czwartek, 31 maja 2018

355. Most zagłady, czyli zjedz ziemniaka, córeczko (1/?)

Drodzy Czytelnicy!
Wakacje się zbliżają, ale to nie znaczy, że nie czas na powtórkę z historii. Mamy dziś dla Was kolejne opko wojenne, w którym konspira kwitnie na całego, drewniane mosty atakują znienacka, a dorośli ludzie rozładowują swoje naturalne napięcie. Bohaterka jest bardzowolnomyślicielką – zanim jej synapsy się zetkną, mijają całe eony. Zresztą ta przypadłość dotyka wiele osób w opku.
Indżojcie!


Analizują: Kura, Vaherem, Babatunde Wolaka i Jasza.




Czerwiec, 1943 r.
Dzień, kolejny wojenny dzień podczas którego to Warszawa topiła się w słońcu, a Lena Sajkowska przechodziła wolno drewnianym mostkiem nad rzeką Kwai. Męczył ją upał i wszechogarniający jej serce, smutek. I przecinki w dziwnych, miejscach. Dokuczała samotność-miało być tak pięknie, a tymczasem, mimo tego, iż podczas tych smutnych czasów nie była teraz bardziej wolna niż kiedykolwiek, zdawało jej, się że nie może być już gorzej.
Trzecie zdanie opka, a ja już nic nie rozumiem.


Na co była jej ta wolność, ten zapach Warszawy, ta piękna, czerwona sukienka, skoro nie miała nawet z kim się z tego cieszyć? Po cóż obiecywał jej trzymanie za rękę do końca swego żywota, po co opowiadał jej o pięknych salach koncertowych, teatrach, tramwajach, z których i tak nigdy nie mogła skorzystać?
Trzymanie za rękę do końca żywota? To trochę utrudnia pewne sprawy, jak wizyta w toalecie czy jazda na rowerze, nie mówiąc o zakładaniu i zdejmowaniu czegokolwiek, co ma rękawy.


On sam nie mógł nawet z nią przebywać-właściwie odkąd tylko zaczęła jak gdyby nigdy nic przechadzać się ulicami, on wciąż znikał. Niby w służbie Ojczyzny, niby konspiracja. Lecz ona w tym wszystkim, nie wiedzieć czemu, widziała swą winę.
Znaczy, jest ona i jest jakiś on, który znika, gdy tylko ona pojawia się na ulicy? Hm, może “on” wcale nie istnieje, jest tylko jej drugą osobowością, i dlatego nie mogą przebywać razem w jednym miejscu?


Żandarmi spoglądali, niektórzy zawieszali na niej wzrok dłużej-wątpiła, że przez urodę, a raczej nie przez fakt, iż mogłaby ich nią zachwycić, bo jak wiadomo, z wyglądu prędzej niż do Niemki, było jej do Żydówki-tego okropnego ścierwa, którego nie można było dotknąć.
Tu wyjaśniamy: bohaterka sama jest Żydówką.
Nie domyśliłbym się po opisie. Więc mamy bohaterkę, żydówkę, która w rzucającej się w oczy czerwonej sukience spaceruje po Warszawie i dziwi się, że jej facet robiący w konspiracji zawsze się ulatnia?
Ja bym ją pisała raczej przez duże Ż (pochodzenie) niż małe (wyznawana religia), a dlaczego, to się zaraz okaże.


Jej trzewiki udawały obojętne wobec nich, raz po raz uderzając o drewno.
Obojętność jej trzewików raniła do głębi niemieckie oficerki i sztyblety.
Raz po raz? Co ona robiła na tym mostku, chodziła w kółko?


Spuściła oczy. Zdawała sobie sprawę, iż kilka metrów pod nim mieści się Wisła-jakże czasami pragnęła się w niej zatopić.
Jakiż to drewniany most na Wiśle może występować w tym opku?
Taki tam z przełomu XVI i XVII wieku.
Czerwiec 1943 roku to było dziwny czerwiec. Wisła wyschła tak, że przerzucono przez nią drewniane mostki, po których Żydówki w czerwonych sukienkach spacerowały w te i wewte, a niemiecki okupant jedynie bezradnie rozkładał ręce.


Wrzask bawiących się w berka dzieci nie dawał jej usłyszeć szumu wody, za którym czasami bardzo tęskniła-zawsze z uśmiechem wspominała wakacje we Włoszech, podczas których nauczyła się pływać w kurorcie wypoczynkowym.
Mam wrażenie, że przed wojną, jeśli jeździło się do Włoch, to raczej zwiedzać zabytki niż wypoczywać w kurortach; model turystyki był nieco inny.


Ach, cóż tam po basenie, w którym czuła się jak nowonarodzona. Najlepsza w tym wszystkim była pewna włoska potrawa-ciasto ociekające żółtym serem i mięsem.
Wspominałam, że bohaterka jest Żydówką? Chyba raczej niezbyt wierzącą, skoro je produkty mięsne i mleczne razem.
Opkowe Żydówki w ogóle są zupełnie niereligijne, noszą nieżydowskie imiona i jedynym wyznacznikiem ich żydowskości jest to, że Niemcy chcą je zabić.


Pizza wtedy to już nie była taka nowość, że bohaterka musi ją opisywać jako ciasto ociekające żółtym serem i mięsem. Zresztą ten opis tak nie pasuje do pizzy, że nie mam pewności co właściwie bohaterka jadła.
Myślę, że chodziło jej raczej o lazanię.
Och, faktycznie. Widać mi wszystko kojarzy się z pizzą. Ale lazania to też nie jest jakiś super nowoczesny wynalazek. Można by myśleć, że bohaterka, która tak wspomina wakacje we Włoszech, mogłaby sobie przyswoić kilka nazw własnych.


Tak bardzo żałowała, iż nie znała na nią przepisu, a żadna, nawet najlepsza polska restauracja, takiej nie serwowała. Bo serwowały kuchnię polską? Zaraz, jak ono się zwało, to całe ciasto?
Zwało się Milion Kalorii Ale Jakie Dobre!


Nie lubiła łakomstwa czy pychy, co innego lenistwo albo nieczystość! lecz po kilkudniowej, na własne życzenie, głodówce, jej bulgotający [bulgoczący] z głodu żołądek podniecił się na myśl o gorącym jedzeniu, serze ciągnącym się w jej ustach i dodatkach.
Jeżeli w 1943 roku miała za sobą zaledwie kilkudniową głodówkę i to “na własne życzenie”, to musiało jej się doskonale powodzić. Pewnie prowadziła szmugiel na wielką skalę, czy cuś.


Kiszki zaślepiły jej wzrok na tyle,
Ślepa kiszka rzuciła jej się na oczy!


że nawet nie dostrzegła, jak idzie wprost na męską, szczupłą sylwetkę.
Jak na korytarzu szkolnym, i bęc!


Kursywą idzie fala ni to wspomnień, ni to snów, marzeń i wyobrażeń.
Czerwona, gęsta ciecz lała się ciurkiem, tworząc linię-rozpoczynając od nosa, zaznaczając o cienkie usta jak i szczupłą szyję. Lazanię? Z keczupem? Nie bała się również zabrudzenia hitlerowskiego munduru, [ta ciecz?] co wybrykiem dla człowieka było ryzykownym, nawet jeżeli owe wdzianie to jedynie strój zwyczajnego żandarma…
“Wdzianie” to ma być niezdrobniała forma od “wdzianka”, tak jak “polik” od “policzka”, khę? Niestety, nie.


A jednak wylew krwi z czoła młodego, niemieckiego mężczyzny spowodował inny człowiek-w obronie człowieka, lub jak kto woli podczłowieka.
Jejku, serio? A byłam przekonana, że to pryszcz mu eksplodował.


Jego ręce drżały, a szczupłe nogi obijały się-jedna o drugą.
Stepował?


Do ludzi strzelał tylko na akcjach, a dzięki ich dynamiczności, przymusu [przymusowi] refleksu i ogarniającej adrenalinie, nie myślał wcale o tym, iż to co robił, było zabójstwem-och, ironio.
Szybko, szybko, zanim dotrze do nas, że kogoś zabijamy!


Strzelał do tak wielu patroli, i do żadnego nie trafiał, a teraz dostał ataku lękowego z powodu zlikwidowania jednej milionowej z nich-czy coś było z nim nie tak?
Było. Niemcy milionili mu się w oczach.
Dla porównania: najskuteczniejszy snajper w dziejach, Simo Häyhä, przez całą wojnę zabił około 700 ludzi, Ludmiła Pawliczenko ponad 300. Nawet gdyby nasz konspirator miał zbliżony “body count”, ze skutkiem śmiertelnym trafiał tylko co dziesiąty raz, a patrol liczyłby ok. 10 ludzi, to i tak liczbie napotkanych Niemców daleko byłoby do miliona (i skąd on by wziął tyle amunicji?). Na prawdziwej wojnie piechur z bronią strzelecką naprawdę nie rozwala przeciwników na pęczki w takich ilościach jak w grach komputerowych; a co dopiero w warunkach konspiracyjnych, mając jeno pistolet.


Może to przez fakt, że zamiast pośpiesznej ucieczki, niczym dureń pozwalał sobie na gapienie się na Szwaba?
No co, może to był ładny Szwab.


Nie dawał jednak poznać po sobie pewnego rodzaju wyrzutów sumienia i szoku.
Zaprawiony w bojach chłopak, który strzelał już do wielu patroli?


Odwrócił się i nawet uśmiechnął do stojącej za nim postaci-jego wszystkie wątpliwości w jednej chwili rozwiały się.
Ach, gdyby tylko wiedziała, że w tym jej filigranowym ciałku mieści się serce, które daje mu siły na totalnie wszystko. Gdyby zdawała sobie sprawę, jak dobrze włada jego uczuciami i sprawia, że wszystko co złe, znika, a dobre nabiera na jakości i kolorach.
Nabiera czegoś, nie na czymś. Chyba że masz na myśli “nabiera” w sensie “oszukuje” ;)


Nie miała świadomości, że jest dla niego pewnego rodzaju Ojczyzną-ba, momentami walczył bardziej dla niej i o nią, niż dla swego kraju.
- Zabiłeś go. - po kilku minutach zebrała w sobie odwagę, by to z siebie wydusić. -Janek, ty zabiłeś człowieka...
Podkreśliła swym niskim głosem słowo "ty"-poczuł się z tym źle, jakby sporo stracił w jej zapłakanych oczach.
Czyżby, kwiatuszku subtelny, nie dotarło jeszcze do ciebie, że jest wojna, a na wojnie zabija się ludzi, zwłaszcza takich, którzy nam bezpośrednio zagrażają?


-Tak, ja go zabiłem. Ja! - odpowiedział podniesionym głosem.
Jam ci, nie chwaląc się, to uczynił!


Dziewczyna spuściła powieki. Czego ona właściwie się spodziewała? Że nie jest taki, jak ci wszyscy bojowcy? Robiący wkoło głupie akcje w ramach których ginęło paru Niemców i jakiś więzień odzyskiwał wolność?
To mało???


A w zamian za tę parę jegomości, oni wszyscy odpłacali się przede wszystkim zwykłym, szarym ludziom.
No co też aśćka nie powiesz.
Tjaaaa, uwielbiam ten opkowy biedapacyfizm. (Przypomina sobie jedną dyskusję i wyje głucho). Owszem, Niemcy urządzali akcje odwetowe. Owszem, na plakatach z listami przeznaczonych do rozstrzelania, zawsze zaznaczali, że numery od… do… zostaną ułaskawione, jeśli nie nastąpią żadne nowe “bandyckie napady”. Ale to był tylko pic na wodę – pierwsze zbiorowe egzekucje przeprowadzono już w październiku 1939, kiedy podziemia jeszcze praktycznie nie było i siłą rzeczy nikt nie występował zbrojnie przeciw Niemcom. Karę śmierci można było zarobić za byle co, np. za zerwanie plakatu ze ściany albo posiadanie w domu maski gazowej, nie mówiąc już o radiu (co zresztą dość prędko doprowadziło do zobojętnienia na tę groźbę). Więc proszę uprzejmie nie wyjeżdżać mi tu z jakimś durnym symetryzmem, że niby obie strony miały tyle samo na sumieniu… Nic mnie tak nie wkurwia jak nieodróżnianie agresora od ofiary.
Ciekawe, co myślała bohaterka w czasie, gdy wybuchło powstanie w getcie warszawskim.


- Ten żandarm nie był nikim nadzwyczajnym. Pełnił jedynie swoją służbę...-szepnęła,
A w ramach tej służby miał na przykład obowiązek aresztowania ukrywających się Żydów… *niewinnie patrzy w niebo*


na co on, jako typowy przedstawiciel płci męskiej, zareagował dość dosadnym wrzaskiem.
Pamiętajcie, panowie, jeśli nie odpowiadacie na każdą kwestię drąc ryja, to najwyraźniej jesteście za mało męscy.
Ani chybi potomek Kalesantego.


- I co!? I co!? Miałem pozwolić, żeby ten nadzwyczajny żandarm najpierw się na ciebie rzucił, zrobił ci krzywdę, a później cię...cię... - zatrząsł się na myśl o tym, cóż na koniec zrobiłby Niemiec z jego ukochaną.
No bo przecież co innego mógłby… *wzdech*
Zrobiłby z nią lazanię! (Tak, jestem głodny).


Nie był w stanie nawet wyobrazić sobie go-wysokiego, dobrze zbudowanego, pochylającego się nad jej kruchą sylwetką…
A jednak sobie wyobraża...


- Żebyście wy byli tacy święci. - założyła ręce na ramiona. - Żebyście wy nigdy nie zrobili nikomu krzywdy…
Spoko, naprawdę chciałabym zobaczyć “wojenną dziewczynę” w ten sposób reagującą na uratowanie jej życia.
...bo uratował jej życie, prawda? A może zastrzelił żandarma tylko za to, że był w pobliżu i śmiał na nią spojrzeć…?


