czwartek, 12 listopada 2015

301. Delikatny tyłek Ocariana, czyli zamach w mennicy (Wojna Rodzin 3/4)

Tym razem wstępu nie będzie, bo muszę się z Wami koniecznie podzielić gifem, który jak ulał pasuje do tego opka:
tumblr_nmaqhp2MyY1rt28efo1_500.gif



Analizują: Sineira, Jasza i Kura.


Rozdział XI
„Wewnętrzny Spór”

Ocarian siedział w swojej komnacie, gdy nagle rozległo się pukanie. Mimowolnie wstał i otworzył drzwi.  
Tak mu się przypadkiem wstało i otworzyło, a przecież chciał się tylko podrapać po podeszwie.
Zostało mu to ze szkoły. Pani stukała w blat i wołała: Ocarian! Do tablicy!

Nie spodziewał się że do niego przyjdzie nikt inny, jak młody Gryf. Blondyn skiną(ł) głową by wszedł.
Oprócz Ocariana w komnacie był jeszcze jeden blondyn.
Był po to, aby liczyć zaprzeczenia w tym zdaniu.

Usiedli na drewnianych krzesłach wykonanych specjalnie dla Ocariana. Na siedzisku były wbudowane… poduszki.
O mujeju! Naprawdę?

Szczur, jak uważał Nazir, zawsze był „delikatniejszy” od reszty ludzi.
Reszta ludzi miała na siedziskach szyszki, kamyczki i kolce.
Niezbyt dokładnie przetopione miecze.

(wzruszająca jest ta troska Nazira o tyłek Ocariana…)
(A swoją drogą miałam rację w pierwszej części, kiedy mówiłam o załatwianiu krzeseł!)

- Słuchaj… - zaczął Airen. – Wiem że to ciężkie dla ciebie… ale musimy ściąć Nazira… - Ocarian przemilczał. – Musisz też się na to zgodzić…
- Niby czemu? – zapytał. – Rozbijmy tamtą armie. Będzie prościej… - burknął pod nosem.
Bo Nazir ma pancerną szyję i dziewięć żyć w zapasie, a w dodatku w całym królestwie nie ma ani jednego kata.
Nazir jest bossem, a chłopaki mają za mało expa, żeby w ogóle próbować do niego podejść.
     
  - Wiesz że to nie wyjdzie… puki on żyje, nie zaznamy spokoju… pomyśl o tym.
Tak tak, nie ma spokoju przez te wszystkie stuki i puki. Nie da się zasnąć, póki je słychać.

Pomyśl o Arii. – jego głos na końcu się zawahał. Ocarian mimo swojej codziennej „łagodnej” natury, potępił go wzrokiem.
Jak ten Airen mógł tak bezczelnie troszczyć się o jego żonę!

Wstał i podszedł do okna. Westchną(ł) parę razy.
- Nie przyłożę do tego swojej ręki… - warknął jak gdyby nigdy (nic?). – Nigdy nie powinienem go ranić!
Zasadniczo chodzi o to, żeby go zabić, nie ranić. Nikt tu nie chce się bawić w jakąś drobnicę.

- Ocarianie! Co ty mówisz!? – gwałtownie wstał, tym samym odpychając krzesło. Jego trzask był momentem, kiedy blondyn odwrócił wzrok.
Hmmm. Skoro jest czasoprzestrzeń, to czemu by nie miało być dźwiękoczasu.

- On… jest… był moim przyjacielem! – wrzasnął. Airen nie wiedząc co robić, spoliczkował Ocariana.
Od dzieciństwa miał taki głupi odruch. Kiedy nie wiedział, co robić, policzkował osobę, która stała najbliżej.

- Straże! – wrzasną szczur[y],
Ale kiedyś tam, w przyszłości.

Pisaku, unikaj błędu gramatycznego, jakim jest brak [ł]  w końcówce czasownika czasu przeszłego. Samogłoska nosowa [ą] niczego nie załatwia, a wręcz przeciwnie - odsyła do czasu przyszłego i to od razu dla liczby mnogiej. Polska język - trudna język.

- Straże! – wrzasną szczur, a do pokoju wbiegło dwóch uzbrojonych rycerzy. – Aresztować go! Za atak na głowę rodziny! – Jego ludzie widzieli go takiego dopiero pierwszy raz. Chcieli posłusznie wykonać rozkaz, ale gryf sprytnie wykręcił się z ich uścisku, po czym zaczął biec w stronę stajni.
- Panie… ucieka!
Strażnicy, bezradnie przestępując z nogi na nogę, pokazywali Airena paluszkami. Nie mogli go gonić, gdyż  podeszwy mieli przyklejone do podłogi.
Nie, po prostu nie mieli oprogramowania na tę okoliczność.
Usiedli na podłodze i się oflagowali, żądając wyższego żołdu niż ten wystarczający na ledwie pięć chlebów.
Ba! Pisak pojawił się pod poprzednim odcinkiem analizy, wyjaśniając, że te dziesięć denarów to był żołd… dzienny! Szkoda tylko, że takich informacji nie zawarł w samym opowiadaniu…
I szkoda, że wyjaśnienie to nie pasuje do tych trzech denarów, które de Volpe wydał w karczmie na, przypominam, kolację i nocleg dla siebie i swoich ludzi oraz piwo dla wszystkich obecnych.
Z drugiej strony - 300 denarów na miesiąc rozleniwi każdego, a tym bardziej oficera.

- Natychmiast biegnij do króla, z moim rozkazem.
A król ma go wykonać! Bez gadania.

Airen ma zostać aresztowany za atak na mnie i… - tu przerwał, po czym wrogim wzrokiem spojrzał na rycerza. – Biegnij! – rozkazał i usiadł.
A rycerz wyskoczył z butów i pokicał do króla.

Król siedział na tronie, wsłuchując się w umiejętną grę Gothara. W jego kamiennej, zimnej Sali siedzieli też jego doradcy, Głowa rodziny Gryfów wraz ze swoją córką i parę innych osób. Nagle drzwi się otworzyły i wyrzuciły dwóch królewskich gwardzistów.
Ta straszna siła odśrodkowa potrafi czynić cuda.

Wszyscy w środku się poderwali, a rycerz szczura padł na kolana przed królem.
Z tego rozpędu tak nim miotnęło. Prawa fizyki są bezlitosne.
Król zaś zerwał się z tronu, najeżył brodę, zamachał berłem i wrzasnął:
- Zróbcie coś z tym cholernymi magicznym portalem! Znowu mi tu jakichś gwardzistów wypluwa!

- Panie nasz i władco. Przysyła mnie Ocarian z ważną wiadomością.
Nie z wiadomością, matołku, ale z rozkazem. Do króla. A teraz możesz spocić się ze strachu...

- Mów więc, nie każ nam siedzieć w niepewności… - odburknął mu król. Widać nie w smak mu było że jeden rycerz Szczura był wstanie powalić dwóch „wyszkolonych” królewskich gwardzistów.
Ale to nie on, to drzwi.

- Mój pan, Ocarian wydał rozkaz aresztowania Airena.
- Jak to! – Lurd poderwał się z krzesła.
No właśnie, jak to? Dlaczego Ocarian się rządzi? Kto tu, do jasnej anielki, jest królem?

- Zaatakował mojego pana.
- A więc w końcu pokazał na co go stać. – skomentowała Katarzyna, za co została skarcona przez ojca.
Ponieważ nie wiemy, czy rodzeństwo się kochało, czy wręcz przeciwnie, nie sposób orzec, czy był to komentarz pełen podziwu, czy komentarz krytyczny.

Król podrapał się po swojej siwej brodzie, jak to miewał w naturze gdy o czymś rozmyślał. Po chwili wstał i donośnym tonem powiedział.
- Wydaje rozkaz aresztowana Airena de Collo, do momentu rozwiązania tej sprawy! – po czym usiadł.
Przyznam, że zupełnie nie rozumiem, dlaczego po wszystkich dotychczas pojawiających się nazwiskach odzwierzęcych nagle pojawia się nazwisko odmiejscowe (bo jedyne Collo, jakie mi się udało wyniuchać, leży w Algierii).
Albo odanatomiczne, bo po włosku “collo” to szyja. A “de Collo”… cóż. Nie jest dobrą wróżbą.

- Ojcze! – wrzasnął Lurd. – To na pewno kłamstwo!
- Zamilcz! Nie każ mi karać i ciebie! – Gryf posłusznie usiadł i zamilkł. Patrzył tylko na śmiejącą się pod nosem Katarzynę.
A ta kretynka czemu rechocze? Jeszcze nie zauważyła, że w tym królestwie wystarczy kogoś oskarżyć i pozamiatane, król wydaje wyrok bez choćby najmniejszej próby zbadania sprawy?
Natomiast morderca może spokojnie posiedzieć w swoim zamku, wśród swoich ludzi.

Niespodziewanie w środku królewskiej cytadeli rozpoczęła się walka. Gryfy a Szczury.
A co.  
Zgaduję, że Pisak nie chciał użyć gierczanego “vs.”, ale słowo “kontra” jakoś nie przyszło mu do głowy, że już o takiej konstrukcji jak “Gryfy przeciwko Szczurom” nawet nie wspomnę.

Oczywiście nie było przy tym obecne wszystkie siły, a zaledwie garstka.
Nie było przy tym także Sensu ni Gramatyki.

