czwartek, 10 kwietnia 2014

257. Agent z licencją na zanudzanie, czyli 008 zgłoś się (WOC, cz. 4)



Drodzy Czytelnicy, w poprzednich częściach analizy “Wszystkie odcienie czerni” jawiły się jako utwór opisujący jak wypełnić otwór. A teraz rach-ciach i zmiana. Będzie wszystko logorrheicznie wyłożone kawa na ławę. Gadaniną. Co jest równie podniecające jak wcześniejsze opisy seksu.
I ma równie dużo sensu.
Szpiegowska intryga, która nagle wyłoniła się spod przepoconego prześcieradła, jest amatorskim rozwinięciem spiskowej teorii o rozpowszechnianiu morderczych szczepionek. Mamy więc lek, który zabija nieomal jak cyjanek, mimo to został wpisany na listę refundacyjną, bo jest skuteczny na AIDS (!) Jeśli jeszcze szczęki Wam nie opadły, to mamy kolejną sensację - prawdę o leku odkrywa Paweł. Gdzie? Ano w internecie.
Życie Anny, Pawła i dzieci wisi na cienkim włosku. W tej sytuacji do fabuły wkraczają wszechmocni agenci wywiadów, płatni mordercy i szpiedzy z Krainy Deszczowców.
A dalej jest jeszcze śmieszniej.
Carramba!


Analizują: Jasza, Dzidka, Kura i Babatunde Wolaka.


Syn oznajmia Annie, że podjął decyzję co do własnego życia:
– Chcę grać w klubie. Chcę być jak Błaszczykowski.
Boże, nagle spada na mnie cała czerń wisząca gdzieś w przestrzeni. Czy to jakiś znak? Przypominam sobie program telewizyjny, w którym piłkarz opowiadał, że jak miał jedenaście lat, ojciec zabił jego matkę nożem, zasztyletował ją. Karol też to oglądał.
Mamo, nie ma wyjścia, jeśli mam być jak Błaszczykowski, muszę przeżyć tragedię w dzieciństwie, więc… nie krzycz, nie opieraj się!


[...]
Do diabła, a może to już jest czas, w którym nie mogę niczego mu zabronić? Jemu i Kindze.
Karol ma dwanaście lat, Kinga czternaście. Niestety Anno, jeszcze długie lata będziesz za nie odpowiadać.


Może skończył się czas poświęcenia, opieki? Może moje ciało zrozumiało to wcześniej i dlatego przylgnęło do Oskara, dlatego oddaliło się od rodziny.
Tak to sobie usprawiedliwiaj.


Anna rozmawia z Oskarem przez telefon:
– W sobotę lecę do Japonii – szepczę.
– Po co?
– Znaleźliśmy autora, który bardzo szybko zyskuje popularność. Chcemy go wydać w Polsce. Jak najszybciej.
A jako że słabo znam angielski, będę rozmawiała z nim, hm, JĘZYKIEM?...
Przypomina mi się pewna rozmowa o pornosach:
- Bardzo niedobre dialogi…
- Ale za to w języku powszechnie zrozumiałym!


[...]
Rozłączam się i biorę do pisania. Jestem w połowie książki. Idzie mi całkiem nieźle.
Pisanie męczy moje palce i nadgarstki, ale jednocześnie podnieca.
Myślenia nie męczy, dobra nasza!
Tak, nie wątpię, że jej pisanie może zmęczyć palce. A potem jeszcze trzeba poprawić ten milion literówek...


Widzę każdą scenę, czuję ją, odbieram całym ciałem. Kiedy więc wraca Paweł, późno, przed północą, mam na niego ochotę.
Mam wielką ochotę.
– Jestem zmęczony – mówi.
– Chodź, rozbiorę cię, umyję.


Mała podpowiedź: autor nie powinien zanadto utożsamiać się ze swoją twórczością. Inaczej - gdy uśmierci bohatera, to będzie nosić żałobę, albo będzie się sam śmiał z własnych dowcipów, lub podniecał się “pikantnymi” kawałkami, które wygenerował z siebie w pocie czoła.  
Eeee, tu bym się nie czepiała, pisanie świństewek jak najbardziej może podniecić piszącego i nakręcić go na seksik.

– Nie pojedziemy do Mediolanu – mówi w końcu.
Mediolan? Ach, tak. Ufff… Przypomniała sobie. Propozycja farmaceutów zabójców, wizje milionowych zarobków, domu w Nowym Jorku, słonecznych wakacji, Santa Monica, wakacyjnych safari w Afryce, weekendów na wybrzeżach RPA, kolacji w restauracjach z czerwonymi dywanami, dwóch porsche w garażu, kortu tenisowego pod bokiem i basenu ze schodkami tuż przy tarasie.
– Dlaczego?
– Odmówiłem.
- Ach tak...



To nie wszystko, co chce powiedzieć, ale potrzebuje czasu.
– Dobrze – kiwam głową. – I tak nie chciałabym rzucać pracy. Lubię ją.
– Wiem.
Każdy by lubił taką pracę, gdzie nie dość, że płacą za nic, to jeszcze można w środku dnia wyskoczyć na seksik.


– Zaczęłam znów pisać.
Patrzy tym razem kompletnie zaskoczony.
– O, to bardzo dobrze. Co piszesz?
– Powieść.
No coś ty, a byłem pewien, że komiks.


– O czym?
– Hm, trudno powiedzieć.
Słowo na [p] nie chce jej przejść przez usta.


To będzie… thriller.
Uśmiecha się.
– Moje życie też zaczyna przypominać thriller.
– Tak?
- A dajże mi spokój, ja mam swoje problemy, a ty znów tylko o sobie!
Zbiera się w sobie i w końcu mówi to, co chce powiedzieć od początku, a może od dawna:
– Mówiłem ci, że to mordercy. Pracuję dla morderców.
– Mówiłeś. Znów ktoś umarł?
Słyszycie ton nudy w tym pytaniu?
– W Polsce nie, ale oni wcale nie zrezygnowali z testowania tego zanieczyszczonego
specyfiku, który zabijał. To nie była żadna zanieczyszczona partia. To był świadomie
zmodyfikowany produkt, który okazał się śmiertelnie groźny.
I dlatego jest na liście leków refundowanych.


– Nie rozumiem. Skoro naprawili ten lek, czy jak to nazwać, to po co testują ten zabójczy?
– Twierdzą, że też może okazać się skutecznym lekiem i to na chorobę, na którą jeszcze nie ma leku.
– Na jaką?
– AIDS.
WHAT THE FUCK ARE THEY TALKING ABOUT???!!!


– Słyszałam, że na AIDS jest już lek i szczepionki.
Więc po co jeszcze dupę zawracać?
Nawiasem mówiąc, nawet najzwyklejszy wujek Gugiel potwierdza, że proces badań i wdrażania nowego leku to nie takie hop-siup, jak się aŁtorce wydaje…
O czym pisałam dość sporo w odcinku 2, a i w komentarzach później ktoś też dodał swoje trzy grosze w temacie...


– Nie do końca. Są terapie powstrzymujące chorobę i pozwalające żyć z AIDS, ale nie ma pigułki, która mogłaby szybko wyleczyć chorego i usunąć wirus z nosiciela. Myśleli, że to niemożliwe, ale teraz przez przypadek okazało się, że jednak. Mało tego, ta pigułka działa niemal jak antybiotyk. Wystarczy tygodniowa terapia i wirus znika, zostaje zabity.
Razem z nosicielem???
No, to JEST jakieś rozwiązanie problemu...


Mam mętlik w głowie, to wszystko jest zbyt skomplikowane, nic nie rozumiem, bo Paweł mówi ze smutkiem o czymś, co przecież wszystkich nas powinno cieszyć.
Że miał to być lek podtrzymujący ciążę, a okazał się dobry na AIDS.
Gdyby szukali leku na AIDS, pewnie wynaleźliby super maść na trądzik.
To akurat jest OK, pamiętam lek, który okazał się rewelacyjny jako wspomagacz w rzucaniu palenia, chociaż badano go w zupełnie innym wskazaniu :) Ale po pierwsze to powinno być inaczej napisane, a po drugie jak Kura już zauważyła: to lek na niewiadomoco (bo nigdzie nie zostało powiedziane, na co), który przy okazji podtrzymuje ciążę, a teraz jeszcze przy okazji leczy AIDS - co za dużo, to niezdrowo.
Niech jeszcze leczy łupież i robi za osłonę przy antybiotykach.
Placebo, ale za to bardzo skuteczne.


No, chyba że przyjmujemy, że wszyscy chorzy i nosiciele AIDS powinni umrzeć, bo są sami sobie winni. Ale chyba nawet brzydzący się homoseksualizmem i innością Paweł nie mógłby być tak radykalny?
– To chyba dobrze – mówię ostrożnie.
– Pigułka na AIDS byłaby dobra – odpowiada, a ja wzdycham z ulgą. – To byłoby przełomowe odkrycie, a koncern zarobiłby miliardy dolarów. Wszyscy zarobiliby krocie. Problem w tym, że lek zabija i wirus, i nosiciela.
*słabo* Ej, pani aŁtorko, ale ja żartowałam...


– Testują ten lek już od pięciu lat. Początkowo na zwierzętach, szczurach, małpach, a gdy te przestały umierać i zdrowiały, zaczęli testować na ludziach. W Afryce. Ofiar nie są setki, tylko… tysiące. Może dziesiątki tysięcy.
Jeszcze lepiej.


– Boże.
Borze, jak ta kobieta nie ma zielonego pojęcia o badaniach leków.
A o czymś ma pojęcie?


– Niektórych udaje się wyleczyć, było ich coraz więcej, aż w pewnej chwili wydawało się, że jest już wszystko pod kontrolą, że pacjenci przyjmujący lek nie odczuwają większych skutków ubocznych, a przede wszystkim nie umierają.
I w dodatku donaszają ciąże.


Wtedy zdecydowano się zaryzykować z małymi partiami w Europie.
W Afryce łatwo jest tuszować skandale, nawet śmiertelne.
Przypomnijmy ciąg zdarzeń - Początkowo na zwierzętach, szczurach, małpach, a gdy te
przestały umierać i zdrowiały, zaczęli testować na ludziach. W Afryce. Łapali ochotników przy wodopoju i wrzepiali pigułę.


W Europie, nawet wschodniej, nie jest tak prosto. Tak więc robili to ostrożnie, na małą skalę, ale i tak się nie udało. Tak jak ci powiedziałem, zmarło najpierw kilkadziesiąt, potem sto pięćdziesiąt osób. Podobno w Bułgarii i Rumunii jeszcze więcej.
Ale PO CO? Po co nadal testować lek, po którym już umarły tysiące osób?
Żeby zmarło jeszcze więcej, *mroczny śmiech*


– Ale przecież mówiłeś, że lek wciągnięto na listę refundacyjną?
ZUS domagał się piguły, która będzie obowiązkowo dawana wszystkim po ukończeniu sześćdziesięciu pięciu lat.
“Popierajmy partię czynem, umierajmy przed terminem”?


– Tylko po to, żeby zakamuflować to wszystko, o czym ci mówię. To zupełnie inny lek, coś innego.

tumblr_inline_myun80VepZ1qzujft.gif
https://31.media.tumblr.com/20d1911d6435bff18d9af4def312749b/tumblr_inline_myun80VepZ1qzujft.gif


– No i co oni dalej z tym robią?
– Ponownie wrócili do testów w Afryce. Jak wszystko ucichnie i zmodyfikują lek, pewnie spróbują znowu.
Droga Rado Nadzorcza, nasza firma wciąż ma za dużo pieniędzy. Proponuję utopić jeszcze tak ze dwadzieścia milionów dolarów w tym leku, a kolejne sto przeznaczyć na procesy i odszkodowania. Kto jest przeciw, nie widzę?


– To okropne, ale skąd ty to wszystko wiesz?
– Toczy się proces, już od jakiegoś czasu.
– Gdzie?
– W Brukseli.
Która jest centrum całego zła na Ziemi.
Cywilizacja Śmierci z siedzibą w Brukseli!


