czwartek, 26 kwietnia 2018

353. Pojedynek filozofów, czyli Darłowo po sezonie (Mgnienie cz. 4/5)

Drodzy Czytelnicy!
Zostawiliśmy Leona w chwili, kiedy po przesłuchaniu Kosmy (w trakcie tego przesłuchania usiłował sprowokować go do jakiejś reakcji emocjonalnej, lecz w rezultacie tylko sam wpadł w furię, posuwając się do gróźb i rękoczynów; na miejscu adwokata już zacierałabym łapki) odbiera telefon od Dagmary. Dagmara oznajmia mu, że wie, gdzie jest porywacz.
Tak! W czasie gdy Leoś miotał się chaotycznie po Toruniu, pił kawkę z archiwistą, buszował w prosektorium, figlował z Martą i wymądrzał się – ona obejrzała raz, drugi i piętnasty nagranie z utopienia dziewczyny i po jakichś charakterystycznych elementach rozpoznała most w Darłowie, gdzie sama mieszka.
I co, łyso ci teraz, gwiazdo toruńskiej policji?
Zachwyca mnie zbieg okoliczności, że zbrodniarz był na tyle uprzejmy, aby utopić dziewczynę w mieście w którym mieszka żona Brodzkiego, a nie na przykład w Bydgoszczy albo w Opolu.
To nie tyle zbieg okoliczności, co celowe działanie zbrodzienia, który ma prywatne wąty do Brodzkiego i koniecznie chce go sponiewierać.
Bardziej mnie zastanawia, że film miał miliony wyświetleń, na pewno także z Darłowa – i co, jedna Dagmara rozpoznała miejsce?
Da się to wyjaśnić faktem, że w roku 2016, w którym toczy się (ekhm, ekhm) akcja (ekhm, ekhm) powieści kładka kutrowska widoczna na filmie nie istniała już od trzech lat (http://www.gk24.pl/wiadomosci/darlowo/art/4554627,kladka-kutrowska-w-darlowie-zdemontowana,id,t.html), więc większość mieszkańców Darłowa potraktowała film jako archiwalny.
No ale nie chodzi tu o kładkę kutrowską stricte, tylko o most, który powstał na jej miejscu, a z przyzwyczajenia jest nadal tak nazywany przez mieszkańców.

Analizują: Kura, Jasza, Królowa Matka i Babatunde Wolaka.


– Wiem, gdzie jest porywacz, Leon. – Brodzki znów usłyszał głos Dagmary i dźwięk ten był jak balsam. Siedział przy swoim biurku na komendzie, wypełniając protokół przesłuchania.
Głos Dagmary, co był jak balsam, siedział przy biurku wypełniając protokół. Szkoda, że ten balsamiczny głos nie poinformował Brodzkiego o przełomowym odkryciu ze dwieście stron temu, jakaż to byłaby ochrona lasów.

– Natychmiast skontaktuj się z miejscową policją, ale niech nie wykonują żadnych ruchów, słyszysz? Żadnych gwałtownych ruchów, żadnych poszukiwań.
Niby ci w Darłowie rwą się do poszukiwań, he-he...
Brodzki to myśli, że wszyscy pracują, jak on.

Małomiasteczkowi gliniarze mogą spieprzyć najprostszą sprawę.
Wielkomiejski gliniarz za to jest wzorem dochodzeniowca. Poważnie - poznaliśmy już jego działania.

... rzekł wielkomiejski geniusz, który zdążył już wypełnić sporo druków, napisać sporo raportów, wypić sporo kawy, wyartykułować pierdololo w sporej ilości tematów, przespać się z dziewczyną i spierniczyć jedyne przesłuchanie, jakie prowadził.
(...)

Leon dociera do Darłowa (dokładne wyliczenie ulic, którymi jechał "Wjechał ulicą Wojska Polskiego, odbił na rondzie w prawo, przeciął mostkiem Wieprzę, zostawiając po lewej stronie Wyspę Łososiową, nazywaną wciąż „tajwanem”, potem na rondzie w lewo, w Morską, zostawił po lewej widziany przy wjeździe zamek, po czym w kilka minut dotarł na komisariat policji przy ulicy Rzemieślniczej".- GPS, drugie źródło researchu Ałtora, zaraz po Wikipedii. I jak to miło jednak, że spis ulic dotyczy nie tylko Torunia!) i znajduje komisariat. Na komisariacie czeka na niego Roland Bryk, komendant i, według jego własnych słów, jedyny policjant w Darłowie poza sezonem turystycznym.
Za to w sezonie turystycznym korzystają z policjantów napływowych. Wyłapują ich na plaży, przy smażalniach i budkach z pamiątkami.

Bla, bla, rozmawiają o mieście… Na rękach siedzę, żeby nie zacząć wrzucać tu cytatów pokazujących, jak facet przyjeżdża na drugi koniec Polski w poszukiwaniu porwanej przez mordercę córki i ucina sobie krajoznawczą pogawędkę z lokalsem, ubarwioną zdaniami typu “– Jakie tu u was nastroje społeczne? Opowiedz mi coś o Darłowie, nie byłem tu od lat…”.

Dowiadujemy się, że w pobliżu portu stoją stare, zrujnowane i przeznaczone do wyburzenia elewatory zbożowe, co później będzie mieć znaczenie.
To jeden z nich. Czytelnicy, policzcie ile ma pięter.

– Co z ciałem? Jeśli spadnie z mostu, to gdzie wypłynie?
A zaraza wie. Może w morze.

– Dobre pytanie… – Bryk przejechał palcem po Wieprzy na mapie. – Niezbadane są prądy wodne. Mieliśmy ostatnio kilku umrzyków, tajemnicze samobójstwa. List, butelka wódki i mokry „hop!” do wody…
Ale jak się ma seria samobójstw do nieznajomości nurtu? Topielcy wypływali chaotycznie, płynęli pod prąd i lądowali na Bugu we Włodawie?

Brodzki go nie słuchał. Znów spojrzał na tablicę, na zdjęcie poszukiwanego mężczyzny.
Nie wiadomo jakim prawem Brodzki bez powiadomienia przełożonych w Toruniu i policji w Zachodniopomorskim nagle pojawia się na komendzie policji w Darłowie (jak się później okaże - uzbrojony po zęby) i prowadzi sobie śledztwo na obcym terenie.
W drodze do Darłowa zatrzymał się, aby złożyć obfitą ofiarę bóstwu Bo Tak, ot i cała tajemnica.

– Ja znam tego chłopaka. – Brodzki wskazał na jeden z wycinków przyklejonych do ściany. Znalezisko było dla niego zaskakujące.
– Dwudziestojednoletni Adrian Tomasik, kelner z popularnego baru, zaginął cztery dni temu…
– To niemożliwe, żebyś go widział. Po pierwsze, to chłopak stąd. Po drugie, sprawa jest podobna do kilku innych i szczerze mówiąc, obstawiam, że on nie żyje. Więc jak?
– Widzę zmarłych ludzi – rzucił prześmiewczo Brodzki. Po czym zaraz dodał już całkiem serio. – Dzieciak leży w chłodni w Toruniu.
Bryk podskoczył z krzesła. Zamrugał, jak ktoś wybudzony z nierealnego snu.
– Zaraz, chwila. Przewiń, kolego, bo chyba mi kanał przeskoczył i ominąłem… Czy ty właśnie rozwiązałeś zagadkę zaginięcia, którym żyje całe Darłowo od soboty?
NO BA! Przecież to BRODZKI, czy ten małomiasteczkowy policjancina nie wie, z kim ma do czynienia?


Na słowa Bryka Brodzki wyciągnął telefon i pokazał mu zrobione w kostnicy zdjęcie chłopaka, któremu wczorajszej nocy zdejmował maskę Tomka Żółtki.
– O w mordę! Dobry jesteś, kolego piernik.
Kolega piernik powinien czule zwracać się do Bryka “kolego mączka rybna”.

– Kiedy mnie te wasze tutejsze ryby zjedzą, to je spytam, czy dobry. Możemy tam pojechać?
Ale  Bryk nie  odpowiedział,  bo przestrzeń komendy wypełniła dziwna melodia dzwonka telefonu. Narastała stopniowo, nadając sytuacji komicznej wymowy. Nic dziwnego – dwóch dopiero co poznanych policjantów w ciemnym pokoju o brudnych szybach słuchało nagle Walkirii.
Gdyby jako dzwonek miał ustawione “Jej czarne oczy”, z pewnością sytuacja byłaby poważniejsza.
Jak rozumiem, to był tylko “Lot Walkirii”, bo przecież nie trzy akty opery. No ale Czas Apokalipsy robi swoje.

Człowiek o aparycji Juliusza Cezara w połączeniu z muzyką Ryszarda Wagnera był mieszanką osobliwą.
Niewątpliwie. Powinno się wprowadzić przepis, że osoby o aparycji przypominającej konkretne postacie historyczne mają zakaz słuchania muzyki z innych epok – coby nie powodować zamętu grubymi nićmi szytego.

(...)
– Co jest grane? – Brodzki spojrzał pytająco.
Wagner jest grany.
– Wezwanie do trupa. Wypłynął w kanale.

14
(...)
– Woprowcy wzięli suchy skafander i skoczyli na bombę. Mnie przysłali z posiłkami ze Sławna. Ktoś przysłał wiadomość do Urzędu Miasta, MMS-a, że coś pływa po kanale. Dziewczyna. Wygląda jak córka tego gliny z Torunia… – zauważył chudy policjant z blond grzywką.
Czy zdjęcie Sary było tak szeroko rozpowszechniane, że każdy glina w Polsce je zna? O ile się orientuję, oficjalnie nie była uważana za osobę zaginioną, tylko za ofiarę morderstwa.

– Tego gliny? – Roland wskazał na Leona.
Wszyscy zrobili szybką siatkę spojrzeń.
Czy my wpadliśmy już na to, że to jest tłumaczenie czeskiej groteski gugiel translatorem?
Nie, ale to interesująca teoria.

Chudy zorientował się w personaliach jako ostatni.
– O kurwa, przepraszam, ja…
– Mów do ręki – uciszył go Brodzki, zbliżając się do wyciągniętego na brzeg ciała.
Dosłowne tłumaczenie angielskiego idiomu? Autor chyba nas ciągnie za nogę.
Widocznie aŁtorowi spodobał się na tyle, że musiał go wkręcić w narrację.

Zwłoki zaplątane były w linki sieci rybackich. Na czerwonym płaszczu pełno było szlamu i skorupiaków. Leon dał znać woprowcom, by odwrócili ciało na plecy.
– Proszę mnie natychmiast przepuścić! – Przy taśmie stała Dagmara, chudy policjant ją powstrzymywał.
Leon spojrzał w jej kierunku.
Wiedział, że ważą się w tym momencie losy wszystkiego. Jeśli będzie to Sara, historia się zakończy, podobnie jak życie jego i Dagmary. Jeśli to nie będzie Sara, historia będzie trwać dalej.
Mamy jeszcze jakieś 200 stron do końca książki, więc obstawiam, że nie Sara.

Wokół kanału gromadzą się gapie, a Brodzki przymierza się do identyfikacji ciała.

Brodzki nabrał powietrza, zamknął oczy i odwrócił się w stronę ciała.
To, co zobaczył po otwarciu oczu, przeraziło go. Odskoczył jak oparzony.
– Nie!!! – krzyknął, podrywając dziesiątki mew do lotu. – Nie!!! – Upadł na kolana i przytulił ciało do siebie, całując je w mokre, śmierdzące mułem włosy.
Fuuuuuuj…

Dagmara odepchnęła policjanta i pobiegła w kierunku detektywa. Dopadła do niego i dziewczyny. Szlochali tak długo, że policja musiała kilkakrotnie odciągać ich od zwłok dziewczyny w czerwonym płaszczu.
– Szanowni państwo, potwierdzamy, że są to zwłoki poszukiwanej studentki z Torunia, Sary Brodzkiej, lat dwadzieścia – powiedział w lakonicznym komunikacie Roland Bryk. Lokalne media wkrótce opublikowały tę informację na stronach swoich serwisów i na oficjalnej stronie miasta.
Na oficjalnej stronie miasta? Tam, gdzie publikuje się informacje o imprezach, inwestycjach, uchwałach Rady Miasta i generalnie stara się robić dobry PR gminie? Przypuszczam, że wątpię.

(...)
Ciało zabrała karetka. Do radiowozu Bryka wsiedli Dagmara i Leon, po czym również odjechali z miejsca zdarzenia.
Do tego, że zwłoki okazują się zwłokami Sary lepiej się nie przywiązujmy, wszak wszyscy już Marcela trochę znamy, ale te opisy na poziomie czwartej klasy podstawówki jeśli chodzi o styl i sposób budowania napięcia!!! To jednak jeszcze potrafi zaskoczyć.


15
Wyjeżdżają za miasto. Brodzki prosi, by karetka z ciałem zjechała na pobocze...

(...)
– Otwórz tył – rozkazał Bryk.
– Kurwa, co jest? Chcecie ją tu zakopać czy co? – zżymał się ratownik.
Otworzył tylne drzwi erki i wyjechał z noszami, na których był czarny worek.
– Idź sobie zapal albo łyknij tramal
Tramadol to silnie działający narkotyczny lek przeciwbólowy z grupy opioidów, pobudzający głównie receptory nazywane receptorami µ (słabiej pobudza receptory kappa i delta). Siła jego działania określana jest jako 1/6 do 1/10 siły działania morfiny.

– zaproponował Brodzki. Ratownik splunął i odszedł z kierowcą karetki na kilkanaście metrów. Dagmara została w radiowozie.
– Mów, Brodzki. – Bryk czekał w napięciu.
NIEEE! Brodzki, nie rozgaduj się!

– Czy ten skurwysyn odmówiłby sobie przyjemności popatrzenia na nas, tam? Zabójca chce, żeby go złapano, a zabójstwo ma elementy seksualnej dewiacji i nadzabijania.
Totalnie widzę go, jak recytuje to mechanicznym głosem robota…

Momentem szczytowania takiego świra jest odnalezienie przez nas zwłok. Dlatego mówi się, że morderca wraca na miejsce zbrodni: bo chce zobaczyć, czy zagrano w grę według jego zasad, czy odkryto ślady, sztuczki, czy wypełniono entymemat.
Zaraz zacznę różne puste miejsca nazywać entymematami i zapełniać je tym, co wpadnie mi w ręce.
Akurat jadłam banana, chcesz skórkę?
Entymemat kosza na śmieci błyskawicznie się wypełnia.

– Rozumiem – Bryk skinął. Brodzki spojrzał na niego niepewnie.  – Przesłanka schematu argumentacyjnego, która została opuszczona…
Brodzki wybałuszył oczy, ale nic nie powiedział. Wiedza darłowskiego gliniarza go irytowała.
Szach-mat zgredzie!

(...)
Brodzki złapał za twarz dziewczyny.
– Panie Bryk. Jak to możliwe, że twarz topielca nie jest sina?
Detektyw nie czekał na odpowiedź. Zanurzył palce w kołnierzu czerwonego kaptura, siłował się z czymś chwilę, po czym zaczął zdzierać z denatki skórę.
A NIE MÓWIŁAM.
(oraz ktoś powinien powiedzieć temu Marcelu, że jak się w kryminale trzy razy na sto stron powtarza ten sam schemat to jest nudne, noale).

– Co pan robi?! – Bryk złapał go za rękę. – To bezczeszczenie zwłok! I to własnej córki.
I nie tylko zacieranie śladów, lecz także nakładanie własnych.

– Przeciwnie. To lekcja anatomii, jak u doktora Tulpa. Nie jestem może biegły w tanatopraksji, ale umiem odróżnić trupa od fantoma. Patrz i ucz się. Frajerze.


Nie zdarzyło się jeszcze w Darłowie i okolicach, by na otwartej przestrzeni zdzierano twarz człowiekowi… Musiał być ten pierwszy raz.
A potem to już poleciaaaaaało!
Gdy nadszedł sezon, ogłoszono konkurs na to, kto najszybciej zedrze twarz innemu przechodniowi.

Ciągliwe, imitujące skórę tworzywo zaczęło odchodzić najpierw od szyi, a potem od twarzy. Mimo dużej pieczołowitości, niektóre fragmenty odchodziły razem z tkanką.
Ciekawe, czy Brodzki zechce sobie i tę założyć na łeb...

– Detektyw zdejmuje maskę. A kuku! – Brodzki dodawał sobie żartami rezonu.
„A co, jeśli nie zdejmę? Jeśli uwierzę w to, co widzę? Czy nie wywołam wtedy wilka z lasu? Czy zaburzenie logiki mordercy nie wprawi go w reakcję emocjonalną, który zburzy tok gry? Jestem gotów podjąć to wyzwanie”.
Ja chyba nie jestem...

Po kilku minutach siłowania się z silikonem oczom policjantów ukazała się zmasakrowana, napuchnięta i sina twarz młodej kobiety.
– Wiesz, kto to jest, Leon? – spytał Bryk.
– Tak.
Roland czekał w napięciu na odpowiedź.
– Czerwony kapturek. Z Włocławka.
Dochodzeniowcy będą zachwyceni starannym zniszczeniem wszystkich śladów.

Ratownicy nie byli zniesmaczeni tym, co zobaczyli, bo widzieli dotąd różne rzeczy. Ratownicy powinni być zniesmaczeni tym, że sami tej maski nie zauważyli. Natomiast Bryk Roland powinien Brodzkiego ogłuszyć i związać, jeśli to byłby jedyny sposob na powstrzymanie rozochoconego Brodzkiego od rujnowania potencjalnych śladów.

(...)

Brodzki przestrzega ratowników, że “z tym NN-em morda na kłódkę. Sara Brodzka, jakby co.”

– Od początku wiedzieliście? – spytał Roland Bryk. Nie wiedział, czy bardziej jest zszokowany, czy podekscytowany tym, co przed chwilą zobaczył.
– Wiedziałam, że to nie ona. Poznałabym swoją córkę.
NO WŁAŚNIE. Skoro Brodzki od początku wiedział, że to nie jest ciało jego córki i świadomie odstawiał cyrk na użytek obserwującego go gdzieś z daleka – jak się domyślał – Daniela, to narrator wszechwiedzący nie powinien stwierdzać, że “to, co zobaczył, przeraziło go”.

Leon spojrzał na Dagmarę w odbiciu bocznego lusterka. Ich pełne bólu spojrzenia spotkały się na tafli zwierciadła i zastygły w grymasie.
Bardzo to piękne, jak wszystko u Marcela zresztą, ale czemu oni zastygali w grymasach, skoro okazało się, że to nie jest Sara?
Nie wiem, ale zwróciłaś uwagę na całkowitą obojętność Dagmary w poprzedniej scenie? Zero zdziwienia, kiedy Brodzki zabrał się za ściąganie maski, zero radości, kiedy okazało się, że to jednak nie Sara…

16
Według  pewnych naukowców  z Kanady długie przebywanie  w ciemności sprawia, iż pewna  część systemu wzrokowego wraca do wcześniejszej  fazy rozwoju, fazy większej elastyczności. Pozwala  to niejako uczyć się widzenia na nowo. Eksperyment taki  wykonano na cierpiących na amblyopię kotach. Zdaniem badaczy  podobny efekt będzie można uzyskać u ludzi.
Jak jeszcze wrzuci gdzieś przepis na kiszone ogórki to chyba już wszyscy zaczną uważać, że on to napisal w ramach zakładu.
Ta Bateryjka Erudycyjna jest wstępem do ukazania nam dwójki ludzi, skrępowanych, z workami na głowach, siedzących w jakimś ciemnym pomieszczeniu.

