OGŁOSZENIE

Przepraszamy,
blog chwilowo ma przerwę.

Mamy nadzieję, że niedługo wrócimy!

sobota, 19 lutego 2011

63. Bigos myśliwski, czyli Małe jest piękne!


Drodzy Czytelnicy! Dzisiejsza analiza nieco się różni od innych. Pod nóż wpadło bowiem nie jedno, lecz aż pięć opowiadań! Mają one jedną cechę wspólną  - "dobrze żarły, ale zdechły". Czyli po interesującym (z punktu widzenia analizatora) prologu lub pierwszym rozdziale nastąpiło wielkie nic. Szkoda jednak byłoby zmarnować tak smakowite kawałki, prawda? Zapraszam zatem na bigos myśliwski!

1. Kolory huraganu, czyli Młodość Toma Riddle'a

Autorka tegoż opowiadania postanowiła nas uraczyć rzewną historią o młodości Lorda Voldka. Niestety, nie wyszła poza prolog, tak więc straciliśmy jedyną, być może, okazję by się dowiedzieć, skąd wziął się ten przymus płodzenia córek... Indżoj!
Analizują: Kura i Murazor.
http://przeszlosc-riddlea.blog.onet.pl/

Deszcz padała
Boru litościwy! Zaraza zmiennopłciowości dotknęła nawet zjawiska przyrodnicze? Ja się boję... *drżąc, kryje się za ramieniem Murazora*
Ja się jeszcze trzymam rodzaju męskiego.
To "jeszcze" jest takie... *boi się jeszcze bardziej*

 małe, srebrne krople wody powoli spadały na ziemię, bębniąc cicho.
Czy małe krople nie powinny aby spadać bezgłośnie?
I dlaczego właściwie spadały powoli? Jak to wyglądało? Jak woda kapiąca z kranu?
Nie chcesz wykładu z mechaniki płynów. Uwierz mi, że nie chcesz...

Wszędzie panowała cisza, przerywana odgłosami spadającego deszczu.
Chlust! - i cisza... Plask! - i cisza... Chlap! - i cisza... Tak to mniej więcej brzmiało.

Powietrze było nadzwyczaj ciężkie, dziwne. Wszyscy od ponad tysiąca lat czekali na ten dzień.
Długowieczni byli.

Dzień spełnienia się pierwszej części przepowiedni…
Znaczy, masz na myśli tę o Voldku i Harrym? Wychodzi na to, że wszyscy czekali na spełnienie przepowiedni, która zostanie wygłoszona dopiero za jakieś 50 lat...

Wiatr zaczął coraz szybciej wiać, aż w końcu przemienił się w wichurę, która targała zielone korony drzew. Srebrna, zardzewiała brama chwiała się lekko.
To jakaś nędzna podróba srebra była, skoro zardzewiała.

Droga, która biegła przez bramę, wyglądała teraz jak błotniste bagno.
Taka anomalia przyrodnicza, w przeciwieństwie do suchych bagien, jakie znamy na co dzień.
Jeśli tak wyglądała droga, to to, co poza nią, musiało przypominać bezdenną topiel!

Prowadziła ona prosto, do średniej wielkości budynku. Miał on nieotynkowane ściany i czarny, szkarłatny dach.
Dach nieco przypominał belkę w domu rodzinnym profesora
Idziego Tyzroba, którą biograf tego znamienitego matematyka opisywał tak: "Mały Idzi w kolebce przypatrywał się często tej belce, srebrzącej się purpurowo-zielonym brązem na tle złocistorudej bieli sufitu."

Gdzieniegdzie na grządkach rosły jakieś kwiaty.
Ale jakie - nie wiadomo, bo zalała je topiel nieprzebyta.

 ścieżka skręcała do małego sadu, otaczając furtkę prowadzącą do niego.
Choćbym nie wiem jak próbował, i tak nie jestem w stanie narysować przebiegu ścieżki według powyższego opisu.
Ja się za to zastanawiam, po ki czorta ścieżka skręca do sadu i wije się wokół furtki, zamiast prowadzić, jak Bozia przykazała, prosto do drzwi wejściowych. Chyba po to, żeby bohaterka dłużej potaplała się w błocie.

Na małym dziedzińcu można było dostrzec jakiś cień, zarys małej postaci.
Zarys konturu kształtu linii brzegu cienia kupy samicy jeża...

Była to kobieta, średniego wzrostu i o bladej cerze. Na sobie miała stary płaszcz a głowę przykrywał ciemny kaptur. Miała rozpuszczone włosy, które targał jej wiatr.
Pod kapturem.

Szła, potykając się i kalecząc sobie stopy o wystające kamienie,
Gdzie, na podobnym do błotnistego bagna dziedzińcu, mogły się trafić wystające kamienie?
Zbiegły się złośliwie ze wszystkich zakątków prosto pod stopy bohaterki.

szła dalej kierując się do drzwi budynku. Wyglądem przypominała żebraczkę, poszukującą schronienia przed nadchodzącą burzą, jednak jej cel był inny…
W oddali zaczęło grzmieć, zdawało się że niebo mści się na ludziach za wszystkie swoje cierpienia.
Zwrotu "cierpienia nieba" nie powstydziłby się sam Zbigniew Książek, mistrz w dobijaniu logiki grafomańskimi porównaniami.

Czarne niebo przeszyła głośna błyskawica, rozdzierając chmury.
Po czym mroczne sklepienie niebios rozciął jaskrawy grzmot.

Zanosiło się na wielką burze, a może i huragan.
Cyklon Voldi.

Kobieta niezważająca na wyładowania elektryczne, szła dalej. Znajdowała się już kilka kroków od wejścia do budynku. Stanęła naprzeciwko mosiężnych drzwi
Ponoć w Grudziądzu są drzwi z mosiądzu...
Z akcji wynika, że tajemniczy budynek jest miejskim szpitalem. Z opisu - że co najmniej zamkiem hrabiego Drakuli...

 i nacisnęła na klamkę, po czym weszła do środka. Znajdowała się w długim, biało szarawym korytarzu. Na ścianie wisiał jakiś portret.
Kocham tę opkową precyzję opisów, kocham.

 Kobieta poszła dalej, aż w końcu doszła do rozgałęzienia się korytarza. Na przeciwko niej znajdowały się dwie pary białych drzwi. Nad nimi wisiały karty, informujące jakie to pomieszczenie.Weszła do ODZIAŁ SZPITALNY, gdzie znalazła się na recepcji.
A nie w schowku na szpitalną odzież?

Rudowłosa kobieta,przypominająca wyglądem szczura [Coś
takiego?]  pojawiła się za lady.
Pewien lord zrobił się blady
I posmutniała mu morda,
Gdy usłyszał, że można kupować spod lady,
Ale w żadnym wypadku spod lorda.


Spojrzała na przybysza bez zdziwienia, po czym wyciągnęła arkusz papieru i nabazgrała coś czarnym atramentem.
Standardowa opkowa zmiennopłciowość nie robi już na nikim wrażenia. A athament jest oczywiście czahny i mhoczny.

- Sala 15, pierwsze piętro... – powiedziała zimnym, ponurym tonem głosu [rośnie groza...] ale zanim dokończyła, w jej oczach pojawił się strach.
Na ziemi leżała nieprzytomna, tamta kobieta. Szarpnęła za słuchawkę telefonu i z trzaskiem wykręciła numer…
Wykręciła taki numer że szarpnęła słuchawkę telefonu i upadła z trzaskiem nieprzytomna. Logiczne.

***

- Co z nią?
-Jest w bardzo złym stanie, prawie wycieńczona.
To "prawie" brzmi niemalże jak "prawie w ciąży".

- Jakim cudem tutaj dotarła?
Przez kamieniste bagno.

- A dziecko? Zdrowe?
- Jego stan na razie w porządku.
Prorok jaki? Wiadomo - potem ów berbeć będzie coraz bardziej nie w porządku.

Rozmowę przerwało głośnie brzęczenie. Oboje pobiegli w tamtą stronę. Niestety, było już za póśno.
Dusza wyfrunęła z ciała z głośnym brzęczeniem.
Nic innego nie mogło to być - akcja toczy się w roku 1926, o brzęczącej aparaturze przy łóżkach nie można było jeszcze nawet pomarzyć.

Chirurg stojący przy łóżku biedaczki smętnie pokiwał głową.
Chirurg?
Chirurg, laryngolog, anatomopatolog... wiesz, ściągnęli kogo tam mieli.

- Powiedziała coś przed śmiercią?
- Dziecko ma się nazywać Tom… Tom Riddle.
... i tym optymistycznym akcentem kończy się prolog i zarazem epilog tego dzieuka.

Znad swojej porcji bigosu z urywków drogim Czytelnikom kłaniają się Kura i Murazor.

 
2. Aaaaby zrobić karierę, czyli Nieletnią cudzoziemkę do pracy przyjmę od zaraz.  
 
Pamiętacie Sierotkę Julię?
Tę, która trafiła na OIOM
bo nie zjadła kolacji, z nudów poszła do męskiej toalety stracić wianuszek, a potem ze zdewastowaną nogą umarła na serce?
Pamiętacie, pamiętacie… bo przecież nie jest łatwo o niej zapomnieć.

 
Dziś przedstawiamy kolejny twór autorki tego wiekopomnego dzieła.
Tym razem Karolina, mentalna siostra Julii, wybiera się do Berlina. Też z nudów poniekąd.
Decyzję o rzuceniu domu, rodziców i szkoły podjęła po znalezieniu w gazecie anonsu niemieckiej redakcji, poszukującej młodych pracowników.
 
Muszę przyznać się, że
to opko przeraża. Nie tylko dlatego, że w wyjątkowo okrutny sposób zamordowano Logikę, ale przede wszystkim dlatego, że po popełnionej zbrodni, pozostał wypreparowany przewodnik dla potencjalnych pensjonariuszek domów rozpusty.
 
Analizują: Kura i Jasza.
 
 
Siedziała samotnie na dworcu.
Rodzice nie chcieli nawet odprowadzić jej do pociągu.
 
Zewsząd otaczali ją nieznani ludzie. Jedni właśnie powracali z podróży, drudzy byli gotowi żeby w nią wyruszyć. Byli też i tacy, co rzuciliby się do pierwszego lepszego pociągu, z zamiarem ucieczki od problemów, gdyby tylko nie trzymały ich obowiązki. Jest to sprawa przykra, lecz nazbyt częsta w szeregach naszego społeczeństwa.
Nazbyt częsta, zaiste. Promujmy więc radosne rzucanie obowiązków w diabły i wsiadanie do pociągu byle jakiego!
 
Wielu tkwi w sytuacji, która nie sprawia żadnej przyjemności, ale została wyznaczona przez konieczność.
Najważniejsze, że aŁtorka nadal jest w dobrej formie intelektualnej i trzyma wysoki poziom patetycznego bełkotu.
 
Może nadszedł czas, żeby zmienić pociąg? Gdzie zawiezie nas ten obecny? Czy będzie to spełnienie naszych marzeń? Przed takim właśnie dylematem stanęła Karolina. Wprawdzie ma dopiero siedemnaście lat, ale już zaczęło jej to doskwierać.
Precz ze zniewalającym Ducha chodzeniem do szkoły i odrabianiem lekcji! Odrzucić rutynę szarego życia! Wyjechać za granicę i zarabiać jako sprzątaczka, a po latach awansować na barmankę...
W międzyczasie zaliczając krótki acz intensywny epizod Damy do Towarzystwa.
 