– Dlaczego nikt o tym nie mówi?
– Media lubią pieniądze koncernów, a proces toczy się za zamkniętymi drzwiami.
Assange zniknął, następców nie zostawił.
No proszę - zamknięto drzwi i już jest cicho. Nikt ani mru-mru!
“Proces za zamkniętymi drzwiami” oznacza tylko tyle, że przebieg jest niejawny. Natomiast to, że proces się odbywa, nie może być tajemnicą. Tyle pan prawnik powinien wiedzieć.


– I oni, twoi klienci, przyznali się do tego? Przyznali się do tych wszystkich morderstw?
Tak! Gorzko płakali i obiecywali, że się poprawią.
Aczkolwiek zaprzeczyli, że podali pigułę Bubumdabbie Balacongo.


Paweł uśmiecha się smutno, kręci głową.
– Nie, oni twierdzą, że są niewinni, że to wszystko kłamstwa.
– Więc skąd wiesz?
– Z Internetu.
Aaaaa! Psiamać… takie fajne biurko było!


Jest taka strona założona przez jakiegoś lekarza z Afryki.
Jest dobrze ukryta w niedostępnym zakątku Kongo, dlatego nikt (poza Pawłem) o niej nie wie.
Po prostu słabo spozycjonowana.


Są na niej dokumenty, dowody, zapiski, zdjęcia. To wszystko, co jest także w materiale procesowym.
– A może jednak oni kłamią? Ci z Internetu? Może firma jest niewinna?
– Może.
A proces toczy się ot, tak na podstawie poszlak wyssanych z palca.
Paweł, jako prawnik koncernu nie został nawet przesłuchany. Wszystko wskazuje, że jest to raczej proces trawienny.


Sami w to nie wierzymy, choć łatwiej byłoby uwierzyć.
– Wiesz, te materiały są naprawdę wiarygodne – kończy Paweł. – To nie jakieś rojenia szaleńca, tylko twarde dowody. Z analizami, z konkretnymi przypadkami. Bardzo twarde dowody, niemożliwe, żeby zostały spreparowane.
Jeśli coś preparować, to tylko “twarde dowody”!
Tak, “twarde dowody” Burka.
Btw, nie takie twarde dowody ludzie potrafią spreparować, internet jest cierpliwy i wszystko przyjmie. Starczy spojrzeć na strony antyszczepionkowców.


[W każdym razie Paweł podejmuje jakąś Dramatyczną Decyzję, od której Anna aż blednie]



Tokio drift


Kolejny rozdział zawiera służbową (tym razem naprawdę) podróż Anny do Japonii. Podróż zaczyna się - a jakże! - od erotycznego snu w samolocie.



Poza tym, że kocham Murakamiego, co wiem o Japonii? Samuraje, filozofia, Szinto i Budda, cesarz, grzeczność, piękne kimona, domki z papieru, egzotyczny czar, sake, ogrody, ceremonia parzenia herbaty, wiśnie, gejsze – wszystko pięknie, ale też zabijanie delfinów, niewyobrażalne okrucieństwo, jakuza, zwodniczy honor prowadzący do śmierci, krwawa manga, yaoi, kultura, która fascynuje i przeraża, odmienności nie do pojęcia dla Europejczyków.
Czy ona naprawdę wierzy, że jak wymieni jednym tchem te kilka-kilkanaście skojarzeń, zrobi wrażenie na czytelniku?
Zestawienie yaoi z jakuzą i zabijaniem delfinów jest… urocze.


Zastanawiam się, czy będę w stanie odwiedzić Muzeum Pokoju w Hiroszimie,
Obawiam się, że jedyna twoja szara komórka, odpowiedzialna za dopływ krwi do łechtaczki, i tak nie da rady unieść tego, co tam zobaczysz.


czy zdołam zjeść żywą rybę ikizukuri, małpi móżdżek, ośmiornice, węże, inne obrzydlistwo.
Ale znaczy to jest jakiś obowiązek, tak? Jeśli nie zjesz, nie pozwolą ci wyjechać i skażą na piętnaście lat ciężkich robót przy sprzątaniu w Fukushimie?


Orient mi się trochę miesza. Nie wiem, czy część moich obaw nie dotyczy bardziej Chin, Tajlandii i Korei.
Zatem można uznać, że twoje marzenie o chińskim kochanku zaraz się spełni.


Mam trochę ponad dobę na zwiedzanie Tokio, na odprężenie, na seks, na co tylko przyjdzie ochota.
Przecież to synonimy.


Jestem w Tokio, w Japonii i chcę tylko spać, patrzeć przez okno na drzewa sakura [wiśnia jest taka pospolita] w ogrodzie daleko za hotelem i popijać wodę z porcelany. To chyba niedobrze.
To raczej normalne, jet lag i takie tam.
“Picie wody z porcelany” trochę mnie dziwi, ale niech będzie.


Wieczorem z okna widzę prostytutki czekające przy jednej z ulic. Co chwila podjeżdża do nich samochód. Dziewczyny nachylają się, wsiadają do środka lub klient parkuje samochód, a potem idzie z nimi w kierunku drzwi hotelu. Niesamowite, zarezerwowali mi hotel z pokojami na  godziny.
Przejrzeli cię na wylot!


A czy sama w takich nie bywałam?
No - nie. Jak sama wspominałaś, w twoich hotelach płaciło się za całą noc.



Anna idzie na spotkanie z autorem i jego agentem.
Autor nazywa się Akira Kobe.
Akira jak Kurosawa, Kobe jak hodowla najszczęśliwszych krów.
Co ciekawe, taki osobnik naprawdę istnieje, jednak nie jest pisarzem, a producentem seriali.


Przy stoliku obok hałasują trzy japońskie nastolatki. (...) Szczebioczą i robią dużo hałasu, przekrzykując się, śmiejąc na przemian i pokazując w telefonach komórkowych SMS-y, zdjęcia i filmy.
Mam wrażenie, że oglądają zdjęcia mężczyzn lub porno, i rumienię się.
Bo oczywiście nie mogą sobie pokazywać filmików ze śmiesznymi kotami, prawda…?



Pokazują mi cztery książki Kobego po japońsku.
– Ta ostatnia została sprzedana w nakładzie miliona egzemplarzy. To na pewno będzie sukces i w Polsce – mówi agent.
Ważę ją w dłoni. Ma dużo stron. Powinno być dobrze. Teraz znów sprzedają się grube książki.
Nie, droga Anno - to nie jest tak jak w pornobiznesie, gdzie znów sprzedają się grube wszetecznice.
Nieno, dobrze kombinuje. Dać odpowiednią czcionkę, margines, napompować objętość - a potem będzie można podzielić powieść na dwa tomy i zarobić dwa razy więcej kasy, mwahahahahaha.


Ale czy na pewno powinno być tak, że szukamy tylko książek, które się sprzedają?
*powoli i spokojnie* Anno, pracujesz w wydawnictwie. Wydawnictwo po to produkuje książki, żeby je sprzedać. Inaczej firmie grozi plajta.
Z drugiej strony, ma nieco racji - renomowane wydawnictwo, które dla kasy wydaje “sprzedającą się” szmirę, to jednak tak trochę nie bałdzo.
Cja. Nie brzmi znajomo?


– O czym jest?
Agent i pisarz patrzą po sobie zaskoczeni. Chyba uznali, że znamy ją, a może już zleciliśmy tłumaczenie.
Najwyraźniej założenie, że to wydawnictwo wie, co robi, jest zbyt śmiałe.
(Serio, wysłali na negocjacje z pisarzem pańcię, która nawet nie zadała sobie trudu, żeby dowiedzieć się, CO mają zamiar wydać…?)
Nikt nie rozejrzał się, czy dzieło aby nie zostało już przetłumaczone (i czy tym samym zaistniało na rynku księgarskim), a potem je khmmm… przeczytał?


W kilku zdaniach zapoznajemy się z treścią książki - miłość policjanta do dattchi waifu, sztucznej kobiety - po czym przechodzimy do znacznie obszerniejszego opisu erotycznych atrakcji Tokio. Pisarz i jego agent urządzają Annie wycieczkę ich szlakiem - serio, czy w Tokio nie ma nic innego do zwiedzania, czy też ona ma na czole wypisane, że interesuje ją tylko seks?
BoCHaterka trafia do mizu shobai, klubu miłości.
(wszelkie japońskie słowa oraz ich tłumaczenia za książką)



W kolejnym pokoju uderza w nas agresywna muzyka. To już normalna dyskoteka z młodzieżą w roli głównej. Prawie normalna, bo dzieciaki wszędzie kopulują, biegają bez ubrań, zalegają w kątach pijane i oszołomione narkotykami.
Mujborze. I już wiem, skąd Milenka czerpała inspirację do sceny w dyskotece z tej analizy:


Zastanawiam się, co mam zrobić, jeśli Akira będzie próbował nakłonić mnie do seksu. Patrzę na niego i myślę, że może jednak mogłabym się zgodzić. Wtedy czuję na sobie inną dłoń i kiedy się odwracam, widzę młodego, niezwykle szczupłego chłopca. Nie ma na sobie niczego, a jego penis sterczy sztywno, wykrzywiony do góry. Nigdy nie widziałam tak wykrzywionego penisa.
Jak widać, Azjaci nie tylko oczy mają skośne.
Jest to tak zwana fleischkatana.
Równie mordercza, co Fleischgewehr!


(...)
Ma talent. Och, jaki ma talent. Wierzga na mnie, jak chyba nikt dotąd, z niezwykłą wręcz finezją, namiętnością, z pełnym poezji czarem.
“Wierzganie” nie bardzo kojarzy mi się z “finezją”.
Chwycił mnie za włosy, porwał mnie za włosy i szarpał, darł, targał i wlókł mnie nogą za włosy po śniegu… Tak mnie bił, tak cudownie bił kopytami swego czarnego demona.



Otwieram drzwi hotelowego pokoju, rzucam na komodę torebkę, wchodzę od razu do łazienki i siadam na sedesie. Długo nie sikałam i mam wrażenie, że teraz trwa to całą wieczność.
Doprawdy jesteśmy wdzięczni za te szczegóły!
Niech jeszcze powie, czy ciemny, czy słomkowy...
Z odczynem kwaśnym, czy zasadowym.




[Po wyjściu z łazienki boCHaterka zastaje niespodziewanego gościa]
– Witaj, Anno!
– Co tu robisz?
Wiktor uśmiecha się radośnie i sztucznie jak włoski mafioso. Jest w tym momencie bardzo podobny do filmowego sycylijskiego gangstera.
Ejże, a podobno Wiktor był brzydki!

 


Pewnie wiecie na czym polega suspens kryminałów klasy B - gdzie złoczyńca do zanudy opowiada swojej ofierze o tym co zrobi i dlaczego to zrobi, i dlaczego tak gada, i czemu właśnie teraz nie zrobi tego co obiecuje, choć ma taki zamiar (czas ucieka, bohater może przepiłować więzy makaronem, a widzowie umierają z nudów), ale jednak nie, teraz nic nie zrobi, poczeka na później - no więc, było tego nudnego, głupiego i naiwnego tekstu przez sześć stron, 14000 znaków.


Uśmiech Wiktora. Tajemnicza, wąska kreska poniżej nosa (nie, serio?), trzy centymetry od końca brody, pośrodku w szerokości, w jednej trzeciej w wysokości.
Brzmi jak opis do portretu pamięciowego.





Szczelina, przez którą można zajrzeć do zepsutego wnętrza.
Taki bogaty biznesmen i nie stać go na dentystę!


Wiktor nie jest dobrym człowiekiem i nie przychodzi do kogoś, jeśli nie ma interesu.
A co, odpadł mu?
Widocznie na wenerologa też go nie stać.


Boję się go. To człowiek, który składa się w połowie ze strachu. Reszta jego postaci jest tym strachem przytłoczona. Nie liczy się.
Znaczy, on robi po nogach ze strachu, ale ona boi się go jeszcze bardziej? Nieźle się dobrali.
Facet po prostu boi się własnego cienia i z tego strachu jest zdolny do wszystkiego.


– Żeby wykonać swoje zadanie, muszę najpierw trochę pogadać – powiedział.
- Tak, rozumiemy, takie są reguły... - westchnęli ciężko czytelnicy.


