piątek, 10 stycznia 2014

245. Wesołe przygody głuchego wilkołaka, czyli Severusie, zdejmij te hebany! (Sylwestrowa Ustawka, cz. 1)


Drodzy Czytelnicy Obojga Analizatorni! Staropolskim obyczajem zapraszamy na tradycyjną Ustawkę Sylwestrową (my naprawdę zaczynamy ją zawsze w Sylwestra, tylko kończenie rozmaicie nam wychodzi). Tym razem ponownie korzystamy z niewyczerpanych zasobów opek o Harrym autorstwa samej Zilidyi (pamiętacie Lamira? I Draco bez fraka? I Harry'ego-Esmeraldę w Notre Dame? No właśnie).
Poznajcie zatem Harry'ego, który (cóż za niespodzianka!) Nie Jest Tym, Kim Się Wydaje. Dowiemy się tego i owego o zwyczajach wilkołaków, o czarodziejskiej modzie, a także o tym, w jaki sposób pozbyć się niechcianego członka rodziny. Indżojcie!

P.S. Z Bezdomną jeszcze nie skończyliśmy - powróci po zakończeniu Ustawki. 

Analizują: Kura, Mikan, Babatunde, Gabrielle, Dzidka, Jasza, Szprota, Sineira, Pigmejka, Vivaldi, Kalevatar.

https://www.fanfiction.net/s/6834446/1/Nowe-Inne-%C5%BBycie


Nowe Inne Życie [NIŻ]
Autor: Zilidya
Bety: MichiruK i Euphoria (zobaczymy jak długo ze mną wytrzymają?)
Tego nie wiemy, ale widać, że żadnej z nich styl mistrza Yody nie przeszkadzał.


Pairing: SmH (Snape mentors Harry a już miałam nadzieję, że sado-maso Harry!, co oznacza, że seksów nie będzie, a przynajmniej nie pomiędzy tymi dwoma)
Raiting: + 15
Długość: ?
Ostrzeżenia: non-canon, alteratywa (łojzicku, to czego możemy się tu spodziewać?!)(Syćkiego.) (Lewatywy.)
Prawa własności: Wszystkie postacie należą do J.K Rowling i z tego fanfiction nie są
pobierane żadne korzyści.
Poza pławieniem się w pochlebnych komciach.
To nie jest korzyść materialna, więc chyba wolno się popławić, co ludziom żałujesz? Bo jeszcze stwierdzą, że dobre.


Rozdział 1.1
Mały, czarnowłosy chłopczyk załkał cichutko. Nie odważył się głośniej. Wiedział, że gdyby ktoś go usłyszał, awantura trwałaby dalej. Nikogo nie interesowało, że chciał się tylko napić, a kubek po prostu wyśliznął mu się z rąk. Kara była taka jak zawsze: komórka i brak kolacji.
Nie zabrali mu komórki za karę? To dobrze.
Ale pewnie nie dali ładowarki.
Zamiast bezproduktywnie chlipać w kątku, mógłby sprzedać komórkę i kupić sobie kolację.
Ciekawe, czy dostaje nową komórkę za każdym razem, kiedy stłucze kubek. W sumie nawet rozumiem tę karę: zanim zdąży się przyzwyczaić do nowego aparatu, jego klawiatury czy ustawień, to już musi przywykać do następnego.
O ile zabierają mu te poprzednie. Kto wie, może ma już całą kolekcję.
Łkał, bo miał być iPhone, a dostał tylko Nokię z Win8 na pokładzie.
Z ciekłokrystalicznym wyświetlaczem i bez aparatu.


Nadal był spragniony, a teraz nie miał nawet szansy iść do łazienki i napić się wody, zamknięty na trzy zamki w komórce w małym, ciasnym pomieszczeniu.
Coś jakby “masło mleczna smakowita kostka”
Komórka w komórce, łojezusie, in vitro jakieś, czy inne szataństwo! Kiedyś były dżinny w lampach, teraz są czarodzieje w komórkach. Z drugiej strony to byłoby całkiem niezłe, mieć apkę z podręcznym wizardem - zagraj w minigrę, aby odparować ludzi z kolejki.


Najgorsze jednak było to, że rany po petardach, racach i ogniach sztucznych, a także kilku innych ognistych zabawkach Dudleya - jego kuzyna, nadal krwawiły i chłopak czuł się coraz gorzej.
Oczywiście Dursleyowie nie zabiorą go do lekarza, bo są źliiiiiiiii. Przeciwnie: jak się wykrwawi, to zakopią w ogródku i wreszcie będą mieć spokój.
Albo zgrillują i zjedzą.
Dadzą Dudleyowi na obiad, bo pewnie bidulek znowu głodny.
So sweet. Masz od Jezusa fokę akceptacji.


Ciągle czuł ciepło [krwi] w uszach i delikatne już teraz dzwonienie. Początkowo było jeszcze gorzej, ale teraz na szczęście to nieprzyjemne uczucie słabło.
The drumming… can’t you hear it?


Gdyby wiedział, jak całe to zdarzenie się skończy, od razu uciekałby wraz z kotem, którego wybrał sobie dziś na ofiarę jego kuzyn.
Jedynym dla malca pocieszeniem było to, że zwierzę skryło się w bezpiecznym miejscu, gdy kolejne petardy i race wybuchały dookoła zieloonokiego chłopca.
No więc mamy huczne powitanie nowego roku.
*zakłada słuchawki BHP*
Jeśli jako kilkulatek wystawił się na petardy, żeby osłonić kota, to nie chcę zgadywać, co za Gary Stu wyrośnie z niego kiedyś.Stanie pośrodku strefy zrzutu atomówki, krzycząc “LET ME LOVE YOU!”


Nikt nie zwracał na cały ten hałas uwagi. Zdążono już się przyzwyczaić do dziwnych zabaw wyrostków w parku.
No popatrz pan, a ja wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić.
Zwłaszcza, gdy te zabawy wyrostków odbywają się w wykonaniu malców.
Po prostu ciągną się za wyrostki, na tym polega zabawa.
- Kochanie, co to za wrzaski?
- Nic wielkiego, chłopakowi Smithów spadający konar przetrącił chyba kręgosłup.
- Eh, ta dzisiejsza młodzież…
Myślałby kto, że akcja dzieje się na jednej z szemranych dzielnic Nowego Jorku, a nie na spokojnym angielskim osiedlu domków jednorodzinnych…
Gentryfikacja, tylko na odwrót.


Powrót w uszkodzonym ubraniu, dodatkowo brudnym, dał początek krzykom Dursleyów.
Koniec ich krzykom dała dopiero rozpędzona asteroida.


Gdy chłopczyk jeszcze dodatkowo stłukł kubek, okazało się, że to była ostatnia kropla na ten dzień dla Petuni – ciotki płaczącego teraz malca.
Ostatnia kropelka ze stłuczonego kubeczka.
I ostatniej paróweczki też już nie było.
Parówkowy skrytośmierciożerca ją zachachmęcił.Poczekaj, aż zobaczy te kałuże juchy w komórce, będzie sprzątania co niemiara.
To zdanie brzmi, jakby to kropla sprawiła, że Petunia została ciotką malca, a wcześniej była na przykład jego szwagierką.
Tak, bo ta kropla przegięła pałę goryczy.


Przynajmniej nie zrobił czegoś dziwnego, jak to często miał w swoim zwyczaju.
A w cudzych zwyczajach to miał dopiero dziwne rzeczy!


Jeszcze nie minął tydzień, od kiedy w ciągu jednej nocy odrosły mu całkowicie zgolone włosy.
Całkowicie zgolone czy całkowicie odrosły?
Całkowicie włosy.
Harry robił odrastanie.


Niespotykany fakt, ale chłopak już przyzwyczaił się, że wokół niego dzieją się podejrzane rzeczy.
Ej, ale jak to w zasadzie jest - te spontaniczne przejawy magii u czarodziejskich dzieciaków zdarzały się głównie pod wpływem wielkiego wzburzenia - pamiętamy np. Harry'ego nadmuchującego obrażającą go ciotkę czy choćby Neville'a odbijającego się od ziemi jak piłka po tym, gdy stryj wyrzucił go z okna. Więc jakim cudem magia nie ochroniła Pottera przed czymś tak groźnym jak wybuch petardy?
Gdyż albowiem nad magią zwyciężył fetyszyzm aŁtorki na punkcie Harry’ego torturowanego przez Dursleyów.


W końcu był „dziwolągiem" - tak stwierdził wuj Vernon, wrzucając go na prawie dwa dni do komórki i odmawiając posiłków za te jego buntownicze wyskoki.
Bo na złość wujkowi odgryzł sobie uszy, a one odrosły!
I w ten sprytny sposób rozwiązał problem posiłków. Na złość mamie odrosnę sobie włosy i zrobię na tyłku zbroję z kransoludzkich klejnotów.
Nie wiem dlaczego, ale “zbroja z krasnoludzkich klejnotów” wizualizuje mi się jakoś tak oble i włochato...
A szkolna pielęgniarka nie była zdziwiona jego niezdrową chudością?


Po tych kilku krótkich latach zdążył już nawyknąć do tego typu zachowań wujostwa.
A także nauczył się czerpać pożywienie z powietrza.
Breathapotterianizm.
W kurzu jest tyle żyjątek, można się najeść ^^
A pająki w żyjące w komórce zawierają tyle białka!
Harry był bardzo mały, więc i lata miał krótkie, dobrze rozumiem?
Wiedział, że dla nich jest nikim. Podrzutkiem, którego rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Teraz, mając sześć lat – Harry – bo takie nosił imię chłopiec zamknięty w komórce pod schodami, która służyła jednocześnie za jego pokój, wiedział, że jest sam na tym świecie.
I że jeśli chodzi o poronioną konstrukcję zdań to narrator dopiero się rozkręca.


Nikogo nie interesowało czy je, czy jest czysty, zdrowy, czy cokolwiek z tych rzeczy, o które dbają prawdziwi rodzice.
Opieki społecznej też to nie interesowało? Heloł, mamy tu Anglię z lat 80-tych XX wieku, nie z czasów Dickensa!
No bez przesady, Na czystość Dursleyowie chyba jednak zwracali uwagę, smród niemytego Harry'ego stałby się w końcu zauważalny, a Petunia  nie ucieszyłaby się z obecności ewentualnych żyjątek. Na tym polegała jego buntowniczość - wchłaniał brud i… ok, może jednak nie idźmy w tę stronę.
In the immortal words of Kalevatar: “bohater sponiewierany ma +100 do zajebistości”.


Mieszkańcy Privet Drive nie zwracali na niego uwagi, jakby nie istniał.
To też w sumie ciekawe dlaczego. Wszyscy byli spokrewnieni z Dursleyami? Ostracyzm - wszyscy inni mieli sprzęt od zgniłego nadgryzionego jabłka.
Dursleyowie płacili im wysokie łapówki albo szantażowali, zapewniając sobie milczenie świadków. Innego wyjaśnienia nie widzę.  


Czasami pani Figg – sąsiadka – zabierała go do siebie, jeśli Dursleyowie chcieli gdzieś wyjść tylko w trójkę.
Sąsiadka też ani myślała zareagować, bo siniaki musiała widzieć. Wystarczyło, że zlitowała nad chłopakiem.
No ale to charłaczka. Pewnie szantażowali ją. Bierz chłopaka albo powiemy, że twoje koty zjadły nam sąsiada, albo coś w ten deseń.


Starsza kobieta opiekowała się kilkoma kotami. Miała ich z resztą sporą gromadkę, ku rozpaczy wielu mieszkańców osiedla.
Narratorze, zdecyduj się! W ciągu jednego zdania koty ci się rozmnożyły!
Nieno, bez reszty miała kilka, a z resztą robiła się już spora gromadka, przecież to oczywiste. Tylko skąd ta reszta?
No - pani Figg miała gromadkę z tą początkową resztą. Zoofilia się szerzyła.
Chyba miała kilka stałych, a reszta przychodziła jedynie na posiłki.


Harry nie rozumiał dlaczego. Według niego zwierzaki były miłe, czyste i w ogóle takie, jakie powinny być koty.
Koty miłe? Koty powinny???


KOTY SĄ MIŁE. Tylko że to one wybierają, dla kogo.


No, może poza zapachem, ale do tego też dało się przyzwyczaić.
Harry ewidentnie ma wobec kotów niezbyt realistyczne oczekiwania.
(A na zapach akurat są sposoby inne niż przyzwyczajenie się, pfff.)


