piątek, 18 lutego 2011

26. Mroki VooDoo czyli Nadciąga Zuo (2/2)


Ciąg dalszy Mroków VooDoo, które są wyjątkowo mhoczne. Poznajemy tajemnice rodu Potterów, ekscentrycznych tatusiów dwóch, poznamy czym się różni topielica od wisielicy i jak rozpoznać wczesną ciążę.

 
Zaczyna się od awantury:
 
Tym razem wykrzyczała to matka Lily, mląc w dłoniach brzeg bluzki.
Między [mląc] a [mnąc] jest różnica. Niewielka, ale jednak...
Choćby taka, że "mląc" nie istnieje. Bezokolicznik od [mielenia] to mleć. Ale po co mleć bluzkę?
 
Lily zbladła. Wiedziała, że magnetezja Jamesa pozostawia negatywne skutki na jego zdrowiu, że mógł dostać zapaści, albo bezdechu, ale to...
Jak się ma bezdech, to się koszmarnie chrapie. Nie dziwmy się, że Lily zbladła. Noce z Jamesem nie będą już tak romantyczne.
 
-Pani myśli, że to my!?-Bella wyglądała jak kłębek nerwów. Walnęła pięścią w swoje kolano.
A mogła strzelić w kolano Evansa, no nie? Albo Petunię w kark i ta natychmiast wyplułaby wszystkie zżute i połknięte srebrne łyżeczki.
 
Z otwartymi ustami patrzyła na woje kolana.
Woje mają kolana jak się patrzy...
Kościste takie!
 
***
-Jestem Syriusz Black, szanowni państwo Evans jak sądzę!- Ucałował rękę matki Lily.
powitał Petunię tak samo nonszalancko.
Nonszalancko? Czyli w sposób niedbały,  bezceremonialnie, lekceważąco?
Słownik Języka Polskiego tak tłumaczy to pojęcie. Jeśli mężczyzna całuje kobietę w rękę, czyni to z rewerencją i czcią.
*Myśli. Myśli. Myśli. Myśli.*
Aaaaa, wiem! Pokićkało jej się z "szarmancko"!
*dumna z siebie, idzie spać*
 
-A wy, co, błazenada!?-Syriusz udał oburzenie.-Brak kultury, od co, nawet się nie przedstawiliście!
I w ten prosty sposób sprofanowano mi moje ukochane powiedzonko. Ot, co!
Bo ona miała na myśli "od CO" - od tlenku węgla. Się traci kulturę.
 
Pokiwał im teatralnie palcem przed nosem.
Nos mieli wspólny. Takiej komuny nawet hipisi nie wymyślili.
 
-Jestem Kastor, Kastor Potter. Kuzyn Jamesa, a to moja siostra Nabucco...
Siostra Kastora powinna nazywać się Polucja, tak sobie rozważam. Lepiej brzmi, niż Nabuchodonozor.
Kuzyn Jamesa. Jamesa Bonda.
Blond Bonda
 
-Sosu malinowego?-Podstawił panu Evansowi sos pod sam nos.
Sos pod sam nos. Walerian, Do dzieła!
 
Pan Evans na Wzgórzu Miętowym
Nigdy nie tracił swej głowy
Lecz gdy Los
podsunął mu pod nos
sos malinowy, poczuł, że jest gotowy

 
-Nie dziękuję.-Rzekł zmieszany mężczyzna.- Ładny dom.-Odpał na pierwsze pytanie.
Albo aŁtołka głesełuje, albo pan Evans uważa, że ten pałacyk to odpał wyczesany w Kosmos.
 
Petunia otworzyła szeroko usta, ale nie by włożyć w nie kęs.
Nie po to, aby... pewne frazy wymagają staranności w zapisie.
Duży kęs to był. Kęsior.
 
Urocza Azjatka i jej brat zaczęli konwersować między sobą w jakimś obcym języku. Chińskim, albo Japońskim...
Ale z pewnością, nie w polskim, bo tu przymiotniki pisze się z małej litery. Chyba, że jesteśmy Misiem o Bardzo Małym Rozumku...
 
***
Westchnęła. Wiedziała, że obudzi sie pewnie za jakieś kilka, kilkanaście godzin, jak mogła mniemać, ze jeden pocałunek obudź go jak Królewnę Śnieżkę.
Mylisz, aŁtoreczko Śpiącą Królewnę Charlesa Perraulta z Królewną Śnieżką braci Grimm. Niby drobiazg, ale śmieszy. Polonistka. Powyję sobie w rozpaczliwym szyderstwie. Nawet bajek nie zna, polonistka w ząbek szarpana.
Królewicz pocałował ją i zapytał: dziewczynko, dlaczego masz takie wielkie oczy?
Bo nie chcę Niemca za męża! Odrzekła dziarsko i poszła robić pieczeń z Jasia i Małgosi.
Zapomniałeś o Kocie w Butach, który też swoje dokonał.
 
-Dziecko!?-Czyjś głos dobiegł zza jej pleców.-Jesteś w ciąży?!-Zapytał żeński głos zanim jeszcze zdążyła się odwrócić.
Głos może być kobiecy lub dziewczęcy. Żeński jest rodzaj gramatyczny.
Może zagadała do niej Święta Mać Nasza, Gramatyka? Chciała zapytać, czemu ją tak poniewiera. 
 
***
Śmierdzący dym unosił się nad misą z obrzydliwą kleistą cieczą.
Płyn począł uspokajać i bulgotać przyjemnie.
Rozumiem, że począł SIĘ uspokajać. Malutki zaimek zwrotny, a ile radości!
Może jednak ich? Stężony wywar z waleriany? Walerian, nieeee! Idź mi stąd z tymi pazurami!
Będę drapać! Jestem drapieżnikiem. Neurotycznym, ale jednak... 
 
-Krew za krew... Jak to się mówi...-Z misy buchnął szkarłatny dym.
Postać odeszła od naczynia i przyglądając się szklanej kuli na stole zajrzała w nią, marząc szklaną powierzchnię krwią z palca.
Marząc o czym? O umiejętności pisania bez błędów? Bo jeśli postać mazała, to jednak [mażąc] – ach, ta polszczyzna...
 
-Zniszczę cię choćby to miało mnie kosztować całą krew, jaką posiadam...
Krwi się nie [posiada], krew się [ma]. Niuanse.
Posiada się, eeee... wiedzę?
Ałć, Jaszo, nie bij!
 
