czwartek, 23 sierpnia 2012

188. Polski emigrant w australijskiej stajni, czyli Leży dingo przy kominku

To jest dziwne opko i mamy przy nim mieszane uczucia. Na pozór jest poprawne, bez błędów ortograficznych czy gramatycznych. W dodatku widać, że Ałtorka wie o czym pisze, ukazując życie w klubie jeździeckim. Wie czym jest popręg, wędzidło, ogłowie i wie przede wszystkim, jak wygląda codzienna praca przy koniach. W dodatku z notki “o sobie” wyziera autentyczna pasja, miłość do koni i zwyczajnie porządna osóbka (wolontariat w fundacji zajmującej się hipoterapią). Bardzo cieszy nas, że istnieją takie fajne młode osoby, ale byłoby lepiej, gdyby pozostały przy tym, co potrafią (przy opiece nad końmi) i nie zabierały się za pisanie opek. AŁtorce udało się bowiem stworzyć stek absurdów oraz wzorzec Mary Sue, który odlany z platynoirydu mógłby ozdobić gablotkę w Sevres pod Paryżem. Panna ta, jakkolwiek pozbawiona cech nadprzyrodzonych, samą swoją mądrością, dobrocią i wdziękiem rewolucjonizuje styl pracy wielkiej, nastawionej na zwycięstwa stadniny. I nie tylko właściciel je z jej ręki, ale nawet australijski scrub. Dziś przenosimy się na dość bezsensowne antypody, gdzie dingo jest słodkim zwierzaczkiem, dziobaki pożarły internet, nie ma komórek, Wigilia jest po polsku, ogień w kominku rozpala się nawet w australijskiej lecznicy weterynaryjnej w lecie, a założenia natural horsemanship wdraża się koniom w kilka minut.

Iiiiiiiiiii-hahaha-ndżojcie i wio!




Analizują: Dzidka, Gabrielle i Jasza,
 
http://op-carpe-diem.blog.onet.pl    

O mnie:
Na imię mam Ania.  
Pochodzę z rocznika 1993.
Ja za to z Wrocławia.
Miejmy nadzieję, że z nasłonecznionego stoku.


Fabuła    Fabuła opowieści rozgrywa się w czasach współczesnych.
Dzięki Boru Szumiącemu, bo odpada research po epokach wcześniejszych.
Nie bój, nie bój, i tak jest co sprawdzać.

   Akcja toczy się w Australii, w dużym mieście Newcastel [Zrozumiałabym literówkę w Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch, ale proste Newcastle nie powinno stanowić problemu], w pobliżu Sydney a dokładnie na jego krańcu. Leży ono na wschodzie kontynentu, nad Oceanem Spokojnym.


Główni bohaterowie, czyli konie i ich opiekunowie, zamieszkują na stałe w KJU "Maniera" (Klub Jazdy Ujeżdżeniowej "Maniera").
Swojskie, polskie nazwy w tym Newcastel.  

Jest to piękny, malowniczo położony ośrodek. Posiada duże tereny, bardzo dobrze zagospodarowaną przestrzeń, zabudowaną licznymi czworobokami [czworakami?] padokami do jazdy i treningu koni, jak i wszelkich luksusowych miejsc do pielęgnacji i wypoczynku dla zwierząt i ludzi.    
Właścicielem klubu jest Frideric Profit.
Oryginalne nazwisko, ciekawe, czy czerpie z niego jakieś profity.
Coś jak Zysk i Ska.
   

       Puf, puf, puf... Chmura piasku wznosiła się w powietrze przy każdym sprężystym kroku Pikadora. Ogier wdzięcznie prężył szyję i dumnie machał ogonem, bynajmniej nie po to by odgonić natrętne muchy, a dla samej przyjemności jaka płynie z potrząsania kitą.  
Drugie zdanie opka, a ja już się cieszę.

Był dziś w dobrej formie, więc Krzysztof mógł z powodzeniem realizować zaplanowany szyk treningowy.
Ciekawe, jak Krzysztofa wołają w tej australijskiej stajni i czy bardzo się przy tym zapluwają.

Oświetlały ich ciepłe promienie słońca, srebrzysty piasek mienił się czarownie a delikatny zefirek dodawał im skrzydeł.
Mam wizję uskrzydlonych bohaterów Krzysztofa - anioła i konia - pegaza. Czarownie mieniący się srebrzysty piasek zostawiam sobie na deser.
Taka reklama Red Bulla w sparklącym otoczeniu.

Teraz na scenę wkracza Szuja:

Tylko jedna samotna postać, odznaczająca się wyraźnie na tle stajni, psuła atmosferę.  Drażniła ona zarówno konia jak i jeźdźca.
Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem, ale na dobrze ujeżdżonym koniu nic nie powinno robić wrażenia, a tym bardziej ktoś taki:

John opierał się niedbale o białe ogrodzenie, polerując przy tym błyszczące poręcze.
Poręcze na padokach nie wymagają polerowania, co najwyżej odmalowania.
Może John miał zaburzenia obsesyjno-kompulsywne?

Nie omieszkał też kaszleć gwałtownie gdy mijała go zgrana para, jakby umyślnie próbował ich rozdrażnić.
Konia wystawowego tu z pewnością nie trenują, skoro rozdrażnić go może byle kaszelek.

Nie widząc jednak oczekiwanych rezultatów, stajenny odszedł i wrócił z miotłą.
Ale intrygant!

Zaczął z wielkim zaangażowaniem wymiatać piasek z chodnika, szeleszcząc zmiotką tak natarczywie, ze Pikador całkiem wybił się z rytmu.
A jeździec dupa nadal nie wyprosił Johna z pola widzenia.
A jeździec dupa, że nie potrafił utrzymać równego kroku konia.

Zrezygnowany Krzysztof przerwał rozpoczynany kontrgalop i grzecznie poprosił John'a o przełożenie zamiatania na później.
Gdyż konie ujeżdża się w specjalnej kapsule, odgradzającej od jakiegokolwiek szmeru.

Mężczyzna oczywiście usłuchał, racząc jeźdźca swym ironicznym, służalczym uśmiechem. Powrócił jednak znów na swe stanowisko, teraz z workiem jabłek, które trzeba było przebrać.
Jeździec nadal udawał głuchego, ślepego i niedorozwiniętego. To była norma w tej stajni, że stajenny wlecze worki z jabłkami na padok, a potem z powrotem.
Wyprowadza je na spacer.
I przebiera! Pewnie jeśli się zsiusiają.

To już było za wiele dla Pikadora, tak łasego na wszelkie przysmaki.
A co by było, gdyby na pokazie ujeżdżenia ktoś nagle zaczął rąbać wielkie, pachnące renklody?...
No właśnie... Dobrze ujeżdżony koń ma słuchać jeźdźca, a nie brykać na widok owoców.

Gdy tylko w jego nozdrza uderzył aromat owoców, szarpnął łbem tak nagle, że Krzysztof prawie wypuścił wodze.
I prawie wypierdzielił się na grunt.

Rozdrażniony chłopak tym razem otwarcie stwierdził,
No wreszcie!
“Przepraszam pana uprzejmie, nie chciałbym panu przeszkadzac, ale... czy byłby pan tak uprzejmy....”

iż obecność John'a bardzo mu przeszkadza.
Chyba nie jemu, ale szkapce, którą trenuje do pokazu, na którym widzowie będą kasłać, gadać i szeleścić papierkami cukierków.
Mamy nasz “ulubiony” zapis imienia z apostrofem. Ciekawe, że nigdzie nie ma “Krzysztof’a”.

Stajenny skłonił lekko głowę, obrzucił okolicę pogardliwym spojrzeniem i sprawnie sie oddalił.
Był wyjątkowo sprawny jak na stajennego - reszta kuśtykała, chodziła o kulach i miała sztuczne ręce.

Wtem w szatni pojawił się ktoś jeszcze. Postawny, dobrze zbudowany, dumny właściciel niewielkiego zarostu [to, że jest również dumnym właścicielem dużego konia, też się dowiemy], a przede wszystkim bardzo przystojny.
Zrobił wrażenie na Krzysztofie.
- Cześć James - powiedział Krzysztof, przywołując na twarz przyjazny uśmiech.
- O, Krzysiek - rzucił mężczyzna, bardziej zajęty oficerkami.
Ubabranymi w końskich odchodach?

- Nie sądziłem, że kogokolwiek zastanę. Właśnie skończyłem dzisiejszy trening z Come Back.
Imię w sam raz dla konia - uciekiniera.
Coś w tym jest. Znałam leniwego konia o imieniu Wicher.


- Miło to słyszeć - odpowiedział krótko Krzysztof. W głębi jednak żałował uroczej klaczy, która pod jeźdźcem pokroju James'a nie miała możliwości rozwoju. Powszechna opinia głosiła, że on nie rozumie swojego konia, ale nikt nie miał prawa czy śmiałości by wytykać mu podstawowe błędy.
Pokażcie mi koniarza, który nie zareaguje na widok krzywdy dziejącej się koniom.
Owszem... niestety... jeżeli ten niedobry stoi wyżej w hierarchii, na przykład jest uznanym i zdobywającym nagrody jeźdźcem, to dobry nie śmie buzi otworzyć.
Nie wyobrażam sobie natomiast, żeby taki uznany, ceniony i zadzierający nosa jeździec zniżał się do pełnego zapału opowiadania o swoich sukcesach na treningu jakiemuś dzieciakowi z tej samej stajni. Właśnie z powodu tej hierarchii.

James i Krzysztof przechwalają się swoimi końmi, po czym K. stwierdza, że jego ogiera nie ma tam, gdzie go zaparkował, lecz że jest w stajni razem z Lizzy.

- Jesteś! Widziałam, że Pikador jest już rozluźniony i chyba nieco znudzony, więc pozwoliłam sobie zabrać go do boksu. Chyba nie masz mi tego za złe, prawda?
- Czep się swoich koni, za mało masz roboty?!

- Nie, nic nie szkodzi Lizzy - rzekł zapytany, ciągle rozeźlony po rozmowie z James'em.
- Aha. Proszę, nie mów do mnie Lizzy. Wiesz, ze tego nie znoszę... A jak to się mówi na moje imię po polsku?
- Hmmm... Ela?... Elżbieta? - bąknął Krzysztof, patrząca na przemian to na swoje buty, to na promienie słońca igrające we włosach dziewczyny.
Albo on miał oczopląs, albo ona wiła mu się u stóp.

- Oh tak, Ela! To brzmi ładnie - zaśmiała się i pożegnawszy Krzysztofa, opuściła stajnię ogierów.
To jak na nią do tej pory wołali?
Po angielsku. Ona Australka przecież.

Opiekun szybko nałożył kantar na głowę konia. Zrezygnowany Pikador nie miał wyjścia, więc potulnie ruszył za człowiekiem. Przy stanowisku do czyszczenia sterczał hak, zatknięty o ścianę w celu przywiązania zwierzęcia. Koń stał posłusznie podczas zabiegów pielęgnacyjnych, chwytając wargami frywolne źdźbła trawy wyrastające spomiędzy spojeń płyt chodnikowych.
Na czym polega frywolność ździebeł traw?
I dlaczego, na Bora, w stajni ułożone są płyty chodnikowe? Koń ma cztery nogi i też się potknie!
Źdźbła trawy mrugały zachęcająco chlorofilem?

Krzysztof starannie i z należytą rozwagą zataczał kręgi szczotką. Tyle już razy czyścił końską sierść, że miał sposobność wyuczyć się jak najbardziej komfortowych ruchów. Nagle, tuż za nimi, rozległ się okropny hałas. Pikador parsknął trwożnie i w przypływie strachu szarpnął głową. kantar, zaczepiony o uwiąz, pękł niczym cienka nić. Chłopak szybko uspokoił konia i wzrokiem poszukał źródła nagłego huku. na chodniku, ze strapioną miną winowajcy klęczał John, zbierając upuszczone blaszane puszki.
Zapiekłość Johna w dokuczaniu Krzysztofowi była tak wielka, że najpierw trzy dni pracowicie zbierał po supermarketach blaszane puszki do upuszczenia, jako że nie stanowią one wyposażenia przeciętnej stajni.
A wystarczyło po prostu zagrać na trąbie.

Krzysiek jakoś nie mógł się oprzeć wrażeniu, że w oczach stajennego lśni ponura satysfakcja. Mężczyzna zaczął gorąco przepraszać.
- Powinieneś bardziej uważać - odburknął tylko poszkodowany i dokończył czyszczenie Pikadora. następnie polecił chłopcu stajennemu szczodrze nasypać siana dla podopiecznego, a sam udał się do biura Fryderick'a Profit, zarządcy i właściciela KJU Maniera.
Zauważmy, że już nie Fridericka. Przepraszam, Friderick’a.

Drzwi do jego gabinetu były tak lśniące, ze Krzysztof odczuł przykrość, jakby bezcześcił ich blask swymi rękami.
Jędruś! ran twoich niegodnam całować! Drzwi twych niegodnam otwierać.
U drzwi twoich stoję, Proficie...

A teraz opis kantorka przy stadninie:

Pokój sprawiał miłe i przytulne wrażenie. Podłogę kryły piękne panele z drzewa wiśniowego, ściany miały miły dla oka kremowy kolor. Przy wejściu stał rząd krzeseł obitych miękką gąbką i pokrytych wzorzystym materiałem. Profit zwykł nazywać ten rząd "poczekalnią". Na prawej ścianie piętrzyły się półki z ciemnego drewna, na których stały złote i srebrzyste puchary - nagrody zdobyte w konkursach jeździeckich. Były one wielką dumą dla sportowej stajni. Wypolerowane były tak, ze biła od nich nieziemska poświata, a kąpiący się w niej doznawali zazdrości i ukojenia jednocześnie. Lewą ścianę zdobiły oprawione dyplomy i certyfikaty. W rogu pokoju puszył się przepyszny, suto rzeźbiony, marmurowy kominek. Był to jawny zbytek, zważają na to, ze w pokoju było ogrzewanie i klimatyzacja, ale Fryderick go wręcz uwielbiał.
Konie mogą jeść gorszy owies, grunt, że mam kominek w australijskim domu.

