piątek, 11 stycznia 2013

206. W genetycznym labiryncie, czyli To nie Voldek jest rozpłodowcem! (2/3)



Kochane Czytelniczki i Czytelnicy! W pierwszej części Tradycyjnej Sylwestrowej Ustawki ujrzeliście się w Hogwarcie zasiedlonym przez uczniów i ich kamerdynerów oraz pokojówki. Harry był Evansem, Draco Malfoy - jego kamerdynerem, a Dumbledore głupkiem (nihil novi). Następnie Harry został zaadoptowany przez swojego dziadka Pottera, i gdyby to nie było opko, można by oczekiwać ciągu dalszego z zaciekawieniem, a nie z przerażeniem. Niestety, to, co się dzieje w umysłach aŁtorek, bywa zdecydowanie dużo creepsiejsze od kanonu...
A zatem wróćmy dzisiaj do Hogwartu, w którym dziennikarze czują się jak u siebie w domu, Weasleyowie przypominają wszystkich, tylko nie Weasleyów, Snape wymyśla idiotyczne konspiry, a Harry dowiaduje się kolejnych ciekawostek na temat swojego pochodzenia. A na tym nie koniec...
Na część trzecią (tak, tak - wyjątkowo wdzięczne to opko do znęcania się!) zapraszamy za tydzień. Miłego indżojowania!


Analizują Mikan, Kura, Pigmejka, Dzidka, Kalevatar, Szprota i Jasza.


Kamerdyner
http://www.fanfiction.net/s/6938212/1/Kamerdyner


Rozdział 2.2
Ponad trzy godziny zajęło panu Nethowi wytłumaczenie wszystkiego Harry'emu.
Nasz bystry Ty.

A ten pytań miał naprawdę sporo. Przydała mu się teraz wiedza, którą nabył, przesiadując z wujem przy kontraktach.
Nastolatek? Pewnie, co będzie tracił czas na szkołę, niech się przyucza do zawodu.
Tam szkoła. Koledzy, gry, spacery po galeriach, koleżanki mejbi?
Zaraz, to dziadek postanowił Harry’ego adoptować czy podpisać z nim umowę o dzieło? Zaczynam węszyć przekręt...

Tak, bo Harry uznał całą sprawę za interes. Kontrakt pomiędzy dwiema dużymi firmami.
Siadła mucha na kark wołu i krzyczy: - Orzemy!
Och, rzeczywiście wysokie mniemanie ma o sobie.
Harry Spółka z o.o. (Bo nigdy nie wiesz, czy nie zaatakuje was Voldemort).

Nie miał najmniejszego zamiaru stać się zabawką w rękach człowieka, który wyrzekł się syna, dlatego, że ten pokochał kogoś, kto jemu się nie spodobał.
Ale miał jak najszczerszy zamiar ciągnąć jego forsę i żerować na wypracowanej przez niego renomie.
A czy to nie James zerwał stosunki z rodziną, wyrzekając się majątku i splendorów?
Tak, ale aŁtorka już o tym nie pamięta, zapomnijmy i my.
Albo narrator sugeruje nam, że Harry jest małym socjopatą, szukającym powodów do wpędzania krewnych w poczucie winy.

— Czyli wszystko już jasne?
— Tak, panie Neth. Dziadek bardzo wyraźnie postawił sprawę. Podpiszę te dokumenty tylko wtedy, jeśli on zgodzi się na te ustępstwa.
Czyli: trzy razy wyższe kieszonkowe, własny kucyk i wycieczki do Disneylandu w każde lato.

— Nie są to zbyt dobre rozwiązania. Nie dla pana.
— To zależy, jak się na to patrzy, proszę pana. Każdy medal ma dwie strony. Dziadek chce mieć za dużo władzy nade mną, a ja się na to nie zgadzam. To chyba logiczne. Chcę posiadać chociaż minimum kontroli nad swoim życiem.
Tia, jakbyś ją miał dotychczas.
Całą kontrolę nad jego życiem ma kamerdyner.
Wyobraźmy sobie, że Harry przejmuje kontrolę nad swoim życiem. Czyli robi co? Zamiast herbaty o poranku, będzie pił kawę? I entuzjastycznie założy białe skarpety do czarnych spodni? Będzie wchodził na lekcję 5 minut po dzwonku?
Będzie nosił majtki na spodniach i fikuśną pelerynkę zamiast szaty.

— Mam całkowite pełnomocnictwo i zgadzam się na te punkty. Z biegiem czasu może je pan zmienić lub wykreślić całkowicie.
Albo zamienić na atrakcyjne nagrody na stacjach BP.
Ostatnio mieli takie fikuśne parasolki.
Jednakże dopisanie nowych punktów będzie wymagało wykupienia konta premium.

— Nie przewiduję żadnych zmian. Pozostaną takie, jakie są, do zakończenia całej tej sprawy, czyli do osiągnięcia przeze mnie pełnoletniości. Potem, jeśli dziadek będzie chciał, możemy porozmawiać. — Postawił sprawę jasno.
Biorę jego pieniądze, pozwalam się utrzymywać, biorę jego nazwisko, a co za tym idzie wypracowaną pozycję w magicznym świecie, a on niech w zamian siedzi cicho! Rozumiemy się?
Ludzki pan... mógł dziadka olać i pójść do sierocińca. Tam w każdej minucie miałby kontrolę nad swoim życiem: nikt by mu nie mówił kiedy ma wstawać, jeść, iść spać, oh wait...

— Byłby z pana niezwykły magiczny adwokat, panie Evans. Trochę podszkolić i stałby się pan rozchwytywany. Nikt dotąd nie zrozumiał magicznego kontraktu dziedziczenia tak szybko.
I teraz rozumiem, dlaczego nic z tej rozmowy nie rozumiem.
Ani ja. Poza tym, że bohater opka jest absolutnie wyjątkowy, co jakimś wielkim zaskoczeniem nie jest.
Oj no, adwokacina już kadzi paniczowi dziedzicowi. Może boi się, że Harry zaciuka dziadka w ramach rozkręcania swojego interesu, a on wtedy zostanie zwolniony?

— Miałem dobrego nauczyciela. I to niemagicznego — odparł z dumą chłopak. — Co teraz?
Szkoda, że cię życia nie nauczył.
Srsly, nie wydaje mi się, żeby cała wiedza wuja Vernona przydała się do czegokolwiek w świecie czarodziejów, w którym - założę się! - kontrakty obwarowane są milionem magicznych pierdółek, o jakich ten w życiu nie słyszał.

— Proszę podpisać tutaj, a do tej fiolki upuścić pięć kropel swojej krwi z serdecznego palca.
A ten co? Bank krwi zakłada?
Pobiera próbkę DNA.
To już by lepiej mu zęby wybił...
Albo uszko naderwał...
Albo główkę...

Wtedy czar się uaktywni.
— I tak od razu wrócą wszystkie „dodatki" rodu?
A co, Potterowie mają coś specjalnego? Szóste palce u rąk i nóg? Znamiona albo tatuaże? Rogi? Skrzydła?
Swastyczkę pod paszką? Anormalnie duże członki?
Blizny w kształcie błyskawicy?
A tak w ogóle, dlaczego te mityczne “dodatki” (boru, głupszej nazwy nie można było wymyślić?) mają się uaktywnić po adopcji przez dziadka? Geny ojca nie wystarczą?
Blogaskowe geny uaktywniają się dopiero, gdy stan prawny zostaje uregulowany. Może to zabezpieczenie, by nieślubne dzieci nie miały tych "dodatków"?
No dobrze, ale co fiolka ma z tym wspólnego?
Może w fiolce są jakieś substancje pomagające rozwijać się genom, coś jak pomidorek dla pleśni?

Mężczyzna zaśmiał się krótko.
— Widzę, że to zainteresowało pana szczególnie.
— Tak. Brzmi ciekawie.
O, Harry - bo jeszcze się zdziwisz!

— Odpowiadając na pańskie pytanie. Tak, aktywują się od razu, ale musi się pan i tak ich najpierw nauczyć. Nie pojawiają się same z siebie. Nic nie przychodzi tak łatwo.
Znaczy, aktywują się, ale nie pojawią, póki on się ich nie nauczy? I potem co, Harry zda jakiś egzamin i pojawi mu się na przykład... rodowy, świecący pryszcz na środku czoła?
Ojej, to jak  z paleniem nielegalnych na terenie Polski substancji. Nie poczujesz za pierwszym razem.
Albo jak z graniem: po odblokowaniu kolejnego levelu będziesz mogła kupić sobie nowe itemki, ale najpierw musisz wykonać kilka questów.

— Rozumiem. — Entuzjazm chłopaka opadł.
— Za to nauka ich będzie szła o wiele łatwiej. Powiem nawet, że dużo prościej.
Jak, na litość bora, wygląda nauka “dodatków rodu”?! Może chodzi o coś w rodzaju nauki chowania skrzydeł z “Lamira”?
Obawiam się, że tak właśnie. Harry'emu wyrosną rodowe czułki, ale nie zamacha nimi, zanim nie pocałuje swego lubego przy pełni księżyca.

Harry uśmiechnął się znów i sięgnął po pióro. Pisał nim dopiero kilka razy i nie podobało mu się to, ale cóż.
To czym posługiwał się w Hogwarcie, jak nie piórem? Flamastrem stabilo?
Może nie musiał pisać sam, lokaj robił notatki za niego.
Klikał w klawiaturę MagBooka, zamiast pisać ręcznie, jak zwierzę.Borze, jeszcze mu pisać każą, aż dwa słowa! Sadyści.

Wlazłeś między wrony, kracz jak i one. Podpisał się koślawo, a mężczyzna przysunął w jego stronę szklaną buteleczkę oraz srebrny sztylet.
— Pięć kropel, panie Evans — przypomniał.
Ten naciął palec i liczył skapujące krople.
Ło choroba, tamujcie, naciąłżem tętniczkę!

