czwartek, 19 czerwca 2014

266. Don Cesario i dziewoje, czyli telenowela nadbałtycka (cz.2)



Drodzy Czytelnicy! Opko, które wywołało w zeszłym tygodniu tyle emocji, zdążyło w międzyczasie zniknąć - ale nie z nami takie numery. Z przyjemnością prezentujemy Wam zatem ciąg dalszy losów Czarusia. Tym razem skupia się on na swym życiu uczuciowym i prezentuje jeszcze więcej zalet swego charakteru (tu mały spoiler: tak już będzie do samego końca, sprawy społeczne zdecydowanie poszły w kąt). A czego my tu nie mamy! Uwiedzenia, ciąże, kazirodztwo i ponure intrygi… Zapraszamy!

Analizują: Dzidka, Kura, Jasza, Szprota i Babatunde Wolaka.
 
Na sposobność wydostania się z "dziury" Cezary Baryka nie musiał czekać długo, wielkimi krokami zbliżały się wakacje i Konstancja zaproponowała mu wspólny wyjazd w jej rodzinne strony. Z początku nastawiony bardzo sceptycznie do tego pomysłu Baryka z racji swoich złych wspomnień z Nawłoci, po dłuższych namowach zgodził się. Pojechali.
Cezary, oczywiście, też miał wakacje. Dzikie tłumy kłębiące się w poczekalni nagle wyzdrowiały, a kobiety przestały zachodzić w ciążę.
Tyle zostało z tej uroczej wioseczki, gdy nasi Bonnie i Clyde wzięli się do pracy:

21890611.jpg

Podróż trochę trwała, bowiem panna Opolska mieszkała nad samym morzem Bałtyckim,
Ani słowa o przekraczaniu granicy, więc domniemywam, że akurat wstrzelili się w “korytarz”.
Łatwo nie było, bo całe wybrzeże miało 70 kilometrów długości.

Ciekawe, jak długo jechało się z Warszawy nad morze, skoro Magistralę Węglową (ze Śląska do Gdyni) uruchomiono dopiero w 1933 roku. Przy czym pamiętajmy, że pociąg ciągnięty był przez ciuchcię i w Mławie trzeba było się przesiadać.

0002NEV5XJY87C4L-C116-F4.jpg

Zwracam jednak uwagę na orta.
Nie pierwszy on i nie ostatni.

Cezarego to jednak cieszyło, bo lubił spędzać czas z tą panną, a poza tym miał wreszcie okazję by ją porządnie "przesłuchać."Nawet nie zdawał sobie sprawy jak mało o niej wie.
Ba, skoro gadał cały czas o sobie…


- Niech się pan nie obawia - powiedziała w pewnej chwili Konstancja widząc przerażenie w oczach Baryki
Widzicie Cezarego skulonego z przerażenia w kącie przedziału? Ja tak.
I śliniącego się z cicha.
I powtarzającego: “Kłykcie! Straszliwe kłykcie!”

- Adamowice to nie Nawłoć, a ja nie nazywam się Hipolit Wielosławski tylko Konstancja Opolska. Chyba jest różnica? - uśmiechnęła się i złapała przyjaciela za rękę. Kiedy zaś spostrzegła, że to nie pomogło przytuliła się do niego i pocałowała w policzek - Niech się pan nie boi spakowałam trostoczkę na wszelki wypadek.
Tak się zastanawiam jak zapakować laskę?
Przytroczyć do walizy?
Może ma teleskopową.

Jeśli zajdzie taka potrzeba, obronię pana - uśmiechnęła się znowu.
Najpierw przetrząśnie kufry i skrzynie…
Zna parę chwytów, ciałem zasłoni.

- Nie wątpię - wymruczał Cezary, który coraz bardziej zaczynał bać się swojej przyjaciółki.
Tak, ona mi nie wygląda na zdrową na umyśle.
Jej ogrom, siła i dziwny charakter pozwalają sądzić, że to stolemka. Stolemy są okrutne...

Nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś się do niego przytula, natomiast pannie Konstancji takie gesty zdarzały się coraz częściej. Niby przypadkiem łapała go za rękę, głaskała po włosach, przytulała się lub cmokała go w policzek. Młody Baryka zupełnie nie wiedział jak ma interpretować takie zachowania i jak ma się wobec nich zachować.
AŁtorko, weŚ. Baryka dawno już przestał być piętnastoletnim prawiczkiem!
Wręcz przeciwnie - prowadził dość intensywne życie erotyczne.
Od kiedy został zawodowym angstownikiem, wyszedł nieco z wprawy.

***

  Po kilku godzinach niezwykle męczącej (zwłaszcza dla Baryki) jazdy pociągiem, dotarli na miejsce.
A to się uwinęli! Nieistniejącym pociągiem, w kilka godzin dojechali nad morze.
Dlatego właśnie to było niezwykle męczące.

Na stacji czekała na nich jakaś kobieta w średnim wieku, towarzyszyła jej niezwykle urodziwa (jak ocenił Cezary) panna. Okazało się, że panie te to matka i siostra Konstancji. Obie były bardzo zaskoczone obecnością Cezarego, widać Konstancja nie raczyła ich poinformować, że nie przyjedzie sama. Pani Opolska zmierzyła Cezarego wzrokiem, a kiedy uznała, że nie ma się do czego przyczepić powiedziała:
- Witamy w Adamowicach. Niech się pan czuje jak u siebie w domu.
Gdyby nie był tak przystojny, pani Opolska pogoniłaby go precz.
Ta Konstancja, jak zawsze roztrzepana! - myślała pani Opolska. - Ani listu, ani telegramu, a tu pokój gościnny zajęty, bo właśnie zjechali wujostwo Teodorowie! Gdzie my zmieścimy tego Barykę...
Poznał władzę radziecką, miał szansę się przyzwyczaić do ciasnoty mieszkaniowej.

- Będę wdzięczny losowi jeśli nie okażą się one drugą Nawłocią - wymruczał niezbyt uprzejmie [nie żebyśmy się dziwili] Baryka. Konstancja zachichotała i spojrzała na niego porozumiewawczo.
- “Ten Cezary!” - myślała z rozczuleniem. - “Zawsze taki rozkosznie bezpośredni!”

Podczas obiadu rozmowa zeszła na tematy polityczne, z czego Cezary był niezmiernie rad.
Mógł się powymądrzać przed nową publicznością.


- Rząd więcej mówi, obiecuje niż robi. Śmiem twierdzić, że oni tam w tym rządzie nawet nie wiedzą jak kiepska jest sytuacja obywateli. Nic ich to nie obchodzi, dbają tylko o własne interesy. Wykorzystują braki w wykształceniu ludzi, żeby mydlić im oczy.
- Skąd tak daleko idące wnioski? Skąd taki pesymizm u tak młodego człowieka jak pan?
- Swoje widziałem i swoje wiem.
Widziałem na przykład, jak wygląda lekcja w wiejskiej szkole...
Temi rencami przyłożyłem się do szerzenia analfabetyzmu na wsi!


***

  Dni mijały. Cezary przywykł już do nowego otoczenia, zbratał się też zarówno z domownikami jak i z całą okolicą. Jego czas wypełniała zupełna beztroska, całe godziny spędzał na rozmowach jak nie z panną Konstancją, to z jej siostrą Gabriellą, którą udało mu się bliżej poznać. Dużo opowiadał jej o Baku i o wojnie polsko- bolszewidzkiej.
Bolszewidze to takie dość dalekowzroczne stronnictwo.
Teatr mój widzę Bolszoj!
Wszystko się zgadza. W wojnie polsko-bolszewidzkiej dowodził Piłsudzski.

Dziewczę słuchało go z zapartym tchem, upajało się każdym słowem przezeń wypowiedzianym. Jakby w każdym z tych słów, zawierało się wszystko, cały wszechświat!
Psychofanka.
Barykabitch :-P
Barylieber!
Na pewno założyła mu hasztaga na twitterze.
Następnym krokiem będzie tumblr.

- Daleko to Baku?-spytała panna Gabrysia pewnego dnia podczas spaceru.
Daleko to Baku, gdzie grób bohatera…
I to nie jednego, a dwudziestu sześciu.

- Dosyć - odpowiedział Cezary.
Ponoć jeszcze gdzieś za Częstochową.
[“Marianna w Brazylii”]

- Proszę mi wybaczyć pytanie - odezwała się po chwili - Jak panu jest w Polsce? Tęskni pan za Baku?
- Tęsknie, nie tęsknie. To nie ma znaczenia, nawet jeśli bym chciał to nie mam do czego wracać. Cały majątek ojca poszedł na stracenie.
Nic to, że to rodzinne miasto, przyjaciele, grób matki. Forsy nie ma.
- Twardym trzeba być - dodał przez zaciśnięte zęby. - Jak Roman Bratny.

[Gabrysia wypytuje Cezarego o jego rodzinę i sama opowiada - między innymi o tym, że kilka lat temu Konstancja zamierzała wyjść za mąż]


- No chciała wziąć ślub. Wygadałam się, no to ładnie, po prostu myślałam,że pan już wie. W końcu przyszłym mężom mówi się takie rzeczy - Baryka zaczął się śmiać.
Śmiał się jeszcze przez chwilę perliście i dziewczęco, po czym przerwał i umilkł, skonsternowany.
- Ej, co się dzieje? - spytał, z niepokojem wsłuchując się w brzmienie swego głosu.
- Nic, narratorowi się popieprzyło, normalka - wyjaśniła z westchnieniem Gabrysia.

- Nie, nie. My nie jesteśmy razem, przyjaźnimy się tylko.
Nooo, jakby to powiedzieć, nawet dziś zaproszenie faceta do domu i przedstawienie go rodzicom - zwłaszcza jeśli jest to zaproszenie na dłuższy pobyt - sugeruje coś więcej niż “jesteśmy tylko przyjaciółmi”. A co dopiero w latach dwudziestych…
My to wiemy, lecz czy wie to zapatrzony w siebie i nieogarnięty społecznie Czaruś?

- Do ślubu ostatecznie nie doszło. Nie znam szczegółów.
- A kim był niedoszły pan młody? Znam go?
- Tak był wczoraj u nas na podwieczorku. To pan Tomasz.
- Zabielski?! Ten stary dziad! Ten burżuj!*
Nawet prace społeczne uprawia się lepiej z zapleczem finansowym. Ja bym nie narzekała.


- Tak, właśnie on - potwierdziła Gabrysia chichocząc. Tanecznym krokiem wbiegła na środek łąki i z kwiatkami w ręku zaczęła kręcić się wokół własnej osi - Też tego nie rozumiem, ale Konstancja zawsze wolała starszych mężczyzn - dokończyła zjawiając się obok Baryki.
- Przecie on jest stary ... Co ona w nim widziała? - zastanawiał się doktor.
Toż przed chwilą usłyszałeś, że ZAWSZE wolała starszych…
Nie usłyszał, bo akurat słuchał swojego głosu wewnętrznego.

- Może majątek? Jest dobrze sytuowanym prawnikiem.
Zapamiętajmy - Zabielski jest bogatym (a więc niezłym) prawnikiem.

Niektóre kobiety uwielbiają pieniądze - mówiła rwąc płatki z bukieciku, który przed chwilą zebrała.
- No tak. Pieniądze, one zawsze działają na kobiety.
- To prawda większość kobiet to podłe materialistki. Jednak istnieją wyjątki od tej reguły.
- Proszę podać mi choć jeden.
- Ja. Szukam wielkiej romantycznej miłości! Zapierającej dech w piersiach przygody miłosnej! Płomiennego romansu, który zapamiętałabym do końca moich dni!-
Oraz mam szczególne upodobanie do ubogich wiejskich lekarzy! - dodała z naciskiem.
I to bogatego wyklucza w jaki sposób konkretnie?
Fantazję zastąpiła u niego kalkulacja.

uśmiechnęła się do siebie - Nie rozumiem mojej siostry. Pod nosem ma tak wspaniałego mężczyznę jak pan i nic z tym nie robi - Baryka tylko uśmiechnął się do siebie.
Trafiony, zatopiony. Borze liściasty, jak łatwo niektórych złowić na pochlebstwo.


- Pójdzie pan dzisiaj ze mną do kościoła? Chciałabym się wyspowiadać- zapytała zmieniając temat. Cezary z wiadomych przyczyn chciał jej odmówić. Jednak jej młodzieńczy urok i wdzięk nie pozwolił mu na to.
Jezus też tak zaczynał.

***

    Podczas mszy Cezary ledwo powstrzymywał śmiech, jedynie obecność panny Gabrysi, powstrzymywała go przed tym. Dziewoja z uwagą słuchała kazania, Baryka zastanawiał się kiedy ten koszmar się skończy.
To po coś tam lazł, skoro tak ci źle, zmuszał cię kto?
Gdyż nie miał co robić, stała motywacja w tym opku.

Szczerze dziwiło go oddanie wszystkich tych ludzi dla idei jakiegoś palestyńskiego buntownika,
Nie te czasy, aŁtorko, by mówić o palestyńskim buntowniku. Sobór Watykański Drugi - lubisz powoływać się na Wikipedię, poczytaj trochę.

 który sam uważał siebie za Boga, a jego matka, pomimo tego, że go urodziła, wciąż pozostawała dziewicą. Parsknął śmiechem, gdy o tym pomyślał, dobrze wiedział, że z medycznego punktu widzenia jest to po prostu niemożliwe.
No coś takiego! Niewiarygodne. Naprawdę?
Nigdy byśmy się nie domyślili, gdybyś nas, Czarku, nie oświecił!