-Nigdy nie skrzywdziłem żadnej Niemki...w jakikolwiek sposób... - oburzył się. -Jak ty możesz? Jak ty możesz nas tak porównywać...?
-Mogę. - wzruszyła wątłymi ramionami. -Nawet jeżeli w oczach was wszystkich jestem tylko biedną, nic nie znaczącą Żydówką, mającą prawo tylko na przesiadywanie [do przesiadywania] w piwnicach i najlepiej dożywotne[go] milczenie[nia]...mam prawo wyrażać swoje zdanie.
Mam też konstytucyjne prawo do focha i tupania nóżką, a co!


- Szkoda, że twoje zdanie jest takie bezpodstawne i głupie.
- Może byłoby inne gdybyście wreszcie pozwolili mi stąd wyjść, co!? - łzy mimowolnie moczyły jej policzki. Jakże miałaby poprawnie ocenić rzeczywistość, kiedy dane było jej jedynie życie w ciemnym, małym schowku na rowery, które to ich właściciel, by utrzymać rodzinę, sprzedał?
A idź. Idź, kurwa, droga wolna, drzwi otwarte, idź i nie zawracaj dupy. Ze swoim “złym” wyglądem i prawdopodobnie brakiem papierów idź w cholerę i staraj się przeżyć sama, skoro nie doceniasz poświęcenia ukrywających cię ludzi.


-Lenka... - znów zawładnęła jego wszelkimi emocjami-gdyby teraz zapragnęła, by wyszedł na środek którejś z ruchliwych, warszawskich ulic i wykrzyczał swą prawdziwą tożsamość, informacje, których dawać nie powinien - zrobiłby to bez wahania. Byleby dalej nie płakała…
Ona durna, on kretyn, jedno drugiego warte…


- Przestań. Nie mów nic. Nic nie mów. -warknęła, po czym bez jakiegokolwiek zahamowania, ominęła pozbawione już chyba całej krwi zwłoki Niemca [od jednej ranki w czole? Czy może w trakcie tej dyskusji poderżnęli mu gardło i powiesili za nogi, żeby się wykrwawił?][dlaczego mam skojarzenia z ubojem rytualnym i kanibalizmem?] [po prostu po Warszawie grasuje chupacabra], i ruszyła w kierunku schodów - dla zwyczajnego człowieka zwyczajnych stopni, dzięki którym mógł dostać się do swego mieszkania. Dla niej zaś, stopni, które jeden po drugim prowadziły ją do normalności -ludzi, powietrza, rzeczywistości i życia.
Hm. Czyli ona siedzi w piwnicy, w schowku na rowery. Do piwnicy po coś zszedł niemiecki policjant i ją odkrył. Ponieważ nie bardzo widzę powód, dlaczego niemiecki policjant (sam!) miałby łazić obcym ludziom po piwnicach, przypuszczam, że właśnie trwa przeszukanie kamienicy i jest ich tam cały oddział, wobec czego zabicie tego jednego w żaden sposób nie rozwiązuje ich problemu.
Może to był jeden z polskich granatowych policjantów, a autorka używa słowa “żandarm”, bo lepiej jej brzmiało?


Zacisnął powieki. To było totalnie szalone, lecz czy to szaleństwo nie było chociaż trochę sensowne? Chciał ją chronić, lecz tym samym ranili siebie nawzajem, a ich dusze i serca, mimo że połączone miłością, oddzielał na swój sposób dziwny dystans.
Wobec czego, uskrzydleni miłością, w radosnych podskokach podążyli na górę, gdzie zostali rozstrzelani, koniec opka.


Z lekkim obrzydzeniem okrążył martwe ciało, po czym chwycił brunetkę za jej małą dłoń.
- Wygrałaś. - spojrzał nań. Pozwalał jej się narażać, zgadzał się na jej niebezpieczeństwo. - Nie będę cię już zatrzymywać.
Idź i nie zawracaj… a nie, ten komentarz już był.


Jej usta wykrzywiły się w pełen niezrozumienia, ale intuicyjnego szczęścia uśmiech. Próbowała wyrwać się jego wielkiej dłoni-bez rezultatu.
Ona z małą dłonią, a on z yaoi hands. Normalnie Severo i Arienne.


Była na to zbyt słaba-nie wiedziała, czy fizycznie czy też emocjonalnie.
Umysłowo?


- Ale nie myśl sobie, że ci nie pomogę. -dodał, po czym drugą dłonią pogładził jej załzawiony policzek. Obydwoje drżeli, i mimo, że nie mieli odwagi tego sobie powiedzieć - gniewali się na siebie, i potwornie bali, przy tym cholernie kochając. Kochając na tyle, by to uczucie bolało.
Puścił jej dłoń, z lekką obawą, iż zaraz ucieknie - lecz teraz opuściła ją cała odwaga, a jej chude nogi przywarły do ziemii.
Bo przedtem dyndały pół metra nad nią?


- Przepraszam... - szepnął, po czym za pomocą dwóch rąk, nogi i czterech macek ujął jej twarz. -Przepraszam, że nie widziałem swoich błędów. Tak bardzo cię kocham....
Pokiwała głową. Też go kochała, ale nie umiała dla miłości wyrzec się zwyczajności i przestrzeni.
Życia za to umiała, co tam życie. Własne i mieszkańców kamienicy.


Btw, jest czwarty rok wojny, czerwiec 1943, czyli już po powstaniu w getcie. Ja rozumiem, że laska dostaje świra siedząc całymi dniami w piwnicy, rozumiem, że tęskni za słońcem i powietrzem, ale powinna się, kurnać, choć trochę orientować, co się dzieje na zewnątrz… Tymczasem zachowuje się nie jakby ukrywała się dla ratowania życia, ale jakby siedziała zamknięta w pokoju z powodu szlabanu.


- Za bardzo chciałem cię chronić, ale nie chcę, żebyś tu siedziała. Chcę żebyś była szczęśliwa...przepraszam.... - to, cóż mówił to wariactwo. Należało się jedynie modlić, by pani Kowalska spod trójki nie wpadła na pomysł, by wejść do piwnicy i sprawdzić, czy Janek rzeczywiście dorabia sobie, czyszcząc jej sąsiadowi pomieszczenie.
Należało się modlić, żeby pani Kowalska była przygłucha i nie usłyszała strzału. A potem – żeby jej odebrało węch…


Nawiasem mówiąc, zamierzacie tego trupa tak zostawić? Co to mówiłaś, kwiatuszku subtelny, o narażaniu innych przez głupie akcje?


Ucałował jej czoło po czym uśmiechnął się szeroko. - Będzie dobrze, zobaczysz...obiecuję. - mówiąc to, patrzył wprost w jej brązowe oczy-niczym w najbanal[niej]szym romansidle, mimo, iż sytuacja była znacznie poważniejsza.
W wyrażeniach “mimo że”, “jako że”, “chyba że” nie stawiamy przecinka.


Później, na pewno zbyt szybko i dynamicznie jak na owy [ów!!!] literacki gatunek, chwycił ją w swoje szerokie ramiona, i utulił do łomotającego serca.
Bo w romansach wszystko dzieje się w slow motion?


Właściciel trzymających jej twarz rąk
Miał je na własność! W przeciwieństwie do swych mniej szczęśliwych kumpli, którzy mogli swe kończyny tylko leasingować.


w jednej chwili nabrał dziecięcych rysów twarzy, a jego dość bujne włosy z czarnych przeobraziły się w brązowe.
Nastąpiło tak zwane zderzenie z rzeczywistością.


- Proszę pani...jeju, jak ja panią przepraszam. - jęknął rozpaczliwie. - Ja naprawdę przepraszam, jestem idiotą.
Chłopak zacisnął usta, po czym spojrzał z rozpaczą na poturbowaną przez ciężar jego ciała, Lenę-bezskutecznie próbującą przeanalizować zaistniałą sytuację.
Między nimi dobrze jest. On leży i myśli, ona leży i analizuje.
Lena leżała, a jej neurony powolutku, leniwie, despacito, wyciągały ku sobie swe synapsy. “Coś taki pochopny?” – strofował co chwila jeden drugiego.
To ona zderzyła się z dzieciakiem czy z czołgiem?
Ani chybi gościu miał na sobie Grabenpanzer.


Nie wpadł na przypadkowego przechodnia, wprawdzie po raz pierwszy, jednakże jej dziwnie zrozpaczony i zagubiony wzrok, gubił i na pewien sposób manipulował i jego osobą.
A jak zrobiła zeza, to facetowi splątały się ręce i nogi, i runął jak długi obok niej.


- Przepraszam...-szepnął po raz kolejny, zastanawiając się, czy brunetka raczy mu wybaczyć. Niegdyś uznałby jej zachowanie za obłęd bądź szok, aczkolwiek parę lat, które przeżył już na tym świecie nauczyły go, iż zachowanie poszkodowanej kobiety mogło być jedynie jej pychą bądź zarozumiałością.
No ba, przecież widać, że jak leży, to tak zadziera nosa!
O wstrząsie mózgu jeszcze nie słyszał.


Głupia. Jakby nie mogła zwyczajnie nawyzywać go od nieuważnych gówniarzy, bądź słodko szepnąć, że nic się nie stało, że wybacza, że to nic takiego...nie znał innego typu ludzi - jedni podczas takich sytuacji zaliczali się do grupy pierwszej, drudzy zaś - o grupy drugiej.
Eksperymentalnie sprawdził to na losowej próbie liczącej sobie 1150 osób.


Podniosła się wolno z drewnianego podłoża w celu wstania.
A potem walnęła się w głowę, w celu odzyskania tej ostatniej szarej komórki, która utknęła gdzieś w zatoce czołowej.


Przyjęła nawet rękę, którą wyciągnął, aby jej pomóc, lecz wciąż milczała, przy tym głupio się na niego gapiąc. Och, cóż mógł poradzić, że z wyglądu przypominał nastoletniego wyrostka, kiedy naprawdę był już dorosłym mężczyzną? Cóż mógł zrobić z tym swoim dziecięcym spojrzeniem i głupawym wyrazem twarzy? Czy to jego wina, że w wieku lat dwunastu mierzył jedynie metr trzydzieści, przez co jego mama podawała mu w tabletkach, jakieś hormony?
Insulinę? Adrenalinę? Bo hormon wzrostu wyizolowano dopiero po wojnie.


Teraz urósł nawet za dużo, i wyglądał aż śmiesznie przy tej drobnej, niemej istocie. Oby nie była jakąś volskdeutschką czy kimś tego pokroju-nie chciał skończyć w Oświęcimiu lub na Pawiaku przez głupi wypadek. Z resztą [ale bez grosika], to on patrzył przed siebie, a ona swym wzrokiem błądziła w oddali.
A ich spojrzenia, jak dwie proste równoległe, nigdy nie miały się spotkać.
To ziomek patrzył przed siebie? Więc z premedytacją wszedł na bohaterkę?


Z resztą, kimkolwiek by nie była, przyprawiła go o sporo strachu -wystarczyłby moment, na złość działające prawo fizyki, a już kąpałaby się w Wiśle.
Na szczęście prawa fizyki akurat dziś postanowiły wziąć sobie wolne, wobec czego oboje lewitowali swobodnie, uwolnieni z więzów grawitacji.


Nawet jeżeli była dziwaczką, nie zasługiwała na śmierć. Nikt na nią nie zasługiwał…
Mam nieodparte wrażenie, że autorka ten most na Wiśle wyobraża sobie jakoś tak:
https://img.myloview.cz/fototapety/zavesny-most-400-72735.jpg


- Przepraszam. - powtórzyła, jakby nie znała języka, w którym rozmawiali i rozpaczliwie próbowała się w nim komunikować. -Przepraszam pana, proszę się mną nie przejmować...-wysiliła się na uśmiech, po którym poczuła obdarte przez most plecy. Cholera. Nowa sukienka na pewno była już w dziurach…
Co??? Jak??? Czy on przewrócił ją a potem wlókł za sobą jak ciężarówka Indianę Jonesa?!


(skąd ukrywająca się Żydówka miała nową sukienkę?)


- Wszystko z panią dobrze?- zapytał. Zdmuchnęła kosmyk włosów z twarzy i zaczęła oglądać swoje ciało. Wariatka.
Normalni ludzie nie oglądają swojego ciała, nigdy, never, nikagda! A już na pewno nie po tym jak się przewrócą i nabiją sińców!


- Dobrze, dobrze. - przytaknęła. -Byłoby wręcz świetnie, gdyby nie parę siniaków i zniszczone ubranie…
Most ten znany był w Warszawie jako “Most Fakira” – cały wyłożony gwoździami i tłuczonym szkłem.


Ach, kobiety. Gdyby palono je na stosie, najbardziej obawiałaby się o to, cóż stanie się ze strojem, w którym spłoną jak i z pozostałością garderoby.
Oczy-kurwa-wiście autorko.


Lecz rany po wypadkach były już sprawą większego pokroju-przede wszystkim były one zachętą dla podejrzliwego gestapo.
Najbardziej przerąbane miały dzieci – mali ulicznicy z wiecznie obdrapanymi kolanami.


Nie mówiąc już o mężu Sally-on po kolorach sińców byłby w stanie odczytać kod genetyczny bandyty.
Mąż Sally pierwszy z lewej:
http://kulturawplot.pl/wp-content/uploads/2013/11/powrot-do-przyszlosci-ciekawostki.jpg


- Czy mogę się z panem pożegnać? -dziewczyna odzyskiwała umiejętność mowy. - Czy mogę iść do domu i zmyć z siebie ślady po swej nieostrożności?
A to ci manipulantka. Nawet mówiąc o swej winie umiała wzbudzić w człowieku wyrzuty sumienia. Ona, bądź widok jaki niosły za sobą siniaki otoczone kawałkami czerwonego materiału.
Wszystkie małe siniaczki wiążą kokardkę na krwiaczku…


To on był mężczyzną i powinien uważać na każdą przedstawicielkę płci żeńskiej-a on właśnie jedną poturbował i chcąc nie chcąc, zadał jej ból.
Nie chciał, ale musiał.


