czwartek, 16 sierpnia 2012

187. Jak przetrwać na pustyni, czyli O pokój i braterstwo we Wszechświecie (Achaja, cz. 3)



Drodzy czytelnicy! Oto przed Wami trzecia część analizy epickiego dzieła fantasy... a dotarłyśmy dopiero do końca pierwszego tomu. I musimy odpocząć, zresetować mózgi, bo mynconce jest ono łokrutnie (a Sine zapowiedziała, że jeśli zmuszę ją do analizowania kolejnego odcinka, to ucieka na Seszele). Dlatego też w przyszłym tygodniu wracają poczciwe blogaskowe opka, natomiast ciąg dalszy Achai pojawi się w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Ale za to będzie się tu działo, oj działo! Dowiemy się, jak przeżyć na pustyni, które zwierzę jest najgroźniejsze i dlaczego nie karaluch, czego nie wolno robić w świątyni oraz jaka jest najskuteczniejsza metoda wprowadzenia powszechnego pokoju we Wszechświecie. A na koniec usłyszymy coś w rodzaju “Ptasiego radia” Tuwima... tylko że nie.
Zatem, że tak zacytuję klasyka: lećmy z tym koksem, bo odcinek był rzadkiej urody!

Andrzej Ziemiański: Achaja, t. 1, Lublin 2003, wyd. II poprawione.

Analizują: Kura i Sineira.


Rozdział dwudziesty piąty

Achaja gołymi rękami łapie jadowitego węża, potem rozprawia się z bandą Rokhana, która próbuje jej tego węża odebrać. Przybywa nowy transport jeńców, Hekke, Krótki i Achaja zajmują się rabunkiem.
Zdarła z jakiegoś chłopca czystą tunikę i zdobyła największy skarb - ułamek ostrza jakiegoś noża. (...)  Włożyła ostrze do ust, zerkając na boki, ale nikt ze strażników na nią nie patrzył. Hekke odebrał komuś prosty, drewniany flet i rzucił dziewczynie.
- Umiesz na tym grać?
- Nic a nic!
Odpowiedziała, trzymając w ustach ułomek ostrza, gratuluję. W dodatku na tym konwersacja się nie kończy, Achaja ładuje dodatkowo do ust metalowe guziki i nadal, panie dziejku, jest w stanie mówić.

Achaja “pomaga” jednemu z więźniów, rannemu - skręca mu kark, by się nie męczył. Obrywa za to baty. Nastąpiło opóźnienie w budowie drogi i nie wolno sobie pozwolić na utratę siły roboczej - sam autor tak napisał parę akapitów wcześniej. A potem wspiął się na wyżyny konsekwencji i opisał, jak strażnik biczuje na śmierć dziewczynę, która poprosiła Achaję o pomoc dla chłopaka.
Wieczorem Achaja zwierza się, że chce uciec.

Obóz to nie było miejsce dla kobiet. Dla mężczyzn, zresztą, też nie. No, ale mężczyźni mieli przynajmniej bardziej racjonalne umysły. W niczym to, co prawda nie pomagało, ale przynajmniej wiedzieli, że ucieczka jest wyborem jednej najbardziej z bolesnych form śmierci.
Oczywiście, oczywiście. A kobiety były głupie i sądziły, że ucieczka to spacerek nadmorskim bulwarem.

Hekke stanowczo protestuje, ale Krótki zaczyna udzielać jej rad, jak to zrobić.

— Musisz uciekać podczas burzy piaskowej — powiedział cicho, budząc zdziwienie u swojego towarzysza. — To jedyna szansa dla kogoś, kto ma kajdany na nogach. Inaczej dogonią cię na koniach.(...) Z tym, że burza piaskowa, co prawda zatrze twoje ślady, ale może sprawić, że zgubisz kierunek. Cztery lata temu jeden taki uciekał w burzy. Okazało się, że krążył w kółko. Złapali go jakieś trzysta kroków od obozu.
(...)
— Marynarze na morzu — kontynuował Krótki — mają taką igłę, co może wskazać kierunek. Ty nie będziesz miała.
Właściwie dlaczego? Magnetyt to bardzo pospolity minerał, a założenie, że uda się go znaleźć wśród skał i sporządzić prymitywny kompas z namagnesowanej blaszki jest (przynajmniej moim zdaniem) mniej karkołomne od tego, co wymyślił autor. Popatrzmy:

Więc zrobimy tak: umocujemy mały kij na osi przymocowanej do koła wykonanego z drewna.
Wykonanie koła z drewna (krążka, dysku, whatever) to trudne zadanie, wymagające użycia odpowiednich narzędzi i materiałów. Mają tam podręczny warsztacik?

Jeśli będziesz tym kołem przez cały czas szybko kręcić, kij wskaże ci ciągle ten sam kierunek. Jeśli choć na chwilę przestaniesz, cały pomysł do dupy.
Znaczy, chce dla niej zrobić coś w rodzaju żyroskopu. Niech mi ktoś to rozrysuje, bo nie bardzo to widzę, ale wydaje mi się, że w opisie urządzenia pominięto ważną rzecz, czyli ramkę, w której powinno zostać zawieszone koło z osią.
Owszem. Krążek na osi musiałby być przymocowany do ramki, w dodatku przy zastosowaniu przegubów (patrz: żyroskop kierunkowy).
Poza tym, w jaki sposób ona ma zamiar “szybko kręcić” tym kołem - ot tak, popychając je ręką? W życiu nie uzyska odpowiedniej prędkości...
Nawet jeśli uzyska, to nie utrzyma jej zbyt długo. Proponuję pobawić się Powerballem i sprawdzić na własnej skórze.
No i, last but not least, w przypadku żyroskopu bardzo ważne jest wyeliminowanie tarcia, drewniane elementy tego tutaj sfajczą się prędzej czy później... Raczej prędzej.
Ale my tak gadu - gadu, a przecież są tu tacy, co pamiętają programy Adama Słodowego!

Burze piaskowe są tu częste jak zaraza (wyjaśnił Krótki dziewczynie, która jest w tym obozie już trzy lata i jakoś do tej pory nie miała pojęcia, jak częste są tu burze), uciekaj natychmiast, zanim zaczniesz się zastanawiać.
Hmmm, zarazy tu dotąd nie mieli, przynajmniej autor nic o tym nie wspomniał. Może Krótki ma na myśli niezwykłą rzadkość tego zjawiska?

Rozdział dwudziesty szósty

Tym razem Meredith był przygotowany. Od ostatniego spotkania, od roku (ach jak to się łatwo mówi...), usiłował odnaleźć sposób, żeby móc jakoś obliczyć upływające dni. I znalazł go. Woda, która ściekała po ścianie jego celi zmieniała temperaturę. Raz była lodowato zimna, raz jakby letnia, tak jakby pochodziła z wystawionego na działanie słońca zbiornika. Ponieważ nie mogło być dwóch źródeł (a właściwie czemu?) (a może ktoś sikał do tej wody? a może przepływała koło pieca?), rozwiązanie było proste — raz na powierzchnię wody padały promienie słońca, a raz nie. Dzień i noc. Dzień i noc...
To musieli go uwięzić gdzieś w miarę płytko, skoro woda, ściekając po zimnej, kamiennej ścianie (i przepływając po drodze przez labirynt, nie zapominaj!), nie zdążyła oddać całego ciepła, nim do niego dotarła.
Podobnie jak kasza, która wciąż była płynna. Ciekawe, czyżby autor nigdy nie miał do czynienia z kaszą, która ostygła?
Już ustaliłyśmy - to magia!

Przez ten rok Meredith wreszcie dociekł, na czym polega tajemnica stosunków bosko-ludzkich:
— Bóg mówił... Świat złożony ze wszystkich światów to dobro i sprzyjanie. Nie ma zła, nie ma nienawiści. A Ziemcy to zło. Ziemcy to nienawiść. Bóg mówił: „Ziemcy nie mają prawa istnieć. Wszystko musi być zniszczone, wszystko musi pławić się w ogniu. Wszystko musi zginąć. Świat złożony ze wszystkich światów musi pozostać bez zła, bez nienawiści.”
— Dobrze zapamiętaliście — pochwalił go Wirus. — Ale co z tego zrozumieliście?
— Ano zrozumiałem — powiedział cicho czarownik. — Wielki świat ma pozostać bez zła, bez nienawiści. I ma zapanować miłość, równość i powszechne braterstwo. My mamy pokonać Ziemców. I u nas, dlatego właśnie, jest i zło, jest i nienawiść. A skoro wielki świat ma być bez zła, to... — czarownik ledwie dostrzegalnym ruchem pogładził swoją brodę — ...to nawet jak pokonamy Ziemców, nie mamy prawa istnieć. Też musimy być zniszczeni.
Przyjemniaczki z tych ich bogów, nie ma co. W każdym razie Meredith teraz, kiedy już zrozumiał, o co chodzi, zgadza się uciec z celi sposobem zaproponowanym przez Wirusa.

Wirus tłumaczy, dlaczego czarownik nie może uciec jako zwierzę:
Mrówka w ogóle nie ma płuc, więc jeśli się w nią zamienicie, zabraknie wam powietrza i zginiecie zanim zrozumiecie, co się dzieje.
I znowu ta bzdura z oddychaniem. Jeżeli się zamieni w mrówkę, to będzie mrówką, do cholery jasnej! Pełnoprawną mrówką, pobierającą tlen po mrówczemu!
Ale myślącą po ludzku, mwehehehehe. Jak tamten orzeł.
Nie wiedziałam, że myśli się płucami. Jasna dupa, całe życie sądziłam, że mózgiem...
Ojno, nie pamiętasz tamtego wywodu, o mózgu, płucach i tlenie?
Pamiętam. I wciąż nie widzę w nim choćby śladu sensu.

A swoją drogą - on już mu to tłumaczył, za pierwszym razem, kiedy tylko Meredith trafił do celi. Może nie mówiąc konkretnie o mrówce, ale ogólnie - że żadne zwierzę stąd nie ucieknie. Po co się powtarza?
Eee... Żeby zwiększyć objętość książki?

Sposób Wirusa polega na tym, że ma odciąć sobie palec zaostrzoną klamrą od paska, zostawić go, by zgnił i namnożyły się w nim bakterie, a następnie sam umrzeć i umierając postawić “zaklęcie kroczące” (nie wiemy, o co chodzi), które zmieni go w wirusa - “Coś tak małego jak wirus może stąd wyjść. A on nie jest ani martwy do końca, ani tym bardziej żywy. Trwa na granicy życia i śmierci. Nie przechodząc na żadną ze stron.” Wirusy namnożą się w bakteriach i razem z nimi spłyną przez labirynt na zewnątrz, gdzie z kolei zadziała “zaklęcie stojące” (również nie wiemy, o co chodzi), przywracając Meredithowi ludzką postać. Co prawda nadal będzie on martwy, ale wtem!!! okazuje się, że czarownicy mogą wskrzeszać ludzi, jeśli tylko taki delikwent nie umarł zbyt dawno, wystarczy więc, że w pobliżu znajdzie się inny czarownik...
Ufff. Koncepcja jest całkiem interesująca, tyle że nie wiedzieć po co, może dla zwiększenia objętości, w środek rozdziału mamy upchany pęk jakichś bezsensownych dykteryjek... Znaczy, starych kawałów o milicjantach, przerobionych na kawały o rycerzach.
Przyznam szczerze, że ten rozdział zlasował mi mózg. Jeżeli ktoś jest w stanie wyjaśnić, dlaczego bakterie nie mogą zostać wyhodowane na kaszy spływającej ze ściany, wydzielinie z nosa, spróchniałym zębie lub kale Mereditha, bardzo proszę o pozostawienie komentarza.

Rozdział dwudziesty siódmy

Wielcy Książęta, przybywający na dwór Oriona wraz z rodzinami, nie wprawili służby w tak wielkie przerażenie jak zapowiedź wizyty Królewskiej Rady. Sam (bezimienny) Król, od dawna złożony chorobą, nie mógł uświetnić przyjęcia własną osobą ale Rada wystarczyła.
O, ktoś podpowiedział autorowi, że wypadałoby wyjaśnić, czemu władca jeszcze się ani razu nie pokazał na kartach powieści?
Wcześniej dowiedzieliśmy się, że król SAM zajmuje się skarbem, czyli finansami państwa, przy czym nie wspomniano o  zastępcy czy pomocniku. Jak król leży, to finanse też leżą.

Jej członkowie, odziani w purpurowe szaty kroczyli przez miasto, by oficjalnie przyjąć księcia Siriusa na powrót do wielkiej rodziny władców Troy — i sam ich widok wymiatał ulice z wszelkich ludzi, a nawet więcej — ze wszystkiego co żyje, choć wydaje się dziwne, skąd zwierzęta mogły wiedzieć, że przebywanie w pobliżu dwudziestu czterech starych mężczyzn może być niebezpieczne.
Dobra. Wydaje mi się w takim razie, że mamy tu ostateczne potwierdzenie, że Rada Królewska to NIE SĄ książęta i ich synowie... Jeden atak sklerozy aŁtoreczkowej, a tyle zamieszania! Raz tak, raz siak. Mam dziwne wrażenie, że Rady są dwie. A może Rada ma dwie izby, coś w rodzaju sejmu i senatu?

Znaczni goście, wielmoże, władze miasta, zaproszeni goście tłoczyli się tymczasem we wszystkich chyba pomieszczeniach pałacu, dochodziło do żenujących przepychanek przy stołach, obelg, wyzwisk i szturchanin. Podobno był to zwykły widok w takich wypadkach.
A GDZIE ETYKIETA???
Ta strasznie sztywna etykieta, której najdrobniejsze naruszenie groziło wojną? A nie wiem, może leży schlana w krzaczorach.

Zaan jednak nie zamierzał w tym uczestniczyć. Natomiast do bardziej dystyngowanych sal, zajmowanych przez oficjalnych gości, dostępu nie miał.
Sale były dystyngowane - znaczy “odznaczające się wytwornością i elegancją w sposobie bycia”?
Rozumiem, że istnieje jakaś zasadnicza różnica pomiędzy gośćmi “zaproszonymi”, a gośćmi “oficjalnymi”, skoro jedni się tłoczą, a inni nie.
A weź się tu rozeznaj w tej ich etykiecie.

— P... p... panie — Kefos jąkał się lekko. Zabawne, ale nigdy nie zdarzyło mu się to przy Wielkim Księciu, potrafił się jakoś zmobilizować w chwilach wielkiego napięcia. — Książę Si... Sirius przy... przyjął Radę K... Królewską. Powiedział im, że są f... f... f...
— Jacy?
— F... fajni!
— O Bogowie! I co?
— U... u... u... ucieszyli się.
Dwudziestu Czterech Bardzo Groźnych Ludzi: Hura, hura, przygłupi syn księcia powiedział, że jesteśmy fajni, cieszmy się!
...jakoś tak?
Na Macki Wielkiego Cthulhu! Rów Mariański to wyżyna w porównaniu z poziomem intelektualnym tego chłopaka, przecież nawet psa można nauczyć, jak ma się zachowywać przy ludziach!
Eeee... A on nie był już przedstawiany Radzie? W rozdziale dwudziestym? Nie uczestniczył w posiedzeniach?
Był. To nie TY masz sklerozę.

Zaan zastanawia się, jak rozgryźć szyfr astronoma, który okazuje się ciekawą postacią.
Wysnuwał dziesiątki mniej lub bardziej bzdurnych teorii: a to, że miejsce, w którym żyją, nie jest niczym szczególnym, nazywa się planeta i takich planet jest więcej na nieboskłonie, nasza niczym nie różni się od innych (Zaan tylko prychnął), a to, że wszystkie planety krążą po kołach (kurwa, czemu nie po kwadratach?!!!), a to znowu, że słońce wcale nie rusza się po kole (no... świetne, pewnie nie rusza się także po trójkącie), ale za to wszystkie planety obiegają je wokół (kurwa jebana w dupę mać - co za bzdury!).
Bardzo aŁtoreczkowy fragment, nieprawdaż? Brakuje tylko emotek i nieśmiertelnego iks-de.
Nieno, Zaan nie jest w stanie zrozumieć, osocho, więc z automatu wkurwia się i zakłada, że to wszystko bez sensu, a autor jest idiotą. Normalne zjawisko, nigdy się z nim nie spotkałaś?
Przecież o formie mówię...

Zaan wreszcie znajduje sposób, by rozszyfrować listy astronoma - spotyka go na uczcie i udając pijanego w trupa, zdradza “tajne hasła”, które ten natychmiast umieszcza w kolejnym liście.
Autor częstuje nas kolejnym Elementem Komicznym (ciężkim niczym kowadło), nawiązaniem do Kopernika (subtelnym jak muśnięcie rozpędzonej ciężarówki) oraz hasłem (och, jakim dowcipnym!), składającym się z (fuj, fuj) Brzydkich Wyrazów.
I żeby nie było: przekleństwa w tekście literackim mi nie przeszkadzają. Wręcz przeciwnie. Dobrze użyte przekleństwo jest jak pieprz w potrawie. Niestety, autor bluzga jak szczeniak z podstawówki, którego ta zakazana czynność tak strasznie, straaasznie rajcuje.

Aż tu nagle...
— Panie! Zamach był!
— Co?!!! Sirius żyje?
— Żyje, panie. Nic mu nie jest!(...)
— Panie... Ci, co to zaplanowali, wiedzieli dobrze, że młodego księcia w obecności jego ojca obrazić się nie uda. Tam już wokół czekali tacy, co to byli nagotowani specjalnie na takie okazje.
Zaan skinął głową. On również przypuszczał, że przy Wielkim Księciu, chłopakowi nic nie grozi. Gdyby ktoś chciał go obrazić i zmusić do wyzwania na honorowy pojedynek, wokół czekali już wynajęci szermierze (oczywiście „najbliższa rodzina”, prawie, że rodzeni bracia... Nadworny heraldyk miał zawsze pełne ręce roboty, była to ciężka, ale świetnie płatna praca). Obowiązkiem szermierzy... tfu! „krewnych” było doskoczyć w trakcie obrażania i jeszcze szybciej obrazić obrażającego (...)
Więc może książę sam obrazi kogoś, myśleli. Tym bardziej, że wszyscy wiedzą już, że z powodu porwania za młodu, wszystkich sekretów etykiety to on nie zna.
No właśnie. Święta etykieta, która kieruje wszystkimi zachowaniami szlachetnie urodzonych Troyańczyków. Ich drażliwość, która sprawia, że byle głupstwo staje się śmiertelną obrazą i pretekstem do pojedynku. A w tym wszystkim Sirius, zachowujący się jak prostak, gadający jak prostak... Aż dziwne, że ta katastrofa nie nastąpiła wcześniej.
Jakoś im ta etykieta nie przeszkodziła w publicznym przeprowadzeniu pojedynku na... ściskanie jąder.

Tymczasem listy astronoma zostają odczytane przez książęcego matematyka.

„Panie, oby Dobrzy Bogowie zachowali Cię w zdrowiu jak najdłużej - zaczynał się pierwszy z nich - Twój list wysłany przez umyślnego dotarł do mnie o czasie. Zatrwożył mię wielce. Cóż jednak pycha ludzka może znaczyć wobec potęgi Zakonu?
Pracowity facet. Mało komu by się chciało szyfrować te wszystkie zbędne zwroty grzecznościowe.

