czwartek, 12 czerwca 2014

265. HARTKOR ze szpicrutą, czyli nie budźcie lekarza, gdy śpi (cz. 1)


Drodzy Czytelnicy!
Lektury szkolne traktowane są zwykle jak zło konieczne. Chyba mało kto czyta je z własnej woli, chętnie i w całości. Ale! okazuje się, że czasami nawet lektura szkolna potrafi pobudzić wyobraźnię do tego stopnia, że ktoś odczuwa potrzebę stworzenia fanfika.
I tak oto dostaliśmy po oczach kontynuacją losów Cezarego Baryki.
Nie trzyjcie oczu. Dziś będzie fanfik Przedwiośnia. Dacie wiarę?!

Wszystko w tym opku jest cudne, ale niewątpliwie najpiękniejszy jest język.

Tekst zanalizowali: Kura, Szprota, Dzidka, Jasza i Babatunde Wolaka

Za konsultację medyczną dziękujemy Eire i Kobalaminie :)



*** Doktor Baryka ***
Słońce z wolna chyliło się ku zachodowi pozwalając strudzonym po całym dniu ciężkiej pracy ludziom zaznać odpoczynku. Był piękny, malowniczy wieczór dnia 21 września 1924 roku.
Zapamiętajmy tę datę.
A ciężkiej pracy było tego dnia wyjątkowo dużo, zważywszy, że to niedziela.

Ostatnie rozpaczliwe promienie słoneczne usiłowały wedrzeć się desperacko do domu pisarza, który właśnie kończył kolejną ze swoich powieści.
Uciekały w popłochu przed nadchodzącym poniedziałkiem.
Jednak okiennice dzielnie broniły im dostępu, skrzypiąc: Nie przejdziecie!

[Tu dostajemy cytat - ostatnie zdania “Przedwiośnia”. Ciach.]

Zmęczenie coraz natarczywej dawało o sobie znać zafrasowanemu artyście, więc postanowił on udać się na spoczynek. Zdołał on jeszcze opatrzeć rękopis datą " Konstancin, d. 21 września 1924 "i ze spokojem oddał się we władanie Morfeusza*.
Jak jeszcze raz spotkam w jakimś opku Morfeusza, to rzygnę, słowo daję.


21 września Słońce zachodzi około 18.30.
Stefek zgasił lampę, przykrył się kołderką i poczekał w ciszy na nianię, która przed snem  czytała mu bajeczki.
Cóż, o tej porze miał pełne prawo być już twórczo wydrenowany.

Tydzień później wizytę złożył mu jego serdeczny przyjaciel, któremu ten pierwszy dał do przeczytania rękopis powieści.
- Mam rozumieć, że to już koniec? - zapytał kilka dni później oddając przyjacielowi jego własność.
- Sądzę, że tak. Chociaż ostatnio coś dziwnego nie daje mi spokoju.
- I słusznie. Moim zdaniem czytelnicy będą domagać się kontynuacji. To niepełne zakończenie nie daje mi spokoju.
Nie bój, nie bój. Napiszą własne.

Noc okazała się być bardzo zdradliwą kochanką, poraz kolejny nie pozwalając mężczyźnie na spokojny sen. Po dłuższych przemyśleniach starszy jegomość uległ słowom przyjaciela i zdecydował się kontynuować swoją powieść.Wstał, zarzucił na siebie szlafrok i zabrał się za pisanie. Zdecydował, że bezsprzecznie musi zmienić zakończenie, ale najpierw najdokładniej jak tylko potrafił wypisał on dedykację, która brzmiała następująco: " Mojemu drogiemu przyjacielowi Bolesławowi Prusowi za natchnienie, które pchnęło mnie do napisania tej powieści dziękuje autor. "
Znaczy… to Prus odwiedził go, prosząc o kontynuację? Dwanaście lat po swojej śmierci?
No… tak. Jako duch. We śnie.
Jako inkub. Uwiódł i naszeptał do ucha o zakończeniu.
Albo to noc zdradzała Żeromskiego z duchem Prusa, stąd się znali.
Nie ma to jak megalomania, która aŁtorce opka pozwala czuć się wcieleniem Żeromskiego i Prusa jednocześnie.
***


Tętent końskich kopyt odbijał się echem po przysłoniętej płaszczem nocy drodze. Wiatr szumiał cichutko wyśpiewując balladę o dwojgu nieszczęśliwych kochankach, a gwiazdy ... Gwiazdy nieodłączne Dzieci Nocy były, drogowskazem rozświetlającym drogę zagubionym wędrowcom.
Oraz przecinkami postawionymi, w złych miejscach.
Świetliste przecinki gwiazd tkwiły na czarnej stronicy firmamentu, iluminując posępne wiorsty przemierzane przez czytelnika tego niebotycznego foliału i jego strudzonego bucefała.

Niewątpliwie było w tym coś magicznego.Teraz jednak młody człowiek nie miał czasu by móc bezkarnie zaprzątać sobie tym głowę.
Jak się zdekoncentruje, to spadnie z konia. Proste.

Jechał przed siebie, w nieznane.
A koniem kierował instynkt.
I płaszcz nocy mu łopotał.

Noc łypała na niego złowieszczo odsłaniając przed nim swoje złowrogie oblicze. Czuł, że jest w pułapce, z której nie jest w stanie się wydostać. Każdy jego członek zesztywniał teraz [kwiiiiii!] powodując niewyobrażalne uczucie bólu [priapizm?], oddech gwałtownie przyspieszył, a serce zaczęło bić mocniej powodując u młokosa nagły atak duszności.
Astmatyk z priapizmem i obsesją prześladowczą jedzie konno przez noc, która na niego łypie złowrogo.
Te wszystkie objawy wskazują, że jeździec musiał przesadzić z kokainą.

Nie mógł się poruszyć ... To było straszne! Doktor uczuł, że teraz to on potrzebuje pomocy, czuł się tak jakby sprzedał duszę szatanowi. Patrzał jak mrok oblewa całe jego jestestwo, jak nie może on wyrwać się ze szponów śmierci …
Ten mrok nie może?
Mrok generalnie raczej popycha w szpony śmierci niż wyrywa, wszystko się zgadza.

Okazuje się, że nieszczęśnikiem, co cwałuje przez noc ze sztywną kuśką i atakiem astmy jest nie kto inny, a Cezary Baryka. Poznajemy jego dalsze losy po zakończeniu akcji “Przedwiośnia” - skończył studia medyczne i został lekarzem na prowincji, a to wszystko w ciągu niecałego roku. O tym, jakie były konsekwencje jego udziału w demonstracji, póki co, ani słowa.
Chyba że ta sztywna kuśka mu została po demonstracji.
Dumnie niósł na niej sztandar rewolucji.

Zdawał sobie sprawę, że Gajowiec miał rację, ale Polska potrzebowała natychmiastowych zmian, a Cezaremu zdawało się czasami,że rząd czeka na mannę z nieba. Wiedział, że jest sam , że samotnie musi stawić czoła ustrojowi, chwilami czuł się jak Konrad Wallenrod.
Którego zapamiętaliśmy najlepiej właśnie jako otwartego, samotnego wojownika o wolność, doprawdy.
Był jak trzystu Spartan, tylko że jeden.

Niestety praca lekarza miała w sobie więcej minusów aniżeli plusów. Cezary miał już serdecznie dość swojej roboty [szybko!] czuł się nadmiernie wykorzystywany przez mieszkańców prowincji, tak jak teraz, kiedy został obudzony w środku nocy po to tylko, żeby odebrać poród jakiejś pannicy.
Ladacznicy w dodatku, skoro rodzi, będąc panną.

To czy gnał przed siebie w nieznane, czy do pacjentki?
Gnał do pacjentki, ale nie całkiem wiedział, którędy.
Jak w Królu Olch, ale jeszcze psiamać bardziej.

" Jakby nie mogła z tym poczekać do rana " - pomyślał.
A gdzie ta chęć niesienia pomocy bliźnim?
Budzi się około południa.

Dotarłszy na miejsce natychmiast pojął, że jego obecność w tym domu jest najzwyczajniej w świecie zbędna, to była agonia.
- Od kiedy ona jest w takim stanie? - zapytał wskazując na pół przytomną dziewczynę.
- Od czterech dni - odpowiedziała jedna z kobiet czuwających przy Poli.
- Co takiego?!
- Sądziliśmy, że obejdzie się bez pańskiej interwencji - Cezary nie był w stanie tego słuchać.
Ojtam, leży to leży, jęczy to jęczy, każda kobita męczy się jak rodzi. Da Pan Bóg, to urodzi, nie da, to zdechnie, co ta na dochtory bedziem wydawać.
(ok, ja tu stylizuję na mowę ludu prostego, ale oni jednak wyrażają się jak ludzie wykształceni, więc tym bardziej… przez cztery dni nie wezwać lekarza?!
Chyba faktycznie nieszczęsna Pola przyniosła wstyd rodzinie, zachodząc w nieślubną ciążę, więc za karę zostawili ją bez pomocy)

- Nie wiem czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale ona umiera! I nic tu po mnie ! Księdza trzeba wołać, a nie doktora! - Baryka spojrzał na pobladłe twarze zgromadzonych - Gdybyście wezwali mnie od razu, tego problemu by nie było. Było pomyśleć wcześniej, a teraz wyjdźcie stąd wszyscy! Wasza obecność nie jest mi tutaj do niczego potrzebna - podszedł do drzwi, aby je za nimi zamknąć.
Paszoł won, wstrętny plebsie, co mi się będziesz plątać pod nogami.

Nagle ogarnęła go złowroga cisza i niemoc. Jedyne co mógł zrobić to wyciągnąć i tak już martwe dziecko. Ci ludzie przypominali mu Gajowca, który sądził, że wszystko samo się ułoży. Cały czas czekał na cud. Cezary podszedł do swojej pacjentki, była blada i już zupełnie nieprzytomna. " Straciła tyle krwi, że to szczęście, że jeszcze w ogóle żyje" pomyślał Baryka. Na początku chciał uśpić ją eterem, ale szybko z tego zrezygnował, bo Pola i tak już nic nie czuła. Narkoza więc w takim przypadku nie miałaby najmniejszego sensu. Założył swój fartuch i rękawiczki. Zdezynfekował też narzędzia. " Nawet nie pomyśleli o tym, żeby ją rozebrać" - uśmiechnął się ironicznie i szybkim ruchem zdarł z niej ubranie.
Jak ją bóle sparły, gdy stała przy kuchni, tak położyła się do łóżka we wszystkim, co miała na sobie, nawet fartucha i butów nie zdjęła.
Nie mówiąc o zdjęciu majtek. Teraz już wiemy, dlaczego poród trwał cztery dni. Gacie uszyte były z mocnego barchanu.


Na wszelki wypadek wstrzyknął jej jednak środek przeciwbulowyi wziął do ręki skalpel ...
...i fachowo poderżnął gardło, na wypadek, gdyby trucizna zwana “przeciwbulowyi” nie zadziałała.
Środek przeciw Bulawayo? Trochę to brzmi rasistowsko...

A teraz oddajemy głos naszej konsultantce medycznej:
Kobalamina: First of all, boru co za buc. Co to za maniera wypraszania wszystkich za drzwi, bo jaśnie pan pracuje? Każdy rozsądny lekarz pozostawiłby przynajmniej jednego pomocnika/pomocnicę, bo operacja jamy brzusznej w pojedynkę jest co najmniej awykonalna.
Po drugie, cesarkę stosuje się w momencie, gdy poród jest niezbyt zaawansowany (dziecko nie przesunęło się jeszcze z macicy do kanału rodnego), tzn. kiedy jest nieprawidłowo ułożone albo zapobiegawczo, kiedy jest za duże, a kobieta zbyt drobna (mówię już o współczesnej medycynie). Ale żeby to wiedzieć, pan wielki doktor Baryka powinien zbadać pacjentkę ginekologicznie, czego NIE ZROBIł, ale oh well, przyjmijmy, że akurat nie miał przy sobie kleszczy ginekologicznych i została mu tylko cesarka.
Ba, wezwali go przecież do porodu, a nie do ślepej kiszki, powinien zabrać wszystko, co potrzebne.
Poza tym trzeba być ciężko upośledzonym, żeby rodzącą kobietę pozostawić na CZTERY dni bez pomocy. Już kij z doktorem, nie było w okolicy żadnej akuszerki?
Dobra, teraz kwestia znieczulenia. PO CO podawał jej środek znieczulający, skoro stwierdził, że "i tak nic nie poczuje"? I jakie to było znieczulenie, miejscowe, ogólne? Ogólne odpada, bo w tamtych czasach stosowano w tym celu eter (lub chloroform, ale w Polsce raczej eter), a Baryka odrzucił go na początku. Miejscowe znieczulenie w przypadku porodu polega na podaniu środka znieczulającego do kanału kręgowego (tzw. znieczulenie zewnątrzoponowe), aby znieczulić wszystko od pasa w dół. Wikipedia w lengłydżu twierdzi, że pierwszy pojedynczy przypadek użycia takiego znieczulenia na rodzącej miał miejsce w 1931 roku, więc Baryka na pewno nie miałby o tym pojęcia.
Nie przyczepię się fartucha i rękawiczek, bo w dwudziestoleciu międzywojennym były już prawie powszechnie używane przy operacjach (chociaż tak trochę mnie niepokoi, czy prowincjonalny lekarz miałby do nich dostęp i wiedziałby, że należy ich użyć). Wstrzymuję się od oceny "dezynfekcji" narzędzi, bo mi zwyczajnie wiedzy brakuje, czego wtedy używano i czy było to dla Baryki osiągalne Wink
Pewno spirytusu, ten zawsze był osiągalny ;)

Ratowanie ludzkiego życia jest iście heroicznym czynem, a jak powszechnie wiadomo heroiczne czyny rzadko, kiedy odnoszą pozytywny skutek.
*dostaje czkawki ze śmiechu*
To nie czkawka, po prostu zadławiłaś się tym przecinkiem przed “kiedy”.
Ta sentencja jest genialna, należałoby ją sprzedać sprawozdawcom sportowym.

Tak również było i w tym przypadku, gdyż zarówno dziecka jak i matki nie udało się Cezaremu uratować.
Może trzeba było ją ratować obojętnie i cynicznie, a nie heroicznie?
A najlepiej -- od niechcenia,  z niedbałym wdziękiem zawodowca.

Zresztą było już mu wszystko jedno, w swoim życiu naoglądał się już śmierci w związku z czym nie był w stanie żałować ani Poli, ani tym bardziej jej dziecka.
Nie zawracał więc sobie głowy jakimś leczeniem, ograniczając się do wyprawiania pacjentów na tamten świat. Ten typ lekarza nazywany był przez Chińczyków “kapitan-umieraj!”

Pozostało mu więc tylko poinformować o tym fakcie zgromadzonych.
O tym, że nie żałuje ani Poli, ani dziecka?
- Nie żałuję Poli ani tym bardziej dziecka - wyjawił zebranym.
- A, to spoko - odetchnęli zebrani. - Najbardziej się martwiliśmy, jak to przeżyjesz.

Kiedy po wszystkim wyszedł z pokoju zmarłej, natychmiast oblegli go domownicy. Spojrzał na nich, wszyscy czekali na to co powie "Ale wy jesteście głupi!" - zadrwił z nich w myślach.
- Co z Polą? - pytali jeden przez drugiego.
- Na waszym miejscu szykowałbym trumnę, Nie ...dwie trumny - odpowiedział beznamiętnie Baryka. Kobiety wpadły w histerię.
Wiecie co, nie chciałabym takiego lekarza. Nawet biorąc poprawkę na ździebko inne czasy.
Noooo, Czaruś póki co nie zbiera sobie punktów sympatii czytelników. Czy oryginalny też był takim bucem, bo nie pamiętam?
Właśnie zabieram się za odświeżanie lektury.

- Ale ... - zaczął jeden z mężczyzn.
- Spokojnie jeśli to problem to może być jedna, zmieszczą się oboje. Dziecko jest małe, zresztą im to już i tak bez różnicy gdzie będą leżeć. Będzie oszczędniej - powiedział klepiąc mężczyznę po ramieniu
Po czym natychmiast dostał w mordę.

- A teraz wybaczcie, nic tu po mnie. Jestem śmiertelnie zmęczony - dodał uśmiechając się do nich i szczególnie podkreślając przedostanie słowo tego zdania.
Ale z ciebie, Czarku, to urodzony satyryk. Jak Pazura normalnie.
(Serio, Ałtorce się wydaje, że tworzy interesującą i ciekawą postać, gdy wkłada mu w usta takie skurwysyństwo?)
Pobudza mi wyobraźnię. Fantazjuję o oklepaniu mu michy.

Powróciwszy do domu Cezary natychmiast położył się spać. Zasnął stosunkowo szybko, ale jego sen był krótki, gdyż obudziło go dziwne stukanie w okno. Z trudem zwlókł się z łóżka, by sprawdzić źródło tego hałasu. Otworzył okno i to, a raczej kogo w nim zobaczył wyprowadziło go z równowagi. " O nie! Znowu ta wariatka!"
- Czaruś, Czaruś to ja ... - była to jedna z jego byłych kochanek, panna Elwirka której nie był w stanie wytłumaczyć, że to już koniec ich znajomości.
Te baby. Człowiek nie może się od nich opędzić.
Dlatego Czaruś zwykł nosić ze sobą szpicrutę.

- Dawniej nie przeszkadzało panu, gdy przychodziłam o tej porze ...
- Ale teraz zaczęło!
- Mówił pan, że mię pan kocha - Cezary zaczął się śmiać.
- "Kocha", "Kocha"! Ja panią?! Jak wy się wszystkie na to nabieracie. Naprawdę sądziła pani, że mógłbym pokochać takie Nic, jak pani? - panna Elwircia ponownie się rozpłakała.
Ale Nic pisane wielką literą!
Bo uważał ją za Nic Absolutne.
Hm, mam wrażenie, że więcej klasy mają dzieciaki zrywające ze sobą przez smsa. I nie mówię tu o Elwirci.

- Powiem pani więcej, miłości nie ma, a ja mówię różne rzeczy niekoniecznie zgodne z prawdą - wyszeptał jej do ucha i ruszył w kierunku domu.
- Czy to znaczy ...?
- Och jakże się cieszę! Wreszcie pani pojęła,? Tak nigdy pani nie kochałem, zaspokajałem tylko własne potrzeby pani kosztem - panna Elwira na dobre wybuchnęła płaczem - Tak, ma pani rację! Niech pani teraz beczy, rzeczywiście ma pani powód! - krzyknął oddalając się.
Odrzucona miłość i upokorzenie to żaden powód, faktycznie.
To dopiero początek, a już na bucometrze zabrakło skali.

[o poranku ktoś budzi Barykę stukaniem do drzwi]

- Proszę - powiedział poirytowany przecierając zaspane oczy. Do pokoju nieśmiało weszła panienka o dość drobnej posturze. Była to Alicja, Lusia, wnuczka gospodyni Andrzejewskiej u której Cezary Baryka mieszkał.
Gospodyni Andrzejewska - mamy wizję poczciwej, prostej, niebogatej kobieciny, prawda?
Prawda. I mamy obraz wiejskiego lekarza, który wynajmuje od gospodyni izbę w jej chacie.

Dziewoja natychmiast chciała się wycofać ujrzawszy niezadowolenie na twarzy doktora,on jednak nakazał jej, by została. - Pani do mnie, w jakiej sprawie? Proszę spocząć - wskazał na puste łóżko, które przed chwilą opuścił. Panienka delikatnie usiadła na wskazanym przez Barykę miejscu, po czym najpierw wskazała na zegar, a następnie na drzwi. - Śniadanie? - Lusia energicznie pokiwała głową - Zaraz zejdę.
Baryka mieszka na parterze, skoro kochanka stukała w okno, a mimo to musi schodzić na śniadanie.
Panna Elwira jest latawicą, to i podleciała na pięterko.