Rycerze Ocariana bronili go, kiedy ten cofał się wraz ze swoją żoną w stronę królewskiej Sali. Brzdęki metalowych broni odbijał się echem pomiędzy pustymi korytarzami cytadeli.
To jest jedno z tych zdań, przy których mózg mi się lasuje. Nie wiedzieć czemu, oczyma wyobraźni widzę grupę ubranych w skóry i glany seniorek grających ciężki metal.
Ej, to  niezły plan na emeryturę, nie sądzisz?

Szczur miał szczęście, znalazł się tuż przed drzwiami, kiedy to jakiś rycerz wypadł przed szereg i cięciem przeciął mu nogę.
Na pół! Od tej chwili zwano go Ocarianem Półnogim.

Prawie natychmiast został przebity (przebiciem) mieczem, pomiędzy fałdami zbroi.
Kolczuga też zbroja, pofałdować się może, zwłaszcza pod pachami.

Wtedy, na szczęście malejącej grupie szczurów (szczęśliwie dla malejącej grupy) pojawili się królewscy gwardziści, którzy otoczyli Gryfy.
Król natychmiast zerwał się z tronu
Boru, to on cały czas siedział na tronie i wcinał popkorn?
i podbiegł do rannego chłopca.

- Ściąć te Gryfy! – rozkazał zerkając [widzę króla, który puszcza perskie oko] na grupę dwudziestu rycerzy. – Nikt nie będzie naruszał mi porządku w moim domu! – dodał.
Zwłaszcza, gdy słucham muzyki.
Lepiej późno niż wcale. Generalnie w tej królewskiej cytadeli to wszyscy mają króla i jego rozkazy w dupie.
Tak się zastanawiam, z czyjego rozkazu te Gryfy się ruszyły, skoro Airen rzucił się do ucieczki zaraz po spoliczkowaniu Ocka, a Lurd cały czas siedzi przy królu.
Z niczyjego, pełna samowolka.

Rycerze szczura i królewscy gwardziści posłusznie wykonali rozkaz. Lecz nie było im łatwo, zabijając broniących się  przyjaciół.
- Lurdzie! – warknął król, a ten poderwał się przerażony.
Że co?!? Teraz dopiero się poderwał? A wcześniej siedział wyluzowany, spokojnie przyglądając się, jak jego ludzie najpierw robią burdę w domu króla, a potem są zabijani?!?

- Lurdzie! – warknął król, a ten poderwał się przerażony. – Poślij wojskowych i gońców. Airen ma się tutaj pokazać jeszcze dzisiaj!         
- Ale ojcze!
- Idź sam na miejskie mury i pokaż im wała.
- Jestem twoim królem! Nie zapominaj tego!
- Tak… królu… - skomentował i wybiegł z Sali.
Skomentował z przekąsem, bo faktycznie Kanir emanuje takim majestatem i ma tak wielki autorytet, że ho, ho, ho.

W tym samym czasie Airen już wsiadał na konia, wraz z dziesięcioma wiernymi strzelcami.
Biedny koń!!! A Templariusze to były jednak cienkie bolki.
To był baaardzo długi koń.
Jamnikoń:
A_3fa0c9_116623.jpg

Gdy naglę ktoś staną na wieży i zaczął bić [pięściami w parapet] na alarm.
Brak [ł] oderwał mu od wszystkiego, nawet od tego, że powinien zatrąbić.

Chłopak nie miał dużo czasu na przemyślenie tego, czym prędzej ruszył, a za nim jego ludzie. Brama już się zamykała kiedy przejechał, lecz niestety.
Kropka. Koniec zdania.

Z jego dziesięciu towarzyszy zostało tylko czterech. Reszta (nie utrzymała się na zatłoczonym grzbiecie konia i spadła) została uwięziona w cytadeli dziadka Airena.
I dobrze im tak!

- Panie, co chcesz teraz zrobić? – zapytał łysy strzelec. Obecni zawsze nazywali go strzałą, gdyż nigdy nie chybiał.
A nieobecni nazywali go Łyskiem z pokładu Idy.

- Niedaleko jest posterunek Gryfów. Zabierzemy stamtąd ludzi i sprzęt. Sami zabijemy Nazira!
- Będzie nas raptem dwudziestu! – skomentował Szrama. Nazwany tak przez bliznę na twarzy, wielkości pół ręki.
O, Kuro, patrz, miałaś rację, Szrama się tam faktycznie kręci!

- Damy radę! – odpowiedział Airen, nie spostrzegając że królewscy łucznicy, ubrani w metalowe, owalne hełmy, wyglądające jak kapelusze stanęli na murach.
To musiało zabawnie wyglądać - stado golasów w hełmach (z opisu zgaduję, że chodziło o kapaliny albo salady). A w ogóle to pachnie Monty Pythonem.

Podpalone strzały lądowały tuż obok jeźdźców. I zanim ktoś cokolwiek powiedział,
Na przykład “ogary poszły w las”, albo “którędy na Sandomierz”, albo “po ile te śledzie”.
jeden z pocisków postrzelił strzelca Airena, który po chwili zajął się ogniem i spadł z konia. Nie było dla niego ratunku.
Bo był zrobiony z drewna.
A tak na serio, jaki jest sens strzelania do uciekinierów płonącymi strzałami, które siłą rzeczy miały zmniejszony zasięg i celność?
Ale za to jaki efekt! Poza tym, jak w amerykańskim filmie, każda rzecz trafiona płonącą strzałą natychmiast zajmuje się ogniem (a najlepiej jakby jeszcze wybuchła).

- Panie! – krzyknął Szrama. – Ślepy nie żyje! – przydomek od tego, że nie rozróżniał czerwonego z zielonym. Nikt nie potrafił tego wyjaśnić. Po prostu, tak miał.
No, teraz już nie miał. Tak czy siak, informacja kompletnie zbędna w tym momencie.

- Naprzód! – skomentował to tylko Airen, uciekając według swojego planu.
Czyli byle gdzie, byle dalej.

Rozdział XII
„Mennica”

Airen wraz z swoimi trzema strzelcami w pośpiesznym tępię pluskwy i inne robactwo (za co PKP wyraża wdzięczność!), zmierzali do posterunku. Wiedzieli że za niedługo ruszy za nimi pościg. Musiał się śpieszyć (ten pościg), dziadek mu tego nie daruje.
Do diaska, to jest jakiś absurd. Naprawdę król miałby skazać na śmierć własnego wnuka tylko dlatego, że dał Ockowi w pysk?
Skąd wiesz, może miał tych wnuków całe kohorty, jeden w tę, jeden wewtę… A Ocek był Jedyny i Wyjątkowy.

Król bardziej ukochał Ocariana niż swojego syna i wnuka.
To, kuFFa, nadal nie jest wystarczający powód.

To była jedyna skaza na relacjach rodzinnych, jakie miały te dwa rody. Nikt głośno tego nie mówił, przecież nikt w ten sposób nie chciał tracić honoru.
A co ma z tym wspólnego honor?

Koń młodego Grfya stąpał po gruncie coraz ciężej. Krople deszczu spowiły leśne tereny.
Bardzo duże i bardzo płaskie krople.

Lekka lecz gęsta mgła zakryła runo leśne, wraz z kopytami koni. Wszyscy zakryli się, płachtami ubrań.
Gdyż albowiem ujrzeli zakryte runo w lesie, przestraszyli się, bo poczuli się nadzy, i okryli się.

        W cytadeli król ani na chwile nie opuszczał Ocariana i Arii. Gdy tylko główny lekarz opatrzył nogę szczura, ten natychmiast wstał.
Kanir natychmiast go podtrzymał, gdyż wydawało się że zaraz się przewróci.
- Królu… proszę… - jęknął lekko z bólu. – zaopiekuj się Arią…
Dostrzegam u Pisaka lekką tendencję do lekkiego nadużywania słowa “lekko”.

- Co? Ocarian? Co ty mówisz? – dziewczyna złapała go za ramię.
- To honor. (Boli?) Kocham cię, ale musze zagwarantować ci bezpieczeństwo. – delikatnie pogłaskał jej policzek. – Królu…
- Jesteś ranny mój synu… - burknął. – Masz żonę, dziecko w drodze i chcesz się jeszcze uganiać za kimś kto zranił twój honor?
A myślałam, że zranili go w nogę.
Miecz był dłuższy. I dalej sięgnął.

- T…tak! – lekko się zawahał, ale odpowiedział niemal natychmiast.
- Synu mój! Nigdy nie byłem tak dumny z ciebie! Jesteś prawdziwym mężczyzną!
Honor masz nieco skotłowany, rozumiem.

– przytulił go, ale on tylko jęknął z bólu. – Zaopiekuje się Arią! Bież ilu chcesz ludzi i leć, ale wróć tu żywy.
Bieży Ocarian, bieży
Z honoru bólem się mierzy
Bierze ze sobą rycerzy
Na bieżąco szkolonych szermierzy.

- Dziadku! – krzyknęła Katarzyna.
- No i przyprowadź Airena… - westchnął i machnął do ludzi szczura.
- Panowie… - uśmiechnął się blondyn. - … polujemy na młodego gryfa! Zbierzcie kilkunastu ludzi. Co najmniej połowę zostawcie!
W sensie, że mają najpierw ich zebrać, a potem wyselekcjonować?

