piątek, 6 października 2017

339. Listy zza grobu, czyli zamęt grubymi nićmi szyty (3/3)


Drodzy czytelnicy!
Przed nami trzecia i na szczęście ostatnia część przygód dzielnych harcerek i harcerzy. Opko w międzyczasie co prawda się zwinęło, ale nie z nami te numery, Angerer. W tej części poznamy sposoby na przetrwanie w głodującej Warszawie, dowiemy się, jakie są najlepsze warunki do uprawiania filozofii, a na koniec zaliczymy prawdziwe wejście smoka.
Indżojcie!

Poprzednie odcinki:

Analizują: Kura, Jasza i Babatunde Wolaka.

Do mieszkania Kasi przychodzi Zośka, przynosząc dla ukrywającej (?) się Klaudii nowe dokumenty na nazwisko Wiktoria Kwiatkowska. Oboje od razu wpadają sobie w oko.
Nie dziwmy się, bo oboje są piękni i eleganccy. Nawet Klaudia, która raz ma być Żydówką uciekającą z getta, a zaraz Żydówką dostającą przydział na mieszkanie.
Ubrana w ciemną, zieloną sukienkę do kolan od razu przykuła uwagę Zawadzkiego.
W każdym razie ma ze sobą niezły bagaż, bo ta zielona sukienka nie jest jedna w jej kolekcji.
(...)
– Kim on jest? – zapytała, bawiąc się końcówką warkocza.
– Zośka? Ach, kolegą z liceum. – Uznałam, że nie mogę prawie obcej dziewczynie zdradzać członów (kfi!) Wawra. Pokiwała głową i zerknęła na wręczone jej dokumenty.
Tak jakby sam fakt zdobycia fałszywych dokumentów nie wskazywał na związki z jakąś tajną organizacją.
Może znalazł na chodniku? Może rozdawali przy kasie w Biedronce? Może sam wydrukował w piwnicy?

Tymczasem u cudownie zmartwychwstałej Heli...

***
– Mamo, ja oszaleję w tym domu! – krzyknęła Hela [po wielu miesiącach “cichych dni” gdy nie odzywała się do uratowanej z Pawiaka mamy], uderzając dłonią w stół. Starsza kobieta wzdrygnęła się lekko i spróbowała podejść do córki, jednak ta, mimo całej miłości, którą żywiła do matki, odtrąciła jej rękę.
– Córeczko, ja nie chciałam, żeby to tak wyglądało... – tłumaczyła [poczciwa] kobiecina o orzechowych oczach. Z czego ona się tłumaczy, na litość boską? Z tego, że Niemcy ją aresztowali i trzymali na Pawiaku?
W opkolandzie kanon każe tak stłamsić rodziców, że przepraszają za to że żyją.
(Gdybyśmy, wzorem Beige i Maryboo, przyznawali opku punkty w różnych kategoriach, Helena za tę scenę zgarnęłaby jakiś milion pińcet w kategorii “Zła córka”.)

Helena powstrzymywała łzy, których już była bardzo bliska.
– Myślisz, że ja chciałam? [być Sophie Angerer?!] Do cholery, mamo, nie mogę tak żyć! – Zacisnęła usta, czując na nich słony smak niewielkich kropel. Nienawidziła tego, że od miesięcy tkwiła w zamknięciu, jak więzień bez wyroku. Ileż by dała za to, by choć przez chwilę znów być na Starówce, odetchnąć zapachem drzew w parku Skaryszewskim.
Spacerki spacerkami, ale ja się naprawdę zastanawiam, kto je utrzymuje, bo najwyraźniej żadna z nich nie pracuje.

Marzenia, głupie marzenia, które odbierały jej zmysły. Oddałaby wszystko, żeby stanąć przed Tadeuszem i powiedzieć mu wszystko. Choć, prędzej dostałby zawału niż by jej uwierzył.
Dlatego należy zacząć subtelne przygotowania...

Wściekła na cały świat popatrzyła na matkę.
– Mogłabyś zanieść komuś list ode mnie? – zapytała po chwili, już spokojniej. Pani Kabicka pokiwała głową i objęła córkę. Hela zacisnęła usta.

– Na Koszykową – wycedziła [z wściekłością. O resztę niech już matka się martwi] po czym usiadła przy stole i schowała twarz w dłoniach. – Przepraszam mamo, ja już... ja już nie mam siły...
– Wiem, kochanie. – Kobieta usiadła przed nią i położyła dłoń na ramieniu córki. – Ale postąpiłaś jak należało.
– Doprowadzając do śmierci rodziców mojej przyjaciółki?
Ale ty wciąż żyjesz, matuchna!
Okłamując chłopaka, którego kocha...łam?
Że niby cyjanek… I rozumiesz? on mnie niósł przez pół Warszawy nocą na Powązki i nie zakopał…
***
Nie mówiąc już o tym Niemcu, który ją kochał i nie musiał rozkopywać, a potem przywiódł na Pragę.
Śmierć ojca rozumiemy jako konieczne straty w ludziach.

Zostawiając dzieci, dla których byłam wzorem? – Podniosła głos. – Tak należało?
– Ojciec na pewno jest ci wdzięczny, że uratowałaś mu choć na chwilę życie, moje dziecko.
Tak się zdążył tym życiem nacieszyć, że ojoj.
Dwuosobowy apartament na Pawiaku, roczny turnus wypoczynkowy bez córki.

– Tylko czemu przegrałam przez to własne, co?
Jej wzrok przebił matkę na wylot. Nie umiała jej odpowiedzieć. Nikt nie umiał.
Kochany Zośko, tak trudno mi pisać do Ciebie...
Kartka podarta.
Zośko, chciałabym powiedzieć Ci tyle słów...
Kolejna do niczego.
Tadeusz! Mam dla Ciebie wiadomość…


***
5 grudnia 1941 roku.
(...)

Zastanawiałam się nad tym, jak pogodzić akcje i drużynę z nową lokatorką. Nie mogłam zostawiać jej samej na całe dnie, to nie było bezpieczne rozwiązanie.
Nie wiadomo, co taka wymyśli z nudów.
Będzie podpalać firanki, albo zatańczy flamenco tłukąc obcasami w podłogę..

Ale nie uśmiechał mi się też pomysł brania jej do pomocy w Koniczynach. Nie ufałam jej jeszcze do końca.
Ona ma więcej do stracenia niż ty.

Przemierzając śnieżną ulicę wpadłam na Alka, wesołego jak zawsze, z rozwianymi włosami i teczką pod pachą.
Włosy pod pachami też miał rozwiane? Piękny widok, zwłaszcza zimą.

(...)
– Ja wiem, Kasiu. – Spoważniał. – Ukrywacie Żydówkę, mam rację?
– Zośka ci mówił?
– Oj, taż przecież o tym wszyscy mówią! - Kilku przechodniów przystanęło obok nich, aby poprawić sznurowadła, opatulić się szalikiem, albo popodziwiać Warszawę.

– Ano mówił. Słowo honoru, ja nikomu nie pisnę. Tylko Amelkę musisz przestrzec. Jak się dzieciaki z podwórka dowiedzą, to zaraz nie komu trzeba doniosą i zamiast Klaudii zamieszka u ciebie gestapo.
Taaaa, opowiadaj o tym każdemu, kto się napatoczy…
Rozgarnięcie umysłowe Amelki słynne było w całym Podziemiu.

– Wolne żarty. To tylko kilka miesięcy, potem mówiła, że wyjedzie na wieś, do ciotki.
Aha. A ciotka, też, jak przypuszczam, Żydówka – żyje sobie spokojnie na wsi nie niepokojona przez nikogo.
Ma tam domek z ogródkiem, więc wiosną chętnie przyjmie siostrzenicę.
(...)

Rozdział 16 - Oni o Was wiedzą

***
Po skończonym spotkaniu z bliskimi, Zośka wracał samotnie do domu. W zgrabiałych dłoniach trzymał daną mu przez Bytnara kopertę. Czyżby ktoś robił sobie z niego żarty? A może to sam Janek znów chce mu dopiec?
Stanął w rogu swojej ulicy i rozerwał kopertę. W środku była mała kartka, zapisana charakterystycznym, nieco okrągłym pismem. Rozpoznał je od razu.
Tadeusz, mam dla Ciebie wiadomość. Pamiętasz tę zbiórkę, którą miałeś zrobić z Wawrem niedaleko Powiśla Czerniakowskiego, w tym parku, do którego chadzaliśmy przed maturą?
Zbiórkę z Wawrem (tak, z całym, w pełnym składzie!) zaplanowano już ponad rok temu i ma ją teraz odwoływać?

A parku na Powiślu jak nie było przed maturą, tak jeszcze nie ma.

Nie czyń tego, bo będą tam wzmożone patrole.
Przez pół roku żyła w zamknięciu, a ma tak precyzyjne dane?
Obserwuje #gestapo na Twitterze.

Oni o Was wiedzą, Zośka. Wiedzą więcej, niż Ty sam możesz wiedzieć.
Tylko nie wiadomo, dlaczego do tej pory jeszcze ich nie wyłapano.
Bo Imperatyw Narracyjny nie pozwala. Do marca 1943 chłopaki mają immunitet.

Trzymaj się!
Helena.

Przetarł dłonią twarz, by upewnić się, czy aby na pewno nie śpi. Gdy doszedł do wniosku, że jest w pełni przytomny, przeczytał wiadomość raz jeszcze. Hela żyła? Ale... nie, to nie mogło być prawdą.
Widzisz, trzeba ją było starannie zakopać, to nie miałbyś teraz kłopotów.
I przebić osinowym kołkiem.
Dla pewności odcinano zmarłemu głowę i układano między stopami. Wiedzieli co robią.
Nie…
Tak.
Przez myśl przemknęła mu Klaudia. Jezu…
– A nie, nie, z tym to do mojego taty! – odpowiedział Jezus.

***
22 grudnia 1941 roku.

Amelka siedziała przy stole w kuchni i rysowała choinkę z czerwonymi i żółtymi bombkami. Przynajmniej podpisywała je, jako żółte i czerwone, bo do dyspozycji miała tylko kilka ołówków ojca. Patrzyłam na nią, mieszając w garnku zdobyty w listopadzie makaron z kartek z jakąś włoszczyzną od sąsiadki.
Ileż ona tego makaronu zdobyła, że starczyło jej aż do końcówki grudnia? Przydziały kartkowe w ogóle były niewielkie (ot, tak, by utrzymać ludzi na granicy śmierci głodowej), a w dodatku makaron i kasze przydzielano rzadko.
No i nie wstyd jej tak żerować na sąsiadce?
Włoszczyzna była bardzo droga. Nie sądzę, żeby ktoś ją bezinteresownie oddawał leniwej pannicy.
Wszystko było drogie. A sąsiadki pewnie miały własne rodziny na utrzymaniu, a nie darmozjada zza ściany.
Pensja robotnika była zbyt niska, aby po wszystkich innych opłatach wykupić kartkowy przydział żywności, a w dodatku jarzyny nie były na kartki i trzeba było je kupować po cenach rynkowych. Widzę te ubogie sąsiadki, które dzielą się ostatnią marchewką.

O mięsie nie było mowy, nie było mnie na nie stać.
A może by tak… no nie wiem… zająć się jakąś pracą?

Pieniądze, jakie ofiarowała mi jedna z ciotek powoli się kończyły i musiałam rozejrzeć się w poszukiwaniu pracy.
Nooo, po dwóch latach już do niej dotarło, że kto nie pracuje ten nie je.

Ponieważ znałam niemiecki dość dobrze, myślałam nad zatrudnieniem się jako kelnerka w jakiejś kawiarence dla Niemców.
Dorosła dziewczyna, jeszcze znająca język, dwa lata czekała z podjęciem pracy i pozwalała się utrzymywać rodzicom, później ciotkom…


Rozczula mnie wizja “kawiarenki dla Niemców”. Widzę mały, przytulny lokalik pachnący parzoną kawą i ciastkami. A w tej cukierni umundurowani Niemcy sączą cappuccino i szeptem wymieniają się tajemnicami wojskowymi.
Znamy taki lokalik!



Dawałoby mi to dostęp do nich, jako do ludzi, mogłam zrozumieć o czym rozmawiają i przekazać to Zośce. Plan ten niezbyt podobał się Rudemu. Uważał, że nie powinnam ryzykować, gdyż Niemcy nieraz lubili sobie co więcej pozwolić w stosunku do obsługi, a to podszczypując panienki, a to proponując im kieliszek tego czy owego.
To było najgorsze, co mogło spotkać dziewczynę w okupowanej Warszawie.

Alek poprzysiągł, że osobiście zdzieli każdego, kto spróbuje „jego małą kulkę rudości" tknąć.
On też wie, że ma immunitet.
(...)

Abramowska odsunęła krzesło. Zerknęłam na nią. Chyba chciała o coś zapytać, bo zagryzała usta i nerwowo rozglądała się na wszystkie strony. Jej zielone oczy ukryły się pod falą płowych włosów.
Klaudia ma bardzo aryjski wygląd, a teraz jeszcze fałszywe papiery. Naprawdę nie musi siedzieć całymi dniami zamknięta w mieszkaniu, udając, że nie istnieje.
Zwłaszcza, że ma oficjalny przydział mieszkania.

(...)
– Czy... czy on tutaj jeszcze wróci? – zapytała z wahaniem, kosztując obiadu. Nie był zbyt smaczny, wiedziałam o tym, ale cóż można przyrządzić z wody, marchwi, kilku ziemniaków i klusek?
Ciekawostka: w czasie okupacji wychodziło mnóstwo książek kucharskich, “pomagających Gospodyniom do racjonalnej gospodarki domowej w najtrudniejszych warunkach”, z przepisami typu “100 potraw z ziemniaków”, “60 potraw z kapusty” itd. Książki zawierały też porady, jak zastąpić niedostępne produkty innymi, np. zrobić kawę z żołędzi, mąkę z perzu, upiec tort z fasoli… Oczywiście, Kasia mogła być beztalenciem kulinarnym, któremu żadne książki nie pomogły, dlaczego nie.
Gospodynie wspinały się też na szczyty pomysłowości, jeśli chodzi o wykorzystanie resztek i niemarnowanie niczego, co zawierało choć odrobinę kalorii – np. zachowywały wodę po gotowaniu klusek, by ugotować później na niej zupę (“kluszczankę”).
Za: Aleksandra Zaprutko-Janicka: “Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania”

– Tadek? (...)
Uniosła ręce w górę w geście euforii.
– Zakochałaś się, co? – Podmuchałam na zupę i pomieszałam w niej łyżką.
– A... mogę? – zapytała nieco ciszej. Ach, nie wiedziała o Heli. Nie mówiłam jej o niej z obawy, żeby się to nie rozniosło gdzieś dalej, po sąsiadach [tak, ukrywająca się Żydówka poleci zaraz na ploty do sąsiadek], bo zaraz by podszepty były, skąd dziewczyna wzięła cyjanek. A wielu chciało już skończyć jak ona…
Widzicie ten tłum Warszawiaków pędzących na Gestapo po cyjanek? Ja też nie.