Profit mawiał, że "ogień jest nieujarzmioną siłą, która niedbale pielęgnowana może wymknąć się spod kontroli. Nie ma drugiej tak wspaniałej siły, poza koniem oczywiście".
No i? Co z tego wynika?
Nic. Mamy tylko strasznie głębokie rozważania. Taki Coelho na miarę stajennych.

Na środku stało piękne biurko w stylu późnego rokokoko, prawdziwa duma zarządcy. Tuż za nim widniał czarny skórzany fotel, wręcz zachęcający by w nim spocząć. Tam obecnie przebywał mężczyzna. Na ścianie za nim wisiał piękny, długi na trzy metry i szeroki na dwa, obraz przedstawiający tabun koni w galopie. Staroświecka rama nadawała mu charakter antyku.
Niech mi ktoś wytłumaczy, po co właścicielowi stajni podobnie pysznie urządzony gabinet, w miejscu pracy w dodatku (bo mowa o biurze)? Jeżeli jest bogaty jak nabab i może sobie budować rokokowy kantorek z marmurowym kominkiem, to dlaczego sam zarządza stajnią, a nie ma od tego ludzi? A jeżeli nie jest bogaty jak nabab, to nie lepiej by było, gdyby te marmury i hebany pakował we własny domek?
Może był samotny, a jego domem i rodziną była stajnia i konie?


Fryderick zapewniał, że malarz był wielkim artystą, ale tak naprawdę nigdy nie ustalono autora.
O, to tak jak panowie na targu staroci na Kole :P

- Dzień dobry, panie Profit!
- Witaj Krzysiu!
Zarządca uwielbiał Krzysztofa, ale nie ze względu na jego liczne osiągnięcia, a charakter. Zwykł też zwracać się do niego po imieniu, jak zresztą do większości jeźdźców ze swojego Klubu.
W dodatku po polsku się zwracał.
Co w ustach Australijczyka musiało brzmieć dość komicznie.

- Panie Profit, podczas czyszczenia Pikador spłoszył się i porwał kantar. A to wszystko z winy John'a! Tyle razy mu mówiłem...
- Ależ to drobiazg! - przerwał Fryderick, zatroskany zaciętym wyrazem twarzy podopiecznego - Idź do schowka i prędziutko wybierz nowy!
To z powodu takiego głupstwa Krzysztof zawracał głowę właścicielowi stajni?! Zamiast po prostu wyjąć nowy kantar z magazynka?!
I w ten oto sposób uprzejmy donosik szlag trafił.

Krzysztof wybrał niebieski kantar i, nieco nachmurzony, wybrał się na spacer.
“Ładnie wyglądało na nim siodło, żółty czaprak i uzdeczka” [Helena Mniszkówna, “Trędowata”]

towarzyszył mu jak zwykle Jak, border collie Profit'a.
Rzeczywiście, niebieski kantar wybrał pod kolor swoich oczu, bo na spacer wybrał się z psem, a nie z koniem.

W czasie gdy oni hasali gdzieś po lesie, Elizabeth szykowała Wild Storm do treningu. Właśnie skończyła czyszczenie. Podszedł do niej James.
- Profit prosił, żebyś poszła do niego, jest w biurze - rzekł patrząc jej w oczy z lekkim uśmiechem, starając się wyeksponować przy tym klatkę piersiową i mięśnie przedramienia
A gdzie się ramię podziało?

Niezadowolona i zniesmaczona [brakiem ramienia u Jamesa?] Lizzy zostawiła więc ukochaną klacz i poszła do biura zarządcy.
- Witam, panie Profit. Życzył pan sobie mnie widzieć? - zagadnęła szybko, gdy tylko stanęła w drzwiach.
Mężczyzna rozpromienił się na jej widok. Bardzo lubił świeżą i młodzieńczą Elizabeth, jej pogoda ducha zawsze nieco go odmładzała.
A włochate myśli fikały koziołki.

- Tak, kochana, chciałbym żebyś po treningu oddała Wild Storm do masażystki. Wydaje mi się, ze klacz jest dość spięta po pracy, przyda się jej odprężenie.
- Ależ ja mogę ją pomasować!
- Ale czy nie lepiej... szepnął potulnie właściciel stajni.
- To żaden problem - przerwała mu - Zajmę się nią jak najlepiej!
- Wiem, ale Lizzy...
- Ah, no dobrze. Zna mnie pan, najchętniej nie oddawałabym Wild Storm nikomu.
- Wiem, Lizzy, ale Wild Strom poczuje się lepiej po profesjonalnym masażu.
I chyba to zdanie powinno paść kilka linijek wyżej, ucinając dyskusję. Mówimy o PROFESJONALNYM masażu, zleconym przez szefa tego interesu.

- Zgoda. - westchnęła zrezygnowana dziewczyna i opuściła biuro.
Zastała swoją klacz w pełnej gotowości. James obdarzył ją jeszcze jednym przeciągłym spojrzeniem i odszedł. Elizabeth przyjrzała się krytycznie sprzętowi i zaczęła od nowa. jej działaniom towarzyszyły gniewne pomruki: "No tak, jak ja się tym nie zajmę, nikt nie ubierze dobrze Wild. Czy ten James postradał rozum?! przecież ona jest przyzwyczajona do innego wędzidła, jak mógł zapomnieć... Przecież ona nie może być podpinana na ósmą dziurkę, podczas jazdy się napina i trochę puchnie, szósta dziurka to maksimum...".
Lizzy! Lizzy! Uważaj, James to ten zUy!
(btw bycie złym Jamesem nie znajduje nigdzie później rozwinięcia, ot, jest sobie zły i tyle)

Tak marudząc, wsiadła na Wild Storm i całkiem już szczęśliwa ujęła delikatnie wodze.
Po czym razem z siodłem znalazła się pod końskim brzuchem z powodu niedociągniętego popręgu.


"Lekkie przyłożenie łydki i start. To takie cudowne" - pomyślałam Eliza i rozpoczęła trening.
Eliza nie jest zdrobnieniem od Elizabeth.


      Mgła powoli opadała. Przez grubą powłokę chmur przebijało się słońce, zwiastując wszystkim zainteresowanym ładny, ciepły dzień.
Niezainteresowani leżeli jeszcze w łóżkach, sarkając gniewnie na kolejny ciepły dzień.

W oddali, w lesie odzywały się już pierwsze papugi, skrzecząc wesoło przy poszukiwaniu orzeszków ziemnych.
Skąd w australijskim lesie wzięły się orzeszki ziemne, które nigdzie dziko nie rosną?
Dlatego te papugi ich tylko szukają, skrzecząc wesoło. W miarę upływu czasu skrzek będzie zwiastował wzrastający poziom wkurwu.
Nadzieja matką także i papugi.

       W stajni panowała cisza. Większość koni drzemała jeszcze, część na stojąco, część leżąc na miękkiej, szeleszczącej słomie. Panowała tu rodzinna spokojna atmosfera, klacze czesały grzywy małym klaczkom, ogiery bawiły się z małymi ogierkami, oddechy koni układały się w miłą dla ucha gamę dźwięków. Wtem drzwi lekko się uchyliły, wpuszczając do stajni smugę jasnego światła i trochę świeżego powietrza.
I w blasku stanęła... ONA!

Zaciekawione zwierzęta podniosły głowy i postawiły uszy, część leżących szybko się podniosła.
Reszta leżała dalej, powalona zajebistością wchodzącej.

W szparze ukazała się radosna twarz Elizabeth. Dziewczyna cicho zamknęła za sobą drzwi. Na reku ciążyło jej siodło, na ramieniu wisiało ogłowie. Przywitała się ze wszystkimi lokatorami stajni,
Najpierw w progu powiedziała głośno: “Witam Szanowne Państwo!” A potem każdemu podawała rękę.

zatrzymała się oczywiście przy Wild Storm. Powiesiła sprzęt na kołku i przemówiła cicho do klaczy, która ufnie ocierała się o jej ramię. Był to jawny dowód wielkiego oddania, Wild nie była zbyt wylewna jeśli chodzi o okazywanie uczuć.
- Witaj kochana. Pewnie dziwisz się, czemu przyszłam tak wcześnie.
Elu, nie wstydź się. U nas w TV jedna pani rozmawia z margaryną.

Otóż, taki dziś piękny poranek, słońca dopiero co wstało, panuje lekki chłód. Postanowiłam, że pojedziemy w teren zanim zrobi się parno.
Pojedziemy w teren, póki jest chłodno i przyjemnie. Do zapamiętania.

Co ty na to?
Klacz zatupała kopytkiem i odparła: “Z przyjemnością. Mam nadzieję, że nie będzie padać”.

Eliza sięgnęła więc po szczotki i starannie wyczyściła sierść podopiecznej. Jej ruchy były nastawione na rozgrzanie końskiego ciała. Szubko i rytmicznie poruszała zgrzebłem, a wiotkie mięśnie Wild Storm powoli nabierały sprężystości. Po skończonym zabiegu zadziwiająco szybko udało jej się wsadzić wędzidło do pyska klaczy (innym zajmowało to kilka minut).
Tak, wiemy. Mary Sue wsadza wędzidła do pysków jednym podniesieniem brwi.

Dopięła paski ogłowia i zarzuciła siodło na grzbiet konia. Chwilę mocowała się z popręgiem, ale zaprzestała beznadziejnych prób. Zostawiła odpięty, z klamrami majtającymi pod końskim brzuchem. Na kamiennych płytkach (brzmi zupełnie inaczej niż “płyty chodnikowe”, prawda?) zastukały kopyta, drzwi cicho skrzypnęły i pozostałe konie straciły z oczu tę dobraną parę.
I zaczęły tęsknić.
A stary ogier z boksu przy drzwiach dumał: po co komu siodło, skoro nie umie dopiąć popręgu.

  Lizzy wsadziła stopę w strzemię i dosiadła Wild Storm. Już bez problemów dociągnęła popręg.
Aaaaaa, znaczy ona ten popręg zapięła, tylko nie dociągnęła? No, teraz to ma sens, ale tam wyżej tej informacji zabrakło...

Słońce wyglądało leniwie zza chmur, darząc świat ciepłym, łaskawym promieniem. Rozłożyste akacje rzucały długie, postrzępione cienie. Na ich gałęziach przesiadywały gromady pstrokatych kukabur,
No, jeśli to można nazwać pstrokacizną...


[http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/9/9b/Laughing_kookaburra_dec08_02.jpg]

gwarzących wesoło niczym chmara małych pociesznych dzieci. Elizabeth pomachała do nich ręką, one odpowiedziały jej wrzaskliwym charkotem.
Wrzaskliwy charkot? Growling jakiś, nie inaczej.

   Eliza siedziała pod drzewem, oparłwszy się plecami o chropowatą korę.
Widząc tak kuriozalny imiesłów, drzewo zaparłwszy się korzeniami ze zdumienia.
Widziawszy. Widziawszy się zaparłwszy.

Wild Storm, pozbawiona siodła i wędzidła, pasła się nieopodal, bacznym spojrzeniem pilnując swej opiekunki. Nie miała najmniejszego zamiaru się oddalić, Elizabeth wiedziała o tym i ufała klaczy. Było gorąco. O godzinie dwunastej w południe świat zamierał. Cichły głosy ptaków i szelesty listowia. Wszytsko co żyło chroniło sie przed upałem.
W związku z czym przebywanie w tym czasie z koniem w terenie wydaje się średnio dobrym pomysłem, zwłaszcza gdy wyjechało się specjalnie wcześnie, by wykorzystać poranny brak upału. Ale ja się nie znam.

Powietrze było suche,  ciężkie i bezwietrzne. Lizzy przymknęła poiwkei
Poiwkei - małe poidełko-tykwa, noszone przez Aborygenów w czasie wędrówek po stepie.

i zapadła w stan półdrzemki. Jej podopieczna schroniła się przy gęstych krzakach i pasła się dalej, otoczona przyjaznym półcieniem. Gdy najgorętsze minuty mineły, dziewczyna osiodłała klacz.
Już wsadzała stopę w strzemię, gdy usłyszała niepokojący hałas. Coś szamotało się w zaroślach, jęczało i sapało z cicha. Zaniepokojona Eliza cicho zbliżyła się do tego miejsca i lekko rozchyliła gałęzie.
Dziecko drogie, jak kiedyś usłyszysz, że coś stęka i szamocze się w krzakach, to raczej nie skradaj się i nie podglądaj. Nie wszyscy lubią świadków.

Ujrzała przykry widok. Na ziemi leżał mały pies dingo. Na pewno był jescze szczenięciem. Jego łapa utknęła we wnykach.
Dziewczyna nie namyślajac się długo ściągnęła kurtkę i opatuliła zwierzątko. Dingo nie miał nawet siły by się temu sprzeciwiać, wyszczerzył tylko lśniace ząbki i zmarszczył pyszczek. Po chwili jednak spod materiału wystawała mu tylko głowa, wiec nie mógł się szarpać.

Lizzy zabiera szczeniaka ze sobą do stadniny, aby w lecznicy weterynaryjnej opatrzyć pieskowi rany.

 Wjechały na dziedziniec. Dziewczyna wyciągnęła stopy ze strzemion i ściskając w ramionavh zawiniątko z trudem zeskoczyła z konia, wykonując akrobatyczny zeskok z półobrotem.
I wylądowała telemarkiem.

Lizzy delikatnie położyła tobołek ze szczeniakiem na metalowym stole.
Nie chcę się czepiać, ale to jest lecznica w stadninie, a nie przychodnia dla małych zwierząt, gdzie można psa czy kota położyć na stole zabiegowym. Jeśli konie też tam kładą (może przy odbieraniu porodu? hehe), to ten blat musi być naprawdę wielki.

Przygotowała lnianą szmatkę, ciepłą wodę i apteczkę. Wróciła do malucha i wysupłała go ze zwiniętej kurtki. Szczenię piszczało cichutko i machało łapkami w powietrzu. Elizabeth przyjrzała się rozciętej w dwóch miejscach łapie. Rany były dość poważne i chyba mocno zakażone, zwierzę musiało być uwięzione conajmniej kilka dni. Zanurzyła szmatkę w parujacej wodzie i delikatnie obmyła zakrzepłą krew.
To wystarczyło na “mocno zakażone” rany?