***
-Czy ja dobrze rozumiem...-Głos Nabucco zadrżał, jej angielski był płynny, dlatego Lily nie poznała go od razu.  
Nabuchodonozor mówiła zbyt poprawnie, by można ją było zrozumieć? Czasem mam wrażenie, że aŁtoreczka nie rozumie tego, co do niej piszę poprawną polszczyzną.
Bo poprawna polszczyzna to już prawie Obca Języka. Chińska albo Japońska.
 
-Ja i Kastor... - -Ale to przecież...-Rudowłosa nie wiedziała, co powiedzieć...
-Kazirodztwo?-Zaśmiała się Nabucco.-Cóż z formalnego punktu widzenia jesteśmy przybranym rodzeństwem, ale tak naprawdę nie jesteśmy przecież spokrewnieni. On nie był synem mojej matki, a ja nie byłam córką jego ojca... 
ale Kastor jest synem jej ojca, a ona jest córką jego matki. Moda na sukces blednie przy tym.
 
-Och, nie mów tak jakbyś nie wiedziała! Skądś chyba masz to dziecko... 
Jak to skąd? Z euforii!
Spała, to jej podrzucili...
 
***
Bella na szczęście nie miała klaustrofobii. Pusty dźwięk pobrzmiał echem.
Pod spodem było coś na kształt schowka, ale leżała tam tylko jednak książka. 
Eeetam... tylko książka, żaden skarb.
A może to pierwsze wydanie "365 obiadów" Ćwierciakiewiczowej? Skarb! Biały kruk!
153 potrawy dla Kotów
 
Doskonale wiedziała co ich zaatakowało... I nie był to wcale zwykły urok.
Jak nie urok, to co? 
Może sraczka? Wybaczcie kolokwializm.
 
Uchyliła drzwi i otworzyła usta ze zdziwienia. Prawie nagi mężczyzna smażył w kuchni naleśniki pogwizdując. Miał na sobie tylko bokserki i różowy fartuch kucharski z falbankami.
Proszę Państwa! Kucharze nie noszą fartuchów. Nie noszą różowych fartuchów, ani tym bardziej różowych fartuchów z falbankami. I nie są nadzy.
Muszę, jak widać, bronić honoru szefów kuchni. Nożem.
*Próbuje ze wszystkich sił odgonić sprzed oczu wizję Jaszy w bokserkach, gustownym fartuchu i z patelnią w ręce. Próbuje. Po czym się poddaje* 
 
-Uważaj poparzysz nas oboje…- Rzekł dziwaczenie rozważnym tonem, gdy wycałowała go pospiesznie.
Dziwacznie rozważny. Dziwaczne zdanie.
Hmmm... całowała nagiego mężczyznę w fartuchu kucharskim. Intrygujący obrazek. Bardzo intrygujący.
Co na to Wielki Sennik Egipski?
Kucharza nagiego pospiesznie całować - uważaj na przelatujące nisko ryby na rowerach.
 
-Wiesz ten fartuch to uszyła właśnie dla mnie. Kiedy miałem siedem lat sięgał mi po kostki… - Zaśmiał się wkładając do ust kolejny durzy kęs.
Duży! DuŻy! [ż] z kropką!
Sprezentowanie fartucha siedmioletniemu brzdącowi stojącemu przy ogniu pomijam milczeniem.
Durza - postać z cyklu Eragon, Cień, opętany przez demony. Ciekawe rzeczy jedzą w tym opku...
 
***
Patrzyła jak piana unosząca się na nieco mętnej wodzie, w wannie staje się coraz mniej gęsta, jak w przezroczystej cieczy widać jej nagie ciało.
Jedna z tych, co nieczęsto się kąpie, skoro woda była mętna.
To w końcu mętna, czy przezroczysta? Chyba, że grubsze osady już opadły na dno.
Szlama! Już wiadomo, skąd się wzięło to określenie. Po prostu - od mułu na dnie wanny.
 
-Nie będziesz taka, nie jesteś Bellą, a ja nie jestem moim zmarłym ojcem…
-Na pewno?- Zapytała głupio.
-Tak …
jaki on pewny, że nie jest dybukiem.
 
-Jak nazwiemy naszą dzidzię?- Uśmiechnął się uroczo.
Zaniemówiła na chwilę .
Nazwiemy je Przeddzidzieśróddzidzia.
 
To było dość dziwne, chłopcy w tym wieku nie koniecznie wykazywali reakcje rodzicielskie…
Reakcje? Chyba instynkt. Instynkt rodzicielski. Ojcowski czy macierzyński, ale do diaska – INSTYNKT!!!
 
A teraz czerwony kwadrat, bo tekst jest dozwolony od osiemnastu lat:
 
-Najwyraźniej bardziej niż ty… -Stwierdził podchodząc do niej i zapinając jaj guzik od spodni.
Ajjj! Ajajaj! Przewlekanie jaj przez dziurkę od guzika musi, powtarzam MUSI być bolesne.
Bardziej, niż wydalanie własnej wątroby przez moczowód? 
Obawiam się, że wrażenia mogą być porównywalne.
Cóż, nie sprawdzaj na sobie, dobrze?
 
Można zdjąć kwadracik.
 
Uśmiechnął się gdy jej wargi odessały się od jego własnych.
Nie no. AŁtorki zdecydowanie powinny przemyśleć zakres metaforyki związanej z wargami. Bo znowu mam wrażenie, że to nie usta, a jakieś robale.
Te no... *pstryka palcami*  - pijawki!
 
- Myślałem o imieniu dla chłopca, ale jakoś mi nie przyszło do głowy nic sensownego…
-A imię dla dziewczynki? Wymyśliłeś jakieś?
Podrzucam pomysł: Nabuchodonozor? Będzie po cioci.
I dla obojga się nada.
 
***
Bella [...] Nie mogła pozwolić by jej jedyne dziecko, jedyna bliska osoba jaka jej pozostała, jedyny powód dla którego żyła zniknął…
 [Dziecko] rodzaj nijaki, [osoba] – żeński, [powód] męski... budowanie zdań to wielka sztuka.
 
-Nie przesadzajmy…- James pokiwał głową przecząco.
Bułgarem był, jak nic! Z Durmstrangu.
 
-Czas powiedzieć prawdę o tym czego nie wiedzą prawie wszyscy czarodzieje, ba nawet ci czysto krwiści nie mają pojęcia… To bardzo unikalna wiedza, a za razem straszna, potworna… I bardzo chroniona…
Kłania się elementarna znajomość składni [prawie wszyscy] nie wiedzą? Może jednak – [prawie nikt nie wie], lub jeszcze lepiej [tylko niektórzy wiedzą]? Lub całkiem dobrze – [niewielu ma o tym pojęcie]?
Znaczy, o czym? O straszliwej, ściśle tajnej dziedzinie czarnej magii, aż się boję powiedzieć - gramatyce?
 