Masz rację, Panie, dwóch oszustów, mieniących się »Sirius« i »Zaan« wkradło się w łaski Wielkiego Księcia Oriona.”
Zaanowi pociemniało w oczach. Z najwyższym trudem czytał dalej.
„Potwierdzam, że »Sirius« jest byłym galernikiem Tyranii Symm zbiegłym onegdaj, który wielu nieprawości się dopuścił.
Owszem, owszem, tyle że prawdziwy książę Sirius też był galernikiem Tyranii Symm! Skąd ta absolutna pewność, panie szpiegu, że uratował się niewłaściwy chłopak?!
Btw, zawsze mi zgrzyta “onegdaj” w znaczeniu “kiedyś”, ale, choć z trudem, godzę się, że słownik to dopuszcza (dla mnie to wciąż oznacza “przedwczoraj”).

To on zabił Rycerza Zakonu w Keddelwach — opis się zgadza.
O, to wioska bez nazwy, która miała zostać nazwana dopiero “Wsią Zabitego Piekarza” - jednak nazwę miała? No, chyba że to nazwa całej krainy, ale z kontekstu trudno wywnioskować.
Rycerze Zakonu nie mają imion ni nazwisk, zupełnie jak król.

Co do Zaana nie udało mi się ustalić niczego więcej ponad to, o czym dowiedziałem się od Ciebie, Panie, z ostatniego listu.
I tak dalej, i tak dalej. Szpieg snuje różne przypuszczenia na temat mocodawców Zaana i Siriusa, ponieważ niemożliwe mu się zdaje, by ludzie tak niskiego pochodzenia obmyślili i przeprowadzili taką intrygę sami. Ostatecznie najważniejszą informacją jest to, że Zakon przysłał do miasta sześciu żołnierzy z ogarniętej zarazą wyspy Gaent.
Trzeba przyznać, że rozmowa z matematykiem, opis metod działania Zakonu, reakcja Zaana i cały ten galimatias, który następuje później, to jeden z lepszych fragmentów książki.

Rozdział dwudziesty ósmy


Ustawiła patyk tak, żeby wskazywał stronę przeciwną do tej, gdzie leżał obóz. Zakręciła kołem i ruszyła przed siebie, usiłując utrzymać się na nogach. Miała głowę obwiązaną szmatą, ale wirujący w podmuchach wiatru piasek wciskał się wszędzie. Już po kilku krokach oczy łzawiły i piekły, kaszlała przy każdym oddechu. Przez cały czas poruszała kołem, żeby nie straciło swojej szybkości.
I porywy wiatru nie przeszkadzały w kręceniu? Nie popychały w złą stronę?
To ustrojstwo nie ma prawa działać podczas burzy piaskowej. Raz, że nie wyobrażam sobie kręcenia kołem na kiju w momencie, kiedy wicher usiłuje cię przewrócić, a dwa - drobinki piasku dostają się wszędzie, więc przeguby (żyroskop kierunkowy!) trafi szlag.

Opadła na kolana, usiłując nie dać się przewrócić. Idąc na czworakach, dusiła się od pyłu, który mimo szmaty dostawał się do płuc. (...) Usiłowała się skupić na jednym — żeby tylko poruszać kołem, które utrzymuje patyk w ciągle tym samym położeniu. Miała wrażenie, że skręca, kołuje, że Krótki to kretyn i wystawił ją z tą śmieszną zabawką. Ale szła, a właściwie czołgała się, czy pełzała, od czasu do czasu gryząc swoją lewą dłoń, żeby oprzytomnieć.
No dobra, ale jak właściwie kręciła tym kołem, kiedy szła na czworakach, czołgała się i pełzała? Wyrosły jej dodatkowe ręce (albo macki) w tym celu?

Obudziła się, kiedy słońce było już wysoko. (...) Gdzieś zgubiła swój przyrząd. (...) Jak daleko oddaliła się od obozu w nocy? Rozejrzała się wokół. Płaska pustynia, żadnych skał, żadnej możliwości ukrycia. Ale wokół nie było też śladów. Tak jakby ona sama pojawiła się tu nagle przeniesiona jakąś czarnoksięską mocą. „Ruszaj!” odezwał się w jej głowie Krótki.
Zaczęła biec, potem zwolniła, czując zawroty głowy. Szybkim marszem (na tyle na ile pozwalały kajdany) zmierzała ku linii horyzontu.
Ej, babo, zgubiłaś swój przyrządzik, skąd wiesz, czy idziesz we właściwym kierunku? Nie lepiej poczekać do nocy i kierować się gwiazdami? Zwłaszcza, że wędrówka w dzień, w upał, przez pustynię, to nienajlepszy pomysł...
A to jest dyskusyjne, bo jedni twierdzą, że absolutnie nie wolno łazić w nocy a inni, że wręcz przeciwnie.
No tak, ale mnie chodziło przede wszystkim o to, że teraz, idąc ot, tak przed siebie, równie dobrze może zacząć wracać do obozu.
Już miałam odruchowo powiedzieć, że się czepiasz, że przecież nie może siedzieć na patelni, widoczna z daleka, że musi się ruszyć choćby po to, żeby znaleźć jakąś skałę, pod którą się ukryje... Ale przeczytajmy następny fragment:

Nie miała pojęcia jak długo tak szła. Podniosła głowę, kiedy teren zaczął się wznosić. Wydmy? Przed oczami zamajaczyły jej małe skałki. Bogowie! Odpocząć w cieniu... „Tylko nie odpoczywaj w cieniu, głupia dupo!” To nie w jej głowie. To po prostu pamięć przywoływała słowa karła. „Jeśli napotkasz skałę, będzie ci się wydawało, że w jej cieniu odpoczniesz. To głupie. Zabija nie słońce, tylko gorąco. Nawet w cieniu nie wytrzymasz, bo powietrze wokół jest nagrzane jak zaraza. Wdrap się na skałę, na sam szczyt. Na wysokości dwóch postawionych jeden na drugim ludzi jest o połowę mniej ciepło niż na dole”.
AAAAAAAAAAA!!!
Na wszystkich lokalnych bogów, to jest tak głupie, że nawet nie wiem, od której strony zacząć komentować.
Tak, oczywiście, chcesz uniknąć udaru - wyleź w pełnym słońcu na szczyt rozpalonej skały. A co.
Aż wierzyć mi się nie chce, że autor nie doświadczył rzeczy tak oczywistej, jak w upalny dzień przejście ze słońca do cienia i związana z tym ODCZUWALNA zmiana temperatury. Zrozumiałabym ostrzeżenie przed zaśnięciem w cieniu skały, bo słońce się przesuwa i możemy obudzić się w pełnym jego blasku, ale to... Krótki chyba przewidywał, że ta ucieczka jej się nie uda i chciał wybrać dla niej lżejszą śmierć, niż nawleczenie na pal.
Podróżnicy, autorzy poradników, dziennikarze - wszyscy zalecają, by na pustyni korzystać z możliwości odpoczynku w cieniu. Słońce nie zabija? Zabija udar cieplny, którego najczęstszą przyczyną jest nagrzanie głowy i karku - przez słońce właśnie. Na kursach pierwszej pomocy uczą, że osobę, u której podejrzewamy udar słoneczny, należy jak najszybciej umieścić w cieniu.
Nie wspominając już o tym, że na pustyni zabójcza może być również ślepota, spowodowana m.in. przez odbicie światła słonecznego od piasku. O tym autor zupełnie zapomniał. Zignorował też fakt, że jaskrawe światło męczy i może powodować ból i zawroty głowy.
A co do spadku temperatury wraz z wysokością... Owszem, spada. Na pustyni, gdzie jest sucho, może nawet o cały stopień. Na sto metrów.
Ale ok, wiemy, że to inny świat, więc załóżmy, że prawa przyrody inaczej tu działają. Średnia temperatura w dzień na pustyni wynosi około 50 stopni (ok, na ziemskiej pustyni, ale od czegoś musimy wyjść).  Na wysokości dwóch ludzi, czyli około 3,5 metra, jest o połowę chłodniej, czyli 25 stopni. Jeśli założymy, że temperatura zmniejsza się z każdym 3,5 metra o połowę, to na wysokości 20 metrów osiągnie ułamek stopnia i później będzie już tak sobie trwać w okolicach zera. Możemy też założyć, że z każdym 3,5 metra temperatura spada o określoną liczbę stopni. Jeśli to będzie 25 stopni, to zero osiągnie już na wysokości siedmiu metrów, a dalej zacznie się trzaskający mróz... I to na pustyni, a co z chłodnymi krajami Północy?
A Meredith w ciele orła się wprawdzie dusił, ale nie zamarzał...
Ogólnie co chcę powiedzieć, to że jeśli zmieniamy prawa fizyki działające w danym świecie, to musi zmienić się funkcjonowanie całego świata, jego klimat, roślinność itp. Każdy czynnik wpływa na pozostałe.
I - last but not least - na szczycie skały Achaja będzie widoczna z daleka...

Obudziła się tuż przed świtem. Skostniała rozluźniła mięśnie. „Tylko nie przejmuj się zimnem. Nikt jeszcze nie dostał zapalenia płuc na pustyni. Tam nie ma czegoś, co jest ani chybi w miastach i na wsiach. Co powoduje choroby, gorączki i zapalenia. Możesz umrzeć od wychłodzenia. [Ale nie przejmuj się zimnem.] Ale jeśli przetrwasz, nie zachorujesz na nic, co załatwiłoby cię choćby w ogrodzie twojego pałacu”.

Kiedy upał stał się nie do zniesienia, rozejrzała się wokół. W pobliżu nie było żadnych skał, na które mogłaby się wdrapać. Trudno. Byle nie pozostawać w zabójczym upale. Kawałkiem deski, którą miała w tobołku, wykopała dwa doły. Do mniejszego włożyła swoją miskę i zakryła dziurę naciągniętym na drewnianą ramę, rybim pęcherzem, który kupiła, jeszcze w obozie za wszystko, co miała...
Skąd na pustyni wzięli rybę?!
Zastanawiam się też, jaka jest minimalna wielkość takiego ustrojstwa, by działało efektywnie. Wszelkie instrukcje, jakie znalazłam, zakładały głębokość dołka co najmniej pół metra i podobną, lub większą średnicę.
Może tam mieli bieługi. Tylko jak ona transportowała ramkę o takiej powierzchni, nie uszkadzając przy tym naciągniętej na nią błony? Pęcherz pławny składa się w 70% z kolagenu, a kolagen ścina się i koaguluje m.in. pod wpływem zbyt wysokiej temperatury (i to niższej niż temperatura ludzkiego ciała!), błona po wyschnięciu będzie więc przypominać to, co tworzy się na stopie po przebiciu pęcherza.
Po drugie: żeby kondensator słoneczny działał, błona musi tworzyć coś na kształt odwróconego stożka, a nie szybki naciągniętej na ramkę.
A co się będziemy bawić w opisy...
Na koniec zacytujemy Jaszę: “Człowiek w upał musi wypić co najmniej 3 litry płynu (...), więc tych skraplaczy Achaja powinna mieć więcej niż jeden, który przy dobrych warunkach atmosferycznych wydoi szklankę wody. “
oraz Eire: “Trzy litry pod warunkiem, że się chowasz a nie pocisz się w słońcu. Na Paryż-Dakar pili po kilkanaście i codziennie monitorowano im elektrolity.”

Dostrzegła węża o kilka kroków dalej. Bogowie! Mały, w kolorze piasku. Już po niej. Mały, więc najbardziej jadowity. Kolor piasku, kolor śmierci. Jest szybki jak... „Nawet najszybszy wąż, porusza się wolno w porównaniu z szybkością, którą może rozwinąć człowiek. Jeśli nie nastąpisz na niego, uciekaj, zostanie daleko w tyle”.
Afrykańska czarna mamba, jeden z najszybszych węży na świecie, może poruszać się z prędkością około 20 km/h. Biegacze - rekordziści przekraczają 40 km/h. Niby więc wszystko się zgadza, ale... po pierwsze, Achaja wciąż ma skute nogi, po drugie - wiele węży atakuje z zaskoczenia, “wystrzelając” błyskawicznie w stronę ofiary, a nie goniąc ją po ziemi.
Małe węże nie polują na ludzi, atakują tylko w sytuacji zagrożenia, więc wystarczy spokojnie się oddalić. Gwałtowny ruch mógłby sprowokować zwierzę do ataku.

Wieczorem napotkała pierwsze porosty na piaszczystej wydmie. Dłuższy czas potem, pierwsze zeschnięte owoce zwisające z kolczastych gałęzi. Zerwała kilka z nich. „Łatwo rozpoznać roślinę trującą i jadalną na pustyni. Sok trującej jest zawsze mleczno-biały”. Nacięła zasuszone owoce i odrzuciła je za siebie. Szlag!
Szlag! Suche owoce nie wydzieliły żadnego soku, icoteras?
Rośliny trujące często można rozpoznać po zapachu, ale - co za pech! - ktoś uszkodził bohaterce nos.

Obudziła się, kiedy coś uderzyło ją w nogę. Wąż!!! Musiała się przewrócić, a on szukał ciepła! Zobaczyła wijące się cielsko wśród kamieni i porostów. To koniec, to śmierć... „Nie popadaj w panikę jeśli ukąsi cię wąż. Pamiętaj, że choć jad jest śmiertelny, to jest on jednak bardzo cenny dla węża. Na każde dwa ukąszenia jedno jest... zwykłe. Bez jadu. Jeśli nie atakowałaś, nie nadepnęłaś go z całą siłą, jest wielce prawdopodobne, że ugryzł cię bez jadu.
Uhm. Zaprzyjaźniona hodowczyni węży mówi, że owszem, “suche strzały” się zdarzają, ale rzadko - na pewno nie jest to proporcja 50/50. A pustynne węże to jedne z najbardziej jadowitych choler...

Achaja podniosła nogę do ust i wyssała ranę, plując krwią na piasek. Zawiązała sznur wokół uda, zaciskając ją kawałkiem patyka. Wzięła bukłak i szmatką zebrała wodę z oczyszczonych wcześniej kamieni. Nie wypiła jej, tylko polała ranę. “Zimna woda opóźni działanie jadu. Będziesz miała czas". Ułamkiem ostrza, który zdobyła w ostatnim transporcie niewolników, rozcięła sobie nogę powiększając ranę. Wycisnęła krew i wyssała ją, oczyszczając ranę językiem.
Zimna woda - tak. Cała reszta - absolutnie nie. Nie wolno zwłaszcza wysysać jadu, bo można niechcący połknąć choćby niewielką ilość, można też mieć mieć popękane wargi lub niewielkie ranki w ustach.
Popękane wargi Achaja ma niemal z całą pewnością - od spiekoty i braku wody.

Okazuje się jednak, że Achaja ma szczęście, jadu prawdopodobnie nie było.
Noweś, Mary Sue miałaby zginąć w tak głupi sposób?
Wreszcie spotyka i zabija dwóch łowców niewolników.
Darujemy sobie roztrząsanie, czy opisana scena jest prawdopodobna. W końcu to Mary Sue.

Zabrała im mizerne sakiewki, noże, lepszy miecz, jeden łuk, kołczan i wskoczyła na drugiego konia. Co za traf. Jakikolwiek inny niewolnik na jej miejscu miałby teraz ogromne problemy. Nie da się jechać konno, nie mogąc (z powodu kajdan) siąść okrakiem na siodle i włożyć stóp w strzemiona. Właściwie żaden z potencjalnych zbiegłych niewolników nie mógłby wykorzystać zdobycznego konia. Żaden... Poza Achają. Bo... Przecież była księżniczką. Całą swoją młodość, jako wysoko urodzona dama, przejeździła na koniach z „damskim” siodłem — a więc z obydwiema nogami po jednej stronie i tylko z jedną stopą w strzemionie.
Dobrze wiedzieć, bo do tej pory czytaliśmy tylko, że tatuś-książę naciskał, by jeździła “jak chłopak, z rozkraczonymi nogami”.
Żaden niewolnik poza nią nie mógłby - bo byłby za głupi, by wymyślić dosiad boczny?

Ruszając kłusem, uśmiechnęła się. Nie sądziła, że ta, nabyta na dworze umiejętność przyda jej się jeszcze w życiu.
Fajnie, tylko że nie.
Po pierwsze, jazda “po damsku” wymaga damskiego siodła o nieco innej konstrukcji niż zwykłe.
Po drugie, siadając po damsku, podciąga się jednak prawą nogę dość wysoko, czy długość łańcucha od kajdan na to pozwalała? Bo jeśli nie, jeśli Achaja mogła tylko usiąść bokiem, to nici z kierowania koniem.
Oraz nici z kłusowania. Kłusujący koń podskakuje na tyle mocno, że bez odpowiedniego oparcia nie da się utrzymać na jego grzbiecie siedząc bokiem. Dopiero dodanie do damskiego siodła kuli, czyli hakowatego bolca, przez który przekłada się nogę, umożliwiło coś więcej niż dostojne człapanie.
No i właśnie, po trzecie, kierowanie koniem. Koń pod damskie siodło powinien zostać wpierw specjalnie ujeżdżony! Wątpliwe, by koń pierwszego lepszego łowcy niewolników taki był... Ponadto, nacisk prawej nogi zastępuje się naciskiem palcatu, czym Achaja go zastąpiła - mieczem? łukiem?
Pozostaje jeszcze kwestia tego, jak udało jej się dosiąść konia, ale tu już przyjmuję, że dziewczyna, która ze skutymi nogami biegała po ścianach, potrafi to zrobić jakimś ninja-sposobem, z odbicia, czy cuś...
Pod warunkiem, że koń jej na to pozwoli.
Tyz prowda.

Potem pojawiła się skąpa trawa, na wzgórzach, w oddali zamajaczyły w świetle gwiazd pierwsze drzewa. Achaja zmusiła zwierzę do galopu. Potem szarpnęła wodze, zeskoczyła na ziemię i jednym ciosem miecza zabiła konia. Nie mogła podróżować dalej konno ze skutymi nogami, nie mogła trzymać się dróg i gościńców, a przedzieranie się z koniem przez las byłoby głupie.
Tam zaraz las. Pomiędzy pustynią a lasem powinien być jeszcze spory kawał stepu.
Pierwsze drzewa to jeszcze nie las, coś się z tym zabijaniem za bardzo pospieszyła.

Achaja znajduje kuźnię przy drodze...

Wyjęła z tobołka kawałek mięsa węża, który jej pozostał. Pies obwąchał go uważnie, a potem otrząsnął się - nie wziął do pyska. Wzgardził też suchym plackiem. Przyjął dopiero ostatni kawałek suszonego mięsa zabranego łowcom niewolników.
Z tego wnoszę, że konia zarżnęła, ale koniny nie wzięła ani kawałka. Brawo.

...i kowala, który ją rozkuwa, a potem uprzejmie popełnia samobójstwo, wieszając się.

Włożyła spodnie zabrane łowcy niewolników. Były szerokie, nogawki zwężały się dopiero przy kostkach. Świetnie maskowały jej sylwetkę, jej babski tyłek, postronny obserwator nie powinien się domyślić, że była dziewczyną. A to dawało jej dodatkową szansę.
Taaa, po tych latach harówy zachowała wciąż babską, seksowną figurę, której niejedna modelka by jej pozazdrościła.
Nie no, kobiecość aż się rzuca w oczy, zwłaszcza z daleka. Jak macie ochotę, wpiszcie sobie w wyszukiwarkę grafiki “women bodybuilders” i podziwiajcie “babskie tyłki”.
Swoją drogą, te spodnie to chyba były obszerne ogrodniczki, które maskowały też biust, bo autor jakoś nie wspomina o jego bandażowaniu.
Po zabiciu łowców niewolników, Achaja ubrała się w strój jednego z nich, ale mowa była tylko o “przepoconej, szerokiej bluzie”, turbanie i płóciennym szaliku, zakrywającym twarz.