Pomieszczenie  wydawało dziwny,  dudniący dźwięk, podłoga drgała. Całość sprawiała upiorne i klaustrofobiczne wrażenie.
Kanadyjscy  naukowcy nie  przeprowadzali badań  na ludziach. Gdyby to  zrobili, wiedzieliby, że  podobno kiedy człowiek długo wpatruje  się w ciemność, to ciemność zaczyna patrzeć  na niego.
Na szczęście jest Marcel, który to wie bez żadnych tam kanadyjskich naukowców, i w dodatku zaraz nam to powie!
Ach, ci głupi, nieoczytani naukowcy! Przecież aŁtor zna Nietschego na wyrywki.
AŁłtor WSZYSTKO zna na wyrywki. Albo i W CAŁOŚCI.

Przerażenie,  jakie człowieka  wówczas ogarnia, może  doprowadzić go do zawału serca.
Czy dwójka ludzi z workami na głowie wciąż oddychała…?

17
Brodzki z powrotem na komendzie.

Leon odpalił camela i wybrał numer na telefonie.
– Siostra Klementyna? – spytał, a Roland Bryk spojrzał na niego z zaciekawieniem. – Halo?
– Tak, panie policjancie, przy telefonie, dobrze, że pan dzwoni.
– Mam informacje o Patrycji.
Bryk  znów spojrzał  na Brodzkiego podejrzliwie.  Brodzki kontynuował:
– Znaleźliśmy ją.
– Mario Przenajświętsza, co się z nią dzieje?
–  Patrycja  zdaje kurs  nurka głębinowego  – mruknął pod nosem, wypuścił  dym i powiedział tym razem głośniej,  do słuchawki: – Wydaje mi się, że ma problemy, ale powoli odbija się od dna.
No nie, ojej i hahaha! O mujeju, jaki kalam-bór, czyli defekowanie w lesie!
Chyba się zasłuchał w piosenkę Młynarskiego o babci…

–  Modlę  się za  nią codziennie.  A swoją drogą, wie  pan, dziwna sprawa, ale  znalazłam na biurku piękny  wazon. A w wazonie były kwiaty nagietka. Czy sądzi pan, że… – Rozmowa się urwała.
–  Halo?…  Halo?! Kurwa  mać – syknął Leon,  zaciągając się camelem.
– Co się stało? – spytał Bryk, wstając od biurka.
– Rozmawiałem z siostrą zakonną.
– I co?
–  Obawiam  się, że właśnie  dostała się do nieba.  A w każdym razie jest w drodze.
Bryk nie do końca odnajdywał się w świecie ciętych ripost Leona Brodzkiego.  
Szczerze mówiąc, jak też nie do końca odnajduję się w świecie ciętych ripost Brodzkiego…

Czekajcie, czy ja dobrze rozumiem, że Zbrodniczy Zbrodzień jest w tym momencie we Włocławku i zdążył uciszyć siostrę akurat w trakcie rozmowy z Brodzkim (cóż za wyczucie chwili), a za moment znów będzie szalał w Darłowie? Cztery godziny drogi, jakby co?

Bliżej  było mu  jednak do  ksiąg Plutarcha  czy Sun Zi. Które trzymał  lodówce. Żeby się nie zaśmierdły. Mimo to skinął ze zrozumieniem.
Brodzki wybrał numer do Jacka Nowaka.
–  Nowak,  dzwoń na  komendę Włocławek,  niech jadą na Michelin. Pędem!
– Co się dzieje?
– Chyba ktoś spacyfikował pingwina w ośrodku wychowawczym.
– Możesz wyraźniej, Brodzki? – mruknął skonsternowany Nowak.
Czy “pacyfikować pingwina” znaczy to samo, co “falsyfikować entymemat”?
Miejmy nadzieję, że nie to samo, co “trzepać kapucyna”.

– Już daję na radio.
Ta, przez radio akurat się dogada z Włocławkiem. Nadajniki policyjne nie mają tyle zasięgu – wyobrażacie sobie, jaki chaos by powstał, gdyby wszyscy z różnych miast mogli słyszeć się nawzajem?

A, detektywie – zagaił na koniec rozmowy. – Powiększyła  się obsada na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej.
Przyjęli drugą lekarkę, czy salowa dorabia jako anestezjolog?

– Kto?
–  Dziennikarka  z kablówki. W  poniedziałek grożono  jej na antenie. Dostała  teraz kosę w plecy, do tego  brutalny gwałt. W kontakcie! – I rozłączył się.
Brodzki zgasił papierosa i usiadł przy biurku.
–  Dobra,  nawiń mi,  Bryk, o tym  topielcu. Mówiłeś,  że było tego więcej.

–  Tak,  plaga samobójstw.  – Bryk odgiął się  na krześle i wskazał na  tablicę z wycinkami. – Czterech  kelnerów, wszyscy podobno ciepli. List pożegnalny, butelka wódki.
Czterech (ciepłych) kelnerów w Darłowie, podejrzewam, że w tym tempie miejscowych musiało zabraknąć po dwóch tygodniach i pewnie ze Sławna dowozili.
W tym samym czasie klienci w restauracjach bezdusznie irytowali się, że muszą długo czekać na kelnera.

– Gdzie?
–  Na kładce  kutrowskiej…  To znaczy, na  tym nowym moście. Mówię ciągle o kładce z przyzwyczajenia.
–  Stary,  ludzie wam  skaczą do wody  jak na olimpiadzie  w Atlancie, a wy ciągle nie macie tam monitoringu?
Igrzyska olimpijskie w Atlancie - rok 1996. Czy trzeba nam jeszcze innego dowodu, że aŁtor wyciągnął z szuflady dzieło napisane 20 lat temu?

(...)
–  Śledztwo  mi utknęło.  – Bryk wsadził  ręce w kieszenie.  – Miałem jednego podejrzanego, ale był czysty.
– Czysty?
–  Żadnych  zeznań, tylko  pomówienia. Z takim  materiałem dowodowym nie  posłałbyś kogoś do więzienia,  nawet grając w Monopoly.
– Jak wyglądał?
– Taki napakowany ochroniarz. Miał śmieszne uszy.
Brodzki poderwał się z krzesła.
– Co, kurwa?
–  A ty  co, fetyszysta?  – zadrwił Bryk.
Zdziwiła  go reakcja detektywa na tak, zdawać by się mogło, nieistotny detal fizjonomii.
Uszy elementem fizjonomii.
Jak u Kiwaczka-Czeburaszka:


(...)

– No tak, Bryk.
– Co „no tak, Bryk”?
– Jak się ma bryki, to się nie odrabia pracy domowej…

(...)

Brykowi  było nieswojo  z powodu docinków  wielkiego policjanta  (ekhm, ekhm, ekhm… przepraszam, kłaczek) z  Torunia.  Być może dlatego  rozmawiał przez telefon  na tyle głośno, by Leon słyszał każde słowo.

Uwaga, teraz będzie:
–  Oczywiście.  Nie martw się…  Ja ciebie też. Przekażę.  – Bryk rozłączył się. – Masz pozdrowienia, Leon.
– Od kogo? Nikogo nie znam w tym mieście. Łże jak pies. Zna teściów i ex-żonę.
– Od Dagmary.
Ba-dum-tsss!

Tego było za wiele dla detektywa. Położył camela w popielniczce, wypuścił dym za okno i podszedł do Bryka.
– Taki jesteś cwaniak z pekaesów? – spytał, szukając zaczepki.
Od tego miejsca aŁtor uznał, że dorósł na tyle, że już może używać Bardzo Brzydkich Wyrazów, które zasłyszał od kolegów.

–  Czy  mi się  zdaje, czy  się właśnie do  mnie przypierdalasz, Brodzki? – odpowiedział drwiąco Bryk.
–  A czy  mi się zdaje,  czy ty się przypierdalasz  do mojej żony, przyjacielu?
– Dla niej jestem przyjacielem. Dla ciebie nie.
–  Rozumiem  – odparł Brodzki,  po czym uderzył go  pięścią w żebra.
Jezujezu... (nieczyt.)

I  dodał:  – Skoro  nie jesteśmy  przyjaciółmi, to  nie będziesz mieć mi za złe.
Po  czym  rzucił  się na Bryka  i ze scysji wywiązała  się szamotanina. Brodzki rzucił  go na stół, z którego na ziemię posypały się misternie ułożone ulotki.
Tak jest! Na bok różne trupy, porwania, lateksowe maski na twarzach, seryjny samobójca kelnerów, mroczny tirowiec i inne takie! Najważniejsza jest prawdziwa, męska bójka! Z facetem, który ma pomóc w dochodzeniu na obcym terenie, w obcym województwie.
Nieistotne jest to, że Brodzki nie ma żadnego skierowania służbowego do Darłowa, więc nie jest nikim więcej niż jednym z wielu gości odwiedzających Darłowo.

–  Kto  ci nasrał  do mózgu, wielki  panie policjancie z  Torunia? – spytał, dysząc Bryk. – Pojebało cię?
– Raczej ciebie, że próbowałeś dobierać się do Dagmary.
- Musisz być srogo posrany, że się do niej się dobierałeś. Ja ci to mówię, ja! Jej były mąż.

– Tak ci powiedziała?
Na  słowa  Bryka Brodzki  jeszcze raz się  zamachnął. Szarpali  się tak chwilę, jak szczeniaki ze szkolnej ławki.
–  Może  jeszcze  za chwilę  powiesz, że  martwisz się o  moją córkę równie  mocno jak ja? – krzyczał  Leon, miotając Rolandem.
Zdaje się, że Rolandowi los Sary wisi takim samym kalafiorem jak Brodzkiemu.

– Chociaż  to na twoim  podwórku grasuje  porywacz! Ale ty przecież nic  nie możesz zrobić, bo masz tylko  jeden radiowóz! Odpierdol się od Dagmary!
Jezujezu (kompletnie, ale to kompletnie nieczyt.)
Ale on się do Dagmary przy… stawiał radiowozem? Nie rozumiem…
Dagmara - blachara, Dagmara - blachara!

–  Nic  między  nami nie  było! – krzyczał  Bryk, ale Brodzki nie odpuszczał.  – Kurwa mać! Dzwoniła do mnie, bo  ty miałeś zajęte! Martwiła się!
–  A od  kiedy to  jesteście w  takich konszachtach,  że dzwonicie do siebie  w różnych sprawach? Słyszałem  kiedyś wasze śmiechy w słuchawce!
Te, koleś, jesteś rozwiedziony i masz kochankę, że tak przypomnę. Ale byłej żonie to nie wolno, co?

–  Nic  nas nie  łączy i nie  łączyło. Ona zawsze  kochała tylko ciebie. A szkoda…
Brodzki  zatrzymał  się w pół  ruchu. Zastygli  na chwilę w swoich pozach:  Roland powalony na biurko, z  nogą zadartą do góry, wylizujący się jak kot, trzymający  Leona za gardło  i Leon ściskający  Bryka za poły koszuli. Usiedli zdyszani między oknem a lodówką.
Spocili  się. Właściwie  cała przepychanka  była pozbawiona sensu. Zwykły pojedynek egocentryków.
I nie była to jedyna rzecz pozbawiona sensu w tym dziele.

–  Bytka  albo ne  bytka, to  je zapytka –  rzucił Roland i  łyknął z piersiówki, a terozki popitka!  którą  chował dotąd  w kurtce. – To  z Szekspira, po czesku. Masz, dziabnij.
NIE, PROSZĘ, NIE. Tylko bez głupich dowcipów z serii “jak to jest po czesku”...

– Szekspira miałem dość na dziś. Wystarczy mi zgniła Ofelia. – I pociągnął zdrowy łyk pigwówki.
–  A teraz  spróbuj czegoś  ode mnie na zagrychę.  – Bryk sięgnął do lodówki i uchylił drzwiczki.
–  Nie  wiem,  co mnie  bardziej dziwi,  Roland. To, że masz  na komendzie taki zapas  kiełbasy, czy to, że w lodówce  trzymasz… książki?
–  Istotnie,  jestem zapalonym  czytelnikiem. Widzisz  tu na komendzie jakieś półki?
Brodzki rozejrzał się uważnie. Żadnych półek na komendzie nie było. Ani regałów na dokumenty..
Jedna tablica na wycinki musiała wystarczyć.

–  No…  nie –  Brodzki zawahał  się. Pomyślał: „To  był długi dzień. Właśnie to zrozumiałem”.
–  Jedyne  półki mam  w lodówce. Na  co masz ochotę?  Juliusz Cezar? Pisma Platona?
Złote myśli na każdy dzień roku, przecena, jedyne 3,99 zł w Biedronce?
Seneka jest dobry na wszystko.

(...)
–  Bez  względu  na różnice  zdań bardzo chcę,  żebyś odnalazł Sarę.  I zrobię wszystko, żeby  tak się stało. Może nie jesteśmy  tandemem z Zabójczej broni,  ale  myślę,  że to początek pięknej przyjaźni.
No tak. To musi być początek pięknej przyjaźni, skoro już dali sobie po mordach. Jak to chłopcy.
Kto się lubi, ten się czubi.

– Po czym sięgnął po książkę z dolnej półki. – Masz, samuraju.
–  Co to?  – spytał  Leon, biorąc  zimny wolumin do  ręki. – Sztuka wojny…
Oto internetowe wyimki z tego dzieła wybrane i opracowane dla kołczów i menedżerów wszelkich korporacji.

– A to co?
– Teewurst. Nasza darłowska kiełbasa z Berlina.
–  Żebym  dobrze zrozumiał…  – Leon próbował się  nie śmiać. – Jest darłowska, ale… Gdzie ją robią?
–  Receptura  jest nasza.  Darłowska. Ale  produkcję przeniesiono do  Niemiec. W Rajchu to jedna  z najbardziej rozpoznawalnych marek,  zaraz po Mercedesie.
Zaraz po Mercedesie, ojej. Podejrzewam research a la marcello. Na milion procent powiedział mu to jakiś darłowianin, jako, że Marcel pewnie jeździ do Darłowa na wakacje :). To jak z toruńską Czeczenią czy kwadraciakiem, że nie wspomnę o "wszycy wiedzą, co się w Toruniu mówi o Ciechocinku", jedna osoba mu powiedziała i już. Ale ŻEBYŚCIE NIE ODWAŻYLI SIĘ POWĄTPIEWAĆ W AUTENTYCZNOŚĆ TEGO FAKTU, WY ZAWISTNICY, WY!

(...)

18
Jest noc. Głęboka, ciemna noc w Darłowie.
Leon  ruszył  spacerem  przez pogrążone  w nocy miasto. Minął bazylikę,  przeszedł plac Kościuszki i, skręciwszy  w uliczkę Powstańców Śląskich, wpadł na figurę  pierwszego powojennego burmistrza miasta.
Wrocławskim krasnoludkiem to ta figura nie jest:

Wtedy  też usłyszał  dźwięk aparatu fotograficznego.
Kiedy  odwrócił  się, nie zobaczył  nikogo. Jego uszu dobiegł  tylko dźwięk szybko oddalających się kroków.
Gdyż główny plac Darłowa spowijają egipskie ciemności.
Rozejrzał  się na wszystkie  strony. Nie pamiętał  dobrze topografii miasta,  ale bardzo [ale naprawdę bardzo dobrze wiedział jakimi ulicami spaceruje i kim był człowiek odlany ze spiżu…]  chciał  się dowiedzieć,  kto urządza sobie atelier na ulicy i to w jego towarzystwie.

Skręcił  w Rynkową,  z Rynkowej w  Wałową, wszędzie  mijając rzędy niskich  domów. Gdy dobiegał do  Podzamcza, jego oczom ukazał  się Zamek Książąt Pomorskich,  a u jego podnóża – plac zabaw.  
Ale jak to tak, bez nazwiska burmistrza?


(...)
Leon  ruszył  zdecydowanym  krokiem w stronę niewyraźnego  kształtu i gdy już był pewien,  że dopadnie delikwenta, oślepił go błysk aparatu fotograficznego.
– Uśmiech! – rzucił dziecięcy głos.
Plamy  migające  przed oczami  powoli ustępowały  plamom wynikłym z ciemności,  w jakiej się znajdował. Po kilku  sekundach wzrok przyzwyczaił się do mroku i wówczas Brodzki dostrzegł małą dziewczynkę.  
O dwudziestej trzeciej z minutami na pustej, niby wymarłej ulicy portowego miasta. Och, tak.

Miała  na głowie  góralski kapelusik,  spod którego wystawały  dwa warkocze. W uszach  kolczyki w róże, na szyi  – czerwone korale, czerwone niczym wino  i pasek  aparatu marki  Polaroid, który  trzymała  w rękach.
Chyba stali oboje pod latarnią, skoro tak dokładnie wszystko widać.

Ubrana  była w dżinsowa  kurtkę. Z kieszonki  na przedzie wystawał niewyraźny malunek.
– A ja wiem, o jakie ucho chodzi.
Brodzkiemu stanęły przed oczami sceny sprzed kilku dni. Wtedy ofiara  pozbawiona była palca i miejscowi też mieli swoje teorie na ten temat. Jedna dotyczyła lokalnego sklepu o nazwie „Paluszek”.
– O czym ty mówisz? Kim jesteś?
– Formą białka.
Wiwat dla aŁtora, że zna tekst Osieckiej i wkłada go w usta dziewczynki spotkanej w nocy.

Na słowa dziewczynki Brodzki zbaraniał.
–  Słyszałam,  jak mówiliście  na komendzie o uchu.  Na ulicy wszystko słychać – rzuciła mała fotografka.
– No tak, zapomniałem o monitoringu.
– Jest taki bysior, widziałam go w pomarańczowym stroju…
– Co ty opowiadasz?
– No, taki zjeb genetyczny.
– Jak ty mówisz, dzieciaku.
– A jak ty słuchasz, staruchu?
Brodzki zdębiał.
Jeżyku, jak się teraz zaczną przerzucać Ciętymi Ripostami… To ja się może ewakuuję na chwilę...

–  Widziałam  takiego łepka  raz, nie, kręcił  się. Zjeb nie dlatego, że  brzydki, tylko dlatego, że głupi.  Niech pan złapie tego pokemona.

– Że jak?
– No mi się nie udało. O, mam tu zdjęcie. Ale widać tylko nogę. – Dziewczynka  pokazała zdjęcie, na którym istotnie widać było nogę w pomarańczowych spodniach.
Brodzki obojętnie schował zdjęcie do kieszeni. - Też mi dowód, że jakiś facet paraduje w pomarańczowych spodniach!

– Masz tu piątkę i wracaj do domu.
– Dziena.
– Dzie…?
–  …na.  Zwrot grzecznościowy,  używany jako odpowiedź  na czyjś miły gest. Nie  uczą was w Toruniu takich  słów?  
A dziewczątko wie, że Brodzki jest z Torunia, gdyż facet pewnie zalatuje piernikami i ma koszulkę z napisem “I <3 Thorn”

(...)

– Jak ci na imię? – spytał.
– Jurek. Od nazwiska to. Ale wszyscy mówią Jurek, choć na imię mi Zuza.
O co zakład, że to jakieś znajome dziecko Marcelka?

(...)

Dziewczynka  podeszła do Leona  i wręczyła mu dwa zdjęcia. – Proszę, na pamiątkę.
I odeszła pospiesznie ulicą Przedzamcze.
I oto coś by człowiek napisał, ale nie może, bo zastyga w stuporze z tym błyskotliwym dialogiem przed oczyma oraz z wzrastającą ciekawością, co bierze Marcel, i czy my wszyscy aby nie chcemy tego spróbować.

19
(...)
Po kwadransie stał na kładce kutrowskiej. Tej samej,  z której na nagraniu Daniel zrzucił do rzeki dziewczynę  w czerwonym płaszczu.

Rozumiem, że Brodzki nigdy wcześniej nie był w Darłowie, nawet u teściów, nawet w okresie narzeczeństwa - nigdy… i dlatego nie rozpoznał ani charakterystycznego mostu, ani krajobrazu. Natomiast dziwię się, że nikt z miliona wyświetlających filmik nie skomentował, że zna ten most, że zna to miasto i trupa trzeba szukać w Darłowie.

I wtedy, w tej jednej chwili, zobaczył w lustrze wody mgnienie.