James usiadł na sofie, Lily przytuliła się do niego, czując, ze Bella wcale nie tworzy napięcia na siłę.
Hmmm. Napięcia na siłę. Hm. Natężenia na moc? Fizyką mi tu pobrzmiewa...
Z blachy, drucika i korbki zrobiła transformator i po chwili zaczęła cicho buczeć, dudniąc czasami, gdy zmieniała fazę.
 
-Chcę wiedzieć.-Rzekła, a pani Potter westchnęła mrużąc oczy. Wykrzywiła twarz w przygnębiającym grymasie.
  Jak ja.
 
-Dobrze więc, czy słyszałaś cokolwiek o VooDoo? – Zapytała starając się zachować pozory spokoju.
-Chodzi ci o tę religię z Południowej Ameryki? Te laleczki i odprawianie rytuałów ze zdechłymi kurczakami?
Wypraszam sobie, nekrofilko jedna!
Zdechłe kurczaki w obrzędach VooDoo?
Niedługo usłyszymy, że wystarczy puszka kociej karmy z kurczakiem, żeby sąsiada opryszczyło.
 
-O VooDoo wiedzą nieliczni… Kiedyś był to krąg rodów… Około dwustu… Wiedzę przekazywano z pokolenia na pokolenie, teraz sądzę, że prawdziwych „kapłanów” jest może jeszcze ze dwudziestu… Wymordowali się nawzajem…
Rzucając nawzajem w siebie klątwy oraz konserwy drobiowe?
Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest
Lecz kiedy jej ni ma, samotnyś jak pies! 
 
-Pochodzę z takiego właśnie rodu…-Odparła.
James drgnął i zamarł. Tego chyba mu nie powiedziała.
"Wszystko o mojej matce" 
Lecz ani słowa o ojcu!
 
-A teraz, skoro muszę opowiem wam wszystko, nawet to co każdego dnia pragnęłam zapomnieć, zupełnie wszystko o największym potworze jakiego znałam. O człowieku tak bezwzględnym jak tylko można… Kapłanie VooDoo…
Puszki otwierał siłą woli i mruganiem powiek. 
 
Oczy Belli wydawały się mętne i pełne bólu
-Nie wiem od czego zacząć.- Rzekła w końcu.-Chyba powinnam od opowiedzenia wam mojej historii.
Przez chwilę milczała i odwróciła się do nich plecami. Zdjęła koszulkę. Jej nagie plecy, białe, zupełnie nie opalone pokryte były setką maleńkich kropeczek.
Myślałam, że po pani Simone to już mnie nic nie zaskoczy, ale ta mamusia posuwa się o wiele dalej... 
Więcej damy mamy w niej
a mniej mamy mamy z niej
 
-No wiesz!- James odwrócił wzrok potwornie zawstydzony. Rumieniec wykwitł na jego twarzy.
James ma choć tyle wstydu, że się zarumienił. Nie to, co Kał-lice
Zrozum ich: mając takie lica, naprawdę trudno się zarumienić.
 
-Co widzicie…- Zapytała Bella ignorując jego zmieszanie.
-Piegowate plecy.- Stwierdził Lily zaskoczona. Sama cierpiała na nadmiar kropeczek.
Biedroneczka?
 
Bella ubrała się i odwróciła do nich.
-To nie piegi, to blizny. Każda po jednym małym nakłuciu.
James spojrzał w oczy matki z lekiem, i jakby wstrętem.
Leki bywają paskudnie gorzkie. A zwłaszcza, jak się łyknie jakieś smarowidło do pleców.
 
-Nie mówiłaś, ze mam wuja i ciotkę…
Bella nie wytłumaczyła się z kolejnego zatajenia przed nim istotnego faktu. Przełknęła głośno ślinę.
Gulp! 
 
-Mój brat Nugan, był bardzo przystojny. Jak przez mgłę pamiętam jego piętnastoletnią twarz. Był kochany, opiekował się mną i Izadorą, moją siostrą. -Głos Belli załamał się jakby.
Nugan. Nadając imię synkowi, matka rozważała, czy zastrzelić się z nagana, czy raczej zażreć na śmierć nugatem.
Jest Jakba! I to na końcu zdania, co dodaje uroku, jakby.
 
-Wiec kiedy twoje rodzeństwo zniknęło, wszystko skupiło się na tobie.- Lily popatrzyła w smutne oczy Belli, która poruszyła powoli głową, przytakując. Na twarzy kobiety było zmęczenie. Lily wzdrygnęła się dostrzegając małe ciemne kropki, wyglądające zupełnie jak piegi, na jej twarzy. Najwięcej miała ich pod lewym okiem. 
Oto nowe, świeże spojrzenie na  tatuaż w kąciku lewego oka. 
Względnie na wągry.
 
Lily zastanawiała się czy to bardzo bolało…
-Kidy miałam czternaście lat zadurzyłam się w mugolu. – Westchnęła Bella. – Nie odwzajemniał moich uczuć, zresztą, biedak miał za wiele na głowie. Był jedynym żywicielem rodziny. Jego chorowita matka i cztery siostry, żyły z tego co zarobił. Ojca nigdy nie miał. I chyba tego zazdrościłam mu najbardziej.
No nie? Każdy by zazdrościł poczęcia z Ducha Świętego!
Świetna sprawa - zmartwychwstanie gwarantowane, tyle że ręce trochę bolą i trudno się podrapać...
Ewentualnie z midichlorianów, jeśli ktoś woli wersję gwiezdnowojenną. 
(wtedy możesz liczyć co najwyżej na gustowny, czarny kask) i astmatyczny oddech?
 
Lily wiedziała do czego to zwierzenie ma doprowadzić. Chciała coś powiedzieć, ale słowa Jamesa ja ubiegły.
Słowa ją ubiegły... pewnie z piskiem na zakrętach.
 
-Dziadek go zabił.- Stwierdził mówiąc o swoim krewnym z oczywistym wstrętem.
-Nie nie zabił go…- Bella zaniosła się histerycznym chichotem.- Rzucił na niego klątwę, chłopak oszalał. Najpierw zgwałcił matkę i siostry, potem okaleczył je tak, że umierały wolno i w strasznym bólu. Gdy się otrząsnął i zobaczył co zrobił podpalił dom i spłonął razem z nim i zwłokami.
Ekhem... no dobra, zrozumiałabym, jakby je zastrzelił. Ale nie wierzę, żeby pięć bab nie dało sobie rady z obezwładnieniem jednego faceta, nawet opętanego magią voodoo. Prawdopodobieństwo się kłania.   Nie protestowały, bo każda chciała popatrzeć.
Pozazdrościć chłopu jurności (i determinacji!). No tak, ale cały ten obrazek jest mało prawdopodobny.
 