Napotyka strażników - prawdopodobnie czyhających na nią właśnie lub ewentualnie innych zbiegłych niewolników, nadchodzących od strony pustyni - lecz udaje jej się, za pomocą niewielkiego podstępu, ominąć ich bezpiecznie.

Mogła dalej pełznąć rowem. Ale nie sądziła, żeby udało jej się oszukać wprawne uszy strażników. Nie miała żadnego doświadczenia w tego rodzaju podchodach.
No paczciepaństwo, trzy lata w obozie niewolników, a nie wie, jak strażników ominąć.
Chociaż z drugiej strony... ci ich strażnicy nie zwracali uwagi na nic, na treningi w nocy z Hekkem i Krótkim, podczas których Achaja darła się na cały głos...

Przygryzła wargi. Zabić ich wszystkich? „Każdy trup, którego zostawisz jest jak drogowskaz dla tych, którzy podążą za tobą”.
Z wyjątkiem końskiego?

Odgryzła kilka łodyg krzewów, splątała ze sobą, ale nie za mocno, tak, żeby nie przypominały ludzkiego dzieła, zwykłe pnącze. Przykleiła kilka mokrych liści i uniosła się znowu, usiłując ocenić dystans, który dzielił ją od najbliższego strażnika, tego, który stał pod drzewem. Powinno się udać. Lekko rozprostowała nogi, syknęła cicho i rzuciła łodygi tak, żeby opadły na szyję tamtego.
- Aaaaaaaaaaaaa!!! Wąż! Wąż! Wąż mnie chwycił!!! Ratunku!
(...)
Achaja ruszyła do przodu. Już nie pełzła — hałas był taki, że biegła schylona pod dnie rowu.
(...)
- Ugryzł mnie! Dwa razy ugryzł, w szyję... Koledzy, umieram!
Kwiik! O licznych niezręcznościach językowych jakoś nie wspomniałyśmy, może dlatego, że dotąd raczej irytowały, ale tym razem nie można nie zachichotać. Po takim oświadczeniu “koledzy” powinni uznać, że kumpel robi sobie z nich jaja.
Koledzy, bracia, towarzysze! Tak mi się jakoś skojarzyło...

Wyskoczyła z rowu, żeby sama nie nadepnąć na jakiegoś, tym razem prawdziwego, gada i ruszyła dalej środkiem drogi. Nie miała pojęcia, dlaczego ludzie tak bardzo boją się węży (przecież to takie łagodne i milutkie, absolutnie niegroźne misie-pysie) (czepiasz się, są milutkie i niesamowicie przyjemne w dotyku), przypisując im jakieś niesamowite zdolności. Nieprawdopodobną wręcz szybkość, niesamowity słuch, umiejętność widzenia po ciemku... To bzdury. Człowiek, jeśliby tylko przebywał w ciemności, w bezruchu, widziałby lepiej niż wąż.
Nawet jeśli, to wąż nadrobi to doskonałym węchem, a także (niektóre gatunki) zmysłem termicznym.

Niesamowita szybkość? Bzdury! Zawsze pełzł powoli, a nawet gdyby przyspieszył, każdy człowiek mógłby przegonić go jak dorosły trzyletnie dziecko.
A po kij od mietły wąż miałby się ganiać ze swoją ofiarą? Jego metoda ataku to zaskoczenie!
Jasne, że przegra wyścig na dłuższym dystansie, ale za to ma lepsze przyspieszenie na starcie.

Nieprawdopodobny słuch? Również bzdura. Wąż prawie zawsze zdradzał swoją obecność.
Owszem, zdradza - kiedy chce ostrzec “nie zbliżaj się”. Ale jeśli właśnie poluje, to nie będzie ostrzegał. Ponadto są węże, które atakują od razu i nie bawią się w żadne sygnały ostrzegawcze.

To człowiek był drapieżnikiem, który niczym nie sygnalizował woli ataku. Że zabijał swym jadem? (ten człowiek?) (no a nie? zobacz, ile jadu tu wydzielamy!) I w związku z tym ugodzony człowiek nie miał wielkich szans? Wbrew pozorom miał i to wcale duże.
Bo? Bo autor tak powiedział? Człowiek, przypomnijmy, nie współczesny, mający dostęp do szpitali i surowic, tylko, kurnać!!! ze świata o poziomie rozwoju mniej więcej średniowiecza? Jak duże miał te szanse i czy autor raczy nam wyjaśnić, na czym opiera swe przekonanie?

A z kolei, jaką szansę miał wąż, napotkawszy uzbrojonego, choćby w najprostszy kij, człowieka? Żadnych! Absolutnie żadnych! Wąż mógł walczyć, tylko używając samego siebie.
Co wcale nie jest tak mało, zważywszy jego długość, szybkość, siłę, zęby jadowe...
Jeśli ktoś jest ciekawy szczegółów - można zajrzeć tutaj.
Tylko po co wąż miałby się wdawać w walkę z człowiekiem? Dla sportu? Z nudów? Z czystej, wrodzonej złośliwości?

Człowiek mógł walczyć, używając kamienia, gałęzi, szmaty, butów, ognia i tysiąca bardziej wyrafinowanych narzędzi. Ludzie po prostu nie lubili wszystkiego, co pełza, kryje się. Tak samo nie lubili karaluchów. A czy ktoś widział kiedyś, żeby karaluch zabił człowieka?
Nooo... bo karaluchy nie polują na ludzi? Nie mają jadu? W ogóle na nic nie polują, żywiąc się odpadkami?
Nooo... bo śmierdzą.
...rrrwa mać, uwielbiam te z dupy wzięte analogie i stamtąd również wyciągane wnioski. Najpierw “Rycerze Zakonu nie rzucą się na przeciwnika we czterech, bo dwóch ludzi nie uderzy naraz gołą ręką węża”, a teraz “wąż nie jest wcale groźny, bo karaluchy jeszcze nikogo nie zabiły”. Uwielbiam.

Węże, jako gatunek, przegrywały z człowiekiem, jak wszystkie inne zwierzęta, nie miały żadnych szans.
Ta, jasne, zatruta gleba i powietrze, ginące masowo gatunki... oh, wait.
Powiedz to szczurom, których na jednego mieszkańca dużego miasta przypada od trzech do ośmiu.
I karaluchom.

To nie wąż dla człowieka, ale człowiek dla węża był najbardziej śmiertelnym, nieprzejednanym wrogiem, drapieżnikiem pozbawionym jakiejkolwiek moralności (za to wąż ma moralność, że ho, ho), jakichkolwiek hamulców w dziele zabijania, mordującym nawet wtedy, kiedy nie był głodny, obdarowanym przez naturę wspaniałymi narzędziami ataku (te adamantowe szpony, kły, te jadowite kolce porastające grzbiet, no sami przecież wiecie), a jakby tego jeszcze nie było dość, dysponujący jedną z najstraszliwszych broni we wszechświecie... zdolnością planowania swych zabójczych akcji.
Bo zwierzęta tej zdolności nie mają, ni huhu, żaden drapieżnik nie zaczaja się w zasadzce na ofiarę, wilki nie polują w stadzie, dzieląc się rolami, no skąd.

Ta wspaniała (właściwie prawie doskonała) maszyna do zabijania, jaką był człowiek miała jednak jedną przywarę — lubiła usprawiedliwiać swoje czyny. Stąd, gady zabijano masowo, ponieważ „były groźniejsze od człowieka”... Czy ktoś o zdrowych zmysłach mógł uwierzyć w to bałamuctwo?
Nooo... na przykład ten, kto idąc przez las, nieostrożnie nadepnął na żmiję?
Stop.
Chwileczkę.
To cały czas są rozważania Achai, która właśnie wywinęła się z zasadzki i ucieka, czy wykład jakiegoś druida, który się tu przyplątał z całkiem innej bajki?

Czy to węże budowały miasta i drogi, trzebiąc wszystko wokół i zmuszając resztki ludzi do pełzania po jakichś smutnych ostatkach dzikich chaszczów? A jednak ludzie wierzyli. Stąd wniosek, że człowiek był drapieżnikiem, co prawda, wspaniałym, ale za to ostro słabującym na umyśle. Człowiek naprawdę tylko zabijał świetnie — reszty bzdetów, jakie wyczyniał można już spokojnie nie oglądać.
Tak, na przykład można spokojnie nie oglądać napadu sraczki werbalnej narratora.
Achajo droga, zajmij się może tym, jak zdobyć coś do jedzenia, czy znaleźć miejsce, gdzie można bezpiecznie się przespać, bo to całe eko-pierdolenie raz, że mocno wyprzedza epokę, a dwa... jakoś mi dziwnie przypomina rozważania czarodzieja Dorregaraya podczas wyprawy na smoka. Tylko, że twoje są bardziej przegadane.
Jak widać, nie bez kozery niektórzy recenzenci twierdzą, że Ziemiański parodiuje Sapka.
Uhm... Czy parodia nie powinna przypadkiem być zabawna? Tak tylko pytam...

Rozdział dwudziesty dziewiąty

W stolicy Troy (nadal bezimiennej, chyba że przyjmiemy, że ona też nazywa się po prostu Troy) wybucha zaraza i chaos. Książęta są odizolowani w swych pałacach, Zaan wraz z pałacowym matematykiem stara się znaleźć przyczyny zarazy. W końcu udaje im się to - przyczyną jest jedno z dwóch ujęć wody, zaopatrujących miasto; po jego odcięciu, zaraza w Wysokim Mieście powoli wygasa; druga część, Niskie Miasto, zostaje niestety skazane na zagładę.
Niesamowite, jak te opisy miasta ogarniętego zarazą, walki z czasem, napięcia i gorączkowego podejmowania decyzji wyróżniają się na tle reszty. Naprawdę dobrze napisany kawałek.

Zaan otrzymuje od Miki i Zyriona informacje z zewnątrz:

Usiadł wprost na stole sekcyjnym i, posługując się tabelą szyfru opracowaną przez matematyka, zaczął mozolnie czytać.
(...)
To co, Zaan? Mały przewrocik, ku ogólnej rozrywce? Armia Domowa praktycznie już nie istnieje. Liczy się tylko Tau ze swoją Armią Wschód oraz Archentar ze swoją dyplomacją i wywiadem. Twój kochany Orion jest przecież nominalnie dowódcą Armii Zachód (o, WRESZCIE dowiedzieliśmy się, za co odpowiada Orion! Lepiej późno, niż wcale...), drugiej, w tej chwili, liczącej się siły w państwie. Powiedz szczerze. Chcesz być królem? Cha, cha, cha... Tylko pamiętaj. To będzie cholernie drogo kosztowało.
Twój Mika.”
I to wszystko Mika pracowicie szyfruje za pomocą skomplikowanej tabeli, zamiast ograniczyć się do zwięzłych zdań, zawierających najważniejsze informacje...
Zwłaszcza “cha, cha, cha”. Swoja drogą pisanie takich rzeczy jest mocno ryzykowne, a przecież robią to ludzie, którzy doskonale wiedzą, że żaden szyfr nie jest stuprocentowo bezpieczny.
Szkoda, że nie dodał “Słonie idą na wschód, a wołki zbożowe podążają za nimi”, Stirlitz jeden.

A przy okazji dostajemy kolejną z Subtelnych Aluzji do naszego świata:

Interes z dostawami dla wojska okazał się fontanną pieniędzy. (...)Toniemy w złocie.
W związku z tym musiałem odkupić od wojaków fort Kno, żeby gdzieś móc składować ten żółty metal. Strzeże go pięć setek wojska i nasi ludzie. I tu mały kłopot. Forty wojskowe są nazywane od imion fundatorów. Kno, ma już trzy litery. Było dotąd trzech sponsorów.
Na każdym porannym apelu w forcie pięć minut poświęcano na odczytanie listy sponsorów i podziękowania.
...nie, serio? Sponsorzy fortu wojskowego?
Odkupić fort od wojaków? Hę? To oni tam mają Agencję Mienia Wojskowego?

Ty musisz dopisać czwartą. Czy to ma być „Z”?”. Fort KNOZ? Tylko uważaj. Moje i Twoje imię zaczyna się na „Z”, więc może wymyślisz coś innego dla zamaskowania autorstwa?
Autor fortu wojskowego, to brzmi jeszcze lepiej, niż “sponsor”!
To taki skrót myślowy, chodziło o autora projektu architektonicznego;)

Zyrion”
Zaan tylko ziewnął. Sięgnął po pióro. Nabazgrał na marginesie: dopisz „X”. To na cześć czynnika „X”, który wymyślili z matematykiem.
Takie zagrywki najlepiej sprawdzają się w jawnych parodiach. Ba, aluzje i puszczanie oczka do czytelnika w powieściach pisanych “na serio” też są jak najbardziej strawne, ale przy zachowaniu odrobiny subtelności i zadbaniu o odpowiednie proporcje. Tu subtelności zabrakło.
No i jak wyżej - rozważania, jak nazwać fort, to raczej niekoniecznie najważniejszy temat do poruszania w liście pisanym skomplikowanym i czasochłonnym szyfrem.

Rozdział trzydziesty
Achaja, wędrując nocami i ukrywając się, dociera niemal do samego Syrinx.

Bała się jednak wejść od razu do miasta. Nie miała pojęcia, w jaki sposób i kogo kontrolują przy bramach. Ale same przedmieścia pod murami dawały już wystarczającą swobodę ruchów. Krótki miał rację. Odzwyczajona od przebywania wśród zwykłych ludzi długo nie mogła zdecydować się na pierwszy krok. Leżąc w gęstej kępie przydrożnych krzaków to po raz setny poprawiała swój turban, to sprawdzała, czy szerokie spodnie rzeczywiście ukrywają jej babskie biodra i czy chusta na twarzy nie zsunie się sama, ujawniając w najmniej spodziewanym momencie, że nie jest chłopcem.
*szeptem* Cycki, cycki! Zrób coś z cyckami!
Zasłonięta twarz będzie raczej przyciągać uwagę i wzbudzać podejrzenia, zwłaszcza w kraju, który niewolnikami stoi, chyba że Luańczycy zwykli w ten sposób ukrywać trądzik młodzieńczy.

Pewnien żołnierz podwozi Achaję do miasta, opowiadając przy okazji o bezsensownej wojnie, jaką Troy i Luan toczą o port Yach, który jest już tylko kupą gruzów.
— Tam dom na domu się nie ostał. Ledwie kamień na kamieniu. Z rąk do rąk. Tam szlachta z rodów mieszka w ziemiankach i szałasach, a kupcy często wprost pod gołym niebem.
Tę szlachtę to chyba ktoś łańcuchami przykuł, skoro jeszcze się nie wyniosła.

Ale Yach jest na granicy, a Luan i Troy potrzebują się jak pies i suka w cieczce. A tam... Przemyt, przemyt, przemyt! Jak masz w garści sto srebrnych i odwagę w sercu... Za dziesięć dni możesz mieć i tysiąc złotych. Prosty żołnierz jestem, ale widziałem straceńców, co przyjeżdżali ledwie z nożem i kusą sakiewką, a odpływali własnym statkiem. Ech! A miasto z rąk do rąk. Wiesz, strategiczny punkt. A wokół piach, ruiny i pieniądze takie, że w życiu tyle nawet ci się nie przyśni.
Aż się prosi o status wolnego miasta. Król i cesarz wyszliby na tym lepiej, ale widać w tym świecie jeden tylko Zaan ma łeb na karku.
Może to taki ichni sport. “Ludiej u nas mnoga”, co tam, że iluś zginie, iluś trafi w niewolę...
(...)
— A handel? — odważyła się przerwać dziewczyna.
— Jaki, kurwa, handel? — żołnierz roześmiał się chrapliwie. — W Yach?
Tam nikt nie handluje! Przemycają dla sportu, a te majątki zdobywają dlatego, że zakładają się między sobą, kto więcej przemyci. Jeden taki się ostatnio założył, że przemyci czterdzieści jaszczurek. Wsadził je sobie w nogawki szarawarów i może by mu się udało, gdyby jaszczurki nie były mięsożerne.

Toż, psia mać, tam zawsze wojna, a jak nawet zawieszenie broni, toż zaraz blokady morskie, piraci, bandy dezerterów na lądzie, zbóje wszelkie... Jaki handel? Żaden rozsądny kupiec nie zaryzykuje.
Kilka zdań wcześniej: “szlachta z rodów mieszka w ziemiankach i szałasach, a kupcy często wprost pod gołym niebem.”
Bo kupcy tylko mieszkają, handlu nie ryzykują.

Achaja dociera w końcu do Syrinx. Na początku traci wszystkie pieniądze (sakiewkę zabitego łowcy...
Czekaj, czekaj, nie leć tak szybko. Wyjaśnijmy, że Achaja wzbudza zainteresowanie strażników i, żeby się ich pozbyć, udaje ogarniętego nieodpartą chucią klienta burdelu. Pomysł może i zabawny, ale sposób, w jaki to zostało opisane...

- Udawaj, że ci dobrze suko!
Suko? A jaką masz podstawę, by traktować tę kobietę z pogardą, moja ty świętojebliwa dziewico?
Ona dawała tylko dwóm, a tamta bór wie ilu.
Karma is a bitch...

Strażnicy właśnie stanęli w drzwiach. Ale prostytutce nie trzeba było powtarzać.
- Och! Och! Och! Kochanie... Och! Au, au, au, o mamo... Och! Chłopcze! Och! Jeszcze!...
- Widziałeś jak go wsparło? - jeden ze strażników pokręcił głową. - Dlatego tak biegł.
Bo gdy czujesz parcie
Grunt, to dobre wsparcie.
Patrz, gnał galopem. Rozumiesz snadnie
Że musiał zdążyć, zanim mu opadnie.

- Oż kurde - roześmiał się drugi. - Patrz jaki kogut, psiamać.
- Och! Och! Och! Ała, kochanie, nie tak mocno, ała...
Nadużywanie wykrzykników właściwych i onomatopei to kolejna rzecz, która czyni tę książkę niestrawną. A co do samej sceny: jeżeli faceci nabierają się na takie “och, au, och, ała”, to jest z nimi naprawdę kiepsko.

- Żeby nas było stać na takie dziwki - mruknął wyższy strażnik.Obaj popatrzyli jeszcze bez żenady, potem klnąc i narzekając na psią służbę, odeszli.
Ciekawe, czy hasło “pędzę z powodu wzwodu” zadziałałoby na policjantów z drogówki.

…potem jednak z pomocą spotkanego przypadkiem kilkuletniego złodziejaszka, obrabia jakiegoś wieśniaka.

- Och - z rozpędu oparła się o jego ramię -  o przepraszam - zrobiła minę urażonej dziewicy. Spojrzała uważniej - O... jaki przystojny mężczyzna.
Wsiok patrzył na nią jak cielę na malowane wrota. Właściwie nie trzeba było robić niczego więcej. Chłopak podszedł z tyłu i zwinął mu sakiewkę, odcinając troki kawałkiem ostrza.
Wszystko ślicznie, tylko autor zapomniał, że w tym momencie Achaja wciąż jest przebrana za mężczyznę. Widocznie miał już przed oczyma następną scenę.
A może właśnie dlatego wsiok tak osłupiał? Dyć prawde łojce gadali, że ino ruja i porubstwo w tem mieście, sodomia z gomorią, tfu!