(...)
– Tadeusz ostatnio dużo cierpiał sercem – powiedziałam powoli, przełykając obrzydliwy płyn, zwany zupą.
Chyba te sąsiadki, wkurzone na darmozjada, dawały jej po prostu zgniłe warzywa.
Po zjedzeniu tej zupy Kasia będzie cierpieć żołądkiem.

Podziwiałam Alka, że był w stanie zjeść dosłownie wszystko, co mu podano.
No, to taka raczej standardowa umiejętność okupacyjna.

Może trzeba było go zaprosić...
– Naprawdę? – zainteresowała się. – Dlaczegóż to?
– Powiedzmy, że jego ukochana poszła inną drogą niż on – odparłam. Amelka popatrzyła na nas dwie po kolei.
– Bo Hela nie ży... – zaczęła tłumaczenie.
– Nie żywiła do niego tych samych uczuć. – dokończyłam, kopiąc siostrę pod stołem. – No, jedzmy, bo wystygnie.
Eeee… Klaudia, ukrywająca się Żydówka, też jeszcze nie wie, że ludzie umierają, i trzeba ją chronić przed tą straszną prawdą?
Ciekawe: Amelka, która dopiero co myślała, że “Mamusia wyszła z tatusiem na spacer”, teraz lepiej ogarnia pojęcie śmierci niż siedemnastoletnie harcerki?

***
(...)

Rozdział 17 - Kopernik lubi piernik, a Alek pomniki
Hela lubi cyjanek, a Zośka majeranek.

U Kasi w domu zbierają się tajne komplety.

(...) do pokoju weszła Klaudia. Ubrana w sukienkę w kolorze mlecznej czekolady, uśmiechnęła się do zgromadzonych.
Klaudia miała ze sobą stos bagaży i hektary ciuchów.
Natomiast zdanie brzmiałoby o wiele naturalniej, gdyby kropka stanęła po słowie “czekolady”.

Zaskoczony Zośka wypuścił ołówek, który trzymał w dłoni i schylił się po niego. Podnosząc się, uderzył czołem w kant stołu i syknął cicho.
Zośka w Podziemiu robił karierę jako człowiek-guma. To jedyne wytłumaczenie akrobacji jakie musiał robić, aby palnąć się w czoło a nie w potylicę.

Dziewczyna migiem okrążyła stół i już była przy nim.
– Coś się stało panu? Może przemyć to trzeba? No, niech pan pokaże.
– Zabrała jego rękę [w kąt] i popatrzyła na cieknącą stróżkę krwi.
Wyrwała mu rękę z barku i patrzy jak krew cieknie. Rozwścieczona stróżka wygrażała miotłą.
Zerknęłam na Alka, lecz ten usta miał zaciśnięte i nieco surowo zerkał na przyjaciela.
Co to za spoufalanie się z obcymi dziewczętami, hę?

Dawidowski umiłował sobie widok Tadka z Helą i niezbyt przychylnie patrzył na poczynania Abramowskiej, która powtarzając Zośce, żeby przestał brać rękę do czoła, przeszła z nim do łazienki, gdzie trzymałyśmy coś a'la bandaże i jakieś leki.
Lepiej byłoby “bandaże i coś a’la leki”
(...)

***
Hela idzie do ZOO, gdzie ma umówione spotkanie, i rozmyśla.

Przymknęła oczy i zatopiła się ponownie we własnych rozmyślaniach. A gdyby tak przyznać się przed Zośką? Czy wybaczyłby jej? A może odrzucił?
Rozmyślania stosowne raczej dla dziewczyny, która zdradziła ukochanego z innym, a nie zdradziła organizację i spowodowała śmierć wielu osób (przecież nie tylko rodziców Kasi, ale i sąsiadów z kamienicy).

Ach, umierała w zamknięciu bez niego i w gruncie rzeczy tęskniła za nim mocno. Czuła, że już go straciła. I to nie tylko jako człowieka, lecz także jako i ukochanego. Nie byłby przecież wierny trupowi, prawda?
Historia zna takie przypadki…

Skręciła w alejkę, gdzie kiedyś stał słonik Jasio i zatrzymała się przy barierce. Chwila oczekiwania na Maxa dłużyła się jej w nieskończoność. Zapytywała samą siebie, po co tak właściwie weszła w kolaborację z tymi, uh, niech Bóg broni przed użyciem pewnych słów.
Khę… rodakami?

Niosło to przecież za sobą same klęski. Została wyrzucona z ZHP, tfu! z Szarych Szeregów,
straciła przyjaciółkę, chłopaka, którego pokochała, drużynę.
Tragedia Kasi, która straciła rodziców, jest niczym wobec angstu Heli.

Ach, właśnie, co u Różyczek? Kto się nimi zajął?
Boru, jej zmartwieniem jest kto będzie im opowiadać bajeczki i nosić na rękach, choć powinna być pewna, że Różyczkami już zajęli się koledzy Hansa z pracy.

Czy zrobiła to Kasia? Ach, czy ona żyje? A może i ją zabrali w tej feralnej czystce przy rynku…
Konieczne straty. I tak najważniejsze jest to, czy Zośka dalej ją kocha.

Głowiąc się nad tym, zauważyła zmierzającego w jej stronę Wanke. Wyglądał na zdenerwowanego, pewnie Hans znów wyżył się na nim z powodu braku informacji o działaniach Wawra. Blondyn stanął przed dziewczyną i rozejrzał się. Gdy miał pewność, że nikt ich nie widzi [na przykład ci z Gestapo], szarpnął nią raz, a porządnie.
– Po co się ujawniałaś? – syknął po niemiecku. Kabicka odepchnęła jego rękę, za co dostała lekko w twarz. Jej stalowe spojrzenie ugięło się pod ciężarem jego wzroku.

– Cholera jasna, miałaś tylko dowiedzieć się, co będą robić, a nie wysyłać liściki.
W JAKI SPOSÓB, skoro jest spalona i uważana za martwą? Pójść do nich przebrana w prześcieradło, udając własnego ducha?!

– Skąd wiesz? – wycedziła, dotykając palcami piekącego policzka. – Nie uczyli cię, że nie czyta się cudzej korespondencji.
Wanke był zażenowany. Przyłapała go na czytaniu listów do Zawadzkiego. “I nie wolno bić kobiet” przypomniał sobie głos Mutti.
Skąd on właściwie miał te listy? Matka Heli, poproszona o doręczenie, najpierw pobiegła na gestapo?
Takie rozwiązanie dobrze zrobiłoby tej dość nijakiej akcji. W każdym razie byłby element zaskoczenia.

– Słuchaj, polska suko. – Ścisnął ją za nadgarstki i przyciągnął do siebie na odległość kilku centymetrów. – Daliśmy ci, czego chciałaś za garstkę twojej wiedzy. Teraz potrzebujemy więcej, rozumiesz?!
Aha. Najpierw spalili agentkę, a potem domagają się od niej więcej informacji.

– Co wam tak zależy na trzech głupich chłopcach, co?
Na trzech?! Już nie tylko Zawadzki będzie znany z nazwiska, ale wydaje mu dwóch innych.

– Zmierzyła się z nim spojrzeniem; rozluźnił uścisk. – Możecie wziąć sobie każdego.
Bo znacie nazwiska i adresy od góry dowództwa aż po dzieci z kolportażu

– Podbudowywała jego ego wiedząc, że tak załagodzi gniew Niemca.
– Po cóż wam trzej maturzyści? Nie lepiej złapać komendę Wawra? Bez nich ci trzej sobie nie poradzą.
Na przykład Mirowskiego? I daj mi wreszcie święty spokój.

– Blefowała, a on zdawał się wierzyć. – Bez przełożonych nie ma harcerstwa. – mówiła dalej. – Przecież znam się na tym lepiej niż ty, co?
Co taki Niemiec może wiedzieć o hierarchii służbowej!
Lata w Hitlerjugend, wojsku i policji właśnie poszły tarmosić się w krzaki.

– Milcz. – Syknął, bo widać zabrakło mu argumentów. [Hahaha, szach-mat, gupi Niemcu!] – Skoro są nam potrzebni, to nie będziemy się cackać z innymi.
Yyy… co? Co autorka miała na myśli i czy rozumie w ogóle znaczenie wyrażenia “cackać się z kimś”? Bo jak do tej pory, to raczej Niemcy cackają się z Zośką & company, nie zgarniając ich mimo dokładnych namiarów.

– I po co czekacie? Moglibyście aresztować ich teraz i po kłopocie, z głowy, a tak pozwalacie im na zabawę. – kpiła z niego. – Naprawdę nie uczą was tego w tych waszych poważnych armiach? – Ostatnie dwa słowa powiedziała z lekkim uśmiechem. – Dajecie im rok, a przez rok można zrobić naprawdę wiele.
Tak, podpuszczaj Maksia, podpuszczaj. A potem będzie wielki płacz: “Ojej, aresztowali Zośkę, czy on mi to kiedyś wybaczy?”.
Dlaczego funkcjonariusze tajnej policji mieliby pobierać nauki w armii?

– Nie podważaj naszych działań, Angerer. – Uspokoił się nieco, głowiąc nad tym, co powiedziała.
Myśl “a może by ich jednak aresztować?” uparcie i z mozołem szukała mózgu.

– Ja tylko stwierdzam fakty. – Wyrwała dłoń z jego uścisku i odsunęła się nieco.
A słoń zaryczał triumfalnie.
***
W tym samym czasie Zośka biegł do mieszkania na Pradze. Kolejny list, jasna cholera, to musiało coś znaczyć.
Dostał go od kumpla z Szucha. Ten zarzekał się, że przyniosła go matka Angererówny. Znaczy ta… no… Kabicka.

Mijając kolejne zabudowania, zastanawiał się nad tym, czy to rzeczywiście Hela pisała, czy może była to jakaś pułapka, którą zastawili na niego Niemcy. A zresztą, po co im on, przecież nie był kimś znaczącym, nie liczył się tak bardzo, jak dowódcy Wawra czy Koniczyn.
Dlatego może żyć w poczuciu bezpieczeństwa.

Ludzie patrzyli na niego zdziwieni, myśląc pewnie, że to znów jakaś łapanka, a biednego chłopca gonią milicjanci.
Jeszcze bardziej się zdziwili, gdy zza rogu wyszedł oddział ZOMO, a zza drugiego - pochód pierwszomajowy.  
Za nimi wszystkimi biegli zdezorientowani ormowcy.

Zawadzkiemu przez głowę przechodziło tysiące myśli.
Chcąc dać im upust [myślom?], szarpnął za klamkę mieszkania przy Ząbkowskiej i Brzeskiej.
Zręczniej byłoby “na rogu”.

Drzwi ustąpiły mu bez większych oporów [jak zwykle podczas okupacji ludzie nie zamykali ich na klucz] i po chwili ujrzał pusty, ciemny i zimny dom.
Otworzył drzwi do mieszkania i ujrzał dom. TARDIS, czy co?

Zrozpaczony usiadł na ziemi i schował twarz w dłoniach. Chłód panujący w pomieszczeniu objął go i przytulił się do jego serca.
Jak mały, puchaty niedźwiadek polarny.

Harcerz zadrżał i jego spojrzenie powędrowało na kartkę, leżącą na ziemi. Wyciągnął po nią dłoń i przeczytał. Skreślone wyrazy wprawiły jego serce w szybsze bicie.
„Kochany Tadeuszu,
tak mi tęskno do Ciebie przepraszam za wszystko, co zrobiłam. Jest mi tak wstyd. Gdybym mogła to wszystko naprawić, to powiedziałabym Ci, jak bardzo Cię kocham nikomu nie stałaby się krzywda.
Wybacz mi.
Kocham Cię.
Helena."

Ktoś tu chyba zbyt serio wziął Ordonówną…

[W przypisie pod tym rozdziałem autorka wyjaśnia, że te podkreślenia w tekście naprawdę są przekreśleniami, tylko wattpad nie daje możliwości takiego formatowania.]

Właściwie dlaczego Zośka zastał puste mieszkanie? Wstrzelił się akurat w ten moment, kiedy Helena miała spotkanie z Maksem, a matka dostarczała kolejny liścik?

(...)
Alek odkręca tablicę od pomnika Kopernika.

Chłopak wszedł wyżej na cokół i dosięgnął śruby. O dziwo odkręciła się zbyt łatwo. (...)
Druga śruba jakoś sama wykręciła się i wpadła w ręce chłopaka. Trzecia zrobiła kilka obrotów jak w tańcu i legła na cokole. Czwarta uznała, że nie będzie gorsza i – o zgrozo! – wyrwała się z uścisku ciężkiej płyty.
A tablica, ewidentnie zasmucona opuszczeniem przez towarzyszki, rozpłakała się i legła u stóp Alka i zsunęła się prosto w ramiona śniegu.
Śnieg utulił ją i pogłaskał po narożnikach rękami zimnymi jak ręce węża.

Ogromny hałas uderzył w serce Dawidowskiego.
Omijając uszy.

Przerażony widmem biegnących policjantów, popędził w stronę ulicy Kopernika. Stopy szurały na śniegu w takim tempie, jakby wystartował w biegu maratońskim.
Skoro “szurały” to chyba był bieg dla osiemdziesięciolatków.

Policzki go paliły, chłód obejmował ciało i wprawiał serce w nerwowe drżenie. Cóż to podkusiło go do tak nieprzemyślanego czynu! Niech to szlag, zginąć za zdjęcie tablicy – Zośka nie pochwaliłby tego, prawda? A zresztą, co tam Zośka, Wawer na pewno będzie wściekły za tak pochopne działania.
Tak, cały Wawer.
(...)

11 lutego 1942 roku.