Potem sprawnie owinęła łapę bandażem i usztywniła ją drewnianą listewką.
Dobrze, że nie gałęzią znalezioną pod stajnią.

Potem napoiła szczenię ciepłym mlekiem i nakarmiła tym co miała pod reką, czyli własnym drugim śniadaniem.
Wysyłając go tym samym do grona dingoaniołków.
Aż dziw, że nie pobiegła polować na myszy, czy jakieś larwy. Chociaż w sumie nie wiemy, jak wyglądało jej śniadanie.

Maluch od razu poweselał. Dźwignął się na chwiejnych łapkach i poczłapał kilka kroków, wesząc z ciekawością. Zaraz jednak opadł z sił i przykucnął, wybałuszajac ślepka na otoczenie. Dopiero teraz dostrzegł człowieka. Lizzy chwyciła go w ramiona. Nie wyrywał się, tylko wygodnie oparł pyszczek na jej ramieniu, a ona głaskała go za uszkami.
Nasza kochana Mary Sue. A scrub jej z ręki jadł.

Szybko zorientowała sie co do płci małego dingo. Była to suczka.

Krzysztof raźnym krokiem zmierzał do przychodni. Zamierzał wziąść wodę utlenioną i obmyć Pikadorowi małe skaleczenie. Położył dłoń na klamce i wtem usłyszał dziewczęcy śmiech wewnątrz. Zdziwiony i lekko zaintrygowany uchylił delikatynie dzrwi i zajrzał przez szparę do wnętrza budynku. Ujrzał wprost uroczy obrazek. Przy kominku [zaraz, czy w tej lecznicy też mają kominek?], w blasku płomieni siedziała Lizzy.
Przy kominku, w blasku płomieni, w upalne, australijskie lato.
I nie ma tu żadnego weterynarza, gdyż każdy pracownik tak leczy wystawowe konie, jak uważa za słuszne.

Jedna ręką opierała się o podłogę, drugą zaczepiała małego pieska kuśtykajacego koło niej. Śmiała się za każdym razem gdy maluch przwracał się na brzuszek lub podskakiwał zabawnie, by dosięgnąć jej dłoni.

Coś tu się kupy nie trzyma. W dalszym tekście stoi jak byk, że akcja rozpoczyna się w listopadzie, jest to zatem początek australijskiego lata. Natomiast młode dingo rodzą się w zimie. Albo więc znalezione przez Lizzy dingo nie jest małym szczeniakiem, tylko kilkumiesięcznym młodym, i wtedy można już określić jego płeć, a piesek mógł oddalić się od rodzinnego gniazda i wpaść we wnyki, ale wtedy na pewno nie dałoby się ot tak go zawinąć w kurtkę (kurtkę, po co kurtka w taki upał?) i zabrać ze sobą - albo jakimś cudem jest to mały szczeniak, ale po pierwsze wówczas płci określić się tak o nie da, a po drugie skąd mały szczeniak dingo we wnykach, skoro przez pierwsze dwa czy trzy miesiące małe w ogóle nie wychodzą z nory?

[Pomijam już idiotyzm pod tytułem: uratowałam dzikiego szczeniaka od głodowej śmierci, był ledwo żywy, ale po opatrzeniu go i nakarmieniu zamiast zapewnić mu ciszę i spokój, zaczepiam go, a on, w cudowny sposób odzyskawszy siły (a jeszcze przed chwilą był tak słaby, że mógł tylko szczerzyć zęby i nic więcej), radośnie się ze mną bawi.]
Tak tylko na marginesie dodam, że skoro to było małe, bezbronne szczenię, które od kilku dni tkwiło w pułapce, to gdzieś w okolicy musiała być też suka. A zadrzeć z samicą dingo, broniącą szczeniaka, to uuu... nie w kij dmuchał.

Krzysztof uśmiechnął się pod nosem i jakoś poprawił mu się humor. Wpatrywał się w Elizę, aż nagle drzwi zaskrzypiały od tego patrzenia, wiec szybko zapukał i jakby nigdy nic wszedł do Przychodni.
- Witaj - zagadnął nerwowo, nie odrywajac od niej wzroku - Widzę że bardzo ci wesoło.
Nie wiem jak uważacie, ale dla mnie to taki tekst wypowiadany z ironią jest.

Głos miał trochę szorstki, ale to z powodu dużego zakłoptania. Mimo wszytsko zgasił wesołość Lizzy. Była pewna że Krzysztof mówi w ten sposób, by ją uspokić.
I dlatego zgasił jej wesołość.

Mały dingo zamruczał niczm kot. Lizzy zaśmiała się, gdy jeszcze dołączył do tego symfonię jęków.
- Suniu, cóż to za melodia? - śmiała się Eliza słuchając wypocin małej artystki - Melodia... Tak suniu, takie będzie twoje imię.
A nie lepiej Kakofonia? Zdrobniale Kako?

Melody nie zdawała sobie sprawy z tego, ze właśnie otrzymała tak cenną rzecz jak mienie.
Mienie nie zawsze bywa cenne.

Była szcześliwa że znów jest jej ciepło i wesoło, więc zawodziła jeszcze głosniej w tylko jej zrozumiałym jęzku.
Znaczy wyła i należy tylko mieć nadzieję, że nie było w okolicy nikogo z bólem głowy.
Ani stada dingo idącego na odsiecz.

Krzysztof natomiast nie mógł się nadziwić Elizabeth, która tak szybko wynalazła dobrane imię. Czuł, ze nikt nie potrafiłby wymyślić nic bardziej trafnego.
Mujeju, mujeju! Takie trafne imię, i tak szybko dobrane! Niech jeszcze nada kilka równie błyskotliwych imion koniom: Diament, Czarny Królewicz i Karino, oraz kotom: Mruczek, Puszek i Bonifacy.
I zupełnie, ale to zupełnie nie rozumiem, dlaczego ich pies nie nazywa się Azor.
Albo, fuj, Pikuś.

   Melody szybko przyzwyczaiła się do nowego otoczenia. Jak poczuł w sobie nagle silne ojcowskie powołanie, nie opuszczając szczenięcia na krok. Spacerował wokół niej i z przyjemnością przyglądał się jej nieporadnemu poznawaniu świata.
Jak wiadomo, wszystko co kocha główną boChaterkę (a przecież nie można nie kochać Mary Sue), kocha też wszystko to, co do niej należy. Podporządkowuje się temu fauna, flora i zjawiska atmosferyczne.


    Pewnego dnia całe niebo zasnuło się ołowianymi chmurami, które ciężko i powolnie toczyły się po niebie. Nikt nie kwapił się do trenowania koni na dworze. Nie oznaczało to jednak zaprzestania pracy. Kilka dużych krytych ujeżdżalni po chwili wypełniło się trenującymi ludźmi. Elizabeth właśnie kończyła zakładanie siodła, gdy granatowo-szare niebo przecięła pierwsza błyskawica, a powłoka chmur pękła, darząc świat drobnym przenikliwie zimnym deszczem.
Po ludzku: zaczęło padać. Deszcz wymyślnie opisany nie jest mniej mokry.

Wild Storm nerwowo zastrzygła uszami, czując na ciele ukłucia chłodnych kropli i parsknęła z niezadowoleniem. Była typem konia, który nie znosi wszelkich niewygód wiec i teraz nerwowo stuknęła kopytem w twardy beton pod nogami. Wiedziała jednak, ze jej panie nie kazałaby jej czekać gdyby nie było to konieczne. Tak wiec z przyczyn wyższych klacz po chwili ociekała wodą.
To gdzie jej to siodło zakładali, i dlaczego na dworze?

Lizzy sprawnie wskoczyła na jej grzbiet, nie chciała by siodło zmokło zbyt mocna i ująwszy pewniej wodze, szybkim kłusem ruszyła w stronę najbliższej ujeżdżalni. Omijając zadbane różane klomby, załomotała do solidnych drewnianych drzwi.
Czy tylko mnie dziwi zamykanie się w ujeżdżalni od wewnątrz?
Czym można w drzwi załomotać, siedząc na koniu?
Kolbami?
Chyba kukurydzy...

Wszyscy wpatrywali się w przemoczoną osóbkę, która wtargnęła w środku treningu [jęknęli:  “aaaah”], lecz po chwili zajęli się własnymi sprawami.
Trzęsły im się kolana i wszystko z rąk leciało, ale jakoś się ogarnęli.

Wielu dobrze znało Elizabeth. W jednym z najodleglejszych zakątków był też Krzysztof na Pikadorze. Pomyślał, ze warto by pomóc Elizie w wycieraniu mokrego sprzętu. Wyminął jednego z dwóch andaluzów o pięknej mlecznej maści i ruszył w stronę Elżbiety. Zauważyła go i z uśmiechem wzruszyła ramionami, wyrzynając wodę z przemoczonych włosów.
A wyrzynała je tak samo starannie, jak Azja Tuhajbejowicz mieszkańców Raszkowa.
A teraz ja ją najgorszemu pohańcowi daruję.

Nagle drogę Pikadorowi przeciął James, spinając ostrogami Come Back. Dziewczyna z cichym westchnieniem zauważyła, jak gwałtownie szarpnął wodzami by zatrzymać wierzchowca.
Yyyy? Pogięło go? Daje ostrogi i ściąga wodze?
Jeśli coś podobnego robi z samochodami (na jedynce wciska gaz do dechy i jednocześnie zaciąga hamulec), to mechanik ma zapewnioną robotę na długie lata.
Chirurg też.
Za taki numer oberwałam palcatem od instruktora. Tylko że ja miałam wtedy 11 lat i coś mi się pokręciło. Koń został przeproszony za to pomylenie hamulca z pedałem gazu.

Mężczyzna z zadowoleniem podszedł do niej i szarmancko wyciągnął dłoń, wyraźnie chcąc pomóc jej w zejściu.
Niech ktoś mi pomoże, bo ja zaraz zejdę.

Wszyscy rozpoczęli przerwany trening, prócz Lizzy, która siedziała na trybunach, trzymając Wild Strom na niedługiej lince. Musiała poczekać, aż sierść klaczy wyschnie na tyle, by mogła założyć jej siodło.
Czekajcie. Elizabeth założyła klaczy siodło na deszczu, wjechała do ujeżdżalni, nie zdjęła siodła i teraz zakłada kolejne?
Może Elizabeth była bardzo wysoka i potrzebowała więcej niż jedno siodło?


Rozpuściła włosy by szybciej wyschły i ściągnęła przemoczoną marynarkę. Nigdy nie ćwiczyła w zwykłym stroju. Zdawało jej się to niedopuszczalne.
Czy ja dobrze rozumiem, że Lizzy na treningu wgląda tak?


[http://tabun.com.pl/pobier/stroj.JPG]

Za jej plecami przegalopowała rozpaczliwie Come Back, dysząc ciężko i żałośnie. W oczach Elizy zaperliły się łzy, odwróciła się gwałtownie i krzyknęła rozdzierająco w stronę James'a:
- Stój!
Zaskoczony mężczyzna przystanął i podjechał do dziewczyny, tuż za jego plecami przyczaił sie Krzysztof. Ucieszył go wybuch Lizzy, marzył żeby ktoś w końcu zwrócił uwagę temu nieodpowiedzialnemu jeźdźcowi. James spytał:
- Ci się stało Elizabteh? Wszystko w porządku?
- Nie! - wykrzyknęła histerycznie - Czy ty nie widzisz, że męczysz to biedne zwierzę, które, gdyby miało odrobinę własnej woli, najchętniej zrzuciłoby cię z siebie?
Nagle te piękne, wolne, inteligentne zwierzęta zostały pozbawione posiadania własnej woli. Nadal mówimy o koniach czy o amebach?

Spójrz na jej poszarpany pysk, na obite boki! James, zaraz będziesz miał poszarpane boki i obity pysk! wybacz, ale twoje metody jazdy są tak okrutne i bezlitosne, ze nie mogłam nie zwrócić na nie uwagi. Żałuję, ze zrobiłam to dopiero teraz - pomiotła wzrokiem po pozostałych jeźdźcach - bo nikt inny nie miał chyba wystarczająco dużo odwagi.
Nie dość, że obsobaczyła Jamesa, to w dodatku zawstydziła resztę.

James słuchał tego przemówienie w milczeniu, ale jego twarz szybko zmieniła wyraz ze zszokowanego w rozeźlony. Wypuścił gwałtownie powietrze ustami [nosem nie mógł, bo miał katar, a uszami puszczał kółka z dymu] i rzekł powoli do dyszącej ze wściekłości Lizzy:
- Chyba nie wiesz o czym mówisz dziewczyno. Nie zamierzam słuchać tych niemądrych rad, a w szczególności od ciebie. Zdaje mi się - dorzucił z błyskiem w oku - że nie osiągnęłyście jeszcze nic takiego, co mogłoby mnie przekonać o twoim profesjonalizmie.
Co za pętak! Jeszcze się nie poznał na wspaniałości Lizzy!

Dziewczyna zadrżała z oburzenia, wtem odezwał się Krzysztof:
- Ona ma rację, nie trenujesz dobrze, James.
- Nie wtrącaj się Krzysztofie, nie teraz kiedy ja zrobiłam to pierwsza. Trzeba był samemu zebrać się na odwagę - syknęła gniewnie Lizzy i skierowała sie znów do Come Back i jej jeźdźca.
- Nie odbieraj mi prawa do marysujkowatej walki o dobro innych.

Jej oczy zaiskrzyły się złowieszczo, lecz nic już nie powiedziała, dosiadła tylko gwałtownie Wild Strom i ruszyła galopem w stronę drzwi. Rzuciła jeszcze na odchodnym "Obu mam was dość" i zniknęła wraz z klaczą w strugach deszczu.
Mamy foszek, pomoczymy konika.
Widzę to, widzę! I mam nadzieję, że tym razem brama ujeżdżalni była otwarta.