Kupiła dla siebie długą suknię wschodniego kroju i tandetne, ale pozłacane sandały. Wybrała Daleki Wschód, bo tamtejsze kobiety nosiły chusty i czarczafy na twarzy.
No paczciepaństwo, na tym Wschodzie to wszędzie tak samo, czy to u nas, czy w odległej galaktyce.

(...) Długą suknię, a właściwie, niesamowicie szeroką koszulę nakładało się wprost na gołe ciało — sięgała do kostek i była na tyle obszerna, że pozwalała na ukrycie przywiązanego do boku miecza i obu noży.
I guzik jej z tego miecza przyjdzie, jak ma go tak schowany pod suknią, ani sięgnąć.

Achaja przekracza bramy miasta (wraz z dzieciakiem), wydając przy tym resztę pieniędzy na podatek bramowy. W mieście okrada kilka następnych osób.

Dzieciaka ponosi, wybiera niewłaściwą ofiarę, Achaja maskuje wpadkę, udając rozwścieczoną matkę małego łobuziaka:
- No niech go pani nie bije! - kupiec zdecydowanie wziął drugą stronę. - Właściwie... Nic się nie stało.
Nic się nie stało, Achajo, nic się nie stało...
“Niech pani to, niech pani tamto” to może mówić współczesny przechodzień.
A tamtoczesny raczej "kobieto, zostaw go!". O ile nie przyłączyłby się do bicia.

-  Jak to nic?! Bękarta mam w domu! - trzaskała sznurem,chłopak wyrywał się, a ona “niby to" nie mogła sobie z nim poradzić i dobrze trafić. - To bękart ani chybi! Złodziejskie nasienie! Powiem ojcu!
—Nie, mama, nie! Tylko nie ojcu!!!
Nie mama, nie mów ojcu, żeś mu rogi doprawiła!!!

Przy okazji, zauważcie jedną rzecz. Zwiedzamy już trzecie państwo w tym świecie (Królestwa Północy, Troy i Luan), a wciąż... można powiedzieć, jesteśmy w tych samych dekoracjach. Ci sami bezimienni Bogowie, o których wiemy co prawda, jak stworzyli świat i ludzi, ale ani słowa o tym na przykład, jak wyglądają ich świątynie i kult. Ta sama waluta, też bez nazwy, określana jedynie od kruszcu - i wygląda na to, że monety północne, luańskie i troyańskie nie różnią się nawet wagą, nie mówiąc o portretach władców, czy cuś. Wreszcie, ten sam język (ba, ten sam styl wypowiedzi!), bez jakichś lokalnych odmian nawet. Owszem, wielu pisarzy wprowadza ten chwyt, ale zwykle zaznaczają, że to jakaś “wspólna mowa”, ktoś tam mówi nią lepiej, ktoś gorzej... I różnicują sposób wypowiadania się postaci... Tu - nic z tych rzeczy. Wydaje się, że jedyne różnice w mowie, to te pomiędzy językiem arystokratów a plebejuszy - Achaja w wojsku miała problemy ze zrozumieniem dziesiętnika, mówiącego z gminnym akcentem, w obozie niewolników Hekke i Krótki od razu rozpoznali w niej damę - po akcencie i przydechach.

Rozdział trzydziesty pierwszy

Meredith wraca do życia w jakiejś zapadłej wiosce, w zachodnich prowincjach Cesarstwa Luan. Przy okazji dowiaduje się, że sprowadził na świat nowy rodzaj zarazy. Dziwne to nieco, bo z tego, co mówił Wirus, wirusy już istniały, no ale w końcu to Trickster, pewnie łgał jak z nut.
A swoją drogą... poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale mam wrażenie, że Meredith wyleciał o... kilka? kilkanaście? kilkadziesiąt? lat w przyszłość, przed resztę bohaterów...
Wirus mówi “lata temu, jakeśmy byli na wyspie”, ale nie precyzuje, ile minęło lat.
Domniemywam też, że zaraza, którą spowodował, jest Całkiem Inną Zarazą niż ta, która właśnie pustoszy Troy, prawda?


Rozdział trzydziesty drugi

Na ulicach Troy wielka radość. Tłum wiwatuje na cześć księcia Siriusa, któremu cwany Zaan przypisał zasługę powstrzymania zarazy. Książę rozrzuca pieniądze, tłum obrzuca księcia kwiatami i słodyczami.

Szaleństwo ogarniało wszystkich. Sirius zdążył już zarobić w oko łodygą jednego z licznie rzucanych kwiatów (i teraz łzawił, sycząc z bólu), a także dwa razy w ucho jakimiś lepkimi słodyczami. (...)
- Synu - dodał jeszcze. - Wytrzymaj.
-Dobrze mu, kurwa, mówić - szepnął Sirius do Zaana, bo właśnie zarobił w twarz plackiem z jagodami, który jakaś gospodyni piekła, nie szczędząc wysiłków, w podzięce za uratowanie licznej rodziny. Jagody rozbryznęły się na twarzy młodego księcia. Który zaczął wycierać się chustą. Trochę zlizał.
- Świetne! - powiedział, zbierając resztą dłonią. - Ty, to jest naprawdę smaczne!
- To żryj i się zamknij - odparł Zaan.
Sirius jednak, w ramach zemsty, chlasnął serią brązowych po twarzach stojących najbliżej, wiwatujących mieszczan tak, żeby ich najbardziej zabolało. Kmioty jednak miały w dupie ból [hemoroidy?].
Kmioty. Jużeś Waćpan uwierzył w swoje książęce pochodzenie?


Łapały brązowe w locie i wyły z radości. Sirius zarobił pieczenią w kark. Potem w czoło jakimś medalikiem na sznurku.
Jak widać, triumfalny pochód księcia od przejazdu skazańców pod szafot różni się tylko tym, że w tym drugim przypadku żarcie, którym rzuca tłum, jest zepsute.

Dostojny orszak dociera do światyni Pierwszego Boga. O religii dowiadujemy się niewiele - że posąg jest duży i że składa się tu ofiary ze zwierząt.
Ja pitolę, no ludzie, trzymajcie mnie, co to za świat jest, żeby bogowie nawet nie mieli imion, tylko numery.... *wyje głucho*
Tłum napiera w oczekiwaniu na mięso. Kapłan wskazuje Siriusowi wejście do głównej sali, która jest teraz pusta, a sam wdaje się w rozmowę z Orionem. Sirius i Zaan siadają sobie beztrosko na pozłacanych stopach posągu Pierwszego Boga i w tym właśnie miejscu i momencie zbiera im się na szczere męskie pogaduchy. Zaan planuje wywołanie wojny z Luan.

- Ale po co?
- Kurde balans! [Motyla noga!][Kurczę oscylator harmoniczny!] Zakon nas zapieprzy!
Kurooo! Chce Ci się sprawdzać, kto i kiedy wynalazł balans?
A kto wynalazł kurde?
(sorry, już nas głupawka bierze...)

Musimy wejść do Luan i zabić tam wszystkich. Wtedy Zakon będzie psem bez zębów.
Psssst... Nie macie jakichś niedotrupków z tej zarazy? Prosto będzie, tanio...

Sirius tylko potrząsnął głową. Potem ukrył twarz w rękach.
- Zaan... - szepnął. - Po cośmy tu przyszli?
- Tu? To znaczy gdzie?
- No tu. Po cośmy to książęctwo brali? Na jakiego ciula żeśmy tu przyleźli?
A nie wiem. Pewnie na śląskiego.

Młody ma napad wielkich wyrzutów sumienia, tak wielkich, że aż chce samobójstwo popełnić. Zupełnie jak ten kowal, który rozkuł nogi Achai, tyle że tamten ratował swoją rodzinę, a Syriuszek chce umrzeć za miliony.
Sirius wściekły nagle podskoczył do Zaana i oparł mu ostrze sztyletu o szyję. Na wysokości tętnicy.
- Mnie nazwałeś tchórzem??? Mnie?
- No pchnij! I pierdol się sam!
- Zaan, kurwa, jesteś jakby moim ojcem! Zaan!
- No pchnij, tchórzu! Zrób to!
- Zaan, kurwa! Zaan! Zaan...
- Pchnij tchórzu. No już. Bez wahania.
- Kocham cię, durniu!
- Ja też cię kocham.
BENDOM SEKSY? *Kura ożywiła się nieco*

- Szlag... - Sirius opuścił sztylet. - Zdaje się, że dwóch facetów właśnie wyznało sobie miłość w świątyni... To chyba zakazane przez prawo.
Na terenie świątyni zabrania się:
- uszkadzania obiektów kultu religijnego,
- spożywania napojów alkoholowych (z wyjątkiem alkoholi przeznaczonych do użytku podczas ceremonii religijnych),
- wyznawania miłości przez środowiska jednopłciowe.

Sirius znowu usiadł na zydlu. I znowu przycisnął kolano do kolana.
Na wypadek, gdyby Zaan chciał wykorzystać niewczesne wyznanie...? :P

Sirius jednak nie należał do osób, które mnożą trudności. Wprost przeciwnie. On je raczej niwelował.
Był już wiedźmin - geodeta, to może być i Sirius, czemu nie.

- To co? Zabijamy setki tysięcy ludzi?
- No.
- Niech cię szlag trafi!
- To już Zakon chciał osiągnąć. Ale... mu się nie udało.
Zaczęli ryczeć ze śmiechu. Chichotali tak, że mogło to być słyszalne nawet na dziedzińcu.
Przenikliwe “chichichichi!” przebiło się nawet przez ryk zwierząt ofiarnych.

Bogowie! Przyjaźń między dwoma mężczyznami. Tego się nie da osiągnąć z żadną kobietą. To jest prawdziwa przyjaźń.
“Zostańmy przyjaciółmi”?

Nagle zza pomnika Pierwszego Boga ukazał się Wielki Książę Orion.
- On w ogóle nie jest kretynem - książę wskazał na Zaana. - On jest bardzo inteligentnym człowiekiem.
Zaan struchlał, wyobrażając sobie, co mógł podsłuchać Wielki Książę. Runął na kolana. Chyba niepotrzebnie. Orion, jak się okazało,musiał usłyszeć tylko ostatnie zdania.
Bycie inteligentnym człowiekiem nie wyklucza (jak widać) bycia kretynem. Ciekawe, gdzie następnym razem postanowią omawiać swoje tajemnice. Może na posiedzeniu Rady?

Wielkiemu Księciu podobają się pomysły Zaana i przyłącza się do knucia. Ostatecznie staje na tym, że Sirius z Zaanem mają pojechać do Arkach, nakłonić tamtejszą królową do wojny z Luan, Orion zaś ma zająć się wielkimi rodami Troy.

— Czy nie dałoby się jakoś wywołać nowej wojny z Symm, żeby związać siły Tau?
— Dałoby się. Bez żadnego problemu.
— No i dobrze. Sam zajmę się Archentarem i Dahrenem.
Jakim cudem to królestwo jeszcze trzyma się kupy, przy takim nastawieniu książąt, to ja naprawdę nie wiem. Chyba że poprzedni królowie ostro trzymali towarzystwo za mordę, a teraz dopiero się dupa wołowa trafiła.

Niewdzięczny Syriuszek nadal ma obiekcje:
- Ale po co? Chcą mnie zabić? Niech zabijają! Lepsze to niż stosy trupów, które narobimy! Lepsze to niż beczenie setek tysięcy mamuś na cmentarzach! Chcecie, psia mać, wywołać wojnę totalną, zrobić jakieś spiski i morderstwa. Widzę krew na waszych rękach!
Krew na Waćpana ręku jako na Kainowym! Precz!

- Synu... Nie mamy innego wyjścia - Orion znowu pokiwał głową. Ach, jak pięknie wypadnie opis tej rozmowy w kronikach, które kiedyś zamierzał podyktować. Jak pięknie. Jak wspaniale.
Zupełnie jak ojciec Achai w scenie tortur. Zupełnie jak Zaan, który chce być zapamiętany. Oni tak wszyscy? Wszyscy jak jeden mąż mają jakiś kompleks?
Taaaa, poznali już, widać, potęgę pi-aru.
(...)
- Synu - Wielki Książę oparł dłoń na ramieniu młodego księcia. - Porozmawiamy później. Bardzo mnie cieszy twoje pojęcie moralności. To godne króla! - westchnął. - Którym może i zostaniesz niedługo...
A teraz idź do piaskownicy i nie przeszkadzaj, kiedy dorośli rozmawiają.

Zaan zgiął się w ukłonie. Charczało mu w płucach. Ostre szpony reumatyzmu wgryzały się w kości. [A zęby lumbago ciachały bezlitośnie] Nie wiedział, po co żył. Nie miał już zielonego pojęcia. Ból, strach, ból. Po co? Ból i strach. Po co?
Orion skinął głową. Był już stary. Nie mógł jeść tego, na co miał ochotę. Nie mógł już się położyć do łóżka z kobietą. [Etam, położyć to się zawsze mógł, jak Dawid z Abiszag Szunemitką] Po co on to robił? Musiał. Tak go wychowano. Ale po co?
Po co kłaść się z kobietą? Eeee, no jakby ci to wytłumaczyć, książę, no... są, tego, pszczółki...

Sirius wstał nagle. On jeden był młody, zdrowy, jurny. Mógł robić, co chciał. Jemu umysł nie napełniał każdego wieczoru strachem.
Czego mu umysł nie napełniał strachem? Pęcherza?
Jąder - dlatego autor podkreśla, że był jurny.

- Rozumiem, że jedziemy do Arkach motać pajęczynę. A potem wybijemy kogo się da tutaj, robiąc przewrót?
- Dobrze zrozumiałeś, synu. - Ale, powiedzcie mi tylko... po co? - obciągnął na sobie bogato zdobioną spódniczkę i ruszył do wyjścia.
- Po co?
Bo tak!

Rozdział trzydziesty trzeci

Achaja razem z małym złodziejaszkiem (nie zdziwicie się, jak powiem, że nie ma on imienia?) oszukują ludzi w trzy kubki.

- A ze mną zagrasz? - majster piekarski zwrócił się do dziewczyny.
Piekarz zwał się majstrem, bo jako czeladnik majstrował przy chlebie, dosypując a to pośledniej mąki, a to wręcz otrąb. Dlatego został wyrzucony z cechu, nim zdążył uzyskać tytuł MISTRZA.

Podochocony widowiskiem wyjął z sakiewki dziesięć brązowych. Dziewczyna skwapliwie przytaknęła, natomiast jej mały brat zaczął ciągnąć ją za rękaw.
- Nie! Nie rób tego! - krzyknął. - Znowu chcesz przegrać wszystkie pieniądze? Mało ci ojciec nagadali? (...) Znowu chcesz stracić wszystko co matka dała na zakupy? Mało ci ojciec tyłek sprał za tamto?
(...)
Achaja, klnąc pod nosem, rozsupłała swoją sakiewkę. Położyła dwie złote monety, a zamiast trzeciej - odpowiednik - trzydzieści srebrnych. Tłum zmusił ją, żeby zrównoważyła także pozostałe zakłady.
No proszę. Biedny Zaan przez całe życie odłożył tylko cztery brązowe, a tu jakaś smarkula szasta złotymi, które “matka dała na zakupy”. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że Zaan mieszkał na biednym zadupiu, a scena z kubkami ma miejsce w stolicy bogatego cesarstwa, brak jakichkolwiek podejrzeń ze strony tłumu jest co najmniej dziwny. Czy na warszawskiej ulicy dzieci grają o setki peelenów?

Gra w kubki nie podoba się miejscowej bandzie, która w tym właśnie się specjalizuje.
- No mała - najlepiej ubrany napastnik położył jej rękę na ramieniu. - Daj grzecznie gotowiznę.
Uniosła suknię [nie, nie, najpierw gotowiznę, w naturze ewentualnie potem! - zaprotestował zbój*] wyszarpując miecz i nóż przywiązane do ciała.
Po czym miecz i nóż zaplątały się w jej długą do kostek, niesamowicie obszerną koszulę, bohaterka wybiła sobie zęby, odsłoniła cycki i wyrżnęła o pawiment, wykonując po drodze tym potrójnego Rittbergera.
*) To nie jest zadowalający zamiennik! - jak powiedziałaby pewna najemniczka.

Ci bez noży też krwawili z pokaleczonych dłoni. Zdziwiło ją to na krótką chwilę. Ach! Przypomniała sobie. Walcząc i ćwicząc z Hekkem używała przecież kija. Jej ciało “nie zapamiętało" tego, że miecz jest na końcu ostry.
Mamy rozumieć, że w domu rodzinnym oraz w wojsku też nie używała prawdziwej broni? No bez jaj...  Wiemy, że używała. Tylko że ćwiczenia z Hekkem, jak widać, skutecznie “wymazały” to, czego się wcześniej nauczyła.
Ba, wymazały, bo miały wymazać. Toż Hekke mówił wyraźnie, że cała jej poprzednia nauka do dupy.
No to mamy problem. Wróćmy na chwilę do rozdziału dwudziestego pierwszego:
Hekke podniósł dwa leżące w kącie kije i rzucił jeden z nich dziewczynie.
- Chodź - wskazał jej wyjście z ziemianki. - Za dużo gadam.Czas coś pokazać.
(...)
Dziewczyna ujęła niesamowicie ciężki kij (...)
Pozostaje wierzyć, że Hekke trzymał w kącie lepianki dwa drewniane miecze ćwiczebne, odpowiednio ukształtowane i obciążone. Bo jak nie, to następny przeciwnik powie “Waćpanna machasz jak cepem!”
I będzie miał rację.

Na szczęście Achaja ma argument przetargowy: w Syrinx przebywa właśnie poselstwo z Troy, a ona zna tajne hasła - jedno, dzięki któremu można dostać dwieście złotych monet i drugie - na które ludzie księcia zabiją wskazaną osobę. Dzięki temu herszt bandy zgadza się pomóc jej w ucieczce z miasta i kraju. Osobą, która ma tego dokonać, jest (burdel)Mama Minn. Uwaga, uwaga, trzymajcie się foteli, bo oto rozpoczyna się ekspresowa przemiana kopciuszka w księżniczkę, czyli zbiegłej niewolnicy w luksusową prostytutkę!

Minn tłumaczy, że ponieważ wszystkie legalne prostytutki w Luan są urzędowo oznakowane, konieczne jest wykonanie tatuażu, w dwóch miejscach: na twarzy z wzorem cesarskich lilii, a na piersi z datą rejestracji.

- Więc widzisz jak to wygląda. Pewnie... W obcych krainach ludzie mogą pokazywać cię palcami, różne baby będą pluć na twój widok, ale... to chyba jedyna szansa, żeby dostać się do tych obcych krain. Nie?
Włożyła Achai kubek z winem do ręki.
- Pij. (...)
Achaja odstawiła pełny kubek. Wzięła ze stolika dzbanek i zaczęła pić, do końca, do dna.
Nie wolno pić alkoholu ani przed, ani w trakcie, ani po wykonaniu tatuażu. Kto jak kto, ale burdelmama, której wszystkie podopieczne są oznakowane, powinna to wiedzieć.

Tym razem w drzwiach zamiast poprzedniej dziewczyny pojawił się lekko podpity mężczyzna z ciężką torbą pod pachą. (...)
Dziewczyna zsunęła swą suknię tak, że opadła na ziemię. Stanęła przed nimi naga, czując baczne spojrzenia obydwojga. Ley obchodził ją wokoło.
— Noooo... Ładna, zgrabna, z dużym biustem [mówiłam, że sztucznym, naturalny po trzech latach harówy w obozie byłby raczej rozmiarów śliweczki, niż melona], przyjemną twarzą. Trochę za żylasta, fajne biodra, niesamowite nogi, przesuszona, zniszczona skóra, parę zepsutych zębów, zapalenie spojówek od pustynnego słońca i piachu, twarde, zbite mięśnie, szorstkie ręce pełne odcisków i z połamanymi paznokciami, i potwornie zrogowaciałe stopy... Ale poza tym całkiem w porządku.

a to co? — Schylił się, dotykając jej kostek. — Od kajdan... To się zrobi.
Ciekawe, co. Skarpetki jej wytatuuje?