- Ta jest! – krzyknęli i wybiegli z Sali, a Ocarian podszedł [pokuśtykał] do swojej żony. Znów delikatnie pogłaskał ją po policzku.
- Ario, kocham cię. Ale muszę to zrobić… In mnie już raz zaatakował, może posunąć się zrobić to drugi raz.
Znaczy, strzelić go w pysk z drugiej strony?
Ocarian postanowił, że jeśli go ktoś uderzy w prawy policzek, nie nadstawi mu drugiego.
Taki był hardy.
Może nadstawi nie policzek, ale drugą nogę do uchetania?

– lekko ją pocałował. – Zrozum, nie chce cię stracić… jak mojej nogi nie chcę was stracić… - położył delikatnie dłoń na brzuchu dziewczyny, która zaczęła płakać.
Hmmm. W zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa hitem były lalki, które płakały po naciśnięciu brzuszka.

- Jedź… - powiedziała, a chłopak z uśmiechem i lekko utykając wyszedł z Sali.
Tak tylko nieśmiało przypomnę, że oni wszyscy od wesela siedzą w tej cytadeli nie dlatego, że nie mają gdzie mieszkać, tylko dlatego, że w stronę stolicy maszerowała armia  zbuntowanych sierotek po Wanarzu. W poprzednim odcinku kombinowali z pospolitym ruszeniem, bo obrońców mieli mało, a teraz rozjeżdżają się radośnie, prywatą powodowani?
To się kupy nie trzyma.


        Lis, wraz ze swoja świtą już dojeżdżał do miasteczka z mennicą. Popatrzył na rudego mężczyznę, który jechał na jednym koniu wraz  z młodą czarną kosą.
Rudy z kosą, taaa, kojarzę jednego:
Grell-Sutcliff-grell-sutcliffe-35600347-390-500.jpg
To, że kosa była młoda,  widać było na pierwszy rzut oka, bo miała zielone drzewce. Dojrzałe kosy są całe czarne.

- Witamy w mennicy, jesteśmy niedaleko stolicy,
Pracują tu u nas świetni rzemieślnicy
więc bez żadnych niepotrzebnych bójek, burd, ani niczego
Nie rozrabiaj w mennicy, mój szanowny kolego.

- Witamy w mennicy, jesteśmy niedaleko stolicy, więc bez żadnych niepotrzebnych bójek, burd, ani niczego, zgoda? – zapytał z uśmiechem, ale szlachta kiwnęła głową na zgodę.
Fajnie. Mają oddzielne miasteczko z mennicą, inne z gorzelnią, a w jeszcze innym robią makaron.
Nieno, jakiś sens w tym jest, tyle że miasteczko to lekka przesada. W średniowieczu funkcjonowały przecież osady (lub wsie) służebne, po których do dziś zachowały się takie nazwy jak Srebrniki, Bednary, Grotniki, Piekary, Zduny itp.
Co stolica
to mennica.
A mincerze
w dobrej wierze
biją pieniądz
w pysk!


Zatrzymali konie tuż przed drzwiami dworu Gryfa, zarządzającego tym miastem. Podbiegli do nich gwardziści, ubrani w biało-czerwone kontusze. Jakby traktowali ich jako wrogów.
Gdyby ich traktowali jako przyjaciół, kontusze byłyby zielono-niebieskie.
Sugerujesz, Pisaku, że biało-czerwoni z automatu traktują wszystkich obcych jak wrogów? Jak możesz, przecież nasza staropolska gościnność… oh, wait.

- Kim waście!? – krzyknął jakiś rycerz z czarna opaską na lewym oku.
Kim waście co? Kim waście chcieli być, gdy byliście mali?
Odpuść mu. Jest prawie ślepy.

- Artur de Volpe i mój towarzysz Strat z herbu Knurów. – przywitał się złośliwie. – Przyszliśmy odwiedzić pana tego dworu…
Pamiętajcie, gdy się komuś przedstawiacie, to jest to zachowanie złośliwe!

Gwardzista podrapał się po głowię, wcześniej zdejmując metalowy hełm.
W innym razie mógłby się najwyżej dźwięcznie popukać.
- Dobra, ale ci… - wskazał na ludzi lisa, gdyż co niektórzy mieli ślady krwi na pomarańczowych kontuszach. - … zostają…
Niby rycerz, a zachowuje się jak chłop od sochy oderwany.

- Ma się rozumieć! Panowie pilnować koni!
- Ta jest panie! – odpowiedzieli i zaczęli zajmować się swoimi sprawami, o ile takie mieli.
A jak nie mieli swoich spraw, to się zajmowali cudzymi interesami.

A w tym czasie, panowie szlachta podeszli do białego, dość bogato zbudowanego dworu. No przecież miasto z mennicą… a poza tym rodzina króla. Na pewno to jakoś wpływało.
Cokolwiek wpływało Pisakowi na jasność przekazu, niech to lepiej odstawi.

Drzwi się otworzyli [ci drzwiowie, skoro się otworzyli] a oni weszli do wielkiego holu, z drewnianą podłogą.
Bo byli parkieciarzami.
Cmokali z niezadowoleniem na widok wybrzuszonej klepki…

Różne ozdoby wisiały na ścianie, od obrazów z krajobrazami, po różne miecze i portrety.
Zdjęcia słodkich kotków, maski karnawałowe, skórzane (i często skurzane) zegary...
Uwielbiam bogactwo i plastyczność tych opisów.

Nie mogli się przyjrzeć tym wszystkim ozdobą,
Ejże, Pisaki, bo jak Cię zaraz w łeb lutnę jakąś ozdobą to zapamiętasz, że przyglądać się można ozdobom!

Nie mogli się przyjrzeć tym wszystkim ozdobą, gdy z górnego piętra wyszedł mężczyzna, wieku króla, z prawie taką samą brodą, ale była jedna różnica. Ten osobnik miał wszystkie włosy, i nie były siwe.
Kanir wprawdzie siwiał, owszem, ale Pisak nigdzie wcześniej nie wspomniał, że również łysiał.

- Kogo goszczę w moim domu? – zapytał powoli schodzić ze schodów.
Zapytuję chwilami nie rozumieć tego tekstu.

Jego źle zawiązany mocno czerwony kontusz, bujał się, jakby miał się zaraz rozwiązać.
Kontusz się bujał? Na litość, Pisaku, widziałeś Ty kiedy kontusz???
Kontusz bujał się, odsłaniając te… no… imponderabilia! A nie, miałam na myśli ineksprymable.

(właściwie, jak był zawiązany ten kontusz? Źle, ale mocno? “Źle mocno” czyli słabo?)

– Kim szlachta?
Kim Basinger, Kim Kardashian, Kim Dzong Un, Kim Kolwiek.

- Artur de Volpe, panie. – ukłonił się, - A to moi towarzysze, Strat z herbu Knurów i Michał (bez nazwiska), wychowanek mojego towarzysza… - ci również się ukłonili. – Jesteśmy tutaj z przyjacielską propozycją… - wskazał na dwa ogromne mieszki wypełnione pieniędzmi.
- Rozgośćcie się, służba! Służba! Wpuścić tamtych panów, konie odesłać do stajni. Nie odwrotnie! Nie odwrotnie! Podać im strawę, nam też podać! – podszedł do szlachty i łapiąc ich za ramiona pchnął lekko do przodu. – Chodźcie, chodźcie, zaraz podadzą napitek.



        Airen wjechał do posterunku gwardzistów królewskich, znajdującą się niedaleko stolicy. Minął drewnianą wieże, wybudowaną z belek i sięgającą kilkunastu metrów.
Z belek. Aha. Była to więc ażurowa konstrukcja, składająca się wyłącznie z elementów nośnych - coś jak wieża kopalniana.
Myślę, że tu raczej można przyjąć belkę w znaczeniu potocznym, czyli po prostu drewniany bal.
Jednak ta kilkunastometrowa wysokość sugeruje budynek szkieletowy.

Wszyscy, niemal natychmiast wybiegli z budynków, wybudowanych z tego samego co wieża.
Niewątpliwie były to budynki bardzo przewiewne.

Natychmiast stanęli przed młodym Gryfem i się ukłonili.
- Zbierajcie sprzęt! Ilu was jest?
- Po co, panie?
Żeby zjechać do kopalni i fedrować!

- Musimy ruszać na ziemie węża, stracić Nazira!
- Jest tu dwudziestu strażników i jeden giermek!
- Giermek? Tutaj? – zdziwił się i przeleciał wzrokiem po gwardzistach ubranych w płytowe zbroje.
Zapamiętajcie: zbroje płytowe.

- Tak jest, zabrać?
Giermek na wynos, raz. I surówka do tego.
I frytki!

- Poczekaj… - powiedział Airen, lekko się zastanawiając. – On się zwie Harp?
- Tak, dokładnie panie. Zna pan tego chłopca?
- No jasne, przecież w naszym wspaniałym  królestwie jest tylko jeden giermek.

- Znam, a nawet kiedyś uratowałem mu życie. Dawajcie go, musimy natychmiast ruszać!  - krzyknął, oglądając jak gwardziści biegają zakłopotani, zbierając sprzęt. Nagle wybiegł dwunastolatek, również nie wiedział co robić.
Co do wartości bojowej gwardzistów królewskich złudzenia straciliśmy już dawno, ale i tak płakać się chce na widok gwardzistów, którzy nie wiedzą, co ze sobą począć, i miotają się jak kura z obciętym łbem.

