czwartek, 8 czerwca 2017

335. Druga wojna nie z tego świata, czyli Allo, allo, Japonio! (2/2)

Drodzy Czytelnicy!
To już druga część analizy opka, którego akcja dzieje się w czasie II wojny światowej. Jak pamiętacie - na wieść o jej wybuchu, prezydent Roosevelt nagle odzyskał władzę w nogach i zaczął przechadzać się po gabinecie - pewnie Owalnym, bo łaził w kółko, przez okna wypatrując wroga.
W tym odcinku poznamy dalsze losy braci Winchesterów, a dajemy Wam słowo - będą to losy nad podziw ciekawe. Z bezpiecznej odległości poobserwujemy bitwę morską na Atlantyku, odwiedzimy Słodką Francję, nudzącą się w 1940 roku, zaprzyjaźnimy się z  René Artois i gośćmi jego kawiarenki; dowiemy się co z człowiekiem robi kac na Gestapo. Czekać nas będzie też sroga awantura w kurnej chacie, stojącej w głębi boru oraz poznamy amerykańską sieć wywiadowczą, działającą w Japonii. Tak, w Japonii, bo nic nie będzie oszczędzone braciom Winchester.

Za uwagi co do rozmówek niemieckich dziękujemy Sylwii B.

Analizują: Babatunde Wolaka, Kura, Jasza i Dzidka.


“Nie wszystkie informacje zawarte w powieści są zgodne z prawdą historyczną” - zastrzega się aŁtorka. Eee… no to które właściwie są?
No cóż, przebieg niemieckiego ataku na Polskę sprawdziła dość dokładnie, tak samo jak to, że Niemcy zajęli Kłajpedę itd. (i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku pisała całą resztę, nie zaglądając już nawet jednym okiem do jakichkolwiek źródeł).


Rok 1939, październik
Dziś jest ten dzień. Dziś mija rok, odkąd bracia dołączyli do wojska. Kto by pomyślał, że to tak szybko minie. Dopiero co zapisywali się, wsiadali do pociągu, przyjechali tu. A juz minął rok.
Więc nucili nostalgicznie: Upływa szybko życie, jak potok płynie czas...

Dziś rownież dowiedzą się, czy zostają tutaj czy będą przeniesieni. Wszyscy sie nad tym zastanawiali i większość zakładała najgorsze scenariusze.
Na przykład, że wyślą ich na front? Potworne, niewyobrażalne!
Nawet nie znali takiego pojęcia jak “front”.

Stali w kolejce, wyczerpani po treningu, po posiłek. Benny, jak to juz miał w zwyczaju, zaczepiał Deana przy każdej możliwej okazji. Tym razem rownież skorzystał.
-Dobrze, że nie postanowiłeś pomagać w kuchni, pozatruwałbyś nas tu wszystkich.
-A gdzie tam, uszykowałbym specjalna porcje tylko dla ciebie z dodatkiem trucizny.
-Otruć to ja juz się mogę od samego stania koło ciebie - rzucił Benny a Dean się do niego przybliżył.
-Dalej, zdychaj.
-Człowieku, bo przesiąknę twoim smrodem - odparł i odsunął się od niego.
-O to się nie bój. Twojego fetoru nic nie przebije.
Te ich cięte riposty są tak cudownie ciękie.

Usiedli przy stoliku, obok Sama, Gartha i Kevina. Kevin od razu przerwał ich docinki pytając:
-I? Macie jakieś pomysły gdzie nas wyślą?
-Ja to bym chciał do Kalifornii - odparł Benny.
-Nie będziesz się tam przecież opalać ani chodzić po klubach.
-Co z tego? Wiesz ile tam może być ślicznotek w bikini na plaży? - Kevin przewrócił oczyma.
- A co to jest bikini?
- Wysepka taka, atol, nic się tam nie dzieje i pewnie tak będzie zawsze.

-Ktoś inny?
-Nie wiem, ale bardziej od tego gdzie zastanawia mnie co będziemy musieli tam robić - odpowiedział Garth.
-Co sądzicie o wojsku spadochronowym? - spytał Sam.
-Skakanie z samolotu ze spadochronem? Czemu nie.
- Jak sądzicie, to w ogóle możliwe? Żeby jakiś kawałek płótna utrzymał człowieka?
I po co się tak wyrywać, nie lepiej poczekać, aż wyląduje?


(...)
-Co myślicie o marynarce wojennej?
Bez obaw, jesteście piechociarze.

-Miesiące na statku z dala od cywilizacji, który ciagle się kołysze? Ta, brzmi świetnie.
Mam dla ciebie wiadomość: jeśli masz trafić na front, to nawet jako piechociarza będą cię musieli przerzucić drogą morską.

-Zawsze możemy trafić do piechoty.
Albo do opka.

-Juz chyba wole ten statek.
- Okręt, człowieku! - wtrącił przechodzący marine.

-Panowie, nie chce wam przeszkadzać ale cała stołówka juz praktycznie opustoszała. Lepiej się nie spóźnijcie na popołudniową zbiórkę - odezwał się do nich Shurley. Po jego słowach pospiesznie wyszli.
Zbiórkę! Oni faktycznie są w skautach :D
***
Gdy wszyscy, jak zwykle ustawili się w szeregu na placu głos zabrał generał.
-Jak juz zapewne wiecie, od miesiąca rozpoczęła się kolejna wojna światowa.
Już z góry wiadomo, że to będzie grubsza inba.
“Miesiąc temu rozpoczęła się” albo “od miesiąca trwa”.
I jaka ranyjulek “światowa”?!

Z tego powodu, wraz z prezydentem, ustaliliśmy [ja i prezydent], że tych dobrze wyszkolonych przeniesiemy do innych obozów.
A nie wyślemy na front?
Niii… Zresztą na który?
Nie wiem, może niech sprawdzą, czy znowu jacyś Japończycy nie plączą się po Teksasie...
Na wypadek wojny najlepszych kieruje się do rezerwy, to całkiem logiczne.

Nie chciałbym żeby ci co nie zostaną wyczytani poczuli się przez to źle.
Troska o dobre samopoczucie i wrażliwą psychikę swych żołnierzy była nieustającym obowiązkiem generała.

Po prostu wolałbym mieć was jeszcze przez jakiś czas na miejscu. Wiem, że wielu z was nie będzie to odpowiadać ale trwa wojna panowie, nie mamy wiele opcji.
Zawsze możemy poczekać, aż wylądują u nas.

Wiedzieliście na co się piszecie wstępując do wojska. Wiedzieliście, że nie będziecie cały czas przebywać w jednym miejscu. Kraj was potrzebuje. Przeczytam teraz gdzie dana kompania się uda - odchrząknął i zaczął czytać.
-Kompania pierwsza zostaje przeniesiona w okolice Houston, będziecie przydzieleni do wojska spadochronowego.
Wyćwiczone skakanie przez opony bardzo się wam przyda.
Nie do żadnej konkretnej bazy wojskowej, tylko w okolice. Znów będą spędzać noce przy ognisku.

Kompania druga - Waszyngton, piechota.
Będziecie kompanią reprezentacyjną Prezydenta!  W lewo patrz!

Kompania trzecia - okolice Los Angeles, lotnictwo. Kompania piąta - Filadelfia, wojska pancerne. Kompania szósta - Boston, marynarka wojenna.
Jakiś bidny ten generał, nie dość, że dowodzi najwyżej pułkiem [pukiem!], to jeszcze mu go rozmontowali i to w tak bezsensowny sposób.
Miałam rację, że to jedyny obóz szkoleniowy na całe Stany!

Dean odetchnął z ulgą ciesząc się, że nie będzie musiał latać samolotami. Benny natomiast posępniał, gdyż nie była to jego upragniona Kalifornia. Generał wymieniał dalej a gdy skończył zrobił krótką przerwę po czym kontynuował.
-Jak juz wspomniałem, niewymienione Kompanie zostają na miejscu. Jutro z samego rana wyruszacie do wyznaczonych miast. Na miejscu dowiecie się wszystkiego. To były naprawdę dobre miesiące panowie. Cieszę się, że mogłem was poznać i choć przez jakiś czas szkolić. Powodzenia na dalszej drodze żołnierza - ze smutnym uśmiechem zasalutował a oni odpowiedzieli tym samym. - Rozejść się.
Rozeszli się, łkając ze wzruszeniem.
Po słowach “powodzenia na dalszej drodze” powinien sypnąć ryżem.
Ciekawe, czy opuszczając obóz urządzili sobie zieloną noc.

(...)

***
Z samego rana wsiedli do pociągu do Bostonu. Większość drogi przespali korzystając z kilku godzin dodatkowego snu. A resztę przegadali.
Jechali pociągiem z Teksasu do Massachusetts, więc powinni wyspać się za wszystkie czasy.

Gdy wysiedli z pociągu czekał na nich mężczyzna z dość surową miną.
-Okej, bez żadnych zbędnych procedur. Idziecie za mną, pytań nie zadajecie, słuchacie się tego co mowię.
A mówi dość dziwacznie.

Dean, jak praktycznie wszyscy, spojrzał na niego zdziwiony. Koleś w ogóle się nie przedstawił, zachowuje się jakby był niewiadomo kim i nawet nie powie dokąd mają iść. Nie podobało im się to.
Co za brak manier, w takie wojsko to my się nie bawimy!

- Będziecie stać tak jak takie osły? Ruchy! I bez żadnych rozmów. Ma być cisza.
Zrobili co chciał tylko po to, aby nie narobić sobie kłopotów pierwszego dnia. Szli dobre piętnaście minut, może nawet dłużej [ojej, nogi sobie otarli od tego marszu], zanim dotarli do obozowiska.

Tam czekał na nich ktoś inny. Ustawili się w szeregu, wiedząc, że to będzie od nich wymagane.
-Widzę, że was czegoś ten Singer nauczył - powiedział mężczyzna pod nosem po czym zwrócił się do nich. - Nazywam się Rufus Turner, jestem generałem.
Generał sam drałuje po żołnierzy na dworzec… Nie mam słów.
Na marginesie, Rufus Turner z “Supernatural” jest czarnoskóry. Tymczasem nie tylko segregacja rasowa w siłach zbrojnych USA panowała aż do 1948 r., ale dopiero w 1940 r. awansowany został w ogóle pierwszy afroamerykański generał (Benjamin O. Davis Senior).

Żebyście nie myśleli, że nic nie wiem, Bobby przekazał mi wszystkie najważniejsze informacje o was, wiec radzę uważać.
- Mam teczki na każdego z was! I haki! Jasne?!

Ale nie o tym chciałem mowić. Pewnie ciekawi was co tu będziecie robić. Otóż wraz z rozpoczęciem wiosny, która miejmy nadzieje rozpocznie się juz w marcu, z kilkoma moimi i nowo przybyłymi, jak wy, kompaniami wyruszycie do Europy, do Francji. Podróż zajmie około miesiąca.
To chyba jakimś złomem płynęli, bo normalnie w tamtych czasach zajmowała około dwóch tygodni.
Może będą płynąć na galeonie, a może na galerze?

Musimy pomóc aliantom bronić ważnych punktów strategicznych.
Bo jak nie, to…?
To się obrażą i odpłyną z Dunkierki na inną plażę.

Na miejscu bedą czekać na nas wojska innych państw.
Taki korpus międzynarodowy.

Wraz z nimi najlepsi z was udadzą się w bardziej odległe miejsca.
Do Calvados albo Charente. Sam nie wiem po co, ale wykonać!

Pózniej wrócicie do obozowiska we Francji.
Znaczy, pod Paryż?

Reszta pozostanie na miejscu broniąc innych ważnych punktów.
No spoko, akurat zdążą na kampanię francuską. Może nawet zmienią przebieg wojny?

Nie ukrywam, ze cześć rownież może być potrzeba na morzu.
Hint: określenie “piechota morska” (marines) nie oznacza przypadkowych piechociarzy wsadzonych na okręt. Nie mówiąc już o tym, że marines to nie marynarze.

Trudno stwierdzić jaką sytuacje tam zastaniemy za kilka miesięcy - zrobił krótką przerwę i popatrzył na nich sprawdzając, czy wszystko zrozumieli. - Zastanawiacie się pewnie czemu wyruszamy dopiero na wiosnę. Otóż doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie, jeśli spędzicie jakiś czas tutaj mogąc poznać innych, którzy wyruszą z wami oraz żebyście mogli bardziej zaznajomić się z czekającymi na was zadaniami.
Grunt to integracja, bez niej nie ma nawet co myśleć o wygraniu wojny! Zrobimy wam wieczorki zapoznawcze i potańcówki…
Bal.
Bez balu nie ma opka.

Informuję was o tym wcześniej, żebyście wiedzieli na co macie być przygotowani. Nie ukrywam, że to będzie dość ciężka misja i wielu może tak naprawdę nie wrócić.
Znowu jakaś “misja”. Pewnie humanitarna.

Ale nie jest powiedziane, że tak się stanie, może wrócicie wszyscy. Wszystko zależy od tego, jak będziecie walczyć. Bo na pewno nie od tego, jak będą walczyć wasi przeciwnicy. Przez najbliższe miesiące dopilnuje abyście stali się jeszcze lepszymi żołnierzami niż jesteście. O ile nimi jesteście, jak Singer zapewnia. Przez ten czas oczekuje od was tylko pełnej mobilizacji i dużego wkładu we wszelkie ćwiczenia. To by było na tyle. Pułkownik zaprowadzi was do waszych kwater i przekaże dzisiejsze plany. Możecie iść.
...a pułkownik prowadzi do kwater. Już nie porucznik. Wygląda na to, że szefem sztabu jest kucharz.
Jeśli to Casey Ryback, to się nie zdziwię.

Rok 1939, listopad

Przez ten miesiąc zbyt wiele się nie działo. Większość ćwiczeń nie różniła się od tych, które wykonywali z Shurley'em, jednak tutejszy generał wyraźnie zaczął je nakierowywać pod czekające na nich zadania. Miedzy innymi zaczęli przeprowadzać próbne akcje na statkach.
Z werwą zaatakowali parowiec wycieczkowy. Obezwładnili orkiestrę, a kapitanowi kazali płynąć pod prąd.
Znaczy, co konkretnie robili, bo ja tu widzę piratów na linach, dokonujących abordażu ;)
Zajmowali kajuty i pili rum na czas.

Rufus organizował im także spotkania z innymi kompaniami, z którymi wyruszą do Europy, żeby mieli pojęcie z kim w ogóle tam wyruszą. Podczas treningów mieszał kompanie, aby każdy nauczył się na polegać na innych.
Jak na evencie korpoludkowym.

Miał w planach także spotkania strategiczne, chcąc uzmysłowić im co tak naprawdę będzie od nich oczekiwane.
Na czym polegają spotkania strategiczne? Chcę to wiedzieć i już!
Na tym, że sztab będzie cierpliwie wyjaśniał szeregowcom czekające ich zadania i poddawał je pod demokratyczne głosowanie.

Dowiedzieli się, że ten dość niemiły porucznik, z którym mieli przyjemność, czy tez nieprzyjemność, spotkać się ma samym początku do nijaki Uriel, za którym nikt nie przepada.
Bo jest taki nijaki.
Z całą pewnością nie był to Uriel Septim.

Wkupił się jakimś cudem w łaski generała i ten awansował go na porucznika. Zachowywał się jakby był niewiadomo kim i uważał się za ważniejszego niż wszyscy inni.
Po prostu taki Miś na miarę ich możliwości.

Tego wieczoru [przy ognisku] ktoś wpadł na pomysł na opowiadanie strasznych historii. Wszyscy obecni żołnierze chętnie podłapali temat.
Uroczo. Jak na koloniach :)

(...)

Dobra, teraz będzie strasznie, bo nadchodzą hołłoły.
Czytelnicy! Zamknijcie okna i zablokujcie drzwi.
Jaszu, za tobą!
Aaaa!

Pierwszą historię zaczął mężczyzna starszy od Deana, którego imienia nie pamiętał. Musiał dopiero niedawno przybyć z jakąś kompanią.
-Wiele lat temu, gdy nasi dziadkowie i dziadkowie naszych dziadków jeszcze nie istnieli, na tych ziemiach mieszkało wielkie człekopodobne [jeśli czytacie “czekoladopodobne”, to jesteście w błędzie] stworzenie, Wendigo.
-Koleś, daj spokój, wszyscy wiemy, że Wendigo żyło w lasach w Quebeku i na północy kraju. My jesteśmy na wchodzie - wtrącił ktoś.
Na PÓŁNOCNYM wschodzie, geografie jeden. Do Quebeku macie rzut beretem.