Trochę, kurde chuda, musisz ją podtuczyć, na ile się da.
Ta. Prawo Ogólnej Wszechzajebistości Mary Sue stwierdza, że bohaterka w każdych okolicznościach ma wyglądać seksownie i wykluczone jest wszystko, co seksowność tę umniejsza. Tak więc, na mocy tego prawa, Achaja po trzech latach spędzonych w prawdziwie morderczych warunkach jest jedynie “trochę chuda”. Ta.
Aha, ma jeszcze krótkie, skołtunione włosy, ale na to znajduje się rada: golą ją na łyso, bo niektóre luksusowe prostytutki tak robią.

Lekko rozciągnął skórę na jej lewej piersi.
- No? Jaką prefekturę wpisujemy?
- Syrinx - odpowiedziała Minn. - Datę tak mniej więcej sprzed roku. Że niby świeża, ale już doświadczona.
Sprzed roku. Zapamiętajmy to.

Tatuażysta wpada na pomysł, jak rozwiązać problem z niewolniczym piętnem Achai:
— Mam, kurde!
— No mów!
— Jak klient zobaczy, co ma na tyłku, to niech mu powie, że specjalnie jej to zrobili!
— Aleś wymyślił. A innym niewolnikom to niby przypadkiem wypalają?
— Nic nie rozumiesz. Niech powie, że jej to specjalnie zrobili, ale w burdelu! Że są klienci, którzy czasem lubią myśleć, że z niewolnicą to robią.
— He — Minn roześmiała się na cały głos. — Ty kurde. Prawda, co o tobie mówią. Że jak wypijesz, to czasem mądre rzeczy gadasz. Prawda.
Ley wrócił do pracy. — Pamiętaj, mała co masz mówić — mruknął. — Prawo zakazuje sypiania z niewolnicami, a pewnie niejeden by chciał. Ale w burdelu?... W burdelu wszystko wolno — roześmiał się, ale zaraz umilkł, żeby dokończyć precyzyjny wzór.
Prawo zakazuje sypiania z niewolnicami, a jednocześnie nakazuje im chodzić prawie nago... Interesujące.

Zaczął wcierać jakąś maść w nogi dziewczyny, tuż nad kostkami.
Aha, znaczy ma jakąś super-maść, która zlikwiduje jej blizny po trzech latach obcierania przez kajdany? To może i piętno dałaby radę zlikwidować?

Minn i Ley wygłaszają pogadankę o sposobach radzenia sobie z zakompleksionymi “mężczyznami”. Po skończonej operacji Achaja wypłakuje się w poduszkę i zasypia. Trzymajmy za nią kciuki. Ma świeżutki, niczym nie zabezpieczony tatuaż. Oby jej się do pościeli nie przykleił i oby pościel była sterylnie czysta.
Nawiasem mówiąc, za kilka dni troyańskie poselstwo opuszcza Syrinx, w dzień przed odjazdem, zgodnie z tradycją, eskorta książęca zawita do burdelu, wybrać sobie “towarzyszki podróży”. Parę dni to akurat czas, by na świeżym tatuażu porobiły się malownicze strupki. Co niewątpliwie bardzo korzystnie wpłynie na urodę Achai. I z całą pewnością każdy uwierzy, że “ozdóbkę” zrobiono jej przed rokiem.

Rozdział trzydziesty czwarty
Znowu Meredith i gadki teologiczne. Tym razem udaje mu się spotkać z samym Czarownikiem Zakonu. I... wypełnić swoją misję, gdyż zaraża go wirusami. Odchodzi, głosząc dumnie “To ja jestem śmiercią!”

Rozdział trzydziesty piąty
Do najlepszego burdelu w Syrinx przychodzą chłopaki z eskorty Siriusa. Achaja zostaje podsunięta jednemu z nich.

- Naprawdę masz na du... znaczy na... pupie ten znak? - spytał.
-Tak, panie - opuściła jeszcze bardziej i tak już nisko trzymaną głowę.
- Aaaaa... pokażesz?
- Wstydzę się, panie - nie podnosiła oczu.Wiedziała, że go ma. Że jest jej, zanim jeszcze doszło do czegokolwiek.
(...)
- O kurwa!!! - przykucnął z tyłu, dotykając blizny palcem. - Szlag! Bolało? Bolało jak ci to robili?
-Tak, panie - wyjąkała. - Bardzo! - odczekała chwilę i dodała zgodnie z radą Mamy Minn. - Zsikałam się z bólu.
- O żesz ty!... Jednym ruchem zerwał z siebie lekki kaftan. Drugą ręką pozbawił się szamerowanej złotem tuniki. (...) Wziął ją od tyłu.
Borze Liściasty, są tam jacyś normalni mężczyźni? Nawet młody, naiwny żołnierzyk, wstydzący się powiedzieć “dupa”, okazuje się być sadystą i urofilem.

Po starannym odrobieniu wszystkich “Ach! Och! Ała!”, nadchodzi czas na pogawędki.

Achaja słuchała z przejęciem, a chłopak z miną, co najmniej szermierza natchnionego, opowiadał o swoich przewagach i wielu, najwyraźniej wymyślonych, sytuacjach, kiedy to ratował życie nie tylko księcia, ale samego Króla Troy. Ach... Gdyby żony miały choć trochę wiedzy kurew, być może świat byłby inny. Być może nie byłoby wojen, ni plag, ni najazdów.
Zapamiętajcie, dzieci - dżuma, cholera i szarańcza też się biorą z braku edukacji seksualnej!
Toć wiadomo, że z tymi babami można ciężkiej cholery dostać.

Ale żony były tylko żonami.
Tak, były TYLKO żonami. Brakowało im wiedzy kurew na temat robienia dobrze facetowi, który w łóżku jest beznadziejny i nawet gra wstępna jest dla niego pojęciem obcym.
No ale to oczywiście nie on jest beznadziejny i pozbawiony inicjatywy, no skądże, tylko żona...

Ich mężowie musieli wyżywać się w wojnach i najazdach, bo nie mieli niczego innego do wyboru. Musieli knuć, walczyć, niszczyć innych. Nie było kurwy, która mogłaby ich wysłuchać i podziwiać. Nie było ladacznicy, która mogłaby ustami (bez wypowiadania słów) zatrzymać ich niewczesne zapędy.
Róbmy laskę dla pokoju!
W krótkich żołnierskich słowach: baby, to wszystko wasza wina, bo nie dbacie, by chłop dobrze z kija spuścił, a przez to, jak wiadomo, sperma uderza do mózgu i rodzą się głupie pomysły.
A teraz się zastanówmy, komu ten wywód bardziej uwłacza...
Oh, wait! A może autor chce w ten sposób wyrazić swoje zażenowanie dramatycznym poziomem niektórych  mężczyzn?
No nie wiem. Jasza na przykład uważa, że mogło chodzić o kastrację delikwenta ostrymi ząbkami. Wywałaszenie dobrze robi na uspokojenie.

Powiecie pewnie, że kobiety nie chcą wojen, ze względu na los ich mężów i synów. Bzdury. Ich nie obchodzą ani mężowie, ani synowie.
O’rly? To nie kobieta żałuje, że jej dzieci nie umrą w powstaniu.

Nie o to chodzi w tym interesie, panowie. Gdzieś daleko od rozgrywających się tu wydarzeń, w zupełnie innym miejscu, innym czasie kobiety zyskały prawo głosu. I w ich świecie rozpoczęła się okrutna wojna światowa. Nazwana pierwszą...
Panie Ziemiański, nie pierdol Pan głupot z łaski swojej i nie licz na naiwność czytelnika, bo łatwo sprawdzić, że przed pierwszą wojną kobiety w Europie uzyskały prawa wyborcze jedynie w krajach skandynawskich, które - cóż za zaskoczenie! - w tej wojnie nie uczestniczyły... Może dlatego, że panie zagłosowały przeciw? ;>
Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko kolejny przykład ignorancji autora, a nie próba świadomego i celowego robienia czytelnika w wała, w myśl zasady: “Jeśli fakty nie zgadzają się z ideolo, to tym gorzej dla faktów”.
Chyba się zgubiłam. To ten pijany tatuażysta wrócił chyłkiem i znowu bredzi?
Taaa, chyba tym razem nie chlał, tylko nażarł się grzybków, bo ma jakieś wizje na temat innych światów...

(a przed pierwszą wojną światową to w ogóle nic nie było; pokój, błoga szczęśliwość i nirwana... Napoleon? Kto to był Napoleon?)

Ponieważ trochę później wybuchła druga. Jeszcze bardziej okrutna. A potem... Potem — łatwo się już domyślić. [Trzecia. Czwarta. Dziesiąta.] A przecież u podstaw tego wszystkiego leżały jedynie głosy kobiet, które wszak dbały o losy swych mężów i synów.
Taaaa. Adolfcia umówiła się z Józią, że zagrają sobie w komórki do wynajęcia. Ale potem się pokłóciły i Józia poleciała po pomoc do Winnie. Winnie wzięła jeszcze do spółki Franię i Charlottę, i razem zaczęły spuszczać Adolfci (i Benicie) łomot. A potem Harrietta zrzuciła bombkę na Hirohicię, ale było fajnie!
A pozostałe żony i córki cieszyły się, że wreszcie ktoś je zgwałci, bo przecież każda baba tylko o tym marzy.
Ta. Bo to wreszcie raz do syta i bez grzechu.

Rzezie w imię życia, do którego stwarzania ponoć powołane są kobiety? Panowie, no co wy? Przecież nikt nie powiedział, że one mają to robić rozumem. Naprawdę nikt tego nie powiedział.
Sine, czy Ty też masz wrażenie, że narrator skarży się, bo jest jakiś taki... niedorżnięty?
Zaleciłabym robótki ręczne na uspokojenie. Ewentualnie opiekę nad zwierzętami - podobno głaskanie węgorza daje niesamowite efekty terapeutyczne.

- No co panowie? Wszyscy na posterunku? - rzucił najwyższy z nich. - Które bierzemy w drogę, co?
-Tę! Tę, psiamać! - chłopak Achai wskazał palcem jej tyłek. - Zobaczcie coś, rebiata!
I tym sposobem dowiedzieliśmy się, że w Troy mówi się po... rosyjsku.

Wyruszyli następnego dnia. Wielki orszak syna Wielkiego Księcia. Stu żołnierzy, „kuzynowie” i służba, nie licząc oczywiście dostojnych osób, czyli samego księcia Siriusa, jego zausznika Zaana i posła Troy.
Bezimiennego oczywiście, jak większość postaci pobocznych w tej powieści. Ba, w zasadzie nie będącego niczym więcej, jak cieniem - bez twarzy, bez głosu, bez żadnego dalszego udziału w tej historii...
(Ta książka prosi... ba, błaga na kolanach, wyje!!! o porządnego redaktora!)

Poselstwo podąża w stronę Arkach. Zaan podejrzewa, że Achaja jest podstawionym szpiegiem albo zabójcą, albo cholera wie kim. Achaja próbuje natomiast śledzić Zaana, ale...

Achaja nie mogła podejść bliżej. Nie dość, że zawsze wokół kręcili się wartownicy, to jeszcze jej ogolona głowa odbijała światło gwiazd, zdradzając każdy jej ruch. Nadawała się na „nieustraszonego zwiadowcę” w tym samym stopniu, co muł na ogiera rozpłodowca.
Jej głowa, ach jej głowa
Jak kula dyskotekowa!
Dobszzzz. To teraz wszyscy, analizatorki i czytelnicy, zaśpiewajmy chórem, w rytmie marsza żałobnego,  nad grobem achajowej, ponoć niezwykłej, inteligencji. Tylko równo proszę!
Nałóż czapkę skinie, skinie nałóż czapkę
Kiedy wicher wieje, gdy pogoda w kratkę
Uszka się przeziębią, kark zlodowacieje
Resztki myśli z mózgu wiaterek przewieje.

Książę był fajny. Nie wynosił się, nie trzymał głowy za wysoko.
Książę fajny, cycki fajne, rada fajna, wszystko fajne, zupełnie jakby autor nie znał innego określenia na coś, co nie jest fajne.
Fajnie to ujęłaś, Sine.

Achaja i jej kochanek wkradają się na igraszki do wozu samego księcia. Wtem!!!

— Bywaj! — tętent ucichł nagle. — Panowie! Szlachetny rycerz Vieese wieczerza pół stajania stąd. Zaprasza on do uczynienia zaszczytu, by książę Sirius własną osobą towarzyszyć mu raczył.
— Żesz, kurwa! Poczet cały — w cichym szepcie tuż przy burcie wozu, zarówno chłopak, jak i dziewczyna rozpoznali głos księcia. — Srał ich, co?
— Cicho — to był Zaan. Jego głos był ledwie słyszalny. — Jechać trzeba. Ci tutaj to młodzi rycerze. Mistrz, jak słyszałeś wieczerza o pół stajania.
— Ach pies! Wieczerza? W środku dnia?
— Ciiiiii. To, szlag jasny, Zakon. Nikt inny nie śmiałby samego księcia zapraszać.
— Widzę. Mówiłem, psiamać, że trutki do zupy dosypią, to się śmiałeś. Teraz masz.
— Jechać trzeba. Zakon jebany.
— Myślisz, że się rzucą znienacka?
Leżący na Achai chłopak drżał ze strachu. To nie były słowa przeznaczone ani dla niego, ani dla nikogo innego. Pled trząsł się zapewne jak osika, bo dziewczyna również była przerażona tym, co słyszała.
(...)
— Słyszałaś te... straszne słowa. Muszę cię zabić!
No dobra. To teraz niech ktoś mi wytłumaczy, co takiego strasznego i śmiercionośnego było w podsłuchanych słowach. Że książę wyraża się jak prostak i klnie? Toż niejeden raz wszyscy to słyszeli. Że Zaan tak samo? A kogo to obchodzi. Że szlachetny rycerz Vieese zaprasza księcia na posiłek? Przecież robi to jawnie!!! Że podejrzewają podstęp? Normalne w tych okolicznościach. Że... przepraszam, skończyły mi się pomysły, ktoś ma jakiś?

Zaan wraz z setką żołnierzy jedzie (w zastępstwie księcia) wieczerzać z rycerzem Vieese. Sirius zostaje w obozie ze swą ochroną i sługami, razem około pięćdziesięciu osób. Popołudnie mija spokojnie, dziewczyny kłócą się i piją wino (litości, cała strona pseudofilozoficznych rozważań o pijaństwie...), gdy wtem! na drodze pojawia się zastęp oberwańców... To Rycerze Zakonu, dla niepoznaki przebrani za rabusi. Rycerze wyrzynają wszystko, co żyje.

- Yyyyyyyyeeeeeeeeaaaaaaaa!!! - jeden pochylił się nad karkiem wierzchowca i nadział na miecz dziewczynę, która zwykle usługiwała do stołu.
Dwadzieścia cztery samogłoski. To chyba rekord. Nawet aŁtoreczki nie są tak hojne.

Długą, dłuuuuuugą chwilę siedzieli nieruchomo na siodłach odwróceni do orszaku plecami, jakby chcieli okazać swą pogardę.
A może autorowi płacili od znaku?

- Szarżaaaaaaaaa... Cwał!
Tak, stanowczo tak. Od znaku.

- Jestem nałożnicą Królestwa Troy! - wrzasnęła z pogardą, patrząc im w oczy.
Skoro może być “mąż stanu”, to “nałożnica królestwa” też.

Ocalała jedynie Achaja ukryta pod wozem i Sirius, którego napastnicy zostawili sobie na deser.

Skurwysyn! Achaja nagle rozbeczała się jak dziecko. Dlaczego to wszystko jest takie pokręcone? I co? I co dalej, dziewczyno? (...) A ten sukinsyn, za wzgórzem krzyczał: “Gdzie jest honor Królestwa Troy? Kto stanie w obronie księcia?!". Stanęły... Dwie nałożnice, jedna z pogardą dla napastników, druga zeszczana ze strachu... ale stanęła!
Tak z ciekawości... Liczył ktoś, ile razy w tej książce mówi się o sikaniu po nogach? Z bólu, z ulgi, ze strachu... Chyba tylko z rozkoszy się nikomu nie zdarzyło.
Ale jeszcze dwa tomy przed nami, kto wie, kto wie...

Jakiś agent (...). Stanął woźnica. Ukryty długo między końmi, o czym myślał wtedy? O czym myślał w swojej bezpiecznej kryjówce? Co sprawiło, że wyrwał dyszel od wozu i stanął jak rycerz, jak człowiek honoru, mając pewność własnego zatracenia?
Zwariował ze strachu, dziecinko. Honor nie ma tu nic do rzeczy.
Ech, w ogóle, cała ta scena rzezi jest nasycona honorem, patosem i wzniosłością do wypęku. Jak amerykański film wojenny gorszego sortu.

- Nie będziesz, chuju, tak mówił o mojej ojczyźnie - płakała niewolnica, prostytutka, księżniczka Królestwa Troy, zawracając i brnąc wśród chaszczy, na jakimś zapomnianym przez Bogów spłachetku świata. - Mimo, że tak strasznie się boję!
Wzrusza mnie tak wielki patriotyzm u osoby, którą ojczyzna - delikatnie mówiąc - wystawiła do wiatru.
Jaka znowuż prostytutka? To była tylko jej “przykrywka”, by uciec z Luan. Czy o policjancie, który przeniknął w struktury gangu, mówi się, że jest bandziorem?

Ruszyli o krok. Kurwa! Poczuła gorącą strugę na udzie. Zsikała się! Normalnie zsikała się ze strachu.
*facepalm*
Czy rycerze Zakonu wymachują mackami, mają po trzy głowy i zieją ogniem?
Otacza ich aura Mrocznej i Niewypowiedzianej, Bluźnierczej, Przedwiecznej Zgrozy.
O, już wiem! Rycerz Zakonu wygląda tak:


Achaja, stosując się do nauk Hekkego, pokonuje wszystkich rycerzy Zakonu. Komentować nie będziemy, bo w sumie nic dodać, nic ująć - do tego była szkolona.

A teraz wybaczcie, będzie niemerytorycznie, czepialsko i bezczelnie, ale nad tym fragmentem dostałyśmy regularnej głupawki.

Zaczęła wyć! Krzyczeć i ryczeć (jak niewydojona krowa o poranku), ale tylko wilki mogły zrozumieć jej mowę! Ptaki wzbiły się z pobliskich drzew, uciekając w popłochu, gryzonie, gady i płazy oddalały się w pośpiechu z niebezpiecznej polany. Mrówki w pośpiechu barykadowały wrota swego leśnego zamku. Tylko nocni drapieżcy, których pobudziła, rysie, lisy, dzikie koty, sowy i wilki odpowiadały jej głosowi, czując zew! (A dzienni drapieżcy zatykali uszy.)

Zew krwi! Zew krwi! Uuuu-ooo-iiii!
Oto drapieżca wykończył kilka owiec!
Zawyjmy więc, zawyjmy i my!
Oto morderca, oto zamachowiec.