Lily poczuła, że zbiera jej się na wymioty. Nie wiedziała czy to wstręt, czy strach powodują torsje.
Jesteśmy w opku, więc to raczej ciąża.
 
  -Tamtego dnia stanęłam w miejscu gdzie utopił się mój brat. Wiedziałam, że do tego posłużyła moja krew… Chciałam się utopić. Taki miałam plan. –Bella pociągnęła nosem.
Mroczny plan. Prawie tak mroczny jak podbój świata za pomocą Kucyponków. 
 
[retrospekcja mode on]
 
Wyniósł ją na brzeg. Odgarnął ciemne loki. Była blada, serce biło, ale oddechu nie słyszał, nawet przykładając ucho blisko ust.
Nie miał pojęcia jak się robi sztuczne oddychanie. Nabrał powietrza i wdmuchnął je po prostu w jej gardło.
Uprzednio wykonując tracheotomię za pomocą spinacza.
 
Zachłysnęła się, drgając.
To były przedostatnie drgawki.
 
Łapczywie łapiąc powietrze, odepchnęła go od siebie.
Połapał się, że to pułapka, gdy złapał jej zimne łapy.
 
Ten głupek wszystko popsuł! Spojrzała mu w oczy i wtedy zobaczyła w nich tę troskę i strach… To były najbardziej czarne i smutne oczy jakie kiedykolwiek widziała.
Oczi cziornyje, oczi grustnyje...
 
[retrospekcja mode off]
 
Westchnęła, po policzku spłynęła jej łza, otarła ją pospiesznie i nabierając głośno powietrza, kontynuowała.
Sa-mot-na!
 
-Kiedy znalazłam Regindofforów, martwych… I Mortimera, mojego ukochanego Mortimera, który umierał trzymając mnie za rękę, 
Pamiętajmy, że Mortimer po wymordowaniu licznej rodziny, zginął w płomieniach podpalonego domu. Więc skąd tu ręka Belli?
Przypełzła? Samobieżna Rączka z Rodziny Addamsów?
Przytuptała, żeby go udusić?
 
byłam pewna, że zrobił to mój ojciec.
Dobrze być czegoś pewnym w tym niepewnym świecie...
 
***
[retrospekcja mode on]
 
Mokra kwiecista sukienka, w sposób zawstydzający, przykleiła się do jej ciała. Starała się zasłonić piersi włosami, ale ciemne pukle wyschły już nico i sterczały na wszystkie strony.
On chyba też się krępował i starał nie patrzeć na materiał, który przyklejony także do jej nóg i pośladków, stał się prawie zupełnie przezroczysty…
Wiedz, samobójco młody:
Nie rzucaj się do wody
W kwiecistej sukienusi
Bo jeszcze kogoś skusisz!
I miast osiąść na dnie z wdziękię*)
Podziwiać ci będą sukienkę
 
*) licentia poetica na potrzeby rymu
 
-Dziękuje.- Gadała raz po raz.
Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. Dzię. Dzię. Dzię. Dzię. Cholera, coś się zacięło.
Krrrttt, hrrrt, brrrrt, BDING. Ku-ku! Ku-ku! Ku-ku!
 
-Odprowadzić cię do domu? Nie powinnaś iść sama, wyglądasz trochę prowokująco. Nie znam ludzi z miasteczka, ale skoro nawet mnie trudno się powstrzymać od sprośnych myśli to im chyba też nie byłoby łatwo. Wiem co mówię, zazwyczaj jestem powściągliwy…
Facet lubił topielice. To ma jakąś fachową nazwę?
Lepsza topielica niż dajmy na to - wisielica. Wilgotna, sprężysta...
Ekhem... Jaszu, Ty też???
 
-Mhm.- Mruknęła pod nosem kuląc się bardziej i czerwieniąc jak dojrzałe jabłko.
-Nie chciałem cię zawstydzić…- Rzekł przepraszająco, próbował na nią normalnie popatrzeć. Ale nie wyszło to naturalnie. Szybko odwrócił wzrok.
Naturalnie wychodziły mu tylko spojrzenia zamglone a pożądliwe.
 
-Nie chce wracać do domu. – Stwierdziła trzęsąc się, ni to z zimna, ni z szoku, w którym pewnie jeszcze była.
Sam też był mokry, czół chłód, który wywoływał wietrzyk, który wcześniej zdawał się błogosławieństwem.
Czół go na swym czółku. Które zmarszczyło się od intensywnego myślenia nad konstrukcją tego zdania.
 
-Chcesz poczekać, aż wyschniesz? -Zapytał nie wiedząc czy może zostawić ją samą.
Chcesz? Mam tu sznurek i parę żabek, rozwiesimy cię, szybciej będzie! 
 
-Mhm…- Mruknęła siadając na trawę.
Siada się NA CZYM – na trawie. Ewentualnie CZYM – tyłkiem.
 
-Nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy Bello?- Zagaił.
-Nie sądzę, nie często wychodzę z domu. Ojciec nie pozwala.- Rzekła po czym jęknęła cicho. Chyba wydawało jej się, że powiedziała za dużo.
-Też bym nie pozwalał, gdybym miał taką córkę. Nie dziwię się…
Po co ludzi straszyć?
 
-Ile właściwie masz lat? –Zapytał starając się ukryć niepokój.
-Piętnaście- Rzekła szczekając zębami. -Prawie… - Dodała, a coś narosło mu w gardle.
Kłaczek?
 
-Nie zrobię ci krzywdy…- Rzekł. W żołądku robiło mu się ciepło gdy tak patrzyła.
W żołądku? Jak  widać, Morti ma rozchwianą fizjologię. Najpierw coś narasta mu w gardle, a potem robi mu się ciepło. Powtarzam - w żołądku.
W żołądku, czyli małym żołądziu, no.
 
– Fakt jestem prawie siedem lat od ciebie starszy, ale…
-Ja cię znam… Ze szkoły…- Jęknęła cicho. Jej głos drżał wciąż, ale wydawał się pewniejszy. – Jesteś taki jak ja…
Też jesteś dziewczyną! 
Zaskoczony Mortimer poprawił sobie biustonosz.
 