W chwili opuszczenia domu, dotarło do niej, że nie do końca przemyślała swoją decyzje.
Nie tylko, że "nie do końca"! Ona w ogóle wyłączyła myślenie, już na samym początku.
 
Co jeśli jej się nie powiedzie? I czy faktycznie tak jej źle w teraźniejszym położeniu? Może to jedynie chwilowy kaprys, którego późniejsze efekty, mogą tym bardziej zmącić jej duchowy spokój.
Niech ktoś będzie dobry i przekłuje z hukiem ten nadęty balon i wyrwie ją z nirwany!
Uhm, to nie duchowy spokój, to zwykła bezmyślność...
 
Tego typu myśli nękały młodą dziewczynę, jednak uparcie starała się wypierać je z umysłu.
Właśnie. Jeszcze jej zmącą.
 
Dobrze, że do odjazdu pociągu pozostało sporo czasu – pomyślała. Ciężko było jej przyjąć do świadomości, że miałaby zrezygnować z przytulnego życia wśród swoich bliskich, na rzecz, jak to nazwała, życiowych poszukiwań.
Kochana, nikt cię nie zmusza, wracaj do ciepłego domu, skoro tak ci źle!
 
Miotało nią mnóstwo niepewności. Jedne z tych, że sobie nie poradzi, a inne już o szerszym kontekście, a mianowicie, że i to nowe życie nie będzie tym, jakiego by sobie życzyła. W takich okolicznościach całe to przedsięwzięcie okazałoby się zwyczajną klęską.
Myśl, że jej kariera prasowa może skończyć się staniem w dyskretnie oświetlonej witrynie "redakcji" - nawet przelotem w niej nie zagościła.
Cóż, jest optymistką i wie, że świat stoi do niej otworem. Jeszcze nie zdążyła przekonać się, którym.
 
Jakąś sposobnością udało jej się przekonać rodziców na ten wyjazd,
Ja nie wiem, czy ta całkowita dowolność w użyciu przyimków ma być wyznacznikiem poetyckości tekstu, czy jak?! Przekonuje się DO czegoś, nie NA coś i wiedzą to już dzieci w pierwszej klasie podstawówki!
 
nie może zaprzepaścić tej szansy. Z początku byli oni przeciwni, ponieważ Karolina nie planowała wrócić na początek roku szkolnego, lecz w ciągu ostatnich kilku dni przekonali się, że ich córka naprawdę wie, czego chce.
Wie, że edukacja szkolna jest niczym wobec perspektyw kariery na miarę samej Teresy Orlovski.
 
Dotarło do nich, że nie jest już małą dziewczynką i ma prawo działać po swojemu.
Po tych kilkutygodniowych seansach płaczu, krzyku i fochów, po interwencjach sąsiadów zza ściany...
Za to do niej nie docierało, że dopóki jest nieletnia, nie ma prawa działać po swojemu.
 
Pokładają w niej więc od tego momentu wielką nadzieję, ufają, że jest w pełni świadoma tego, na co się porywa.
Stanęli bezradni wobec takiego stężenia głupoty i bezmyślnego uporu, że mogli tylko machnąć ręką i spisać córcię na straty.
 
 
Jednak, czy aby na pewno, ja sama to wiem ? – posępny nastrój jej nie opuszczał. Jak widać nie tylko jej najbliżsi ulegli presji dotyczącej tego wyjazdu, ale również i ona sama.
Najbliżsi wcale nie "ulegli presji wyjazdu", co najwyżej - presji rozkapryszonej idiotki. Fakt, że nie ma ich na dworcu, żeby pożegnać się przed roczną rozłąką, o czymś też świadczy...
 

Dochodziła godzina dwunasta i zdało się słyszeć odgłos nadjeżdżającego pociągu. Karolina zadrżała na owy dźwięk, a jej serce zaczęło bić przyspieszonym rytmem.
Nieszczęsny zaimku "ów"! Cóżeś złego uczynił Bogini Gramatyki, że pokarała cię absolutną niemożnością zastosowania prawidłowej odmiany?
 
Bilet znajdujący się w prawej kieszeni dżinsów strasznie jej wadził i miała ogromną chęć podarowania go komuś innemu. Wyrzucenie go byłoby głupotą, wydała na niego niemałą sumę.
Za to podarowanie go komuś innemu jest już mądrością głęboką i niepojętą. 
Ta "niemała suma" musiała pochłonąć całe kieszonkowe! Cena pełnego biletu kolejowego drugiej klasy relacji Wrocław-Berlin wynosi 210 złotych, w tym jest już cena miejscówki. A ona ma przecież ulgę dla uczniów.
 
 
Ludzi zmierzających do Berlina były istne tabuny. Co oni widzą w tym zakichanym mieście? – powiedziała zła do samej siebie, gdyż aktualnie nie mogła zdobyć się na inne stwierdzenie o miejscu, które zawsze silnie ją pociągało, a teraz stało się źródłem utrapień. 
Boru litościwy, naprawdę czytając to można pomyśleć, że oto wywożą ją siłą na roboty do Niemiec...
 
Rzuciła ostatnie spojrzenie na ukochany Wrocław, po czym wsiadła do pociągu.
O, ukochany Wrocławiu!
Ostatkiem sił szepnę "aj law ju"
Już mury twe rzucić mi trzeba
Dla chleba, panie, dla chleba!
 

Kiedy przemierzała zatłoczony wagon, czuła dziki łomot gdzieś między mostkiem, a piersiowym odcinkiem kręgosłupa; to niespokojne serce tłukło się w jej klatce.
To dobrze, bo już myślałam, że to płucka jej tak wachlują.
 
Każdy ludzki organizm w podobny sposób reaguje na życiowe rewolucje. Miała spocone dłonie, a twarz bladą jak ściana, aczkolwiek uparcie powtarzała sobie w myślach, że podjęła dobrą decyzję...
Noł, rili? A ja znam takiego, co w sytuacjach stresowych ostro czerwienieje... Kurde, może to kosmita?!
 
 
Już za chwilę zamknie kolejny rozdział swojej dotychczasowej egzystencji, uwolni umysł od wspomnień.
I wówczas jej umysł wypełni całkowita pustka.
I zasiądzie na środku peronu w pozycji lotosu, pogrążona w medytacji.
 
 
Tylko nie mogła się poddawać. Wzięła głęboki wdech i ostrożnie zeszła po stalowych schodkach.
Gdy stanęła na betonowym gruncie, nagły podmuch wiatru potargał jej kasztanowe włosy, powodując, że ich pasma przesłoniły jej widok.
W tym ohydnym Berlinie nawet wiatr zachowuje się jak ostatnie chamidło!
 
Odór dworcowego jedzenia dotarł do wrażliwych nozdrzy, wywołując nieproszone mdłości.
Albowiem proszone mdłości to wywołuje całkiem co innego, mwahahahaha!
 
Przyłożyła dłoń do nosa i wykrzywiła usta w grymasie.
Proszę! Czy każdy już widział? Czy każdy zdążył docenić mą wrażliwość, subtelność i uduchowienie?
 
Niepewność  postępowania była dla niej jak paraliż. Stała nieruchomo rozglądając się tylko na boki. Nie była na razie zdolna do znaczniejszych ruchów.
Piękny opis niezbornej kukły, tarasującej przejście i kiwającej się w miejscu z nogi na nogę.
 
 
Odzyskała równowagę i przybierając niechętny wyraz twarzy, zacisnęła mocniej palce na uchwycie swej torby podróżnej.
Bez trudu wyobrażam sobie to coś, co autorka uznaje za ideał kobiecości. Mina wiecznie zblazowana, skrzywiona i znudzona, co ma być sygnałem "jestem taka liryczna i eteryczna", a jest tylko odpychającym grymasem nadętej bucy.
 
Ruszyła wreszcie przed siebie, w poszukiwaniu choć jednego czynnika, mogącego odmienić jej pierwsze zamysły na temat tego miasta.
Innymi słowy, szukała kogoś, kto odwiedzie ją od zamysłu wysadzenia w powietrze Reichstagu i Bramy Brandenburskiej.
 
Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jest zupełnie sama, nie ma tutaj rodziny, przyjaciół czy jakiegokolwiek kąta do spania.
*bierze głęboki wdech* Już wszystko jasne. AŁtoreczka nigdy w życiu nie spotkała kogoś, kto dostał się na studia w innym mieście. Nie wie, że pierwszą rzeczą (na długo przed rozpoczęciem nauki czy pracy) jest znalezienie kwatery. Choć z drugiej strony, noclegownie dla bezdomnych, pustostany i stróżówki na placach budów, dla niektórych mogą mieć swój urok.
 
Jej jedyną perspektywą jest specjalna posada w niemieckiej gazecie, którą znalazła jeszcze w Polsce. Szukano na to miejsce młodych ludzi, więc od razu zainteresowała się owym pomysłem.
Podsumujmy: siedemnastoletnia cudzoziemka, bez ukończonej szkoły średniej (a więc nieletnia, bez praktycznej znajomości języka i bez wykształcenia), jedzie za granicę do pracy po przeczytaniu gazetowego ogłoszenia o "specjalnej posadzie". Jedzie w ciemno, bez żadnych wstępnych rozmów.
Nie będziemy wnikać w to, czy niemieckie prawo pozwala legalnie zatrudniać niepełnoletnich obcokrajowców.

 
Doświadczenie, jakie przez rok zdobyła w klasie filologiczno-dziennikarskiej dodatkowo ją wspomoże.
Wspomoże? W czym?! To trochę tak, jakby ktoś po pierwszej klasie liceum uparł się, że pojedzie do USA na MIT, bo lubi majsterkować.

Bała się, ale nie dawała tego po sobie poznać. Nie chciała, aby ktoś wykorzystał jej nieporadność i lęk przed nieznanym, dlatego grała niezależną i pewną siebie. W jej żołądku zachodziły jednak przeróżne sensacje
Po prostu - "kupa mięci". Zresztą ostre biegunki są stałym elementem opowiadań poetessy.
 
a serce, rwące się do nowych przygód, toczyło zajadłe batalie z rozsądkiem.
Powiedziałabym raczej, że kopało leżącego, albo w ogóle pastwiło się nad trupem.
 
Co kilka sekund zaciągała się powietrzem i choć za każdym razem robiło się jej bardziej niedobrze, wiedziała, że to jedyna droga, by opanować nerwy.
Taki sztach na uspokojenie... Co oni tam rozpylają, na tym berlińskim dworcu?
 

W pewnym momencie stanął przed nią wysoki niemal na dwa metry chłopak z kilkudniowym zarostem. Trzymał w rękach coś przypominającego tabliczkę, lecz wykonaną z kartonu, na której widniały niestaranne niemieckie napisy, a także liczby.
Zbieram na wino, brakuje mi jeszcze 1 euro 70 centów 55 centów.
 
Wiercąc w niej dziurę swym nachalnym wzrokiem, zaczął wysławiać się w swoim języku.
Co za chamy z tych obcokrajowców! Mówią (przepraszam - wysławiają się) w swoim języku, robiąc tym przykrość delikatnym pasażerkom międzynarodowych pociągów. W dodatku patrzą! Nachalnie patrzą na panienkę wyłowioną z tłumu.
Niech on lepiej tak nie patrzy, bo biedactwo będzie wyglądać potem jak Goldie Hawn w "Ze śmiercią jej do twarzy".
 
Karolina była nieco zdezorientowana, ale próbowała skupić się na tym, co mówi do niej młody, nierozgarnięty mężczyzna.
Naczytała się Coelho i wydawało jej się, że każdy wioskowy głupek ma do przekazania największe tajemnice Wszechświata...
 