Gdy ostatnia dotknęła tafli mikstury, coś szarpnęło się we wnętrzu chłopaka.
Alien wylazł.
Wyjaśniając ostatecznie sprawę dodatków.
Teraz czas na zaszycie się tackerem, wzorem Noomi Rapace w Prometeuszu.
*dyskretnie chwyta tacker i chowa za plecami*

Sapnął z wrażenia.
Gdy tylko wystawił łeb na zewnątrz. Ten Alien.
Zauważył, że wylądował w złym fandomie.

Ciepło rozlewające się po ciele było bardzo przyjemne.
I tak zaliczyłeś swój pierwszy, pięciokropelkowy, wytrysk.
Będziesz wykapanym dziadkiem, Harry!
Niezwykłe szczęście musiał mieć, najwyraźniej w całym swym życiu nigdy się nie skaleczył, ni krwi nie utoczył.
A więc to nie Alien, tylko chuć w nim wezbrała (i szarpnęła)?

Kilka minut trwało, nim zdołał dojść do siebie.
O wiele dłużej trwało, zanim oprzytomniał notariusz.

— Zaklęcie działa, panie Potter. W imieniu pańskiego opiekuna witam w rodzinie.
Daleko, daleko stamtąd, dziadek Harold otarł pot z czoła i starał się uregulować oddech.
Skąd u diabła notariusz to wiedział? Harry’emu zaświeciła się nad głową aureola?
No zobaczył, bo zapewne zauważył tę, no... różdżkę Harry’ego wysuwającą się ze spodni.

Proszę, oto pański sygnet rodowy.
Taki?

W małym karmazynowym pudełeczku leżał złoty, prosty pierścień z grawerowaną literą P. Biżuteria dopasowała się do palca noszącego zaraz po nałożeniu. Harry pożegnał się z notariuszem i wyszedł na korytarz. Całe szczęście, czekał na niego tylko Draco.
A te kłębiące się tłumy gdzie zniknęły?
Pognały za Benedictem.
Minerva się nimi zajęła. Podejrzewam, że wystarczyło jedno jej spojrzenie i lekko drgające nozdrza.
O ile pamiętam, miała opowiadać dowcipy...
No co ty, to był głupi pomysł opkowego Dumbla.
W rzeczywistości balansowała na piłce, żonglując sklątkami tylnowybuchowymi.

— Paniczu, czy mogę jako pierwszy pogratulować wyboru?
— Skąd wiesz, że podpisałem? — zapytał Harry, czując narastającą złość.
“Amelię”, panicz oglądał? Nie? No, właśnie...
- Bo inaczej musiałbyś pójść do sierocińca i pożegnać się z luksusami?

— Twoja magia przemknęła przez większą część szkoły.
Taka fala uderzeniowa, jak po śmierci Saurona w "Powrocie króla"?
Cud, że wieże nie runęły.

Chyba już wszyscy wiedzą, że podpisałeś dokumenty, paniczu.
Boru, boru, nic się nie ukryje. Choć Harry jest i tak w lepszej sytuacji, niż w opku o lamirze, gdzie każdy mógł na pierwszy rzut oka  stwierdzić, że np. właśnie uprawiał seks...
W temacie uprawiania seksu chyba bardziej kłopotliwa jest kwestia nie “czy” a “z kim”.
A skąd wiecie, może teraz “dodatki” sprawią, że za każdym razem, kiedy będzie szczytował, cały Hogwart zadrży w posadach?
Strach pomyśleć, co się stanie, gdy dostanie ataku kichania.
Podczas szczytowania.

Chłopak uspokoił się. Już podejrzewał, że lokaj bezczelnie podsłuchiwał. Została jeszcze jedna sprawa do załatwienia.
— Czy dziennikarze nadal tu są?
- Już nie - odmruknął Draco, nieudolnie czyszcząc plamy krwi z kamizelki.

— Tak, paniczu. Czekają na błoniach.
Siedząc nerwowo na dłoniach.
Kilkoro z nich przyjechało na słoniach.
Czując miłe pulsowanie w skroniach.

Za pół godziny rozpoczynają się twoje zajęcia, paniczu — uprzedził, widząc, że kierują się ku holowi.

— Zdążę. Chcę im tylko coś powiedzieć.
Po tym wszystkim Harry napina się strasznie i wygłasza Orędzie:

http://jp7.r0tt.com/l_b738da20-0d12-11e2-96cf-ede3dd600007.jpg

— Ja, Harry James Potter będąc zdrowy na ciele, chociaż coś mnie tutaj tak w boku strzyka, i umyśle... chyba, choć to ni pies, ni ryba, chciałem oświadczyć, że nie pozwolę sobą dyrygować dla żadnych wyższych celów, nawet jeśli będzie się to równało z klęską całego czarodziejskiego świata. [Przekładając na ludzki: “mam w nosie wasze kłopoty. Naprawdę”].  Może i jestem jeszcze młody, ale nie jestem jakimś zastraszonym małolatem [Nie próbujcie więc podskakiwać, bo mnie nikt nie podskoczy! wiem już, jak pokazywać fochy]. Wiem, czego chcę, i będę do tego dążył [pieniędzy, potężnego nazwiska, pozycji! oh wait...]. Nie obchodzi mnie, czego wy ode mnie chcecie, to moje życie i ja o nim decyduję. [Wy macie mi tylko dostarczać jedzenie, służbę i zaszczyty. I kucyka.] Jeśli uznam, że nie zasługujecie na ratunek, to – mówię wam to wprost – odwrócę się plecami i odejdę.
Yyyy, tego... a to ktoś się spodziewa po nim ratunku przed czymkolwiek? Ałtorko, zapomniałaś już, że wysłałaś kanon na tacierzyńskie, a z Harry’ego zrobiłaś nikomu nieznanego Evansa; nawet Dumbledore do tej pory nie miał pojęcia, że przeżył on Avadę i jest w jakikolwiek sposób powiązany z Voldemortem?
Ale jak się zabezpiecza na wszelki wypadek, żeby mu sempiterny nie zawracali...
Nie do wiary, jak błyskawicznie z tępawego nowicjusza stał się aroganckim chamusiem. No cóż, nasze czasy są ubogie w Supermanów.
Nie po to jestem Marianem Słojem, by jakoś wykorzystać swoje supermoce, no heloł.
Zabawne, jak nie wziął pod uwagę, że jeśli czarodziejski świat upadnie, to jego fortuna będzie bezwartościowa, a sławą będzie mógł sobie nosek wytrzeć.
A pieniędzmi będzie mógł sobie wytrzeć... coś innego.

Po tym niezwykłym oświadczeniu Harry obrócił się na pięcie i wszedł w progi szkoły. Zanim dziennikarze się otrząsnęli, wchodził już na piętro, zmierzając na zajęcia.
De a nie dziennikarze - ci mugolscy w tym momencie już lecieliby za nim, podtykając pod nos mikrofony i wykrzykując pytania.
Może bali się, że walnie w nich magiczna fala uderzeniowa jego pogardy?

Uczniowie i nauczyciel byli już w sali, gdy przekroczył próg. Jednak Harry zatrzymał się w miejscu, widząc profesora. Ten stał blady, patrząc na niego, jakby widząc ducha.
— James? — szepnął.
— Lunatyk? — zapytał Harry, podchodząc powoli. — Wujek Lunatyk?
- Nie, do diaska! Ciotka Biegunka!
A skąd, do ciężkiej deutery, Harry mógł wiedzieć, ze Lupin w latach szkolnych nazywany był Lunatykiem?! Petunia mu opowiadała, czy jak?!
Pewnie się okaże, że wraz z zaklęciem genetycznym na Harry'ego spłynęły wspomnienia jego przodków do pięciu pokoleń wstecz.
Wspomnienia, umiejętności, wiedza... nawet pryszcze rodowe mu na dupsku wyrosną.

Mężczyzna natychmiast zrozumiał swój błąd.
— Harry? Ty żyjesz? Skąd się tu wziąłeś? Dlaczego nikt mi nie powiedział? Jak...?
*głosem Skazy* Harry! Co za niespodzianka że jesteś... Że żyjesz...

— Profesorze? — odezwał się nagle któryś z uczniów, głaszcząc jednocześnie nieprzyzwoicie grubego szczura.
Nie wiem dlaczego, ale brzmi to dość obscenicznie.
Ja wiem, dlaczego.

— Lekcja już się rozpoczęła.
Oh my, uczniowie Hogwartu nie dają faka scenom rzewnych spotkań po latach.
Czyli już wiemy, że Ron będzie tym złym. *najmniejsze zdziwienie świata*

— A, tak. Oczywiście, ma panicz rację. Zajmij miejsce, Harry. Porozmawiamy później.
Chłopak usiadł, nadal zapatrzony w przyjaciela ojca. Nie żeby go pamiętał naprawdę. O, nie. Wspomnień o nim nie miał żadnych, ale miał album. Album ze zdjęciami rodziców, wujków i znajomych. Nie było ich wiele, ale kochał je wszystkie, bo uwieczniono na nich jego prawdziwą rodzinę.
Aha, to jednak wie więcej, niż można by się spodziewać. A kamerdynera wypytywał o rodziców ot, tak sobie.
Może album mu skądć wyrósł razem z tymi genami i dodatkami?
Aha. To znaczy, Dursleyowie (przypomnijmy: dobrzy, poczciwi Dursleyowie, kochający go jak własnego syna) jednak nie byli jego prawdziwą rodziną?
Prawdziwą rodziną jest zawsze biologiczna. Nawet jeśli ojciec leje, matka chleje, a brat siedzi we więźniu.
No tak, ale... A, ironia.


— Na dzisiejszej lekcji — obudził go głos profesora — będziemy ćwiczyć zaklęcie Patronusa. Ktoś może mi powiedzieć, co to za czar?
Harry'emu zamigotały oczy. Wiedział. Uniósł dłoń. Mężczyzna uniósł brwi w zdziwieniu.
- Hermiona? Nie przesadzasz ty z eliksirem wielosokowym?
- Ja tylko chciałem poprosić o pięć piw, profesorze.
Pełna synchronizacja oko - ręka.
Harry opuścił dłoń - Lupin zacmokał. Harry zabędnił palcami po stole - nauczyciel zrobił fikołka.