Bazar Różyckiego nie zaoferował mi tego dnia zbyt wiele. Ot, kilka ziemniaków i marchew, do tego mleko [fiu-fiu!] i kilka jajek [luksus!], kawałek chleba. Pieniędzy wciąż brakowało, a te, które zostały mi z przysłanych przez rodzinę, powoli się kończyły. Coraz poważniej zaczynałam myśleć o pracy w wspomnianej kawiarni, nawet w tajemnicy przed Wawrem i Koniczynami.
W sumie, trochę mnie rozwala to, że pójście do pracy jest tu przedstawiane jako taka absolutnie ostateczna ostateczność, kiedy już człowiek ma nóż na gardle i żadnego innego wyjścia. A wcześniej można sobie żyć sępiąc od rodziny i znajomych. Ech, autorko, kiedyś skończysz naukę i życie zapuka do Twoich drzwi...
Najlepsze jest to, że pracę trzeba było podjąć w tajemnicy przed organizacjami konspiracyjnymi.

Wojna wojną, konspiracja konspiracją, ale miałam do wyżywienia Amelkę i Klaudię, która nie mogła pracować ze względu na swoje pochodzenie.
A te fałszywe papiery wyrobiła sobie ot tak, dla szpanu.
Taka była wtedy moda, co zrobisz..
(...)

(Kasia spotyka Alka)
Przez chwilę szliśmy w milczeniu, obserwując budzącą się do życia Warszawę. Wszystko wydawało się nam takie nowe, jakby śnieg oczyścił stolicę z całej krwi, która przez nią przepłynęła w czasie wizyty Wojny. Bo z zimą już tak jest. Ludzie narzekają, że jest zimno, jednak to właśnie wiatr spędza znad ich myśli czarne chmury, to lodowaty deszcz obmywa poszarzałe serca, a śnieg topi płomienie (???), które zapalają się w oczach.
– Jasne! – potwierdzili warszawiacy, trzęsąc się w wytartych, wiatrem podszytych płaszczach. – Nie ma to, jak porządny mróz, hu-ha!
A gdy woda w wiadrze zamarza, to wtedy serca wypełniają się radością i szczęściem.
(...)

1 marca 1942 roku.
Różyczki poprosiły, byśmy zrobiły coś razem, bo doskwierał im brak spotkań z drużyną. Zebrałam więc zastępy oraz kadrę [kilka zastępów, czyli około dwudziestu osób] i wspólnie poszłyśmy do parku Skaryszewskiego nad jedno z jeziorek. [Siedemnastoletnie] Dziewczyny zapomniały na chwilę o okupacji i bawiły się na brzegu, lepiąc bałwany i inne dziwne stworki ze śniegu. Wmawiały mi, że to las, albo że ognisko, namiot, albo Astra, tudzież Hela.
Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…

Agnieszka rozmawiała z zastępowymi o ich ostatnich obserwacjach względem zastępu, a ja tkwiłam pod drzewem na kocu [to była wyjątkowo ciepła zima. Już w lutym zaczęły się upały], pisząc rozkaz na zbiórkę drużyny, która miała się odbyć, gdy już mrozy odpuszczą. Odziana w cienki płaszcz i długi szalik, zasłoniłam ramiona włosami na tyle, na ile mogłam i zakrywając usta końcówką szalika, skupiłam się na robocie.
Pewnie. Siedź w zimie na ziemi, aż wilka dostaniesz.

Nie zauważyłam ani Rudego, spacerującego z Danusią niedaleko, ani tego, że Wiktoria, harcerka z „Liści" weszła na niezbyt gruby lód niedaleko brzegu. Wystarczyła chwila nieuwagi, by cienka warstwa zimnej tafli pękła, ciągnąc za sobą piszczącą dziewczynkę.
Czy ty, druhno drużynowa, nie jesteś przypadkiem odpowiedzialna za swoje siedemnastoletnie dzieciątka?

Spanikowana Dominika, zastępowa, zaczęła płakać. Agnieszka była bezradna, reszta ZZtu nie wiedziała, co ma robić.
Ech… to naprawdę są harcerki? Wojenne harcerki?

Dziura była dość blisko, jednak trzeba było wskoczyć do wody, by wyciągnąć małą. Podbiegłam na brzeg i wychyliłam się w jej stronę, próbując złapać dziewczynkę za rękę.
(...)
Reszta harcerek płakała, coś mówiła, lecz cicho, by nie zwabić żadnych innych gapiów.
Panikowały szeptem i z kamiennymi twarzami.
Konspiracja ma swoje zasady.

Na szczęście, na miejscu jest też Rudy, który wskakuje do wody i ratuje harcereczkę.
(...)
– No, szkrabie, nie strasz nas tak więcej, co? – Pstryknęłam ją w nosek, a mała uśmiechnęła się blado.
Naprawdę jestem ciekawa, ile “szkrab” ma lat...
(...)
Rozdział 19 - Oj, Klaudia, nie rób głupot!

10 marca 1942 roku.
Amelka spała po obiedzie, zmęczona bieganiną po Barbakanie wraz z Berką i innymi swoimi koleżankami.
Jak wiemy, nastoletnie przedszkolaczki bardzo nie lubią poobiedniej drzemki, ale co zrobić.
Echhh… W czasie wojny dzieci niekoniecznie miały czas i warunki, zeby sobie beztrosko biegać i bawić się. Wiele z nich pracowało lub nawet żebrało, pomagając utrzymać rodzinę. No ale skoro dorosła siostra nie kwapi się z podjęciem pracy, to co dopiero dwunastolatka.

Ponieważ zima jeszcze trzymała Warszawę w garści, przykryłam ją kołdrą i skoncentrowałam się na przygotowaniu rozkazu dla „Virtuti Rosy".
(...)
– O czym myślisz? – Głos Klaudii wyrwał mnie z rozmyślań. Zacisnęłam dłonie na kartce i niechcący ją zgięłam. Rozkaz przestał nadawać się do czegokolwiek, więc wzięłam kolejną ryzę papieru i postukałam w niego ołówkiem.
Ryzę? Zmarnowała pięćset kartek papieru na jeden rozkaz?
Bo był bardzo długi i kwiecisty.

Bla bla, Klaudia zwierza się Kasi z miłości do Zośki i tego, że się pocałowali; Kasia ma focha, bo przecież Tadeusz kochał Helę… Ciach.

11 marca 1942 roku.
Helena rzuciła w ścianę kolejnym listem. Zwinięta kulka papieru uderzyła w białą tarczę opadającą z tynku [?] i upadła na ziemię. Kabicka krzyknęła sama na siebie, lecz dźwięk ten przypominał bardziej skowyt zranionego zwierzęcia. Jej długie, kasztanowe włosy były w nieładzie, a oczami i sercem targała burza. Dłonie jej się trzęsły, oddech przyspieszał i zwalniał co chwilę. Ukochana fioletowa sukienka poszarzała i przedarła się na dole.
Też z tych nerwów. A kiedy Helenka była w dobrym humorze, sukienka magicznie sama się naprawiała.

Pani Kabicka stała przy ścianie i patrzyła na córkę z lękiem, a jednocześnie troską. Jej głowa, która posiwiała na Pawiaku ze strachu, spuszczona była coraz bardziej w kierunku ziemi.
Na Pawiaku osiwiała, ale ostatnie miesiące przysporzyły jej lat.
Czymże jest Pawiak wobec focha Helci.

Chciała coś powiedzieć, jednak dziewczyna nie dopuszczała jej do siebie. Nie chciała. Bała się. Bała, że zrobi matce krzywdę w swoim szale, w swojej tragedii. W dramacie jednej aktorki.
Och, twój szał i tragedia są najwięksiejsze na świecie. Tak tylko przypomnę, że twoja matka przesiedziała rok w więzieniu i straciła męża.

Aż tu wtem! w progu mieszkania zjawia się Zośka, pytając o tajemnicze listy. Matka Heleny przekonuje go, że córki “dawno już nie ma”, a sama Hela obserwuje wszystko z ukrycia w szafie.
(...)
A jeśli domyślił się, że cyjanek był tylko zmyłką? Nie był głupi, na pewno mógł coś podejrzewać.
NO RACZEJ, kuźwa, skoro co kilka dni dostaje kolejne listy!!! Na liściość borską!!!

A zresztą, co by to teraz zmieniło? Może kiedyś się dowie...
– Jeśli znajdzie pani jeszcze jakieś listy, proszę mi je dostarczyć. – Odsunął się po dłuższej chwili i skierował do wyjścia. – Dziękuję. – Ucałował dłoń kobiety i wyszedł. Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Tak samo, jak powieki Heli.
A potem otworzyły ze skrzypieniem zawiasów. I drzwi, i powieki. 

Musiała komuś powiedzieć. Ta tajemnica była zbyt ciężka. Kasia na pewno pomogłaby jej ją unieść. Tak. Kasia. To dobry pomysł.
Cześć, Kasiu, to ja, Hela. Wydałam twoich rodziców i przez rok udawałam martwą, ale ojtam – cieszysz się, że mnie widzisz, prawda?
(...)

Rozdział 20 - Pomaluj mój świat w kotwice i...

20 marca 1942 roku.
Łapanki były czymś, do czego się Warszawa przyzwyczaiła. Ot, zwykły spacer mógł skończyć się wizytą na Pawiaku czy spotkaniem z gestapo na Szucha.
Banał, no nie?

Na samą myśl o tym wszystkim, strach przejmował człowieka.
Prowadząc Amelię przez ulicę, minęłam mury getta. Może tylko mi się wydawało, a może słyszałam zza nich jakieś krzyki. Baliśmy się tam wchodzić ze Związkiem Koniczyn.
Getto było dzielnicą zamkniętą, pilnie strzeżoną, i nie wchodziło się tam ot, tak sobie.
Trochę zabrakło mi pomysłu na komentarz, bo z jednej strony opisane harcerki są słodkimi aniołkami, które spadły z nieba, a które trzeba chronić przed świadomością śmierci, z drugiej - jak wejście Związku Koniczyn miałoby wyglądać? Jak wycieczka przedszkolaków w ZOO? Spacer parami i pokazywanie paluszkiem na co ciekawsze okazy?

Tylko nieliczne dostawały się za – jak to mawiali – szlaban do piekieł.
Po co?

Liczyłam na to, że jeśli jeszcze tam jest, to rodzina Klaudii żyje. Nigdy nie mówiła o swoich rodzicach, ani o domniemanym rodzeństwie. Te tematy zostawały gdzieś z tyłu naszych rozmów.
Lubiła za to słuchać opowieści o Zośce. Zakochana w nim po same uszy, szkicowała portrety chłopaka, gdy zostawiałam ją na całe dnie w mieszkaniu.
Są pewne priorytety.

Spieszyłam teraz, by powierzyć siostrę Berenice, która chciała się z nią pobawić [Berenika ma już piętnaście-szesnaście lat, jest na tyle dorosła, że z dwunastoletnią Amelką może najwyżej bawić się w kolportaż], sama zaś miałam udać się do pracy. Nie informowałam nikogo z Wawra o tym, że jestem pomocą w kawiarni na Piwnej. Nie musieli tego wiedzieć. Dla nich ważny był Zośka, Alek, Rudy, pewnie też Anoda, Słoń czy Kamyk, Orsza. To byli ludzie, bez których nie wyobrażano sobie akcji.
O ile pamiętam, ona chciała podjąć tę pracę w celach zdobywania informacji, więc chyba jednak wypadałoby poinformować przełożonych, c’nie?
Wygląda na to, że wiadomość o jej pracy wszyscy przyjęliby ze zgrozą. “Ojej, ona pracuje, a tfu!”
Wypisz-wymaluj Jane Fairfax z “Emmy”.

(...)
W Szarych Szeregach liczyło się to, czy masz predyspozycje, by na przykład przenieść gazetki i nie zostać zauważonym. Rudowłosa dziewczyna nie była do tego najlepszym materiałem.
Rude włosy można było zakryć chustką. A przy przenoszeniu nielegalnych materiałów przede wszystkim liczyły się spokój, opanowanie i zimna krew.
Do pracy nie, bo śpi do południa, do kolportażu też nie, bo ruda. Zarobić na życie nie, bo Wawer się obrazi.

Nie wtapiałam się w tłum, podczas łapanek nie raz uciekałam, cudem ocalając życie.
Jakby miała Arbeitskartę, to łatwiej byłoby jej uratować się w czasie łapanki.
Jednak nie zawsze było tak kolorowo. O ile w ogóle można nazwać Wojnę jakimkolwiek innym kolorem niż czarny i czerwony. No i szary.
I jeszcze granatowy jak mundury policjantów i brunatny jak hitlerowców, i jeszcze… i jeszcze…

Rozmyślając nad tym wszystkim, minęłam bramę ogrodu Saskiego. W jej widocznym punkcie tkwił wielki napis „ZOO". Zaśmiałam się w duchu, Amelia zaś na głos.
– Mamy drugie ZOO w Warszawie, widzisz, Kasiu? – Cieszyła się mała. Przytaknęłam jej i przyspieszyłam kroku, bo właśnie minęli nas dwaj granatowi policjanci. Już miałyśmy odejść dalej, gdy mężczyźni zatrzymali się i zawołali coś do nas po niemiecku.
Nie wiem, czemu po niemiecku, skoro “granatowi” to była polska policja.
Może wzięli je za Niemki.

Zacisnęłam usta i położyłam na nich palec, zerkając na Amelię, po czym spokojnie odwróciłam się w ich stronę. Poprosili o dokumenty, które podałam im drżącą dłonią. Gdy jeden z nich wczytywał się w fałszywe dane [ona nie chce być gorsza i też ma fałszywe papiery. To się nazywa “dyktatura mody”!], drugi lustrował mnie wzrokiem.
Ma fałszywe papiery, ale dalej mieszka twardo pod starym, spalonym adresem.

Przeklinałam się w duchu, że nie uciszyłam siostry wcześniej. Na pewno zapamiętają ten incydent. Na pewno wykorzystają to do aresztowania. A zresztą, często Wojna nie potrzebuje powodu, żeby zabić człowieka.
Bądź konsekwentna, aŁtorko. Podobno aresztowano tylko członków dowództwa, a szeregowi działacze byli nietykalni.
– Bitte. – Granatowy podał mi dokumenty i pogłaskał Amelkę po płowych włosach. – Gut Maid.
Od razu widać, że policjant nawet nie znał niemieckiego, tylko się popisywał.

Dziewczynka skuliła się i złapała mojego płaszcza.
Płaszcza, torta, smaka.

Mężczyzna roześmiał się i mówiąc coś o nieśmiałych, polskich dziewczętach, oddalił się ze swym towarzyszem. Złapałam małą za rękę i odeszłyśmy szybko. W mojej głowie wciąż huczało widmo dobrej pamięci żandarmów.
Buuuu-huuu-huuu!!!