-Nie wiemy tego na pewno. Możliwe, że żyło i tutaj. Zresztą, nie ładnie [nieładnie]  przerywać. Mogę kontynuować, czy ktos jeszcze ma cos do powiedzenia? -
O, foszek!

nikt sie nie odezwał, wiec mężczyzna mówił dalej.
- Wendigo, powstaje z człowieka odrzuconego przez ukochana osobę.
A grammarzombie z człowieka, który oddziela podmiot od orzeczenia przecinkiem.

W czasie dnia przyjmuje ludzką postać i atakuje ludzi, którzy mają coś wspólnego z tamtą osobą;.
Od nieoddanej książki, aż po pokrewieństwo. Rozwala nawet kuzynów drugiej linii, nie mówiąc o szwagrach. Kiedyś pożarło ciecia z portierni w firmie, gdzie pracowała niewierna kochanka.

Wyrywa on serce swoim ofiarą [a ten jego ofiar jest ostry i niegramatyczny jak nie wiem co], a jego własne jest z lodu. Tak jak i cały on. Zimą, czyli juz nawet teraz, gdy bedzie dostatecznie zimno chodzi po lesie i porywa ludzi.
Po co?!
Żeby się od nich trochę ogrzać.

Trzyma ich, albo ich części w jaskiniach. Jest wieeelki. Ma ponad 4 metry a jego głowa jest podobna do wilczej. Jakiś czas temu słyszałem wiele historii o tym, jak kilku mężczyzn, których miłość została odrzucona.
No i? Urwało im od sensu?

Kto wie, ilu z nich przemieniło się i kryje się w tutejszym lesie?
Całe szkolenie diabli wzięli, bo chłopcy teraz będą się bali wejść do lasu.

Mężczyzna skończył i popatrzył na innych. Kilku wyglądało na niewzruszonych, paru na lekko znudzonych ale większość jednak wygladała jakby z zaciekawieniem słuchała opowieści.
Drewno w palenisku strzyknęło.
… jadem, otruło wszystkich boCHaterów, koniec opka.

Kilku mężczyzn, którzy naprawdę wczuli się w historie poruszyło się niespokojnie.
-Co to było? - spytał jeden z nich.
-To tylko od ogniska, idioto.
-Może od ogniska a może... a może to Wendigo? - rzucił mężczyzna opowiadający historie.
A historia o wendigo ma z akcją opka taki związek, że…?
(ktoś tu sobie najwyraźniej przypomniał, że to fanfik do Supernatural i wypadałoby choć wspomnieć o jakimś potworze)

[Żołnierze dalej opowiadają sobie straszne historie – Dean, między innymi, o płonącej kobiecie na suficie, opisując dość dokładnie to, co zdarzyło się w pierszym odcinku serialu – ale to raczej też tylko straszna historyjka do opowiedzenia przy ognisku, a nie relacja z ich rodzinnej tragedii. Ciach.]

Rok 1940, marzec
Wczorajszego wieczoru Rufus przekazał im najważniejsze informacje dotyczące ich wyjazdu do Europy. Z dnia na dzień byli coraz bardziej podekscytowani ową podróżą. Bali się jednak tego, co mogli tam zastać.
Sytuacja polityczna w Europie była kilka razy gorsza niż od tej tutaj, w Stanach. Co chwile coś się tam działo. O jednych rzeczach było głośno, inne zostały zatajone. Ale było źle.
E no, w marcu 1940 na zachodzie Europy było tylko dziwnie.

Wraz z całym swoim niewielkim dobytkiem, ustawili się po raz ostatni na placu w Bostonie.

Przed nimi stał generał, kilkoro [kilku] oficerów, którzy ich także szkolili i ktoś, kogo w ogólnie nie znali.
Pewnie przechodzień, skoro chłopcy z Teksasu nie znają faceta z Bostonu.

-Panowie, doskonale wiedzie co czeka was w najbliższym miesiącu. Na miejscu dowiedzie się wszystkiego od wypływających z wami oficerów.
Nie, nikt ich nie wiedzie. Chyba, że Potwór z Lasu.

Chciałbym wam przestawić kapitana okrętu, którym będziecie płynąc - mężczyzna zrobił krok do przodu i zabrał głos.
- Łapy przy sobie, sam się przestawię! - odpowiedział kapitan.

-Nazywam się Baltazar Novak a zwracać się do mnie macie per kapitanie Novak.
Żeby odróżnić go od wielu innych kapitanów na tym okręcie.

Na okręcie panują konkretne zasady, które poznacie chwile przed wypłynięciem. Jeśli nie będziecie ich przestrzegać lądujecie za burtą - paru żołnierzy się zaśmiało a Novak spiorunował ich wzrokiem.
Nigdy nie był dobrego zdania o armii lądowej, a teraz przekonał się, że miał rację.

(...)

***
-Wszyscy? - spytał oficer a gdy zobaczył wchodzących do pomieszczenia Winchesterów i Benny'ego stwierdził, że to wszyscy. Ta trojka lubiła w końcu przychodzić na końcu.
Z powodu swej niepunktualności już nieraz szorowali kible w koszarach, prawda?

- Kapitanie.
-To teraz kilka zasad. Po pierwsze, na tym statku nie robi się bałaganu. Jeśli gdzieś zauważę porozwalane ubrania czy czyjeś rzeczy osobiste, osoba, do której do należy szoruje pokład swoją szczoteczką do zębów.
Aha. Na tych “obozowiskach” w Teksasie i pod Bostonem każdy rozwalał szmaty jak chciał i gdzie chciał. Widocznie w czasie szkolenia nie doszli do pytania “co żołnierz ma pod łóżkiem”.
Aha. A sierżanci nigdy, przenigdy nie sprawdzali, czy łóżka są równo pościelone i nie robili kipiszu, jeśli koc miał choćby najmniejszą fałdkę.

Po drugie, nie ma krzyczenia. Ani gwizdania. Wiem, że jest was dość sporo i każdy chce powiedzieć akurat coś do kolegi, który znajduje się po drugiej stronie okrętu ale to się roznosi a w sterowni potrzeba ciszy.
Czyli do tej pory robili jazgot jak skauci w autobusie na wycieczce.

Po trzecie, jeśli któryś z was będzie narzekać na jedzenie automatycznie ląduje do końca na zmywaku.
I będzie jadł to, co osadzi się na kratce odpływu.

Po czwarte, bez poważnego powodu macie zakaz wchodzenia do kajuty kapitanów [gdzie odpoczywam, jasne?] [Kapitanów! Mówiłam, że ich tam było kilku!], sterowni i maszynowni.
Nie wolno też ciągnąć za żadne dźwignie, ani kręcić korbkami i kółkami.

Mowię do was jak do dzieciaków ale jesteście dorosłymi mężczyznami, przynajmniej takie mam wrażenie, i mam nadzieje, że wszystko rozumiecie. Za kilkukrotne złamanie którejkolwiek z zasad lądujecie za burtą. Rozumiecie?
-Tak jest, kapitanie!

http://www.comedyseries.info/bestsitcoms/navy-lark-3.jpg

(...)

-Chuck! Jednak cię przenieśli! - rzucił rozradowany Garth.
-Co się stało takiego? - spytał ktoś inny.
-Generał Rufus zadzwonił do Bobby'ego, że jego oficerowie to miękkie kluchy i większość twierdzi, że ma chorobę morską i nie da rady płynąc statkiem. Spytał, czy ma kogoś, kto by mógł wypłynać. Gdy usłyszałem o propozycji wyjazdu do Bostonu od razu się zgodziłem.
Załamany generał ze łzami w oczach błagał o jakichś ochotników, po tym, jak pięćdziesięciu oficerów odmówiło wykonania rozkazu, wykręcając się a to chorobą morską, a to delfinofobią, a to że dziś nie mogą, bo mają imieniny u szwagra.


-Jak twoja nowa kompania?
-Totalne mięczaki, nic jak na razie nie umieją zrobić porządnie a szkoliłem ich dobre piec miesięcy.
To niestety nie tyle źle świadczy o nich, co o twoich kwalifikacjach.

(...)
Tak jak było powiedziane tak sie działo. Baltazar pilnował swoich zasad jak oczka w głowie. Kilkoro [kilku] mężczyzn już zużyło swoje szczoteczki do zębów do mycia pokładu. Trzech wylądowało na zmywaku. A jeden wyleciał prawie za burtę. Jedynym powodem, dla którego tak się nie stało, była obietnica tamtego, że będzie zanosić kapitanowi śniadanie do łóżka i będzie na każde jego zawołanie.
Taaaaaaak? ^^
No wiesz...

Novakowi się to spodobało i odpuścił mężczyźnie kąpiel w ocenie.
Ale my nie odpuścimy kąpieli w analizie!

Co jakiś czas mieli ćwiczenia, zajęcia strategiczne czy różnego typu próby sytuacji awaryjnych. Ale przez większość czasu nic nie robili, co in odpowiadało.
Wylegiwali się na pokładzie spacerowym, ciesząc się słonkiem i lekkim wiaterkiem.
Taaak… Generał ćwiczy rekrutów, pułkownik prowadzi ich do kwater, a szeregowcy uczą się strategii. Nic dziwnego, że Niemców tak długo nie udawało się pokonać.
Albo na odwrót - cud, że US Army trzymała się tak długo.

https://ichef.bbci.co.uk/images/ic/1200x675/p01gdzr7.jpg

Baltazar, gdy akurat nie sterował okrętem, przechadzał się po pokładzie narzekając.
-Jak ja nie cierpię statków. Jak ja nie cierpię słonej wody. Na cholerę mi to było. Jeszcze brakuje żeby skończyło się jak na tym cholernym Titanicu. Nienawidzę Tytanica - dzień w dzień, za każdym razem gdy chodził po okręcie powtarzał w kółko to samo.
Powinien był chyba lepiej przemyśleć wybór ścieżki kariery.
Chodzi po okręcie, ale powtarza, że nienawidzi statków. Pewnie kiedyś się z którymś zderzył.

(...)
Byli juz w połowie drogi. Wszystko przebiegało dość spokojnie. Do dzisiaj.
Był wczesny wieczór. Mężczyźni rozgadani siedzieli w jadalni [mesie] jedząc kolacje. Niedługo po tym, jak skończyli, rozległ się alarm.
Grzeczny alarm, nie przerwał im posiłku.

Bez zbędnych pogaduszek pobiegli zabrać najpotrzebniejsze rzeczy myśląc, że to tylko ćwiczenia. Stanęli przed wejściem na górny pokład, gdzie czekał na nich Shurley.
-Na horyzoncie pojawił się niemiecki statek. To nie są ćwiczenia. Bądźcie przygotowani na każdą każdą ewentualność.
Ale taką zupełnie każdą-każdą, np. że statek okaże się krążownikiem pomocniczym, podszywającym się tylko pod frachtowiec.
I że są w zasięgu dział wilczego stada.

Wsród żołnierzy było widać wyraźne poruszenie. Nie spodziewali się czegoś takiego. Zostali pod podkładem czekając na rozkazy. Chuck w tym czasie stał na górze wraz z Baltazarem.
-Co oni do cholery tu robią? - spytał kapitan.
- Kapitanie, na Atlantyku trwa wojna. Nie słyszałeś o tym?

-A skąd mam wiedzieć?
O, ten też jest dobrze poinformowany.
Amerykański izolacjonizm trzyma się mocno.

-Jesteśmy jeszcze dość duży kawałek od Europy. A nawet jeśli to nie powinno być ich aż tylu!
A kto im zabroni?

-Ile jest w ogóle okrętów?
-Cztery ale jeden niebezpiecznie blisko.
A pięciu nie widać, bo na nasz widok potonęły, tylko im pogięte rurki widać, o tam!

Chyba rzeczywiście te krążowniki pomocnicze, bo to takie ni to statki, ni to okręty.

-Myślisz, że nas zauważyli?
-Dziwne by było, gdyby nie. Pytanie co zamierzają z tym faktem zarobić.
Skrzynie pełne złota?

Na pokład wbiegł zdyszany jeden z członków załogi. Podszedł szybszymi krokiem do mężczyzn.
-Kapitanie, Niemcy na lini, chcą rozmawiać.
W 1940 na morzu to Niemcy rozmawiali głównie językiem torped.

-Dowodzący oficer Shurley, chcieliście podobno rozmawiać.
-Co tu robicie? - odezwał się ostry głos po drugiej stornie telefonu.
Telefonu… na okręcie… telefon… *słabnie i zwisa z krzesła w pozie umierającego łabędzia*
Tak, tak… telefon. Taki z kablem, bo komórek przecież jeszcze nie znali.
I jak widać wszyscy, swoi i wrogowie, znali nawzajem swoje numery :D
Podawali je sobie na gadu-gadu.

Chuck zdziwił się słysząc te słowa. Oczekiwał czegoś innego.
Że to dzwoni mama pytając z troską, czy ma szaliczek i czapeczkę.

-Mógłbym spytać o to samo.
-Odpłyńcie, inaczej będziemy zmuszeni zaatakować.
Grzecznie was ostrzegamy, żebyście mieli czas przygotować się do obrony.

-Nie będziemy zbaczać z kursu przez pogróżki.
-W takim razie przygotujcie się na atak - powiedział głos i połączenie zostało zakończone.
-Szlag.
-Co teraz?
-Jak to co? Musimy się bronić. Widać na nadajniku jakieś inne statki oprócz tych niemieckich?
Chuck zaczerwienił się i prędko zabrał z nadajnika modele okrętów, którymi bawił się podczas nudnej wachty.

-Jakieś dwa inne, tylko są daleko i nie wiadomo pod jakim dowództwem  - odpowiedział jeden z obecnych w pomieszczeniu mężczyzn.
-Da się jakoś z nimi skontaktować?
-Można spróbować - odparł kapitan.
Załoga chodziła po pomieszczeniu wykonując swoje zadania.

Baltazar nawet nie musiał mowić im co maja robić. Chuck stał zamyślony starając sie obmyślić plan działania. Miał tylko cichą nadzieję, że jednak tamte okręty okażą się po ich stronie.
Znaczy, że jeden nie musiał mówić, drugi się zamyślił. Zapadła cisza.

-Mamy sygnał, sir.
Wziął słuchawkę do ręki i czekał aż ktoś się odezwie. W końcu usłyszał czyiś głos z wyraźnym francuskim akcentem. Odetchnął z ulgą.
-Sierżant Jean [Sans-Nom], kto mówi?
Tu Amerykanie nieco się zdziwili, że w Europie najwyraźniej na morzu też używa się lądowych nazw stopni.
Ale tylko na chwilę, bo zaraz sobie przypomnieli, że Europejczycy przecież nazywają soccer futbolem, więc do wszystkiego są zdolni.

- [Hej, Jasiek!] Dowodzący oficer Shurley, wojsko amerykańskie.

W tym momencie bosman Jasio trochę się zakałapućkał, bo nie miał pojęcia co to znaczy “oficer dowodzący”.
Commanding officer (CO), czyli dowódca jednostki, w odróżnieniu od oficera wykonawczego (XO), czyli zastępcy.
Jasiek mógł tego nie wiedzieć, bo nie był oficerem. Jak widać, u Francuzów okrętami dowodzili bosmani.
I co ten Shurley tak się wpierdala ludziom w kompetencje? Nie jest dowódcą jednostki, nie jest nawet członkiem załogi, on i jego ludzie są po prostu przewożonymi pasażerami! Kapitanem jest Novak i to on powinien rozmawiać!

…aaaa, wróć. W uniwersum Supernatural Shurley jest Bogiem incognito, więc rzeczywiście, w tym przypadku “pierwszy po Bogu” musi ustąpić ;)

Potrzebujemy pomocy, sir.
Nie żadne “sir”, bo do francuskiego sierżanta mówi się “fromage”.

Wokół nas znajdują się cztery okręty niemieckie, chcą nas zaatakować.
Takie psubraty!