- ... ponadto w pokoju znajduje się dobrze wyposażona łazienka [z bidetem] i balkon z widokiem na Berlin. Oferta obejmuje również trzy posiłki [na tydzień], a wszystko w cenie 25 euro za dobę. Oczywiście już czeka na panią taksówka, którą z góry opłaciliśmy, więc jeżeli chce pani...
Ekhm. Kura zadała sobie trud sprawdzenia, jak to jest z tymi cenami w Berlinie i wyszło jej, że za 25 euro panna mogłaby się zakwaterować co najwyżej w schronisku młodzieżowym. Owszem, w schroniskach bywają śniadania wliczone w cenę, ale tylko śniadania. A taksówka opłacona z góry to już zupełna bajka... a raczej przynęta na naiwne dziewczęta.
Jak tam troszczą się o nieznające miasta zmęczone panienki! Nie trzeba podawać adresu, bo taksówkarz świetnie wie, gdzie jest ten hotel.
Taksówkarz też należy do szajki, proste.
Do jakiej "szajki"?! Do personelu hotelowego! 
O! I ma taki ładny
uniform?

- Tak - przerwała jego tyradę, nie zastanawiając się długo. - Tylko proszę, chodźmy już stąd. -
Naiwność boCHaterki zbiła mnie z nóg i wrąbała w podłoże. Proszę, wyobraźcie sobie tę sytuację: na dworcu podchodzi do Was niedogolony osobnik o tępym wyglądzie, z zabazgraną niechlujnie tekturową tabliczką w garści - i co, zaufacie mu, pójdziecie za nim wierząc, że reklamuje jakiś porządny hotel?
 
Spojrzała na niego błagalnie, nie mogąc dłużej znieść panującego na dworcu chaosu.
Jej wysublimowane zmysły torturowane były nadmiarem wrażeń. Teraz czekać ją będzie upragniona kąpiel w pachnącej piance i odpoczynek.
 

Kiedy opuszczali to miejsce, zaczęła analizować w myślach, czy aby na pewno wystarczy jej środków, na hotel w samym centrum miasta.
Nie martw się, na miejscu zobaczysz, jak szerokie możliwości zarobku otwierają się przed Tobą!
**********
Opko ma tylko ten jeden odcinek, bo aŁtorka pokłóciła się ze współblogowiczką, odmawiając wprowadzenia jakichkolwiek poprawek i zmian w kolejnym rozdziale.
Na nic płacze, na nic krzyki.

Koniec przygód Fiki-Miki!
 
 
3. Umięśniony tors Hermiony, czyli Snape nie lubi many.
Tu z kolei będziemy mieli okazję zapoznać się ze słodkim pamiętniczkiem Hermiony i równie toffanym dzienniczkiem Snape'a.
Analizują: Sineira, Murazor i Jasza.

http://hermione-snape.blog.onet.pl/

[Osoby dramatu:]
HERMIONA GRANGER
najlepsza uczennica Hogwartu, kiedyś wyglądała na typową kujonice, ale z wiekiem wyladniała.
I nabrała kształtów. Przez wakacje ofkoz.
Czy zdoła roztopić serce najbardziej nielubianego progesora? Czy odkryje jego tajemnice?
 Największa tajemnica kim jest progesor i jak się ma do progresji
Ewentualnie do progenitury.
 
SEVERUS SNAPE
nauczyciel eliksirów, pozornie (?) czarny charakter. Skrywa wiele tajemnic, budzi powszechny strach. Nie jest lubiany, ufa mu tylko Albus Dumbledore...
Ani słowa o przetłuszczonych włosach? Jestem rozczarowana. Poza tym nadmiar opek źle na mnie wpływa. W pierwszej chwili przeczytałam "Sknerus Snape" oraz "Alfons Dumbledore".
 
[I akcja!]
 
Z PAMIĘTNIKA HERMIONY:
Z pamniętnika modej czarownicy... yhu, yhu!
Ech, pamięta to ktoś jeszcze?
Będąc młodą czarownicą wszedł raz do mej komnaty proGesor...
 
Jestem Hermiona Granger. Mając 11 lat dostałam tajemniczy list... ze szkoł Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Zostałam czarownicą.
W takim razie ja poproszę o list z Menzoberranzan. Chcę zostać drowem.
 

Dzisiaj wyjeżdżam do szkoł po raz szósty. Znalazłam tam swoich najlepszych przyjaciół - Harry'ego i Rona. Wcześniej byłam uznawana za kujonkę, napuszoną i zarozumiało dziewczynę,
W Hogwahcie do pophawny ahystokhatyczny wymowy pedagodzy przywionzujom dużo wage.
Wagie, jak już.
 
ale oni poznali mnie lepiej i odkryli moje prawdziwe ja.
Znaczy co - skłonności homoerotyczne? Czy wewnętrzne "fuj"?
"Moje Prawdziwe Ja" - książka G. Lockharta ukryta pod poduszką Hermiony.
 
Nie będę się rozpisywać na temat misji Harry'ego, jego walek z Voldemortem. 
Co, na litość Marlenki, robił wałek Harry'ego z Voldemortem? I dlaczego Harry puścił rzeczonego wałka samopas?
To nie wałek, to walek, czyli walet (taki karciany).
 
Bo dość tego mam na co dzień. Będę pisać o sobie.
Siebie bowiem nigdy nie mam dość.
 
Znalazłam się na peronie. Zobaczyłam moich przyjaciół i uściskałam każdego z nich po kolei.
-Tak się cieszę, że was widzę!- zaśpiewałam.
Magic School Musical.
 
Harry w dzieciństwie stracił rodziców, zabił ich Lord Voldemorta - ale o tym już pewnie wszyscy wiecie:P
-Chodźcie, znajdziemy sobie jakiś przedział.- powiedziałam.
-Świetny pomysł.
Osoba, która wytłumaczy mi, jaki sens miało wtrącenie w tym miejscu uwagi o rodzicach Harry'ego, dostanie w nagrodę uśmiech kierownika odciśnięty w betonie.
 
Wieczorem dojechaliśmy do Hogwartu. Wysiedliśmy z pociągu i powozami jechaliśmy do szkoły.
-Upuściłam!- pisnęłam, kiedy z kolan na ziemię upadła mi książka. - Jedźcie, dogonię was!- i wyskoczyłam.
Myślałby kto, że PO-puściła.
 
Zostałam sama w ciemności.
-Lumos!- szepnęłam i moja różdżka zapłonęła światłem.
Podniosłam książkę i ruszyłam szybkim krokiem do szkoły. Spóźniłam się. Czułam to. Weszłam do hallu i pobiegła mna schodki. Straciłam róznowagę.
Też bym się poczuła dziwnie, gdyby przebiegły mną schodki. Dobrze chociaż, że podeściki jej nie przeleciały, bo byłoby nieszczęście.
A mnie bardziej intryguje róznowaga. Pojęcie to wydaje się być pokrewne "krzywopadłości".
 
Już miałam upaść w dól, gdy coś mnie zatrzymnało i zobaczyłam podaną mi rękę...
 I od tej chwili zaczęła spadać w górę.
 
Z PAMIĘTNIKA SEVERUSA SNAPEA
Pamiętnik Snape'a to surrealizm,
którym by zdziwił się sam mistrz Dali.
 
Jestem Severus Snape. Nie lubimany w młodości, tak też i teraz.
Mana – w wielu światach fantasy pewnego rodzaju energia, używana przez magów do czynienia czarów. (Ciocia Wikipedia.)
Czy Mana była używana w świecie HP, tego nie wiadomo, ale jeśli była, to Snape na pewno jej nie lubił i dlatego uczył eliksirów.

 
Przezywany i wyśmiewany. Najbardziej nienawidził mnie James Potter, to on się nade mną znęcał. Nie będę opowiadał swojej historii, bo nie chcę sobie tego przypominać.
To pamiętnik czy autobiografia?
 
Zostałem nauczycielem, chciałem uczyć obrony przed czarną magią, ale Dumbledore mianował mnie nauczycielem eliksirów.
I tym oto sposobem Dumbel wynalazł instytucję nauczyciela mianowanego!
 
Chyba, żebym trzymał się z daleka od zła - kiedyś byłem śmierciożercą - albo dlatego, że jestem jedynym w swoim rodzaju mistrzem eliksirów.
Uczniowie mnie nienawidzili. Faworyzowałem Slitherin - moich pupilków, bo jestem ich opiekunem. Dla innych byłem bezlistosny.
Bezlistny Snape, przeciwieństwo Bora Liściastego.
 
A Harrego Pottera i jego bandy nienawidzę. Własnie szedłem do Wielkiej Sali - spóźniłem się, bo za długo się pakowałem w domu.
Nie mogłem się zdecydować, czy zapakować bokserki w nietoperzyki, czy raczej te w Mhroczne Króliczki Chaosu.
 
Usłyszałem jak ktoś wbiega do szkoły. To była Granger - przyjaciółka Pottera - aż mnie zdziwiło jak ładnie może wyglądać z rozwianymi włosami. Poślizgnęła się na schodach i straciłą równowagę. Miała już upaść do tyłu.
A nie "w dól"?
 
W głowie przedstawiłą mi się wizja jak spada i łamie kark...
- Dzień dobry, Wizja jestem, miło mi!
- Bardzo mi przykro. Inżynier Mamoń jestem.
- Bardzo mi przykro – Sidorowski.
To chyba była wizja Kolonasa Waazona, skoro tak spadła i się połamała.
 
Nie namyslając się ani sekundy machnąłem różdżką i podałem jej dłoń.
Zdziwiona uścisnęła ją i stanęła.
-Dziękuję, profesorze i...
-Nic nie mów, Granger. Zmykaj do sali. Spóźniłaś się.- powiedziałem surowo i zniknęła.
Czemu jej dłoń była taka ciepła i gładka?
Chyba bardziej niepokojące byłoby, gdyby jej dłoń była zimna i chropowata. Ale może ja się nie znam.
 
Znak na przedramieniu - mroczny znak - piecze... czy Voldemort skaże go jeśli go już znajdzie?
Nie wnikam w procedurę znajdywania znaku przez Voldka, mam tylko nadzieję, że biedny znak nie zostanie skazany na śmierć. Wystarczająco wiele się nacierpiał, tkwiąc na przedramieniu Snape'a.
 
Weszłam do klasy i zajęłam miejsce. Gdy wszedł Snape poczułam się dziwnie. Coś mi się przwróciło w środku.
Flaki. Na lewą stronę.
 
Zaczął prowadzić wykład.
Ale był gorszy niż zazwyczaj.
Wpatrywałam się w jego twarz.
Wynika z tego, że Snape był gorszy niż zwykle, a wykład miał twarz.
 
-...panno Granger?- doszło do mnie nagle.
-Co.. proszę?- wyjąkałam.
-Pytam się już drugi raz. Gryfindor traci pięć punktów. Radzę uważać, a nie bujać w obłokach.
Z PAMIĘTNIKA SNAPE'A
Skarciłem Granger... byłem bezlistosny dla Gryfonów. Dlaczego Albus umiera??!!
Najwidoczniej karcenie Granger i bycie bezlitosnym dla Gryfonów nie jest właściwą kuracją.
Bezlistosnym. To określenie się powtarza. Musi za nim coś się kryć.
Stos gałęzi bez listowia. W sam raz do spalenia aŁtoreczki.
 
-Hermiono, on się zwyczajnie na ciebie uwziął.- rzekł Ron obejmując mnie w chodzie.
Dobrze, że nie w kroku!
 