Boże, Kasiu, uspokój się, nie panikuj. Nie panikuj przy małej.
No, jeśli ona tak reaguje na uliczny patrol, to rzeczywiście widzę ją w chwilach prawdziwego zagrożenia.

Zostawiłam siostrę pod opieką Bereniki i pospieszyłam do Batorego [czyli jednak nie do pracy!], gdzie mieliśmy spotkać się z kimś, kogo przydzielono mi do akcji. Zdziwiłam się, kiedy Zośka wspomniał o malowaniu kotwic, gdyż wydało mi się to typowo męskim zajęciem, do którego harcerek nie dopuszczą.
Jak wiemy z poprzedniej części, harcerki tylko do igiełki zdatne.
W torbie miałam kilka pędzli i jakąś zeschniętą farbę smołową, która może jeszcze do czegoś się nadawała [pod warunkiem, że się ją rozpuści, co może potrwać nawet kilka dni].
No to naprawdę głupi ma szczęście, że jej nie zrewidowali.
(...)

[Rudy] Stał przede mną z rozwianymi włosami, wesołym uśmiechem na ustach i w za dużym płaszczu. Zimne, marcowe powietrze obijało się o jego chudą sylwetkę, wirując wokół jego postaci, jakby oglądając go ze wszystkich stron.



Okazuje się, że Kasia i Rudy mają razem malować kotwice.

Byliśmy niedaleko alei Szucha, co potęgowało u mnie lęk. Wystarczyło kilkanaście minut, by stanąć przed bramą, zza której nie było już wyjścia. Chyba, że w więźniarce. Lub trumnie.

Ale to właśnie tam, Rudy postanowił poozdabiać miasto.
A co tam miasto! Chciał przyozdobić kotwicami dzielnicę niemieckich urzędów.
W dodatku - w biały dzień...

Pomysł ten wydał mi się szalenie ryzykowny, ale kotwicowe szaleństwo ogarnęło już wawerczyków i prześcigali się oni w umieszczaniu tego znaku w najbardziej widocznych i jednocześnie ryzykownych punktach miasta. Ludzi na ulicach nie brakowało, choć wielu omijało wspomnianą aleję.
...i wśród tłumów przechodniów. A teraz zagadka: kto taki mógł się przechadzać po  dzielnicy niemieckich władz i urzędów?
Która w dodatku była otoczona zasiekami z drutu kolczastego i ze strażnikami przy przejazdach.

Patrzyli na budynek spode łba i przyspieszali kroku. Co innego Janek Bytnar.
Janek Bytnar z wielkim uśmiechem, a jednocześnie skupieniem na ustach, zbliżył się do kamienic niedaleko katowni. Wiał od niej swąd krwi i papierosów, który nieprzyjemnie drażnił nozdrza i gardło.
Ałtorko droga, do siedziby Gestapo na Szucha nie można było ot, tak sobie podejść. Ulica przegrodzona była szlabanem, za który można było się przedostać wyłącznie z przepustką. Widać to na przykład na tych zdjęciach:

Gdzie diabeł nie może, tam Rudego pośle.
Swoją drogą, ona to ma węch jak wampir. Wyczuć na ulicy zapach krwi ze środka budynku?

– Widzisz tamtą ścianę? – Czarny wskazał na murek przy wjeździe na plac, gdzie stały więźniarki. Budki strażnicze były puste [gdyż albowiem? Wartownicy pracowali tylko w godzinach 8-16?]; zbliżała się siedemnasta, godzina przewozu więźniów na Pawiak. Byli tu od trzynastej, bici, męczeni, powoli zabijani.
I dlatego właśnie zdjęto całą ochronę, bo mają największy ruch. Logiczne.
Tyle że nie.
– Rudy, to nieodpowiedzialne – uznałam, patrząc na odległość między upatrzonym przezeń murkiem, a bramą. – Przecież wystarczy chwila, a będziesz kałużą krwi.
– Och, wy, dziewczęta, to zawsze się tak wszystkim przejmujcie. – Uśmiechnął się. – Jak chcesz, to mogę iść sam. Nic się nie stanie, rozumiesz?
Wiem, bo czytałem w książce!

– Jego głos nagle stał się tak łagodny, że rumieńce wstąpiły mi na twarz. Zaśmiał się cicho i popatrzył na otwierającą się bramę. Dwa, czarne i wielkie samochody z więźniami w środku wyjechały w kierunku Pawiaku. Z ich środka dobiegał dźwięk ciał, obijających się o siebie.
Jak, do cholery, brzmią ciała obijające się o siebie? Jeżdżę komunikacją miejską i nigdy nic takiego nie słyszałam…
Bo to twardzi ludzie byli.

Kasia i Rudy malują kotwice na rzeczonym murku - jak rozumiem, na samym gmachu Gestapo. Tak. Budki wartownicze były puste, gdyż Imperatyw Narracyjny tak kazał.
(...)
– To straszne – powiedziałam mimowolnie, nie spuszczając wzroku z okien. Jedno z nich zgasło. – Ludzie tam umierają... I są tacy samotni...
– Tak naprawdę nigdy nie jesteśmy samotni – powiedział, chowając narzędzia i farbę. – Można tak myśleć, ale w gruncie rzeczy człowiek zawsze ma przy sobie kogoś bliskiego. Chociażby tutaj. – Położył dłoń na sercu.
Pałlo Kołeljo, 365 aforyzmów na każdy dzień.
Tasiemiec z wdzięcznością pomachał haczykami.

– To piękne, co mówisz, ale dziś zupełnie nierealne – skwitowałam, gdy gdzieś trzasnęły drzwi. Trzeba było się już zbierać.
Zbierać? Ale po co? Postójcie jeszcze i popodziwiajcie wasze dzieła, porozmawiajcie o tym i owym, no gdzie wam się tak spieszy?
Ale to może być nawet skuteczne, bo gdy złapią ich żandarmi i z rykiem zapytają “co wy tu robicie?”, to zgodnie z prawdą odpowiedzą, że rozmawiają o miłości. Wtedy żandarmi się speszą, zawstydzą i sobie pójdą.

– Miłość jest nierealna? – Uniósł brwi z lekkim uśmiechem. – Och, Kasiu. Wojna czy nie, śmierć nie jest silniejsza od miłości. Pamiętaj, nic nie jest od niej silniejsze.
Pokonamy wszystko potęgą miłości i czystego serca!

tenor.gif


– Ujął moją dłoń. Ogromne ciepło, które od niego emanowało, wypełniło mnie od środka.
Z nieba zaczął kropić lekki, marcowy deszcz. Zimnymi kroplami spływał na nasze włosy i oczy. Popatrzył na mnie z uśmiechem [ten deszcz] i nim zdążyłam się zorientować, jego usta przylgnęły do moich.

W pierwszej chwili ugięły mi się kolana, a w głowie zaczęło szumieć, jednak po chwili uświadomiłam sobie, że to nie sen. Że stoję przed aleją Szucha [przed budynkiem policji bezpieczeństwa. Nie, numer 25 to nie cała aleja] , a Jan Bytnar mnie całuje.
Gestapowcowi, który akurat wyglądał przez okno, zwilgotniały oczy… Przypomniał sobie te majowe wieczory, kiedy z Lisą Mueller, córką urzędnika z magistratu, czytywali razem “Hermanna i Doroteę” w cieniu lip na Unter den Linden, a on kradł jej pierwsze, nieśmiałe pocałunki…
...a potem przypomniał sobie, że Lisa wstąpiła do Lebensbornu i urodziła już trzeciego bachora nie wiadomo komu; i sięgnął po pistolet...



To śmieszne, prawda? Tak, pierwszy pocałunek może być naprawdę zabawny. Szczególnie, gdy patrzy na niego Śmierć.
“TEŻ BYM TAK CHCIAŁ, ALE NIESTETY, NIE MAM WARG”.

A mimo tego, była to chwila niezwykle piękna. Ogromnie delikatna i wypełniona czułością. O czym myśli się podczas pierwszego pocałunku? O wielu rzeczach. O tym, że jest się jednak w jakiś sposób atrakcyjnym, bo – o zgrozo, a może błogosławieństwo – ktoś cię całuje. Na pewno przemyka też jakieś dobre wspomnienie z tą osobą. Wspomnienie rozmowy w parku, jeszcze przed maturą, gdy nie znaliśmy życia tak dobrze, jak teraz. A zresztą, czy dwudziestojednolatkowie mogą znać życie?
Dwudziestojednolatkowie? W uniwersum tego opka te słodkie dzieciaczki jeszcze robią w pieluszki i zasypiają, cysiając smoczka.

Gołąbeczki wyznają sobie miłość, następnie Rudy odprowadza Kasię do jej mieszkania.

Gdy odszedł padłam na kanapę w kuchnio – salonie i uśmiechnęłam się sama do siebie.
Ta nowoczesna architektura… Tylko dostawcy głupieli, kiedy wchodząc kuchennymi drzwiami nagle znajdowali się na pokojach.
Ciekawe, czy kuchnię oddzielała “wyspa” i czy były panele na podłodze, bo obecność telewizora przedyskutowaliśmy w ostatniej analizie.
A jeśli zawiesić gdzieś w kącie kotarę, to może być nawet kuchnio-salono-toaleta.

(...)

Rozdział 21 - Wybaczam Ci, przyjaciółko
...łykaj ten cyjanek w kółko.

Myślałam o tym wszystkim dwudziestego trzeciego marca 1942 roku, zerkając co raz na wielką kotwicę, znaczącą się naprzeciwko kawiarni „Amore" na Piwnej. Był to lokal, w którym chętnie przebywali Niemcy, stacjonujący w Warszawie lub oprawcy z Szucha. Wszyscy pracownicy doskonale mówili w języku niemieckim i sprawiali wrażenie, jakby widok okupanta zalanego w trup wódką i kawą był na porządku dziennym.
Co ta wojna robi z ludźmi, nawet kawą potrafią zalać się w trupa.
Nie wiem po grzyba gestapowcy z Szucha (w jednej z najelegantszych dzielnic) szli na bardzo podłą Starówkę, jakby nie mieli żadnej lepszej restauracji w swojej okolicy.
Niektórzy po prostu nie radzili sobie z oddzielaniem pracy od odpoczynku.

Niemców stać było na czekoladę, na ciasta, od których ciekła ślinka. Mimo ostrzeżeń Julii, komendantki staromiejskiego hufca, musiałam zatrudnić się do pracy, gdyż nie miałam już za co wyżywić moich dwóch sióstr.
Cja. Już widzę komendantkę hufca jak zniechęca do podejmowania pracy. “Harcerz jest pożyteczny”, a nie pasożytuje na innych...

Tak, Klaudię zaczęłam nazywać swą siostrą, by nie wymsknęło mi się kiedyś coś nieodpowiedniego o jej pochodzeniu.
A sąsiedzi, którzy od lat znali rodzinę Kamińskich, wcale się nie zdziwili, że oto nagle przybyła im nowa dorosła córka.
Już mogłaby ją przedstawiać choćby jako kuzynkę, która przyjechała gdzieś z prowincji…
Klaudia nazywała się Abramowska, a Abraham też kiedyś twierdził, że Sara jest jego siostrą, aby nie zostać zabitym. Symbolizm tak bardzo…  

Była moją siostrą, a że rodzina moja chrzczona była w katedrze praskiej,
Gdzie? Jak słusznie zwrócił uwagę jeden z komentatorów pod pierwszą częścia analizy, w czasie wojny nie istnieła jeszcze diecezja praska, a kościół, o który chodzi, był po prostu kościołem parafialnym.
Może chodziło o Katedrę św. Wita?
Nie, w pierwszej części analizy była mowa o “katedrze floriańskiej”.

nie można mi było zarzucić, że ukrywam Żydówkę.
Spoko. Tyle, że sąsiedzi i znajomi, którzy ewentualnie mogą wiedzieć, gdzie byłaś chrzczona, wiedzą też, że nie masz takiej siostry – a już widzę, jak się tłumaczysz w ten sposób Niemcom...
Fakt, rozstrzelano “pół kamienicy”, ale przecież drugie pół przeżyło...

Zośka złościł się nieco, że trzeba zmienić papiery, jednak nie narzekał, gdy zaprosiłam go do domu, by wszystko ustalić.
Taaa, i jeszcze wyrabiać nowe dokumenty, bo pannie się uwidziało. Ale zaraz! Przecież Kasia też ma fałszywe papiery! Ciekawe, na jakie nazwisko…

Kasia ma dyżur w kawiarni, aż tu wtem! zjawia się tajemnicza klientka…
(...)

– Co mogę pani podać? – zapytałam po niemiecku. Kobieta uniosła oczy, a ja zachłysnęłam się powietrzem. Helena.
– Nawet nie próbuj krzyczeć, ani mdleć. – Spojrzała na moją bladą twarz. – I nie, nie widzisz ducha. Żyję. – Chwyciła moją dłoń. Jej palce były zimne i chropowate. – Odejdziemy teraz jak gdyby nigdy nic i za chwilę wyjdziemy na tyły, jasne?
- I ani mru-mru, bo połamię ci palce.
(...)

– Ty żyjesz... – wyrzuciłam z siebie myśl, która tkwiła we mnie od kilku minut. Zaśmiała się cicho.
– Też mi odkrycie. I powiem ci więcej, nawet nie umarłam. – Uśmiechnęłam się na jej słowa. Co jak co, ale kochałam humor Heli.
Zaiste, przedni.

– A-ale jak to? – Nie potrafiłam w to uwierzyć, może zrozumieć. Czasem byłam w myśleniu jak dziecko, przyznaję. Przyjaciółka zdawała się wybierać w głowie zdania, które mi powie.
– To nie był cyjanek, a leki na sen. Myślałam, że naprawdę będziecie bardziej spostrzegawczy.
Od jakiegoś czasu się zastanawiałam, czy Hela wiedziała z góry o całej intrydze mającej na celu sfingowanie jej śmierci – teraz wychodzi na to, że tak. No i… przez to wątek robi się jeszcze bardziej bezsensowny. Można by zrozumieć, że po zdradzie Heli Max chce ją w ten sposób ocalić przed wyrokiem śmierci wydanym przez Podziemie. Ale wtedy – pisałam już o tym – powinna zmienić tożsamość i wyjechać, a nie siedzieć na miejscu, a teraz jeszcze ujawniać się. Zaś Max powinien doskonale zdawać sobie sprawę, że jest ostatecznie spalona, a nie domagać się nowych informacji!
Ale gdyby wyjechała, to nie byłoby pola do romansu z Zośką!