" Oto przykład jak w prosty sposób można manipulować ludzkim umysłem"- pomyślał i ziewnął potężnie. Uznał, że ta" paplanina" tak szybko się nie skończy więc najlepiej będzie uciąć sobie krótką drzemkę. Ułożył się więc wygodnie na ławce i zasnął.
Sorki, ale ten kawałek brzmi dla mnie jak wyjęty wprost z głowy gimnazjalisty, który jest taaaki niewierzący i taaaaki antyklerykalny, ale matka zapowiedziała, że jak nie pójdzie do bierzmowania, to koniec z kasą - więc chodzi do kościoła nadąsany na cały świat, stoi w kącie i demonstracyjnie okazuje lekceważenie.
Natomiast muszę przyznać, że jest to spójne z postacią Czarka, zapatrzonego w siebie i pogardzającego całą resztą.

Obudził się dosłownie przed samym końcem nabożeństwa, jak już zdążył się zorientować nie spodobało się to kilku starszym paniom w charakterystycznych berecikach.
Myślę, że nie tylko przed wojną, ale i teraz osobnik, który podczas mszy wyciąga się na ławce i śpi, zostałby nie tylko obrzucony zgorszonymi spojrzeniami przez starsze panie, ale przede wszystkim wyprowadzony z kościoła przez paru silnych panów.
Jakby nie mógł dyskretnie przyciąć komarka, pochyliwszy głowę nad modlitewnikiem.
Przecież Czarek to wściekły bolszewik! Taki zbolszewiony, że strach! Jak wiadomo, każdy z nich w kościele zajmuje całą ławkę, wyciąga się na niej i śpi chrapiąc i popierdując, a z ust cieknie mu struga śliny. Zawsze.


Obeszło go to jednak, najważniejsze, że siostra Konstancji nic nie zauważyła.
Nie bój nic, zanim dojdziecie do domu, plotka już tam będzie.


- Wybiera się pan na przyjęcie? - zapytała Gabrysia po dłuższej chwili milczenia - W następną sobotę będzie organizowany bal i pomyślałam sobie ... - ucięła.
- Proszę mi wybaczyć szczerość, ale nienawidzę przyjęć, bali i tego typu imprez. Według mnie to szczyt burżujstwa.
Przepraszam, a wiejskie wesela, panie Czarku? A robotnicze potańcówki? Też są burżujskie?
Nie, one dla odmiany są prymitywne.
Poważny rewolucjonista nie oddaje się igrzyskom, tylko płacze nad ceną chleba.
I piecze ciastka.

Zabawianie się, podczas gdy naród jest w potrzebie. To co najmniej niesmaczne. Nie uważa pani?
I mówi to człowiek, który ma zwyczaj wściekać się na chorych, że mu zakłócają wolny czas.
Pssst, panna Gabrysia o tym nie wie, teraz Czaruś po prostu robi sobie dobry PR.
Ma kilkanaście lat, jest wychowana na romantycznym bełkocie o “umączonej łojczyźnie” i żałobie narodowej. Tyle że nie. Na Pomorzu ten królewiacki patos nie zaistniał.
Chyba że przeprowadziła się z Kongresówki ledwie parę lat wcześniej.
O czym wy gadacie, drogie dzieci, toż ona pochodzi i mieszka w Opkolandii, li i jedynie.

- Nie wiem. Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób - odparła smutno - No cóż trudno, znowu będę musiała siedzieć tam sama i słuchać tych mało śmiesznych dowcipów Zabielskiego.
Bo na balu nie będzie innego towarzystwa, żadnej młodzieży męskiej.

- Jeśli on organizuje to przyjęcie, to tym bardziej się na nim nie pojawię.
- No tak. Rozumiem. Też bym tam nie szła gdybym miała taką możliwość, ale to przyjaciel rodziny więc mama uważa, że musimy tam być.
- "Musimy?" Czy to oznacza, że Konstancja też tam będzie ? - zapytał Cezary.
- Raczej tak. Wszyscy tam będą, Tomasz Zabielski bardzo chce pokazać, że jest kimś ważnym w miasteczku [Pucku? Budującej się właśnie Gdyni?] i dlatego co jakiś czas organizuje takie bale. Zaprasza wszystkich, żeby im to udowodnić.
- Burżuj! - wysyczał Cezary - Wie pani co? Zmieniłem zdanie, pójdę tam z panią i powiem mu co o nim myślę!
Na horyzoncie zamajaczyło widmo ponadstandardowej bucery, Elementów Komicznych i generalnej siary.
Autorka popisała się całkowitym brakiem wiedzy o Pomorzu i repolonizacji tych terenów w latach ‘20 XX wieku. I jaką w tym rolę odgrywali polscy urzędnicy i inteligenci. Tak, w takie działania wpisywały się również przyjęcia, często rauty i bale dobroczynne oraz inne takie imprezy społecznikowskie.
Wydawać by się mogło, że autorka, umieszczając tę część akcji na Pomorzu, robi to PO COŚ. Przypomnijmy, bohaterem jest niejaki Cezary Baryka, człowiek podobno politycznie i społecznie zaangażowany (tego zaangażowania zresztą autorka konsekwentnie broniła w dyskusji pod poprzednią częścią). Jednak - chyba nie zaspoileruję za bardzo, zdradzając, że PO NIC?
Nawet na plażę nie poszli, nie pogadali o budowie Gdyni, po drodze nie widzieli żadnej wioski rybackiej...
Stawiam na to, że autorka zupełnie zapomniała, że to miało być Pomorze.
Znaczy - to chyba było jej tylko potrzebne, żeby opisać długą podróż koleją. Równie dobrze mogła ich wysłać gdzieś pod Lwów.
Choć z drugiej strony - wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że aŁtorce wyleciało z głowy, że przed wojną Polska miała znacznie mniej wybrzeża, a za to znacznie więcej terenów na wschodzie niż obecnie.

- Konrad Wallenrod w obozie wroga - zaśmiała się panna Gabrysia.
- A żeby pani wiedziała - odpowiedział Cezary.
Nie mylmy wallenrodyzmu z robieniem wiochy.
Normalnie piąta kolumna bolszewii. Tylko nie.
Czwarta i pół.

***

  Cezary Baryka nie miał nawet okazji pomówić z Tomaszem Zabielskim, który ku jego zaskoczeniu bardzo przypominał mu Barwickiego*.
No ba, aŁtorka nie ma własnych pomysłów, to kopiuje ile wlezie.

Ów burżuj nie dość, że był wręcz łudząco podobny do męża Laury,
Nawet na opis postaci nie ma pomysłu...

to jeszcze posiadał dość pokaźny majątek, co Barykę dodatkowo irytowało.
Zawiść dupkę ściska.

Stojąc na uboczu Cezary obserwował jak prawnik zabawia Konstancję swoimi dowcipami, z których tylko on zdawał się śmiać. Tęgi wąsaty mężczyzna wprawiał przy tym swój brzuch w iście taneczne ruchy, Barykę tak bawił ten widok, że kieliszek z szampanem, który trzymał w ręku trząsł się razem z nim.  Doktor zamoczył usta w trunku i patrzał dalej, tylko uważny obserwator był w stanie zauwarzyć skrzętnie skrywaną wściekłość i nienawiść z jaką pan Czarek śledził tę scenę.
Wściekłość aż się w nim warzyła.
Aż nim trzęsło, ale nieeee, nic nie było widać.

    Dzisiejszego wieczora panna Konstancja zdawała się w ogóle nie zauważać Baryki, czym bardzo działała mu na nerwy. W ogóle ostatnimi czasy jakby zapomniała o jego istnieniu. Miało to jednak swoje plusy, gdyż dzięki temu Baryka bardzo zbliżył się do jej siostry.
Zbliżył się do niej, a ona poczęła?
Jeszcze nie.

Jak zauważył panna Gabrysia była wyobcowana, odepchnięta przez swoje otoczenie,
Ładna, siedemnastoletnia panna? Oj, chyba zaszkodziły jej poszukiwania wielkiego, płomiennego romansu…
Poszukiwała go tak nachalnie, że wszystkich poobrażała.

on też nie czuł się tutaj najlepiej więc postanowił dotrzymywać jej towarzystwa w czasie swojego pobytu w tym miejscu. Nieodparty urok tej siedemnastoletniej panny, jej nieśmiałość i pełne powabu ruchy sprawiły, że z czasem stała się dla Baryki obiektem pożądania. Czuł ją w sobie, z każdym dniem i nocą pragnął coraz bardziej. Stała się jego obsesją, nagrodą, którą za wszelką cenę musiał zdobyć. Pragnieniem, jedynym sensem istnienia.
Zupełnie jak ledwie parę miesięcy temu Konstancja.
Wystarczyło, żeby się nim zainteresowała, by zyskała nieodparty urok.

Teraz to właśnie patrzał jak z właściwą sobie subtelnością uśmiecha się do wszystkich i tańcząc dyskretnie [tak, że nikt tego tańca nie widział]  patrzy w jego stronę. Przeszedł go dreszcz, który rozszedł się po całym jego ciele sprawiając, że krew uderzyła mu do mózgu. Coś w nim pękło,
Tętniak?
Chciałabyś...

już wiedział, że nie może czekać …
[tu mi się kojarzy scena z profesorem w burdelu z “CK Dezerterów”]

- Coś się stało panie Cezary? - zapytała Gabrysia zjawiając się u jego boku.
- Ma pani ochotę wracać? Trochę tu sztywno.
Tu dyskretnie wskazał w dół.

- Racja, właściwie miałam o to samo spytać pana.
- To niech pani powie matce, że boli panią głowa i że panią odwiozę - zaproponował Baryka.
CZYM???
Koniem, jak należy się domyślać.
Mam na myśli, że Baryka, będąc w gościach, był uzależniony od transportu gospodarzy i wątpię, by mógł dowolnie rozporządzać bryczką pani Opolskiej. A mogło jeszcze być tak, o zgrozo, że to Zabielski przysłał konie po swoich gości...
Czepiacie się. Na rowerze ją odwiezie.

Gabrysia przystała na jego propozycję, a on uradowany odprowadził ją wzrokiem. Poczekał na nią chwilę, po czym oboje udali się w drogę.
Zrobili wszystko, aby ich dyskrecja została zauważona.


Przez całą drogę przyglądał jej się tak pożądliwym wzrokiem jakiego nie da się nawet opisać. Widok Gabrielli poprawiającej sobie długie kasztanowe loki doprowadzał Cezarego do dzikiej pasji, niewyobrażalnego obłędu. Najchętniej rzuciłby się na nią tu i teraz! Jednak jakaś mała część jego, która nie została owładnięta przez miłosny szał, który go teraz ogarniał, kazała mu poczekać z tym zamiarem aż dojadą na miejsce.
Taka mała część, a ile z nią zawsze kłopotu…
Jeszcze by mu panna w drodze uciekła, nie warto ryzykować.

- Czemu mi się pan tak przygląda? - zapytała panna, czując na sobie wzrok doktora.
- Czy to takie dziwne podziwiać piękne widoki?- panna Gabrysia oblała się rumieńcem - Ślicznie pani dzisiaj wygląda. Co ja mówię, w ogóle jest pani piękna - komplementował Baryka.
Ta podróż zdawała się dla Cezarego Baryki trwać wieczność, bryczka, którą jechali wlokła się niemiłosiernie długo. Kiedy zaś wreszcie dotarła do celu Cezary wyskoczył z niej i podał usłużnie rękę pannie Gabrysi pomagając jej wysiąść. Odchodząc poprosił woźnicę by ten zapewnił panią Elżbietę, że wszystko jest w porządku i że on, Cezary Baryka zaopiekuje się jej córką. W związku z czym nie musi się spieszyć z powrotem.
Woźnica (na balu!) informuje panią Opolską, że nie musi się spieszyć do domu, bo jej córka jest w dobrych rękach. Boru, taki numer i dzisiaj by nie przeszedł.
Wyobrażacie sobie taksówkarza, który w środku nocy opowiada rodzicom, że odwiózł ich nieletnią córkę do faceta i dobrze im sam na sam i proszą, aby im nie przeszkadzać?

Kiedy weszli do środka panna zaprosiła gościa do swojej sypialni.
Do sypialni. Aha.
Co chcesz, życie jest krótkie, nie można tracić czasu, skąd wiesz, czy za jakieś 15 lat nie wybuchnie nowa wojna?
Wyobrażam sobie panienkę z dobrego domu, która zaprasza mężczyznę do swojej sypialni, a nie do salonu. Wiem, że wojna nieco rozluźniła obyczaje, ale bez przesady!
Dziura demograficzna sama się nie załata.


- Chcę z panią zatańczyć, wcześniej nie mieliśmy okazji - Cezary włączył małą pozytywkę stojącą na stoliku i wziął dziewczę w ramiona. Zaczeli tańczyć poloneza.
Serio? Chyba nie ma innego tańca, który by jeszcze mniej sprzyjał tworzeniu erotycznej atmosfery.
No, może zbójnicki (o ile nie mamy do czynienia z yaoi).
KWIK!!!
Bo to może, wiesz, tak po polsku, bogobojnie, z ojczyzną na ustach?
Poza tym poloneza nie tańczy się w ramionach.
Co powinien wiedzieć każdy, kto miał studniówkę, a ponoć aŁtorka ma lat 21… ;)
Pozytywka grała “Pożegnanie ojczyzny”, a oni tonęli we łzach.
AŁtorko! Gabrysia mogła uruchomić patefon z jakąś modną muzyką.

Panna Gabrysia co chwila chichotała i wyginała się to w jedną to w drugą stronę, prezentując ku uciesze Cezarego swe młodzieńcze, kobiece kształty.
A mógł szepnąć zmysłowo: “Nauczę panią tańczyć tango!”. Lata 20-te to okres jego ogromnej popularności w Europie!
Fokstrot! Shimmy, boston, charleston, walc angielski - to są tańce, przy których dziewczyna może się wdzięcznie wyginać w ramionach mężczyzny, a nie polonez.