Teraz jednak chłopiec miał większe zmartwienie niż zapach, jaki wydziela gromada miauczących futrzaków.
Bo jak nie miauczą, to nie wydzielają zapachu.
No w sumie by się nawet zgadzało… W przypadku tych, którym jedzie z pyska.
Przecież koty jako takie nie wydzielają zapachu. Może im oczywiście capić z gruczołów, z pyszczków, z kuwety. Ale powąchajcie tylko zdrowego, czystego kota...


Skulił się mocniej, starając się zasnąć i nie myśleć o trzech większych ranach na swoich plecach.
Dziś pomyśli o tych mniejszych. Musiał obliczyć ich pole powierzchni na matematykę, a nie miał linijki.
Bo to przecież tak łatwo zasnąć z krwawymi dziurami w ciele. Siłą woli się likwiduje ból i już… oh wait.


Ciotka Petunia polała je tylko jakimś szczypiącym płynem i odesłała Harry'ego do komórki ze stwierdzeniem, że samo się zagoi.
Jak bora kocham… Harry ma sześć lat, chodzi już do szkoły, w angielskiej szkole uczniowie też chyba mają jakieś obowiązkowe badania lekarskie, nie? O zajęciach sportowych już nie wspominając. Widok ran czy blizn na plecach dziecka powinien kogoś zaniepokoić, niech sobie lepiej Petunia szykuje jakieś dobre alibi… Koty. Koty mają pazury, nie? No… to był duży kot, no.
Wściekły mrówkojad! Pełno ich ostatnio w Londynie...


Zmęczenie i głód zrobiły swoje, zabierając dziecko w krainę snów.
A potem do Krainy Wiecznych Łowów. Biorąc pod uwagę, kto jest siostrą Morfeusza, to mógł tak po sąsiedzku wpaść.


Obudziło go brutalne szarpnięcie. Wuj wytargał go dosłownie za starą pidżamę kuzyna (a mógł za czuprynę metaforycznie nie wspominając o innych końcówkach) (byłoby śmiesznie, jakby targał piżamę Dudleya, wiszącą na Dudleyu. a to Harry się przemieszczał) na korytarzyk łączący przedpokój z kuchnią. Harry zobaczył, że Dudley już siedzi przy stole, drwiąco się uśmiechając. Dziwne, bo schodząc rano do kuchni zawsze budził go tupaniem tuż nad jego głową. Znów został brutalnie szarpnięty. Spojrzał na wuja.
W tej samej chwili pojął, co się dzieje. Odskoczył od mężczyzny, wyrywając się, zatrzymując na przeciwległej ścianie. Wuj krzyczał na niego. Jego wykrzywione w gniewie usta poruszały się, ale żaden dźwięk nie docierał do Harry'ego. Patrzył na mężczyznę, próbując coś powiedzieć, ale z szoku tylko bezgłośnie poruszał wargami. Vernon Dursley chyba znów coś krzyknął, przynajmniej tak to wyglądało, bo zrobił się jeszcze bardziej czerwony.
Na twarzy Vernona skala krzyku objawiała się kolorem - od bladoróżowego przy szepcie po płomienną czerwień przy wrzasku.


— Nic nie słyszę — szepnął Harry coraz bardziej przerażony, nie słysząc nawet tego, co mówi.
Eee… W sumie logiczne.
Dziwne, że nie zwrócił uwagi wcześniej…
Miał sześć lat i krwawił, mogło mu to czy tamto umknąć.


Wiedział, co powiedział, ale tego nie słyszał. Cofnął się jeszcze o krok, łagodnie wtapiając się w ścianę, znów powtarzając: — Nic nie słyszę.



Wuj zamarł, a chłopiec załkał. Coś musiało się stać z jego uszami, gdy obok niego wybuchały petardy. Stracił słuch przez głupią zabawę Dudleya.
Wiem, że miało być dramatycznie, ale ja w tym momencie słyszę: “Przez swoją głupią brawurę Marian stracił kartki na mięso, swoje i siostry”. Mnie tylko zastanawia - czy w przypadku wybuchających wokół niego petard prawdopodobieństwo, że oko wypłynie mu na wierzch nie jest większe, niż utrata słuchu? Ja wiem, że zdarzają się naprawdę głośne petardy, ale te przy wybuchu Harry’emu zapewne głowę by urwały…
A skąd wiesz, skąd on dokładnie krwawił. Może z kikutów. Miał oczy na antenkach jak ślimak. I mu urwało. Od oka, temu mu urwało.
IMO trwała utrata słuchu to raczej gdyby dostał czymś mocno w głowę. Kolbą od karabinu na przykład.
To pewnie od tego, jak aŁtoreczka wybijała mu z głowy resztki kanoniczności.


Vernon Dursley postawił dzieciaka na podłodze i chwycił za brodę, odwracając jego głowę na bok. Zakrzepła krew na uszach i szyi chyba potwierdziła słowa chłopca, bo odwrócił się do żony (Harry miał żonę???) i chwilę z nią rozmawiał. Do czegoś musieli dojść, bo ciotka ściągnęła fartuch i sięgnęła po torebkę.
Jak Petunia sięga po torebkę, to nie ma członka męskiego w miejscowości poniżej 10 000 mieszkańców!


— W czym mogę pomóc? — Uśmiechnięta recepcjonistka niewielkiej kliniki spojrzała na wchodzących miło i grzecznie.
— Syn sąsiadki bawił się petardami i chyba coś mu się stało, bo nie słyszy — rzucił ostro Vernon. — Łobuz nic nam nie powiedział i dopiero niedawno zauważyłem krew płynącą z uszu. Opiekujemy się nim tymczasowo.
A fakt, że czekaliśmy z przyjazdem tak długo, że aż krew zaschła? Oj no weź Pani, na Zakopiance teraz straszne korki są…
A w tej klinice nie mają sposobów na identyfikację pacjentów, więc nie mają jak sprawdzić, czy Harry rzeczywiście nie jest z nimi nijak spokrewiony. Seems legit.
Eee, to chyba w tym momencie nie jest sprawa pierwszoplanowa.


Kobieta zerknęła na dwójkę dzieci siedzących w poczekalni. Nie musiała pytać, które to. Krew nadal była na ciele dziecka, a poza tym malec nie wyglądał jak członek rodziny.
A nie-członka to można łoić.
Sprawdzenie tego w jakiejś kartotece czy ichniejszym systemie rejestracyjnym było ponad siły? No chyba, że Harry jako czarodziej nie istniał w żadnych spisach ludnościowych…
Aż dziw, że nie był niewidzialny.


— Dobrze. Obejrzymy go. Proszę wypełnić dokumenty, a ja zaprowadzę go na badanie.
Hę? Recepcjonistka go prowadzi? A nie powinna zawołać jakiejś, no nie wiem, pielęgniarki? Chyba że mieli tu jakąś skrajną redukcję etatów...


Gdy weszli do jasnego gabinetu, wskazała mu krzesło przy maszynie z wieloma guzikami i pokrętłami.
Była to słynna maszyna do robienia PING!
Albo EXTERMINATE. -****


Wzięła czystą szmatkę i miskę z wodą, po czym delikatnie przemyła go, usuwając zaschniętą krew.
Dursleyowie bowiem byli tak źli, że dla własnej przyjemności nie zmyli krwi z chłopca.
Nie chcieli marnować porządnych chusteczek ani zawyżać rachunku za wodę...
A recepcjonistki to wcale a wcale nie zastanowiło. Krwawe plamy na plecach (bo “większe rany” nie zostały przecież opatrzone) też zignorowała.
Może założyli Harry’emu kurtkę, żeby zasłonić tamte rany. Tacy byli przebiegli!



Chwilę zastanawiała się, jak przekazać dziecku polecenie. Chłopiec z całą pewnością nie umiał czytać.
Było to widać po jego niskim czółku i tępym wyrazie oczu.
Ałtorko droga, w Wielkiej Brytanii edukacja jest obowiązkowa od piątego roku życia, a twój Harry ma sześć. Wujostwo nie posłali go też do szkoły? I nikt się nie zorientował?
Zdaje się, że jesteśmy w Truman Show i wszyscy grają, jak mają przykazane.
Chyba w Tuman Show.
Wujostwo za każdym razem opowiadało, że to dzieciak innego sąsiada i jakoś przeszło.


Udało jej się przekazać trochę na migi, a resztę zdecydowała się robić tak, jak przy niemowlakach.
To znaczy jak? *zaciekawiona*
Zmieniła mu pieluszkę i posypała pupę pudrem.
Wsadziła smoczek w gębę i poszła na kawę.
Zaczęła się z nim bawić w “peekaboo”.


Nałożyła słuchawki i rozpoczęła badanie.
Niesamowite, jakie umiejętności i uprawnienia mają te angielskie recepcjonistki.
Bo to była lekarka z Europy Wschodniej na emigracji zarobkowej.
Na trzech etatach.
Wieczorami jeszcze myła podłogi.


Po kilkunastu minutach z wynikami wróciła do recepcji i zastępującej jej [ją] tam koleżanki.
— Proszę iść z wynikami do dwójki. Lekarz wszystko państwu wytłumaczy i przepisze leczenie — poinformowała z uśmiechem opiekunów Harry'ego.
— Leczenie? — Petunia zerknęła na stojącego pod ścianą siostrzeńca.
- Nie lepiej go od razu uśpić? - spytała z nadzieją.
Albo wymienić na lepszy model?
A możemy go po prostu tu zostawić w takim pudełku na szczenięta? A nuż się spodoba jakimś bezdzietnym i go zabiorą...


— Proszę iść do doktora. — Wskazała drzwi, nie odpowiadając na pytania.
Do gabinetu weszła tylko ciotka z Harrym. Po przejrzeniu wyników młody lekarz jeszcze sam osobiście obejrzał uszy chłopca.
Łaskawca! Lekarz, a osobiście w uszy zajrzał! No po prostu doktor Judym!
Zbierał do kolekcji, ale te jakieś niewydarzone były.


Potem naprawdę długo rozmawiał z Petunią, wypisując kilkanaście recept i skierowań na dalsze badania oraz leczenie.
I to wszystko na podstawie patrzenia na uszy. Geniusz!
Nieno, przecież dostał wyniki z maszyny, która robi PING.
Może to były bardzo wymowne uszy.
Czytał w tych uszach jak w otwartej księdze.


Harry przez cały ten czas tylko siedział. Nie chciał już więcej zwracać na siebie uwagi.
Gdy wrócili do zaparkowanego samochodu, dosyć długo nie ruszali, ale Harry widział, że dorośli o czymś nerwowo rozmawiają. Po dobrej półgodzinie wuj zawiózł ich na Privet Drive. Dudley wyskoczył na chodnik i pobiegł do domu.
Po kolejne petardy.
I kanister benzyny.
A potem zrealizowali scenariusz do “Chłopaka z sąsiedztwa”.


Ciotka jednak nakazała na migi Harry'emu zostać i zamknęła za sobą drzwi. Samochód znów ruszył. Chłopiec nigdy dotąd nie był poza najbliższą dzielnicą, nie mówiąc już o centrum Londynu.
Z ogromnym zaciekawieniem oglądał wszystkie pojawiające się za oknem nowości.
Wuj w końcu zatrzymał się i kazał mu wysiąść, machając na niego. Byli na dworcu kolejowym, przynajmniej tak przypuszczał Harry, przypominając sobie kilka obrazków ze starych książek kuzyna.
Telewizji, jak rozumiem, też nie było w tym wiktoriańskim domu?
Była, ale tylko TV Trwam.
AŁtorka sama sobie strzela w stopę, bo nie bardzo może się zdecydować, co Harry umie i wie, a czego nie. Trochę umie czytać, ale właściwie nie do końca. Widział dworce, ale w starych książkach. Nigdy nie wychodził poza dzielnicę miasta. Sory resory ale dziecko prawie non stop trzymane w komórce nie będzie rozwijało się prawidłowo. Bessęsu, ludzie. A jeszcze dodatkowo nie słyszy. Ta pętla robi się coraz ciaśniejsza.
Zawsze mogą go jeszcze oślepić, co se będą żałować.
I powyrywać nóżki.
I kazać trenować skoki do wody.I jeść brukselkę.
Protestuję, brukselka jest pyszna! I szpinak też!Przebóg, przepadnij.