Ale zauważył jak młody Gryf macha do niego ręką. Chłopak podbiegł i ukłonił się z chęcią przywitania.
A potem przywitał się z chęcią pożegnania.

- Więc tu cię przydzielili na nauki? – zapytał Airen, patrząc z góry na niego.
- Tak panie. Co się dzieje? – zapytał.
- Jedziemy zabić Nazira… - powiedział i odwrócił głowę w stronę ziem węża.
Gdyby przechodnie nie zorientowali się od razu o co chodzi tej opłakanie małej grupce chojraków, to Airen powtórzył jeszcze dwa razy: jedziemy zabić Nazira.

Mały szatyn uśmiechnął się.
- Mam jechać z panem?
- Też chcę go trochę pozabijać!
- Oczywiście! Sam chcesz się przecież zemścić! Ruszajmy więc! – krzyknął widząc zebranych żołnierzy. Gryf podał giermkowi rękę, po czym wyciągnął go (z ziemi, jak marchewkę) na konia.


Dwudziestopięcioosobowa grupa pośpiesznie ruszyła za Airenam.
Dwudziestopięcioosobowa, bo trzeba doliczyć giermka i czterech ludzi Airena.

Mamy przeskok do miasta-mennicy:

        - Więc… - zaczął Julin de Collo. – Chcecie mi wręczyć pieniądze, żebym udostępnił Nazirowi mennice? Wszystkie mennice, nie tylko tę jedną, którą mam w zarządzie? Mam zdradzić swoją rodzinę, kraj i wszystkich mieszkańców w imię pieniędzy!? – naburmuszył się. – I to za…
- Czterysta monet… - dokończył Lis.
Czterysta monet zrobiło takie wrażenie na Strażniku Mennicy, że zgłupiał.
- To gdzie mam podpisać? – uśmiechnął się szlachcic.
resized_business-cat-meme-generator-this-deal-smells-fishy-where-do-i-sign-e37b7c.jpg

        - Nigdzie, za kilka dni przybędą karawany, a oto pieniądze. – Blondyn skinął głową do Starta, który położył na stole dwa meszki [dwie meszki] wypełnione monetami. Szlachcic zaczął kwiczeć i na widok pieniędzy aż się ślinić.
Przepraszam, ale to jest tak głupie, że nie mam siły komentować.
Widocznie pobierał pensję wystarczającą na kaszkę bez omasty.
Upierdliwie wytknę, że ta łapówka jest niewiele większa od miesięcznego żołdu gwardzisty.
Może w tej “mennicy” strugali monety z drewna, do ichniej wersji Monopoly, więc jak zobaczył prawdziwe...

Jego goście nie mogli na to patrzeć, po prostu wyszli by dołączyć do jedzenia wraz ze swoimi ludźmi.
Czyli wyszli, by wraz ze swymi ludźmi dać się przerobić na kiełbasy. Nie dziwię im się,

Następnego dnia Lis wraz ze swoimi ludźmi stanęli przed budynkiem mennicy i wygonili stamtąd gwardzistów króla.
Mietłą. A sio, a sio, a kysz!

Sama szlachta weszła do środka, a mężczyźni w pomarańczowych kontuszach, eksponowali wszystkim swoją broń.
Swoje długie miecze i mocarne buzdygany.
Miazmacie, odstąp! A kysz!

Nikt nie spodziewał się że do miasteczka nagle wpadła grupa Airena.
My też się nie spodziewaliśmy, bo Airen miał przecież jechać zupełnie gdzie indziej.

Kilku strażników lisa wbiegło do kamiennego, piętrowego budynku mennicy. Młody gryf zatrzymał się przed budynkiem mennicy.
Z piskiem opon.

- Co jest! – krzyknął.
- Ja tu widzę niezły dom uciech cielesnych!

– Gdzie gwardziści!? Nadąsali się i poszli. Kim jesteście?
- Jesteśmy ludźmi lisa, pilnujemy jego własności! – odpowiedział jeden w pomarańczowym kontuszu. – A waść kto!?
- Jak to jego własność! To ziemie gryfów! Nie jaki(ch)ś lisów!
Wtedy okiennice się otworzyły, a z nich poleciały bełty, wystrzelone przez pomarańczowych strażników.
maxresdefault.jpg

Kilku gwardzistów gryfa padło na ziemie przebitych na wylot. Ich wystraszone konie zaczęły uciekać. Airen wyciągnął miecz, co samo z resztą zrobiła reszta jego ludzi.
Reszta ludzi zrobiła to samo z resztą mieczy, zresztą i tak nie mieli lepszych pomysłów.

Harp zeskoczył z konia, ale od razu został zatrzymany. Chłopiec miał wyjątkowego pecha, gdyż jeden z ludzi lisa kopną(ł) go, i powalił tym samym na ziemie.
Ponieważ taka konstrukcja bardzo często pojawia się w opkach (i zazwyczaj, podobnie jak w powyższym zdaniu, jest całkowicie zbędna), wyjaśnijmy może, że “tym samym” to synonim takich wyrażeń jak: wobec tego, więc, w związku z tym, przeto, toteż, dlatego itp., i za cholerę nie może służyć za synonim wyrażenia “w ten sposób”.

Pomarańczowi wojownicy uzbrojeni w szable, cofnęli się delikatnie do tyłu, kiedy ludzie gryfa wjechali w ich oddział.
A po pewnym okresie czasu wrócili z powrotem, po drodze wdeptując w akwen wodny, co było błędną pomyłką, w wyniku której zostali zabici na śmierć.
A dowodził nimi wódz Pleonazm, który nadal kontynuował cofanie się do tyłu.

Na ulicy niegdyś spokojnego miasteczka rozpoczęła się walka. Niektórzy gwardziści gryfa zeskakiwali z koni, ale i tak mieli problemy. Ciężkie miecze nie mogły się równać z lekkimi szablami.
Jak się dobrze poszpera po tekście to się okazuje, że część ludzi Airena ma pełne płytówki, część zaś tylko kirysy. Zeskakiwanie z koni (i pozbawianie się w ten sposób mobilności) w przypadku tych w pełnych zbrojach płytowych świadczyłoby o skłonnościach samobójczych. A lekkie (podkreślam, lekkie!) szable nie nadają się do walki z solidnie opancerzonym przeciwnikiem.

Brzdęk stykających się ze sobą broni rozchodził się echem po budynkach.
Brzdęk, brzdęk, brzdęk. Tak można opisać wnętrze restauracji z cichym podzwanianiem kieliszków i sztućców, ale nie bitwę!

W oknie pojawił się kusznik, ale niemal natychmiast, strzała przeszyła jego krtań. Łucznicy, co zarazem byli najbardziej oddanymi ludźmi Airen(a,) czaili się na kuszników. Nie zwracając uwagi na to, jak wielu gwardzistów już padło. W tym momencie kolejna okiennica się otworzyła i wypuściła z siebie serie kilku strzałów.
Była to bowiem okiennica samopowtarzalna, wyjątkowo zabójcza broń defensywna skonstruowana przez krasnoludzkich inżynierów z zupełnie innej bajki.

Tym razem przebiły ciało jednego ze strzelców i jego konia. Airen już miał nawoływać do odwrotu, kiedy na horyzoncie pojawił się jego stryj, z królewskimi gwardzistami.
Stryj… czyli ten Julin de Collo, który dał się przekupić, tak? A wraca z gwardzistami, żeby… upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, najpierw wziąć kasę za zdradę, a potem odbić z powrotem mennicę i zasłużyć się u króla?
A wiesz, że to ma sens…?

Ośmiu pozostałych przy życiu lisów, wbiegło do budynku i szybko zabarykadowali beczkami żelaza, drzwi.
Jak się barykaduje żelazo?
Raczej, dlaczego żelazo przechowuje się w beczkach? To nie kiszona kapusta.

Czekał już tam na nich Lis wraz ze Knurem i Kosą.
- Panowie, musimy albo się wydostać, albo umrzeć… - skomentował krótko.
A oni na to wzięli i umarli.

Na zewnątrz Airen podbiegł do stryja.
- Co to ma być! Miałeś pilnować tej mennicy! Kim do cholery są te lisy i co tutaj robią?
Zamieszanie?

- No to chyba rewolucjoniści Wilka… nie?
Airen popatrzył w oczy stryja.
- Skąd wiesz o powstaniu?  - zapytał tonem, jakby chciał go wychłostać. [bezczelny gówniarz!] – Skąd!? – powtórzył.
- Plotki… wśród ludu… - w końcu, jąkając się powiedział.
Tja, bo wybuch powstania był najpilniej strzeżoną tajemnicą państwową, zaś armia buntowników poruszała się tak cicho i bezwonnie, że ani listek nie drgnął, ni pies nie zaszczekał. Sorki, ale cała afera kotłuje się od co najmniej trzech miesięcy, nie wyobrażam sobie, żeby w takiej sytuacji nie zawiadomiono zarządcy królewskiej mennicy i nie wzmocniono jej ochrony.