- Nie...ja tak pani nie zostawię. -postanowił głośno. Nie chciał. Nie chciał i nie mógł. Poczuł się ni stąd ni zowąd za nią odpowiedzialny. - Nie jestem szpiclem, nie. Nie wpadłem na panią w celu wepchnięcia pani w duży, czarny samochód, nie. Nie chcę też pani zaprowadzić na gestapo. Ale...ale pójdzie pani ze mną.
No, po takim wstępie, to ja bym wiała ile sił w nogach. Ale jej synapsy chyba jeszcze nie zaskoczyły.


Kilkadziesiąt minut później o jej posiniaczone i czerwone plecy przejeżdżała [po jej plecach przejeżdżała] ciężarówka nawilżona szmatka, tym samym przyprawiając ją o ból i pieczenie.
Jeżu, naprawdę, ona przewróciła się i upadła na plecy, ale nie przeszorowała nimi po skalnym żlebie!


Nawiasem mówiąc, upaść na plecy od przypadkowego potrącenia wcale nie jest tak łatwo. Wypróbujcie z kimś ;)


Zacisnęła zęby i przyzwyczajona do takiego opatrywania ran starała się skupić na zapachu pieczywa. Świeży chleb, bułki pochodzące prosto z pieca nie były już dla niej taką codziennością, a po pewnym czasie stały się wręcz luksusem.
Jak i dla całej Warszawy.


- Już dobrze... - powiedziała lekko zirytowanym tonem, zawierającym dziecięcy akcent i anielską barwę i lokowanie produktu, kobieta w której ręce spoczywała mokra chustka. -Przepraszam za niego, on nigdy nie patrzy przed siebie.
Lenka też nie. Pasują do siebie.


Lena uśmiechnęła się. Słowa właścicielki piekarni, do której zaprowadził ją chłopak zwany Bolkiem, działały na jej nerwy kojąco.
Jasne, skręcone w loki włosy jak i niebieska, prosta sukienka sprawiały, że cała zdawała się być aniołem. Może kiedy ten młodzieniec wpadł na nią, jego ciężar przytłoczył ją na tyle, by pozwolić jej wpaść i zatopić się w rzece? Może teraz, w zaświatach któryś z pomocników Boga obmywa jej przedziurawioną wręcz duszę, i koi duchowy głód chlebem?
*zagląda do sąsiadów przez dziurę w ścianie, którą wybiła własnym czołem*


Lecz czy takim aniołem, mogła być Niemka? I to w dodatku, żona jakiegoś wysokiej rangi gestapowca, które nazwisko już tyle razy w ciągu tak krótkiego czasu padło na zapleczu lokalu?
Co kurwa?!
Gdzie ten Bolek ją przyprowadził, do jasnej cholery?!
No dobra, może pod tę latarnię, pod którą najciemniej…
Pewnie jeszcze za ścianą siedzi sobie ten pan, czekając na swoją ciepłą bułkę i szklankę mleka:


Poza tym “żona wysokiej rangi gestapowca” nie prowadziłaby piekarni – wśród tej klasy społecznej (oficerowie, wyżsi urzędnicy) kobietom nie wypadało zajmować się pracą zawodową, były po prostu “przy mężu”.


- Pani naprawdę nie musi tego robić. -upierała się ciemnowłosa. Cała rzecz wyglądała podejrzanie. Wprawdzie nie angażowała się w konspirację na tyle, by taka gruba ryba jak Lars Rainer chciała ją wytropić,
Imię raczej skandynawskie niż niemieckie, ale niech będzie.
[Edit: właśnie się dowiedziałam, że to fanfik do "Czasu honoru", a Lars Rainer jest jedną z postaci występujących w serialu]


lecz wszystko, niemalże wszystko wskazywało na zasadzkę. Może ktoś pochodził za nią i udowodnił, iż pochodzi zza drugiej strony tego skażonego judaizmem, zakazanego muru?
Za zakazanym murem w tym momencie były już tylko dymiące gruzy.
(A ona, mając na uwadze to wszystko, tak czy siak poszła pokornie za nieznanym jej Bolkiem…?!)


- Bolek to...to mój pracownik. - zawahała się, nie chcąc być wobec obcej dziewczyny zbyt skora do zwierzeń. Po cóż jej wiedzieć, iż codziennie po pracy zostają pół godziny dłużej pod pretekstem dopilnowania wszystkiego na ostatni guzik? I dopięcia wszystkich szczegołów? Co faktem jest, nieprawdziwym-tak naprawdę koją wszelkie swe potrzeby, wyładowują naturalne napięcie dorosłych ludzi na jednym z blatów.
Naturalne napięcie dorosłych ludzi… :D Biorę to, będę odtąd mówiła do Małża “Chodź, kochanie, wyładujemy naturalne napięcie” :D


-Muszę być za niego odpowiedzialna.
Idiota, czy naprawdę nie mógł pani zauważyć?
Imperatyw Narracyjny go zaślepił.


Zaśmiała się gorzko ta niezauważalna -miała dość swojej cechy.
I nawet czerwone sukienki nie pomagały. Nawiasem mówiąc, taka “niezauważalność” to dość przydatna cecha w czasie okupacji, ja tam bym nie narzekała.
Bolek nałykał się tyle hormonów, że stał się daltonistą?


Zawsze na nią padało - w szkole zawsze obrywała w głowę piłką, jako, iż jej wzrost był idealny co do wysokości, na jakiej leciał ten sportowy przedmiot.
Sądząc po jej, hmm, specyficznym toku rozumowania, na zajęciach korzystali głównie z piłki lekarskiej.
W getcie Mongoł (?) z kolei nigdy nie był w stanie dostrzec, że zapomniał oddać jednej swej pracownicy wypłaty. Z kolei, kiedy trzeba było się nad kimś poznęcać-zawsze ją widział.
W getcie! Ona uciekła z getta! A mimo to ma focha na tych, co ją ukrywali w piwnicy, wypomina chłopakowi zabicie Niemca… Zabierzcie mi sprzed oczu tę idiotkę, bo nie zdzierżę!


Nawet kiedy była już dorosła i równa każdemu, zdarzało się, iż wpadał na nią taki Bolek.
- Chyba jestem za mała. - odparła. - Za mała wzrostem, za mała do życia, za mała do uczestniczenia w czymkolwiek...-w jej oczach pojawiły się łzy goryczy. Nie miała nawet w kogo się wtulić, by ową gorycz wyładować.
Hm… Czy gorycz ma coś wspólnego z naturalnym napięciem?
(to zależy, co partner jadł, MSPANC)


- A co? Widzi pani, żebym ja była wysoka?-Sally spojrzała na nią ostro.
Sally. Salomea? Albo zdrobnienie od Sary, jak twierdzi behindthename? Żydowskie imię żony gestapowca? Salcie!


-Chyba nawet nie mam tego metra sześćdziesiąt. A może mam? Kto tam wie... - machnęła ręką.
Centymetra jeszcze nie wynaleźli, żeby zmierzyć.


- Ale pani ma szczęście, bo w pani przypadku nie jest to ważne... - westchnęła Sajkowska.
- Dlaczego tak pani sądzi?
- Bo pani jest Niemką. - stwierdziła tak ostro, że blondynka nie znalazła nawet w sobie siły na wzrok politowania. -Pani jest Niemką i ma pani to szczęście, że pani wzrost, wygląd i charakter zbytnio się nie liczą. Bo przecież jest pani i tak lepsza i ważniejsza...nie to co ja czy taki Bolek.
GŁOOOŚNIEJ! MÓW GŁOOOŚNIEJ!


Oczy kobiety lekko się zaszkliły. Niegdyś wybuchłaby płaczem słysząc takie słowa. Ta brązowowłosa dziewczynka nie miała wcale racji-na co jej ta wyższość, ubzdurana sobie przez führera lepsza jakość człowieczeństwa,
Nawiasem mówiąc, teorie o wyższości “rasy aryjskiej” powstały na kilkadziesiąt lat przed dojściem nazistów do władzy (Guido von List, H.S. Chamberlain), więc ani Hitler ich sam nie wymyślił, ani nie musiał ich specjalnie propagować w społeczeństwie.


jeśli za nią ciągnęły się nieustanne zdrady i kłamstwa męża, parę straconych dzieci i codzienny strach, iż jej małżonek odkryje nieco jej tajemnic?
Nie bardzo rozumiem. Będąc Polką, Żydówką czy Chinką też mogłaby mieć to samo.


Chciała otworzyć usta. Wykrzyczeć jej, dosadnie powiedzieć, że wcale jej to pozorne szczęście nie cieszy. Ba, w jej głowie i sercu, ono wcale nie istnieje.
- Jesteś głupia. -szepnęła tylko. Nie odważyła się na krzyk czy nawet zwyczajny ton głosu. Nawet ją rozumiała. Ileż to razy przeklinała z zazdrości każdą ciężarną kobietę, wyzywała od puszczalskiej, nawet jeśli wiedziała, iż jest mężatką?
Ok, rozumiem, że Sally ma za sobą różne tragedie życiowe, ale przedstawianie ich akurat w tym miejscu jest cokolwiek bez sensu. Dopiero ją poznaliśmy, po co wywalać od razu kawę na ławę i opowiadać cały jej życiorys? Niech raczej jej sytuacja odsłania się przed czytelnikiem powoli i stopniowo, niech będzie zmuszony zweryfikować pierwsze wrażenie “bogata Niemka, żona wysokiego rangą oficera, zadowolona z życia i swej pozycji w świecie”.
Zresztą rozmowa Leny z Sally też średnio ma sens, bo tylko idiotka pyskowałaby żonie gestapowca… Ooook, wróć, ale Lena jest przecież idiotką, to już wiemy.


Ile razy widząc kobietę z brzuchem lub dzieckiem, życzyła maleństwu śmierci bądź choroby, kłopotów z jego osobą?
A może nawet z jego osobistością?


Nie z pogardy wobec Polaków - zazdrość nie zastanawiała się, czy szczęśliwa matka jest podchodzenia rasy panów, czy też nie. Miała to wręcz gdzieś. Głęboko gdzieś.
A nawet “dokładnie tam”.


Plecy Leny wyglądały nieco lepiej. I dobrze, do wesela się zagoi, o ile dziewczyna czekała na swoje zamążpójście.
- Cholera jasna!-obydwie usłyszały wrzask, a później w drzwiach zaplecza ujrzały pochodzącą od niego osobę.
Osoba pochodząca od wrzasku? Dość dziwnie się ludzie rozmnażali w czasie wojny.
Ej, to jak u Felicjańskiej – tam też padła złota myśl, że jeśli starasz się o dziecko, musisz głośno wrzeszczeć.


- Sally, on tu przyszedł!-ciszej powiedziała, wchodząc w głąb pomieszczenia smukła kobieta o lokach w kolorze pewnych znakomitych cukierków, bodajże Toffie. Mmm, Toffie. Kolejne wspomnienie Leny z przedwojennych lat. Jadła te słodkości z większą chęcią niż ziemniaki, które codziennie dostawała na stole.
No, to dość normalne u dzieci, że wolą słodycze od zwykłego jedzenia.


Anielska Niemka prędko oderwała swe dłonie od jej ciała, po czym odwiązała ze swej talii fartuszek i narzuciła go na tył brunetki.
Plecy. To się nazywa plecy. I nie jest brzydkim wyrazem, że trzeba szukać eufemizmów.


- Dobrze, zajmij się nią. -rozkazała cukierkowej, po czym podniosła się z pozycji klęczącej.
Komu rozkazała? Cukierkowej? Co to za opis?
Ciesz się, że nie “cukierkowłosej”.


- A jak on tu wejdzie...?-spytała niepewnie druga.
- Nie wiem, och, nie wiem! Wymyśl coś!-krzyknęła, a chwilę później wybiegła z zaplecza, by z fałszywym uśmiechem, i skrywanym dobrze strachem przywitać męża.
Nie rozumiem. Co takiego strasznego było w obecności Leny na zapleczu? Na czole nie ma wypisane, że jest Żydówką, a o bycie gaszycą żony chyba jej mąż nie posądzi?
Pamiętaj, że jesteśmy w opku.


Poszkodowana przez upadek poczuła dreszcze na swym ciele, równie silne, jak potrzebę wyjścia stąd.
Autorko, im bardziej się starasz, tym bardziej wychodzi ci sypanie piachu w tryby i tak kiepsko sobie radzącej maszyny.
Nie no, nie mów, że nie doceniasz frazy “poszkodowana przez upadek” jako określenia bohaterki. Od dziś życzę sobie, żeby na mnie mówiono “poszkodowana przez opka”.


- To może ja...ja jakoś wyjdę?-spojrzała skrępowana na poirytowaną Toffie.
Autorka nie ma pomysłu na imiona. Niemka dostała na imię Sally, przy tej drugiej wyobraźni w ogóle już zabrakło i została cukierkową Toffi. Bo kolor włosów. Czy komukolwiek kolor włosów kojarzył się kiedyś z cukierkami?
Brrr, kolor jak kolor, ale lepkość…
To już prędzej kolor oczu.


- Jeszcze tego brakuje. Siedź tu póki on nie wyjdzie, błagam...-kobieta podeszła do niej, po czym zajęła miejsce na podłodze obok.
-Masz dokumenty?-dziewczyna skinęła głową. Jakże, będąc ukochaną najlepszego fałszerza, mogłaby ich nie mieć?
Kapitanowi Stanisławowi “Agatonowi” Jankowskiemu składamy szczere wyrazy współczucia z powodu znalezienia się w tym opku.