Zatrzymali się przy małym okienku i mężczyzna coś kupił, ale chłopiec ze swojej wysokości nie widział co.
A to był dynamit.


Potem pociągnął go za sobą.


Nadal nie wiedział, co wuj chce zrobić, ale skoro pojadą pociągiem, to było mu wszystko jedno. Jeszcze nie jechał czymś takim i był strasznie ciekaw, jak to jest.
Najfajniejsze jest, jak koła robią “tuktuk, tuktuk”. Peszek, ale Harry tego nie usłyszy.
Może poczuć drgania, chociaż wątpię, żeby aŁtorka na to wpadła.
Nie wiedział co to, ale miało karteczkę z napisem “POCIĄG” więc… a nie, przepraszam, Harry nie potrafił czytać. Peszek.
Wiedział, bo Dudley bił go po głowie modelem lokomotywy.
Może Harry widział “Wjazd pociągu na stację w La Ciotat”? (No co, skoro dworzec widział na starych rycinach, to pociąg może tak…?)
Hihihi, przypomina mi się, jak kiedyś czytałam “świadectwo uzdrowienia” małego niewidomego chłopca, który na wizycie u uzdrowiciela odzyskał wzrok. Nie od razu, ale kiedy wracał z babcią pociągiem i przejeżdżali wybrzeżem, nagle powiedział “widzę łódź”. Niestety nie pofatygowano się z wyjaśnieniem, jakim cudem dziecko niewidome od urodzenia wiedziało, że to, co widzi, to jest łódź :D
Pewnie chciał powiedzieć “Widzew Łódź”, ale w zamian za przywrócenie wzroku uzdrowiciel dołożył mu wadę wymowy.


Bez sprzeciwów zajął miejsce przy oknie i chwycił swój bilet, wręczony przez wuja, gdy Vernon pokazał mu, że idzie kupić coś do picia rysując kalambury na serwetce, a on ma czekać spokojnie w przedziale. Gdy pociąg nagle ruszył, Harry był tak zaabsorbowany szybkością, że dopiero stację później spostrzegł brak opiekuna. Czekał cierpliwie, aż się pojawi, a pociąg mknął po torach jednostajnym rytmem. Ukołysany w ten sposób w końcu zasnął. Ten pociąg zasnął.
Harry przypomina tutaj stereotypowego dzikiego - zrób “wziuuum” i się micha cieszy. No po prostu słodkie. Kurwa. Słodkie.
Narkolepsja opkowa - odhaczona.


— Hej, mały! Obudź się! — Konduktor potrząsnął śpiącym chłopcem, wcześniej podnosząc upuszczony na podłogę bilet i odczytując cel podróży. — Zaraz dojedziesz na miejsce.
Zastanawiał się, co za rodzice puszczają w taką podróż dziecko samo. Miał nadzieję, że ktoś odbierze małego ze stacji.
Powinien mieć tabliczkę z adresem na piersi. I szklankę mleka.
Albo tobołek z serem i bochenkiem chleba.
I za duże drewniaki wymoszczone słomą.
A aŁtoreczki powinny czasem poszperać w necie i zobaczyć, jak surowe jest angielskie prawo. Biorąc pod uwagę pierwszy (!) paragraf, już recepcjonistka w klinice powinna wezwać odpowiednie służby. Konduktor też by nie podszedł do sprawy tak beztrosko.
Ale to jest FANTASY! Tu jest przecież MAGIA! Komu potrzebny realizm?
Mnie.


Dziecko otworzyło oczy i odskoczyło jak oparzone. Rozejrzało się ze strachem po pustym przedziale i w końcu utkwiło przerażony wzrok w migających za oknem drzewach.
Drzew też nigdy dotąd nie widział?
Te wcześniejsze nie migały.


— Spokojnie, mały. Czas wysiadać. — Gdy zobaczył brak zrozumienia ze strony malca, wziął go na ręce i wskazał na bilet oraz na stację, na którą właśnie wjeżdżali.
Chłopiec chwilę się wyrywał, ale nie miał zbyt dużych szans w walce z dorosłym. Wysiedli i Harry został postawiony na nogi. Wręczono mu bilet i wskazano na napis nad głównym wejściem.
Przepraszam, ale mam w tym momencie wizję konduktora, który bierze szarpiącego się Harry’ego za kark, jak kociaka i z rozmachem wyrzuca na peron.
(i oczywiście nikogo nie zainteresował podróżujący samotnie sześciolatek, jassssne)
Dobrze że go przez okno nie wyrzucił, jak Indiana Jones.


Chłopiec spojrzał na trzymaną w ręce małą karteczkę. Taki sam napis widniał i na niej. Gwizd pociągu nie zwrócił jego uwagi, zareagował dopiero, gdy wiatr szarpnął jego ubraniem. Rozejrzał się. Wuj nie wysiadł z pociągu.
Był sam.
Nie domyślał się nawet, gdzie jest. Znał trochę litery, choć nikomu się do tego nie przyznał, ale napis nic mu nie mówił, poza tym, że jest w jakiejś wiosce.
Czyżby dotarł do Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch?
Poznał po osiołku, żulu w słomkowym kapeluszu i południowym akcencie.
I po tym, że wrony latały do tyłu, kołując nad ludźmi zwijającymi asfalt.


Stacja była murowanym przystankiem bez kasy.
- Murowany przystanek, bracie! Mu-ro-wa-ny! Tylko biedak, bo bez kasy.


Były tam tylko dwie ławki i tablica z odjazdami pociągów.
Zabrakło niestety peronu.
Odjechał.


Harry był głodny i spragniony. Dookoła stacji nie było nic, jedynie pola i las.
Oczywiście, bo wszystkie nieszczęścia muszą spotykać Harry’ego. Jeśli spadnie deszcz, to też na niego osobiście.
Specjalnie na tę okoliczność wybudowano stację pośrodku niczego.
Tablica z rozkładem jazdy była nieczytelna, a w nazwie stacji brakowało połowy liter.
A obie ławki połamali przedstawiciele młodzieżowych ruchów politycznych.
A połączenie obsługiwały Koleje Mazowieckie.
Aż dziw, że tych torów dziki nie rozryły w poszukiwaniu żołędzi.


Westchnął i zszedł na ścieżkę, biegnącą od maleńkiej stacji. Zdecydował, że musi znaleźć kogoś, kto zaprowadzi go do Dursleyów. Wiedział, że będą źli, bo się im zgubił, ale przecież nie może tu zostać. Nie teraz, gdy nie słyszał najmniejszego dźwięku.
Bo gdyby słyszał, to by tu został na stałe.
Zasłuchałby się w ćwierkaniu ptaków.
W ogóle Harry ma iście buddyjskie podejście do życia. Wuj zostawił go samego pośrodku niczego, bez jedzenia i wody, bez szans na porozumienie się z kimkolwiek? Wzdech, shit happens.


Szedł już dłuższy czas, a dookoła nie było absolutnie żadnego domu. Ani żywej duszy.
Czasem jeno jaka strzyga wrzaśnie.
I martwe dusze rewizyjne snują się smętnie po polach.
Albo chochoły w trupa zalane po rowach się walają.
Szukają czapek z pawim piórkiem.


Zaczęły mu dokuczać poranione plecy. Dopóki się nie ruszał, było w porządku. Teraz, przy intensywniejszym ruchu, spocił się i sól tylko podrażniła rany. Strach także zaczynał brać go w swoje objęcia.
Choć Harry wyrywał się i krzywił, bo strachowi okrutnie jechało z paszczy.


Robiło się coraz ciemniej i chłodniej. Co prawda był środek lata, ale noce w lesie nie były na pierwszym miejscu na liście jego wymarzonych przygód.
Zwłaszcza, gdy wskutek nich znikał ze zdań związek przyczynowo-skutkowy.
Deszcz lałby się z nieba strumieniami
Twoje przerażenie narastało by falami
Patrzysz w wokół a tu las i deszcz
jak długo no wiesz potrafiłabyś to znieść
Czy byłabyś gotowa do dalszej drogi
Gdyby strach sparaliżował twoje nogi
Niedaleko ciebie szeleszczą liście
Dzika bestia wyskoczy oczywiście


Tym bardziej gdy był sam. Załkał, nie wiedząc, co robić.
Wow, to łkanie tak totalnie pasuje do tej nonszalanckiej narracji! "Idę i idę, ludzi ni widu, ni słychu, ciemno jak w dupie, jeszcze mnie plecy napieprzają… well, załkam sobie, to dobrze robi na dramatyzm."
Po prostu łkanie było pierwszą czynnością, jaka w tej sytuacji przyszła mu do głowy.


Gdy na środku ścieżki pojawił się znikąd w dziwnym zawirowaniu powietrza dorosły, Harry nie wiedział, czy ma odetchnąć z ulgi, czy się przestraszyć.
Na wszelki wypadek się odsunął, żeby przypadkiem nie wdepnąć w to zawirowanie i nie dorosnąć.
To przecinki tak wirowały.
Bo w sumie cóż to takiego, jacyś tam dorośli w zawirowaniach. W dzielnicy Dursleyów na każdym rogu ich pełno, meh.


Młody mężczyzna też go zauważył i natychmiast zaczął się rozglądać po okolicy.
W sensie, że starannie udawał, że go nie widzi?
Większa ilość dzieci oznaczałaby wycieczkę klasową, a to znak, że należy zwiewać.
Być może w dodatku - włoską… ;)
Liczył, że znajdzie właścicieli.
Albo myślał może, że przegiął z horrorami o dzieciach i teraz ma omamy.


Harry po prostu stał i czekał. Nie widząc w pobliżu innego dorosłego, mężczyzna podszedł do dziecka.
Nie dawało się dłużej udawać, a był za dobrym człowiekiem, by zostawić zakrwawionego upiora samego w lesie.
Tymczasem widmo zamigotało, zawirowało, i zaczęło deklamować:
Nie dla modłów i biesiady,
Niepotrzebna msza ofiarna;
Nie o pączki, mleczka, chrusty,-
Prosim gorczycy dwa ziarna;
A ta usługa tak marna
Stanie za wszystkie odpusty.


Zaczął coś mówić, ale zanim na dobrze się rozkręcił z pytaniami, Harry mu przerwał:
— Przepraszam, proszę pana, ale nie słyszę. — Nagle w mgnieniu oka podjął decyzję. — Zgubiłem się.
W sensie, że postanowił udawać, że słyszy, a nie udawać, że się zgubił?


Mężczyzna chciał jeszcze o coś spytać, ale nagle poderwał się do lotu i zaczął rozglądać. Coś musiało go zaniepokoić. Złapał chłopaka za rękę i zaczął ciągnąć za sobą. To „coś" musiało być bardzo przerażające, skoro tak zareagował i strach zaczął obejmować także chłopca.
Cóż za namolny strach.
Przytulał się i ryczał do ucha: - KOLEGA CI ŚMIERDZI?
Daj pan czy złote, uczciwie, na winiacza, na zdrowie młodej pary…
Może facet usłyszał ryk niedźwiedzia? Albo szelestu-szelestu.
Dziwne, że Harry nie pomyślał, że koleś po prostu rozgląda się, czy na pewno nikt nie widzi, jak porywa wałęsającego się w samopas dzieciaka i prowadzi do swojego Domku w Głębi Lasu.
Harry w tym opku w ogóle wolno kojarzy.


Nieponaglany biegł najszybciej jak mógł.
Nagłe uderzenie w plecy przewróciło go i oderwało od ręki mężczyzny.
Został mu w ręku tylko kawał skóry i smętny paliczek.


Szybko odwrócił się na plecy, wyczuwając, że ktoś nad nim stoi. To, co zobaczył, zaparło mu dech w piersi. Stwór był ogromny i z całą pewnością nie nastawiony przyjaźnie. Brunatne futro falowało w słabym świetle w rytm szybkiego sapania.
Powiedziałabym, że niedźwiedź, ale jak znam fandom to pewnie Lord Voldemort.
Jak w futrze, to może być i Cruella de Mon.
Albo Nunu
Ja za to nie wiem, jak można sapać tak mocno, żeby aż futro od tego falowało. Chyba że wydycha powietrze do tyłu i to przez to…
Brunatne futro i sapanie nad sześciolatkiem? Pedobear.