Dlalej myslałam...nie wiedziałam po co i dlaczego... coś nie mogło mnie oderwać od postaci Snape'a.
-Hermiono, idziesz na spacer?- zapytał Ron tydzień później.
-Jasne.- i podniosłam się z miejsca.
Chcesz powiedzieć, droga aŁtorko, że Hermiona przez cały tydzień siedziała w bezruchu, myśląc li i jedynie o postaci Snape'a??? A potem wstała, jakby nigdy nic?
Jasna dupa, po prostu cyborg, który się zapętlił.
 
Z PAMIĘTNIKA SNAPE'A:
Szedłem właśnie błoniami zamku i natknąłem się na Weasleya tulącego Granger. Coś mnie ścisnęło w środku. Dziwne - co to było?
Tasiemiec.
 
-Hogwart nie jest miejscem randek, tylko nauki.- powiedziałam surowo.- Gryffindor traci dziesięć punktów.
Zmiana płci - jest.
 
Kiedy usłyszałam głos Snape'a odskoczyłam od Rona.
-Ale my nie...
-Dość gadania, Granger, bo będe zmuszony odjąć więcej. A teraz do zamku. Zgłosisz się na szlaban w moim gabinecie. - i odszedł.
Szlaban, szlaban, tralala, nie mogłam się doczekać! A herbatka też będzie?
 
Nie wiem dlaczego dałem jej ten szlaban, a Weasleyowi nie. Ale co tam. Pomęczy się trochę wszystowiedząca i rzadko mająca szlabany. Uśmiech pojawił się na mojej twarzy.
Jakie to pospolite... Tak wybitny czarodziej z pewnością mógłby wywołać uśmiech na innej części swego ciała.
 
-To nie sprawiedliwe!- krzyknął Ron, kiedy ruszyliśmy w stronę zamku.- Tobie dał szlaban, a mnie nie!
Czyżby Ron marzył o tete-a-tete z Nietoperzem?
 
-Też tego nie rozumiem.- cały czas rozmyślałam nad tym dziwnym uczuciem, kiedy Snape nakrył nas razem. Co to było?... Weszliśmy do pokoju wspólnego.
-Zgodziła się!- Ron pobiegł do Harry'ego, a ja skorzystałam z okazji i czmyhnęłam do dormitorium.
Ja dziewczyną Rona? Ależ to śmieszne! Ale usmiech momentalnie znikł mi z twarzy.
I przeniósł się na?...
 
Nie mogę mu teraz powiedzieć, że zrywam, bo go urażę. Poczekam trochę i zrobię to po jakims czasie. Nie mogę się bawić jego uczuciami.
... i dlatego będę udawać, że czuję cokolwiek. Och, jakie to szlachetne. Prawie jak tombak.
 
A może kto wie? Poczuję to samo? Nie chciałam niszczyć naszej przyjaźni, o nie!
A perspektywa szlabanu Snape'a jakoś mnie nie przerażała. Może dowiem się czemu jest taki?...
Bo dowiedział się, że jest boCHaterem niezliczonych opek.
 
Witajcie moi kochani! Nic nie komentujecie, a to wkurza!!
Może dlatego, że nie bardzo jest co komentować. Szczerze mówiąc, zieje nudą. Żadnego grania w butelkę, żadnych gwałtów - nic się nie dzieje!
 
Gdy skończyłam było już dość późno. Obróciłam się i zobaczyłam, że Snape... zasnął w fotelu! Wyczarowałam koc i przykryłam go. Po cichu wyszłam z jego gabinetu.
Lukier, cukier i różowe serduszka.

Moje myśli błądziły ku Snape'owi. Wyglądałtak niewinnie... spokojnie, kiedy spał... bez złości na twarzy.
Jak aniołek. Tju, tju, tju.
 
-Dumbledore chce się ze mną spotykać na prywatnych lekcjach. Zdobył wspomnienia ludzi, którzy mieli kontakt z Voldemortem i będziemy je razem oglądać, żeby wymyślić co jest jego słabym punktem. Jak go zabić. Dumbledore mówił też o jakiś horkruksach i wspomnieniu Slughorna, ten nie chciał otwrzyć ich dla niego. To moje zadanie.
-Ciekawe, nie słyszałam o nich.
-Jeśli nawet Dumbledore nie słyszał, to co się dziwisz?- parsknął Ron.- Nie jesteś od niego mądrzejsza.
-Wiesz co? Idę spać!- i zła poszłam do dormitorium.
Foch i
żółwik.
 
Najpierw powiadomienie: założyłamn nowego bloga i bardzo serdecznie na niego zapraszam. http://hermiona-dziennik.blog.onet.pl
Zapewne w złudnej nadziei, że ilość przejdzie w jakość.
 
-Hermiona...- powiedział Ron.- Czy ty mnie unikasz?
-Ja... co?.. dlaczego tak myślisz?- prawie zakrztusiłam się sokiem z dyni.
-Ponieważ nie zachowujemy się jak chłopak i dziewczyna...
Fakt. Jak na standardy opkowe, zachowują się nadzwyczaj cnotliwie. I to akurat należy policzyć aŁtorce in plus.
 
-No, ale możemy choćby zobaczyć!- Parvatti sięgnęła do puda i wyjęła z niego naszyjnik z opali.
Pud to jednostka masy (około 16,34kg). Trudno do niej sięgnąć, ale czarodzieje wiele potrafią.
 
Podskoczyliśmy, gdy "wskoczył" jej na kark i... zaczął ją dusić.
-Pomocy!- wydarła się przerażona Lavender.
Komu się wydarła? Naszyjnikowi? Ale przecież to nie na nią wskoczył!
 
Szłam właśnie z numerologii i usłyszałam coś dziwnego. Stłumiony płacz.
Korytarz był pusty, bo wybrałam skrót do wieży. Ostrożnie zbliżyłam się do załamania i wychyliłam głowę.
To był… Snape. Opierał się o ścianę i … płakał. Zdziwiło mnie to tak strasznie, że o mało co się nie ujawniłam.
Szpieg w zamku! Ktoś użył wielosokowego. To przecież nie mógł być prawdziwy Snape!
 
-Poszedłem do Slughorna, bo może ma antidotum. On dał Ronowi wina z butelki, bo to pomaga i… Ron.. zaczął się dusić. W ostatniej chwili wrzuciłem mu do gardła bezoar. Jest w skrzydle szpitalnym.
Nieszczęsny bezoar, pobyt w gardle Rona musiał mu wyjątkowo mocno zaszkodzić.
 
Z PAMIĘTNIKA HERMIONY:
 Za dużo rzeczy na głowię! Martwię się o Harry’ego, bo musi:
1)   spotykać się na prywatnych lekcjach z Dumbledore’em
2)   zdobyć wspomnienie Slughorna3
3)   zagrać w najbliższym meczu Quddicha (dzisiaj!)
4)   uważać na potencjonalne ataki Voldemorta
Oj niedobrze, mości panowie, niedobrze, bo sułtan... to jest, tego... Voldemort całą swoją potencją przeciw nam wyruszył.
 
O Rona bo:
1) może coś narobić jak zrobił ze zjedzeniem czekoladek naszpikowanym eliksirem miłosnym
2) zrobić coś głupiego w stosunku do mnie np.: zaczął mnie całować albo coś
Zwłaszcza "albo coś".
 
Cała szkoła wysypała się na błonia.
Ławki, krzesła, szafy, łóżka, nawet pajęczyny i kłęby kurzu. A potem dachówki, cegły i zaprawa.
A potem nie było już nic.

 
To był jeden z decydujących meczy… Gryffindor miał olbrzymią szansę n puchar.
Ale Harry… złapał znicza! A Ginny strzeiła mnóstwo goli! Byli świetni! Jakże się zdziwiłam gdy… Harry pocałował Ginny!
Wiedziałam, że ona mu się podoba.
W takim razie skąd to zdziwienie?
 
-Zapomnij o tym co widziałaś.- warknąłem.
-Mam taki zamiar.- powiedziała szybko.- Nie mogłam nikomu powiedzieć, więc musiałam panu…
Logiczne, nieprawdaż?
 
Z PAMIĘTNIKA HERMIONY:
 [Harry idzie na pogrzeb Aragoga.]
Po 12.00 w nocy, gdy już tylko my z Ronem zostaliśmy w pokoju Harry wrócił.
-I co?!- poderwaliśmy się z miejsce mimo zmęczenia.
-Poszedłęm na ten pogrzeb. Po drodze spotkałem Slughorna. Poszedł ze mną i… upiłem go i Hagrida, dał mi wspomnienie zanim zasnął.
Po cholerę mu było wspomnienie Hagrida?
 
 
 Z PAMIĘTNIKA SNAPE’A:
Przez przypadek usłyszałem kłótnię Weasleya i Hermiony. Zerwała… z nim? Oj! Co też się dzieje?
A teraz wyobraźcie sobie, Drodzy Czytelnicy, Sape'a mówiącego "oj". Oj. Oj???
-Przepraszam…- przerwałem im. Spojrzeli na mnie ze strachem (to jest Weasley).- Co tu robicie? Panie Weasley, proszę przeprosić pannę Granger! Jak może się pan tak zachowywać na szkolnym korytarzu!? To nie boisko. No, już. – zachęciłem go.
Rozumiem, że na boisku można wrzeszczeć na koleżankę bezkarnie.
 
[antrakt]
Kochani, wiem, że niecierpliwicie się na te notki, ale ja naprawdę nie potrafię szybiej! Mam pełno blogów i szkołę, w której ledwo nadążąm! Przepraszam Was, moze jak będę miała ciut wolnego to będzie lepiej...
Recepta jest niezwykle prosta - zlikwidować "pełno" blogów i skupić się na szkole. I wszystkim nam będzie lepiej.
 
Samotność… moja odwieczna domena… Żyłem wspomnieniami i chęcią zemsty, która nie mogła nigdy dojść do skutku, a jeśli nawet to poprzez mojego wroga…
Ktoś zapukał.
Przerywając jakże wzniosłe rozmyślania. Swoją drogą ciekawe, czy aŁtoreczki, pisząc pamiętniki ( jako że w tym wieku prawie każda dziewczynka pisze pamiętnik) też piszą "ktoś zapukał". Albo na przykład "idę siusiu".
 
Otworzyłem drzwi i ze zdziwieniem zobaczyłem Herminę.
Herminę? Podejrzenie autokorekty Worda...
 
-Ja… sama nie wiem czy dobrze robię przychodząc tutaj, ale… czułam się samotna… Ron wyjechał, a Harry nie ma dla mnie czasu… A pan… chyba też nie ma towarzystwa…
-Wejdź.- powiedziałem tylko.
Hermiona szukająca męskiego ciepła. O Borze Lesisty, jakież to wzruszające.
 
Czy coś do niej poczułem? Ależ to paradoks! Mógłbym być jej ojcem!
Paradoks, aha. A dlaczego nie parafraza?
 
-On nie jest śmierciożecą. Jest dobrym człowiekiem. Dumbledore mu ufa, ja też, prawdę mówiąc, na ludziach znam się bardziej od was! I jeśli pozwolicie pozostanę przy tym! A to zachowanie wywodzi się z jakiś przeżyć z przeszłości!
-Bawisz się w analomaga?- prychnął oburzony Ron.
-Kogo?
-Analomaga! Mag badający psychikę czarodziejów!
Khhhh... Acha, psychikę...  Nie, no ja nic nie mówiłam przecież!
Przez żołądek do serca, a przez odbyt do psychiki?
 