— Proszę, paniczu Evans.
— Jestem Potter (no proszę, co z człowieka robią łatwe pieniądze. Jeszcze niedawno wołami trzeba było go zaciągnać do tego nazwiska), profesorze — uświadomił go łaskawie. — Zaklęcia Patronusa używamy, chcąc odegnać od siebie dementora. Jest to bardzo trudny czar i niewielu czarodziei potrafi go rzucić.
— Bardzo dobrze. Pięć punktów dla panicza Pottera — zaznaczył nazwisko trochę mocniej, niż powinien. — Kto zna inkantację?
I tym razem tylko dłoń Harry'ego uniosła się w górę. Rudowłosy właściciel szczura parsknął i rzucił:
— Pewnie jeszcze potrafisz go rzucić, co, Potter?
Brunet wieczorową porą wstał z ironicznym uśmieszkiem, wyciągając różdżkę.
*mamrocze pod nosem* nawet dorosłe aŁtorki nie wystrzegają się używania “brunetów” jako synonimów imion. Można jak widać być dawno pełnoletnim, i nie widzieć, jak drętwo to wygląda.
I jak bardzo prosi się o dopisek "Brunet (l 16)".

— To jedno z pierwszych zaklęć, jakich się nauczyłem. — Zataił, że zajęło mu to kilka tygodni, ale teraz czuł się dumny, wypowiadając inkantację. — Expecto Patronum!
Aha. Znaczy, to zaklęcie znajdowało się wśród tych “użytecznych”, jakie pozwalała mu rzucać ciotka Petunia. Pewnie wysyłali patronusa po zakupy.
Tja, przylatywał z obwieszczeniem RENAMĘT JEZD migocząc przy tym przepraszająco ektoplazmą.

Srebrzyste, dostojne zwierzę stanęło na środku sali, zniżając łeb przed przyzywającym.
I zaryczało: Muuuuuuuuuuuuuu!!!

W klasie zaszumiało. Uczniowie z szoku zmienili się w wierzby miotane wichrem?
— Cisza! — krzyknął nauczyciel. — Jesteście właśnie świadkami rzadkiego, udanego wyczarowania widzialnego patronusa. Gratuluje, paniczu Potter, kolejne piętnaście punktów dla pana. Mam nadzieję, że do innych zaklęć też będzie panicz podchodził z takim entuzjazmem.
Jeszcze większego entuzjazmu należy oczekiwać ze strony kamerdynera, który wreszcie przestanie świecić gołym tyłkiem.

— Przypuszczam, że tak, panie profesorze. Poza tym mam przeczucie, że nie będę miał wyboru.
Panicz nie panicz, muszę przecież uczęszczać na zajęcia!

Opuścił salę i skierował się na obiad. Panicz zrobił swoje, panicz może odejść? Lekcja trwała przecież jakieś 10 minut... Ominęło go śniadanie i był bardzo głodny. Nie spodziewał się jednak przeszkody na swej drodze w postaci rudego chłopaka ze szczurem.
Ze szczurem w dłoni, dodajmy.
Włochatym i nieco parszywym.
I czerwonookim.

— Oto i wielki Harry Potter, potężny czarodziej. Ukłońcie się, wy marne robaki! — zadrwił, bawiąc się różdżką. (A nie szczurem?) — Zejdźcie mu z drogi, bo jeszcze się o was potknie i korona mu spadnie!
Po zgromadzonych na korytarzu uczniach widać było, że chłopak ma tu pewną niepisaną władzę.
Wszyscy, jak jeden mąż, kłaniali się nisko, podśpiewując “łubudubu, łubudubu, niech nam żyje prezes naszego klubu”.
Ron nosił na zmianę dwie koszulki: z napisem “Ta osoba ma szacunek ludzi ulicy” i “Masz jakiś problem?!”

Harry zatrzymał się kilka kroków przed nim.
— Czego ode mnie chcesz? — zapytał spokojnie.
— Zastanawia mnie, co takiego w sobie masz, że Harold Potter cię adoptował?
- Aliena w żołądku i dodatki! - odpowiedział dumnie Harry.
A może mu coś dałeś? Na przykład siebie?
Insynuacja była aż nazbyt rażąca. Kątem oka brunet zauważył, że Draco ściągnął jedną z białych rękawiczek.
Jeden z punktów kamerdynerskiego kontraktu głosił: "Kamerdyner zawsze staje w obronie honoru swego pana".

Nie bardzo wiedział, co to oznacza, ale miał przeczucie, że nic miłego. Wyciągnął rękę w bok, zatrzymując go w miejscu.
— Zostaw! Siad! — rzucił chłodno i zwrócił się do rudego: — Harry Potter. Z kim mam tę niemiłą przyjemność?
Zrobiłbyś większe wrażenie, pytając “z kim mam tę NIEprzyjemność”.
Może wśród “dodatków rodu” uaktywniła się też skłonność do mówienia oksymoronami.

Szepty zebranych uciszył ostry wzrok rudego.
— Ronald Weasley, skoro jeszcze tego nie wiesz. To jak? Powiesz, co musiałeś zrobić? Może na kolanach...
Na kolanach to było to opko pisane, z kanonem wygrzebanym spomiędzy palców u stóp.
Na kolana padło też poczucie dobrego smaku, błagając o zmiłowanie.

Zaklęcie uderzyło w niego, przerywając wypowiedź. Harry, nadal z wyciągniętą sekundę wcześniej różdżką, podchodził do przyklejonego do ściany Weasleya. Pochylił się do jego ucha, tak by nikt nie słyszał, co mówi.
- Jutro. W południe. Przy studni. Tylko ty i ja. I ta dziwna woń.

— To, że wychowałem się wśród mugoli, nie oznacza, że jestem bezbronny. Zaatakowany kąsam. Znieważony... cóż, już wiesz. Przyklejam ludzi do ściany. Puszczam falę uderzeniową przez zamek. Jeszcze raz mnie obrazisz, a skończy się to o wiele poważniej.
Och. Ojej.
Rzeczywiście nauczył się przydatnych zaklęć, wybrał co lepsze, jak rodzynki z sernika.

— Co tu się dzieje? Natychmiast się rozejść! Potter! Odsuń się od panicza Weasleya!
Panicz Weasley. Chyba przedawkowałam preparat...
Nie przytulaj się tak do niego, ale to już!

Harry odwrócił głowę i ujrzał Snape'a. Stał kilka kroków od niego z miną atakującego drapieżcy.
Ciekawe zjawisko: kiedy wpisałam w google “Snape predator” PIERWSZY obrazek, jaki mi wyskoczył, to ten:



Chłopak powoli wykonał polecenie.
— Zdejmij z niego to zaklęcie — zażądał profesor.
— Nie ma żadnego czaru, proszę pana. Tylko go sparaliżowało ze strachu — zadrwił Harry, patrząc na Weasleya z pogardą. — Użyłem tylko lekkiego Expelliarmusa, gdy mnie obraził.
Draco pospiesznie wyjął kapownik i zanotował “podejrzany Weasley urągliwie charkał na Pottera odbytnicą, czym mu ubliżył”. [Joanna Chmielewska, “Autobiografia”, T. 6, z pominięciem rzecz jasna nazwisk :)]

— Granger! — Snape wywołał z tłumu jakąś dziewczynę o wystraszonym wyrazie twarzy. — Czy to prawda?
Dziewczyna spojrzała na Harry'ego, potem na Weasleya, który tylko zmrużył oczy, prostując się.
— Nie. Panicz Potter zaatakował mojego pana bez powodu.
Kretyńska obelga o prostytuowaniu się u dziadka nie mogła jej bowiem przejść przez gardło.
Ewentualnie w świecie czarodziejów nie była to żadna obelga i tylko nieuświadomieni nowicjusze strzelali fochy.
Dlaczego na świadka bierze się służącą, a nie "paniczów"? Czyżby jej słowo było więcej warte?
Snape pyta osobę najbardziej stronniczą w tej sprawie. SPISEG!

— To kłamstwo! — wtrącił się Draco. — Panicz Harry tylko się bronił!
— Przed czym? Czy panicz Weasley rzucił na niego jakieś zaklęcie? Wystarczy sprawdzić jego różdżkę, a ponieważ widzę, że nadal jest w jego kieszeni, nie sądzę, aby jej użył. Panicz Potter stawi się dziś o osiemnastej u mnie i za atak na ucznia traci dwadzieścia punktów. Odebrałbym więcej, ale wiem, że ich nie posiada.
Słysząc to, Draco z cichym jękiem zaczął ściągać ledwo co założone majtki.

Malfoy już chciał coś powiedzieć, ale Harry go powstrzymał, kręcąc głową. Zaczynał powoli rozumieć zasady tej szkoły. Tu rządzą tylko wpływowi.
Brawo, Harry, właśnie pojąłeś istotę działania elitarnych szkół.
Ahaa, czyli nazwisko Potter nie jest AŻ tak wpływowe, jak nam przed chwilą sugerowała aŁtorka. Weasleyowie to pewnie krewni maharadży.

Jeśli się nie wykaże, żadne pieniądze mu nie pomogą. Ejno, skąd wiesz, próbowałeś już komuś dać łapówkę? Ruszył do Wielkiej Sali, zastanawiając się nad kilkoma sprawami. Dziewczyna nazwana Granger była zastraszona i Harry wiedział, że gdyby powiedziała prawdę, jej panicz by ją ukarał.
A Snape był kompletnym, głuchym i ślepym durniem i nigdy nie przyszło mu do głowy, że pokojówka (lub kamerdyner) staną zawsze po stronie swego pana.
Właśnie! Gdyby zapytał  jeszcze Draco, miałby niezłe zgryzo :)
Na pewno jest tu jakiś twist i Snape’owi jest po prostu wygodnie udawać durnia. Na pewno.