– Uniosła brwi. W jej tonie była ta nutka cynizmu, która tkwiła tam od zawsze. – Że Zośka się domyśli po tych listach.
Zośka? Zośka, niosąc ją na rękach przez pięć kilometrów z Koszykowej na Powązki, nie zauważył, że wciąż jest ciepła, oddycha i serce jej bije, a miał się domyślić czegoś z listów?
(tak, wiem, że według autorki środki nasenne spowodowały zatrzymanie funkcji życiowych, ale umówmy się – takie rzeczy tylko w “Romeo i Julii”)

– Był załamany – powiedziałam od serca, a mój ton był zaskakująco miękki. Pokiwała tylko głową, po czym spoważniała.
Bo przedtem była wesolutka jak szczygiełek.

– Musisz mi pomóc. – zaczęła po chwili. – A ja muszę cię przeprosić.
– Za co?
– Za twoich rodziców, za wszystko. – Po drugim słowie puściłam włosy i wybałuszyłam oczy, które momentalnie zaszły mi łzami. Nie płacz, nie płacz do cholery, nie rób z siebie beksy.
- Rozstrzelali ci rodziców, a ty nawet nie wiesz, co ja mam ze swoją matką, no mówię ci...
– Za zostawienie „Virtuti Rosy", za... za to, że zawiodłam.
Tak na jednym oddechu śmierć rodziców przyjaciółki i zostawienie drużyny…
I wychodzi na to, że Kasia musi pomóc Heli za to, że zginęli jej rodzice. Kanon opkowy szaleje.

(...)
Nienawiść, która we mnie wezbrała była zbyt wielka, by mogła opaść. Rozpłakałam się więc jak małe dziecko, a ona bez słowa podeszła i mnie przytuliła. Nigdy nie przytulała nikogo. Nigdy.
Nie wiedziałam, co mam myśleć. Chciałam wykrzyczeć jej, jak bardzo cierpiałam, jak wiele bólu zadał mi ten rok, jednak nie mogłam. Hela zrobiła dla mnie tyle... Zawsze mi pomagała, na swój helusiowy sposób, ale pomagała.
Hm… Takie sformułowanie sugeruje, że jednak z tą pomocą zwykle było coś nie tak.
(Aż mi się ciśnie pod palce – a teraz pomogła jej zostać tró bohaterką opka, likwidując rodziców.)

– Wiem, że teraz będzie ci trudno mi zaufać – szepnęła. – Ale spróbuj, Kasiu. Proszę...
– Ja... – zawahałam się. Potrzebowałam jej. A ona nie mogła być sama. Zastanowiłam się nad tym, jak ciężko musiało jej być przez ten rok. Była samotna. A samotność wykańcza człowieka. Jest jak kamień, który gnieździ się w sercu i nikt go nie kopnie, by nie zawadzał na drodze Nadziei. – Przepraszam...
Była między nami zgoda i obie o tym wiedziałyśmy.
Chrzanić tam martwych rodziców; ważne, że ją przytuliła.
Na szczęście Kasia przeprosiła Helenkę i już jest dobrze. Inaczej dalej by się na siebie dąsały.
(...)

A teraz zostawiamy Was bez komentarza. I to będzie najlepszy komentarz.
Ustaliłyśmy więc, że spotkamy się niedługo w mieszkaniu Heli. U mnie Amelka mogłaby się wygadać, a Klaudia najpewniej byłaby zawiedziona widokiem żywej miłości Tadeusza. Jakkolwiek to nie brzmi.
***

Swoją drogą, Kasia mogła nie kojarzyć rozstrzelania rodziców ze zdradą Heli, w końcu nastąpiło to z półtoramiesięcznym opóźnieniem – ale teraz Hela sama się przyznała. A mimo to wybaczyła jej ot, jak za pstryknięciem palców.

(...)
15 kwietnia 1942 roku.
Hans Bratglaub i Max Wanke
Niemcy noszą wyłącznie imiona Hans i Max. Mieliśmy już ich tutaj czterech, nazwiska się zmieniały, a imiona wciąż te same.
Przynajmniej nie są to Gotfryd, Zygfryd, Grotger i Kefer.

patrzyli na listę osób sprawdzonych ostatnio na ulicy. Wertowali kolejno nazwiska i sprawdzali adresy, by upewnić się, że nie mają tych osób na swojej czarnej liście. Kolejne słowa migały przed ich oczyma, gdy nagle Wanke wziął w ręce raport z dwudziestego marca tego roku. W jego oczy rzuciło się nazwisko „Kamińska". W oka mgnieniu przypomniał sobie Helę i wymuszone od niej dane.
Bo w Warszawie jest tylko jedna Kamińska.
...ale zaraz! Przecież Kasia miała fałszywe papiery! Czyżby… na własne nazwisko i adres?
No cóż, takich dokumentów nikt nie podważy…
Najważniejsze przecież, że są fałszywe.
Swoją drogą, co jej nazwisko robi w raporcie? Przecież nie znaleziono przy niej nic trefnego, nie zatrzymano itd.

Usiadł wygodniej na krześle i podał kartkę przełożonemu.
– Sprawdzimy to mieszkanie – powiedział, będąc w duchu wściekły za milczenie Kabickiej. – Zatrzymano tę dziewczynę zbyt blisko getta. Jeśli próbowała dostać się za mury, mogła wynieść jakieś informacje. Jeśli ukrywa Żydów – przy ostatnim słowie splunął do popielniczki. – to chętnie ją tutaj przygarniemy.
Daleko idące wnioski… Zatrzymano ją w pobliżu głównej bramy Ogrodu Saskiego [od Królewskiej], który był “nur für Deutsche”. Równie dobrze Maksio mógł pomyśleć, że podszywa się pod Niemkę, czy cuś.
*próbuje zrekonstruować przestrzeń* Wejście do Ogrodu Saskiego było jakiś kilometr od muru, więc w żaden sposób ktoś idący tamtędy nie mógł być “za blisko muru”. Nawet jeśli złapaliby ją przy Ogrodzie Krasińskich, to nie było zakazu poruszania się wzdłuż murów.

– Po co nam ona... – Bratglaub wydawał się znudzony, gdy odtrącił kartkę i zaczął wertować kolejne, ważniejsze dla niego zapiski. – Tego od Kopernika się kiedyś złapie, a zwykła polska dziewka tylko zajmie nasz cenny czas, Wanke.
– Myślę, że ona zna tego od Kopernika. – Uznał Max i zgasił papierosa. – Zresztą, tak jak i Angerer. – Wspomniał Helę i wzdrygnął się z obrzydzeniem.
Wciąż miał traumę po wykopywaniu niedotrupka?

Rozdział 22 - Lotnik, Hela i chleb na patyku

Chłopaki omawiają kolejne konspiracyjne zadania. Zośka zwierza się, że wciaż dostaje tajemnicze listy.

– Kolejne cholerne listy, kolejne zadania, których już mam dość, bo każde kończy się tak samo! Zresztą, sami zobaczcie. – Wyjął z szuflady pomięte kartki i rzucił na blat. Jan zmierzył go spokojnym spojrzeniem i wziął jeden z papierów. Jego jasne oczy zaczęły śledzić tekst.
Tadeuszu!
Umarli wstają z grobów, żywi się do nich kładą.
Pamiętaj.
Hela.
To brzmi jak anonim z pogróżkami.
Zośka,
tyle masz na głowie, że o niej zapominasz. Ruszże czasem umysłem i wróć do przeszłości.
Helena.

Co do licha miała na myśli Helena, pisząc do Zośki TAKIE listy? Chciała go przygotować na swój powrót zza grobu? Czy tylko podręczyć?
Może to rzeczywiście szantaż. W takim razie naprawdę panowie - pakować się i natychmiast zwiewać w kieleckie!

– Nie rozumiem ich – wyznał z trudem Kotwicki.
Jeśli to ma cię pocieszyć - tego nie rozumie nikt.

Krople potu wstąpiły na jego twarz. Bytnar usiadł na podłodze i zaczął przeglądać pozostałą korespondencję. Układał listy datami, przyglądał się układowi zdań, podpisom, pismu. Alek patrzył na niego z zaciekawieniem, nie mniejszym niż Zośką.
– Byłeś w mieszkaniu? – Blondyn uniósł jedną z kartek, jednak nie patrzył na adresata swych słów.
– Byłem. Jej matka twierdzi, że nie ma śladu po dziewczynie. A grobu nie będę rozkopywał. – obruszył się nieco.
– Powinieneś. – Czarny skupił się na czymś.
Tadeuszu!
Nie widziałam Cię już od miesiąca. I nic...
Jestem trochę bledsza…
Trochę śpiąca.
Ale bynajmniej nie milcząca!

(...)
– One wszystkie są w formie teraźniejszej [w czasie teraźniejszym, jeśli już] – stwierdził po chwili [Alek]. – I wcale nie są pisane przed śmiercią.
Masz rację Alek. Tak właśnie wyglądają listy pisane po śmierci.

Litery nie wyglądają na wytarte, ani wysłużone.
Wysłużone litery odesłano do lamusa, zastępując nowszymi.
Poza tym, dlaczego “wytarcie” liter ma o czymkolwiek świadczyć? Jeżeli list leżał sobie gdzieś spokojnie przez ten rok (a nie np. był noszony w kieszeni i wyciągany co chwila, żeby czytać go po raz pięćsetny), to nie powinien niczym się różnić od świeżo napisanego. I też, zniszczenia dotyczyłyby raczej kartki niż samego pisma.
Alek wie, jak wygląda list, który przedziera się ze świata pozagrobowego.

Tadeusz... myślę, że ona żyje.
***
28 kwietnia 1942 roku.

Mieszkanie Heli było kiedyś miejscem naszych wspólnych zabaw. Praga była dla mnie terenem tajemniczym i zupełnie innym od malarskiej [chyba malowniczej] Starówki. Z niektórych kamienic sypał się tynk, jeszcze inne były dość mocno podniszczone.
Tak samo, jak i na Starówce, która przed wojną była raczej ubogą dzielnicą.

Wszędzie unosiła się woń alkoholu.
Tja, mieszkańcy Pragi polewali nim ulice.

(...)
Rozmawiają Hela z Kasią.

– I Rudy... Co z nim? Ty wiesz, że on w tobie to zakochany?
– Powiedział. – W moich słowach była duma i szczęście. – Nawet nie wiesz, jakie to było szaleństwo...
– Stać pod Szucha? Wiem. – Uderzyło mnie to stwierdzenie. – Widziałam.
– Tylko ty? – zadrżałam. Moje ręce zaczęły się trząść. – Hela?
– Tylko ja. – Nie potrafiłam stwierdzić, czy kłamie, czy nie. – Lepszego miejsca nie było, co, fajtłapko? – Zaśmiała się czule. – Nie patrz tak na mnie. Nikt inny nie widział, przysięgam.
Hela, przewidując, że pod gmachem Rudy będzie całował się z Kasią, osobiście zadbała, by wszystkie okna wychodzące na ulicę zostały starannie zasłonięte.
Pamiętajmy, że gdy się całowali, zgasło światło w jednym oknie.
(...)

Rozdział 23 - Wystarczy jedno słowo, Kasiu

Kasia zostaje aresztowana w swoim miejscu pracy.

Mężczyźni chwycili mnie i wyprowadzili na zewnątrz. Ich dłonie zaciskały się na moich ramionach, choć wiedzieli, że nie ucieknę. Nie miałam jak. Zimny pot oblewał mi co raz plecy, w głowie huczało. Co chcieli? Czyżby byli w mieszkaniu?
Jeśli tak, to Boże, spraw, by moja siostra była gdziekolwiek indziej. Niech się brudzi w powiślańskim błocie. Niech biega po Kole. Niech będzie gdzie chce. Tylko nie w domu.
Potem jakoś sobie poradzi.
***
Helena biegła w stronę starówki tak szybko, jak tylko mogła. (...)
– Jest Kasia? – zapytała z trudem, kaszląc przy tym okropnie. Amelia zlustrowała ją spojrzeniem od góry do dołu i zerknęła w głąb mieszkania. Ktoś chodził tam po pokoju.
Natomiast z przedpokoju nie było nikogo, kto na dzień dobry daje kolbą w brzuch.
– Nie ma, poszła do pracy. – Dziewczynka przyglądała się jej z zaciekawieniem.
- Masz cukierka?
– Do pracy... – zastanowiła się w ciszy Hela. – Do pracy... Cholera. – zaklęła już na głos.
- Pracuje, niech ją licho!
– Czy... czy był tu ktoś może przede mną? Jacyś panowie na przykład?
Tak, kuźwa, święci Mikołajowie. Gdyby “jacyś panowie” byli tu wcześniej, właśnie wpadałabyś w piękny kocioł.

– Tylko Zośka – odparła mała.
Helena zamrugała szybko. Zośka? Zośki u Kasi się nie spodziewała, prędzej Rudego. Ale żeby Tadeusz? Nie...
Tadeusz? Z Kasią? Jak on śmie, wstrętny zdrajca!

– Nawet nie wiem, czy jeszcze nie jest, bo dopiero przyszłam od Bereniki – poinformowała Kabicką, która wertowała w głowie listę swoich harcerek. – [Mogę zobaczyć kto tak tupie w pokoju, jasne?], jeśli chcesz...

– Nie. – Głos góralki był twardy i surowy. – Pytałam tylko o Kasię. Jeśli się zjawi, to przekaż jej, że o nią pytałam. I tylko jej, jasne? – Uśmiechnęła się blado.

No więc Helena najwyraźniej wie o zamiarze aresztowania Kasi, ale dlaczego chce ostrzec tylko ją? Los Amelki jest jej obojętny?

– Się wie! – Amelka pokiwała główką i skierowała się w stronę salonu, zamykając drzwi. Hela stała przed nimi jeszcze chwilę, gdy do jej uszu dobiegł znajomy męski głos.
– Kto to był, Amcia?
– Nikt taki, Zośka. – odpowiedziała rozbawiona blondyneczka.
Nikt taki.
A jak "nikt taki", to Zośkę też niech aresztują, Amelkę rozstrzelają, a co!

I jeszcze jedno: Amelka wie, że Hela nie żyje (ciekawe, czy już się zorientowała, gdzie się podziali rodzice), tymczasem przyjęła jej obecność całkowicie naturalnie, zero zdziwienia, radości czy strachu. Po drugie, czemu odpowiedziała na pytanie “nikt taki”, zamiast po prostu zawołać “Hela”? Też wie, że należy to ukrywać przed Zośką?