Dziękuję - szepnął, kiedy panna złapała za klamkę. Na dźwięk jego słów uśmiechnęła się nieśmiało i wyszła.
- Oj Lusiu, Lusiu ... Wszystko byłoby prostsze, gdybyś tylko nauczyła się mówić - westchnął ciężko Baryka. W istocie biedna panna Alusia kilka lat temu zupełnie zamilkła z bliżej nieokreślonych powodów.
Aha, i on do niemej dziewczyny zwraca się “Pani do mnie w jakiej sprawie?”. Cham, czy idiota?
Btw, ona UMIE mówić, tylko z jakichś powodów NIE MOŻE.
A zresztą i tak wie, że przyszła “zawołać” go na śniadanie, więc pytanie “Pani do mnie, w jakiej sprawie?” bije rekordy idiotyzmu.
Może to miała być Cienka Riposta. Tym bardziej cienka, że nie nastąpiła po żadnej wypowiedzi.

Cezaremu to jednak nie przeszkadzało, bowiem panna Ala była jedyną inteligentną osobą we wsi, z którą mógł " porozmawiać ", nawet jeśli był to zwykły monolog.
Bardzo inteligentnie kiwała głową?
Nie przerywała mu.

Oboje byli wyrzutkami, on z racji swoich poglądów i trudnego charakteru, ona z kolei przez swoje milczenie. Dzięki niej każdego dnia zza tych chmur wychodziło słońce.
Zaś susza czyniła straszliwe spustoszenie.

****************************************************

 *Morfeusz - w mitologii greckiej bóg marzeń sennych. Jego ojcem był Hypnos
No i?
No i mamy tu pierwszy z licznych przypisów wyjaśniających trudne słowa w tekście. Aczkolwiek co do Morfeusza, to naprawdę nie ma takiej potrzeby, tego kolesia zna każda aŁtoreczka.
No tak, wiem, ale po co ten Hypnos...
Żeby podkreślić, że Morfeusz nie był bękartem?
Ale bękarty też mają ojców ;)
Powiedz to Józefowi.
GDZIE BYŁA MATKA?
Siedziała z tyłu.

*** Słuchaczka ***

Cezary udaje się do Warszawy i idzie na jakieś zebranie
Dzięki temu też domyślamy się, że ta wioska leży niedaleko Warszawy.  Nie ma mowy, aby akcja działa się w okolicy Kielc.

Cezary nawet jeśli chciałby z kimś pomówić, to nie miał na to siły, był po prostu wyczerpany. Cały czas coś robił. Odbierał porody [i to jak ostatnio - przez cesarskie cięcie], wycinał wyrostki, albo tak jak teraz, jeździł na konsultację do stolicy.
Ale w sensie, że jego wzywano na konsultanta (smarkacza świeżo po studiach? Wątpię), czy raczej on jechał przedstawiać bardziej doświadczonym kolegom jakieś swoje trudne przypadki? Że też mu się chciało podejmować ten wysiłek dla tych wrednych ludzi, co to żyć nie dają, bab, co złośliwie rodzą po nocy, zamiast poczekać do rana...
A te ślepe kiszki to wycinał w wiejskich izbach, przy świetle łojówki, odganiając kopniakami kozę, która próbowała zeżreć siennik.
Był tak zdolny, że operował pacjenta na furmance jadącej po wertepach i równocześnie powoził.

Zaczął się zastanawiać co by się stało, gdyby to jemu była potrzebna pomoc lekarska. " Zapewne już bym nie żył "- pomyślał i uśmiechnął się smutno.
Każdy sądzi według siebie...

Nie mógł się powstrzymać i po prostu ziewnął ze zmęczenia, a kiedy zorientował się, że parę osób to widziało, zmroził je wzrokiem. "Ciekawe jakby się zachowywali, gdyby spali po dwie, trzy godziny dziennie"- machnął lekceważąco ręką.
Hint dla pana doktora: przy ziewaniu można zasłaniać usta dłonią.

Myślał nawet, żeby darować sobie dzisiejsze zebranie i pójść się porządnie wyspać do jakiegoś hotelu. Wiedział jednak, że nie może tego zrobić, wszak na tych zebraniach dyskutowano o przyszłej wizji Polski,
To znaczy o wizji, która dopiero nadejdzie. Seanse spirytystyczne są dla mięczaków.
Działacze uprawiali teorię do kwadratu.

tak bardzo zbliżonej do jego własnej. Nie mógł więc sobie odpuścić ani jednego z tych zgromadzeń.
Z cyklu: jak ałtoreczka wyobraża sobie aktywizm. Podpowiem: zajmuje o wiele więcej czasu niż wycieczka do stolicy na jakieś zebranie.

Cezary zabiera głos i mówi o potrzebie kształcenia najniższych warstw społecznych. Po nim odzywa się pewna młoda kobieta, niestety zostaje stanowczo uciszona w momencie, kiedy domaga się, by Polacy przestali uważać się za męczenników i uprawiać martyrologię, i wybiega cała we łzach.

Niewiele myśląc wybiegł za nią,wykorzystał fakt, że zapomniała kapelusza. Kiedy wyszedł na zewnątrz spostrzegł ją zapłakaną, siedzącą na ławce.
- Zapomniała pani czegoś - powiedział Cezary wręczając zgubę właścicielce.
- Ach tak ... Dziękuję. Ach, to pan - powiedziała podnosząc wzrok.
- Cezary Baryka, do usług - przedstawił się ucałowawszy dłoń młodej kobiety.
- Konstancja Opolska - powiedziała ocierając łzy.
Tak, od tego Opola, co jest w nim festiwal. Teraz się chyba pan nie dziwi, że płaczę?

- Wszystko w porządku? - zapytał Cezary, Konstancja zawahała się.
- Nie, nic nie jest w porządku! Niech mi pan powie ...! Niech mi pan wytłumaczy ... !
Poproszę jeszcze więcej spacji i znaków interpunkcyjnych.

Dlaczego ludzie nie widzą winy w sobie? Dlaczego całą winę zrzucają na zaborców ...?
- Tak jest prościej - odpowiedział Baryka po chwili namysłu - A poza tym mam wrażenie, że my jedną nogą nadal tkwimy w romantyźmie. Mickiewicz dał nam przyzwolenie do myślenia o sobie jako o Narodzie Wybranym ...
- Właśnie ... Może czas to zmienić ...? Gdyby nie Piłsudzski nic byśmy nie mieli.
KIM, DO CHOLERY, JEST PIŁSUDZSKI???!!!
Facet na diecie kopenhadzkiej.
Węgierski kuzyn Marszałka.


*** " Reszta jest milczeniem* " ***  

Poczciwe dziewczę było z panny Ali, a i porzytek był z niej niemały.
Ja nie wiem jak wy, ale mam ścisłe skojarzenia, do czego :D
Porzytek = pożytek z rzyci. Powiedzmy, że chodzi o zgniatanie orzechów.
Nie, to też źle brzmi.

Posprzątało jeśli było trzeba, upichciło coś czasem, ale najbardziej lubiła panna Lusia pomagać innym. Toteż czasem zdarzało się iż panienka pomagała młodemu doktorowi przy jego pacjentach.
Tu podać skalpel, tam zadać narkozę młotkiem...
Szczególnie chętnie zabierał ją do trudnych porodów, niech się dziewczyna uczy życia.
Śmiała się też radośnie przy jego przednich żartach z pojedynczych trumien, gdy nie udawało mu się uratować ni kobiety, ni dziecka.

[Cezary idzie na spacer, odpocząć gdzieś na łące, przezornie jednak biorąc ze sobą torbę lekarską]

Cezary z zamkniętymi oczami upajał się tą jakże rzadką chwilą. świętego spokoju "Jesteś sam Czaruś, sam. Nikogo tu nie ma. Ptaszki ćwierkają, słoneczko świeci. Jest pięknie!" - upewniał samego siebie.
Kurwa, jaki dzień uroczy!
Zaraz rypnie gradem.

Nie trwało to jednak zbyt długo, gdyż zaraz przybiegła jakaś kobieta wołająca "pomocy!". Cezary postanowił, że się nie poruszy i będzie udawał śpiącego lub ewentualnie nieżywego.
Cóż za chitry pomysł, tylko przyprawić mu ogon, a będzie mógł udawać lisa!
No ani chwili spokoju, no. Nie po to został lekarzem, by mu głowę zawracali.

Może wtedy nie będzie zmuszony ruszać się z tego miejsca, była to jednak jego nadzieja, a jak wiadomo, "Nadzieja matką głupich".
Lekkość tej metafory rozpłaszczyła mnie na posadzce.

Baryka skapitulował, gdy wyczuł, że kobieta zmierza w jego kierunku. " Poddaję się ! Jeśli to kolejna przewrażliwiona pannica, której wydaję się, że jest w ciąży ..." - westchnął ciężko - ... " To chyba się stąd wyniosę !"
Tak, na polskiej przedwojennej prowincji panny prowadziły tak bujne życie erotyczne, że co chwila któraś wpadała albo przynajmniej tak jej się wydawało (i z każdym takim podejrzeniem zaraz leciała do lekarza, normalnie jak jakaś młoda, wykształcona, z wielkiego, XXI-wiecznego miasta).
To była wiejska epidemia ciąż urojonych. Armie tędy przechodziły kilka lat wcześniej, a babom wciąż się roiło.

-Doktorze ... ! kobieta szturchnęła go delikatnie.
Jeśli leżał w trawie, to chyba go kopnęła.
Ja mam nadzieję, że kopnęła.

- Tak ..? Pani Cecylia ... Co się dzieje? - Baryka teatralnie przetarł oczy udając zaspanego.
- Moja wnuczka ... Moja wnuczka ... przyjechała do mnie w odwiedziny ... I chyba ją zabiłam ...!- mówiła szlochając.
Szpadlem! Bo niecnota buraków nie chciała plewić, to dostała kilka razów. Patrzę, a ona leży i nie dycha!
Tak jakoś wyszło, no!

- Jak to ... ? Chodźmy - powiedział Cezary natychmiast zrywając się z miejsca.

Okazało się, że "Emilcia" wnuczka pani Cecyli próbowała odebrać sobie życie, a jej babka nie miała  z tym nic wspólnego. Cezary znalazł w pokoju chorej pod jej łóżkiem pustą butelkę po laudium.*
Laudanum, jeśli już. Laudium to miasto w Południowej Afryce.
Może w butelce było powietrze znad tego miasta. Jak wiemy, powietrze znad niektórych miast jest widzialne i niemal namacalne, więc pewnie i trujące.
Laudium jest w RPA dopiero od 1961 roku, a zatem wcześniej musiało być w butelce. Miasto-dżinn.

" Myślałem, że czasy kiedy ludzie truli się przy urzyciu laudium już dawno mineły" - westchnął ciężko
- A ja myślałam, że dawno minęły czasy analfabetyzmu… - westchnęła ciężko Kura.
“Urzycie”, czyli zażycie środka przeciwną stroną przewodu pokarmowego.

i zwrócił się do pani Cecyli :
- Proszę się uspokoić, to nie wina pani ciasta - kobieta spojrzała na niego zapłakanymi oczami.
Ktoś mówił coś o jakimś cieście? - rozejrzała się bezradnie Kura.
- Ja na pewno nie! - zdenerwowała się Szpro. - Jestem na diecie i proszę mnie nie prześladować ciastem.
Babci ciasto wyszło za twarde, zdenerwowała się i jak nie wyrżnie nim wnusi w łeb!
Krasnoludzkie babcie są nieobliczalne!

- W takim razie co ... ?       
- Niech pani sobie spróbuje przypomnieć kiedy ona to wypiła?- zapytał Baryka podnosząc pustą butelkę po nalewce.  
- Boże ... ! Nie wiem ... Niedawno …
Czy on poważnie pyta babcię o to, o której wnuczka wypiła truciznę?
Tak. Już ustaliliśmy przy wizycie panny Lusi, że nie jest on tytanem intelektu.

- "Niedawno". To znaczy, kiedy? Nie chcę pani martwić, ale jeśli minęło więcej niż pół godziny,to niewiele będę mógł dla niej zrobić.
- ... Jakieś dziesięć, piętnaście minut temu ... Dosłownie na chwilę wyszłam do sąsiadki, a kiedy wróciłam ...- głos jej się załamał.
Już ja znam te wychodzenia do sąsiadki na dziesięć minut. Już ja je znam.
I przez te dziesięć - piętnaście minut ona zdążyła polecieć do domu Baryki, dowiedzieć się, że wyszedł na przechadzkę i znaleźć go gdzieś na łąkach.
A panna histeryczka, gdyby naprawdę chciała się zabić, napiłaby się “laudium” w nocy, do rana by jej nie znaleźli i by się udało!

Swoją drogą - Cecylia musi wiedzieć, że paskudnie gotuje, skoro bierze na klatę każdy przypadek śmiertelnego zatrucia.
Dawniej miała od tego służbę, a potem musiała ją zwolnić i sama się wprawiała w gotowaniu, ale wciąż nie ufała swoim zdolnościom...

- Rozumiem.
- Co pan robi doktorze? - zapytała pani Cecylia przyglądając się Cezaremu, który wyciągał sprzęt do intubacji.
Który zawsze nosił przy sobie, a zwłaszcza wtedy, gdy szedł poleniuchować na łące.
640px-Intubationsbesteck.jpg

Widocznie Baryka hołdował starożytnej zasadzie “Omnia mea mecum porto” (“wszystko, co moje, noszę w portkach”).
Precz Miazmacie, nie podsuwaj mi takiej wizji sprzętu do intubacji!


- Chcę ułatwić jej oddychanie - odpowiedział Baryka wprowadzając chorej rurkę intubacyjną do tchawicy. - Mogłaby pani poczekać na zewnątrz? Zawołam panią.
- Tak, oczywiście - powiedziała kobieta i wyszła z pokoju.
Gdy panna Emilia była już zaintubowana, Cezary podał jej atropinę i zabrał się za płukanie żołądka.
I znów nasza konsultantka:
Kobalamina: Laudanum to dawna nazwa nalewki z opium, mamy więc do czynienia z klasycznym zatruciem opioidami. Tylko że w takich wypadkach podaje się nalokson, a nie atropinę. Ta druga jest używana w zatruciach związkami fosforoorganicznymi (insektycydy, pestycydy, broń chemiczna). Myślę, że autorka mogła się tutaj kierować mylnie przeciwnym działaniem tych substancji (opioidy wywołują śpiączkę, zwężenie źrenic, zahamowanie ośrodka oddechowego - klasyczna triada objawów, a także sinicę i hipotermię, a atropina - tachykardię, rozszerzenie źrenic, hipertermię, suchość skóry), problem w tym, że obie te substancje mogą doprowadzić do depresji oddechowej (ustania oddychania), więc pacjentka prawdopodobnie przejechałaby się na takiej kuracji Razz
Z tego, co wyczytałam, wynika, że rurki intubacyjne były znane już od czasów I wojny światowej, a więc to się zgadza. Płukanie żołądka można zastosować (wg obecnych standardów) do godziny od przyjęcia trucizny, tutaj też nie mogę się nie zgodzić z opkiem. To, co mnie niepokoi, to fakt, że intubacja nie jest prosta, mają z nią problem nawet doświadczeni lekarze mający do dyspozycji specjalne prowadnice itp., poza tym płukanie żołądka u osoby nieprzytomnej jest zabiegiem umiarkowanie bezpiecznym, bez specjalnej rurki intubacyjnej z uszczelnieniem ryzykuje się zachłyśnięcie, a zachłystowe zapalenie płuc jest fatalne w leczeniu Razz


Ratowanie samobójców nie było zajęciem jakim chciałby się teraz zajmować.
A czym jaśnie pan chciałby się zajmować, khę? Ratowaniem całego świata z przyległościami? Casting do Avengersów piętro wyżej!
Po cholerę on na tę medycynę lazł? Rodzące panny go drażnią, samobójczynie irytują, co on chce, pijawki za uszy przystawić raz w tygodniu i mieć fajrant?
Liczył na koniaki od pacjentów, a tu najwyżej samogon.

Czuł się zmęczony i wykorzystywany, ale mieszkańców Borowiec najwidoczniej w ogóle to nie obchodziło. Był tak wściekły, że kompletnie nad sobą nie panował.
Wy mnie w ogóle nie rozumiecie! - wrzasnął. - Bezczelnie sobie chorujecie, rodzicie i popełniacie samobójstwa! SPECJALNIE MI NA ZŁOŚĆ!!!
Wypalenie zawodowe, level impossible.

"Co ona wie o życiu ....?! Co oni wszyscy wiedzą o życiu ... ?! Nic ! Nic nie przeżyli nic nie wiedzą! Banda nieudaczników! Co ja jestem Jezus , żeby ich wszystkich zbawiać?"- zaśmiał się szyderczo
Zaraz tam Jezus. Jesteś aroganckim bucem i bubkiem, po prostu.
Zbawiciel, jakiego ze świecą szukać. Oraz widłami i tłumem rozjuszonych borowiczan.

- "Jak można być tak głupim, żeby wierzyć w takie bzdury! Boga nie ma i nigdy go nie było! To w pełni ludzki wymysł, ten ich Bóg jest równie prymitywny jak oni sami. Skoro kochana "Emilcia" tak bardzo chciała się zabić to niechby to zrobiła !Jednego prymitywa mniej na tym świecie! Gdybym ja miał takie podejście do życia jak ona, zapewne już bym nie żył.Miałem w końcu o wiele poważniejsze powody do tego by chcieć się zabić!"
Tak, wiemy, twoje problemy są bardziej twojsze, ale tak samo pewnie myślała panna Emilia.
Poza tym, jeszcze nie wiesz, dlaczego chciała się zabić, c’nie?

Minęło kilka godzin nim panna Emilia przebudziła się. Gdy to się stało Cezary był zmuszony ponownie wyprosić gospodynię z pokoju wnuczki.
- Dlaczego pani to zrobiła ?
- Tutaj się nic nie dzieje - odpowiedziała po chwili namysłu. Tu nie ma kina, ani menażerii, ani nawet chłopskiej rabacji… Cezary zaśmiał się drwiąco.
- A tak poważnie ...?
- Życie nie ma sensu ...
I oto jest wiejska dziopa zabijająca się z nudów.
I to nie byle czym, bo ą ę laudanum, a nie np. fosforem z zapałek.

- Chce mi pani powiedzieć, że targnęła się pani na własne życie po to tylko by urozmaicić sobie czas... ?! Jeśli tak właśnie było to gratuluję pani pomysłu! Umiejętnie zajęła mi pani mój czas, w końcu co to panią obchodzi, że przez panią straciłem jedno z niewielu wolnych po południ od bardzo dawna! - wściekły wyszedł z pokoju panny Emilii Tak mocno trzasnął drzwiami, że o mały włos nie wyrwał z nich klamki.
No, bezczelna, jak ona śmiała zajmować jego bezcenny czas!!! Powinna była wpisać termin popełnienia samobójstwa do jego grafika.
I upewnić się, czy ma wystarczający powód.
Zasadniczo to wolny czas lekarza nie powinien się znajdować wśród priorytetowych zmartwień pacjenta.

***


Po powrocie do Borowiec, Cezary wciąż nie mógł zapomnieć o tajemniczej pannie Konstancji, którą spotkał w Warszawie. Zaintrygowała go ta nieznajoma ,o której wiedział tylko jak ma na imię i na nazwisko.
Ale nie wiedział, jak ma na adres.

Nie był nawet pewien czy może mówić o niej "panna", wszak mogła być przecież mężatką.
Jeżeli ktoś ci powiedział, jak ma na imię i nazwisko, z całą pewnością dodał, czy “panna” czy “pani”.
A jeśli jest mężatką, to z pewnością nosi obrączkę. Takie czasy.

Była jedna rzecz, która Cezaremu szczególnie nie dawała spokoju, mianowicie to niesamowite podobieństwo tej młodej kobiety do ... niego samego. Kiedy słuchał jej wystąpienia nie mógł wprost uwierzyć w to co słyszy, natychmiast przypomniało mu się jego własne wystąpienie na zebraniu komunistów. Oboje zostali potraktowani w ten sam okrutny sposób, a przecież oboje mieli rację. Czuł, że to jego "duchowa siostra", i że razem mogliby zbudować coś wielkiego. Opętany tą myślą nie pragnął już niczego innego jak tylko tego by ją odnaleźć i powiedzieć jej jak bardzo jest mu potrzebna . Bo rzeczywiście tak było, potrzebował kogoś takiego jak ona. Kogoś o trudnym charakterze, kogoś komu mógłby się zwierzyć.
Ta, jasne, już widzę, jak taki zapatrzony we własny pępek narcyz szuka kogoś o “trudnym charakterze”.
Może po prostu była wściekle atrakcyjna, a intelektualista Baryka nie mógł przecież napalić się na samą śliczną buzię?