Zaraz… To ona ma dokumenty, dobre dokumenty i mimo to musiała ukrywać się w piwnicy?
To pewnie ten jej zazdrosny kochaś to wymyślił. Chciał ją trzymać w piwnicy i mieć tylko dla siebie. W końcu z zazdrości zastrzelił policjanta, który jedynie się nad Lenką pochylił, nie?


-To jesteś tym kim jesteś i przyszłaś poszukać u nas pracy, jasne?
A może, skoro już tak konspirujecie, przynajmniej zapytaj ją, jak się nazywa? Na wypadek, gdyby mąż Sally właśnie do ciebie zwrócił się “A co to za jedna?”.


Och, szczerze? Nie miała wyboru się nie zgodzić,
“Nie miała wyboru, musiała się zgodzić” albo “nie mogła się nie zgodzić”.


nawet jeśli nie wiedziała dokładnie, cóż wokół niej się dzieje, chociaż nerwy w środku wypełniały ją co raz to bardziej.
Po kilku chwilach zajęły miejsce wszystkich kości, mięśni i narządów, i stała się dosłownie “kłębkiem nerwów”.


Po co zaufała temu chłopakowi? Dlaczego, kiedy raz postanowiła zaufać, wpakowała się w jakąś dziwną zasadzkę? Czy naprawdę nie zasługuje na rzecz zwaną normalnością?
To samo pytanie zadawały sobie w tym momecie miliony mieszkańców Polski. Ale oczywiście Wyjątkowy Płateczek Śniegu cierpiał bardziej.


Kątem oka widziała niską sylwetkę Sally, na opartą o ścianę.
Ukrywając się na zapleczu widzi Sally znajdującą się w innym pomieszczeniu? I co to znaczy “na opartą”?


Na kobiecie z kolei opierał się wysoki i szczupły gestapowiec, najprawdopodobniej jej mąż.
Na mężu opierał się pies, na psie kogut i razem tworzyli pomnik czterech muzykantów z Bremy.


Brzmiało to niezwykle namiętnie [jak scena w Amelii?]  i romantycznie, lecz cała rzecz tak nie wyglądała-myślała, że przynajmniej nad żonami pochylają się nieco inaczej niż nad swymi więźniami i niewolnikami.
Wszystko to wizualizuje mi się jak obraz z pogranicza kubizmu i surrealizmu.


- Wszystko jest dobrze, Lars. -mówiła tamta po niemiecku do swojego męża. Nie wiedziała, dlaczego udaje. Dlaczego udaje, że nie widzi, że jej małżonek nie węszy tylko w policyjnych sprawach, a także pod spódnicami strażniczek, cienkimi sukienkami panienek z restauracji?
Tak, wiemy, Lars ma liczne kochanki, dopiero co o tym pisałaś autorko.


Chyba ze strachu. Ze strachu przed samymi sobą udają wierne i kochające się małżeństwo-również przed samymi sobą.
- Cieszę się, Sally. -nie wiedział, cóż jeszcze powiedzieć. - Naprawdę się cieszę…
Właściwie to po co on tak wpadł znienacka? Wymienić z żoną kilka banalnych uwag? Przelecieć ją na stojąco? (bo chyba to miała na myśli autorka mówiąc o opieraniu się…)


Ciągnięcie rozmowy, pozorowanie czułości czy zainteresowania nie miało sensu-nawet to im nie wychodziło. Lars nie był typem zdolnego do takich rzeczy mężczyzny-co prawda, wciąż miał sentyment do swej żony. Była pierwszą, której to piersi zobaczył, poglądając ją, kąpiącą się w rzece naopodal ich starej szkoły. Lecz to byłoby na tyle. Ileż to lat można patrzeć w ten sam biust i wzdychać do tej samej, umęczonej i przygnębionej twarzy?
Umączonej! Jak na właścicielkę piekarni przystało.


- Co?-odezwała się właścicielka owej cery [jęki agonalne Vaha]. -Po co tu przyjechałeś? - brzmiała łagodnie, lecz kto ją znał, umiał wyczuć w jej głosie nutkę pretensji.
- Chciałem cię odwiedzić, Sally. - skłamał. Jego kobieta od jakiegoś czasu przestała marudzić i narzekać na jego nieobecność. Nie mówiła wciąż o dziecku, nie pytała, czy on przypadkiem po cichu nie cieszy się z jej poronień i śmierci zaraz po porodach.
Czy tylko dla mnie to brzmi, jakby po każdym porodzie umierała, lecz ku zmartwieniu męża zawsze wracała do życia?
Wańka-zombie-wstańka.


Tak jakby ktoś ukoił w niej te wszystkie kobiece żale...
Chciał to skończyć. Pragnął zobaczyć ją, opierającą się o ladę i stojącego przed nią pracownika piekarni.
Aaa, niespodziewana wizyta kontrolna. Ale weź pan, tak w środku dnia, gdy po piekarni i sklepie kręcą się ludzie…?


Nie, nie kazałby go w ramach zemsty aresztować, nie wysłałby małżonki do obozu śmierci-miał w sobie resztki sprawiedliwości, a jedynym czego chciał było ukojenie swych wyrzutów sumienia…
Skill samooszukiwania się też ma wysoko rozwinięty, widzę.


Nie tylko on czasami brał do siebie te zgrabną strażniczkę, stojącą pod szpitalnym oddziałem i nie zabawiał się z nią w najlepsze.
Brał i nie zabawiał się, czyli praktykował ascezę w warunkach ekstremalnych.
Prawie jak Gandhi.


Ona też miała to na sumieniu, z którymś z polskich parobków.
Niezabawianie się? Straszny grzech.


- Wszystko jest dobrze. Wracam do pracy. -kobieta nie chciała przedłużać tej męczącej rozmowy. Dialogu, który im się nie kleił i od którego tak uciekali.
Pokiwał głową, po czym ku panice Sally ruszył ku zapleczu.
- No co? Idź, pracuj. -odparł, widząc, iż blondyna wciąż tu stoi.
- Lars, dlaczego ty tam idziesz?-spytała, teraz naprawdę rozważając ten fakt. Jej synapsy też działały dość wolno, mąka je oblepiła. - Czy ja wyglądam ci na jakiegoś potencjalnego bandytę? Czy ty komukolwiek ufasz?
No, takim tekstem to tylko wzbudzisz jego podejrzenia, złotko.


Zaśmiała się gorzko, zapewne brzmiąc przy tym dość żartobliwie.
Wyobrażam sobie w tym momencie taki kompletnie sztuczny wybuch śmiechu, po którym następuje niezręczne, pełne napięcia milczenie.


- Och, Sally, jestem szefem gestapo. Nie mogę sobie pozwolić na ufność i instynkt. Nawet wobec żony...
Żony? Czy on, poza prawem formalnym, miał jakiekolwiek inne zezwolenie na określanie jej swoją żoną? W ich związku nie było już niczego-miłości, ufności, czy wierności. Tych podstawowych rzeczy, które ślubuje się podczas przysięgi.
Koleś zaraz odkryje Lenę na zapleczu, co według Sally ma grozić jakąś straszliwą katastrofą (chociaż doprawdy nie wiem jaką). To niekoniecznie dobry moment na refleksje o przysiędze małżeńskiej.


Uchylił lekko drzwi, i zaznaczając swą obecność ciemnymi oficerkami, usłyszał przekleństwo wypowiedziane w rodowitym, polskim języku, cóż [co] jednak zignorował, kierując wzrok na jego autorkę-smukłą brunetkę z czerwonymi ustami, obejmującą małą, półnagą dziewczyneczkę.
Przepraszam, naprawdę starałam się to skomentować, ale...


Starsza z nich była nawet niezła.
Ale za to młodsza była półnaga, co wybrać, mujeju, co wybrać?


(Swoją drogą; półnaga? A gdzie fartuszek Sally?)


W ogóle, użycie sformułowania “starsza z nich” pasowałoby raczej do sytuacji, kiedy Lars, wchodząc, zauważa dziewczyny jako “grupę” i potem dopiero wyodrębnia z niej “starszą”. Tymczasem już w poprzednim zdaniu obie są wyraźnie odróżnione od siebie, a Lars od razu zwraca uwagę na jedną konkretną. Mam nadzieję, że zrozumieliście, co miałam na myśli…
(#teóczucie kiedy wiesz, co chcesz wyrazić, a ni cholery nie wiesz, jak. W zasadzie bardzo aŁtoreczkowe ;) )


Urzekło go jej seksowne zdenerwowanie na twarzy, pewne siebie i gotowe obronić tą mniejszą spojrzenie, jak i ciemne loki-zawsze się w takich lubował.
Ale ożenił się z blondynką, bór wie czemu.


Nie lubił ciap, wrażliwych idiotek, uzależnionych od swych mężczyzn, niepojętnych w samodzielnym życiu. Nie zrażała go kobieta umiejąca na siebie zarobić, napyskować mężowi, czy nawet taka, która porzuca wobec niego wierność. A ta na dokładnie taką wyglądała.
Inaczej się miała ta drugą-samym swym widokiem pokazywała, że powinien na nią zwrócić uwagę. Jej wzrok tak bardzo błądził w otchłani niepewności i przerażenia, że aż wzbudzała sobą litość.
- Dokumenty. -dla wyższej postarał się nawet o polski w swych ustach.
Hyhyhy, oj bo uwierzę.


Kąciki jej ust uniosły się.
- Pan mnie nie zna? Ja przecież tu pracuję. -zauważyła. Bezczelna. Jakże szybko umiała łapać z człowiekiem kontakt wzrokowy! Jak dobrze wiedziała, że może pozwolić sobie na manipulację, i brzydkie odzywki, wiedząc doskonale, iż nic jej nie zrobi.
Tylko opkowa pewność siebie pozwala bez strachu pyskować dowódcy gestapo. Pewnie gdyby do pokoju wszedł sam Adolf Hitler, usłyszałby “spierdalaj”.


- Ciebie może tak, ale jej nie. Kim ona w ogóle jest?-pokazał na Lenę, którą wciąż kurczowo obejmowała Toffie. Żydówka-pierwsze, cóż [co] przeszło mu przez myśl.
Ok, Lena naprawdę musi mieć bardzo zły wygląd, cofam, co powiedziałam, że nie ma wypisane na czole. Ale w takim razie dlaczego przez kilka dni nie wpadła, chodząc sobie swobodnie po mieście?
[Głosem Bogusława Wołoszańskiego] W 1943 roku sytuacja na froncie wschodnim była już tak zła, że wysłano na niego cały warszawski garnizon, w mieście zaś został tylko jeden dowódca gestapo. I jeden policjant, ale ten zginął w brawurowej akcji podziemia w piwnicy.


Ewentualnie ukrywająca się działaczka Podziemia, cóż było rzeczą mało wiarygodną.
Nożeż fakin szit, kolejny raz “cóż” zamiast “co”. Nie, to nie zawsze są synonimy, ani użycie “cóż” w bezsensownych miejscach nie dodaje tekstowi przedwojennego sznytu.


Sally jest Niemką, jak on. Nigdy by się nie zgodziła. Poza tym, już dawno na jego biurku wylądowałoby jej zdjęcie i akta.
Jassssne. Gestapo miało dossier każdego działacza podziemia.


- Przyszła do nas postarać się o pracę. -wzruszyła ramionami kobieta, nadal patrząc w oczy policjantowi.
Tak upadają wielcy - z dowódcy gestapo na policjanta w ciągu kilku akapitów.


- Pracę? Jaką pracę?-wypytywał, właściwie to dla zasady. Wiedział, iż nic z rozmowy z nimi dwoma nie wyniknie.
- A co można robić w piekarni, Herr Rainer? Co najwyżej piec bądź sprzedawać.
Lena zadrżała. Do cholery z całym tym Bolkiem. Miała przed nią pojawić się pomoc, a póki co spotkała się jedynie z szefem gestapo. A ludzie wciąż sądzą, że kontakty międzyludzkie prowadzą do dobrego…
W kategorii “mądrości z dupy” to opko bije własne rekordy.


-No tak...no tak...-szepnął. Nie miał zamiaru bawić się w aresztowanie czy egzekucję. Co mu da zabicie jednej przedstawicielki semickiej rasy, prowadzenie w tej sprawie śledztwa i wpisywanie akt? Cóż zrobi z niemieckim narodem ta mała dziewczyna, nie umiejąca wysilić się nawet na słowo?
A temu co? Ktoś mu zhakował oprogramowanie?


-No tak. -kobieta nie wiedziała, czy opowiadać o rzekomym upadku na piec i poparzeniu pleców, co tłumaczyłoby siniaki na jej plecach.
Jestem pewien, że nawet średnio rozgarnięty gestapowiec odróżnia siniaki od poparzeń.
A o upadku na most nie mogła powiedzieć, bo…?
Jej, przecież równie dobrze mogła się wywalić wychodząc/wchodząc do piekarni, na chodniku przed nią czy coś. Nołp, kłamiemy, że wpadła na piec. Genialne.


Sajkowska chciała coś dodać. Lecz chyba teraz nie mogła mówić...
Złość we wnętrzu Niemca rosła, a chęć rozprawienia się z kimś godnego [godnym] awantury rozsadzała go od środka. Lata w policji przyzwyczaiły się do krwi, wrzasków i morderstw.
Takiego na przykład roku 1943 to już kompletnie nic nie ruszało.


Teraz nie umiał bez nich życia.
Jeżu kolczysty, co to jest, bo to nawet nie jest “cannot into”...