-Jak daleko od was się znajdują?
-Gdyby Niemcy byli bliżej, to mogliby słyszeć o czym rozmawiamy.
I co ważniejsze: JAKIE okręty? Bo to jednak duża różnica, czy mamy walczyć z jakimiś ścigaczami, czy z pancernikami.
Z późniejszego opisu bitwy wnioskuję, że autorka widziała tu raczej galeony pod pełnymi żaglami.

-Jakieś 15 mil morskich. Są bliżej od was jednak mamy nadzieję, że dacie radę dopłynąć z pomocą na czas.
Czyli okręt amerykański płynie samotnie, bez konwoju, w sam środek zawieruchy wojennej.

-Proszę poczekać - głos mężczyzny ucichł a Chuck czekał z niecierpliwoscią na dalsze informacje. Po niecałej minusie, która trwała dla niego jak z dziesięć plusów, głos znów się odezwał. - Może sir przypomnieć ile jest tych statków wroga?
Francuzi pamięć mają dobrą, tylko krótką. I naprawdę, wystarczyłoby “może pan”.

-Cztery. A nasz jest jeden.
-W okolicy oprócz nas znajduje się jeszcze pięć innych naszych okrętów, każdy kilka mil dalej.
Jaka wspaniała była flota francuska!
Mers-el-Kébir nic a nic jej nie zaszkodziło.

Postaramy się jak najszybciej dotrzeć z pomocą. Do tego czasu postarajcie się ich jakoś powstrzymać. Powodzenia.
Albo przynajmniej zdezorientować Kota.
Chwila przerwy.

***
-Pierwsza dwudziestka do armat, reszta do broni! - rozkazał oficer i wszyscy bez wachania (przez ch, bo cholernego) zrobili co do nich należy.
Po pierwsze: armaty to nie broń? Po drugie: co za “pierwsza dwudziestka”, te papudroki mają działa, a nie mają artylerzystów? Przecież powinno być “na stanowiska bojowe!” i każdy powinien wiedzieć, jaka jest jego rola w takiej sytuacji! Nawet kucharze i stewardzi w takich warunkach obsadzali broń przeciwlotniczą.

Okręty niemieckie zbliżały się w ich stronę. Po pokładzie większość załogi biegała to w jedną to w drugą wykonując polecenia kapitana.
Zamierzali olśnić nieprzyjaciela tańcem synchronicznym?
Robią co mogą, aby Niemcy powymierali ze śmiechu.

Nagle dało się usłyszeć melodię płynącą nie wiadomo skąd… była trochę skoczna, trochę straszna, ale dobra jako tło do walki na morzu:



Usłyszeli pierwszy huk. Niemcy wystrzelili jako pierwsi. Kula armatnia trafiła obok okrętu.
Zrobiła taki plusk, że ojeju!

Żołnierze spojrzeli tylko na oficera. Gdy ten skinął głową zaczęli strzelać z armat.
Większość kul nie trafiała. Te, które jednak tak, nie zrobiły dużych szkód.
Złamały się dwie reje na fokmaszcie, ale takielunek wytrzymał.

Niemcy mieli trochę więcej szczęścia, a im bliżej się znajdowali, tym ich strzały były celniejsze.
Shurley wydał rozkaz strzelania z broni.
Do tej pory strzelali oczami?

Strzelcy mieli większe szczęście - udało im się trafić większość ludzi obsługujących armaty. Okręt zaczął się wycofywać.
Musieli chyba mieć rusznice przeciwpancerne, skoro wyeliminowali działony ukryte w wieżach artyleryjskich.
Najpierw trzeba byłoby wiedzieć, że to nie bitwa Czarnej Perły, ale że takie okręty wtedy walczyły:


Ale co z tego, że udało im się powstrzymać jeden gdy zostały ich jeszcze trzy.
Byli w kiepskiej sytuacji. Kończyły im się kule armatnie (!!!)
No co się dziwisz? Kule były wytoczone z kamieni.
– Do kaduka! Beczkę prochu nam zalało! – wrzasnął jeden z marynarzy.

a inne okręty były zbyt daleko, by moc strzelać do nich z broni palnej.  
Dlatego strzelali z broni białej, wywołując tym konsternację w szeregach nieprzyjaciela.
Szyli z łuków.

Jedyne co im zostało to odpłynąć. Więc to zrobili. A przynajmniej starali się.
Wrogie wojska jednak zamiast oddalać, się zbliżały się.
Co się dzieje się?!

Ich atak był coraz skuteczniejszy.
Znaleźli się na pozycji przegranej.
Ale nagle usłyszeli wybuch za nimi. I kolejny i kolejny. Jeden z okrętów zaczął się topić.
To znaczy: nie tonął, tylko rozpływał się pod wpływem temperatury?
Od tych wybuchów, rzecz jasna.

Ich wybawienie przypłynęło.
Przyciągnięte Imperatywem Narracyjnym

Dalej wszystko potoczyło się dość szybko. Niemcy widząc nadciągającego drugiego wroga zawrócili w nich stronę i szybko zostali zniszczeni.
Chuck odetchnął z ulgą. Nie minęła chwila a ktoś przyszedł po niego. Francuski sierżant chciał rozmawiać.
- To niech sobie kupi papugę!

-Oficer Shurley.
-Niemcy rozgromieni. Zauważyłem, że dopłynęliśmy w idealnym momencie.
Szykownie spóźnieni.

Nawiasem mówiąc, jakby ktoś chciał sobie poczytać o konwojach przez Atlantyk, to serdecznie polecam “Okrutne morze”.

(...)
Rok 1940, sierpień
Francja
Spędzili we Francji już dobre cztery miesiące i tak naprawdę jedyne co się zmieniło, to to, że byli częściej wysyłani w teren.
Przepraszam, są na terenie Vichy czy okupowanym?
W podstawówce jedna osoba z mojej klasy, zapisując ze słuchu pytania na kartkówce, zamiast “Vichy” napisała “wisi”. I tak chyba jest właśnie w tym przypadku.
Nic się nie dzieje... nuda, panie.

Przez ten czas osiągneli wiele sukcesów ale sytuacja na świecie wcale nie wyglądała lepiej.
Mimo ich olbrzymich wysiłków, polegających na nieustannym przeczesywaniu terenu.

Niech żyją nasi dzielni chłopcy! Gdyby nie oni, kraje Beneluxu skapitulowałyby już w maju, Francja wytrzymałaby zaledwie miesiąc dłużej, a Wehrmacht urządził paradę w Paryżu… oh wait.

Nadal czekało na nich mnóstwo zwycięskich bitw [!]  a i też dużo przegranych.
Po kapitulacji Francji to chyba w partyzantce.
I tak przez cztery lata, do utworzenia drugiego frontu.

Najbardziej podobało im się tutaj to, że każdy był traktowany równo, niezależnie od stopnia.
Szeregowy wołał do generała: E, ty, skocz mi po fajki!
A jak ktoś mówił “yes sir”, to żartom nie było końca.

Poznali wielu nowych ludzi, zyskali mnóstwo przyjaciół i nauczyli się większego zaufania w stosunku do kompanów.
Chodzili razem na wycieczki, grali w piłkę, a na sprawdzianach dawali sobie ściągi.

Bracia Winchester nigdy nie sądzili, że życie w wojsku będzie im się podobać. Ale mieli tu to, czego nigdy nie mieli wcześniej - przyjaciół, których traktowali jak rodzinę. Owszem, mieli wcześniej jakichś przyjaciół, nadal mają, ale ta żołnierska przyjaźń była zupełnie inna. Była bardziej prawdziwa, z większym zaufaniem, troską o drugiego. A strata chodź jednego była strasznie bolesna.
“Chodź” zamiast “choć” też bywa bolesne.

Kilka dni temu wrócili z akcji. Teraz spędzali czas w obozowisku i przygotowywali się do następnej wyprawy.
Dobra, zreasumujmy. Mamy sierpień 1940 roku. Od chwili przybycia bohaterów opka do Francji, Niemcy zajęli Benelux i Francję, która od czerwca jest podzielona na dwa obszary - północny, okupowany przez Niemców i południowy, z kolaboracyjnym rządem Vichy.
No to oni chyba byli na południowo-wschodnich skrawkach pod okupacją włoską.
A poza tym we Francji bez zmian.

Na szczęście czasami dawano im wychodne i mogli wyjść poza obozowisko.

Jak to zawsze mieli już w zwyczaju, pewnego wieczoru, za pozwoleniem Shurley'a, poszli wiekszą grupą do pobliskiego miasta uczcić zwycięstwo.
Konspiracja, taka ich mać…
Wyjątkowo polubili lokal René Artois, za jego rodzinną, miłą atmosferę. Szybko znaleźli tam nowych przyjaciół.

Wszystko zawsze przebiegało spokojnie do momentu, aż nie weszli do baru, w którym wszyscy już ich znali.
Weszli, przywitali się grzecznie: dzińdybry!

Gdy tylko otworzyli drzwi, ludzie podnieśli okrzyk radości ciesząc się na widok towarzyszy do picia.
Chłopaki w feldgrau pogratulowali im kostiumów handlarzy cebulą.

Barmanka, którą już każdy z nich próbował poderwać bez najmniejszego efektu, przygotowała im drinki, wiedząc dokładnie co kto ma zamiar pić.
Oni w zamian dali jej mokre pory.

-Panowie! Co tam słychać w wiekim świecie żołnierza? - spytał siedzący najbliżej nich starszy mężczyzna.
-Co słychać? Kolejna wygrana! Mowię panu, jak tak dalej pójdzie szybko pozbędziemy się tych Niemców! - odparł Benny, jak zwykle ubarwiając swoją odpowiedz.
Z szafy wyjrzeli angielscy lotnicy i zapytali, czy to już koniec wojny.

Zawsze to robił i większość szła za jego przykładem. Ludzie żyli w strachu o jutro i chcieli dać im poczucie bezpieczeństwa, nadzieję, że już niedługo wszystko się skończyć, na lepsze jutro, mimo że sami w to nie wierzyli. A ludzie byli im za to wdzięczni, nawet jeśli wiedzieli, że kłamią. Liczyło się to, że się starają, że próbują wszystko naprawić.
Starszy mężczyzna zdarł z siebie żakiet i druciane okularki.
To była dziewczyna w berecie, która oznajmiła:
- Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać…

-Słyszałem tyle opowieści, o was, Amerykanach. Żadna nie była pozytywna. Ale jeśli jeszcze raz gdzieś usłyszę złe słowo to wspomnę o was, jako o porządnych Amerykanach. Nawet nie jako o Amerykanach ale jako o porządnych ludziach, z których warto brać przykład. Nie każdy ma tyle odwagi co wy, panowie. Dlatego stawiam wam kolejkę na mój koszt!
Wszyscy w barze wznieśli wiwat. Nie przeszkadzało im to, że są w centrum uwagi.
Popatrz, synku, tak wygląda tajemnica poliszynela.

Podobało im się to. Czuli się docenieni. W ciagu tych miesięcy odebrali życie tylu ludziom.
Nie potrafiliby nawet zliczyć ilu. I te kilka słów wdzięczności znaczyły dla nich wiele, potrzebowali ich.
Robimy to tylko po to, żebyście nas kochali!

Podpici zaczęli zwracać mniejsza uwagę na to jak się zachowują i co mówią. Jedni postanowi pić dalej aż do upadłego, inni zagrać z miejscowymi w pokera o wszystko co tylko przyjdzie im na myśl. Jeszcze inni w przypływie pijackiej serdeczności zapraszali miłych kolegów w feldgrau na ognisko integracyjne.
A Dean i Benny postanowili sprawdzić kto wyrwie więcej kobiet.
Wyszli we dwoje [nawet nie ukrywając, że jeden z nich jest dziewczyną] z baru i ruszyli na łowy.
Za nimi, po cichu, z lokalu na łowy wymknął się Gruber.

(...)
[Dean] Podszedł do przechodzącej obok kobiety. Zrobił najseksowniejsze spojrzenie jakie umiał zrobić po wypiciu dość dużej dawki alkoholu i spróbował ją pocałować. W odpowiedzi dostał w twarz. Benny leżał na ziemi i śmiał się. Wkurzony Winchester poszedł do przodu ignorując nabijającego się z niego przyjaciela. Jeszcze mu kiedyś pokaże.
Droga aŁtorko, molestowanie kobiet na ulicy przez pijanych kolesi NIE jest zabawne. W żadnym kontekście.

Zaczął już nawet wymyślać okrutną zemstę, gdy jego widok przykuła pewna postać po drugiej stronie ulicy. Nie zapamiętał czy była to kobieta, czy mężczyzna ale zapamiętał ten kruczoczarny kolor włosów i te niesamowicie niebieskie oczy, które już ujrzał z daleka. Tak strasznie spodobały mu się te oczy, wiedział, że na pewno będzie widywać je ponownie w snach.
Aaaha. Nieznajoma istota musiała nieźle świecić oczami, skoro z daleka, po ciemku zauważył ich kolor. Nie zauważył natomiast, czy to kobieta, czy mężczyzna – khę, mówimy o latach 40., kiedy kobiety jeszcze nie nosiły masowo spodni ani krótkich włosów, a ubranie raczej podkreślało sylwetkę, niż ją maskowało.

Wiem! To był Herr Flick w peruce, przebrany za kobietę i szpiegujący Grubera!

Dean był tak skupiony na podziwianiu androgynicznej sylwetki nieznajomej osoby, że nie usłyszał zbliżającego się Benny'ego. Ten skorzystał z chwili nieuwagi Winchestera i rzucił się na niego powalając go na ziemię i nadal się śmiejąc. Dean próbował zachować powagę ale zaczął się przepychać z przyjacielem przez co później sam zaczął się śmiać.
A przechodnie tylko wywracali oczami… “Ci Amerykanie!”.

Gdy się zmęczyli [przepychankami i niedźwiedzimi zapasami na chodniku] stwierdzili, że pora wracać do obozowiska. I tak zrobili, idąc dłuższą drogą i wstępując do każdego baru po drodze na jeszcze jedną kolejkę.
Wszędzie witani byli okrzykami radości, a Vive les Americains! niosło się po okolicy.

Dłuższa droga prowadziła przez las. Szli pijani nie próbując nawet zachować ciszy. Albo krzyczeli albo się śmiali. Było ciemno, konary drzew zasłaniały światło księcia.
I puchały puchacze - no bo ktoś musi puchać!

Chodzili krzywo i co chwile obijali się o jakieś drzewo ale pewien żołnierski instynkt się nie wyłączył. Mimo hałasu pozostali czujni.
I tylko dzięki niemu usłyszeli podejrzanie blisko nich odgłosy.
Szelestu-szelestu (© by PLUS)  

Trzeźwość jakby od razu do nich wróciła i przestali rozmawiać. Rozejrzeli się dookoła próbując zorientować się w sytuacji. Ale ich problemem było to, że nic nie widzieli.
I dlatego nie zorientowali się, gdy ktoś zaszedł ich od tyłu i założył im worki na głowę. Spanikowani zaczęli się wyrywać i wołać o pomoc ale to nic nie dało.
Zostali ogłuszeni i porwani.
Mistrzunio! Bardzo trudno jest zajść od tyłu kogoś, kto rozgląda się dookoła. A tym trudniej ogłuszyć dwóch wyszkolonych (?) żołnierzy. Po czym ich obu porwać, obojętnie czy metodą “za łeb i w nogi”, czy “w łeb i za nogi”.

***
Sam obudził się następnego dnia wcześniej od innych - jak zwykle jako jedyny pił z rozsądkiem i tak, aby nie mieć kaca. Długo nie myśląc, wstał i przebiegł się po okolicy aby rozruszać mięśnie.
W tym wojsku nie znają czegoś takiego jak ogólna pobudka?

(...)
Stwierdziwszy, iż jego brat pewnie jeszcze śpi, wpadł na pomysł obudzenia go w dość okrutny sposób. Zakradł się po cichu do jego łóżka.
Chciał już zacząć go budzić ale łóżko było puste. I było pościelone. Dean nigdy nie ścieli łóżka, zwłaszcza gdy ma kaca.
A sierżant, który pilnuje porządku, bardzo się tym przejmuje. I głęboko wzdychając, sam ścieli pryczę tego łobuziaka.