Z PAMIĘTNIKA HERMIONY:
[Hermiona doniosła Snape'owi, że Harry I Ron coś na niego szykują. Chłopaki zarobiły szlaban.]
Pół godziny później ukazali się w dziurze pod portretem.
Rzucili mi nienawistne spojrzenie.
-Hermiono jak mogłaś!- krzyknął Harry.
-Nie pytaj jej bo ona nie liczy się z naszymi uczuciami!
I nas nie koooochaaaa!!! Buuu!
 
-Harry!- jęknął Ron.- Godzisz się z nią?! Tak po prostu?! Wiecie co? Idę sobie! Mam was dość!- i znikł w dormitorium.
Znowu. Ron - emo. Nikt go nie rozumie.
 
Z PAMIĘTNIKA HERMIONY:
Miałam już wyjść, ale kiedy podniosłam na niego wzrok jakoś nie potrafiłam… patrzyliśmy sobie w oczy przez chwilę… a potem.. jakby zupełnie naturalnie zbliżyliśmy się do siebie. Nasze usta spotkały się. Poczułam gorąco, rozkosz… zanim się zorientowałam , że on mógłby być moim ojcem…
No wreszcie!!! AŁtorka niemiłosiernie długo odwlekała tę nieuniknioną scenę.
 
Z PAMIĘTNIKA HERMIONY:
Całował mnie jak nikt nigdy dotąd. Jego pocałunki paliły i rozbudzały we mnie instynkty o jakie bym się nie podejrzewała.
Na przykład instynkt macierzyński.
 
Prawie biegiem ruszyliśmy do jego gabinetu. Jeśli kiedyś zastanawiałam się gdzie śpi teraz miałam odpowiedź. Za regałem książek w gabinecie był pokój. Wpadliśmy tam…
Całował coraz mocniej i zapalczywiej. Sięgnęłam do guzików jego szaty. Nie mogłam uwierzyć, że oto stoi przede mną Snape bez koszulki obejmując mnie i obdarzając pocałunkami.
 
Oj, oj! Małoletni, nie czytać dalej! Widzicie kwadracik?
Z PAMIĘTNIKA SNAPE’A:
Pomogłem jej się pozbyć ubrania. Padliśmy na łóżko. Całowałem jej ciało, jej piersi, wsłuchiwałem się w jej jęki.
A potem razem jęczeli do rana???
 
Z PAMIĘTNIKA HERMIONY:
Nie myślałam trzeźwo! Leżałam naga pod nagim nauczycielem! Gdyby zobaczył nas ktoś z pozostałych nauczycieli albo uczeń dostałby zawału!
Nagle poczułam jak coś opiera się pchając na mojej pochwie.
I tym oto sposobem dowiedzieliśmy się, że Hermiona cierpi na wypadanie pochwy, a nastrój poszedł się chędożyć. 
 
Zrozumiałam. Pozwoliłam mu się posiąść.
Kwiiik. Uwielbiam to słówko! Jest takie... rhhomnatyczne:D
 
Poczułam lekki ból, ale… przyjemny, jeszcze bardziej pociągający. I zatopiłam się w rozkoszy.
Ogarnęło mnie wielkie uniesienie…
Wyobrażenie aŁtoreczek odnośnie przebiegu "pierwszego razu" nie przestaje mnie rozczulać.
 
Z PAMIĘTNIKA SNAPE’A:
Jeszcze nigdy nie przeżyłem takiego seksu… było cudownie! I byłem jej pierwszym. Opadłem obok na poduszki.
-Co myśmy zrobili?- spytałem bezradnie.
Dziecko?
 
Z PAMIĘTNIKA HERMIONY:
-Chyba nie możemy się już wycofać.- zauważyłam opierając głowę na jego torsie.
-Chyba nie…
Jeżeli miał na myśli jedną z prymitywnych technik zapobiegania poczęciu, to na wycofanie już faktycznie za późno.
Masz na myśli kartkę papieru (dla niej) i szklankę piwa (dla niego)? Na to faktycznie już za późno.
 
Kochani, pisząc tą notkę prawie płakałam: / Słuchałam do tego (akurat leciało mi w mp4) „Rozstanie” z Ja wam pokażę i „Pod gwiazdami” (powrót Simby na Lwią Skałę) z Króla Lwa i może dlatego, że akurat takie smutne utwory…
Ja też prawie płaczę. Ze śmiechu. Zestawienie Simby ze Snapem rozdziewiczającym Hermionę mnie Ómarło.
Mnie tylko zniesmaczyło. Czy mogę już zdjąć kwadracik?
A zdejmuj. W porównaniu z Marlenką to i tak jest mały Miki.
 
-Ubieraj się!- powtórzył ostro. Sam wciągnął spodnie. Poszłam za jego przykładem.
Czyli wciągnęła spodnie.
 
Wbiegłem na wieżę. Zdałem sobie sprawę, że ją kocham… całym sobą.
Niestety, wieża pozostawała obojętna na jego awanse. Zimna wieża o kamiennym sercu, bezlitosna wobec miłosnego cierpienia.
 
Przysłuchiwałam się wymianie zdań między Fleur (która mimo wszystko chciała nadal wyjść za Billa – ma twarz pooraną bliznami przez Greybacka- bo go kocha) i pani Weasley (która myślała, że Fleur zrezygnuje.
Zrozumiałam z tego, że Grayback poorał twarz Fleur, gdyż jest zakochany w Billu. Albo jakoś tak.
 
-Jasne.- nawet nie chciało mi się dociekać jakim cudem nie będą się o mnie martwić. Ale w sumie – może będzie lepiej jak nie zobaczą mnie wcale? Jak nie zauważą mojego samopoczucia i nie dowiedzą się co zrobiłam? Oto po tych wszystkich naukach jakie mi wpajali... w końcu byli lekarzami… (nie ważne, że dentystami)
Faktycznie - nieważne. Nauki dotyczyły zapewne wpływu seksu oralnego na trwałość wypełnień w zębach stałych.
 
-To już nie twój interes. Sama muszę się z tym uporać.
-Spałaś z nim?
-Ron!
-No, co?
Rzuciłam mu mordercze spojrzenie.
-Jak możesz?
-Nam możesz powiedzieć. Nie potępię cię, już nie jestem w tobie zakochany.
-Oh! Cóż za ulga!
-Więc jak to jest?
-Co?
-No, wiesz… spanie z kimś?
Jest super, pod warunkiem, że ten ktoś nie chrapie i nie zdziera z ciebie kołdry.
 
-Przytul Świstoświnkę i zaśnij z nią. Będziesz wiedział.
Hmm. Całkiem udany Element Komiczny. Niestety jedyny.
 
Podczas pisania notki akurat słuchałam:
„I’m The Money” Casino Royale
„I’m with sou” Avril Lavinge
Szkoda, że nie poinformowałaś nas dodatkowo o spożywanych przez siebie pokarmach i napojach. Ale, ale, czy w trakcie pisania notki zrobiłaś przerwę na poranne czynności?
 
Jego ręce obejmują mnie w talii… gładzą moje rozpalone ciało… usta smagają szyję… delikatnie piszcząc…
Piszczące (jak gumowa kaczuszka) usta, smagające szyję niczym bat - nie, to przerasta nawet moją perwersyjną wyobraźnię!
 
Podczas pisania notki słuchałam akurat:
„Marsz Mendelsona” (:P)
...oraz "Hej szczoteczko" Fasolek.
 
Dłonie dotykają mnie… gładzą moje ciało… umięśniony tors… usta całujące moje…
Obudziłam się zalana potem.
Też bym się obudziła zalana potem, gdyby przyśniło mi się, że mam umięśniony tors.

[I tu Analizatorzy zlitowali sie nad czytelnikami i wycięli w pień pozostałe 95% tego dzieua. Nie. Ono nie było tragicznie guupie. Ono było tragicznie nuudne.]

Ziewająca Sine i znudzony na śmierć (!) Murazor  (a także obecni duchem Jasza i Maskotek) pozdrawiają znad porcji rozwodnionego bigosu z malutkim czerwonym kwadracikiem.
 
4. Urwanie głowy, czyli Michael Jordan to niezdara.
 
 
A teraz będzie opko interdyscyplinarne.
Łączące dwa seriale - dr House'a i Kości, czyli kryminał spleciony z serialem medycznym, mamy więc zagadki anatomiczne, fizjologiczne, patofizjologiczne a na to wszystko - zasmażka, czyli sądówka. Szkoda wielka, że aŁtorka nie rozwinęła swojej myśli, bo zapowiadało się ciekawie.

Analizują: Jasza i Walerian.
 
 
http://house-bones-story.blog.onet.pl/
 
Ten blog to połączenie 2 moich ulubionych seriali housa i bones. Po prostu życzę miłego czytani
Dzię-ku-je-my!
- Tempi idziesz!!! - Nie mam ochoty!!- broniła się swierzo upieczona absolwentka antropologii,
Bo czuła się jak jesiotr drugiej świeżości.
 
-  Temprence Brennan. - To nasz pierwszy bal absolwentów. Musisz iść!!!
Phi! Pierwszy Bal Absolwentów, potem będą następne.
 
-  przekonywały ją koleżanki z roku. -Ok pójdę- skapitulowała - To się szybko ubierz. Po 15 minutach wszystki gotowe pojawiły się na uczelni.
Bal odbywa się na uczelni, nie w wynajętej sali bankietowej najlepszego w okolicy hotelu? To przecież nawet studniówki są wystawniejsze!
Proszę brać przykład – na Pierwszy Bal można wystroić się w kwadrans. Innym bohaterkom opek poranne czynności zajmują nie mniej niż dwie godziny.
Bo też ten bal absolwentów ma w sobie coś ze szkolnej potańcówki urządzonej w sali gimnastycznej. Tace z ciastkami - na korytarzu, a palarnia w szatni...
 
-  Koleżanki (nie są istotne wiec anonimowe)
I tak je zostawmy, niech się nie pętają w narracji.
 
-  poszły do swoich znajomych a Bren została sama. Wtedy wpadła niechcący na wysokiego mężczyznę.
I jest jak zawsze – wpadła na ociekającego złośliwością House’a, potem przystawił się do niej Wilson i na koniec jeszcze Chase, czyli mamy zawiązanie akcji. Wszyscy w domu.
Brak mi Foremana i Cameron.
Ciii, oni balowali gdzie indziej!
Ale wiesz co jest najciekawsze? Oni wszyscy już mają stopień doktora. Tak się przedstawiają: dr House, dr Wilson, a w końcu dr Chase
Szkoda, że nikomu po ukończeniu studiów nie dają doktora na wyrost...
 
 
 Brenn z Chasem zagospodarowują sobie cały bal.
 
Tak. Ζatańczymy? - Chętni. I akurat leciał wolny. Tanczyli przytuleni do siebie długo i żadne z nich nie liczyło czasu. Potem Bren dała się zaprosić na kawę a na końcu nawet do domu. Siedzieli na kanapie i oglądali komedię tuląc się do siebie.
Jasza, czy dziś mamy jakąś komedię w telewizorze?
Wiadomości ci nie wystarczą?
Chcę się przytulić!
A ze strachu nie łaska?
 
 Siedzieli tak bardzo długo lecz w końcu Bren poszła do mieszkania.
 
Popłakując z irytacji gryzła dolną wargę i zastanawiała się dlaczego tak ją potraktował? DLACZEGO???
****
Krótko po balu i po wspólnym oglądaniu telewizji, Brenn i Chase jednak się rozstają, bo zrozumieli, że nie pasują do siebie.
 