Po prostu Konstancji. Dopiero teraz dostrzegł jak bardzo jest samotny i jak bardzo potrzebuje przyjaciela.Doceniał co prawda towarzystwo Lusi, ale z czasem przestało mu to wystarczać Zrozpaczony Cezary ponownie oddał się pracy. Tak bardzo bolała go ta jedna, prosta myśl, że może jej nigdy więcej nie spotkać. A przecież potrzebował jej jak powietrza …
Ale myśl, by ruszyć się do Warszawy, poszukać jej - znał przecież nazwisko, wiedział, że bywa na zebraniach, może ktoś z organizacji ją znał? - była mu całkiem obca.
Tej biernej mamei w ogóle rzadko przychodzi jakakolwiek myśl do głowy...
Ależ przychodzą mu nawet całkiem liczne myśli - na temat, jak to jest nieszczęśliwy i wykorzystywany przez wrednych pacjentów.
...na inny temat niż on sam.

I tak właśnie tego feralnego dnia  jego życzenie spełniło się! Był wówczas na łące by poćwiczyć jedną z technik relaksacyjnych, o której przeczytał w jednej z mądrych książek,
Chłopi zbiegali się z daleka, aby na dziwoląga popatrzeć.

a wszystko po to by nie zwariować.
Za późno.

Usiadł przy przydrożnym drzewie i zaczął liczyć w myślach do dziesięciu. Nie skończył jednak tej czynności, ponieważ [było to za trudne i gubił się przy “pięć”] zobaczył coś co go kompletnie zbiło z tropu. Z początku myślał nawet,że mu się przewidziało, ale nie! Polną drogą szła ... Konstancja Opolska ..!.We własnej osobie!
Deus ex machina wkurzył się niedorajdowatością Cezarego i zainterweniował.
Drogą pylistą, drogą polną.

Konstancja wyjaśnia, że przyjechała tu, by uczyć w szkole.
Akcja dzieje się na wsi, w latach ‘20 ubiegłego wieku. O sensacji tak wielkiej, jak otwarcie szkoły i przyjazd nauczycielki gadano pewnie od miesięcy.

- Dokąd pani idzie z tymi zakupami? Pomogę ...
- Bardzo pan miły, ale nie trzeba. Poradzę sobie …
- Ależ trzeba, trzeba. Nie mam zamiaru pani w przyszłości przepukliny operować -
Jaki uprzejmy.
Czarek niby to operować nie lubi, ale jak przyjdzie co do czego, to kroi jak szatan.
Konstancja poddała się i oddała Baryce kosze z zakupami.
- To niedaleko. Mieszkam u Pani Cecylii Dąbrowskiej. Zna ją pan?
- Właśnie wracam od jej wnuczki … (nie kłam, chłopcze, właśnie sobie medytowałeś pod drzewkiem)
- Coś z Emilką ...?! - zmartwiła się młoda nauczycielka.
Przecież u nich mieszkasz, sama powinnaś wiedzieć.

- Próbowała popełnić samobójstwo - odpowiedział od niechcenia Cezary i spojrzał na swoją towarzyszkę, [sprawdzić, czy zrobił odpowiednie wrażenie] która pobladła z przerażenia.
- Biedne dziecko ... - westchnęła Konstancja.
- Biedne ... ?! Biedne ...?! Ona miała więcej szczęścia niż rozumu! Gdybym w porę nie zrobił jej płukania żołądka …
- To bardzo wrażliwa osoba, potrzebuje dużo ciepła i zrozumienia. Kocha poezję, zwłaszcza Mickiewicza.
- Chyba samego Mickiewicza anie jego poezję - zakpił Cezary.
Znaczy, posądza ją o nekrofilię, czy jak?
Biorąc pod uwagę, co na począku opka wyprawiał Bolesław Prus - nie można tego wykluczyć.

- Co pan ma na myśli ?
- Wypiła całą butelkę laudium, widocznie chciała się poczuć jak Maryla - roześmiał się Baryka.
A to Maryla Wereszczakówna się kiedykolwiek truła?! Czego to się człowiek z opka nie dowie...
Dożyła 64 lat, czyli sędziwej starości.
Może takie wypierdki jak Baryka zatruwały jej starość.


***

Cudowne dźwięki fortepianu rozchodziły się echem po całej okolicy. Cezary już wchodząc na ganek domyślał się kogo może zastać w środku, przeczuwał też, że dom jest prawie pusty. Nigdy się nie mylił, nie pomylił się także i tym razem.
Fortepian, nasz szopenowski instrument narodowy, zawsze stoi w każdej wiejskiej chacie! Słuchajcie, to jest lepsze niż szklane domy Seweryna B.
Albo też Cezary mieszka jednak w jakimś majątku, czy choćby folwarczku ziemiańskim. Ale w takim razie babcia Lusi byłaby PANIĄ Andrzejewską.

Wszedłwszy [i zjadł-wszy] do domu natychmiast skierował się do pokoju panny Lusi, drzwi były otwarte więc wszedł bez pukania. Panna nie zdając sobie sprawy z jego obecności grała dalej, a on patrzył jak jej smukłe alabastrowe dłonie wygrywają jeden z utworów genialnego polskiego kompozytora - Fryderyka Chopina. Jak delikatne i giętkie palce tańczą z niewypowiedzianą gracją po klawiszach fortepianu. Było w tym tyle piękna, piękna zawartego w prostocie! Doktor zaczął się zastanawiać nad tym co kobieta teraz czuje, co myśli. Pragnął przeniknąć ją do głębi [na fortepianie, aż struny jękną], poznać wszystkie tajemnice. Nasycić się tajemnicą istnienia! Bez słowa położył dłonie na instrumencie tym samym przyłączając się do gry. Dziewoja [kwiiiiik!!!] uśmiechnęła się do niego zapraszająco nie przerywając koncertu.
Hehe. Czyli albo przypadkiem grała akurat utwór na cztery ręce (pewnie to , bo to zostało wydane drukiem dopiero w latach 60-tych XX wieku) - ale dlaczego sama? - albo grała cokolwiek innego, a Cezary tak sobie brzdąkał.
Albo ma cztery ręce. Ha, nie przyszło ci to do głowy, co?
Poza tym nie jest powiedziane, na którym instrumencie on położył dłonie.




Z każdym kolejnym dźwiękiem fortepianu Cezary czuł narastającą falę szczęścia, wiosna rozkwitała nie tylko w przyrodzie, ale również, a może przede wszystkim w duszy i sercu młodego muzyka.
Ludzie w całym kraju narzekali na brzydką pogodę, a tymczasem wiosna kryła się w Baryce.

Drzewa z wolna tańczące za oknem , pod batutą deszczu, wśród nienazwanej harmonii natury zdawały się wtórować dwójce samotnych muzyków.
Rozkoszna fraza, no nie? Napawajmy się.

Panna Lusia, która przed chwilą z taką pasją wygrywała ostatnie akordy walca Es - dur Chopina,
Znaczy, tak jak myślałam - walc Es-dur nie jest utworem na cztery ręce, a zatem Czaruś z właściwym sobie wdziękiem i subtelnością wpieprzył się i zaczął jej przeszkadzać.

A swoją drogą, jak wrażliwa panna czyta poezję, to oczywiście Mickiewicza, jak druga wrażliwa panna gra na fortepianie, to oczywiście Chopina. Innych poetów i kompozytorów wrażliwe panny nie znają, bo nie.
Bo to, panie, ta współczesna poezja to już nie to, jakieś futuryzmy, jakieś awangardy, a ostatnio nawet jeden taki napisał, że rymy to przeżytek!
A co, Szymanowskiego miała grać?

teraz z ogromnym zainteresowaniem przyglądała się Cezaremu.
- Coś nie tak ... ? - zapyał, Alicja przecząco pokiwała głową [patrzcie, Bułgarka!] i odwróciła wzrok. Zaczęła grać w powietrzu kolejną melodię.
Jak rozumiem, bardzo szybko przebierała palcami w powietrzu.
Po prostu teraz grała na fortepianie powietrznym.

Po chwili znienacka odwróciła swe przepastne szmaragdowe oczy w stronę swego towarzysza.

Ocean rozpaczy malował się w tych oczach morze smutku oraz pewna ilość zwierząt, w którym z łatwością można było stracić życie. Panienka z ogromnym bólem malującym się na jej prześlicznej twarzy otworzyła usta i poczęła śpiewać niemą piosenkę, a po jej licach splynęły dwie słone krople łez.
Zawszeć to postęp o 100% w porównaniu z samotną łzą.

Słowa nie były w stanie oddać tego co biedna Aluś teraz kryła w sobie.
Jasne. Gra w powietrzu, śpiewa w milczeniu… Rozkosz dla oczu. I dla uszu też, bo nie słychać jak fałszuje.
Chyba wolę nie wiedzieć, co kryje w sobie śpiewając nieme piosenki.

Dojmujący smutek, który dziewczę odczuwało w głębi siebie, boleść i swoista gorycz były dla Cezarego czymś nowym, wobec czego nie wiedział jak ma się zachować. Z trudem przyszło mu spojrzenie na pełną bólu twarz Lusi. Niepewnie złapał dłoń panny i przyłożył ją sobie do twarzy. - " Reszta jest milczeniem ... " - szepnął uspokajająco.
I skonał.

*************************************************
* Laudium – dawna nazwa nalewki z opium* albo miasto w RPA, patrz wyżej.
* Opium - substancja otrzymywana przez wysuszenie soku mlecznego z niedojrzałych makówek maku lekarskiego. Występuje także w rosole. We współczesnych czasach pozyskiwane raczej z syropków na kaszel.
* Mak lekarski - ten moment podczas zebrania konsylium lekarskiego, gdy żaden z lekarzy nie wie, co jest pacjentowi, do cholery i zapada cisza jak makiem zasiał.

* Reszta jest milczeniem - Książe Hamlet w jednym ze swoich monologów.
W tym ostatnim, niezbyt długim.


*** Powierniczka ***
***

Potok włosów panny Lusi płynął majestatycznie po jej kryształowym ciele. Długie pozłociste blond loki z niewinną subtelnością podkreślały wciąż jeszcze tak niedojrzałe kobiece kształty. Palce sunęły delikatnie wzdłuż warg, by w końcu znienacka zakończyć swą wędrówkę i spocząć na pięknie zdobionej toaletce.
A toaletka to jaka część ciała?
Ona całe ciało miała kryształowe, można więc przypuszczać, że po prostu podrapała się po nodze.
Jak ona taka kryształowa, to powinna rozszczepiać światło i się świecić jak dzika. Oraz organy jej powinny prześwitywać.
Mój sokole, mój przejrzysty,
Widać ci w żołądku glisty...

Jak zawsze młodzieńczo naiwne szmaragdowe oczy, spoglądały teraz smutnym wzrokiem w maleńkie lusterko. Anielska istota powstała ze swego miejsca z lekkością równą mlecznemu puchowi
“Mleczny puch” kojarzy mi się wyłącznie z bryzgiem niemowlaka, który robi “prrprprprprrrrr….” buzią, podczas karmienia.
A mnie ze wczesną fazą kożucha na mleku.
Może chodziło o puszek dmuchawca, zwanego też mleczem.
Zgubiłam się. Gdzie ona ma ten puszek?
W lekkości ruchów. Nie wnikajmy.


i podeszła do okna prezentując przy tym idealnie wysmukłą sylwetkę.
Jak bowiem powszechnie wiadomo, sylwetka pękata i przysadzista w międzywojniu nie cieszyła się wcale atrakcyjnością.

“Lustereczko, powiedz przecie. Kto jest najpiękniejszy w świecie...?” Smutek rozdzierał jej młode serce, a słowa pragnące wydostać się z jej ust, tonęły gdzieś niewypowiedziane. Ust miękkich niczym puch [żeby się nie powtarzać - tym razem był to gęsi puch] , rozpaczliwie łaknących pocałunków, gdyż i na pannę Lusię przyszedł już czas kochania. Czas, który dla każdej z dziewcząt, która raz pierwszy kochać się zaczyna winien być emocją samą w sobie.
Znaczy się hormon się w niej wzbudził?

Dla młodej panienki jednak był to czas rozpaczy, w której otchłań pragnęła się rzucić jednocześnie tonąc w potoku swych łez.
No to chce się rzucić w otchłań czy utopić we łzach, bo to się chyba jednak wyklucza?
Rzucić się w otchłań, której dnem płynie potok.

Dlaczego ten obcy pan tak bardzo zawładnął jej biednym umysłem? Czy chciał by wiła się torturowana przez nieznane jej dotąd uczucie, ponad niebiosa wznosząc całą swą istotę?
Wiła się wnosząc pod niebiosa? Brzmi jak mocno znerwicowana ryba latająca.
Krzyżówka węża ze słonecznikiem.

Czymże sobie zasłużyła by umierać w cierpieniach i z rozkoszy zarazem? Ta przedziwna choroba ,na którą panna Ala zapadła tak nagle skończywszy niespełna piętnaście wiosen, owładnęła całym jej jestestwem, czyniąc z niewinnej panienki rozkwitającą kobietę. Jednak ona tego nie chciała! Nie chciała, gdyż z całej swej duszy nienawidziła mężczyzn, więc i jego znienawidzić pragnęła.
Coś ci powiem, aŁtoreczko. Żeromski to ty nie jesteś…
Nawet i Mniszkówna nie.
Może trochę Łusia Pałysianka, w dwunastej wiośnie życia gapiowato otwierająca buzię, bo co to za pani tak ślicznie śpiewa.

Platońska Uczta jest jednym z najważniejszych tekstów filozofii starożytnej - wykaligrafowała starannie w kajeciku panna Lusia, gdyż była pilną uczennicą. To właśnie w niej wielki grecki myśliciel opisuje historię o bardzo silnej istocie ludzkiej o dwu twarzach, czterech rękach, czterech nogach, plecach i piersiach naokoło, zagrażającej bogom. Zeus znalazł jednak sposób, by, nie zabijając ludzi (jak chcieli inni bogowie),ale osłabić ich przez przecięcie każdego na dwie połowy.
Lusia przyjrzała się uważnie zdaniu - coś w nim zgrzytało… Już wiem! - pomyślała i strząsnęła kroplę atramentu wprost na niepotrzebne “ale”.

Od tej pory każdy szuka drugiej połowy, a gdy ją znajdzie, druga osoba, choć obca, staje się nagle bliska.
Ha! Moja teza o czterorękiej panience zdaje się potwierdzać: Zeus nierówno ją przeciął!
A do drugiej połowy dosztukował, co tam miał pod ręką, i tak powstał Sleipnir.
Zaraz nam wyjdzie, że panna Lusia jest Reptilianką.

Taki też los spotkał Cezarego Barykę [on też został nierówno przecięty?], który nawet nie przypuszczał jak bardzo panna Konstancja stanie się mu bliska. Im więcej z nią rozmawiał tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że może powiedzieć jej wszystko, a ona go wysłucha i zrozumie.
Panna Konstancja do perfekcji opanowała sztukę uśmiechania się i potakiwania w odpowiednich momentach; robiła to całkiem machinalnie, w myślach tymczasem planując menu na cały tydzień.
Była równie zdolna jak ten węgierski honwed, który, eskortując dobrego wojaka Szwejka, prowadził długie rozmowy z Niemcem przy użyciu dwóch tylko słów: “jawohl” i “was?”

Najdziwniejszy dla Cezarego był fakt, że jego powierniczka nigdy go nie oceniała, nie krzyczała na niego, nie pouczała, ale po prostu słuchała.
Ehehehehehe, a podobno potrzebował kobiety o trudnym charakterze.
Słuchała, tłumiąc swój trudny charakter. Jak ty nic nie rozumiesz.
W tym przypadku rozumiał “trudny charakter” jako kogoś, kogo trudno zdenerwować. Ludzie ze wsi oburzali się tak łatwo, a on pragnął wyzwania!

[Cezary zwierza się, że czuje się odpowiedzialny za śmierć własnej matki oraz panny Karoliny Szarłatowiczówny, wspomina także, jak to ksiądz Anastazy (Nastek) próbował go wyspowiadać, lecz Cezary spławił go, bo nie wierzy w Boga. Konstancja również przyznaje się do niewiary.]

- Dlaczego się pani w ogóle ze mną zadaje?
- Gdyż nie miałam co robić.

- Bo lubię pana.
- Lubi mię pani? - zdziwił się Baryka. - Mnie się nie da lubić, jestem przecież nie do zniesienia. Każdy ode mnie ucieka.
- Ja jakoś nie uciekłam.
- Bo jeszcze mię pani nie zna. Mam naprawdę podły charakter.
Ałtorko, powiem to tylko raz: wstawianie co chwila “mię” nie dodaje tekstowi szlachetnej patyny starości ani też jakiegokolwiek sensu.
Ale co do charakteru to akurat raz Czaruś powiedział prawdę.

- Jakoś nie zauważyłam - uśmiechnęła się do niego.
- To niemożliwe? Naprawdę pani nie widzi zła, które się we mnie kryje? Nie jestem dla pani odrażający ... ?
- Hm, skoro pan o tym wspomina… słyszał pan o higienie jamy ustnej?

- Pan nie jest zły, nikt nie jest.
- Pan jesteś nikt.

Gdyby tak było to nie pomagałby pan tym wszystkim ludziom. Ba! Nie obchodziłyby pana losy Polski. Już pana rozszyfrowałam! - ucieszyła się nauczycielka.
Jeśli los Polski obchodzi go tak samo jak los pacjentów, to może od razu go odizolować? Bo inaczej strasznych szkód narobi.
E, on tylko ględzi na zebraniach. Chociaż… Hitler też zaczynał od gadania w piwiarni...

- No to... W takim razie ... Co pani widzi?
Konstancja spomiędzy fałd sukni wyjmuje szklaną kulę, karty i gęsie jajko, wywraca oczy białkami w górę i w natchnieniu prawi:
- Widzę bardzo samotnego i nieszczęśliwego człowieka, który wiele w życiu przeszedł.- odpowiedziała.
- Niepotrzebnie pani to wszystko mówiłem ...! Pani nie powinna ... ! - wściekł się.
Wielokropki i spacje… Spacje i wykrzykniki! Zło, straszne zło tu widzę!

- Dokąd pan idzie ? Proszę zaczekać! - wołała za idącym przed siebie Baryką.
- Nie pani sprawa!
- Co panu jest?
- Nic! Nic! Zupełnie nic! To wszystko pani wina! Było mi dobrze tak jak było. Ale nie! Pani musiała wszystko zniszczyć swoim wtrącaniem się! Nienawidzę pani! Słyszy pani NIENAWIDZĘ!
screaming-kid.jpg


Jeśli chce pani zmieniać świat to proszę bardzo! Ale ja i tak wiem, że się pani nie uda, sam próbowałem! Mnie w każdym bądź razie proszę zosrawić w spokoju!
Zosrawiamy cię, już dobrze - zosrawiamy.
Panna Konstancja wyjęła słuchawkę z ucha Cezarego i przyłożyła do własnego.
- Tak jak myślałam - stwierdziła ze smutkiem. - Musisz przestać słuchać, Czarku, My Chemical Romance. Poszukam ci czegoś bardziej marszowego.
No nie wiem, od Links 1,2,3,4 mogłaby mu eksplodować przestrzeń między uszami.
I nikt nie zauważyłby różnicy.

Jestem wredny i podły i dobrze mi z tym! A jeśli mnie pani teraz nie posłucha ...! - złapał Konstancję za rękę i wykręcił ją w drugą stronę. Kobieta aż syknęła z bólu - ... Pani nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić do czego jest zdolny wściekły Bolszewik - wycedził przez zęby Cezary i rozluźnił uścisk.
Bolszewik? Dziwne imię dla pieska.
Ładniejsze niż Bakalia.