Wyjmy bracia, miauczmy, skrzeczmy!
Oto człowiek (ecce homo), bezeceństwo,
pan drapieżników, zabójca ostateczny,
wyje jak pies i ogłasza swoje zwycięstwo.

Dołączmy do głosu jego, bo my też czujemy to we krwi. Zagłada! Zagłada! Na młode wilki zagłada! Albo z nami, albo przeciwko nam. Zemsta na wroga! Z Bogiem i choćby mimo Boga! Ale wtedy nie dziw się, że twój duch uwolniony od ciała słyszeć będzie tylko nieartykułowaną pieśń ostatecznej zatraty. Ciemny wśród wichrów płomień boży, lecący z jękiem w dal -- jak głuchy dzwon północy! Aaaaach! Co za kakofonia dźwięków nocnych zabójców. Jedna lisica poroniła z wrażenia. Dwa obudzone wilki pogryzły się, bo nie mogły wytrzymać napięcia. Trzy niedźwiedzie się posikały. A borsuk się zesrał. Koty zbliżały się cicho, chcąc przynajmniej zobaczyć najpiękniejszą rzecz, która mogła ukoić ich kompletnie amoralne umysły. Zwierzęta nie znały pojęcia Bogów. Wyły, miauczały i skrzeczały, zdając się mówić: „Pokaż nam! Pokaż nam panie drapieżców, jak pięknie morduje nasz król! O to właśnie prosimy cię, panie”.
Ten bełkot... To ma wyglądać na zmałpowane z “Księgi dżungli” czy z “Zewu krwi”?
Proszę Cię! Kipling ani London nie napisaliby czegoś takiego nawet w pijanym widzie! Ani na najgorszym kacu!
A’propos, idę sobie coś nalać, tego się nie da na trzeźwo...

Wraca Zaan, rozmyślając po drodze, jak to “okazano mu potęgę Zakonu”, zniweczono jego plany, zostaje mu tylko się zabić. Bór jeden wie, co się stało, bo czytając to byłam przekonana, że wybito mu żołnierzy - ale nie, chwilę potem okazuje się, że żołnierze wrócili razem z nim.

Zaan spojrzał na Achaję chlipiącą z boku, potem na swojego przyjaciela.
— Yyyyyyyyyyyyeeeeeeeeeeeaaaaaaaaaaaaaaa! — wrzasnął ze wszystkich sił.
Trzydzieści osiem, o ile dobrze policzyłam. Weź się facet nie krępuj, walnij jeszcze jakąś emotkę, iks-de albo inne xoxoxo, co se będziesz żałował.
I niech Zaan założy czarne okularki!


A głosowi jego odpowiadały drapieżniki zgromadzone wokół polany. Wycie, syk, miauczenie, krakanie i skrzek niosły się daleko nad dziką granicą cesarstwa Luan. A temu głosowi... Już nikt odpowiadać nie śmiał. Wszystko bowiem, co żyło na bożym świecie, struchlało w swych kryjówkach, końca świata wyglądając.
Ale na szczęście nastąpił tylko koniec pierwszego tomu.


Z luksusowego domu uciech pozdrawiają kompletnie urżnięte Kura i Sineira,
a Maskotek łowi bieługi na pustyni.



76 komentarzy:

Dzidka pisze...

Nie. Nie dałam rady. Dobrnęłam do połowy. Może reszta kiedyś.
Tym większy szacun dla was, i ulga, że to już koniec.

Anonimowy pisze...

"Wykonanie koła z drewna (krążka, dysku, whatever) to trudne zadanie, wymagające użycia odpowiednich narzędzi i materiałów. Mają tam podręczny warsztacik?" - Mysle, ze raczej mieli gotowe, tak, jak make mieli gotowa, i brali ja od straznikow - moze element starego kola od wozu - drewniane lozysko dokola piasty.

Co do reszty, jesli to naprawde mial byc zyroskop... Headdesk to malo.

A co do zamiany w wirusa to... czym oddycha wirus??? (www.dramabutton.com :] )


"Eeee... A on nie był już przedstawiany Radzie? W rozdziale dwudziestym? Nie uczestniczył w posiedzeniach?" - a to nie byla rada ksiazeca tego niby ojca Siriusa? a nie TA rada?

O wlasnie, moze to dziala tak, ze sa rady ksiazece i krolewskie? Krolewska jest jedna i budzi groze, natomiast ksiazece sa po jednej na kazdego ksiecia i jej czescia sa, coz, ksiazeta i dwor?


Szyfrowane zwroty grzecznosciowe mnie zabily :D

Co do elastycznosci pecherza od ryby przyszlo mi wlasnie do glowy, ze go mogla natluscic, wtedy powinien zachowac wzgledna elastycznosc. Ale cala reszta jest bez sensu.


Co do wezy, to tu gdzie mieszkam jest urodzaj zmij zygzakowatych. Lokalni ludzie potwierdzaja, ze zadnego obwiazywania i zadnego wysysania. Jedyne co mozna zrobic to sie nie denerwowac (dla mnie to abstrakcyjna rada - waz Cie ukasil, wiec nie denerwuj sie - no, ale tutejsi to potrafia) - bo im szybciej bije serce tym szybciej rozprowadza trucizne po ciele. Zalecaja wiec zachowac spokoj i udac sie do najblizszego szpitala.

Pozatym, ta scena jakas glupia jest. Waz sie do niej zbliza z wlasnej woli, bo jest ciepla, po czym ja gryzie, bo...? Z czystej zlosliwosci? Jesli uznal ja za ciepla skale, to nie mial powodu jej kasac, zjesc jej raczej tez nie zamierzal.

"na treningi w nocy z Hekkem i Krótkim, podczas których Achaja darła się na cały głos." - Widac uznali, ze drze sie z zupelnie innego powodu, fapfapfap :P

"Z wyjątkiem końskiego?" - Konia weze zjadly ;)

"Wyskoczyła z rowu, żeby sama nie nadepnąć na jakiegoś" - nie powinno byc "samej" ?

"na przykład ten, kto idąc przez las, nieostrożnie nadepnął na żmiję?" - Moj chlopak wykonal ten numer. Zyje. Zmija byla tak niebotycznie zaskoczona sytuacja, ze nawet nie drgnela przez pare minut po zdarzeniu ;)

Glaskanie wegorza - umarlam :D

I te roniace borsuki, o matko... Dzieki wam bede miec pieknie wyrzezbione miesnie brzucha od tlumienia smiechu. Teraz tez ukradkiem kwicze i rycze. I oddalam sie w radosna kraine abstrakcji. Niniejszym obrona chyba sie poddala :)

Usciski, Gayaruthiel

Kalevatar pisze...

Achaja jest konsekwentna jak wszyscy diabli.
"Dostrzegła węża o kilka kroków dalej. Bogowie! Mały, w kolorze piasku. Już po niej.", myśli, widząc węża na pustyni... tymczasem nieco później "Nie miała pojęcia, dlaczego ludzie tak bardzo boją się węży". No naprawdę.

Sceny z jazdą na koniu czy tatuowaniem są bezbłędne. Research ziemkiewiczowski to mało powiedziane.

"Trochę za żylasta, fajne biodra, niesamowite nogi, przesuszona, zniszczona skóra, parę zepsutych zębów, zapalenie spojówek od pustynnego słońca i piachu, twarde, zbite mięśnie, szorstkie ręce pełne odcisków i z połamanymi paznokciami, i potwornie zrogowaciałe stopy... Ale poza tym całkiem w porządku."
http://www.s2ki.com/s2000/uploads/gallery/1275187108/gallery_83989_34758_2696909634c01ed2254f3e.gif


Ale te buc-fragmenty o tym, że przyczyną wszelkiego zła na świecie jest to, że żony nie są kurwami... To po prostu obrzydliwe. Coś jak przemyślenia sfrustrowanego koniotrzepa.

Świetna robota, dziewczyny, gratuluję! No i czekam na więcej (po przerwie, ofkors).

Anonimowy pisze...

Powstrzymałam się od komentowania poprzednich części analizy 'Achai', ale po tej nie zdzierżyłam.

Pomijam to wszystko, co celnie wyłapały Analizatorki, to, co pojawiło się w komentarzach innych Czytelników, bo zgadzam się z postawionymi Ziemiańskiemu zarzutami.

Po dzisiejszej analizie nie mogę się oprzeć wrażeniu, że:
a) Autor nie lubi kobiet. Bardzo.
b) Autor nie lubi czytelników. Na pograniczu posiadania ich w głębokiej pogardzie.
c) Autor nie lubi riserczu, a mówiąc wprost, risercz ma tam, gdzie słońce nie dochodzi, bo - patrz punkt b.

Podziwiam Analizatorki za tytaniczny wysiłek przebrnięcia przez to opko drukiem i zastanawiam się, kto w Fabryce dopuścił to - to do druku? Bo Redakcja strajkowała? Bo Ziemiański wielkim pisarzem jest? Bo jest facetem? Bo dopuszczający rękopisy do druku ma poglądy analogiczne z tym, kto popełnił "Achaję"?
Ratunku.

Ukłony,

Chijini

rinoasin pisze...

Yeeeeeeeeaaaaaaaaaaaaaaaaaahhhhhhhhhh!!!!! jak dobrze, że koniec! Tzn. liczę, że do "Achai" jeszcze wrócicie, ale po przerwie, przynajmniej miesięcznej, jak mi mózg dojdzie do siebie po tych wszystkich głupotach napisanych przez pana Zet. Najbardziej rozwalił mnie zwierzyniec pod koniec, nie wiem co to miało być, ale rozwaliło mnie na łopatki niczym Czak Noris kopniakiem z półobrotu:).

kura z biura pisze...

A propos tych rąk pokrytych odciskami - przypomniało mi się właśnie, jak to Rett Butler od razu rozpoznał, że Scarlett pracowała fizycznie, po rękach właśnie, a ona przecież nie miała za sobą trzech lat łupania kamieni na drodze...

Anonimowy pisze...

Sirius wstał nagle. On jeden był młody, zdrowy, jurny. Mógł robić, co chciał. Jemu umysł nie napełniał każdego wieczoru strachem.
Czego mu umysł nie napełniał strachem? Pęcherza?
Jąder - dlatego autor podkreśla, że był jurny.

No wieczoru nie napełniał strachem, tu się zdeka bessęsu czepiliście. Inna sprawa, że "wieczór pełen strachu" wiele sensu też nie ma, ale jednak.

kura z biura pisze...

Ok, tylko to zdanie można rozumieć albo:
Jemu umysł nie napełniał [czego?] każdego wieczoru strachem.

albo:
Jemu umysł nie napełniał [kiedy?] każdego wieczoru strachem [czego?].

I serio, ta pierwsza interpretacja przyszła mi do głowy dopiero po iluśtamkrotnym przeczytaniu tego zdania...

Babatunde Wolaka pisze...

Jeżu, Jeżu... Współczuję, że musiałyście się przedzierać przez ten badzieff, bo jednak budzi on mniej kwiku, a więcej wnerwu. Mizoginizm Pana Autora i pseudofilozofia w stylu "całe zło na świecie jest przez to, że mi nie dała" sprawiły, że moje czoło bardzo starannie ominęło klawiaturę, pędząc na spotkanie z blatem. Do tego dochodzą wywody Wirusa, które ogólnie wydają mi się być o Szopenie, no i wiedza o świecie - włażenie na skały jako ochrona przed upałem itd. Wisienką na torcie jest cały jakże zacny traktat o wężach... Czasem nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Ziemiański trollował.

"zaklęcie stojące (również nie wiemy, o co chodzi)"
Ja też nie wiem, ale brzmi to dość nieprzyzwoicie.

"Jeżeli ktoś jest w stanie wyjaśnić, dlaczego bakterie nie mogą zostać wyhodowane na kaszy spływającej ze ściany, wydzielinie z nosa, spróchniałym zębie lub kale Mereditha, bardzo proszę o pozostawienie komentarza."
To zupełnie proste - tak by było za łatwo i Pan Autor nie miałby okazji do olśnienia czytelników swoją inwencją... Tak w ogóle fajnie, że ci, którzy wsadzili Mereditha do lochu, zostawili mu pas.

"(kurwa jebana w dupę mać - co za bzdury!)."
Przez jedną krótką chwilę myślałem, że Panu Autoru zebrało się na samokrytykę.

"To on zabił Rycerza Zakonu w Keddelwach — opis się zgadza.
O, to wioska bez nazwy, która miała zostać nazwana dopiero “Wsią Zabitego Piekarza” - jednak nazwę miała?"
Keddel - zabity piekarz, wach - wieś. To przecież elementarne ;)

"Skąd na pustyni wzięli rybę?!"
Była to płastuga pustynna, która do tego stopnia przystosowała się ewolucyjnie do zagrzebywania się w piasku, że nie przeszkadzał jej nawet brak wody.

"Afrykańska czarna mamba, jeden z najszybszych węży na świecie, może poruszać się z prędkością około 20 km/h."
Ja słyszałem nawet o 35 km/h.

"...siadając po damsku, podciąga się jednak prawą nogę dość wysoko, czy długość łańcucha od kajdan na to pozwalała? "
Kajdany się wydłużyły na skutek upału.

"Chichotali tak, że mogło to być słyszalne nawet na dziedzińcu."
Ja też. Po tym, jak przeczytałem pytanie: "A kto wynalazł kurde?"

Rzucone zupełnie od czapy "rebiata" też mnie rozbroiło.

"Ciekawe, gdzie następnym razem postanowią omawiać swoje tajemnice. Może na posiedzeniu Rady?"
Jak to gdzie? W tramwaju w godzinach szczytu.

A końcowy "zwierzyniec" jest przecudny i rzeczywiście zdradza wpływ grzybków lub czegoś podobnego. "— Yyyyyyyyyyyyeeeeeeeeeeeaaaaaaaaaaaaaaa! — wrzasnął ze wszystkich sił." - ja też.

Ta część analizy "Fapai" była chyba najlepsza, ale to dobry pomysł, żeby następną razą wrócić do blogasków.

Hasło: ojoyal 13. Niezłe podsumowanie tej powieści.

Anonimowy pisze...

Świetne opko z tej wielokrotnie nagradzanej powieści
Ziemiański to jednak obrzydliwy typ. Mam nadzieję, że zabierzecie się za kolejne części, bo coś takiego trzeba tępić. Nie dość, że fatalnie napisane, to jeszcze zewsząd wyziera niechęć do kobiet i niedoruchanie aŁtora. Już mógłby się tak z tym chociaż nie afiszować :/
Na razie czekam na lżejsze i przyjemniejsze blogaski, żeby odetchnąć po tym syfie :)

Izolda

Anonimowy pisze...

Podziwiam za przebrnięcie przez cały ten tekst :) Nie rozumiem, jak można napisać taką Achaję i nie zauważyć, jak strasznym to dzieuo jest. Swoją drogą mnie najbardziej rozbroił fragment o nazywaniu fortów inicjałami sponsorów - już widzę te wszystkie forty Troy o nazwach w rodzaju Zsgfdjlm i Oakljmbdfghhhh :)

Anonimowy pisze...

Aż nie chce się tego dzieua komentować.
Ale analiza dobra, a od tekstu: Zaleciłabym robótki ręczne na uspokojenie. Ewentualnie opiekę nad zwierzętami - podobno głaskanie węgorza daje niesamowite efekty terapeutyczne.
brzuch mnie boli ze śmiechu;)

Facet miał oddać książkę na zamówienie i nie miał co dać, więc wyciągnął z szuflady opko z czasów ósmej klasy podstawówki, dowalił parę żołnierskich dowcipasów i dorzucił rozmyślania jakie to kobiety są złe, bo nie dają facetom kiedy oni chcą i macie efekt: "Fapaja"
Brak redakcji? A może Fabryki nie było stać wtedy jeszcze na redakcję?

Ryokosha

http://ryokosha.blog.onet.pl/

Misiael pisze...

To może w następnym odcinku coś Pilipiuka...?

Anonimowy pisze...

Te roniące lisy były cudne. :D Aż dziw bierze, że to orginalny tekst, a nie wasz "dopisek". Nie no, ale absurd na absurdzie absurdem goniony. Wężo-rozmyślania dobiły mnie do samej podłogi. N-głoskowe krzyki pod koniec także. No ludzie, tak się po prostu NIE pisze! Jeżu, to ja już wolę opka, gdzie aŁtorki są tylko dziećmi, niż mieć do czynienia z drukowanym, napisanym przez 40-letniego faceta OPKIEM. Żywym opkiem - mamy Marysię, mamy z dupy wzięte analogie, mamy amnezję opkową, mamy dziewiczą wstydliwość tuż przed istną rypanką. Brakuje tylko samotnej, kryształowej łzy, motyla noga.
Sereida

Sami pisze...

Jestem za analizowaniem Pilipuka. Ostatnio przeczytałem Wampira z M-3, czy jak to się nazywało, w każdym razie prezentowało podobny poziom co Achaja...

jasza pisze...

>Jeżeli ktoś jest w stanie wyjaśnić, dlaczego bakterie nie mogą zostać wyhodowane na kaszy spływającej ze ściany, wydzielinie z nosa, spróchniałym zębie lub kale Mereditha, bardzo proszę o pozostawienie komentarza.

Bo byłyby gówniane? A tak są z palca wzięte?

A co z resztą Mereditha? Nie obróci się on w kupę zgnilizny i siedlisko bakterii?

Hasło srmerci. Jak znalazł.

Anonimowy pisze...

@jasza:albo z palca wyssane...

Devis pisze...

Wy weźcie się może zaszczepcie, bo analizując to DziUo się czegoś zarazicie. Tylko nie wiem na co. Może na sikanie po nogach? Swoją drogą, mam ubogie życie, nie posikałam się (pomijając lata dziecięce XD Bardzo dziecięce XD) ani razu, nawet ze śmiechu.

A facet ewidentnie do kobiet coś ma. "Toy" jego nie jest lepsza. Nie pamiętam czy już pisałam o niej czy nie.

Borówka pisze...

Oj, aż mi słów zabrakło. Analiza wyborna i z chęcią poczytam jeszcze w przyszłości. Chwilowo należy wam się jednak odpoczynek od tych tatuaży, węży i innych żon (przez które to wszystko, rzecz jasna) ;)

Jeśli chodzi o samą Achaję, to rozwaliła mnie do kwadratu. Kto by się spodziewał, że tych bredni może być coraz więcej z każdym fragmentem? Czy to znaczy, że kolejny tom też będzie taki, tyle że... bardziej? Ciężko mi to sobie wyobrazić, nie tylko ze względu na niespełnione fantazje autora.

Zupełnie nie ogarnęłam tych ostatnich fragmentów ze zwierzętami, tych dziwnych wrzasków oraz gadki człowiek-to-największy-drapieżnik prosto z rowu. Może to dlatego, że godzina taka nieżyciowa.

Anonimowy pisze...

Sama dałam radę przeczytać niecałe dwa tomy. Resztę przekartkowałam czytając fragmenty i końcówkę trzeciego.
Autor ma jakiś ukryty żal do świata. Przy czym jest połączony z przekonaniem o własnej doskonałości i nieomylności. Kiedy wciskał do tekstu te "mądrości" o kobietach i wojnach to na pewno był przekonany, że jest to wielka, logiczna myśl i trzeba się nią podzielić z innymi. Śmiechu warte. Jak aż tak można się gubić we własnym świecie, mieć tak krótką pamięć, zapominać co się wcześniej wymyśliło? Pisanie jest swojego rodzaju zabawą w Boga na mniejszą skalę i to twórca tekstu powinien ogarniać to co pisze w pierwszej kolejności. Ja w przeciwieństwie do was aż tak wiele nie oczekuję, ale to już przekracza granice. Nie wiem dlaczego, ale tym razem wcale mnie nie śmieszyło to co czytałam pomimo tego, że analiza to kawał dobrej roboty. Pewnie dlatego, że odczuwałam równocześnie rozczarowanie.