Pływało sobie swobodnie, tylko okładka już mu trochę rozmiękła.
Ktoś był tak zniesmaczony, że wywalił tę książkę do wody.  

„Wszystko  wynika z napięcia,  jakie rodzi się między przeciwieństwami,  przeciwnymi wektorami. Nazywają to «teorią zmienności».  Czy faktycznie nigdy nie wchodzi się dwa razy do tej samej  rzeki? Nie. Bo wszystko, co się zdarzy, nawet jeśli to samo  i
w  samym  miejscu,  nigdy nie  zdarzy się w  tym czasie i miejscu drugi  raz. W zasadzie można nawet  powiedzieć, że wejść do tej samej  rzeki nie da się nawet raz. Prawda,  Saro? Gdzie jesteś? Jak cię znaleźć? Czy wiesz, że cię kocham i zrobię wszystko, byś wróciła do domu?”
I żebyście byli nieustannie byli świadomi, jak czułym, troskliwym, związanym z córką i żywotnie zainteresowany jej dobrostanem jest Brodzki! To znaczy jak sie juz naje, wyśpi i zaspokoi seksualnie. Może jeszcze filozoficznie i uczuciowo. I jeszcze jak da w mordę pierwszy raz widzianemu facetowi, ponieważ podejrzewa, że facet ten prywatnie dzwoni do jego byłej żony.

Brodzki  zadarł głowę  ku niebu. Wypełniały  je tysiące gwiazd, nieboskłon  był czysty. Pomiędzy odległymi  punktami galaktyk, pulsarów i mgławic  migały czerwone punkty. Były to światła samolotów,  które – lecąc z Gdańska – obierają korytarz do zachodnich krajów właśnie nad wybrzeżem. Ale  detektyw o tym nie wiedział.
Ale aŁtor wie, więc nam powie.

Samotność  i noc, wilgoć powietrza  i smród kanału, posmak pigwówki  i berlińskiej kiełbasy, wspomnienie trupa w masce… Wszystko to sprawiło, że zadzierając głowę  w niebo, bardzo chciał znaleźć w nim odpowiedź. Tak samo jak podczas przeglądania się w tafli kanału.
I tak się martwi, tak się martwi tą córką, a jeszcze bardziej tą nieznaną mu ofiarą, która za córkę robiła, i tak się martwi, tak się martwi, że prawie już jest gotowy podjąć jakąś czynność śledczą, a tu mu coś miga w kanale i go rozprasza.

http://olegif.com/bin/gifs/00/47/07.gif


Nie  mógł wiedzieć,  iż już dawno temu  Tadeusz Konwicki pisał, że  choć wszyscy wycierają sobie  gęby patosem nieba, to w rzeczywistości  gwiazdy – na które romantycznie spoglądamy  – to zamarznięte na kość odchody kosmonautów.
Detektyw  nie znał Małej  Apokalipsy  Konwickiego.  
Ale aŁtor ją zna! Fap fap fap fap fap!

(...)

20
Brodzki wraca do domu teściów, gdzie się zatrzymał; dzwoni do archiwisty Maksa.

Brodzki  znalazł gniazdko  i podłączył telefon.
Mam nadzieję, że dla podładowania baterii, a nie żeby uruchomić wielki, stary telefon, który miał kabel i potrzebował gniazdka.

Zobaczywszy połączenie z numeru stacjonarnego w Toruniu, oddzwonił.
– Znalazłem coś – powiedział głos w słuchawce. Telefonował  archiwista Maks.

Na  linii  sprzęgało,  bo rozmowa szła z numeru stacjonarnego, ze starego widełkowego aparatu.
A trochę gruchało, bo część wiadomości szła przez gołębia pocztowego.
A trochę rżało, bo reszta  jechała konnym kurierem.

(...)

– Leon…
– Tak, Maks? –  Znajdziesz ją. Nawet  jeśli szanse są nikłe,  nie ustawaj w poszukiwaniach.  Wspinając się długo na masyw górski,  jego szczyt zobaczysz ostatniego dnia wędrówki.
Jak ja doceniam to patetyczne bredzenie!
Tak samo jak możliwość oglądania szczytów górskich bez ruszania się z fotela.

Wcześniej  będzie zawsze daleko. Łatwo się wtedy zniechęcić, podczas gdy dotrzesz tam tylko, jeśli się nie zatrzymasz… Nie zatrzymuj się więc, samuraju.
Powinnam może wypić trochę elektrolitów? Odwodnię się od łkania nad tym dziełem.

–  Nowak  mówił, że  akta są niepełne.  – Na linii sprzęgało, słychać było oddech telefonistki z międzymiastowej.
– Halo, Maks? Halo?
–  Jestem.  Ktoś pobawił  się w wycinankę.  A ja nie lubię, gdy  mi się grzebie w papierach.
(...)
Mogę  dać ci  radę, jako archiwista.  Nasze prace są poniekąd  podobne. Obaj żyjemy nieco przeszłością,  śladami, odtwarzaniem tego, co było, na podstawie tego, co istnieje tylko w części.
– Mianowicie?
Ad fontes, Leonie. Do źródeł. – I odłożył słuchawkę.
- Hic sunt leones. -  mruknął Brodzki.

Kiedy  Maks się  rozłączył, usłyszał  pisk opon samochodowych  za oknem. Wyjrzał przez okno swojego mieszkania na ulicy Antczaka.
Ulica była nieprzeniknienie pusta. Jak nigdy.

Że napięcie rośnie jak oszalałe to oczywiste, w końcu to Marcel, że ulica Antczaka jest cichą i spokojną uliczką, po której można okolo 22 iść środkiem jezdni bez większego ryzyka, że zostanie się potrąconym (sprawdzone wielokrotnie) o to mniejsza, ale naprawdę, jakby ktoś do mnie zadzwonił, bo ma super-hiper-ważne wiadomości, a potem pierdzielił, że trzeba mieć uszy i oczy otwarte oraz ad fontes to by mnie jednak szlag trafił.
Ale ten pisk opon za oknem, to samo zUo.
Bla, bla, Brodzki snuje się po nocy, czyta Sztukę wojenną Sun Zi, nic ciekawego.
Jak to nie, ze trzy razy używa słowa “entymemat”!!!

8 września 2016

1
–  Skóra  praczki  – rzekł łysy,  dwumetrowy patomorfolog  o wyłupiastych oczach.
(...)
Ciemne,  granatowe  kafle na ścianach,  czarne na podłodze żeby wszyscy wiedzieli, że w tym czarnym, czarnym pokoju są dwa czarne, czarne stoły  sekcyjne,  lufcik [?],  popielniczki
pełne żółtych, żółtych niedopałków.

I  jedna  reprodukcja  malarska zawieszona  przy wejściu – Lekcja  anatomii  doktora Tulpa, którą wszystkie prosektoria w Polsce dostają z rozdzielnika.

Zwłaszcza  ten ostatni  przedmiot był  ważny z punktu  widzenia detektywa  Brodzkiego, wprawiającego  się w ostatnich dniach w sekcjach zwłok.

No fakt, przecież włamał się do prosektorium w Toruniu i zdejmował maskę z topielca, to czyni z niego patomorfologa pełną gębą. No, a skoro zobaczył obraz "Lekcja anatomii", to już w ogóle.
Leon  stał teraz  w towarzystwie  Rolanda Bryka oraz  doktora Sergiusza Iwana,  który przeprowadzał badanie  wyłowionego w Darłówku ciała Patrycji.
–  Denatka  przebywała  w wodzie mniej  więcej dwie doby. Ma sfałdowany,  matowy, biały naskórek, który nazywamy  skórą praczki – mówił patomorfolog, naciskając  brzuch dziewczyny. Na dłonie założone miał silikonowe  rękawiczki. Dotknął nimi klatki piersiowej ofiary. – Jeszcze  dzień i skóra by zupełnie zaczęła z niej schodzić. Dalej. Skutkiem  tonięcia są zmiany w płucach, ma rozedmę wodną. No i płyn topielny we flaczkach…
Czyli żyła, gdy tonęła i nałykała się wody. Ale hi-hi-he-ho-hoł-łoł… jakie śmieszne, bo woda we flaczkach.

–  Skąd  plamy na  szyi i barkach?  – spytał Brodzki,  odpalając papierosa. Jeszcze  do niedawna nie palił wiele.  Wszystko zmieniło się w poniedziałek,  kiedy został poczęstowany: to życie dało  mu popalić. – Widziałem popielniczkę, rozumiem, że…
– Daj pan pojarę i cześć – zażartował Iwan.
“Dowcip, żart, kawał – krótka forma humorystyczna, służąca rozśmieszeniu słuchacza”. Czy ktoś mógłby przesłać aŁtorowi tę definicję?

(...)
Okazuje się także, że dziewczyna ma połamane, wręcz zgruchotane nogi, jakby skoczyła z dużej wysokości (patomorfolog wygina jej nogi w kolanach w drugą stronę). To musiało potwornie boleć i raczej uniemożliwiać swobodny ruch… tymczasem na samym początku, w opisie morderstwa, mamy wyraźnie powiedziane “Dziewczyna zaczęła wierzgać”.  

– Są ślady obcowania płciowego? – Brodzki jeszcze dwa dni temu był przekonany, że ta utopiona dziewczyna to jego córka.
Dzisiaj ma to wszystko w nosie.

–  Niestety  tak. Zgwałcona  analnie, dość brutalnie.  Ale śladów nasienia brak.
– Ja pierdolę… – Bryk zatkał usta.
–  Panowie,  nadużywam ostatnio  tego słowa, ale to  niejako powtórka. Czerwony  płaszcz przeciwdeszczowy, młoda  dziewczyna z problemami… Tydzień temu  Laura Mostowicz. Teraz… dziewczyna na mostku.
Ależ aŁtor musi pluć sobie w brodę, że słowo “powtórka” wykorzystał już jako tytuł pierwszej części cyklu, no tak by tutaj pasowało!

–  A co  z tym morderstwem  z lat osiemdziesiątych?  Stanisław Szabański został  powieszony, ale jego wspólnik,  Szary, poszedł za kraty. Czy Szary może mieć z tym związek? – spytał Bryk.
–  Nie.  Kilka dni  temu ścielił  łóżko i nieopatrznie  powiesił się na prześcieradle.
– Mógł chodzić do harcerstwa, by się naumiał – zadrwił Iwan.
– A więc kopiści, Brodzki? – dopytywał darłowski glina.

O, tak. Nawet copycat.

(...)

- Idźcie panowie, my tu z Patrycją mamy jeszcze do pogadania.
–  Zostawiamy  więc was samych.  Poznajcie się lepiej  – uciął Brodzki.

Tytułem podsumowania:

1) Mamy znowu kopistów, w miejsce starych, poczciwych “naśladowców”,.
2) Mamy prześmieszny żart,
3) Mamy bez sensu użyte słowo "uciął",
4 Mamy idiotycznie przerwaną rozmowę, w której już-już mogło dojść do jakichś wniosków.

Co pominęłam?

(...)

2
(...)

Kosma stara się uciec z więzienia.
Próba  wymuszenia  na strażnikach  wywiezienia go do ambulatorium  nie poskutkowała. Przesłuchanie go  przez Brodzkiego wprowadziło w lekki niepokój.
Był tylko jeden sposób na wydostanie się z celi.
Gdy  strażnik  pół godziny  później zajrzał  przez wizjer do Kosmy
Góreckiego, natychmiast podniósł alarm.
– Wisielec w celi!

Brodzki je śniadanie z teściami ("Sytuacja była tragiczna: dwójka byłych małżonków poszukuje swojej córki, którą uprowadził seryjny morderca. Jednocześnie pierwszy raz od wielu lat spędzają czas pod jednym dachem. Teatrowi śmierci przypatruje się dwójka seniorów ze starszego pokolenia, których życie opiera się na sile wynikającej z trwania, tego samego, o jakim myślał Heniu. Siła ta objawiała się w pogodzeniu się ze śmiertelnością i aprobacie liczby lat, jakie już wspólnie przeżyli na darłowskiej ziemi. Licznik ten dochodził powoli do cyfr granicznych", MSPANC).
W Toruniu Nowak udaje się do zakładu kapeluszniczego (bo to jest jeden zakład w Toruniu, a może i w całej Polsce. Może nawet jedyny na całą Mitteleuropę, bez wpływów allegro, e-baya i innych miejsc, gdzie można kupić kapelusz).usiłując złapać jakiś trop Małego Łysego. Dowiaduje się tylko, że typ kapelusza, jaki ten nosi, to fedora (+ cała historia tej nazwy), wygląda na dość starą i znoszoną, jednak kapeluszniczka nie rozpoznaje człowieka ("Zawiesiła wzrok na jego nosie, po czym skonstatowała, że jej rozmówca o sztuce Fédora nie słyszał", MSPANC again, bogowie, sama sobie jawię się uzależnioną od panamarcelowej frazy!).

5
Brodzki i Bryk w radiowozie rozmawiają o antagonizmach pomiędzy Darłowem a Darłówkiem. Jadą do jednego z klubów, chcąc dowiedzieć się czegoś o człowieku z “uchem zapaśnika”.

6
Bar  GAGA był  zamknięty, ale  ze środka dochodziły  odgłosy.
To nie była muzyka.
(...)
Walenie  w drzwi wejściowe  nic nie dało, więc  policjanci spróbowali wejść  od kuchni i nie pomylili się.  Zastali tam właściciela [skąd ta pewność?]  i kobietę,  która równie  dobrze mogła być  jego nałożnicą, co  i córką, oraz czytającego  czasopismo kulturystyczne ochroniarza w  różowej koszulce polo. Na widok mundurowych  właściciel zrzucił dziewczynę z kolan.
Nie ma szczegółowego opisu ubrania nałożnicy i właściciela - i teraz jak mam to sobie wyobrazić?
Czy te dźwięki to było ciamkanie?

– Spierdalaj, młoda. Idź zobacz, czy nie ma cię w sypialni.
–  Chwila,  chwila. –  Bryk złapał  dziewczynę za  przegub lewej ręki. – A dowodzik jest?
Ochroniarz  poderwał się  na nogi i sięgnął  za siebie. Wyglądał, jakby chciał chwycić broń.
–  Ty do  mnie startujesz?  – Brodzki w ułamku  sekundy przeładował pistolet  fiu-fiu… ten facet jest szybszy od niejednego rewolwerowca i  celował  nim teraz  w chłopaka.  
–  Idź  nakarm kota.
–  Ale  tu nie  ma kota przecież  – odpowiedział i w  głosie jego pobrzmiewało echo lat edukacji, która go ominęła.
– To, kurwa, pożycz.
To jest początek żartu, pointa będzie dalej.

(...)
–  Wydział  Kryminalny,  Toruń Śródmieście  – przedstawił się Leon.
- Pokaż mi pan papiery! - Odburknął facet.
– Co z Adrianem, kelnerem, który zaginął?
–  A co  z księżną  Dianą? – zadrwił  właściciel. – Nie jestem wróżbita  Maciej. Wyszedł z roboty i nie wrócił.  W branży kelnerskiej to norma. Zmieniają miejsce  co tydzień. Skoro żyją z przyrządzania alkoholu, to  sami muszą go często próbować. I im odpierdala.
Więc co kilka dni zmieniają miejsce pracy. Logiczne.

(...)
– Ilu mordoklepów masz w lokalu? – kontynuował detektyw.
– Zależy, jak sezon.
–  A kafara  z wywiniętymi  uszami pamiętasz?  – Teraz to Bryk przejął  inicjatywę. – Już raz cię  o niego wypytywałem. Może tym razem sobie przypomnisz.
–  A co  z tego  będę miał?  – spytał właściciel  rozbieganym wzrokiem.
Anatomia marcellowska. Kiedyś będą tego uczyć w szkołach.
Pytanie rozbieganym wzrokiem jest gorsze niż czkawka.

(...)

–  Zniknął  latem z branży.  Wywaliłem go. Ponoć  przeniósł się do śmieciarzy.
–  Do śmieciarzy?  – Leon chciał się  upewnić, czy skojarzenie, które  pojawiło się w jego głowie, ma  sens. W Toruniu pewna kobieta mówiła mu o człowieku w pomarańczowym stroju.
Pomarańczowy ludek szarpał się z Sarą w szpitalu. Pomarańczowe spodnie nosił koleś na zdjęciu. Ale to byłoby zbyt proste, aby Brodzki mógł wziąć to pod uwagę.

(...)

Wsiedli  do radiowozu  i odjechali. Na  wysokości Biedronki  przy skrzyżowaniu z Władysława  IV Brodzki zobaczył ochroniarza  w różowej koszulce.
– Nie wierzę – mruknął pod nosem.
Ochroniarz szedł z kotem na rękach.
I to jest ta pointa świetnego żartu.

7
Daniel  nie mógł  zrozumieć, dlaczego  media w całej Polsce  trąbią o śmierci dwójki ludzi, o których z całą pewnością wiedział, że ich nie zamordował.
Bezczelni! Przecież wiadomo powszechnie, że liczą się tylko te zwłoki, do powstania których przyłożył swą rękę!
Eeeee… Daniel zapomniał o swoim szczwanym planie z silikonowymi maskami? A może maski założył nieboszczykom święty Mikołaj?

Stał  na dachu  budynku, poprawiając  instalację elektryczną  i klął pod nosem.
Całość  była planem,  którym chciał zaskoczyć  Kosmę, zaimponować mu, wyjść  z jego cienia.  
(...)
Wreszcie, pod wpływem  impulsu, włączył kamerę w  smartfonie i uruchomił transmisję live na Facebooku.
Instrukcja dla wszystkich, którzy umieszczają filmy w internecie - najpierw musicie zainstalować nadajnik na dachu najwyższego budynku w okolicy. Bez tego ani rusz.

–  Leonie  Brodzki,  czas tyka.  
A frazeologia boli.
Znów angielszczyzną zaleciał.

Będę  zabijał,  dopóki mnie  nie złapiesz.

Daniel przyznaje się do zaaranżowania bójki kiboli na autorstradzie oraz do gwałtu na dziennikarce.

(...)
Leonie  Brodzki,  czas tyka.  Mam dla ciebie następującą  zagadkę: zadanie, ciąg geometryczny.  Wyobraź sobie pole szachowe, bo wydaje  mi się, że lubisz porównania do szachów…  Na pierwsze pole szachownicy połóż jedno ziarno pszenicy,  na drugie dwa ziarna, na trzecie cztery i na każde następne  pole dwa razy więcej niż na pole poprzednie… Masz czas do północy.  Rozwiązanie jest prostsze, niż ci się wydaje.
Dlaczego? Po co? Czemu akurat takie? Co będzie, jak Leon nie rozwiąże zadania? Co będzie, jak oleje komunikat? Co będzie, jak się spóźni? Co dostanie, jeśli rozwiąże je trafnie?
Tyle pytań, tyle niepewności…

Właściwie to  wskazówkę zostawiłem  ci na samym początku.  Wiecie państwo, że bezpodstawnie  zrobiono ze mnie mordercę? Nie zabiłem  ani Tomasza Żółtki, ani Sary Brodzkiej.
Ani Patrycji z Włocławka, ani kelnera Adriana. No dobra, może Adriana zabił “Zapaśnik”, ale Patrycję zrzucał z mostu osobiście, cała Polska świadkiem.

Ale  teraz  to zrobię.  Zrobię to z zimną krwią. Bo Brodzki jest winny.
Daniel zastopował kamerę.

8
Po  kilkunastu  sekundach w  celi Kosmy było  trzech strażników. Dwóch trzymało ciało, trzeci odcinał prześcieradło.
–  Jak  ja, kurwa,  nie cierpię breloków.  Bo wyglądają jak te jebane breloczki!
Gdyby wyglądali jak łańcuch choinkowy to co innego!