- Szkoda, że nie mam pod ręką szpicruty*. - uśmiechnął się szyderczo - Miałaby pani piękną pamiątkę naszego ostatniego spotkania! - dodał, szczególnie duży nacisk kładąc na przedostatnie słowo tego zdania, oddalając się. 
Yyyy… no dobra, ale o co właściwie temu kretynowi chodzi???
Atak histerii.
Tak. Całkiem jak kindersatanista, który uważa, że jest tak zły i mrrrrrhoczny, że Nergal niegodzien mu glanów czyścić - aż tu ktoś mówi mu, że tak naprawdę ma dobre, wrażliwe serduszko, a jego mroczny imidż to zwykła ściema.
Ale z tego się wyrasta pod koniec gimnazjum.
Przed wojną gimnazjum trwało dłużej.
Ale niektórzy i tak nie wyrastali.

- Właśnie takiego pana lubię najbardziej! Niech się pan nie zmienia! - krzyknęła młoda kobieta rozmasowując sobie obolałą dłoń.
- Tanie szpicruty sprzedaje Walenty, tu zaraz za rogiem.
Baryka nie wytrzymał i wrócił się.
- Po ile? - warknął.

- Uwzięła się pani na mnie! To chore, powinna się pani leczyć!
- Być może! Ale wie pan co?! Nie odpuszczę! Teraz widzę to jeszcze wyraźniej!
- A niby co takiego?!
- A to proszę pana, że jestem panu potrzebna jeszcze bardziej niż mi się wczęśniej wydawało! Pan też to wie! No niech mię pan uderzy! Na co pan czeka?! -wrzasnęła, gdy Cezary podniósł na nią rękę. - Będę o pana walczyć!
Męcz mnie, dręcz mnie ręcznie!
O mamuniu, jakbym kopnęła takiego w rzyć, aż by na wysokość lamperii poleciał.


********************************

* Po śmierci panny Karoliny wszyscy przypisywali Cezaremu winę za to zdarzenie. Pewnego dnia na cmentarzu spotkał on księdza Anastazego,Nastka,  ( przyrodni brat Hipolita )  który był tego samego zdamia co reszta mieszkańców nawłockiego dworu  Zarzucił mu, że przez jego zachowanie Karolina straciła życie, nazwał ją jego "ofiarą" i zaproponował spowiedź. Baryka jednak wyśmiał go  stwierdzając co następuje:

- Niedoczekanie twoje, księżulku, żebyś mię na swój arkan pochwycił! Ja jestem wolny źrebiec. Jeść możemy pospołu, gawędzić, urżnąć się również, bo ksiądz to lubisz i znasz się na jakości potraw i wartości napojów lepiej ode mnie. Ale skądże pretensja, żeby z takimi kwalifikacjami rządzić tak subtelnym organizmem jak ludzkie, jak moje sumienie? ( W tajemnicy Wam powiem , że ...  U W I E L B I A M tę scenę ) : -)
Gdybym nie czytała “Przedwiośnia”, po tych przypisach jeszcze mniej wiedziałabym, o co chodzi.

* Szpicruta – elastyczny pręt obłożony skórą, czasem rzemień używany do poganiania konia. W Przedwiośniu ulubiona " zabawka" Cezarego Baryki, pobił nią m.in dyrektora szkoły i panią Laurę ( Zawsze wiedziałam, że z niego to jest H A R T K O R !!! )*
* HARTKOR - Helska Agencja Rozwoju Turystyki, Kina Oraz Rozrywki
 

*** "Kto z kim przystaje, takim się staje" ***
Przystań pod płotem, a staniesz się sztachetą.
Pokoleń.


[Cezary i Konstancja są na siebie obrażeni i unikają się nawzajem [spotkał sadysta masochistkę i oboje strzelili focha], póki któregoś dnia nie okazuje się, że oboje w tym samym czasie wybierają się do miasta i Baryka proponuje pannie podwiezienie]
  

- No cóż taka jest prawda zupełnie mię pan nie interesuje jako mężczyzna.
- Jesteś ciapciakiem, drogi Czarku.
- Może chociaż jako chłopiec? Nic nie tak nie powoduje, że kobieta się czuje jak dziewczyna jak mężczyzna, co zachowuje się jak chłopiec.

Czarodziej z pana drogi panie, ale ja jestem odporna na te pańskie zaklęcia - powiedziała Konstancja bezradnie wzruszając ramionami -
Spróbujcie jeszcze z avadą.

- Zresztą ... Niespecjalnie przepadam za mężczyznami.
- Tak jak ja za kobietami - warknął obrażony Baryka.
To teraz powinniście zawrzeć małżeństwo dla pozoru i zaprzyjaźnić się z inną parą o podobnych upodobaniach :)
No co ty, w latach dwudziestych nie było takich bezeceństw.

- Widzę, że uraziłam pańską dumę. No, ale cóż musiałam to panu powiedzieć, żeby nie robił pan sobie nadziei.
- Ja z panią? Nie. Niech mi pani wierzy stać mnie na kogoś lepszego - spojrzał na swoją rozmówczynię, była wyraźnie obruszona jego słowami. Cezaremu to jednak nie wystarczyło i dopiekł jej jeszcze bardziej:
- Nie interesują mię zwykłe wiejskie nauczycielki - szepnął jej do ucha - Niech pani przestanie udawać, że szuka czegoś w tej torebce. Wątpię, by krył się tam jakiś potencjalny kandydat na męża - zdenerwowana Konstancja uderzyła go torebką w głowę i wyskoczyła z powozu.
- Znalazł się światowiec! Jest pan okropny, obrzydliwy! - zaczęła płakać.
- Proszę panią z głębi serca ...
- Nie! Po tym jak mię pan potraktował nigdzie z panem nie pojadę! A poza tym nie mam zamiaru siedzieć obok prostego wiejskiego doktora, to poniżej mojej godności!
Wot, znalazł się ordynat na Kozich Dupkach i hrabina Piprztykowska z Obrzydłówka Dolnego!

***

Nie od dziś wiadomo, że najpiękniej Polska wieś wygląda wiosną.
Przymiotniki piszemy małą literą, panno aŁtorko. Zawsze.
Nie od dziś wiadomo, że najpiękniej polski język wygląda zapisany ortograficznie.

Malownicze krajobrazy przytłaczające niejednokrotnie swym dziewiczym urokiem mają w sobie coś z tajemnicy, którą natychmiast człek znany z wrodzonej ciekawości pragnie zgłębić.
W Japonii za zgłębianie dziewiczego uroku specjalnie się płaci.
A w Polsce przytłaczają w formie malowniczego krajobrazu.
I to niejednokrotnie.

Powietrze tak świerze [i tak nieortograficzne]  i delikatne [jak świerzb], wspulgrające [aaaaaaa!!!] harmonijnie z muśnięciami wiatru,

Brutalnie przerwę to słodko-pierdzące dziamolenie i przypomnę, że wiosną na wsi śmierdzi gnojem, który rozrzuca się pod zasiew. A teraz aŁtorko dalej piej swą pieśń...

który to nieraz swym niewidzialnym towarzystwem uracza roześmiane dziatki, prowadząc ich kolorowe latawce w niebieskie przestrzenie.
Latawce, wiejskich dzieci, wiosną na wsi na początku XX wieku?
Metaphor, go home, you’re drunk.

Śpiew ptaków zaś sprawia, że dusza ludzka zaczyna się radować na samą myśl o małych stworzonkach wygrywających cudowne koncerty każdego poranka. Jakże można byłoby tutaj zapomnieć o boćkach, dostojnych ptakach podróżnikach, które jednak wraz z pierwszymi znakami wiosny wracają do swoich domostw by strzec dobytku dobrych gospodarzy.
Tak, boćki to znane psy łańcuchowe.
Zabezpieczą twoje auto przed wandalem - same je porysują.

Łąki pachnące. ... Ach! Wszystko to czyni z polskiej wsi wymarzone miejsce dla każdego złaknionego odpoczynku.
...wampira.
A ić pani w cholerę, ptactwo drze dzioby, flora szumi liśćmi, robactwo kąsa po skórze, internety urywa, kibel na podwórku. Żaden cymes.

Karoca już czekała, panna Lusia z cichym westchnieniem spojrzała w stronę ukochanego domu, w którym spędziła całe swoje dzieciństwo.
Karoca, paczciepaństwo, może jeszcze zaprzężona w szóstkę karych rumaków?
Nie stać jej było na nowszy powóz, więc pojechała szrotem sprzed paru wieków.
Lusia jako Kopciuszek po przemianie. A to przecież była tylko wnuczka gospodyni, u której Baryka izbę wynajmował. Przypomnijmy - gotowało to, sprzątało.

Ogromny żal i smutek ściskał jej młode serce, które biło już tylko dla samego faktu bicia.
Biję, bo chcę, biję, bo życie jest złe...

Nie było już w tym ani krzty radości rozpierającej niegdyś jej duszę. Dawna namiętność i entuzjazm z jaką dziewoja zwykła przeżywać swoje życie, zniknęły gdzieś, pozostawiając po sobie pustkę nie do wypełnienia. Choć w głębi serca ślicznej panienki tliła się gdzieś jeszcze nadzieja, że los rychle odmienić się może, prysła ona niczym czar, jakby jej nigdy nie było. Panna Alicja z gracją równą baletnicy spłynęła ze schodów, by zaraz z tą samą gracją godną prawdziwej damy, wsiąść do karocy. Konie zarżały sygnalizując woźnicy gotowość do drogi. " Ach, ja nieszczęsna! Cóżem zrobiła, com uczyniła, żem teraz taka nieszczęśliwa? "

Ładne, no nie?
Żeromdziewiczówna.
*******************************************

 * ánimam -( łać) dusza
Anima. “Animam” - to forma biernika (accusativus). A skąd tam się wziął ten akcent, to już w ogóle nie wiem. 
Mucha zrobiła kropkę na papierze, a aŁtorka się nie przyjrzała.


*** Kiedy wracają wspomnienia ... ***

[Ala odjeżdża, rozpaczając nad czymś, co spotkało ją w przeszłości i o czym nikt nie może się dowiedzieć - “upokorzono ją w najgorszy z możliwych sposobów, okryto hańbą pozbawiając młodzieńczej niewinności” - domyślamy się, że chodzi o gwałt? Uwiedzenie?
Myślę, że ciąża, samo uwiedzenie wśród ziemiaństwa nie miało chyba aż takiego kalibru.
Tak czy inaczej - był to kryształ rżnięty.
Babcia wysyła ją gdzieś, gdzie będzie mogła zapomnieć o dręczących ją koszmarach. Tymczasem Cezary i Konstancja regularnie jeżdżą razem do pobliskiego miasta, aż tu wtem! któregoś dnia Cezary przypadkiem spotyka na ulicy Laurę.]

- No to jak ona ma na imię? - zaczęła Konstancja.
- Kto taki?
- Ta kobieta przed którą pan uciekał. Domyślam się, że to właśnie przez nią nosi pan w sobie urazę do połowy ludzkości.
 - Laura - powiedział z pogardą w głosie Baryka. Skrzywił się na sam dźwięk tego imienia, jakby wypowiadanie go sprawiało mu niewyobrarzalny ból.
To “rz” mu się tak boleśnie wyrzynało.
Aż dziw, że zostawiło [ó] zamknięte, bo przecież mieliśmy i bul.
Łączymy się w nadzieji i bulu z tobą, Czarku.

Uznał za stosowne, opowiedzieć wszystko przyjaciółce. Jednak wracanie do swojej nawłockiej przeszłości było dla Baryki nie lada wyzwaniem. Była to ta część życia, o której szczególnie pragnął zapomnieć.
Co nie przeszkadzało mu opowiadać o niej ze szczegółami przy każdej okazji.
Liczył, że ludzie, którzy ją poznali, zaczną przekazywać dalej, a on będzie miał spokój.

[Jakoś tak płynnie i bez szczególnego uzasadnienia Cezary przechodzi do historii swego życia ogólnie. Btw, sądząc z poprzednich opisów, opowiada ją Konstancji już fafdziesiąty raz, ona jednak nadal uprzejmie go słucha i potakuje.]

Tatuś powiedział:" Czaruś jedziemy do Polski." Czaruś pojechał do Polski …
Gdyby tatko wysłał mnie do Mongolii, piłbym teraz kumys w jurcie.

- Nie chciał pan jechać?- Cezary na chwilę spoważniał, ale zaraz znowu przybrał dawną nonszalancką pozę.

Zaczął mówić jakby sam do siebie:

- Ojciec kazał, co miałem robić. Pojechałem. Tak pięknie mówił o tych swoich szklanych domach, że aż w końcu zapragnąłem je zobaczyć

- Przepraszam ... Co ...?
- Szklane domy. Pani też o nich nie słyszała? - było to raczej stwierdzenie aniżeli pytanie.
- Niestety nie.
- Nie pani pierwsza, nikt oprócz mojego ojca o nich nie słyszał. Nikt o nich nie słyszał, ponieważ one nie istnieją, długo mi to zajęło zanim to pojołem.
Joł, joł, tak się zdobywa szacun ludzi ulicy, nawijką o szklanych domach, elo ziomalka.


To było jakieś szaleństwo! Jakaś nieuleczalna choroba! Ostatnie marzenie umierającego człowieka zawierało się tylko w tym, żeby "jechać! "Jechać .".. ! Jechać ... ! ""Polska," to jedno słowo powtarzało się nieustannie w ustach moich rodziców. "Polska! Polska! Do Polski! " Nikt nie liczył się z moim zdaniem ...
A ja chciałem do Ameryki!

Może sobie pani wyobrazić, że ja naprawdę wierzyłem w te jego szklane domy? - uśmiechnął się drwiąco sam do siebie - Naprawdę w nie wierzyłem. Wszyscy mię okłamywali ... ojciec, Gajowiec, nawet moja matka ... Tak! Cały czas tylko biadoliła o tej swojej " Polsce" i o kapliczce! Już słuchać tego nie mogłem! Wszyscy czegoś chcieli, ale żadne z nich nie liczyło się ze mną! Nie zapytało czego JA, tak naprawdę chcę!
Ja, ja, ja, poniedziałek - ja, wtorek - ja...


- Źle panu było z matką?
- Jeszcze jak! Cały czas powtarzała tylko: " Cezary, rewolucja jest zła!" Nie mogłem tego słuchać! Wydawało jej się, że wie co ja czuję, a tak naprawdę nic nie wiedziała!
TE STARE NIGDY NIC NIE ROZUMIEJO!!!
Człowiek by zrewolucjonizował to i owo, ale matka daje szlaban i co robić.

Byłem sam ... Zawsze byłem sam ... Zawsze byłem sam …


- A Laura ...? W końcu byliście blisko.
- Laura ... Laura, bawiła się mną. Nie wiem nawet czy kiedykolwiek mię kochała.
- A pan ...? Kochał ją pan? - ponowiła swoje pytanie Konstancja.
- Na swój sposób ... Nie wiem nawet czy to można nazwać miłością. Proszę sobie wyobrazić, że dla niej byłem gotów rozpętać rewolucję - zadrwił sam z siebie.
- Czyli jednak ją pan kochał -mruknęła do siebie nauczycielka.
 - Jestem zły do szpiku kości. I niech pani nie zaprzecza! - powiedział stanowczo, gdy spostrzegł, że Konstancja chce zaprzeczyć
Bo znowu strzelę focha i będę się darł, że pani nienawidzę! I tupał nogami!

[Baryka wspomina też Karolinę i Wandę, podsumowując: zachciało mi się romansów, to teraz mam za swoje!]

- Pan naprawdę nic nie rozumie?! To nie jest pańska wina!
- Moja, moja ...
- Powtórzę raz jeszcze! Kilka pocałunków o niczym nie świadczy! A to, że panna Karolina się w panu kochała ... No cóż ... To już jej problem, nie pański. - Konstancja wzruszyła ramionami.
I w ogóle właściwie to całowała się sama, pan nie miał w tym udziału.

- Feministka z pani - powiedział Cezary przyglądając jej się uważnie.
Zajrzał pod halkę. - No tak! Owłosione nogi! - obejrzał dłonie. - No tak, błona między palcami! Wiedziałem, że coś z panią nie tak!

- A tak. Feministka, feministka ... - powtórzyła, zastanawiając się, czy nie nazwał jej przypadkiem jakoś obraźliwie. To dziwne słowo nie miało chyba nic wspólnego z “sufrażystką” czy “emancypantką”? - Po prostu irytują mnie takie pannice jak ta pańska Karolina!- odpowiedziała.- I Laura, chętnie zamieniłabym z nią kilka słów. To skandal! Co ona z panem zrobiła! - mruknęła już sama do siebie.
No co, wyedukowała trochę młodego, niewinnego Czarusia, ja bym jej to policzyła na plus.
Mnie tylko zastanawia, czemu akurat “feministka” na stwierdzenie Konstancji, że właściwie nie ma nic złego w uwodzeniu naiwnych dziewcząt. Że niby feministki też je uwodzą?
No przecież wszystkie feministki to lesbijki, nie wiedziałaś?

[Po powrocie do domu Cezary zastaje list od Lusi]


Drogi Panie Cezary,

Nie jestem w stanie wyrazić jak bardzo jest mi przykro z zaistniałej sytuacji. Okoliczności tak się dla mnie potoczyły, że zmuszona jestem opuścić Warszawę i udać się do Krakowa.
Ale jaką Warszawę? Przecież oni wszyscy mieszkali na wsi, w Borowcach.

Niestety nie mogę wyjawić Panu celu mej podróży [ten Kraków to taka zmyła], jednakże chcę by Pan wiedział przyjacielu, żem nie mogła postąpić inaczej, jest mi to potrzebne i absolutnie konieczne zarazem. Zapewne już się nigdy więcej nie spotkamy, więc życzę Panu z głębi serca wszystkiego co najlepsze.
Bądź zdrów i wesół Drogi Przyjacielu. Niechaj Bóg będzie z Tobą!

Zawsze oddana,
Lusia.

Spisujemy ją na straty, czy nie?
***************************************


*** Niezapowiedziana wizyta i lekcja historii ***

Konstancja była obecnie jedyną osobą, z którą mógł otwarcie porozmawiać.
- Mam ochotę stąd uciec - zwierzył jej się pewnego dnia, kiedy siedzieli zabarykadowani w jego pokoju, bo tłum pacjentów nie dawał Cezaremu spokoju.
U nasz w enefzecie...

z10739605Q,Grudzien-2011--Kolejka-do-rejestracji-w-przychodni.jpg
E, u nas w luxmedzie po świętach takie same kolejki.

- Jest aż tak źle?
- Widziała przecież pani ten tłum przed moimi drzwiami - westchnął - Nadal tam są? - zapytał. Konstancja wstała podeszła do drzwi i lekko je uchyliła.
Aż dziw, że wściekły tłum natychmiast nie wtargnął do gabinetu.
- Niestety - oznajmiła i wróciła na fotel.
- Czy oni nie rozumieją, że ja jestem tylko człowiekiem? Mam prawo być zmęczony!
Dobrze, panie doktorze, przepraszamy. Powiemy chorobom, żeby poczekały, aż pan odpocznie.
Borowce nawiedziła jakaś zaraza, czy co?
Ten Baryka zabarykadowany (nomen omen) przed tłumem pacjentów przywodzi mi na myśl “Noc żywych trupów”.

Heloł, aŁtorko, piszesz o przedwojniu. Za lekarza się płaciło (chyba że ktoś, jak Judym, był społecznikiem i leczył biedotę za darmo - ale o Czarusiu nic takiego nie wiemy) i cena ta niejednokrotnie była zaporowa dla uboższych mieszkańców (w 1920 powołano tzw. Kasę Chorych, lecz korzystał z niej niewielki procent ludności). Z kolei bogaci raczej wzywali lekarza do siebie, tak więc nie, nie wierzę w dziki tłum kłębiący się w poczekalni.

Nawet gdy szalała “hiszpanka”, to wieśniacy marli w swoich chatach, a nie tłoczyli się w poczekalniach lekarskich. No tak, ale akcja toczy się kilka lat po wygaśnięciu epidemii. Babatunde ma rację - to są zombie.