   Po kłótni James stał się dużo bardziej opryskliwy, Krzysztof zamknięty w sobie a Lizzy nerwowa.
Natomiast Profit z tego wszystkiego zaczął się jąkać.

Nie odzywali się do siebie, a kiedy już musieli, robili to z wymuszoną uprzejmością. Atmosfera nie była przyjemna, mimo że pogoda działała wprost odwrotnie. Kończył się listopad i robiło się coraz cieplej. Słońce pieściło swymi ciepłymi mackami rośliny i zwierzęta [mam Miazmat rodem z japońskiego porno-komiksu], które rozrastały się szybko i budziły podziw, zachwycając kolorami i kształtami.
Na przykład dziobak, który osiągnął rozmiary słonia, w dodatku żółto-różowo-seledynowego.
Ja się nie dziwię, po takim macanku mackami wszystko musi rosnąc jak głupie.

A oczami Artystki słońce pieszczące przyrodę mackami wygląda tak:
[by Kasitza]

(Że co, że skąd tam różowy słoń? A to dla porównania rozmiarów dziobaka. A że jest różowy? Ojtam ojtam. Przecież to tylko fikcja :P)


Elizabeth postanowiła wyjechać na parę dni do Sydney, gdzie mieszkał jej ojciec. Nie był już młody in córka odwiedzała go co jakiś czas, pomagając w niektórych sprawunkach i sprawdzając czy wszystko jest w porządku. W pierwszych dnia grudnia spakowała wiec kilka niezbędnych rzeczy, ucałowała chrapy Wild Strom, pożegnała pana Profita [łe, szkoda że nie odwrotnie! Profit też żałował] i znikła w autobusie, który miał ją zawieźć na stację kolejową.

Krzysztof nie miał rodziny, przyjechał z Polski i był na kontynencie australijskim całkiem sam. Nie często spotykał swoich rodaków, a żeby nie zapomnieć polskiej mowy i gramatyki, często siadał przed kominkiem z książką bądź słownikiem w jego ojczystym języku i studiował kolejne stronice, w skupieniu marszcząc brwi.
Błagam. Ja nie wiem, skąd aŁtoreczka czerpie swoje wizje, ale obraz młodego emigranta z Polski w dobie Internetu czytującego słownik i podręczniki do gramatyki, by nie zapomnieć mowy ojczystej, jest co najmniej... kuriozalny.
Zapachniało “Latarnikiem”, prawda?
Biedak czytał słownik, bo przecież w Newcastle, w którym jest Związek Polski, możliwość nauki polskiego w ich szkołach podstawowych i średnich, nie ma ani jednego Polaka.
Skoro przyjechał sam do Australii, to widać nie był oseskiem gdy żegnał się z Ojczyzną. Dlaczego więc czyta polskie książki ze słownikiem i marsem skupienia na czole?
Powstrzymuje wzruszenie wywołane mową ojców.

Od czasu do czasu oglądał też polskie filmy. Tego wieczora a telewizorze migał obraz starego serialu "Karino".
Ciekawe, czy zasięg TV Polonia obejmuje antypody, czy może Australijczycy kupili serial.

Choć był on skierowany do młodszych widzów, Krzysztof bardzo lubił historię tego konia.
No i ten Strasburger był taki przystojny.

Rano Profit wzywa oboje i ogłasza swoją decyzję:

[...]postanowiłem, że Pikador pokryje wkrótce jedną z naszych klaczy. Po dłuższym namyśle stwierdziłem, ze idealnym materiałem na matkę dla źrebaka po Pikadorze będzie Wild Strom, a wam, moi drodzy, powierzam opiekę nad źrebakiem!

I już wiemy, że krycie klaczy Lizzy przez ogiera Krzysztofa mieć będzie dalekosiężne skutki. To klątwa miłosna.

Lizzy nie śpi ze zmartwienia, bo wie, że do zawodów nie dopuszcza się źrebnych klaczy.

    Krzysztof również nie mógł zasnąć tej nocy. Jednak w przeciwieństwie do Lizzy, on nie przejmował się pokryciem Wild Storm.Pikador krył już tak wiele klaczy, dla niego nie miało negatywnych skutków [w końcu to nie on chodził w ciąży], a wręcz przeciwnie, miał z tego frajdę
Te szczere rozmowy z koniem o seksie...
Słyszałam, że delfiny i małpy bonobo uprawiają seks dla przyjemności. O koniach ani słowa.
Orgazm świni trwa pół godziny. To bez związku z tematem, ale lubię dzielić się tą informacją.

Stadnina organizuje Dzień Otwarty, w którym prezentuje gościom swoje konie. Wszyscy są zajęci, nastrój radosny i w ogóle.

Lizzy oparła się o połyskującą, białą barierkę, ozdobioną ulotkami z godłem stajni. Zebrani usłyszeli głos płynący z mikrofonu. wszystkie oczy zwróciły się na pięknie rzeźbiony podest, na którym stał Fryderick Profit. Rozmowy powoli ucichły.
- Witam, szanowni państwo, witam wszystkich i każdego z osobna.Zebraliśmy się tu, by przedstawić Wam nasze najlepsze klacze hodowlane oraz ogiery, które są naszą chlubą. A więc, bez zbędnych ceregieli,prosimy na środek World Line! Pozwolę sobie zażartować, niech nas konie powiozą!
Żart pochodził najwyraźniej z okresu przed drugą wojną światową, ponieważ zachichotało tylko kilku jegomości z białymi czuprynami i pokaźnymi wąsiskami.
Pokolenia powojenne ni w ząb nie zrozumiały dowcipu.
Ja tu w ogóle żadnego dowcipu nie widzę...

Profit pokazuje swojego konia, bardzo go zachwalając:

Wielokrotny zdobywca nagrody grand prix na krajowych i światowych pokazach! pragnę zaznaczyć, że to jeden z nielicznych koni w tej stajni, który nie praktykuje ujeżdżenia, wart jest więc Państwa uwagi...
Jako koń wierzący, ale niepraktykujący.
Dlaczego warty uwagi i jak mam rozumieć to niepraktykowanie ujeżdżenia? Czy jest to koń nieujeżdżony, czy też koń, który nie jest trenowany, nie startuje w zawodach tylko hasa sobie po pastwisku, skubie te frywolne źdźbła traw i tyje?

Aż tu WTEM!
- Lizzy! - z tłumu wydobył się niski, dudniący głos.
- Tato - dziewczyna uśmiechnęła się nerwowo - Co ty tu robisz? Dlaczego nie jesteś w domu?
Siedź w domu dziadu, a najlepiej już połóż się do trumny. I zamknij wieko za sobą!

Ogorzały mężczyzna podrapał się po łysej głowie. Szczerze mówiąc nie wyglądał zbyt zachęcająco. Miał grube ręce, krótkie nogi i zgarbione plecy.
A do czego miał zachęcać swoim widokiem?

Jego twarz przypominała trochę niezbyt wprawnie przygotowaną jajecznicę. W niektórych miejscach była ciemna, poorana zmarszczkami i bliznami. Ciężkie powieki skrywały paciorkowate, mętne oczka.
Zastanawiam się, jajecznicę z jakich jajek jada aŁtorka. Sądząc z opisu, pterodaktyla.

- Musimy pogadać Lizzy - mruknął - Chodź gdzieś na bok.
- Nie teraz, chcę popatrzeć.
- Elizabteh Polite, pójdziesz ze mną teraz! - szarpnął za jej rękaw.
Tatuś jest jak ten szewc z Bullerbyn. NAZYWA się Grzeczny, ale wcale nie jest grzeczny!

Ojciec jest brutalnym alkoholikiem, wyrywa Lizzy pieniądze i bije ją do nieprzytomności.

Wydarzenie, które miało miejsce przed chwilą sprawiło, że postanowiła podjąć pewną decyzję, było swego rodzaju motywacją. Co prawda, ojciec nie uderzył jej po raz pierwszy, ale nigdy nie był tak brutalny. Postanowiła zapisać go do jakiegoś ośrodka, w którym się nim zajmą. Pieniędzy jej na to nie brakowało. Wiedziała, że pan Polite na pewno się na to nie zgodzi. Będzie trzeba wziąć go siłą... Tylko kto na to przystanie? Cóż, dzięki pieniądzom można wiele zdziałać. Jeśli będzie trzeba, zapłaci. Zrobi wszystko, żeby pomóc ojcu.
Zreasumujmy - dziewczyna zajmująca się trenowaniem konia w ośrodku jeździeckim (i niczym więcej) zarabia masę pieniędzy, na tyle dużo, by zapewnić ojcu pobyt w ośrodku (odwykowym zapewne). Jednocześnie ten ojciec nie jest bynajmniej ubezwłasnowolniony i córka planuje zawlec go tam siłą, przy pomocy, jak wynika z tekstu, jakichś opłaconych fagasów. I ten ośrodek takiego przywleczonego siłą pijaka przyjmie bez szemrania. To ja może wykonam facepalm.

Nieco naburmuszony Krzysiek szedł w stronę stajni za potrzebą.
Nie ma to jak kontakt z naturą i szczanie pod murkiem.

Był zły na Elizabeth i na Profita, który pomylił się na pokazie i nazwał go Krzysztofem Zagłobą.
Australijski hodowca koni/właścicel ośrodka jeździeckiego jest tak oblatany w globalnej kulturze, że w ogóle zna nazwisko “Zagłoba”? No bo skoro pomylił się, to musiał je znać?...
Ja tu węszę ślad po Elemencie Komicznym, sucharku jakiego jeszcze nie mieliśmy.
To swoją drogą.

Skręcił na tył stajni i zobaczył siedzącą na ziemi Elizabeth.
Taki wytworny ośrodek, marmury, heban i złocenia, a odlewać się chodzą za stajnię?...

Krzysztof czuł się spięty. Dawno nie rozmawiał z Elizabteh a teraz zastał ją w takiej nadzwyczajnej sytuacji. Z jednej strony chciał wiedzieć, co się zdarzyło, a z drugiej pragnął jak najszybciej odejść.
Co się dziwić, sikać mu się chciało.

 Po południu nie miał czasu by wszystko przemyśleć. Musiał opowiadać ludziom o pikadorze, udzielać niektórym z nich rad. Potem spędził kilka chwil z nielicznymi osobami z jego rodzinnego kraju, którzy przeprowadzili się do Australii. Bardzo ucieszyła go rozmowa w ojczystym języku.
W gronie Polaków było małżeństwo, które przyjechało do Sydney na urlop, ale na stałe mieszkali w Polsce. Nazywali się Sylwia i Henryk Jabłońscy. Od nich też dowiedział się, co słychać w jego ojczyźnie.
Do Australii, jak widać, Internet jeszcze nie dotarł. Dziobaki go zeżarły.

Opowiadali mu o polityce, o rozwoju technicznym
Mamy już prąd, a białe niedźwiedzie przestały chodzić po ulicach.
I są takie dziwne pudełka, że jak się guzik naciśnie, to w nim ludziki skaczą jak żywe.

a także o sytuacji hodowli koni. Krzysztofa najbardziej interesowały konie arabskie z Janowa Podlaskiego, gdzie stawiał swe pierwsze, nieporadne kroki na koniu.
Może jeszcze na arabie, kurnać, te swoje pierwsze kroki stawiał? Maszerując mu po grzbiecie?

Henryk wręczył chłopakowi swoją wizytówkę i rzekł, strzygąc wąsami:
- To zaszczyt spotkać tak znanego, utalentowanego jeźdźca. Wiedz, że w kraju mówi się o tobie z dumą.
Że co?...
Ojno, normalnie. Nigdy z dumą nie rozmawiałaś o Krzysiu, który w Australii ujeżdża konie? Nigdy?!
No właśnie rozmawiam. Z Tobą :P No właśnie: znany, utalentowany jeździec, który w Australii... ujeżdża konie. No właśnie.

Po tych wszystkich ceregielach Krzysztof decyduje się na odwiedziny u Lizzy.

- Nie, proszę, zostań. Zdałam sobie sprawę, że jestem sama na świecie i trochę mi z tym ciężko.
Chłopak zawrócił i usiadł tuż obok Elizabeth. Nie bardzo wiedział, ci ma powiedzieć. Udało mu się tylko wydukać:
- No... więc powiesz mi co się stało? Może pomogę albo...
- Nie, nie pomożesz, ale powiem ci. Bo nie mam komu się zwierzyć. Ostatnia osoba, w której miałam nadzieję dostrzec kiedyś przyjaciela, zawiodła...
Znaczy chwilunia, tą osobą, w której miała nadzieję dostrzec kiedyś przyjaciela, był szanowny papa? Chlejący i bijący?

Następnego dnia słońce uderzyło w ziemię ze zdwojoną siłą. Było nieznośnie gorąco. Żar lejący się z nieba osłabiał wszystkie żywe stworzenia. Jak i Melody drzemali przy stajni, przytuleni do siebie bokami. Konie przechadzały się leniwie po pastwisku, lub chowały się w cieniu drzew. Wewnątrz tych budynków, które nie posiadały klimatyzacji, a w ogóle są takie? było tak duszno i parno, że ludzie także wylegli na powietrze.
A nie mogli pójść do tych budynków, które posiadały klimatyzację?
Nie wiadomo, czy aby w pomieszczeniach z klimatyzacją Profit nie kazał rozpalać w kominkach.

Większość prac została zawieszona [i tak przez kilka miesięcy każdego roku. Aż cud, że im konie mchem nie porosły], więc stajenni włóczyli się bez celu,
Zamiast schować się gdzieś przed upałem.
W ogóle mam wrażenie, że ci stajenni w oczach aŁtoreczki to jakis gorszy gatunek, podludź. Konno toto jeździć nie umie i nie ma prawa, jest złośliwe i jednocześnie czołobitne wobec jeździeckiej rasy panów, a kiedy nie pracuje, nie potrafi się sobą sensownie zająć, tylko się włóczy tu i tam. Pewnie knując.

jeźdźcy albo w ogóle nie pojawili się w stadninie, albo chronili się pod rozłożystymi akacjami, gdzie mogli porozmawiać.
Pewnie z dala od stajennych.