- Plotki? Dobra… pogadamy później… teraz zajmijmy się tymi… lisami… - i znów salwa bełtów, przez które padły kolejne jednostki gryfów.
Najpierw padła Kompania Chemiczna, potem Pułk Rakietowy Obrony Powietrznej, Eskadra Lotnictwa Taktycznego i Dywizjon Zabezpieczenia Hydrograficznego. Najdłużej utrzymało się Dowództwo Flotylli Okrętów, ale tylko dlatego, że było bardzo daleko.

– Wyważyć drzwi do diabła! Wyważyć mówię! – krzyknął.

W czasie walki ginie Strat z rodu knurów, przed śmiercią rozmawia jeszcze z Michałem.
Nawiasem mówiąc, ta scena byłaby całkiem udana (i dlatego ją wycinamy. ;>), gdyby Pisak dopracował ją pod względem językowym i wyciął takie kFiatki:

Knur krzątał się pomiędzy ciemnymi, kamiennymi pomieszczeniami.
Czyli w ścianie.

Na korytarzu dwóch innych lisów ciągnęło po ziemi jakiegoś rannego, miał przestrzelone ramie, wyglądał jakby spał.
Dwa inne lisy ciągnęły. Oraz od kiedy przestrzelone ramię sprawia, że ktoś wygląda jakby spał?


- Na dole, jak inni. – odpowiedzieli po czym zostawili ciało. Najwyraźniej przestał oddychać. – Rusz się waść! – krzyknął i cała trójką pobiegli na dół.
Trup krzyknął i zbiegł. Wezwijcie Wiedźmina, mamy tu ożywieńca!

Wymanewrował wszystkich walczących, niemal bez szwanku.
“Wymanewrować” w znaczeniu “wyminąć” jest możliwe do zaakceptowania tylko w sprawozdaniu z meczu (por. http://sjp.pwn.pl/sjp/wymanewrowac;2539767.html).

Kilka cięć przecięło jego gruby kontusz, i zrobiło nacięcia na skórze.
To zdanie to tortura tysiąca cięć.
Był to kontusz bitewny z kevlaru.


- Przecież… jesteś dla mnie jak ojciec…
- Jak ojciec mówisz? – znów wypluł lekkie ilości krwi.
A z ust jego dobyło się małe, najwyżej półtoracentymetrowe westchnienie.

Strat, umierając, żałuje, że wychował Michała na wojownika i prosi, żeby ten przestał zabijać. Michał obiecuje, że tak zrobi, ale zamierza zabić jeszcze jedną osobę - “złotookiego”, czyli, jak rozumiem, Airena.


Rozdział XIII
„Łzy przebaczenia”

Na samym wstępie chciałbym wszystkich przeprosić że przez tak długi czas nic nie dodawałem, strasznie źle się czuje, wręcz padam, ale piszę. Mam nadzieje że ten rozdiał wybaczy moją nieobecność :3
Wasz lekki pisarz All
Rozdział wybaczył, ale czytelnicy nie byli tacy wspaniałomyślni.
Tym bardziej Analizatorzy.

Nim jeszcze wszyscy się ocknęli z bitewnego transu, do miasta wjechały oddziały szczura. Pełne płytowe zbroje lśniły pomiędzy piętrowymi budynkami. Wieśniacy co chwile wyglądali z okien, albo się w nich chowali.
W związku z czym całe miasto wyglądało jak wystawa zegarów z nadpobudliwymi kukułkami. Pytanie tylko, dlaczego za kukułki robili wieśniacy i gdzie się podziali mieszczanie?
Mieszczanie byli ostrożni i wiedzieli, że nie ma się co wychylać.

Ocarian dowoził oddziałowi [prowiant na popas], jak dumny przywódca, prowadzący hordy kawalerii. To już nie był ten strachliwy i przestraszony chłopak, przez ten cały czas stał się prawdziwym mężczyzną.
To znaczy, przez ile czasu? Bo mnie tu wychodzi, że od wesela do bitwy przy mennicy upłynęły może ze dwa-trzy dni.

Jednak nikt by się nie spodziewał, że za jego radosną miną i dzielną duszą kryje się żal. Zyskał żonę i potomka, ale stracił najważniejszą osobę w jego życiu.
Wolę się nawet nie zastanawiać, dlaczego Nazir miałby być najważniejszą osobą w życiu potomka Ocariana.

Teraz on nie może pozwolić, by ktoś zabił Nazira. Jego ludzie natychmiast zatrzymali się przy mennicy i zeskoczyli z koni. Walki ustały, a zarówno gryfy jak i lisy rzucały bronie [biedne Bronisławy] na ziemie. Blondyn natychmiast wbiegł do środka, zauważył tylko truchła i rozpacz.
Rozpacz ubrana była w poszarpaną suknię i wyglądała jak nieszczęście.

Niegdyś szara, kamienna posadzka została zalana krwią jak i wieloma innymi płynami.
A technicy kryminalistyczni uwijali się jak w ukropie, badając zawartość plam i oznaczając na czerwono krew, na żółto mocz, a na brązowo inne plamy.
Płyn mózgowo-rdzeniowy na różowo, żółć na… eeee, Jaszo, dlaczego żółty jest już zajęty?
Żółć można oznaczyć na zielono.
O! *z zadowoloną miną wyjmuje z walizy zielone znaczniki* Patrz, mam tu jeszcze białe, gdzie je dać?
Może któryś z wojów ślinił się dość obficie?
Albo czym innym tryskał.

Z trudem chłopak powstrzymał się od zwrócenia ostatniego posiłku.
I dobrze. Nie było tęczowych znaczników na uwolnionego pawia .

Natychmiast podbiegł do płaczącego Michała.
A Michał robił za truchło czy za rozpacz, skoro wcześniej nie został zauważony?

- Hej mały… - przywitał się z lekkim uśmiechem. – Co tu robisz?
Płaczę, nie widać?

- T…to był… mój… ojciec… - wyjękiwał przez łzy.
- Ah… rozumiem… jak ci jest?
- Ciężko, smutno i źle, a jak ma być?
Dopiero przyzwyczaja się do roli Michasia Sierotki.

- Michał… z rodu… knura….
*suchar mode on*... i maciory. *suchar mode off*
Wielkie litery zostały wymyślone nie tylko po to, by zdobić początek zdania.

- Słuchaj, nie ważne jaki miałeś tutaj udział, ani twój ojciec. Kilku moich ludzi odprowadzi cię do cytadeli królewskiej, potem wrócisz do siebie…
- A…ale… - zachłysną się.
Ci ludzie się zachłysną. Z radości, że będą mogli wrócić do cytadeli.

- Tak będzie lepiej, uwierz mi… - uśmiechnął się i wstał. – Kto jest odpowiedzialny za tą (TĘ!!!) walkę? Słucham! W imieniu króla przyznać się!
Bo jak nie, to cała grupa będzie siedzieć w klasie po godzinach!

- Ja! – na środek wyszedł Lis, z zadziornym uśmiechem jak zawszę.
Narratorze, ja cię proszę, nie zawsz… nie zawszowuj… nie zawszowywuj, łotewer. Robactwo nam tu niepotrzebne.

– Artur de Volpe, do usług. – skinął się (“się” zbędne) z szerszym uśmiechem.
A potem uszy puściły i połowa czerepu mu odpadła.

- Dlaczego, Volp…
- Z rozkazu mojego pana Nazira.
- Ściąg go! – krzyknął Ocarian, i zanim lis się zorientował jego ciało przeszył bełt.
Nie ściąg, ino zdejm.

Jego pomarańczowy kontusz zarumienił się czerwoną cieczą. Ze wstydu. Padł na kolana (kontusz?), i gdy już miał mówić ostatnie słowa jakieś patetyczne miały być i niezapomniane, kolejny bełt przeszył jego głowę.


Ocarian wyszedł i machnął ręką do swoich ludzi.
- Połowa jedzie ze mną, a druga tutaj sprząta.
Brać się za mopy, ścierki i łopaty, zrozumieli ci z drugiej połowy?!

Michała i pojmanych do Cytadeli! Jasne?
- Tak jest! – odkrzyknęli (i pobiegli po mopy i wiaderka) nadal czymś dziwnym dla nich była ta siła i determinacja Ocariana. Który już po chwili kazał oddziałom wyjeżdżać.

Airen jechał z zaledwie trzema ludźmi. Walka w mennicy nie była czymś czego oczekiwał. Zwłaszcza że straty jakie odniósł były zbyt wielkie. W ostatniej chwili ujrzał chorągwie szczura. Dzięki temu teraz był znów daleko przed nimi, jednak praktycznie bezsilny. Obejrzał się na swoich ludzi, dwóch okutych w szaty (widocznie tak długo nie były prane, że nabrały twardości metalu)  przepięte pasem, i nałożonym na to wszystko metalowym napierśnikiem, broniącym tylko klatkę piersiową i ramiona.
Nie, nie, nie. Chyba tylko w grach napierśniki występują solo. Część zbroi osłaniająca korpus to kirys, składa się z napierśnika i naplecznika.

Szaty były w czerwonych kolorach, jak zresztą herb. Trzeci zaś, zakuty w płytową zbroje wyglądał jak żywa śmierć. Srebrny ubiór zalewał się czerwonym płynem.
My zalewamy się łzami.