***
Posadzono mnie przed dość wysokim mężczyzną w brązowawej koszuli i ciemnych spodniach.
O, znalazł się “wielbiciel brązu”!

(...)

Popatrzył na mnie oczami ze stali i postukał długopisem w blat.
Kuzyn przywiózł mu takie cudo z Buenos Aires; podobno jakiś węgierski Żyd szukał tam wspólników, by rozpocząć masową produkcję.
(...)

– Katarzyna Kamińska, maturzystka Prywatnego Gimnazjum Żeńskiego Władysławy Lange, [o proszę, ktoś autorce podpowiedział, że Batory był szkołą męską – ale na to, by przeredagować wcześniejsze rozdziały, to już nie wpadła] pracownica staromiejskiej kawiarni „Amore", mieszka przy rynku w kamienicy numer dziesięć. – powiedział to, jak wyuczoną formułkę. Mówił po niemiecku; zrozumienie niektórych słów sprawiało mi problem, jednak starałam się pojąć sens.
To ona w końcu zna ten niemiecki, czy e tam? Nie mówił przecież niczego skomplikowanego, ot, poziom rozmówek dla początkujących. Przypominam, że w kawiarni chciała podsłuchiwać niemieckie rozmowy, żeby wyciągać z nich istotne informacje.

– Co jeszcze mi powiesz o sobie, co? – Wydawał się spokojny. Za bardzo spokojny. Przez moje ciało przebiegł dreszcz. – Może zdradzisz, tak jak ta, co tu była przed tobą, cóż to na przykład są, hm... Szare Szeregi?
Modliłam się o to, by moja twarz nie wykazała żadnych emocji związanych z jego pytaniem. Żaden ruch oczami, ustami, nic. Spokój.
– Poznajesz to? – wyciągnął z szuflady jakąś fotografię i wstał. Podszedł do mnie i ukucnął przede mną. [Prawie klęknął] Przed moimi oczami migotało zdjęcie kotwicy namalowanej przy alei Szucha. Wyblakła nieco, do połowy była zamalowana. „Rudy" przemknęło mi przez głowę. Czyżby i jego złapali. A jeśli Hela im doniosła? Nie, przecież... Nie, to nie było możliwe.
A to, że pracownik wziął aparat fotograficzny i zrobił zdjęcie na polecenie przełożonego, to już nie przyszło Kasi K. do głowy.

Ale mieszkanie... Tam przecież była...
Matko Najświętsza...
– Nie, proszę pana. – Pokręciłam głową, a on złapał mnie za podbródek lewą dłonią, prawą zaś uderzył w twarz. Skóra zapiekła niemiłosiernie, po chwili zaś zadrżała, gdy wylano mi na głowę wiadro lodowatej wody. Kaszlnęłam. Krople wody mieszały się z tymi od potu, tworząc solną mieszanką, skapującą w dół mojego ciała.
Jeżeli ta mieszanka nie była taka bardziej homeopatyczna, to Kasia się musiała pocić jak nurek.

Dusiłam się z każdą kolejną falą goryczy i zimna, które lano mi na głowę. Woda wlatywała mi do uszy, nosa, uderzała w powieki. Było mi zimno, dłonie stawały się sine, przygniecione oficerkami.
Dłonie stawały się przygniecione, a składnia jest tu połamana jak kości bohaterki.

(...)

– N-nie, przysięgam... – wyszeptała, gdy ponownie wykręcono mi ręce i oblano wodą. Kopnął mnie w klatkę piersiową, aż kości gruchnęły. Zerknęłam na okno. Jakiś ptak usiadł na parapecie i zaczął śpiewać.
To był gołąb. Przyleciał zwabiony dźwiękiem gruchotanych kości i gruchał im do wtóru.

Ach, ptaszyno, to nie miejsce na śpiewy. To nie czas na twoje trele. Na Szucha nie śpiewa się nic prócz żałobnych pieśni. I krzyku. Tu melodię piszą łzy i strach. Długie, żarliwe i pełne jęków symfonie dla Śmierci.
W sumie to nawet rozumiem, czemu to opko wzbudza takie zachwyty. Ten egzaltowany styl może się podobać, uchodzić za wzniosły i poetycki...

Ptak zamachał skrzydłami i odleciał. Czymże byłby bez skrzydeł?
Nielotem?
Pingwinem, strusiem… Jest wiele możliwości.
Kiwi.

Odebrać ptakowi skrzydła, to tak jakby ludziom zabrać wolność. Bez niej nie są w stanie wzbić się pod niebo. Leżą więc na ziemi i tęsknie na nie patrzą.
...tylko nie wiem, skąd to przekonanie, że człowiek bity i kopany ma akurat nastrój do filozoficznych rozmyślań.

– A to? Przypominasz sobie? A może ktoś z twoich przyjaciół? Powiedz mi, powiedz tylko kilka nazwisk, a będziesz wolna... – powędrował za moim wzrokiem i zamknął okno. Zamknął niebo.
Uniosłam się na łokciach, lecz zaraz upadłam, twarzą do ziemi. Mężczyzna westchnął znudzony i zapalił papierosa. Dym sprawiał, że zrobiło mi się mdło. Nie znosiłam tytoniu, drażnił mnie. Wiedziałam co nieco o tym, że przypalają tu skórę, w sercu więc podliłam się, by mi tego oszczędził.
Jak sądzicie – literówka, czy celowo? Bo serio nie wiem.

Bałam się. Bałam i chciałam płakać z bezsilności. Tak miałam umrzeć? Tak umierają ci, którzy walczą dla Polski?
Tak. Bo tak umarła i sama Polska.

***
Kasia jest torturowana na Szucha, tymczasem Alek w tajemnicy przed wszystkimi zatrudnia się jako lekarz (?!) w więziennym szpitalu. Nie patrzcie na mnie, nie ja to wymyśliłam.

Rozdział 24 - Powiedz wszystkim, jak umarłam

Kasia na Pawiaku – ciach. Po tym fragmencie jednak widać, że autorka nie pisała całkiem “z głowy”, opierała się raczej na czyichś wspomnieniach.

– Doktor Dawidzki ci pomógł, tak? On jest dobry, bardzo dobry – wyszeptała, uśmiechając się lekko. – Raz nam przyniósł cukru do kawy rano. Ona jest taka gorzka, a doktor przyniósł nam cukier. Dobry człowiek. – mówiła to tak, jakby te białe, słodkie drobinki pozostały jedynym szczęściem jej życia.
Od dawna wiemy, że największą udręką życia pod okupacją był brak cukru do kawy.
Przede wszystkim do herbaty.

(...)
– Dobry człowiek... – potwierdziłam jej myśl, próbując przywołać w pamięci twarz lekarza. Czy był to ten tak łudząco podobny do Alka przez mgłę łez? Nie wiedziałam.
Łudząco podobny i o prawie identycznym nazwisku. Ale ona go nie rozpoznaje...

Nie, Alek nie chciał być lekarzem. Ot, jeden incydent kiedyś u Basi, gdy komuś z raną pomógł za pomocą płaskiego kamienia i bandaży, to nic. Przecież Aluś do wojska chciał, nie do szpitali.
(...)

15 maja 1942 roku.
Alek szedł szybko w kierunku alei Niepodległości. Mimo wielkiego słońca, które wprost lało się z nieba wodospadem żaru, chłopak obrany był od stóp do głów.
Ze skórki.

Serio, w latach 40. fakt, że mężczyzna nawet w upał nosi długie spodnie i marynarkę, a kobieta  – pończochy, nie był niczym niezwykłym.

(...)


Stwarzanie pozorów swego pobytu na wsi szło mu niezmiernie ciężko, jednak miało to swój wyższy cel i ideę. Przecież gdyby się Zośka dowidział, co też Glizda wyczynia, zaraz by go posłał do komendy Wawra, sam rugając uprzednio.
No dobra, tylko po co właściwie on to robi? Żeby opiekować się Kasią?
(i kto zatrudnił w szpitalu – jako lekarza! – chłopaka bez choćby odrobiny wykształcenia medycznego?)

Myśląc o tym, szedł Maciej następnie ulica Więzienna, by skręcić w Pawią. Tam już czekał na niego lekko zdenerwowany Buzdygan z teczką w ręce. Wymielili powitalne uśmiechy i skierowali się ku swojej robocie.
Buzdygan też udaje lekarza?
Wymielili uśmiechy.
Daj, ać ja pobrusza a ti pocziwaj
***
17 maja 1942 roku.
Hela zapukała w drzwi mieszkania na Marszałkowskiej i przestępując z nogi na nogę, czekała. Sekundy dłużyły się niemiłosiernie, jakby trwały wieczność. Bała się, a to była u niej rzadkość. W pamięci miała wszystko, co zaplanowała sobie, by powiedzieć. Oby zadziałało, oby zadziałało...
Poprawiła sukienkę i zerknęła na drzwi. Żadnej reakcji. Zastukała jeszcze raz, a po chwili uchyliły się one i stanął w nich na wpół ubrany Max.
Nie miał służącej, żeby otwierała drzwi gościom? Albo i nie otwierała, bo “pana nie ma w domu”?

Wyglądał na zaspanego, choć godzina była już dziesiąta. Jego złotawe włosy błyszczały w słońcu, które wpadało przez uchylone okno. Roznosił się zapach kawy. Dziewczynie zakręciło się w głowie.
– Czego chcesz, Angerer? – wycedził po niemiecku, wyraźnie niezadowolony z jej wizyty. Uśmiechnęła się lekko.
– Przysługi. – odpowiedziała nieco kokieteryjnie, wiedząc, że mimo całej nienawiści, jaką jej okazywał, nie jest wobec niej obojętny. – Chciałabym, abyście wypuścili jedną osobę z Serbii. Ten jeden raz.
To nie jest na moje nerwy.

– Za co? – Skrzyżował ręce na piersi.
– Za niewinność!

Kabicka przełknęła ślinę, po czym wyjęła z torby kilka stempli ze znakiem Polski Walczącej.
– Za to. – Wcisnęła mu je w dłonie. Niemiec popatrzył na nią zdziwiony i przez chwilę przyglądał się podanym mu przedmiotom.
...zastanawiając się, co ma z nimi zrobić – w dupę sobie wsadzić, czy co? Przecież nie chodziło mu o stemple, tylko o ludzi, którzy ich używali!
Gdyby Hela była rozgarnięta, kazałaby mu natychmiast wypróbować je na murach w Śródmieściu.

Nie wiedział, że są to jedynie atrapy, których Rudy nie wykorzystał i dał Amelce do zabawy.
Aaaaaa! Przecież ten mały nieogar zaraz poleci na podwórko chwalić się i katastrofa gotowa!
Natomiast te prawdziwe miały certyfikat nadany w Londynie.

Nie miały one poduszeczek z atramentem i były całkowicie bezużyteczne.
Ale miały znak Polski Walczącej, kołku.
Ale tak bez atestu? W sam raz dla Amelki do zabawy na Starym Mieście. Niech się dziecko rozerwie.

– Skąd to masz? – zapytał.
– A to już moja sprawa. – Zachowała surowy wyraz twarzy. – To jak?
– Zobaczymy. Przyjdź jutro na aleję. – Trzasnął drzwiami, a Hela uśmiechnęła się zwycięsko.
Max musi naprawdę ją kochać. Przecież znowu nie dała mu nic, jedynie udowodniła, że ma kontakty z podziemiem. Każdy inny gestapowiec już dawno by ją aresztował i biciem wymusił zeznania...

***
18 maja 1942 roku.
(...)
Uderzono mnie kijem w kark tak, że na chwilę straciłam dech. Drzwi się otworzyły i usłyszałam kobiecy głos. Twarz oblała mi się łzami. Nawet one bolały. Zdzierały skórę z policzków i drążyły w nich szlaki, którymi nikt nie wędrował. Nikt prócz Bólu.
Co ona, płacze kwasem?

(...)
– Mam pozwolenie od oficera Wanke, panie Uberwasser. – Echo słów obijało się o moje uszy. Cieszyłam się, że przez chwilę mogę leżeć na ziemi i pejcz nie smaga mi pleców, kije nie uderzają w czaszkę, a woda nie leje się do płuc. Pozwoliłam sobie na ten krótki moment umierania. Na spokój.
– Bierz. I tak nic nam nie powie, tylko marnujemy czas. – Kopnął mnie w nogi. Pisnęłam i kolejna fala łez oblała moją twarz. Na podłodze robiło się bajoro z czerwieni i przeźroczystości.
Łzy i krew stanowczo odmawiały mieszania się ze sobą.

(...)

Rozdział 25 - Pocałunek na pierwszej stronie
Czego? Nowego Kuriera Warszawskiego?

Kasia budzi się w swoim mieszkaniu, pielęgnowana przez Rudego i Klaudię; dowiaduje się, że uwolniła ją Helena.


20 maja 1942 roku.
Klaudia zamknęła mieszkanie i szybkim krokiem ruszyła w kierunku granic getta warszawskiego. Chodziły słuchy, ze mają je w lipcu zlikwidować, tak jak planowano zburzyć getto w Przemyślu dnia trzeciego czerwca.
Niemieckie plany były tak tajne, że ćwierkał o nich każdy wróbel na gałęzi.

Blondynka założyła na włosy chustkę i przemykała pomiędzy tabunami ludzi, którzy spieszyli do pracy, albo po prostu szli, aby iść, marząc, że dojdą w miejsce lepsze.
Jej zielone oczy błądziły po mieście. Tak dawno go nie widziała... Tyle się zmieniło, tylu ludzi odeszło. Czerwone karty z nazwiskami zmarłych [rozstrzelanych] raziły po oczach. Gdzieniegdzie dało się słyszeć rozmowy w języku niemieckim, nieco angielskiego.
Jakiś aliancki desant wylądował nie tam, gdzie trzeba?
O, jeszcze jedna, która nie pojęła czym był “Rząd Londyński” i dlaczego AK nie tworzyli warszawscy Anglicy.
Z wyjątkiem znajomych z innej analizy.
Nie sądzę, żeby to była aluzja do rządu londyńskiego, raczej proste skojarzenie “języki obce – angielski”. Ignorując fakt, że Anglia i Niemcy były w stanie wojny i rozmowa po angielsku na ulicy najpewniej skończyłaby się aresztowaniem.