– Posłuchaj uważnie, to może nie pożałujesz. Otóż za chwilę opowiem ci wszystko, co z tobą zrobię, tak żebyś była na to przygotowana, tak żebyś wiedziała, na co się godzisz. To będzie coś jakby kontrakt pomiędzy kochankami grającymi w grę, powiedzmy w jakieś rozgrywki z kart markiza de Sade. Słyszałaś o kimś takim? Niektórzy uważają go za filozofa, dla mnie to zwykły zboczeniec, choć w mojej pracy całkiem przydatny. Podobnie jak Freud. Zrozumienie Freuda leży u podstaw mojego stosunku do kobiet i do siebie samego. Lubię myśleć jego wykładami. Naprawdę często są zaskakująco trafne, choć nie do końca. Bo żeby były do końca, Freud musiałby być mną, a nigdy nie będzie. Nigdy nie był zabójcą. Nikogo, biedak, nie zamordował. Nawet cudzymi rękoma. Ustalamy więc granice, dziecino, i nie przekraczamy ich. Jeśli się nie zgodzisz i zrobisz coś głupiego, to… sama wiesz…
Już rozumiecie, dlaczego nie uraczymy Was pełnym tekstem?


Następnie Wiktor ze szczegółami opisuje, jak to Annę zgwałci. Cóż, niektórych podnieca dźwięk własnego głosu.



– Dlaczego? – pytam cicho, cały czas spokojna.
– Dlaczego chcę cię koniecznie zgwałcić? Przecież wiesz, że mi się podobasz. Lubię to. Lubię gwałcić. Ale tak naprawdę… Nie tak jak Oskar, na niby. Ze mną byś miała prawdziwy gwałt, nie taki udawany. Dobrałbym się do ciebie, dziecinko, i zerżnął tak, że przez tydzień byłoby ci ciężko się załatwiać i siedzieć na tyłku, a chodziłabyś jak piłkarz. Wierz mi, potrafię tak gwałcić. Miałem czas się nauczyć. Nie zasłaniaj się!
Odrzucam prześcieradło, które zaciągnęłam ukradkiem, rozkładam ręce i pozwalam mu patrzeć.
Niech ma. Niech się ślini, zboczeniec jeden!


Bla bla bla, w kolejnej rozwlekłej, bardzo rozwlekłej przemowie Wiktor nakazuje Annie uspokoić męża, żeby przestał interesować się koncernem farmaceutycznym, bo inaczej zostanie usamobójstwiony, ewentualnie wrobiony w morderstwo swej żony.


– Dość, już wszystko wiem. Poradzę sobie.
– Nie, jeszcze nie wszystko. (...)
I wyjmuje zdjęcia Kingi i Karola.
– Teraz opowiem, co zrobię z nimi, jeśli ci się nie uda.
I znów zaczął gadać. Całe szczęście, że boChaterka była starannie wysikana.



Nic mi nie zrobił. Nie mogę w to uwierzyć. Nawet nie zgwałcił.
Obiecanki-cacanki… Foch!


Nagadał się i poszedł.
Erotoman-gawędziarz. Dziobaty.



Rano czym prędzej jadę taksówką na lotnisko. Choć nie przyspieszę lotu, nie zmienię niczego, na co nie mam wpływu, to chcę jak najszybciej porozmawiać z Pawłem i wybić mu z głowy wszystkie te głupoty o sprawiedliwości, interesie społecznym, honorze, odwadze i czym tam jeszcze.
Nie chcemy zobaczyć naszych obciętych głów w śmietniku.
Oczami duszy, nieprawdaż.
To jest Zdanie Roku.



Z lotniska odbiera Annę Trevor Jones (pamiętamy, ten rzekomo były agent i autor powieści szpiegowskich, któremu zleciła zdobycie informacji o Oskarze).


Wcześniej wręcza mi kartkę z instrukcjami, więc wiem, że nie wolno mi powiedzieć niczego znaczącego, dopóki nie będzie BEZPIECZNIE.
Zaraz zobaczycie, jak Anna stosuje się do wytycznych.


Nagle hamuje gwałtownie i skręca kierownicą, wjeżdżając niemal pod prąd. W ostatniej chwili skręca w boczną uliczkę, potem w kolejną i jeszcze raz. Taksówka przyspiesza i zwalnia gwałtownie. Ja miotam się po tylnej kanapie z przerażonym wyrazem twarzy. Nikt nie jedzie za nami. Nie widzę żadnych świateł.
Gdyby mnie ktoś pytał, powiedziałabym, że facet się popisuje i urabia frajerkę...



W drodze z Okęcia do centrum zostają wchłonięci przez moce świata równoległego.
Trevor wariuje jednak dalej. Uspokaja się dopiero na kolejnej wylotówce.
Jedziemy trzecim pasem, nagle skręcamy, zjeżdżamy na prawo, Trevor hamuje, włącza awaryjne i wysiada.
– Szybko – woła, otwierając mi drzwi.
Idę za nim do zagłębienia, czyli w dół w którym są jakieś schody ewakuacyjne.
Gdzieś na poboczu jakiejś ulicy w Warszawie znajduje się Dziwna Dziura, która prowadzi w górę.


Zanim zaczniemy się wspinać, znaczy - w tym zagłębieniu? prosi o moją komórkę, otwiera ją, wyjmuje kartę SIM i baterię. Po namyśle łamie kartę i wyrzuca wszystko do kanału.
O, to dziwne miejsce jest skanalizowane.
Na górze przyciska palec do ust.
Nie wiadomo co ich porwało, ale trzyma ich na górze dołu.
Chyba to oznacza, że wciąż nie jest BEZPIECZNIE.
Idziemy szybkim krokiem prawie pół godziny,
Pokonując tym samym jakieś trzy kilometry...


w końcu wchodzi w jakąś bramę, otwiera drzwi kluczem, mamrocząc zaklęcia i układając palce w Znak potem jeszcze jednym kodem w domofonie, słyszę brzęczyk, drzwi ustępują, jesteśmy u celu.


Trevor wyjmuje kolejny pęk kluczy, bezbłędnie dobiera właściwy i otwiera mieszkanie na półpiętrze. Wciąż przyciska palec do ust. Nie jest BEZPIECZNIE.
Bierze kartkę i pisze:
ROZBIERZ SIĘ DO NAGA I IDŹ SIĘ WYKĄPAĆ. TAM ZNAJDZIESZ CIUCHY DLA SIEBIE.
Bez tej instrukcji wykąpałaby się w odzieży.


– Nie będę patrzył – zapewnia szeptem.
- Nie bądź taki! Taki niezainteresowany!



Jakaś cząstka mnie chce, żeby się odwrócił podczas tego rozbierania albo wszedł teraz i pokazał, że jest mężczyzną. Wygląda przecież całkiem męsko. Mógłby być z niego ciekawy kochanek.
DKJP, czy ona musi? Musi? Zawsze i wszędzie, w każdych okolicznościach?!



Słyszę, jak zbiera wszystkie moje rzeczy do reklamówki, otwiera drzwi i wychodzi.
Nie wiadomo, co mu te ubrania zawiniły, ale opis pozwala nam myśleć, że Trevor idzie je wyrzucić, prawda?


Obok prysznica leży bielizna, bawełniana i trochę staroświecka [trzeba zapomnieć o Majtkach Zagłady], oraz szary dres bez żadnych ozdób. Jest miękki i miły w dotyku. Odpręża mnie. Czuję się lepiej.
[...]
– Teraz już możemy mówić. – Ma głos alkoholika, degenerata, a może specjalnie tak potrafi go modulować. Skrzeczący, ochrypły, niski szept. – Choć tak naprawdę nigdy nie możemy być pewni, czy ktoś nas nie słucha. Wiesz, jaka jest główna zasada służb specjalnych?
– No?
Nadstawiamy uszu:
– Zawsze mów tylko to, czego nie będziesz się wstydził, słuchając nagrania. W dzisiejszym świecie wszyscy nagrywają i w każdej sytuacji. Nie rób niczego, czego byś się potem wstydził.
Czego będziesz się WSTYDZIŁ?! Czy ja to dobrze czytam? WSTYDZIŁ?! Jedynym zmartwieniem służb specjalnych jest to, że mogą powiedzieć coś, czego się będą potem WSTYDZIĆ?!


– A ty się wstydzisz?
– Bardzo często. Jednak ja jestem tylko pionkiem.
– Tak jak i ja.
– O nie, kochana, ty jesteś figurą.
Czy mogłoby być inaczej? W bezlitosnej walce wywiadów i światowych korporacji grających o miliardowe zyski, boChaterka musi być ważną figurą. To nic, że jest puszczalską mameją stojącą otworem do każdego. To nic, że ma umysłowość chomika...


Pionek dostaje zadanie do wykonania, zajmuje pozycję, za którą mu płacą, potem ginie lub zostaje na szachownicy bez specjalnego wpływu na wynik partii.
Ale jego rola jest równocześnie niezwykle istotna. Bez niej być może wynik byłby zupełnie inny.
*pada porażona sensem powyższego, zawija się w całun i daje się wynieść z opka*


Tak czy inaczej, to figura ma prawo ruchu zgodnie z zasadami, może poruszać się w tył, w bok i w przód.
Ty jej mów tak, żeby zrozumiała. Mów “od tyłu, z boku, od przodu”.


I teraz - tadam! Myślicie, że naprawdę chodzi o afery szpiegowskie, walkę wywiadów, że Oskar siedzi w samym centrum największej akcji CIA od czasu Zatoki Świń, czy coś podobnego? A może maczał palce w aferze z lekami i to właśnie chce oznajmić Trevor Jones?
Nie.
Ciągle chodzi o Julię, jego żonę, którą może zabił, a może nie, ale nawet jeśli, to miał dobry powód, gdyż albowiem...


Okazało się, że Julia nie była święta.
– Nie była święta?
Tylko błogosławiona. Wiesz, proces kanonizacyjny musi potrwać.


– Zdradzała go. Często.
Oskar, jego doskonała seksualność i zdradzająca go Julia. Coś tu nie gra.
Gra, gra, dla mnie też ten cały Oskar jest mega obleśny.


– To niemożliwe.
– A jednak. Generalnie Julia była znana z pociągu do mężczyzn. Oddawała się im na każdym kroku bez żadnego widocznego schematu.
A to zdzira nierządna! - pomyślała z oburzeniem Anna.


Potrafiła pójść w bok ze stolarzem i doradcą ministra. To było… naprawdę częste. I dość widoczne dla pobocznych obserwatorów.
Indeed, it does ring a little bell...


[...]
– Mimo wszystko, mimo braku zeznań o awanturach, zdrada to dobry motyw zabójstwa.
Dlatego Oskarowi postawiono zarzuty.
– Jednak nie miał procesu?!
– Trudno o proces bez ciała. Przynajmniej w takiej sprawie. Były tylko poszlaki… i coraz większe zainteresowanie polityków. Zaczęły się pytania do prokuratury, ministerstwa, coraz więcej przyjaciół Oskara Kordy pytało o niego. No i to przyniosło efekt. Sędziowie nie chcieli się babrać w polityce, prokuratorzy też. Oskar wyszedł na wolność.
Cóż, miał szczęście, że nie znalazł się żaden młody i ambitny z przeciwnej opcji politycznej niż jego przyjaciele, który zapragnąłby “rozbić układ”.


Przymykam oczy, drżąc wewnątrz jak delikatna roślina poruszana wiatrem. Jestem nią. Jestem tylko rośliną. Niczym więcej.
Tak, jesteś rośliną! Nie obrażając paprotek, rzecz jasna.



Myślę o wąskich ustach. Myślę o Wiktorze.

 Photo-Mouth-of-Truth-Credit-Frank-OConnor.jpg


Tak, to on wyrwał mnie z mocy kochanka. Gdyby nie on, może Oskar wciągnąłby mnie głębiej w ten scenariusz, pograł na moich uczuciach, a potem… A potem to ja bym zniknęła. Jak Julia.
Do diabła z tym wszystkim. Nie jestem przecież gówniarą. Już nie.
Wiemy, wiemy. Jesteś trzydziestopięcioletnią, zadbaną, seksowną rośliną  matką dwojga dzieci.