Wielkie łapy z jeszcze bardziej przerażającymi pazurami drgały, próbując coś złapać i zmiażdżyć.
Ale nie łapały, bo stwór miał zadyszkę i serducho go bolało.
Wymagał też natychmiastowego manikiuru.
Mim-wilkołak, ani chybi.


Błysnęła nagle czerwona poświata i stworzenie skoczyło, a to tylko ktoś włączył laser łapiąc go za nogę i ciągnąc w las. Harry zaczął krzyczeć. Poczuł uderzenie w kark, a następnie monstrum wgryzło się w jego bok. Bolało, i to przerażająco.
Mnie bardziej przeraża wyobraźnia ałtoreczki, ciągle maltretującej tego malca.
Zwizualizowała sobie młodszego brata, który ciągle podbiera jej kredki.
Papier i Internet wszystko przyjmą. Niestety.
Wątróbka, mnią, mnią!
Eeee tam, bez cebulki…
Niech mu wyrwie trochę włosów, to będą i cebulki.
- Och, jak boli! - westchnął Harry dramatycznie i położył dłoń na czole, zerkając z potępieniem na wpierdzielające go włochate chujstwo.


Kolejny krzyk dziecka wzniósł się jeszcze bardziej, a wraz z nim blade światło. Jeszcze jeden czerwony błysk poleciał w kierunku stwora, ale bestia nie zwróciła na to uwagi, bardziej zainteresowana swoją ofiarą.
Może to goryl? “W mózg dorosłego samca goryla można władować pięć kuł, a on i tak zdąży nas pożreć, zanim zrozumie, że nie żyje.”


Wgryzła się mocniej. Harry na skraju utraty przytomności z bólu zrobił to, co zawsze robił, gdy był przestraszony. Zamknął oczy i poprosił, by to już się skończyło.
Co prawda zwykle to nie działało, więc nie zdziwił się, że tym razem też nie.


Nagłe gorąco spowodowało, że jednak na powrót je otworzył.
I zauważył, że do imprezy przyłączył się smok.




Choć znając aŁtoreczkę, równie dobrze może się okazać, że Harry'ego nadziali na rożen i zaczęli opiekać.
Słowo “opiekun” nabiera nowego znaczenia.


Stworzenie uciekało w głąb lasu, skomląc głośno.
Już chciałam wytknąć, że smoki nie skamlą, ale oprzytomniałam :D


Swąd spalonej sierści rozniósł się po okolicy. Chłopiec podskoczył nerwowo, gdy poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu.
Jassne. AŁtoreczko, przyjmę formę crinos i wgryzę Ci się w bok, a potem zobaczymy, czy będziesz skakać. Chcesz?
Wilkołak musiał w takim razie być bardzo bezzębny.
Był to jedyny na świecie wilkołak, który zarażał wilkołactwem nie poprzez ugryzienie, a zamemłanie.
Wątroba i śledziona poszły jego śladem i też wyskoczyły. Permanentnie.


Uspokoił się jednak szybko, rozpoznając mężczyznę, który go przedtem wziął ze sobą.
Uff, tego znam. Co prawda wyrwało mi połowę pleców, ale to już mniejszy problem.
Miał taśmę klejącą w kieszeni, więc szafa gra.
Wiecie, może myślał, że to drugi potwór, który przyszedł po tę połowę pleców, która mu jeszcze została.
Tę dolną. A jak to tak, występować w yaoicu bez dupy?
I znowu yaoi będzie bez seksów. Czytelnicy już szykują widły.


Opadł na kolana i poczuł, jak ten obejmuje go ramieniem. Coś do niego mówił, ale nawet gdyby słyszał, niewiele by do niego dotarło. Zaczął już całkiem tracić przytomność z szoku i utraty krwi.
Dopiero zaczął, taki był z niego twardziel.


Mężczyzna zaklął pod nosem, przytrzymując całkiem bezwładne ciało dzieciaka.
— Że też dzisiaj zachciało mi się spacerów, nie musiałbym teraz, cholera, ratować jakiegoś gówniarza — warknął, podnosząc chłopca na jednej ręce i opierając go o swoją pierś. Nawet jak na takiego szkraba był nienaturalnie lekki.
Sześciolatek, nawet chudy, waży jednak dobre kilkanaście kilo i podniesienie go jedną ręką może być nieco problematyczne.
Może wilkołak mu wyjadł ciut za dużo?
A reszta się wysypała podczas tych całych podskoków. Sama powłoczka już tyle nie ważyła.
A ja chciałabym się dowiedzieć, kto w końcu, u licha, prowadzi narrację, skoro raz dostajemy normalne dialogi, a innym razem tylko wspomnienia, że Harry widzi, że ktoś do niego mówi.
Narrator Nietrzeźwy - zatacza się od jednego punktu widzenia do drugiego.


Mężczyzna wyjął z kieszeni swój awaryjny świstoklik i uruchomił go jednym, cicho wyszeptanym słowem. Miał nadzieję, że jego mentor nigdzie jeszcze nie wyszedł.
— Mistrzu Arturze! — zawołał zaraz po pojawieniu się w holu dworku swego mistrza eliksirów.
Przez te kilka sekund krew chłopca zdążyła przemoczyć jego szaty.
Nie przyszło facetowi do głowy, żeby jakoś ją zatamować, i to jeszcze od razu?
A tam, babrał się będzie.
Zabrakło środków w kasie na kurs pierwszej pomocy.


Z bocznych drzwi wychylił się starszy mężczyzna ubrany w śnieżnobiałą, aż rażącą szatę.
- Jestem Gandalf Rażącobiały - przedstawił się teatralnie.
Szata była rażąco niegustowna, ot co.Raziła rachunkami za pralnię.


Włosy, przeciwnie – bardzo czarne, nawet jeszcze ciemniejsze od włosów jego ucznia, związane były w długi kucyk i zarzucone przez jedno z ramion niczym szal.
I malowniczo udrapowane w żabocik.
Królewna Śnieżka?
Roszpunka po farbowaniu.
Hmmm.


Szerokim uśmiechem przywitał się z przybyłym.
— Severusie? Coś się stało? Dlaczego wróciłeś? Och, widzę, że masz jakiś problem na ręku.
Kurde, jakbym słyszała tę głupią pigułę na poporodowym…
Piguła zwracała się do ciebie per “Severusie”?!
Pimpuś znalazł na podjeździe, możemy go przygarnąć?
Obiecuję, że będę go karmić i wyprowadzać na spacer!


Zanieś go do gościnnej komnaty i wezwij Kropka, by przygotował opatrunki.
A potem go przygarnij.




Zaraz przyjdę z eliksirami. Co go zaatakowało? Człowiek, zwierzę?
Mężczyzna nazwany Severusem cierpliwie czekał, aż mistrz powie, co ma do powiedzenia, i odezwał się dopiero po ostatnim pytaniu.
- Kombajn Bizon.


— Wilkołak. Dziś pełnia.
I tak sobie gwarzyli wesoło, a dziecko tymczasem wykrwawiało się na śmierć.
Ojtam, i tak niczyje było i pewnie jeszcze nieubezpieczone.


Starszy mężczyzna zmarszczył brwi, wyraźnie zaniepokojony. Wskazał na nieprzytomnego chłopca.
— Mugol? Wygląda na strasznie zabiedzonego. Gdzieś ty go znalazł? Znowu wybrałeś się na te swoje spacery w świetle księżyca? Tyle razy ci mówiłem, żebyś tego nie robił. Potem przynosisz do domu te wszystkie zwierzaki, a ja muszę się nimi zajmować! A zwłaszcza jeleń jest strasznie wredny. Są ciekawsze rzeczy do robienia. Aha, i przebierz się! Wiesz, że nie lubię, gdy chodzisz w tych swoich hebanach. Straszysz damy.
W tych hebanach musiał być bardzo wystający sęk.
Ciekawe, czy hebany skrzypiały, gdy Severus się poruszał. I czy siedziały w nich korniki.
I czy na wiosnę puszczały pędy.
I czy były spokrewnione z Wierzbą Bijącą.
Gdzie heban rąbią, tam trociny strzelają… czy jakoś tak.
Nie mam pomysłu na perwersyjne drzewne aluzje, więc wklejam obrazek:


— Tak, mistrzu Arturze.
Severus skinął krótko głową swojemu mentorowi, myśląc, że naprawdę niełatwo jest się przyzwyczaić do jego dziwacznego sposobu bycia. Na początku czuł się zbulwersowany tym, jak łatwo mistrz Artur potrafi zapanować nad swoimi emocjami i nawet w sytuacjach bardzo groźnych zachowywać się, jakby nic takiego się nie działo. Tak jak teraz. Mały chłopak został pogryziony, a on ruga go za złe ubranie.
Określiłabym to zachowanie mnóstwem słów, niektóre nawet nadawałyby się do druku, ale na pewno nie - opanowaniem emocji.
Och, liczy na to, że gówniarz wyzionie ducha i oszczędzi mu wysiłku.
Wystarczy być opanowanym jeszcze chwilę, jeszcze troszeczkę…
Być jak Buddha: poradnik dla opornych.
Artur ewidentnie był mistrzem wyjebanizmu.
To świetnie się składa, bo samego Harry’ego też niewiele rusza.


Ruszył w stronę wysokich schodów. Mijany hol nie prezentował się jakoś szczególnie.
- Skaranie boskie z tymi gośćmi - mruknął hol. - Znów niezapowiedziani, a ja taki ukurzony po kątach.
Musiał być zakurzony, żeby białość szaty gospodarza raziła wyjątkowo wyraźnie.


Drzwi wejściowe, dwoje innych po obu stronach i schody, pod którymi były jeszcze jedne, dla służby. Oczywiście były prawie w ogóle nieużywane, bo nie było ludzkiej służby w dworku czarodzieja, tylko skrzaty domowe – małe stworki przywiązane do jednej rodziny i usługujące im bezsprzecznie.
Bezsprzecznie nie o to słowo chodziło. 
Skrzaty nie używały drzwi, warpowały prosto przez ściany.
A także przez podłogi i sufity.


Wystrój dworku zmieniał się dopiero na pierwszym piętrze. W holu nie było nic, tylko gołe ściany i podłogi. Tu natomiast widniał szlachecki przepych.
Upierdliwców ze skarbówki, wierzycieli i daleką rodzinę przyjmowało się wyłącznie na dole.
A dwa piętra pod ziemią skarbiec, którego nie ma w planach budynku.
Przepych widniał na ścianach w formie obrazów, na których szlachta piła, sejmikowała i podkręcała wąsa.
Oraz, dla jeszcze większego przepychu, jeździła saniami po cukrze (z braku śniegu).


Tkane dywany były rozścielone na podłodze, na ścianach wisiały obrazy w bogato zdobionych ramach, a w kątach stały potężne rośliny w ciężkich donicach. Zasłony udrapowane w ogromnych, gotyckich oknach wąskimi smugami wpuszczały światło księżyca do środka.
Budynek na parterze był dworkiem, na piętrze zaś zmieniał się w gotyckie zamczysko.


Mężczyzna zaczął rozbierać dziecko, marszcząc brwi, gdy jego oczom ukazał się na pełny obraz rany, jaką sprawiło malcowi zwierzę.
Sprawić to mu mogło radość, ranę się zadaje.
Ale gdyby posiedział nad nim trochę dłużej, to mógłby sprawić Harry’ego, czyli wypatroszyć.
Mam wrażenie, że te sadystyczne skłonności Ałtorki wobec Harry’ego udzielają się nam.
Na plasterki!


Kolejne, znalezione na plecach, zastanowiły go, bo na pewno były starsze niż kilka minut. Wiedział, że na razie nie otrzyma odpowiedzi na swoje pytania, więc zajął się przemywaniem ran i zasklepianiem ich chociaż minimalnie.
A krew ciekła, ciekła, ciekła… A chłopczyk robił się coraz bledszy… A realizm wył głucho pod oknem i gryzł się w pięty.
Tu nie ma miejsca dla realizmu, to opko dla dżentelmenów.


Rany po ukąszeniach wilkołaka trudno zaleczyć bez odpowiednich eliksirów, ale w końcu znajdował się w domu samego twórcy mikstury tojadowej, więc nie powinno być problemu z oswojeniem małego wilczka.
Mistrz Artur ukradł chałupę Damoklesowi Belby?
Może zanim go oswoisz, spraw najpierw, żeby ta rana przestała krwawić?
Nieoswojony wilczek gotów go pogryźć lub obsikać podczas opatrywania.