- Niech pan coś wymyśli.
- Łatwo pani mówić. Akurat tak się składa, że większość moich pacjentów to ciężarne kobiety. Pani zdaniem mam im zabronić zachodzić w ciążę?
No pewnie, potem uprze się taka rodzić w środku nocy, jakby nie mogła do rana poczekać.
W poczekalni. Przecież po to właśnie jest.
Jeżeli już są ciężarne, to zakazy niewiele pomogą.
Poza tym ta sama uwaga co wyżej: przed wojną uboga kobieta ze wsi czy małego miasteczka, jeśli ogólnie była zdrowa, to raczej nie pchała się do lekarza z czymś tak zwyczajnym jak ciąża. Do porodu też prędzej zawołałaby akuszerkę.

- A dlaczego nie. Dla tych ludzi jest pan Bogiem, uwierzą we wszystko co pan im powie.
- Na przykład ... ?- zaciekawił się Baryka. Czuł, że pomysł panny Konstancji może uratować mu życie. Nauczycielka wstała i podeszła do okna.
- Na przykład może pan powiedzieć ich mężom, że częste współżycie prowadzi do wielu chorób.
Że kuśka odpada od nadużywania?
Opowiedz im o vaginie dentacie.
I zaleć szklankę wody zamiast.

- To bzdura.
- Ja to wiem, pan to wie, ale oni nie.
To są przecież prymitywy, prawie zwierzęta, żyjące tak od wieków.
Zresztą ... to nie ja jestem lekarzem tylko pan.
- Eureka! - Cezary zaczął nerwowo chodzić po pokoju.
- Już pan coś wymyślił? Mogę wiedzieć co? - zapytała młoda nauczycielka odwracając się w jego stronę i opierając rękami o parapet. Spojrzała na Cezarego, który do niej podszedł.
- Opowiem im o jakiejś ciężkiej chorobie wenerycznej, albo opracuję niezawodną metodę antykoncepcyjną.

co-ja-czytam-pl-ae0808

- No i brawo! O to właśnie chodzi! - pochwaliła go Konstancja.
- Myśli pani, że mi uwierzą?
Ciemny lud to kupi.
Ja tylko wspomnę cichutko, że w międzywojniu już były prezerwatywy. Lateksowe. Panna Konstancja mogłaby przeprowadzać edukację seksualną w szkołach, Cezary, wzorem Boya Żeleńskiego - w swojej klinice.
Póki ich ksiądz proboszcz kropidłem nie pogoni.
Z księdzem też się idzie dogadać, akurat w zapobieganiu ciąży może sam mieć interes.

- Oni uwierzą panu we wszystko co pan im powie. To ciemna masa, widzę to po ich dzieciach.
- Jest aż tak źle?
- Jest tragicznie! Wyobraża sobie pan, żeby w wieku dziesięciu lat nie znać tabliczki mnożenia?
Och jej, przyjechała wielka pańcia z wielkiego miasta i będzie się tu wytrząsać nad ciemnotą ludu wiejskiego. A może by tak chwilę pomyśleć nad warunkami, w jakich te dzieci dorastały? Może to pierwsza szkoła w tej miejscowości?
I pierwszy kontakt dzieci z rachunkami.

- Może pani nie mówiłem, ale panna Wanda nie mogła przeleźć z piątej do szóstej klasy właśnie z powodu nieznajomości tabliczki mnożenia. Nic mnie już nie zdziwi.
- Co pan powie? Dziwne, w ogóle, że tacy ludzie istnieją - westchnęła - I kto ich rodzi ...?
- Równie tępe matki - oboje zaczeli się śmiać.
Urok tej parki wzrasta z minuty na minutę.

- Wie pan co, tak sobie myślę, że wcielając ten plan w życie wyświadczyłby pan przysługę nie tylko sobie, ale i mnie - powiedziała Konstancja powstrzymując śmiech.
- W jaki sposób?
- Pan nie musiałby odbierać tylu porodów, a ja nie miałabym tylu bachorów do nauczenia tabliczki mnożenia. Oboje byśmy na tym skorzystali.
Kurwa, ludzie, ogarnijcie się… To wasza praca, płacą wam za to!
Przecież wystarczy zatruć studnie i kłopot z głowy.
I szybciej - przecież zanim ten niż demograficzny, który zamierzają wywołać, pójdzie do szkoły, minie co najmniej siedem lat.
Nie, wiecie co, ja mam nadzieję, że ałtorka jakoś ich ukarze za to, co przed chwilą powiedzieli. Jedno się rozchoruje, drugie będzie potrzebowało dokształcenia z chemii. Tak obrzydliwych postaci nie można wprowadzać bez powodu.
***

A TERAZ… DAWAJCIE BASEN Z KISIELKIEM I WIADRO POPCORNU!!!
kiedy ja nie lubię popcornu…

Jak zawsze wieczorem wracał ze spaceru wraz z panną Opolską i chciał zaprosić ją na herbatę. Kiedy byli już blisko domu Cezary poczuł się dziwnie zaniepokojony.
Sami widzicie, że trudny wybór.

Nie mógł nawet przypuszczać kogo za chwilę zobaczy, w ogrodzie gospodyni Andrzejewskiej czekał na niego najmniej spodziewany gość.
- Witaj Cezary - Baryka natychmiast wrósł w ziemię. Jego niespodziewanym gościem okazała się być ...pani Laura Kościniecka!
- Co ty tu robisz? Czego chcesz?
- Rozstałam się z panem Władysławem, jestem wolna. Teraz możemy być razem - odpowiedziała niemalże wyśpiewując każde słowo.
- A długi ...? - wyszeptał zaskoczony Cezary.
- Po kolana - odpowiedziała Laura.


- Spłacone.
Znaczy, wykorzystała narzeczonego do spłaty długów, a potem puściła go w trąbę? Rewelacja, będą do siebie z Czarkiem idealnie pasować.
Hm, a nie mogła do niego napisać? Mam wrażenie, że w tych czasach poczta już działała.

Kochany to teraz nieważne - powiedziała chcąc go pocałować, jednak Baryka odepchnął ją stanowczo.
- Zostaw mnie! Wystarczająco już namieszałaś w moim życiu!
- Cezary ... Czaruś ... kochany. Porozmawiajmy ... - błagała - Tylko kilka słów na osobności - dodała znacząco patrząc na Konstancję stojącą za Cezarym i uważnie śledzącą tę scenę. Po chwili zaczęła gdzieś iść.
- Rozmyśliłam się - rzuciła Laura przez ramię. - Nie chcę rozmawiać, odchodzę w siną dal!

- Zostań! - rozkazał Cezary.
- Zaraz wrócę, idę tylko po szpicrutę. Może się przydać - wyszeptała mu do ucha i [radośnie podskakując] pobiegła przed siebie.
Yay, 3some!

Kiedy panna Opolska wróciła ze szpicrutą w ręku, Cezary przestraszył się nie na żarty. Dotąd myślał, że dziewczyna po prostu żartuje.
Przyniosłam wszystko co znalazłam, bo nie wiedziałam, co się bardziej przyda! - oznajmiła uszczęśliwiona.

- On nigdzie z panią nie pójdzie! - wycedziła Konstancja zwracając się do Laury
- On jest mój! I teraz chodzi ze mną! - i na dowód zapięła mu na szyi obróżkę ze smyczą.

- Panie Cezary, czy ma pan jeszcze ochotę rozmawiać z tą panią? - zwróciła się do Baryki.
Bo jeśli nie, to ja będę Pana bronić, w razie czego! - dodała drżącym głosem.

Biedny Cezary nie wiedział co ma zrobić - Milczy pan, a więc wszystko jasne.

- Proszę pani, poradzę sobie ... Naprawdę wszystko jest w porządku ... - powiedział w końcu spanikowany.
- Nie byłabym tego taka pewna. Jeszcze kilka zatrzepotań rzęsami tej wstrętnej modliszki, a uwierzy pan we wszystko co panu powie.
Ale ja wiem lepiej, co dla pana dobre i uchronię przed koniecznością dokonania samodzielnego wyboru!

- Proszę mnie nie obrażać! - oburzyła się pani Laura. Mało brakowała, a panna Konstancja zabiłaby ją wzrokiem.
Ale pohamowała się w ostatniej chwili. Przecież zabawa dopiero się rozkręcała.
Miejscowe plotkary na wyścigi zajmowały stanowiska obserwacyjne w oknach i na gankach.

- Będę panią obrażać ile mi się tylko żywnie podoba! Zasłużyła sobie pani na to!
- Cezary zrób coś ... - poprosiła Laura uświadamiwszy sobie swoje położenie.
Cezary zrobił mostek.

- NIE! TERAZ NIE MA " CEZARY" !!! - wybuchnęła młoda nauczycielka ciągnąc rywalkę za sobą.
Za kudły!
I torebką ją teraz, torebką!
I z obcasa!

- Niech pani ją puści!! Słyszy pani?! - krzyczał za nią Baryka. Jednak Konstancja nic sobie z tego nie robiąc odpowiedziała najspokojniej w świecie:
- Niech pan nas zostawi same, musimy porozmawiać. Będę ją biła ile wlezie, to trochę potrwa. Szkoda pańskiego czasu, zawołam pana kiedy skończę.
Idź pan do cukierni albo do kina.
- I niech pan przyniesie wannę oraz kwas solny! - zawołała za nim.

Konstancja musiała być straszną i wielką herod-babą o nadludzkiej sile, skoro tarmosząc Laurę nawet się nie zdyszała.
A Laura stała grzecznie i nieruchomo, kiedy Konstancja smagała ją szpicrutą.

Chociaż wątpię, żeby było co zbierać - spojrzała na przerażoną Laurę, którą przed chwilą rzuciła na ziemię.





- Pani oszalała ...! - wydyszała Laura zasłaniając się rękami, chcąc uniknąć ciosu.
- Jak to było ...? Zaraz, niech ja sobie przypomnę ... Ach już wiem ... " Czarusiu..."! - jeden cios - "Czarusieńku ...!"- drugi cios - "Czarnoksiężniczku mój... !"- kolejny.
Wiecie co, jak słyszę te zdrobnienia, to we mnie też trochę rośnie adrenalina.

- Proszę mi to oddać! - wrzasnął Cezary domagając się szpicruty.
Ja też chcę! A nie sama się bawisz!

- Co pan tu robi? Jeszcze nie skończyłam. Mówiłam panu zawołam pana ... - powiedziała Konstancja zauważywszy Barykę stojącego obok -
NIE WTRĄCAJ SIĘ, KIEDY DOROŚLI ZAŁATWIAJĄ SWOJE SPRAWY!
Zostaw! Nie rusz! Leżeć!

"... Ty jesteś jeden jak jedno jest słońce na niebie"! " Jesteś zgrabny. Jesteś najzgrabniejszy ze wszystkich" "... Kocham cię do szaleństwa ... !" "Kocham cię na śmierć, śliczny Czarusiu ..."! - Konstancja była w jakimś amoku, zupełnie nad sobą nie panowała. Biła rywalkę gdzie popadnie, co chwila ją cytując.
W drugiej ręce trzymała opracowanie Grega, od czasu do czasu dyskretnie sprawdzając poprawność cytatów.

Gdyby nie interwencja Cezarego, który znienacka wyrwał przyjaciółce szpicrutę, ta pewnie zabiłaby Laurę Kościniecką.
Szpicruta?


- Chce ją pani zabić?!
- A tak! I niech mi pan w tym nie przeszkadza.
- Oszalała pani?!
- Oszalałam.! Nie oszalałam!
Interpunkcję odwieźli w kaftanie, bo też szalała.

Zasłużyła sobie za to co panu zrobiła! - odpowiedziała dygocąc na całym ciele - "... Ja byłam wolna i ty byłeś wolny. Byliśmy dwa wolne ptaszki ..." "... Szaleliśmy ze szczęścia pod naszym niebem ..!.""... Aleś to wszystko nogami podeptał ..."! - wrzeszczała dalej Konstancja próbując wyrwać się Cezaremu i rzucić na Laurę - To wszystko pani wina! TYLKO I WYŁĄCZNIE PANI WINA !!! - ryknęła do Laury i uciekła.
Taaaa, Czaruś jest idealny, tylko te złe kobiety tak go zepsuły.
Jezu, i taką dali do nauczania dzieci...

***
Obawiam się, że to poniżej to ma być Element Komiczny.
Obawiam się, że tamto powyżej też.

Od tamtego incydentu minął tydzień w czasie i trzy kilometry w przestrzeni, którego Cezary i Konstancja nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Baryka był naprawdę przerażony tak gwałtowną reakcją nauczycielki. Zdziwiło go to, ponieważ nie sądził, że komuś może tak bardzo na nim zależeć.
Ja na jego miejscu zastanawiałabym się raczej, którędy wiać.
A ja bym zawiozła Laurę na obdukcję i wsadziła Konstancję za kratki.

Chciał z nią o tym pomówić, więc udał się do szkoły. Był zaskoczony, kiedy zobaczył ją siedzącą przed budynkiem szkoły, zamiast w środku.
- Co pani tu robi? Przecież ma pani lekcje. - zaczął zmierzając w jej kierunku.
- Wyszłam, żeby ochłonąć. Do tych małych wstrętnych robaków nic nie dociera.
No to szpicrutą ich!
Powiedziała zwolenniczka edukowania biedoty.

- Ach tak ... Zaraz dotrze, obiecuję.
- Co pan chce zrobić? - pytała idąc za nim.
- Zaraz się pani przekona.
Weszli razem do szkoły, ale Baryka zabronił pannie Opolskiej wchodzić do sali lekcyjnej. Kazał jej poczekać w korytarzu natomiast sam poszedł do uczniów. Kiedy wszedł do sali kilkanaście par małych [wrednych] oczek zwróciło się w jego stronę.
- Na co się tak gapicie? - warknął z wejścia.
- Na pana. Kim pan jest? - pisnęła mała dziewczynka o długich blond warkoczach.
- Jestem ... - chrząknął - ... Jestem profesor Baryka i od dziś będę waszym nauczycielem - odpowiedział. Patrząc na nich uznał, że poważnie będzie musiał pomyśleć o jakiejś niezawodnej metodzie antykoncepcyjnej - Na czym staneliście?
Co za szkoda, że o takiej metodzie nie pomyśleli Seweryn i Jadwiga.
Zobaczyli co im wyszło i nie mieli odwagi powtórzyć błędu. Niestety, było za późno na to, aby anihilować jedynaka.
Oj tam za późno. Wzorem G.R.R. Martina wyprawiłoby mu się jakieś wesele i po sprawie.
A w Baku ludzie ginęli jak muchy… *wzdycha głęboko*

- Gdzie jest panna Konstancja?- zapytała znowu mała blondynka.
- Pytałem na czym stanieliście?!
- Na letniej promocji!

- Tabliczka mnożenia ... Mieliśmy tabliczkę mnożenia - wyjąkał jakiś chłopiec.
- Przecież za cholerę nie wiem ile jest 8 x 7 - mruknął do siebie Cezary
- Dziękuję. W takim razie teraz lekcja historii.


- Ale tabliczka ...
- Czy nie wyraziłem się dość jasno? TERAZ LEKCJA HISTORII !!! - w sali zaległa cisza.
- I schować te różdżki, czarowania w klasie też dziś nie będzie!

Żadne z dzieci nie miało odwagi się odezwać. Cezary kontrolnie przeszedł się po sali i co jakiś czas uderzał jakieś dziecko w głowę, podręcznikiem wziętym z biurka. - "Nie garb się !"- powtarzał przy tym.
Uroczy charakter Czarusia, odsłona pińcetna.
Wychodzi z niego jakaś zwyrodniała krzyżówka dra House’a z niejakim Severusem.

- Przepraszam ... Czy mogę o coś spytać? -odezwała się rudowłosa dziewczynka.
- Byle szybko.
- Czytał pan książkę pana ministra Gajowca?
- Powiedzmy, że czytałem. Jaki to ma związek z lekcją?
- Bo mama mówi, że to bardzo mądry człowiek, i że warto na niego głosować. Pan też tak sądzi?
No i okazuje się, że “ciemna masa” jest wcale nieźle uświadomiona politycznie.
Nic się przed tymi małymi spryciarzami nie ukryje.

Btw, zupełnie nie potrafię sobie zwizualizować tej wsi spokojnej, wsi wesołej. Z jednej strony ałtorka twierdzi, że Borowce to biedna wioska z ciemnym ludem, z drugiej - imiona, zachowanie, sposób mówienia, status materialny postaci pobocznych wskazują na to, że to jednak środowisko inteligenckie (ziemianie? mieszczanie?). Szkoła w Borowcach jest małą szkółką, gdzie jedna nauczycielka prowadzi wszystkie przedmioty - ale chodzące tam dzieci są nieźle zorientowane w bieżących sprawach, a ich rodzice - oczytani (ok, przynajmniej jedno dziecko i jego rodzice).
Jest to dowód na to, że aŁtorka nie jest w stanie ogarnąć świata przez siebie przedstawionego. Przydałaby się też elementarna wiedza o Polsce lat ‘20 XX wieku. Na przykład o ówczesnym trzydziestoprocentowym analfabetyzmie. Zwłaszcza na wsiach, zwłaszcza wśród kobiet.


Ałtorka o sobie pisze tak:
…zakochana we wszystkim co retro i przedwojenne. W TV istnieją dla niej tylko dwa kanały, TVP HISTORIA i TVP KULTURA, lubuje się w filmach psychologicznych i historycznych, kiedy jakiś dostrzerze [!] w programie telewizyjnym piszczy jak głupia. Raz nawet [!] obejrzała jakiś stary przedwojenny film ( bodajże z 38) po to tylko, żeby sobie zobaczyć House'ów 20lecia międzywojennego, ponieważ trzeba Wam wiedzieć iż M pała również miłością do medycyny.
Przykro mi, oglądanie filmów to za mało.
Wyprawa w dwudziestolecie Miłosza jest taaaka gruba (ponad 600 stron)


- To twoja matka umie czytać? - zakpił Baryka - Coś podobnego ...
*zastyga na dziesięć minut w pozycji lotosu, oddychając głęboko, po czym wraca do analizy*
Nieno… Właściwie nie ma przepisu, że postać literacka musi być miła i sympatyczna… Dobrze napisany buc i cham może być ciekawszy od szlachetnego bohatera, w końcu nie bez przyczyny czarne charaktery zbierają zwykle liczne grono fanów.
ALE DO BIURWY NĘDZY, TEN CIUL NAWET NIE JEST DOBRZE NAPISANY!!!
Albo, gdy tej bucówie przyświeca jakiś wyższy cel. Bycie doskonałym lekarzem, na przykład. Chwilowo osiągnięcia Cezarego to śmierć w połogu i jedna odratowana samobójczyni.

Powiedz jej w takim razie, żeby nie wierzyła w ani jedno jego słowo. To wariat, nie wie co mówi. Jest obłąkany.
- Pan ... Pan... Pan ... jest zły...! - rozpłakała się dziewczynka.
- Nie może być?! - Cezary uśmiechnął się kpiąco.
Bez obaw, drogie dziecko, tylko durny i chamowaty, to można leczyć. Dubeltówką i szpadlem.

- Co pan zrobił z panną Konstancją?! - domagały się prawdy dzieci.
- Zamordowałem ją, a zwłoki zakopałem niedaleko szkoły. I jeśli się nie uciszycie to z wami zrobię to samo! Radziłbym wam bardziej przyłożyć się do tabliczki mnożenia! Znałem osobę, która jej nie umiała i cały czas tylko brzdękoliła na starym spróchniałym fortepianie, - postraszył.
Myślę, że wiejskie dzieci z przyjemnością zamieniłyby swoje codzienne obowiązki na brzdękolenie na fortepianie, nawet najbardziej spróchniałym. Zachęta do nauki: mission failed.
Co tu w ogóle ma do rzeczy fortepian?
Oj, taka aluzyjka do panny Lusi.
Nie, do Wandy z samego “Przedwiośnia”, która miała wielki talent muzyczny, pod innymi względami będąc niemal upośledzona.

Dzieci zaczęły krzyczeć i płakać jednocześnie. W tej panice nie zauważyły nawet, że ich nowy nauczyciel wyszedł z sali.
To taka jego mała lecz wyrafinowana forma zemsty na Konstancji: doprowadzić dzieciaki do histerii i niech ona je teraz uspokaja!
A potem będzie ględził na zebraniach o konieczności edukacji najniższych warstw.