-Słucham?- Zaskoczyła go. Nie możliwe by znała go ze szkoły… Nie uczył się w żadnej tutejszej…
Uśmiechnęła się nagle, najładniejszym uśmiechem jaki kiedykolwiek widział. Przypominała dziecko gdy w policzkach pojawiały jej się dołeczki. Właściwie to była dzieckiem…
E tam, dzieckiem. Standardowa bohaterka opka w tym wieku jest już w drugiej ciąży.
 
-Jesteś czarodziejem.- Stwierdziła całkowicie pewna swego.
-Nie mam nic czym mogłabyś się okryć. – Rzekł i zesztywniał cały, gdy niespodziewanie się do niego przytuliła.
W słowie [okryć] chyba brak jednej litery, żeby był sens zesztywnieć.
 
Wszystko mu mówiło, ze powinien tak zrobić i ba jeszcze na nią nakrzyczeć… Ale czując na ramieniu jej ciepły policzek, bał się poruszyć, jakby była motylkiem, który przysiadł mu na nosie.
Ja bym się poruszyła, motylki łaskoczą. 
Motylek przysiadł na nosie... jakież to wzruszające, jakie urocze jakie do obrzydzenia słodziutkie!   
 
Przed oczami miał wyobrażenie płonącego domu. Chłopca z szałem w oczach mordującego własną matkę. Wiedział, że nie można oprzeć się VooDoo. Wiedział, że to siła, która mogłaby zmusić i jego do skrzywdzenia najbliższych. Popatrzył na najdroższe mu kobiety. A gdyby to jego dopadła klątwa, gdyby to on obudził się, jak tamten nieszczęśnik, z transu, po czym dostrzegłby ciała ukochanej i matki, zbezczeszczone, zgwałcone, zaszlachtowane… I przez kogo… Przez niego samego…
 Mhmmmm, jak przyjemnie sobie pomarzyć...
 
[retrospekcja mode off]
 
***
James uspokoił matkę. Wiedział, że Bella ma jeszcze wiele do powiedzenia, ale nie chciał rozdrapywać zbyt wielu jej ran za jednym razem.
Do rozdrapywania wielu ran za jednym razem najlepiej służą grabie.
 
-A ja?- Lily wstała z fotela i przyklękła obok Belli. – Jestem celem, bo moja śmierć, skrzywdziłaby Jamesa prawda, on chce mnie zniszczyć, bo jestem poza ochroną, wie że niszcząc mnie może doprowadzić do…  
  Skrzywdziłaby Jamesa prawda. A prawda jest okrutna - trzeba bez litości wyrżnąć połowę przecinków, a resztę deportować w odpowiednie miejsca.
 
-Myślisz, że nas śledzi!?-Lily zacisnęła paznokcie na własnych kolanach.
  Zauważam, że aŁtorka ma obsesję na punkcie własności kolan. 
"Gdy rękę trzymałem na twoim kolanie, to miałem o tobie wysokie mniemanie..." 
 
***
[retrospekcja mode on]
 
Mortimer westchnął. Nie powinien widywać się z dziewczynką. Nie sam na sam. Nie tak daleko od miasteczka… Ale nie potrafił jej odmówić. Odkąd się poznali i bez trudu wymogła na nim przysięgę, że spotkają się raz jeszcze, przychodził and rzekę. Ona też przychodziła.
Wysoki Sądzie, ona sama chciała!
 
Przecież to była tylko dziewczynka. Za tydzień miała skończyć piętnaście lat… A on skradał jej pocałunki…
Skradał pocałunki! Skradać się można chyłkiem, na czworakach, po nocy; skradać się bezszelestnie. Natomiast [kraść], a więc także [kradł, skradł] to zupełnie, ale to zupełnie inne słowo. Chyba, że Mortimer lekko deptał ją po twarzy. Ano, to wtedy się skradał...
A ona go całowała po piętach?
Jeśli miał łaskotki, to przechodzimy na wyższy poziom perwersji.
[retrospekcja mode off]
 
***
Przykryła się kołdrą, przekręcając po raz setny na drugi bok. Nie mogła spać. Nienawidziła tego domu, jak i jego cudacznych mieszkańców. Petunia najchętniej opuściła by Miętowe Wzgórze, na którym była dosłownie więźniem.
Petunia z Miętowego Wzgórza? How sweet! 
 
I jeszcze dzisiejszy dzień. Wszyscy skakali planując dziś ten durny ślub, Cóż problemy młodej mary miała w dupie. I to głęboko.
Zadziwia mnie ta huśtawka stylistyczna. Raz ćmoje-boje poetyczne i motylki na nosie, aż tu nagle łup! - DUPA!
 
Dotknęła już klamki chcąc wparować do środka.
Psst! I obłoczkiem przez dziurkę od klucza...
 
Szloch przerwał jej zamiar. Zdecydowanie był to szloch jej siostry.
Zamiarus interruptus. Już nie wspomnę o tym, że zamiar można udaremnić, a działanie - przerwać.
 
 
Cóż to, ze poszła wypłakać się do niego, nie było wystarczająco sprośne. Westchnęła czując nareszcie senność.
A czegóż to kwiatuszek oczekiwał? Krótkiego Kursu Kamasutry?!
Samotne łzy są takie perwersyjne...
 
***
[retrospekcja mode on]
 
Starla Regindoffore nie przepadała za swoim bratem. 
-Chory jesteś?- Zapytała przy śniadaniu. Od miesiąca chodził jak struty. Nie mógł sobie miejsca znaleźć.
Ojciec i matka zerknęli na syna z lekiem kiedy brodząc łyżką w misce owsianki nie odpowiedział.  
Znowu miska! W słownictwie aŁtorki rzeczywiście brakuje słowa [talerz]!
No i to "brodzenie łyżką" też robi wrażenie. Wrażenie graniczące z pewnością, że aŁtorka nie ma pojęcia co znaczą słowa, których dobiera.
Ale zauważ, mieli już na to skuteczny lek!
(aż boję się pomyśleć - lewatywę?)
 
-Odwal się!- Warknął i wyszedł z kuchni.
-Ocho… Czuły punkt…- Zachichotała Starla głupio siorbiąc przy tym herbatę.
Ciekawe, czy można mądrze siorbać.
 
Drzwi sypialni Moritmera, na najwyższym Pietrze stuknęły tak głośno, jakby nie omal miały wypaść z zawiasów.
Pietrze! A Pawła wy nie widzieli? 
Pieter, choć najwyższy, Pawła nie widział. Jakby tak jeszcze nieomal napisać razem...  Chyba, że jest jakiś omal, tak jak jest lopa będąca antonimem antylopy.
Może to kuzyn omacka? I ukradka.
 