Przemył twarz chłopca i zamarł.
Nagle zrozumiał, że to nie jest jednak oryginalny HP...
Tylko co, chińska podróbka z allegro?
Kopia bezpieczeństwa.
To był Hary Pettor. Coś jak Adadis ;)


Nagle dotarło do niego, dlaczego dzieciak wydawał mu się w pierwszej chwili znajomy.
— Co z nim, Severusie? — Wejście mentora przeszkodziło mu w dalszych rozmyślaniach. Skrzat pojawił się w tej samej chwili. — Kazałem ci się przebrać. Dlaczego jeszcze tego nie zrobiłeś? Wyglądasz fatalnie. Zajmę się nim do twojego powrotu, idź już, strach na ciebie patrzeć, gdy jesteś w takim stanie.
Co to za wymówki, że chłopak ci zdycha na stole, do garderoby, sio, sio! Mi się tu będzie wykręcał jakimiś zwłokami…
Aż dziw, że nie przeżywa, że mu półtrupek tak nieelegancko zakrwawia meble.


Nie zamierzał kłócić się ze swoim mistrzem. Nadal pamiętał, czym kończy się sprzeciw, i wylecenie z terminu to najmniejszy problem w takim wypadku.
Na te większe problemy z pewnością pomoże to:




Nakazał przyniesienie swoich szat skrzatowi i ruszył do łazienki.
Tego jednego nie lubił u swego nauczyciela. Nakazu chodzenia w jasnych, wręcz białych szatach. Dobrze, że nie skórzanych, bo chyba z miejsca rzuciłby naukę.
Białe, skórzane kozaczki Severusa Snape’a leżały w najgłębszym kącie szafy i nie zdradzały jego tajemnic.


Po doprowadzeniu się do porządku i przebraniu, założył jeszcze obowiązkowe długie rękawiczki bez palców i wrócił do sypialni.
Ale wełniane, koronkowe czy jedwabne? Takie bardziej komunijne czy ślubne? Z kokardką czy z futerkiem? (Jeżu, Jeżu, nie chcę sobie tego wizualizować!!!)
Ślubne, ofkors. Już mu niosą suknię z welonem i w ogóle.
Oczami wyobraźni widzę Severusa  

A ja widzę to:


Tylko że w odwrotnych kolorach.
A ja tak tylko spytam, jaki jest sens babrania się w ludzkich bebechach w rękawiczkach BEZ palców?
Bo takie z palcami bardziej się brudzą.


Bok dziecka był już opatrzony, a mistrz delikatnie aplikował mu do ust po kilka kropli mikstur leczniczych.
— Powiesz mi kto to? Przecież nie przyniósłbyś do mnie mugolskiego dziecka. Czymś, poza ugryzieniem, musiał cię zainteresować.
Mugolskie dzieci można gryźć do woli, nie nasz problem.
Przynajmniej wilkołaki mają jakieś zajęcie. No i kur nie wykradają. Gdyby nie mugolskie dzieci, nie mielibyśmy jajek na śniadanie.
“Drogi pamiętniczku, dzisiaj podczas spaceru zmoczyłem sobie buty w kałuży, rzucałem kamieniami w sójki, spotkałem jeża i dwoje mugolskich dzieci z odgryzionymi nogami. Kolejny nudny dzień.”


Severus spojrzał na swojego mistrza, po czym skierował wzrok na nieprzytomne dziecko. Trudno było uwierzyć, że to możliwe, ale jednak.
Jednak jeszcze żyło.


— To Harry Potter, mistrzu, choć tego domyśliłem się dopiero przed chwilą. Zgubił się w lesie przy mojej posiadłości, a chwilę potem zaatakował go wilkołak.
Aha, czyli ta dróżka od stacji kolejowej wiodła do domu Severusa. Ciekawe, czy peron za własną kasę postawił.
Hogwart Express miał tam przystanek na żądanie.
A Severus obsługiwał szlaban.


Zaklęcia ogłuszające nie działały, dopiero wybuch magii dzieciaka odgonił poparzonego dzikim ogniem wilkołaka. Niestety zdążył go ugryźć — zdał relację z wydarzeń.
Biedny wilkołak, nie dość, że poparzony, to jeszcze ugryziony.
To głodzenie przez Dursleyów obudziło w Harrym bestię. Pogryzł wilkołaka…
Kryzys zataczał coraz szersze kręgi i mocno gryzł w zadek.
Serio, zdążył ugryźć? No nie mów, myślałem, że ta cała krew to dlatego, że go komary pokąsały.


— Co z jego opiekunami? Zostali zaatakowani i zginęli? Uciekli, zostawiając dziecko na przynętę? Popraw kołnierz. W ogóle nie przejmujesz się swoim wyglądem. Powinieneś też coś zrobić z włosami.
Mama?!
Tak mówiąc między nami, gdyby Snape miał takiego mentora od wyglądu, kto wie, jak spojrzałaby na niego Lily.
Jak na wariata. Te rękawiczki!
Mitenki. Mitenki.
A teraz wyobraźmy sobie kogoś w rodzaju Jacykowa, który marudzi od rana, że “nieee, tego nie włożyyysz”.


Przeskoki w tematach też nie były niczym nowym, po drugim roku Severus praktyk przyzwyczaił się do tego typu zachowań mistrza. Z cichym westchnięciem poprawił zagięty kołnierz i wyprostował lekko pomiętą szatę szybkim zaklęciem.
A na włosy nie mógł jakiegoś rzucić?
Mógł, ale nie chciał. W głębi duszy Snape był rokendrolowcem i szczerze wierzył w zbawcze właściwości smalcu na przydługich kłakach.
Przydawał się w długich trasach, gdy harley się spieprzył a wokół głusza albo Kanada.
Na złość tacie zgubię grzebień!


— Nie było z nim opiekunów. Twierdził, że się zgubił.
— Możliwe, możliwe — zgodził się z nim mężczyzna, przykrywając dziecko kocem. — Będzie trzeba ich powiadomić o jego stanie. Wystarczy rano. Niech się trochę pomartwią. Następnym razem nie spuszczą brzdąca z oczu. Poinformuj ich też o likantropii. Skoro to mały czarodziej, powinni to jakoś (jakoś na pewno) przyjąć.
Czarodziej czy wilkołak… Przecież to taka mała różnica.
Dwa dziwadła w cenie jednego, okazja! Kto by nie brał?


Może zgodzą się na eksperymentalny eliksir.
— Test na dziecku? Mało jest wilkołaków na świecie, mistrzu? — zdziwił się Severus chłodno.
— Dlaczego nie? Nie jest trujący dla wilkołaków, a skoro to dziecko, nie będzie wędrował, co ułatwi obserwację. Poza tym wiesz, że dotąd żaden zarażony nie reagował negatywnie na eliksir tojadowy.
— Jeszcze nie jest wilkołakiem — stwierdził Severus krótko.
— Za miesiąc nim będzie. Trzeba tylko uprosić opiekunów o dostęp do niego.
Rozumiem, że jeśli opiekunowie nie zgodzą się na dostęp, to dziecko się nie zwilkołaczy.
Może zwilkołaczy się po mugolsku, a nie czarodziejsku.
Zwinie się w kulkę i będzie spał na dywaniku w salonie.
I czasami gryzł buty nieopatrznie pozostawione w jego zasięgu.
W sumie to nawet dobrze, że się zwilkołaczy, bo gdyby się skotołaczył, to by do tych butów złośliwie sikał.


Zgdzą się, jeśli otrzymają eliksir powstrzymujący agresywność wilczej natury. Idź to załatw — polecił na koniec, opuszczając sypialnię.
Tak na jego oczach się mają zgdzić? Nie wiem wprawdzie, co to znaczy, ale brzmi nieprzyzwoicie.
- Proszę, oto państwa wychowanek. Teraz jest wilkołakiem - dostaną ode mnie państwo eliksir, który sprawi, że chłopiec nie pozabija państwa podczas najbliższej pełni - ale tylko wtedy, jeśli pozwolą mi państwo przeprowadzać na nim eksperymenty.
Zaiste, układ idealny.


Severus pokręcił tylko głową. Żadna nowość. Każdy geniusz miał jakiś odchył od normalności. Mistrz Artur należał do tej grupy. Jak na starszego mężczyznę nadal zaskakiwał wybrykami bardziej przywodzącymi na myśl małe dziecko, niż osiemdziesięcioletniego mistrza eliksirów.
To się nazywa demencja.
I starczy infantylizm.


Severus miał bardzo wielką nadzieję, że wraz z wiedzą nie przejmie czegoś złego od mentora.
Na przykład zarazy gender albo czegoś równie paskudnego.
Grzybicy stóp?
Mocnej poświaty w promieniach ultrafioletu.
I jeszcze bardziej niegustownej szaty.
Uhm, w jednej powieści Tanith Lee uczeń pobierał nauki od mistrza sypiając z nim, więc...


Wiedza w zupełności mu wystarczy. Zerknął jeszcze raz na siebie i westchnął.
Noszfak, ten cały gender już go dopadł. Biała kiecka, ślubne rękawiczki… Aaaaa!!!
(no i te kozaczki)


Nie było sensu już się przebierać. Po powrocie znów musiałby to robić.
Gorzej niż przed wojną. Poranna sukienka, popołudniowa sukienka, sukienka do obiadu, sukienka do kolacji…
Oraz osobne kapcie do chodzenia po pokojach i osobne do wchodzenia do kibelka. Jak w ryokanie.


Nie wrócił też do domu. Aportował się w pewne miejsce. Od razu skierował się w stronę ogromnego zamczyska położonego zaraz za uśpioną wioską i małą stacją kolejową.



Rozdział 1.2
Harry powoli otworzył oczy. Czuł się jak w niebie. Miękkość otaczała go ze wszystkich stron.
Było mu tak dobrze.
I żadnego “Gdzie ja jestem? Co to za miejsce? Skąd się tu wziąłem?”. Nic a nic.
Poczuł się jak w macicy, to i gęby nie otwierał.
Bo a nuż ktoś go wyciągnie.
Wiedział, że gdy tylko wróci do fabuły, zaraz ktoś zacznie go bić/dostanie złośliwej opryszczki ślepej kiszki/pokąsają go przynajmniej trzy rodzaje mitycznych bestii/zakocha się w swoim nauczycielu/wpisz_tu_dowolną_inną_katastrofę.


Do chwili, gdy zdecydował się poruszyć i błyskawica bólu przeszyła jego bok. Jęknął przeciągle, przewracając się na drugą stronę, trzymając za centrum swojego cierpienia.
Która to część ciała?
Nie chcesz wiedzieć.Cierpień musiał być cokolwiek poręczny.
Jednoręczny. Cierpień jednoręczny.


Wspomnienia z poprzedniego dnia natychmiast wróciły z pełną mocą. Zadrżał, kuląc się jeszcze bardziej. Natychmiast też uniósł lekko głowę, rozglądając się dookoła.
Będąc jednocześnie skulonym? Musiał przypominać przy tym nieco wojowniczego żółwia.
Przy czym bynajmniej nie Wojowniczego Żółwia Nyndza.
Kuli się, macha łbem… Coś czuję, że ta rana się łatwo nie zasklepi.


Leżał w ogromnym łóżku, które spokojnie pomieściłoby stado (wręcz całą watahę) takich jak on. A to było tylko łóżko.
Przestrzeń pokoju początkowo przestraszyła go, ale tylko w pierwszej chwili..
W drugiej zaczęła go zabawiać teatrzykiem kukiełkowym.
W trzeciej zwinęła część swoich wymiarów i w ten sposób mały Harry poznał teorię strun.


Trzymając się za bolący bok, wstał powoli, zauważając, że jest w samej bieliźnie. Nie przejął się tym zbytnio, jako że ciepłe promienie słońca wpadały przez otwarte na całą szerokość drzwi balkonowe.
Oczywiście. Budzę się w obcym miejscu, obita, poraniona, w samych gaciach i nie daje mi to do  myślenia, bo słońce świeci.
No pewnie. Od razu się chce śpiewać. Let the sunshine, let the sunshine in!
Jak dobrze być barankiem
i wstawać sobie rankiem,
i biegać na polankę,
i śpiewać sobie tak:
be be be, kopytka niosą mnie,
be be be, kopytka niosą mnie.
A jakby nie było słońca, to też przejąłby się tylko tym, że mu tyłek marznie? To sześciolatek czy niezbyt mądre szczenię ratlerka?
Zagadka posiłków rozwiązana: jest słonko, jest fotosynteza.
Harry był chlorofilooki. Tylko jak on fotosyntezował, siedząc w ciemnej komórce?
Nie mógł, w czym tkwiła cała perfidia Dursleyów.