- Co pan im zrobił? - zapytała go Konstancja słysząc lamęt swoich podopiecznych.
Konstancja gwałtownie otworzyła drzwi do klasy i wrzasnęła: “A jutro ortografia! I żadnych zaświadczeń o dysgrafii, bo łby pourywam!”


- Trochę je postraszyłem. Nic im nie będzie. - odparł Baryka- Wie pani co, oboje potrzebujemy odpoczynku, I to jak najszybciej, bo niedługo zwariujemy w tej dziurze - dodał odchodząc.
Nie lubię się powtarzać, ale: za późno.


Z wiejskiego szpitalika pozdrawiają: Kura z flaszką laudanum, Dzidka z latawcem wiejskiego dziecka, Szprota ze szpicrutą, Jasza z tabliczką mnożenia, Babatunde Wolaka z przepalonym bucometrem,
oraz Maskotek, który wziął kozik i każdemu, kto mu się nawinie, robi po ciemku  tracheotomię.

73 komentarze:

Panna M pisze...

Witam, jestem mile zaskoczona tak oryginalną oceną opowiadania, no tym bardziej, że bloga już od dawna nie prowadzę. Mam powód żeby się teraz uśmiechnąć. :) Dziękuję. Ale z tym Prusem to fakt wyjechałam i nawet się nie zorientowałam. :D Zastanawia mnie tylko jedna rzecz, a mianowicie:Jak udało Wam się ominąć blokadę kopiowania? Cóż widać, nie jest ona aż tak skuteczna jak się wydaje.:P Pozdrawiam i dzięki za darmową reklamę. :) ~`Autorka~`

Panna M pisze...

Wróć. Nie ocenę, analizę.:) Przepraszam, to z powodu tej pory.

Demon pisze...

Smuteczeq... Brak obrażonej ałtorki :C

Maria pisze...

Piłsudzski - pewnie chodziło o Piłsudzsky - jakiś projektant mody ze stolycy ;D

Swoją drogą pomysł na kontynuację postaci Baryki jako sfrustrowanego lekarza wiejskiego z niemożliwymi ambicjami jest nie tylko ciekawy, ale też całkiem wiarygodny z punktu widzenia bohatera, który w oryginalnej powieści bardzo szybko angażował się emocjonalnie w różne przedsięwzięcia ( a więc możemy zakładać, ze w pewnym momencie jego zapał zupełnie się wyczerpał). Szkoda tylko, że źle jest to wszystko napisane :) Bohater powinien np. porzucić dawne dążenia i ideały a więc zdecydowanie nie powinien już uczestniczyć w żadnych spotkaniach politycznych.
Jednakże postać będąca niesympatycznym lekarzem, który stracił powołanie, niespełnionym pisarzem, byłym politycznym działaczem i sfrustrowanym idealistą, któremu nic się nie udaje prócz tego, że potrafi uwodzić kobiety, jest zdecydowanie pełna potencjału!

Korodzik pisze...

A ja się nawet ucieszyłem, że nastolatki interesuje coś bardziej ambitnego niż Tłajlajt. Nawet, jeśli swój zachwyt wyrażają głównie przez okrzyknięcie bohatera "HARTKOREM" :)

Panna M pisze...

Oj, kurczątko ja to zawsze walnę jakąś gafę jak nie jeśli chodzi o pisownię, to znowu błąd rzeczowy się trafi. Ale przejrzałam teraz gruntownie większość rozdziałów (O resztę zadbam jutro) i powinno już być w porządku. :)

Anonimowy pisze...

Śmiała się też radośnie przy jego przednich żartach z pojedynczych trumien, gdy nie udawało mu się uratować ni kobiety, ni dziecka.
Konstancja ''Irma Grese'' Opolska

Cezary z zamkniętymi oczami upajał się tą jakże rzadką chwilą. świętego spokoju "Jesteś sam Czaruś, sam. Nikogo tu nie ma. Ptaszki ćwierkają, słoneczko świeci. Jest pięknie!" - upewniał samego siebie.
"Trawa rośnie, ptaszki fruwają, słońce świeci. A ja, brachu - krzywdzę ludzi."

- Szkoda, że nie mam pod ręką szpicruty*. - uśmiechnął się szyderczo - Miałaby pani piękną pamiątkę naszego ostatniego spotkania! - dodał, szczególnie duży nacisk kładąc na przedostatnie słowo tego zdania, oddalając się.
Gość mógłby grać głównego antagonistę w ''The Human Centipede (First Sequence)''.

Ogólnie opko dobrze mi się czytało, pomimo wredoty głównego bohatera. Muszę przyznać, że spodobał mi się styl pisania AŁtoreczki.

Inga

Anonimowy pisze...

O, nawet kody działają. A już się bałam, że HTML się posypie.

(znowu) Inga

Maria pisze...

A jeszcze dodam , że Cezary i Konstancja jako para okrutników przepełnionych hipokryzją ( ta "miłość" do niższych klas wyrażana jedynie w słownych manifestach na zebraniach ;)) to również niczego sobie bohaterowie ( choć nie wiem na ile autorka była świadoma tych kreacji) i sprawnie użyci w opowieści mogliby stworzyć niezły duet.
Moim zdaniem ktoś kto to napisał powinien wrócić do tych opowiadań za kilka lat, kiedy nieco podszkoli swój warsztat i być może skorzystać z naszkicowanych tu postaci. Autentycznie uważam, że to ma potencjał ( tzn. nie sama historia, tylko niektóre jej aspekty)- niby masa błędów , nieścisłości i irytujących bohaterów, ale trzeba przyznać, że jednak są oni w jakiś sposób zapadający w pamięć i dzięki temu miło się czytało :) No i fajnie rzeczywiście, że ktoś interesuje się historią i został zainspirowany przez literaturę polską nie zaś Justina Biebera :) Czekam na kolejną część :)

Anonimowy pisze...

Popieram Marię, po przeczytaniu aż chce się WINCYJ! Nieścisłości i błędy można przecież poprawić.

Inga

Kazik pisze...

Zeszłotygodniowa analiza słabowała, słabowała mocno, ale ten cudny kąsek!... Przepiękne, po prostu przepiękne! Mam nadzieję, że rozbiórka tego opka zabierze ze cztery odcinki!

"Smuteczeq... Brak obrażonej ałtorki :C"
Nieszczęście, faktycznie.
Cieszę się, że Panna M. tak dobrze odebrała analizę - w końcu są one po to, by bawić I UCZYĆ, a nie być głównym punktem festiwalu szyderstwa ku uciesze gawiedzi.

"Dobrze napisany buc i cham może być ciekawszy od szlachetnego bohatera, w końcu nie bez przyczyny czarne charaktery zbierają zwykle liczne grono fanów.
ALE DO BIURWY NĘDZY, TEN CIUL NAWET NIE JEST DOBRZE NAPISANY!!!"
W moim odczuciu przeszedłby jako postać poboczna, która jest wrzodem na tyłku głównego bohatera, a w której życie emocjonalne narrator nie wchodzi. Ale jako główny bohater? Ani on zabawny, ani groteskowy, ani diablo inteligentny, ani przerażający, motywacji nie ma, stylu nie, kontrastu nie... To nastolatek (jak tu celnie nawiązano - kindermetal) w okresie buntu, dla niepoznaki przebrany za dorosłego mężczyznę robiącego w medycynie. No i jeszcze przedziwnie skonstruowana Konstancja, co wybucha płaczem na zebraniach, a potem tłucze dopiero co spotkane kobiety szpicrutą, co upiera się przy dobrym serduszku Czarka, a potem wykazuje się nie mniejszą bucerą niż on. Rozumiem, że kiedy się pisze do szuflady opko, w którym bohater nie boi się nikogo ani niczego i bezustannie pokazuje innym faka bez żadnych konsekwencji ze strony bezradnego z mocy ałtora otoczenia, to może to przynosić pewien rodzaj satysfakcji, ale jako czytelnik mam ochotę komuś przyłożyć. Jeżeli zachowania duetu Czarek-Konstancja nie zmierzają ku jakiejś przemianie czy nie doczekają się konsekwencji, to nic tej kreacji nie uratuje.

Dwie rzeczy mnie zastanawiają. "Panna Konstancja"? Czy dzieci nie powinny w tym czasie zwracać się do nauczyciela po nazwisku?

No i, co jak co, jedyny lekarz w okolicy to raczej postać ważna i znana, a choćby z widzenia - nawet biorąc pod uwagę, że do szkółki pomykały dzieci z dalszej okolicy. Aaaa, zresztą, po tej kreacji wsi nie w sposób czegokolwiek być pewnym.

Super, że autorka bloga zainspirowała się takim dziełem i postawiła sobie wysoko poprzeczkę - ale przy próbie jej przeskoczenia nogi sobie połamała. Nic nie wyszło w tej kontynuacji, ani bohaterowie (czy to z książki, czy nowi), ani język, ani świat przedstawiony, a fabuła - przynajmniej w tym odcinku - jest nędzna. Nie ukrywam jednak, że chętnie przeczytałabym coś innego autorstwa tej osoby za kilka lat.

Aha, prywata: jestem wielkim zwolennikiem szerzenia edukacji, w ramach studiów miałam wielokrotnie okazję pracować z dziećmi i ciśnienie mi skaczę, jak widzę, jak tu jest traktowana praca u podstaw. Grrrrr.

Analiza cudna, merytoryczna i bardzo zabawna! Mam nadzieję, że kolejny odcinek będzie na podobnym poziomie!

Z wyrazami szacunku
Kazik

Kazik pisze...

PS Z jakiego filmu o truposzach pochodzi gif?

Anonimowy pisze...

Nie,no,jestem w szoku,tego się nie spodziewałam.Ktoś pisze opka do Żeromskiego?!
Ja wolę Biebera...
Ale tekst "Casting do Avengersów piętro wyżej!" był cudowny.
Żeby temu bucowi szklane domy na łeb spadły.


Chomik

Niemand Imnetz pisze...

Ja tam uwazam, ze kreacja Cezarego Baryki jest bardzo udana. Przeciez on przez cala ksiazke byl takim wlaqsnie kindermetalem nie dajacym faka mniej wiecej od powrotu z wojny. Zostal zreszta wychowany na buca i rozpieszczany nawet w najtrudniejszych czasach. Pamietacie jego reakcje na porzucenie go przez Laure? Albo na otrucie Karoliny przez Wande? W pierwszym przypadku byl to foch obrazonego dzieciaka, w drugim zgorzknienie z powodu tego idiotycznego swiata. Do tego jego slomiany zapal polityczny. Autorka slusnie kreuje go wlasnie na taka postac. Cos z autorki bedzie, niech nie przestaje pisac!
A analizatorki niech nie przestaja analizowac. Opko tez musi miec jakis poziom, zeby analiza byla dobra.

Anonimowy pisze...

Ja to jestem ciekawa, co by wyszło, jakbyście analizowali samego Żeromskiego tudzież Sienkiewicza. Szczególnie nie wiedząc, że to wielki artysta jest. ;)

pozdrawiam
Anna

Panna M pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Panna M pisze...

Dlaczego odnoszę wrażenie, że jestem w pewnym sensie atakowana? Przeczytałam sobie teraz Wasze opinie na temat mojego opowiadania i po części nawet się z nimi zgadzam, wiem, że robię błędy, co widzę staram się poprawiać (nawet teraz siadłam i sprawdziłam wszystko jeszcze raz) Ale jestem tylko człowiekiem i fakt może powinnam oddać to opo do sprawdzeniu komuś kto się na tym zna, ale bloga już od dawna nie prowadzę więc... Mniejsza o to, bardziej martwi mnie inna rzecz: Zastanawia mnie dlaczego tak nisko oceniacie Barykę? Ja tam lubiłam bardzo i nadal lubię tę postać i wcale nie uważam go za "buca" czy dzieciaka, dla mnie zawsze był ( może zabrzmi to śmiesznie) nieszczęśliwym człowiekiem. Stracił matkę, ojca, potem doświadczenia wojenne również zrobiły swoje. Zachowywał się w taki a nie inny sposób, bo nie potrafił inaczej, bo nikt go nie nauczył. Rozpieszczany całe dzieciństwo, "uczepiony maminej spódnicy..." Raj, do momentu, aż ojciec, który był dla niego największym autorytetem musi iść na wojnę i to w momencie kiedy dorastający syn najbardziej zaczyna go potrzebować. Nieświadomie powoli doprowadza matkę do śmierci, i to te wszystkie wydarzenia sprawiają, że Cezary staje się w efekcie tym, kim się staje. A jego słomiany zapał polityczny to też nie do końca prawda, moim zdaniem on chciał dla Polski czegoś pośrodku, czegoś pomiędzy koncepcją Gajowca, a koncepcją Lulka - czyli po prostu kapitalizmu. Ale wiedział też, że w jemu współczesnych czasach nie będzie to możliwe, więc ostatecznie poddał się, czego dowodem jest ostatnia scena " Przedwiośnia", kiedy idzie w pochodzie robotników na Belweder, a to, że na samym końcu "Wyszedł z szeregu robotników" symbolizuje jego osamotnioną koncepcję Polski, powiedziałabym nawet, że jako osamotniony idealista decyduje się targnąć na swoje życie, tak jak mamy to przedstawione w filmie Bajona.
Na koniec dodam jeszcze tylko, że nie jestem i nigdy nie będę drugim Żeromskim, to opowiadanie miało być z założenia (i takie jest), jedynie luźnym nawiązaniem do powieści Żeromskiego, i na pewno nie miała być to jej kontynuacja jak chcieliby niektórzy. Na polityce się nie znam, więc postawiłam sobie za cel ukształtowanie psychologicznych sylwetek bohaterów. I wydaje mi się, że w jakimś stopniu nawet mi się to udało, biorąc pod uwagę Wasze burzliwe reakcje. :)- Panna M.

bezsenna pisze...

A dobrze tak temu Żeromskiemu, za te wszystkie męki, które ufundował bohaterom i czytelnikom! Reguły języka - prawda - znał i umiał stosować, ale poza tym to straszny był z niego pisak.

Anonimowy pisze...

Autorko droga, Baryka u Żeromskiego, owszem, był taki, jakim go przedstawiasz w komentarzu. W Twoim opowiadaniu jest po prostu dziecinnym, chamowatym, egocentrycznym do śmieszności bucem, w dodatku głupim jak noga od stołu. Tak samo skonstruowałaś Konstancję Opolską. Nie ma w nich ani jednego pozytywnego rysu. Naprawdę tego nie zauważyłaś, ani podczas pisania, ani teraz?

Lili

Panna M pisze...

Droga Lili.
No cóż, takie jest Twoje zdanie i szanuję je, ale znam też opinie innych osób odnośnie mojego opowiadania, którzy w Konstancji i Cezarym dopatrują się czegoś więcej prócz zwykłej powierzchowności.

Eire pisze...

Nareszcie ktoś, kto podszedł do Baryki inaczej niż z długim kijem :)
Ja też lubię "Przedwiośnie" i uważam że przy dobrym omówieniu można z niego wiele wynieść. Baryka to podręcznikowy przykład nastoletniego angstu, co chciałby na barykady, ale szkoda mu tyłka ruszyć z łóżka.
Czy był skrzywdzony- pewnie, ale kto z jego pokolenia nie był? I tak miał kolosalne szczęście- mamusia zarobiła na jedzenie, ktoś wetknął ratujący życie dokument, dotarł do Polski, znalazł kolegę matki co pomógł mu się urządzić i zaczepić na poziomie może niskim, ale dającym pewne perspektywy. Nie trafia w próżnię, nie zaczyna od zera. O ile lepiej niż taka Karolina, co żyje na łaskawym chlebie.
I gdzie go te doświadczenia zaprowadziły? Niby by chciał politykować, ale tu bogaty kolega tu romans z Laurą. Karolina obchodziła go tyle, ile zeszłoroczny śnieg, a scena na cmentarzu to typowy przykład bucery, "co złego to nie ja". Ładnie go podsumował kolega, mówić, że chciałby bawić się w Tołstoja. Chłopie, weź się w garść!

Co do samego opowiadania- Baryka jest nudny i niesympatyczny. Nawet nie ruszył się względem tamtych wydarzeń, a cofnął, to już nawet nie jest nastoletnie emo.
To co natomiast bardzo mnie razi to realia. Naprawdę, trzeba sprawdzać, sprawdzać sprawdzać. Chociażby ta kareta, które wtedy dawno już należały do przeszłości- to nie synonim powozu, ale konkretny pojazd o określonej budowie i celu. Wówczas praktycznie zastąpiony przez samochody i kolej. Laura rozstaje się z mężem hop, siup bo długi spłaciła? W XX leciu wymagało to kasy, znajomości i wielu podchodów w tym wywlekania brudów i jednak zawsze wiązało się ze skandalem, zwłaszcza wśród konserwatywnego ziemiaństwa. Prędzej widziałabym męża w podróżach i romans na boku.
Gdzie dzieje się akcja? Bohaterowie ni to ziemiaństwo, ni to chłopi, ni małe miasteczko.
Natomiast realia medyczne- ok, na tym polegają najwięksi, ale kiedy dostałam fragmenty nawet nie wiedziałam jak się za to zabrać i co właściwie miałaś na myśli.
Nie jest tak źle, dobrze, że widzisz swoje błędy, ale trzeba sporo pracy.
Pozdrawiam
Eire

murhaaja pisze...

No cóż, skoro powstały już książki takie jak "Opowieść zombilijna", "Duma, uprzedzenie i zombi" czy właśnie "Przedwiośnie żywych trupów", to mnie już nie dziwi, że się komuś zachciało pisać opko/fanfica na podstawie "Przedwiośnia", choć podziwiam, że się chciało w ogóle, ja tej książki zdzierżyć nie mogłam.
Niemniej jednak, jakby autorka nie broniła tu swoich głównych bohaterów, one naprawdę się zachowują jak rozpieszczone 13-latki i to jest masakra.
Skwiczałam się nieźle tak czy siak, analiza bardzo miodna, a fragment o niedoszłej samobójczyni mnie zabił :D Zwłaszcza to "przyszła do mnie w odwiedziny i chyba ją zabiłam" xD

Anonimowy pisze...

O powierzchowności ani Baryki, ani Konstancji akurat zbyt wiele się nie dowiedzieliśmy ;) Oboje natomiast są tak krańcowo antypatyczni, że z ulgą się z nimi rozstałam. Opinie rodziny i koleżanek traktowałabym zaś raczej ostrożnie...

Lili

Panna M pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Panna M pisze...

W porządku, przynajmniej jesteście szczerzy, a ja jestem beztalenciem Skoro jest to aż tak beznadziejne opowiadanie, no cóż... no to w takim razie nie pozostaje mi nic innego jak się go pozbyć.Uznaje krytykę, ale konstruktywną, a tutaj o takiej nie może być mowy. Ciekawe czy tak samo postąpiły wszystkie inne autorki zanalizowanych wcześniej opowiadań, bo jeśli tak to im się wcale nie dziwie.Zastanawiam się tylko czy kiedykolwiek próbowaliście cokolwiek napisać zamiast tylko się z ludzi naśmiewać. Jeśli celem tego bloga jest ustawiczne wyśmiewanie ludzi, to gratuluję, bo naprawdę świetnie Wam to wychodzi. - Pozdrawiam.

Maria pisze...

Nie no, niech autorka nie pozbywa się tych opowiadań! Troszkę dystansu :)

Anonimowy pisze...

Ktoś prosił o aŁtoreczkowego focha? Taki piękny, klasyczny.
Analizatorzy powinni stworzyć podstronę z odpowiedziami na najpopularniejsze zarzuty bo to się trochę nudne robi. ;)

Koyomi

Panna M pisze...

To nie jest żaden foch tylko po prostu jest mi przykro. Bo ileż można czytać, o tym, że ma się beznadziejnego bloga. Ja naprawdę nie mam nic przeciwko krytyce, ale powtórzę raz jeszcze konstruktywnej. Wiele razy już zostałam skrytykowana, w różny sposób, ale nikt nigdy nie był dla mnie... A zresztą, zrozumcie wreszcie, że to NIE jest Żeromski, a ja nie jestem jakąs jego inkarnacją. Opowiadanie powstało z czystej sympatii do Baryki, tak po prostu. I wierzcie mi, potrafię się zdystansować, ale wszystko ma swoje granice.