Akara

Anonimowy pisze...

Ja nie mogę, po prostu nie mogę... uwierzyć w to, co widzę. Czyżby FS trollowała Ziemiańskiego wydając tę chałę...?

Roniący lis i tekst o głaskaniu węgorzy zrobił mi dzień. Przemyślenia ałotra o złu świata były obrzydliwe, w głowie się nie mieści, że można upaść tak nisko, wydając drukiem podobne bzdury.

Swoją drogą, nawet na zwykłym siodle da się jeździć po damsku kłusem - tyle że wtedy trzeba przełożyć jedną nogę dość wysoko, bo aż za przedni łęk (gdyby łańcuch miał taką długość, Marysujka raczej nie miałaby problemów z chodzeniem ;), no i wymaga to dużych umiejętności i wyrobionych mięśni nóg, nie wspominając o baciku w zastępstwie drugiej łydki.

Jestem pełna podziwu dla Was, że dałyście radę tak zgrabnie i lekko przeanalizować tyle stron Fapai. Czekam jej kolejne części, jak już mi się mózg zresetuje :)

Yumi

Anonimowy pisze...

@Yumi - ałotra?
(nawet jeśli to literówka, to wyjątkowo udana, hihi...)

Sineira pisze...

W przypadku Ziemiańskiego świadomie nie używałam słowa "aŁtor" lub "pisak", bo byłoby to krzywdzące w stosunku do niewinnych aŁtoreczek i pisaków. Jednak wersja Yumi, czyli "ałotr", wydaje mi się wyjątkowo trafna.

Mangusta pisze...

"Nieprawdopodobną wręcz szybkość, niesamowity słuch, umiejętność widzenia po ciemku... To bzdury. Człowiek, jeśliby tylko przebywał w ciemności, w bezruchu, widziałby lepiej niż wąż. " BORZEEEEEE (terrarystyczny butthurt mode on). Ten kawałek mnie aż boli swoją durnotą. Wzrok (prócz niektórych nadrzewnych) jest wężom praktycznie niepotrzebny, ba, istnieją całe wyspy węży gdzieś niedaleko wysp Świętojańskich, gdzie węże dożywają starości mając wydłubane przez mewy oczy! Już nie mówiąc o tym, ŻE WĘŻE DO CHOLERY POLUJĄ W NOCY, WSZYSTKIE BEZ WYJĄTKU. AAAARGH! Niech sobie autor spróbuje złapać mysz w kompletnej ciemnicy to pogadamy o tym, kto się lepiej orientuje w ciemności.

"Nieprawdopodobny słuch? Również bzdura. Wąż prawie zawsze zdradzał swoją obecność. " WĘŻE NIE MAJĄ USZU! Za to perfekcyjnie wyczuwają wszelkie wibracje. Jeśli chce się ukryć, to choćby autor się zesrał na miętowo to go nie znajdzie.

Swoją drogą co ten typ ma do węży? Mam dziwne przeczucie że podczas pisania tego długiego herpetobełkotu trzepał kapucyna. Bleh. (terrarystyczny butthurt mode off).

Anonimowy pisze...

"czy chusta na twarzy nie zsunie się sama, ujawniając w najmniej spodziewanym momencie, że nie jest chłopcem."

Muszę przyznać, że ten element zaskoczenia się autorowi udał. Cały czas brałam chustę za chłopca właśnie.

Melomanka

Anonimowy pisze...

Kilka mikrobiologicznych bzdur wyjaśniających "bakterie z palca wzięte".
Bakterie do namnażania wirusów zostały wyhodowane na pożywce z domieszką krwi ludzkiej - na innej by nie urosły, kwestia specyficznych potrzeb gatunku. Dodatkowo mogłyby się pogryźć z typowo "gównianą" bakterią - E. coli. Ideę spływających bakterii też rozumiem bo nie posiadają mikropłucek i jest im zupełnie obojętne skąd pobierają tlen.
@Gayaruthiel - wirusy nie oddychają oraz nie wykazują innych cech charakterystycznych dla organizmów żywych. Jedyne czym "zajmują się" to infekowanie i namnażanie się (nie rozmnażanie!) w komórkach.
Jednak żeby to wszystko wiedzieć ałtor powinien zrobić risercz a wykazał do tego, delikatnie rzecz ujmując, niezwykłą niechęć. Reszty nie zamierzam komentować, bo zagłaskałabym węgorza na śmierć.
Pozdrawiam,
Mikrobiologia
P.S. Pominę fakt odtworzenia człowieka z wirusa i to, że każdy wirus danego szczepu ma to samo DNA/RNA (co de facto oznacza kilkadziesiąt kopi naszego więźnia).

Anonimowy pisze...

Już dawno nie chichotałam się siedząc nad laptopem :) Poprawiłyście mi humor na cały dzień i kilka następnych, że o mężu nie wspomnę, który teraz sprawdza co mnie doprowadziło do takiego kwiku i sam właśnie kwiczy :D

Mam tylko jedno "ale". W kwestii tatuowania, strupów i gojenia się. Akurat sama kilkanaście lat temu "znakowałam" się domowym sposobem i spieszę z wyjaśnieniem, coby Wasz risercz uzupełnić: świeży tatuaż faktycznie długo się paprze, a skóra wokół niego czerwieni się kilka tygodni, ale nie jest aż tak źle. Jak wspomniałam, jakąś dekadę temu dopadła mnie pomroczność jasna i w przypływie gówniarskiego buntu dałam się wydziarać koledze. Piłam alkohol i przed i w trakcie i po. Nic mi się nie działo - nawet trochę uśmierzyło ból. Nie miałam żadnego opatrunku - ot, zakasałam rękaw i poszłam do domu. Jedyne co stosowałam to wazelina i po miesiącu było po sprawie. Dzisiaj mam tylko pamiątkę w postaci trwałego symbolu głupoty, ale obyło się bez powikłań, zakażeń ani niczego równie brzydkiego, także, reasumując - da się. Może pan Ziemiański ma podobne doświadczenia z młodości? Może był nawet na tej samej imprezie? :P IKS DE.

Anonimowy pisze...

jeśli był, to chyba nie wytrzeźwiał do tej pory, skoro stworzył takie dzieuo ;)
L.

Anonimowy pisze...

"Och! Och! Och! Ała, kochanie, nie tak mocno, ała..."

Za nazywanie klienta "kochaniem" prostytutka egzekwowała dopłatę?

"Długą suknię, a właściwie, niesamowicie szeroką koszulę"

Tak szeroką, że zwisała po bokach, tworząc suknię? Czy mowa o koszuli nocnej?

"Sirius zdążył już zarobić w oko (...) Kmioty jednak miały w dupie ból(...) Sirius zarobił pieczenią w kark"

Czy w tym fragmencie narratorem jest jakiś dresiarz?

"- No mała - najlepiej ubrany napastnik położył jej rękę na ramieniu. - Daj grzecznie gotowiznę.
Uniosła suknię wyszarpując miecz i nóż przywiązane do ciała."

Ale po co ta zabawa w księżniczkę Xenę? Każdego, kto tylko krzywo spojrzy, Achaja zabije albo okaleczy, żeby wszyscy w mieście zapamiętali dziewczynę odpowiadającą opisowi uciekinierki z obozu niewolników? Skoro taka była dobra w trajkotaniu z ostrzem w ustach, tak samo mogła spróbować schować jedną z monet. Albo po prostu tym razem ustąpić - nie było przecież zdesperowana, bliska śmierci głodowej.
A w haśle "no mała" jest błąd interpunkcyjny.

"przesuszona, zniszczona skóra, parę zepsutych zębów, zapalenie spojówek od pustynnego słońca"

Do zębów się przyczepię - te znajdywane na średniowiecznych cmentarzach przykościelnych są wprawdzie w trochę lepszym stanie niż te z cmentarzy dla biedoty, ale też nie chciałabym się na nie zamienić. Raczej w średniowieczu nikt nie zwracał na zepsute zęby uwagi, tak samo jak na nieogolone nogi (tylko nie mówcie hollywoodzkim reżyserom, bo będą w szoku).

Melomanka

Anonimowy pisze...

Moją uwagę zwrócił inny, w moim mniemaniu, debilizm - Achaja była niewolnicą i miała być nią do końca życia, aye?

To na jaką cholerę wypalili jej piętno na dupsku, a nie (na przykład) na twarzy, dłoni, czy w innym diablo widocznym miejscu? Nie ułatwiłoby to poszukiwań zbiegłych jeńców, niż podwijanie każdej -podobnej do Achai - kobiecie spódnicy i oglądanie rzyci?

Jestem też ciekaw, czy gdyby głównym bohaterem był Hekke czy Krótki, autor równie chętnie opisałby piętnowanie pośladów. I czy głaskałby do tego węgorza.

Pan Muskuł

A w haśle - złośliwie, ewidentnie złośliwie - 69.

Anonimowy pisze...

O, w poprzednim komentarzu popełniłem zdanie równie koszmarne, co Fapaja. Kajam się!

Pan M.

Anonimowy pisze...

Moje skojarzenie z Achają trzymającą ostrze w ustach: http://www.youtube.com/watch?v=Oy34W7T7gN0

Melomanka

Devis pisze...

http://oglaf.com/ komiks achajowy XD znalazłam w sieci i od razu mi się z nią skojarzyło... cycki, sesky, rozpir...no te...

w każdym bądź razie chciałam dodać, że u mnie w blogrollu nie pokazują się nowe analizy, tylko zatrzymało się na którejś wstecz :(

Mangusta pisze...

Devis, sorry ale nie porównuj Oglafa do tej grafomańskiej sraczki.

Anonimowy pisze...

Devis, Oglaf jest robiony przez kogoś inteligentnego, jest jawną parodią i ma mnóstwo sensu, więc nie obrażaj Oglafa.

Devis pisze...

Nie! Przepraszam! Źle mnie zrozumieliście! Właśnie o to chodzi, że to jest parodia, widać, jest wszystko piękne i śmieszne!
A fapaja w nieśmieszny sposób, jakby odebrać cały kunszt tego dzieła, humor i, tu kreskę, tam słowa, całkowicie odebrać. Chodziło mi tylko o cycki!

Najmocniej przepraszam :( Źle się wysłowiłam!

kura z biura pisze...

Oglaf dobry na wszystko, linkowałam go tu nawet (pod hasłem "najemniczka").

Devis pisze...

Właśnie! Kolejny wstyd: stąd ściągnęłam... Tak to jest jak się po nocach czyta analizy zamiast iść spać...

DocHunter pisze...

>Sine, czy Ty też masz wrażenie, że narrator skarży się, bo jest jakiś taki... niedorżnięty?

Po przeczytaniu "Toy Wars" jasne się stało, że Ziemiański nigdy nie był i nigdy nie będzie z kobietą.

Winky pisze...

Przeczytałam opis tych "Toy Wars" i mi wystarczyło. Jak bym miała analizować coś takiego, to dostałabym kurwicy i zostałby po mnie tylko grzybek atomowy. I pomyśleć, że mój chłopak uważa, że Fapaja to najlepsza przedstawicielka polskiej fantastyki... Boru, z kim ja się związałam. ;P

Niecierpliwie czekam, aż będziecie w stanie zająć się drugim tomem. <3

Washergirl pisze...

Chciałam wypowiedzieć się w ramach tatuażu - mnie też strzeliło do łba, ale że białym tuszem i maleńkie, to niewidoczne nie przeszkadza mi, a jest i jest dla mnie ważne. Ja nie chlałam ani przed, ani w trakcie, ani po, zachowałam wszystkie zasady, odkażania, opartunki, kremy, sraty-taty. A paprało się jak porąbane i nie wyszło, kiedyś będę poprawiać. A Anonimowy tam powyżej pisze, że chlał i nic nie było, żadnych powikłań - mi się babrało makabrycznie, a wiem, że tatuażysta był profesjonalny. Z tego wniosek - różni ludzie różnie reagują na tatuaże. Zresztą podstawowy risercz o tatuażach mówi to samo - że niektórych tatuuje się łatwiej, niektórych trudniej. Tak czy siak, to, co zrobił tu Ziemiański, odbiera mi mowę, rozum, mózg i pokojowe nastawienie do świata. Z jakiej racji ktokolwiek to wydał? Od kilku lat słucham o Achai, jaka genialna, jaka niesamowita. Odłożyłam ją - podobnie jak Pana Lodowego Ogrodu i nie wiadomo ile innych polecanych książek, czekała w kolejce. Wchodzę jak co tydzień na analizę, patrzę, Achaja. Fapaja, sra jej mać. Ja wiem, że podchodzę zbyt emocjonalnie, ale po prostu nie rozumiem. To jest wydawany pisarz o pewnej reputacji. Autobahn nach Poznań i Waniliowe Plantacje Wrocławia - nie zrozumiałam ich, ale miały a)ciekawy styl b)właśnie takie mizoginistyczne wstawki jak w Achai. Przepraszam za bluzg, ale kurwa zajebana mać, że ke? KE?

P.S. Mówię to całkiem poważnie - Ziemiański odbiera mi wiarę w ludzkość. Analizatornie przywracają mi ją. Jak dorosnę, będę analizowała.

Washergirl pisze...

Washergirl - czyli Lukseja:D

Washergirl pisze...

I podaję jeszcze linka do wywiadu z panem Ziemiańskim. Ocenę wywiadu i Ziemiańskiego zostawiam wam.http://www.literatura.gildia.pl/wywiady/kwestionariusz/andrzej_ziemianski

Anonimowy pisze...

Wiele osób się tutaj dziwi, jakim cudem Fapaja została drukiem wydana. Otóż, moi mili, jako autor, który od lat walczy na rodzimym poletku wydawniczym i ma na koncie zarówno sukcesy (teksty wydane) i porażki (milczenie redaktorów) mogę zaświadczyć, że docelowo wydawcy fantastyki nie szukają literacko dobrej prozy. Szukają łatwych, sprzedajnych czytadełek - szczególnie fantasy, na który to gatunek jest w Polsce olbrzymie parcie wytworzone wielkim sukcesem Wiedźmina.

To tak, jak w koszykówce po odejściu Michaela Jordana, każdy kolejny zawodnik miał być "kolejnym Jordanem" i żaden do dziś nim nie został.
Podobnie rzecz się ma z polskimi autorami fantasy - co drugi, to "nowy Sapkowski" (w marzeniach wydawców :D). Co więcej, wielu z tych autorów publikuje po znajomości - wystarczy, że się po konwentach popałętają, popiją piwsko z redaktorami i innymi autorami, i już trafiają do pism czy wydawnictw z wypocinami równymi Achai - albo jeszcze gorszymi (tak, są takie :D). I nie ma co udawać, że tak nie jest. Bardzo często słabe teksty idą drukiem "po znajomości" po wysłaniu na "prywatne maile" redaktorów, podczas gdy lepsza proza leżakuje latami na oficjalnych skrzynkach mailowych wydawców - i czasami nigdy nie zostaje przeczytana.

Dlatego radziłbym wyzbyć się oczekiwań, co do jakości fantastycznych "tekstów drukowanych". Polska fantastyka - w przeważającej mierze - nie jest dobrze pisana. Bo być nie musi. Przeciętny polski czytelnik fantastyki (szczególnie fantasy) dostaje ślinotoku na widok słów miecz/elf/krasnolud/statek kosmiczny, o goliźnie i dupceniu nie wspomnę - przeciętnego czytelnika nie obchodzi oryginalność, logika, spójność świata przedstawionego - głęboko w okrężnicy ma wartość literacką.
I wydawcy o tym wiedzą.
Stąd na rynku takie Fapaje.

Woki

Winky pisze...

Po lekturze wywiadu stwierdzam - Boru, jaki buc. Fantastykę pisze, bo uwielbia i w ogóle, ale żeby takową czytać - nie, po chuj, w dupie ma. Ja pierdolę, chyba pójdę na jakąś jego prelkę na konwencie, żeby na własne uszy posłuchać, co i jak mówi. Żenada.

@Woki, twój wywód jest niestety bardzo niepocieszający. :C Jebać, inwestuję w naukę angielskiego i uderzam do zagranicznych wydawnictw.

Anonimowy pisze...

Owszem, Winky, jest niepocieszający, ale dupę trzeba opancerzyć i walczyć. Niejednemu autorowi ręce opadają, pióro pluje atramentem, a klawiatura spod palców ucieka, kiedy na rynek trafiają takie książki jak Achaja. Ale to nie znaczy, że należy się poddawać. O ile dobrze pamiętam, to Michael Chabon napisał, że do zostania pisarzem wymagane są trzy rzeczy - szczęście, talent i ciężka praca. Z czego wpływ mamy jedynie na tę ostatnią.

Woki

Anonimowy pisze...

To jedyna analiza ,przy której po kilku linijkach(wiedząc z doświadczenia że dalej ;epiej nie bedzie) dałam sobie spokój i przeszłam do komentarzy.Sao niebolepsze od tego czegoś.
Ufff...jak dobrze,że to juz koniec!

Kaja (szarosen) pisze...

Mam nadzieję, że w najbliższym czasie pojawią się analizy kolejnych tomów! Analizy blogasków są świetne, ale jestem znacznie bardziej za tymi książkowymi, chętniej zobaczyłabym tu więcej "prawdziwych" książek niż opek. Jest cień szansy droga Kuro, że zajmiesz się jeszcze jakimiś książkami? :) Azu.

Marta pisze...

No, przeczytalam. Wspaniala robota. Teraz poprosze Pilipiuka, a nastepnie Grzedowicza ;))

Anonimowy pisze...

Po co? Pilipiuk nie ukrywa, że pisze dla forsy i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jego ksiązki nie są doskonałe, ale nie sadzi takich głupot i absurdów. Grzędowicza to w ogóle nie wiem, jak możesz wymieniać jednym tchem z tamtymi dwoma, bo jest bardzo dobrym pisarzem, robi solidny risercz i pięknie operuje słowem, więc nie wiem po co dziewczyny miałyby go analizować.

Anonimowy pisze...

"Pilipiuk nie ukrywa, że pisze dla forsy i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jego ksiązki nie są doskonałe,"
ale nie sadzi takich głupot i absurdów."

Chyba żartujesz, Anonimie. Bakterie wywołujące ospę (Kuzynki)? Agent wywiadu ze służbowym laptopem niezabezpieczonym niczym, nawet najgłupszym hasłem (Operacja Dzień Wskrzeszenia)? I ta straszliwa, wszechobecna pogarda wobec wszystkich poglądów i stylów życia innych niż jedyne słuszne?

"Grzędowicza to w ogóle nie wiem, jak możesz wymieniać jednym tchem z tamtymi dwoma"

Warsztatowo jest przynajmniej o klasę lepszy niż Ziemiański i Pilipiuk, ale też ma swoje za uszami. Analiza może mu się należeć choćby za mizoginizm i idiotyzmy fabularne (końcówka pierwszego tomu PLO bije wszelkie rekordy). A jego najbardziej "zaangażowane politycznie" opowiadania to już w ogóle bagno i sto pięćdziesiąt metrów mułu.

Sineira pisze...