-Do diabla! Do cholery z tymi waszymi papierami-wrzasnął głosem tak dobitnym i mocnym, że nawet śpiewające na drzewach na zewnątrz ptaki go usłuchały. A po chwili martwe pospadały z gałęzi.  Ne powiedział nic więcej, a jedynie wyszedł z zaplecza, tym samym pozostawiając je same.
-Gratulacje. -Toffie spojrzała na Lenę. -Właśnie dostałaś pracę…


W kolejnej pisanej kursywą retrospekcji poznajemy Wandę, aktorkę, która właśnie pociesza swego ukochanego, Bronka, po śmierci matki. Potem wracamy do wojennej teraźniejszości, Wanda ze swą kumpelą Celiną oglądają zdjęcia swego idola – Eugeniusza Bodo.


(...)
Z podobną namiętnością gapiła się teraz, pięć lat po całym zdarzeniu, na wypięte pośladki zgrabnej, odzianej w haftowaną sukienkę, szatynki.
- Patrz!-krzyknęła tamta. Wyprostowała się, odwróciła od szafy i pokazała białą teczkę. -Znalazłam! - podskoczyła, po czym rzuciła plik na podłogę.
Tekturowe opakowanie rozłożyło się na dwie części, a z jego środka wysypało się kilka papierów, które przedstawiały jedną postać..
Pięknego bruneta z szerokim uśmiechem, do którego to po kolei zdychały
Trup żeński słał się gęsto u jego boskich stóp!


-niejedynie jako podlotki, a nawet i później, będąc dorosłymi kobietami, mającymi możliwość fizycznego spotkania z przystojnymi, realnymi osobnikami. Z resztą, nawet kiedy Wanda związała się z Bronkiem, wciąż wielbiła Eugeniusza Bodo.
(...)
Westchnęła. Ciekawiło ją niezmiernie, cóż teraz porabiać może ich ulubieniec-przeżył? Z pewnością! Co jak co, ale żaden Szwab z pewnością nie miałby serca strzelać do takiej perełki polskiego kina...
- Pamiętasz ten scenariusz filmu, który napisałyśmy? - uśmiechnęła się szatynka. Był to piękny okres przemiany nastolatek w dojrzałe kobiety, kiedy to leżały razem na huśtawce pod domem Celiny, upite tanim winem, gadając niezmyślone farmazony.
Farmazony mają to do siebie, że właśnie są zmyślone. Chyba chciałaś użyć “niestworzone”.


- O Boże... - brunetka złapała się za brzuch, próbując pochamować śmiech,
Zdławiła go chamsko i brutalnie.


co wcale jej nie wyszło. -Co my wtedy piłyśmy...
- Wino mojego dziadka?
Och, gdyby obie wiedziały, jaki los spotkał Eugeniusza, gdyby zdawały sobie sprawę, iż Bodo nigdy nie wróci-ani do najlepszego filmu, ani na najlepszą ziemię. Bóg po prostu wziął go do siebie. Nie oszczędził mu przed śmiercią bólu czy cierpienia, lecz uznał, iż taki artysta nie nadaje się do pospolitej walki w konspiracji.
Wznieślej! Wznieślej! Dorzuć jeszcze trzy łyżki patosu! I niech jeszcze Bodo z aureolą nad głową błogosławi bohaterkom!
“On się nie nadaje do konspiracji, trzeba go zabić!” – rozmyślał Bóg.


To już czwarty rok. Czwarty rok bez nowych książek, nowych filmów, jakiegokolwiek przyjęcia czy większego spotkania. Czwarty rok bez sporej rozrywki, podczas to której dane jest zapomnieć o zmartwieniach dnia dzisiejszego. No, może jeszcze słaby alkohol wypity w olbrzymich ilościach na chwilę koił ból. Nic poza tym.
Nie wiem, co one tam piły, ale najwyraźniej nie miały dostępu do porządnego bimbru.


- Celina, ja już mam dość.  - stwierdziła Wanda, po czym okazała swą słabość poprzez spoczęcie na podłodze.
W tym miejscu chciałam zaznaczyć, że okazuję swą moc, kontynuując analizę, choć bardzo chciałabym spocząć na podłodze.


(...)
- To się nie skończy, Celina. My wszyscy ledwo sapiemy. I nie, nie mów, że musimy wierzyć! Ile jeszcze wytrwamy w tych łachach, na chlebie od którego codziennie spędzamy za dużo czasu w rozwalającej się toalecie? Już nawet nie możemy poprosić o pomoc Boga, zawsze istnieje ryzyko, że wpadną tam Niemcy i wywiozą nas na roboty...nie boją się...Nawet i jego się nie boją! Zadają nam cierpienie stojąc przed jego obliczem…
Zaraz… W tej toalecie?


(...)
- Znasz może Alana?-spytała. Nie chciała by Wanda dłużej gniła z tęsknoty, nie zamierzała pozwolić jej utopić się w smutnej prawdzie. Ucieczka od niej była jedyną, której uznać nie dało się za tchórzostwo. Ryszkowska pokiwała głową. -Wiesz, że mówił mi, że mu się podobasz?
A kto to ten Alan? Agent brytyjskiego wywiadu w Warszawie?
Najwyraźniej. W statystykach imion nadawanych w Polsce “Alan” po raz pierwszy pojawia się w 1969 roku.


Zastanawiam się, skąd on się tam w ogóle wziął, skoro z innymi imionami autorka jednak jakoś trafia w epokę. Może skończył się zapas znanych z “Czasu honoru”?


Wanda uśmiechnęła się. Dwa lata z przerwami. Była kobietą winną oczekiwania, prostoty i bezwarunkowej wierności.
Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!


Lecz czy nie miała również swoich potrzeb? Nie wiadomo co Bronek robi w tym swoim lesie. Jeden raz. Pośmieje się, wyładuje a później zapomni.
- Chodźmy więc do Alana. -postanowiła zgrzeszyć.


***


- To szaleństwo. Totalne szaleństwo.  -mruczała wtulona w jego klatkę piersiową, tym samym jeżdżąc palcami po jego brzuchu.
Zauważyłam, że wiele osób używa “tym samym” w sensie “jednocześnie”, tym samym sprawiając, że zdania wyglądają nieco idiotycznie. Tymczasem wyrażenie to wskazuje raczej na przyczynę lub skutek, a nie po prostu równoczesność; tu można przejrzeć listę synonimów, a tu przykłady z korpusu językowego i tym samym poszerzyć nieco swoją wiedzę na temat tego niby prostego, a jednak podstępnego wyrażenia.


(...)
-Wstawaj. -poganiła go [zganiła? Nawróciła na pogaństwo?], a sama usiadła na pledzie. -Musi być już rano, zaraz ktoś tu wejdzie i...
-I co?-mruknął zalotnie. -Czyżbyś się bała?
-Nie wierzę. -pokręciła głową. -Jak ja mogłam iść do...do łóżka, na podłogę czy cokolwiek z takim idiotą i bawidamkiem!
Westchnęła, po czym zakryła swoje ciało w bieliźnie ciemną sukienką z białymi różami.
-Uwierz. Trzeba w życiu w coś wierzyć.
Ryszkowska dopiero teraz uświadomiła sobie, że już dawno wyjechała poza granice swych wartości i godności. Oraz rozumu i godności człowieka.  Przecież ten Alan to gówniarz. Zwyczajny gówniarz.
-Ja na przykład wierzę w Boga. -kontynuował wykład.
-I postępujesz zgodnie z jego zasadami...-zasarkazmowała, przyglądawszy się jego twarzy.
Zasarkazmowała przyglądawszy, ja to opko po prostu wyryję złotymi zgłoskami w marmurze – zaironizowała Kura, czytawszy.


Był wysoki i dobrze zbudowany, przez co sprawiał wrażenie dojrzałego, lecz to światło pozwoliło jej zauważyć te dziecięce rysy twarzy. Na pewno w swoim życiu nie przeżył więcej niż dwadzieścia trzy, góra cztery wiosny.
No to hej, nie taki gówniarz – nie wydaje mi się, żeby Wanda była jakoś znacząco od niego starsza. W czasie wojny tacy już dowodzili oddziałami.


Nie zdążył odpowiedzieć kolejnym przemądrzałym wywodem, jako, iż drzwi od pomieszczenia delikatnie się uchyliły, a obydwoje jak na zawołanie, zadrżeli.
Drewniane wrota otworzyły się szerzej, a do środka na pełnej kurwie wparował król Kazimierz Wielki. Zatrzymał się skonsternowany i dopiero po dłuższej chwili zrozumiał, że przez pomyłkę znalazł się na planie “Wojennych dziewczyn” a w nich stanęła niepozorna, przerażona sytuacją brunetka, która w myślach zastanawiała się, jak z owej sytuacji się wycofać-tym samym spełniając potrzebę szefowej i nie skarżąc na znajomych w pracy.
Potrzebę szefowej? Jedną z tych potrzeb dorosłych ludzi?


Cholera. Ta nowa. Jak jej było? Lidka albo Lena, Wanda nie miała pewności. Nie była z nimi zżyta na tyle, by targało nią sumienie, gdy nakabluje, a z drugiej zaś, żaden porządny człowiek w tych czasach miał wstręt do donoszenia.
Chyba nie rozumiem tego zdania. Tylko nieporządni ludzie mieli wstręt do donoszenia?
Wiele rzeczy w opkach widziałam, ale żeby komuś myliło się “żaden” z “każdy”...
Łezka mi się w oku kręci, że Kurę po tylu latach analizowania ciągle coś potrafi zaskoczyć…


Och! A kto tam wie, czy jest takim człowiekiem-ciężko było ją rozszyfrować. Mało mówiła, czasami się uśmiechnęła, i bała się byle jakiego krzyku. Zdawała się być wręcz...dzika?
Zrzuciła z siebie ciemny materiał i w półnaga podbiegła do małej brunetki.
W czym?


-Lidka! Cicho bądź!-szepnęła, po czym zamknęła drzwi. -Nikomu ani słowa, rozumiesz?-usiłowała nadać swej osobie groźnej postury, grożąc wskazującym palcem.
Jak wiadomo, od grożenia palcem rosną mięśnie i postura całkiem się zmienia.


Dziewczyna oparła się o ścianę, lecz nie odpowiadała. -Rozumiesz!?-chwyciła jej ramiona.
Lena wcale nie zrobiłaby tego, gdyby w jej głowie nie pojawił się teraz niemiecki, SS-mański mundur, o wiele większe i mocniejsze łapska chwytające jej wątłe ramiona. Nie dokonałaby tego, gdyby w jej uszach nie zadźwięczały przekleństwa wykrzyczane grubym wrzaskiem. Lecz pod wpływem wspomnień i skojarzeń, w akcie samoobrony, uniosła kolano i wycelowała je w podbrzusze kobiety.
-Aua...-ryknęła tamta z całej siły, zginając się wpół. -Czy ty jesteś normalna!?-spytała, a z jej oczu popłynęły łzy bólu. Taka mała, a taka zadziorna. Ciekawe.
I wtedy właśnie do Leny trafiło, że nie stoi przed swym, sarkastycznie ujmując, najlepszym przyjacielem, a zwykłą, szarą kobietą. Taką jak ona.
-Co ty sobie myślisz?-krzyknęła tamta, po czym wyprostowała się, ścisnęła ręce w garść, gotowa wyrwać jej z głowy wszystkie brązowe kłaki, od czego powstrzymał ją ubrany już, stojący za nią, chłopak.
-Uspokójcie się, wariatki!-chwycił Wandę w talii, po czym głową wskazał jej ubranie. -Ubierz się lepiej, bo zaraz ktoś tu przyjdzie.
Ryszkowska uwolniła się z jego rąk, i odwracając się, zakryła dość sporego sińca na swoim brzuchu.
Jak na drobną kobietkę, Lena jest bardzo silna. W innych czasach pewnie zrobiłaby karierę w MMA.
A sińce nie pojawiają się bezpośrednio po uderzeniu, jakiś czas zawsze mija.


Wanda wraca do domu i zwierza się matce.


(...)
-Wandziu, wolisz ziemniaki zwykłe czy tłuczone?-spytała drobna, blondwłosa kobieta, przypatrując się zmarszczonej przez troski twarzy swojej córki. Nadal nie mogła przywyknąć do faktu, iż nie jest małą, sięgającą jej do co najwyżej pasa Wandzią, o niesfornych lokach i szatańskim uśmiechu.
Khę, Wanda jest dorosłą kobietą, czy jej matka przespała ostatnie dwadzieścia lat?


-Jakiekolwiek. -westchnęła tamta na myśl o kartoflach, które w jej ustach w każdej już postaci straciły smak i wszystko, co je charakteryzowało.
Spróbuj tego:


-Mamo, powiedz mi, co ja mam zrobić z tą Leną?-prośby o porady odejmowały Wandzie wieku. Ile wiosen nie miałaby za sobą, zawsze prosiła o poradę swoją matkę.
Helena uśmiechnęła się. Może już dawno przerosła ją o conajmniej dwie głowy, lecz w środku serca nadal była tą nieporadną, małą dziewczynką.
-Nie przejmuj się nią. -wzruszyła ramionami, po czym zaczęła nakładać na talerz obiad.
-Jak ja mam się nie przejmować, mamo? Nie mów do mnie jak do dziecka w szkole podstawowej.
-Nie mówię tak...-kobieta pokręciła głową, chociaż przez swe myśli, rzeczywiście, słowa jej córki mogły być faktem.
-Mówisz mamo. Ona nie zrobiła tego, żeby mnie zranić. Nie jesteśmy przecież dziećmi, żeby bić się o to, kto będzie królem w zabawie czy coś...
-Już tak nie filozofuj. -blondynka podeszła do stoliczka i położyła obok Wandy talerz z jedzeniem. -Jedz, Wanda, jedz.
- Mama mnie wcale nie słucha!
-Zawsze ciebie słucham!
- Nigdy!
- Jedz, bo ci ziemniaki stygną!
-Ale mamo...w jakich ona musiała warunkach...-szepnęła młodsza z kobiet, po czym bez namiętnie wbiła widelec w ziemniaka. Jadła je bezmyślnie, dosłownie bezmyślnie. Po prostu pchała wielkie warzywa do ust, prędko popijała wodą, po czym zapominała o tym, że coś w ogóle jadła.
Byłoby jej wygodniej, gdyby spróbowała gryźć i przeżuwać.