– Oddycha?
– Płytko.
– Płytki koleś, to i oddech płytki.
– Dobra, na dół z nim, karetka zaraz będzie.
Kilka  minut później  Kosma, zapięty w  pasy, jechał w karetce pogotowia z maską tlenową na twarzy. Między głosami ratowników a wyciem syreny słyszał strzępki informacji z radia w kabinie.
Nope. przez wycie syreny nad głową oraz ewentualne rozmowy nie usłyszy się radia, chyba, że ryczy na cały regulator albo ma się słuch jak nietoperz. Ale jeśli ma się słuch jak nietoperz to wycie syreny by człowiekowi rozsadziło mózg, więc po prostu nope.
Zwłaszcza, że w karetkach część dla pacjenta jest oddzielona od szoferki. W takim wypadku słuch nietoperza nie wystarcza, może wampira, albo wieloryba.

–  Heraklit  znów uderzył.  Na jego stronie  internetowej pojawił się  już drugi film.
Jak wiadomo, w mass-mediach podają informacje o wszystkich nowych wpisach na blogach, o podcastach i filmach. Czekam na dzień, kiedy zaczną ogłaszać pojawienie się kolejnej analizy na naszej NAKWie.  
Hejterzy znów atakują największego polskiego pisarza kryminałów!

Jak  wynika  z jego treści,  morderca twierdzi,  że Sara Brodzka i Tomasz Żółtko żyją.
Na dźwięk tych słów tętno Kosmy Góreckiego się podniosło.
Dobra informacja radiowa jest lepsza od najlepszej reanimacji. Tętno rusza, pacjent ożywa i wszyscy są szczęśliwi.

9
– Ilu chłopaków się tu zabiło, Bryk? – spytał Brodzki.
– Czterech. Wszystko samobóje.
– No, jak widać nie.
–  Leon,  teoria o  samobójstwach  jest logiczna.  Ta historia o zapaśniku…  Sam nie wiem. Tutaj nigdy  nie dochodziło do morderstw. Brak  motywu.
Miejscowość, gdzie nie dochodzi do morderstw, gdyż BRAK MOTYWU!!!


Ja  nie dokończyłem  ci chyba o specyfice Darłówka.
– Kurwa, kto ty, Tony Halik? Będziesz mnie tu obwoził na safari i opowiadał o każdym płotku?
–  Nie  ciśnieniuj,  pierniku. Mówię  o tym w kontekście poszukiwań. Też mi zależy na znalezieniu Sary.
Tylko nie wiadomo, czy Brodzkiemu na tym zależy.

(...)
–  W lato  masz tu kurort.  Po sezonie jest dramat.  Kiedy wigwamy się zwijają, zostaje tylko wypalone pole.
–  Ludzie  zapierdalają  w sezonie, żeby  potem przeżyć, kiedy  jest zimno i wszystko zamknięte na cztery spusty.
Czternaście tysięcy mieszkańców otula się kołdrami i śpi do wiosny.

– Depresja kelnerska?
–  Coś  w tym  rodzaju.  Tamta trójka  skakała zimą i  wiosną, Brodzki.
– Tak, Bryk. Ale czwarty do brydża wybrał wrzesień. Nie wierzę, że  w tydzień przejebał wszystkie tipy, jakie zgarnął w lato, i  z żalu strzelił sobie kąpiel w kanale. No i pozwól, że ci przypomnę,  ktoś przewiózł jego ciało do Torunia, przebrał, powiesił. Niezłe tournée, jak na mistrza finezyjnych drinków.
–  Skąd  wiesz Brodzki,  że ten, kto zabrał  je do Torunia, miał coś wspólnego  ze śmiercią chłopaka? – rzekł, gdy  zatrzymali się dwa domy przed budynkiem  Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej. – Może znalazł trupa.
Gdy sezon się kończy, w Darłowie pełno ich leży na ulicach. Tylko przyjść i brać.

–  Trupy  znajdujesz  zawsze wtedy,  kiedy nie chcesz  ich znaleźć. Za dużo  przypadków. Zapaśnik maczał  w tym palce. Nie zdziwię się, jeśli to owładnięty homofobią narodowiec albo „kryptogej”.
O_o A ten wniosek skąd…?

(...)

10
W biurze Przedsiębiorstwa  Gospodarki Komunalnej taka toczy się rozmowa:
(...)
–  Nie  było go  już parę dni  – zauważył szef  przedsiębiorstwa o aparycji  człowieka, który całe życie  spędził w kolekturze totolotka (???).

Sączył  przez słomkę  sprite’a z butelki.  – A silny byk, przydałby  się nam. Turyści potrafią wywalić  tony śmieci.
Przecież jest już po sezonie, czyli nie ma ani turystów, ani śmieci, więc po co siłacz do oczyszczania miasta?

(...)
– Jego nazwisko? – spytał oschle Bryk.
–  Wie  pan, że  nie wiem?  
Nie zostawił po sobie śladu ani w kadrach, ani w księgowości. Szef przedsiębiorstwa otwarcie przyznał, że płacił mu pod stołem..

Mówiliśmy  na niego „Zapaśnik”.  Ma chyba takie pseudo.
– Sprawiał problemy? – dopytywał Brodzki.
(...)
Mów pan! – pogroził Bryk.
–  No więc  powiedzmy,  że wziął samochód  i nie oddał. Mówił,  że potrzebuje do przewozu  czegoś.
Śmieciarką?!

(...)
– Duże macie te auta? – ciągnął detektyw.
–  Przeróżne.  Są nowe, unijne  śmieciarki, są i stare  iły i kamazy.
Iły? Wozili śmieci samolotami? Mają rozmach w tym Darłowie. Bo przecież nie chodziło o ziły...

(...)
Dziś  ze sprzętu rozliczam się w komputerze i przez tego gnojka mam na czerwono.
– Czy możemy zobaczyć? – spytał Leon.
–  I czego  jeszcze? –  Mężczyzna gwałtownie  zmienił ton. Widać, że  bronił swojego terytorium  i ani myślał ustępować bez odpowiedniej zachęty.
– Chyba nie wiesz, z kim tańczysz – syknął Brodzki.
Natomiast my wiemy, że Brodzki w Darłowie jest nikim.
Nie ma żadnych uprawnień do prowadzenia śledztwa, a tym samym do zmuszania kogokolwiek aby udostępnił mu dokumenty.

Jednym  ruchem przeskoczył  biurko, przycisnął człowieka ciężarem  swojego ciała, a ręką chwycił butelkę  z napojem.
Wstrząsnął  nią, zatkał  szyjkę palcami,  zostawiając tylko  wystającą z niej słomkę,  i odwróciwszy szklane opakowanie  do góry dnem, wepchnął facetowi słomkę  do nosa. Siła dwutlenku węgla była piorunująca:  napój poszedł ustami, a człowiek omal się nie
zadławił, kaszląc jak cudem ocalony topielec.
<z niesmakiem> Ten Brodzki to jednak debil jest. Niech on już lepiej sporządza siatkę spojrzeń w mgnieniu tafli nad kanałem.

Za pomocą GPS-a i mapy pojazdów policjanci namierzają zaginiony pojazd.

(...)
– Dziwne.
– Co dziwne? – spytał Bryk.
– Wychodzi na to, że stoi przed budynkiem.
Brodzki  z Brykiem  spojrzeli po  sobie i natychmiast  wybiegli z gabinetu.
- “Złoto w Dolinie Niedźwiedzia!” - krzyknął Joe, a gdy wszyscy wybiegli z saloonu, spokojnie sączył z zostawionych szklanek niedopite resztki whisky.
– Co to miało być z tą słomką?! – spytał poirytowany Bryk.
– Polecam, puszczanie bańki nosem zawsze działa.
Nieee, to wcale nie jest tortura podtapiania…

–  Ja się  pytam, co  to miało być,  co ty sobie wyobrażałeś, odstawiając taką szopkę w moim mieście?!
No przeca wiadomo, że policjant z większego miasta, a już zwłaszcza taki orzeł jak Brodzki, ma prawo rządzić się jak chce w każdym mniejszym.

–  Szczerze?  – spytał Brodzki,  kiedy przebiegli przez  korytarz z paprotkami. –  Wyobrażałem sobie, że ja jestem  Sprite, a on pragnienie.
Marcelu. Błagam Marcela. BEZ ELEMENTÓW KOMICZNYCH.

Przesadzili  patio i po chwili  byli na ulicy. Przy  wjeździe do bramy istotnie  stała ciężarówka – pomarańczowa  wywrotka z kogutem na dachu. Ale człowieka o dziwnych uszach nie było.

Leon  spojrzał  w lewo, w  prawo. Nie miał  dobrego rozeznania  w terenie w Darłowie,  ale wiedział, które kierunki  prowadzą do podstawowych dla niego  miejsc.
Do wyra w prawo, do koryta w lewo, do kibla na wprost.

(...)
– Patrz! – krzyknął Brodzki.
– Co on robi?! – spytał nerwowo Bryk.
–  Właśnie  próbuje pozbawić  gminę Darłowo jedynego  w okolicy radiowozu, kolego.
Już nie będziesz się miał czym  pod…obać Dagmarze.

11
Tymczasem w archiwum Maks odkrywa, że w aktach dwie kartki są sklejone ze sobą. Rozkleja je nad parą i znajduje ukryte między nimi zdjęcie.

12
W  odległości  mniej więcej  stu pięćdziesięciu  metrów od policjantów postawny  mężczyzna w czarnych ogrodniczkach  i granatowym, wywiniętym golfie podpalał  wetkniętą w bak paliwa szmatę. Na widok gliniarzy rzucił się do ucieczki.
Z dystansu “mniej więcej stu pięćdziesięciu metrów” da się odróżnić czarne spodnie od granatowego golfa. Jasssne.
Wiemy że tu występuje narrator wszechwiedzący, ale co za dużo to niezdrowo.

–  Za nim!  – wrzasnął  Leon i ruszył  pędem. Już po kilkudziesięciu  metrach poczuł, że w ostatnich  dniach palił zdecydowanie za dużo.
–  Mój  radiowóz,  kurwa!!! –  wrzeszczał Bryk.  Był już trzydzieści metrów  od auta, kiedy – w wyniku  wysokiej temperatury, która podziałała  na benzynę – samochód wybuchł.
Jakież to amerykańskie!

(...)

Zapaśnik  był monstrualnych  rozmiarów człowiekiem,  ale widać było, że masa  mięśniowa przeszkadza mu w  sprincie.
Gdyby był złodziejem, nie mordercą, sprintowałby aż miło.

(...)
– Gdzie poleciał? – spytał zdyszany detektyw. – Chyba tu…
–  Przebiegł  przez podwórze!  – krzyknął ktoś zza  pleców.
Policjanci  odwrócili się.  Był to znany Rolandowi  Brykowi pan Janek, lokalny księgarz.
Informacja kompletnie z czapy, ale pewnie to znów jakiś znajomy aŁtora.

–  Rozdzielmy  się! Leć przez  zaułki, lepiej znasz  okolicę. Ja spróbuję odciąć drogę tam! – I rozdzielili się.


Leon, nawet biegnąć, nie przestaje MYŚLEĆ.
„Co  za bezczelny  gnojek! Czy Daniel  przygarnął go ze względu na  siłę fizyczną? Bo na pewno nie  z powodu sprytu. Czyżby pod nieobecność  Kosmy braciszek stawał się hersztem grupy przestępczej,  takiej, jaką widział na własne oczy, gdy był dzieckiem? Grupy Elfa?”


Brodzki  dobiegł do  budynku poczty,  gdy w lustrze wiszącym  na skrzyżowaniu z ulicą Morską  zobaczył postać Zapaśnika. Wybiegł  z jakiegoś podwórza i skręcił w lewo.  Leon odbezpieczył broń i przywarł do ściany.
Ulice  były opustoszałe,  zaczynała się na nie  wdzierać mgła.
Potem się okaże, że w tej mgle przejechała cała kolumna ciężarówek, przedefilowała banda zbrodzieni i powieszono tuzin trupów, a nikt nic nie zauważył.

Zupełnie  jak w finałowej  scenie westernu, w  której szeryf pojedynkuje się ze zbirem.
Zawsze myślałam, że to się odbywa w samo południe, w pełnym słońcu.

Leon  skradał  się na palcach,  patrząc w wypukłą  powierzchnię lustra.
(...)

Był  już kilka  metrów od Zapaśnika,  który powoli wynurzył się  z ulicy Morskiej. Drab nie widział  policjanta – jednak w tym właśnie momencie  trzy metry od siebie usłyszał dźwięk przeładowywanej broni. Odwrócił się w lewo. Leon trzymał go na muszce.
– Gdzie jest Sara, parchu? – wycedził Brodzki.
Zapaśnik  zerwał się  do ucieczki,  ale detektyw wystrzelił  dwa pociski pod jego nogi. Mężczyzna podskoczył z przestrachem.
–  Potańczysz  sobie na spacerniaku.  Gdzie jest Sara, śmieciu?  – Leon nie opuszczał broni.
– Za późno…
–  Wiem  o twoich  grzeszkach,  skrytojebco. Coś  mi się wydaje, że im  człowiek bardziej się przed  czymś wzbrania, tym bardziej projektuje  to na zewnątrz.
Odpowiedzią zbira powinno być "Eeeee?" jeśli autorowi zależałoby na minimum wiarygodności.

Skoro  mordujesz  gejów, to sam  musisz lubić chłopców.  To dlatego te gwałty analne? Wylewasz  sobie ciepły kefir na plecy?
Brodzkiego chyba podniecają te teksty.


Gdzie jest Sara?!
– Już za późno. Daniel wszystko zaplanował.
–  Gdzie?  Mów! – Brodzki  znów strzelił, tym  razem muskając kulą o  ucho Zapaśnika. – O, wybacz,  było takie ładne. Jak różyczka. Gdzie ich trzymacie?
–  Pokażę  ci – powiedział  niskim głosem Zapaśnik  i zrobił krok, ale Brodzki znów strzelił w ziemię.
Zapamiętajmy, że Zapaśnik chciał Brodzkiego zaprowadzić do porwanej córki. Ale nie ma tak prosto!

– Nie ruszysz się stąd, dopóki ci nie powiem.
Nie, to nie jest zdanie: “Nie ruszysz się stąd, póki mi nie powiesz…”
To Brodzki zabiera się do wygłoszenia dłuższego wykładu i słuchacza będzie trzymać na muszce do końca mętnych wywodów.

– Są w… – W tym momencie Brodzki zobaczył błysk reflektorów.
To nie reflektory, to piorun Thora Erudycji.
(...)
Na szczęście dla Zapaśnika, nadjechała ciężarówka i go zabiła.
Czekaj, Jaszu, co się tak spieszysz, daj się czytelnikom ponapawać opisem.

Detektyw  trzymał Zapaśnika  na muszce i nie widział,  co jest za rogiem ulicy. A  Zapaśnik tak jak stał przed nim,  tak niespodziewanie, został zmieciony  przez rozpędzony pojazd, który nadjechał  z prawej strony.
Zapaśnik usłyszał szczęk przeładowywanej broni ale huku nadjeżdżającej ciężarówki już nie. Pewnie się skradała na paluszkach.

Siła  pędu wielotonowej,  pomarańczowej ciężarówki  była tak potężna, że ciało  wessało się w maskę auta.
Czy w końcówce któregoś “Strasznego filmu” nie było takiej sceny?

Gdy  pojazd  zniknął za  lewym rogiem,  po kolejnej sekundzie  dał się słyszeć szczęk blachy i huk metalu.
Znaczyłoby to, że ciężarówka w coś uderzyła, prawda? No ale jednak nie. Ten szczęk blachy i huk metalu był tylko na wiwat. Śmieciarka zahałasowała i stanęła.


Brodzki  dobiegł do  ulicy Morskiej.  Zobaczył pojazd ciężarowy, spowity  kłębami dymu. Pomarańczowy kogut na  dachu wywrotki migał cały czas, odbijając  się po coraz ciemniejszych ścianach budynków,  z okien których wychyliły się głowy gapiów. Mgła
rozpuszczała światło w swojej mlecznej zawiesinie. Leon obiegł ciężarówkę i spojrzał na jej przód.
No, dokładnie. Skoro Leon ją obiega, znaczy, że do ciężarówki jest wolny dostęp z każdej strony.

– Kurwa mać… – wycedził.
Cofnął  się dwa  kroki, wszedł  po stopniach do  kabiny pojazdu. Ale  kierowcy nie było.  
Odruchowo  zaciągnął się  specyficznym zapachem  kabiny pojazdu i wyskoczył  na jezdnię. Dobiegł sprintem do  najbliższego skrzyżowania, spojrzał  w każdą stronę, ale siatkę uliczek wypełniała absolutna cisza, którą teraz przeszyło wymowne chrząknięcie.
Brodzki  spojrzał w  górę, w oknach  budynku siedziało kilka starszych kobiet.
Przecież to nie Amsterdam.

– Gdzie pobiegł kierowca?! – spytał.
Odpowiedź, jaką usłyszał, była bardzo precyzyjna.
–  Tam!  – krzyknęły  jednym głosem,  wskazując każda w przeciwną stronę. Pogrążone we mgle uliczki były nieprzeniknione.
–  Kurwa  mać… –  syknął Leon  i oparł ręce  na udach. Odpalił camela i ruszył w stronę rozbitego auta.

Gapie, ale kamienna cisza. Taka, że słychać pojedyncze chrząknięcie. Facet opiera ręce na udach i zapala papierosa. Światło koguta miga, ale jest ciemno. Facet nie widzi ciężarówki, bo stoi do niej tyłem, a nie słyszy jej (pędzącej z dużą szybkością wielkiej ciężarówy!!!), bo nie. Dżizes.
To jest po prostu niesamowite, jak ten człowiek nie panuje nad słowem pisanym.
On nie panuje nie tyle nad słowem, co nad samą materią świata przedstawionego. Montuje narrację z takich standardowych elementów filmu sensacyjnego (wybuch samochodu – jest, pościg pustymi uliczkami – jest, przejechanie przez ciężarówkę – odhaczyć), zupełnie nie dbając o to, jak będą grały ze sobą razem. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z kryminalną fabułą, ale wystarczy lekko poskrobać, a okazuje się, że to tylko dekoracja z kartonu i to krzywo posklejana.
Coś takiego często spotykamy w opkach, ale od wydawanego autora to jednak człowiek wymagałby nieco więcej...
Nawet jeśli opublikował to jako żart towarzyski, to jednak powinien zadbać o elementarne prawdopodobieństwo fabularne.


W  tej  chwili  dobiegł Roland  Bryk. Był zdyszany.  Widok rozbitej ciężarówki  go oszołomił. Dość dużo zniszczonych  pojazdów jak na cztery minuty z życia małego miasteczka.
– Gdzie Zapaśnik?! – spytał Bryk.
Brodzki  odchylił się  i spojrzał za  zabryzganą krwią  maskę wywrotki, która zmiażdżyła ciało chłopaka.
– Miał spotkanie z prasą. – Wypuścił powoli dym.
Koleś, Bonda to ty może oglądałeś, ale Beksińskim nie zostaniesz.
No cóż, jakby mnie na muszce trzymał Brodzki i wygłaszał przemowy to też wolałabym zignorować dźwięk nadjeżdżającej ciężarówki, z nadzieją, że mnie przejedzie i skróci moje cierpienia.

(...)

[Zuza Jurek]
Wyrosła  jak spod  ziemi. Jej  niewielka sylwetka  ledwo mieściła się pod mgłą.
Inaczej musiałaby iść na czworaka?
Wyjęła z wiszącego na szyi polaroidu zdjęcie i wręczyła je Brodzkiemu.  – Podczas pościgu zdążyłam zrobić zdjęcie temu kierowcy ciężarówki, co wybiegł…
Znaczysiem, Brodzki gonił zbira, dogonił go, trzymał go na muszce, pojawiła się ciężarówka, zmiotła zbira i zmieliła go na pasztet, zatrzymała się, zanim Brodzki do niej dobiegł kierowcy już nie było oraz dodać należy, że najwyraźniej za zbirem i Brodzkim latała dziesięcioletnia dziewczynka z polaroidem. Aha.