Baryka musiał przyznać, że Gabryś była wspaniałą tancerką, *pannie Wandzi daleko było do niej  . Każdy jej ruch był tak, wykwintny, tak wyszukany. Każde jej spotkanie stopy z podłogą było zupełnie niesłyszalne dla ucha, robiła to w sposób tak delikatny, że zdawało się, że płynie po parkiecie.
Gdzie ona tam miała parkiet do tańca, w tym małym panieńskim pokoiku?
Kręcili się między etażerką, toaletką i łóżkiem.
A raczej: unosili lekko nad ziemią.

Baryka był wprost oniemiały tym zjawiskiem " Anioł, prawdziwy Anioł!"- myślał urzeczony.

Nagle za oknem rozpętała się burza z piorunami. Przestali tańczyć. Grzmot, panna Gabrysia krzyknęła i wtuliła się odruchowo w Cezarego.
- Boję się ... - wyszeptała patrząc na niego nieśmiało.
- Spokojnie, to tylko burza - pogłaskał ją po policzku.
- Właśnie o tym mówię boję się burzy.
- Teraz boi się pani burzy? Teraz kiedy jest pani sam na sam z mężczyzną, w dodatku Bolszewikiem, a w domu nie ma nikogo?
Oj, bo pan taki niedomyślny!


[dooobra, wycinamy jeszcze mnóstwo bla bla bla, które kończy się tam, gdzie wszyscy się domyślacie.
I  tym, co się domyślacie - Baryka “bierze w posiadanie” niewinną panienkę.]



******************************************************

* Burżuazja (z fr. bourgeoisie – mieszkańcy miast) – pierwotnie synonim mieszczaństwa, następnie ogółu przedsiębiorców i osób zamożnych. Od końca XV wieku jest to określenie górnych, zamożnych warstw mieszczaństwa. Burżuazji przypisuje się swoisty styl życia: model rodziny, upodobania, hierarchię wartości, itp. Burżuje - pogardliwie o arystokracji. Chyba jednak nie… Arystokracja to nie mieszczaństwo.
Co prawda później w ZSRR uczyniono z tego ogólnoużytkową obelgę pod adresem wszystkich, którzy nie zaliczają się do klasy pracującej.
No i w sumie faktycznie, Cezary mógł tego użyć w tym sensie.

***


    Panna Konstancja zupełnie nie zdawała sobie sprawy z romansu, który rozgrywał się pod jej dachem,romansu jej przyjaciela z jej siostrą.
Jej matka też nie, ani sąsiedzi, ani służba.

Jednak mimo to czuła, że coś jest nie tak, jej kobieca intuicja podpowiadała jej, że Gabrysia skrywa jakiś sekret, którego nie chce jej wyjawić. Tajemnicze liściki, które dostawała codziennie i spotkania z równie tajemniczym nieznajomym [czy to znaczy, że wszyscy wiedzieli o liścikach i schadzkach, tylko nie wiedzieli z kim?], to wszystko składało się w logiczną całość, którą jednak Konstancja za wszelką cenę starała się wyprzeć ze swojej świadomości.
Jak sobie wyobraziła, że to może być ten zezowaty koniuch, to aż dostawała globusa z nerwów. Dlatego doszła do wniosku, że lepiej będzie, gdy wcale nie będzie o tym myśleć.

Lecz pewnego dnia podczas obiadu stało się coś co dało młodej nauczycielce ostateczny impuls do działania. Musiała za wszelką cenę poznać sekret swojej siostry, dowiedzieć się co dzieje się w jej domu ...
- Słyszałam, że udziela pan lekcji fortepianu mojej córce. Dziękuję - zwróciła się do Baryki pani Elżbieta.
Pani Elżbieta, jak to nowoczesna dama, całe dnie spędzała w pracy i dopiero z plotek musiała się dowiadywać, co się dzieje pod jej własnym dachem.

[Konstancja] Widziała jak Baryka delikatnie wsuwa do dłoni jej siostry tajemniczą karteczkę, którą ona potem dyskretnie czyta i uśmiecha się sama do siebie. Chowa ją i posyła ledwie zauważalny uśmiech w jego kierunku. Nie potrzebowała już więcej dowodów, miała wszystko jak na dłoni.
Jak na siostrzynej dłoni, ściślej mówiąc.

Bez chwili zastanowienia zaciągnęła Barykę do kuchni, wątpiła by wyznał jej prawdę, ale przynajmniej będzie wiedziała na czym stoi.
- Co się stało? - pytał zdezorientowany doktor.
- Wiem o wszystkim! Macie romans, niech pan nie zaprzecza!
- Kto? Z kim?
- Niech pan nie udaje ... ! Pan i Gabrysia! Macie romans!
Kucharki i dziewki kuchenne zastygły z ciekawości.

- Nie dam zrobić z siebie wariatki! Mam dowody! - zniknęła na chwilę by pojawić się z zakrwawionym prześcieradłem.
I wszystko to w kuchni, na oczach służby.
ROTFL! Znaczy co, Konstancja zorientowawszy się, że siostra ma romans, zorientowawszy się, pamiętajmy, po co najmniej kilku dniach, jak wynika z opisu, poleciała szukać dowodów w koszu na brudną bieliznę? Znalazła brudne prześcieradło i je zabrała? I tak na pierwszy rzut oka umiała odróżnić krew z defloracji od krwi miesiączkowej? Ja bym na coś takiego nie wpadła, doprawdy…
Ale za to jaki dramatyzm w tej scenie, wow!
Prawie jak w Wiernej rzece… prawie.


Po trudnej rozmowie z Konstancją Cezary natychmiast udał się do siebie. Nie miał teraz czasu ani siły by zastanawiać się nad jej słowami. Czekał na ważnego gościa.
- "Przybyli Ułani pod okienko!" - nucił podczas kąpieli. Zaintonował jeszcze kilka bakińskich melodii, a uznawszy, że jego zarost nie wymaga interwencji ostrza, udał się do swojej sypialni. Tam rzucił się w kierunku szafy , grzebiąc w jej czeluściach szukał czegoś odpowiedniego na miłosną schadzkę z panną Gabriellą. Nie mogąc znaleźć niczego adekwatnego na tę okazję, posłał kilka wrogich spojrzeń i równie nieładnych epitetów, w kierunku starego mebla.
Czy on liczył na to, że w szafie dokona się cudowne rozmnożenie ciuchów, które przywiózł ze sobą z Borowiec?


Kiedy zaś wreszcie udało mu się coś odszukać, zakrzyknął z radości. Ubrał się i przejżał [przejechał jeża] w lustrze z każdej z możliwych stron.
Uniósł również lustro nad głową, by sprawdzić, czy nie robi mu się łysinka - a potem podłożył je pod nogi, by zobaczyć, czy spodnie nie prują się w kroku.

Musiał przyznać,że wygląda naprawdę przystojnie.

johnny_bravo_aluminum_photo_keychain.jpg

Ktoś zapukał do drzwi, Baryka natychmiast pobiegł je otworzyć. Mała istotka stojąca w progu rzuciła mu się na szyję i obdarzyła namiętnym pocałunkiem na powitanie.
Mała istotka. Spodziewacie się po siedemnastolatce, że nosi kucyki? Że kochankowi sięga do pasa?
Byłoby to wygodne momentami.
Oby tylko nie miała dziewięciu ogonów...
- Już nie mogę się doczekać kolejnej lekcji fortepianu. Konstancja próbowała mnie zatrzymać, domyśla się czegoś.
Tak mi się gorąco robi, taka jestem spocona!
- Wiem, musimy być ostrożni. Może siedzieć teraz w krzakach -zamyślił się chwilę, po czym szepnął - Kolejną lekcję fortepianu czas zacząć ...
Jak Kania i Mitzi… ;)

***

 
Baryka patrzył w sufit, uparcie śledząc pewien bliżej niezidentyfikowany obiekt.
Tak sobie myślę, że porwanie Cezarego przez UFO byłoby niezłym punktem wyjścia dla opka.

Przy okazji rozmyślał też o słowach panny Konstancji, które bardzo go zaniepokoiły. Odpłynął w swych rozmyśleniach tak daleko, że zapomniał o pewnej drobnej osóbce leżącej u jego boku.
- Czaruś co ty robisz? - szepnęła Gabrysia wtulona w niego.
- Obserwuję - odparł ocknąwszy się.
- Ale co takiego ? Tam przecież nic nie ma.
Jak to nic? ONI! Oni są wszędzie!



- Nieprawda. W powietrzu jest mnóstwo drobnoustrojów.
Proszę nie oddychać! Oddychanie jest niezdrowe!

- Szkoda tylko, że niewidocznych dla oka - zauważyła - Oj widzę, że strasznie się panu nudzi panie Baryka - mruknęła i zaczęła go całować - Jak ocenia pan moje postępy w nauce panie profesorze? - zapytała oderwawszy się od niego.
- Nie ma pani sobie równych - odpowiedział z uśmiechem na ustach.
- A dziękuję, staram się - Gabrysia posmutniała - Szkoda tylko, że najprawdopodobniej moja siostrzyczka wszystko zepsuje - westchnęła i usiadła na łóżku.
Paluszki pianistce połamie?
Wysmaga szpicrutą!


- Nie pozwolę jej na to - obiecał  - Chociaż muszę pani powiedzieć, że, kiedy z nią rozmawiałem wyglądała dosyć groźnie. Lepiej na nią uważać, groziła mi śmiercią.
Taaa, Czaruś, czego jak czego, ale instynktu samozachowawczego to ty nie masz za grosz. Konstancja już raz pokazała, do czego jest zdolna, więc, cholera jasna, mógłbyś przynajmniej bardziej się ukrywać ze swoim romansem!

- Czy ona musi wścibiać nosa w nie swoje sprawy? To moja sprawa co robię i z kim się spotykam. Jej nic do tego.
Że tak przypomnę, kiedy Baryka do was przyjechał, sama uważałaś go za narzeczonego siostry, więc...

Młody doktor coraz poważniej rozważał wyjazd z rodzinnego domu Konstancji. Odkąd przyjechali do tego miejsca bardzo się od siebie oddalili, ona wolała spędzać czas z Zabielskim, z którym (ku przerażeniu Cezarego ) planowała wziąć ślub!
A on co, harem chce zakładać? Romansuje z Gabrysią, ale Konstancji nie wolno wybrać sobie męża według własnej woli?

Wszystko potoczyło się tak szybko i niespodziewanie, że Baryka nawet jeśliby chciał, to nie mógł już nic z tym zrobić. Obietnica padła, ręka Konstancji została oddana Tomaszowi Zabielskiemu. Amen. Zresztą nawet nie korciło doktora, aby zapobiec tej katastrofie. Nie chciał walczyć, wystawił białą flagę. Jedno było pewne Cezary Baryka nie miał szczęścia do kobiet, zaczął się nawet zastanawiać czy z nim oby na pewno wszystko jest w porządku. Laura, Karolina, Wanda, Konstancja
Elwira!
Elwira była tak mało ważna, że już całkiem o niej zapomniał.
Jak można zapomnieć o kobiecie, która nocami lata na wysokości pierwszego piętra i stuka w okno?!

fhd011XFC_Zoe_Kravitz_009.jpg

i w końcu Gabrysia ,gdyby nie ona już dawno by stamtąd wyjechał. Bardzo się przy nim zmieniła, wydoroślała. Natomiast on, wiedział już na pewno, że panna Opolska nie jest mu obojętna i, że nie jest to z jego strony zwyczajne zauroczenie. Naprawdę zaczęło mu zależeć na tej pannie. Zastanawiał się ile to jeszcze potrwa.
Bardzo dobre pytanie…

Jak długo będą musieli ukrywać swój związek przed światem i spotykać się potajemnie w hotelach.
Borze najzieleńszy, aŁtorko droga, jak ty nic, ale to absolutnie NIC nie wiesz o obyczajowości okresu, który opisujesz. Panna z dobrego domu spotykająca się z mężczyzną w hotelach? Z jej reputacji zostałyby strzępki! Poza tym, gdzie oni właściwie szukali tych hoteli, skoro mieszkali w małym miasteczku czy nawet na wsi? Specjalnie jeździli do Sopotu? A może nawet do Wolnego Miasta Gdańska?


Nie chciał mieć kolejnych wyrzutów sumienia, nie chciał by znowu go o coś obwiniano. Nie chciał i dlatego wiedział, że musi wyjechać, że muszą uciec stąd razem.
Dzięki czemu jeszcze staranniej ukryją ten skandaliczny romans.

Do Borowiec nie chciał wracać! O nie! Zbawianie świata zdecydowanie nie leżało w jego naturze. Miał już serdecznie dość patrzenia na wiecznie zadowolone gęby niedouczonej, wiejskiej hołoty. "Nie cieszyliby się tak, gdyby wiedzieli o tym jacy są tępi" - myślał.
I tak właśnie myśli społecznik, którego celem jest niesienie pomocy najuboższym.

Dodajmy jeszcze to, że w Borowcach Czarek pracował prawdopodobnie na kontrakcie, którego nie mógł zerwać gdy mu się znudziło. Ktoś go zatrudnił, ktoś mu płacił i ktoś oczekiwał, że przez kilka lat będzie we wsi lekarz.


Cezary oświadcza się Gabrysi; właściwie to ona podsuwa mu ten pomysł. Z całego kontekstu jednak wynika, że ślub jest głównie po to, żeby Konstancja przestała się czepiać ich romansu.


***

   Cezary zmuszony był wyprowadzić się z Adamowic [jakie “wyprowadzić”? Przecież on przyjechał tylko na wakacje!] i zamieszkać w Warszawie. Męczyło go już ukrywanie romansu przed Konstancją, która nie dawała za wygraną i zamiast zająć się przygotowaniami do ślubu, wolała zabawiać się w detektywa.
Takie miała śmieszne hobby. Gdy kupiła sobie płaszcz z pelerynką i wielkie szkło powiększające, to uciechy było co niemiara.