Nie chciał nawet wiedzieć jak. Sądząc po charakterze rudzielca, nie byłoby to nic miłego.
Nagle Harry zaczął doceniać lekcje Dudleya. Najlepszą obroną jest atak, jak zawsze mówił jego kuzyn, pokazując mu niektóre chwyty. Jego gang miał swoją sławę na ich osiedlu. O dziwo, nie była to zła sława. Tylko dzięki jego bandzie ludzie mogli spokojnie spacerować po parku i okolicach, nie obawiając się innych gangów.
Ale tylko do którejś przecznicy, bo dalej to już nie i trzeba było wyciągać giwerę.
Zobaczcie, jaki on grrrroźny:


Dudley nie pozwolił żadnemu zapanować na jego terytorium. Zapłacił za to kilkoma bliznami, ale zyskał szacunek wielu mieszkańców.
Ciekawe jak znakował terytorium.
Opasał je różową wstążeczką.

To, że wyglądał jak wyglądał, jeszcze zwielokrotniało strach innych chętnych do wkroczenia na teren Surrey.
Wow. Te straszliwe wojny gangów w uroczych, angielskich miasteczkach. I serio, miał pod kontrolą całe hrabstwo?
Och tak, ci chłopcy z Romper Stomper też w wolnych chwilach pracowali jako wolontariusze w schronisku i odprowadzali małe dziewczynki do przedszkola.

Harry nieraz mu dokuczał, że przypomina małą orkę z tymi wszystkimi napakowanymi mięśniami.
Srsly? Nie nazwałabym napakowanego faceta akurat orką...
Dudziaczek, nawet napakowany, dalej przypominałby orkę, uwierzcie.

Dostawał wtedy od cioci ścierką po głowie za znęcanie się nad Dudziaczkiem i karę w postaci treningu z nim. O, tak. To była mocna kara. Zdarzało się, że przez kilka dni chodził potem jak połamany, ale teraz wiedział, że może mu się to przydać. Nie był jakoś super umięśniony, ale miał muskuły tam, gdzie trzeba.
Taaa, a dopiero co narzekał, że jest przeraźliwie chudy.
Widocznie wypracowane mięśnie miał tylko tam, gdzie nie widać.
Męskie mięśnie Kegla.
(nie mam pojęcia, dlaczego, ale przy tej drugiej części analizy nieubłaganie steruje mną miazmat)
Czemu przypomina mi się wierszyk o Papuasie, co nosił wiadro na...

A jeśli Weasley jeszcze raz z nim zacznie, będzie mu mógł kilka ciosów pokazać, najlepiej na twarzy.
I w ogóle, niech wyskoczy na solówę na bojo, to pogadamy, kto komu co siorbie, zią.
Ciosów na twarzy...?

http://i.obrazky.pl/czlowiek-slon-OBRAZKY.PL.jpg

Po posiłku poprosił swojego dziwnie milczącego lokaja o zaprowadzenie go do komnat profesora Lupina. Prawie stracił oddech, gdy mężczyzna zagarnął go do siebie i przytulił.
- Moje maleństwo - wybełkotał, szeleszcząc skafandrem. - Moje kochane!
- Korki wykręć! - zasyczało przenikliwie Dzidu.
- Myyyyy prrrreeeeeeciiiiooooouusssssss... - zasyczał na koniec Lupin.

— Wujku, dusisz mnie — wycharczał.
— Przepraszam, zapomniałem, jaką mam siłę.
Oon maa siłę, nie wiesz jak wielką!

Draco już przygotowywał mały stolik, przyzywając napoje i ciastka.
Na potęgę Posępnego Czerepu! Ciastko, przybywaj!
"Przyzwanie Ciastek"; koszt: 10 pkt many; dyscyplina: Ciemna Strona Mocy.
Niestety, karton z sokiem potknął się w progu i rozlał na pół podłogi. Ciastka w panice rozbiegły się w odległe kąty pokoju.

— Możesz nas zostawić, Draco? — poprosił Harry.
— Wolałbym jednak zostać. — Młodzieniec spojrzał nieprzychylnie na mężczyznę.
Ty zazdrośniku, ty.
Jeszcze mu go ukradnie, i co wtedy?

Potter zmrużył oczy. Malfoy jak dotąd nigdy mu się nie sprzeciwił.
— Wyjdź!
I za karę wyprasuj sobie palce żelazkiem!
Albo chociaż przytrzaśnij uszy drzwiczkami od piekarnika.
I ściągaj kamizelkę, ale już!
I nie dostaniesz ciasteczka!

Draco stał chwilę niepewny, ale w końcu ukłonił się i opuścił komnatę.
— Nie bądź na niego zły. Chce cię przede mną chronić — odezwał się profesor. — Nie wiem, czy jesteś tego świadomy, ale jestem wilkołakiem i raczej nikt nie chce ze mną zostawać sam na sam.
- Chociaż - uśmiechnął się lekko. - Była taka jedna, dawno temu, miała na imię Bella...
Była jeszcze Kapturek, ale okazała się zimną suczą, nasłała na mnie swego kochanka, myśliwego.
A wyglądała na taką głupią cipę, koszyczka zapominała...

— Ja się nie boję. Wiem, że nie zrobisz mi krzywdy, wujku — zapewnił Harry.
Mężczyzna znów go przytulił.
I połaskotał pod paszkami.
I dokładnie wylizał mu brzuszek, żeby pobudzić jelita.
I  powąchał pod ogonem.

— Brakuje mi was wszystkich — szepnął, mierzwiąc mu fryzurę. — Jesteś tak podobny do Jamesa, że aż trudno mi się przyzwyczaić, że to nie on.
— Co się stało z wujkiem Łapą? — zapytał nagle chłopak, przypominając sobie drugiego mężczyznę ze zdjęć. — Zawsze chodziliście razem.
I mówię to bez żadnych podtekstów, Merlinie broń! - zastrzegł się od razu.
- Kajdankami byliśmy skuci, nie dało się inaczej.




— Syriusz jest w Azkabanie, Harry.
— Gdzie?
— Więzienie dla czarodziejów. Został oskarżony o zabicie twoich rodziców.
Harry skamieniał. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
— Czy to prawda?
- Nie - roześmiał się Lupin. - Tak sobie tylko żartuję. Jesteś zbyt poważny, Harry.

[Lupin streszcza historię aresztowania Syriusza]

Syriusz od piętnastu lat jest w więzieniu — zakończył smutno.
— A ty jesteś sam. Rozumiem. Złamane serce nie tak łatwo uleczyć.— Harry przytulił się do niego. — Teraz ja tu jestem, będę cię często odwiedzał.
Poprzytulamy się trochę, nie będziesz czuł się tak samotnie!
Fajnie będzie! Będę ci kupował psie chrupki, będziemy nawzajem sobie aportować patyka...

[Snape odkrywa, że dawno temu ktoś grzebał w jego pamięci i usunął część wspomnień. Używa więc specjalnego zaklęcia przywracającego i...]

Opadł na kolana, zsuwając się z fotela. Trzymał się za głowę, jakby chcąc powstrzymać wszystkie wspomnienia. Oddychał ciężko, powoli układając sobie wszystko w głowie.
Dzieciak jest jego, nie Potterów! Harry James Potter nie jest Potterem, ale Snape'em!
Lily,  ty rozpustna pokojówko!!!
A dziadek, jak ten matołek go usynowił!
A Snape jest zaginionym bratem bliźniakiem Jamesa, tak? *rozrysowuje sobie schemacik* Bo w końcu musi być powód, dla którego Harry jest tak podobny do swojego wcale-nie-ojca.
A magiczne dodatki rodu Potterów dostał w promocji *rży dziko*
Był sześciopak, to wziął, co się miało zmarnować.
Harry jest jako ta dziesiąta z kolei Anastazja Nikołajewna Romanowa - koło rodu toto nie stało, ale prezentuje się dość wyględnie, więc a nuż się uda podszyć.

Zaklął, wstając chwiejnie z podłogi. Musi się zastanowić, jak to teraz wszystko rozwiązać, by Czarny Pan nie zabił ich obu.
Syn. Ma syna!


http://www.youtube.com/embed/6L8b1zPE0-Y?list=PLEC5AE8C44EEACE4D




Z “Alfabetu Mary Sue”:

H oznacza Harry’ego. Tak, właśnie Pottera.
Tę postać skonstruować należy od zera,
By była doskonała - bo powiedzmy szczerze,
Cóż mogła wiedzieć Rowling o swym bohaterze?
Kim będzie nowy Harry? Jego przyszłość mglista...
(Ale nie synem Jamesa. To rzecz oczywista)

I nie może mu na razie o tym powiedzieć. To byłoby zbyt niebezpieczne dla nich obu.
Nagle wpadł na pomysł. Idealny zamysł, który podsunął mu wcześniej jego własny syn.
Ja dobrze rozumiem, że Snape chce podzielić się z Voldim pomysłem molestowania Pottera...?

K 2.3
Harry kończył właśnie zajęcia z zielarstwa i jako jedyny ubrudził sobie ręce. Każdy z pozostałych uczniów wykorzystał swojego lokaja.
Hehe, jeśli tak wyglądają również pozostałe zajęcia, to lokaje i pokojówki powinni być znacznie lepiej wykształceni od swych państwa.
Może tu chodziło o to, że każdy z pozostałych uczniów ubrudził własnego lokaja?
Tja. Ręce w nich wycierali, po wyrwaniu każdego korzenia.
Już widzę te instrukcje w podręczniku: "Przesadzanie tojadu. Przygotuj:
- glinianą doniczkę rozmiar 3,
- nawóz z łajna centaura,
- maseczkę ochronną,
- kamerdynera lub pokojówkę".

— Panie Potter, proszę za mną — usłyszał zaraz po opuszczeniu szklarni, w której odbywały się zajęcia.
Przed nim stał Snape. Uczniowie omijali go szerokim łukiem, witając z szacunkiem i ze strachem.
Draco czekał na reakcję Pottera, otrzepując jego ubranie z resztek ziemi.
A od tego otrzepywania ere... tfu, reakcja coraz bardziej się uwidaczniała.
Boru, wyobraziłam sobie Dracona w TAKIM stroju pokojówki, otrzepującego Harry’ego z ziemi miotełką do kurzu...