Polski niknął w tym nawale dźwięków.
Ludność Warszawy w roku 1941 wynosiła ponad 1 300 000 osób, z czego jedynie około
16 000 to byli Niemcy. Mało prawdopodobne, żeby przekrzyczeli Polaków.  
(Za: Tomasz Szarota, Okupowanej Warszawy dzień powszedni, s. 61)
Żydówka zagryzła usta, gdy jej oczom ukazały się mury getta. Minęła je, próbując nie myśleć o tym, co znajduje się za nimi. O rodzinie, która najpewniej leżała gdzieś na bruku.
Była tchórzem. Bała się i nie poszła za swym narodem. Wybrała wygodniejsze życie u mieszczanki, gdzie nic prócz aresztowania i głodu jej nie groziło [a po aresztowaniu to przecież wiadomo, umieszczą ją w komfortowej celi i zapewnią wszelkie wygody], gdy jej rodzina gasła niczym gwiazdy, które ktoś strącił z polskiego nieba. Czuła się winna. Wiedziała o Auschwitz, o Dachau, o obozach, gdzie ludzie ostatni wdech brali w komorach gazowych. A ona oddychała warszawskim powietrzem.
To dużo wie. Nawet Żydzi przywożeni do Auschwitz do końca byli utrzymywani w nieświadomości co do czekającego ich losu.

Klaudia w pobliżu getta spotyka się z Zośką.


– Ma pan, o co prosiłam?
– Mam. – Wyjął z torby jakąś paczkę i podał jej szybko. – Tylko ani słowa. Trochę mnie to... trochę nas to kosztowało, by zdobyć.
– Dziękuję – szepnęła, rozrywając szorstki papier. W środku była jej rodzinna fotografia i chustka matki z wyhaftowanymi inicjałami i gwiazdą dawidową.
A już można by myśleć, że jakieś dobre papiery

(...)


Klaudia bez zastanowienia wspięła się na palce i przycisnęła swe usta do ust jego. Słodko – gorzki smak wylał się na jej wargi, a ona sama poczuła, że wypełnia ją szczęście. Wiedziała, że nie powinna, że za to i jej, i jemu grozi wiele trosk, jednak w tamtym momencie nie martwiła się o to. Przyniósł jej pożegnanie. Czegóż więcej może chcieć serce, które wie, iż skona?
Bo każde serce konało w tamtych latach, nawet, gdy ciało wciąż stąpało po ziemi. To był wiek umarłych serc, którym odebrano nadzieję.
Ech, te wzniosłości...

Nadzieję także w tamtej chwili sprzątnięto sprzed nosa Helenie, która obserwując Zawadzkiego i Abramowską, stała nieopodal w bramie na jedno z podwórek.
Borze, jaka stalkerka.

Zaciskając usta aż do krwi, napawała się widokiem Tadeusza, w głębi zastanawiając się, kim jest ta dziewczyna. Kim była, że to jej ofiarował pocałunki, których tak niegdyś się wstydził...
Wytarła oczy, które zaczęły zachodzić łzami i przycisnęła policzek do zimnego muru. Był parę metrów od niej. Tak blisko, a oddalony o całe wieki.
– Przepraszam, Tadziu... – szepnęła ni to do siebie, ni to do niego, po czym zmierzyła wzrokiem dziewczynę.
Maksiu, szykuj się na kolejną wizytę!

(...)

Rozdział 26 - Nienawidzę tego, że cię kocham

Na początku sierpnia, tuż po moich urodzinach, Amelka zachorowała na zapalenie płuc.
Zachorowała i umarła. W latach 40. z zapalenia płuc mało kto wychodził żywy.

Kaszel roznosił się po całym mieszkaniu, a dwunastolatkę wprost roznosiło w łóżku z nudów.
Jeszcze wspomnij, że nikt nie obawiał się gruźlicy.

Spała po kilka godzin dziennie, przez resztę zaś biadoliła, jak to jej nudno i źle.
Aha. Kasia pewnie zdobyła dla niej amerykańską penicylinę, niebezpieczeństwo od razu zostało zażegnane, teraz dziecku zostało tylko wyleżeć resztki choroby.

Siedziałam przy niej ile tylko mogłam, próbując podnieść się na nogi. Byłam zbyt słaba, by znów iść do pracy, co skutkowało [wywaleniem z roboty i odebraniem kartek] cichym głodem na ustach dwóch „sióstr".
I głośnym burczeniem w ich kiszkach.

Klaudia zaczęła wychodzić z domu, głowę zakrywała chustką [czy w tę haftowaną w gwiazdę Dawida?] i nieraz znikała na całe dnie. Gdy zamykały się za nią drzwi, przychodziła Helenka, często z połówka chleba, albo jakimiś warzywami. Zdobyła dla Amci leki, gdyż lekarzy bardzo surowo sprawdzano, czy nie współpracują z podziemiem, a gdyby się jakiś zjawił tu w mieszkaniu, mógłby znaleźć ślady po działaniach małosabotażowych.
Hm, no to nie wiem – ukryj te ślady? Zapalenie płuc u dziecka to nie jest rana postrzałowa, żeby od razu budziło skojarzenia z podziemiem.
Ona te wiadra z farbą, pędzle i szablony ma porozrzucane na widoku, że strach lekarza wpuścić do umierającego dziecka.

Było to 10 sierpnia 1942 roku, gdy Rudy poinformował mnie o coraz częstszej likwidacji gett żydowskich w rożnych częściach wschodniej Polski.
Od blisko trzech  tygodni trwa likwidacja getta warszawskiego, ale po co drążyć temat.

Nieboskłon Ojczyzny został pozbawiony gwiazd, które dusiły się na ziemi, zatrzaśnięte w klatkach, podobne przy tym do zwierząt.
Tym uroczym porównaniem autorka podsumowuje los Żydów.

Dlatego właśnie niepokoiły mnie częste wyjścia Klaudii z domu. Żydówka zapewniała mnie, że mają one jedynie charakter spacerów, jednak w duchu wiedziałam, że spacery te nie były samotne.
Bo się jeszcze spiknie z Zośką i to będzie największy dramat.

Była oczkiem w głowie Tadeusza, który już chyba całkowicie zapomniał o Heli. Kabicka zaś często przychodziła z nietęgą miną, wiedząc o tym, co wyprawia Zawadzki.
Lampartuje się!

Rozmyślałam o tym, gdy Rudy i Alek kręcili się w mojej kuchni, przygotowując jakiś wywar z igiełek sosnowych dla śpiącej Amelii. Bytnar zapewniał, że lepiej się po tym oddycha i kaszel przestaje być taki suchy. Wierzyłam mu na słowo.
Ruch tam u niej w mieszkaniu jak na Marszałkowskiej. Aż się dziwię, że Hela jeszcze na kogoś nie wpadła.

(...)
20 sierpnia 1942 roku.

Zośka szedł samotnie pomiędzy grobami. Zawsze raczej był sam. W szkole nie miał kolegów, przyjaciół. Owszem, przyjaźnił się z wieloma, lecz właściwie z żadnym do końca szkoły. Swój czas wolny spędzał przeważnie z rodzina, gdzie czuł się najlepiej.
„Oni są moją tarczą, bez której żaden ze mnie żołnierz" pisał niegdyś, by zaraz potem dopisać o Heli: „Ona zaś moją walką. A nie ma wojny bez walki."
Odkrycie na miarę von Clausewitza.

Mając w pamięci te słowa, minął znaną sobie alejkę i stanął przed nieco zniszczonym grobem, który usypano z piasku i wbito weń brzozowy krzyż, który Rudy zbijał naprędce, gdy chowali tu Kabicką.
Khę, kiedy “chowali Kabicką”, raz, że nie było przy tym Rudego, dwa, nikt nie usypywał grobu i nie montował krzyża, a jedynie Zośka ułożył ją w płytkim dołku, nawet nie zasypując ziemią. Trzy, gdyby nawet chcieli ją legalnie pogrzebać, to nie robiliby tego sami, tylko fachowi grabarze. Nie mówiąc już, że załatwienie formalności zwykle trochę trwa – przez ten czas Hela pewnie zdążyłaby się ocknąć.
Robiąc niezły popłoch wśród grabarzy.

Popatrzył na czarną ziemię i dotknął jej ciepłymi palcami, z których wnet odpłynęła krew i stały się sine.
W pustym dołku po Heli zagnieździł się jakiś wampir - krwiopijca?
Też siedział w podziemiu.

(...)
Zerknął na piasek i dostrzegł wśród niego biały przedmiot. Odgarnął wilgotną od nocnego deszczu ziemię i wyciągnął kopertę. Wyglądała na włożoną tu niedawno. Ktoś wiedział, że on tu przyjdzie. Ktoś wiedział.
Rozerwał papier i popatrzył na kartkę.
Tadeuszu!
„Kocham cię, jak kocha się rzeczy mroczne, zatracone pomiędzy cieniem, a duszą." Czytałeś niegdyś ten wiersz, prawda?
Powiem Ci inaczej. Kocham cię, jak kocha się cienie ciągnące się z nami za dnia, dopóki nie zapadnie noc, która nas od nich uwolni. Ty nie pozwalasz nocy nadejść, Tadeuszu. Wciąż żyjesz dniem, wierzysz, że nie ma zachodu słońca. Próbujesz za wszelką cenę nie dopuścić do siebie myśli, że ono zgasło. Jesteś nim, Tadeuszu. Przestań żyć osobą, której nie masz. To Cię wykańcza, przecież widzę. Mnie również. Mnie również...
Helena.
Nie wiedział, co miał myśleć po tym liście. Był taki... inny? Pełen tajemnicy i poezji.
Poezja poezją, ale ten list wyraźnie sugeruje, że Helena żyje, prawda?
A tak z drugiej strony - Hela wiedziała gdzie jest jej grób? Przecież przespała co najciekawsze.
Śledzi Zośkę cały czas, to i na cmentarz za nim trafiła (tak, teraz też Zośka rozpacza, a Hela obserwuje go zza drzew).

(...)

W tym samym czasie chowałam moją chustę do torby i szykowałam się do wyjścia wraz z pozostałością „Virtuti Rosy". „Odwaga" miała w swoim składzie piętnaście harcerek, cały zaś nasz hufiec liczył sobie osiemdziesiąt dziewcząt z różnych drużyn. Ustaliłyśmy, że by nie rzucać się w oczy, weźmiemy same chusty, bez nakryć głowy i zarzucimy je na sukienki.
Osiemdziesiąt dziewczyn w chustach harcerskich będzie się rzucać w oczy nawet i bez nakryć głowy… *wzdech*

Zajęcia dotyczyć miały szycia, gdyż z tym problem był przed majem i listopadem, Pola, hufcowa, przykazała także, byśmy zwróciły uwagę na sprawność naszych dziewcząt. Przygotowałyśmy także punkt sanitarny z bandażami, które nie wiadomo jakim cudem dostarczył mi Aluś przed kilkoma dniami.
Okradając szpital na Pawiaku?

Amelię posłałam do sąsiadki, gdyż bałam się zabrać ją na ćwiczenia, zaś Klaudii poleciłam szybkie ubranie się i pójście ze mną. Jej entuzjazm podbudowało moje zapewnienie, że spotkamy się tam z Zośką.
Nie wiedziałam tylko, czy Hela również zamierza wybrać się na zbiórkę hufców.
A dlaczego nie? Świetny moment na wielkie wejście.

Jeśli miało się tak zdarzyć, to mogła wyniknąć dość nieprzyjemna sytuacja pomiędzy dwoma [dwiema] dziewczynami, nad którą chyba nawet i Tadeusz nie zdołałby zapanować. Złożyłam jednak moje nadzieje w spokoju Heli i opanowaniu Klaudii, a także drużynowych umiejętnościach Tadeusza i ze spokojem wyruszyłam wraz z Abramowską na miejsce spotkania.
Co się ma stać, to się stanie, ale osiemdziesiąt harcerek w jednym miejscu to nie w kij dmuchał.
Ale najważniejsze, żeby Hela z Klaudią nie wzięły się za kudły.

Rozdział 27 - Mokotów Górny i Klaudia (nie)harcerka

Na polanie tkwiły już drużyny dziewczęce, podekscytowane tym, że w pobliżu zbiórkę przed zajęciami mieli także chłopcy. Weszłyśmy z Klaudią w sam środek rozmów, śmiechów i stukotu igieł.
One zabrały ze sobą na tę polanę maszyny do szycia? Bo nie wiem, co mogłoby stukać przy szyciu ręcznym...

– Polcia, dziewczyny, poznajcie Wiktorię Kwiatkowską, moją nową przyboczną, harcerkę z... – zawahałam się. – jednej z drużyn Olgi. – mówiłam o Oldze Małkowskiej. – Wiktoria jest z Podhala i uczy się u nas w Rożach na drużynową.
Aaale… jaką Kwiatkowską z Podhala? Przecież Klaudia miała udawać rodzoną siostrę Kasi, nawet w tym celu wyrobiono jej nowy komplet fałszywych dokumentów!
No tak, harcerki znają Kasię od lat i wiedzą, że nie ma dorosłej siostry… Mówiłam, przedstawiać ją jako kuzynkę!
Tymczasem Róże stały się Rożami, czyli z rosyjskiego - Mordami.

Opis ćwiczeń hufca Mokotów Górny, oparty na książce, oraz równoległych ćwiczeń hufca harcerek, a potem wspólnego ogniska - ciach.
Rankiem po ćwiczeniach Alek wymyka się, żeby wrócić do miasta, gdzie nadal w tajemnicy pracuje jako lekarz na Pawiaku.

Tak dotarł na dobrze oświetloną salę. Hela, siedząca przy biurku podniosła się szybko.
Hela też pracuje na Pawiaku?! Jako kto? Max jej załatwił?
To dawało dobrą Arbeitskartę.

Uścisnął jej dłoń i popatrzył na dziewczynę ze smutkiem.
I ty też pracujesz dla okupanta? Tutaj?!

– Wiem, że tam byłaś, Cynka. – rzucił, przekładając jakieś papiery. Nie spojrzała na niego.
– Widzę, że oboje gramy tak samo. – Splotła ręce na piersi i westchnęła. – Kiedy im powiesz?
– A kiedy ty? Nie licytujmy się, Hela. Zośka i tak już powoli się wyrywa. Nie utrzymasz go słówkami bez pokrycia.
Jeżeli rozmawiają o tym, że trudno utrzymać tajemnicę przed Zośką, to khę… nikt nie kazał Heli pisać tych idiotycznych listów.
A w ogóle… Kasia wie, że Hela żyje, jak Kasia, to pewnie i Rudy, Alek wie, jak on, to i współpracujący z nim w tym szpitalu Buzdygan… Zośka, jak zdradzany mąż, dowie się ostatni.
I to jest suspens. Nic to, że Logika poszła w siną dal.
(...)
Rozdział 28 - Pierwsza część prawdy Helusiowej i getto

Niejaka Agnieszka, przyboczna Kasi, bierze ślub.