 Rozdził 1, czyli 10 lat później
A teraz nowy rozdiał. Proszę przecztać tytuł!
Czytamy. Raz i drugi i trzeci -  rozdził, rozdiał, rozdał dalej i nie wiemy kto kogo z czego rozdział.
 
Dr. Temprence Brennan obudziła się słysząc dzwonek telefonu.
- Brennan.- rzuciła zaspana.  
-Hej Bones- usłyszala głos swojego partnera.- Mam dla Ciebie coś miłego na rano- trupa w aucie.  
Stanęli na parkingu obok sali gimnastycznej. Stał tam czarny van [generalnie – cały i nieuszkodzony, to ważne!] na całym terenie krążyli agenci federalni. Przeszli pod taśmą odgradzając miejsce zbrodni. Od razu podszedł do nich wysoki agent.
- Znaleziono ją 2 godziny temu jednak po 10 minutach samochód wybuch.
Tak sam z siebie wybuch. [!]
I nikomu przy tym krzywdy nie zrobił.
 
Dlatego was wezwaliśmy. Po wybuchu zostały tylko kości.
Natomiast karoserii nawet nie porysowało, a w środku znaleziono prawie kompletny szkielet. Co najdziwniejsze - w efekcie eksplozji, kościec został starannie oskrobany ze skóry i mięśni, nawet wnętrzności zniknęły gdzieś bez śladu.
 
Brennan podeszła do ciała.
 -Kobieta...21 lat...rasa biała. Powód zgonu nieznany bo nie ma czaszki. - poinformowała Bones.
Dziwne. Samochód eksplodował (przy okazji pasażera wyfiletowało) i na pierwszy rzut oka wiadomo dokładnie, że to była kobieta rasy białej, w wieku 21 lat, a przyczyny śmierci nie można określić?
Nie, bo normalnie takie wybuchy są nieszkodliwe. Musiało zadziałać coś więcej.
Odpowiedzi może udzielić wyłącznie głowa.

- To jej poszukajmy- odparł Booth
Poszli w kierunku sali gimnastycznej i weszli do środka.
- To jest obrzydliwe!!- na wstępie stwierdził agent widząc dobrze zachowaną głowę na obręczy kosza.
Eksplozja wcale nie zniekształciła urwanej głowy, co za ulga!
Ani wybuch, ani to, że jakimś cudem przebiła się przez mur i znalazła wewnątrz sali.

 - Nie musisz oglądać. Wystarczy że pomożesz mi to zdjąć. -powiedziała Bren
- Ale jak?
Wejść na drabinę i delikatnie ją zdjąć, starając się przy tym ani nie uszkodzić, ani nie dodać nowych śladów? Ależ nie! To byłoby zbyt proste! Brenn za wszelką cenę stara się wykazać:

- No tak zapomniałam że myślenie nie jest twoją mocną stroną. - powiedziała złośliwie antropolożka wzięła piłkę i uderzyła nią tak że nieuszkodzona czaszka wpadła prosto w jej ręce.
No jasne! Kozłując przebiegła całą salę gimnastyczną i z pięknego wyskoku dała doskonały rzut. To, że czaszka będzie już nieco „nadszarpnięta” ciosem piłki, nie będzie mieć żadnego znaczenia dla dalszego dochodzenia.

- Łał- powiedział z nieukrywanym podziwem Booth - Bones myślałem że nie lubisz gier zespołowych, ale to co widzę...
kwalifikuje się na Olimpiadę dla Stukniętych Antropologów.

- Booth pomóż mi z tą głową.
- Wiesz...ja zobaczę czy nie zniszczyli reszty szczątek..- wykręcił się Booth i szybko opuścił salę.
Bo to co zostało, było tak zmasakrowane, że wolał dopilnować reszty.

Podszedł do auta gdzie leżały kości.
W tym momencie oderwała się ręka wzniecając dziwny pył.
Lśniący tęczowo w świetle słońca i wygrywający dzwoneczkami cichutką, acz słodką melodyjkę.

-O...Widzę że szczątki były całe dopuki się nie pojawiłeś. To moż nie odpuszczj sobie bardziej.
Mówi to ktoś, kto przed chwilą ciosem piłki rozwalił materiał dowodowy.
 
******
A teraz akcja przenosi się do instytutu medycyny sądowej:
Temprence weszła do instytutu i od razu rozdzieliła zadania.
-Angela zrekonstrułuj twarz,
Rekonstrukcja twarzy będzie konieczna po ostatnich wyczynach pani antropolog, bo jak pamiętamy, w koszu jeszcze była nieuszkodzona.

Prawy piszczel jest dziwny przepiłuję go.
Wówczas będzie jeszcze dziwniejszy.
To w niczym już ani nie pomoże, ani nie zaszkodzi, ale Brenn zawsze marzyła o klarnecie z ludzkich kości...

Aaaa... i ustalcie przyczynę zgonu.
Walerian grzebie łapkami i przez półsen cicho mamrocze: aaaa może jednak wybuch, który wyfiletował ofiarę! Długo będziecie się jeszcze nad tym głowić?

Następnie ubrała granatowy fartuch i zabrała się za pracę. Najpier przejżała
[przejŻała]  bo [przeGlądać]?  - czyli przechodzenie z [g] do [ż]? No tak, ale nie w tym przypadku, niestety.

dokumentację, potem ubrała maskę i zaczęł badac kość. W trakcie piłowanie do pomieszczenia wpadł Booth.
Zaczął nagle kaszleć i zemdlał. Odwieziono go do House’a
House wźmiesz ten przypadek!!!- powiedziała zdecydowanie dr. Lisa Cuddy
- Nie.- odparł krótko najlepsz lekarz dr. Gregory House
- Weźmiesz.
- Nie, to po prostu zatrucie pyłem kostnym.
Który jest tak samo toksyczny jak powiedzmy -  woda z kranu.
Mączkę kostną dodaje się zarówno do nawozów, jak i do kociej karmy. Nikt od tego nie umarł, a marchew czy sałata nawet mają się lepiej.
Jasza! Mączka kostna z kociej karmie – tu mnie boli i tu i o... chyba umieram!
Taka karma, Walerian, taka karma, że nikt od tego nie zdycha...
 
- House, weźmiesz ten przypadek- powiedziała spokojnie Cuddy opierając się rękami o biurko- bo ja ci karzę.
A jeśli nie weźmiesz, to ukarzę.

- Duszności, omdlenie i krwioplucie.-poinformował House zespół zapisując objawy na tablicy. W gabinecie byli też Cameron i Chase.
- jak wrócę chce usłyszeć 3 wytłumaczenia.
 
Oczywiście, na tym kończy się medyczna strona opka.
Dalej już standard – akcja kręci się wyłącznie wokół nagle rozkwitłego uczucia między Temperance Brennan i Boothem, wokół zazdrości Cameron na widok Chase’a obściskującego Brenn oraz niejasnej w tym wszystkim roli House’a, który jak podejrzewamy, też się gwałtownie zakochał.
Ale aŁtorka zakałapućkała się starannie w tak pogmatwanej fabule i nie ma co czekać na dalszy ciąg.

 
Dwie dziurki w nosie
i skończyłosie
 
 
 
5. Dom przy Wall Street, czyli dwie Krainy Rozkoszy

W tym opku poznamy dwie młode, ostre, nie cofające się przed niczym wielbicielki Red Hot Chili Peppers.
Analizują: Sierżant i Murazor.

http://dangerous-cat-and-rhcp.blog.onet.pl/

Gwen i Charlotte. Obie mają po 20 lat,
I zeszły właśnie na śniadanie???

najlepsze przyjaciólki.
Aj! Przyjaciólki?! Mię się kojarzy!

Uwielbiają oglądać horrory i jeść pizze.Marzą o założeniu zespołu rock'owego. Może im się uda?
Mnie się marzy zespół punk'owy, albo metal'owy.

Regulamin!:

1. Ten blog jest naszą własnością, więc osoby kopiujące jakąkolwiek treść, będę TĘPIONE! [Ostrzegamy]
*Z masochistycznym akcentem:* Tępcie mnie!

2. Ten blog jest o histori zespołu Red Hot Chili Pepers i naszej, ale zaznaczamy to jest FIKCJA!
No, OK. Nigdy bym się nie domyślił.

3. Jeśli coś wam się nie podoba, to w prawym górnym rogu jest taki śliczny biały krzyżyk na czerwonym tle. Wystarczy KLIKNĄĆ.
Ależ skąd, podoba nam się, a jakże!...

4. Mile widziana krytyka, lecz także komentarze pozytywne^^
Niestety, autorzy ewentualnej krytyki zdążyli już kliknąć na taki śliczny biały krzyżyk na czerwonym tle.

5.Notki będę dodawane od czasu do czasu, z powodu nauki mogą być dośc długie przerwy.
6.Mamy nadzieję, że mile spędzicie czas na naszym blogu i nie będziecie się nudzić.
Nudzić?! Wręcz przeciwnie!

Pozdrawiamy
Charlotte&Gwen
A więc oto pierwszy rozdział!:
 
-Gwen!-zawołała Charlotte, kiedy przechadzała się po centrum handlowym, ciesząc się, że nareszcie skończyła drugi rok studiów na wydziale psychiatrii.
Mam raczej wrażenie, że ona na wydziale psychiatrii nie studiowała, ale była studiowana.
 
-Co?Co się stało?!-
-Gwen patrz!
Red Hot Chili Pepers grają w "Come Back" W Londynie!-
-Gdzie? co? aaa!! Idziemy!- mówiła tak niewyraźnie, że ledwo można było ją zrozumieć.
-No ba, tylko jest jeden problem...- odpowiedziała Lotte z chytrym uśmieszkiem.
- Jaki? Chyba nie powiesz mi, że nie możesz na nim być! Marzyłaś o tym, a teraz nie chcesz iść??- zapytała poddenerwowana Gwen.
- Nie denerwuj się kobietko, wysłuchaj mnie do końca, a dopiero potem miej do mnie jakiekolwiek pretensje. Ów problem jest taki, iż ja nie mam co na siebie włożyć...
Masz problemy, kobietko...
 
- odparła roztargniona Lotte z ironicznym uśmieszkiem na swej idealnie pomalowanej twarzycce.
Czy choć raz nie mógłby to być idealny uśmiech na ironicznie pomalowanej twarzyczce?
 
-Wiesz czasem mogłabyś pokojarzyć o czym mówie.-
- A ty mogłabyś się porządnie wysłowić a nie jakimiś skrótami mi dajesz. Co to ja inna?!-sarkarystycznie odpyskowała jej Gwen, która jak zwykle łatwo się wkurzyła.
-Ok, ok, wdech, wydech, wdech, wydech.[xD]To jak, idziemy?- Uspokojała ją Lotte
Tadam! A ja już wiem, co to jest
xD! Tralalala!
 
- Baa, tylko gdzie?-
- Na początek może do Green Apple? Tam mają zaczepiste rurki i pieszczochy^^-
Na ustawkę idą z tymi pieszczochami i gazrurkami, czy na koncert, bo się już pogubiłem?
Och, chłopcze! Czy ty w ogóle wiesz, co potrafi się dziać na koncercie? Lepiej by granatnik dokupiły, albo chociaż miotacz ognia. 
Żeby było red i hot!
 
jak zwykle dla Lotte najważniejszy był jej styl, który wprost uwielbiała.
Nadmieniamy tutaj, że styl (albo stylisko) to trzonek od łopaty. Czyli jednak ustawka.
 
- Ok, ale potem obowiązkowo pójdziemy do Croppa, po te zajebiszcze butki. Okej?-Zapytała się Gwen z minką biednego dziecka.
Sądząc po użytym epitecie będą to butki jak salony, albo nawet butki jak sanie!
 