Severus zmroził go wzrokiem i obrócił się z łopotem szat. Nie chciał pokazywać po sobie, że nie podoba mu się takie spoufalanie z kamerdynerem. Jakby nie było, ojciec chłopaka służył jemu.
- Draco, ręce precz od Pottera! - warknął. - Przypominam ci, że Malfoyowie są moją własnością nawet w trzecim pokoleniu!
Łomatulu, faktycznie Lucjusz Malfoy był kamerdyńciem Snape’a!!! Jaszu, wykrakałeś!
A miał to być tylko beztroski żarcik. Ojej...
Przy tym opku strach cokolwiek powiedzieć.

— Wejdź! — Snape otworzył mu drzwi w jednym z korytarzy w lochach.
Harry zatrzymał się na chwilę w progu, ale po drugiej stronie znajdował się najzwyklejszy gabinet.
A spodziewał się erotycznego domu schadzek?
“Pokoju zabaw”, jakby to powiedział Christian Grey.

— Nie mam zamiaru cię porywać. (bo to przecież takie oczywiste!) Chciałem z tobą porozmawiać o pewnej sprawie. — Profesor wskazał mu fotel przed kominkiem, sam jednak nie usiadł, lecz oparł się o niego plecami, krzyżując ręce na piersi.
O fotel? O kominek? O Harry’ego?
O krzyż na piersi.

Harry zajął miejsce, sprawdzając, czy różdżka jest ukryta w specjalnej kieszonce w rękawie.
A już myślałam, że o taką kieszonkę chodzi:


Dał się namówić Draco na tego typu przeróbkę i chyba zaczynał rozumieć, dlaczego czarodzieje starali się mieć tę rzecz blisko dłoni. Nigdy nic nie wiadomo.
Jak na kogoś, kto dopiero poznaje zaklęcia, jest niezwykle pewny siebie. Zdaje się, że jednak przerobił cały podręcznik do czarów.
E tam, po prostu w ramach dodatków wgrała mu się odpowiednia aplikacja do mózgu.
Coś jak Neo w Matriksie?
Tak. Przymykał na kwadrans oczy, a potem je otwierał i mówił “znam patronusa”. Nie wolno było w tym czasie wchodzić do jego pokoju, bo by się nie wgrało.

— A takim razie słucham — odparł, rozsiadając się wygodnie.
— Przemyślałem twój pomysł i chciałbym, żebyś mi pomógł w jego zrealizowaniu. — Snape zaczął trochę cicho.
Harry zamrugał zdezorientowany.
Analizatorzy również. NIEŚMIAŁY SNAPE?

— Słucham?
— Chcę, żebyś był moim chłopcem. — Mężczyzna powiedział to jednym tchem. I spłonął rumieńcem aż po białka oczu.
- Zabujałem się w tobie, chcesz ze mną chodzić?
- Luzik, tylko zmienię status na fejsie.
Znając nowego, ulepszonego Pottera - pójdzie na to od razu i zażyczy sobie sporządzić specjalny kontrakt zawierający szczegółowy cennik usług i warunki ubezpieczenia.

— Naprawdę czy na niby? — zapytał bardzo poważnie Harry.


— Potter! Oczywiście, że nie naprawdę! Za kogo ty mnie uważasz? — oburzył się wściekły profesor.
Za pedofila, przecież to już ustaliliśmy. Nno - za efebofila.

Harry zamarł, odsuwając się kawałek i kierując dłoń w stronę ukrytej różdżki..
— Sam pan powiedział, że jest śmierciożercą. Dość się naoglądałem tego, co robią, więc nie wiem, czego mogę się spodziewać po panu.
Oświadczyn. Gwałtu. Czułego miziania i przesiadywania na kolankach. Złamanego serca. Wszystkiego, co tylko podpowie fantazja aŁtoreczek!
I sadomasochizmu. Nie wolno o tym zapomnieć.
I ciąży. Mpregi robią się coraz bardziej popularne.

Snape potarł nasadę nosa, zaczynając tracić wiarę w ten pomysł.
— Czarny Pan zna legilimencję... — zaczął.
— Czyli? — przerwał mu chłopak.
— Potrafi czytać w myślach, mówiąc najprościej. Nie przerywaj mi.
— Dobrze, proszę pana.
— Miałeś nie przerywać — warknął i chłopak nic już nie powiedział. Zadumał się bowiem nad głębią tego Elementu Komicznego.  — Chcę, by zobaczył kilka scen z twoim udziałem.
- Ale... czy to legalne?
Moment, bo coś mi umyka. Snape próbuje dowieść swej lojalności wobec Voldemorta i odsunąć podejrzenia, że ratuje małych chłopców - ostentacyjnie miziając się z chłopcem, który dopiero co objawił się jako Harry Potter, najważniejszy punkt na voldziowej liście "Must have"? I liczy że co, Czarny Pan będzie mu życzył udanego pożycia?
Tak. Jak wiadomo, nic tak nie cieszy Czarnego Pana jak śmierć mugoli i skutecznie uwodzący pedofil.
*pozostaje w stuporze i nie wie co napisać*

Harry zaczerwienił się mocno na te słowa, wyobrażając sobie nie wiadomo co.
Cokolwiek sobie wyobrażał, fandom z pewnością dawno to opisał, a nawet narysował ;)

— Żadnych takich, Potter! — Snape zauważył jego reakcję.
Była naprawdę bardzo widoczna.

— Będą musiały mu wystarczyć insynuacje. Przytulanie, wspólnie spędzone chwile.
A potem będę mógł się wykręcić, że to wszystko to tak z miłości ojcowskiej.
Wiecie - to się robi dość obrzydliwe. Nawet jak na opko. Harry pewnie jak ta flanelka się zgodzi na wszystko.

— Ach! — odetchnął Harry. — Już zacząłem się bać, że pan jednak...
— Potter! Rozmawiam z tobą całkiem poważnie — warknął Snape, zły.
— Rozumiem, proszę pana, ale proszę postawić się w mojej sytuacji. Właśnie złożył mi pan niedwuznaczną propozycję. — Chłopak uśmiechnął się wesoło, ukazując rząd równych, białych zębów.
Sugerując tym samym, że chętnie ją przyjmie.
Widzę to:

Snape westchnął ciężko. Ciekawe, po kim to odziedziczył?
Wzdychanie? Czort jeden wie.

Przypuszczał, że po matce. Zawsze była wesoła, nawet jak na Ślizgonkę.
Czy to znaczy, że Lily przestała być pokojówką i przeskoczyła w hierarchii bucery wprost do ślizgonów?
Hmmm... Chyba James osiągnął najwyższy level, a jego pokojówka razem z nim (i mogła już nawet nosić płaszcz! I pończoszki!)

— Zastanawiam się, czy w ogóle dobrze robię — mruknął do siebie.
— Nie ma sprawy, proszę pana — przerwał mu nastolatek. — Mogę pomóc, to pomogę.
Obiecuję, że nie będę gryzł.
Co za entuzjazm!
Cichcem już obliczał zyski, jakie z tego wyciągnie.
Masaż ramion: 10 sykli
Mycie pleców: 15 sykli

Wspólne jedzenie makaronu przy muzyce z “Zakochanego Kundla”: 1 galeon + koszty posiłku

A skoro nie wymaga pan niczego... ech... niedozwolonego, to czemu nie? To ma być tylko podpucha dla tego z makabryczną twarzą, co tak śmiesznie mówi.
KEK, czyli Killing Element Komiczny.

— Uważasz, że Czarny Pan mówi śmiesznie? Kiedy? — zdziwił się mistrz eliksirów.
Jakoś nie mógł sobie przypomnieć żadnej z takich sytuacji.
— Wtedy, gdy rozmawia z tym dużym wężem, Nagini, jeśli dobrze pamiętam.
“Rozmawiać z dużym wężem” - rozumiemy, rozumiemy.
Faktycznie może wtedy mówić śmiesznie, a nawet mieć lekką zadyszkę.
Może być i Nagini, ludzie różnie to nazywają.
Nagidick.
Albo Moby Dick, jeśli jest naprawdę wielki, bladoskóry i goni za nim tłum facetów.
A bratankowie Węgrzy to się nie boją nazywać rzeczy po imieniu, ot, co!

Snape nie odwracał się dłuższą chwilę, zastanawiając się nad tym, co usłyszał.
Po dłużących się Harry'emu minutach, mężczyzna zwrócił się do niego:
— Potter, nie możesz o tym nikomu powiedzieć.
Myślicie, że chodzi o utrzymanie w sekrecie związku między profesorem a uczniem?! Nic podobnego!

— Dlaczego? Rozumiem, że to tajemnica, ale...
— Tu nie ma żadnego „ale"! Nikt w całym magicznym świecie nie potrafi rozmawiać z wężami poza Czarnym Panem — przerwał mu chłodno.
Ale za to pielęgniarka zna trochę suahili.

Harry lekko pobladł.
— Ale ja go rozumiem i węża także — powiedział słabo.
— Wychodzi na to, że także ty potrafisz użyć wężomowy.
Ja się na początku trochę wstydziłam.
Boru, okaże się, że i Tom dorzucił co nieco do puli genowej Harry'ego.
Cieszmy się, że tym razem przynajmniej przodkami Harry’ego nie okazały się pegazy, smoki, wille i harlequiny.
Nie wiem, czy to już taka duża różnica...
Cicho, nie chwal opka przed końcem rozdziału.

Zostawmy na razie ten temat w spokoju. Proszę nikomu o tej umiejętności nie wspominać. Przejdźmy teraz do pierwotnego tematu tego spotkania. Mam plan, który da nam obu korzyści.
Mówiąc prościej: zróbmy sobie dobrze!

