimowy pisze...

Drodzy Niezataqpialni, sam nagłówek dostarczy Wam już sporo wrażeń... :)

http://shaman-king-the-story-of-mei-hua-ji.blogspot.com/

Frikey Slender pisze...

Nie, poważnie, nie mogę uwierzyć, że ktoś to wydał. Na usta ciśnie się tylko gromkie: Ja pierdolę.
Może nie jestem jakąś specjalistką w dziedzinie pisarstwa czy psychiatrii, bo jednak jestem jak na razie tylko po gimnazjum, ale na miłość borską, to mnie przerasta. Ja, żeby napisać kilkustronicowego fanfika, siedziałam parę godzin w necie, żeby zrozumieć zaburzenia maniakalno-depresyjne. A tutaj dawno dorosła kobieta, która myli pojęcia medyczne, wydaje pełną niedociągnięć książkę. This book seriously harms my young brain.
Podziwiam was za to, że wytrwaliście do końca, naprawdę.

blinkowa

Anonimowy pisze...

Ja płaciłam w Warszawie 300 zł za współdzielony z koleżanką pokój. Na kompletnym zadupiu. Cztery lata temu
Ale, płaciłam też 400 zł miesięcznie (i żadnych innych opłat) za dwupokojowe mieszkanie na Pradze. Gdzie haczyk? Kamienica z 1936 roku, błagała o remont, wszystko się sypało, a za sąsiadów miałam kompletny element społeczny (nawet bezdomni dzicy lokatorzy się znaleźli), a jednego z nich nawet znalazłam zabitego na schodach. Ach, cena była tak niska, bo ktoś musiał w tym mieszkaniu mieszkać (a po śmierci matki pani, która mi to wynajęła, nikt nie chciał), bo do niezamieszkałych lokali dość szybko wchodzili bezdomni. A sama właścicielka mieszkała za granicą.
No ale się da. Choć nadal więcej niż trzy stówy ;)
Tramwaj

Nuuga pisze...

Ja chcę Bajbera! Albo Pottera!! Albo nawet Tokio Hotel!!! Ale nigdy więcej czegoś takiego...

Anonimowy pisze...

Ustawka,będzie,mówili....W czwartek,mówili...


Chomik

kura z biura pisze...

W piątek, na fejsie pisali!

Anonimowy pisze...

Lokia: Efekty naszej sylwestrowej współpracy pojawią się na obu blogach w następny czwartek.
Nie każdy jest na fejsie.
Ano,do jutra wytrzymamy.

Chomik

Anonimowy pisze...

[[Usunęłam płód. Z tą całą główką, rączkami i nóżkami.]
Jasne. W dziewiątym miesiącu chyba...]

Jak widać zabobony trzymają się mocno. Cóż, mogę tylko zasugerować komentującym to co komentujące aŁtorce: żeby zriserczowały temat aborcji, niezaleźnie od własnych poglądów na ten temat.
Na początek proponuję zajrzeć tutaj:
http://www.ssnp.ovh.org/etapy%20plod.jpg

steff/ciociacesia pisze...

oj tam oj tam. 10 lat temu wynajmowałam mieszkanie na lwowskiej 17metrów, 600zł plus prąd (gazu nie bylo, woda ryczałtem w czynszu). ale to bylo na preferencyjnyuch warunkach bo sasiadka matki była włascilielką