– Tak czy inaczej – kończy Trevor – Korda powrócił do biznesu, tyle że jest teraz jeszcze bardziej tajemniczy. Trudno dostać się do jego serca. Tobie się udało.
– Skąd o tym wiesz? Próbowałeś?
– Nie jestem głupi.
Marysujkę rozpoznam na kilometr.


Wtedy mówię mu w końcu o Wiktorze, o leku na AIDS, o procesach i wielkich pieniądzach, o tym co mnie spotkało w Tokio, o Kindze i Karolu, o tym, że nie zasługują na śmierć, że życie im się należy, mówię o miłości do Pawła, która nagle wróciła, czysta i wspaniała.
Mówiłam? Ona ma naprawdę jakiś syndrom pozdradowy.



Znów jestem w swoich starych ciuchach.
Trevor każe mi je włożyć, tylko pamiętać, że gdzieś tam może być pluskwa (choć pewnie jej nie ma a ja założę się, że teraz już jest) i żebym nie mówiła niczego, czego mogłabym żałować.
Raczej - czego miałaby się potem wstydzić.


– Tak jakby ktoś cały czas nagrywał?
– Właśnie.
*bierze głęboki oddech* Ok, ok, uznajmy, że Trevor odstawia ten cały cyrk, bo jest paranoikiem i mitomanem, po prostu. Bo jeśli faktycznie takie środki ostrożności były potrzebne do przekazania informacji, że żona szemranego biznesmena zdradzała go z kim popadnie, to… *załamuje się i z płaczem ucieka z opka*



Paweł jest wściekły.
– Gdzieś ty się podziewała, do diabła? Martwiłem się. Wszyscy się martwiliśmy.
[...]
Biorę kartkę i piszę na niej:
PROSZĘ. MUSISZ POSŁUCHAĆ. INACZEJ WSZYSCY ZGINIEMY. TY, JA, KINGA, KAROL. WSZYSCY, ROZUMIESZ?
I BĘDZIEMY  OGLĄDAĆ  SWOJE  GŁOWY,  ROZUMIESZ?!  


Ma ochotę zmiąć tę kartkę, rzucić do śmieci, ale coś w mojej twarzy go powstrzymuje. Chyba widzi, że to nie żarty. Nie po tym, czego się dowiedział.


KŁÓĆMY SIĘ, MUSIMY SIĘ KŁÓCIĆ.


– Dziwka – mówi. – Jesteś dziwką.
Sprawia mu to wyraźną przyjemność. Naprawdę tak myśli.
Spodobało mu się.  


A mnie wcale nie chce się grać jakiejś gwiazdy filmu akcji.
Nie jestem kobiecym Jamesem Bondem. Jestem tylko słabą dziewczyną. Matką i żoną. I zdrajczynią. Tak, jestem zdrajczynią. Jestem dziwką.
– Wybacz – odpowiadam. – Masz rację, jestem dziwką.
O, jej też się podoba!


W TOKIO DO MOJEGO POKOJU PRZYSZEDŁ ZABÓJCA. WIKTOR, TAK SIĘ PRZEDSTAWIŁ. POWIEDZIAŁ MI, CO SIĘ STANIE, JEŚLI PÓJDZIESZ DO MEDIÓW, JEŚLI NIE BĘDZIESZ MILCZAŁ! MUSIMY SOBIE NAJPIERW Z TYM PORADZIĆ. MUSIMY!
A jak ona pisze te elaboraty, to milczą? No to jako kłótnia to świetnie brzmi dla podsłuchującego.
- A ta gruba baba tyłem, to kto? - spytała ponuro Kura.
- Przyjaciółka pana domu - odparła równie ponuro Dzidka i obie ciężko westchnęły, wspominając dialog, jaki na użytek podsłuchu wygłosiły Joanna i Alicja w “Krokodylu z kraju Karoliny”.



Rozumie, że nie żartuję. Widzę to po jego twarzy. Powoli normalnieje, pojawia się na niej rezygnacja. Wściekłość ucieka. Wkrada się strach i niepewność. Nie jest specjalnie zaskoczony. Musi dużo wiedzieć o metodach pracy swojego klienta.
Zbiera się w sobie i znów atakuje, trochę łagodniej, trochę za sztucznie:
– Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś?
– Nie potrafię ci powiedzieć. To było we mnie. Drzemało i… wybuchło.
– A Kinga, Karol? A ja? A my? A ciocia Rozamunda? A nasz pies, żółw i chomik?
– Nie było nas.
Był las.


Skończyłam pisać kolejny wers:
WSZYSTKO, CO NAPRAWDĘ MYŚLIMY, PISZEMY NA KARTCE. KŁAMSTWA MÓWIMY. MUSIMY DOBRZE KŁAMAĆ.
I za chwilę wszystko się pozajączkuje, bo:


A czyż prawda nie jest najlepszym kłamstwem? Czy to nie jest dobry moment na katharsis? Wyrzuć to z siebie, Anno. Powiedz mu wszystko, od początku do końca. Niech pozna przyczyny, niech zrozumie.
Ej, to może być niezła metoda, podsłuchujący usną z nudów.



ON TEŻ MOŻE BYĆ W TO ZAMIESZANY. MOŻE WSZYSTKO BYŁO PUŁAPKĄ.
Paweł też bierze kartkę, pisze coś dłuższego.
No powiedz coś, do diabła. Nie mówi, więc ja mówię.
Awantura aż iskrzy, prawda? Dla podsłuchującego musi być to niezła próba nerwów.


Opowiadam mu o poznaniu Oskara, o tym, jak bardzo byłam samotna, jak potrzebowałam seksu i miłości. Opisuję Oskara, jego pojawienie się, uwodzicielski czar, mówię o seksualności, potrzebach. Nieskrępowanie, boleśnie.
Jeśli komuś na tym zależało, to ma ujawnione najgłębsze sekrety Oskara Kordy - imię, nazwisko i że jest demonem seksu.
Jeszcze rozmiar, ulubiona pozycja i to, ile razy może w ciągu jednej nocy.


Dobrze, jeśli to usłyszy. Musi wszystko usłyszeć.
Kto? Ten nieszczęsny pracownik Służb Specjalnych, który siedzi dzień i noc w dusznej kanciapie ze słuchawkami na uszach?



– To chyba musiało się stać, zbytnio się od siebie oddaliliśmy – kończę. – Ale nie chcę, żeby to nadal trwało. Jeśli mi tylko pozwolisz, wrócę do ciebie.
Boże, to zabrzmiało jak w tandetnym teatrze.
Nie, to zabrzmiało jak w tandetnej szmirze.


Nie jestem zbyt dobrą aktorką. A jednak tekst spełnił swoją rolę.
– Obiecasz, że się z nim nie spotkasz?
– Obiecam.
– Nigdy?
– Nigdy.
Jak bum cyk-cyk!


W końcu podaje mi kartkę. Na niej masa pokreślonych zdań. Coś o mnie i Oskarze. Coś o bandytach, o szczepionkach, o koncernie. O seksie. Wszystko pomazane. Zostało tylko jedno zdanie. Tylko jedna rzecz, którą chcę przeczytać. Tak dobrze mnie rozumie. Nikt nie rozumie mnie lepiej niż Paweł.
KOCHAM CIĘ!
Odpisuję mu bardzo krótko.
JA CIEBIE TEŻ.


I na pamiątkę zgody małżeńskiej, Anna powinna te kartki wkleić do pamiętnika.
A swoją drogą, od czasu “Krokodyla z kraju Karoliny” technika poszła trochę do przodu - co jeśli zamontowano im nie podsłuch, a kamerę?


Czeka, milczy, nie pisze. Sięgam ponownie po długopis.
ALE TO NIE ŻARTY. MOŻEMY ZGINĄĆ.
Odpisuje:
WPIERDOLILIŚMY SIĘ PO USZY.


[A teraz, na użytek podsłuchu, Anna powtarza Pawłowi wszystko, czym groził jej w Tokio Wiktor (borze, to brzmi jak streszczenie odcinka telenoweli…)]



– Co zrobisz? Okażesz się idiotą i zamordujesz nas? Mnie, Kingę, Karola? Pójdziesz do mediów, żeby zrobić jedną zadymę, która może nikogo nie zainteresuje? Co zamierzasz? Musisz mi powiedzieć.
ZAŁATWIMY DRANI!
– Przecież wiesz – cichy szept. Za cichy.
GŁOŚNIEJ, DO DIABŁA!
– Nic ci nie grozi. Wszystko będzie dobrze.


I tym optymistycznym akcentem kończy się część werbalna.
I zaczyna się łupanina, aż drzazgi lecą. Darujemy wam to.
Natomiast po zakończeniu łupaniny zaczyna się Wielka Ucieczka.




Nie mamy ze sobą nawet walizek. Żadnych zabawek, żadnych książek, pamiętników, nic.
Przez ostatni tydzień w ogródku odbywało się wielkie palenie papierów, aż sąsiedzi wzywali Straż Miejską.



[Trevor] Żąda także wszystkich numerów kart, kodów dostępu do kont internetowych, wszystkiego, co ma jakąś wartość, czego się dorobiliśmy.
A ty, kretynko, oczywiście mu to dasz?



– Wasze obecne życie wkrótce zostanie wykasowane, ale jego część możemy przenieść do nowego. Postaram się sprzedać wszystko, co macie wartościowego, wyprać pieniądze i przekazać wam do bezpiecznego dysponowania. Ale musicie mi zaufać. Inaczej przegracie. Pieniądze z kart czy Internetu szybko naprowadzą zabójcę na wasz ślad.
Paweł nie ma nic przeciwko temu.
– Na co mi pieniądze. Są brudne. Nie pracowałem dla pieniędzy.
Wręcz brzydzę się nimi!
Czyli pracował dla przyjemności mordowania niewinnych? :-P
Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma.


Trevor szybko szacuje. Wartość domu pomniejszona o konieczność przyspieszonej sprzedaży, wartość rzeczy, obrazów, akcji. Łącznie z pieniędzmi na koncie jest tego prawie dwa miliony. Dużo. Na całe życie? Dla czterech osób, gdzieś za granicą, to już może nie tak wiele.
– Przez pierwsze pół roku nie będziecie mogli nimi dysponować. Będziecie żyć na mój koszt. Nie martwcie się, później sobie odbiorę.
A po pół roku mordercom znudzi się monitorowanie konta i swoim wtykom w banku też powiedzą, że umarzają sprawę i nawet jesli ktoś by sie do tego konta w końcu dobrał, to niech im nie zawracają głowy.
Ciekawi mnie też, jak zamierzają przeprowadzić tę sprzedaż domu.



– Co z dziadkami, Aliną, Andrzejem, Lidką, naszymi przyjaciółmi z pracy? Jak im damy
znać, co się stało?
– Nie wolno wam. Z czasem dam znać najbliższej rodzinie, że wszystko jest w porządku, ale przyjaciółmi nie zawracajcie sobie głowy. Życie jest ważniejsze. Chcecie żyć, prawda?
[...]
W oczach Karola poza strachem błyszczy ciekawość. Przygoda, dla niego to też przygoda. Jest niepewny, zdezorientowany, ale też podekscytowany. Jego ojciec i matka są w końcu ważnymi świadkami w międzynarodowej aferze.
Dzieciom też nie szczędzili szczegółów? Z zastrzeżeniem “tylko kolegom nie mówcie ani słowa!”


– Zabiłeś kiedyś kogoś? – pyta Trevora na powitanie, zanim zdążymy go powstrzymać.
Zdekonspirowali Trevora nawet przed synem.



Trevor uśmiecha się wesoło i budująco. Jak człowiek, który w momencie wybuchu bomby atomowej myśli tylko o dojedzeniu do końca kremówki, którą zostawił na stoliku i wyszedł do łazienki, gdzie się wszystko zesrało.
Nie wszystko, tylko on.



Rozdział 20
Ucieczka


Zaczyna się szaleństwo. W motelu w Czechach zmieniamy ubrania. Wokół nas, w pokojach oświetlonych czerwonymi latarniami (?), kwitnie nocny seks, a my myślimy tylko o czekającej za granicą niepewności.
Mam wrażenie, że przynajmniej ty, boChaterko, myślisz raczej “wszyscy wokół się pierdolą, a ja nie mogę, bo muszę uciekać, co za niesprawiedliwość”.