Wszyscy wiedzieli że długo nie przeżyje (ten ubiór), ale jechał z nimi, miał swój honor.
To się nie nazywa honor, to się nazywa samobójcza głupota.

Sam młody Gryf był ranny, ale na pewno nie tak jak ten rycerz.  Lekka blizna na twarzy, nic poważnego.
No raczej, bo blizna to ślad po ranie dawno zaleczonej.

Aria niespokojnie chodziła po Sali tronowej. Król uważnie śledził ja wzrokiem, sam z resztą obecnych był zdenerwowany. W końcu wstał, z taką siłą że wszyscy skierowali swój wzroku ku niemu.
Tak gwałtownie wstał, że mało tornada nie wywołał!

- Ario, dziecko moje, usiądź błagam cię.
- Królu, nie mogę… myśl o tym że Ocarian pojechał… walczyć jest czymś…
- Niespokojnym? Dziwnym? – dodała Katarzyna siedząca niedaleko.
Zdupywziętymsynonimem? Jeśli myśl o Ocarianie jest czymś dziwnym, to niech przywoła  myśl o kiszeniu ogórków. I o puszystych kociętach.
 - Dokładnie… - przytaknęła jej albinoska. – Nigdy się tego nie spodziewałam…

- Tak jak ja, że mój braciszek pojedzie wymierzać sprawiedliwość na własną rękę. – zaśmiała się, obracając w palcach swoje krwiste włosy. – co się dzieje w dzisiejszych czasach…
Powinna dodać kilka nieśmiertelnych uwag typu: co za czasy! Kiedyś to było nie do pomyślenia! Ach, ta dzisiejsza młodzież!

- Dokładnie… - Aria zbliżyła się do króla, który wskazał jej ręką miejsce przy tronie. Krzesło Ocariana, z poduszkami… Albinoska słodko się zaśmiała i usiadła na tym krześle, odwracając głowę w stronę króla. – Czy on zawsze miał delikatny tyłek?
Nie, urodził się z dupą twardą jak skała, ale dzięki cieżkiej pracy i poświęceniu Nazira...

- Ario proszę cię… - król i Katarzyna zaśmiali się, na chwile uciekając od problemów. – Tak… zawsze był… „delikatny”. – celowo zaakcentował ostatnie słowo, by reszta mogła się zaśmiać.
Kanir Strasburger, praprzodek Karola.

– Dlatego kręcił się dookoła niego Nazir…
- Wcale nie dlatego, że wychowywali się razem, ale że Ocarian miał miękki tyłek.

ach… ten chłopiec też rozum stracił.
- Dlaczego? – zapytały dziewczyny, niemal jednocześnie.
Bo… eee… zaczął mordować?
Nie, to później. Najpierw urzekła go aksamitna miękkość pupy Ocariana.

- Kiedyś był inny… moje ptaszki śpiewały mi o jego zrachowaniach.
Kiedyś był tak zajęty matematyką, że nawet ptaki śpiewały pieśni pochwalne na cześć jego eleganckich równań.

– jago uśmiech znikł. – Kochał Ocariana, opiekował się nim, dbał. Być może wilki stracił też ze względu na niego…
- Kochał? – wtrąciła Aria.
Aria, dziewczyno, czyś ty spała przez ostatnie dwadzieścia lat?
No przeca sama pisałaś, że w tym królestwie nikt o niczym nie wie, nie słucha żadnych plotek...

- Albo kocha. Kto go tam wie, izolatka zmienia człowieka. Ocarian zresztą też go… - znów głos mu się zawahał, a oczy szeroko otworzyły. – A co jeśli on chce go uwolnić!?
Dobra. Od trzech miesięcy trwa rozróba, krew się leje, kurhany przydrożne rosną jak grzyby po deszczu, a właściwie to… a może… no nic nie wiadomo po jaką zarazę.

- Dziadku… to nie możliwe. Ocarian? – przytłumiała go (poduszką) Katarzyna, która sięgnęła po dzban wina i nalała sobie kieliszek.
- Przecież Kellan go szczerze.
Szczerze szczerzy się szczeżuja. A Kellan już od jakiegoś czasu nikogo nie strzeże, bo nie żyje.
Ale oni o tym nie wiedzą? Chyba?
Ja o ortografii, Ty o pornografii...

  • Mimo iż jest wężem, nie jest skłonny do zdrad.
  • Zwłaszcza przed majestatem waszej wysokości. – ukłonił się Gothar.
Za majestatem - to już co innego.

- Dobrze że jesteś.  Zagraj coś… na uspokojenie. – odpowiedział Kanir, gładząc swoją siwą brodę. Wtedy pomieszczenie wypełniło się anielskimi dźwiękami instrumentu barda i słów jego piosenki. Król jednak uchylił się od Arii.
Ponieważ tego dnia miał chrypkę i nie chciał nadwerężąć gardła.
W dodatku po surówce z rzepy strasznie mu się odbijało.

- Wciąż nie mogę uwierzyć że Ocarian był zdolny do czegoś takiego.
- Może naprawdę chodzi mu o honor…
Gadka o honorze ma sens. Po to właśnie Ocarian chce uwolnić Nazira.

- Nie oto mi chodzi. – Zaśmiał się. – Chodzi mi o waszego potomka. – uśmiechnął się szczerze, a Aria się zarumieniła, również chichocząc się pod nosem.
No naprawdę, doskonały czas i świetne miejsce na zajmowanie się akurat tym tematem.

- Król nawet nie wie, jaki on jest stanowczy po alkoholu. Przecież tylko dlatego Nazir został aresztowany.
Czy Aria chce przez to powiedzieć, że Nazir został aresztowany tylko dlatego, że Ocek był nietrzeźwy? Czy - o zgrozo - zaaresztował węża tylko dlatego, że poznał przyjemność obcowania z myszką?

- Aż żałuje że tego nie widziałem. – dziewczyna się zarumieniła a król od razu się poprawił. – Mam na myśli aresztowanie, nie to co się działo w sypialni.
Uff, to mnie król uspokoił, bo też myślałam, że z niego stary wojerysta.

Ach, mam nadzieje że będzie jeszcze czas, abym to ja waszego syna, bądź córkę uczył.
- Na pewno królu, przecież wasza królewska mość jest w sile wieku.
Uczył, ale czego?
Jak NIE rządzić królestwem.

Do komnaty wszedł Lurd. Z wielkim żalem spoglądał na Ojca, ale jak zwyczaj nakazywał uklęknął przy tronie.
- Królu… - zaczął, ale surowy ton Kanira od razu nim wzdrygnął.
A czytelnicy się wzdrygnęli, bo wyobrazili sobie Lurda przyrośniętego do Kanira zamiast ramion, którymi król wzdrygał.

- Mów…
- … Airen zabrał ludzi z pobliskiego posterunku. Jakiś podróżnik opowiadał o walce czerwonych kontuszy z pomarańczowymi.
Podobno widziano również bitwę skarpetek z onucami.
Wyobraziłam sobie coś na kształt tej sceny z Mistrza i Małgorzaty:
“Za ogromnym biurkiem, na którym stał masywny kałamarz, siedział pusty garnitur i nie umoczonym w atramencie piórem wodził po papierze. Garnitur był w krawacie, z butonierki sterczało mu wieczne pióro, ale ponad kołnierzykiem nie było ani szyi, ani głowy, z mankietów nie wychylały się dłonie. Ubranie pogrążone było w pracy i w ogóle nie zauważało panującego wokół zamętu. Słysząc, że ktoś wszedł, odchyliło się w fotelu i sponad kołnierzyka rozbrzmiał dobrze księgowemu znany głos Prochora Piotrowicza:
- O co chodzi? Przecież na drzwiach jest napisane, że nie przyjmuję.
Piękna sekretarka wrzasnęła i załamując dłonie zawołała:
- Widzi pan? Widzi pan? Nie ma go! Nie ma! Oddajcie go, oddajcie!”

I te puste kontusze tak się okładają łopoczącymi rękawami...

Zapewne Airen i Ocarian stoczyli pojedynek w mieście. Z tego co opowiadał pomarańczowych było ze dwudziestu…
- Brednie! – przerwał mu król. - Pojedynek,jak sama nazwa wskazuje, to walka jeden na jeden, nie da się pojedynkować we dwudziestu.

- Brednie! – przerwał mu król.  – Ocarian wyjechał wraz z chorągwiom (Aghhhrrr!!!)  jeźdźców (100).
Sto batów dla Pisaka za celownik zamiast narzędnika. Drugie sto za cyfry w nawiasie.

- Więc to był ktoś inny… ale Airen na pewno tam walczył. Podróżny wspominał o złotookim wojowniku. A ci pomarańczowi stacjonowali w mennicy od wczoraj.
- Mennicy! – król się uniósł. – Sprowadzić tu mojego brata! Natychmiast!
I o tym wszystkim król dowiaduje się za pośrednictwem przypadkowego podróżnego. Ja pierniczę.
Airen musiał dosłownie “świecić oczami”, skoro w zamęcie bitwy ktokolwiek był w stanie zwrócić uwagę na ich kolor. A zwłaszcza przypadkowy podróżny, który nie brał w tej bitwie udziału.