Przyjrzał się uważniej komnacie. Widok ogromnego lustra nad kominkiem sprawił, że chłopak podskoczył z przestrachem, choć tak naprawdę to mały chłopiec, który odbił się w szklanej tafli, spowodował taką reakcję.
Ktoś tam miota małymi chłopcami, którzy się odbijają od ścian i luster. Creepy.
Lustro wisiało nad kominkiem, więc Harrym musiało srogo ciepnąć.
“W 1936 r. Lacan po raz pierwszy wystąpił na konferencji psychoanalitycznej w Marienbadzie, prezentując referat o rozwoju psychicznym dziecka, w którym zaproponował słynną teorię Lustra. Faza Lustra - twierdził - oznacza przełomowy moment w życiu dziecka (między 6. a 8. miesiącem życia), w którym dochodzi do identyfikacji z własnym obrazem odbitym w zwierciadle. Wcześniej dziecko odczuwa pełną tożsamość ze światem poprzez ciało matki. W Fazie Lustra tworzy natomiast spójny obraz swojego ciała (do tej pory doświadczało go na sposób fragmentaryczny)”.
6 miesiąc, 6 rok życia… oj tam, Harry nie jest aż tak bardzo opóźniony, to niewielka różnica.
Trzymali go w totalnym odosobnieniu, miał prawo do pewnych zaległości.
Lacana i tak trudno się czyta, a co dopiero gdy nie zna się wszystkich liter!


Potargany, chudy, z wielkimi zielonymi oczami skrywającymi się za brzydkimi, czarnymi oprawkami okularów.
Rozebrali go do bielizny, ale okularów nie zdjęli.
Bo brzydkie były. Dramatyzmu nigdy dość.
Paczciepaństwo, Dursleyowie bili go, głodzili, zamykali w komórce i wyrzucili z domu, kiedy ogłuchł - a okulary jednak mu kupili...


Spróbował przegarnąć trochę fryzurę, ale kosmyki jego włosów w efekcie zaczęły tylko odstawać jeszcze bardziej. Harry westchnął i wzruszając ramionami, ruszył na dalszy rekonesans.
Tego, że coś wyżarło mu połowę pleców, nie skwitował nawet ćwiercią refleksji. Nie takie rzeczy się widziało.
Mistrz Artur z Severusem wszyli mu na miejsce utraconych kawałków dwa kilo schabu, to się nie zorientował.


Starał się niczego nie dotykać, by niepotrzebnie nie zdenerwować gospodarza. Poza tym wszystko wydawało mu się bardzo drogie i nie chciał niczego zniszczyć.
A skąd on mógł wiedzieć, że bardzo drogie, skoro Dursleyowie trzymali go w takiej izolacji od świata, że nawet kolej znał tylko ze starych książek?
A nawet jakby wiedział - czy sześcioletnie dziecko, widzące nowe, interesujące przedmioty, naprawdę miałoby takie refleksje jak “nie dotknę, bo jeszcze potłukę”?
Raczej by potłukł i tak, próbując z ciekawości zbadać dany przedmiot.
Pamiętajcie, że został wytresowany przez zUych Dursleyów. Powinien raczej ograniczyć się do refleksji “jak dotknę, to oberwę”.


Najbardziej zafascynował go widok, jaki rozpościerał się z balkonu. Był na pierwszym piętrze, a u stóp miał cały pas kwiatów w najprzeróżniejszych barwach i odmianach.
Temu drugiemu widokowi, co stał na drugim piętrze, u stóp wiły się wije, gżegżółki i piegże.
A nad głową wisiały pćmy i murkwie.
Przebóg, Harry wylądował w Holandii?


Gdy poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę, zareagował tylko odwróceniem głowy. Czyżby już zaczął się przyzwyczajać, że każdy może do niego niespodziewanie podejść?
I dotknąć? Może lepiej niech się nie przyzwyczaja.
Bo gotów lgnąć i szukać. I zagubić się sam i jeszcze tego drugiego człowieka wciągnąć.
No, wilkołaki tak działają na ludzi, że potem ich ofiary są zen stoikami i można im wszystko zrobić.
Co prawda droga do zostania Buddhą przewiduje wizytę w niebie, dziwaczne narodziny i rozpustne życie, ale ugryzienie wilkołaka też może być.
A co miał zrobić, na Bora, uciekać z balkonu? Przed siebie?


Stał za nim jakiś nieznany, starszy mężczyzna w białej szacie i, według niego, dziwnie splecionych włosach.
Cały w posplatanych włosach - to faktycznie musiało wyglądać dziwnie.
Prawie jak św. Onufry.


Usłyszał czyjś głos w swojej głowie, a mężczyzna u jego boku tylko mrugnął do niego porozumiewawczo. — [i]No, śmiało. Jedz, zanim wystygnie i skrzaty będą złe za zmarnowanie ich pracy. Po posiłku zmienimy opatrunki i zerknę na twoje uszy. Może da się coś z tym zrobić.[/i]
Akurat Miszcz Artur nie wygląda mi na takiego, co by się przejmował humorami skrzatów.
Może nie chce, żeby mu sikały do rosołu.
A to nie jest tak, że skrzaty szczają wyłącznie do mleka?
W dobie rosnącego bezrobocia trzeba być uniwersalnym i elastycznym.


[Mistrz Artur bada wspomnienia Harry’ego]


Z każdym wspomnieniem bruzda pomiędzy brwiami starca pogłębiała się coraz bardziej. Opuścił niepostrzeżenie wspomnienia i umysł dziecka. Dopiero wtedy zauważył utkwione w sobie zielone oczy i pojedynczą łzę spływającą po policzku chłopca.
Samotna łza - jesst!
U sześciolatka. Dżizas.
Wcześnie teraz dzieci zaczynają...


Sapnął zszokowany. Mały jednak wyczuł ingerencję. (...)
Mistrz poczuł się dziwnie. Jak dotąd nikt nie zauważył jego „wejść", a tu małe dziecko robi coś takiego.
No ba, przecież to Harry wersja 2.0, jeszcze niejednym cię zaskoczy.



[Tymczasem Severus wraca z Privet Drive]


— Chciałbym najpierw dowiedzieć się, co udało ci się załatwić. Czy jego opiekunowie pozwolą nam na dostęp do niego? Po dostarczeniu im eliksiru musieliby być idiotami, żeby się nie zgodzić. Nie wyrazili zgody, prawda? Chcą mieć święty spokój? I najlepiej nie widzieć chłopca na oczy.
Po kij zadajesz pytania, skoro sam wszystko wiesz?
Bo mu świadków nie potrzeba, grzebanie ludziom w głowach to intymna rzecz.


Jego wspomnienia bardzo wyraźnie pokazują, jak traktowali go w domu. Wiem, że się nie zgubił. Oni go porzucili. Z premedytacją.
Gdyby ktoś się jeszcze zastanawiał, jaki sens miało wsadzenie dziecka do pociągu i wysłanie go byle gdzie - oto odpowiedź.  Chyba nie trzeba tłumaczyć, jak bardzo się to nie trzyma kupy? I to nie tylko z “mugolskich” powodów, o czym przekonamy się czytając następny fragment.


— Twierdzą, że nie mają zamiaru utrzymywać kaleki, a teraz to już w ogóle nie chcą mieć z nim do czynienia. „Dziwoląg" to jedno z łagodniejszych określeń, jakie na jego temat usłyszałem. Zrzekli się wszelkich praw do niego. Albus Dumbledore na razie zostawił go pod naszą opieką, twierdząc, że tu będzie miał najlepiej.
Młody mężczyzna spokojnie przekazał informację, choć w duchu był wściekły. Nie wiedział jeszcze tylko na kogo. On, zagorzały wróg Jamesa Pottera, miał teraz zajmować się jego bachorem? Gdy przekazywał wstępne wiadomości Albusowi, nawet nie podejrzewał takiego obrotu sprawy. Jednak potem, gdy został skierowany na Privet Drive, miał przez chwilę mieszane uczucia.
Tak, drogie dzieci, resztki kanonu jeszcze tu zipią, Dumbledore doskonale wie, gdzie Potter mieszka i kto się nim zajmuje. “Błyskotliwy” plan pozbycia się dziecka jest, jak widać, jeszcze bardziej zdupywzięty niż się to wydawało na pierwszy rzut oka.
A czego się spodziewać po mugolach? Notabene, warto zwrócić uwagę, że Snape też ma wątpliwości tylko przez chwilę, a potem już olewa, tak samo jak wszyscy inni w tym opku.


Mieszkańcy spod czwórki okazali się oschłym małżeństwem z rozpieszczonym gówniarzem, wchodzącym wszystkim na głowę. Zbeształ go za obłapianie i domaganie się prezentu w tak okrutny i złośliwy sposób, na jaki tylko mógł się zdobyć.
Teeee, nietoperz! Prezent, albo powieszę cię do góry nogami i wszyscy zobaczą twoje brudne gatki!


[...]


Nie krępując się obecnością mugoli, rzucił zaklęcie przywołujące. Jakie było jego zadziwienie, gdy z małej komórki pod schodami wyleciał stary, czerwono złoty kocyk niemowlęcy. Kolory można już było z trudem rozróżnić pod brudem i śladami zużycia.
A w rogu spłowiałą nicią wyhaftowane było “Król… Róż…”
Związek zawodowy pcheł złożył oficjalny protest na takie traktowanie.


— Mogę wiedzieć, co to jest? — Uniósł w ich stronę zdobycz. — I gdzie są rzeczy Pottera? Otrzymywaliście wystarczająco pieniędzy, by utrzymać dziecko.
Ta czarodziejska biurokracja. Dawali kasę na utrzymanie Pottera (czarodziejską? mugolską?) i reszta ich nie obchodziła.
Nie ma co się dziwić powszechnemu tumiwisizmowi, skoro przykład idzie z góry.
Bo MOC rodzi się w CIERPIENIU.


[Vernon nie jest ucieszony wieścią, że Harry stał się wilkołakiem…]


— Nie chcemy go tutaj. Tym bardziej teraz. Zrzekamy się do niego wszelkich praw. Jeśli chcecie, podpiszę odpowiednie dokumenty.
To brzmi, jakby Harry był składnikiem ich majątku ruchomego.


Trudno było wytrzymać z dziwolągiem, tym bardziej nie mam zamiaru mieszkać pod jednym dachem z dziwadłem-potworem. Jeszcze w nocy by nas pozagryzał.
— Jakaż by to była ulga dla świata — rzucił Severus, podchodząc do drzwi. — Jutro zgłosi się do państwa prawnik.
Snape straszący prawnikiem. Aha.


— Już miał wyjść, gdy zdecydował się jeszcze coś dodać: — I proszę się przygotować na dokładny wykaz, na co wydali państwo pieniądze Harry'ego Pottera.
Te wszystkie knuty, galeony i sykle ze skarbca Gringotta? Bo nie przypominam sobie, żeby Potterowie mieli jakieś oszczędności w porządnych, mugolskich funtach...


Teraz, stojąc w komnacie chłopca, Severus Snape myślał nad tym, co się stało. Może i był wściekły na Jamesa Pottera, ale takiego losu nie życzył żadnemu dziecku. Nie było przecież niczemu winne.
— Dlaczego on tam siedzi, mistrzu? Wystraszył się? — odezwał się, przypominając sobie swoje wcześniejsze pytanie.
— I tak, i nie. Sam dokładnie nie wiem. Chciałem zobaczyć jego wspomnienia. Wiesz, jak jestem delikatny, a on jednak to wyczuł. Chyba mamy tu naturalnego legilimentę, Severusie.
Ależ oczywiście. Na pewno ma jeszcze kilka zajebiaszczych talentów.
Nie mogę się doczekać, by je poznać.
Samiec Alfa nadchodzi, chowajcie kobiety, dzieci… wszystko w sumie chowajcie.
Korki w dupki wciskajcie też. Na wszelki wypadek.
Tylko koniecznie takie z kitką na końcu.
Wilczym ogonkiem.