SHERLOCK-DETECTIVE.jpg

Przeprowadzka Cezarego stała się bardzo komfortowa zarówno dla Gabrysi jak i dla niego samego. Nareszcie mogli się normalnie spotykać nie musząc przed nikim ukrywać swojego związku.
Komfort spotykania się całkowicie wynagradzał im takie niedogodności, jak konieczność znalezienia mieszkania i środków utrzymania dla Gabrysi, siedemnastolatki bez wykształcenia i zawodu. Wątpię, żeby matka (sama w dodatku niebogata) chciała utrzymywać nadal córkę, która uciekła z mężczyzną.

Mieszkanie, które wynajmował Baryka skusiło go swoją ceną choć trzeba przyznać znajdowało się w dość nieciekawej dzielnicy.
Mieszkania tam były bajecznie tanie ze względu na odległość od miasta, brak chodników, latarń i prawdopodobieństwo obdarcia z przyodziewku, osobliwie w nocy, każdego, kto nie mając od natury danych sił odpowiednich i okutego drąga zamieszkiwać by zechciał w tych stronach.
Nie mogłem sobie odmówić zacytowania w tym kontekście mojego ulubionego zdania z całej twórczości Żeromskiego (konkretnie z powieści “Gdzie jest Grzegorz” ;) )

Brak higieny, wykształcenia wśród mieszkańców Zakątka [jak wiadomo, ludzie są głupi, bo są brudni, a brudni są, bo głupi], a co najważniejsze ciągłe interwencje policji
Sąsiedzi policję wołali, bo nie mogli znieść hałasów, jakie robiła ta dwójka?
Ja tam widzę operację antyterrorystyczną w faweli.

nie nastrajały bynajmniej młodego doktora optymistycznie.
Ale optymistycznie wobec czego?
Wobec mieszkańców. Miał kolejny powód, by gardzić tą tłuszczą.

Wieczorami bał się samotnie zapuszczać w ciemne zaułki tamtejszych ulic, gdyż co tu dużo mówić obawiał się o własne życie. Gdyby nie praca w szpitalu i regularne wizyty kochanki nigdy nie zdecydowałby się tam zamieszkać.
Pomińmy absurd tej sytuacji, że lekarz pracujący w szpitalu miałby wynajmować jakąś norę w najbardziej zapyziałej dzielnicy Warszawy, ale na Bora Zielonolistnego! Skoro to była tak zła dzielnica, że Czarek bał się wychodzić na ulicę, a wątła siedemnastolatka musi przedzierać się przez tę okolicę, aby regularnie pompować mu ego, to taka wizja wydaje się dość khm… kontrowersyjna.
Cóż, bycie HARTKOREM zobowiązuje.
A w ogóle to gdzie w takim razie mieszkała Gabrysia? Skoro Cezary był taki biedny, że wynajmował taką norę, to jaki sens miało wynajmowanie osobnego mieszkania (pokoju?) kochance?
Może Gabrysia sypiała w komórce pod schodami.

Swoją drogą, jeśli osadza się akcję w przedwojennej Warszawie, dobrze byłoby poznać nazwy dzielnic zamieszkałych przez biedotę.


Przy duchu [na duchu!] podtrzymywała go także perspektywa małżeństwa, a co za tym idzie wyprowadzki.
A to jest jakoś automatycznie powiązane? Żenisz się, znaczy, że musisz wyprowadzić się z aktualnie zajmowanego lokalu? W dodatku zwykle to żona wprowadzała się do męża.
Tjaaa… Gabrysia w tajemnicy przed rodziną kupiła mieszkanie w Alejach Ujazdowskich.
Oj, no. Dostaną przydział na mieszkanie, jak za komuny.

[Cezary przyjmuje u siebie w domu pacjentkę - matkę z kilkuletnią córką chorą na krztusiec]
- Na pewno. Niech pani idzie do domu - polecił - Nie powinna teraz pani przebywać w towarzystwie córki, bo i pani się zarazi.
- Już chorowałam.
- To nieważne. Będzie pani mogła zabrać córkę kiedy wyzdrowieje - zrezygnowana kobieta podeszła do przerażonej pięciolatki, pocałowała ją na pożegnanie i szepnęła:
- Mamusia niedługo wróci kochanie, a tymczasem zostaniesz z panem doktorem - uspokajała zapłakaną dziewczynkę.
WUT???
Nie wiedziałaś, że tak robi się z chorymi dziećmi?
Ona ma z nim zostać? Gdzie, na litość, w jego mieszkaniu?
No, Baryka prowadzi miniszpitalik. W tym zapyziałym lokalu, jak sądzę.
Na sznurku powiesi szmatę, która będzie oddzielała ich barłóg od posłania Lilki i gotowe!

***

    Baryka pragnął jak najszybciej wyleczyć "tą małą wstrętną glizdę", by mieć z nią spokój.
Doktor Haus minus inteligencja równa się arogancki dupek.
Po kiego sznycla on w ogóle został lekarzem? Żeby chociaż miał jakiś talent w tej dziedzinie...
Kasa, misiu, kasa. Chociaż i jej zrobić nie potrafi.

Irytowało go jej zachowanie , a zwłaszcza przesadnie słodziutki głosik i ciągłe seplenienie.
Pięcioletnie dzieci już nie seplenią.

Gabrysia natomiast była wprost oczarowana Lilką i nie rozumiała postępowania Baryki.
- Cezary, Czaruś to tylko mała dziewczynka. [Gender!] Co ona ci zrobiła? Dlaczego ją tak traktujesz? - pytała Gabrysia.
-  Bo urodziła się!
Do tego w biednej, parszywej rodzinie!

Nienawidzę małych dzieci!
Najlepiej, żeby rodziły się od razu jako siedemnastolatki, z wszystkimi krągłościami na swoich miejscach.

- Acha czyli mam rozumieć,że ze mną też nie będzie chciał pan ich mieć ?
- Pani sama jest jeszcze dzieckiem.
- Jeszcze niedawno mówił pan co innego.
- Bardzo często zmieniam zdanie.
JUŻ MI SIĘ ZNUDZIŁAŚ, IDŹ PRECZ!


- Jeśli nie potrafi pani zaakceptować mię całego, z moimi zaletami i wadami, których tak nawiasem mówiąc mam sporo to najwidoczniej ... Nigdy mię pani nie kochała.
- Ależ Czaruś kochałam! I nadal kocham ponad życie! - mówiła w ataku histerii.
- To dlaczego każe mi się pani zmieniać? Nie dam z siebie zrobić durnia!
Jakby ci to, Czaruś powiedzieć… Nie ma takiej potrzeby.
Ataki histerii Cezarego jako reakcja na najmniejszą uwagę innej osoby na jego temat nakazują przypuszczać, że za parę lat zrobi się z niego pan Maciołka. Gabrysiu, nie idź tą drogą.
- Dobrze, Dzidu! - powiedziała pokornie Kura.
A ponieważ nie każdy zna pana Maciołkę, pozwolę sobie przedstawić tę malowniczą postać:

-- Ciszej! -- włączył się nagle histeryczny tenor z willi z wieżyczką, położonej po przeciwnej stronie ulicy. - Co za ludzie, co za naród, co za społeczeństwo! -- Na balkonie stał chudy pięćdziesięciolatek w podkoszulku i gaciach, ze skomlącą psiną pod pachą. Oświetlony prostokąt drzwi za nim wypełniała ściśle opasła małżonka spowita w atłasy. (...)
-- Sumienia, sumienia, ludzie, nie macie! Sumienia! Pieska żeście obudzili!!! - krzyknął z bólem małżonek, rzucając psa jak szmatę i wyciągając obie ręce ponad balustradą balkonu. -- Dlaczego, dlaczego wy, ludzie, nie macie sumienia?! (...)
-- Panie Karolku! -- doleciało spod dziesiątego ostrzeżenie. -- Niech pan Karolek nic nie mówi do pana Maciołki, bo znowuż będzie na nas!
-- Żeby pani wiedziała! -- zakrzyknęła piersiowo dama w atłasach. -- Mój mąż jest nerwowiec! Jak nic ataku zaraz dostanie!
Pan Maciołka drgnął i zaczął bić się pięściami po głowie.
-- Już dostałem! -- krzyknął.
(Małgorzata Musierowicz, “Brulion Bebe B.”)

- Dlaczego pan mi to robi ? Dlaczego? Dlaczego sumienia, sumienia pan nie ma?
- A żebym to ja wiedział - odparł sucho, spojrzał z wyrzutem na aŁtorkę i poszedł sprawdzić stan swojej małej pacjentki.


**************************************************

Bordetella pertussis ( łać) - pałeczka wywołująca krztusiec, koklusz.
Nie “łać”, tylko “łac.”, jeśli już.



Z każdym kolejnym dniem Cezary coraz bardziej żałował swojej decyzji  o ślubie z Gabrysią. Podjął ją zbyt pochopnie, owa decyzja była podyktowana tylko i wyłącznie chęcią zemsty.
No nie gadaj. A co z aniołem lekko tańczącym? Już przyszła nuda?
Biorąc pod uwagę, w jakim tempie wypalił się zawodowo, zniechęcenie małżeńskie też było do przewidzenia.
Czy on w ogóle musi się żenić? Ewidentnie nie nadaje się do stałych związków.

Tak, zemsty, na Konstancji, która swoim ślubem z Zabielskim przekreśliła wszystko co ich do tej pory łączyło. Szacunek i zaufanie jakim ją do tej pory darzył, ustąpiło miejsca ogromnej złości i rozgoryczeniu. Wyrzucał sobie, że nic w tej sprawie nie zrobił, nie zainterweniował, gdy była na to stosowna pora, nie mógł wprost uwierzyć, że ktoś taki jak Zabielski odebrał mu Konstancję .... Jego Konstancję.
Przy czym nie zrobił wcześniej właściwie nic dla zaznaczenia, że Konstancja jest “jego”.
Przeciwnie, stanowczo podkreślał, że są tylko przyjaciółmi.

Natomiast ona, właśnie tak, ona niczym nie różniła się od Karoliny, Laury czy Wandy. Może chciała być inna, ale tak naprawdę była taka sama . Była, jak one, cała ta zgnilizna ludzkości bez celu panosząca się po świecie.
I aby na nie plwać, zabrakło mu śliny.

Teraz Baryka wiedział już na pewno, nienawidził kobiet z całego serca, z całej duszy! Nienawidził ich całym sobą. Czasami miał szczerą ochotę je wszystkie pozabijać, powystrzelać tak, żeby pozbyć się ich wszystkich raz na zawsze!
Zrób to, zrób to!!! - wrzasnął tłum uszczęśliwionych yaoistek.

Cezary dowiaduje się, że Konstancja po ślubie z Zabielskim wpadła w depresję, całymi dniami siedzi i płacze w swoim pokoju. Przyjeżdża do Adamowic, oczywiście po jego interwencji Konstancja decyduje się opuścić swoją pustelnię. Umawiają się na następny dzień w samo południe w miasteczku.
Uwiódł nieletnią Gabrysię, wywiózł ją do Warszawy jako swoją metresę (nie sądzę, że matka się na to zgodziła), po czym wraca do Adamowic i nikt nie każe go aresztować? Wręcz przeciwnie, mamy wielkie miziu-miziu. Psychologiczne prawdopodobieństwo tej sytuacji rozpłakało się straszliwie i poszło utopić się w Bałtyku.

Za dużo czasu oboje stracili, nie mógł teraz nie wykorzystać tej szansy. Cezary wiedział już na pewno, że nie odda nikomu najbliższej mu osoby, i że jeśli będzie trzeba. wyzwie Zabielskiego na pojedynek.
Tak on się, Proszę Państwa, wziął i zirytował.

Nie liczyło się już to czy Konstancja jest mężatką czy też nie, była jego i nic go poza tym nie obchodziło. Jeszcze wczoraj mógł rozkoszować się zapachem jej włosów, wdychać delikatną woń perfum, głaskać, obejmować tylko tyle potrzebne mu było do szczęścia.
Cezary zdaje się być typem, którego podnieca jedynie pogoń za króliczkiem i natychmiast traci zainteresowanie już złapanym. Nie czepiam się, tacy ludzie jak najbardziej istnieją, ale… zastanawiam się, na ile to jest świadoma kreacja, a na ile tak samo wyszło.
Świadoma kreacja? Chyba żartujesz.



Czekał na nią w umówionym miejscu w myślach analizując ich wczorajsze spotkanie. Konstancja, którą poznał wczoraj znacznie różniła się od tej, którą znał dotychczas.
Apetycznie zaokrągliła się po wakacjach?
Nie, to była po prostu Zła Siostra Bliźniaczka, do tej pory trzymana w lochu, z żelazną maską na twarzy.

Nie wiedział co o tym sądzić, nigdy nie widział jej jeszcze w takim stanie. Była blada i jakby o kilka lat starsza. Małżeństwo wyraźnie jej nie służyło. Wszystko za bardzo się pokomplikowało by móc to teraz jakoś naprawić. Kiedyś mieli siebie, ale nawet to zostało im odebrane, oboje na to nie zasługiwali.
Skończ to rzewne pitolenie, chłopcze, nikt ci Konstancji siłą nie wydzierał, przeciwnie, sam straciłeś zainteresowanie i zająłeś się jej siostrą.

Chciał mieć ją z powrotem tylko dla siebie, ale było to niemożliwe gdyż ona była żoną innego mężczyzny, mężczyzny, którego on szczerze nienawidził.
Ale to Konstancja śpi z Zabielskim, ty nie musisz go kochać.
W sumie, to ona też nie.

Natomiast on miał zostać mężem, mężem jej siostry, do której czuł już tylko i wyłącznie przywiązanie.
Zaliczona i spławiona.