A dziś, to jest czwarty października 1942 roku, dniem był wyjątkowym. Podczas okupacji zawierano śluby, a i owszem, jednak nie były one wysyłane „górze".
Znaczy co, nie były rejestrowane? Bzdura. Moi dziadkowie zawarli ślub w czasie wojny i był on jak najbardziej zapisany, gdzie trzeba i ważny.

Płacono co łaska, bo też wiedziano, że to kosztowne wszystko i na chleb nie ma, a co dopiero na miłość.
(...)
Zośka ubolewał z powodu braku Klaudii, która zarzekała się, że jako Żydówka tylko przeszkadzać będzie, lecz winszowała małżeństwa młodym.
Ukrywający się Żydzi bardzo często uczyli się katolickich modlitw, chodzili na msze itd., gdyż zdarzało się, że Niemcy robili podejrzanie (niearyjsko) wyglądającym osobom “egzamin z religii” i znajomość prawd wiary oraz zachowania w kościele mogła uratować życie.
Czytałem kiedyś wspomnienia Żyda, który spędził część okupacji na aryjskich papierach, ale raz o mało nie wpadł, bo zapytał współpracownicę, którego jest w tym roku Boże Narodzenie (wydawało mu się, że jest ruchome, tak samo jak święta żydowskie).

(...)

***
Nowożeńcy urządzają skromne wesele w mieszkaniu, aż tu wtem!

Zawadzki wstał i zostawiając nieco podchmielonego Krzysztofa, oparł się o ścianę. Wędrował wzrokiem po twarzach swych przyjaciół, z lubością zatrzymując się na Alku i Basi, wtulonych w siebie, zakochanych i z czerwonymi policzkami. Ach, ileż on by dał za takie rumieńce.
Wtem, ktoś położył mu dłoń na ramieniu.
Pan pójdzie z nami!

– Tańczy pan? – zapytała Hela, a on odskoczył jak oparzony, patrząc na nią zdumiony. Zerknął na nią, potem na siebie i zaczął w myślach liczyć, czy wypił coś, czego wypić za wiele nie powinien, po czym znów zapatrzył się na dziewczynę. Jej dotyk był wyczuwalny, rzeczywisty, a więc nie uroiło mu się, że ją widzi. Po kolei lustrował każdy fragment jej sylwetki, jakby sprawdzając, czy to naprawdę ona.
Głowa – jest, szyja – jest, biust – odhaczyć, talia – jest...

Słowa z siebie nie mógł wydusić i serce mu się ścisnęło.
Nie wierzył własnym oczom. Hela, jego Helenka najmilsza, która utracił przeszło rok temu stała tu, taka piękna i żywa, uśmiechając się tym swoim cynicznym uśmieszkiem i rzucając ku niemu oczami ciemnymi, jak Tatry. To, co czuł w tamtej chwili było radością pomieszaną z bólem, euforią strachu i odą do wspomnień.
Oraz sonetem pomieszania i hymnem zamętu grubymi nićmi szytego.

Jego umysł szalał, próbował odtworzyć w pamięci dzień, gdy dziewczyna padła na ziemię po zażyciu trucizny. To nie było możliwe. Nie. Nie…
A potem zaczął łączyć fakty. Dziwna żywotność i gadatliwość Kabickiej, brak objawów uduszenia… No i te listy!

– To jak? Umie pan tańczyć? – Kabicka wydawała się znudzona jego zamyśleniem i pijąc wystudzoną herbatę [oczywiście – obrzydliwie gorzką], zerkała na niego co raz.

– H-helu, c-co ty tu... Helu... – powtórzył znów z niedowierzaniem.
– Tak, mam na imię Helena. – Ukłoniła się z uśmiechem. – I powiem ci więcej! Jestem żywą Heleną! – Roześmiała się i gładząc go po policzku przemówiła czułym głosem. – Och, Tadziu, mama nie uczyła, że się dziewczętom grzecznie odpowiada? No cóż to? Mowę odebrało komendantowi takiego hufca? Tadek, Tadek, ciebie zostawić na rok... toż to nawet umrzeć w spokoju nie można.
Jeżu borski, ta dziewczyna naprawdę nie ma serca…

Tadeusz zastanowił się, co ma jej odpowiedzieć, jednak kolejne propozycje, jakie podrzucał mu mózg, wydawały się błahe i bez pokrycia. Zamyślił się więc.

I już go zostawmy, takiego zamyślonego.
Nie wiem, jak Wy, ale ja mam już dość tego opka. Idę zrobić sobie herbaty. Gorzkiej!

Z konspiracyjnego lokalu pozdrawiają: Kura w transie, odbierająca przekaz z zaświatów,  Jasza ze wstrętem patrzący na marchew, Babatunde Wolaka dokarmiający okupacyjne strusie
oraz Maskotek, który towarzyszył nam przez całą drogę spacerkiem po Szucha, od placu Unii Lubelskiej, aż po Rozdroże i wszędzie malował Kotwice.

17 komentarzy:

Lepus Istlich pisze...

"Gestapowcowi, który akurat wyglądał przez okno, zwilgotniały oczy… Przypomniał sobie te majowe wieczory, kiedy z Lisą Mueller, córką urzędnika z magistratu, czytywali razem “Hermanna i Doroteę” w cieniu lip na Unter den Linden, a on kradł jej pierwsze, nieśmiałe pocałunki… ...a potem przypomniał sobie, że Lisa wstąpiła do Lebensbornu i urodziła już trzeciego bachora nie wiadomo komu; i sięgnął po pistolet..."
Mistrzostwo świata! :D Aż obudziłam kota śmiechem.

Anonimowy pisze...


jejku, jejku! Nie możecie tak przerwać! Zdradzcie chociaż, czy Rudy, Alek i Zośka przeżyją wojnę?
No co, w tak alternatywnej rzeczywistości pełnej gnuśnych Niemców i całowania się na alei Szucha wszystko zdarzyć się może ;-)

PS ten podstępny i złowieszczy Max to chyba miał być bratem pułkownika Hansa Landy, ale okazał się raczej bratem specjalnej troski ;-)

kura z biura pisze...

>Zdradzcie chociaż, czy Rudy, Alek i Zośka przeżyją wojnę?

Nie wiemy, opko zlikwidowało się, zanim autorka zdążyła dotrzeć do aresztowania Rudego. Niemniej przypuszczam, że jednak trzymałaby się zdarzeń historycznych.

Anonimowy pisze...

Zanalizowałybyście Sprężynę... Bo od opek boli mnie już głowa. Szczególnie od tych o prawdziwych ludziach

K. pisze...

Nie mogę przeboleć zlikwidowania opka. Tyle pytań bez odpowiedzi. Kogo wybierze Zośka? Czy Amelka będzie bawić się w dom lalkami czy układać portreciki z kamyczków, na wzór harcerek w podziemiach? Co tym razem Kasia kupi na targu - jajka czy dżem? Czy ktokolwiek słówkiem się zająknie o zdradzie Heli? Jaką bajkę opowie zastępowa siedzącej jej na kolanach 16-latce?
Ałtoresso, rozczarowałaś mnie.

Magdalena Maria pisze...

ZOO warszawskie podczas wojny nie istniało - podczas bombardowań trochę zwierząt uciekło, większość odstrzelono ze względów bezpieczeństwa. Resztę wywieziono do Niemiec - ten los spotkał ukochaną przez warszawiaków słonicę Tuzinkę (o ile pamiętam, zdechła w ZOO w Królewcu). Na miejscu ZOO powstała farma trzody chlewnej (były dyrektor, Jan Żabiński, z pomocą swej żony, zachował służbowe mieszkanie i nadzorował tę farmę, ukrywając przy okazji Żydów w piwnicy swojej willi). Zatem ja się pytam, skąd technologia teleportu w tym opku? Bo skoro byli w ZOO...?

Ktoś tam latał po Barbakanie, jeśli dobrze pamiętam (a mój mózg stara się zapomnieć o traumatycznych przeżyciach). Mógł sobie latać długo i namiętnie - znowu wehikuł czasu. Na miejscu Barbakanu stała wtedy kamienica (o ile pamiętam, urodził się w niej Papcio Chmiel), bo mury miejskie przed wojną odsłonięto zaledwie w niewielkim stopniu. Paradoksalnie, dopiero zniszczenia i wywłaszczenia pozwoliły na odtworzenie i po części odsłonięcie murów staromiejskich.

Pozdrawiam :) Cathia

Anonimowy pisze...

Bardzo ciekawe o tych książkach kucharskich.
ednak to właśnie wiatr spędza znad ich myśli czarne chmury, to lodowaty deszcz obmywa poszarzałe serca, a śnieg topi płomienie (???), które zapalają się w oczach..
Że co proszę?
"Gestapowcowi, który akurat wyglądał przez okno, zwilgotniały oczy… ]
oj,dobre!
Akurat brak wiedzy o szlabanie na Szucha bym wybaczyła,ale ten brak sensu,brak znajomości realiów i ogólną egzaltację już nie.

Chomik

MiskiDwie pisze...

Ten kawałek o Żydach jako gwiazdach w klatkach byłby bardzo dobrą, plastyczną metaforą, gdyby ałtoreczka miała warsztat i wyczucie smaku. A tak mamy efekt kupienia dobrego kawałka schabu i obrobienia go do postaci podeszwy.

kingsofspain pisze...

Jako niezbyt ambitna gimnazjalistka- biję się w pierś- ''Kamienie'' przeczytałam pobieżnie, bez zrozumienia. Niedługo przed pierwszą analizą tego... no właśnie, nadrobiłam lekturę, i... o, Bożenko.

Mniszkowaty język- jakkolwiek drażniący, jeszcze jakoś przeżyję- ot, dziewczynkom wydaje się, że wyjdą na inteligentniejsze i bardziej oczytane, jak opiszą pięcioma słowami coś, na co starczą dwa. No ale FANFIG, kurhan jego mać. Śliczni Chłopcy z najnowszej adaptacji filmowej- czego chcieć więcej? Nic więcej nie trzeba, tło dla Ślicznych Chłopców sklecone byle jak, z tego jak się autorce wydaje, że było. ''Akcja'' w Adrii opisana w taki sposób, że w sumie do pełni szczęścia brakowało mi tylko relacji na Snapa ;) RPF to z reguły dosyć śliski temat, ale ''Kamienie''... fanfik... ''Kamienie''... myślę i myślę, ale wciąż does not compute.

Ktoś (kto to, kto to?) wspominał w komentarzach pod którąś poprzednich analiz o homoromantycznym cudaku z Ru...Zo... ech, kurhan, wróć, Ślicznymi Chłopcami w roli głównej. Najwyraźniej autorka cudaka poszła po rozum do głowy, bo ''wyrzekła się'' swojego dzieciątka ;) (oznaczony na AO3 jako ''orphaned'')

Jeszcze na koniec: przy fragmencie o szkicującej Klaudii przysięgam, że przeczytałam ''w słuchawkach na uszach''. Do przedstawionych ''realiów'' pasowałoby jak znalazł!

Anonimowy pisze...

"Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Tak samo, jak powieki Heli."
A teraz wyobraźmy sobie, że za każdym mrugnięciem Helci rozlega się taki głośny trzask, jakby ktoś z bicza strzelił.

Anonimowy pisze...

Czy ktoś wie dlaczego opko zostało skasowane? Analiza jest tego powodem? Bo wiem że gdy wyszła pierwsza część analizy, opko nadal istniało.

Anonimowy pisze...

Oh, kocham takie poważne opka! Książkowe, lekturowe, do nich nawet milenka-marlenka się nie umywa! A fragment o gestapowcu mnie rozwalił :D Więcej!

Siberian tiger pisze...

Ja w sumie nie mam wiele do dodania poza tym, że bardzo mi się podobało. Dlatego tak tylko daję znak, że ta analiza była naprawdę bardzo dobra. W ogóle analizy historycznych tekstów wam wychodzą wybitnie, bo wielu ciekawych smaczków można się dowiedzieć. Shir.

Broz-Tito pisze...

Dla was, analizatorzy, wielka miłość-miłość za wszystkie analizy, kwikałam sobie radośnie od początku do końca każdej, ALE ŻARTY NA BOK!
Niech ktoś mi wytłumaczy, czemu nastoletnie dziewczęta są za każdym razem przedstawiane jak kilkulatki. No na przykład ta nieszczęsna Amelka, co ma lat 11 a zachowuje się, jakby miała 5 (gorzej niż Jaskier! Najgorzej!). Za każdym razem kiedy czytałam o tych lalkach, braniu na ręce, pakowaniu się na kolana itd. to aż mną wstrząsało, no bo... no bo... Czy autorka zapomniała, co robiła jak miała lat 11 (a pewnie nie było to aż tak dawno temu...)?! Czy to naprawdę taka kompletna amnezja i niekonsekwencja w tym, co się chce napisać? Czy można aż tak zapomnieć, czy chciało się kreować nastolatki czy kilkulatki? CZY KTOŚ PANOWAŁ NAD TYM BURDELEM JAK TO POWSTAWAŁO?!
Serio, już pal sześć te dramatycznie złe realia i nieznajomość przedwojennej/wojennej/jakiejkolwiekkuźwainnej Warszawy (jako warszawiankę od bez mała lat 7 ulica Chorza z poprzedniej części przyprawiła mnie o minizawał), już olać nawet kreacje Zośki i całej reszty ferajny, do tego był czas się przyzwyczaić....ale jak można pisać cokolwiek tak niekonsekwentnie...
Aha i do tej pory nie wiem, czy Helena/Sophie była Polką w przebraniu Niemki czy Niemką w przebraniu Polki... bo jeśli była Polką to po kiego grzyba Max wymyślał jej ten pseudonim artystyczny? Co, "Helena" nie przechodziło mu przez usta? A jeśli była Niemką to jak główna bohaterka mogła ją znać od dzieciaka i o tym nie wiedzieć? Wszczepili jej wspomnienia o "Helenie" czy ki uj?

Anonimowy pisze...

Czy mogę nieśmiało prosić żeby następna analiza była o yaoi z wattpada ?

Anonimowy pisze...

Opko zniknęło, jak dodano pierwszą część analizy. ;3

Anonimowy pisze...

Ciekawa jestem waszej reakcji na to cudo. Rzecz traktuje o niedoszłym samobójcy, nastolatce z kompleksem zbawiciela świata i tym, jak to czytanie opek ratuje życie
https://my.w.tt/UiNb/qb3Tw6JQeH