- Okej, okej! Chodźmy więc!- I poszły na zakupy.
 
***
 
-Uff. Nareszcie koniec.- Zmęczone dziewczyny klapnęły na krzesełko w ich ulubionej restauracji.
Tylko jedno było wolne.
 
- No to co zamawiamy? Ja duże podwójne Expresso, i deser lodowy"Kraina rozkoszy", a ty?- Zapytała Gwen.
Psst, Sierżant, czym się różni Expresso od espresso?
Exspresso ma chyba coś wspólnego z Teleexpressem. Albo podają je ekspresowo?
 
-Podwójną Czekoladę oraz też deser lodowy "Kraina rozkoszy"- złożyłyśmy zamówienie i podczas czekania na jego zrealizowanie rozmawiałyśmy o różnych bzdetach, lecz głównym tematem był koncert i przystojni koledzy, których poznałyśmy podczas zakupów.
Bo najfajniejszych chłopaków można poznać w składzie budowlanym, przy gazrurkach.
 
Po pewnym czasie, podszedła do nas kelnerka z naszym zamówieniem.
Podszedła? No tak, jakby to był kelner, to by podeszł. Zaraza się rozprzestrzenia...
Przy okazji zauważyliście, drodzy czytelnicy zmianę narracji na pierwszoosobową mnogą?
 
-Proszę, oto wasze zamówienie.-powiedziała.
-Dziękujemy-odpowiedziła uśmiechnięta szeroko Gwen, podając jej pieniądze należyte za desery oraz napoje.
Te pieniące należyte
za desery niewyżyte.
Za krainy dwie rozkoszy
będzie po piętnaście groszy.
 
Nastała chwila ciszy, lecz podirytowana Lotte postanowiła ją przerwać, zaczynając rozmowę o tym, w czym pójdą na koncert.
-Ja chyba założe te granatowe rurki oraz ten żółty t-shirt z niebiesko-czarnym nadrukiem-powiedziła Lotte po chwili zastanowienia.
- Ten z tym sztyletem w sercu?- Zapytała się Gwen
To ma być koncert na Halloween?
Gdyby to był koncert na Halloween, to założyłaby bluzkę z Misfits. Oj, Murazorze, na modzie to się nie znasz. 
*Zastanawia się* Nie, ja jednak wolę ten sterczący sztylet. Byle w 3D.
 
-Tak, ten, a do tego zółty i niebieski pasek z piramidkami[Dop. Charlotte:taki wzór, nie pamiętam jak to się pisze, jeśli źle to wybaczcie!] oraz te czarne botki na małym obcasie.-odrzekła Lotte
Haha, botki na koncert! Chcę widzieć jej stopy po starciu z obutymi w glany towarzyszami koncertowymi.
Bo to są specjalne botki na ustawki. W tych małych obcasach mają pneumatyczne wyrzutnie dziewięciocalowych gwoździ.
 
-A, i obowiązkowo biżuterię.-dodała-a ty?-
-Ja te czarne rurki, seledynową bluzkę z czarnym nadurkiem ze szkieletem, seledynowo-czarną arafatkę, jasno różowy pasek, i jasno różowe trampki wywijane za kostkę z seledynowymi sznurówkami.Może być?- zapytała się na koniec Gwen.
Arafatka, gazrurki, stylisko... Będzie się działo!
 
-Ależ oczywiście, to jak idziemy do mnie?- zapytała się Charlotte.
-Ok-I poszły na postój taxi, gdzie zamówiły przejazd na ul. WallStreet 6. Niby, od centrum Londynu do domu Lotte były tylko dwie przecznice, lecz dziewczyny były tak zmęczone,że czuły, iż nie potrafiły by zrobić nawet kroku dalej, niż na postój taxi.
Londyńska Wall Street to niewielka uliczka w północnej części Islington. Troszkę dalej niż dwie przecznice od centrum Londynu... Inna sprawa, co dla kogo jest tym centrum.
 
Wsiadły do samochodu zmęczone cztero godzinnymi zakupami.Nawet nie zauważyły kiedy kierowca domagał się zapłaty za przejazd.Gwen wyszła, a Lotte dała parę zmiętych funtów kierówcy, podziękowała za przejazd i wyszła z samochodu lekko trzasakając drzwiczkami.
 
***
Tak oto dziewczyny dostały się do domu Lotte, która dochodząc do schodów prowadzących do jej okazałego domu, szukała kluczy.
Tylko dla ludzi o mocnych nerwach: oto
okazały dom przy Wall Street w Londynie. Ale gdzie te schody?
 
Gdy je znalazła, otworzyła drzwi,a Gwen ukazał się dobrze jej znany widok. Przechodząc przez drzwi, wchodziło się do holu. Za nim było wejście do salonu połączonego z kuchnią, a po lewej stronie schody prowadzące na piętro. Za schodami znajdował się też mały korytarzyk, który prowadził do spiżarni i łazienki.Kuchnia była istotą prostoty,koloru czarno-bordowego,a ściany barwy kości słoniowej.W salonie wisiały piękne obrazy,na środku stała fioletowa sofa a przed nią niski stoliczek koloru kremowego. Naprzeciw niej był duży plazmowy telewizor. Po obu stronach ławy stały fotele takiego samego koloru co sofa. Meble otaczające to wszystko były koloru kremowego jak ów stolik. Ściany były pomalowane na kolor dojarzałej brzoskwini.
Żeby nie było, że analyzator to tylko się czepia. W tym opku mamy opisy zamiast linków! Należy się pochwała.
 
Gwen weszła do niego, uprzednio ściagając buty i rozgościła się wnim.
Przeczytałem "winem"!
 
Lotte poszła po jakieś przekaski, ponieważ dziewczyny postanowiły obejrzeć film.Wybrały film"Egzorcyzmy Emily Rose"[Dop. Lotte: Polecam!], choć znały go już na pamięć, ponieważ oglądały go kilka razy. Około 3 nad ranem zasnęły znużone.
Hmm, film nie trwał przecież tak długo.A chyba nie oglądały go kilka razy pod rząd!
 
 
***
-Gwen!Wstawaj!-próbowała dobudzić dziewczyne Charlotte, lecz jej tród poszedł na marne.
"Ale daremny był jej tród, daremny ramion sprzęg i ósił..."
 
Kobieta mruknęła coś niezrozumiałe, obróciła się na drugi bok i usnęła. Wkurzona Lotte, wygramoliła się spod ciała Gwen,
Ha! To tłumaczy znużone zaśnięcie o trzeciej.
 
poszła do kuchni, by po chwili wrócić ze szklanką lodowatej wody w dłoni. Jednym chlustem wylała to na twarz niczego nie spodziewającej się dziewczyny. Natychmiast poskutkowało.Gwen zaczeła się wydzierać na cały dom, zamotała się jeszcze bardziej w koc, którym była przykryta, i spadła z sofy.
Element Komiczny czy Chwila Napięcia?
 
-Nienawidzę, zabiję!Rozumiesz? Z-A-B-I-J-Ę!- wściekła, zaczęła gonić Lotte po całym domu. Dopiero gdy złapała ją na schodach, uspokoiła się i postanowiła się 'odwdzięczyć' pięknym za nadobne, podczas śniadania. Poszły do kuchni i zaczeły przygotowywać sobie ów posiłek. Gwen, gdy Charlotte wyszła na chwilę, bo zadzwonił telefon, włożyła jej do kanapki kiełki pszenicy, które Lotte tak nieznosi.Z cwanym uśmieszkiem na swojej pięknej buźce, położyła kanapki dziewczyny na talerzyk i postawiła na stole. Usiadła przy nim i zaczeła jakby nigdy nic jeść swój posiłek. Cwany uśmieszek wogóle nie schodził jej z ust. Lotte weszła do kuchni i od razu usiadła przy stole. Zobaczyła, że Gwen je swoje kanapki. Usiadła i zobaczyła jak dziewczyna przerywa ową czynność i podsuwa jej z przemiłym uśmiechem posiłek. Spojrzała na nią niepewnie, lecz spostrzegła tylko, że Gwen wróciła do dawnej czynności. Po chwili chwyciła kanapkę i wzięła do ust. "Jedz, jedz, kochaniutka!" pomyślała Gwen, po czym uśmiechneła się złośliwie. Lotte powoli przerzuwała kęs kanapki, lecz po chwili, pobiegła do łazienki i wszystko wypluła.
Zemsta jest rozkoszą boChaterek.
 
-Małpa!-doszedł do niej krzyk z łazienki. Zaczeła się szalenie śmiać.
-Ja? Ja małpa?! Nie rozśmieszaj mnie, to TY zaczełaś. Mogłaś mnie w ten sposób nie budzić!- odkrzyknęła.
-A ty mogłaś nie dodawać kiełków, przecież wiesz, że ich niecierpię!- odgryzła się Lotte.
-Czyli moja wina?- warknęła- to ja wpadłam na głupi pomysł, żeby pójść do kuchni i wylać na siebie szklankę LODOWATEJ wody??- wywarczała wkurzona Gwen.
- Jakbyś reagowała na moje normalne budzenie, to bym nie musiała wylać na ciebie tej powalonej wody!-
-Aha, czyli przepraszam, że żyję!-zdenerwowana Gwen poszła na górę do pokoju.
Lotte dopiero teraz zdała sobie sprawę, że mogła się domyśleć, że ten małpiszon będzię chciał się zemścić."O Fuck!" pomyślała.
Skoro rzecz się dzieje w Londynie i wszystko -jak dotąd - jest konsekwentnie tłumaczone na polski, to co tu robi ten fuck?
 
-Gwen! No ej, Gwen! Sorry, mogłam się domyśleć, że będziesz chciała się odpłacić.Wybaczysz?- zapytała z nutką nadziei w głosie.
- Nie!- doszedł do niej stłumiony okrzyk.
"No tak, mogłam się domyśleć, że tak łatwo się nie podda. Muszę coś zrobić. Tylko co?" rozmyślała. "Wiem!"  krzykneła w myślach. Popędziła do kuchni, po jej ulubiony krem czekoladowy.Po chwili znów próbowała przebłagać przyjaciółke. Czuła, że jeszcze trochę, a Gwen zmięknie.
-Gwen! Przepraszam!- chyba po raz setny Lotte próbowała ją przeprosić. Wkońcu dziewczyna zapytała.
- A masz krem czekoladowy?-
Gdy szympansicę
Washoe nauczono podstaw języka migowego, jednym z pierwszych zdań jakie ułożyła, było: "Będę grzeczna, dasz banana?"
 
-Mam!-odpowiedziała i już chciała coś dodać, lecz nie mogła bo uginała się pod ciężarem ciała dziewczyny.
To już drugi fragment z którego można wyciągnąć wniosek, że kremy czekoladowe i krainy rozkoszy odłożyły się Gwen tu i ówdzie.
 
- Kocham! Normalnie Cię kocham!- krzyczała Gwen-Ale daj mi już ten słoiczek, proszę! Zresztą przecież wiesz, że nie potrafię się na Ciebie gniewać.- powiedziała. Rozbawiona Lotte wyciągneła rękę i podała jej ów słoik.
 
Mamy nadzieję, że ów odcinek wam się podobał:) pozdrawiamy oraz czekamy na komcie. Ah, zaszła mała zmianka w regulaminie, narazie prosimy o zostawianie adresów pod notką, pod warunkiem,że będzie to porządny komentarz a nie coś w stylu" Fajny blog, zajrzyj do mnie..." Ów komentarze będą usuwane;)
Jak można zrobić trzy błędy ortograficzne w dwuliterowym słowie, (nie licząc błędu interpunkcyjnego)?!
Powinno być: Uff. Komentarze będą usuwane. Iks De.