Babatunde Wolaka pisze...

Szkoda, że blog znikł... Nikt go tu nie nazwał beznadziejnym, a wręcz przeciwnie, kilka osób stwierdziło, że pomysł wyjściowy był niezły. Stylizacje na żeromszczyznę, choć nie dorównywały oryginałowi (mówi to człek, który przeczytał powieści Stefana Ż. spoza kanonu lektur, bo mu się styl perwersyjnie spodobał), to jednak były miejscami dość smakowite.

"Uznaje krytykę, ale konstruktywną, a tutaj o takiej nie może być mowy."
Czy tylko mnie się wydaje, że w tym zdaniu konstruktywna = pozytywna?

"Zastanawiam się tylko czy kiedykolwiek próbowaliście cokolwiek napisać zamiast tylko się z ludzi naśmiewać."
Ten "argument" to ma taką brodę, że hej!

"A zresztą, zrozumcie wreszcie, że to NIE jest Żeromski, a ja nie jestem jakąs jego inkarnacją."
A ktoś twierdzi, że tak jest?

"Jeśli celem tego bloga jest ustawiczne wyśmiewanie ludzi, to gratuluję, bo naprawdę świetnie Wam to wychodzi."
Nie. Celem tego bloga jest wyśmiewanie UTWORÓW, a nie ludzi. To różnica zasadniczo podstawowa. Pozdrawiam!

Rufus pisze...

Panno M, czy mam wydrukować i wysłać ci na papierze komentarze spod szyldu "kupilibyśmy tych bohaterów, gdyby nie parę szczegółów"? Raczej zachęcano cię tu do paru poprawek, nikt nie wyzywał od beztalencia i nie spisał na straty. I nie, nie wszyscy autorzy poszli angstować w kąt, uwierz, że zdarzają się ludzie z dystansem do swojej twórczości i poczuciem humoru. ;)

Nie. pisze...

Autorko, ja proszę, abyś nie usuwała bloga. To, że trochę nie wyszła Ci kreacja postaci - co, powiedzmy, łatwe nie jest, jeśli bazujesz na stworzonych już bohaterach - a ktoś Ci to wypomniał, to nie oznacza od razu , że jesteś beznadziejnym beztalenciem odartym z jakiejkolwiek godności przez jedną analizę. Masz bardzo ładny styl pisania i powiem szczerze, że chętnie przeczytałabym jakieś inne teksty twojego autorstwa, bo opowiadanie ma swój urok - co by nie mówić. Dlatego nie obrażaj się i nie zniżaj do poziomu niektórych Ałtoreczek pokroju na przykład tej z ostatniej analizy... Face your problems head on i pisz dalej! :)))

Niemand Imnetz pisze...

Glowny bohater bedacy skonczonym sukinkotem to calkiem niezly pomysl. Co do samego ksiazkowego Baryki, smutne doswiadczenia w zyciu wydaja sie go niczego nie uczyc. Ma zadatki na lekarza-egoiste-buca z opka. Tylko ten poziom bucery nieco za wysoki. Mozna by to jakos uzasadnic, wrocic do ozmyslan z przeszlosci, ktore uczynily z niego takiego buca.

Nie wiem, jakbym zachowala sie, gdymy to mnie zanalizowala Armada :) Krytyka nigdy nie jest mila, ale bywa pozyteczna. Szacun dla ciebie M., ze zechcialas zastanowic sie nad szkolna lektura (i nawet ja przeczytalas, ale do matury to polecam klucze odpowiedzi). Pisz dalej.

Co do polityki: Gajowiec byl socjaldemokrata. Lulek byl leninista. Jezeli pomiedzy leninista a socjaldemokrata znajduje sie kapitalista, to ja pisze ten komentarz na kapuscie. Czego was teraz w tej szkole na WOSie ucza...

Disai pisze...

Przyznam, że opko bardzo się wyróżnia - na korzyść, zarówno dla analizatornii (ile można czytać o 1D, JB czy Naruto), jak i autorki. Przy czym uwaga dla Panny M - proponuję autokorektę, podszkolenie trochę interpunkcji, gdyż jak na ten wiek (zakładam, że gimnazjum albo liceum - za stara jestem, a szukać mi się nie chce), to błędy są wprost karygodne.
Poza tym opowiadanie i tak trzeba pochwalić, nie jest wcale tak źle - co prawda bohaterowie są okropnie antypatyczni i płascy (niestety, ale stwierdzenia a'la "zabijasz się mnie na złość" są strasznie bezsensowne i nawet chyba największy gbur złapałby się na swej gburowatości), zaś niektóre sceny jakby wycięte z Mody na Sukces (czyt. kłótnia z Konstancją, bójka) ale każdy od czegoś zaczynał, z tego się wyrasta.
Autorko, idziesz w dobrym kierunku :) Nie przejmuj się tak tutejszymi ocenami, każdy ma prawo do swojej opinii i nikt nie zabroni Ci pisać, a jeżeli sprawia Ci to przyjemność...

Anonimowy pisze...

Konstancja się pod koniec tego opka zachowuje jak rasowa yandere...

Anonimowy pisze...

Muszę przyznać, że uwielbiam analizy opek osadzonych w ''konkretnej'' przeszłości - nie żadne tam pseudośredniowiecze czy inne nie wiadomo co. Można naprawdę sporo z nich wynieść i dowiedzieć się nie suchych faktów, ale zaczerpnąć ówczesnego życia codziennego. Z tego powodu wielbię analizy 133, 134, 210, no i tę.

Inga

Niemand Imnetz pisze...

Tak a propos Przedwiosnia, dokladnie szklanych domow:

https://www.youtube.com/watch?v=qx-mMQl5wY8

Co do Marylki: Piatek pisal w jednym ze swoich felietonow na Krytyce Politycznej, ze wziela pewnego dnia dawke opium trzy razy wieksza od smiertelnej. Przezyla. Piatek stawia na wieloletnie zazywanie i uodpornienie organizmu.

Anonimowy pisze...

I jeszcze jedno - spróbuj tworzyć fabułę, czyli ciąg przyczynowo-skutkowy, a nie serię kolejnych obrazków, nijak ze sobą niepowiązanych. Przykład? Cezary brutalnie (moim zdaniem zbyt idiotycznie, zwłaszcza na tamte czasy) odrzuca miłość Elwiry. Potem mamy samobójstwo jakiejś Emilii, która z nudów się zabija. Hm... pomyśl - przecież te dwie sceny można było połączyć fabularnie. Odrzucona miłość i dziewczęca "zemsta" na zasadzie "zabiję się, zobaczysz!". Podobnie mogłabyś wykorzystać fakt, że marzenia i idealizm rozbijają się gdy próbuje się je realizować. Mam na myśli Konstancję i jej deklaracje o konieczności oświaty najuboższych, a potem przerażenie jak naprawdę wygląda praca z analfabetami w wiejskiej szkółce.

Jasza

Anonimowy pisze...

Droga Autorko, rozumiem, że Ci przykro, ale... Twoja praca nie jest zła - jest niedoskonała (co oczywiste, bo dopiero zaczynasz), ma sporo braków, sporo nadużyć, błędy językowe, faktograficzne itd, ale TO NIE JEST ZŁE. A że Armada 'się nabija' - a bo od tego jest!!!Przede wszystkim - masz fajny pomysł i to trudny: napisać dalsze losy postaci znanej, przewałkowanej od pokoleń. Jedno, co mogę na pewno zarzucić: niechlujstwo interpunkcyjne, czasem stylistyczne, i brak zaglądania do słownika. A to akurat najłatwiej wyeliminować - po prostu 'przysiąść' i posprawdzać dwa, trzy razy przed wysłaniem. Konstruowanie postaci, fabuły, pisanie dialogów - to są naprawdę trudne sprawy, i naprawdę mało kto potrafi to robić dobrze ot tak z siebie, to się ćwiczy latami, jak grę na fortepianie przed pierwszym publicznym występem. Zatem: głowa do góry, długopis i słownik w dłoń - i pisać, pisać, pisać!!!!

z pozdrowieniami
Guineapigs

Anonimowy pisze...

Popieram Guineapigs: Panno M , nie zniechęcaj się! Jesteś na dobrej drodze, jeśli chodzi o pisarstwo.

Inga

klawiatura_zablokowana pisze...

Jak zobaczyłam "Przedwiośnie", to się lewą nogą przeżegnałam, ale czytało się lepiej niż 99% analizowanych tu tekstów. Dlaczego? Bo w tym opku coś się dzieje, a postacie mają jakieś cechy. Fakt, że jest to jak na mój gust bardzo przerysowane, ale to się dostrzega z perspektywy właśnie - na miejscu autorki przeczytałabym ten tekst za kilka lat, wtedy będzie widać, że postacie są karykaturalne. Tego się w wieku nastu lat nie czuje, serio.

A co do opka, genialnie sprawdzałoby się jako parodia Żeromskiego :)))

Panna M pisze...

No tylko, że ja nie mam nastu lat, ale to tym bardziej teraz wiem, że to opo mi po prostu nie wyszło i tyle. Usunęłam, bo teraz widzę, że ono faktycznie było kiepskie. No dobra nie wyszło mi okej. Przyznałam się, więc nie ma powodu więcej się nad tym rozwodzić, zresztą bloga już i tak nie ma więc spoko. Piszę od prawie 9 lat i to jedyne tak kiepskie opo w moim wykonaniu. W sumie już w pierwszych rozdziałach czułam, że to nie to co chciałam osiągnąć i miałąm ochotę usuwać. Chyba lepiej czuję się w zupełnie innej tematyce. Tyle ode mnie.

KlaŁn Szyderca pisze...

Panno M. ćwicz, ćwicz i rozwijaj warsztat. Masz potencjał, co wielu komentatorów przyznaje. Zderzenie z analizatornią bywa bolesne, ale może być przekute na duży pożytek nie, mylić z porzytkiem. Były już osoby które zaczynały od bycia zanalizowanymi i po pierwszym nieprzyjemnym szoku weszły z ekipą Waazona w niezłą komitywę, co na dobre wszystkim wyszło.

Anonimowy pisze...

zastanawiam sie tylko, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że za DOBRZE NAPISANY scenariusz do - nawet - filmu kat. 3 w Hollywood mogłabyś żyć w Polsce (plus twoje progenitury do entego pokolenia) jak przykładowa bułka w maśle? Napisanie scenariusza czy dialogów - to wielkie wyzwanie, czasami za dwie linijki tekstu mają więcej, niż górnik za 10 lat fedrowania.

Anonimowy pisze...

Kazik, bo odpowiedź chyba do tej pory nie padła, z tego co kojarzę, ten gif pochodzi z filmu World War Z.

Pozdrawiam

Niemand Imnetz pisze...

Ale mnie nadal ciekawi ten kapitalizm jako zloty srodek pomiedzy socjaldemokracja i leninizmem! Panno M, powiedz, skad takie cudo wytrzasnelas? Chce tylko wiedziec, nie bede sie nabijac! Jezeli jednak odpowiedzi nie uzyskam, napisze fanfika do twojego opka. Bedzie o Cezarym wprowadzajacym zdrowa gospodarke kapitalistyczna do przedwojennej sluzby zdrowia.

Panna M pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Panna M pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Panna M pisze...

Zwykła analiza psychologiczna i analiza poczynań bohatera. Jak wszyscy wiemy on cały czas się miotał, był niezdecydowany, bo nie pasował mu ani Gajowiec, ani Lulek. Ale czegoś przecież dla tej Polski chciał inaczej nie wdawałby się z nimi w dyskusje. Spierał się z Gajowcem, ale Lulkowi też się potrafił postawić ( zebranie komunistów)I może był narwany, ale w sumie chciał dobrze i gdyby rzeczywiście był takim bucem to nie byłoby mu przecież żal tych ludzi w Chłodku. Tak mi się po prostu wydaje, chciał dobrze tylko, że żeby coś osiągnąć trzeba dogadywać się z ludźmi, a on tego najnormalniej w świecie nie potrafił dotknięty przez wydarzenia z przeszłości.Moim zdaniem on naprawdę czegoś chciał dla tego kraju, ale gdy zobaczył co się w tej Polsce dzieje po prostu jako niespełniony idealista ( ja przyznaję rację Bajonowi) poszedł pod Belweder z myślą samobójstwa. Ja przynajmniej tak uważam i sądzę, że to wszystko naprawdę trzyma się kupy, choć oczywiście wiem, że niektórzy nadal będą w nim widzieć tego dzieciaka, którym był jeszcze na początku książki.

Panna M pisze...

A poza tym po co Cezary miałby rozmawiać z Gajowcem i potem z Lulkiem o polityce, jeśli nie miałby żadnej koncepcji dla Polski to to nie miałoby sensu. Musiał jakaś mieć skoro z nimi gadał i został z nimi zestawiony w sprzeczności. Żeromski nie bez powodu zrobił taki "trik" w postaci Baryki, rozczarowany niepodległością, chciał żeby do ludzi coś dotarło i żeby zaczęli działać, bo inaczej wszystko stracą. Głos Baryki, był tak naprawdę głosem zawiedzionego odzyskaną Polską autora. :)

Ewa V pisze...

Autorko szkoda, że usunęłaś bloga. Jeśli się tu rozejrzysz, to zobaczysz,że w przeszłości pojawiły się nawet analizy powieści, które zostały napisane przez znanych autorów. Więc,to żaden wstyd, że Twoje opowiadanie zostało tu zanalizowane. Poza tym, na tle innych opowiadań Twoje wypadło całkiem nieźle :)

Anonimowy pisze...

Anna: "Ja to jestem ciekawa, co by wyszło, jakbyście analizowali samego Żeromskiego tudzież Sienkiewicza. Szczególnie nie wiedząc, że to wielki artysta jest."

Sienkiewicz/Żeromski jako przykłady "wielkich artystów"? No, bez żartów. Sam Bolesław Prus określił Sienkiewicza jako "pierwszorzędnego pisarza drugiego sortu" i faktycznie zasłynął on najbardziej jako twórca dostarczający prostej, nieskomplikowanej rozrywki. Żeromski dla odmiany konsekwentnie starał się poruszać ówczesne problemy społeczne, ale robił to w sposób niestrawny, nawet dla wielu ludzi z epoki, a dla obecnego czytelnika już zupełnie. Marek Hłasko wspomina w "Pięknych dwudziestoletnich", jak to dostał kiedyś książkę Żeromskiego, otworzył w losowym miejscu, przeczytał zdanie "Śnica zapuścił sępie spojrzenie swoich źrenic w jej duszę", wybuchnął śmiechem i poszedł opchnąć ją na tanich jatkach.

Anonimowy pisze...

Panno M., nie ważne, ile masz lat, na pisanie nigdy nie jest za późno. Co innego, jakbyś chciała zostać baletnicą albo skoczkiem narciarskim - to wtedy, faktycznie, wiek ma znaczenie (każdy fizjolog ci to powie, nie są to żadne dla medyka arkana). I nie pisz, że 'ta tematyka' Ci 'nie leży', że się 'w niej nie czujesz'. Moim skromnym zdaniem - to nieprawda. Tyle tylko, że - ponieważ nie żyjesz w tych czasach, które opisujesz - musisz sporo poczytać. Możesz np. pójść do czytelni i wybrać sobie czasopisma z tamtych lat. Znaleźć na YT filmy, wyszukać w bibliotece książki. Na pewno polecam Ci Dołegę-Mostowicza, autora 'Nikodema Dyzmy' i 'Znachora' [albo 'Doktora Wilczura - juz nie pomnę paczpani] I jeszcze, moim zdaniem, jeśli piszesz o ludzkich uczuciach i namiętnościach - to ważne jest, by poczytać także prace psychologiczne na ten temat (jest taki autor, chyba nazwisko Wojcieszke, on pisze książki nt. uczuć i związków, niby psychologiczne - ale akurat pisze tak, że 'zwykły Kowalski' jest w stanie zrozumieć). Na koniec dodam anegdotkę (czy prawda, czy tzw. urban legend - pojęcia nie mam): otóż Dama, której nazwiska nie pamiętam, postanowiła napisać dalsze dzieje Scarlett O'Hary. Co w związku z tym zrobiła? Ano, zaczęła przepisywać ręcznie, długopisem, 'Przeminęło z wiatrem' po to, by jej umysł nasiąknął tym konkretnym stylem. Książka i film, o bodajże tytule 'Scarlett', cieszyły się wielką sympatią fanów 'Przeminęło z wiatrem' - a to naprawdę sukces zważywszy na fakt, że 'Przeminęło z wiatrem' ma fanów gotowych zabić za złe słowo o autorce czy książce. A zatem: może warto przepisać 'Przedwiośnie' i po tym napisać dalsze dzieje Cezarego? W każdym razie i do adremu: popracuj, a będziesz dobrą pisarką, Twoje odpowiedzi nt. Baryki i polityki naprawdę są inspirujące, a jakbym była Twoją Panią Od Polskiego czy WOSu to bym Ci postawiła 'szóstkę' za sam fakt zainteresowania się czymś więcej, niż tylko 'co w podręczniku stoi'. Szukasz, kombinujesz, myślisz - to cenne.

Z pozdrowieniami i NACISKAMI NA PISANIE

Guineapigs

Niemand Imnetz pisze...

Nie wydaje mi sie, by Cezary szczerze zalowal ludzi w Chlodku. Jezeli zebral sie na refleksje, wszystkie byly bardzo przelotne i plytkie. Jedyne wydarzenie, ktore wydawalo sie cos zmieniac, to spacer po ulicach Warszawy i konfrontacja z rzeczywistoscia. Po tym wstrzasie system wartosci Cezarego mogl ulec radykalnej zmianie. I to jest faktycznie dobry punkt wyjsciowy dla ciagu dalszego.

Tylko dlaczego kapitalista, ja sie pytam, droga M.? Abstrachujac od faktu, ze kapitalizm to nie idea polityczna, tylko forma gospodarki, to opcji do wyboru bylo duzo. Cezary mogl zostac rojalista, wspierac poczatki faszyzmu, liberalem, libertarianinem, anarchista albo chociaz tradycyjnym konserwatysta. Cezary jako liberal (owczesny wielbiciel wolnego, nieregulowanego rynku) ma potencjal. Tyle ze taki Cezary mogl odwiedzac zebrania leninistow najwyzej jako szpicel. Opkowego Cezarego widze raczej politycznie jako konserwatywnego mlodego hipokryte, zblazowanego i znudzonego, z checi strollowania leninistow pojawia sie regularnie na zebraniach.

A Zeromski to wybitny pisak byl. Nuda i patetyzm az sie wylewaja z jego ksiazek. Sienkiewicza mianuje krolem pisakow epoki, nigdy nie zapomne jego Gary Stu pana Wolodyjowskiego i reszty cudownych, wszystko umiejacych i ojakzepieknych bohaterek i bohaterow! A Quo vadis zamierzalam z bratem zanalizowac. Obydwoje jestesmy zniesmaczeni jego naginaniem faktow historycznych do swoich potrzeb.

Babatunde Wolaka pisze...

Z opka wyłania się raczej wizja Baryki jako zwolennika lenizmu połączonego z leseryzmem.

Anonimowy pisze...

A tak na koniec mi się skojarzyło: czy znasz słuchowisko 'Rycerzy Trzech'? To taki archeo-fanfik nt. Trylogii Sienkiewicza, do znalezienia na YT. Moje pokolenie się na tym chowało ('powtórka z rozrywki' - brand niewymagający reklamy). Może spróbowałabys zrobic cos podobnego z Żeromskim? Okej, ja wiem: poprzeczka wysoko i tak dalej, ale nawet 'klawiatura zablokowana' zauważyła, że możesz spróbować. Co prawda, pisanie tekstów satyrycznych to chyba najwyższa próba, ale tak opisałaś Cezarego z przyległościami (szczególnie Cezary jako nauczyciel), że może warto, byś o tym pomyślała? Tylko więcej dystansu, więcej dystansu!!! A na koniec, chociaż może nieładnie i nie fair wobec Innej Osoby: twoje opowiadanie jest lepsze i bardziej erotyczne niz książka Pani Felicjańskiej, wydana drukiem.

z pozdrowieniami i naciskami na pisanie
Guineapigs

Panna M pisze...