Austriacy i Niemcy obsypują pocałunkami słowiańskie piękności, nubijskie wojowniczki i radośnie uśmiechnięte Azjatki, a czwórka polskich uciekinierów tuli się do siebie w oczekiwaniu tego, co przyniesie im jutro.
Zara, moment, czy ona naprawdę nie zna innych miejsc na nocleg, jak tylko mniej lub bardziej zakamuflowane burdele???
W burdelu łatwo się wtopić w tłum biznesmenów zawierających kontrakty.



Zostawiamy resztki naszego starego życia w koszu na śmieci. Koszule, spodnie, marynarki, bieliznę.
Niech ktoś mi wytłumaczy - dlaczego nie mogą podróżować we własnych ciuchach?
Bo ludzie Oskara przepyrali im wszystkie szafy i wszyli GPS-y w każdą parę majtek.


Bez żalu. Nigdy więcej nie zobaczymy naszego domu, kraju, rodzin, znajomych.
Ale za to będziemy mieć nowe ciuchy, ojej!


Dostajemy letnie stroje. Ja sukienkę w śmieszne kwiatki, dzieciaki szorty i T-shirty, Paweł lniane spodnie i koszulę. Wszystko dobrych marek, wyprasowane, pachnące, czyste, ale nie nowe.
Trevor z oszczędności zrobił zakupy w lumpeksie?


Trevor dba o każdy szczegół. Jest koniec sierpnia i w Polsce zaczyna się robić chłodno, szczególnie wieczorami. W Czechach też już nie jest ciepło. Idą chmury, chłodne fronty, nocami nadchodzą pierwsze oznaki zimy.
Pukają w okna, robią straszne miny i odchodzą przed świtem.



– Tam, dokąd jedziemy, będzie ciepło. Nawet bardzo ciepło.
– Drodzy państwo Ross, od dziś jesteście obywatelami Wielkiej Brytanii i poddanymi Korony Brytyjskiej. Wracacie z podróży do Europy Wschodniej, skąd pochodzą wasi pradziadkowie. Wasze imiona zostają po staremu, dzieciom musiałem trochę zmienić, ale wciąż możecie je nazywać Kim i Karol. Pan, panie Ross, ma na imię Paul.
Patrzymy wszyscy w paszporty. Ann, Charles, Kimberly Ross. Oto nasza nowa rodzina.
Tak tylko nieśmiało przypomnę, że Anna słabo mówi po angielsku...
Może będzie udawać niemowę? ;)
Niech udają Kornwalijczyków, mówiących w swym rodzimym języku, którego w samej Kornwalii już prawie nikt nie rozumie. Albo dzikich Highlanderów z wrzosowisk, w końcu Ross to szkockie nazwisko.


– Pan, panie Ross, jest doradcą inwestycyjnym z City. Zarobiłeś bardzo dużo pieniędzy na akcjach firm komputerowych i postanowiłeś skończyć z życiem w stresie. (...) Pani, Ann Ross, nie pracowała. Cóż, tak będzie bezpieczniej. Prowadziłaś dom i czytałaś dużo książek. Niespecjalnie lubiłaś towarzystwo, nie bywałaś na przyjęciach u królowej czy w innych miejscach, gdzie zbierała się śmietanka.
Tak, jasne, do królowej zapraszają byle doradcę inwestycyjnego z żoną. Poza tym, błagam, jeśli oni mają zniknąć i wtopić się w tłum, to nie należy z nich czynić członków “śmietanki towarzyskiej”, tylko raczej szarych przedstawicieli middle class.


Dzieciaki uczyły się w Londynie, jednak wydarzyło się coś [trauma jakaś, że języki im się zwinęły w trąbkę i akcent mają jak polscy emigranci], przez co postanowiliście dać im przez najbliższy rok odpocząć. To też powód nagłej zmiany klimatu i kraju. Nie mówicie, co konkretnie się stało, macie przecież prawo do takiej tajemnicy. Sugerujecie jakąś chorobę córki. W razie czego. Narkotyki, może jakiś nieodpowiedni przyjaciel. Coś takiego. Nikt raczej nie zapyta, ale lepiej być przygotowanym. Jak się uspokoi, Karol będzie mógł zacząć szkołę na miejscu, a Kindze znajdziemy jakiś college z internatem.
A Kinga i Karol zapewne mówią po angielsku jak nastolatki z Notting Hill. Na pewno.


– Dokąd jedziemy? – pytam. – Gdzie będzie nasz nowy dom?
– Zobaczycie już wkrótce, spodoba się wam.
Na granicy austriackiej zmieniamy samochód. Trevor spotyka się z jakimś człowiekiem w czarnych okularach [jasssne], oddaje mu kluczyki, tamten znika, a my z rzeczami i walizkami kupionymi przez Trevora wchodzimy do rocznego terenowego mitsubishi.
Jak na filmie.
Na TV4 albo Puls.
Tego nawet Pasikowski by nie wymyślił.


Trevor wraca. Wnosi do samochodu teczkę, którą chowa w bagażniku, pod innymi walizkami. Myślę o narkotykach i robi mi się niedobrze. A jeśli daliśmy się wciągnąć w jakąś brudną grę?
No coś ty, ależ skąd! To wszystko to tylko tak dla funu.
Ba, są firmy w których płaci się grube pieniądze za zorganizowanie takiej przygody.


Jeśli przemycamy herę albo materiały szpiegowskie?
To będziecie mieć długie wakacje na koszt państwa.


Tylko czy w dzisiejszym świecie  opanowanym przez media, pościg za nowinkami i pęd ku akceptacji całego świata jest jeszcze miejsce dla szpiegów?
To zdanie jest stylistyczną wisienką na tej górze bitej śmietany (skrywającej pewnie czyjeś genitalia).



Bla bla bla, jadą przez pół Europy, żeby w końcu wylądować w Grecji. Trevor zostawia im pistolet i uczy się nim posługiwać, potem wyciąga z Pawła zeznania na temat afery z lekami, by wreszcie przekazać im ostatnie instrukcje i zniknąć.


– To jest telefon z tutejszą kartą. Macie zapisane numery na policję, na pogotowie i do ambasady brytyjskiej. Paszporty są na tyle dobre, że nie musicie obawiać się wpadki. Jeśli jednak to oni was znajdą, mogą do niczego się nie przydać. No ale innych nie macie. -
Co? Ten paszport się panu nie podoba, panie morderco? Pan zaczeka, pan nie strzela, pokażę panu inny.


Patrzy na mnie uważnie. – Jeśli pojawi się u was ten człowiek z Tokio, nie wahajcie się. On przyjedzie was zabić. Czwarty numer na karcie należy do mnie. Nie zawsze mam przy sobie ten aparat, ale możecie się nagrać i gdyby coś się stało, zróbcie to. Jeśli będziecie musieli uciekać, w notatniku w telefonie macie trzy adresy skrzynek kontaktowych w Europie.
Dlatego zawsze noście go przy sobie.


Najbliższy w Trieście, potem w Wiedniu, kolejny w Londynie. Musicie się dostać do jednego z nich i wykonać wszystkie instrukcje z notatnika.
Ale pamiętajcie - nikomu telefonu nie pożyczajcie. A jak skasujecie przez pomyłkę, to po was.


Boże, to wszystko brzmi naprawdę jak z Jamesa Bonda.
Nie, absolutnie nie. To brzmi jak z wersji “jak mały Jasio wyobraża sobie pracę szpiega”. Instrukcje zapisane w notatniku w telefonie… *headdesk*


Nie jesteśmy agentami, do licha.
Jesteście, niestety… Kiedyś “niezły agent” było pełnym kpiny określeniem nieobliczalnego w swojej naiwności głupola, którego dało się wkręcić w niezłe akcje.


Nagle i mnie przychodzi do głowy jedno pytanie:
– Czy jak się trochę uspokoi, możemy dzwonić z tego aparatu do Polski?
Trevor patrzy zdziwiony.
– Na komórki do znajomych czy rodziny – wykluczone. To mogłoby pomóc w namierzeniu was.
– A na stacjonarne?
– Jeśli chodzi o telefony w firmach, to nie widzę problemu. Tych nikt nie skontroluje.
PARSK!


Trevor wyjeżdża. Nie ma go już. Zostajemy sami.



Karol i Kinga ruszyli na spacer na wybrzeże. Chcą poszukać mniej kamienistej plaży, zwiedzić trochę, wybadać okolicę. Czują misję.
Wzięli prowiant, nie będzie ich cztery, pięć godzin.
Może rzeczywiście chcą tylko pozwiedzać, a może liczą też na spotkanie jakichś przystojnych chłopców i uroczych, egzotycznych dziewczyn. Nawiązać pierwsze przyjaźnie.
Z dziwną staruszką, która na stojąco sika w wąskim zaułku.



Dzień wcześniej robimy [jeśli poprzedniego dnia, to “robiliśmy”] zakupy w mieście. Małym, zapyziałym, spokojnym, jakby tkwiło jeszcze gdzieś w latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Ludzie nie rozmawiają przez komórki, nie chodzą w słuchawkach na uszach, nie bardzo im się gdziekolwiek spieszy.
Taka prowincja!
Patrzą na nas jak na dziwolągów, ale nie są wścibscy, nie zaczepiają nas, nie dopytują. Szybko akceptują nowości.
I dziwnych gości, którzy nagle pojawili się w ich miasteczku. Nie, w takiej głuszy, gdzie materiałem do plotek jest nowy osioł sąsiada, pojawienie się Anglików nie wzbudza żadnego zainteresowania.
- Phi, też mi coś, Anglicy! - rzucił stary Papatheodulou przy kieliszku retsiny. - Mój szwagier Eleutherios mieszka na Cyprze, to się Anglików do wypęku naoglądał...


W piekarni starsza kobieta o typowo greckiej urodzie, czarno-siwa, opalona, potężna, ale nie tłusta, z sympatycznym wyrazem twarzy. Pyta nas o coś, śmieje się, że nie rozumiemy, ona nie zna angielskiego. Woła córkę, która musi być gdzieś w wieku Karola, może odrobinę starsza. Ma już zarysowane piersi i jest prześliczna. Wesoło się uśmiecha. Mówi po angielsku z silnym akcentem, ale poprawnie.
W sumie to niezły pomysł, wysłać tych farbowanych Brytoli do Grecji, gdzie wtopią się pomiędzy innych mówiących po angielsku z akcentem i niekoniecznie poprawnie.


Patrzę na Karola, który nie może oderwać od niej wzroku. Zdaje się, że jedno z naszych dzieci nie będzie chciało szybko wrócić do Polski i polubi nową sytuację.
Przed sklepem spożywczym grupa robotników budowlanych, a obok półnadzy chłopcy. Smukli, piekielnie mocno opaleni, prawie czarni, piękni.
Kinga udaje, że ich nie dostrzega. Za to trudno jej ukryć rumieńce.
Zdaje się, że drugie z naszych dzieci nie będzie chciało szybko wrócić do Polski i polubi nową sytuację.


Kurde, czy ona naprawdę sądzi, że wystarczy  ładna dupa (płci dowolnej) i człowiek ot, tak bez żalu porzuci cały swój świat??? Zwłaszcza człowiek czternastoletni, dla którego koledzy, koleżanki, pierwsze miłości itd. są ważniejsze niż wszystkie sprawy “starych”?



BoCHaterce chyba dupa męża jednak nie wystarcza, bo tęskni. Za firmą.
– Zresztą, jak chcesz, to zadzwoń. Trevor mówił, że możemy dzwonić na telefony firmowe.
Przynosi mi telefon. Chce, żebym wybrała numer przy nim? Chce mnie kontrolować? Cóż, może ma do tego prawo po tym… co się stało.
Ledwo Trevor dał nogę za próg, a ta już łapie za telefon. Miodzio. Miała poczekać, aż “trochę się uspokoi”. Jak mniemam, tam w Polsce jeszcze nawet nie zdołano sprzedać ich domu… AŁtorko! Czy ty w ogóle czytasz to, co piszesz???
A po co?
Wystarczy, że pisze.