  Kiedy minęły najgorętsze godziny, Fryderick Profit zaproponował pławienie koni w pobliskim jeziorze. Wszyscy, prócz stajennych, którzy nie mieli prawa jazdy na koniach,
Kategorii żet jak żłób.

przyklasnęli temu pomysłowi.
Natomiast stajenni zacisnęli pięści i knuli jeszcze intensywniej.

Jeźdźcy przeczesali sierść swych koni zgrzebłem, wyczyścili kopyta i nałożyli ogłowia. Po chwili wszystkie pary czekały przy żeliwnej furtce. Na samym końcu pojawił się sam zarządca, ściskając wodze niewielkiego kucyka walijskiego Milkshake. Był to cierpliwy, silny konik o bardzo łagodnym usposobieniu. Krzysztof pomógł Fryderickowi go dosiąść, a potem sam wskoczył na Pikadora.
Poruszona pomocą w dosiadaniu Milkshake, sprawdziłam wysokość kuców walijskich. Osiągają w kłębie około 130 cm, w porywach do 150 cm w zależności od typu. Na to cudo można się wdrapać nawet niezgrabnie.
Zwłaszcza że mamy powiedziane, że Milkshake był konikiem niewielkim, a więc raczej nie z tych półtorametrowych (w kłębie).

Dwanaście koni i dwunastu jeźdźców, z Lizzy i Wild Storm na czele [no, bo jakżeby inaczej? Nawet właściciel stadniny wlecze się w ogonie na kucyku], ruszyło w zastępie w stronę lasu. John, z wyraźnie zawiedzioną i wściekłą miną, zamknął za nimi furtkę.
Wiemy już że to zły człowiek, ale robić z niego wkuropatwioną bombę zegarową, co to nawet bramkę zamyka z furią, to już zbyt wiele.

Po chili zamiast iść jeden za drugim, każdy jechał jak miał ochotę.
Zrozumiałe. Po chili często ma się zgagę i chce się pić, trudno wtedy zachować subordynację.

Fryderick wciągnął w płuca haust świeżego powietrza. Słońce przyjemnie grzało mu w plecy. Przed sobą widział pięknie zbudowany zad swego najwartościowszego ogiera oraz Krzysztofa
Pal sześć zad ogiera, ale na zad Krzysztofa bardzo przyjemnie było popatrzeć.

który w milczeniu przysłuchiwał się [ten zad?] rozmowie pozostałych towarzyszy. w dali widział kilka górskich szczytów.
Zapamiętajmy - góry były daleko.

Milkshake parsknął z zadowoleniem, mężczyzna poklepał go po szyi. Nagle spod kopyt kucyka oberwał się płat ziemi.
Spod butów Profita, któremu na walijskim kucyku nogi wlokły się po ziemi.

Profit nerwowo ścisnął łydkami boki zwierzęcia, ale było już za późno. Koń stracił równowagę, osiadł na zadzie i runął wraz z nim w przepaść.
To kara za gapienie się na zad Krzysztofa.

   Fryderick i Milkshake mieli dużo szczęścia. Kiedy kuc stracił równowagę, nie wpadli w ciemną toń jeziora, tylko z impetem uderzyli w niewielką skalną półkę.
Nie wiem, ile metrów miała rzeczona przepaść, ale nie nazwałabym szczęściem runięcia konia z jeźdźcem w dół z dowolnej wysokości.

Niecały metr za nimi zionęło strome urwisko.
Ten kucyk miał w sobie wiele z kozicy, skoro był w stanie wylądować na niewielkiej półce i to z jeźdźcem na grzbiecie.
Mnie raduje ta zespołowa jazda konna po stromym urwisku metr od przepaści, dobre, hehe, hehe.

Profit doznał wstrząsu. Nie miał siły krzyczeć, mówić, ledwo oddychał, trzymając się za serce.
Ale twardo trzymał się w siodle.

Milkashake nie miał oporów. Rżał tak głośno, że z pobliskich wzgórz stoczyło się kilka kamieni.
Pamiętacie? Góry były dość daleko, a mimo to kuc wywoływał niewielkie lawiny swoim rżeniem.

Kasztanek musiał odczuwać duży ból. Pierwszą osobą, które zdała sobie sprawę z wypadku był Krzysztof. Serce w nim zamarło, poczuł, jak blady strach łapie go za gardło. Do pozostałych rzucił tylko "Profit!"
Jak myślicie co zrobił? Rzucił się na ratunek? Ależ nie:

po czym zawrócił Pikadora i ruszył do stadniny po pomoc.
Telefony komórkowe też im dziobaki zjadły?

Po przejechaniu niebezpiecznego odcinka trasy przyłożył mocniej łydki do boków konia i poprosił go o galop.
Ogier posłusznie przyspieszył, Krzysztof ciągle go popędzał i myślał gorączkowo. Bardzo się bał, o prezesa, a jego wierzchowca...
KWADRAT W wolnej chwili ujeżdżał też prezesa? To ja się nie dziwię, że Profit tak się na niego zapatrzył.

Nie wiedział jak udało mu się dobrnąć do stadniny.
Hmmm... konno?
I w dodatku dobrnął galopem.

Natychmiast zadzwonił po pomoc. Helikopter zjawił się po kilkudziesięciu minutach. Lotnicy zabrali Krzysztofa ze sobą, by wskazał im miejsce wypadku.

Pozostali jeźdźcy jak mogli próbowali wesprzeć Profita. Zsiedli z koni i pochylając się na skalną półką wyrzucali z siebie pospieszne słowa pocieszenia.
- Jak pan się dobrze trzyma, panie Profit! W pana wieku? Hoho!

Czekali. James, bardzo spokojny i opanowany, wydawał komendy kilku mężczyznom:
- Odsuńcie konie od krawędzi! Ej ty tam, spróbuj znaleźć coś, co mogłoby posłużyć za nosze!
I zacznijcie wyplatać matę z traw!
*nucąc sobie “w stepie szerokim, którego okiem...” zamyśla się głęboko po co, na chór wujów, są mu nosze z gałęzi i łyka, skoro leci ekipa ratunkowa z profesjonalnym sprzętem?*


Profita ratuje wykwalifikowana ekipa, która odwozi go helikopterem do szpitala. Nieco większy problem jest z narowistym kucykiem.
Podano mu więc silny środek uspokajający, dzięki czemu udało się spętać mu nogi i wyciągnąć z przepaści. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

Fryderick Profit usiał zostać przez jakiś czas w szpitalu. Miał złamane kilka żeber i obojczyk, był też cały w sińcach i zadrapaniach.


Tymczasem okazuje się, że kucyk miał połamane nogi i pękniętą czaszkę, więc trzeba go było uśpić.
Skoro go wyciągano z przepaści za połamane, związane nogi, to lepiej dla niego, że go uśpili. Fachowcy...


Nawet konie były dziwnie ciche. Postanowiono nie informować Fryderick'a, dopóki nie wyjdzie ze szpitala.
Konie tylko porozumiewawczo do siebie mrugały.
Poprawiając żałobne opaski na prawych okach.

    Ten dzień nadszedł szybciej, niż się spodziewali. Pewnego słonecznego ranka przez bramę przejechał ciemnogranatowy Volkswagen, z którego wyłonił się James podtrzymujący Profit'a. Staruszek wyglądał dość dobrze, nie licząc gipsu i kilku siniaków.Wylewnie przywitał się ze wszystkimi, poskubał chwilę wąsiki, po czym zadał pytanie, którego się spodziewali:
- A jak tam Milkshake? Czy leczenie przebiega pomyślnie? Co powiedział weterynarz?
Zapadła głucha cisza. Nikt nie chciał przekazywać tej przykrej nowiny.
Wszystkim zaszkliły się oczy.

- On... o-o-on... - zaczęła Lizzy, ale nie mogła powstrzymać łkania.
- Odszedł... - dokończył Krzysztof, spuszczając wzrok.
Zarządca zachwiał się. James natychmiast mocniej ścisnął jego ramię i poprowadził go do najbliższej ławki.
- Odszedł... - wyszeptał Profit i zakrył twarz dłońmi - Był takim wspaniałym koniem... małym, ale z wielkim sercem... Nie mogę uwierzyć!
Ja przepraszam, ja wiem, że w tak tragicznej chwili nie powinnam niestosownie rechotać nad komputerem...

Nikt sie nie odezwał, bo nie wiedzieli też co mogli w tej sytuacji powiedzieć. Pocieszenia brzmiałyby nienaturalnie. Z najbliższej stajni ozwało się ponure rżenie.
Ja też rżę ponuro.


   Po jakimś czasie wszyscy jakoś doszli do siebie, jedynie Profit nadal był przygaszony, jakby nieobecny. Mimo to, czas zabliźnia rany, życie w ośrodku musiało wrócić do normy.
Pogrzeb był taki piękny...
Przepracowali żałobę po koniku na psychoterapii.

Pikador przestał utykać kilka dni później. Krzysztof codziennie prowadził go do masażysty i na zdrowotne naświetlenia, dzięki czemu koń szybko odzyskał sprawność. Tymczasem wielkimi krokami zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Jak co roku, Profit organizował wigilijną kolację w ośrodku, ponieważ nie każdy miał rodzinę, do której mógłby się wybrać.
*wzdycha* Czy tak trudno jest sprawdzić w Internecie, jak wygląda Boże Narodzenie w Australii? Gdyby aŁtoreczka sprawdziła, wiedziałaby, że Australijczycy nie mają wigilijnej kolacji, tylko uroczysty obiad w pierwsze święto! W pierwsze, bo drugiego już praktycznie nie ma.
A można by to tak fajnie opisać, jako że w Australii często świętuje się Boże Narodzenie... na plaży :)

On sam również był samotny, więc z chęcią spędzał grudniowy wieczór w gronie jeźdźców z KJU Maniera. Krzysztof bardzo sobie chwalił tego rodzaju Święta. Był szczęśliwy, ze ma się z kim podzielić opłatkiem,
Ta. Opłatkiem. Jasne.
Potem zjedli karpia i zanucili Lulajże Jezuniu...
I Gdy się Chrystus. Plując obficie przy “pasterzach, którzy trzód swych strzegli”.

gdyby nie ta wspólna kolacja, prawdopodobnie całe święta spędziłby mając za towarzystwo wyłącznie telewizor. W tym roku również z radością oczekiwał na wyjątkowy wieczór. Elizabeth natomiast biła się z myślami. Nie wiedziała, czy powinna spędzić ten czas z ojcem, czy też może zostać w stadninie. Problem jednak rozwiązał się sam. Tydzień przed Wigilią Lizzy otrzymała od ojca list, w którym z wyraźną satysfakcją poinformował ją, że w ośrodku, do którego go wysłała, odbędzie się prywatna kolacja, więc nie musi do niego przyjeżdżać. Dziewczynie łzy zakręciły się pod powiekami, ale uznała, ze tego trzeba się było spodziewać.
Zwłaszcza, że tatuś dopiero co rozpoczął pobyt w owym ośrodku, więc bardzo możliwe, że jeszcze nie pozwalają mu na widzenia.

Została na Boże Narodzenie w stadninie.
    W końcu nadszedł ten wyjątkowy wieczór. Profit był gotowy już od rana. Postanowił, ze wszyscy będą jeść w jego przestronnym salonie. Wystroił się w czarną muchę pokaźnych rozmiarów, przygładził rzadkie siwe włosy i stanął w drzwiach domu, czekając na pozostałych.
*Odpędza wizję starszego jegomościa mającego na sobie jedynie muchę pod szyją*
*Odpędza wizję rzadkich siwych włosów, których umiejscowienie nie zostało sprecyzowane*

Lizzy pomagała mu w przygotowywaniu posiłku, więc była już na miejscu. Zarządca z zadowoleniem spojrzał na suto zastawiony stół i na skrzącą się wesoło choinkę.
W zasadzie ta choinka też do końca nie jest taka pewna, Australijczycy ubierają tzw. krzaczek australijski albo araukarię. Ale tu się przesadnie czepiać nie będę, bo na niektórych zdjęciach widziałam i choinkę.

Bardzo lubił Boże Narodzenie. Po chwili zjawili się jego goście. Krzysztof ze szczerą radością uścisnął jego sędziwą dłoń i wszedł do środka. Za nim wkroczył James, John oraz kilku innych jeźdźców, Malcolm, Joanne, Freddie i Bob, znanych dziewczynie tylko z widzenia.
Zna ich tylko z widzenia? To ilu w tej stajni jest jeźdźców, po dziesięciu na jednego wierzchowca?


W czasie Wigilli goście Profita składali sobie życzenia, łamali się opłatkami i wybaczali sobie winy, potem tylko wieczerzę milczkiem żwawo jedli. Dopiero gdy już wychodzono, Profit oznajmił:

- Taak, dziewczynki, ciężko staremu się pogodzić z niektórymi sprawami.
- Niech się pan nie martwi, chociaż w Wigilię... - powiedziała Joanne - Wszystko będzie dobrze!
- Tak, dziewczynki, wszystko będzie dobrze... Lizzy! - dodał Profit nieco raźniej - Sprawdziłem dziś Wild Storm. Ma ruję.
A nie lepiej byłoby, gdyby to sprawdzał weterynarz? I chyba staruszkowi brakuje emocji w życiu, bo z nonszalancją dodał:

Jutro spróbujemy ją pokryć!
Panowie nie kryli zadowolenia, panie starały się pokryć zażenowanie.

   Lizzy nie mogła zasnąć tej nocy. Myślami wybiegała do następnego dnia, kiedy to miało odbyć się krycie.
Świt zastał ją w pełnej gotowości. Światło słońca trochę ja uspokoiło. Raźnym krokiem ruszyła w stronę stajni. Przywitało ją ciche rżenie podopiecznej. Podeszła do jej boksu i przyłożyła policzek do jej ciepłego pyska.
- Wild, dzisiaj jest bardzo ważny dzień. Obiecaj mi, ze zachowasz się jak należy!
Zamknij oczy i myśl o Anglii!
Niestety, nie odmalujemy sufitu, ale... myśl o Anglii!