-Bella.- Bąknął. Czuł się jak gówniarz, który przyznaje się do podglądania koleżanek.
-Mogę ją poznać.- Nieśmiało zapytała matka.
  Była tak onieśmielona, że w popłochu zjadła znak zapytania.
 
-Ona mnie kocha, ja ją… Co mam zrobić?! –Warknął na matkę.
Pociąć się?
 
Pni Regindoffore nigdy nie maiła takiej ochoty sprać syna.
W tym wersie AŁtorka przekazuje nam intrygujący obraz polowania (ochoty) wśród umajonych wiosennie pni drzew z gatunku Regindoffore. Obiektem polowania jest spraćsyn, chutliwy a sprośny. Podziękujmy aŁtorce za ten krótki, lecz jakże ciekawy rzut oka na obyczaje naszych druidzkich przodków!
 
  [retrospekcja mode off]
***
Usiadła na łóżku ze zrezygnowaniem.
Z jednej strony siedział James, z drugiej Zrezygnowanie.
 
No tak nie była głupią idiotką, która zbagatelizowała by brak krwawienia przez cztery miesiące. Zresztą wszyscy dobrze wiedzieli skąd się biorą dzieci. Kobiety nie są przecież wiatropylne, zasługa Jamesa sama cisnęła się na usta.
Cooooo?   Zasługa Jamesa cisnęła się na usta?  I stąd właśnie biorą się dzieci?
Nie mogę się zdecydować - mam ómrzeć na zakwik, czy wpaść w stupor.
 
-Cholera.-Warknęła nieświadomie gładząc się po brzuchu.
James przytulił ją ciepło.
Ona warczy nieświadomie, on przytula ciepło, Kura za to przeklina czarnomagicznie i voodooicznie.
 
-Dziś przy kolacji.- Zdecydowała w końcu. – I nic nie Bedzie zwalał na siebie.
Nie będzie zwalał na siebie stołu z całą zastawą. Co za ulga.
 
James chrząknął pod nosem, co brzmiało bardzo podobnie do jednego przekleństwa. Nie wiedziała czy dla tego, że atmosfera była zła mimo, że jeszcze się nie przyznali, czy dlatego, że nie lubił suchej pieczeni, a jedynym sposobem by nie wywołać awantury było nie użycie, żadnego z wytworzonych przez matki sosów.
Matki wytwarzające sosy... Ja nie chcę w to wnikać, ja nie chcę o tym myśleć!
(Przepraszam, to cały czas utrzymujące się efekty zrycia mózgu przez poprzednie opko) 
Muszę się przyznać - Milena też podniosła mi poziom obscenicznych skojarzeń.
 
Lily miała ochotę wyjść z tego pełnego nienawiści pomieszczenia. Czuła, że zaraz ktoś złapie za widelec i wydłubie drugiej stronie oko.
Pomieszczenie pełne nienawiści? Ładne. Niezborne do bólu.
I to oko wydłubane drugiej stronie.
Prawie jak klasyczne "Imperializm się do nas z przodu uśmiecha, a z tyłu zęby szczerzy"
 
Ten kto rozłożył metalowe sztućce musiał być niezłym szaleńcem.
Normalni ludzie jedzą plastikami. Albo w ogóle palcami ze wspólnej misy. 
 
Chwile trwało zanim do dziewczyny dotarło, ze sama je rozłożyła, na prośbę Belli. Dlaczego wtedy nie pomyślała o plastikowych?
I papierowe tacki, żeby sobie głów nie porozbijali zastawą.
 
-O tak, trzeba rozwiązać tę sprawę raz na zawsze!- Warknął pan Evans, akurat w momencie gdy oboje z Jamesem nabierali powietrza i zbierali się na odwagę, by wreszcie zakomunikować, że w rodzinie pojawi się dzidziuś.
Ale przeddzidziuś, czy zadzidziuś?
 
-Słucham?!-Bella o burzona zacięła palce na kieliszku z winem.
Krew chlusnęła wprost w rubinową ciecz. Burzon był nieprzeciętnie ostry. Czymkolwiek był.
 
Obawa, że nóżka pęknie, nie zaprzątała jej głowy.
I słusznie. Parę kieliszków już w życiu stłukłam, więc mogę podszepnąć, że co jak co, ale nóżka zwykle zostaje w całości.
 
-Mamy dość bycia więźniami tego domu. – Z ciężkim sercem wydukała pani Evans, czując na sobie spojrzenie córki.
-Nikt tu was nie więzi…- Stwierdziła cierpko Bella.
-W takim razie, wyjeżdżamy. Dzieciaki mogą planować ślub poza tym domem. - Stwierdziła matka Lily chardo.
Charda i chonorna jak jasna holera.

-Bella, oni nie mogą…- Jęknęła, czując dziwny skurcz w żołądku. A może to nie był żołądek?
Dudki, czyli letkie, czyli płucka?
 
Kłótnia rozgorzała na dobre, gdy z łaski poprosiła by zostali.
Głośny pisk Lily wyrwał Jamesa z oka cyklonu.
Czyli z jedynego spokojnego miejsca w tym domu. 
 
Podpierając się ściany popatrzyła na niego przerażona. Jej dłonie i spodnie w okolicach krocza były czerwone od krwi. Z nosa pociekła stróżka.
Z nosa wyszła jej pani stróżująca? Czego tam pilnowała? Kóz? 
 
Pani Evans krzyknęła przestraszona. Kłótnia ucichła. Wszyscy ze strachem patrzyli jak Lily osuwa się po ścianie. James podbiegł do niej przerażony, ledwie zdążywszy złapać ja zanim upadła zemdlawszy.
  Mmmm. Będę się napawać brzmieniem tego zdania. Ledwie zdążywszy, zanim zemdlawszy. Jakie to... ahystokhatyczne.
 
[retrospekcja mode on]
Pocałowała go namiętnie, przyciągając do siebie. Z nieba lunęło. Deszcz spływał po jej włosach. Kwiecista sukienka, tak podobna do tej w której widział ją po raz pierwszy, stawała się coraz bardziej mokra, jej materiał oblepiał jej ciało, miejscami był już przezroczysty.
Mortimer uśmiechnął się szeroko. Jego mała topieliczka...