Jednak nie dzwoni - i zajmują się ciekawszymi rzeczami.
– Kocham cię ponad wszystko.
Całuje mnie po szyi, piersiach, brzuchu.
– Przestań, cali lepimy się z tego upału.
Zaraz będziemy się lepić od czego innego.



A przy postkoitalnym papierosku znów nachodzi ją na refleksje.


W ciepłych krajach podobno palenie nie szkodzi.
Wow, kolejna medyczna rewelacja!


Tak jak wino. Pijemy tu dużo wina. Pachnącego rycyną,
Dzięki Boru, że nie działa jak olej rycynowy. Nie, droga aŁtorko - retsiny nie wyrabia się z rycyny.


białego, ziołowego, delikatnego i młodego, a czasem ciężkiego, klejącego się do ścianek kieliszków, czerwonego i mocnego.


Aż tu wtem! Paweł zaczyna wspominać początki ich małżeństwa. Nadchodzi pora na podsumowania…


Piętnaście lat, kilka ton przeżutego jedzenia, spalonej energii, papierosów, wina, jakieś dwa i pół tysiąca stosunków seksualnych, trochę łez, znacznie więcej uśmiechów, radości…
No oczywiście, że wzięłam kalkulator do ręki!
2500:15 = 166,6
365:166,6 = 2,1


Małżeńskie ryćkanko średnio co drugi dzień przez piętnaście lat.  A jak się doliczy przymusowe okresy pauzowania, to nawet częściej.
Prawdę powiedziawszy, podziwiam, ale nie zadroszczę.
Obowiązek obowiązkiem jest.
(małżeństwo musi uprawiać seks)


A zaczęło się tak niewinnie:
– Wracałem z kolegą z imprezy, kiedy cię spotkaliśmy. Zataczałaś się i przewracałaś, wyglądałaś jak ostatnia zdzira, w poszarpanym ubraniu, prowokująca i taka… brudna. Jakbyś wpadła pod samochód, czy bardziej do jakiegoś silosu z odpadkami w gorzelni. Śmierdziałaś jak… nie do opisania. Nie byłaś w tym stanie ani ładna, ani godna współczucia. Jedynie pożałowania.
Odprowadziliśmy cię na przystanek autobusu i zostawiliśmy. Krzyczałaś za nami, chciałaś nam się oddać, wyzywałaś od pedałów i małych fiutków.
I to było jak uderzenie pioruna!


Mój towarzysz był dobrym kolegą, mógłbym go nazwać nawet przyjacielem. Wspólnie pracowaliśmy w młodzieżówce partii konserwatywnej,mieliśmy polityczne plany, chcieliśmy zajść daleko. Był, można powiedzieć, moim mentorem.
I zwracał się do mnie: “Mój młody padawanie!”.


Odeszliśmy do następnego skrzyżowania, cały czas o tobie rozmawiając. Oczywiście on mówił o tobie jak najgorzej, byłaś dla niego dobrym przykładem upodlenia narodu, upokorzenia i niewdzięczności za wolność, jakiej kobiety doświadczają dzięki dobroci mężczyzn.
Wolność. Jakiej. Doświadczają. Dzięki. Dobroci. Mężczyzn.

 
http://static.comicvine.com/uploads/original/11111/111111327/3248582-facepalm-seriously.jpg


Oto jak to się kończy.
A było nie luzować tego łańcucha! Poszła taka do pokoju, naoglądała się telewizji i w dupie się poprzewracało!


Wtedy użyłem jakiegoś wybiegu i wróciłem do ciebie.
Leżałaś na przystanku, spadłaś z ławki na ziemię. Obawiam się, że w najlepszym razie trafiłabyś na wytrzeźwiałkę, w najgorszym… sama wiesz. Sprawdziłem twoje dokumenty, znalazłem kartę z akademika i postanowiłem cię odwieźć. (...) No i już wychodząc, postanowiłem zdać się na los. Napisałem tylko numer pokoju i adres własnego akademika, uznając, że jeśli masz mnie znaleźć, to tak się stanie. I znalazłaś. Los tak chciał.
A tam, los. Zwykła ciekawość.


– A co z twoim przyjacielem? Z tym, który ciągnął cię do polityki?
Wyczucia chwili i taktu to ty kobieto nie masz za grosz. Chyba w ogóle nie słuchasz, co twój nieszczęsny rogacz do ciebie mówi.


Kolega, okazuje się, został w polityce i jest teraz kimś ważnym, nasze jelonki rozważają przez chwilę zwrócenie się do niego po pomoc, ale ostatecznie porzucają ten pomysł.



Mija dużo czasu. Zbyt dużo. Trevor nie wraca i nie daje znaku życia. Nic nie wiemy o losach nagrań, dokumentów. Nie ma żadnej afery. Nie ma naszych pieniędzy.
Spełniło się marzenie Kononowicza. Nie ma niczego.


– Co, do diabła, jest z tym Trevorem?
Chciałabym powiedzieć: a co cię to obchodzi? Zrobiłeś co mogłeś, zeznałeś wszystko, zajął się tym fachowiec, obiecał pomoc.
A fachowiec jak to fachowiec: wziął zaliczkę i się zmył.



Anna ogląda grecką telewizję i WTEM!
Wołam go, krzyczę, żeby przybiegł jak najszybciej, a potem oglądamy w telewizji zadziwiająco długą relację na temat AIDS. Program ma tytuł: NOWY LEK NA AIDS.
Zmieszane kadry. Seks, przemoc, geje i lesbijki, nastolatka całująca podnieconego latynoskiego chłopca, roznegliżowane ciała, gorące gesty, afrykańskie slumsy, Copacabana, paryskie podziemie, znany aktor przemawiający na jakimś wiecu, geje pod jakimś wielkim mostem, znów placówki służby zdrowia, ludzkie wraki, cierpienie, krew, smutny błękit szpitalnych korytarzy.


CO ŁĄCZY TYCH WSZYSTKICH LUDZI?
AIDS.
I STEREOTYPY.


Bla bla, w reportażu mowa jest o polskiej firmie, która wynalazła lek na AIDS i właśnie wchodzi z nim przebojem na rynki. Na migawce z okolicznościowego bankietu widać… Trevora.



– Trevor się bawi? I to z nimi? – woła Paweł. Krzyczy, rwąc włosy z głowy.
Jakie to teatralne!
I jakie wyłysiające!


Temat wraca, jak tylko dzieci nie ma w pobliżu. Zastanawiamy się, co możemy począć.
*znudzonym tonem* Trzecie dziecko?
Przynajmniej zrobiliby coś, co ma ręce i nogi.


Nie mamy żadnego dobrego pomysłu. Trevor nas załatwił.
– Pozbawił nas poprzedniego życia i dał zupełnie nowe, niby z dobroci, a tak naprawdę całkowicie uzależniając nas od siebie.
Niczego wam nie odbierał, sami mu daliście.


Mieszkamy w jego domu, jemy za jego pieniądze,
A skąd pewność, że na te urocze greckie wakacje nie poszły pieniądze z waszych kont?
posługujemy się jego paszportami, mamy wymyślone przez niego legendy. Nasze życie należy do Trevora Jonesa.


Kilka głębokich zdań o naturze ludzkiej:
Pieniądze. To one psują ludzi. To one sprawiają, że przestajemy myśleć o miłości, sztuce, prawdziwej przyjemności, radościach, o innych uczuciach.
Stajemy się produktem masowego rażenia.
Fakt, Anno, jeszcze parę przypadkowych stosunków z przypadkowymi mężczyznami, a za to bez zabezpieczenia i możesz stać się całkiem skuteczną bronią biologiczną.


Anna zwraca się o pomoc do polskiej ambasady w Atenach; niestety, kiedy przyjeżdża tam (z mężem i dziećmi), okazuje się, że czeka na nich… Wiktor. Ten najpierw wyjaśnia, że wszyscy, razem z Trevorem i Oskarem, grają w jednej drużynie (ha, Trevor musiał mieć niezły ubaw, ostrzegając ich przed “człowiekiem z Tokio, który przyjedzie ich zabić”), a potem zabiera Annę z rodziną na jacht, gdzie czeka już Oskar. Standardowo, najpierw ryćkanko, potem zwierzenia.



[Oskar]
– Daliście się nabrać – wyznaje. – Paweł dał się nabrać. I… ty też.
Nie rozumiem. Nie bardzo wiem, co chce mi powiedzieć.
– Długo szukaliśmy kogoś takiego jak on. Pełnego ideałów, prawego, na swój sposób odważnego, gotowego poświęcić wiele dla… prawdy. No i z tęskniącą za przygodą i wspaniałymi uniesieniami żoną.
Przygody i uniesienia? Ciekawe.
Zaraz, co on mówi? Co on, do diabła, ma na myśli? Więc to prawda, naprawdę byłam częścią jakiegoś potwornego planu? Od początku?
– Uwiodłeś mnie, żeby dojść do Pawła? Wykorzystać go przeciw korporacji, klientowi? Dzięki mnie miał zdradzić tajemnice, ujawnić farmaceutyczny przekręt?
Widzisz, jaka jesteś ważna?
– Nie było żadnego przekrętu – uśmiecha się tajemniczo pod nosem.
– Jak to?
– Wszystko to… iluzja. A może bardziej intryga. Zmyślna intryga.
– Nie rozumiem.


I w tym szaleństwie pojawia się element tak dobrze nam znany:


– Paweł, jak każdy idealista, jest podatny na wpływy i manipulacje. Łatwo nim sterować, wmówić mu, że coś wygląda inaczej niż w rzeczywistości. Umysł, inteligencja, cała ta jego światłość przez ideały stają się jego wrogami. Wiesz, że on do dziś wierzy, że to Ruscy strącili samolot z prezydentem?
Całym swym umysłem, światłością i inteligencją.
Borze, ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, w jakim dniu to publikujemy. To przypadek, naprawdę!


– Nie, mówi, że nie wierzy. Chce tylko wyjaśnienia sprawy.
– W mejlach do przyjaciół pisze co innego. Tobie nie chce tego mówić, bo zdaje sobie sprawę, że teorie spisku robią z niego trochę wariata.
Widzisz, jaki z niego kłamczuch przewrotny?
Taaaa, ja ich znam, tych, co “chcą tylko wyjaśnienia sprawy” - w domyśle jest zawsze “ale żeby ono się zgadzało z naszą teorią!” (a jeśli fakty jej przeczą, to wiadomo, co).


Wie, że ty jesteś równie mądra jak on, a przy tym nie przeidealizowana, dlatego boi się dyskusji z tobą.
Mówiąc krótko - obojeście patafiany.


Boi się, że twoje argumenty będą rozsądniejsze. Boi się, że ich nie zaakceptuje i że przez to doprowadzi do dramatycznego końca waszego związku.
Bo ty, Anno taka mądra, że mu nagle schudną jądra.


Miłość powinna być ważniejsza niż ideały.
– Boże, co ty chcesz mi powiedzieć?
Właśnie?


Tak, Anno, od dwóch lat urabiamy twojego męża, wplątujemy go w sieć i w końcu złowiliśmy. W końcu uwierzył w nasze bajki o morderstwach swojego klienta, o wielkich przekrętach, zacieraniu śladów masowych morderstw, uwierzył w naprawdę straszne rzeczy.
– Ja też w nie uwierzyłam.
– Och, tak, dzięki temu, że my przekonaliśmy jego.
Drodzy Czytelnicy - przyznacie, że to był nad wyraz chytry plan, prawda?
Gdyby to był jeszcze plan zmierzający do tego, by Anna i Paweł uciekli “w jednej koszuli”, zostawiając cały majątek oszustom, kupiłabym to, czemu nie.


Bo widzisz, w sprawie Smoleńska on wierzy, ale wcale nie jest przekonany.
Znaczy co, jest takim wierzącym-niepraktykującym smoleńskiej religii?


Jeślibyś doprowadziła do konfrontacji i powiedziała: „Albo zaraz przestaniesz mówić te bzdury, albo ja odchodzę”, od razu by je porzucił.
Bo nie jest przekonany. Po prostu tak tylko myśli, jednak nie odda za to miłości.
Ani, tym bardziej, pieniędzy.