(...)
Brodzki chwycił wywołane zdjęcie.
– Co to ma być?! Żartujesz sobie ze mnie?
–  Ależ  nie. Stałam  o tam, kiedy  przebiegł. Też się  zdziwiłam, że ma twoją  twarz, policjancie… – Dziecko  zdawało się być szczere.
Okeeejjj. Zbrodniarz ukrywa twarze pod silikonowymi maskami, nawet pod maską Brodzkiego.
Brodzki chyba zauważyłby, że ktoś robi odlew jego twarzy. Ale nie wnikajmy jakim cudem mu to umknęło, może właśnie był zamyślony.
Nieno, myślę, że maskę można wykonać np. na podstawie zdjęcka, nie sądzę, żeby Barack Obama czy Angela Merkel dali sobie zdejmować odlewy twarzy dla przyjemności cosplayerów ;) Ale… Pamiętamy, że Brodzki znalazł już wcześniej tę maskę, kiedy penetrował pracownię rzeźbiarską na uczelni? Wiedział, że została wykonana przez zbrodniczego Daniela? Że też wielki detektyw nie domyślił się, do czego może posłużyć…
(nawet później, gdy już odkrył, że Żółtko nie jest Żółtką, też nie błysnęło mu żadne “o kurde, on miał i moją maskę!’)
Dziewczynka nie ma nic wspólnego z tym całym bajzlem!

(...)
–  Dzwonił  Sergiusz z  pato. – Bryk  podszedł bliżej  Leona. – Pogmerał jeszcze przy tej z Włocławka…
– Patrycji.
–  Tak.  I znalazł  w niej płatki  kwiatu nagietka.  Nie zgadniesz gdzie…
–  W piździe?  – Leon odpowiedział  w tym samym momencie,  w którym padło pytanie.
Uuu, aŁtor poznał słowo “pizda” i zapragnął je użyć.

–  Kurwa,  naprawdę  masz zdolności  paranormalne. Najpierw medium, teraz telepatia. Co dalej?
–  Najbardziej  chciałbym się  teleportować do  córki, gdziekolwiek jest.  
Już zaczęła się trzecia doba od porwania, więc wznosimy się z Brodzkim na szczyty empatii.

Skoro  Janka miała  kwiat w ustach,  a tego trupa widzieliśmy  i usta były czyste, musiał  być jakiś inny otwór. Nagietek  był dość głęboko.
– Nadzabijanie? – odparł od razu Bryk.
Brodzki otworzył oczy szeroko jak dach roadstera.
Albo jak spadochron. A nawet dwa spadochrony!

(...)
Bryk  podszedł  do zmiażdżonych  zwłok i zaczął grzebać  w ubraniach czegoś, co jeszcze  przed chwilą przypominało muskularnego człowieka.
Ciekawe czego szukał w ubraniu ofiary, portfela?

(...) Dostawszy  powiadomienie w telefonie,  otworzył aplikację i chwilę  przy niej majstrował. Zaraz potem spojrzał wymownie na Brodzkiego.
–  Co?  No co?  – dopytywał  Leon. – Wykorzystałeś  pakiet minut, że masz minę zbitego psa?
Od ilu już lat sieci komórkowe proponują nielimitowane połączenia w miejsce pakietów minut?

–  Leon…  – Bryk  pobladł. –  Jest nowy film  Heraklita. Daje ci czas do północy.
Brodzki  obejrzał nagranie,  z którego wynikało,  że Tomek i Sara mogą żyć, i stanął jak wryty.
-  Gdzie ich trzymacie?
–  Pokażę  ci – powiedział  niskim głosem Zapaśnik.
Proszę mnie nie przekonywać, że Brodzkiemu zależy na córce, skoro on lekceważy dane podsunięte na tacy przed nos!

–  A więc  kości zostały  rzucone. A więc  żyją! – Uczucia, jakie targały detektywem Leonem Brodzkim, sytuowały się dokładnie na linii  demarkacyjnej radości i strachu.
Na równoleżniku 38.
Innymi  słowy: sytuacja  była przerażająca.  – Nie zostało nam  wiele czasu. Czuję, że  jesteśmy blisko. Byliśmy w  zasadzie jeszcze bliżej, ale  Zapaśnika zmiotło z powierzchni  ziemi.
A już-już miał powiedzieć gdzie jest Sara, ale w ostatniej chwili Brodzki go powstrzymał.

Jeśli  autem kierował  Daniel, to musi  być niedaleko. Nie  wytrzymał. Nie doczekał  się mojej reakcji emocjonalnej, jego entymemat nie wypalił.
Za to pustka dochodzenia wypaliła jasnym światłem.

– Gubię się, Leon!
– Przecież mówiłeś, że wiesz, co to entymemat.
– Mówiłem, że znam definicję.
A teraz mamy rozwinięcie definicji.

–  Kiedy  wyeliminujesz  przeciwnika, robi  się pustka, którą musisz  zapełnić. Na miejsce dawnego  powstanie nowy wróg, który jednak  będzie nierozpoznany, a przez to znacznie niebezpieczniejszy.  Przejściowy stan braku przeciwieństw stwarza rządzącym złudzenie  wszechmocy. To prowadzi do szaleństwa i upadku, gdyż nie liczą się oni wtedy z rzeczywistością.
On ściga zbrodniarza, prawda? I niby chce ocalić córkę.
Ale wypełnia pustkę gadaniem.

– Przecież to szaleniec, który więzi dwie osoby.
–  I właśnie  to szaleństwo  jest jego słabością.  On nie spocznie,
póki  jego ego  nie zostanie  połechtane. Przy  tym miejscu zbrodni kryje się odpowiedź na pytanie, gdzie jest moja córka.
– Brodzki, to nie czasy Agaty Christie.
– Dzięki Bogu. Inaczej dawno mielibyśmy szkorbut.
I grzybicę stóp.

– W dzisiejszych czasach stara szkoła się nie sprawdza. To nie te czasy,  że posadzisz ludzi w pokoju, zgasisz światło i zapalisz, a potem ustalisz,  kto zabił. Zaczekajmy na posiłki i wymyślimy, co dalej.
–  Mylisz  się. Metodą  dedukcji dojdziemy,  gdzie jest moja córka.
Nie ma jej w mieszkaniu, ani w pracowni. Czyli wynika z tego, że te dwa miejsca wykluczamy. Jak również mój samochód, mieszkanie Dagmary i jej rodziców. Widzisz, jak szybko dedukuję i redukuję?
Jeśli zredukujemy wystarczająco dużo miejsc, w których jej nie ma, to zostaną tylko dwa - trzy, w których będziemy mogli jej szukać.

Na razie otwórz lodówkę. Nie, nie o Sarę mi chodzi, ale daj jeszcze tej kiełbasy.

Daniel  nie bez  powodu to  wszystko tak  zaaranżował. Zegar  tyka, sam słyszałeś.  W tym miejscu ukryta  jest odpowiedź. Musi być.
Musi być!
– Leon, daj spokój…
Ale  Brodzki  nie słuchał.  Z jego oczu biło  jakieś dziwne przeczucie.
Z oczu. “Biło przeczucie”. Jasssne.

(...)
–  Leon,  myślę, że  powinniśmy… –  Bryk próbował zacząć rozmowę o nowym planie działania.
–  Nie!  – odparł  Leon i rozłożył  ręce na boki z wyciągniętymi palcami  wskazującymi ku górze. Tak jak Nicolas  Cage w każdym filmie.
Ja nic nie chcę mówić, ale Nicolas Cage w internetach uchodzi za symbol obciachu.

Znów zaciągnął się zapachem. – Co to za woń?
– Masz na myśli mączkę rybną? To zapach Darłowa.
–  Nie.  Mam na  myśli… –  Brodzki pobiegł  do kabiny pojazdu,  po czym wrócił. – Rozwiązanie mieliśmy cały czas przed nosem.

Za chwilę dowiemy się, co tak intensywnie pachniało. Pamiętacie oczywiście, że obaj stoją przy wielkiej śmieciarce (która sama z siebie nieźle cuchnie), wśród zapachów spalin, rozgrzanego metalu i zmiażdżonych zwłok?
***
Ale jak mniemam, to tylko żart sytuacyjny. Ojej, jaki Element Komiczny robiący w bambukoi.

– Naprawdę? – spytał niedowierzającym tonem Bryk.
– Naprawdę to powinieneś poczytać stare kryminały.
Po chwili szybko ruszyli Morską. I nie było już nikogo.
Nawet dziesięciu małych murzynków.


13
(...)

Bryk przyjrzał się ziarnu pszenicy na swojej dłoni.
– Znalazłem  to na fotelu w  kabinie ciężarówki.
I to ono miało ten intensywny zapach, który zagłuszył wszystkie inne smrody.
Rozumiecie? Jedno ziarenko pszenicy.
Wierzymy razem z oszołomionym Brykiem.
***
Ha-ha! Ale z tego Brodzkiego żartowniś! Bawi się jak dziecko na karuzeli.

Leon wyciąga jeszcze z kieszeni zdjęcie rodzinne, przypomina sobie też ostatnią zagadkę Heraklita… i Już Wie!

(...)

– Potężny zapas zboża, Leon.
– A gdzie się trzyma zboże, Rolandzie?
– W elewatorach…

(...)

Na  jednym  z elewatorów  jest nadajnik…  
Nadajników, anten, przekaźników i wszelkiego badziewia jest tam bez liku:

–  Bryk, rozmawiając  z Brodzkim, chwycił  komórkę i próbował się  dokądś dodzwonić.
–  Nadajnik!  Bingo. Afera  z konwojem na  autostradzie i wejście na policyjną częstotliwość.
Widzę, że Daniel urządził sobie w tym elewatorze taką Kwaterę Głównego Złego, z której steruje wszystkim.
Tyle że  – tak na mój rozum – żeby “podpiąć się” pod policyjne pasmo w Toruniu, nadając z Darłowa (ok 250 km), musiałby mieć nadajnik o mocy ogólnopolskiego radia. Jeśli źle kombinuję, poprawcie mnie.
Może podpiął się pod stację toruńską o ogromnej mocy?

–  Sławno  się nie  odzywa.  
Dlaczego się nie odzywa? Wszyscy tam mecz oglądają, czy co?
Czekamy  na wsparcie?  Czy przekraczamy Rubikon jak Juliusz Cezar?
– Idziemy.
– Tak po prostu?
– Nie „tak po prostu”, Bryk. Idziemy uratować komuś życie.
Możemy się też otransparentować z tym patosem. Nic nas nie powstrzyma!

Sprawdzili  zapasowe magazynki  – mieli po dwa. Każdy  po szesnaście nabojów. Bryk  miał kolejne szesnaście w pistolecie.
Brodzki – mniej o cztery, które wystrzelał w stronę Zapaśnika.
Leon przeładował broń.
Takie pytanko: Czy każdy policjant chodzi zawsze z bronią i zapasowym magazynkiem ostrej broni? Nie dotyczy to pogrzebów., bo wtedy wiadomo, że tak.

14
Daniel  wiedział,  że z powodu  wpadki Zapaśnika,  pewne działania trzeba zintensyfikować. Przejść do planu B.
Zszedł  z dachu  budynku, przeskoczył  czarne schody i spojrzał  w głąb elewatora. Na samym dnie  silosu spoczywały nieruchomo dwa  ciała z workami na głowie. Oba pogrążone  od trzech dni w ciemnościach, mętnym powietrzu  i ekskrementach.
Ciała  Sary Brodzkiej  i Tomka Żółtki. Choć  leżały nieruchomo, ich  małe palce stykały się przez cały czas. Nie wiadomo, w której z rąk puls był słabszy.
W prawej. W lewej jest lepiej wyczuwalny.

Manometry  wskazywały odpowiednie  ciśnienie w pompach podajnika.  Nie namyślając się wiele, Daniel  wcisnął czerwony przycisk. W pomieszczeniu  rozległy się dźwięki załączanej maszynerii. Na  samym dole zrzucone z wywrotki zboże zostało podebrane  podajnikiem do turbiny, która przenosiła je na górę budynku.  Stąd miało być zrzucone do silosu. Grzebiąc na dnie dwójkę ludzi.
Drogi aŁtorze, zamiast wchodzić w filozoficzne rozkminy, mógłbyś poświęcić jakiś akapit albo dwa opisowi miejsca zbrodni, bo wiesz, nie każdy widział elewator zbożowy od środka. Czy używasz słów “elewator” i “silos” jako synonimów, czy masz na myśli jakieś odrębne konstrukcje? (nie wiem, metalowy zbiornik we wnętrzu budynku?) Co to za Bateryjka Erudycyjna, która wyłącza się akurat wtedy, kiedy jest naprawdę potrzebna?

(...)

15
Brodzki i Bryk podkradają się do elewatorów, ględząc przy tym i filozofując.
(...)
Bezpośrednio  pod budynkiem stała terenowa dacia.
–  Co ty  robisz? –  spytał Brodzki.  Bryk chodził wokół  auta i dotykał go z różnych stron. – A macasz ten pojazd, bo…
– Zostawiam na nim odciski palców.
– No tyle, kurwa, zauważyłem.
–  Widziałem  kiedyś taki  film o policjantach  patrolujących Drogę 66  w Ameryce. I oni, kiedy  zatrzymują kogoś do kontroli  na międzystanowej, to idąc do pojazdu,  dotykają jego tylnego reflektora. Zostawiają odciski na wypadek, gdyby zostali zabici.
Wszyscy policjanci w Polsce też widzieli ten film i w razie czego będą szukać jego odcisków na cudzym samochodzie.
Żaden z bandytów tego filmu nie widział.
(...)
16
Sierżant  Jacek Nowak  pił właśnie kawę,  przeglądając stare artykuły  prasowe poświęcone gangom Elfa  i Banana oraz aferze węglowej, kiedy  na telefonie wyskoczyło mu powiadomienie  o transmisji live, jaką prowadzi na Facebooku  strona o nazwie „Heraklit”. Takie samo powiadomienie  widziało siedemset dwanaście tysięcy innych użytkowników,  którzy obserwowali tę stronę.

Oczom Nowaka ukazała się na ekranie głęboka wnęka. Odstawił energicznie  kubek i przypatrzył się z bliska telefonowi. W środku ekranu dostrzec  można było dwa punkciki, kiedy nagle zasłoniła je znana mu twarz Daniela.
–  Pora  rozpocząć  przestawienie.  Akt ostatni – wyszeptał morderca  i zniknął z kadru. Po chwili zza  kamery zaczęły sypać się w dół tysiące ziaren zboża. Wprost na dwójkę uwięzionych daleko w dole  ofiar.  
Ofiar widocznych jako “dwa punkciki”. Ciekawe, ilu oglądających zorientowało się w ogóle, o co chodzi.

Nowak wpada z tym niusem do gabinetu Halickiego, jednak ten wyrzuca go, bo akurat podejmuje jakiegoś gościa. Następnie Nowak rozmawia z Maksem.

(...)
– Nie wiem,  czy Daniel to  jego jedyne zmartwienie.  Byłem przed chwilą u Halickiego. Nie zgadniesz, z kim rozmawiał, co nie…
– No z kim?
–  Mogę  się mylić,  bo to sprawa  sprzed lat i widziałem  stare zdjęcia…
– Z kim, Nowak?!
– Z takim człowiekiem… w kapeluszu.
Nie zdjął go nawet w pomieszczeniu?
Wtedy Nowak nie miałby szansy go rozpoznać.

(...)

17
A teraz będą sceny jak z Indiany Jonesa, daję słowo.
Na  policjantów  czekała pułapka.  Maksyma Juliusza Cezara,  znana jako veni,  vidi, vici,  miała  znaleźć  zastosowanie  tylko w stosunku do dwóch pierwszych członów. Bez zwycięstwa.

Bryk  po nastąpieniu  na metalowy schodek  wpadł do kabiny metalowej  windy, która zamknęła się z  hukiem.
Nie wiadomo, jaka to była winda, skoro Bryk wpadł do niej zlatując ze schodów.
Czy przeciskała się między stopniami drabinki, a może miała uchylny dekiel u góry lub pułapka miotnęła Brykiem jakoś tak bokiem-skosem, wprost w drzwi windy?
To, że drzwi się zamknęły wcale mnie nie dziwi. Pewnie fotokomórka działała bez zastrzeżeń.

Na  Brodzkiego czekała  zapadnia, ale uskoczył,  chwytając się grubej liny. Wciągnął się  po niej na wyższe piętro. Gdy stanął na  nogi, w ostatniej chwili uskoczył przed wystrzelonym  w jego stronę pociskiem. Huk wystrzału wstrząsnął posadami  przeznaczonego do rozbiórki budynku.
Z moździerza tam strzelali, czy co?

Leon  oddał strzał  zza ściany i utorował  sobie drogę do przebiegnięcia kilku metrów w stronę Daniela.
Normalnie jak w Stalingradzie.

–  Musisz  być szybki  jak wiatr, spokojny  jak las – wyszeptał i skoczył  na brzuch z pistoletem wyciągniętym  przed siebie. Oddał strzał i płynnie przetoczył  się na plecach za kolejną ścianę. – Zapalczywy niczym  ogień, niewzruszony jak góra, niepoznany jak ciemność, gwałtowny  niczym piorun – szeptał, przypominając sobie Sztukę wojny Sun Zi.
Bądź silny jak lampart, lekki jak orzeł, szybki jak jeleń i śmiały jak lew, żeby spełnić wolę Ojca twego w niebie” - dorzucił, przypominając sobie Pirke awot kupione okazyjnie od lombardnika Szlomo.

Brodzki, nie szepcz, tylko mów głośno. Dzięki temu zaględzisz Daniela na śmierć.

Przywarł  do ściany,  nasłuchując odgłosów  pomieszczenia. Stał w półcieniu.  Wiedział, że Daniel zna teren lepiej.  Wiedział, że Daniel jest nieprzewidywalny. A jednak role się poniekąd odwróciły.

Leonie, nie miej litości dla bandyty! Swoje przemyślenia werbalizuj pełnym głosem, krzycz! Niech cierpi, taki syn.
„Przełamałem  jego entymemat.  Maski nałożone na  ofiary przyniosły inny  efekt od zamierzonego. Opinia  publiczna dostała – nieprawdziwą  oczywiście – informację, że są to  ciała Sary i Tomka.
Choć  to porywacz  trzymał mnie w  szachu, to jego cel  nie został osiągnięty. Musiał  zmienić działanie. Oszukał własnego  brata, zaczął gwiazdorzyć w internecie.  Skąd przyszły mu do głowy te ziarenka zboża?  Że niby co, miałem mu je, kurwa, policzyć? Na  co mu to? Chciał zyskać na czasie i uciec? Nie,  na pewno nie. Myślę, że rację ma Marta – chciał zostać  złapanym, ale wcześniej, kto wie, zabić mnie? Może to jego największa  fantazja seksualna? Nigdy nie zrozumiem, co się kryje w mózgach takich ludzi.  Oprócz gówna oczywiście”.

– Witaj w świecie Heraklita! – rzucił z głośników głos.

„Cholera.  Zmultiplikowane  źródło. Chce mnie  wyprowadzić w pole. Głos może być nagrany wcześniej”.
–  Myślisz  pewnie, czy  głos był nagrany  wcześniej? To słuchaj tego.  – Przez kondygnację przeszedł  huk wystrzału z broni. W głośnikach dało się słyszeć sprzęgające się dźwięki.

Na  całej  kondygnacji  porozstawiane  były lustra.
Przypatrzmy się darłowskim elewatorom jeszcze raz:
A tak wyglądają od środka:

Teraz wyobraźmy sobie, że na całej tej powierzchni są porozstawiane lustra, które Daniel musiał a) kupić albo ukraść b)  wnieść po drabinie na to ósme piętro c) ładnie porozstawiać d) i nie zadawać sobie pytania “po jaką zarazę robię coś tak głupiego”.
Czy oni tam przypadkiem nie doszli wcześniej do wniosku, że Daniel to narcyz? Może lubił się przeglądać...