— A Voldemortowi zbereźne myśli — zadrwił chłopak, a widząc nerwowe drgnięcie u Snape dodał: — O co chodzi?
O to, że wasz plan ma co najmniej jeden słaby punkt: skąd pewność, że mistrz legilimencji obejrzy sobie w waszych mózgach tylko specjalnie spreparowane wspomnienia, nie zahaczając o te prawdziwe? Zwłaszcza, że Harry jest nowicjuszem, bez pojęcia o oklumencji, można go czytać jak otwartą książkę.

— Tego imienia też staraj się nie używać.
— A tak. Tabu. W takim razie przejdźmy do konkretów.
[Nastrojowa muzyka. Zbliżenie na ogień płonący w kominku. Wyciemnienie.]
[Obowiązkowy kadr z latarnią morską i bryzgami białej piany.]

Gdy chłopak opuścił po jakimś czasie gabinet drżącymi palcami dopinając guziki szaty, Severus usiadł za biurkiem i zagłębił się w odzyskanych wspomnieniach. Myślodsiewnia bardzo ułatwiała spokojne ich przeglądanie. Pochylił się nad nią i zanurzył w przygotowane wspomnienie.
Mały domek, wśród kilkunastu innych podobnych, natychmiast przyciągnął jego uwagę. Na pierwszy rzut oka wydawał się jakiś dziwny, sztuczny. Zbyt wypielęgnowane rabaty, zbyt czyste szyby. Wszystko nienaturalne, pedantycznie czyste.
To był domek perfekcyjnej Pani Domu, która przed umyciem okien myje wodę. I wymienia worek w koszu na pulpicie.

Zbliżył się do niego za samym sobą, młodszym o kilka lat. Drzwi otworzyła mu kobieta o tak nieprzychylnej twarzy, że na dzień dobry jej nie polubił.
Zaproszono też Magdę Gessler?!
A ładnie to tak, oceniać człowieka po wyglądzie?!

Omiotła go miotełką do kurzu wzrokiem jak towar na wyprzedaży (jak wygląda wzrok przypominający przeceniony towar? Jest zezowaty?) i zmarszczyła brwi, co nadało jej twarzy jeszcze gorszy wygląd.
Pierwsze, co zwróciło jego uwagę zaraz po przekroczeniu progu domu, to zapach. Coś w nim było niepokojącego, czuł strach.
Przywodził na myśl najgorsze koszmary dzieciństwa. Po chwili dotarło do niego: PRZYPALONA ZUPA MLECZNA.

— Czego pan tu szuka? Dzieciak teraz śpi. Skąd wiesz, że o niego chodzi? Może Sev sprzedaje oczyszczacze “na gorącą parę wodną”? Mój syn także, więc proszę się streszczać. — Stanęła koło męża wielkości bawołu, nadal trzymając w dłoniach ścierkę wielkości cielaka, którą chyba wycierała naczynia białe jak jagniątka i wielkości kurczęcia.
— Przyszedłem sprawdzić, jak ma się mój syn. Powiedziano mi, że tu go znajdę.
— Ktoś wprowadził pana w błąd. Tu jest tylko syn mojej zmarłej siostry i jej męża, nieroba.
Severus, ten młodszy, wyciągnął różdżkę z rękawa i rzucił jedno, proste zaklęcie.
Wskaż mi!
Zmrużył niebezpiecznie oczy, gdy zobaczył, co wskazuje różdżka.
Tego męża wielkości bawołu.
Albo znalazł cieki wodne i zaraz zacznie kopać studnię.
Jakby różdżka zaczęła pipczeć, znaczyłoby to że gdzieś w mężu zakopany jest skarb.

Małe drzwiczki na pewno nie były wejściem do pokoju, już tym bardziej do jakiegokolwiek pomieszczenia, w którym powinno znajdować się prawie trzyletnie dziecko.
- Pan zostawi Rozalkę - odezwała się za jego plecami kobieta. Jeszcze dziesięć zdrowasiek nie minęło!

Drugi Snape wiedział, co zobaczy, zanim jeszcze drzwi zostały otwarte. Nawet teraz, choć Dursleyowie już nie żyli, miał ochotę zrobić im coś gorszego niż poprzednio.
Małe ciałko leżało skulone na zniszczonym materacu, z przerażeniem w zielonych oczach patrząc na stojącego mężczyznę.
— Co to ma znaczyć? — odwrócił się do małżeństwa. — Co on tam robi?
— Śpi — odparł buńczucznie mężczyzna, jego twarz już nabiegła krwią, jakby z trudem hamował się przed wybuchem wściekłości.
Z otwartymi oczami?
I wyszczerzonymi zębiskami, jak na bawoła przystało:


Snape uniósł różdżkę i rzucił kolejne zaklęcie, tym razem nie było to nic błahego.
Legilimens!
W kilka minut dowiedział się wszystkiego. O traktowaniu podrzuconego im chłopca, o ich nienawiści do magii i ich niewiedzy na temat pochodzenia chłopca.

[Snape modyfikuje pamięć Dursleyów i narzuca na nich długotrwałego Imperiusa]

Gdy Severus opuszczał dom Dursleyów, chłopiec patrzył na niego z dziwnym błyskiem w oczach, ale szybko i on zmienił się w lekko zdezorientowany, gdy także otrzymał zaklęciem [Otrzymał zaklęcie, zapakowane w zgrabne pudełeczko. Ewentualnie OBERWAŁ zaklęciem.] wymazującym pamięć krótkoterminową.
Dobra. A zatem Harry we wczesnym dzieciństwie jednak był źle traktowany przez swoich krewnych, którzy nienawidzili magii. Czy w takim razie ciotka Petunia faktycznie przechowywałaby u siebie magiczne książki Potterów, rzekomo zapomniane przy jakiejś wizycie, czy raczej zniszczyłaby je, jak tylko znalazła?
Może pod wpływem Imperiusa przeryła śmietnik i je odzyskała.

Severus wyprostował się, wyłaniając z myślodsiewni, i oparł o oparcie krzesła.
A następnie zasłonił zasłony i posadził posadzkę.

Musi teraz zrobić wszystko, by nikt nie poznał prawdy o prawdziwym pochodzeniu chłopca. Zaczynała się niebezpieczna gra. Póki jest pod skrzydłami dziadka Potterów (To brzmi jak Mama Muminka), ma ochronę swojego rodu (który co prawda nie jest jego rodem, no ale). Co prawda, mogą się powoli budzić też dodatki prawdziwego rodu (twarz mu zblednie, włos mu zrzednie... to znaczy, przetłuści się?) (Harry to taka chodząca hybryda), ale o to będzie się martwić później, gdy to już nastąpi. Adopcja na niego nie wpłynie, wygląd nie został przecież zmieniony żadnym zaklęciem.
*tonem przewodnika wycieczki* Drodzy Czytelnicy, tu widzimy nawiązanie do popularnego we wtórokanonie Zaklęcia Adopcyjnego, zmieniającego wygląd dziecka tak, by stało się fizycznie podobne do swych przybranych rodziców. Skutki zaklęcia ustępowały zwykle z osiągnięciem przez delikwenta wieku 16 lat.

...wygląd nie został przecież zmieniony żadnym zaklęciem.
I dlatego Harry jest bliźniaczo wręcz podobny do Jamesa Pottera, a ni cholery do rodzonego ojca. Seems perfectly legit.

Jest bardziej podobny do matki, niż można by przypuszczać.
A Lupin na jego widok wykrzyknął “Lily!”, tylko narrator się przesłyszał.

Cóż, teraz, gdy podrósł, przypominał młodego Jamesa, ale w końcu wszyscy w tym świecie byli spokrewnieni i geny już dawno tak się pomieszały, że ludzie zaczynali być jeden do drugiego podobni w większym lub mniejszym stopniu.
I to absolutnie przypadkowe podobieństwo wynikające z mieszanki genów sprawiło, że Lupin był przez chwilę pewien, że widzi Jamesa?
Może to o to chodziło, gdy nazwali go Wybrańcem? :)
1. Z tego wynika, że Snape i James są bliźniakami.
2. Ciekawa jestem, czy magia likwiduje nieprzyjemne genetyczne skutki uboczne takiego chowu wsobnego.
Na pewne ułomności zawsze znajdzie się jakiś eliksir.

Czarne włosy były w większości rodów. Chłopak odziedziczył, co prawda, jego zaciętość, ale charakter matki łagodził to w takim stopniu, że była ona prawie niezauważalna.
...to skąd w ogóle Snape wie, że ją odziedziczył?
Podsumujmy: Harry jest dzieckiem Snape'a i Lily*), jednak do jego ojcostwa poczuwał się James - i to tak stanowczo, że odciął się od własnej rodziny i potężnego dziadka. Dlaczego Snape ukrywał, że to jego dziecko, skoro można by się spodziewać, że syn śmierciożercy będzie bezpieczny przed zakusami Voldemorta? Nie wiadomo. Anyway, Lily i James giną, stary don Potterone decyduje się - bez jakichkolwiek badań czy ustaleń rzeczywistego pokrewieństwa - usynowić bękarta swego syna i pokojówki, a magiczne rytuały działają doskonale, mimo że Harry nie jest synem Jamesa. Aha, no i to uderzające podobieństwo do Jamesa, jak się okazuje, zupełnie przypadkowe. Pominęłam coś?
*) przynajmniej na razie jeszcze wszystko wskazuje na Lily, ale...
...ale pewnie za moment wyjdzie na to, że jego matką była wierzba bijąca. Miała dziuple, więc to możliwe. Biedny Harry, w ciągłym szoku tożsamościowym. Boi się otworzyć lodówkę, żeby Jan Niezbędny nie stwierdził, że jest jego ojcem.
Ej, to w sumie dobrze o nim świadczy, w końcu mówi się, że sukces ma wielu ojców, a klęska jest sierotą.


[Harry odrabia lekcje i rozmawia z Draco o nauce magicznej szermierki. Nic interesującego.]