Najwyraźniej każdy widzi to, co chce widzieć, ale hallo, to nie jest tak, że wolno mieć tylko skrajnie lewicowe poglądy! U Grzędowicza widzę raczej nie ideolo, ale krytyczne spojrzenie na pewne zjawiska. To naprawdę takie straszne, że facet nie lubi np. unijnej nadregulacji? IMHO jak najbardziej zdrowy pogląd. No i gdzie ta mizoginia, przykłady proszę. Że niby w tym opowiadaniu o wilkołaku? Serio? A nie łaska się rozejrzeć i zobaczyć, ile takich związków funkcjonuje obok nas? Czy każdy, kto skrytykuje jakieś kobiece postawy, od razu musi być mizoginem?
Wiecie, na tej zasadzie to mogłybyśmy zanalizować np. Le Guin, która nawciskała tyle ideolo do "Tehanu" i "Innego wiatru", że stworzyła wręcz parodię poprzednich tomów, w dodatku nudną do urzygu.
Że tak krótko powiem: to jest analizatornia, nie jakiś salon krytyki politycznej i wolałabym się jednak skupiać na tekście, nie na poglądach autora.

Anonimowy pisze...

Sineira: jakim wilkołaku? Końcówka drugiego PLO. Bohater programowo wyklucza dziewczynę z wyprawy, a gdy ta przechodzi jego test, zamiast potraktować ją jak każdego ("Zdałaś - witamy w drużynie") za jej plecami dogaduje się z rodziną i w ogóle staje na głowie, byle tylko jej nie zabrać. Bo to kobieta jest, trzeba chronić i owijać w watę. Człowiek z przyszłości, akurat.

"Jesienne demony" były pod tym względem stosunkowo najlepsze, miał tam choćby bardzo ładne opowiadanie "Czarne motyle". Ale zazwyczaj kobiety pełnią u niego raczej role dekoracyjne, w najlepszym wypadku służą do bycia obiektem zainteresowania bohatera i niewiele poza tym.

A co do zdrowych poglądów: przeczytaj sobie "Weekend w Spestreku" i "Farewell blues" (ze szczególnym uwzględnieniem sceny masakrowania inwalidy), to pogadamy o zdrowych poglądach. W tych tekstach każdy, kto choć trochę odbiega od autorowego modelu funkcjonowania - obojętnie, lewak, feministka, lesbijka, kaleka na zasiłku - jest zohydzony do granic możliwości, żeby czytelnik przypadkiem nie przegapił, przez kogo to całe zło. To jest strasznie prymitywny zabieg, który trzeba tępić, niezależnie od tego, czy pisarz jest prawicowy, lewicowy czy centrowy, bo świadomie ignoruje podstawową prawdę, że ludzie o innych poglądach, to też... cóż, ludzie.

Anonimowy pisze...

Yyy... jak ja tutaj trafiłam? No nie wiem, książki nie znam, autora nie znam, ale podobało mi się, chociaż- kilka słów od amazonki- jazda po damsku akurat nie jest niczym trudnym w zwykłym siodle- można jedną nogę włożyć w strzemię, a drugą przełożyć nad poduszką kolanową i voila. Zupełnie bokiem też da się jechać.

Sineira pisze...

@Anonimowy: Wiedźma i wilk - ładny portret toksycznego związku, krytykowany dlatego, że postacią negatywną jest kobieta.

PLO - Wybacz, ale to już trochę trąci nadmiarem ideolo, jeśli troskę o życie i zdrowie osoby słabszej odbiera się w ten sposób. I co z tego, że człowiek z przeszłości? Przecież tam, gdzie się znajduje, trwa prymitywna, okrutna wojna, macha się mieczem i włócznią, a o równouprawnieniu nikt nie słyszał. To chyba naturalne, że Vuko nie chce narażać dziewczyny na śmierć, gwałt czy inne przyjemności. Spójrz na sytuację oczyma bohaterów, nie oczyma człowieka żyjącego tu i teraz!

Teksty takie jak "Farewell blues" można odbierać nieco inaczej. Ty w scenie z sąsiadem widzisz pochwałę przemocy? Ja widzę człowieka doprowadzonego do ostateczności. Widzę ponurą wizję przyszłości, trzeźwe spojrzenie na ludzką naturę i ostrzeżenie przed skrajnościami. Znowu to samo - z założenia nie chcesz patrzeć oczyma bohatera.

Na koniec prośba: dyskusje tego rodzaju prosiłabym toczyć na forum, tam jest na to miejsce.

Anonimowy pisze...

Sineira: wiem, które opowiadanie, chciałam tylko znaznaczyć, że wcale nie ten tekst mam na myśli. Wilkołak mnie - wybaczcie grę słów - nie pogryzł.

"To chyba naturalne, że Vuko nie chce narażać dziewczyny na śmierć, gwałt czy inne przyjemności."

Potrzebuje drużyny, więc tak czy inaczej trochę ludzi na śmierć i inne przyjemności narazi. Dziewczyna przeszła test, więc udowodniła, że jest równie dobra, co mężczyźni. Chce walczyć. A jednak bohaterowi włącza się protekcjonalny tryb "Nieważne, co ona chce, ważne, co ja chcę. Dziewczyna jest za głupia, żeby decydować o sobie, więc to ja, odpowiedzialny mężczyzna, muszę zadecydować za nią i ochronić ją przed nią samą". Takie podejście mogę ostatecznie wybaczyć Tolkienowi, ale pisarzowi z początku XXI w.? Od Pana Lodowego Ogrodu po Nocarza - wszędzie panowie lepiej wiedzą, co dobre dla kobiet i za ich plecami układają im życie osobiste. Może czas z tym skończyć?

I już uciekam, bo w zasadzie nie chcę zaczynać żadnej świętej wojny. Ktoś zapytał, za co analizować Grzędowicza, to mówię, za co ja bym zanalizowała, tyle.

Anonimowy pisze...

Ale Achaja nie miała do dyspozycji poduszki kolanowej.

Anonimowy pisze...

Hej, dziewczyny i chłopaki z Armady. Czytam Was już od dawna, ale nigdy nie komentuję, bo po prostu nie lubię tego robić (wybaczcie). Dzisiaj jednak po prostu muszę to zrobić z dwóch powodów.

Powód pierwszy - "Achaja". Chcę Wam powiedzieć, że to moja ulubiona analiza. Nie mogę uwierzyć, że ktoś wydał takie coś. To jest o wiele głupsze niż tffory nastoletnich ałtoreczekj, bo one jeszcze mogą się poprawić. Fajnie by było, gdyby autor "Achai" przeczytał tę analizę, chociaż raczej nie ma co liczyć na to. Cieszę się, że kiedyś zanalizujecie kolejne tomy, chociaż jednocześnie boję się tego co autor jeszcze wymyślił by naj*bać Achai (mam takie wrażenie, że on naprawdę nie lubi swojej bohaterki. Ani kobiet w ogóle. Znaczy może lubi się na nie patrzeć i robić fap fap fap, ale nic poza tym).


Dobra, druga rzecz o której chciałam napisać nie ma z "Achają" żadnego związku. Dotyczy schodzenia na śniadanie. Nie wiem czy ktoś już tego nie pisał, ale wiem skąd się to wzięło. Zauważcie, moi drodzy, że sam Harry Potter schodził na śniadanie (nie pamiętam czy w książce był użyty zwrot "schodzić na śniadanie", no ale Harry miał pokój na piętrze, śniadanie jadł... Więc musiał na nie schodzić). Myślę, że schodzenie na śniadanie mogło się pojawić najpierw na opkach o HP a potem rozprzestrzenić się na inne. Tylko wciąż nie wiem skąd się wzięły poranne czynności, bo w HP tego nie było (w ogóle Harry podczas wszystkich siedmiu części tylko raz był w łazience ;D Hardkor).

O, o, teraz jak sobie myślę to zastanawiam się czy czasem Bella ze Zmierzchu też nie mieszkała na piętrze i nie schodziła na śniadanie? Nie czytałam tego, tylko analizę na PLUSie, ale coś mi się takiego kojarzy...

Jeśli już ktoś wcześniej o tym pisał to sorry. __-__

Pozdrawiam, Fu.

Anonimowy pisze...

Wiem, że nie przyjmujecie zleceń na analizy, ale uważam, że koniecznie powinniście się zainteresować książką "50 twarzy Greya". Po przeczytaniu genezy powstania tego dzieła i kilku jego fragmentów, jestem gotowa wprost błagać o tę analizę!

Pozdrawiam!
Stała czytelniczka

kura z biura pisze...

Nie, dzięki, mam alergię na kiepskie porno... Ale słyszałam, że ktoś założył bloga specjalnie w celu analizy tego dzieUa, jak znajdę, to zalinkuję.

Anonimowy pisze...

Nie podobają mi się pisarze którzy na siłę propagują "jedynie słuszne poglądy" (chociaż w wypadku Pilipiuka
jest to chwilami zabawne,)ale nie porównywałabym Grzędowicza z utworami normalnie tu analizowanymi ani z Achają.
Grzędowicz i Pilipiuk są świetnymi gawędziarzami,na konwentach regularnie ich widuję,to są naprawdę fajni faceci,dowcipni i inteligentni.Zostańmy tu moze przy Ałtoreczkach,proszę?
Nawiasem mówiąc Ziemiańskiego też widziałam na jakimś panelu
i całkiem sensownie się wypowiadał.
Kiedyś mu jakiś przyjaciel powiedział o "Achai" :"To jakieś sado maso,kogo tak nienawidziłeś przy pisaniu tej książki?
To ja się przyznam : ja się nawet bawiłam przy tej całej Achai...

Chomik

Chomik

Anonimowy pisze...

P.S.Ale analiza bardzo mi się podobała czekam na więcej.

Chomik

Anonimowy pisze...

Chodzi chyba o tego bloga:
http://50shadesofshit.blogspot.com/

Melomanka

Anonimowy pisze...

Analiza cudowna, jak tylko zobaczyłam, że zabraliście się do tego wołającego o pomstę do nieba tworu, usiadłam i strawiłam pół dnia na przeczytanie wszystkich trzech części. Dziękuję Wam bardzo za zwrócenie uwagi na to przerażające zjawisko i czekam na następne części.

Co do Grzędowicza - na spotkaniu autorskim zadałam mu kiedyś pytanie, dlaczego spośród ziemskich bohaterów jego "Pana Lodowego Ogrodu" mężczyźni postanawiają odpowiednio:
- zapanować nad światem tworząc armię idealną
- podnieść swoją wyspę na wyższy poziom cywilizacyjny,
natomiast jedna z kobiet tworzy kult Podziemnego Łona, a druga popada w obłęd z lęku przed penisem? Nawet nie wiem, jak skomentować takie rozłożenie celów życiowych tych postaci.

Odpowiedź autora brzmiała mniej więcej: "jesteś gupia i nie rozumiesz zamysłu, te bohaterki robią mnóstwo innych ważnych rzeczy, a ty pleciesz feministyczne bzdury, bo jesteś gupia" - czy jakoś tak.

Mam wrażenie, że Grzędowicz, Ziemiański, a momentami również Kres (twórczości Pilipiuka nie znam) to po prostu paczka starych kumpli, którzy "swoje wiedzą" o babach i tym, gdzie ich miejsce.

Pozdrawiam,

Reverentia


Anonimowy pisze...

Dołączmy do głosu jego, bo my też czujemy to we krwi. Zagłada! Zagłada! Na młode wilki zagłada! Albo z nami, albo przeciwko nam. Zemsta na wroga! Z Bogiem i choćby mimo Boga! Ale wtedy nie dziw się, że twój duch uwolniony od ciała słyszeć będzie tylko nieartykułowaną pieśń ostatecznej zatraty. Ciemny wśród wichrów płomień boży, lecący z jękiem w dal -- jak głuchy dzwon północy! Aaaaach! Co za kakofonia dźwięków nocnych zabójców. Jedna lisica poroniła z wrażenia. Dwa obudzone wilki pogryzły się, bo nie mogły wytrzymać napięcia. Trzy niedźwiedzie się posikały. A borsuk się zesrał. Koty zbliżały się cicho, chcąc przynajmniej zobaczyć najpiękniejszą rzecz, która mogła ukoić ich kompletnie amoralne umysły. Zwierzęta nie znały pojęcia Bogów. Wyły, miauczały i skrzeczały, zdając się mówić: „Pokaż nam! Pokaż nam panie drapieżców, jak pięknie morduje nasz król! O to właśnie prosimy cię, panie”.

hyhy, ja tez zaryczalam az psy przyszly zobaczyc osochozi wiec w zasadzie czemu nie ;)

Anonimowy pisze...

Szczerze i od serca: czytałam to we wczesnym liceum i uwielbiałam przeogromnie. Ale kto w wieku lat 16 nie lubił porno z zabijaniem? Twardo przeskakiwałam wszystkie pseudo-filozoficzne ględzenia i dało radę. Naprawdę, jakby zostawić w tym tylko cycki i tylko akcję, to jako rozrywka najniższej kategorii Fapaja spełnia swoją rolę idealnie.
I myślę, że mnie więcej taka była grupa docelowa: młodzież nabuzowana hormonami i osobniki może i starsze, ale mentalnie dalej na etapie nastolatka.

Fapaję tak naprawdę położyło uparte wtykanie swoich poglądów przez autora wszędzie, zawsze, na co piątej stronie, do konkretnego porzygu.

Uważam, że Achajka to dokładnie to samo co pierwsze fajki wypalone za szkołą i z tego się wyrasta.
Wina autora tylko, że a) on z tego nie wyrósł, b)że mu nie wstyd.

Analiza ubawiła mnie setnie i będę czekać na dalsze, bo uważam, że prawdziwe używanie zaczyna się dopiero w trzecim tomie. Pierwszy to jeszcze lajcik.

Kelpy

Anonimowy pisze...

Odczuwam ogromne zaszczucie cycem i absurdem. Ale ze wszystkiego tutaj najbardziej wkurzył mnie Sirius - dawno tak durnej, denerwującej i antypatycznej nie udało się spotkać.

Swietna analiza, pozdrawiam!

Falco pisze...

Ja pierdzielę... W tej książce jest wszystko, czego nienawidzę w literaturze- obleśny obraz człowieka, dużo przekleństw nie na miejscu i totalny brak riserczu. Jak ja się zabrałam za pisanie, najpierw poczytałam o strukturach zakonnych (też miał być pewien Zakon), rozrysowałam mapkę, obmysliłam całą teologię i rozpisałam sobie charaktery i cechy postaci, nie tylko pierwszoplanowych- a potem stwierdziłam, że i tak za mało logiczne i zaprzestałam pisania. A takie coś wyszło drukiem!!!!

Ja nie mogę ;(

A Księga Dżungli była piękna, aż rżałam na głos :D

There Is No Place Like Home pisze...

"Ty musisz dopisać czwartą. Czy to ma być „Z”?”. Fort KNOZ? Tylko uważaj. Moje i Twoje imię zaczyna się na „Z”, więc może wymyślisz coś innego dla zamaskowania autorstwa?"

Proponuję "T", KNOT jak książka. Dziewczyny, żeście dały temu radę-szacunek.

Anonimowy pisze...

Macie komcia a co, należy sie wam. Podziwiam was za to,że przebrnęłyście przez taki szajs.
Dziwie się ludziom którzy uważają to za bardzo dobrą literaturę fantasy.

Trzeźwa, nie trzeźwa bez waszych komentarzy nie przebrnęłabym przez to bagno pełne dziko rozmnażających się samogłosek. Momentami sikałam ze śmiechu jak i płaczu.

Biegnąc na czworakach i kręcąc przy tym patyczkiem pozdrawiam K.

murhaaja pisze...

To ja się jeszcze wypowiem na temat tatuaży, jako ta która dziara się w pełni świadomie, chce tego i co nieco na ten temat wie. Alkoholu nie pije się przed, w trakcie i po tatuowaniu, bo alkohol rozrzedza krew. Dlatego też przez pierwszy tydzień po tatuażu nie powinno się pić dużo (dwa piwa mogą być, ale pół litra czystej na głowę odpada). Dopóki tatuaż się nie zagoi, co trwa standardowo od 2 tygodni do miesiąca, farba pod skórą wcale nie jest zastała i można się jej w głupi sposób pozbyć. Wystarczy się schlać, a potem ręką ze świeżo zrobionym tatuażem poocierać mocno o coś, a farba na skórze się rozmaże. Z tych samych powodów nie wolno moczyć tatuażu, dopóki pierwsza warstwa strupa nie odpadnie, bo przemoczenie go, tak wodą jak i zbyt dużą ilością maści na gojenie, spowoduje że ta woda "wyciągnie" farbę i wchłonie ją w tworzącego się strupa, a potem ten może odpaść i pod spodem zostanie czysta skóra bez farby, ewen. jakieś resztki koloru. Oto dlaczego się nie chleje przy tatuażu i należy potem o niego dbać.

Anonimowy pisze...

Zanim przeczytałam czyjś komentarz o tym, dlaczego Fapaja się tak dobrze sprzedaje, to myślałam, że aŁtor się po prostu jakiegoś "Queen's Blade" czy innego, równie bzdurnego (f)a(p)nime naoglądał.
Napiszę krótko, bo nie chcę powtarzać tego co już inni napisali - te komentarze pod koniec, gdzie aŁtor pisze ciągle "Panowie, no co wy?" itp. brzmią jakby właśnie siedział przy kielichu ze swoimi znajomkami i nadmiar wódeczki właśnie obudził w nim filozofa wszech czasów (serio, znam przynajmniej jedną osobę, która tak ma ;) ). Analiza borska i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze wrócicie do następnych tomów tego dzieUa :) .

Mai

Übercharged pisze...

Przeczytałem analizę, i mam tylko jeden komĘtaŻ. ENGAGE TRICKSTER MODE
i.imgur.com/30sKBmy.gif

hasło: panyspa benedictions. Benedict C. w spa?

Astroni pisze...

"Kurczę oscylator harmoniczny!" <wyje ze szczęścia> Muszę to wdrożyć u siebie.

A na tej rymowance "Patrz, gnał galopem. Rozumiesz snadnie/Że musiał zdążyć, zanim mu opadnie." jak mi wesoło było!

"Jedna lisica poroniła z wrażenia. Dwa obudzone wilki pogryzły się, bo nie mogły wytrzymać napięcia. Trzy niedźwiedzie się posikały." Wcześniej, zanim Achaja wszystkim natłukła, też się musiała jeszcze ostrzegawczo posikać... Przez to wszystko ja się mało nie posikałam.

Ale wiecie, tak sobie pomyślałam, że aż grzech Was nie czytać, bo takich nieziemskich (nie-Ziemiańskich?) researchów, jak Wy robicie, to ja bym w życiu nie zrobiła. Tu węże, tam żyroskop i jazda konna, innym razem dzierżawa i ochra... A przecież do pisania zawsze, ale to zawsze może się przydać! Dziękuję!

O, analiza "50 twarzy Greya", tak. Innych polskich fantastyków nie, bo jednak (jakich by nie mieli poglądów!) nie są matołami (przez co nigdy nie wiesz, czy to poglądy ich, czy podmiotu lirycznego), a tam z tym Greyem... Brak czasu na redakcję, co skutowało niekończącymi się powtórzeniami nt. "budzącej się wewnętrznej bogini", poziom, z którego śmieją się nawet nie obeznani w literackich analizach czytacze, Emma Watson wkurzona pogłoską, że mogłaby grać w ekranizacji... Tak, CHCĘ.
Hmm, z ręki innych analizatorek to już nie to samo, ale w ostateczności...

Astroni

Tris Moszfajka pisze...

jak ona założyła spodnie na skute stopy?!!!

Tris Moszfajka pisze...

A przepraszam. Kowal zdjął, umknęło mi.