Jakiś czas później Wild Storm i Pikador spotkali się na pastwisku. Krzysztof, Profit i Lizzy czujnie obserwowali ich zachowanie. Ogier rozdął chrapy i uniósł górną wargę. Parsknął głośno i pokłusował w stronę klaczy, prężąc z gracją szyję i potrząsając dumnie grzywą.

[Marta Baranowska, http://www.facebook.com/Marta.Baranowska.Photography?ref=stream]

Przystanął i zmierzył okolicę uprzejmym spojrzeniem.
Powinien spojrzeć na samicę, a nie łypać na boki.
Sprawdzał, czy okolica widzi, jaki z niego ogier jest.

Po chwili znów w pląsach wił się wokół Wild. Ta jednak, chłodna i nieprzystępna, kwiknęła, wierzgnęła i pogalopowała w najodleglejszy kraniec pastwiska. Niestrudzony Pikador podążył za nią.
Chuć go wziena.

- Wild nie da się łatwo przekonać. Pikador może od niej oberwać - mruknął Krzysztof obserwując swojego podopiecznego.
- Masz rację Krzysztofie, ale to silny koń. Żadna klacz mu nie sprosta - dodał Fryderick.
- Bo to jebaka słynny na całą Nową Południową Walię.

- Przepraszam bardzo, charakter Wild Strom to istna dzika burza [ciekawe, jak ona to po australijsku powiedziała?] jeśli nie spodoba się jej Pikador, nie da mu się pokryć - dorzuciła dumnie Lizzy - Nie wszystkie kobiety są bez własnej woli.
Warkęła, prychnęła, zatupała nóżką, furkotnęła bryczesami.

- Oczywiście - przytaknął zarządca.
Wariata nie drażnić!
Mimo wszystko, Pikador w końcu zjednał sobie Wild Storm. Z początku nie dawała tego po sobie poznać, ale stopniowo ograniczała kopniecie i ugryzienia.
Do jednego na minutę.

- No no no - klasnął w dłonie Profit - Niedługo będzie po sprawie!

Lizzy nie podzielała jego entuzjazmu. Po jakimś czasie zarządca polecił jej zabrać Wild do pomieszczenia, w którym miało się odbyć krycie. Dziewczyna ciasno uwiązała klacz. Jej podopieczna zarżała przymilnie. Po chwili usłyszały stukot kopyt Pikadora.

Zbliżenie na kominek. Na fale oceanu. Na latarnię morską. Na cokolwiek.

Nastał już wieczór.
Jak to, w takiej chwili ściemnienie ekranu?! A buuuuzi?

A wieczorem:

Lizzy prowadziła zażartą dyskusję z James'em. Chciała przekonać go, ze naturalne trenowanie z końmi bardzo pozytywnie wpływa na kontakty człowieka i zwierzęcia. Bardzo obrazowo opowiadała o tym, co wie na ten temat, ale mężczyzna tylko kpiąco się uśmiechał i kręcił głową. Stajenny John dołączył go grupy i z zainteresowaniem przysłuchiwał się tej wymianie zdań. Stopniowo wzrastała w nim euforia. Zdawał sobie sprawę, że nigdy nie nauczy się jeździć konno,
A nie nauczy się, bo?...
...bo ma trzy nogi, co dezorientuje konia!

ale metody, o których mówiła Eliza otwierały przed nim wachlarz nowych możliwości. Oczyma wyobraźni widział siebie, skłaniającego konia by ukłonił się publiczności. Do jego stóp posypały się błyszczące monety, ludzie podchodzili i gratulowali mu sukcesu.
Wiecie co? Żal mi tego Johna. Nigdy w cyrku nie był i nie wie, że takie cuda pokazuje się w każdej budzie, i że nie sypie się pieniędzy na arenę po występie tresowanych koni.

Elizabeth już chciała rozpocząć tłumaczenie od początku, gdy do rozmowy wtrącił się Krzysztof.
- James, Elizabeth nigdy nie uderzyłaby . Na pewno jeśli ją poprosisz, kiedyś zaprezentuje ci to, co potrafi zrobić z koniem metodami naturalnymi. Zobaczysz, zrobi ci się głupio!
Mężczyzna uniósł brwi, a dziewczyna wytrzeszczyła oczy na Krzysztofa. Wstydziła się przyznać, ze nigdy nie próbowała trenować z końmi sposobem, o którym tyle opowiadała.
Równie dobrze mogłabym zawracać komuś głowę wykładami o tym, jak to po mieście łatwiej poruszać się motorem niż samochodem. To, że nie mam prawa jazdy, kompletnie mi w tym nie przeszkadza...

Lizzy próbuje swoich teorii na Wild Storm, ta jednak ma to gdzieś.

   Wild Storm kłusowała lekko po okrągłym placyku, wzdymając przy każdym kroku obłoczki kurzu. Strzygła z zaciekawieniem uszami i zerkała z ukosa na swoją opiekunkę. Nie była pewna, czego spodziewać się w tej nowej dla niej sytuacji. Dziewczyna prosiła ją o bieganie w kółko, a kiedy klacz chciała do niej podejść, odganiała ją spowrotem. Wild nie mieściło się w głowie, dlaczego w tak ciepły dzień musi się męczyć.
Bo w lecie w Australii WSZYSTKIE dni są ciepłe?

Mimo to posłusznie wykonywała polecenia, dokładnie i rozważnie, jak miała w zwyczaju. W końcu jednak straciła cierpliwość. Jej boki błyszczały od potu, pysk ociekał pianą. Stanowczo za dużo tych ćwiczeń jak na jeden dzień. Wild Storm parsknęła, rozbryzgując kropelki śliny, po czym wykonała kilka popisowych baranków. Bardzo z siebie zadowolona, pokłusowała spokojnie do Lizzy i trąciła ją przyjaźnie pyskiem.
- Wild, nie, nie nie! - mówiła karcąco dziewczyna - Według źródeł, z którym korzystam powinnaś najpierw kłapać wargami i trzymać głowę przy ziemi. To znak, ze poddajesz się mojej woli. Dlaczego nie pojmujesz? James się przyczepi i będzie triumfować! To będzie nie do zniesienia!
Po prostu klacz inne książki czytała.


  
Po kilku godzinach treningu Eliza była wycieńczona do granic możliwości. Czuła, jak całe jej ciało sztywnieje, mięśnie odmawiają współpracy. Niewiele posunęła się do przodu, jednak wiedziała, że tak naprawdę dopiero dzisiaj zrozumiała w pełni, czym jest stosowanie metod naturalnych.
Cholera, CO ona trenowała?
Stosowanie metod naturalnych, rzecz jasna...

Jest to szukanie kompromisów, zdecydowanie oraz chęć współpracy. Była bardzo szczęśliwa, że wreszcie zakosztowała tego, co od dawna ją fascynowało. Krzysztof podsadził ją na Wild Storm, by mogła pokonać drogę do stajni na jej grzbiecie. Zatrzymała się przed wejściem i oparła głowę o bok klaczy.
- Ojej, Wild, ja jeszcze muszę cię wyczyścić i skompletować twoje ogłowie. Padam z nóg. Następnym razem ograniczymy trening do dwóch godzin, dobrze?
No więc właśnie, kilkugodzinny trening to chyba ten... Nie bardzo?...

Wtem zza jego pleców wyłoniła się postać Frydericka Profit'a. Jego twarz jaśniała w uśmiechu. Ściskał w ręku plik kartek, którymi pomachał przed nosem chłopaka.
- Mam wyniki - powiedział wesoło - Wyniki testów ciążowych Wild Strom! Zgadnij?
- Sądząc po pana minie, doszło do zapłodnienia.
KWIK!!!
Trzeba zapamiętać ten tekst.

- Bingo! Za jakieś jedenaście miesięcy ty i Elizabeth będziecie mieć uroczego małego podopiecznego, przyszłego championa, jestem pewien. Idę jej powiedzieć.
Będziecie mieć takiego słodkiego, nieobliczalnego bobaska! To was do siebie zbliży.

Krzysztof nie namyślając się długo dokończył czyszczenie klaczy. Zmierzyła go chłodnym wzrokiem, jakby mu wyrzucała: "To wszystko ten twój ogier. Zobacz, jaki mam teraz problem."
Jaki? Wymiotujesz i masz ochotę na kiszone ogórki?

- To nie była moja decyzja - rzucił w jej kierunku - Nie patrz się tak.
Klacz stosuje szantaż emocjonalny i wywołuje w Krzysztofie poczucie winy za działanie jego ogiera?!

Wild Storm mrugnęła do niego i bez żadnego ostrzeżenia wystrzeliła w górę zadnimi nogami.
Nigdy nie dam się dotknąć żadnemu facetowi!

To wystarczyło, by i on zrezygnował z czyszczenia. Przypiął do jej kantara uwiąz i ruszył na poszukiwania Elizabeth. Zdał sobie sprawę, dlaczego dziewczyna nie cieszy się z powodu ciąży swojej podopiecznej. Z pewnością chodziło o to, że klacz trzeba będzie odstawić od treningów.
Nie lubię ludzi, którzy kochają swoje konie przez pryzmat treningów i ewentualnych sukcesów. [Zostało to btw świetnie opisane w książce Sieglinde Dick “Ostatnia przeszkoda”, polecam sympatykom koni.]


Nastał wieczór. Cichły powoli świergoty papużek a niebo przyoblekło się w purpurę, zmierzając ku granatowi. Lizzy siedziała przy pasącym się spokojnie stadku koni. Co jakiś czas któryś z nich trącał ją pyskiem lub obserwował ciekawie jej drobną postać. U jej stóp drzemała mała suczka psa dingo, Melody. Dziewczyna machinalnie drapała ją za uszami. Trzymała w dłoni kopertę, na której widniało jej imię i nazwisko. "Elizabeth Polite, KJU Maniera, Newcastle". Nadawcą był ośrodek dla ludzi starszych, w którym mieszkał jej ojciec.
Eeeee, ja myślałam, że on jest na jakimś odwyku, a to dom starców... BTW, przyjęli do domu starców agresywnego alkoholika?
Zapłaciła fagasom za odstawienie ojca do ośrodka, nie precyzując do jakiego. Spojrzeli w twarz jak jajecznica z jaja pterodaktyka, to zawlekli go do domu starców.

Z drżeniem rąk rozerwała papier i wyjęła list.

Droga Panno Elizabeth,
Z przykrością informujemy, że pani ojciec dostał lekkiego zawału serca w nocy z dnia 04.01 na 05.01. Życzy sobie widzieć panią jak najszybciej.

Nie dość, że Internetu tam nie mają, to i komórek też. Zaraz zacznę podejrzewać, że akcja tego opka toczy się w latach pięćdziesiątych.

Atrament został rozmazany przez łzy.
I jeszcze atramentu używają?!
Wiesz jak trudno łzami rozmazać esemesa?

Elizabeth zmięła list w dłoni i wcisnęła go do kieszeni bryczesów. Wyszła z pastwiska, zamierzała przemyśleć wszystko we własnym mieszkanku.
No i esemesa też trudno jest zmiąć.

Na swoje nieszczęście natknęła się na James'a, Malcolm'a i Judy.
- Co się stało? Elizabeth, co jest? Hej?
Przeszła obok nich, mamrocząc szybko "Przepraszamnieteraz".
Kto cię teraz przeprasza?

Zamknęła się w swoim pokoju i chociaż kilka razy słyszała, jak ktoś nawoływał jej imię, nie odezwała się ani słowem. Bo bezsennej nocy spędzonej na rozmyślaniach, wczesnym rankiem ruszyła w drogę do Sydney.
A wcześniej pojechać nie mogła, bo?...
… bo rządzi tu Imperatyw Blogaskowy, który każe Mary Sue przetrwać bezsenną noc na rozmyślaniach?

John nieśmiało zajrzał do biblioteki. Wsunął się do środka przez uchylone drzwi i zapalił światło. Wolnym truchtem obiegł kilka najbliższych regałów, rzucając za siebie nerwowe spojrzenia, jakby poszukiwanie książki było zakazane.
Nawet bibliotekę mają w tej stadninie i jak widać - dość obfitą, skoro księgozbiór zajmuje całe regały (bliższe i te dalsze).
W końcu znalazł to, czego szukał! Gruba książka w zielonej okładce, pod tytułem zdjęcie konia i mężczyzny w kowbojskim kapeluszu.
John musiał być nie lada bystrzakiem, skoro obiegając regały truchtem, znalazł na nich to, czego szukał. Zwłaszcza iż powinien widzieć jedynie grzbiety tych książek!

Zacisnął na niej palce [dlaczego nie szpony?] i jednym susem wyskoczył z pomieszczenia, jakby podłoga paliła mu się pod stopami.
Przyłapanie stajennego na czytaniu książek dotyczących hodowli koni karane było przez Profita torturą koziego jęzora i bambusa.

    Lizzy nieśmiało usiadła przy ojcu. Spał. Jego pokaźny brzuch unosił się miarowo pod kołdrą. Patrzyła ze smutkiem na jego umęczoną, pooraną zmarszczkami twarz. Skąd, do nomen omen konia ten pokaźny brzuch w takim razie? W życiu nie widziałam grubasa z twarzą pooraną zmarszczkami.

Zastanawiała się, co sprawiło, że tak bardzo się od niej oddalił.
Hmm, alkohol?

Delikatnie poprawiła mu poduszkę. Wtedy otworzył oczy i spojrzał na nią z zaskoczeniem:
- Spodziewałem się, że do mnie nie przyjdziesz - powiedział cicho - Nie jesteś córką, która dba o losu ojca.
Te przykre słowa były dla Elizabeth jak policzek, wymierzony przez niewłaściwą osobę. Mimo to ukryła uczucia i odpowiedziała tylko:
- A jednak jestem. Jak się czujesz?
- Mogło być gorzej - padła lakoniczna odpowiedź i zaległa cisza. Po chwili znów odezwał się mężczyzna - Chciałem cię widzieć, bo pomyślałem, ze skoro już jestem chory, to moje własne dziecko wesprze mnie zdrowym, silnym ramieniem.
- Ale moje ramie jest posiniaczone i kontuzjowane, tatuśku. Kiedy wtłukłeś mi ostatnim razem, właśnie ramieniem się zasłaniałam.