- Tak, królu. – Lurd się ukłonił i już miał wychodzić, kiedy wszystko przerwał nagły brzdęk lutni Gothara. Wszyscy zwrócili głowę ku niemu. Grajek rzucił instrument na ziemie i z kamienną miną zaczął biec w stronę gryfa.
Ta jest wprawdzie betonowa, ale też można nią łeb rozwalić:
46901423_m.jpg
http://static.myvimu.com/photo/14/46901423_m.jpg

Ten zdezorientowany chciał zatrzymać go ręką, ale nie dostrzegł noża ukrytego w ręce muzyka.
Cyborg?

Nim wszyscy zareagowali Gothar znajdował się tuż przed swoim celem. Katarzyna i Aria wrzasnęły niemal jednocześnie, widząc przebite ciało głowy rodziny gryfa. Lurd spluną[ł] krwią prosto na twarz napastnika. Mimo rany nie miał zamiaru puścić grajka. Złapał go za szyje (wszystkie trzy, był to bowiem grajek trójgłowy) i rzucił go na drzwi. Szybkim ruchem wyciągnął miecz i lekko kołysając się (kołysząc!!!) zaczął podchodzić do Gothara.
Zaczął podchodzić, ale w połowie kroku się rozmyślił.
Podłoga pod jego stopami zmieniła się w bieżnię treningową, więc mógł tylko dreptać w miejscu.

Trzęsącą się ręką podniósł broń i skierował ją w stronę chłopaka. Drugą złapał za nóż w jego klatce piersiowej.
Coś chyba przegapiłam, bo za Chiny Ludowe nie wiem, skąd w piersi Gothara wziął się nóż.
Zmaterializował się.

W tym momencie zaczęli podbiegać strażnicy.
Ale też się rozmyślili i, zamiast podbiec, usiedli i wyciągnęli karty do gry.

Król natychmiast zerwał się z tronu, wyciągając swój miecz podbiegł do drzwi. Lurd puścił miecz, padając na kolana, spoglądał na to co się dzieje. Kanir natychmiast przebił serce grajka mieczem.
Bardzo sprytnie pozbawiając się w ten sposób możliwości jego przesłuchania.
No właśnie… Co mu odwaliło?

Uklęknął nad synem, który zakrwawioną ręką dotknął policzka ojca.
- Ojcze… wybacz mi… - stęknął. Król natychmiast złapał jego dłoń.
- Synu, zawsze ci wybaczałem.
- Zawsze? Zawsze byłeś surowy…
- Chciałem abyś przestał być dorosłym dzieckiem… zawsze chciałeś się opierać na mnie. Każde słowo mną potwierdzać.
Gramatyką nie litować.

– Z oka starca spłynęła łza smutku. – Dlatego byłem surowy…
- Ale… wybacz…że musisz oglądać swojego zapłakanego syna… - z jego oczu również popłynęły łzy. Tuż obok nich pojawiła się Katarzyna i rzuciła się na szyje.
A potem dołączyła do niej Aria i rzuciła się na podgardla wołowe.
(one rzuciły się na szyję temu umierającemu Lurdowi? No to chyba tylko go dobiły…)

Czegoś tu nie rozumiem… Król był surowy wobec swego syna, chcąc go w ten sposób zmusić, by wydoroślał i usamodzielnił się, a jednocześnie jego ulubieńcem był tak samo słaby, płaczliwy i niesamodzielny Ocarian.

Mimo iż zawsze była silną kobietą, teraz była zapłakana. Ojciec ją przytulił, szepcząc jej na ucho.
- Zaopiekuj się bratem… - niestety, to były jego ostatnie słowa. Ręka którą jeszcze trzymał król [Katarzynę?] opadła na ziemie. I władca wydał ostatnie tchnienie.


Kanir natychmiast potrząsnął synem, który nie reagował. Jego usta wykrzywiły się w uśmiech, i tak zastygły.
Od tej pory zwano go Kanirem Krzywoustym.

Airen dotarł do rezydencji węży. Niemal natychmiast zeskoczył z konia, i wbiegł do dębowej rezydencji. W korytarzu zastał kilku rycerzy, którzy zdziwili się na jego widok. Zgięli się w pół.
- Witamy, czego pan tutaj szuka? – zapytał jeden z nich.
Uwielbiam tę opkową konsekwencję w stosowaniu zwrotów grzecznościowych...

- Prowadźcie mnie do Kellana. Natychmiast! – wrzasnął, a oni posłusznie skinęli głowami. Ruszyli przed nim. Airen poruszał się po dość ciemnym korytarzem, w którym można było wyczuć charakterystyczny metaliczny zapach.
Raczej smród rozkładu i brzęczenie rojów much. Minęło już przecież ładne parę dni!

Nie czuł się zbyt pewnie, więc dłoń umieścił na rączce miecza.
Miecz, który posiada rączkę, wygląda tak:
lub ewentualnie tak:

Teraz nastąpi scena, która mnie boli, bo byłaby bardzo dobra, gdyby była lepiej napisana. Dlatego z góry przepraszam P.T. Czytelników, jeśli momentami zapomnę o walorze rozrywkowym i ograniczę się do waloru edukacyjnego.

Rycerze stanęli przy największych drzwiach i jednym ruchem otworzyli je przed obliczem syna Gryfa. Airen wszedł do jadalni, zaciemnionej jak reszta dworu. Zielony dywan, sprowadzany z dalekiego południa, dodawał efektu ciemności.
“Pogłębiał” brzmiałoby lepiej.
A oni tak ten dywan sprowadzali… sprowadzali… i sprowadzić nie mogli.

Drzwi tuż za nim się zamknęły, a ogień rozbłysnął ukazując martwe ciała przy stole.
Palenisko z czujnikiem ruchu?

Gryf natychmiast chciał się cofnąć, ale drzwi były zablokowane.
- A kto to odwiedził moje śliczne progi? – usłyszał dobrze znany głos osoby którą znał, i już więcej nie miał ochoty widzieć go żywego. – Czyż to nie Airen, syn Lurda?
Widzieć jej (osoby) żywej.

- Nazir! – krzyknął przerażony chłopak, patrząc na to, co robi zielonowłosy. Siedział obok trupów i spokojnie jadł obiad. – Kellan cię wypuścił!?
- Niestety nie… - wąż uśmiechnął się, odkładając nóż. – Chyba chciałeś się z nim zobaczyć? – powoli wstał, nie tracąc kontaktu wzrokowego z Gryfem.
- Gdzie jest Kellan!?
- Nie widzisz go? – zaśmiał się, wywołując u swojego rozmówcy ciarki na plecach. Jego głos dudnił po akustycznej Sali.
“Akustyczna” to może być gitara, sale raczej miewają dobrą akustykę.

– Przywitaj się! – w tym momencie kopnął bezgłowe ciało, które znajdowało się tuż obok. Szybko zsunęło się na ziemie, wywołując charakterystyczny plask.
Plask? Hmmm. W tym uniwersum rozkład postępuje zadziwiająco szybko.
E, to plasnęła podłoga zbudowana z drewna plaskawca pospolitego.

Airen cofną[ł] się o krok, nie mogąc w to uwierzyć.
- Zabiłeś swojego ojca…? – zapytał drżącym głosem.
- A kto to miał zrobić? – znów się uśmiechnął, ale szybko ta anomalia na jego twarzy nikła. – Może zjesz z nami? – zapytał, a złoto oczy (złotooki) nie miał wyboru. Skinął głową i usiadł naprzeciwko Nazira. Tuż obok niego, jak z podziemi (jak spod ziemi) wyrósł Aran, podając mu talerz ze stekiem i sztućce.
Aran pochodził z rodu Grzybów na Ścianie; wyrastał z podziemi i rozpełzał się po całym budynku.

Chłopak z trudem znosił zapach gnijących ciał.
I dlatego szybko podał, co miał do podania, i czym prędzej czmychnął na świeże powietrze.

- Co jest? – zapytał w końcu Nazir. – Nie smakuje ci?
- Wiesz że tego nie zjem…- skomentował Airen. – Dlaczego to zrobiłeś?
- Co masz na myśli? – zapytał wręcz melodyjnie.
- Zabiłeś Wilki, wszystkich członków tej rodziny… nawet dzieci! Zabiłeś swojego ojca, zapewne też stryja! Co chcesz osiągnąć! – uderzył pięścią w stół. – Ocariana też chciałeś tak zabić!? – Airen sam się ugryzł w język.
Proszę pani, to nie ja, on sam się ugryzł!

Nazir z wielką siłą wbił nóż w mięso na swoim talerzu. Jego wzrok ruszył ku górze, równając się z poziomem szatyna.
Nazir miał oczy na czubkach czułków, zupełnie jak ślimak.
O, pełzające oczy, jak u Prezesa Lokiego! *odnotowuje z zaciekawieniem*

Gryf natychmiast chciał wstać i uciec, ale poczuł że Aran go przytrzymuje.
- Nie masz prawa tak mówić… - warknął Wąż wstając. – Masz takie ładnie oczy… - zaczął zbliżać się w stronę Airena. – Wiesz co? Podobają mi się.
- Co ty chcesz…? – jego ton był poważnie przerażony.
A jego dźwięk był niepoważnie rozbawiony.

- Jak to co? – zabrał ze stołu łyżkę i rozszerzył mu powieki. – Chce je…
Kto je chce i co je chce? Ciotka chce je zawekować?