Będzie z nim sporo kłopotów. Jeśli moje podejrzenia okażą się prawdziwe, chłopiec w bardzo krótkim czasie nauczy się tego daru.
Nie bójmy się tego powiedzieć - w pięć minut się nauczy! W mgnieniu oka!
Właściwie to już umie, tylko ich nie chce onieśmielać.
I wilkołakiem też będzie ponadprzeciętnym! Zaraz wyrzeźbi sobie taką klatę, że Jacob ucieknie z podkulonym ogonem.


Nawet jeśli tego nie chcemy, musimy nauczyć go, jak nad tym zapanować, żeby przypadkiem nie zrobił komuś krzywdy, zwłaszcza sobie samemu.
Ojtam ojtam, Artur jeszcze nie całkiem pojął, z kim ma do czynienia.


Severus zgodził się z mistrzem. Sam był bardzo utalentowany w legilimencji i bardzo dobrze rozumiał jej zasady. Gdyby chłopiec zaczął w zdenerwowaniu lub strachu zaglądać do umysłów pobliskich osób, mógłby narobić przerażających szkód. Zostanie śliniącą się roślinką (w skrócie: ro-ślinką) jakoś nie było w planach Snape'a w najbliższej przyszłości.
— Zostawiam cię z nim. Wytłumacz mu jego sytuację. Jak na sześciolatka wydaje się być bardzo inteligentny, (Hahahaha. Nie.) a wiedząc, w jakich żył warunkach,  wcale mnie to nie dziwi. Jest jak dzikie zwierzę (ukwiał?) dostosowujące się do nagłych zmian (Jest zmiennocieplny?). Szybko się uczy, by nie zginąć. Co z tego, że prawie dał się zjeść i ufa obcym ludziom. Zmień opatrunki i zerknij na jego uszy.
Eeee… Co? Co uszy mają do tej tyrady? Mają szczególnie dziki kształt i dostosowują się do zmian jeszcze szybciej?
Nic nie mają, Artur po raz kolejny niespodziewanie zmienił temat.
Drogie dziecko… będziesz zmieniał się w wilkołaka, możesz zrobić ludziom wodę z mózgu, no i nie słyszysz, ale nie martw się - fakt, że trzymano cię w zamknięciu, nie karmiono i traktowano jak mebel tylko wyjdzie ci na dobre!


Artur zostawił Severusa i wyszedł. Drugi mężczyzna zauważył jakby ulgę (a jakby pryszcza) na twarzy dziecka po wyjściu mistrza.
Dziecko po wyjściu mistrza, aha. I jogurt dla dzieci z cukrem.
I karma dla kota w puszce.
I pies z krótko przyciętym ogonem, do którego były przywiązane babcia i troje dzieci.
Uściślijmy: mieszaniec ratlerka z przyciętym ogonem.


Westchnął i przyzwał skrzata, prosząc go o śniadanie dla siebie i, na wszelki wypadek, dla chłopca, bo nie przypuszczał, by po interwencji starszego mężczyzny ten zjadł cokolwiek. Wskazał mu krzesło, sam zajmując drugie.
Skrzatu wskazał. Skrzatowi. Łotewa.


Harry zrozumiał zaproszenie. Był już tak głodny, że nie dał się dwa razy namawiać. Wstał ostrożnie, nie bardzo ufając swoim nogom. Na krzesło opadł z ulgą. Nie sądził, by utrzymały go jeszcze chwilę.
Zaraz - to wilkołak pogryzł mu nogi czy bok w końcu?
Nadgryzł mu połączenia nerwowe między mózgiem a nogami.


Tak pysznego śniadania nie jadł jeszcze nigdy w życiu. Jajecznica na boczku (Ech, wnętrze niby szlacheckie w wystroju, ściany ociekają bogactwem, a na śniadanie - jajecznica!) (może z bardzo drogich jajek jakiegoś rzadkiego gatunku ptaka?) zniknęła z jego talerza w zatrważającym tempie. Gdy żołądek zaczął go aż boleć z przepełnienia, mruknął z zadowolenia, całkowicie zapominając o otoczeniu.
Ach, nie ma to jak ból żołądka, ach - nie ma to jak sprint do ubikacji!
Zapominając o otoczeniu, Harry beknął z głębi serca, położył nogi na stole i popadł w błogostan.



[Snape w myślorozmowie wyjaśnia Harry’emu, czym się stał]


— [i]Możesz tego nie rozumieć, bo jesteś mały, ale jesteś czarodziejem. Niestety od wczoraj także wilkołakiem. [/i]— Severus wyczuł, że dziecko znów chciało o coś zapytać, ale się powstrzymało. — [i]Nie musisz się obawiać. Mistrz wynalazł eliksir powstrzymujący agresywność podczas pełni. W większości będziesz przesypiał pełnię spokojnie.
Czyli nie zrobię nikomu krzywdy? To dobrze.
Czy w starych książkach, które oglądał (bo przecież nie czytał) Harry było coś o wilkołakach, czarodziejach i tym podobnych rzeczach? Bo reaguje jakby znał te pojęcia.
Zasysa info z mózgu Snape’a przez połączenie P2P.


Głupi bachor. Powinieneś martwić się o siebie. Jesteś głuchym wilkołakiem. Nie masz szans przeżyć na zewnątrz podczas pełni. Inni mogą cię bez problemu zaatakować i zabić.
I co z tego? Przynajmniej nikomu nie zagrożę. [/i]
Ten dzieciak go zaskakiwał. Woli sam zginąć, niż pogryźć innych.
Harry Mesjaszem narodów!


Czekaj! Stop! Przecież on ma sześć lat! Nie powinien mieć tak poważnych myśli. To nadal dziecko.
Mądrość płynie spod palców Twoich, o aŁtoreczko. Nie powinien.
Szkoda tylko, że nie wpadłaś na to, zanim zaczęłaś pisać...


— [i]Czyli te patyki [/i]— Harry zmienił nagle temat — [i]to naprawdę różdżki? [/i]
—[i] Tak. Gdy będziesz miał jedenaście lat, kupisz sobie własną i pojedziesz do Hogwartu - szkoły dla czarodziejów. Ale o tym na razie nie myśl, masz jeszcze czas. Na razie zajmiemy się tobą. [/i]
Wiecie co? Podoba mi się ten Severus. Jest prawie miły. Taki niepodobny do siebie.


[Harry jedzie do Hogwartu - poznaje Hermionę i Rona, zaś Malfoya, okazuje się, znał już wcześniej, gdyż ten bywał gościem w Snape Manor. Harry rozmawia z nowymi kolegami - trochę w myślach, a trochę przez magiczne lusterko, które pozwala mu odczytywać wypowiadane słowa. W Hogwarcie dostaje od profesor McGonagall naszyjnik, który przywraca mu słuch. Zaczyna się Ceremonia Przydziału.]



Nagle do jego wyczulonych nozdrzy dotarł dziwny zapach. Bardzo drażniący i czosnkowo nieprzyjemny aromat zła, jeśli zło może mieć jakąś woń, oraz zgnilizny.
Zasadniczo się zgadzam, dla mnie zapach czosnku to jest zapach czystego zUa.
Wielkie było zasię ich zdumienie, gdy upir, o północku nadleciawszy, nie zląkł się zgoła, jeno śmiać się jął, zębami od uciechy zgrzytać a szydzić. "Dobrze to, wołał, żeście się przyprawili, wnet was żreć będę, a przyprawione mięsiwo więcej mi do smaku. Posólcie się jeszcze a popieprzcie, a i o musztardzie nie zapomnijcie. (Sapkowski)
Zło jak najbardziej ma woń, szczególnie wyraźnie czuć ją latem w zbiorkomie.


Zaczął się ukradkowo rozglądać, ale na sali było zbyt dużo osób, by mógł dokładnie określić, do kogo ona by pasowała. Dodatkowo poczuł niepokojące kłucie w czole, w miejscu jego sławetnej, dla niego wkurzającej, blizny.
McGonagall zaczęła wyczytywać nazwiska nowych uczniów, wzywając ich do siebie. Ci nakładali stary kapelusz na głowę, a on przydzielał ich według własnego widzimisię do odpowiedniego domu.
Dlaczego Harry przypuszczał, że kapelusz kieruje się kaprysami? Skierowani do Slytherinu uczniowie nie pachnieli ślizgoństwem?


— Harry Potter-Snape! — zawołała McGonagall.
Dwojga nazwisk? Matko Borska, wyszedł za Severusa?
Lepiej, ożenił się z Severusem.
I gdy nikt nie patrzył, pocierali się nosami.


Szepty osiągnęły apogeum, doprowadzając Harry'ego do szału. Miał coraz większą chęć zawarczeć na nich wszystkich. Całe szczęście, że pełnia dopiero za dwa tygodnie.
Założył Tiarę.
— [i]Witaj, Harry. Znów się spotykamy.
Witaj, Tiaro. Tamten raz to była ciekawość. Teraz to chyba nie mam wyboru.
Oczywiście, Harry musi być wyjątkowy pod każdym względem, nawet Tiara jest jego kumpelą.
Z Krwawym Baronem pewnie pije piwo.
Jeszcze kilka akapitów a dowiemy się, że wybudował Hogwart tymi rękami.
W przerwie między meczem tenisa a zatopieniem królestwa Atlantydy.


Nie jestem taka straszna [/i]— zaśmiał się kapelusz.
—[i] Przynajmniej tym razem postaraj się niczego nie wyrzucać na moją głowę. Ten miecz jest naprawdę ciężki [/i]— zauważył.
— [i]Potrzebowałeś go.
To fakt bezsprzeczny, ale wolę uprzedzić zawczasu. Mam nadzieję, że nikomu nie mówiłaś o tej naszej małej przygodzie?
Nie martw się, Harry, narrator też nikomu nie mówił, pełna dyskrecja.
Boru, to “Mam nadzieję, że nikomu nie mówiłaś o tej naszej małej przygodzie?” brzmi tak, jakby prosił ją o dyskrecję w kwestii szybkiego numerka na tyłach łazienki Jęczącej Marty.
Ciekawe, czy to nie jest upierdliwe mówić “nawias kwadratowy i nawias kwadratowy”, “nawias kwadratowy slash i nawias kwadratowy” na początku i końcu niemal każdego zdania? Prawie tak jak Chantho


To fakt bezsprzeczny, och, jakże jestem elegancki i jak bogate jest moje słownictwo słów! Z całą pewnością brzmię jak jedenastolatek, któremu kij nie tkwi w tyłku tak głęboko, że drapie w migdałki.


Przecież ci obiecałam. A teraz do rzeczy...
Jeśli wciśniesz mnie do Malfoya, to na miejscu coś ci zrobię [/i]warknął ostrzegawczo.
Zapowiada się orgietka yaoi.
Ale z Tiarą? Bez przesady!
Skoro mógł być slash z Wierzbą Bijącą…?
A i Tiara też nie jest taka znów niewinna.
A na pewno pojemna. I mało wybredna.


—[i] Z nim nie da się wytrzymać jednego dnia bez awantury! Nie chcę być z nim na okrągło przez dziesięć miesięcy!
Jesteś pewien? Twój opiekun...
To moja decyzja, nie Severusa.[/i]
Kolejny punkt zajebistości - Harry nie będzie przydzielony, on sam się przydzieli.


Tiara zamilkła, jakby się nad czymś głęboko zastanawiając.
— GRYFFINDOR! — krzyknęła głośno.
—[i] Trochę ci to zajęło, ale dzięki.[/i]
Kumoterstwo, fuj. Ciekawe, kiedy dojdzie do tego łapówkarstwo.
Harry nie musi płacić łapówek, jest taki zajebisty, że wszystko dostanie za darmo. Chyba że to jemu mają płacić.
Wielmoży podziękował, wielmoży jest usatysfakcjonowany. Możesz odejść.


Ściągnął Tiarę i podał ją kobiecie. Sala, w szczególności jeden ze stołów, wiwatowała, że zdobyła Pottera.
Stół z radości tupał nogami i skrzypiał blatem. Sekundowały mu krzesła, kłapiąc ochoczo oparciami. Sala szczękała sztukaterią, szurała tynkiem i klaskała klepkami podłogowymi.
Potter jako dodatkowe punkty zajebistości… Niech go wystawią na zawody koni rasowych, i tak go już traktują jak czempiona na wystawie.
Lepsze to, niż traktowanie w charakterze ogiera rozpłodowego.