Za to w sprawie farmaceutów przekonaliśmy go tak, że nie ma żadnych wątpliwości.
[...]
Paweł stał się piewcą naszych kłamstw, ale i wielu prawd. Był bardzo przekonujący. Mało kto ma takiego asa w rękawie jak prawnik korporacji zeznający o przestępstwach klienta. Insidera znającego wszystko od środka, przekonanego, że mówi prawdę.
[...]
Musicie jeszcze przez chwilę pozostać w ukryciu. Aż wyciągniemy więcej pieniędzy. Dzięki taśmom możemy szantażować nie tylko farmaceutów. Dużo nam płacą za milczenie. Potem zniszczymy taśmy i się rozstaniemy. Już wkrótce.
Bessęsu. Skoro całość opiera się na zeznaniach jednej osoby + spreparowanych dowodach z jednej strony internetowej, a firma dysponuje przecież dokumentacją swoich badań, z której, jak rozumiem, wynika, że od leku nikt nie umarł, to czym właściwie oni ich szantażują?



– Jesteś draniem, Oskarze. Jesteś draniem.


[Jako wisienkę na torcie dostajemy przyznanie się Oskara do tego, że faktycznie zamordował Julię, zrobił to na wyspie, na którą właśnie płyną, a która jest jego własnością. Wiktor pomógł mu ukryć ciało i od tej pory Oskar ma u niego dług.
Na wyspie, przed domem Oskara, następuje ostateczna konfrontacja.]



Słyszymy szmer i w krąg światła wchodzi Wiktor. Staje po drugiej stronie ogniska. Twarz ma kamienną, niepozostawiającą wątpliwości, co z nami zrobi.
– Po co te wszystkie kłamstwa?
Wzrusza ramionami. Jego usta uśmiechają się wąską szczeliną.
– A dlaczego nie?
– Dlaczego nie wyrzuciliście nas z łodzi? Nie utopiliście w morzu?
– Wasze miejsce jest na tej wyspie. W piwnicy, w betonowej wannie, która już tam czeka – wskazuje za nasze plecy, ale ja boję się obejrzeć.
Tak oto zatoczyła krąg historia Anny:
Od łóżka z betonu do betonowej wanny.



Wtedy słyszę szmer za plecami i już wiem, że Oskar obchodzi nas z tyłu. Jeden zaatakuje Pawła, drugi mnie. Mój kochanek okaże się moim zabójcą? Czy jemu też będę w stanie  wydrapać oczy?
W rolach głównych - Rudolf Valentino i cud-dziewica oddająca ducha w jego ramionach.


Oskar mija nas, staje dwa kroki przed Wiktorem.
Western staje się faktem. Dawni przyjaciele patrzą sobie w oczy, przygotowując się do walki.
– Zostaw ich – ledwie słyszę ten syczący szept. Prośba i ostatnia przyjacielska rada. Jednocześnie twarda groźba. Nawet nam robi się od niej gorąco. Piekło rozwiera swe wrota.
A czytelnik traci wszelką nadzieję.


Oskar własną piersią chroni Annę, bije się z Wiktorem, po kilku straszliwych ciosach Wiktor kona.


Czuję chłodny powiew. Paweł obejmuje mnie ramieniem, ja jednak nie przestaję się trząść. Moje ręce drżą i chyba już nigdy nie przestaną drżeć.
Mój kochanek morderca kończy swe dzieło i nie patrząc w naszym kierunku, odchodzi w noc z ciałem przyjaciela.
Jak Harrison Ford z ciałem Emmanuelle Seigner we “Franticu”. Zawsze się zastanawiałam, co zrobi, jak się zmęczy...
A mrok kładzie mu się u stóp.



Epilog
W telewizji kończy się reportaż o wielkim skandalu medycznym. Szczepionka na AIDS okazuje się mało skuteczna, mimo wielkich nakładów na reklamę.
Pamiętajcie! Skuteczność leku jest zależna od kasy na reklamę! Omujeju, mujeju… Czego to się człowiek nie dowie przy analizie opka.


Aresztowania zaczynają się w Szwajcarii, przechodzą przez Belgię, Francję i Polskę.
Ale kogo i za co aresztują? Copywriterów, za to, że lek nie spełnia tego, co obiecuje reklama? W takim razie wzywam policję do producentów wszystkich leków, które mają “natychmiast koić ból gardła”!


We Włoszech wykryto wielomilionowy fundusz korumpujący urzędników, oburzeni Niemcy żądają międzynarodowych komisji śledczych, Genewa zgodziła się ujawnić tajne konta polityków opłacanych przez farmaceutów. Lekarzom jest wstyd, aptekarze udają, że to nie ich sprawa, pacjenci narzekają jak zawsze.
Ale ja nie rozumiem: w końcu podobno cała afera była tylko intrygą wymyśloną przez Oskara i jego kumpli?


[Nasi boCHaterowie lądują ostatecznie w Stanach i tam zaczynają nowe życie. Nadchodzi czas na wyjawienie ostatniej tajemnicy - tym razem przez Pawła]


Paweł i Elka.


Opowiada mi o Elce i o mnie. O tym, jak w pewnym momencie przestał czuć się mężczyzną. Przestał widzieć w moich oczach pożądanie.
Pamiętamy, jak na początku opowieści boChaterka narzekała, że mężowi już wychłódło? Ponawiam pytanie: czy oni, do cholery, nie mogli ze sobą porozmawiać?


Podczas któregoś ze spotkań nad umowami pozornie zimne, wysportowane, wręcz męskie ciało Elki otarło się o niego raz, drugi, a potem już samo poszło.
Wyobraźnia podsuwa obraz zimnych zwłok, które najpierw ocierają się jak kot, a potem sobie gdzieś idą.
Małe, przytulaśne zombie.


– Tłumaczyłem sobie początkowo, że to wcale nie zdrada, że zrobiłem to prawie z mężczyzną, bo Elka była jak mężczyzna.
Wysportowana = męska.
Zdrada z mężczyzną = nie zdrada. Ewentualnie, seks z mężczyzną  = nie seks.
Tyle rewelacji w jednym akapicie!
(widzisz, Anno, trzeba było przygarnąć sobie jakiegoś metroseksualnego, długowłosego chłopaczka, wtedy mogłabyś też tłumaczyć, że to żadna zdrada, bo on był prawie jak kobieta.)


Sama myślała, że jest homo, ale bała się też kobiet. Bała się seksu.
A on zanucił jej namiętnie do ucha: “Hab keine Angst!”.


Oczywiście, miała jakieś tam małe doświadczenia studenckie, byli i mężczyźni, i kobiety, ale to wszystko wyjątkowo się nie udawało. Wstydziła się siebie, swojego ciała, wstydziła się mężczyzn i kobiet. Uciekała w książki, aż w końcu jej ciało eksplodowało i akurat ja byłem pod ręką.
Trochę trudno było doczyścić garnitur z resztek wątroby, ale nasza pralnia nie takie cuda robiła.


[...]
Kładę głowę na jego torsie i nie chcę już wracać do przeszłości. Nie chcę myśleć o Oskarze i Elce. Jesteśmy teraz tylko my, we dwoje. Ja i Paweł. I moja opowieść.
I żyli długo i szczęśliwie… aż do następnej zdrady.



Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba.


A gdyby ktoś był ciekawy, to uprzejmie donoszę, że dzieUo zawierało pięćdziesiąt scen erotycznych, co daje jedno ryćkanko na mniej więcej cztery strony. Lwią część wycięliśmy i nie mówcie, że nie jesteście nam za to wdzięczni ;)


Z Hotelu w Tokio pozdrawiają: Jasza schodzący schodami w górę, Kura zakładająca w necie strony ze spreparowanymi twardymi dowodami, Dzidka w kapeluszu gangstera i z patelnią, Babatunde studiujący rozmówki kornwalijsko-nowogreckie,
oraz Maskotek w masce szpiega, szepczący “Carramba!”.

28 komentarzy:

Anonimowy pisze...

"Problem w tym, że lek zabija i wirus, i nosiciela."

Mam wrażenie, że wydawnictwo specjalnie puściło tę książkę do druku bez jakiejkolwiek redakcji - powieść mogłaby być głupia i nudna, a jest głupia tak strasznie, że aż robi się ciekawa...

Melomanka

Remia pisze...

O Borze! Wiedziałam, że pod linkiem o szmirze w renomowanym wydawnictwie kryje się ałtorKasia, więc po co głupia klikałam. Teraz wiem, że planuje wydać powieść historyczną. Już się nie mogę doczekać, żeby podziwiać jak wspaniały risercz zrobi tym razem. Chyba kupię to dzieło i postawię obok mojej pracy licencjackiej i magisterskiej (z historii oczywiście).
Błagam niech ktoś mnie poinformuje kiedy to się pokaże na rynku.
A teraz wracam do cudnej analizy.

Anonimowy pisze...

Czym właściwie jest to dzieło? Powieść erotyczna? Więcej ognia jest nawet u Milenki. Thriller? Buka z Muminków jest znacznie bardziej przerażająca niż Oscar i Wiktor razem wzięci. Kryminał? Intryga głupsza niż u Dana Browna. Researchu brak, za to masa komunałów, stereotypów i potworków stylistycznych. Aż dziwne, że nie było błędów ortograficznych.

Anonimowy pisze...

Ja mam tylko takie pytanie, co z dziećmi? Czy coś mi umknęło?

kura z biura pisze...

Dzieci też zadomowiły się w Stanach, a córka znalazła tróloffa.

Kazik pisze...

Ratunku, nic nie rozumiem z tej misternej intrygi. Bełkot, bełkot, bełkot. Czy mógłby mi ktoś to rozrysować? Jakieś streszczenie napisać?...

Z wyrazami szacunku
Kazik

Anonimowy pisze...

O lolu najjaśniejszy, co ja właściwie przeczytałam? Przez większą część tekstu źródłowego zastanawiałam się czy to nie prowokacja. Fabuła (a raczej jej gnijące szczątki) wygląda tak, jakby w połowie tForu zmieniła się koncepcja czym to właściwie ma być. Facepalmy ścieliły się gęsto, bo do obalenia niektórych absurdów nawet szczególnego riserczu nie trzeba, odrobina zdrowego rozsądku wystarczy. Nie chcę chyba wiedzieć, ile aŁtorki w treści, wole chyba żyć w optymistycznym przekonaniu, że, jakby nie patrzeć, dojrzała kobieta ma trochę w głowie poukładane i jakiekolwiek pojęcie o otaczającym ją świecie.
Ślę wyrazy uszanowania za tak heroiczny czyn, jakim była analiza tego gniota.
Ejżja

Golondrina pisze...

Jeżu złoty! Stężenie bzdur przekracza wszelkie normy w tym ksiopku. I co za głupoty z tym stacjonarnym telefonem? Ja wiem, że boChaterka myśli dolnymi częściami ciała, ale jakieś resztki szarych komórek zachowała chyba? Nie podpadło jej stwierdzenie, że na stacjonarne telefony nie da się założyć podsłuchu, a na komórki już tak?

Anonimowy pisze...

O Boże! Weź błyskawicę i traf ją w potylicę! Co ja czytam?! Ręce tak mi nisko opadły, że będę ich szukać w jakiejś kopalni! Pomijając aferki, ambitne niczym kiszony ogórek i Leki Których Nie Było, skomentuję tylko jedną rzecz: Dlaczego Japonia?! Nie mogła sobie innego kraju do pieprzenia się znaleźć? Ech...Co za pomyje. Ale komentarze Analizatorów mnie rozwalały i sprawiały, że zgniłe zmieniało się w apetyczne. :) Zwłaszcza komentarze Kury mnie kilka razy zrzuciły z krzesła. Ale naprawdę dobrze, że to już koniec.

Laudanum-chan

Anonimowy pisze...

Nie chcemy zobaczyć naszych obciętych głów w śmietniku.
Oczami duszy, nieprawdaż.
To jest Zdanie Roku.

Taaak!

A ta gruba baba tyłem, to kto? - spytała ponuro Kura-och,to do tego zawsze miło wrócić!
Pukają w okna, robią straszne miny i odchodzą przed świtem -śliczne!