A Dean po wyjściach na miasto zawsze ma kaca. I to często przez dwa dni.
Zaniepokojony zaczął rozglądać się po pomieszczeniu mając nadzieje, że jego brat po prostu zasnął w czyimś łożku. Ale nie było po nim śladu.
Wyszedł z kwatery w poszukiwaniu Deana. Nie było go ani w stołówce, a Dean nie przegapia żadnych posiłków, ani nie znalazł go w łazience czy w innych kwaterach.
Apeli z meldowaniem stanu liczebnego oddziałów też nie znają.

-Kevin! Widziałeś może mojego brata? - spytał zmartwiony chłopaka.
-Jezu, Sam, nie krzycz. Ale nie, ostatni raz wczoraj jak wychodził z baru z Benny'm.
-A ty Garth?
-Tak samo. Nie ma ich?
-Nie wiem, nie mogę ich znaleźć. Boje się, że coś się stało.
Że zdezerterowali w czasie wojny.
Teraz mam ochotę postraszyć aŁtorkę: za taki “wygłup” nikt ich z wojska nie wyrzuci. Za dezercję staje się przed sądem wojskowym, ale to tylko formalność, bo wyrok jest jeden.
(...)
***
Obudził się z wielkim bólem głowy.
W pomieszczeniu było ciemno. Minęła chwila zanim jego oczy przyzwyczaiły się do braku światła i zaczął coś widzieć.
Spróbował się podnieść. Nie dał rady. Był przykuty łańcuchami.
Za szyję do podłogi?

(...)
-Benny? - spytał prawie szeptem. - Jesteś tu? Albo ktokolwiek? - miał zbyt sucho w gardle. Wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa przysparzało go o okropny ból [przyprawiało o ból albo przysparzało bólu].
-Dean? - usłyszał zachrypnięty głos z drugiego końca pomieszczenia. - Gdzie my jesteśmy?
-Też chciałbym wiedzieć.

Usłyszeli czyjeś kroki. Ktoś otwierał drzwi. A potem zamknął je z wielkim hukiem. Obydwoje [ech....] jęknęli z bólu. Przez kaca te wszystkie odgłosy były dziesięć razy głośniejsze. Mieli wrażenie, że zaraz wybuchnie im głowa.
Jedna, wspólna.

I znowu kroki. Tylko teraz bliżej. I tym razem drzwi otworzyły się do ich celi. Pomieszczenie oświetliło się całe przez światło z korytarza. Zamknęli oczy. Było zbyt jasno. Gdy jednak przywykli do światła otworzyli je z powrotem. Przed nimi stał mężczyzna w mundurze z dość obojętnym spojrzeniem a za nim dwóch innych uzbrojonych w karabiny.
-Ihr! Strammsteht! Schnell!
(Wy! Baczność! Szybko!)
Jeśli więźniowie są przykuci do podłogi, to nie oczekujmy cudu, że nagle staną na baczność.
Ba, on im kazał stanąć prosto. Gdyby chciał, żeby stanęli na baczność, zawołałby: Stillgestanden!

Niemcy. Gorzej nie mogli trafić.
Nooo… mieć kaca w hitlerowskim więzieniu, to nie w kij dmuchał.

Spojrzeli na siebie na wzajem nie rozumiejąc o co tamtemu chodzi. Wrzasnął jeszcze raz. Nadal nie wiedzieli co mają zrobić.
Wkurzony kazał dwójce z karabinami podejść do więźniów. Wystraszeni spróbowali podnieść się szybko z ziemi. Przez te łańcuchy ledwo im się to udało. Niemiec uśmiechnął się zadowolony.
-Gut. Amerikaner?
(Dobrze. Amerykanie?)
To zrozumieli. Przytaknęli.
-Sprecht lauter!
(Mówcie głośniej!)
-Yes! Sí! Oui! Ja! - odpowiedzieli każda wersje "tak" jaką znali, nie wiedząc, która go zadowoli.

-Er! Mitnehmen! (On! Ze mną!) - wskazał na Benny'ego.
Dosłownie: On! Wziąć ze sobą!

Dwóch Niemców z karabinami podeszli do niego. Mężczyzna próbował im się wyrwać ale byli silniejsi.
-Zostawcie go! Weźcie mnie! - krzyknął Dean mając nadzieje, że może jednak coś zrozumieją. Ale nawet jeśli zrozumieli to udali, że nie słyszą. Ciągnęli, wciąż wyrywającego się Benny'ego za sobą, próbując wywlec go z pomieszczenia.
-Dean!
-Benny! - Winchester spróbował wyrwać się z łańcuchów i pomóc przyjacielowi ale były za mocno wkute w ścianę.
-Dean!
Huk.
Drzwi ponownie się zamknęły. Zza ściany usłyszał stłumiony krzyk Benny'ego. Zrezygnowany usiadł na podłogę, mając nadzieje, że to nie był ostatni raz, gdy widział przyjaciela.

Oczywiście musimy przyjąć na wiarę, że Niemcy wcale się nie zdziwili na widok umundurowanych Amerykanów, oraz że nie wysłali ich do żadnego obozu jenieckiego, skoro to żołnierze.

Zaprowadzili go do oświetlonego pokoju i przykuli do ściany, gdzie stał zwrócony plecami do pomieszczenia. W środku znajdowało się tylko jedno biurko i szafa.
Ktoś do niego podszedł i rozciął mu bluzkę. Dean dalej próbował się wyrwać ale na nic się to nie zdało.
-Wie heißt du? (Jak się nazywasz?) - usłyszał pytanie, którego nie rozumiał.
-Pierdol się.
-Pierre d’Olsee? Ja?

Cisza. I nagle poczuł przeszywający ból na plecach. Ledwo powstrzymał się od krzyknięcia.
-Wie heißt du? - Niemiec powtórzył spokojnie pytanie.
-Spierdalaj sukinsynie.
Tym razem uderzenie było silniejsze. Krzyknął.

-Wie heißt du? - powtórzył trzeci raz pytanie nadal spokojnie.
Dobra Winchester, to nie moze być wcale takie trudne. O co moze temu debilowi chodzić? O co przeważnie się pyta na początku?
-D... Dean Winchester - odpowiedział z wahaniem nie będąc pewnym czy o to chodziło. Przyszykował się na następne uderzenie. Jednak ono nie nastąpiło. Odetchnął z ulgą.
-Wo ist deine Kompanie?
(Gdzie jest twoja kompania?)
Na śniadaniu!

A to kurwa jak mam zgadnąć?
Na nas nie patrz, nie my to wymyśliliśmy.

Nie odpowiedział. Ponownie został uderzony w plecy. Znów krzyknął.
Nie odpowiedział na żadne inne pytanie. Nic nie rozumiał. Nie wiedział ile razy został uderzony ale w pewnym momencie zemdlał z bólu.
Gdy się obudził torturowali go dalej. Trwało to godzinami. W końcu stwierdzili, że nic im nie powie i zaprowadzili go do celi.

Bla bla, Dean i Benny siedzą w lochach, co jakiś czas zabierani na tortury; Dean rozmyśla czy ktoś ich uratuje, czy wojna się już skończyła i kim była ta osoba o cudownych niebieskich oczach. Ciach.

***
Huk.
Strzał.
Krzyk.
Kolejny strzał.
Obudził się zdezorientowany.
Ktoś krzyczał po niemiecku. Ktoś inny po angielsku. Jeszcze ktoś po francusku. Dało się też usłyszeć parę słów po włosku. I rosyjskie przekleństwa.
Otworzyły się drzwi.

Na korytarzu panował chaos. Co chwile ktoś biegł to w jedną to w drugą. Co jakiś czas padały strzały.
Do jego celi weszło pięciu mężczyzn. Zamknęli drzwi. Podeszli do niego i zaczęli na nowo zadawać pytania.
Co tu się do jasnej cholery dzieje?
A żebyśmy to wiedzieli.

Nie odpowiedział na żadne pytanie. Nie skupiał się nawet na tym co mówią. A oni zadowoleni tylko go bili i bili.
Tak na zapas, bo wiedzą, że to już ostatni raz.

Nie próbował powstrzymywać krzyku. Może dzięki temu ktoś go usłyszy i uwolni.
I nie mylił się. Ktoś dobijał się do pomieszczenia.
Pukał (no dobra - walił pięścią)  w drzwi celi.
Maniak. Hobbysta jakiś.

Miał tylko nadzieje, że to nie kolejni Niemcy.
Jeden z jego oprawców podszedł do drzwi myśląc, że to ktoś od nich. Jednak się mylił. Otworzył je. Dostał kulkę w głowę. Padł martwy. Pozostała czwórka stanęła w osłupieniu.
I tak stali jak żona Lota, nie sięgnąwszy nawet po broń.

-Dean... Dean! Chłopaki! Znalazłem go!
Ten głos... Czy to... Sam?
Wszystko rozegrało się szybko. Do celi wbiegło kilku innych żołnierzy. Niemcy nawet się nie zorientowali, gdy padli na ziemie martwi.
Strzały i krzyki w budynku zaczynały cichnąć.

-Dean... znalazłem cię...
-Sammy...
Sam chwycił brata w ramiona, w niedźwiedzi uścisk, jednak gdy ten jęknął z bólu dopiero zdał sobie sprawę w jak okropny stanie się znajduje.
-Na korytarzu czysto?
-Czysto!
I wypastowane!

-Pomóżcie mi go stąd wynieść.
Kilkoro mężczyzn chwyciło starszego z braci i wynieśli go z budynku.
-Sammy... ile... ile czasu minęło?
-Trzy pierdolone miesiące Dean. Szukaliśmy was trzy pierdolone miesiące.
Trzy miesiące…?!
Po kij od jakiej chędożonej mietły Niemcy trzymali ich tam trzy miesiące, skoro już pierwszego dnia było jasne, że nic nie powiedzą, bo nawet nie rozumieją pytań? Albo znaleźć kogoś mówiącego po angielsku, albo kulka w łeb i do piachu!
Ewentualnie starannie skopać i wysłać do stalagu.

(Wiem! Wiem! To nie żadne SS czy inne Gestapo, to Till z Ryśkiem zamknęli chłopaków w piwnicy i trzymali ich tam dla własnej przyjemności!)

-Benny... gdzie on...
-Dean...
-Gdzie? - spytał ostatkiem sił. Czuł, że zaraz straci przytomność ale musiał pierw wiedzieć.
-Dean... my... on... znaleźliśmy go martwego. Dean, Benny nie żyje.


Rok 1941, październik
Minął rok od tragicznych wydarzeń. Minął rok od śmierci Benny'ego.

Dean nie może pogodzić się z tą śmiercią, ma koszmary, aż chcą go z tego powodu odesłać do domu, ale się nie zgadza.

Przez długi czas nie pozwalali mu brać udział w bitwach. Jedynie pomagał w obozowisku.
Nosił wodę ze studni, zamiatał obejście, rąbał drewno. To pozwoliło mu jakoś przetrwać.
A oni tak sobie siedzą cały czas w jednym miejscu, tylko tu sobie wyskoczą na bitwę, tam na inną i czasami do miasteczka na wódkę? Aż się prosi, żeby Niemcy zebrali większe siły i zgnietli ich raz a dobrze.
Zwłaszcza, że jak wiemy, stoczyli wiele bitew i zabili wielu Niemców, za co okoliczni mieszkańcy są im wdzięczni, czego nie można powiedzieć o hitlerowcach.
(To jest ten przypadek, kiedy dobra strona wygrywa wojnę, bo ci źli są jeszcze głupsi…)

(...)
Sam wręcza Deanowi zaadresowany do niego list od Benny’ego. List znaleziono w jego rzeczach niemal rok temu, ale przez ten rok Sam nie zdecydował się go przekazać, nie wiedząc, czy brat jest w odpowiednim stanie psychicznym, żeby go przeczytać.

***
Boston w stanie Massachusettes, USA,
12.03.1939 roku.
Prorok, czy co? W marcu 1939 siedzieli jeszcze w Teksasie!

Drogi...
Droga...
Droga osobo, która to przeczyta.
Cholera, nie mam pojęcia po co to pisze ale jak już zacząłem to skończę.
Więc, jeśli to czytasz to prawdopobnie nie żyje. [Kto?] Spytasz jak zginąłem? A skąd mam to, kurwa, wiedzieć, skoro jeszcze żyję? Ha, nie mam pojęcia, mam nadzieje, że nie boleśnie. Czy przeżyłem dobre życie? Cóż... nie było takie złe.
Za [rok i] kilka dni wypływamy do Francji [gdyż dopiero za kilkanaście miesięcy zostanie zaatakowana przez Niemców, ale na razie o tym sza!], gdzie będziemy ciagle wysyłani na jakieś misje.
Czuje, że podczas którejś zginę.
Gdyby ten facet zarabiał jako jasnowidz, to powinien dorobić się majątku jak Rockefeller. Każdy wywiad na świecie próbowałby go kupić.

No bo hej, mało kto wychodzi bez szwanku z wojny. Więc to, ten list, będzie pamiątką po mnie.
Zaciągnąłem się do wojska, bo... bo mój ojciec zginał podczas I Wojny Światowej
(jak raz wziął i zgiął Grubą Bertę, to przez trzy dni chodził jak kołowaty)  

i chciałem go pomścić. Zginał z rąk Niemców. Jedyne co mnie zastanawia, to jak zginał, czy cierpiał.
W trakcie może nie, ale potem… Bladość, osłabienie, drżączka, a nawet ślepota!
A jak dobrze wygiął, to i debilizm.

Ale myślę, że nie znajdę już na to odpowiedzi.
Pierw byłem zaślepiony zemstą, o niczym innym nie myślałem. Gdy wsiadłem do tego cholernego pociągu w Dallas chciałem tylko dotrzeć już na miejsce, przejść to głupie szkolenie i wyjechać gdzieś, gdzie będę mógł pomścić ojca.
Chciał pomścić ojca, który zginął z ręki Niemców, więc poszedł na wojnę z Japończykami, pure logic.
Tym bardziej, że Japończycy w I wojnie byli przeciwnikami Niemców.
A do armii wstąpił zanim ktoś mógłby przewidzieć wojnę amerykańsko-niemiecką.

Zadręczałem się, że to wszystko moja wina. Że przeze mnie opuścił dom i wyjechał na wojnę. Nie mogłem zrozumieć czemu to zrobił.
Wrzaskliwy osesek w domu jest wystarczającym powodem, aby zaciągnąć się do wojska i wylądować za oceanem.

Ale poznałem kilka wspaniałych osób takich jak: Sam, Garth, Kevin, kapitan Shurley, nawet generał Singer i Turner. Jednak osobą, która zmieniła we mnie to nastawienie był Dean Winchester.
Dochodzę właśnie do wniosku, że ten list powinien być zaadresowany do niego. Czemu akurat do ciebie, Dean? Ponieważ czuje, że zginę przy twoim boku i chcę, abyś nie szukał zemsty. Zemsta to nie jest dobre rozwiązanie. Chodzisz ciągle zły na cały świat nie patrząc w przyszłość. Nie myślisz o niczym innym, tylko o tym, co zrobisz zabójcom, gdy ich znajdziesz. Nie chcę, abyś zadręczał się, że to Twoja wina.
Pokazałeś mi, Dean, że to nie jest dobre wyjście. Że do niczego to nie doprowadzi. Że to mnie tylko niszczy. Dzięki Tobie zrozumiałem co straciłem przez te lata. Zapomniałem jakim byłem kiedyś człowiekiem, jak to jest być szczęśliwym. I Ty mi to przypomniałeś.
Nigdy nie wątp w terapeutyczną moc Ciętych Ripost!

Więc, mój drogi Deanie Winchesterze, mój przyjacielu, którego już nigdy więcej nie będę mógł wkurzyć, nie marnuj swojego życia na szukaniu zemsty i obwinianiu się. Żyj dalej, pozwól innym sobie pomóc, chociaż Twojemu bratu.
Wiem, że w jakiś sposób będziesz chciał uczcić moją pamięć. Proszę cię w takim razie o to, abyś wypił za mnie kieliszek mojej ulubionej wódki, w barze we Francji, do którego najcześciej przychodziliśmy (wątpię, abyśmy tego nie robili) i nie zapomnij o mnie.

Do zobaczenia w innym życiu.
Benny Lafitte.