Chyba nie masz nic przeciwko jeśli… - sztuciec znajdował się tuż przed złotą powieką.
Złotą powieką? Airen się malował?

– je sobie zabrał (je sobie zabiorę).
- Nie! – krzyknął szatyn, ale Nazir szybkim ruchem wyciągnął w całości lewe oko Gryfa i wrzucił go (tego Gryfa) do kufla zalanego wodą.
Był to cholernie duży kufel, a efekt wyglądał mniej więcej tak:
tumblr_ltrn4r8vwM1r5z0kmo1_400.jpg

Krzyki jednookiego były niemożliwe.
Bo po trzeciej nodze mucha traci słuch.
Amerykańscy naukowcy udowodnili, że osoba o jednym oku nie może krzyczeć.

Wieki taniec bólu i złości, zatańczył melodyjny występ, specjalnie dla uszu zielonowłosego i czerwonowłosego.
Wieki zajęłoby mi zrozumienie, co Pisak miał tu na myśli.
Nie musisz rozumieć, zaakceptuj.

Wtedy drzwi się otworzyły a w nich staną(ł) Dexter.
- Wasza wysokość. – skłonił się w stronę Nazira. – Ocarian z rodu szczura przybywa.
Ta wiadomość zdezorientowała Wężem (i wstrząsnęła go, ale nie zmieszała), który upuścił łyżkę i spojrzał w kierunku drzwi. Już za chwile miał w nich się pojawić jego dawny przyjaciel, który go zdradził.

Czy Nazir wydłubie oczy Ocarianowi? A może zechce sprawdzić, czy jego tyłek nadal jest tak delikatny? To wszystko w następnym (i tym razem już na pewno ostatnim) odcinku!

Z królewskiej mennicy, tłukącej żetony do gier, pozdrawiają Analizatorzy w różnokolorowych kontuszach,
a Maskotek pilnie pracuje łyżką, wydłubując oczka… w ziemniakach.

14 komentarzy:

Alladyn Al Kaidahun pisze...

Ach, kocham to czytać, cały dzień odświeżałem to forum w oczekiwaniu na nową część :D

I w końcu, znalazły się sceny które się spodobały :D.

Przyznaje, tu za bardzo kreowałem parę postaci na... okres Rzeczypospolitej Obojga Narodu.

I na prawdę, nazwy tego hełmu szukałem bardzo długo, i moje poszukiwania spełzły na niczym. Przynajmniej teraz, nie popełnię błędów przy opisywaniu :D

Ale te analizy są dla mnie jak dar z nieba, nie dość że mogę się pośmiać, to w końcu ktoś mi wytyka błędy. Zaraz... ja już to chyba pisałem :D

Pozdrawiam :D

Api Apicka pisze...

Kurcze, ludzie... Uwielbiam was, ale robienie sobie żartów z fragmentów, które są całkowicie poprawne nie jest zbyt etyczne. To ma być bawiąc - uczy, ucząc - bawi, a nie kabaret. Ale może to tylko taki wypadek przy pracy. Każdy ma prawo do gorszego dnia.

mirrorqueen pisze...

Ostatnio wasze komentarze są bardziej obszerne niż cytowany fragment. Poza tym, to miała być analiza, a nie szukanie dziury w całym: czyli kpienie z każdego napisanego zdania. Nie bronię autora "dzieła", ale mam wrażenie, że coś się niedobrego z Wami dzieje, drodzy Analizatorzy.

Malcadicta pisze...

Dwa tygodnie to tak długi czas oczekiwania... Końcy się tak, że siedzę i odświeżam :) Analiza przednia.

I wielki plus dla autora za podejście :)

Procella pisze...

Dawno nie trafiłam na opko, którego tak bardzo nie rozumiem. Kompletnie nie mogę ogarnąć kto jest kim i za co kogo morduje o_O

Ale postawa autora godna pochwały :)

baba_potwór pisze...

Wy się naprawdę orientujecie, kto w tym opku jest kim i jakie są relacje między poszczególnymi postaciami? Bo ja już dawno przestałam ogarniać, kto z kim i przeciw komu. Bohaterów jak w książce telefonicznej, tylko tam akcja jest mniej skomplikowana. Autorowi chwała za dystans do siebie i własnej radosnej twórczości.

Raserei pisze...

Boże, uwielbiam was! Świetna analiza! :D I naprawdę, tak jak ludzie wyżej, nie mam bladego pojęcia jak wy się w tym wszystkim orientujecie, bo ja przestałam ogarniać przy przedstawieniu bohaterów XDDD

A tak w ogóle, to gdy skończycie to opowiadanie może zabralibyście się za analizę książki "Jezioro osobliwości" Krystyny Siesickiej (nie jestem pewna czy dobrze napisałam imię i nazwisko autorki ;p ) Głowna bohaterka to taka typowa MarySue, którą wszyscy znamy i kochamy [; Powinniście coś z tym zrobić! XD

Korodzik pisze...

Szlachcic zaczął kwiczeć i na widok pieniędzy aż się ślinić.
Jak w "Pani Twardowskiej"... "Zadzwonił kieską pomału, z patrona robi się kondel", a raczej w tym przypadku - prosię.

Ethlenn pisze...

"Minął drewnianą wieże, wybudowaną z belek i sięgającą kilkunastu metrów."
Ma sens, Pisak widział wieżę strażniczą w Japonii ze stanowiska archeologicznego Sannai-Maruyama (4500-3000 pne): http://www.tofugu.com/wp-content/uploads/2014/06/jomon-monument-aomori.jpg

Fizjonomia i opisy Nazira kojarzą mi się ze złotookiem, też jest zielony.
I dlaczego Nazir uważa, że to Okaryna go zdradził? To przecież Nazir wymordował tuzin osób po zdradzie. Że już nie wspomnę o jego sympatii do spożywania posiłków w pomieszczeniu cuchnącym zgnilizną. Drzizas, co za bogaty portret psychologiczny. Nazir mnie fascynuje, czekam na ciąg dalszy.
E.

Canaris pisze...

Analiza taka sobie bo i materiał źródłowy do bani.

Kompletnie nijaka książka - zostawcie Pisaka i wróćcie do analiz Michalak.

Anonimowy pisze...

O tak, tak, weźcie na warsztat Michalak! Nie jakąś ekhem Poważną Książkę poruszającą Poważny Temat tylko właśnie jedną z tych słodkich bzdurek. Znając Michalak na pewno jakaś się właśnie ukazuje albo ma ukazać. W ogóle analizy książek wychodzą najlepiej.

Nie czytałam jeszcze Feblika, nadaje się jako materiał? Analiza McDusi była świetna.

Pozdrawiam
Hanna

Anonimowy pisze...

Jestem Waszą wierną czytelniczką, ale to pierwsza analiza od baaaardzo dawna, której nie dokończyłam, bo mnie zwyczajnie nudziła.

Popieram prośby o analizę czegokolwiek pani Michalak. Z nowej Harry'ego Pottera też bym się ucieszyła.

Pozdrawiam i czekam na kolejną dawkę humoru i rwania włosów z głowy.
Ssssslytherin

Anonimowy pisze...

"- Kim waście!? – krzyknął jakiś rycerz z czarna opaską na lewym oku.
Kim waście co? Kim waście chcieli być, gdy byliście mali?
Odpuść mu. Jest prawie ślepy."

+100
A poza tym... te opisy walki! Ta cudowna różnorodność w doborze uzbrojenia, pancerzy, ubiorów, mebli, przedmiotów codziennego użytku i w ogóle wszystkiego. Giermek na wynos (jedyny w całym królestwie), rycerze zajmujący się cudzymi interesami, Airen powtarzający wszystkim przechodniom, że jedzie zabić Nazira, którego giermek też chce trochę pozabijać, król wykonujący rozkaz bez gadania, co jedno to lepsze. A do tego jeszcze wierszyk o mincerzach bijących pieniądz w pysk <3 Dawkowałam sobie analizę, bo stężenie komentarzy rzadkiej urody jest takie, że trudno pochwalić wszystkie. To jest analiza z gatunku takich, jakie lubię najbardziej, oby więcej takich. I żadnej nowej Michalak, błagam. To opko jest tylko młodzieńcze i naiwne, tamto jest złe, głupie i szkodliwe i zamiast zabawy jest tylko narastająca wściekłość, że coś takiego wydało "normalne" wydawnictwo i teraz oferuje ludziom za pieniądze.

Anonimowy pisze...

"A tak w ogóle, to gdy skończycie to opowiadanie może zabralibyście się za analizę książki "Jezioro osobliwości" Krystyny Siesickiej (nie jestem pewna czy dobrze napisałam imię i nazwisko autorki ;p ) Głowna bohaterka to taka typowa MarySue, którą wszyscy znamy i kochamy"

Czy ja wiem? Nie zawsze dogadywała się z matką, bez sensu naskakiwała na ojczyma, a jak tylko w związku trochę przestawało się układać, to od razu leciała do drugiego absztyfikanta, żeby ją pomiział po ego. Żadna z tych rzeczy nie jest ukazana jako dobre zachowanie, a poza tym nie było w niej nic wielkiego, nie była piękna, nie miała jakichś kosmicznych zalet. Moim zdaniem książka kompletnie nie jest analizowalna, bohaterka jest trochę irytująca, a reszta po prostu nudna.