To nic, że ma umysłowość chomika...
Protestuję!chomiki to bystre zwierzątka.
. Lwią część wycięliśmy i nie mówcie, że nie jesteście nam za to wdzięczni ;)-jesteśmy!
Urocze to było,bardzo fajna analiza,utwór to kicz nad kicze,bohaterka powinna kulę zabłąkaną dostać w pierś białą czy coś..

Chomik

Natasza S pisze...

Pomijając całą resztę pseudoerotycznego bełkotu, niewiedza ałtorki na temat procedur testowania i wprowadzania leków jest tak porażająca, że aż brak mi słów i mam ochote walić głową w biurko. Już od pierwszej części analizy zaliczałam kolejne facepalmy, a kiedy doszłam do momentu, kiedy lek zostaje naprawiony i polecany na podtrzymanie ciąży pomyślałam sobie, że to już jest koniec, głupiej po prostu być już nie może. Ale okazało się, że może, i to o wiele bardziej. Fragment o AIDS i badaniach w Afryce trudno w ogóle jakoś skomentować. To już nawet intrygi z Trydnych Spraw mają więcej sensu. To, że nikt w redakcji tych bzdur nie poprawił sugeruje, że pracują tam organizmy jednokomórkowe, bo chyba każdy z IQ>10 zorientowałby się, że coś jest nie tak! Pisanina AłtorKasi to jest przy tym powieść dokumentalna.
Aha, i może mi ktoś wyjaśnić tę całą intrygę Oskara i Wiktora? Wmawiają podrzędnemu prawnikowi teorię spiskową licząc, że niczym Macierewicz będzie prowadził sprawę bez żadnych dowodów? I jak to się niby miało udać? I co ma z tym wspólnego główna bohaterka? Bo niby w jaki sposób ułatwiła "dostęp" do Pawła, w powieści nie widzę wzmianki o tym by Oskar w ogóle z nią o Pawle dyskutował, ani by się kiedykolwiek spotykali (już nie mówiąc o tym fragmencie: "– Ja też w nie uwierzyłam.
– Och, tak, dzięki temu, że my przekonaliśmy jego."). Skoro celem było wykorzystanie Pawła to czemu chcieli go zabić? I skoro przedtem go uciszyli to na jakiej podstawie szantażowali koncern farmaceutyczny? Jest mowa o taśmach, ale skąd niby one, nagrali z ukrycia jak zwierza się żonie ze swojej paranoi? No o co tu kvrwa chodzi?

Anonimowy pisze...

Ja też nie rozumiem tej intrygi. PO CO oni w ogóle chcieli wrobić Pawła? Jaki był ich cel? Dlaczego chcieli go zabić? Tak ogólnie zrozumiałam, że lek w sumie był nieszkodliwy, ale firma spreparowała sama na siebie dowody o jego szkodliwości, żeby szantażować swoim podwykonawców i Boru ducha winnych aptekarzy. Ale to dalej bez sensu i nie ma związku z Pawłem…

Co do japońskich hoteli na godziny, to widać, że autorka kojarzy ten kraj tylko pustymi hasłami. Takie hotele to nie nasze szemrane, obskurne dziury, ale normalny biznes. Te hoteliki z DEFINICJI służą do uprawiania seksu, nikogo to nie dziwi i są dostosowane do takich zabaw (i podobno chętnie korzystają z nich nawet małżeństwa, ze względu na cienkie ściany japońskich mieszkań…). I nikt normalny nie wynająłby takiego pokoju dla dziennikarki z odległego kraju, bo tam się po prostu "normalnych" hotelowych usług nie świadczy.

A ten fragment o reportażu o AIDS… Myślałam, że w XXI w. już się takim językiem (i obrazami) nie mówi o tej chorobie. I autorka nawet słowem nie zająknęła się o narkomanach ani innych przypadkach, widać zatrzymała się w latach '80. jak AIDS był jeszcze GRID-em.

Słowem - jest źle.

Ag

kura z biura pisze...

Intryga z Pawłem i Anną, jak dla mnie, byłaby do uratowania - pod warunkiem, że nie chodziłoby o szantażowanie firmy farmaceutycznej, a właśnie oskubanie jeleni, przekonanie ich, że wplątali się w straszną aferę, ich życie jest zagrożone, muszą uciekać natychmiast - a tymczasem Trevor i reszta spokojniutko przejmują sobie ich majątek. Wówczas nawet kreacja bohaterki jako idiotki, która o świecie wie tyle, co tam jednym okiem i uchem załapie z telewizji, a tak poza tym myśli wyłącznie o ryćkaniu, pasowałaby idealnie. Właśnie taką osobę łatwo byłoby osaczyć, stworzyć wokół niej atmosferę zagrożenia i zmanipulować. Naprawdę, jak tak o tym myślę, to widzę w tej powieści zmarnowany potencjał.

Gayaruthiel pisze...

Dafaq o.O

Przylaczam sie do grona tych, ktorzy nie zalapali intrygi. Nie ogarniam zupelnie, co sie stalo. Nie rozumiem tez po cholere, po przeprowadzeniu intrygi, zabic swojego wspolnika w zbrodni w kluczowym momencie i dac uciec jeleniom. Niech mi ktos wytlumaczy jak krowie na rowie :)

Dzidka pisze...

Ależ to proste! Tu chodzi o to, że... ta cała fabuła służy wyłącznie jako spoiwo poszczególnych scenek ryćkania. Nie powinno was dziwić nawet, gdyby po uciekinierów zajechał wieloryb za kierownicą karety, a wydawnictwo wydawało książki z Marsa. To wszystko nie jest ważne. Ważne jest ruchanie!

Babatunde Wolaka pisze...

A moim zdaniem cała intryga była po to, żeby ukryć przed główną bohaterką fakt, że testuje się na niej nowy lek na popęd seksualny. Testy wymagały zróżnicowanych warunków (klimat, dieta, stres), dlatego kazali jej a to jeździć do Japonii, a to uciekać do Grecji.

charleotte pisze...

Babatunde - dla mnie wygrałeś internet tym komentarzem! :) Nie zdziwiłabym się, gdyby Felicjańska używała twoich słów jako wytłumaczenia sensu swojej jakżeż ambitniej książki...

Borówka pisze...

Co to było? Odcisnęło mi jakieś piętno na mózgu i teraz nie mogę złożyć myśli w jakiś zdatny komentarz.

W trakcie lektury naprawdę zapomniałam, że to przecież nie opko... Straszne.

Gratuluję Analizatorom i wyrażam wdzięczność za oszczędzenie nam zbędnej porcji erotycznych fantazji/wspomnień/przemyśleń bohaterki :P

Anonimowy pisze...

Czytam i czytam i naprawdę nie mam zielonego pojęcia na czym polegała ta wielka intryga. O.o Ktoś dobry wyjaśni jak najbardziej łopatologicznie?

Anonimowy pisze...

Doszłam do popijania wody z porcelany w japońskim hotelu i oczyma duszy zobaczyłam boChaterkę siorbiącą wodę z japońskiego kibelka. Ona jest tak durna, że mogłaby się nie zorientować, że ten wysuwający się z boku, psiukający wodą wihajster to nie jest poidełko...

atha pisze...

Ja też pomyślałam o kibelku :D Parsknęłam śmiechem i poszłam spać, rechocząc, bo inteligencję tej boCHaterki trzeba było dawkować. Zabijanie wirusa razem z nosicielem również mnie rozwaliło. Intryga sprawiła, że opadła mi szczęka, wychodzi mi na to, że ktoś tu włożył bardzo wiele wysiłku i funduszy, żeby sam siebie wychędożyć i wyjątkowo nie była to boCHaterka...
Ta część była najlepsza, samo ryćkanko było niesmaczne i nudne, a tu tyle radosnych głupot :D Ciekawe, czy taka zmiana koncepcji była w planach, czy też aŁtorka nagle sama się swoim dziełem znudziła, a nie chciało jej się pisać od początku?

Anonimowy pisze...

"Wszystkie odcienie czerni" Felicjańskiej - thriller erotyczny
"Mistrz" - Katarzyny Michalak - thriller erotyczny

To nie są jakieśtam zwykłe erotyki, nie nie, to są o wiele bardziej ambitne thrillery, bo przecież pojawia się w nich słowo "mafia"!

Melomanka

Anonimowy pisze...

Ja wszystko rozumiem. Rozumiem bzdurną intrygę z morderczym lekiem na AIDS podtrzymującym ciążę, bo to tylko ogniwa między kolejnymi seksami. Rozumiem mizu shobai (wodny/przepływający świat)przetłumaczony jako "klub miłości", bo aŁtorce się wszystko z dupą kojarzy.Zrozumiem kolejnych kochanków, bo niektórym naprawdę wystarczy do szczęścia, że umyta, z dziurą i nie ucieka. Zrozumiem nawet poetycko czarowne wierzganie, bo przecież powszechnie wiadomo, że Japończycy wszystko robią poetycko, wyrafinowanie i zen.

Jeśli czegoś nie rozumiem, to początku historii miłosnej z Pawłem. Spotyka taki w nocy kobietę nawaloną w trzy dupy, zarzyganą i agresywną - i ten widok tak go oczarował (a może to wyzywanie od pedałów?), że aż zostawił jej kartkę z adresem. SERIO!?

Swoją drogą, dobrze wiedzieć, że bohaterka od zawsze trzymała poziom. ><


Hasz

Anonimowy pisze...

Chciałam tu tylko donieść, że przed chwilą jedna z księgarni internetowych umieściła mi panią Felicjańską w podpowiedziach i okazuje się, że ona jest autorką aż trzech książek. o.O I ktoś wydał wszystkie trzy...

Siberian tiger pisze...

Historia przedziwna. Przedziwne jest podejście, że Paweł jako prawnik tej korporacji czerpie informacje o niej z zewnątrz, a nie od kolegów z pracy czy po prostu dokumentów, które do niego spływają. Albo był mocno wyobcowany, albo też tam mu płacili za nieprzeszkadzanie innym w pracy.
"Wolność. Jakiej. Doświadczają. Dzięki. Dobroci. Mężczyzn." - to mnie po prostu zmiotło:)
Jedno tylko wskażę:
" No oczywiście, że wzięłam kalkulator do ręki!
2500:15 = 166,6
365:166,6 = 2,1" - powinno być dalej 166,6:365 i wtedy wychodzi 0,4564 stosunku dziennie (ciekawie to brzmi). A potem już skomentowałaś właśnie tak, jak przy dobrym wyniku: "Małżeńskie ryćkanko średnio co drugi dzień przez piętnaście lat", więc pewnie się "jakoś tam przestawiło":)

Arcyciekawe jest to szukanie wszędzie przez bohaterkę usprawiedliwień dla zdradzania. Zapomniała tylko wspomnieć (w przypadku Japonii) zasadę "przecież 200 km odległości to nie zdrada". W sumie jestem w stanie uwierzyć, że każdy facet mógł faktycznie sobie wyobrażać jak się z nią ryćka. Przy takim prowadzeniu się, to chyba nawet w Warszawie opinia by poszła po całym mieście. Skoro nawet podniecała się tym, że nastolatki się o nią ocierają. To już jakaś nimfomania high level. Generalnie jak czytam coś takiego, to sobie uświadamiam, że nie rozumiem kobiet (po takim czymś to chyba bałbym się siebie, gdybym rozumiał), ale na szczęście szybko nadchodzi sprostowanie, że to przecież nie jest zwykła kobieta, tylko Mary Sue, a ich nawet lepiej nie rozumieć.

Dzidka pisze...

Nic się nie przestawiło.
2500 stosunków przez 15 lat daje nam 166 stosunków rocznie. Jeśli podzielimy 365 dni przez ilość stosunków, wychodzi jeden stosunek na dwa dni (mniej więcej). Ja po prostu policzyłam, co ile dni wypadało ryćkanko.

Siberian tiger pisze...

Aaaa, zwracam honor. Sorry, za bardzo skoncentrowałem się na tym ustalaniu czasu od drugiej strony:)

Anonimowy pisze...

wino pachnące rycyną...a cóż to za idiotka !