I Dean właśnie to robił. Siedział przy ich stałym stoliku, w ich ulubionym barze i pił ulubioną wódkę Benny'ego. Nie wyobrażał sobie innego miejsca, gdzie mógłby przeczytać ten list.
Łzy spływały mu po policzkach. Po raz pierwszy szczerze opłakiwał przyjaciela. Nie płakał tym razem przez koszmary z nim związane. I nie krył się ze łzami. Czuł, że teraz ruszy dalej. Bo o to go właśnie prosił Benny.
Przeczytał list jeszcze kilka razy. Gdy wrócił do obozowiska po raz pierwszy nie czuł żalu na widok pustego łóżka.
Przez rok nie przysłali na miejsce Benny’ego nowego żołnierza?
Jakoś tak wyszło.

Po raz pierwszy gdy zamknął oczy nie widział twarzy przyjaciela. W końcu nie miał koszmarów. A następnego dnia rano uśmiechnął się szczerze po raz pierwszy od ponad roku roku.
I nigdy, przenigdy, nie zapomniał o Benny'm Lafitte.

Rok 1942, luty
Zapowiadał się dzień jak każdy. Patrolowali teren wokół obozowiska, z dnia na dzień zapuszczając się trochę dalej i wypatrując wroga.
I tak sobie przesiedzą całą wojnę w lesie, patrolując teren wokół obozu. Dlaczego w ogóle nie wysłano ich na front, tylko ciągle siedzą we Francji, w której w 1942 nie były prowadzone żadne działania wojenne?
Bo tu jest bezpieczniej niż na Pacyfiku.
“Dziwna wojna” toczy się dalej. A nawet jest to “bardzo dziwna wojna”.
A może tkwią tam, bo mają rozkaz odnaleźć obraz Upadłej Madonny z Wielkim Cycem i nie wracać bez niego?


Chodzili większymi grupkami. Po incydencie Deana z Benny'm Shurley nie chciał się zgodzić na mniejsze grupy niż czteroosobowe. Wolał nie ryzykować.
Nieno, jasne, czterech wystaczy nawet na całą dywizję Niemców.

Dean przez te miesiące wyszedł na prostą. Zaczął być dawnym sobą i nie udawał tym razem. Nadal czuł żal, smutek i ukucie bólu w sercu,
Kuł ten ból, póki gorący.

gdy ktoś wspominał o jego przyjacielu ale nie było to tak silne jak dawniej. List bardzo mu pomógł. Gdyby nie te kilka linijek prawdopodobnie nadal zadręczałyby go różne, mroczne myśli.
No widzisz, Sam? A mogłeś oszczędzić mu roku cierpienia.

(...)
Zbiegiem czasu Shurley pozwolił mu znów uczestniczyć w kampaniach.
Zbieg czasu – niezły tytuł dla jakiejś powieści SF, nie sądzicie?

Stopniowo w coraz ważniejszych chcąc sprawdzić, czy Winchester wytrzyma psychicznie patrząc na śmierć inny.
Czy Benny był jedyną ofiarą tej wojny, że dowództwo stać na takie cackanie się z żołnierzem, który stracił przyjaciela? Bo mam taką wizję, że połowa ich kompanii została wyeliminowana, bo zginęła – a druga połowa, bo nie może się pozbierać psychicznie po śmierci kolegów.
Wyobrażam sobie zachowanie lotników odpierających niemieckie naloty na Anglię. Wielu ich wtedy zginęło. Ci, którzy przeżyli, powinni odmówić dalszej walki, prawda?

A on dał radę. Ani razu się nie załamał. Wpadał czasami nawet na różne pomysły, dzięki którym nie raz udało im się zwyciężyć. I to był Dean Winchester, którego wszyscy znali, szanowali, za którym wszyscy tęsknili, którego nie chcieli stracić.
Dzisiaj dostali rozkaz spatrolowania większego terenu.
Oby tego nie spartolili.

(...)
Jadą chłopcy jadą
jadą sobie je-epem.
Raz wpadną na korzeń
raz zderzą się z drze-ewem.

-Na pewno dobrze nas prowadzisz? Las tu się kończy. Chyba nie mieliśmy z niego wyjeżdżać? - spytał Dean brata.
(...)
-Dobra dobra, sam patrz może jednak na tą mapę, żebyś faktycznie źle nas nie pokierował.
Sam nie odpowiedział. Wiedział, że Dean tylko na to czeka. Chce go sprowokować, żeby zacząć się kłócić a potem móc wygrać dzięki ciętej ripoście. Sam zbyt dobrze to znał, żeby dać się na to złapać.
Wyjechali z lasu na małą polanę. Spodziewali się bardziej widoku jakiś kwiatków czy trawy [w lutym?!] albo małego miasteczka.
Albo wioski smerfów.
Wiadomo, że żołnierzy amerykańskich faszerowano różnymi substancjami, ale najprawdopodobniej tym razem przedawkowano.

Zamiast tego im oczom ukazały się dwa drewniane budynki ogrodzone płotem z drutem kolczastym.
Dwa. Drewniane. Zapamiętajmy.

-Co to do chuja pana ma być? - spytał zdziwiony Dean.
-Na mapie nie ma niczego takiego - odparł Sam.
-Chyba powinniśmy to sprawdzić.
Heloł, panowie, siedzicie w tym lesie już dwa lata i do tej pory nie zauwazyliście, że macie coś takiego pod nosem?
Niemcy też nie zauważyli, że mają kilkuset żołnierzy amerykańskich gdzieś niedaleko.

Zaparkowali nieopodal bramy. Nikogo nie zauważyli. Nie mieli pewności czy to dobrze czy raczej źle.
-Garth, zostań tu i pilnuj wozu. My w trójkę pójdziemy sprawdzić co to są za budynki. W razie czego krzycz.
Krzycz, gdyby kradli samochód!

Garth w odpowiedzi skinął tylko głową i stanął przy samochodzie z bronią gotową w każdym momencie do użycia. Reszta podeszła do bramy. Była zamknięta na kłódkę.
Ot, tak po prostu. I żadnych wartowników przy niej.

(...)
-Patrzcie, z tego budynku unosi się dym - zwrócił im uwagę Sam.
Kurnej chaty nigdy nie widział?

Podeszli do budowli będąc bardziej czujnym niż dotychczas. Słyszeli jakieś dźwięki dochodzące ze środka. Im bliżej się znajdowali, tym głośniejsze i wyraźniejsze się stawały. W końcu rozpoznali odgłosy. Były to głównie wrzaski połączone z płaczem. Czasami ktoś próbował wykrzyczeć jakieś słowo.
To kilku krewnych awanturowało się o ojcowiznę.

-Chyba powinnismy tam wejść - zaproponował Kevin nie będąc jednak pewnym swojego pomysłu.
-Nie - odparł nagle Dean - nie, ja tam nie wejdę - zaczął się cofać. W jego oczach dało się dostrzec cień strachu.
-Dean? Spokojnie. Musimy pomóc tym ludziom, kimkolwiek oni są.
-Nie rozumiesz? Nie widzisz tego? Dym. Budynek [przypominam - drewniany] pełen wrzeszczących i płaczących ludzi. Nie wejdę tam. Nie zmusisz mnie.
O, nie ty jeden nie chcesz mieszać się do rodzinnej kłótni. Dostać widłami to nie przelewki!

-To jest powód, dla którego powinnismy wejść.
-Nie. A jak ktoś ich tam pilnuje? Jest nas czterech. W sumie trzech, bo Garth pilnuje samochodu. Prędzej zginiemy z tymi ludźmi.
-To co chcesz zrobić?
-Sprawdzić drugi budynek.
-Niech będzie. Ale wrócimy tu potem.
Dean nie odpowiedział. Nie zmieni zdania. Nie chciał wiedzieć, co zobaczy, gdy otworzą te drzwi. Czuł, że będzie to zbyt przerażajace.
Khę. Kanoniczny Dean jest łowcą potworów i różne rzeczy w życiu widział. W uniwersum tego opka jest żołnierzem…
W uniwersum tego opka wszystko jest nie tak.

Gdy podeszli do drugiego budynku nie usłyszeli ani jednego odgłosu.
Tam było już po awanturze o cztery morgi pod lasem.

(...)

Kilkanaście par oczu patrzyło na nich pustym spojrzeniem. Jakby bali się pokazać jakiekolwiek emocje. Cofnęli się dwa kroki do tyłu. I wleźli w masło maślane. Postacie rownież się poruszyły. Usłyszeli dźwięk metalu. Prawdopobnie byli przykuci łańcuchami.
Skąd ta obsesja na temat łańcuchów?
Z piwnicy.

-Wziął, któryś z was latarkę? - spytał Dean ledwo mogąc wydusić z siebie te słowa.
Kevin bez słowa zaczął grzebać w plecaku, aż nie znalazł tam tego, czego szukał. Włączył urządzenie.
Całe pomieszczenie zostało oświetlone. I było pełne ludzi. Teraz zamiast kilkunastu, wpatrzone w nich były setki par oczu. Dean wycofał się na zewnątrz. Sam widząc zachowanie brata poszedł w jakiego ślady, a Kevin nie mając zamiaru zostawać samemu wśród tych przerażających spojrzeń, rownież wyszedł.
A-ha. Niemcy postawili barak, czy nawet mini-obóz i poszli sobie gdzieś w cholerę, nie pilnując go wcale.
Zamknęli bramę na kłódkę i poooszli do lasu na spacerek. Nawet trudno powiedzieć, że na grzyby, bo to jednak luty. W każdym razie, cała załoga obozu śmierci zniknęła bez śladu.
Pewnie UFO ich porwało.
Albo wendigo.

Dean jedzie do obozowiska po wsparcie.


-Sam! Wszystko w porządku? Nic się nie stało przez ten czas? - krzyknął do brata, gdy tylko go dostrzegł. Sam nie chcąc krzyczeć poczekał z odpowiedzią, aż Dean do niego podejdzie.
-Nie, wszystko okej. Próbowaliśmy dowiedzieć się czegoś od tych ludzi ale mówią tylko po niemiecku.
Są wystraszeni i wychudzeni. Do drugiego budynku nie weszliśmy, krzyki tam ucichły ale nie chcieliśmy ryzykować.
Pomyliło im się z małymi dziećmi. Jeśli one nagle milkną, to jest poważny powód do niepokoju.

-Umie ktoś mówić po niemiecku? - spytał oficer nowoprzybyłych słysząc rozmowę braci. Ktoś z tłumu się zgłosił.
- Jak dobrze?
-Dużo rzeczy rozumiem. A o proste potrafię zapytać.
Np. “po ile te jajka”.

Sam razem z tym mówiącym po niemiecku żołnierzem idą do baraku, a po powrocie meldują, czego się dowiedzieli.

-Więc, ci wszyscy ludzie to Żydzi. Mówią, że te budynki to baraki. Niemcy zabrali ich z różnych części kraju i po prostu tu zamknęli. Za bycie Żydem. Nie mieli pojęcia, że znajdują się we Francji, myśleli, że wciąż są w Niemczech. Co do tego drugiego budynku... nie chętnie [niechętnie] o nim powiedzieli [mówili]. Boją się go, bo kto tam wszedł już nie wyszedł.
Tam była Narnia!

-Palą ich tam - odezwał się nagle Dean przerywając oficerowi.
-Co proszę?
-Mówią, że ten kto tam wszedł już nie wyszedł. Gdy tu przybyliśmy uchodził stamtąd dym. Zza drzwi dochodziły same krzyki. Ci Żydzi są tam paleni.
No – nie. Krematoria służyły do palenia trupów, nie żywcem.
W tym przypadku doszło do samozapłonu, bo pamiętajmy, że nie było nikogo z załogi.

(...)
-W każdym bądź razie, musimy wejść do tego drugiego budynku, by upewnić się co do przekonania Deana. Ludzi z baraku przewieziemy do obozowiska.
Tam ich nakarmimy, napoimy, przebadamy a potem zostaną ulokowali w jakichś bezpiecznych miejscach - nikt nic nie odpowiedział.
Słychać było tylko cichy szelest synchronicznych facepalmów.

Pare osób tylko skinęło głową, na znak, że rozumie. Kilkoro żołnierzy, w tym Dean, zostało by pilnować Żydów w baraku. Reszta poszła sprawdzić drugi budynek. I ku ich nieszczęściu słowa starszego Winchestera sprawdziły się. W środku nie było nic innego oprócz popiołu.
Ale że tak zupełnie nic, żadnych np. pieców? Gdzie ich tam palili, na stosie?
Tak, na środku izby, ale drewniane ściany wytrzymały ogień.

Momentami szło wyczuć siarkę czy benzynę. Za to ani odrobiny swądu palonych ciał. Od razu pożałowali otwarcia tych drzwi. Ci co stali najbliżej szybko wycofali się na tył chcąc zapomnieć o tym, co właśnie zobaczyli.
No ja myślę. Skoro początkowo ktoś tam jeszcze żył, ale “wybawicielom” się odwidziało zaglądać do środka.
Hm, kiepsko to będzie wyglądało w raporcie: słyszeliśmy ludzkie krzyki, ale szeregowy Winchester stanowczo odmówił wejścia do środka!

(...)
Chuck, zgodnie z francuskimi oficerami, doszedł do wniosku, że z samego rana przewiozą Żydów do bezpiecznego schronienia, gdzie cały czas będą mieli wszystko pod dostatkiem wraz z zapewnioną pomocą medyczną i ochroną. Chociaż tyle mogli dla nich zrobić.
Czym oni przewieźli te kilkaset osób?
Bydlęcymi wagonami…

Dobrze wiedzieć, że gdzieś w okupowanej Francji było takie bezpieczne miejsce, gdzie można było umieścić kilkaset osób pod opieką lekarską, nie obawiając się, że Niemcy to odkryją.

Wieczorem, jeszcze tego samego dnia wszyscy, którzy byli wśród baraków wyszli ze swoich kwater nie mogąc tak po prostu usiedzieć w środku.
Ilu ich było “wśród” dwóch baraków?

W końcu usiedli razem, w ciszy, nawet na siebie nie patrząc, jakby bali się pokazać jakiekolwiek emocje.

Żołnierze, siedząc w milczeniu, przeżywają okrucieństwo wojny. Ciach.

Siedzieli tak w milczeniu przez dobre dwie godziny.
Widocznie byli pewni, że Niemcy już tu nie wrócą.

(...)
Po tych dwóch godzinach ciszę przerwał nie kto inny jak Dean.
-Ludzie to sukinsyny. Ale cieszę się, że jednak na świecie są porządni, odważni i dobrzy jak wy, że mogę razem z wami pełnić służbę. Nigdy nie wymieniłbym was na innych kompanów. Lepszych na tym świecie nie było, nie ma i nie będzie.
I po prostu wstał i poszedł do swojej kwatery. Reszta, chwile później, zrobiła to samo.
Tu zbliżenie na amerykański sztandar łopocący na tle burzowego nieba i wyciemnienie.


Rok 1942, grudzień

Chuck Shurley siedzi w swojej kwaterze i spisuje raporty, aż tu wtem!

-Oficerze [Dzidu, miałaś rację, “oficer” to stopień!], telefon do pana. Dzwoni generał Bobby Singer.
Chuck skinął głową i poszedł do pomieszczenia obok, do telefonu.
-Oficer Shurley.
-Chuck! Kupę lat, jak dobrze znów słyszeć twój głos - odezwał się głos po drugiej stronie.
-Tylko dwa lata, wcale nie tak dużo - zaśmiał się w odpowiedzi - ale ciebie też dobrze słyszeć Bobby.
Ciekawe, skąd dzwoni “Bobby”. Ze Stanów? Obozowisko miało regularną linię telefoniczną, na którą można było połączyć międzynarodową rozmowę? A może używają Skype’a?

-Chętnie bym z tobą poplotkował jednak mam ograniczony czas. Prezydent chce, abym wybrał trzech żołnierzy, którzy zostaną wysłani do Japonii na przeszpiegi.

Jeden musi umieć chociaż trochę język.
Znać! Znać język, umieć się porozumieć.
Natomiast dwaj inni wcale nie muszą mówić po japońsku.
Wystarczy, żeby rozumiał, co się do niego mówi, a o proste rzeczy potrafił zapytać.

Pomyślałem, że wziąłbym kogoś z twoich.
Stany Zjednoczone nie mają żadnej służby wywiadowczej i prezydent osobiście (znowu…) musi wydzwaniać do Bobka i prosić o jakichś przypadkowych żołnierzy.
Ale prosi Chucka, a on nie jest przypadkowy. Wręcz przeciwnie - wszystko po starej znajomości.