Pocałunki stały się bardziej łapczywe. Nie mógł opanować dłoni, dotykających tam gdzie nie powinny. Nie broniła się, jakby nie czuła, jego palców gładzących jej pośladki, błądzących po udzie.
Osunęli się na ziemię. Przejechał językiem po jej szyi. Nie wiedziała jak się zachować. Nie umiała odwzajemnić takiej ilości dotyku, takiego natłoku czułości…
Powinna się bronić. Odepchnąć go. Nie powinna tego akceptować… Karcił ją w myślach za to, że pozwala… Sam nie umiał już przestać, obsesja jaką miał na jej punkcie zmieszana z bólem jaki przyniesie rozstanie zamroczyły mu umysł. Mógł już tylko pożądać.
Sama chciała, Wysoki Sądzie, przecież mówiłem, że sama!

Nie chciał by ta mała wróżka, która wywróciła mu życie do góry nogami, odeszła. Nie chciał by ktoś mu ją odebrał. Dlaczego nie mógł trzymać jej w ramionach do końca świata i jeszcze dłużej.
Mokre ubrania opadły na ziemię. Żadne z nich nie martwiło się, że mógłby je porwać wiatr.
Słusznie. Mokre są ciężkie raczej.

Jej szybki oddech przerywany jękami brzmiał w uszach Mortimera. Jej małe piersi doskonale pasowy do jego dłoni. Jej ciało całe pasowało do niego oddając się kawałek po kawałku.
Pokroił ją???
 
Jej coraz szybciej unosząca się klatka piersiowa, mokra od potu i spływającego deszczu kołysała się w jego ramionach.
Klatka piersiowa. Zaraz usłyszymy o kręgosłupie, żebrach i miednicy.

Duże krople deszczu chłostały jego nagie ciało. Palce Belli wbiły się w jego ramiona. Była tak drobna, taka malutka… Przykryta w całości jego ciałem pojękiwała w rozkoszy coraz ciszej i ciszej…
I nagle wszystko się skończyło.
Ups! Przedwczesny?
 
Już oddychał powoli, mózg trzeźwiał. Docierało do niego co właściwie się stało. Spojrzał na dyszącą cichutko dziewczynę leżącą pod nim. Miała zamknięte oczy, jej piegowate blade ciało kontrastowało niesamowicie ze zdrowym brązem jego opalenizny.
Deszcz przestawał padać… Drobny kapuśniaczek muskał jego nagie plecy. Krople spływały powoli po ciele Belli. Miał ochotę się rozpłakać widząc stróżkę krwi spływająca po jej udzie.
Strażniczka krwi wzięła i poszła sobie. Nie miała już nic do roboty.
 
-Co ja narobiłem…
-Ja nie chciałem… Przepraszam…- Rzekł jak dziecko tłumaczące jakieś swoje przewinienie.
To było straszne, miała ledwie piętnaście lat… Zrobił coś strasznego… Coś tak karygodnego … Była ledwie dziewczynką, dziewczynką w ciąży.
W chwili gdy kochankowie odrywają się od siebie, on ma świadomość, że zaszła w ciążę, na co wskazuje jej spuchnięty brzuch....
Cóż, ja się tu powołam na autorytet Baśni z 1001 nocy. Doskonale pamiętam, że w jednej z nich bohater w noc poślubną "brał swą żonę piętnaście razy, aż się poczuła brzemienną".
 
-Zaopiekuj się nami…- Poprosiła ze łzami w oczach. Jak miałby odmówić, miała w sobie jego dziecko.
Też zapłakał. 
My też płaczemy.
Płacze z nami deszcz i fontanna szlocha też...
 
[retrospekcja mode off]
 
-Boże zemdlała!- James trząsł się cały.- Trzeba ją zabrać do szpitala. Trzeba coś zorbić…
Szefie, mam ci tyle do powiedzenia...
Zatańczmy zorbę! Jaka piękna katastrofa!
To opko jest katastrofą godną Kazantsakisa i Theodorakisa razem.
 
 
Analizowali Kurotazanaukis, Jaschotokopulos i Walerianozarakis razem.


5 komentarzy:

jasza pisze...

• NieToPerz

• 2010-05-02
A ja znowu się przyczepię...
*chichocze szatańsko* Przymiotniki w jezyku polskim piszemy MAŁĄ LITERĄ a nie Z MAŁYCH LITER


• Griś


Studentka myśli, że krwawienie po uprawianiu seksu jest spowodowane zapłodnieniem? Hmm. Albo ja mam jakąś niepełną wiedzę, albo Polonistka opuściła "kilka" lekcji biologii lub wychowania do życia w rodzinie. Czyżby poziom wiedzy na temat seksu u niektórych był aż tak niski? A może niedługo i u nas będą stosowane nasiadówki z coli? :>

Analiza po prostu mnie Ómarła :>

• sociopath

P.s. Wiem, że tego typu uwagi w odniesieniu do prześmiewczego tekstu są raczej dziwne, ale m u s i a ł a m to napisać, taka mała obsesja. A sama analiza jak zwykle przednia, szczególnie zauroczył mnie przytoczony już fragment o Jasiu i Małgosi.



• Superkotek


"Królewicz pocałował ją i zapytał: dziewczynko, dlaczego masz takie wielkie oczy?

Bo nie chcę Niemca za męża! Odrzekła dziarsko i poszła robić pieczeń z Jasia i Małgosi.

Zapomniałeś o Kocie w Butach, który też swoje dokonał."

Świetne - nowe opko można by z tego skręcić (jak się Tożsamość skończy).
Dziękuję za zapewnienie 30 minut dzikiego kwiku.

• Agata

Jascho-to-kopulos?

Wybaczcie, to tylko Marlenk/Milenka ciągle nie wywietrzała mi z głowy.

• monaco

Nie, w ogóle. Ja po prostu jestem bardzo mONdra i się zorientowałam ;)

• jasza


Odrobinę mnie rozsierdziła.
To widać?

;)

jasza pisze...

monaco

Autorka chyba zdenerwowała Jaszę... :)

• Patryśka


http://hermiona-16.mylog.pl/2009-06-20/harry

To też jest wyjątkowo mhrocne.

• Martuś


O ile się nie mylę, to voodoo "pochodzi" z zachodniej Afryki... Borze wszechlistny, widzisz to i nie grzmisz???!!!

• An-Nah


Hmpf, większość tych fragmentów nie jest nawet specjalnie kwiatkowa... jest po prostu zwyczajnie źle napisana... Cóż, ponoć polonistyka zabija talent :P

Lubieciastka: wudu (taka pisownia występuje w polskiej literaturze) jest religią synkretyczną powstałą na Haiti z elementów afrykańskich (głównie ludu Fon) i chrześcijaństwa. Więc nie tak do końca wywodzi się z afryki... zresztą utożsamianie wudu z czarną magią to błąd kultury masowej... Wybacz, musiałam.