Guineapigs dziękuję Ci bardzo za ciepłe słowa. :)Na pewno skorzystam z Twoich rad i wiem, że to mogło wyglądać wcześniej jak jakiś foch z lekka infantylnej małolaty, ale po prostu było mi przykro i to nie tak... Co poradzę, że niektóre opinie wydały mi się troszeczkę złośliwe. Takie jest moje odczucie i przepraszam jeśli kogoś tym uraziłam. Mam dystans uwierzcie, gdybym go nie miała, to bym teraz z Wami nie dyskutowała. Bloga usunęłam, bo faktycznie był słabawy i w moim mniemaniu nie dorównywał poziomem moim wcześniejszym tworom.(bo potrafię pisać lepiej, uwierzcie) I może kiedyś napiszę jeszcze coś podobnego,nie wiem. Teraz jestem pochłonięta nieco inną tematyką. A co do Baryki ( Baryki u Żeromskiego)to nadal będę obstawała, że to był jednak niespełniony zwolennik kapitalizmu. :) Pozdrawiam.

Leleth pisze...

"Książka i film, o bodajże tytule 'Scarlett', cieszyły się wielką sympatią fanów 'Przeminęło z wiatrem' - a to naprawdę sukces zważywszy na fakt, że 'Przeminęło z wiatrem' ma fanów gotowych zabić za złe słowo o autorce czy książce." Eee... nope. Tak się składa, że Przeminęło to jest jedna z moich ulubionych książek. Siedzę trochę w środowisku i jeśli fani nie hejterzą tego "dzieua" to tylko dlatego, że nie mogą przez śmiech. O tym, jaka ta książka (i film też) jest denna, jak gwałci jakąkolwiek logikę, psychologię postaci i realia epoki, mogłabym napisać pracę doktorską. A styl nie ma absolutnie nic wspólnego z Mitchell, serio. Tym bardziej współczuję autorce daremnych wysiłków.

Anonimowy pisze...

@Niemand Imnetz: "Ale mnie nadal ciekawi ten kapitalizm jako zloty srodek pomiedzy socjaldemokracja i leninizmem! Panno M, powiedz, skad takie cudo wytrzasnelas?"

Autorka trzasnęła już trzy komentarze, z których mniej więcej wyłania się odpowiedź "nie mam bladego pojęcia, czym te trzy rzeczy różnią się od siebie".

Cezary Baryka na jakimś etapie mógłby zostać zwolennikiem kapitalizmu - czemu nie, ale na pewno nie dlatego że jest to doktryna leżąca "pomiędzy socjaldemokracją a marksizmem leninizmem". Nie bardzo nawet wiem, co mogłoby znajdować się pomiędzy tymi dwiema opcjami (bezideowy anarchista? umiarkowany rewolucjonista? serio, nie mam pomysłu)

Mógłby na przykład pójść drogą, którą propagowała później Ayn Rand - uznać, że tylko wybitne jednostki są w stanie zmienić świat i pociągnąć za sobą innych, a kapitalizm oferuje im najlepsze warunki rozwoju. Mógłby uwierzyć, że brak regulacji rynku spowoduje szybszy rozwój gospodarki, co poprawi los wszystkich obywateli kraju (tzw. trickle down). Mógłby popierać kapitalizm jako najbardziej przyjazny dla specyficznie rozumianej "wolności osobistej". Wszystkie te trzy poglądy już dawno ukazały swoje słabości, ale wielu ludzi wciąż wierzy w nie bezkrytycznie, więc tym bardziej mógłby w to uwierzyć młody Baryka w międzywojniu.

Ale, na Bora Zielonego, autorko, nie pisz takich rzeczy jak to, że "kapitalizm to złoty środek między socjaldemokracją a leninizmem", bo mnie przerażasz. Jeśli chcesz pisać cokolwiek o polityce (zwłaszcza w innej epoce) to poczytaj na temat ówczesnej sytuacji i różnych poglądów na sprawy społeczne/gospodarcze, co proponowały, czym się różniły od siebie, jakie miały poglądy na te same problemy, itd. a nie oznajmiaj radośnie, że Ci ten kapitalizm wyszedł "ze zwykłej analizy psychologicznej".

Panna M pisze...

Ale ja przecież wyraźnie zaznaczyłam, że są to tylko moje przemyślenia dotyczące Baryki nie poparte żadną analizą literatury. (Choć może i w literaturze zwolennicy mojej teorii też by się jacyś znaleźli.) A jeżeli ktoś pytał, to po prostu po ludzku odpowiedziałam. I wiem doskonale "czym te trzy rzeczy różnią się od siebie", głupia nie jestem.

Anonimowy pisze...

Szczerze? Najgorsze opko ever! Nawet fanfici a la seksy niepełnoletnich przy tym to poezja! "Przedwiośnie" przerabiałam w ostatniej klasie LO, ale mam wielką nadzieję, że "lubiąca retro" aŁtorka ma mniej niż 18 lat. Analiza natomiast przecudna. Podziwiam, że analizatorzy byli w stanie przez to przebrnąć. Koszmarna historia, fatalni bohaterowie (a raczej ich fanficowe wersje). Oby za parę lat aŁtorka płonęna rumieńcem na samo wspomnienie tych bzdur!

Anonimowy pisze...

Panna M: "I wiem doskonale "czym te trzy rzeczy różnią się od siebie", głupia nie jestem."

No dobrze, masz okazję udowodnić, że nie.
Sama we wcześniejszym komentarzu określiłaś kapitalizm jako "coś pośrodku, coś pomiędzy koncepcją Gajowca, a koncepcją Lulka". Jakie cechy kapitalizmu sytuują go właśnie pomiędzy tymi dwiema koncepcjami? Jeśli używasz słowa "pomiędzy", to znaczy że umieszczasz pojęcie "kapitalizm" na jakiejś osi, jakimś kontinuum idei. Kapitalizm, Twoim zdaniem, łączy zatem pewne cechy obu tych doktryn i ja chciałabym wiedzieć, które konkretnie.

Napisałaś też:
"Ale wiedział też, że w jemu współczesnych czasach nie będzie to możliwe"

Co nie będzie możliwe - kapitalizm? To jaki ustrój społeczno-gospodarczy panował, Twoim zdaniem, w międzywojennej Polsce?

Anonimowy pisze...

Anonimy, podpisywać się!

Inga

Mroczny Melonik pisze...

Proponuję wam analizę bloga ;) Pomysł akurat nawet ciekawy, ale wykonanie...
http://angrl-of-love.blogspot.com/
Tematyka Gwiezdne Wojny. Tego chyba jeszcze nie mieliście, więc myślę, że będzie to miła odmiana ;)

Panna M pisze...

Chodziło mi o to, że Baryka w swojej koncepcji chciał dla Polski tego co mamy obecnie. A mamy kapitalizm, prawda? I w sumie w międzywojennej Polsce też on funkcjonował, ale to był taki raczej kapitalizm - nie kapitalizm. Powiedziałabym takie jego zalążki, bo przecież z jednej strony był nieudolny rząd, a z drugiej komuniści, którzy chcieli opanować Polskę. I Cezary owszem popierał działania rządu, ale uważał je za zbyt opieszałe i wymagające pewnych poprawek, wiedział, że w Polsce trzeba natychmiastowych zmian, bo inaczej wszystkie dotychczasowe działania i odzyskana niepodległość pójdzie na stracenie. Ale widział też pewnego rodzaju potencjał w komunizmie, czy ściślej, w pewnych jego aspektach takich jak równość obywateli na przykład. Oczywiście nie pochwalał tutaj zabawiania się swoich dawnych kolegów w Robin Hooda, ale niektóre jego hasła wydawały mu się godne uwagi,a przede wszystkim wcielenia w życie. Zdawał sobie sprawę, że gdyby zaczerpnąć po trochu z obu tych idei, to wówczas można by wreszcie coś sensownego osiągnąć, ale był też świadom, że aby coś takiego w ogóle weszło w życie potrzeba czasu, bo obecnie ani jedna, ani druga strona ( Gajowiec, Lulek)nie będzie w stanie ustąpić.
Tak jak pisałam wcześniej, są to tylko moje osobiste analizy i przemyślenia i oczywiście nie muszą być zgodne z rzeczywistością. Po prostu pomyślałam i wymyśliłam coś takiego. :) Czy to jest prawda? Nie wiem, ale według mnie rzuca nowe światło na postać Baryki. A poza tym, nikt chyba jeszcze nie zabronił myśleć.:))
Anonimie dtrogi, muszę Cię zmartwić, bo mam więcej niż 18 lat ( konkretnie 21) i naprawdę zdaje sobie sprawę, że to konkretne opowiadanie nie wyszło mi najlepiej. Zresztą w pierwotnym zamyśle miało być ono o wiele lepsze. Konstancja miała być z Cezarym i razem meli starać się wcielić w życie idealistyczną wizję Polski Seweryna. Jednak w trakcie pisania ta koncepcja mi się posypała i chcę to zmienić, zacznę wszystko od początku i mam nadzieję, ze teraz wyjdzie mi to lepiej. Teraz piszę inne opowiadanko, też ff, ale bardziej współczesne. A tych, którzy nie spisali mnie na straty i widzą we mnie jakąś nadzieję serdecznie zapraszam tutaj:http://nie--codziennik.blogspot.com/2013/07/zaczarowane-opowiesci-aromat-smierci.html To jest jednoczęściowe opowiadanko, w podobnym klimacie co "Przedwiośnie". To, że błędy tam są to się domyślam, już wynajęłam betę, która będzie w stanie je wyeliminować we wszystkich moich opo) chcę po prostu żebyście mi powiedzieli czy sama historia jest znośna. Pozdrawiam i czekam na opinie. :)

Eire pisze...

Cezary to chciał szklanych domów na srebrnej tacy z zasmażką, a nie kapitalizmu. Cokolwiek, byleby TERAZ, bo na tyle starczało mu pary. I trzeba oddać to Żeromskiemu, że doskonale uchwycił ten nastoletni angst, kiedy chce się iść na barykady, albo siąść i płakać. Byleby nie przeciągać struny, nie bez powodu romantykiem wypada być do trzydziestki a potem umierasz albo nabierasz rozumu.
Kapitalizm nie kapitalizm? Zalążki? Toż po I WŚ mieliśmy kapitalizm pełną gębą, gdzie pan przedsiębiorca mógł pracownika wywalać jak mu się spodobało na zbity pysk, a rząd ledwie posklejany był za słaby, żeby zrobić cokolwiek. Ziemię Obiecaną przerobiliśmy w tę i nazad.
Wiesz, niby nikt nie zabrania myśleć- ale w brew temu co twierdzą piewcy niewkuwania do myślenia trzeba mieć podstawy. W tym wypadku jakąkolwiek wiedzę o realiach, której zwyczajnie brakuje i znajomość postaci. Bo ja mogę napisać, że Książę Genji był rewolucjonistą uwięzionym w sztywnych ramach epoki, a trzęsienie ziemi jakie nastąpi to Murasaki Shikibu przewracająca się w grobie.

ML pisze...

No, wreszcie jakaś odpowiedź. Jedziemy z tym koksem.

Panna M: "Baryka w swojej koncepcji chciał dla Polski tego co mamy obecnie."

To znaczy czego? Tylko nie powtarzaj "kapitalizmu", wymień konkretne rozwiązania.

"A mamy kapitalizm, prawda? I w sumie w międzywojennej Polsce też on funkcjonował, ale to był taki raczej kapitalizm - nie kapitalizm."

Dlaczego był to "nie kapitalizm"? Czego mu brakowało, żeby zasłużyć na to określenie?

"I Cezary owszem popierał działania rządu, ale uważał je za zbyt opieszałe [...] Ale widział też pewnego rodzaju potencjał w komunizmie"

Dlaczego używasz słowa "Ale" jakby między tymi zdaniami była jakaś sprzeczność? Skoro działania rządu były dla niego zbyt opieszałe i chciał natychmiastowych zmian, to właśnie hasła rewolucjonistów zaczynały go kusić. Właśnie dlatego, że obiecywali natychmiastowe zmiany i nawet mieli pomysł, jak je skutecznie wprowadzić. Nie ma rozłączności, jest wynikanie.

"Zdawał sobie sprawę, że gdyby zaczerpnąć po trochu z obu tych idei, to wówczas można by wreszcie coś sensownego osiągnąć"

Czyli nadal twierdzisz, że Baryka postanowił zaczerpnąć po trochu z dwóch różnych doktryn marksistowskich i jakimś cudem wyszedł mu z tego kapitalizm? Jak???

Przypomnij sobie, skąd właściwie wzięły się poglądy Gajowca i Lulka. Ano stąd, że obaj dostrzegali ówczesne problemy społeczne (bieda, kiepska infrastruktura - sławetne błoto na drogach - niskie płace, ciężkie życie robotników, itd.) i uważali, że należy je rozwiązać. Obaj mieli jakiś pomysł na to, jak należy sobie z tą biedą radzić - albo drogą stopniowych reform, albo rewolucji robotniczej. I teraz pytanie brzmi: jak w walce z biedą w Polsce miałby pomóc KAPITALIZM (a właściwie liberalizm gospodarczy), który o biednych tradycyjnie miał do powiedzenia tylko tyle, że sami są sobie winni, że biedni?

Anonimowy pisze...

Przepraszam, ja ominę ten shitstorm dotyczący idei politycznych :D

Kto uważa Scarlett za dobrą książkę? :O Czytałam to paskudztwo jak miałam 17 lat i do tej pory odczuwam obrzydzenie. Poza tym rada, by przepisywać książkę ręcznie, by nauczyć się stylu... Mhm, nic dziwnego, że Scarlett wyszła jak wyszła.
No cóż, ja się z tym nie zgadzam. Niech pisze po swojemu i równocześnie nadrabia braki wiedzowe (i niech ogarnie autokorektę, do połowy tych błędów nie potrzeba nawet bety!), wyjdzie na tym lepiej i rączka nie będzie tak bolała.

Druga sprawa, analiza była mraśna i tekst do analizy wybrany fantastycznie :) Powiem szczerze - obserwuję was od półtorej roku i od kilku miesięcy nie byłam w stanie skończyć żadnej analizy. Nie wiem, chyba przesyt dziewcząt schodzących na śniadanie, Biebera, Naruto, Pottera.
Gdybyście troszkę częściej decydowały się na takie opowiadania - niepisane przez 13latki, a właśnie osoby nieco starsze, opowiadania przeciętne, ale takie, gdzie już jest materiał do analizowania obfitszy niż opis rurek i tuniki - na pewno czytałabym chętniej i w ogóle widzę po komentarzach, że nie ja jedna. W każdym razie, baaardzo miło mi się to czytało :)
Pozdrawiam!

Anonim :>

Anonimowy pisze...

Pierwsze komentarze autorki na poziomie, aż byłam zaskoczona, ale potem niestety poleciał tradycyjny foszek. Dlaczego niektórzy muszą tak drążyć pewne sprawy, zamiast po prostu odpuścić? ;<

Komandor Koth pisze...

Szpicruta. Well that was kinky.

Myślę, że to opko miało potencjał. Pomysł ciekawy, wykonanie trochę kuleje, ale tu ukłony w stronę Analizatorów; mimo, że jestem wnikliwą czytelniczką, części wspomnianych błędów po prostu bym nie zauważyła... stąd wniosek, że może i to by wyszło, gdyby się przyłożyć, bo na pierwszy rzut oka wcale nie było takie najgorsze.
Autorko: to, czy Cezary jest tutaj bucem i prostakiem, nie podlega dyskusji. Są pewne ludzkie cechy, które decydują o tym, że ktoś jest lub nie jest chamem. Nie pytamy o przyczynę zachowania Cezarego, komentujemy jedynie jego działania i przedstawiony charakter, a z tym nie można się kłócić - nieważne, jak biedny i skrzywdzony był, efekt mamy taki, że Cezary jest buc, bo mówi i robi to, co stanowi o tym, że jest buc. I tyle.
Btw, tak mi przyszło do głowy odnośnie opka sprzed chyba dwóch tygodni, gdzie to się Snape z Hermioną ten tam tego. Powinniście, drodzy Analizatory, stworzyć osobny tag / etykietę: ZŁE SEKSY.

xXx pisze...

Scarlett? Dobra książka/film? Żarty sobie robicie? Toż to by się nadało do analizy z efektem podobnym jak większość fanfików... bo tym to w sumie było, mocno nieudolnym fanfikiem...

Mark Ziolkowski pisze...

Tak bardzo mi zawsze brakowało fanfików tyczących klasyki Polskiej literatury i analiza nasyciła moją wypaczoną przez system szkolnictwa duszę (humanisty!). Dziękuję analizatornio droga :D !

Co do samego opowiadania, miało potencjał, nawet ze względu na próby stylizacji języka. Przejaskrawione staczanie się Baryki byłoby świetną okazją do innego spojrzenia na postać. Tak jest, nie lubiłem go i uważałem za nadętego buca. Zrobiłem krótką sondę wśród domowników (sztuk: jeden) i zaobserwowali to samo (mama zawsze się przydaje).

Smutno mi więc było gdy autorka przyznała powyżej, że to miała być pozytywna kreacja. Jeszcze smutniej gdy przeczytałem to: http://nie--codziennik.blogspot.co.uk/2013/09/o-upadku-polskiej-i-nie-polskiej.html . Sam piszę bzdury większe i mniejsze i bym wszystkich czynił nie-hetero, jednakże wyjaśnienie "kobiety są fuj" jest najgorsze z możliwych.

Anonimowy pisze...

"A te ślepe kiszki to wycinał w wiejskich izbach, przy świetle łojówki, odganiając kopniakami kozę, która próbowała zeżreć siennik."

Umarło mnie skuteczniej niż cesarka Baryki.

"Był tak zdolny, że operował pacjenta na furmance jadącej po wertepach i równocześnie powoził."

Black Jack dałby radę. O ile dobrze pamiętam, operował już w spadającym samolocie, więc co mu tam jakaś furmanka ;)
Ale biorąc pod uwagę, jaki ten Baryka jest obrażony na cały świat i jak strasznie się focha, gdy musi kogoś leczyć, to żaden z niego Black Jack. To nawet nie jest doktor Judym. To jest Paweł Obarecki z "Siłaczki" (też Żeromskiego). Im dłużej na to patrzę, tym bardziej mam wrażenie, że autorka inspirowała się właśnie tą postacią, bo odtwarza go znakomicie. Tyle że Obarecki podczas akcji noweli był już zgorzkniałym facetem po czterdziestce, na początku, po przyjeździe do Obrzydłówka miał jeszcze dużo zapału, walczył z oszustwami aptekarza, rozdawał leki za darmo i tak dalej. A Baryka najwyraźniej wyszedł taki zmanierowany prosto ze szkoły. Co za obrzydliwa kreatura.

No i ta aktywistka, która wybiega z płaczem z sali, bo ktoś jej przerywał >< Autorko, przed wojną kobiety, które chciały zajmować się polityką, musiały być twarde jak skała. Nikt ich do tego nie zachęcał, wręcz przeciwnie, na każdym kroku stykały sie z szykanami, drwinami i pogardą, więc bardzo szybko wyrabiały sobie grubą skórę. Wiedziały też, że każde ich potknięcie czy nadmierne emocje zostanie wykorzystane jako argument przeciwko nim ("baby nie nadają się do polityki"), więc tym bardziej się pilnowały. Poczytaj, jakich sposób chwytały się sufrażystki Emeliny Pankhurst, usiłując rozpocząć dyskusję o przyznaniu kobietom prawa głosu. Gdy tylko wstawały, próbując coś powiedzieć, woźni siłą wywlekali je z sali. Dlatego któregoś razu po wyrzuceniu za drzwi, po prostu wspięły się na dach sąsiedniego budynku i stamtąd rzucały kamieniami w okna, wykrzykując swoje hasła, tak żeby zebrani nie mieli wyjścia i musieli ich wysłuchać.

Magda pisze...

@Mroczny Melonik - tylko nie boje biedne, ukochane gwiezdne wojny ;_;