-Z moich? Masz kogoś konkretnego na myśli?
-Cóż, myślałem o Kevinie Tranie, jest w końcu Japończykiem.
-Kevin jest akurat bardziej Chińczykiem ale całkiem możliwe, że japoński umie.
“Bardziej Chińczykiem”, czyli, sądząc po nazwisku, raczej Wietnamczykiem.
Bo wszyscy Azjaci to jedna rodzinka:
Chińczyk, Japończyk, Hindus, Filipinka.
Bo między nimi nie ma żadnej różnicy,
Jedną Wspólną Mowę słychać na ulicy!

Na dobry poczatek zerknijcie na okladke, gdzie za pomoca Photoshopa maksymalnie napakowano japonskiego kontekstu. Mamy gorace zrodla z wygrzewajcymi sie w nich malpkami. Jedna z nich "trzyma" nawet dodana w PS tabliczke, ale zdanie nie ma specjalnie nic wspolnego z jezykiem japonskim poza samymi znakami. Jest po chinsku i wolnym tlumaczeniu glosi: "Prosimy o utrzymanie toalety w czystosci", co zapewne wyskoczylo grafikowi w Google Image podczas tworzenia tej okladki.”
(Michał Mazur, całość tutaj)


Kogoś jeszcze wybrałeś?
-Nie, zdam się na ciebie.
Chuck na moment zamilkł próbując znaleźć idealnych kandydatów. Po chwili już wiedział, kto będzie najlepszy.
-Winchesterzy. Dean i Sam.
-Dlaczego akurat oni?
-Mówiąc szczerze, śmierć Benny'ego utknęła głęboko w psychice Deana i mimo, że pogodził się z tym co stało, to w jego umyśle powstała jakaś blokada i nie jest zdolny do wykonywania wszystkich rozkazów.
Mówiąc językiem żołnierzy - “to przymulony idiota, do niczego się nie nadaje”.

Zdarzyło się też tak, że przy walce z wrogiem, w pewnym momencie zaczyna się wahać.
Patrzy tępo przed siebie i coś mamrocze pod nosem.

Gdyby nie jego brat, który ma na niego cały czas oko, kilka razy by już zginał.
Bo ręce aż mu się trzęsą do zginania. Wiesz jakie mamy problemy z kupowaniem nowych sztućców?

Dlatego właśnie Dean bierz go sobie! - wyjaśnił ze spokojem będąc pewny swojej decyzji.
Mujborze. Kamikadze przynajmniej byli ochotnikami.

-A Sam? Z jakiego powodu on?
-Przecież ich znasz, Bobby. Jeden bez drugiego się nie ruszy. Dean bez Sama nie zgodzi się na podróż na drugi koniec świata. Proste. Są braćmi. Obydwoje dobrymi żołnierzami, [chociaż jeden z nich jest siostrą] posiadającymi wiele cennych umiejętności, a przy tym łączy ich specjalna więź. Możesz być pewny, że jeden drugiego nie zawiezie,
Dokąd?
No właśnie donikąd, dlatego muszą się zdać na państwowy transport.

nie zrobi czegoś bez zgody tamtego, jeśli miałoby to spowodować zagrożenie.
Czyli można oczekiwać, że sami będą decydować o tym, czy wykonać rozkaz, czy nie.

Dbają o siebie jak nikt inny i zawsze wykonują każdy rozkaz, każdy.
No, chyba że Dean akurat ma blokadę.
I czy Sam mu na to pozwoli.

Z nimi możesz być spokojny, że misja zakończy się sukcesem.
Znaczy, na misję szpiegowską do Japonii wysyłają Chińczyko-Wietnamczyka [o imieniu Kevin, co znaczy że jego rodzice bardzo chcieli odciąć się od azjatyckiej przeszłości], który może zna język, a może nie, i dwóch białasów, dla których nie stworzono nawet żadnej legendy. W dodatku dla jednego ta misja ma być jakimś rodzajem terapii... Co może pójść źle?
Chińczyk od biedy mógłby uchodzić za przedstawiciela kolaboracyjnego rządu Wang Jingweia, ale wątpliwe, żeby “góra” na to wpadła.

Ręczę za nich - zapewnił całkowicie pewien swoich słów. Winchesterzy byli jego najlepszymi żołnierzami.
Winchesterzy…
Z dobrego żołnierza niekoniecznie będzie dobry agent.

Jeszcze nigdy się na nich nie zawiódł. Nie chciał ich wysyłać do Japonii, jednak wiedział, że tak będzie dla nich lepiej, zwłaszcza dla Deana.
Który odmawia wykonania rozkazów i waha się na polu bitwy. To oczywiste, że praca w wywiadzie dobrze mu zrobi. W czasie wojny, na terenie wroga.

Pewnie za całe szkolenie dostaną mangę do przejrzenia i gotowe.
I nauczą się dwóch podstawowych słów: “seme” i “uke”.

A po skończonej rozmowie Shurley odetchnął z ulgą: No, dał sobie wcisnąć ten kit! Wreszcie pozbędę się tych dwóch niesubordynowanych kołków, z którymi mam same kłopoty!


(...)

Przy posiłku bracia Winchesterowie jak zwykle sobie docinają:

-A idź się zajmij tym swoim zielskiem a mnie i moje mięso zostaw w spokoju. W ogóle, tak się zastanawiam... jakim cudem zachowałeś te swoje włosy? Przy wstępowaniu do wojska przeważnie każą je ściąć a ty wyglądasz prawie jak Roszpunka.
Doprawdy, w tym wojsku wszyscy mają regulaminy w du… żym poważaniu.
Natomiast kadra zgadza się na każdy ich kaprys. Jak kto nie chce dać się ostrzyc, to go nie strzygą, jak nie chce ścielić łóżka, to nie ścieli. Jak nie chce wykonać rozkazów, to dowódca tłumaczy to traumą.
(...)

***
Rok 1943, marzec
-Uh, Garth, dusisz mnie - wyjąkał Dean do przyjaciela, który rzucił się na niego, jak księżniczka, która nie widziała swojego księcia przez kilka lat.
To element szkolenia w walce wręcz, matołku!

(...)
-Dlaczego akurat Kevin musi z wami jechać? - rozpaczał dalej.
-Bo jako jedyny umiem japoński - odparł chłopak.
-Nie mogę z wami płynąć?
Zrobił słodką minkę, pociągnął noskiem i skrzywił buzię w podkówkę.

-Tu się bardziej przydasz - wtrąci Shurley. - Jak już się pożegnaliście to radzę wchodzić wam na pokład, bo kapitan odpłynie bez was.
Ciekawe, czy aŁtorka widziała mapę świata?
Poproszę, żeby pokazała nam trasę morską z Francji do Japonii.
Biorąc pod uwagę, że trwa wojna, na morzach i oceanach także.

Na statku Dean śni o niebieskookiej postaci.
A kapitan Novak przekazuje chłopakom szczegóły ich misji:

-Więc, w Japonii mieszka mój brat, Gabriel. Zatrzymacie się u niego na ten czas. Jest we wszystko wtajemniczony i wierny Ameryce.
Potrafi jeść pałeczkami, dacie wiarę, bracia?

(...)
Pamiętacie, jaka jest misja?
Obawa, że mogą nie pamiętać o co chodzi, jest taka rozkoszna.

-Mamy się dowiedzieć, jakie są dalsze plany armii japońskiej. I starać się powstrzymać ich działania - odpowiedział Sam, czując, że Dean pewnie tego nie pamięta.
Skontaktujcie się z marynarką japońską, chętnie wam pomoże. Ci goście uwielbiają kopać dołki pod konkurencją z wojsk lądowych.
I zaprzyjaźnijcie się z Hideki Tōjō. Nie, to nie jest dziewczyna, tylko taki facet w okularach. On wam pomoże.

-Tak. Będziecie się rzucać w oczy, ze względu na wygląd, ale pózniej ludzie przywykną.
Trochę to przypomina anegdotę o amerykańskim szpiegu w ZSRR. Wybrano najlepszego studenta slawistyki, pięknie mówił po rosyjsku, recytował Puszkina, w dodatku chłop jak dąb… Przez kilka minut wszystko szło dobrze, aż do chwili, gdy go zaaresztowali. Gdy zapytał, czym się zdekonspirował, usłyszał: “znajesz, u nas Negrów niet’. ”

Nie rób tylko czegoś głupiego, Dean. Im rządkiem mieszkańcy będą zwracać na was uwagę, tym lepiej.
Ustawią się w rządku i będą ich podziwiać?

-Ja i coś głupiego? Ze spokojem.
Możecie być spokojni, że wywinę jakiś numer!

-Tak myślałem, że nie będę mógł na tobie polegać. Masz go pilnować Sam, jak oczka w głowie.
-A co ja mam tam robić tak w ogóle? - wtrącił Kevin, który cały czas się tylko przysłuchiwał.
-Ty masz zapewnić nam wjazd. Nie zostajesz tam, dlatego uczysz ich tu trochę japońskiego. Wyglądasz trochę, jak Japończyk, więc powinni nas wpuścić. Każdy z nas ma przepustki.
Pewnie tym okrętem przybiją do portu w Hiroszimie, pokażą przepustki i zejdą na ląd. To będzie ich pierwsza operacja wywiadowcza.
Tylko mogą się zdziwić, jeśli wartownik natychmiast ich zaaresztuje, bo zapisane krzaczkami kartki, które tak ufnie mu podali, okażą się instrukcją obsługi miksera.
Ba! W dodatku chińskiego.

Dostaliśmy je od jakiegoś byłego dowódcy japońskiego, który ma rodzinę w Ameryce, można mu ufać, więc ze spokojem. *)
Ale gdy dowiedział się, że jego rodzinę (jak innych obywateli pochodzenia japońskiego)  internowano w obozie na pustyni, to przestał być lojalny.
__
*) wyrażenie “ze spokojem” to jakaś moda?

Powiesz im, że przypłynęliśmy uzupełnić zapasy.
Japończycy zaś truchtem pobiegną po wodę, mięso, ryż i owoce, dbając aby nieprzyjaciel nie głodował.

(...)
-Jak mamy wam przekazywać informacje? - spytał Sam.
- Nie zawracaj nam głowy drobiazgami!

-Jeszce nie jesteśmy pewni.
- Gdy coś wymyślimy, to wam powiemy.  

Ale na pewno nie będzie to telefonicznie czy poprzez listy. Mogą wszystko sprawdzać lub podsłuchiwać, więc nie byłoby za ciekawie, gdyby odkryli powód waszego pobytu.
A jakby ktoś was pytał, to mówcie, że jesteście turystami!

Prawdopobnie co jakiś czas jeden z naszych żołnierzy będzie tamtędy przypływać.
Krytą żabką.

Jemu wtedy przekażecie informacje a on nam.
Gdy podpłynie do pirsu, to podasz mu papierek z meldunkiem. Najlepiej na długim kiju, żeby sięgnął.

Gabriel będzie o wszystkim wiedzieć, będziecie informowani na bierząco.
Prezydent Roosevelt będzie do niego codziennie dzwonić, żeby podzielić się nowinami z frontów.

Wszystko? - wszyscy trzej skinęli głowami. - To wracajcie do swoich zajęć.
Skinęli jeszcze i wyszli z kajuty. Dean jednak w progu się zatrzymał. Był ciekawy jednej rzeczy.
-Hej! - Balthazar go zignorował. - Powiedziałem "hej".
Balthazar nadal go ignorował. W końcu był tu kapitanem i nawet nie przyszło mu do głowy, że ktoś może się do niego zwracać przez “hej”.

-Tak, dwa razy. Brawo dla ciebie. Czego chcesz?
- Wypróbować nawiązywanie kontaktu.

-Gdzie my tak w ogóle płyniemy?
-Do Japonii. Wymieniłem dzisiaj tą nazwę z pięć razy i jeszcze nie dotarło?
-Pytam o miasto.
-Na wyspę Honsiu. Do Hiroszimy.
Kaboom!

***

Rok 1943, kwiecień
Hiroszima

Na statku panowało dość duże zamieszanie. Cała załoga musiała na czas wykonać powierzone zadania. Za kilka minut mieli dobić do portu w Japonii.
Ciekawe, pod jaką banderą płyną...

Wszystko musiało wyglądać idealnie, tak, jak chciał tego kapitan.
Kapitan od rana biegał po pokładzie i osobiście białą rękawiczką sprawdzał, czy nie uchowała się nawet odrobina kurzu.

Balthazar chciał mieć wszystko pod kontrolą. Nie pozwalał nawet Kevinowi odejść od niego dalej niż sięgał jego wzrok. Ciągle upewniał się, że ten wie,?co ma powiedzieć.
Winchesterowie kończyli się pakować. Zabroniono im wziąć ze sobą wojskowe mundury. Gdyby wydało się, że są z amerykańskiej armii, nic nie skończyłoby się dobrze.
Niemożliwe! Dlaczego?

A muszą ukrywać to najdłużej, jak tylko mogą. Wszystko od tego zależało. Nie mogli sobie pozwolić na porażkę już na samym początku.
Aaaaaaa!!! Znaczy, te półmózgi chciały się tam wybrać w mundurach?!
A co, nago przecież nie będą chodzić.

(...)

-Kotwica zarzucona! - usłyszeli jak ktoś z załogi krzyknął.
-Liny przywiązane! Jakie liny, do licha! No te tam… Te wszystkie sznurki od tych szmat!
-Statek zabezpieczony! Kapitanie! Dobiliśmy do portu!
Dziwnie jakoś uproszczone te manewry :D

-Jedna cześć za nami - odetchnął z ulgą. - Reszta leży w waszych rękach. Kevin. Sam. Dean. Wszystko teraz zależy od was. Chodźcie, szczury lądowe, pora wyjsć na suchy ląd.
W porcie czekało na nich kilku uzbrojonych Japończyków. Dla braci wyglądali identycznie. Jakby byli bliźniakami.
-Jeśli wszyscy tak tu wyglądają to chyba zwariuje - rzucił Dean.
Wyobrażam sobie tę ich misję szpiegowską… Dean umawia się ze swoim kontaktem, ale kiedy zjawia się na miejscu i zaczyna wypytywać, zostaje natychmiast aresztowany, bo nie rozpoznał, że rozmawia z całkiem innym Japończykiem!

-Zamknij się - warknął na niego Balthazar i skinął na Kevina, żeby zajął się wszystkim.
Chłopak pewnym krokiem podszedł  do strażników. Bez problemu zaczął rozmowę w ich języku.
Japończycy pierw spojrzeli na niego złowrogo a następnie zdziwili się, że zna ich język.
A jeszcze bardziej się zdziwili, gdy oznajmił, że w jego poduszkowcu jest pełno węgorzy.

Kevin mówił donośnym i pewnym siebie głosem. Zaczęli się z nim spierać. Jednak ten nie dawał za wygraną. Doskonale wiedział co musi zrobić. Nie dał się im sprowokować. Widząc, że ten nie ma zamiaru odpuszczać i prawdopobnie z powodu braku argumentów, przepuścili ich.
Argumentów im się zachciało. Trzeba było stać i groźnym głosem powtarzać “Kinjiru!”

Pierw jednak chcieli sprawdzić ich dokumenty. Robili to dość dokładnie i powoli. Jakby chcieli znaleźć jakiś błąd. Nie udało im się to jednak. Nie chętnie pozwolili im wejść do miasta.
Totalnie widzę, jak bracia Winchesterowie przekonują strażnika:
– Nie, my żadne Amerykany! Kajne Amerykany, ander… fersztejen? Nyśt Amerikan! My Niemcy, sojusznicy, fersztejen, du Japoniec? My Niemcy, dojcze szpresien! Hende hoch, raus! Sznela!
To był chwyt psychologiczny. Po czymś takim strażnik uznałby, że ktoś, kto się tak wygłupia, nie może mieć nic do ukrycia, i przepuściłby ich.

-Już myślałem, że nas nie przepuszcza - rzucił Kevin. - Upierali się, że nie ma z nimi strażnika upoważnionego do wpuszczania obcych. Jak im powiedziałem, że możemy na niego poczekać to zaczęli odpuszczać ale ciagle na nowo coś wymyślali.
Przepuścić, wpuścić, odpuścić. A jak pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści.
(A jakby był z nimi “strażnik upoważniony do wpuszczania obcych”, to co - wpuszczałby wszystkich jak leci?)