• lubieciastka

O losie słodki, Voodoo wywodzi się z A f r y k i. Ja rozumiem, że to nie jest jakaś powszechna wiedza ale doprawdy. Można raz na jakis czas sprawdzic o czym właściwie się pisze :/

Swoją drogą - świetny blog. tak trzymać :D

• kura z biura

Wniosek ogólny: zanalizujcie mnie jeszcze pięćset razy, a ja dalej będę te same błędy popełniać.
A podobno na błędach człowiek się uczy...

jasza pisze...

jasza


> Cóż nie musicie mnie lubić...

* Analizujemy TEKSTY, co nie ma nic wspólnego z osobistym stosunkiem do autorów. I nie robimy wyjątku dla Ciebie.

> Zresztą widać po waszych komentarzach, że mnie nie lubicie.

* Nie lubimy głupawej grafomanii, rojącej się od błędów

> Trudno, płakać nikt po tym nie będzie.

* Po czym? Jeśli masz na myśli, że nie będziesz się przejmować naszą opinią, to zdanie powinno brzmieć: "nie będę nad tym płakać"


> Znowu wiele trafionych uwag... Choć niektóre mogliście sobie darować...

* Jeśli są trafione, to dlaczego mielibyśmy z nich zrezygnować?

[...]
> Zazdroszcze wam tak łatwo przychodzi wam robienie z ludzkiej pracy odpadków technicznych.

* Zazdrościsz [1* nam], że tak łatwo przychodzi [2* nam] - przeczytałaś choć raz to zdanie?
I nie nazywaj tego opka pracą. A tym bardziej ludzką pracą, bo jak na złość - jest dowodem na Twoje lenistwo. Lenistwo, które nie tylko przeszkadza Ci skorzystać ze słownika, ale nawet zastanowić się nad fabułą.

> Sama bym tak nie mogła.

* Nie wątpię. Najpierw trzeba mieć elementarną znajomość polszczyzny, wyczucia poprawności językowej (frazeologicznej, składniowej, logicznej), by móc zanalizować jakikolwiek tekst.


> Ale chętnie bym was poznała i wysłuchała waszych uwag, nie takich pod publiczkę jak tutaj...

* Istnieje niebezpieczeństwo, że usłyszałabyś to samo, może nawet w gorszej formie, bo tu "pod publiczkę" zachowujemy pewną powściągliwość, którą moglibyśmy utracić w bezpośredniej rozmowie.


> Nie zamierzam udzielać się w waszych dyskusjach, za mało czasu mam na to.

* Mam nadzieję, że nie marnujesz czasu i uczysz się do upadłego.


> Ja nie zmaierzam się obrażać, ani obrażać innych.

* Zamaierzasz? Znaczy - nacierasz się majerankiem?

[...]
> Ważne by w życiu robić to co sprawia człowiekowi przyjemność. Jeśli to wam ją sprawia... Mi sprawia ją pisanie dla ludzi. I miło by było gdybście to uszanowali.

* [Mi] na początku zdania, w pozycji akcentowanej!
Mam poważne wątpliwości co do Twojej wersji, że studiujesz polonistykę. Że w ogóle coś studiujesz...

• Sierżant


Ależ kochanie, ja Cię osobiście uwielbiam!

Zwróć jednak uwagę, że w poprzedniej dyskusji nikt Cię nie obraził. "Zresztą z góry wiem, że wszyscy mnie obrażą, skrytykujuą, stwierdzą jaka to za mnie AłTOreCZKA..." Nikt Cię nie obraził. Chyba, że jesteś wybitnie przewrażliwiona. Poza tym nie nazywamy nikogo AłTOreCZKAmi. To poniżej naszej godności. Najwyżej aŁtoreczką ^^


Twoja wypowiedź prezentuje nurt obrony "jaka to ja biedna jestem, a wy się jeszcze mnie czepiacie". To dość zabawne, biorąc pod uwagę inne Twoje komentarze w dyskusjach pod analizami. Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze "nie macie prawa do kopiowania treści moich blogów" i szczerze liczę na "nie jesteście zawodowymi krytykami, więc nie macie prawa mnie oceniać".

"Ale chętnie bym was poznała i wysłuchała waszych uwag, nie takich pod publiczkę jak tutaj..."
Uwagi pod publiczkę? Czyli za bardzo się od analizatorów nie różnisz, prawda? Jeszcze całkiem niedawno stwierdziłaś, że sama piszesz opka "pod publiczkę", ku uciesze ludności.


Pozdrawiam nad wyraz gorąco!

jasza pisze...

• Ona

Cóż nie musicie mnie lubić... Zresztą widać po waszych komentarzach, że mnie nie lubicie. Trudno, płakać nikt po tym nie będzie. Znowu wiele trafionych uwag... Choć niektóre mogliście sobie darować...
Cóż mimo wszystko w tej waszej ocenie jest wiele pozytywów. Może wy byście tego tak nie nazwali ale cóż.
Zazdroszcze wam tak łatwo przychodzi wam robienie z ludzkiej pracy odpadków technicznych. Sama bym tak nie mogła.
Ale chętnie bym was poznała i wysłuchała waszych uwag, nie takich pod publiczkę jak tutaj...
Nie zamierzam udzielać się w waszych dyskusjach, za mało czasu mam na to. Zresztą z góry wiem, że wszyscy mnie obrażą, skrytykujuą, stwierdzą jaka to za mnie AłTOreCZKA... Nie wiem skąd
w ludziach aż tyle złych emocji.
Ja nie zmaierzam się obrażać, ani obrażać innych.
Nie zamierzam się bronić ani was oskarżać. Róbcie co chcecie, to wolny kraj.
Możecie mnie oceniać jeszcze setki razy... Proszę bardzo, jeśli was to cieszy... Ważne by w życiu robić to co sprawia człowiekowi przyjemność. Jeśli to wam ją sprawia... Mi sprawia ją pisanie dla ludzi. I miło by było gdybście to uszanowali.

• Amelia

słów mi brak...

polonistka - *wybucha maniakalnym śmiechem* dokąd zmierza ten świat...

niecierpliwie czekam, aż Pani Polonistka się wypowie na temat analizy - która, swoją drogą, jest lepsza od poprzedniej

Anonimowy pisze...

"Proszę Państwa! Kucharze nie noszą fartuchów"

Nie noszą? Serio? o_O Film "Ratatouille" mnie oszukał? ("Znak dobrego kucharza to brudny fartuch i czyste łokcie") To znaczy, że w ogóle się nie przejmują, czy coś ich ochlapie albo zabrudzi? Czy noszą odzież ochronną o innej nazwie?