- Ale czego oczekujesz tato? - Lizzy nerwowo skubała brzeg prześcieradła.
- Niewiele, niewiele. Elizabeth, daj już spokój. Daj mi trochę pieniędzy, a już sobie poradzę. A przy okazji przemyć mi kilka paczek papierosów. Tutaj na nic mi nie pozwalają!
Dziewczyna poczuła falę gorąca. A więc jej ojciec znów chce wziąć od niej pieniądze, w dodatku zupełnie nie przejmuje się własnym zdrowiem.
Hierarchia wartości Liz. Mniejsza, że chory, ważne, że chce od niej wyciągnąć siano.
Chociaż... W sumie... Z takim tatusiem to ją trochę rozumiem.

Krzysztof miał problem. Pikador nie mógł albo nie chciał skupić się na treningu. Co chwila wybijał się z rytmu przez byle szelest, odległe rżenie lub na widok jakiejś osoby. Chłopak uznał, że nie natrafił dziś na pozytywne podłoże do treningu. W końcu konie też miewają "gorsze dni". Zsiadł więc z wierzchowca i wprowadził go do karuzeli na rozstępowanie. Gdy odnosił sprzęt ujrzał John'a, który wyglądał dość podejrzanie. Biegł przez dziedziniec ośrodka jak ścigane zwierzę.
Za nim biegła koza z bambusem w pyszczku.


Krzysiek jednak nie przejął się zbytnio tym faktem. Zawsze uważał tego stajennego za dziwaka. Nie mógł zrozumieć, dlaczego John zaparł się w swoim postanowieniu, by nie wsiąść nigdy na żadnego konia.
Bo nie umie jeździć.

Wtem usłyszał pisk opon. Na podjazd wtoczył się samochód, z którego wyskoczyła Lizzy.
O proszę. Jednak ma samochodzik?

Nie zamknęła pojazdu, tylko prędko odeszła w stronę swojego pokoju.
- Dziwny ten dzień, wszystko jakoś inaczej niż zwykle. - powiedział sam do siebie Krzysztof.
Powinna odejść w stronę kuchni?

    Fryderick Profit odruchowo szarpał swe wąsiki. Weszło mu to już w nawyk, pomagało się skupić. Uważnie lustrował barwne ulotki.

"Tanio, łatwo i szybko, czyli najlepszy sposób na wychowanie mistrza."

Ehem.

“DOBRZE, SZYBKO I TANIO:
DOBRZE I TANIO nie będzie SZYBKO
TANIO I SZYBKO nie będzie DOBRZE
DOBRZE I SZYBKO nie będzie TANIO”

"Pasjonująca lektura dla zapaleńców!"
"Skorzystaj z książki tej i super-konia miej!"
Ehem. To taki mail, co go kiedyś dostałam “Hallo, Dzidka, enlarge your penis”?...

"Koń, jaki jest każdy widzi. Ale warto też o nim poczytać."
Nawet na antypody dotarła nasza Akademiia wszelkich scencyj pełna. Mądrym dla memoryjału, Idiotom dla nauki, Melankolikom dla rozrywki erygowana?
A myśmy się dziwili, że Profit zna Trylogię...
A może to jest faktycznie nasz stary dobry Tadeusz Zysk, tylko się ukrywa?

Fryderick odrzucił broszurki z krzykliwymi hasłami. Wszystko, co było w oferowanych książkach, nie było niczym nowym, ciekawym.
I taki specjalista, rutyniarz, od lat właściciel własnej stajni, szuka rozwiązania problemów/ciekawych innowacji w ulotkach o kretyńskiej treści?

Z zamyślenia wyrwał go jego border collie. Jak niecierpliwie skomlał i machał gonem. Domagał się spaceru. To wprawiło Frydericka w zaskoczenie. Co też mogło się stać, że Krzysztof zrezygnował z rytualnego spaceru?
Czyżby Krzysztof w stadninie był też za psiarczyka?

Mężczyzna wstał szybko i wytoczył swe pękate ciało na dziedziniec stajni. Szybko odnalazł chłopca. Siedział w cienu drzewa i przewracał kartki jakiejś książki.
Wszystkich nagle ogarnęła mania czytania. Od stajennego, który cichcem wykrada książkę, poprzez Krzysia aż do właściciela stajni.

Fryderick zajrzał mu ciekawie przez ramię.
- O czym to jest? - zapytał nieufnie.
To jest ta strzelba, co wisiała na ścianie, a teraz wystrzeliła, panie Pe.

- Aaa, to książka, którą pożyczyła mi Lizzy. Dotyczny ona Natural Horsemanship,
takie zabawy w porozumiewanie z koniem.
Z czego wynika, że z koniem porozumieć się nie da, można się tylko w to bawić?
Coś jak zabawa z dzieckiem w sprzątanie pokoju?

- Zabawy? A dlaczego tak sie tym interesujesz?
- Wie pan, sam nie wiem, ale jakoś tak zacząłem czytać i te metody są naprawdę zaskakujące i ciekawe. Czy pan wie, że według tej książki można nakłonić najdzikszego konia do nałożenia siodła i ogłowia w jakąś godzinę?
- Co? Jak? To naprawdę bardzo dziwne, czy można temu wierzyć?


- Jeszcze nie wiem... Ale to naprawdę ma sens!
Profit powrócił do szarpania wąsów. "Sens, sens, sens... czy to ma sens?" Coś świtało pod jego łysiejącą czaszką, tylko sam nie mógł tego jeszcze dokładnie sprecyzować. Wtem jednak do jego przemyśleń wdarło się alarmujące przypomnienie o przyjeździe weterynarza. Pospiesznie udał się spowrotem do swojego gabinetu, by móc przyjąć lekarza z największą godnością.
Jeny. To przyjeżdża weterynarz czy ksiądz z ostatnim namaszczeniem?

    Zadumana Lizzy spacerowała po pastwisku. Przypomniała sobie, ze powinna teraz ćwiczyć metody naturalne z Wild Storm, ale nie miała do tego głowy.
Jak również praktycznie żadnej wiedzy, a także umiejętności, doświadczenia i  uprawnień.

Myślała ciągle o ojcu, świeże wspomnienia wywoływały drżenie rąk. Dlaczego on jest teraz tak inny od człowieka, którym był kilka lat temu? Do dziewczyny podszedł młody, zadziorny ogierek.
Boru, ojciec nagle odmłodniał!?

Miał idealnie karą sierść. Mimo to, Elizabeth wiedziała, że kiedy będzie miał jakieś 10 lat, wszystkie jego włoski będą siwe.
Teraz jednak był czarny, więc roczniaka przezywano "Górnik". Konik zuchwale podbiegł w jej stronę, po czym wspiął się na tylne nogi. Skarciła go głosem i spojrzała mu głęboko w oczy. Młodzik odskoczył i niemalże wstydliwie spuścił uczy.
Jasne, raz wypróbowała, a zwierzak od razu wiedział, o co jej chodzi. Taaaa...

"Zadziwiające" - myślała Lizzy - "A więc te wszystkie metody mają jednak zastosowanie!" Postanowiła wykonać pewien eksperyment. Wzniosła ręce ku górze, rozstawiła szeroko palce i znów spojrzała na ogierka.
Ze znalezionych w sieci wyjaśnień trenerki natural horsemanship: próbuj go dotknąć wierzchem dłoni (mając złączone palce, rozczapierzone palce mogą zostać odebrane przez źrebaka jako drapieżne
zachowanie).
[Czytam o natural horsemanship i oglądam filmy na youtubie (na przykład). To ma sens, ale po opku odnoszę wrażenie, że autoreczka COŚ słyszała, COŚ gdzieś może widziała, w którymś kościele dzwoniło, gdy pisała, ale dzwonnica się zawaliła. A tymczasem w roundpenie...]


Speszony jej zachowaniem, odbiegł kilka metrów. Podążyła za nim.

Zabawa "w kotka i myszkę" trwała dłuższą chwilę, w końcu jednak źrebię schyliło łeb. Był to charakterystyczny sygnał, świadczący o tym, że Lizzy wygrała tą rundę.
Koń rzucił ręcznik na deski?

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i odwróciła się do niego plecami. Po chwili poczuła na ramieniu ciepły oddech Górnika.

Pogłaskała go po czole. Potem spróbowała unieść jego nogę. Udało się, podał ją bez zastrzeżeń, chociaż dotychczas na to nie pozwalał!
- Daj łapkę!

- A więc Natural Horsemanship ma sens! - szepnęła w stronę chmur.
A chmury odpowiedziały: “oczywiście”.

Przytuliła się do łebka karuska, po czym raźno pobiegła w stronę stajni. Chciała opowiedzieć o swoim sukcesie Krzysztofowi. Uleciały z niej wszystkie smutki i zmratwienia.
Mratwu-mratwu!

Życie jest naprawdę piękne!
A Karusek (Anielki) zdechł.

Ze stajni z marmurowymi żłobami pełnymi kawioru i szampana pitego przez konie ze złotymi podkowami pozdrawiają: Dzidka badająca związek między dociąganiem popręgu a wielkością oczu  u konia, Gabrielle   galopująca nad przepaścią i Jasza z prawem jazdy na koniach.

a Maskotek ukradkiem czyta bajkę o Koniku Garbusku i ukradek boli go od czytania.

29 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Nie przebrnęłam, może później zrobię drugie podejście. Analiza mało zabawna, może dlatego, że opko nie jest złe. Miałam wrażenie, że nie raz czepialiście się na siłę, jak tu:
""Lekkie przyłożenie łydki i start. To takie cudowne" - pomyślałam Eliza i rozpoczęła trening.
Eliza nie jest zdrobnieniem od Elizabeth.
"
Nie? Oj Jane Austen się nie popisała, też używała Eliza jako zdrobnienie od Elizabeth.

Wolałam Achaję. No nic, zobaczymy, co zanalizujecie za tydzień.

Pozdrawiam,
Sarah

Anonimowy pisze...

Kiepska analiza, komentarze na siłę (naprawdę nie znacie wyrażenia "przebrać jabłka"?), robicie też błędy:

[to, że jest również dumnym właścicielem dużego konia, też się dowiemy]

TEGO

Babatunde Wolaka pisze...

A mnie się podobało. Zwłaszcza fragment o papugach. I całkiem sporo nieintencjonalnych sprośności.

"wzorzec Mary Sue, który odlany z platynoirydu mógłby ozdobić gablotkę w Sevres pod Paryżem."
A to wzorców Mary Sue nie odlewa się z żeliwa?

"Panna ta, jakkolwiek pozbawiona cech nadprzyrodzonych, samą swoją mądrością, dobrocią i wdziękiem rewolucjonizuje styl pracy wielkiej, nastawionej na zwycięstwa stadniny."
No rychtyk jak w powieści kołchozowej z lat 50.

Gabrielle, dzięki za nawiązanie do Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch - jest dobre w każdych okolicznościach.

"I dlaczego, na Bora, w stajni ułożone są płyty chodnikowe?"
Może konie po prostu lubią sobie posłuchać płyt?

"Profit mawiał, że "ogień jest nieujarzmioną siłą, która niedbale pielęgnowana może wymknąć się spod kontroli. Nie ma drugiej tak wspaniałej siły, poza koniem oczywiście". "
Tylko jak na koniu usmażyć kiełbachę?

" Witaj Krzysiu!
(...)
W dodatku po polsku się zwracał.
Co w ustach Australijczyka musiało brzmieć dość komicznie."
Znałem nowojorskiego Żyda, który próbował mówić "Krzysiek", ale wychodził mu "Krzyżyk", więc ostatecznie stanęło na "Krzystof".

"rzekł patrząc jej w oczy z lekkim uśmiechem, starając się wyeksponować przy tym klatkę piersiową i mięśnie przedramienia"
Nic dziwnego, że była potem niezadowolona i zniesmaczona, skoro pokazał jej Kozakiewicza.

"Elu, nie wstydź się. U nas w TV jedna pani rozmawia z margaryną."
Rozmowa z margaryną to jeszcze pół biedy. Pamiętam panią w TV, która pisała list do proszku do prania.

"Coś szamotało się w zaroślach, jęczało i sapało z cicha."
Skąd Milenka w Australii?

"Do Australii, jak widać, Internet jeszcze nie dotarł. Dziobaki go zeżarły."
I cangury.

"*Odpędza wizję starszego jegomościa mającego na sobie jedynie muchę pod szyją*
*Odpędza wizję rzadkich siwych włosów, których umiejscowienie nie zostało sprecyzowane*"
Ja nie odpędziłem :D

Hasło: plemovir. Oj, musiało być niezłe krycie.

Anonimowy pisze...

Przypuszczam, że "nie praktykuje ujeżdżenia", więc startuje np. w dziedzinie skoków czy WKKW, lub w pokazach.
Swoją drogą, dziewczyna musiała być średnio obeznana z tematem, jeżeli spróbowała join-up na koniu, z którym jest zaprzyjaźniona. Ta technika jest przeznaczona dla TRUDNYCH koni, które nie potrafią zaakceptować dominacji człowieka.
Dużo jest teraz takich blogów, gdzie wielbicielki Sweetaśnych Konikuf piszą, jakże wspaniałą rzeczą jest natural. Ten jest akurat całkiem dobry.

Ashera

Emma L. pisze...

Ja się ubawiłam. Szczególnie, gdy Krzysiek usiadł przy kominku ze słownikiem. Coś pięknego!

Anonimowy pisze...