 
Sierżant w glanach i bluzie Misfits i Murazor z gazrurką expressowo pozdrawiają znad michy bigosu z kiełkami.
 
 
 A cała ekipa SuS wraz z Maskotkiem kłania się pięknie znad kubków miętowej herbaty na lepsze trawienie.
 
 





5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

• Ewa


Swoją drogą, czy to typowe dla opek, żeby dziewczyny tworzące opowieść o nastolatkach podpisywały się imionami tychże nastolatek? To by tłumaczyło te częste przejścia z narracji trzecio- do pierwszoosobowej i z powrotem. Że też one tego nie zauważają, w ogóle nie czytają całości przed opublikowaniem?

• Ewa


Wielkie fanki Red Hot Chilli Peppers ze sporym opóźnieniem dowiadują się, że RHCP gra koncert w ich mieście. Co robią, zastanawiają się, jak mogły przeoczyć tak ważną informację i szybko sprawdzają, czy są jeszcze dostępne bilety? Nie, biadolą, że nie wiedzą, w co się ubrać, po czym idą na zakupy, by zaopatrzyć się w cudaczny zestaw ubrań specjalnie na tę okazję. A może to ma sens, one wcale nie planują wejść na koncert razem z motłochem, tylko od razu skierują się do wejścia dla VIP-ów i muszą być odpowiednio ubrane, żeby ochroniarze wzięli je za groupie i wpuścili za kulisy.

• Erka


Ahh, opko o Hermionie rozłożyło mnie na łopatki... A scena miłosna - jak dla mnie bomba. Dzielna dziewczyna, pierwszy raz, wynicowała jej się pochwa, a ona nawet się nie zakłopotała, nie mówiąc już o zaniepokojeniu się... Może rodzice - LekarzeChociażDentyści - wspomnieli jej, że coś takiego może się zdarzyć? :)
Drugie opko też było cudne. I bohaterka - żywy przykład osoby spod znaku 'SHE'S ASKING FOR IT'. Ogólnie - wszystko bardzo smakowite, ale te dwa kąski zdecydowanie najlepsze.

• Dzidka


@ jaszu - a mnie się kojarzy z gestem pt. "ręce opadają" ;)

• freya-ananta

Dziękuję Wam bardzo, bardzo ;) Pomogliście mi niezmiernie, życzę weny do analiz i pozdrawiam całą ekipę bardzo serdecznie. Jeszcze raz dzięki,

F.

• jasza


@Dzidka

dla mnie "załamać ręce" [na przykład z rozpaczy], to spleść palce obu dłoni i wyprostować łokcie.

Częsta figura w patetycznych rzeźbach nagrobnych.

• Dzidka


Jako ciekawostkę dorzucę od siebie, iż jeszcze kikkanaście lat temu spotykało się na te postawę okreslenie "załamać ręce" :) Teraz chyba to już jednak nie funkcjonuje, albowiem "załamać ręce" kojarzy się nam raczej z gestem bezradności, beznadziejności, rozpaczy. Ale sama to pamiętam.

• jasza


Nie ma więcej określeń jak wymienione [założyć/skrzyżować/zapleść/spleść] ręce na piersi.

• kura z biura


@freya-ananta: dzięki za tak miłą laurkę :) A co do Twojego pytania, to ja się spotykałam głównie z bardzo prostymi określeniami w rodzaju założyć/skrzyżować/zapleść ręce na piersi. Może Jasza jeszcze się wypowie? Jaaaaszuuuuu!

Anonimowy pisze...

freya-ananta

Dzień dobry, ja tu może w troszkę innej sprawie niż samo uwielbienie i nie bardzo na temat, więc na początku powiem tylko, żeby nie było mylnego wrażenia, bo uwielbienie owszem jest, ale khm, no, nie tylko ^^ Powiem, że przeczytałam wszystkie analizy i jestem w szoku, ale takim bardzo pozytywnym. Poza słynnym janem, czyli Lochą Snejpa, już myślałam, że nie będzie porządnej analizatorni, która rozumie co to analiza "blogasków", a nie chamskie obrażanie, ale pomyliłam się i to bardzo. Jesteście absolutnymi mistrzami, po pierwszej analizie już posłusznie nie jem przy komputerze, a tym bardziej nie piję, bo to grozi śmiercią lub kalectwem komputera, a moim absolutnym zakwikiem. Tak więc jesteście mistrzami i ludźmi, którzy codziennie wprawiają mnie w dobry nastrój, bardzo Wam za to dziękuję ;) Tak, racja, tu jednak nadchodzi czas na ujawnienie meritum sprawy, w której piszę. Jesteście, cóż, pierwszymi osobami, które przyszły mi na myśl, żeby się do nich zwrócić, mianowicie: potrzebuję pomocy w nazwaniu pewnej czynności, którą chcę opisać tak, żeby nikt nie mógł się tego określenia przyczepić. Jak opisać taką postawę: http://republika.pl/blog_dt_1189384/2430586/tr/3360375783_0bc29c96a2_o.jpg może zdjęcie nie najlepszej jakości, ale chodzi mi konkretnie o to splatanie rąk na piersiach. Proszę po prostu o radę literacką, byłabym naprawdę niezmiernie wdzięczna i oczywiście chcę dodać, że to na początku to absolutnie nie kadzenie i podlizywanie się, po prostu stwierdziłam, że przychodzenie od razu z prośbą byłoby... No cóż, troszkę, jakby to ująć, źle zrozumiane. Pozdrawiam,
F.

• Murazor


 Mirveka

Fraszka o lordzie i lady jest lekką przeróbką oryginału L.J. Kerna.




Bardzo dobrze, że te idiotyzmy nie są kontynuowane...
• Ithildin

Poetessa jest moją idolką. W swoich porównaniach prawie dorównuje Tomaszowi Zimochowi.

-Hermiono, on się zwyczajnie na ciebie uwziął.- rzekł Ron obejmując mnie w chodzie.
Dobrze, że nie w kroku!
Zabiło mnie to, na śmierć.

A tak btw, widzieliście nowy wizerunek DeBilla?:)
http://www.pudelek.pl/artykul/23260/tak_wygladaloby_dziecko_lady_gagi_i_rihanny/

• Pigmejka


Smakowity ten Wasz bigos! ;D

Ten szpital Draculi, do którego wiedzie ścieżka otaczająca furtkę i prowadząca przez błotniste i kamieniste bagno, ta rozegzaltowana i wrażliwa marysia berlińska, ten słodko i niewinnie śpiący Snape, co to ma zwyczaj mówić "oj", no i "Kobieta...21 lat...rasa biała. Powód zgonu nieznany bo nie ma czaszki.", a na koniec dwie gorące fanki RHCP i wysokokalorycznych deserów... Mniam :D :D :D Wszystkie analizy wspaniałe, wielkie brawa i pokłony dla całej ekipy! :)
PS. Kocham Was za te wierszyki. ;]

Anonimowy pisze...

Laura Absinth


Nie byłam w stanie doczytać końcówki, bo durnota tych dwóch była nie do przejścia.
Analiza jak zwykle pierwsza klasa, szczególnie przypadł mi do gustu świat stojący otworem. A jeśli chodzi o treść opek, to zdecydowanie najbardziej interesujący był analomag.
Z niecierpliwością czekam na następną analizę.

• Mirveka


Ojej cudne.
Wierszyk o Lordzie z pod Lady bardzo mi się podobał. Murazor, to twoje dzieło, czy coś zapożyczonego?

A w drugiej części kanoniczny przykład nieistniejących rodziców. Czasami myślę, że każda autorka jest z jakiejś patologicznej rodziny, która w ogóle nie przejmuje się swoimi dziećmi.

Walek z Voldemortem i Magic School Musical też zabija.

Ogólnie bardzo smakował mi ten gulasz.


• gabrielle


Dziwna ta przyjaźń z ostatniego fragmentu. Z moją najlepszą przyjaciółką tak nie rozmawiam.

• gabrielle


"Jego ręce obejmują mnie w talii… gładzą moje rozpalone ciało… usta smagają szyję… delikatnie piszcząc… "
Wyobraziłam sobie te usta piszczące pipipipipi jak kurczaczek i padłam. Zapisałam w kajeciku ku pamięci.

• Yasriria

"-Kobieta...21 lat...rasa biała. Powód zgonu nieznany bo nie ma czaszki. - poinformowała Bones.

Dziwne. Samochód eksplodował (przy okazji pasażera wyfiletowało) i na pierwszy rzut oka wiadomo dokładnie, że to była kobieta rasy białej, w wieku 21 lat"
No ja tam się nie dziwię, że pani doktor od razu znała wiek i rasę szkieletu (dlaczego to nie była kupka kości, tego nie rozumiem...)- w końcu była antropologiem... Dlaczego mam wrażenie, że aŁtoreczka pomyliła antropologa z patologiem bądź patomorfologiem?
A analizy jak zawsze rewelacyjne :)

• Ome


Nie wiem, która część bardziej mnie ubawiła i dobiła - w każdym razie pomysł na takie kawałki jest świetny. Poetessa chyba jednak wygrywa, mam przed oczami zblazowaną nastkę-bohaterkę. Jej twórczynię również.

Ach, Walerian się pojawił! Proszę pogłaskać ode mnie Kota, bom się stęskniła. Kici, kici, kiiiciii... drap aŁtoreczki!

• Olaboga


A niech się skicham...

• valle


od lat mieszkam w Berlinie, więc dla mnie szczególnie interesujące były realia związane z tym miastem. Aż szkoda, że aŁtorka nie kontynuuje opowiadania, bo może bym się czegoś ciekawego dowiedziała. No i dlaczego właściwie płacę ciężkie pieniądze za mieszkanie na Schönebergu, skoro za niewielką dopłatą mogłabym wynająć mieszkanie w samym centrum, w dodatku z pełnym wyżywieniem? ech, chyba za mało obrotna jestem :-(
(tudzież wychodzę na ulicę z za mało skwaszoną miną)

• Pani Minister


Ja też podziwiam analizatorów, że potrafią przebrnąć przez taką ilość głupot naraz. A scena erotyczna plus piosenka z "Króla Lwa" nasuwa mi skojarzenia z zoofilią.
Minister Zdrowia ostrzega po raz ostatni ;).

• Dzidka


Uff! Ciężka walka to była... Najtrudniej mi było przebić się przez Hermionę ze Snape'em. Gratulacje dla analizatorów bigosu :)

Anonimowy pisze...

"Voldemort całą swoją potencją przeciw nam wyruszył."

Boru, tylko nie to! Czy on naprawdę nie ma już dość córek?

"seledynową bluzkę z czarnym nadurkiem"

"Bluzka z nadurkiem" - piękna fraza i jaka przydatna. Będę używać.

A w ogóle to wspaniała analiza, kłaniam się całej załodze tak, żeby tyłeczek był przy ziemi, a główka nisko.

(najwyraźniej nawet blogspot postanowił wyrazić uznanie dla wierszyka o lordzie i lady: hasło - panipan :D)

Anonimowy pisze...

"Po pewnym czasie, podszedła do nas kelnerka z naszym zamówieniem. "
Pierwsze, co pomyślałam po przeczytaniu tego zdania to: No jak nic im się tam wpierniczyła Kicia ze "Śniadania na Plutonie"

Pozdrawiam analizatorów i życzę wam cierpliwości na jeszcze więcej analiz :)
Alice M.