-To nie nasza sprawa. -mama dziewczyny wróciła ze swym talerzem z posiłkami. -Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
Wanda pokręciła głową.
-Ale innym trzeba pomagać, sama tak mówiłaś.
-Chodziło mi bardziej o to, że nie powinnaś...-zaczęła wyjaśniać swą wypowiedź, kiedy usłyszały głośne i wściekłe wręcz łomotanie do drzwi, które od razu w ich głowach przywołało jedno skojarzenie.
-O cholera...-szepnęła Wanda, która wręcz czekała aż za drzwi wydobędzie się równie głośne "otwierać!". Wstała od stołu, panicznie i bardzo szybko idąc w stronę jednego boku ściany. Ileż miała tutaj nielegalnych rzeczy-pal licho gazety, zdjęcia i zaproszenia na nielegalne spotkania związane ze sztuką!
Polskie państwo podziemne ma zaszczyt zaprosić pannę Wandę Ryszkowską na nielegalne obcowanie ze sztuką. Wstęp tylko za okazaniem zaproszenia!


Pod łóżkiem miała nawet trochę broni. Po jaką cholerę zgodziła się na jej przechowanie? Przecież miało być tak bezpiecznie-bo któżby szukał u dwóch kobiet w mieszkaniu, pistoletów i granatów?
Niemcy nigdy nie podejrzewaliby kobiet o jakąś konspirację, nigdy!


Jej nogi zaniosły ją już na drugą stronę ściany. I znów rozpoczęła wycieczkę do pierwszej. I tak wkółko.
Jakoś tak to widzę:


-Czekaj, ja otworzę. -stwierdziła dość głośno Helena, przez co pięści jej córki zacisnęły się.
-Mamo, nie!-natężyła głos na tyle, na ile pozwalało jej szeptanie. -Udawajmy, że nikogo nie ma...
-Jak będą chcieli wejść i tak wejdą. -odparła jej matka i prędko poszła do przedpokoju, w którym mieściły się wrota prowadzące w ich skromne progi.
Progi skromne, ale wrota wypasione!


Wanda westchnęła i usiadła. Mimo, iż to już koniec, należało wciąż grać uroczą i niewinną-może jest szansa, że nie zechcą zajrzeć pod jej duże, dwuosobowe jeszcze łoże? Jakby nie była to jedna z najbanalniejszych kryjówek.
Właśnie. Co za idiota powierzył broń tej kretynce?


Bla bla, okazuje się, że to nie gestapo, a przyjaciółka Wandy, Celina.
(...)


-Wanda! -ledwo zatrzymała się przed stołem, dzięki czemu nie wywaliła jego zawartości. -Wanda, nie uwierzysz co się stało!-jej wrzask z pewnością wychodził poza zasięg mieszkania, lecz cóż miała zaradzić? Nigdy nie była tak wystraszona i podekscytowana jednocześnie. -Wanda, mamy problem. -ściszyła się trochę, co zaszufladkowało już rodzaj "problemów. "
-Jak ty mnie wystraszyłaś. -Ryszkowskiej trochę puściły nerwy, co jednak, ze względu na stan przyjaciółki, próbowała zatuszować. -Co się stało?-spytała, wstając od stolika i prędko do niej podchodząc.
-Dziewczyny, ciszej. -w pomieszczeniu znów pojawiła się pani domu. -Wiecie same, kto mieszka na górze. -przypomniała obydwóm o żyjącym sobie, z dnia na dzień, tłumaczu pracującym na alei Szucha, jak i jego pięknej, rzecz jasna blondwłosej żonie i ich dzieciach-prawdziwych dzieci narodu niemieckiego, którzy jeszcze przed wojną, kilka razy w tygodniu latali do kościoła.
A co, teraz już nie latają? Przerzucili się na okultystyczne rytuały w stylu Himmlera i jego Ahnenerbe?


-Wpa...-zaczęła Dłużewska, wydawało jej się, troszkę mniej głośno i rozpaczliwie.
-Ciszej!-ściszyła ją znów mama jej przyjaciółki.
-Popsuł się nam piec w piekarni. -znacząco spojrzała na Wandę. -A Kamila jest chora, i nie wiemy co teraz robić. -była, nie wiedzieć czemu, dumna z chwilę wcześniej wymyślonego hasła. -Musisz iść, nam pomóc, Wanda. Szybko…
Eee… piec? Wydawało mi się, że w byle piekarni w tamtych czasach piec nie byłby zbyt skomplikowany.
Natomiast w jaki sposób Wanda, z zawodu aktorka, mogłaby pomóc w jego naprawie?
Stanie obok, dramatycznie załamie ręce i zacznie zawodzić, że to taki dobry piec był, bułki takie ciepłe z niego wychodziły i tym samym zmotywuje panów od naprawy?


Dobra, Celina “spojrzała znacząco” więc z pewnością nie chodzi o rzeczywisty piec, lecz to jest jakieś ich umówione konspiracyjne hasło. Jednak to łomotanie do drzwi, te wrzaski… Nie wiem, ile czasu one działają w konspiracji, ale zachowują się bardzo nieprofesjonalnie.
Ale w opku zrobiło się dzięki temu bardziej dramatycznie!


Oczy Wandy zdawały się być teraz podobne do tych jej przyjaciółki-i mimo, iż wiedziała, że nie dzieje się najlepiej, zdawała się być tą sprawą szalenie podekscytowana, niemalże z niej ucieszona-jakby była taką chwilową ucieczką od noszenia tu i tam paczek, jedzenia ziemniaków i starego chleba i oglądania tych samych, przedpotopowych czasopism.
-No chodź!-Celina chwyciła jej dłoń i pociągnęła w stronę drzwi wyjściowych.
-A obiad? Może coś zjecie...?-cicho zasugerowała najstarsza z towarzystwa.
-Mamo, potem!-krzyknęła w pośpiechu Wanda, by ułamek sekundy później zniknąć gdzieś wśród warszawskich ulic.
- Ale ziemniaki wystygną!


***
Kilkanaście minut później siedziały na jednej ze zniszczonych, przeznaczonych dla ich gorszej i nędznej rasy, ławek, próbując przyzwyczaić się do wbijania się jej części w pośladki. To akurat mogły przeboleć-gorzej było już z perspektywą podziurawionych sukienek. Ich cztery litery zawsze się zagoją i będą funkcjonować, a z tymi elementami garderoby mogło być znacznie gorzej. Wandzie zostało ich już niewiele i momentami naprawdę obawiała się, iż pewnego dnia wstanie i nie będzie miała chociażby zniszczonego stanika i maławych majtek.
Serio, skoro drzazgi wchodziły im w dupy, to nie lepiej byłoby, no wiecie, stać? Oprzeć się o ścianę? Pogadać w mieszkaniu Wandy?


-Celina...-spojrzała na przyjaciółkę, która dzięki skwarowi uspokoiła swoje emocje. -Może jednak pójdziemy tam?-wskazała na siedzenie naprzeciwko, oznakowane tym głupim i upokarzającym "Nut Für Deutsche "
Czyli “Wyżłobienie Dla Niemców”.


-Daj spokój. -odparła Dłużewska, przeczesując do góry kosmyk włosów, który pot przylepił jej do czoła. -Siądę sobie, a później pojadę do Oświęcimia. Nie, dziękuję.
-Oj tam! Wiesz ile razy ja już tam siadałam? I co? I żyję.
Nosił wilk razy kilka…


Nie zmyślała. Naprawdę często pozwalała sobie na poudawanie przedstawicielki czystej, aryjskiej rasy, siadając na ławce przeznaczonej tylko dla takich kobiet. Co prawda, troszkę się bała dokonywać tak strasznych i karygodnych czynów, lecz te pewne siebie twarze żandarmów, którzy mieli wrażenie, iż każdy Polak popuszcza w spodnie ze strachu na ich widok był wart strachu. Te uśmiechnięte od ucha do ucha oblicza, którym zdawało się, iż wszystkie, nawet najmniejsze szczegóły są dopilnowane i uporządkowane pod III Rzeszę-że konspirują jedynie nieliczni, a nawet oni są wyłapywani, że Rzesza i wielki wódz nie mają żadnych problemów, a jakakolwiek brudna, parszywa Polka nie miałaby odwagi usiąść na ich ławce i bezczelnie grać Niemkę.
Jak ktoś lubi głupio się narażać… Pierwsza kontrola dokumentów i po ptokach.


-Niech on już przyjdzie. -jej przyjaciółka zignorowała ją, po czym oparła głowę o ich rozwalone siedzisko. -Ja tu zaraz zemdleję albo zasnę…
Aaaa, zaraz, moment, one nie jadą tramwajem, jak zrozumiałam w pierwszej chwili, tylko po prostu siedzą gdzieś w parku czy na ulicy na “gorszej” ławce? No to nie, Niemcy nie bawili się w takie szczegóły, przeznaczali dla siebie po prostu cały park czy całą dzielnicę, a nie jakieś tam pojedyncze ławki.


Ryszkowska obawiała się spotkania z dowódcą, który delikatnie rzecz biorąc grał na jej nerwach-rozmarzona, artystyczna dusza wolała pozostać przy spokojnym i cierpliwym Doktorze niż Krawcu. On z kolei momentami nawet Wandy nie cierpiał. Nie pozwalał sobie na uśmiechy, słowa pochwały czy uprzejmości. Był cholernie konkretny.
No i dobrze. Co one, chcą dostawać rozkazy pisane trzynastozgłoskowcem?
Chcą, by je wręczał rozpływając się w uśmiechach, gnąc w ukłonach i całując rączki.


-Pewnie zgubił te swoje, pożal się, kalosze. -rzuciła żartem, trochę głupim żartem.
-To są oficerki!-odgryzła się dziewczyna. -Tylko takie no...no gumiane.
Czy my jesteśmy na planie “Wojennych dziewczyn”, którym obcięto budżet?


(...)
Wanda, w miarę uspokojona odwróciła wzrok w kierunku wysokiego, dobrze zbudowanego, szpakowatego mężczyzny, na którego to twarzy także malowało się umęczenie skwarem. Była może wredna, lecz po raz kolejny dotarło do niej, iż on naprawdę nie nadaje się na dowódcę-jego sylwetka bojowca, skórzana kurtka, oficerki-przecież od razu da się poznać, iż nie jest zwykłym, szarym człowiekiem.
No, w oficerki, skórzane kurtki itp. to stroili się raczej zachłyśnięci konspirą smarkacze, ewentualnie próbująca zaimponować “złota młodzież” – prawdziwi przywódcy podziemia wiedzieli, czym grozi wyróżnianie się z tłumu. W sumie dobrze, że autorka to dostrzega.


Z Doktorem było inaczej-często w parku odgrywał starszego pana, który przyszedł spotkać się z wnuczkami w parku. A kimże dla nich mógłby być Krawiec? Za stary na narzeczonego, za młody zaś na ojca.
Akurat na kochanka.


Podszedł do ławki, na której spoczywały przyjaciółki, po czym podał Wandzie swą rękę.
-Chodź. -rzucił krótko, co kobietę lekko zniesmaczyło. -No chodź! A ty, Celina idź do domu. -dodał, na co Dłużewska lekko się zdenerwowała. Po jaką cholerę kazał jej biegać po mieście w takim upale?
No właśnie? Albo miał sprawę do jednej, albo do drugiej.
(Haha, widzę tu gimnazjalne przyjaciółki-nierozłączki, które wszędzie muszą razem).


Wziął brunetkę pod ramię-tak po prostu, wcale nie będąc ową sytuacją skrępowany, jakby codziennie pozorował randkę ze swymi podwładnymi.
-Kamila wpadła. -rzucił, a Wanda poczuła jak serce zjeżdża jej do żołądka w jakimś ułamku sekundy. Kamila. Najmłodsza i najbardziej wygadana członkini ich oddziału. Niby tylko kurierka, która woziła paczki, a przy okazji-milion wiadomości i rzeczy, które w międzyczasie kazali jej przekazać. Któż jej kazał? Wszyscy. Wszyscy ją wykorzystywali, przez co ona teraz słono zapłaci.
No kurwa nie. Strukturę oddziałów organizowano tak, żeby jak najmniej osób znało się nawzajem – w razie wpadki aresztowana łączniczka mogła co najwyżej wydać swój bezpośredni kontakt, nie wszystkich dookoła.


Widziała już te jej jasne loki, przylepione do czoła krwią, zapłakane i wystraszone oczy, drobną sylwetkę kurczowo trzymającą się krzesła tortur. I jeszcze rzeczy, które niosła. Oby zdążyła je przekazać, oby w jej załatanej torebce nie zostało wiele. Oby w jakiś sposób uciekła z tego piekła-Pawiaka, co rzeczą było prawie nierealną.
-Jeju...-szepnęła tylko, emocje nie pomagały jej w odnalezieniu odpowiednich słów.
-Nie miała ze sobą nic ważnego, ale zawsze może się wygadać. -zauważył dowódca, zawsze trzeźwo myślący. -Wiedziała dużo o tobie?
No to jeśli nie miała nic ważnego, to może… nie wpadła? Mam na myśli, że może np. zgarnięto ją w łapance razem z setką innych przechodniów, ale nie trafiła na gestapo na przesłuchania, nikt nie skojarzył jej z konspiracją.