Jako osoba jeżdżąca po prostu nie mogę nie skomentować.
1. Brawa za join-up z koniem, z którym zbudowało się zaufanie. To jest pierwszy krok, jeżeli tego zaufania NIE ma, a koń jest dosyć trudny... Jak już się chciała bawić w natural, to prędzej 7-gier, chociaż one też mają za zadanie oduczyć, czy przyzwyczaić konia do pewnych rzeczy (szczególnie konie płochliwe czy agresywne), no ale mniejsza.
2. Pfff, też mi stajnia sportowa! Oni tam praktycznie nic nie robią! W stajni sportowej, nastawionej na zysk z zawodów (nie żebym była, ale znajomi bywali ^^") to jest zapierdziel jakich mało. Lecisz z koniem na parkur potrenować z myślą, że masz tylko godzinę-dwie nie więcej, po zaraz wskakuje tam kolejny koń. Dlatego czasem stosuje się grafiki - opiekunowie wpisują na daną godzinę swojego konia, na dany obiekt i tyla. Nie ma tak "dzisiaj mam ochotę na ujeżdżenie, to pójdziemy na ujeżdżenie". Konie, które mają przynosić zysk mają ścisły plan treningowy i nie ma zmiłuj. I luźne treningi TEŻ są w taki plan wpisane. Żeby koń jak najlepiej się rozwijał. I taki plan zwykle układają specjaliści :)
3. Wychodzi mi na to, że ta cała gromada była zwykłymi dupotłukami, bo nie było ani porządnego treningu, ani żadnych zawodów, tylko tuptanie po padoku. A skoro są dupotłukami, to stajenni nie są rangą niższą. Btw, nie wiem skąd u autorki przekonanie, że jak stajenny, to nie jeździ, bo nie. W stajniach gdzie bywałam, zdarzało się, że stajenny rozgrzewał konia, czy brał go na lonżę, kiedy osoba zajmująca się koniem nie mogła. Ba! Każdy dżokej wyścigowy, zaczyna od bycia stajennym! Najpierw musi "odsłużyć swoje" i pokazać trenerowi jak radzi sobie z końmi, zanim ten w ogóle wpuści go na konia. Oczywiście mówiąc o jeździe treningowej i zawodach. Bo na codzienne galopady, to konie wyścigowe i stajenni biorą :D .
4. Chciałam zacząć "w stajni sportowej...", ale skoro wiemy, że stajnia sportowa to najwyraźniej nie jest to przejdę do rzeczy. Jeżeli koń ma coś zdobywać NIE DOPUSZCZA SIĘ do takich rzeczy jakie zUy James zrobił Come Back. Po prostu nie, nie i nie. Bo to jest krzywdzenie konia i automatycznie, zmniejszanie jego możliwości sportowych. Koń krzywdzony przez jeźdźca = brak zaufania = jazda polegająca na szarpaniu się z koniem, koń źle odbiera komendy = niskie noty.
5. Jeżeli nasza Lizzie opiekuje się koniem sportowym, nie ważne czy jako dupotłuk czy jako jeździec pełnoprawny, nie może sobie ot tak wyjechać do tatusia w Sydney. Przynajmniej by znalazła sobie jakieś zastępstwo...
6. Te marmury oh ah - zabiły mnie :D . Podobnie jak niedopinanie popręgu :D . A dingo zaśmierdział mi Szklarskim i jego Tomkiem. No ale tam była trochę inna sytuacja :) .
7. Właściwie to... Ja się produkuję a tu i tak chodziło o Marysię :C . Ale pocieszające jest to, że aŁtorka najwyraźniej ma jakąkolwiek pasję i poszerzy swoje wiadomości.
Analiza może była mało kwikaśna, ale kilka razy się uśmiechnęłam :) . Ogólnie jednak miałam nieodparty wyraz wkurwu, ale to już jest wynik bzdur w tym tekście. Tak podstawowych! Eh, no nic. Ogólnie mi się podobało, a to chyba dobrze :D
Sereida

Anonimowy pisze...

Biedny Maskotek, może go namówicie, żeby się przestawił na chyłek? Co się ma chłopak męczyć...

Lilitu pisze...

Mnie się analiza podobała.
"Jak poczuł w sobie nagle silne ojcowskie powołanie, nie opuszczając szczenięcia na krok." - Przed oczami mam taki obrazek: Jak (niemiłosiernie sapiący z gorąca), z miłości trąca pyskiem szczeniaka Dingo, wylizuje mu brzuch przed snem.

Anonimowy pisze...

A według mnie analiza była śmieszna dlatego właśnie, że opko nie było złe. Bo jeśli jest złe to każdy komentarz jest zbędny. A tu śmiałam się głównie z komentarzy analizatorek, nie z głupoty tekstu. Opko faktycznie średnie - gdyby autorka miała w momencie jego pisania 13 albo 14 lat, uznałabym, że jest urocze. Ale skoro, jeśli dobrze policzyłam, miała 16, to jest wyjątkowo infantylne. Już nie wspominając o tym, że ukochana Wild Storm co jakiś czas zmieniała się w Wild Strom. Dziki prąd? Też dobrze.
Sin

Anonimowy pisze...

A ja, jako dziecko i bratanica trenerów jazdy konnej, pytam grzecznie: gdzie w tym marmurowym kołchozie trenerzy własnie? Konie sportowe trenują sami jeźdźcy? A skąd żeż oni to umią???No i po nie mniej zasadnicze: dziobaki pożarły również weterynarza? Jak wnoszę z opisu, akcja dzieje się w całkiem sporej stadninie, a stanówkę rasowych koni przeprowadza się bez nadzoru wet? Dziwo jakieś australijskie, nie ma co.
Ogólnie analiza zabawna, i mile normalna po Fapaji.
Zaś porównany przez Was na początku z czworakami czworobok to zwyczajowa, polska nazwa wygrodzonego, odpowiednio oznaczonego prostokąta do treningów i zawodów w ujeżdżeniu. Jak owo po australijsku się zwie - nie wiem.
Dzidu, przyjmij proszę osobisty podzięk za "Ostatnią przeszkodę". Jedna z ukochanych lektur mojej młodości, wielokrotnie spłakałam się nad nią ze szczerego serducha... Świetna książka. I bardzo mądra.

Anonimowy pisze...

Urwana nać, co za głupi system dodawania komentów. To powyżej pisałam ja, Mrija;)

Borówka pisze...

Opko nie takie złe, to i analizę czyta się jakoś inaczej. I główna bohaterka też jakaś trochę inna, niż zawsze... :P To opko naprawdę się różni od zazwyczaj tutaj analizowanych (prędzej bym je wydała drukiem niż Achaję :D) i ja bym się nad nim nie pastwiła bardzo, bo w podanych przez was fragmentach nie wygląda na efekt bezmyślnej (hormonalnej?) twórczości typowej aŁtoreczki. A że kominki, dingo i tak dalej, to trochę uwag się należało.

Nie wiem, może zlasowały mi mózg te wszystkie Marysie schodzące na śniadanie w topach i rurkach, ale jakoś mi szkoda tej historyjki, bo taka "normalna" na tle tych pozostałych opek przez duże "O" :P

Pigmejka pisze...

"Fryderick wciągnął w płuca haust świeżego powietrza. Słońce przyjemnie grzało mu w plecy. Przed sobą widział pięknie zbudowany zad swego najwartościowszego ogiera oraz Krzysztofa który w milczeniu przysłuchiwał się rozmowie pozostałych towarzyszy."

Zad Krzysztofa w milczeniu przysłuchujący się rozmowie! <3

Parskałam ze śmiechu jak koń na widok cukru. :D

PS. Nie no, blogger sobie chyba żartuje z tymi hasłami.

rinoasin pisze...

Mi się bardzo analiza podobała, była miłym wytchnieniem po przeraźliwie głupiej "Achai". Miałam dodatkową radochę, bo mam kolegę Krzyśka, który jest wielkim pasjonatem Australii i wciąż kojarzył mi się z opkowym Krzysztofem, to było silniejsze ode mnie:D.

Anonimowy pisze...

"Posiada duże tereny, bardzo dobrze zagospodarowaną przestrzeń, zabudowaną licznymi czworobokami [czworakami?] padokami do jazdy i treningu koni"
Nie przeczytałam jeszcze, przybiegłam jednak zauważyć, że "czworobok" to nazwa poprawna, jeżeli chodzi o konie. (Jeździ się na czworoboku, etc.)

a-be

Anonimowy pisze...

http://chomikuj.pl/agii.cz/Harry+Potter+opowiadania/Zwyk*c5*82e/magda2em+-+Wiele+twarzy+Severusa+Snape%27a,586374034.doc
Musicie to przeczytać. Koniecznie

Anonimowy pisze...

A tak z innej beczki- czy tylko mnie analizy nr 172-178 pokazują się w dwóch zetkniętych białych rameczkach, dzięki czemu nie da się w nie kliknąć i przejść do nich? Są zarchiwizowane, ocenzurowane, ki diabeł?

Ashera

kura z biura pisze...

@Ashera: biała ramka to jakiś błąd szablonu, który trwa już od dłuższego czasu i nie mam pojęcia, jak ją usunąć. Nie zawsze "przykrywa" te właśnie analizy, czasem się przesuwa trochę w górę albo trochę w dół.

Babatunde Wolaka pisze...

Powiedziałbym, że całkiem spore trochę. W zależności od tego, którą analizę się akurat czyta, ramka jeździ se w tę i nazad po całym archiwum.

A skoro już mowa o problemach technicznych: niniejszym zgłaszam, że link do "Honoru łowcy" (nr 80) jest wadliwy (zamiast "http://" stoi "hhttp//".

Anonimowy pisze...

Mi też się analiza bardzo podobała i wg mnie wcale nie była "na siłę". Ubawiłam się, nie wymęczyłam, bo ałtoreczka pisze całkiem przyzwoicie... Czego można chcieć więcej ?:)Dzięki NAKW-o za te radosne chwile z wami.

Vespa pisze...

Bardzo zacna analiza, a przynajmniej raz mnie oczy nie bolały od błędów.

Jednego się tylko czepnę, tego pieska na stole w szpitalu dla koni. Owszem, stół dla koni jest wielki jak boisko i wyjściowo niski, ale do zabiegów się go podnosi. Na wyścigach w Warszawie operowaliśmy na takim stajennego kota - no bo gdzie? Tyle, że tam leczeniem zwierząt w szpitalu jednak zajmował się weterynarz, a nie jakaś lasia :)

Panna Beata pisze...

Zad Krzysztofa na długo pozostanie w mej pamięci. Jak również i mucha Profita (przepraszam: Profit'a :P)oraz jego włosy w niesprecyzowanym miejscu.
A scena pokrycia Wild Storm - mocna, pikantna, +18 wręcz... I to myślenie o Anglii. Loffciam!!!


Buziak dla NAKW-y za tę analizę :*

DocHunter pisze...

W sumie akcja opka mogła dziać się we wczesnych latach 90. Internet niby jest, ale nie w buszu i jest kijowy, TVP Polonia zaczęła działać i emituje serial z lat 70. ... tyle że w Australii generalnie każdy dom poza miastem wtedy miał radio i własny agregat (a dziś telefon satelitarny).

Anonimowy pisze...

Oj,nie przebrnęłam,nudne i raczej mało śmieszne.Czekam na przyszły czwartek.

Chomik

Devis pisze...

Niby opko nie jest złe, ale jednocześnie zwala z nóg takimi małym, głupimi rzeczami (zad Krzysztofa czy mrugające zalotnie źdźbła trawy). Jak ktoś już zauważył, miła odskocznia po totalnie chamskiej i obrzydliwej Achai :)

Anonimowy pisze...

No cóż nie udało mi się tego przeczytać, bo parafrazując znany film:
A w tym opku, proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic.

Może jutro będzie coś lepszego;)

Ryokosha
http://ryokosha.blog.onet.pl/

Anonimowy pisze...

Bardzo przyjemna chwila wytchnienia po obrzydliwej Achai. Opowiadanko nie męczy oczu tak jak niektóre (milionem literówek, błędów i emotikonek), a najwyraźniej zapewnia niezłe pole do żartów. Wyjątkowo urzekły mnie papugi skrzeczące coraz mniej wesoło, Profit też żałujący i, oczywiście, zad Krzysztofa.

"Sądząc po pana minie, doszło do zapłodnienia."

W filmie "Frost/Nixon" jest taka scena, jak Richard Nixon tuż przed wejściem na wizję, zwraca się do dziennikarza, który właśnie ma go maglować:

- Jak było wczoraj? Spędził pan udany wieczór?
- Tak, dziękuję.
- Była jakaś kopulacja?

I program zaczyna od się pokazania prowadzącego z wybałuszonymi gałami i głupią miną.

I niech mi ktoś wyjaśni: dlaczego oni tu co chwila zasuwają galopem po stajni? W życiu nie widziałam, żeby ktoś to robił. W stajni zakładało się osprzęt, na konia wsiadało się przed stajnią. Ewentualnie rozumiem, żeby wyjechać stępem, ale galopem? Ze stania? Naprawdę ludzie tak robią?

Anonimowy pisze...

Achaje zbojkotowałam po połowie pierwszej części,ale to opka też mnie nie zadowala:-( cóż ,zbyt mi się chyba standardy podniosły(czy tez raczej Wy mi je podnieśliście). Przychylam się do wcześniejszego komentarza:nuda.
Niby ałtorka wie co pisze,ale jednak nie do końca, co widać zwłaszcza kiedy chodzi o stosunki ludzko-ludzkie.
Zawsze zakładałam,ze w tym przypadku im durniej ,tym lepiej.

Anonimowy pisze...

Od ostatniego komentarza minęły dokładnie cztery lata, ale pozwolę sobie skomentować.
To opko jest cÓdne. Próbowałam je czytać bez Waszych świetnych komentarzy, ale jest to średnio wykonalne.

Rozwaliły mnie konie wstające na widok Merysójki oraz poszarpane boki i obity pysk Jamesa.

"Elizabteh Polite, pójdziesz ze mną teraz! - szarpnął za jej rękaw"
Przestawienie jednej literki, a cieszy. "Elizabteh" wywołało u mnie, jako u kogoś namiętnie uczącego się w wolnym czasie języka perskiego, bardzo wyraźne skojarzenia z jakimś irańskim imieniem/nazwiskiem, jak Alizadeh czy Fereshteh.
"Poiwkei" też niczego sobie :)

Azadi