- Dlaczego chciał pan się ze mną zobaczyć ?- zapytała po tym jak pocałował ją w rękę na powitanie.
- Musiałem się z panią zobaczyć Konstancjo. Zobaczyć, usłyszeć ... Pani jest wyjątkowa.
- Co się z nami stało panie Cezary, kiedyś byliśmy tacy szczęśliwi. Po co nam były Adamowice .... ?
Adamowice niczemu niewinne, z Czarusia jest taki swędzichujek, że w każdym miejscu kogoś by sobie znalazł.

Po co to wszystko? Po co nam to było? - chlipała cichutko - Ja się nie liczę, ale pan ... Obiecywałam panu, że zawsze z panem będę, że pana nie zostawię najdroższy Czarusiu ... Jestem jak Laura, zawiodłam pana przepraszam ... - wykrztusiła z siebie ostatnie słowa niemalże dławiąc się swoimi łzami.
Dławiła się strasznie spacjami przed znakami interpunkcyjnymi.

- Dlaczego pani za niego wyszła?
- Matka - odparła smutno, a Cezary spojrzał na nią pytająco - Mamy długi i tylko Zabielski jest w stanie je spłacić ... Musiałam matka dogadała wszystko z Zabielskim. Stało się …
Matka, zapamiętajmy.
Matka jest winna, a nie wakacje Baryki w Adamowicach.


- Niech pani nie kończy - zaśmiał się histerycznie -Nie! Nie to się nie dzieje naprawdę! To jakieś cholerne fatum - mówił sam do siebie - Czy ja mam Deja vu? - mamrotał trzymając się za głowę.
Żadne déjà vu, po prostu jesteś w opku o ograniczonych możliwościach fabularnych.
I po co to takie pisać, ja się pytam.

- Może mnie pani zabić i najpewniej pani to zrobi po tym co pani zaraz ode mnie usłyszy, ale bardzo proszę najpierw mnie wysłuchać ...
- Proszę mówić i tak jest już mi wszystko jedno - szepnęła ocierając łzy.
- Miała pani rację ... Ja i Gabrysia, mieliśmy romans.
- Ale teraz już romansu nie mamy. To, że ona regularnie odwiedza mnie na szybką obłapkę, o niczym nie świadczy.
To tylko tak z przyzwyczajenia.
Posuwam ją bez uczucia, więc nie powinno to dla pani mieć znaczenia.
W ogóle to tylko dla zdrowia, mężczyzna musi regularnie pozbywać się nadmiaru płynów. Proszę mi zaufać, jestem lekarzem.

- Od kiedy?- zapytała spokojnie. Cezarego zamurowało, nie spodziewał się takiej reakcji. Raczej ataku histerii w wyniku, którego straci życie.
Konstancja ma coś z pamięcią. To przecież ona latała z zakrwawionym prześcieradłem ku uciesze wszystkich zgromadzonych.
Wyparła niewygodne wspomnienie? ;)
Była wtedy na prochach i nic nie pamięta.

- Od samego początku. Planowaliśmy ślub, ale zrozumiałem, że się pomyliłem ... Muszę to wszystko jakoś naprawić, ale nie wiem jeszcze jak ... Zrozumiałem, że nie mogę tego zrobić. Chciałem tym ślubem zemścić się na pani. Nie mogłem pojąć jak osoba, która nienawidzi mężczyzn mogła wyjść za mąż. Chciałem zranić panią a tak naprawdę zraniłem samego siebie.
Uwiodłem tę idiotkę, pani siostrę, nagadałem jej pierdół o ślubie, a ona głupia uwierzyła. No ale w łóżku jest rzeczywiście niezła.
To, że przy okazji rani Gabrysię, oczywiście nie ma najmniejszego znaczenia.

- Nie umiem mówić inaczej więc powiem jak tylko potrafię najlepiej. Jest pani najlepszą istotą, Aniołem, najwspanialszym darem jaki tylko mogłem dostać od losu. Czy pani naprawdę tego nie widzi? Nie widzi pani tego? Dzięki pani stałem się lepszym człowiekiem, odzyskałem wiarę w ludzi.
Zwłaszcza w tych z ubogich wiosek i miasteczek, niewykształconych i prostych.

Odnalazłem człowieczeństwo. Nie wiem co do pani czuję, tego nie wiem lecz wiem, że dla pani zrobiłbym wszystko Dla pani chcę się zmieniać, stawać się lepszy każdego dnia. Pani jedna nigdy mnie nie skrytykowała, nie pouczała. Pani jest jedyna w swoim rodzaju! Pani nawet nie wie ile pani dla mnie znaczy! - porwał jej dłonie i przywarł do nich swoimi wargami. W każdym z jego pocałunków było tyle uczucia, tyle obietnic bezgranicznego oddania swej Pani. Były one dowodem, pieczęcią jego wielkiej i szaleńczej miłości, symbolem największego zaufania. Konstancja ani razu podczas tego rytuału nie odezwała się nie mogąc wprost uwierzyć w to co się teraz dzieje. - Naucz mię kochać - wydyszał w pewnej chwili.
- Pan już kocha ....
- Naucz mię kochać tak, żeby brakło tchu ... ! Do szaleństwa ...! Na śmierć ... ! Całym sobą ... ! Bez pani umieram! Jest pani częścią mnie... - wydyszał znowu po czym padł jej do stóp.
I to wszystko gdzieś na ryneczku czy w parku, na oczach przechodniów…
- Mam nadzieję, że ma na sobie biały garnitur i padł do jej stóp w błotnistą kałużę - powiedziała Szpro mściwie.

***

Po tym co się stało oboje wiedzieli, że to co ich łączy nie można było już nazwać przyjaźnią ani też zwykłym prymitywnym uczuciem kryjącym się pod definicją miłości [poproszę o wyrafinowaną definicję] , to było coś więcej niż miłość, nie potrafili nawet tego zdefiniować. [czy to jest dostatecznie wyrafinowane, Jaszu?]

To coś, cokolwiek to było utkwiło w nich gdzieś tak głęboko iż nie potrafili już prawidłowo funkcjonować, o ponownej rozłące nie było nawet mowy. Pod wpływem tego tajemniczego uczucia Konstancja nie była już tą samą wredną Konstancją, owszem dalej warczała na innych, ale Barykę zawsze zostawiała w spokoju. Tak samo było z Cezarym, który zupełnie nie wiedział co też mogło go "opętać". Jedno było pewne, nie potrafili już bez siebie żyć i nawet nie chcieli próbować.
Wobec czego prowadzili ze sobą takie na przykład rozmowy:

- Czaruś on jest moim mężem ...
- Nic mię to nie obchodzi - warknął - Należy pani do mnie.
- Nie jestem niczyją własnością! - oburzyła się.
- Czyżby? Skoro z pani taka feministka to proszę zaraz pójść i przerwać tę farsę! No już! - krzyknął wskazując na drzwi.
- Czaruś, ale co ty mówisz?
- To co pani słyszy, niech pani odwoła to małżeństwo.
- Ale ja nie mogę, sam pan wie w jakiej jestem sytuacji ...
- Zamilcz, babo głupia, teraz ja mówię! Albo pani to zrobi, albo może pani o mnie zapomnieć! - Konstancja natychmiast porwała się z miejsca.
- Dokąd pani idzie?
- Jak najdalej od pana wstrętny padalcze!

Bluzgają wyrazami miłości jak fontanny, biorąc z najgłębszych źródeł uczuć dwóch dusz, które odnalazły się we Wszechświecie.
Istne dwa gołąbki. Walczące o skórkę od chleba.



Cezary przyjeżdża ponownie do Adamowic, gdzie zastaje Konstancję całą zapłakaną.
Całą od łez.

Ukryła twarz w dłoniach po czym wyszeptała:
- Zapomniałam wstawić przecinek w poprzednim zdaniu…

- Zabielski jest moim ojcem .... - myślał, że się przesłyszał.
Dzidka ryknęła nieopanowanym śmiechem.
… a Kura za kulisami powiedziała brzydkie słowo.
Niejedno.
Nie, nie, ałtorko, wszystko pomyliłaś. Jak się bierze ślub z mężczyzną, to on jest dla ciebie mężem, nie ojcem.

Nie był w stanie nic powiedzieć ani nic zrobić tępo przyglądając się Konstancji, która bez słowa przysunęła w jego stronę pęk listów zawiązany ozdobną czerwoną wstążeczką. Otworzył jeden z nich bez słowa, a następnie zaczął czytać na głos. List pochodził z marca 1903 roku :
- Najdroższy Tomaszu, - wychrypiał Cezary - Z radością pragnę Cię poinformować, że będziemy mieli dziecko. Tak bardzo żałuję, że nie możemy dzielić tej radości wspólnie ... - nie był w stanie czytać dalej. To było dla niego za dużo. Nauczycielka postanowiła zrobić to za niego. Dalsza korespondencja Tomasza i Elżbiety tylko potwierdziła słowa Konstancji. Elżbieta informowała kochanka między innymi o płci dziecka, swoim stanie zdrowia czy imieniu, które chce nadać córce.
O ja pierdolę...
Ałtorko droga, czy ty w ogóle myślisz, co piszesz? Ojciec, który z pełną świadomością stanu rzeczy domaga się ślubu z własną córką i matka, która nie tylko się zgadza, ale wręcz na to naciska? Czy ty tu zrobiłaś jakiś konkurs na najbardziej obrzydliwą postać? Co jest nagrodą?
Zwycięzca dostanie szpicrutą.
To opko jest bardziej głupiutkie, niż wydawało się na początku.
Powiedziała Dzidka z morderczym błyskiem w oku ;)

- Niech pan mi powie co ja mam teraz z tym fantem zrobić? Nie dość, że zdradzała męża to jeszcze ...
...wepchnęła mnie do łóżka mojemu ojcu!
Robi mi się niedobrze, gdy o tym pomyślę - skrzywiła się.
Nam też, aŁtorko, nam też...
Ej, a może oni są bogami greckimi? Wśród nich nie takie rzeczy uchodziły na sucho.

- Jak się pani dowiedziała?
- Chciałam zabrać ze strychu jeszcze kilka swoich rzeczy i przez przypadek się na to natknęłam - spojrzała z pogardą na listy.
A tak pomijając wszystko inne, nasuwa się kilka pytań: co robiły listy DO Tomasza w domu pani Elżbiety? Jeśli je zwrócił, czemu ich nie zniszczyła? A może wcale ich nie wysłała… w takim razie przynajmniej on jest nieco mniej obrzydliwy. Za to durny jak kilo gwoździ, czy to tak trudno skojarzyć ognisty romans i datę urodzenia dziecka?
Pozostaje tylko zastanowić się nad finansowym wyrachowaniem pani Elżbiety Opolskiej.

- Idę go zabić. Jest tu jakaś strzelba? - zapytał podnosząc się z miejsca.
- Panie Cezary! Kogo na litość boską?!
Misia Gogo, na litość boską…

- Zabielskiego. Chyba nie powie mi pani, że po tym wszystkim jeszcze chce mieć pani z nim cokolwiek wspólnego?
Chce, czy nie chce - ma wspólne geny.

***

Kiedy tylko pani Elżbieta wraz z drugą córką wróciły, w domu rozpętała się prawdziwa awantura. Konstancja w ataku histerii wyznała matce, że wie o jej sekrecie, niszcząc przy tym kilka szklanych przedmiotów i drewnianych mebli.
To Element Komiczny tak miotał się po domostwie.
Ceramika natomiast cudem ocalała.

Wpadła w taką furię, że nie była w stanie się uspokoić, Spakowała walizki i razem z Cezarym opuściła dom.
I oboje udali się w kierunku zachodzącego słońca…
***
A to Was nabraliśmy! Do Warszawy pojechali.

Cudem udało jej się przekonać przyjaciela by ten nie robił nic panu Tomaszowi. Przez całą drogę płakała w objęciach Baryki, który w duchu cieszył się jak małe dziecko z takiego obrotu sprawy.
- Panie Cezary pan nie wie jeszcze wszystkiego - szepnęła w pewnej chwili. Spojrzał na nią pytająco - Ja jestem w ciąży ... - wyznała zanosząc się płaczem.
- Z tatusiem?
Na to wygląda...

- Jest pani tego pewna ? - zapytał kompletnie zbity z tropu Baryka. Konstancja twierdząco pokiwała głową.


Miał ochotę rozszarpać prawnika gołymi rękoma, jednak wiedział, że na odległość nic nie jest w stanie zdziałać.
Nie, serio? Nie rozszarpie go zdalnie siłą woli? Niebywałe!
Nie znał odpowiednich modlitw do Hastura.