Pokręciła głową. Miała co prawda kiedyś, po zbiórce, przyjść do Wandy na herbatę, za którą służył słodzony wrzątek, lecz ostatecznie do wizyty nie doszło.
-Nie. Nawet nie wie gdzie mieszkam.
Krawiec pokiwał głową.
-To dobrze. Jakbyś mogła, przekaż Bolkowi, że ma mi oddać broń, którą miał schować.
To ten Bolek, największa ciapa w Warszawie (zaraz po Lenie), robi w konspiracji? Święci pańscy, to się źle skończy…
To jest opko, tu każdy robi w konspiracji.


-Wanda na te słowa uśmiechnęła się pobłażliwie. Cieszyło ją, iż po raz kolejny nie będzie musiała zmieniać adresów i wymyślać nowego pseudonimu, uczyć się danych z nowej kenkarty.
... i mieszkać cały czas w starym mieszkaniu, razem z matką.


-A, jeszcze jedno. Szukamy nowej kurierki.
-Ale jak to? A co z Kamilą?-Wanda od razu odzyskała swój temperament i przytomność umysłu.
-Przecież mówię, że siedzi. -jak on to mówił!? Tak zupełnie bezemocjonalnie i spokojnie...
-To trzeba coś zrobić, żeby nie siedziała.
Niech wstanie.


Krawiec obdarzył ją surowym spojrzeniem.
-Jest tylko kurierką. Nie możemy jej odbijać.
-Jest także człowiekiem...
-A ilu ludzi tam siedzi? Wiesz, chciałbym wejść na aleję Szucha, zabrać wszystkich przesłuchiwanych, później z oddziałem dostać się na Pawiak i odbić każdego z celi. Ale nie mogę! Rozumiesz, nie mogę! Nie jestem w stanie!
GŁOOOŚNIEEEEJ!


Wanda westchnęła. Po jego wrzasku wszyscy szpicle w zasięgu słuchu lecieli teraz galopem w ich stronę wiedziała już, iż niewarto brnąć dalej. Przecież ta dziewczyna wiedziała co robi, zdawała sobie sprawę ze swego ryzyka. A z drugiej zaś strony...była jeszcze dzieckiem, pewnie nawet nie miała dwudziestu lat. Po co kazała nosić jej te pieprzone grypsy na drugi koniec miasta? Po jaką cholerę Celina dawała jej swoje miłosne liściki do jakiegoś Michała?
Co. Kurwa. Celina wykorzystuje łączniczkę podziemia jako prywatną listonoszkę?! Co tu się, to ja nawet nie…


Jakby sama nie mogła do niego iść i wyrecytować mu tych harlekinów.
Poszła siedzieć za listy miłosne?
Tego czego? Wydawnictwo Harlequin powstało w Kanadzie w roku 1949, do Polski trafiło w roku 1991.  


-Coś jeszcze?-wyrwała się z jego uścisku.
-Szukamy nowej kurierki, jak już wspomniałem. Ale najlepiej byłoby gdyby był to ktoś taki...no, mało znajomy, chyba rozumiesz. A u ciebie w pracy pojawiła się ostatnio jakaś nowa…
Mało znajomy? Znaczy, obca, niesprawdzona osoba? Dżizas, Krawiec, co ty masz w tym durnym łbie…


Swoją drogą, istniały znacznie pewniejsze sposoby pozyskiwania nowych konspiratorów i konspiratorek – na przykład z drużyn harcerskich, które przez całą wojnę prężnie działały w podziemiu.


Wanda westchnęła. Przekaz informacji w Podziemiu był niewiarygodny, o czym przekonała się kilka razy.
Hyhy, Podziemie wiedziało wszystko o każdym warszawiaku, a gestapo miało u siebie teczki na każdego działacza podziemia.


-Nie, ona nie...-stwierdziła, myśląc o Lenie, która zapewne bała się własnego cienia.
-Niby czemu? Znasz ją?
-Nie, ale...-tutaj Ryszkowskiej zabrakło słów. Mogłaby opowiedzieć Krawcowi o wczorajszym incydencie, lecz wtedy musiałaby także podzielić się z nim własnym życiem seksualnym, czego specjalnie nie chciała. Wstydziła się tego, co zaszło między nią, a tym chłopaczyną.
-Ale co? Nie mamy za bardzo czego wybrzydzać. Naprawdę brakuje nam ludzi, Wanda. -stwierdził mężczyzna. – Jak tak dalej pójdzie, to będziemy rekrutować gestapowców. Niemalże codziennie ktoś wpadał, ktoś ginął w kolejnej łapance, egzekucji, odwecie za jakąś polską akcję, jeszcze inni ginęli w zderzeniach z przechodniami na drewnianym mostku. Zaufanie zaufaniem, lecz on nie wierzył, by pierwsza lepsza kobieta była potencjalną konfidentką. -Sprawdź ją.
O, i to jest pierwsza rzecz, która tu ma jakiś sens. Sprawdź. Nie werbuj od razu, bo cholera wie, kim ona może być, tylko najpierw porządnie sprawdź.
Nie wierzy, że może być konfidentką, ale każe ją sprawdzić. Gestapowiec Lars nie ufał nikomu, ale Krawiec go przebił, nie ufając nawet samemu sobie.


-Tak jest...-zarumieniła się, nie wiedzieć czemu, brunetka. Chciała co prawda, bliżej poznać i dowiedzieć się więcej o tej dziewczynie, lecz kiedy naprawdę przyszło co do czego-czuła dziwną niechęć.
Lecz nie miała już wyboru. Krawiec był już paręnaście metrów od niej, a jej pozostało jedynie wykonać swe zadanie, chociaż wcale nie wiedziała, jak się do tego zabrać.
Pracujecie razem. Okazji do pogadania będzie pewnie z milion.


Z drewnianego mostu na Wiśle pozdrawiają Analizatorzy, zakonspirowani tak dogłębnie, że nawet nie wymienimy ich ksywek,

a Maskotek w gumianych oficerkach wparował na plan “Korony królów” i werbuje dwórki Kazimierza.

39 komentarzy:

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

Dobra, jeszcze nie skończyłam, ale skomentuję tę rozmowę w linku: ja dotąd myślałam, że sposób myślenia pani AK=ss występuje tylko w naiwnych wyobrażeniach coponiektórych zwolenników prawicy. Jakim cudem można dojść do wniosku, że uważanie AK za pożyteczne jest homofobiczne (?) i łączy się w jakikolwiek sposób z przedmiotowym traktowaniem kobiety (??) i, o ile rozumiem, niepopieraniem aborcji (???). A pan od patriotów użył w dyskusji chyba najsłabszych argumentów z możliwych... no cóż, będę czytać dalej, może dowiem się kolejnych nowych faktów o okupacji?

Anonimowy pisze...

Poziom wiedzy o II wojnie już mnie nawet nie zaskakuje, za to nowotwory językowe nieustannie.
Achika

Anonimowy pisze...

Tak mi brakowało analizy jakiegoś opka... Może razi mnie fakt, że autorzy wydrukowanych tworów już raczej nie mają szans na poprawę swojego warsztatu?
W każdym razie analiza jest świetna. Właśnie takie opka uświadamiają mi, jak niewiele ludzie wiedzą na temat okupacji i wojny. Przerażające. Wasze komentarze jak zwykle trafne i na poziomie.

Seshru

Ida Prokopczyk pisze...

"Pięknego bruneta z szerokim uśmiechem, do którego to po kolei zdychały"

Zaliczyłam zgon (pun not intended). Jedna ze śmieszniejszych literówek w dziejach.

Anonimowy pisze...

Jestem głupia.Nie rozumiem początku opka. Zostawię to sobie na wieczór.

Shadow Memory pisze...

Chciałam to przeczytać na watt, podobno mega kultowa opowieści. Aż się boje ze moja historia tu trafi :/

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

poza innymi rzeczami zastanawiająca jest też ta osłodzona woda zamiast herbaty... to herbaty nie mieli, ale cukier już tak?

[screams internally] pisze...

"Podniosła się wolno z drewnianego podłoża w celu wstania."
A ja upadłem na podłogę w celu kwiczenia ze śmiechu.

tuptaczek pisze...

Ale ja nie rozumiem, najpierw ona spaceruje po mostku w czerwonej sukience a potem idzie na "męską sylwetkę", która krwawi. I wtedy okazuje się że jest zamknięta w piwnicy i nie może wcale wychodzić.
O.o o co chodzi?!

tuptaczek pisze...

Aha dobra. To jakaś retrospekcja była wywołana zderzeniem.
Tak czyta dalej i jedyne co przychodzi to: co? Co? Coooo???
Boziu a to dopiero początek ;__;

Starred Shinra pisze...

Ja przepraszam, ale jaki most DREWNIANY w Warszawie w czasie wojny?! Most Zygmunta Augusta to był może czy most Ponińskiego?
Co do snajperów - jeszcze był Iwan Sidorenko z liczbą 500 trafień, Matthias Hetzenauer z 345 trafieniami i Sepp Allerberger z 257 (Allerberger i Hetzenauer już pod koniec wojny, w 1944 roku). To też nie są nie wiadomo jakie liczby...
"Przestań. Nie mów nic. Nic nie mów. -warknęła, po czym bez jakiegokolwiek zahamowania, ominęła pozbawione już chyba całej krwi zwłoki Niemca" - że słucham? O__O Krew mu tak wyciekała z JEDNEJ RANY W GŁOWIE?! To czym on w ten łeb dostał, u diabła? I jak to się stało, że nikt z mieszkańców nie usłyszał strzału?
"Lecz czy takim aniołem, mogła być Niemka? I to w dodatku, żona jakiegoś wysokiej rangi gestapowca, które nazwisko już tyle razy w ciągu tak krótkiego czasu padło na zapleczu lokalu?"
Żona gestapowca prowadząca piekarnię?! Z tych samych Niemek, które nie mogły studiować, być prawniczkami, lekarkami itd.?! I do tego o ŻYDOWSKIM IMIENIU?! Jakim cudem w takim razie mąż nie wystąpił o rozwód, jakim cudem nikt nie wywołał drugiej afery Blomberga? O___O Przecież to idealna okazja, by pozbyć się wroga, informując władze, że ma żonę Żydówkę! Albo - o zgrozo - Angielkę, przedstawicielkę wrogiego wywiadu!
"-No tak...no tak...-szepnął. Nie miał zamiaru bawić się w aresztowanie czy egzekucję. Co mu da zabicie jednej przedstawicielki semickiej rasy, prowadzenie w tej sprawie śledztwa i wpisywanie akt? Cóż zrobi z niemieckim narodem ta mała dziewczyna, nie umiejąca wysilić się nawet na słowo?"
I mówi to Rainer, tak? Lars Rainer, szef warszawskiego gestapo, ten sam Rainer, którego za porażki wywalono w '44 do Salonik? Nad którym ciągle wisi widmo Berlina i sprawdzania jego pracy?
Jeśli to 1943 nadal, to Wanda - urodzona w 1918 roku - ma 25 lat.
"-Ale jak to? A co z Kamilą?-Wanda od razu odzyskała swój temperament i przytomność umysłu.
-Przecież mówię, że siedzi. -jak on to mówił!? Tak zupełnie bezemocjonalnie i spokojnie...
-To trzeba coś zrobić, żeby nie siedziała."
A co ma, kurwa, zrobić, położyć się? =.= Co najwyżej cyjanek jej mogą dostarczyć, a i to z olbrzymim narażeniem życia...
"Po jaką cholerę Celina dawała jej swoje miłosne liściki do jakiegoś Michała?"
What? Dziewczyna bierze liściki miłosne koleżanki? I nosi to razem z grypsami z więzienia?! Jak to wygląda w praktyce, że co, idzie do więzienia, wynosi grypsy i po drodze do koleżanki po kolejny liścik? *przypomniał sobie kobietę z "Pokolenia Teresy" roznoszącą grypsy i tak trochę oniemiał*

Starred Shinra pisze...

Po wpadce Kamili to nie powinni posprzątać na wszelki wypadek lokali, które znała, uprzedzić jej kontakty, czy coś? Tak się tylko niewinnie interesuję.
"Nie zmyślała. Naprawdę często pozwalała sobie na poudawanie przedstawicielki czystej, aryjskiej rasy, siadając na ławce przeznaczonej tylko dla takich kobiet" - jakim cudem? A to nie było tak, że Niemkę od Polki dało się odróżnić PO UBRANIU? W sensie, Polka ubrana biednie i w ubrania, jakie się dało dorwać w czasie wojny, a Niemka w najlepsze ciuchy, kapelusze itd.? Chyba że w ramach konspiry dostały wspaniałe ciuchy kobiet niemieckich. @_@
"Wanda, nie uwierzysz co się stało!-jej wrzask z pewnością wychodził poza zasięg mieszkania, lecz cóż miała zaradzić? Nigdy nie była tak wystraszona i podekscytowana jednocześnie"
Drze się jak stare gacie, na pewno ten tłumacz niczego nie usłyszał ani sąsiedzi...i to walenie w drzwi też nie zwróciło niczyjej uwagi. I tak się zachowuje kobieta, która ma narzeczonego akowca i sama działa w konspiracji? Aha.
"Żaden porządny człowiek w tych czasach miał wstręt do donoszenia" - znaczy, żaden Volksdeutsch nie był porządny? @_@
"Szukamy nowej kurierki, jak już wspomniałem. Ale najlepiej byłoby gdyby był to ktoś taki...no, mało znajomy, chyba rozumiesz. A u ciebie w pracy pojawiła się ostatnio jakaś nowa…" - znaczy, Krawcowi chodzi o to, że nowa, nikomu nieznana, nie wyróżniająca się z tłumu twarz, tak? Ale przecież Lena ma twarz typowej Żydówki, to jakim cudem wciągnięcie jej do konspiry ma coś dać? Taką kurierkę to każdy wylegitymuje na ulicy, chyba że nią załatają inne braki kadrowe...ale no nie, no, przy jej bystrości...
"Westchnęła. Ciekawiło ją niezmiernie, cóż teraz porabiać może ich ulubieniec-przeżył? Z pewnością! Co jak co, ale żaden Szwab z pewnością nie miałby serca strzelać do takiej perełki polskiego kina..."
Czyli nie byłaś w Palmirach, nie słyszałaś nic na ten temat. I afisze na ulicach, łapanki, też ci nic nie mówią.