-Ważne, że się udało. Teraz pozostało tylko znaleźć mojego brata, zostawić tych dwóch i wrócić. Jeśli Gabriel nie będzie sobie z nami pogrywać, to wszystko powinno pójść bez problemów - odparł Balthazar.
Ale gdy zacznie pogrywać, to biada.

Szli za kapitanem, mając nadzieję, że ten wie, gdzie idzie. Miasto na swój sposób wydawało im się piękne. Było inne, niż te, które dotychczas wiedzieli.
Wiedzieli miasta i umieli języki.

Większość budynków była drewniana o zupełnie innym uroku, niż te w Ameryce. Mijane świątynie wydawały się potężniejsze, z tajemniczą aurą, która sprawiała, że chciało się stanąć i podziwiać je przez cały dzień. Ludzie na pierwszy rzut oka wydawali się identyczni, mimo to dało się zauważyć różnice ich małe szczegóły.
Niestety, szczegóły były małe i ukryte pod kimonami.

Kobiety ubrane były w kimona, o rożnych wzorach i kolorach. Każda miała wachlarz, pomalowaną na biało twarz i spięte włosy.
Każda kobieta w mieście była gejszą?
A każdy mężczyzna samurajem. I wszyscy jedli ramen z wasabi.

Ten wygląd miał w sobie coś niezwykłego, przez co nie mogli oderwać od nich wzroku. Ale dech w piersi odebrały im japońskie wiśnie. Drzewa, o różowo-białych kwiatach, można było zobaczyć na każdym kroku. Idealnie pasowały do krajobrazu japońskiego miasta.
Widoczek jak z folderu dla turystów – świątynie, gejsze i wiśnie.

Winchesterowie poznają Gabriela Novaka, brata Balthazara. Okazuje się, że razem z nim mieszka jeszcze jeden brat...

[Gabriel do Balthazara:]
-Dlaczego wybrałeś mnie do tej misji? Dlaczego mnie a nie Castiela?
O-ho! Pojawienie się Castiela daje +1000 do prawdopodobieństwa wystąpienia slaszu.

- Nie ufam mu. Kiedyś prawie przez niego zginąłem.
Rzucił nim o piec z rozpalonymi węglami?

-Balti, byliśmy wtedy dziećmi.
-A on nadal patrzy na mnie jakimś dziwnym wzrokiem.
Braterska miłość ma różne oblicza.

-To jest jego smutny wzrok przepełniony skruchą. To w końcu nasz Castiel. Muchy by nie skrzywdził.
-Może teraz i nie ale wole go unikać.
-Mogę go w to wszystko wtajemniczyć? Może nam się przydać.
-Tylko jeśli nie będzie innej opcji.
Lepiej wtajemniczyć. Jak go Japończycy zamkną, przynajmniej będzie wiedział, za co.
(...)

Weszli do środka. Mieszkanie w środku wyglądem było zbliżone do tych amerykańskich i europejskich. Gabriel pokazał im co, gdzie się znajduje, po czym zaprowadził do ich pokoi.
-Jak się ogarnięcie to zejdźcie na dół [na śniadanie] - skinęli głową a Gabriel wyszedł z pomieszczenia.
-Coś mi się zdaje, że w miesiąc się z tym wszystkim uporamy - rzekł przekonany tym co mówi Dean.
Raz dwa dziesięć wygramy tę wojnę i wrócimy do domu!

(...)
-Zjadłbym coś.
-Wiecznie głodny. Nigdy się nie zmienisz.
-Wiesz ile tu musi być dobrych regionalnych potraw?
Wszystkie są regionalne. To taki region.

Musze Gabriela o nie popytać - Sam wywrócił oczyma. - No co? Może jakieś regionalne sałatki też mają? I alkohole... Żebym tylko zdążył to wszystko spróbować - rozmarzył się Dean.
Korzystaj póki możesz, bo w obozach jenieckich mają dietę raczej monotonną.

-Tylko się nie pośliń. Chodź na dół lepiej.
W salonie zobaczyli Gabriela rozmawiającego z jakimś mężczyzna. Siedział plecami do nich, przez co nie widzieli jego twarzy. Gdy weszli do pomieszczenia ich gospodarz od razu przerwał rozmowę.
-O, już jest jesteście. Chłopaki, poznajecie mojego brata, Castiela. Castiel, to Dean i Sam. Będą tu mieszkać przez jakiś czas.
Castiel odwrócił się. Dean spojrzał na niego i zaniemówi. Chłopak miał kruczoczarne włosy oraz piękny uśmiech.
Jeśli to są “kruczoczarne” to ktoś tu chyba ma jakieś problemy z widzeniem kolorów.


I te oczy. Te oczy, które wszędzie szukał. Nareszcie je znalazł. Nie miał żadnych wątpliwości, że to jego widział wtedy, we Francji. Nie był jednak świadomy tego, jak bardzo to spotkanie go zmieni.
A nie mówiłam? :D
Oczywiście, bo przecież bez TEGO żadne opko nie może się obejść *oddala się, mrucząc pod nosem różne wyrazy*

No i wyjaśniło się, dlaczego jego oczy było widać z daleka!
https://i2.wp.com/sweatpantsandcoffee.com/wp-content/uploads/2015/01/20-Supernatural-Season-10-Episode-10-SPN-S10E10-The-Hunter-Games-Castiel-Misha-Collins.jpg


Rok 1943, czerwiec

Minęły już dobre dwa miesiące, odkąd bracia przypłynęli do Japonii. Nie poczynili jakichkolwiek postępów w sprawie ich misji. Można by powiedzieć, że Dean robił wszystko, aby trwało to jak najdłużej.
A przez ten czas japońska flota tłukła Amerykanów na Pacyfiku jak chciała.
No to już wiemy, dlaczego Ameryka dostawała takie baty. Bo Dean się zakochał.
Nie żeby bez tego miało jej iść dużo lepiej - biorąc pod uwagę poziom wyszkolenia i ogólny porządek w US Army, jaki dotąd widzieliśmy.

Chciał wykorzystać ten czas na poznaniu[e] Castiela. Albo chociaż na obserwowaniu[e] go z daleka.
A przełożeni na to: nie no, spoko, chłopcze, rozumiemy, że musisz dojść do ładu ze swoimi uczuciami – misja nie zając, nie ucieknie, a te kilka tysięcy żołnierzy w tę czy wewtę… co to jest wobec Tró Loff!

*wzdech* A mogłaś napisać CoffeeshopAU, gdzie chłopcy poznaliby się w Starbucksie nad kubkiem latte, a nie pisać o wojnie, o której nie masz pojęcia i misji szpiegowskiej, na którą nie masz żadnego pomysłu.
*mściwie* z aniołem to i tak za wiele nie zdziała.

Metatron-Alan-Rickman-Scenes-dogma-14012370-672-304.jpg
[http://images2.fanpop.com/image/photos/14000000/Metatron-Alan-Rickman-Scenes-dogma-14012370-672-304.jpg]

Przez ten czas zdążył już zauważyć, że chłopak jest cichy i bardzo dokładny we wszystkim co robi. Zawsze starał się sprawić innym przyjemność i nie przeszkadzać, gdy ktoś był zajęty. Z Deanem zamienił do tej pory z trzy zdania. Za każdym razem, gdy byli w jednym pomieszczeniu strasznie się krępował.
Po prostu – był boleśnie świadomy swoich braków.

Gabriel powiedział mu, że Castiel zawsze zachowuje się tak przy nieznajomych i cieżko jest mu się przekonać do obcych ludzi. Od tego czasu Winchester wolał obserwować chłopaka z daleka, starając się nie naruszać jego przestrzeni osobistej i nie wchodzić mu w drogę. Postanowił poczekać.
Mieli przecież tyle czasu.

Sam przez ten czas nawiązał kilka kluczowych znajomości. Młodszy Winchester imponował wszystkim dobrą znajomością języka [japońskiego?], otwartością i kulturalnym zachowaniem. Jednak zaufania Japończyków nie dało się zdobyć tak łatwo. Mimo, że byli uprzejmi to uważnie obserwowali każdy jego ruch, próbując wychwycić jakiś błąd. Byli strasznie podejrzliwi.
Ale mimo to pozwalali podejrzanym cudzoziemcom mieszkać spokojnie wśród nich i zajmować się… eee… właściwie nie wiadomo czym, zamiast aresztować i wysłać do obozu jenieckiego. O ile nie pod ścianę.
Zwłaszcza, że Hiroszima była ważnym ośrodkiem przemysłu zbrojeniowego, węzłem komunikacyjnym i nie było tam miejsca dla gaijinów spacerujących sobie po okolicy.

Razem z Deanem ustalili, że nie będą za bardzo wychlać się w społeczeństwie.
Zwłaszcza, że sake droga.

Wiedli normalne, spokojne życie, nie wchodząc nikomu w drogę.
I nie zwracając na siebie uwagi.

Gabriel od czasu do czasu uczulał ich na pewne zachowania, które mogłyby zaniepokoić mieszkańców. Radził, na co mają zwracać uwagę, czy czym zapewnią sobie szacunek.

W międzyczasie razem z Deanem "urządzali konkurs" na mistrza ciętej riposty. A Castiel zawsze stał z boku przyglądając się im jak idiotom.
Tego dnia Gabriel wysłał braci do sklepu po zakupy. Sam chodził miedzy regałami starając się wybrać produkty jak najlepszej jakości, a Dean za nim rozglądając się.
O, mieli tam sklepy samoobsługowe?
Pewnie, że tak… W Japonii by mieli nie mieć?

-Będziesz tak za mną szedł cały czas, jak cień? - spytał Sam brata.
-Cśś, ja szukam pie.
-Watpię żeby tu mieli. Czemu nie upieczesz? Przecież umiesz.
-Za dużo z tym roboty. Wole gotowe.
Tu pomacał się po szyi.

-Tam masz ciasta - wskazał Sam odległy regał.
-Ale to są ciasta. To nie to samo.
Nie rozumiesz, że chcę prawdziwego Amerikan Paja, a nie jakiegoś regionalnego paskudztwa ze słodkiej fasoli!

O, gazety, ciekawe czy mają jakieś porno - rzucił starszy z braci i poszedł przed siebie.
-Dean! Eh, czy on się nigdy nie zmieni? - spytał sam siebie Sam.
-Co my tu mamy. Zwykła gazeta, zwykła gazeta, dla bab, zwykła, dla dzieci. O, a to? - chwycił magazyn do ręki i przekartkował go. - Eh, to też nie porno - przeleciał wzrokiem półkę, aż w końcu coś przykuło jego uwagę. - A to co? To są te całe japońskie komiksy?
Nie, to są formularze deklaracji wstąpienia do kamikadze. Podpisujesz i dostajesz samolot na własność.
I to na całe życie.

Jak to było, mangi? - spytał sam siebie po czym zaczął kartkować. - Chwila, przecież to się czyta od tyłu - chciał obrócić mangę, jednak ta wypadła mu z ręki. Rozejrzał się dookoła. Upewniwszy się, że nikt dziwnie się na niego nie patrzy, podniósł ją i zaczął ponownie przeglądać, tym razem od właściwej strony. - Hahaha.
– Dziwny jakiś ten komiks, hahaha, żadnych dymków, żadnej akcji! – zaśmiewał się, oglądając Mangę Hokusaia.

-Co cię tak śmieszy? Czy ty czytasz mangę? Rozumiesz coś w ogóle z tego? - spytał Sam podchodząc do brata.
-Nie, ale ma fajne obrazki. O, to rozumiem. Tu jest napisane "arigatō". To znaczy "proszę", nie?
-To znaczy "dziękuje".
-No przecież mówię.
Swoją drogą, ciekawa jestem, jak oni tam funkcjonują. Japońskiego nie znają, poza kilkoma podstawowymi zwrotami, Kevin - tłumacz został odesłany do domu, a w latach 40. raczej nie należało się spodziewać w Japonii powszechnej znajomości angielskiego. Ba, posługiwanie się językiem wroga byłoby mocno podejrzane. Więc?
Na niemieckich sojuszników też się nie nadają, skoro nie znają języka.
Gdyby podawali się za Węgrów, nikogo by nie dziwiło, że nie da się ich zrozumieć.
Powiedz, ale tak szczerze - podawałbyś się kiedy za Węgra?
Khę, co masz do Węgrów?
Mój kolega udawał raz Węgra w konfrontacji z kontrolerami MPK. Poskutkowało.

Po zapłaceniu za zakupy wyszli ze sklepu zmierzając w stronę domu. Przy ulicy znajdowało się mnóstwo straganów, gdzie można było kupić tak naprawdę wszystko. Począwszy od ubrań, poprzez jedzenie, kwiaty, czy zabawki, kończywszy na rożnego typu broniach, przy których nie było się pewnym, czy są prawdziwe czy jednak nie.
Już chcieli sobie kupić plastikowy miecz samurajski na wodę, ale przeczytali na klindze “made in China” i zrezygnowali.

Miedzy straganami znajdowały się także domy czy przeróżne restauracje - z japońskimi zupami, sushi, potrawami z zagranicy [włoską pizzą i niemieckim wurstem], przekąskami, czy ze słodkim. Większość z nich zachowała tradycyjny wygląd. Były to drewniane budynki, z kilkoma krzesłami przy ladzie, gdzie klienci mogli obserwować przygotowanie ich posiłków.

Sam i Dean idą na sushi do jakiejś podejrzanej knajpki, po posiłku Dean ma halucynacje, rozmawia z gołębiem, a później z kotem (wycinamy, bo nudne i nic nie wnosi), a następnie przyczepia się do Castiela.

- W ogóle, masz dziwne imię. Castiel. Castiel. Co ono symbolizuje?
-Anioła - szepnął chłopak.
-Co? Możesz głośniej? - chłopak odwrócił się do Deana i spojrzał na niego.
-Castiel to anioł czwartków.
-Wyglądasz na takiego aniołka. Masz nawet fajne skrzydła. Wydają się takie delikatne. Spadłeś może z nieba? Bolało? - chłopak spojrzał na niego zdziwiony nie rozumiejąc o co mu chodzi.
To jest ten jeden, jedyny przypadek, gdy ta odzywka rzeczywiście ma jakiś sens :D

- Twoje skrzydła są lekko połamane. Zastanawiam się czemu - nie odpowiedział. Patrzył tylko swoimi niebieskimi oczyma na stojącego przed nim Winchestera. - Nie ważne. Mogę mowić ci Cas? Castiel jest jakieś takie za długie. Może być Cas? Tak? Wiedziałem, że ci się spodoba. To sushi faktycznie na mnie źle działa. Czemu ja tyle gadam. Gabriel! Czy źle przyrządzone sushi wywołuje na pewno tylko halucynacje? - mówił i mówił Dean.
Sushi jak sushi, ale fugu!

Novak cały czas obserwował go w skupieniu i po raz pierwszy, odkąd się poznali, szczerze, z własnej woli, uśmiechnął się do niego.
tumblr_inline_okzob2Cot51tnck22_500.gif
http://68.media.tumblr.com/17cfa6b78d57f167f65e8f298218c52e/tumblr_inline_okzob2Cot51tnck22_500.gif

Tymczasem opko zostało usunięte, ale pobawię się we wróżkę i postaram się domyślić, co też tam było w planach. Otóż chłopcy nieprzypadkowo znaleźli się w Hiroszimie; wprawdzie nieco za wcześnie, ale kto powiedział, że misja szpiegowska nie może potrwać dwa lata? No więc tak sobie trwa i trwa, co prawda nie widać żadnych jej postępów, ale za to Dean zapada coraz głębiej w piękne oczy Castiela. Wreszcie pewnego poranka, wśród romantycznego kwiecia wiśni (kij z tym, że to sierpień, na pewno znajdzie się jakaś późna odmiana) już-już ma wyznać to, co od dawna czuje, gdy nagle niebo rozświetla straszliwy błysk…
Lecz Castiel jest aniołem, prawda? Ujawnia więc swą moc, otacza skrzydłami Deana i całe najbliższe otoczenie (no przecież Sam nie może zginąć, weźcie), a potem zabiera ich spośród zgliszcz…  
I teraz od Was, Drodzy Czytelnicy, zależy ich dalszy los! Czy Castiel przeżyje i też wyzna uczucia Deanowi, czy umrze, do końca patrząc mu w oczy, szczęśliwy, że ocalił ukochanego…? Głosujcie!