(...) przytulił tylko przyjaciółkę najmocniej jak tylko potrafił. Teraz to właśnie tego najbardziej potrzebowała. Chciała czuć się szczęśliwa, doceniona potrzebna. I taka właśnie czuła się w tej chwili.
Potrzebna. Doceniona. SZCZĘŚLIWA.
- Chciałbym móc coś dla pani zrobić. Jeśli istnieje coś takiego, co mógłbym ... - urwał by staranniej dobrać słowa. Jednak Konstancja przerwała mu stanowczym gestem.
- Ciii ... Wystarczy, że pan tu jest. Nic więcej nie potrzeba mi do sczęścia.
- Miło to słyszeć panno ... - uciął.
- Tak panie Cezary nadal jestem panną, ślub jest nieważny.
A ktoś go unieważnił? Hellou, to są lata ‘20 ubiegłego wieku!
Właśnie. Tu rzeczywiście zachodzi przypadek małżeństwa nieważnego, w dodatku zawartego w złych intencjach, pewno nikt nie robiłby jej trudności z procedurą - ale należałoby ją przeprowadzić tak czy siak.
Zwłaszcza, że Zabielski jest prawnikiem, powinien więc zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo to jest skomplikowana sytuacja. Bo z jednej strony - są podstawy do natychmiastowego kościelnego unieważnienia związku, lecz przecież pozostaje jeszcze dziecko, spłodzone kazirodczo. Jeśli Elżbieta ukrywała przed nim, że Konstancja jest jego córką, to miałby prawo zrujnować panie Opolskie tak, że głupie pomysły raz na zawsze wylecą im z głowy. W tej sprawie miałby do czynienia ze stręczycielstwem, oszustwem i perfidnym wyłudzeniem majątku. Reputacja Konstancji też nie byłaby najlepsza. Takie procesy były szeroko omawiane przez prasę z podaniem pełnych danych osobowych, nie to, co dzisiejsze “Konstancja O.” albo “imiona bohaterów zostały zmienione”. Pełne nazwiska, pełne adresy wszystkich i imię matki-stręczycielki… Konstancja zostałaby więc powszechnie znaną “panną z odzysku” o zszarganej opinii, w dodatku z sierotką-kazirodką. Prawo wobec bękartów było wtedy okrutne, a owoce miłości kazirodczej to już miały prawdziwe piekło.
Tak mi teraz przyszło do głowy, że gdyby to było opko pisane myślnie, a nie bezmyślnie, to wszystko - naciski na ślub, potem przedstawienie dowodów na pokrewieństwo (z założeniem, że Zabielski jednak nic nie wie o swoim ojcostwie, albo listy w ogóle są sfabrykowane) - można by przedstawić jako celową intrygę pani Elżbiety, okrutną zemstę na kochanku, który ją porzucił. Jestem w stanie doskonale wyobrazić sobie, że Zabielski, przerażony, tym, co zrobił, popełnia samobójstwo. Ewentualnie, jeśli jest słabego serca, schodzi na zawał. Co prawda przy okazji Opolska zniszczyłaby również córkę - ale najwyraźniej zaborczość, okrucieństwo i mściwość są u nich rodzinne, Konstancja też już przecież zdążyła się “wykazać”.

- Nie odnosi pani czasem takiego wrażenia, że jesteśmy jak dwa psy ogrodnika? - zaśmiał się.
Czyli “same nie zjedzą, innemu nie dadzą”.
- Też pan to zauważył? Przeszkadza to panu?
- Ależ skąd! Lubię mieć panią na własność.
- I vice versa.
Czyli własność na panią.

Odeszli tak szczęśliwi ze swojego towarzystwa, pewni już, że nic ani nikt nie jest w stanie ich rozdzielić. Byli jednością, nie rozumieli tego co ich łączyło, ale wiedzieli, że jest to coś wyjątkowego i niepowtarzalnego, czego nie mogą stracić.
Jakieś kazirodztwo, jakieś dramaty z ciążą, jakaś Gabrysia - chrzanić to! Słońce tak pięknie zachodzi! I rączka w rączkę, nóżka w nóżkę - razem!
Ku świetlanej przyszłości!
Ku szklanym domom!


***

Cień rzucał blade światło na budzący się ze snu klasztor.
Na ciemniejącym niebie gasły ostatnie czarne punkty gwiazd, zza horyzontu powoli wznosiło się oślepiająco smoliste słońce.
Przy energicznych dźwiękach Supermassive Black Hole zespołu Muse.

Bujna roślinność otaczająca ze wszech stron to miejsce, przywodziła na myśl średniowiecznego rycerza broniącego z oddaniem bram swego grodu.
Rycerze, jak wiadomo, mieli zwyczaj owijać się wokół bram wężowymi splotami.
Zapanowała nawet wśród nich moda na wyjątkowo bujne brody.

Dzień wstawał leniwie stanowczo odrzucając flirt zazdrosnej kochanki - Nocy, musiał on bowiem zbudzić przy asyście brata Słońca siostrzyczki spieszące na poranne nabożeństwo.
Siostrzyczki lunatykowały na nabożeństwo, póki ich słońce nie obudziło.
*wzdycha*
Przypomina mi to jeden z wieczorków poetyckich, na jakich byłam w czasach studenckich. Tomik poetessy miał tytuł “Mój pierwszy raz czyli rzecz o miłości”, wiersze były w stylu jak wyżej zaprezentowała nam Ałtoreczka, a całość dzieła podsumowała moja ówczesna przyjaciółka: “Tyle słów, gdy można było użyć jednego - defloracja!”

W klasztorze, okazuje się, przebywa panna Lusia (określana “pensjonarką”, więc może chodzi o przyklasztorną szkołę z internatem).
Chyba że autorka miała na myśli postulantkę.
Lusia snuje rozważania nad wstąpieniem do zakonu. Na razie tyle, porzucamy znów tę postać na kilka rozdziałów.
Tak, ten fragment jest ni przypiął, ni przyłatał. Zostawiamy go sobie na  później.


***

Było już dosyć późno, gdy Cezary Baryka wrócił do swojej kamienicy. Samotne wyprawy o tej porze dnia były nie lada wyzwaniem, ale gdy człowiek wykonuje określony zawód powinien nie zważać na porę, ale robić to co do niego należy.
Zwłaszcza gdy się pracuje, dajmy na to, przy zapalaniu lamp ulicznych, to pora jest zupełnie trzeciorzędnym detalem.

Odkąd Konstancja z nim zamieszkała czuł, że na powrót wracają mu siły witalne oraz dawny entuzjazm. Owszem, wiadomość o ciąży Konstancji bardzo nim wstrząsnęła jednak była to niewielka cena jaką zmuszony był ponieść za spokój ducha jaki go teraz ogarniał.
A co stało się z Gabriellą? Utopiła się z rozpaczy?  Jakiś oprych ją dorwał i zamordował? A może uznała, że raźniej jest w trójkąciku z siostrą i wspólnym narzeczonym?
Trafiła do Wielkiej Zamrażarki Postaci Akurat Niepotrzebnych.

Nie wyobrażał sobie jej w roli matki, jednak wolał nie zaprzątać sobie teraz głowy niewartymi uwagi sprawami.
Siebie w roli ojca, jak rozumiem, w ogóle nie rozważał.

- Wróciłem- rzekł radując się na jej widok - Jak się pani czuje, wszystko dobrze?
- Tak dziękuje. Bachor, jak to bachor trochę kopie, ale tak poza tym, wszystko dobrze.
Konstancjo, jesteś czarująca.
A bodajby jej strzelił karnego.
Prosto w wątrobę!
Lepiej w pęcherz. Ciekawszy efekt.

- Nie zmieniła pani zdania?
- Nie. Nie nadaje się na matkę, chce je oddać, kiedy się urodzi.
Z powyższego zdania wynika, że “bachor” nie nadaje się na matkę, więc sam siebie chce oddać.
(Ja bym jednak założyła, że Konstancja chce oddać dziecko ze względu na to, że jest ono owocem kazirodztwa, ale co ja tam wiem.)



Wieczorem następnego dna oboje udali się do filharmonii, jak to ujęła Konstancja, w celach "duchowych"
Coś podobnego, a ja myślałam, że do filharmonii idzie się, aby się najpierw nażreć, a potem uprawiać wspólny seks. Z całą orkiestrą.
To tylko na premierę.
Teraz mi to mówicie? A ja tak unikam muzyki poważnej!

[bla bla bla, koncert skrzypcowy, który oczywiście się jaśnie panu wybitnemu koneserowi nie podoba, bla bla bla]

Nagle na scenę wyszedł sam dyrektor z entuzjazmem w głosie zapowiadając występ debiutującej, młodej pianistki. "
Wow, sam dyrektor zapowiada debiutantkę, wow.
Pewnie jego protegowana.

Kolejna wschodząca gwiazda, już nie mogę się doczekać" - pomyślał z sarkazmem doktor. Jakież było jego zdziwienie gdy na scenie pojawiła się .... Wanda Okszyńska!


[Bla bla bla, na widok Wandy Cezary zaczyna wspominać swój pobyt w Nawłoci, zaś aŁtorka nadmuchuje objętość opka, streszczając Żeromskiego własnymi słowami. Ciach.]

 Koncert dobiegał już końca, publiczność powstała ze swoich miejsc z uznaniem klaszcząc w dłonie, jedynie Cezary jak siedział, tak siedział, zupełnie tym faktem nie poruszony.
Nie zniży się przecież do tego, aby zachowywać się kulturalnie. Albo przynajmniej jak inni.
Musi pokazać, że nie jest burżujem, tylko prawdziwym bolszewikiem.
Wsunął już palce w wargi do uczciwego, proletariackiego gwizdu, ale ostatecznie zrezygnował.

Czekał z utęsknieniem na zakończenie tego " cyrku" by móc ze spokojem udać się do domu.
Z nudów się zdrzemnął.
A nie mógł się wymknąć w trakcie? Koleś z taką zen-wyjebką na konwenanse chyba by się nie przejmował tym, że nie wypada?
Konstancja go pilnowała, a szpicruta niebezpiecznie drgała w jej ręku.

Będąc w półśnie posłyszał dziki krzyk zebranych i nie mając właściwie innego wyboru otworzył zaspane oczy " Co jest u licha? Drzeć mordy tylko potrafią! Wzieliby się wreszcie do roboty, burżuje jedne! Przebywać z nimi to tak jakby upaść moralnie. Upadłem moralnie, upadłem moralnie ... To kres mego istnienia ... "
- Tylko gada i gada o tym kresie istnienia, a wziąłby się wreszcie do roboty, burżuj jeden - zdenerwowała się Szpro.
- Sznureczek dla pana? Dobry, mocny, konopny! - życzliwie podsunęła Kura.

[Ktoś zemdlał czy zachorował; Cezary oczywiście usiłuje wykręcić się od udzielenia pomocy - “Na mnie nie liczcie, śpię” - jednak zmuszony przez Konstancję wreszcie rusza tyłek i…]


Kiedy zobaczył z kim ma do czynienia odsunął się gwałtownie z grymasem obrzydzenia na twarzy.
- Wanda! - szepnął histerycznie.
I zwymiotował.
Na Wandę.



***

Panna Wandzia, nie była już tą samą panną Wandzią, która przed kilkoma laty uciekała z przestrachem w oczach przed oszalałą perliczką.* Nic już nie pozostało z tamtej przerażonej, cichej, wiecznie milczącej dziewoji, tak bardzo lękającej się życia. Teraz, to oto była panią Stóżyńską, doktorową żoną i debiutującą pianistką.
Nie jest to niemożliwe, ale jednak nietypowe, jak na losy kobiet przed II wojną (a nawet i długo po). Standardem było, że zamążpójście, a już zwłaszcza urodzenie dziecka, oznaczało zakończenie kariery. Ot, druga żona Żeromskiego była utalentowaną malarką...
O innej rzeźbiarce pisała zaś Magdalena Samozwaniec. Na pytanie, co z jej karierą, odezwał się jej mąż: - A będziemy lepili, będziemy…
(ulepili potem gromadkę dzieci i na tym skończyła się kariera)

Baryka bardzo chciał na dobre urwać tę na nowo rozpoczętą znajomość nim ta zdołała się rozwinąć, jednak okrutny los nie pozwolił mu na to. Bowiem Wanda i Konstancja bardzo się do siebie zbliżyły po tym jak okazało się, że Wandzia również jest w ciąży.
Ciąża - connecting people.
Użyły tego samego ręcznika, pływały w tym samym basenie…
Zapatrzyła się...
Znalazłabym jeszcze jeden wspólny mianownik, do tego nader chętnie korzystający z wdzięków kobiet.

Ta z pozoru szczęśliwa wiadomość zupełnie załamała biednego doktora, który nie widział już dla siebie innego ratunku jak tylko zastrzelić się.
Dlaczego, na litość boską?! Co go obchodzi ciąża kobiety, której nigdy nie kochał, nigdy z nią nie był, a ona jest teraz żoną kogo innego, i jak się domyślamy, owa ciąża też jest jak najbardziej ślubna???
Do angstu każdy pretekst dobry.
On po prostu NAPRAWDĘ nie lubił dzieci.

Jego bardzo dziwne zachowanie nie uszło bynajmniej uwadze Konstancji, która zaczęła podejrzewać Barykę o romans z Wandą w przeszłości.
Też bym podejrzewała. Serio, niech ktoś mi wytłumaczy, o co temu idiocie chodzi, bo ni cholery nie rozumiem.

" Boże uchowaj! "- myślał przerażony tą perspektywą, w zupełności wystarczyła mu jedna panna Gabrysia, z którą swe bliskie kontakty miał już zerwać dawno temu, jednakże nie potrafił. Nie potrafił.
ŻEKURWACO??? *pada na krzesło w pozie umierającego łabędzia*
No co, konkubina w ciąży, to się zabawia na boku.

Życie boleśnie zeń zadrwiło stawiając w sytuacji bez wyjścia i pozbawiając dawnych uciech.
Znaczy, żadna z sióstr już nie chciała mu dawać?
Ja bym ujęła to “stawiały mu w sytuacji bez wejścia”.


Pewnego dnia, a było to już gdzieś w okolicach listopada, Cezary wybrał się bardziej z musu aniżeli z własnej woli, do domu doktora Michała Stóżyńskiego w celach zawodowych rzecz jasna. Los tak nieśczęśliwie się dla niego złożył, że miał on wątpliwą przyjemność pracować z wyżej wymienionym w jednym szpitalu.
Jeżu borski, jaki on biedny, nieszczęśliwy, pokrzywdzony przez wszystkich i wszystko; powietrze go krzywdzi, gdy musi zaczerpnąć oddech! Niech go ktoś zabije i będzie spokój...
*smaruje cięciwę z nieodgadnioną miną*

Niestety doktora nie zastał, a drzwi otworzyła mu jego młoda żona. [też w ciąży?] Niegrzecznie byłoby nie przyjąć zaproszenia gospodyni na herbatę, dlatego też Cezary z pewnymi wewnętrznymi obawami co prawda [czy aby w cukiernicy jest naprawdę cukier, a nie strychnina?], ale zgodził się. Wanda zapraszającym gestem wprowadziła gościa do salonu po czym na chwilę zniknęła.