Starred Shinra pisze...

Errata do wcześniejszych komci: Rainer w 1944 roku wrócił do Warszawy po śmierci Schoebbla i ponownie został szefem gestapo, do Salonik wyrzucono go wcześniej - a przynajmniej tak zrozumiałem z researchu. Proszę wybaczyć ten spam komciami. @_@

Ida Prokopczyk pisze...

Zapomniałam dodać:
"najskuteczniejszy snajper w dziejach, Simo Häyhä, przez całą wojnę zabił około 700 ludzi, Ludmiła Pawliczenko ponad 300".
Ponoć w rzeczywistości opowieść o Pawliczenko mającej zdjąć 300 Niemców była czystą radziecką propagandą.

Anonimowy pisze...

Czyli ten Bolek-Po-Hormonach jest z konspiry? I ciągnie podejrzanie ranną, bardzo żydowsko wyglądającą dziewczynę pod nos szefa gestapo? Geniusz.

PS Udowadniam, że nie jestem robotem zaznaczając mosty. Przypadek?

Nikt Ważny pisze...

"i sprawia, że wszystko co złe, znika, a dobre nabiera na jakości i kolorach.
Nabiera czegoś, nie na czymś" — E tam, przecież to bardzo logiczne zdanie jest! Dobre stało sobie na jakości i kolorach i nabierało – a co takiego nabierało? No cóż, tu pewnie autorka zostawiła sobie otwartą furtkę na kolejne części. Jestem pewna, że to coś odegra jeszcze niezwykle ważną rolę w fabule. ;)

Anonimowy pisze...

zignorował, kierując wzrok na jego autorkę-smukłą brunetkę z czerwonymi ustami, obejmującą małą, półnagą dziewczyneczkę.

Dlaczego on widzi BRUNETKĘ, skoro przed chwilą włosy dziewczyny były porównane do cukierków toffi, a zatem ich kolor mógłby się wahać między odcieniami blondu i jasnego brązu z domieszką rudego? Z początku myślałam, że źle spojrzałam i chodzi o Lenę - ona jest brunetką - ale nie, Lena to półnaga dziewczynka, więc wtf?

Kuba Grom pisze...

"Podniosła się wolno z drewnianego podłoża w celu wstania" - i to na pewno nie jest wasz dopisek? :)

Nefariel pisze...

"Ponoć w rzeczywistości opowieść o Pawliczenko mającej zdjąć 300 Niemców była czystą radziecką propagandą".
Takie "ponocie" bardzo często wypływały w przypadku wybitnych kobiet-wojskowych i w większości przypadków nie warto przywiązywać do nich najmniejszej wagi.

Anonimowy pisze...

Autorka pewnie myślała,że herbata była wtedy towarem luksusowym a cukier powszechnym. Nieznajomosć realiów. Jeżeli się nie mylę,w tamtym czasie chyba wszystko szło na potrzeby armii. Cukier,tłuszcze,słodycze były praktycznie niedostępne a ludzie jechali na kaszy i wodzie po ziemniakach....
Jaka szkoda,że nie znałam NAKWy w czasach licealnych i nie pokazałam tego typu dzieu mojej polonistce i historyczce....

Sha pisze...

Mam dysonans poznawczy, bo pamiętam, że Lenę grała w serialu Agnieszka Więdłocha, która do wątłych lelij nie należy, a tu się opisuje jakąś mimozę. Pardon, dziewczynkę.

Starred Shinra pisze...

Radzieckim kobietom zabraniano mówić o swoich dokonaniach, spotykały się z pogardą po wojnie, żyły w zapomnieniu, jak Luda Pawliczenko właśnie - dlatego niewiele wiadomo na temat ich trafień. Wybitne były, to fakt - i takie nazwiska jak Roza Szanina, Luda, Alia Mołdagułowa, Nadieżda Popowa, Nina Oniłowa coś tam mówią, ale niedużo. Takie "ponocie" więc mogą wypływać, ale nie wiadomo, na ile mają one poparcie w realnej rzeczywistości i na ile realne są ich biografie - dużo dokumentów dotyczących krasnoarmiejek zostało zniszczonych. Są historie, jak krasnoarmiejkom wracającym z frontu kobiety mówiły z pogardą "wiemy, co robiłyście z naszymi chłopami". Istniała nawet podobno instytucja "polowej żony", kobiety, która w zamian za ochronę przed towarzyszami stawała się na froncie "żoną" kolegi z oddziału...Nie wiem, jak było na Zachodzie, ale tam też kobiety wojskowe chyba nie mówiły zbyt wiele o swojej historii wojennej?

Starred Shinra pisze...

Wtedy dosłownie wszystko szło na potrzeby armii - do tego stopnia, że nawet sami Niemcy mieli kartki (nie takie, jak Polacy ofc., ale reglamentacja była); do słodzenia używano sacharyny, a i to jeśli cudem się zdobyło. Na opał ludzie rąbali nawet stare podkłady kolejowe, jeśli nic innego nie było - węgiel był pieruńsko drogi, drewno też; jak się komuś udało dostać do składu węglowego albo kierować takim, pożydowskim, to miał ogromne szczęście. Zresztą wszystko było drogie, mężczyźni na froncie/w więzieniu/obozie/whatever, więc Polki szły do pracy, by jakoś utrzymać siebie i dzieci - ale nie robiły tego Niemki, zwłaszcza te z wyższych klas (i tu ten nieszczęsny byk z żoną gestapowca jako właścicielką piekarni)! Co innego kobiety typu Rosy Hubermann ze "Złodziejki książek", a co innego żony oficerów. One, jak każda niemiecka kobieta, miały tylko rodzić dzieci; ba, Hitler mówił nawet, że więcej korzyści krajowi przynosi wielodzietna matka niż wspaniała prawniczka. Zresztą na logikę: po kiego licha żona szefa gestapo ma pracować, jeśli mąż dostaje od państwa zapewne dużą pensję? "Ze specjalnego funduszu Göringa Horst Kopkow otrzymał nagrodę pieniężną w wysokości 29 400 marek, co stanowiło równowartość jego czteroletniego wynagrodzenia w Gestapo" - czyli jeśli Rainer się wybijał w Warszawie, odnosił sukcesy, to wynagrodzenie za nie było spore, plus pensja otrzymywana na bieżąco, ergo żona chyba dla kaprysu by tą piekarnię prowadziła.

Starred Shinra pisze...

Tu wprawdzie mówimy o nagrodzie za rozbicie Schwarze Kapelle (siatki komunistycznej), ale podejrzewam, że za rozbijanie polskiej konspiracji też jakieś nagrody Rainer by otrzymał.

Babatunde Wolaka pisze...

Na Zachodzie, przede wszystkim, znacznie mniej kobiet służyło w warunkach bojowych, pełniąc raczej najrozmaitsze funkcje tyłowe, od kucharek i sekretarek po pilotki transportowe i załogi pomocniczych jednostek pływających (akurat dziś, w rocznicę koronacji Elżbiety II, fapejdż Imperial War Museum opublikował jej zdjęcie z tamtych czasów z koleżankami z jednostki transportu samochodowego ATS), lecz i tak stykały się ze stygmatyzacją społeczną - na temat ich prowadzenia się krążyło tyle niegodziwych plotek, że w Wielkiej Brytanii sprawę badał komitet parlamentarny (który ostatecznie uznał je oficjalnie za kompletnie nieuzasadnione).

Anonimowy pisze...

Kurczę, siedziałam kiedyś w tym fandomie i teraz bardzo mnie bawi, że autorka, mając pod ręką kanonicznego Niemca-lowelasa (Halbego z Abwehry, gdyby ktoś był ciekaw), zrobiła babiarza akurat z nolife'a Rainera. :D


Hasz

Anonimowy pisze...


Po co zaufała temu chłopakowi? Dlaczego, kiedy raz postanowiła zaufać, wpakowała się w jakąś dziwną zasadzkę? Czy naprawdę nie zasługuje na rzecz zwaną normalnością?
To samo pytanie zadawały sobie w tym momencie miliony mieszkańców Polski. Ale oczywiście Wyjątkowy Płateczek Śniegu cierpiał bardziej.


Biorąc pod uwagę, że bohaterka jest (przynajmniej nominalnie) Żydówką, to... nóż mi się w kieszeni otwiera, no.


A ludzie wciąż sądzą, że kontakty międzyludzkie prowadzą do dobrego…
W kategorii “mądrości z dupy” to opko bije własne rekordy.


Ej, to akurat mnie ubawiło :)

Masza

Siberian tiger pisze...

Poważnie, ja już chyba nawet nie próbuję się dowiedzieć, co tu się dzieje. Fakt, że mnie ta konspira pokonała i mam wrażenie, że to jest coś na zasadzie "Burn after reading" - wymierzone na to, że nawet jakby to opko gestapo się zorientowało, że jest jakaś konspira, jedyną ich reakcją by było "zdaj mi raport, gdy to nabierze sensu". I tak do końca wojny.

Starred Shinra pisze...

A Rainer też nie był z kimś w jakiejś love-relacji czy mi się coś pomyliło?

Anonimowy pisze...

Miał jakąś eks, z którą się przyjaźnił, ale babeczka dość kategorycznie dała do zrozumienia, że powrotów nie będzie.

Nie wspominając o tym, jak iskrzyło między nim a Halbem. xD


Hasz

Starred Shinra pisze...

...jedną chwilę. Iskrzyło między nim a Halbem?! Haszu drogi, żartujesz? :O
*próbuje odegnać nieodpowiednie wizje*

Anonimowy pisze...

Naprawdę próbowałam zrozumieć o co chodzi w tym opku, ale nie nadążam. Najpierw jakieś bzdury o Żydówce w czerwonej sukience na drewnianym moście, która została potrącona przez jakiegoś faceta co się nałykał jeszcze niewynalezionych hormonów wzrostu, potem zaraz myją jej plecy, zaraz są w przeszłości w jakiejś piwnicy... Przy ziemniaczkach już się pogubiłam kto jest tu jakiej narodowości i co to wszystko ma wspólnego z gnieceniem kartofli! Ale to i tak nic w porównaniu z tym dialogiem o złej Armii Krajowej, która (o zgrozo!) ratowała swoich towarzyszy i dlatego była be, fe i fujka. Bo to niby ich wina, że po uratowaniu jednego towarzysza, rozstrzeliwano niewinnych ludzi... Śmieję się przez łzy

Anonimowy pisze...

Początek tego dzieła przypomina mi film pod tytułem "Francuska suita" połączona z musicalem "Piloci" i serialem "Czas honoru". Nie mogę ręczyć że autorka tego tekstu nie widziała wyżej wymienionych jednak nie ograniam qwa tego za nic.Dziękuję. Podziwiam za to Komentatorzy drodzy waszą psychikę.
Pozdrawiam :)

Lenn pisze...

Boru i jeżu. Jeszcze żaden materiał mnie tak nie wymęczył. Żaden. Toż na tle tego bełkotu styl pana Marcela to perła literatury. Tutaj, nie dość, że forma nie do przebrnięcia, to jeszcze treść kompletnie o niczym. Nie mam nawet siły zżymać się bądź cieszyć ze standardowych "jak mała Marysia wyobraża sobie wojnę, okupację czy konspirację".
Z utęsknieniem czekam na jakiś płodozmian.

Anonimowy pisze...

W sumie,autorka coś kmini,gdzieś jej dzwony biją ale nie wie w jakim kościele. Zwróćmy uwagę na tę osłodzoną wodę,która miała pelnić rolę herbaty. Coś pewnie zabrzęczało w głowce,że jak wojna to mogą być problemy w zaopatrzeniu etc,etc...
Przynajmniej nie umieszcza PKiN w 1944 i nie ma zmartwychwstałych góralo-Niemek.

Anonimowy pisze...

Przyznam szczerze, że nawet z waszymi komentarzami topornie się to czytało. Komentarze o AK (które podlinkowaliście) tak mi podniosły ciśnienie, że musiałem zrobić dłuższą przerwę w czytaniu tego dzieua.
Śmiechłem mocno przy cukierkowłosej i rekrutacji gestapowców do podziemia. (Z rozpędu napisałem "więzienia" zamiast "podziemia", mój mózg chyba gdzieś uciekł podczas czytania powyższych cudów)


A jakby zabrakło wam książek do recenzowania, to polecam twórczość polskiej autorki o pseudonimie KattLett. Jestem właśnie po przeczytaniu "Hunting For Online Demons" i zastanawia co się tu odpierdzieliło. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron zastanawiałem się czy czytam jakieś fanfiction wydane w formie książki, ale po wygooglowaniu wychodzi na to, że nie, bo ałtoreczka wydała dwie książki i ileśtam komiksów. Druga książka ma niby nieco lepsze noty niż poprzednia, ale po tym "HFOD" boję się podchodzić do tego chociażby z kijem

Anonimowy pisze...

Nie wiem, czy wiecie, ale Novae Res nie zgodziło się na wydanie Korony przeznaczenia:(

kura z biura pisze...

Nie wiemy, znasz jakieś szczegóły?

Anonimowy pisze...

http://funkyimg.com/i/2HuB5.png