Jeszcze nie skończył mówić, a przez okno wleciał spory kamień, uderzając wprost w głowę Harry'ego. Chłopak poczuł jeszcze, jak coś ciepłego spływa mu za koszulę,
“Coś ciepłego”? Ciekawe, czy to mogło być coś poza krwią.
Zupka pomidorowa, gorąca, dobra.
Moje łzy kapią ci za koszulę z napisem King Bruce Lee Karate Mistrz.

i zobaczył podbiegającego do siebie Draco, łapiącego go tuż nad podłogą. Potem ogarnęła go ciemność.

K 3.1
— Żądam, by ukarano sprawcę! — Severus powiedział to bardzo cicho i nieśmiało w pierwszej chwili jego słowa nie dotarły do zebranych w gabinecie dyrektora.
Kilka minut zajęło wszystkim przyswojenie tej informacji.
Strach pytać, ile czasu zajmuje im powiedzenie sobie "dzień dobry".Może Snape mówił w języku entów?
Bo inni nauczyciele wcale nie zastanawiali się nad tym, jak dorwać (i ukarać) sprawców, ale jakby tu sprawę najszybciej zatuszować.

Minerwa McGonagall zamrugała, Albus uśmiechnął się słabo. Inni nauczyciele tylko patrzyli na mistrza eliksirów oszołomieni.
— Severusie, dobrze się czujesz? — spytała Minerwa. — Przecież to Potter. Ty nienawidzisz Potterów.
Minerwo, dobrze się czujesz? Zaatakowano ucznia, a ty uważasz, że jakieś personalne rozgrywki mogą być tego usprawiedliwieniem?

— Tylko Jamesa Pottera, jego dzieciak nic mi nie zrobił. A skoro wiemy, kto rzucił kamieniem, sprawca powinien ponieść karę. Mógł go zabić, a znając zapędy Weasleya, właśnie do tego zmierzał. Jego pozycja zaczęła się chwiać, odkąd młody Potter został adoptowany przez Harolda. Pamiętacie chyba, że jest najmłodszym synem Artura.
Jezuskochany, ałtorko, zapisujże to jakoś inaczej! Bezustannie sadzisz takie kwiatki, jak ten właśnie, z którego wynika, że Harry jest synem Artura!
Wiesz... NIGDY NIC NIE WIADOMO.
W sumie te geny takie pomieszane...

To on dziedziczy władzę w jego rodzinie, bo wszyscy pozostali męscy potomkowie zrzekli się do tego praw.
Bracia Rona byli zdeklarowanymi anarchistami i pogardzali wszelką władzą.
No, to akurat w przypadku Bliźniaków jest dość kanoniczne.
Ale Percy?
Percy’ego zabił Ron, żeby wyeliminować konkurencję.

— Za odpowiednią sumkę, jeśli dobrze pamiętam — dorzucił Dumbledore.
— To dotyczyło tylko bliźniaków, bo chcą otworzyć swój własny sklep. Charlie i Bill są już ustawieni, nie zależy im na majątku ojca.
Wygląda na to, że Artur Weasley był wyjątkowym draniem, skoro wszyscy synowie po kolei wyrzekali się go bez żalu.
Albo majątkiem ojca były same długi, stąd taka frustracja Rona.
Jak rozumiem Artur zapłacił Bliźniakom, żeby zrzekli się prawa dziedziczenia? Fajna rodzina, nie ma co. A może zrobił to Ron?

— Minerwo, mówimy teraz o Ronaldzie! Masz w ogóle zamiar go ukarać czy, jak zwykle, przymkniesz oko na poczynania swoich podopiecznych?
Taaa, McGonagall, która przymyka oko na wybryki podopiecznych i Snape, który jest tym oburzony. Chyba się na charaktery pozamieniali.
Uprzejmy i praworządny Draco i wredny, arogancki Ron, prawdaż.

A tak w ogóle dlaczego nie ma tu pozostałych opiekunów? Gdzie są Sprout i Flitwick?
— Flitwick rzuca zaklęcia na okna, by podobna sytuacja już się nie zdarzyła. Musi je zabezpieczyć przed magiczną interwencją. W końcu bez magii tamten kamień nie doleciałby tak wysoko. Zależy, skąd rzucano. A Sprout przygotowuje dyptam, byś mógł zrobić maść na zranienie panicza Pottera.

Poppy zabrakło mikstury, więc jeśli byłbyś tak łaskaw, zrób ją dla niej.
— Tyle razy jej mówiłem, żeby zawiadamiała mnie wcześniej, że kończą się jej zapasy! — oburzył się Severus.
— Nigdy dotąd nie mieliśmy poważnych wypadków w tej szkole. Najwyżej przeziębienie.
Niiii, wcale. Nikt nie oberwał tłuczkiem, nikt nie wylał na siebie żadnej mikstury na Eliksirach, nikt nie pobił się na zaklęcia i żadna Eloise Midgeon nie próbowała usuwać sobie pryszczy.

— No, tak. Bo jak już coś się dzieje, to uczeń ginie — mruknął pod nosem Snape, wychodząc.
Puszek Hagrida faktycznie ostatnio nieco przytył.

Skierował się od razu do swoich prywatnych kwater i tam otworzył niewielki magazynek.
Przeliczył kule i pomamrotał włoskie przekleństwa pod nosem.

Jemu szczególnie potrzebny w nagłych wypadkach. Po zabraniu kilku eliksirów ruszył do części szpitalnej zamku. Przy łóżku Pottera siedział Malfoy i zapisywał coś w małym notesie. Gdy zauważył Snape'a, szybko go zamknął i schował do kieszeni.
Snape usiłował wydostać się z kieszeni Malfoya, ale guzik był dobrze zapięty.

Severus pochylił się nad nieprzytomnym chłopakiem i sprawdził jego stan. Rana została zaleczona magicznie, ale blizna pozostała.
I tak oto powstał Heinrich Potter, z dwiema bliznami w kształcie błyskawicy.

—[i] Enervate.[/i]
Ciekawe, jak wymiawiał to “i” w nawiasie kwadratowym. Zważywszy konsekwencje złego wypowiadania zaklęć, musiał mieć nerwy ze stali.
I jeszcze to ryzykowne przesunięcie spacji!
Ofiara zaklęcia pewnie do końca życia nie zaśnie z nadmiaru wigoru.

Rzucił zaklęcie i czekał, aż jego syn otworzy oczy. Jęk oznaczał, że przesunięta spacja zaowocuje dużo gorszymi skutkami ubocznymi niż się spodziewał? Będzie patrzył z ukosa. chłopak zaczyna dochodzić do siebie.
— Przynieś coś zimnego. Pewnie będzie chciało mu się pić — polecił Draco, unosząc delikatnie głowę Harry'ego i przykładając mu do ust buteleczkę z pierwszym eliksirem. — Pij, to mikstura przeciwbólowa — nakazał i przechylił fiolkę.
Chłopak, nawet jeśli nie chciał, musiał wypić lek. Potem Severus podał mu dwa kolejne, tym razem już nie tłumacząc co to.
Rosnące kolorowe obwódki wokół przedmiotów i lekko uginający się sufit potwierdzały, że tak było lepiej.

Lokaj tymczasem przyniósł tacę z napojami i postawił na szafce obok. Do czuwających przy łóżku Harry'ego szybko dołączyła także pielęgniarka.
W chwilę później pojawiła się niosąca piętrowy torcik Cho i grupa cheerleaderek.
I dyskretne stadko dziennikarzy.
W nogach łóżka usadowił się zielony smok, ale Harry nie był pewien, czy Hagridowi znów uciekło zwierzątko, czy też jest to skutek wypitych eliksirów, więc na razie postanowił nie komentować jego obecności.

— Dziękuję, że tak szybko przyszedłeś, Severusie.
— Jeszcze raz dowiem się, że twoje zapasy nie są uzupełniane terminowo, to złożę skargę w Radzie. Rozumiemy się? — zapytał ostro mężczyzna, nie zwracając uwagi na pełen ulgi głos Pomfrey.
Kobieta zbladła i kiwnęła głową.
A złożenie skargi w Radzie na opieszałą pielęgniarkę skutkowało czym, że aż zbladłaś, Poppy? Napojeniem rycyną przy jednoczesnym zszyciu odbytu?
I czy Rada (jak rozumiem, Wizengamot) nie ma ważniejszych spraw na głowie niż zajmowanie się organizacją pracy w jakiejś instytucji?

Potem zajęła się chłopakiem, oczywiście pod bardzo krytycznym spojrzeniem Severusa. Posadziła go na chwilę, na co ten zbladł wyraźnie i Snape musiał go podtrzymać, gdy Pomfrey rzucała kolejne zaklęcia leczące i wsmarowywała maść w ranę. Dopiero teraz widać było, jak rozległe było zranienie. Blizna biegła od czubka głowy po kark.
Aż dziwne, że mu czaszki na pół nie rozłupało.
Kto powiedział, że nie rozłupało.
Harry oberwał kamieniem, czy toporem bojowym?
Głazem narzutowym.

— To był kamień czy pół ściany? — zapytał Snape kamerdynera.
— Myślałem na początku, że to zwykły kamień, ale on był magicznie zaostrzony. Normalny odłamek tej wielkości nabiłby tylko większego guza, ale ten, jak pan sam widzi, dokonał sporych uszkodzeń.
Kamień z systemem naprowadzającym ;)
What has magic done.
W sumie obsydianową siekierkę można uznać za swego rodzaju kamień...
A australijski bumerang bojowy to w sumie kawałek drewna...

— Źle się czuję — szepnął chłopak opierający się o ramię Snape'a.
— Skończyłam, możesz go położyć — poinformowała w tym samym momencie pielęgniarka, wycierając dłonie z maści.
Może jeszcze na wznak?

Severus delikatnie położył słabego jak niemowlę syna. Zmrużył oczy, ale poza tym jego twarz nie wyrażała niczego. Już chciał się od niego odsunąć, gdy poczuł, jak Harry łapie go za rękaw.
— Proszę zostać.
— Po co? Masz tu swojego lokaja. — Nieważne, jak bardzo by chciał, nie mógł.
To byłoby zbyt podejrzane.
No przecież takie właśnie podejrzenia mieliście celowo budzić, khę?
Widać Snape się wstydzi tak przy ludziach.