Kiedy  Leon im się  przyjrzał, spostrzegł  przyklejone do ich zwierciadeł  czarno-białe zdjęcia. Były to zdjęcia kobiecych zwłok.
–  Ewa  P., Teresa  L., Anna J.  Nic z tego nie  rozumiem – bąknął pod nosem Brodzki i skupił się na analizie terenu.

„Brakuje  ci pokory,  Daniel – myślał  Leon – a przed potyczką dobrze jest użyć skromności, by wzbudzić we wrogu pychę. Zmęczyć go  wymykaniem się. Gdy będzie nieprzygotowany, zaatakować go i być tam, gdzie się nie spodziewa.  Bo gdy prędkość rwącego nurtu staje się tak wielka, iż woda może przenosić kamienie, wtedy widać siłę impetu. Gdy szybkość  lotu sokoła jest taka, że może on uderzyć i zabić ofiarę, widać potęgę dokładności. Podobnie jest z dobrymi wojownikami”.
Swoją gadką Brodzki wzbudza lęk i drżenie.
Ten Sun Zi prosto z lodówki chyba mu zaszkodził.
Chińszczyzna nie służy każdemu.

Poddasze  elewatora miało  śmierć wypisaną na  każdej cegle – zbudowali  go w końcu jeńcy wojenni.  Pełna niedopowiedzeń przestrzeń  specjalnego użytku teraz straszyła  niezliczoną ilością wnęk, załamań, wyciągów i zapadni.

W  ilu  tego typu  zaułkach Leon  już walczył? Nie  policzyłby.
Uuu, weteran walk ulicznych.

Ile razy  wchodził w  ciemność, w której  czaiła się śmierć? Nie  opisałby wszystkich przypadków.  Ile podejmował prób wyjścia cało  z opresji, kiedy szanse na to były  marne? Bywało tak niemal zawsze. I niemal  zawsze wygrywał tę walkę. Dlaczego? Z powodu tempa.
Podobno kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą…
Ale nie w tym wypadku.
Zachowanie Brodzkiego (nawet gdy udaje on działo samojezdne z dekadą palców) nacechowane jest daleko idącą powściągliwością i grą na czas. Już łatwiej byłoby zgodzić się z tym, że udawało mu się zanudzić bandytę na śmierć, lub przynajmniej doprowadzić do takiej desperacji, że najbardziej bezwzględni mordercy sami się poddawali.

Zachowanie aŁtora też. Oto teraz, w momencie, kiedy Leon rusza wreszcie w ostateczny pościg za zbrodzieniem, Marcel uznaje, że to najlepszy moment na uraczenie czytelnika wykładem o boksie oraz o szachach.

Jak bowiem  Leon wiedział,  pięćdziesiąt pięć  procent szans mają  w szachach białe. Te  pięć procent ponad równy  podział szans w rozgrywce bogini  Fortuny to kolejność posunięć. Jeśli  dwa równie silne ciosy nie spadną jednocześnie,  ten, kogo szczęka zostanie muśnięta pierwsza, upada.
I  z tą  myślą, z  tą świadomością  występowania na nieswoim obszarze  działań, z gotowością na wszelkie  niespodzianki Brodzki ruszył przed siebie.

(...)

Był na obcym terenie, miał mniej atutów w ręku. Logicznym  byłoby wyczekanie, gra na czas. Wystarczy spojrzeć na pierwszą  lepszą walkę bokserów, by spostrzec, że zdecydowaną większość czasu spędzają oni na przygotowaniu ciosu i pracy nóg, a nie  na wyprowadzaniu ciosów. Z bokserów robił tak może Jake LaMotta. Z szachistów – Michaił Tal i Robert Fischer.
Szachiści pracowali nogami?

(...)
Ruszył,  strzelając  po kolei do  głośników, z których  sączył się trujący głos  Heraklita. Jedna kula, druga,  piąta. Wcześniej zużył dwie. W magazynku było dwanaście. Zostało pięć.
Widzę to - Brodzki spotyka Heraklita, wymierza w niego i dupa, gdyż wszystkie naboje utkwiły w głośnikach.

Daniel pojawił się niespodziewanie za drugim słupem z lewej. Brodzki strzelił. Cztery kule w magazynku.
Daniel oddał dwa strzały, Brodzki nie zwolnił. Leon  sądził, że ma do przeciwnika około pięciu metrów,  ale pomylił się. Na końcu korytarza stało bowiem lustro.  Daniel rzucił
się  na niego  z boku, próbując  przycelować bronią.  Nie miał chyba jednak  w tym wprawy.
Bo chociaż “rzucił się z boku”, to nie trafił nawet z przyłożenia.

Detektyw  strzelał dużo  celniej, poza tym spodziewał  się ataku, gdyż rozpoznał wcześniej  kierunek, z którego nadleciały kule.
No i?
Trafił Daniela czy nie?

Upadli  na ziemię.  Brodzki złapał  go za głowę i przerzucił  nad sobą. Daniel był jednak  bardzo lekki. Odwinął się szybko i stanął butem na twarzy Leona.
Strzelaj! Albo lepiej i nie, bo jeszcze postrzelisz się w stopę.

– Ty skur… wy… sy… nu… – cedził Brodzki.
Złapał  przeciwnika  za stopę i wykręcił  z taką siłą, że w nodze  aż chrupnęło. Daniel boksował,  ale na detektywie kompletnie nie robiło  to wrażenia. Przy nim bowiem zbrodniarz był  drobny. Wykonywał jednak więcej ruchów od policjanta.

–  Chętnie  ci coś pokażę,  gnojku – wysyczał  Brodzki, sprzedając mu prosty podbródkowy.
– Cóż takiego? – Daniel odgiął się, jakby miał korpus z gumy.
– Wnętrze karetki. – I jeszcze raz detektyw natarł na chłopaka.
–  Ja też  ci chętnie  coś pokażę. –  Daniel znów się  dość niespodziewanie uchylił.
– Niby co?! – Brodzki złapał go za rękę i próbował ją wykręcić.
–  Wnętrze  trumny! –  I na te słowa  Daniel wbił mu stalowy  pręt w udo.
Którego Brodzki nie zauważył pomimo tego, że walczył w sali lustrzanej. Nie ma to jak wymyślanie ciętych ripost.
Jak w pierwszym “Monkey Island”, gdzie pojedynki szermiercze z piratami wygrywało się za pomocą odpowiadania właściwymi ripostami na ich obelgi.

Adrenalina  uderzyła Brodzkiego  ze zdwojoną mocą. Przenikliwy ból  rany kłutej przeszył układ nerwowy  zupełnie bez ostrzeżenia [w przeciwieństwie do ran ciętych, które wpierw wyraźnie ostrzegały], jej  siła zamiast  pobudzić detektywa,  otępiła go na kilka  sekund. To wystarczyło,  by Daniel go dopadł, złapał  pręt i próbował wbić go jeszcze  głębiej. Leon złapał jego rękę w  ostatniej chwili.
Chłopak miał  cienkie, ale bardzo  silne palce. Mimo to  twarde jak kowadło ręce  Brodzkiego odgięły Danielowi  palce, a po chwili jego dłoń chrupnęła  – detektyw pogruchotał mu kości śródręcza  i w dwóch palcach. Zbrodniarz zawył z bólu.  
Ręka Brodzkiego:
https://dorksideoftheforce.com/wp-content/blogs.dir/319/files/2017/10/Rey-hand-Luke-the-lightsaber.jpg

Leon  kopnął  go z całej  siły w twarz – tak że ten poleciał na schody i spadł piętro niżej.
Teraz Brodzki miał chwilę, by wyjąć ciało obce.
Chodzi o ten pręt wbity w nogę.

- Na  szczęście  ominęło arterię,  ale boli, jak ja  pierdolę.
Powstrzymaj się od pierdolenia, to przestanie boleć.

(...)
–  Człowiek  bez strategii,  który lekceważy sobie  przeciwnika, nieuchronnie  skończy jako jeniec – krzyknął  w przestrzeń. – Tak właśnie skończysz,  Danielu. Tatuś na stryczku, mamusia w trumnie,  synowie w więzieniu. Rodzina, której nie było. Jak  to jest, panie filozofie od istnienia, skonstatować, że się nie istniało?
–  Nieee!  Heraklit  tak nie skończy.  Jego filozofia zwycięży!  – krzyknął Daniel (na te słowa Tomasz z Akwinu zaryczał jak wściekły i dał mu po twarzy)  i  wyskoczył  z ciemności,  z furią atakując Brodzkiego.  
Strzeżcie się filozofów!

Uderzył  go w rękę  metalowym prętem
O, znalazł drugi pręt! W dodatku znalazł w ciemności, po czym cichutko wylazł po drabinie na wyższe piętro (z którego spadł przed chwilą) i to wszystko z połamaną dłonią i skopaną twarzą - dobry jest!
wytrącając  mu z rąk pistolet. Pozostała im walka wręcz.
No ja cię kręcę, walka wręcz z facetem z połamanymi kośćmi. To będzie fascynujące pięćdziesiąt stron.
Jak im się połamane kończyny zaczną wyginać w drugą stronę, to będzie prześmiesznie. Coś jak karate w wykonaniu ośmiornic.

„Jak z Kosmą na wieży. Powtórki prześladować mnie będą chyba do końca życia!”
A mgnienia będą… Hm, co mu będą mgnienia?
Migać?

–  Nie  wiesz  o jednej  rzeczy, staruszku.  Kiedy mówiłem ci, że jesteś  winny, nie rzucałem słów na wiatr.  Wina to jedno, drugie to kara. Karą jest  śmierć Franka, śmierć twojej córki i na końcu twoja.  Bo o ile wiem, Sara powinna już leżeć zagrzebana żywcem pod toną zboża.
Tona zboża to raptem nieco ponad metr sześcienny (dokładnie, 1 m3 pszenicy waży 760 kg). Silos, w którym Daniel uwięził Sarę i Tomasza, określany jest jako “naprawdę olbrzymia” konstrukcja, więc powiedzmy, że to był taki NBIN 2200. Ta tona powinna mu się rozplaskać po dnie cienką warstwą.

– Nie wierzę ci, skurwysynu.
–  Tu żeś  nie trafił.  Kurwiarzem był  ojciec, ale mamusia  była święta.
–  Też  ją posuwaliście?  Ty posuwałeś, a Kosma  patrzył? – I rąbnął go w głowę.
– Nie mów tak! – Daniel uniósł wysoko głos, niemal pisnął.
„A  więc  jednak  narcyz. Nie  umie oddzielać  emocji. Trzeba więc go rozstroić”.
A że narcyz, wywnioskował z częstotliwości pisku?

–  Bo ja  na twoim  miejscu bym  chyba się zabił.  Z takimi problemami  w głowie. Głosami. Wizjami.  Z tak pojebanymi genami jak możesz być normalny?
– Skończ! – Daniel piszczał jak rozkapryszone dziecko.
Brodzki widział coś takiego pierwszy raz.
– A wiesz, jaka jest wina?! – krzyczał cienkim głosem chłopak.
Leon  kopnął go  tak mocno, że  Danielowi chrupnęło  w miednicy.
- Zobaczyłeś gwiazdy nad sobą? - Od niechcenia zapytał Immanuel Kant, zapisując coś w notesiku.

Zachwiał się na stopniu i wyleciał przez okno na zarwany podest.
Lecąc i spadając nie przerywa ględy:

–  Chcesz  wiedzieć,  co robił twój  stary? Myślisz, że  robilibyśmy taki plan,  żeby mścić się tylko za  starego? Albo za jakiegoś kibica? Ty  nic nie rozumiesz, co, Leoś? Nie wiesz,  jak zginęła twoja mamusia. Nie zastanowiły cię daty? Brodzkiemu  stanęły przed oczami daty z nagrobka. Obie wskazywały czwarty września.
Jak długo trzeba lecieć, aby mieć czas wygłosić takie exposé?

– Gówno wiesz.
– Ależ wiesz, że chcesz wiedzieć. Teraz ty zagłuszasz swoje geny. A  genu nie wydłubiesz, ha ha! Nie wiesz, dlaczego Salomea Brodzka  męczyła się w szpitalu? Nie pamiętasz kwiatów? Wskazówką są kwiaty.  A Franek? Do rozwiązania zaprowadzą cię fotografie z luster… Jaki ojciec, taki syn.
Kurde, długo leciał.

Brodzki  wpadł w furię  i go nie słuchał.  
Też wyskoczył przez okno w ślad za Danielem.
Doskoczył  do platformy  i kopnął go w szczękę.
Daniel poleciał na plecy.
Ma połamaną dłoń, od kopniaka coś chrupnęło mu w biodrze i do tego teraz Brodzki kopnął go w szczękę. Mimo to nadal konwersuje:

–  Przykro  mi, ale Chińczycy  wykluczali istnienie  filozofii, która nie jest  przydatna społecznie. A ty  nie jesteś przydatny społecznie, tak samo jak nie jest twój brat.
– Skoro już porównujemy, zrzuciłeś go z wieży, prawda? – spytał Daniel, patrząc w ciemną przestrzeń w dole.
– Sam się prosił.
–  Ja się  prosić nie  będę. Spadnę  do wody, a potem  ucieknę, by dalej cię straszyć, jak najgorszy koszmar. – Daniel stanął na brzegu gzymsu.
– Nie rób tego.
– No to jak, powtórka? – I chłopak puścił gzyms.
A przedtem trzymał się go… czym? Palcami u nóg?

Jeśliby w tym momencie spojrzeć na elewator z zewnątrz, można by  dostrzec, jak od szczytu odkleja się niewyraźna plamka i leci coraz szybciej w dół.
A gdzie podziała się Bateryjka Erudycyjna uświadamiająca czytelników o ruchu jednostajnie przyspieszonym i sile grawitacji?
“Coraz szybciej”, czyli pod wpływem przyspieszenia ziemskiego g = 9,81 m/s2, to przecież elementarne.

Brodzki  spodziewał  się usłyszeć  głośny plusk, ale  to nie nastąpiło. Zamiast  tego jego uszu dobiegł tępy  dźwięk upadku na twardą powierzchnię.

Darłowo  nie stało  nad taflą gładką  jak pamięć lustra.  
Takie piękne zdanie... takie piękne i cóż, że bez sensu.

W  wielu miejscach  tajemnicza sieć kanałów  skrywała takie pułapki jak  ta – tuż pod powierzchnią wody rozciągała się gładka tafla betonu. Daniel  twierdził, że nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, ale można do niej wpaść.
Tak  też uczynił,  ale po tym upadku  już się nie podniósł. Zwrócone  twarzą do dna ciało broczyło krwią,  zupełnie jak we śnie Brodzkiego.


Nie  był to  jednak koniec  pojedynku, bo jego  decydująca faza zaczynała  się dopiero teraz.

Brodzki  zeskoczył  schodkami na najwyższe  piętro wewnątrz budynku.  
Zeskoczył na najwyższe piętro… To nie jest zwykły pleonazm. To ojciec wszystkich pleonazmów.

Panował  tam olbrzymi  huk.
A w tym opku panuje stylistyka godna ucznia czwartej klasy podstawówki.

Zboże sypie się i sypie, bo Daniel coś tak poprzestawiał w mechanizmach, że nie dają się wyłączyć.

(...)

Konstrukcja  była naprawdę  olbrzymia, a jej  klaustrofobiczna przestrzeń napawała przerażeniem.
Ta przerażająca OGROMNA KLAUSTROFOBICZNA przestrzeń!

Najgorsze  było to co  na dnie silosu.  Spoczywały tam dwa  ciała z workami na głowie.
–  Halo!!!  Odezwijcie  się!!! – krzyczał  rozpaczliwie Leon. –
Błagam!!!
Ale żaden dźwięk już do niego nie dochodził.
Ale nie, serio? Silos zbożowy, do którego właśnie sypie się zboże, Leon może do upojenia wrzeszczeć, stojąc na najwyższym podeście, nikt go nie usłyszy, a ci z dna mogliby się do upojenia odzywać, on ich też nie usłyszy.

Pytanie - skąd Daniel wziął tonę zboża, żeby ją wsypać do nieczynnego i całkowicie zrujnowanego silosa, który sobie uruchomił w celach zbrodniczych bez wątpienia pozostanie bez odpowiedzi.
Wszyscy zbrodzienie w tej powieści są niezwykle pracowici. Totalnie widzę, jak Daniel kupuje zboże, organizuje transport, naprawia maszyny…
...wnosi lustra, obwiesza je starymi fotografiami, jeszcze powinien pozamiatać, umyć okna i wyszorować pompy do połysku.

„Czy  to tutaj  spadła dziewczyna  z kanału, łamiąc sobie  nogi?” – Mimowolnie przemknęła  mu gdzieś przez rozgorączkowaną  głowę myśl.
– Nie, kurwa, nie spóźniłem się! Nie zgadzam się!
Ja się na przykład nie zgadzam, żeby byle… to znaczy, żeby kto chce brał sobie sceny ze “Świadka” Petera Weira i używał jak własnych.

Rozejrzał  się jeszcze  raz po piętrze.  Wreszcie sięgnął po  gruby łańcuch na wielokrążku.  Szybko zmiarkował, że jest to  dźwig łańcuchowy z hakiem, który  – teoretycznie – wisząc nad elewatorem,  powinien służyć jako wciągarka sięgająca aż  do dna.

Łańcuch był masywny, o grubości równej łańcuchom kotwicowym [kotwicznym]. Brodzki  nie wiedział  już, czy patrzy  w elewator, czy elewator patrzy na niego  w  studnię przeszłości,  czy w dół wykopany w  piachu. Nie wiedział, czy  to mrok wydm, ciemna toń wody  czy czarna otchłań jego własnej duszy.  Wszystko kwestią rzędu wielkości…  

(...)

Leon  policzył  do trzech  i skoczył w  dół, trzymając  łańcuch obiema rękoma.
https://vignette.wikia.nocookie.net/disney/images/2/2e/The_Legend_of_Tarzan_wallpaper.jpg/revision/latest?cb=20131210041021


Lecąc  w przepaść  nie czuł się  jak superbohater,  a raczej wobec ogromu  konstrukcji sprawiał wrażenie  nadnaturalnie małej drobiny. Byłaby  z tego świetna ramka w komiksie. Tak przynajmniej  twierdzili internauci, jacy w liczbie blisko dwustu tysięcy  śledzili wciąż na Facebooku transmisję live ze strony Heraklita.
Z tych siedmiuset tysięcy widzów odpadło pół miliona.
Może dlatego, że bardzo niedobre dialogi są? A może dlatego, że ten film dzieje się w całkowitej ciemności?
Nie, jakieś światło tam jest, Leonowi udało się włączyć.
Po co światło w głębi zbiornika?

Umieszczona nad wnętrzem silosu kamera dawała obraz olbrzymiej  wnęki, w którą nieustraszony policjant skoczył niczym kaskader.  Stacje telewizyjne prześcigały się w analizowaniu nadawanego obrazu.  Próbowano go rozjaśnić, powiększyć, wydobyć kolory.
Ale i tak nic nie było widać.

Dla  widzów  jednak nie  były ważne efekty,  ale bohater. Ojciec walczący o córkę. Policjant walczący o dobro: Leon Brodzki.

Roland  Bryk mocował  się właśnie z  mechanizmem starej  windy gdzie siedział zamknięty kiedy  zobaczył  podłużny kształt,  który leci na dno  silosu niczym kamień rzucony  do studni.
Leci i świeci. Jak meteoryt.

Z  wrażenia  głos ugrzązł  mu w gardle.
To zdarza się tylko wtedy, gdy ktoś gada na głos.

Była  to dla  niego scena  tak heroiczna  i tak nieprawdopodobna,  jak skok w przepaść czy wspinaczka  po lodowcu bez zabezpieczeń. Ile człowiek zrobi, by nakarmić nadzieję? Ile zrobi, by kogoś uratować?
Ile poświęci?
Rolandzie, skoro siedzisz zamknięty w szybie windy, to jakim cudem zobaczyłeś Brodzkiego spadającego w głąb silosa?