P.S. Autorka powinna była wysłać ich do Nagasaki. 9 sierpnia 1945 przypadło właśnie w czwartek.

Spod drzewka wiśniowego pozdrawiają: Kura, radośnie towarzysząca Tillowi i Ryśkowi w piwnicy, Dzidka upoważniona do wpuszczania obcych, Jasza z plastikową kataną i Babatunde Wolaka przestawiający kapitanów,
a Maskotek jest bardzo zajęty, bo młotkiem rozbija atomy.



P.S. Analiza tego wdzięcznego i uroczego opka poszła nam piorunem, ale nie przyzwyczajajcie się do tego tempa - następna, czyli finał Milenki, pojawi się za dwa tygodnie.

26 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Zatopili pięć niemieckich statków, z czego jeden zatonął a reszta uciekła.
Ciekawe czemu opko usunięte? :-D
Ale włos na łbie się jeży. Jakim urwał cudem można nie sprawdzić podstawowych faktów historycznych?

Anonimowy pisze...

"Ktoś do niego podszedł i rozciął mu bluzkę."
Żołnierz w bluzce! Kapral Klinger, ani chybi.
Achika

Anonimowy pisze...

Sprawdzanie faktów historycznych w wydaniu aŁtorki:
1) odbyła się druga wojna światowa.
Koniec.
Przy szczegółach ukrytych pod kimonami (jukatami?) omal się nie zakrztusiłam kanapką.
No i jeszcze to urocze "pierw", czemu nikt na to nie zwrócił uwagi?

Anonimowy pisze...

Bitwa morska wygląda, jakby jednym okiem oglądali Star Trek, a drugim Piratów z Karaibów.
Po wezwaniu Niemców zabrakło mi sakramentalnego "na główny ekran!"

Anonimowy pisze...

Armaty to istotnie nie jest broń. Armaty to jest uzbrojenie.

Anonimowy pisze...

"Jeśli to są “kruczoczarne” to ktoś tu chyba ma jakieś problemy z widzeniem kolorów."
A to akurat częsty błąd w destielach. Cas zazwyczaj ma tam czarne włosy i jest wątłym chuderlaczkiem czy to w wydaniu serialowym, czy w AU.

Anonimowy pisze...

Ten facet ma 1,80 m wzrostu i zdaje się sam zbudował dom..Chuderlaczek..

P.S. Autorka powinna była wysłać ich do Nagasaki. 9 sierpnia 1945 przypadło właśnie w czwartek.
O,dobre!
Prawdopobnie co jakiś czas jeden z naszych żołnierzy będzie tamtędy przypływać.
Krytą żabką.
O,jeszcze lepsze!

I teraz od Was, Drodzy Czytelnicy, zależy ich dalszy los! Czy Castiel przeżyje i też wyzna uczucia Deanowi, czy umrze, do końca patrząc mu w oczy, szczęśliwy, że ocalił ukochanego…? Głosujcie!

Jestem przeciw.Takim utworom.

I te fatalne,nijakie nawiązania do SPN: Uriel, Gabriel,opowieść o wendingo.Tylko po co?
Ale Milenki to aż się boję.A tą analizę bardzo fajnie się czytało.
Zginam Was serdecznie.

Chomik

Beryl Autumnramble pisze...

"Pierwsza dwudziestka do armat"
I przy każdej armacie foliowa koszulka z instrukcją stanowiskową:
"Congratulations on choosing the Armstrong-Whithworth four-pounder canonette. Please read instructions carefully and it should give you years of trouble-free maiming."

Anonimowy pisze...

Kiedyś miałam pomysł na Destiela w realiach drugiej wojny. Dean(bez Sama, bo ten jest zbyt chorowity) zostaje wzięty do wojska i przerzucony do Europy. Tam po jednej bitwie spotyka rannego, radzieckiego żołnierza, niejakiego Castiela Novaka walczącego dla Niemców. Oszczędza mu życie i odchodzi, jakiś czas później znowu go spotykając. Tym razem Castiel jest jednak po ich stronie i zostaje przydzielony do oddziału Deana. Posuwając się na przód w stronę Niemiec obaj zbliżają się do siebie pomimo nieznacznych barier komunikacyjnych(Cas tylko trochę duka po angielsku, bo jego bracia są dygnitarzami i coś tam podchwycił), ale praktycznie pod samym Berlinem rozdzielają się i Cas trafia do swoich z ZSRR, i wraca do Moskwy. Już jakiś czas po wojnie udaje mu się namówić brata na przerzucenie go do Ameryki, żeby mógł znaleźć Deana, ale na miejscu okazuje się, że ten jest zaręczony i żyje w przekonaniu, że Cas zginął pod albo w samym Berlinie.

Kiedy to wymyślałam, myślałam że to jednak głupi pomysł, ale jak tak patrzę na to opko powyżej, to stwierdzam że moja koncepcja nie była wcale taka zła. Zwłaszcza że w razie czego miałabym przyjaciółkę - historyczkę - do pomocy.

Rzabcia pisze...

Dean i salatki xDDDD
Dean, Castiel i "personal space" - https://www.youtube.com/watch?v=PJ3HL1LBNQM xDDDD
Kevin udajacy Japonczyka (bo oni wszyscy wygladaja tak samo i na pewno Azjaci nie potrafia odroznic Wietnamczyka od Chinczyka itp.) - xDDDDD
Rufus sie zgadza, w serialu byl gburem :)
Od kiedy to Benny tak chodzi i non stop narzeka? Nie mogl sobie poradzic z powrotem do spoleczenstwa, to fakt, ale nie biadolil tak nad tym caly czas.
Bobby nadal boli, ale to pewnie dlatego, ze to moja ukochana postac z serialu (Bobby i Rufus to chyba moj ulubiony duet).
Ach, Dean i pie to piekniejsza opowiesc milosna niz wszystkie destiele razem wziete: https://media4.giphy.com/media/AgmrVi9b7YEow/giphy.gif
Sam z dlugimi wlosami: https://68.media.tumblr.com/deeb3ea7afed93b80fa32956ec3b59fc/tumblr_nk766pJLLW1u349k0o2_500.gif - no w sumie L'Oreal Paris, wiec sie zgadza :)
Co do faktow historycznych to nic dodawac nie ma sensu, bo wszystko ladnie skomentowaliscie :)
Przepraszam, ale ja tu sie troche dalej pochichram nad wizja Deana zajadajacego salatke xDDD

Anonimowy pisze...

Hej, mam do Was pytanie. Nie myśleliście może o zanalizowaniu scenariusza do HP i Przeklętego Dziecka? Ta sztuka to jest jedno wielkie skopiowanie najgłupszych motywów znanych z opek i aż się dziwię, że ktoś się nią jeszcze nie zajął.

Minami Lady pisze...

"Gdy wszyscy, jak zwykle ustawili się w szeregu na placu głos zabrał generał.
-Jak juz zapewne wiecie, od miesiąca rozpoczęła się kolejna wojna światowa."
Bój to jeeeest nasz ostatniii, bo zwiąąązek nasz bratni ogarnie ludzki róóóód! *wyje melancholijnie do flagi Amerykanów*
"będzie dość ciężka misja i wielu może tak naprawdę nie wrócić."
Pewnie chodziło o pracę w PAH. Albo w jej amerykańskim odpowiedniku. Musi Dean był drugą Janiną Ochojską...oh wait...
"Spodziewali się bardziej widoku jakiś kwiatków czy trawy"
TRAWY W LUTYM W 1942 ROKU?! Jeszcze może marihuany i panienek im się zachciało?!
Te domki w lesie...Musi czary, panocku. Czyli co? Obozy w Drancy i Gurs się nagle cudem zamknęły? A Niemcy, jak idioci, zostawili więźniów samopas, bez pilnowania, ot tak sobie?! Żadnych wilczurów, warty z Mauserami?! Musi czary, zaiste. Jeszcze lepsze będą czary, jak Dean i reszta będą się tłumaczyć z tego w raporcie.
"Mamy się dowiedzieć, jakie są dalsze plany armii japońskiej. I starać się powstrzymać ich działania - odpowiedział Sam, czując, że Dean pewnie tego nie pamięta."
Idźcie od razu do Kempeitai, może wam coś powiedzą po koleżeńsku. No, w ostateczności zostaje wam Tokkeitai jako formacja morska...

Alice Murphy pisze...

"Kompania pierwsza zostaje przeniesiona w okolice Houston, będziecie przydzieleni do wojska spadochronowego.
Kompania druga - Waszyngton, piechota.
Kompania trzecia - okolice Los Angeles, lotnictwo.
Kompania piąta - Filadelfia, wojska pancerne.
Kompania szósta - Boston, marynarka wojenna."
A co z biedną kompanią czwartą? Brakło przydziałów? I teraz będą musieli zostać w obozie z generałem i pocieszać go po stracie wszystkich pozostałych kompanii...Kogo teraz będzie niańczył? Przecież byli tu już cały rok i on tak bardzo się z nimi zżył!
:D

Anonimowy pisze...

Pierwsza analiza, której nie dałam rady. Podziwiam Was, że potrafiliscie to przeczytać. Ja nie potrafię.

Minami Lady pisze...

Alice - ta czwarta kompania poległa ani chybi w bitwie z Japończykami i spoczęła pod zimową trawą :D

Anonimowy pisze...

Nie chciałbym żeby ci co nie zostaną wyczytani poczuli się przez to źle.
Zmobilizowałam wszystkie siły swojej bujnej fantazji, żeby sobie wyobrazić ten tekst w ustach generała mówiącego do żołnierzy. I nie da rady, albo słyszę słodką ironię w tych słowach, albo w mózgu wyskakuje mi error 404 file not found.

Szli dobre piętnaście minut, może nawet dłużej, zanim dotarli do obozowiska.
Chryste Panie! Toż ja dłużej na uczelnię idę z dworca i nie uważam tego dystansu za długi, a oni maszerują z taką udręką, jakby czterdzieści lat przez pustynię.

Miedzy innymi zaczęli przeprowadzać próbne akcje na statkach.
Pewnie skakali za burtę i okopywali się w wodzie.

-Yes! Sí! Oui! Ja! - odpowiedzieli każda wersje "tak" jaką znali, nie wiedząc, która go zadowoli.
Aż przypomniał mi się ten dowcip:
An Englishman, a Frenchman, a Spaniard and a German are all standing watching an American street performer do some juggling. The juggler notices the four gentleman have a very poor view, so he stands up on a wooden crate and calls out, "Can you all see me now?"
"Yes"
"Oui"
"Sí"
"Ja"
(Ba dum tss)

-Wziął, któryś z was latarkę? - spytał Dean ledwo mogąc wydusić z siebie te słowa.
Pewnie zadławił się nadprogramowym przecinkiem.

-Cóż, myślałem o Kevinie Tranie, jest w końcu Japończykiem.
-Kevin jest akurat bardziej Chińczykiem ale całkiem możliwe, że japoński umie.

Jedynym logicznym uzasadnieniem tego „bardziej Chińczykiem” jest opcja, że Kevin ma mieszane pochodzenie, np. jego matka to Chinka, a ojciec jest w połowie Japończykiem, w połowie Amerykaninem. Wówczas, biorąc to na chłopski rozum, jest Chińczykiem bardziej
…nie, to wciąż nie ma sensu. I nie ma najmniejszego powodu, żeby znał japoński będąc Chińczykiem, bo na tej zasadzie każdy Litwin musiałby bankowo znać łotewski. A pochodzenie, choćby i mieszane, niczego nie zmienia. Ja mam wśród przodków Żydów, a w języku jidysz nie znam ani słóweczka.

To opko jest w tak uroczy sposób nieporadne, że aż wywołuje uśmiech. Jakżeż miła odmiana po postmilenkowym odruchu wymiotnym.

Alice Murphy pisze...

"Było ciemno, konary drzew zasłaniały światło księcia."
I czemu ten książę świecił? Fluorescencyjny czy ki czort?

Anonimowy pisze...

Blaskiem swojego dostojeństwa!
Wysmarowali go,jak psa w Sherlocku...


Chomik

Minami Lady pisze...

Albo fluorescencyjny, albo pokryli go fosforem, jak Stapleton swojego psa w "Psie Baskerville'ów". Innego wyjaśnienia nie widzę.

Rani Mathur pisze...

Zaglądam tu już od dłuższego czasu i muszę powiedzieć, że analizujecie cudownie. Wasze analizy uczą i bawią. Sesja trwa, egzaminy atakują, a ja przeczytałam wszystkie analizy od początku. Bo jakieś priorytety w życiu trzeba mieć. Podziwiam was bardzo za wytrwałość i z niecierpliwością czekam na więcej!

Ryma 2001 pisze...

Natrafiłam na wasz blog niedawno, i przedzieracjąz się przez wasz mniej lub bardziej stare analizy, przypomniałam sobie o niesamowitej książce, jaką miałam przyjemność przeczytać jakieś dwa - trzy lata temu. Tytył tej książki to "Fun Club", a jej autorem jest nikt inny jak Andrzej Wnuk... który założył własne wydawnictwo w celu opublikoania tej książki. Nie wiem, czy jest jakiś sposób nabycia tej niezwykłej lektury, ale na prawde wam ją polecam >:)
(sorry, że komentarz nie za bardzo no temat, ale po prostu musiałam się tą informacją z wami podzielić.)

Anonimowy pisze...

" -Ihr! Strammsteht! Schnell!
(Wy! Baczność! Szybko!)
Jeśli więźniowie są przykuci do podłogi, to nie oczekujmy cudu, że nagle staną na baczność.
Ba, on im kazał stanąć prosto."

...w dodatku z błędem ;) Poprawnie byłoby "steht stramm!" albo lepiej - "strammstehen!".


"Nie odpowiedział na żadne pytanie. Nie skupiał się nawet na tym co mówią. A oni zadowoleni tylko go bili i bili.
Tak na zapas, bo wiedzą, że to już ostatni raz."

No i w dodatku zadowoleni są, widać tego właśnie od niego oczekiwali.


" Nie próbował powstrzymywać krzyku. Może dzięki temu ktoś go usłyszy i uwolni.
I nie mylił się. Ktoś dobijał się do pomieszczenia. Miał tylko nadzieje, że to nie kolejni Niemcy."

Dobijali się do drzwi i pojękiwali żałośnie: "Eeej no, Hans, nie bądź taki, wpuść nas, też się chcemy trochę poznęcać!".


"Z Deanem zamienił do tej pory z trzy zdania. Za każdym razem, gdy byli w jednym pomieszczeniu strasznie się krępował.
Po prostu – był boleśnie świadomy swoich braków."

Sęk w tym, że serialowy Castiel nie był wybrakowany, albowiem zamieszkiwał ciało śmiertelnika, który pozwolił mu się opętać. Ponadto śmiertelnik ów miał córkę, więc do potencji również nie można się przyczepić... nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie w relacji z Deanem >.<

Myślę, że Ałtoressa nie zabiłaby Castiela tak po prostu, przecież wtedy nie byłoby SEKSUW!!11!!! ;>


Lynx

Anonimowy pisze...

Również uniżenie polecam Waszej uwadze rozważenie analizy Przeklętego Dziecka, najbardziej opkoidalnego tforu jaki wyszedł drukiem. Brakuje w nim jeno marriage law i parzenia się po kątach.

Anonimowy pisze...

Nie no weźcie, bez przesady z tym HP i Przeklętym Dzieckiem. Nie jest to najwyższych lotów, ale do typowego opka to mu jednak daleko.

Anonimowy pisze...

"Miał w planach także spotkania strategiczne, chcąc uzmysłowić im co tak naprawdę będzie od nich oczekiwane.
Na czym polegają spotkania strategiczne? Chcę to wiedzieć i już!
Na tym, że sztab będzie cierpliwie wyjaśniał szeregowcom czekające ich zadania i poddawał je pod demokratyczne głosowanie."
Nie, nie, na spotkaniach strategicznych omawiali targety i wyznaczali dedlajny.

Canaris pisze...

Jak to dobrze że to opko umarło bo czytając ta analize tylko czekałem aż zszargają pamieć Chestyego Pullera i bede musiał jechać i ich zabić...