[Bla bla, Cezary znów wspomina - tym razem, jak w Nawłoci grał z Wandą na cztery ręce - tymczasem gospodyni wraca z herbatą.]


- Proszę się mię nie obawiać. Drogi panie, nie gryzę - mówiła spoczywając przy pięknie zdobionym stole. - Ja tylko truję. Słodzi pan?
Dla tego pana trzy łyżeczki. Nie. Cztery…

- Drogi panie ... Chce by pan przestał się mię obawiać, wszak nie ma czego.
Się mię, się mię, się mię… lniane.
Przy okazji: “mię” to forma biernika, tu mamy dopełniacz, więc byłoby zwykłe “mnie”.

- Bać się pani! Ja miałbym się pani bać ...?
- A tak nie jest?
- To czyste szaleństwo! Uwłacza pani moim cnotom.
- Nie! Broń Panie Boże ...Zresztą nie moją rzeczą jest pana sądzić ...- rzekła Wandzia nagle zginając się w pół.
- Co się dzieje?
- Cezary ... Ja chyba ... Ja chyba ... Rodzę ....
Tak przy mężczyźnie?

***

Dziecku ewidentnie spieszyło się na świat, Cezary nie miał czasu, musiał działać szybko i zdecydowanie. Położył Wandę na łóżku w sypialni, przygotował do porodu i kazał się uspokoić. Spanikowana pani Stóżyńska zaczęła krzyczeć, że to za wcześnie, że jeszcze nie czas. Wkrótce krzyczała już przez łzy usiłując za wszelką cenę wstrzymać działania natury. Skurcze stawały się coraz częstsze, a Wandzia płakała już nie tyle z powodu paniki, co z bólu, błagając Cezarego, aby dał jej jakieś leki. Problem polegał na tym, że doktor był kompletnie nieprztgotowany na takową ewentualność.
Hm, dziecko nie wyskakuje z macicy jak kamień z procy, poród trwa zwykle parę godzin, myślę, że Cezary zdążyłby pojechać po leki i narzędzia, zostawiając Wandę pod opieką choćby służącej (państwo doktorostwo chyba jakąś mieli?). Ale zaraz, właśnie! Znajdujemy się przecież w domu lekarza!


- Zmiłuj się pan ... Zmiłuj się ... - dyszała łapiąc Barykę za rękę ...
- Proszę się uspokoić i mi zaufać.
- Ale ja już nie mogę ... ! Nie dam rady ...! - wrzasnęła gdyż nastała kolejna fala bólu.
- Proszę mi powiedzieć, gdzie pani mąż trzyma leki? Tylko spokojnie.
- Gdzieś w gabinecie ... - skoro tylko Cezary posłyszał te słowa, puścił się pędem ku gabinetowi pana Michała.
Bo faktycznie trzeba było dopiero podpowiedzi żony, by wpaść na to, że lekarz trzyma leki w swoim gabinecie.
Czaruś mieszkał w jednopokojowej norze, to skąd miał wiedzieć.

Wpadł doń niczym burza, czym prędzej przeszukując pomieszczenie, które zresztą po kilku sekundach Baryki w nim przebywania, wyglądało jak po przejściu kataklizmu.
Jak każdy porządny lekarz, doktór Stóżyński nie kłopotał się opisywaniem leków i ustawianiem ich w jakiejś logicznej kolejności.

Serce biło mu jak młotem, a przyspieszyło jeszcze bardziej, kiedy z sypialni dobiegł go przerażający jęk Wandy. Znalazł wreszcie to czego szukał. Relanium* [które czym prędzej zażył], było jak zbawienie, po drodze wziął jeszcze leki przeciwbólowe i rozkurczowe.
Skrawkiem umysłu zarejestrował, że pan Michał miał w gabinecie bardzo ładną szafę na leki:

tardis-doctor-who.jpg



(...) jego myśli co jakiś czas płynęły ku Konstancji, której poród niebawem również przyjdzie mu odebrać. Bał się o nią, szczerze i prawdziwie bał się o swą przyjaciólkę, bowiem działo się z nią coś bardzo niepokojącego. Nie była już tą delikatną i subtelną Konstancją, którą poznał kilka miesięcy temu, coś się zmieniło.
Przestała delikatnie i subtelnie bić szpicrutą prawdziwe i domniemane rywalki?

Wanda co chwila krzyczała z bólu, gdyż leki bardzo słabo na nią działały, w dodatku w drugiej najważniejszej fazie porodu skurcze zaczęły słabnąć, co wbrew pozorom nie wróżyło nic dobrego. Rodziła już dwie godziny, a zanosiło się jeszcze na kolejne dwie, gdyż było to jej pierwsze dziecko, a w takich przypadkach, druga faza porodu zazwyczaj trwa dłużej, niż u innych kobiet.*
Błagam, tylko mi nie mówcie, że aŁtorka uczyniła przypis odnośnie faz porodu u pierwiastek!!!
Nie, no, dobrze, zrobiła risercz, szkoda, że na polskiej wikipedii.

- Panie Cezary ... Błagam ... Błagam pana z głębi serca ... Niech mię pan nie zostawia drogi panie ...
- Nie mam takiego zamiaru.
- Nie mogę już ... Nie dam rady .... ! - rzekła przez łzy.
- Da pani radę, owszem da. Jest pani bardzo dzielna, jesteśmy już bardzo blisko. Proszę jeszcze trochę wytrzymać.
- To tak bardzo boli ...! Nie wytrzymam - doktor miał pewne  wątpliwości co do słuszności podjętych decyzji, jednakże po krótkim namyśle zdecydował się podać rodzącej oksytocynę,*
To był nieprawdopodobnie wprost długi poród, trwał blisko 30 lat, bo oksytocyna została wyodrębniona dopiero w 1953 roku.
A diazepam (relanium) jeszcze parę lat później.
Eeetam, doktor był taki zdolny, że sam sobie wszystko zsyntetyzował przy śniadaniu.
Z chleba tostowego i żółtego sera.

która miała za zadanie znacznie przyspieszyć skórcze macicy [pokrywanie się macicy skórą?], a co za tym idzie przyspieszyć poród. I tak właśnie na świat przyszła mała Florka, gdy tylko Wandzia usłyszała płacz dziecka, odetchnęła z ulgą.
My też czujemy ulgę, że Czarek znalazł ampułkę z substancją, która zostanie wprowadzona do użytku za trzy dekady. Ufff...


- Gratuluję, ma pani córeczkę.
- Zmienił się pan ...- przemówiła w pewnej chwili młoda pianistka
A co się dziwisz? W międzyczasie był kryzys światowy, wojna światowa, bombardowanie Warszawy, okupacja, Powstanie, odbudowa, Stalin umarł… wiesz, latka lecą.

- Bynajmniej mię to nie cieszy. - poprawił muszkę. I zgrał ją ze szczerbinką.
- A mię i owszem. Dawniej nawet nie chciałby pan ze mną rozmawiać …
A teraz odbiera pan mój poród, czy to nie cudowne?
Takie rzeczy łączą!


* Relanium - środek uspokajający. Stosuje się go często przy porodach na niespokojne pacjentki.
Kładzie się opakowanie relanium NA pacjentce i ta od razu się uspokaja.
(a w ogóle, jedni twierdzą, że można, a drudzy, że lepiej nie)

 *  "Drugi etap porodu może trwać do 2 godzin u pierworódki (kobiety, która jeszcze nie rodziła) i ok. 30 minut u wieloródki. Etap ten jest najbardziej bolesny i niebezpieczny dla matki i dziecka. Często na tym etapie podejmuje się decyzję o cięciu cesarskim, gdy np. dojdzie do zaklinowania dziecka w kanale rodnym na skutek złego ułożenia kończyn, albo gdy się okazuje, że główka dziecka jest większa od średnicy kanału rodnego". ( źródło Wikipedia )
AŁtorko - wyjaśnij, po jaką cholerę ten przypis? Po jaką cholerę większość twoich przypisów?!
A po jaką cholerę to opko?
Ciągle o to pytam i nikt mi nie odpowiada.
Tylko echo: “mać, mać, mać”.


Z najciemniejszego Zakątka Warszawy pozdrawiają:
Kura z paczuszką listów do kochanka, Jasza z fiolką relanium, Dzidka tańcząca poloneza Caro, Babatunde Wolaka z niedobitkami ocalałej ceramiki i Szprota syntezująca oksytocynę z porannej owsianki,
a Maskotek ogląda telenowele wenezuelskie, podziwiając ich realizm i prawdopodobieństwo, w porównaniu z opkiem.

24 komentarze:

Anonimowy pisze...

"który sam uważał siebie za Boga, a jego matka, pomimo tego, że go urodziła, wciąż pozostawała dziewicą. Parsknął śmiechem, gdy o tym pomyślał, dobrze wiedział, że z medycznego punktu widzenia jest to po prostu niemożliwe."
Teoretycznie możliwe, wystarczyłoby coś w rodzaju impulsu, co kazałoby komórce jajowej się dzielić. W lwiej części takich "niepokalanych zapłodnień" (ogólnie w królestwie zwierząt) zarodek obumiera. (za: "Osobliwości życia ziemskiego" Lucjana Znicza) Oczywiście Czaruś nie mógł o tym wiedzieć, tak tylko piszę. ;)

"- Racja, właściwie miałam o to samo spytać pana.
- To niech pani powie matce, że boli panią głowa i że panią odwiozę - zaproponował Baryka.
CZYM???"
Na barana, no a jak. Szpicruta jest, baran jest, tylko go osiodłać.

"Baryka patrzył w sufit, uparcie śledząc pewien bliżej niezidentyfikowany obiekt."
Zastanawiał się, jak to jest, że mucha łazi po suficie a mimo to nie spada.

Inga

PS. PIERWSZA! :D

Anonimowy pisze...

I po co to takie pisać, ja się pytam.
Święte słowa pani dobrodziejki!
Do hotelu to se panna Mania z Nikodemem Dyzmą mogła pójść,a nie cnotliwa..hehe.. panienka z dobrej rodziny.I ślub z ojcem?!
A tak się wszyscy zachwycali..

Chomik


Sajrinka pisze...

Dziękuję za zdjęcie Anioła! Obawiam się, że przez dłuższy czas nie będę w stanie usłyszeć tego słowa (bez względu na kontekst) bez odpowiedniej wizualizacji! Dziękuję <3

Anonimowy pisze...

Jak najbardziej można zajść w ciążę i pozostać dziewicą, nie trzeba nawet do tego żadnych cudów z dzieleniem komórek. Właściwa definicja dziewicy to "kobieta, która z nikim nie współżyła", a zapłodnienie bez współżycia to rzecz do zrobienia nawet w czasach sprzed in vitro. Jeśli zaś ktoś chciałby się upierać, że dziewica to "kobieta mająca błonę dziewiczą", i tak niczego to nie zmienia - przy odbyciu niepełnego stosunku, bez przerwania błony, także może dojść do zapłodnienia.
"można by [ślub Konstancji] przedstawić jako celową intrygę pani Elżbiety, okrutną zemstę na kochanku"
Ja to widzę tak: Elżbieta nienawidziła Konstancji jako dziecka znienawidzonego kochanka, kochała za to "legalną" Gabrielę. Kiedy Konstancja przywlokła ze sobą buca Cezarego, który nieodwołalnie zniszczył Gabrieli reputację, Elżbieta znienawidziła pierworodną do reszty i postanowiła wydać ją za rodzonego ojca, ażeby oboje zeszli na zawał. W sprawnych rękach to mogłoby być naprawdę niezłe opko!

Domi pisze...

Uwielbiam Wasze analizy i komentarze pod nią - zawsze poprawiają mi dzień:). Z góry przepraszam za błędy.

Z tych dwóch analiz wnioskuję, że autorkę ciągnie do położnictwa, ginekologii - stąd te wszystkie rodzące i ciężarne. Naprawdę nie można było pokusić się o inne przypadki? Nie liczę próby samobójczej.
Szanowny pan doktorek nie bada pacjentek ginekologicznie, nie osłuchuje tonów serca płodu (aż specjalnie sprawdziłam kiedy wynaleziono słuchawkę położniczą - w XIX wieku), nie wiadomo skąd wie, że dziecko obumarło, albo kiedy zaczęła się druga faza porodu (mnie w szkole uczono o okresach porodu lub etapach, ale może gdzie indziej się tak mówi;).
Bohaterowie młodzi a wypaleni zawodowo, kazirodcze intrygi... Jeszcze poprzednia część w miarę trzymała poziom - ta mnie dobiła.
Będzie kolejna kolejna analiza tego dzieła?
Pozdrawiam,
Sfrustrowana studentka położnictwa:)

Anonimowy pisze...

@Anonimowy
Autorce chyba o to chodziło, że podczas porodu przerwałaby się błona dziewicza.

Anonimowy pisze...

"Autorce chyba o to chodziło, że podczas porodu przerwałaby się błona dziewicza."
Nie wiem, jakie jest w tej kwestii stanowisko Kościoła, ale obawiam się, że błona dziewicza Maryi podczas porodu nie mogła pozostać nienaruszona, co wszelako w niczym jej dziewiczości nie kala. Mam też poważne wątpliwości, czy właśnie o to chodziło komuś, kto zupełnie serio pisze, że jeśli pierworódka rodzi od dwóch godzin, to znaczy, że zostały jeszcze dwie...

Oscar Readmore pisze...

Analiza genialna. Co do opowiadania - pierwsza część była jeszcze zjadliwa, ale ilość pierdół w części drugiej przekroczyła granicę.

Anonimowy pisze...

Właśnie ciekawe, że ta pierwsza część miała sens mniej więcej, a w tej... wyczuwam zbyt intensywne wpływy brazylijskich telenoweli :D

Analiza świetna, niektóre wasze komentarze dają mi radochy na cały dzień :)

Anonimowy pisze...