— Pan przynajmniej nie będzie mnie męczył rozpieszczaniem.
Kochanie, wcale nie chcesz dziś się kochać, prawda?
Och, biedny rozpieszczany Ty. *głaszcze Harry’ego młotem udarowym*

Draco, idź do pokoju. Na pewno znajdziesz sobie zajęcie do jutra.
Draco, do budy! Weź kartkę, napisz na obu jej stronach “Obróć mnie” i baw się dobrze. W międzyczasie możesz pocerować mi skarpetki i upiec ciasteczka maślane.

— Paniczu! — Malfoy zerknął na Snape'a, ale nie mógł nic wyczytać z jego twarzy.
Malfoy dwóm panom służy?
Pokorny Malfoy dwóch panów... dwóm panom służy.

— Proszę. Ten jeden raz chcę być bez twojej opieki. Nie żeby mi przeszkadzała, ale czasami jest trochę uciążliwa. I tak pewnie wkrótce zasnę, więc profesor szybko pójdzie do siebie.
Jesteś pewien, że nie będzie na ciebie spozierać tęsknie, kiedy zaśniesz? Już jeden “nietoperz” tak robił swojej wybrance...

Draco westchnął, ale wykonał polecenie. Pielęgniarka poprawiła poduszkę pacjenta, mówiąc:
— Nie będziesz spał, mój drogi. Po takim uderzeniu nie pozwalam spać przez kilka następnych godzin. Gdybyś się nudził, dam ci jakieś zajęcie. Na razie profesor dotrzyma ci towarzystwa, skoro się zgodził.
I nie ma żadnych innych zajęć, nie prowadzi lekcji, nie sprawdza wypracowań, nie szykuje eliksiru tojadowego dla Lupina...
A Harry (trudno w tym przypadku pisać o nim “Potter”) nie może spać, bo...? Przez sen mu cała krew wycieknie, czy mózg zwieje przez dziurę w czaszce?


Zostali sami. Severus przysunął sobie krzesło i usiadł zaraz przy łóżku chłopaka.
— Dlaczego chciałeś, żebym został?
— Jeśli plan ma się powieść, to chyba byłoby podejrzane, gdyby nie zaniepokoił się pan stanem swego chłopca. — Wyciągnął w jego stronę dłoń. — Proszę mnie potrzymać za rękę. To powinno być bardzo sugestywne wspomnienie.
Harry udzielający instrukcji Snape’owi. Czyżby Sevcio też miał ksywkę “Dziewica”?
Albo Harry ma ksywę “Hydraulik”.
Chłopak analizuje sytuację aż huczy, zupełnie jak można tego oczekiwać po kimś, komu o mało co nie rozłupano łba.

— Pamiętaj, gdzie jesteśmy. Nikt nie powinien o tym wiedzieć — zauważył profesor, ale posłusznie ujął dłoń.
Była bardzo ciepła i miękka.
Jak kaszka z sokiem malinowym.
(...)

Podobało mu się coś takiego. Nawet jeśli chłopiec nie był świadom ich pokrewieństwa, mógł go dotknąć. Jemu zawsze odmawiano czegoś tak banalnego jak dotyk. Nawet matka przewijała go za pomocą kija i szczypczyków. Całe szczęście udało mu się przestrzec [ustrzec!!!] przed tym Harry'ego. Gdyby tamtego dnia nie zdecydował się zajrzeć do jego domu...
Miał zamiar go wtedy zabrać do siebie i sam się nim zająć, ale to tam chłopak był chroniony.
A teraz przyjrzymy się, jak aŁtorka, stosując prawdziwie cyrkowe wygibasy, usiłuje pogodzić kanon z wykreowaną przez siebie wizją.

Albus twierdził, że ochraniała go krew Lily, ale to nie była cała prawda. Osłaniała go ona tylko dlatego, że Przysięga Wieczysta tego wymagała. Adopcja także zrobiła swoje.
To ja ponawiam pytanie o “dodatki rodu”. Czemu uaktywniły się dopiero przy adopcji przez Pottera Seniora, a nie przez Juniora???
Oraz właściwie dlaczego w ogóle się uaktywniały, skoro Harry nie miał nic wspólnego z rodem Potterów...
Touche.
W ogóle to nie ma to jak obniżyć wartość poświęcenia przez Lily własnego życia stwierdzając, że był to wyłącznie efekt przysięgi.

Potrząsnął przysypiającym chłopcem, zauważając, że chwila ciszy natychmiast go uśpiła.
— Nie śpij.
— Proszę jednak zawołać Draco. On mi pozwoli spać — wymruczał Harry sennie.
— Wiesz, że mogę użyć bardzo drastycznych sposobów, byś nie zasnął.
Albo bardzo przyjemnych. Czarny Pan będzie z nas dumny.

— Już się boję, profesorze — uśmiechnął się słabo chłopak.
— A powinieneś. W końcu, nie zapominaj, jestem śmierciożercą, a teraz zostaliśmy tu sami... — Mężczyzna wstał i podniósł chłopca na ręce.
Ten, by nie spaść, musiał owinąć ramiona wokół jego szyi.
— Co pan robi?
Lulam cię, Harry. Jeszcze żaden niemowlak nie zasnął w moich ramionach, więc i z tobą się powiedzie.
Niech mu zanuci góralską kołysankę Luli, luli, luli, luli, HEEEEJ!


Severus nie odpowiedział, tylko podszedł do najbliższego okna i posadził go na parapecie. Nie chcąc zostawić chłopaka samego, przywołał do siebie koc i przykrył go nim.
Profesorze, przykrywanie mną koca To nie jest dobry pomysł — szepnął Harry, blednąc. — Jeszcze mocniej kręci mi się w głowie.
Mężczyzna przeklnął się za własną głupotę. Natychmiast wziął go z powrotem na ręce i przechylił, by głowa znalazła się niżej,
Harry wisząc głową w dół nieco utyskiwał, ale ostatecznie uznał to za dziwną grę wstępną.
Pozycji Na Nietoperza jeszcze nie przerabiał.
Co prawda krew napływająca do czaszki nie poprawiała sytuacji, ale czego się nie robi, by uratować nauczyciela!

po czym wrócił z nim do łóżka.
Układając się wygodnie obok ;) I przechodząc do pozycji płaszczki.

— Przepraszam, nie powinienem cię podnosić. To było bardzo nierozważne z mojej strony.
W związku z czym podniosłem cię po raz kolejny.
Ktoś jest w stanie mi wyjaśnić, czemu miała służyć ta scenka (oprócz oczywiście zbiorowego fapania nad słodkim, puchatym Sevciem, tulącym w ramionach Harrusia?)
Ludzie są w stanie wyjaśnić, czemu zasłonka od prysznica przykleja się do pośladków, więc wierzę, że i to jest wytłumaczalne. Ale nie na moją percepcję, tu i teraz.

Chłopak nie odpowiedział. Tak nagłe zmiany położenia spowodowały, że cały oblał się potem i dosyć ciężko oddychał.
Nie wiem czemu mam wrażenie, że kiedy prawda o ojcostwie wyjdzie na jaw, Harry będzie BARDZO rozczarowany. Będzie miał Dracusia na osłodę. A jak dobrze się ustawi, to pewnie i Ron mu ulegnie.

— Harry, otwórz oczy. Nie mogę ci pozwolić zasnąć, a tym bardziej stracić przytomność — poprosił cicho Severus, pochylając się nad nim i odgarniając grzywkę z czoła.
— Nie śpię — rzekł chłopiec ledwo słyszalnie. — Ale może pan dalej mnie głaskać po czole. Ma pan takie chłodne dłonie.
I pomyziać za uszkiem. I podrapać po ogonku.

C.D.N.

Z sali szpitalnej, śpiewając chórem góralską kołysankę, pozdrawiają połączone ekipy analizatorów PLUS-a i NAKW-y,
a Maskotek wlazł na drzewo genealogiczne i huśta się na gałęziach.

4 komentarze:

Eire pisze...

Mała uwaga- Nie wiem, co to tacker, ale zszywacz chirurgiczny to stapler.

Ale poza tym analiza świetna:)

Leleth pisze...

O, dodaliście Gorgonę do linków, dzięki ;) Co do analizy... czekałam na to opko(i już byłam rozczarowana, bo myślałam, że jednak go nie będzie), ale kurde, chyba zapomniałam, jakie dzieła Zilidyi są durne. Muszę sobie rozłożyć te bzdety na dwie części, bo się osłabiłam. A, i gratuluję ałtorce tak nowatorskiego pomysłu jak ten z ojcostwem Snape'a. Nie wiem, czemu ma to służyć, ale na pewno jest ql. Powiedzcie tylko, czy Malfoy i Harry w końcu się przelecą, bo muszę się nastawić psychicznie...
Acz Doktor Who mnie podnosi na duchu i rozczula :D
Z trzeciej części mimo wszystko się cieszę, chociaż czekam niecierpliwie na opka będące w kolejce, zapowiadają się wyjątkowo smakowicie :D.

Anonimowy pisze...

Część druga lepsza niż pierwsza:Neo, zasłonka od prysznica i RENAMĘT JEZD !!!
Dobre.

Chomik

Monaco pisze...

Ómarłam. Na śmierć.

Niektóre teksty tego, pożal się Borze, opka nie wymagały nawet Waszego komentarza. "Jan Niezbędny" jako ojciec Harry'ego mnie udławił.

Ale, żeby być sprawiedliwym, raz przyczepiliście się na wyrost. Pytanie o jakieś wydarzenie świadków, którzy mogliby być postronni, było akurat bardzo "snapowskie". ;) W końcu zawsze wypytywał Ślizgonów, co się stało, kiedy ci ścięli się z Gryfonami. Zresztą potem też na to zwróciliście uwagę, komentując wymianę zdań Snape'a i McGonagall.

Ale tak poza tym - czyta się świetnie, mało się nie udusiłam ze śmiechu. :)