To był bardzo, ale naprawdę bardzo długi lot.
Dziura była tak głęboka, że Czytelnik musi pogodzić się z rozważaniami natury ogólnej.
Dla  Brodzkiego  to była chwila,  ale podzielona na  tysiące milisekund.
O nie, nie, nie, niech on teraz nie zacznie nagle pierniczyć o paradoksach Zenona z Elei!

Tak  jak to  dzisiaj się  robi na filmach.  Kto powiedział, że dopiero  od niedawna świat da się podzielić  na pięćdziesiąt, sto albo trzysta klatek  na sekundę? Czas zawsze był podzielny tak samo.  Po prostu liczyć zaczęliśmy nieco szybciej. A zatem  skok Leona był jednym mgnieniem. Trwanie w powietrzu –  wiecznością. Momentem, w którym ma uratować Sarę z objęć  koszmaru. Jak wtedy, kiedy tonęła, a on biegł nabrzeżem rzeki.  Dopingując ją z całych sił.”toń, Sara, toń „Jakie  to profetyczne i jakie to smutne” – myślał.
Myślał sobie tak lecąc, a myśleniem chciał skrócić nudę lotu.

Kilkanaście  metrów ponad  dnem mechanizm  zaczął automatycznie  zwalniać. Był jednak  na tyle zaśniedziały [khę… łańcuchy dźwigów nie są robione z miedzi],  że łańcuchem  zaczęło szarpać.  Przechyliło Brodzkiego  na lewo, odbił się od ściany,  ale łańcucha nie puścił. Gdy mechanizm  zatrzymał się na dobre, wstrząs szarpnął detektywem  tak, że ten runął na ziemię z wysokości pięciu metrów.
Upadek  był bolesny.  W jednej chwili  Leon poczuł wszystkie niezaleczone kontuzje z ostatnich dni.


Dno  silosu  wypełniło  się już kilkudziesięcioma  centymetrami zboża.
Brodzki  podniósł się  i natychmiast doskoczył  do pierwszego ciała.

– Sara! – krzyczał, próbując zdjąć jej worek z głowy. Gdy się to w końcu  udało, oczom jego ukazała się blada twarz nieprzytomnej dziewczyny z  ustami zaklejonymi taśmą. Zdarł ją jednym ruchem.
– Kochanie, ocknij się!
Ale Sara nie reagowała. Przyłożył dwa palce do jej szyi, próbując sprawdzić  puls. Czekał kilka sekund. I nic. Jeszcze kilka sekund i nic.
Ojej, Bateryjka Erudycyjna nie zadziałała? Czytelnicy nie dowiedzą się niczego o zatruciu dwutlenkiem azotu, chorobie zwanej płuco pracowników silosów?

Zamachnął  się i spoliczkował  ją. Tylko drastyczny  ruch miał szansę wybudzić dziewczynę.
Podziałało. Sara zajęczała.
W tej powieści są bardzo nowatorskie metody reanimacji ludzi w agonii.


– Jestem, już jestem, skarbie!
Rzucił się do drugiego ciała. Zdjął worek. To był Tomek Żółtko.
– Tomek? Tomek?! – krzyczał. – Żyjesz?
Żółtko  krwawił z  niedoleczonej  rany postrzałowej,  którą odniósł w niedzielę. Kula przeszła wtedy na wylot.
Ale nie naruszyła żadnych ważnych organów, wiemy.

– Leon… – wymamrotał Żółtko. – Sara… Czy ona…
– Tak. Jest tu. Muszę was stąd szybko wydostać!
Deszcz  zboża nie  ustawał, a potok  u podstawy silosu gęstniał  i gęstniał, utrudniając ruchy nóg. Ciała Sary i Tomka pokryły się już do  wysokości korpusu.
Podobno oni leżeli, to chyba nie było trudne.

Pył  z sypiących  się tysięcy ziaren  był nie do zniesienia. Dostawał się do oczu i uszu.
–  Roland!!  Gdzie jesteś?!  
W Wąwozie Roncevaux

–  krzyknął  Brodzki i  rzucił się do lufcika [o, jest lufcik w zbiorniku!],  który  widoczny  był z boku  pomieszczenia.  Po kilku kopnięciach  udało się go wyważyć,  ale okazało się, że coś  blokuje drzwiczki na zewnątrz.


– Kurwa, Roland, przydaj się na coś!! Gdzie jesteś?! Zginiemy tu!
Nie ma żadnego Tru-tu-tu!

–  Po czym  na powrót  doskoczył do  córki. Siłując  się chwilę, wydostał  ją spod stosu ziaren,  które błyskawicznie przybierały  na wadze.
Tyły, po prostu tyły.

W  tym  samym  czasie sześć  pięter wyżej Roland  Bryk usiłował wydostać  się z szybu windy. Nie  mogąc uruchomić mechanizmu, wyszedł  przez sufit, przeskoczył na suwnicę  i spróbował wdrapać się na półpiętro.
Bezskutecznie.  Wypukłości w ścianie  były tak niewielkie, że niepodobna było postawić na nich buty.
Spróbował drugą stroną. Zszedł po kabinie windy i szybko ocenił możliwość  zejścia po żeliwnej konstrukcji. Tak, było to możliwe.
Zaczął  schodzić  powoli, uważając  na podłoże. Przy trzecim  kroku metalowa żerdź złamała  się z hukiem. Bryk zawisł na  jednej ręce, w ostatniej chwili salwując  się upadkiem na wystający kamienny bloczek.
Schodził coraz szybciej.
Ten znowu robi z siebie Johna McClane’a ze “Szklanej pułapki”. Zaraz se będzie wyciągał szkło ze stopy.

– Bryk!!! – słyszał z dołu.
– Już idę! Wytrzymajcie! – krzyczał.
Widząc  pochylnię,  nie namyślał  się wiele, zjechał  po niej w dół. Widzowie  przed ekranami telefonów, komputerów  i telewizorów w całej Polsce zamarli.
Kurde, naprawdę niezła jest ta kamera w smartfonie.

Bryk  dopadł  do drzwiczek  silosu, którymi  przedzierały się na zewnątrz  kilogramy zboża. Ich pełne otwarcie  uniemożliwiało budowlane rusztowanie. Wbiegł  po schodach piętro wyżej, naparł ciałem na rusztowanie, to jednak nie ruszyło.
Nie dał za wygraną.
–  Jak  to było?  Dajcie mi punkt  podparcia, a… – mówił  pod nosem, szukając odpowiedniego  pałąka. W końcu znalazł. Wsadził metalową  żerdź w szczelinę między silosem a rusztowaniem  i zaparł się z całej siły. Rusztowanie zaczęło się przechylać.

–  Aaaa!!!  – krzyczał  Bryk na skraju  wysiłku.
Aaaaaa!!! – krzyczała Kura na skraju załamania nerwowego.

–  Aaaa!!!  – I w końcu,  z wielkim wysiłkiem  i wielkim jękiem, przesunął rusztowanie na tyle, że runęło ono w bok.
Zbiegł  na dół,  otworzył drzwiczki.  Ale z przerażeniem zauważył, że  zboża jest tak wiele, iż nie może  się przez nie przekopać.
Doskoczył do opartej pod ścianą łopaty i zaczął nią odgarniać zboże.
A łopaty nie zasypało?
Pewnie dyndała na sznurku. Ostatni cieć ją tam na haku powiesił.
Równie dobrze Bryk mógłby wyciągnąć łopatę po prostu zza kadru, jak postać z kreskówki.

– Leon!!! Jesteś?!!! Leon!!!
– Myślę, więc jestem! – odwrzasnął Leon.

Nie ustawał w odgarnianiu. Zboże zdawało się nie kończyć.
– Roland!!
W  zwałach  ziaren udało  się wykopać małą  szczelinę, przez którą policjanci zobaczyli siebie nawzajem.
Ale nie róbcie tego w domu, bo ziarno się osypuje i cały wysiłek przy kopaniu tunelu idzie na marne.

–  Miło,  że wpadłeś,  ale chyba jesteśmy  w pułapce – krzyczał Leon.
– Niemożliwe! No co ty pierdolisz?
– Drzwi zasypane!
Aaaale… czy Roland nie stoi w tej chwili na zewnątrz, przy otwartych drzwiach?

–  Po co  wsypuje się  tu to zboże?   Co się z nim potem  robi?
Potem idzie do młyna, gdzie się je miele na mąkę, mąkę zarabia z zakwasem, piecze chleb. Bateryjka Edukacyjna podpowiada wiele zastosowań dla ziarna pszenicy.

Musi być jakieś ujście.
No popatrzcie, mówi prawie jak Indiana.

– Podłoga! – wrzasnął Leon. – Nie dokopię się!
–  Biegnę  na dół.  Odsuńcie się  na boki. Będę  strzelał w zamki, czy co tam jest.
Czyli jednak we wnętrzu budynku (elewatora) znajduje się odrębny zbiornik (silos), do którego sypie się zboże. A kamera obejmuje jednocześnie znajdujące się w środku ofiary jak i miotającego się na zewnątrz Bryka.

Dobra, kończmy z tym… Roland odstrzeliwuje dolne drzwiczki, zboże wysypuje się na zewnątrz, wszyscy zostają uratowani.

–  Już  po wszystkim,  dzieciaki. Smok  pokonany. Już wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze.
Po trzech dniach na dnie silosa, gdzie nie ma dostępu powietrza (pomińmy lufcik wzięty z Imperatywu Narracyjnego) oboje słuchają o zabitych smokach. To uspokoi dwoje dorosłych ludzi.

18
Zaalarmowane  (przez?) media służby szybko  ustaliły miejsce akcji  z nagrania. Kamera Heraklita  puściła w świat transmisję z bohaterskiej  akcji policjantów. Film z miejsca stał się  tak zwanym viralem, udostępnianym i przekazywanym  dalej bez końca. Skok Brodzkiego w przepaść miał się  stać jednym z popularniejszych nagrań w internecie, osiągając  liczbę ponad trzech milionów wyświetleń.
Ciekawa jestem, co było w tym miejscu w pierwszej wersji, tej z lat 90.

Od  strony  nabrzeża  na miejsce  zdarzenia przybyło  sześć zastępów straży  pożarnej, cztery karetki  i połowa sił policji ze Sławna.
Dzięki  Bogu, że  niektórzy policjanci  potrafili sobie radzić  bez wsparcia.
Tomka  i Sarę  opatrzono  w karetkach.  Jeszcze na miejscu otrzymali  wzmacniające kroplówki. Nie odnieśli  poważniejszych ran. Dostali nowe ubrania, koce grzewcze i ciepłą herbatę.
Pili ją ze smakiem, tylko Tomkowi wyciekała za kołnierz przez dziurkę.
Przebóg, czyżby pod koniec zaczęło Marcelowi brakować rozmachu twórczego? Jakie to były kroplówki? Co w nich było wzmacniającego? Gdzie opisy odżywczych związków chemicznych wbudowujących swoje życiodajne w cząsteczki w ich osłabione, spragnione odnowienia, ciała?

W drodze na miejsce był prokurator.

19
W wodzie kanału pływa ciało Daniela z roztrzaskaną głową, młody policjant na ten widok wymiotuje, Brodzki ironizuje, Bryk filozofuje. Zjawiają się teściowie Brodzkiego i Dagmara, radosne powitania z Sarą, wkoło coraz większe zamieszanie, dziewczynka w góralskim kapeluszu fotografuje wszystko, bla bla bla bla…
Tak więc możemy odetchnąć z ulgą, Daniel leży gdzieśtam, rozmazany po podłożu, Sara i Żółtko, wyciągnięci jedną ręką spod tony zboża patrzą na Brodzkiego miłośnie i tylko sto stron, które zostało nam do końca tego porywającego utworu literackiego mówi nam, że aŁtor ma dla nas zapewne jeszcze wiele wzruszeń w zapasie.

Z otulonego ciemnością i mgłą Darłowa pozdrawia Was ekipa NAKWy,
a Maskotek siedzi przy telewizorze i czeka, czy cokolwiek o nas powiedzą.

41 komentarzy:

Kasia pisze...

Wasza Wierna Czytelniczka Pływająca po Nieskazitelnej Tafli Prawdopodobieństwa Psychologicznego... nie.
Chciałam ten komentarz zostawić na ostatnią analizę, ale skoro już teraz latorośl uratowana, to nic mnie nie powstrzymuje.
Co robi człowiek, któremu zaginął ktoś bliski? Mózg takiego człowieka koncentruje się na jednej, jedynej rzeczy: szukać poszlak, tropów, i mieć nadzieję, że ta osoba żyje. To, co nam wmawia szanowny Marcyś, jest zwyczajną bezczelnością i urąganiem ludziom, których dzieci zaginęły. Oni nie mają głowy do tego, by filozofować, kontemplować kubki z kawą, chędożyć, a tym bardziej wymyślać błyskotliwych dowcipów. A tutaj nie mamy pierwszego lepszego obywatela, a policjanta!!!!!! który ma bardzo szerokie pole manewru.
I co z tymi ludźmi wokół niego? W takiej sytuacji NIKT, podkreślam NIKT nie wciąga ojców zaginionych córek w dyskusje filozoficzne, nie urządza im kalamburów i nie pierniczy o "rozumiem że cierpisz bo dziecko to skomplikowany konstrukt". Czy ktokolwiek tam spytał Leoncjusza, jak ten się trzyma, tak po prostu ze zwykłej troski, a nie żeby dać aŁtorowi pretekst do wymądrzania się? Ktokolwiek zaoferował wsparcie? Ktokolwiek przyjechał do niego do domu, aby nie siedział sam? Nie, nie po to by zaspokoić swoje niezaspokojenie wykorzystując trudną sytuację Leoncjusza pod pretekstem "pocieszenia". No wyobraźmy sobie człowieka, który wykorzystuje zaginięcie czyjejś bliskiej osoby, by tę osobę zaliczyć "na pocieszyciela"? Obrzydliwe. I to jeszcze psycholog? Nie, nie i nie.
Tam generalnie wszyscy mają psychologiczne prawdopodobieństwo w rzyci. Leoś nie rozpacza, Dagmara też jakaś taka spokojna, nikt nie oferuje pomocy, nikt nie spyta jak się czują, co to ma być ja się pytam, co to ma być Marcysiu kochany? Marcysiowi wpadły chyba w łapki jakieś "nałkowe" czasopisma, z których na wyrywki wyczytał że encyklopedyści, że zboże, że grywalizacja, że Archimedes, że Freud, i tak bardzo, ale to bardzo chciał się tym pochwalić, że napisał książkę, bo jego własna matka zagroziła, że się go wyrzeknie jak nie skończy gadać.

Aadrianka pisze...

Pierwsza chyba analiza, której nie zmogłam. Nawet z prześwietnymi komentarzami Analizatorów to dzieło jest tak potwornie głupie i nudne, że nie dałam rady.

piasia1 pisze...

"Woprowcy wzięli suchy skafander i skoczyli na bombę"

Jeden suchy skafander na kilku woprowców? Bieda w tym Darłowie. Saperów też nie mają, i do rozbrajania niewybuchów używają woprowców. A ci o bombach wiedzą tyle, że na bombę można skoczyć. No to skoczyli i jak bomba pierdykła, to z suchego skafandra nie zostało nic. Podobnie z woprowców.

"myślę, że to początek pięknej przyjaźni"

A ja myślę, że to dosłowny cytat z "Casablanki": I think this is the beginning of a beautiful friendship.

Wracam do czytania. Koszmarnie to nudne i bessęsu.

Anonimowy pisze...

Nic dziwnego – dwóch dopiero co poznanych policjantów w ciemnym pokoju o brudnych szybach słuchało nagle Walkirii.

Jak rozumiem, to był tylko “Lot Walkirii”, bo przecież nie trzy akty opery. No ale Czas Apokalipsy robi swoje.


Nie lot, tylko "Cwał Walkirii", tak gwoli ścisłości.

– Nie wiem, co mnie bardziej dziwi, Roland. To, że masz na komendzie taki zapas kiełbasy, czy to, że w lodówce trzymasz… książki?

Czyżby pan Marcel oglądał serial "Przyjaciele" i zainspirował się Joeyem, trzymającym "Lśnienie" w zamrażarce?

Litości, jak dobrze, że ta tandetna imitacja kryminału będzie na tapecie jeszcze tylko za dwa tygodnie, bo te kretynizmy sprawiają, że mózg się lasuje i skóra marszczy.

Żaneta H'ghar pisze...

"Lot Walkirii", "Cwał trzmiela", wszystko jedno...

Anonimowy pisze...

Nie ma to jak zacząć weekend od przeczytania świetnej analizy :3
Dzięki za ubaw, całość była tak dobra, że czytanie pod ławką nie wchodziło w grę, trudno mi było powstrzymać się od śmiechu, więc tekst musiał chwilę poczekać xD Ale było warto, oj było warto...

2kπ pisze...

Ło Bożu, jak mnie drażnią te dęte dialogi, z tymi okrężnymi metaforami, co to mają być takie dowcipne i elokwentne, a są po prostu zwyczajnie tępe. Panie Marcelu, weź pan wyjdź z domu i posłuchaj jak ludzie rozmawiają. Dla ułatwienia podpowiem, że nie tak, jak pan myślisz.

Anonimowy pisze...

Nie mogę, no po prostu nie mogę. Dawno nie widziałam postaci napisanej tak obrzydliwie bez empatii. Pan autor chciał z Leona zrobić twardziela i kozaka, tylko jakoś mu umknęło, że takiemu to nie wystarczy być tylko mocnym w gębie. I że jego przeholowane wyskoki jak choćby scenka ze Sprite'em nie malują go wcale jako nieprzebierającego w środkach desperata, tylko niezrównoważonego sadystę. Przychylam się do teorii o licealnym dziele wyciągniętym z szuflady po latach, bo to rozchwiane prawdopodobieństwo psychologiczne postaci, ta koszmarna stereotypowość i zachłystywanie się erudycją są po prostu skrajnie niedojrzałe. Chwilami czytało się to jak rasowe opko, zarówno pod względem konstrukcji, jak i językowo, o Elemętach Komicznych nie wspominając. Głupie, nudne i płytkie. Wierzyć mi się nie chce, że to miała być poważna książka.

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

Zgadzam się z przedmówcą, Leon ze zwyczajnie głupiego zrobił sie obrzydliwy. Zwłaszcza jego "prześmieszne" wypowiedzi o zamordowanych ludziach i innych poważnych sprawach. Ale komentarze miodne.

Anonimowy pisze...

Nie możecie sobie odpuścić kolejnej części? Chyba już wszyscy wiemy co się wydarzy.
Takie pytanka: dlaczego Brockiemu nic się nie stało jak Zapaśnika przejechała ciężarówka czy co to tam było? Odskoczył czy co? Czyżbym niedoczytała? Nie było tak tragicznie jak ostatnio,gdzie kompletnie nie rozumiałam tekstu,ale i tak dużo jest niejasności.
Te postaci są tak cholernie płytkie. A Brocki jest takim samym pojebem z IQ rurki z kremem,jak ci bliźniacy. Co ja piszę,wszyscy są tam tempi. To level niżej niż tępi.