W zeszłym tygodniu byłam przyjemnie zaskoczona, że ktoś ma chęć pisać żeromszczyźniane fanfiki. O ile jednak pierwsza część, choć wyjątkowo obrzydliwa, była jeszcze jako tako spójna, ta zupełnie rwie się w strzępy. Albo Czaruś, albo autorka cierpi na zanik pamięci krótkotrwałej.
Ciekawe, czy doczekam opka o Krzyżakach...

Dulska

Panna M pisze...

Moi drodzy zapewniam Was, że nie ciągnie mnie ani do ginekologii, ani też do położnictwa. Nie oglądam również brazylijskich telenoweli, bo romansideł nie lubię. Z tego też tytułu zdaję sobie sprawę, że opowiadanie mi po prostu nie wyszło ( co zresztą wielokrotnie już podkreślałam i do czego się przyznałam. ) Uważam też, że nie mam tez żadnych braków wiedzowych jeśli chodzi o wielokrotnie już tutaj roztrząsaną kwestię poglądów politycznych Baryki. Po prostu myślę inaczej i naprawdę miałam solidne podstawy, ażeby wysnuć takie, a nie inne wnioski. Zresztą tak naprawdę nigdy się nie dowiemy co też autor miał na myśli i co chciał osiągnąć kreując bohatera w taki a nie inny sposób. Tego możemy się jedynie domyślać i nie możemy też stwierdzać, kto ma rację, a kto nie. To jest literatura i tutaj nie ma jednego rozwiązania problemu jak w matematyce.- Pozdrawiam

ML pisze...

Panna M.: "Uważam też, że nie mam tez żadnych braków wiedzowych jeśli chodzi o wielokrotnie już tutaj roztrząsaną kwestię poglądów politycznych Baryki. Po prostu myślę inaczej i naprawdę miałam solidne podstawy, ażeby wysnuć takie, a nie inne wnioski."

Poważnie, Panno M? Bo pod poprzednią częścią zostawiłam Ci kilka pytań o te "solidne podstawy", których użyłaś do wysnucia swoich wniosków. A odpowiedzi, jak nie było, tak nie ma. Z Twoich poprzednich wyjaśnień wyłania się straszliwy galimatias pojęć przerabianych w szkole i kompletny brak zrozumienia choćby podstaw ekonomii. Wygląda na to, że tezę "Baryka był kapitalistą" oparłaś na następującym rozumowaniu: "Baryka chciał, żeby ludziom w Polsce było dobrze. Teraz jest ludziom w Polsce jest dobrze. Teraz mamy kapitalizm. Ergo: Baryka pragnął kapitalizmu, co było do udowodnienia". Wybacz, ale to jest rozumowanie na poziomie dziecka, a nie dorosłej osoby z prawem wyborczym, która w dodatku ma ambicję pisać opowiadania o polityce.

Anonimowy pisze...

To drobnostka, ale chyba nikt tego jeszcze nie zauważył: nazwisko "Opolska" to nazwisko żydowskie, albo przynajmniej takie, które przed wojną uchodziłoby za żydowskie. Bo za takie uważano nazwiska odmiejscowe pochodzące od miast. Exemplum- Izrael Poznański.
To świadoma kreacja autorki?
(he, he, he)

Pozdrawiam,
Caedmon

Tubędziefajnynick pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Anonimowy pisze...

Panna M.:
<Po prostu myślę inaczej i naprawdę miałam solidne podstawy, ażeby wysnuć takie, a nie inne wnioski.
To , jak rozumiem mówisz Ty, w swoim imieniu, ale nagle w swoją opinię ściśle wplatasz Żeromskiego:

Zresztą tak naprawdę nigdy się nie dowiemy co też autor miał na myśli i co chciał osiągnąć kreując bohatera w taki a nie inny sposób. Tego możemy się jedynie domyślać i nie możemy też stwierdzać, kto ma rację, a kto nie.

I już nie wiadomo kto jest kim. Ty Żeromskim, czy Żeromski Tobą.

< To jest literatura i tutaj nie ma jednego rozwiązania problemu jak w matematyce

Nie, twoje opowiadanie to nie jest literatura. Literatura to bazowanie na faktach, zwłaszcza jeśli akcja toczy się w znanych czasach i miejscach. Trzeba wtedy przeorać się przez lawinę lektur, aby wiedzieć jak (i gdzie!) wtedy żyli ludzie, których chcesz opisać. Co mieli w zasięgu ręki, a czego nie (ten byk z lekami był doprawdy srogi) i tak dalej i dalej tak...

Jasza

Anonimowy pisze...

Kilkakrotnie zdarzyło mi się przeczytać Wasze analizy, ale ta po prostu powala na kolana! Mam nadzieję, że Szperacz znajdzie więcej tego typu tekstów, bo ileż można o Biberkach lub Hp...? (chociaż to także świetnie Wam wychodzi)

Wydaje mi się, że sukces tej analizy leży właśnie w tekście pierwotnym, bo jest zupełnie inny niż te, po które sięgano tu do tej pory. Nie jest przecież tragiczny i wiele osób dostrzegło w nim zalążek czegoś potencjalnie dobrego. Bo podejrzewam, że skrajnie złe teksty naprawdę skrajnie źle się omawia :))

Dziękuję za śmiech (nawet nie uśmiech! ŚMIECH pełną gębą), którego nie powstrzymał nawet fakt, że przy czytaniu siedziałam w miejscu publicznym.

PS. A Autorka niech się nie obraża, tylko pisze dalej i ćwiczy:))
Pozdrawiam,
P

Sajrinka pisze...

@Jasza:
"Nie, twoje opowiadanie to nie jest literatura. Literatura to bazowanie na faktach"

Raczej operowanie prawdopodobieństwem. Nawet jeśli to s-f.

" zwłaszcza jeśli akcja toczy się w znanych czasach i miejscach. Trzeba wtedy przeorać się przez lawinę lektur, aby wiedzieć jak (i gdzie!) wtedy żyli ludzie, których chcesz opisać. Co mieli w zasięgu ręki, a czego nie (ten byk z lekami był doprawdy srogi) i tak dalej i dalej tak..."

Tak tylko sobie pozwoliłam doprecyzować - jako niewyżyta polonistka.

Natomiast popieram w całej rozciągłości przedmówców-krytykantów, włącznie z przesłaniem, by @Panna M. się nie zrażała i pisała dalej. Może zamiast "fanfików" - coś swojego, po prostu?

Pozdrawiam całą Załogę :) i Pannę M.

Leleth pisze...

Po pierwszej części myślałam, że głupie bardzo, ale coś z tego może być, jeśli autorka uzupełni braki w elementarnej wiedzy i to nie takiej z zakresu stricte pisania.
Po tej się załamałam.
I nie chodzi mi o intrygę z kazirodztwem, to jest - o sam jej fakt. Chodzi mi o to, że dziewczyna dowiaduje się, że jest w ciąży z własnym ojcem i poza marudzeniem w pierwszej chwili w ogóle jej to nie rusza. Naprawdę nie wiem, jak upośledzoną empatię trzeba mieć, żeby uważać taką reakcję za prawdopodobną. To nie jest dobrze przedstawione zachowanie nawet w przypadku socjopaty, a mniemam, że bohaterka takowym w założeniu autorki nie miała być. Jakiekolwiek prawdopodobieństwo i portret psychologiczny poszły się chędożyć. Kurczę, autorko, wyobrażasz sobie siebie w takiej sytuacji? Też byś nie dawała faka? Bo ja siebie nie umiem do końca, ale jestem pewna, że byłabym zrozpaczona, przerażona i runąłby mi świat. I, choć nie mam wglądu do umysłów innych, śmiem twierdzić, że większość ludzi by się tak zachowało. I chociaż obrzydzenie i uważanie kazirodztwa za coś złego dzisiaj bierze się raczej z naturalnej niechęci do takich kontaktów z osobami bliskimi nam w inny sposób, nie więzów krwi, o których, jak w tym przypadku, można nie mieć pojęcia, to od najmłodszych lat wdrukowuje się i przenosi to obrzydzenie także na jedynie biologiczne więzy. Więc nic to, że dla Konstancji Zabielski był tylko dawcą spermy, a nie ojcem, trudno wyobrazić mi sobie kogoś, kto przeszedłby nad czymś takim obojętnie.
Btw - nie ukrywajmy, Konstancja to nie typ prolajferki, dlaczego ona tej ciąży po prostu nie usunie, póki niewidoczna, a nie naraża się na miesiące niewygód dla "bachora", którego i tak ma zamiar oddać?

Aha, mam njusa dla wszystkich ałtorek i autorek oraz pisaków - krew przy pierwszym razie nie zawsze tryska fontanną. Nawet nie zwykle. Serio-serio.

ML pisze...

Leleth: "krew przy pierwszym razie nie zawsze tryska fontanną. Nawet nie zwykle. Serio-serio."

To. W 1998 dr Sara Patterson-Brown przeprowadziła nawet na ten temat badanie dla British Medical Journal i odkryła, że przynajmniej 63 procent kobiet nie zauważyło w ogóle ŻADNEGO krwawienia przy pierwszym stosunku. Każdy poradnik na temat seksu podkreśla, że jeśli po defloracji krwawisz wiadrami, to natychmiast idź do lekarza, bo to nie jest normalne.

Zastanawiam się, skąd bierze się popularność tego mitu, skoro wiele autorek romansów ma już pierwszy raz za sobą i chyba pamiętają, jak to u nich było. Obstawiam, że winien jest kontrast między prawdziwym życiem a opkolandem, w sensie - opko sobie, a życie sobie. Wprawdzie autorki pamiętają, że same specjalnie nie krwawiły, ale myślą, że w powieści po prostu "tak trzeba". Krew musi tryskać z bohaterki jak sikawka strażacka, inaczej scena się nie liczy.

Mój drugi "ulubiony" mit to wszystkie te cyrki związane z "przebijaniem" błony dziewiczej. Jak by ktoś chciał, to tu jest uroczy i badzo edukacyjny filmik Laci Green, która łopatologicznie i zabawnie tłumaczy, jak to właściwie jest z tą defloracją, polecam.

(niestety, tylko po angielsku)

Anonimowy pisze...

W pierwszej części 'coś' widziałam - pomysł przede wszystkim oraz próbę (co prawda niezupełnie udaną) stylizacji. W drugiej - nadal widzę, ale to się nazywa 'parodia'. Jakby Autorka zaznaczyła, że to parodia, satyra, kabaret (jak w przypadku 'Na ustach grzechu' czy 'Rycerzy Trzech') - to byłoby tzw. okej. Najbardziej rozbawił mię ten polonez - jako taniec 'zbliżający' młodych, a tańczony w jakimś pokoiku panieńskim. W czasach tanga, walców czy zwykłych przytulanek (już nawet Jagna z Antkiem tak się zapomnieli, że się po prostu obejmowali w tańcu po odwaleniu obertasa)- to ów polonez widzę li i jedynie jako kreację satyryczną. A propos, tak sobie owo 'mię' umiłowałam, że będę tegoż używać bez względu na deklinację i na stronie ESD również, gdyż bardzo mię się to podoba. Proszę mię za to nie karać wyśpiewywaniem Habanery na Liwoczu ani niczym podobnym.

A do Autorki: ja bym się nie poddawała, a po prostu więcej czytała na tematy, o których piszę. I sprawdzała staranniej, i cierpliwiej przysiadała do opisów. A nie: raz-ciach i zrobione.

Pozdrawiam,
Guineapigs

Anonimowy pisze...

Możecie to przeanalizować?
http://akademiamagiiiczarodziejstwa.blogspot.com/
Ten blog prowadzi kilka osób.

Anonimowy pisze...

Większość minionego długiego weekendu spędziłam na czytaniu waszego bloga wydając z siebie co chwilę kwiki pełne szczęścia :D

Przypomniało mi to o popełnionych przeze mnie w młodości trzech opkach, które umieściłam na stronie opowiadania.pl
Strona nadal istnieje i o dziwo moje opowiadania zamieszczone tam w 2003r. również!

Będę zaszczycona jeżeli okaże się, że można z nich zrobić radość dla ludzkości poprzez waszą analizę :)

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=4722
http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=1708
http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=1631

Anonimowy pisze...

Ha, zauważam rzeczy, których analizatorki nie dostrzegły :P
Gdy wszyscy się zastanawiają, co się stało z Gabrysią, chwilę wcześniej:
"Kiedy tylko pani Elżbieta wraz z drugą córką wróciły, w domu rozpętała się prawdziwa awantura. Konstancja w ataku histerii wyznała matce, że wie o jej sekrecie, niszcząc przy tym kilka szklanych przedmiotów i drewnianych mebli."
Najwyraźniej młodsza córka wróciła na łono rodziny i nikt jej nie czynił wyrzutów XDD Wszystko gra.

A ta obsesja z krwią i prześcieradłem w sumie nie jest taka od czapy. Bez względu na to, jak to wygląda od strony biologii, w wielu czasach i kulturach faktycznie oczekiwano od panny młodej po nocy poślubnej krwawych śladów na pościeli. Brak śladów miałby oznaczać, że już nie-dziewica. Rytuał pokładzin na polskiej wsi ponoć jeszcze w początkach XX wieku się spotykało. Więc jakiś tam częściowy sens to ma, choć bardziej kulturowy niż biologiczny. (choć jak nie-dziewice szły za mąż, to też jakoś sobie radziły,żeby dopełnić procedur ;)

Motyw z kazirodztwem za to był tak od czapy, że aż mi zabrakło słów...

No i ogólnie analiza miażdżąco-niszcząca i rozwalająco zabawna :)

Irienna

Spalona Artystka pisze...

Za każdą dziewoję i dziewkę kopniak w rzyć ode mnie za free.