Anonimowy pisze...

siłował się z czymś chwilę, po czym zaczął zdzierać z denatki skórę.
Dokładnie to samo robił Lecter noale.
Nie wiem, ale zwróciłaś uwagę na całkowitą obojętność Dagmary
Prawda?
Eksperyment taki wykonano na cierpiących na amblyopię kotach.
Pieprzenie kotka za pomocą młotka!
Cztery godziny drogi, jakby co?
Ani chybi teleportacja. W Star Treku się sprawdzało.
Taki jesteś cwaniak z pekaesów? – spytał, szukając zaczepki.
Jak czytam taki język przypomina mi się ta wersja Avengersów z dubbingiem i jest mi przykro...
Rozumiem – odparł Brodzki, po czym uderzył go pięścią w żebra.
To jest Brudny Harry na miarę naszych możliwości.
NIE, PROSZĘ, NIE. Tylko bez głupich dowcipów z serii “jak to jest po czesku”...
Moim zdaniem zasługujemy na poznanie pełnych możliwości humorystycznych autora.
Ochroniarz szedł z kotem na rękach.
I to jest ta pointa świetnego żartu.
Lekko osłupiałam.
człowieka, który całe życie spędził w kolekturze totolotka (???).
Podziwiam. W życiu bym tego nie wymyśliła,perełka.
Zimą przechowuje w domu pszenice kilogramami, bo kaczki w parku dokarmiam. Ma bardzo słaby zapach.
W ilu tego typu zaułkach Leon już walczył? Nie policzyłby.
Uuu, weteran walk ulicznych.
Normalnie jak Vimes u Pratchetta.
Jeśli dwa równie silne ciosy nie spadną jednocześnie, ten, kogo szczęka zostanie muśnięta pierwsza, upada.
Wydrukuje to sobie i powieszę nad lodówką..
Wszyscy zbrodzienie w tej powieści są niezwykle pracowici. Totalnie widzę, jak Daniel kupuje zboże, organizuje transport, naprawia maszyny…
Że też im się chce…
Rany jakie to wszystko jest durne…. .Podziwiam Was, że przebrnęliście..Dziękuję.

Chomik

Ida Prokopczyk pisze...

"Nowak mówił, że akta są niepełne."

Autentycznie przeczytałam "akta są niepalne"! Poprzednia część tego tForu chyba rzuciła mi się na mózg.

Anonimowy pisze...

Rany Boskie, jakie to ksio-opko jest złe. Bardzo złe. To nawet nie jest poziom opka, a jeśli już to bardzo złego opka, takiego na poziomie trochę tych ficzków, analizowanych tu niegdyś na Amradzie, do W11 czy CSI.
Humoru ałtora nawet komentować nie będę, używanie filozoficznych wtrętów bez ładu i składu jest zwyczajnie żałosne, wiarygodność zachowań bohaterów równa się zeru (albo nawet i minus dziesięciu), no po prostu koszmar.
Mam wrażenie, że ałtor nie tylko w życiu nie przeczytał żadnego kryminału, ale nawet jedyny film/serial gatunkowy jaki kiedykolwiek obejrzał, to było A Touch of Cloth (dla niewtajemniczonych - to fantastyczna, brytyjska parodia procedurali) i myślał, że to tak na poważnie.
I zgadzam się z przedmówcami - to jak "Wielki Detektyw TM" Br(edzi)odzki odnosi się względem ofiar jest karygodne i ciężko nie odnieść wrażenia, że gość jest zwykłym dupkiem i sadystą pozbawionym grama empatii.
Analiza jak zwykle cudna, podziwiam, że przez to przebrnęliście.


LookAtYouBoy

Anonimowy pisze...

Rany, ale barachło. Aż szkoda słów na komentowanie. Nie rozumiem, jak to się stalo, ze ktoś to wydał.

Eva

Anonimowy pisze...

"sensu stricte". BŁAGAM. "Sensu stricto" albo "stricte", ale nie taka kombinacja. "Sensu stricte" to potworek, który można przetłumaczyć jako "w sensie ściśle".

Caedmon

Anonimowy pisze...

Żaneta H'ghar - CWAŁ TRZMIELA mnie zabił za pomocą kawy w tchawicy.

Nie tylko Brodzki celuje w dowcipaskach, patrz kolega "Do tego brutalny gwałt. Papatki!"

Poza tym, coraz bardziej wierzę w swoją tezę z poprzedniego odcinka, a mianowicie, że Marcelek się tak naprawdę nieco spiżdża ze swojego głównego bohatera. Brodzki wybałuszył oczy, ale nic nie powiedział. Wiedza darłowskiego gliniarza go irytowała. To nie może być pomyślane jako pozytywne. Albo to: Szarpali się tak chwilę, jak szczeniaki ze szkolnej ławki. No nie może. ... prawda?

– A teraz spróbuj czegoś ode mnie na zagrychę. – Bryk sięgnął do lodówki i uchylił drzwiczki.
TU POWINNY POJAWIĆ SIĘ WYCZEKIWANE PRZEZ KRÓLOWĄ OGÓRKI!!! Czuję się oszukana.

Brodzki najpierw zdębiał, a potem zbaraniał. Żałuję, że nie mam talentu, bo aż korci, żeby to narysować.

Był już trzydzieści metrów od auta, kiedy – w wyniku wysokiej temperatury, która podziałała na benzynę – samochód wybuchł. Ale że co, oni biegli W KIERUNKU tego samochodu... ?

Masza

Anonimowy pisze...

Normalnie mózg umiera przy tym tforze.

Mam wrażenie,że ałtor tak bardzo starał się zapisać wszystkie "superaśne" motywy(które widział w filmach,gdzieś przeczytał,gdzieś usłyszał ) zanim je pozapomina,że nawet nie sprawdzał ,czy poprzednie zdanie zgadza się z tym,które właśnie zapisuje.
Przykładem scena z mgłą,która w tym samym czasie doskonale maskuje ciężarówkę-sięga ledwo nad głowę Zuzy -a zarazem w ogóle nie przeszkadza kobietom w oknach wszystkiego obserwować.

Jedyny policjant w mieście po sezonie.Czyli pracuje 24/7 (co na to inspekcja pracy?). A nie,przecież całe Darłowo hibernuje się na zimę...

"Szlochali tak długo, że policja musiała kilkakrotnie odciągać ich od zwłok dziewczyny w czerwonym płaszczu."???? A!no przecież trzeba porządnie zmylić wroga.

Postać Jurka(Zuzy) co to ma być??? Naprawdę mała dziewczynka używa takiego języka i takich sformułowań ???

"Brodzki zadarł głowę ku niebu. Wypełniały je tysiące gwiazd, nieboskłon był czysty. Pomiędzy odległymi punktami galaktyk, pulsarów i mgławic migały czerwone punkty. Były to światła samolotów, które – lecąc z Gdańska – obierają korytarz do zachodnich krajów właśnie nad wybrzeżem." Wprawdzie nie mieszkam w tuż przy lotnisku (czasem tylko wieczorem patrząc przez okno zdarza mi się zobaczyć startujący samolot ,a że patrzę z boku, to o ile pamiętam jedno czerwone światełko widać) więc nie jestem pewna ,ale nie sądzę by w nocy z Gdańska tyle samolotów startowało ,by dać taką ilość światełek na niebie,bo przecież one nie latają grupami a poza tym między pulsarami i mgławicami to chyba coś innego niż samoloty lata?

"[kelnerzy]Skoro żyją z przyrządzania alkoholu, to sami muszą go często próbować. I im odpierdala." Panie ałtorze ja na Pana miejscu przez jakiś czas nie chodziłabym do restauracji (zemsta kelnera może być straszna)

Scena w elewatorze(w sumie to bez znaczenia,bo to to samo ,ale dla mnie taki budynek to spichlerz )to już masakra totalna.
Ja mam wrażenie,że cała ta scena dzieje się w kilku światach równoległych,bo w jednym budynku nie jest fizycznie możliwe to wszystko co ałtor opisał.

Chyba wszyscy będziemy potrzebować framugi,gdy dobrniemy do końca...
a.

Anonimowy pisze...

Że akurat odświeżałam sobie Szwejka...


"– Chyba ktoś spacyfikował pingwina w ośrodku wychowawczym. Bynajmniej, panie oberlejtnant. Jestem zupełnie trzeźwy."

W sumie większość dialogów brzmi jak monologi naprutego Katza.

Dopiero dobiłam do sceny z zakonnicą, ale potwierdzam: Brodzki to socjopata.


Hasz

tuptaczek pisze...

Borze ale z tego brodzkiego wulgatny prostak. Już nawet nie o same przekleństwa chodzi (sama ich używam) ale te wszystkie jakże cięte riposty!Mentalność gimbazy :/
A to jak wypowiada się o zmarłych? Masakra i bleh :/

Camilla Sunny pisze...

"– Znaleźliśmy ją.
– Mario Przenajświętsza, co się z nią dzieje?
– Patrycja zdaje kurs nurka głębinowego".
Ta bezczelność, brak jakiegokolwiek wyczucia i empatii Wielkiego Leona jest chyba nie do skomentowania. A to przecież tylko jeden przytoczony przykład...

"Nie ciśnieniuj, pierniku".
Serio? KTO. TAK. MÓWI. "Ciśnieniowanie" kojarzy mi się z "burgerowaniem", "siłkowaniem" i innymi czasownikami odrzeczownikowymi, którym został poświęcony cały blok tekstu na tegorocznym egzaminie gimnazjalnym. Podobno takich form używają teraz nastolatkowie. To ciekawe, bo wszyscy są tym faktem zaskoczeni :D Seneka wspomniany gdzieś w analizie też się pojawił na testach - we fragmencie jednej z książek pani Musierowicz.
Przynajmniej dali ładny wiersz :/

"Mgła rozpuszczała światło w swojej mlecznej zawiesinie" - zdanie pisane między lekcją chemii a polskiego?

Chciałabym też wiedzieć, ile lat ma ta "mała dziewczynka", Jurek-Zuza.

Ostatnia sprawa - mam nadzieję (i chyba też pewne przeświadczenie), że policja się wcale nie zachowuje jak panowie Brodzki i Bryk, bo ich zachowanie to nawet nie jest gimbaza. To poziom rozwydrzonych przedszkolaków.

Camilla Sunny pisze...

Dobra, jeszcze jedno.

...

Kibicowałam Danielowi...

Anonimowy pisze...

Nie wiem czy ktos juz to zasugerowal ale mnie sie coraz bardziej zdaje, ze Brodzki to wiecie taki baddie jest, klasyczny (znaczy fatalnie napisany ale zawsze) niezbyt wiarygodny narrator i na koncu sie okaze BUM to on mordowal, caly wydzial za nos wodzil, a to wszystko zemsta na bylej zonie ktora z kims innym smie sypiac po rozwodzie i moze Sara w ogole jego, Brodzkiego corka nie byla, odbilo naszemu przasnemu Sherlockowi psychopatycznie i ruszyl mordowac, te maski to takie wodzenie policji za nos i patologiczna potrzeba wladzy i bycia w centrum uwagi i tak dalej.

Tylko to by moim zdaniem tlumaczylo kompletna nieudolnosc i glupote Brodzkiego i jego celowe naduzycia proceduralne. On po prostu to sledztwo sabotuje, to dlatego udaje ze mostu nie rozpoznal i w ogole i tak dalej.

Hannah

DisabledGirlAnon pisze...

Cześć,
Jako wieloletnia czytelniczka NAKW, chciałabym zgłosić jeden krytycyzm połączony z prośbą. Nie chcę tylko, by źle to zabrzmiało, ale... brakuje mi tych bezdennie głupich opek. Takich pisanych przez nastolatki, coś z cyklu 'fantazje o idolach', przepełnione cudowną naiwnością, niewiedzą życiową, błędami ortograficznymi, logicznymi... kiedyś na czasie byli bracia Jonas albo Kaulitz, ale wierzcie mi, idole się zmieniają, ale opka nie. :) wiem, że pewnie nie chcecie 'pastwić się' nad twórczością małych dzieci, ale - będę zupełnie szczera - czytanie analiz 'złej literatury', nawet, jeśli są to dowcipne analizy, nie stanowi dla mnie już takiej rozrywki. :( głównie dlatego, że poza komentarzami analizatorów, trzeba przebrnąć przez samą grafomanię przeróżnych pseudopisarek. A ja, co tu kryć - potrzebuję odmóżczyć się przy czymś w stylu opka o Feelu sprzed paru lat. Czy można w ogóle jeszcze liczyć na takie analizy? Pozdrawiam, K.

DisabledGirlAnon pisze...

Odmóżdżyć*

Karolina Borowska pisze...

Sprzedajecie swoje koszulki?

Anonimowy pisze...

Przyznam się szczerze, że jeszcze nie przeczytałam tego wpisu, bo póki co nadrabiam jeszcze starsze posty. Postanowiłam jednak mimo wszystko napisać komentarz, bo... umieram. Tylko nie wiem jeszcze czy bardziej ze śmiechu, czy zażenowania. Koleżanka poleciła mi "świetną książkę, pełną emocji, ciężką lekturę" i zastanawiam się czy nie dała mi przypadkiem jakiegoś felernego egzemplarza, bo czuję się jakbym czytała jakieś opko na blogu jakiejś trzynastolatki. Tylko czemu to zostało wydane i robi krzywdę wszystkim poważnym lekturom traktującym o pedofilii i przemocy w rodzinie - nie mam pojęcia. I nie mam też pojęcia co robi na tyle napis "Historia inspirowana prawdziwymi zdarzeniami". Tak więc przyszłam, żeby was powiadomić o książce "Córka pedofila", która zbiera z jakichś nieznanych mi przyczyn prawie same dobre opinie. Ta książka jest zła na tak wiele różnych sposobów, że mimo jedynie 300 stron, mam ogromny problem, żeby ją skończyć. Ale obiecałam podzielić się opinią po jej skończeniu, więc się katuję... historią - nie o pedofilii i przemocy w rodzinie - o biednej Mary Sue (wersja metalówa), która zakochała się w biednym Gary Stu i która ma rudego, grubego i bogatego przyjaciela geja. Ach, faktycznie, jest też tytułowy ojciec pedofil, ale sprowadza się on głównie do powodu do cięcia się żyletkami. Tak więc jeśli skończą wam się pomysły co recenzować - polecam.

Anonimowy pisze...

Ale przy tym tez można się odmozdzyć. Wiadomo, każdy lubi coś innego.

Ja jestem zdecydowanie za analizami wydanych dzieu.

W wieku nastoletnim naturalny jest okres roznorakiej twórczości. Też większość nastolatków ma problem ze zdystanosowaniem się i taką analiza wrażliwej osobie można zrobić dużą przykrość.

Jeśli chodzi o wydane, bardzo kiepskie książki, to warto je wskazywać. Czytelnicy często sa bezkryttyczn, widać to na przykładzie Klatwy.

Eva

Tootie pisze...

Nie mogę się doczekać kolejnej części- opka to opka, ale to jest tak cudownie denna książka, że aż cieszy. Z Waszymi komentarzami, oczywiście(bez nich nie chciałoby mi się tego czytać).

Anonimowy pisze...

A, jeszcze jedno: nie zwróciliście chyba na to uwagi, ale jeśli Brodzki widzi na niebie pulsary, to znaczy, że ma w oczach detektory promieniowania gamma :D Cóż, nie dziwię się już, że jest gwiazdą toruńskiej policji: może jest kretynem, chamem i leniem, ale za to ma zdolności godne bohaterów Marvela.

Caedmon

Anonimowy pisze...

Podpisuję się pod prośbą obiema rękami, tak dawno nie widziałam pięknie zniszczonego opka...

Ethlenn pisze...

Widzi... pulsary?? Łał, powinien pracować w NASA/ESA na jakimś specjalnym etacie, a nie w toruńskiej policji.

"Musisz być szybki jak wiatr, spokojny jak las – wyszeptał i skoczył na brzuch z pistoletem wyciągniętym przed siebie. Oddał strzał i płynnie przetoczył się na plecach za kolejną ścianę. – Zapalczywy niczym ogień, niewzruszony jak góra, niepoznany jak ciemność, gwałtowny niczym piorun – szeptał, przypominając sobie Sztukę wojny Sun Zi."

To nie Sztukę Wojny sobie waćpan przypomniał tylko Mulan:
https://www.youtube.com/watch?v=ZSS5dEeMX64

E.

Anonimowy pisze...

Witajcie droga Armado, chciałam poinformować, że na jedną z grup na Facebooku na której jestem ktoś wstawił link do takiego potworka (w celach pośmiania się): https://www.wattpad.com/553571924-uprowadzona-przez-idoli-quebonafide-i-taco
Autorka, czy raczej ałtorka tego ma 13 lat i patrząc przez pryzmat jej wieku, to jest nie tyle śmieszne, co raczej bardzo niepokojące. Nie chcę Was oczywiście popychać do analizy tego... czegoś... jednak chciałam dać znać, że coś takiego istnieje i jest dość popularne, sądząc po ilości komentarzy.

Anonimowy pisze...

Co ludziom siedzi w głowach,że wypisują takie rzeczy? Wiekiem tego tłumaczyć nie można? Pisanie dla beki? Mam nadzieję.
A teraz sobie wyobraźmy,że jesteśmy gwiazdami czy celebrytami. Czytamy takie dzieuo z sobą w roli głównej. Przecież ci ludzie też mają uczucia i rodziny,które takie opko krzywdzi. Albo te przeokropne opka o Rammstein. Z tego co wyczytałam,Till był bardzo przywiązany do swojego ojca,był przy nim gdy ten umierał,a potem ktoś pierdolnie opowiadanie jak to stary Tilla prowadził burdel i gwałcił swojego syna z którego przy okazji uczynił męską homo dziwką.
No ja pierdolę. Za takie opka powinno się wysyłać na leczenie w ośrodku zamkniętym.

Anonimowy pisze...

Lapxie zwiastun od autorkasi:

https://youtu.be/HQChWtyP49A

Anonimowy pisze...

Się uśmiałam z tego ałtorkasiowego trailera. Co za emocje, co za efekty (specjalne, taa, chyba specjalnej troski). I ta epicka walka na zakończenie, ach!!! Prawdę mówiąc, nie dziwi mnie wyłączenie możliwości komentowania. Gdyby coś ciężkiego spadło mi na łeb i w wyniku tego umieściłabym podobny kicz na Youtube, też wolałabym nie czytać komentarzy.

Smok Miluś

Starred Shinra pisze...

Wprawdzie ten trailer jest z 2013, ale faktycznie kek treść :D A tu Rok w Poziomce i ałtorkasia w roli głównej:
https://www.youtube.com/watch?v=drQc4r1AAYQ

eksterytorialnysyndrombobra pisze...

Opko z linka jest chyba gorsze od Milenek... A trailer jest o rzucaniu pieniądzem a nie o żadnym Ferrinie!

Emi pisze...

Również wolałam opka.

PPaweł pisze...

Kiła kiłą, ale nabijanie się z "mów do ręki" i pisanie chwilę później "totalnie widzę jak..." jest słabe.

Bylejak Bylejak pisze...

Ta książka to dno i metr mułu. Nie wiem, jak Wam się udało wytrzymać, mnie przy każdej wypowiedzi Brodzkiego zbiera się na pawia o dziewięciu ogonach.

Astroni pisze...

"A trochę rżało, bo reszta jechała konnym kurierem."
Nie, trochę rżało, bo ja akurat czytałam. Nic więcej cytować nie będę, bo musiałabym tu wkleić połowę z tego, co jest. Rany julek, czy tego nikt nie czytał tam, gdzie to publikowali? Moja wieloletnia obserwacja sugeruje mi, że im obszerniejszy twór, tym lepiej dla autora, bo tym mniejsza szansa, że ktoś faktycznie przeczyta, co tam jest napisane (a nie tylko przerzuci kartki, sprawdzając różnorodność lokacji i NPCków). W tym miejscu tworzy mi się taki dysonans, bo poza Waszym cudownym blogiem zewsząd jestem atakowana informacjami typu "Oooo, skończyłam pisać, ale teraz dopiero czeka mnie najcięższa praca, bo muszę to jeszcze pięć razy przeczytać, wyłapać błędy, potem dać dwóm betom, wynająć płatnego redaktora i wtedy radośnie trząść portkami w napięciu, czy Wielkie Groźne Wydawnictwa TM raczą skierować ku mnie swe łaskawe oko". Ktoś mi to umie wyjaśnić?

Nie wiem, co mam powiedzieć. Zadbam o to, że badziew, który kiedyś napiszę pod publiczkę dla pieniędzy, był w cholerę długi, oooo jak długi.

(P.S. Mam wrażenie, że ja więcej poprawiałam i przeglądałam ten komentarz niż Marcelek całe swoje dzieuo.)