Ruszył w stronę źródła najgłośniejszego krzyku.
A to się darły stare gacie.
A były to gacie Jęczącej Marty, więc darły się łzawo i boleśnie.


Usiadł koło Hermiony, a po chwili dołączył do nich Ron. Po przydzieleniu uczniów wstał dyrektor i zapanowała cisza, na którą Harry aż odetchnął z ulgą.
— Witam wszystkich. Do starszych i nowych roczników: zasady nadal obowiązują. Nie wolno wchodzić do Zakazanego Lasu bez opieki nauczyciela. To chyba jasne? Teraz chciałbym, zanim plotki rozniosą ten wiekowy przybytek, poinformować o wilkołaku przebywającym wśród nas.
W zasadzie powinnam się już dawno przyzwyczaić, że Opkowy Dumbledore jest kretynem, ale jakoś… za każdym razem na nowo mnie to zaskakuje.


— O, jakże delikatnie, dyrektorze — mruknął Harry, gdy zaniepokojenie innych zaczęło go wyraźnie drażnić.
— Proszę o ciszę! — Dumbledore uniósł tylko nieznacznie głos. — Cóż, chyba zbyt ogólnikowo to przedstawiłem. Nic wam nie zrobi.
Dostałem bowiem od niego zapewnienie na piśmie, potwierdzone pieczątką.


— Tak, jestem oswojony — znów mruknął Harry, wstając i zwracając się do wpatrzonych w niego kolegów. — Nie mam zamiaru rzucać się nikomu do gardła. Przynajmniej bez wyraźnego powodu. Którym może być na przykład krzywe spojrzenie, więc lepiej uważajcie. Regularnie zażywam Eliksir Tojadowy. Podczas pełni będę od was odseparowany, więc nie macie się czego bać. Poza tym jest na mnie nałożone zaklęcie kontrolujące. Gdybym z jakiegoś powodu wpadł we wściekłość, ono mnie powstrzyma. Z resztą, możecie się mnie obawiać, nie robi mi to różnicy. I w ogóle mam to w dupie, nie myślcie sobie. Można by napisać książkę, całe tomy książek o rzeczach, które mam w dupie. I napisano je. Nazywają je slashami. Nie jestem jednak potworem i tych, którzy zostaną moimi przyjaciółmi, prawdziwymi przyjaciółmi, będę chronić.
- A tych, którzy pozostaną wobec mnie lojalni, odpowiednio wynagrodzę! - I zabrzęczał kieską galeonów.
(W ogóle Harry w wersji Zilidyi ma cholerne upodobanie do wygłaszania mów tonem udzielnego księcia.)
(Harry w wersji Zilidyi w ogóle zachowuje się jak trzynastolatek, który usłyszał gdzieś o asertywności, ale pomyliło mu się z pretensjonalnością i bucerą.)
Każdego miesiąca będę robić kolaudację, aby wykryć wrogów mego jestestwa, przyjaciele będą się pławić w blasku mej zajebistości, a resztę zeżrę. Jarzycie?


— Wiesz, że teraz wszyscy będą cię unikać? — zauważyła Hermiona.
Niezwykle błyskotliwie, nieprawdaż.


— Już to robią. — Wskazał na przestrzeń, która nagle zrobiła się wokół nich. — Mam to gdzieś. Jeśli nie potrafią przyjąć mnie takiego, jakim jestem, to trudno — sapnął sarkastycznie.
Po czym wrzucił na fejsa milion obrazków z serii “nie znasz mnie, więc mnie nie oceniaj” i strzelił focha.


— O, wilczek ma charakterek swego opiekuna — rzucił nagle jakiś wysoki rudzielec, zajmując wolne miejsce tuż przed nimi.
Drugi, najwyraźniej brat bliźniak, usiadł obok.
— To Fred i George. Moi starsi bracia — przedstawił Ron. — Uważaj na nich.
— Słyszałem o waszych wybrykach od Severusa. Nieźle załazicie za skórę — stwierdził Harry wesoło, ale nagle spoważniał i pochylił się w ich stronę. — Jeśli jeszcze raz zrobicie krzywdę mojemu opiekunowi, ja stanę na waszej drodze.
Ooo. Harry broniący Severusa. Ej, to nawet oryginalne jest.
Noo, gdybym usłyszała, że na mojej drodze stanie jedenastolatek, uciekłabym z płaczem.
Severusowi chyba urwało od pewności siebie przez te białe ciuchy, skoro potrzebuje takiego bodyguarda...


Powiało chłodem.
Za oknem zagrzmiało, niebo rozdarła błyskawica, a gwałtowny wiatr zatrzepotał ciężkimi zasłonami. Cienie wydłużyły się, świece usłużnie przygasły, a poczucie dobrego smaku i prawdopodobieństwa uznało, że ono - spierdala.


Bliźniacy wpatrywali się w niego, szukając śladu żartu. Gdy przez szmaragdową zieleń przebiło się chwilowo złoto, kiwnęli tylko głowami.
Sygnalizowanie intencji poprzez kolorowe soczewki kontaktowe było wśrod czarodziejskiej młodzieży bardzo popularne.


— Okej. To sprawa załatwiona. — Uśmiechnął się jak gdyby nigdy nic. — I powinniście bardziej przyłożyć się do eliksirów. On was naprawdę chwali.
— Snape? Nas? Chwali? — zdziwili się jednocześnie bracia.
Khhhh… Bez przesady z tą oryginalnością, bo się zakrztuszę krakersikiem.


— Powiedzmy, że robicie na nim wrażenie swoją inwencją. Na mistrzu Arturze także — rzekł.
— Na tym mistrzu Arturze? To prawda, że mieszkasz z największym mistrzem eliksirów na świecie? — spytała Hermiona z entuzjazmem.
Oczywiście, moja droga. Wszystko, co wiąże się z Harrym, musi być naj.
Ej, tak sobie teraz pomyślałam: a co, jeśli chodzi o TEGO mistrza Artura?
Faktycznie, jeden z największych mistrzów. Jeżeli to u niego Sev trenował, to faktycznie dałby radę podnieść sześciolatka jedną ręką.


— Już nie. Odkąd Severus ukończył mistrzostwo [wut?], mieszkam w Snape Manor, ale mistrz często nas odwiedza.
To w ogóle jest mój najlepisiejszy funfel. Na wódkę razem chodzimy.
I opracowujemy wspólnie stylizacje dla Severusa, hihihi. 
Czasem wprawdzie protestuje, ale wtedy zamykamy go w łazience i czekamy, aż zmięknie.


Myślę, że przypadlibyście sobie do gustu, tym bardziej, że z tego, co o was słyszałem, macie podobne poczucie humoru.
Do kogo on to właściwie mówi?
Do Hermiony. Chyba. Ciekawe, co o niej słyszał i od kogo...
Znał wcześniej Dracona, więc pewnie od niego.
Ale Drakuś nie znał Hermiony, to pierwsza klasa.
Powiedziałbym, że to było do braciszków. To by pasowało - robienie sobie jaj z biednego Severusa.


[Harry wraz z kolegami zajmuje dormitorium]


Krzątali się, rozpakowując rzeczy takie jak książki, przybory do eliksirów czy prywatne przedmioty na swoich półkach.
— Normalnie ogolę Malfoya do łysej czaszki. Znów wcisnął mi swoje rzeczy — warknął w pewnym momencie Potter, wyciągając oliwkowo-srebrny sweter i kilka podobnych koszul.
Och, wymieniają się ciuchami jak najlepsiejsze psiapsiółeczki, jakie to słodkie!



— Jesteś pewien? — zauważył Ron, biorąc jedną i przykładając ją do jego piersi. — Malfoy jest od ciebie o głowę niższy i trochę dziwnie wyglądałby w przydużej koszuli. To wydaje mi się być twój rozmiar.
Harry obejrzał zielony zestaw i przyznał Weasleyowi rację.
— Pewnie Severus maczał w tym palce. Albo mistrz Artur. Idę o zakład, że to on — mruknął i odłożył wszystko do szafy, a kufer wsunął pod łóżko.
Severus za pomocą kolorystyki ciuchów chciał mu dać do zrozumienia, do jakiego domu NAPRAWDĘ należy, a mistrz Artur nie zniósłby myśli, że zielone oczy Harry’ego nie zostaną w odpowiedni sposób wyeksponowane.


Harry zasnął bardzo szybko. Na nim magiczność szkoły nie robiła większego wrażenia.
Oczywiście.
Whateva.


Wychował się w miejscu przepełnionym różnymi jej postaciami i wiele z nich było w nim.
Brzmi to jakoś tak... dwuznacznie.
Różdżki można wykorzystywać w różny sposób.
Miał po prostu bogate życie wewnętrzne.
Zwłaszcza gdy spał w komórce, na starym kocu. I gdy ugryzł go wilkołak, a jego organy wewnętrzne poleciały na wycieczkę.


Już samo to, że był wilkołakiem, było niezwykłą potęgą. Potęgą, której zwykli ludzie się lękali. Może i wielu dziwiła jego dorosłość (chyba “dojrzałość”?) (No, w psich latach 11 lat to nawet starość), ale po tym, co przeżył przez ostatnie pięć lat, każdy nabyłby pewnych doświadczeń, a już z pewnością nawyków. Nawyków, które kiedyś mogą uratować życie, może jemu, a może komuś innemu.
Jakoś nie widzę związku między nawykami a dorosłością.No, teraz już pewnie na przykład wie, co to pociąg.
Khę, khę, hyhyhy, mryg, mryg.
Niech ktoś łaskawie pociągnie za hamulec, ja wysiadam...

Z małej stacyjki w wiosce Poronin, gdzie pociąg stanął w śród zgrzytu szyn, żegna się grono zwilkołaczonych Analizatorów, ostrząc kły na część drugą.

27 komentarzy:

Anonimowy pisze...

A najgorsze jest to, że to mógłby być nawet niezły pomysł, gdyby go przeprowadzić jakoś sensownie.
Poza tym, jak zawsze w takich przypadkach, dziwi mnie po jakiego diabła mieszać w to Pottera. Nie można by zrobić autorskiego opowiadania o wilkołaku-uczniu czarnoksiężnika?
Eh. Najwyraźniej po prostu nie rozumiem idei fanficków. A już na pewno nie takich, które mają z kanonem wspólne jedynie imiona bohaterów. Ani tym bardziej nie pojmuje ich fenomenu.

Swoją drogą to mój pierwszy komentarz, chociaż NAKW czytam od jakiegoś czasu, więc pragnę powitać Analizatorów. Wasze analizy nie raz mnie śmieszą, czasem 'słabią' (w tym przypadku osłabiające bywają wytwory różnych ałtoreczek) nie mniej cieszę się, że się tym zajmujecie. I to tak z klasą.
Pozdrawiam
~Meredith

Czytrynka pisze...

Harry broniąc Sevka zachowuje się jak jego wierna psinka. Mam wizję Harry'ego pieseła :D

Anonimowy pisze...

A co się stało z Purpuratem?

Anonimowy pisze...

Coś, co przykuło moją uwagę :)

Harry zobaczył, że Dudley już siedzi przy stole, drwiąco się uśmiechając. Dziwne, bo schodząc rano do kuchni zawsze budził go tupaniem tuż nad jego głową. Znów został brutalnie szarpnięty. Spojrzał na wuja.(...)

Z tego wynika, że to Dudley był poniewierany i sztorcowany przez wuja. Sadyzmowi Vernona już sam Harry nie wystarczał.

unacquainted Bikenin pisze...

Ale dla Dudleya Vernon był ojcem, nie wujem...

Anonimowy pisze...

Właśnie, czemu Purpurat zniknął? :,(
@Meredith - Czemu robić z tego fanfik? Żeby mieć czytelników, bo "normalnymi" tforami Zilidyi nikt by się nie zainteresował. A tak to wrzuca wypocinkę na fanfiction.net i już wazelina strumieniami się leje :) W ogóle, świat analizatorski bez Zilidyi byłby smutny. Powinna dostać jakiś speszul order.

Anonimowy pisze...

Przez pierwszą część opowiadania z 6letnim Harrym myślałam "ok, to wcale nie AŻ takie złe..." i że reszta skupi się głównie na budowaniu relacji "mentorskiej" ze Snape'em i przyzwyczajanie się Harry'ego do bycia wilkołakiem... A tu nagle timeskip, 1 rok w Hogwarcie i 11letni angstujący Harry-buc. WTF?
(W takim razie po co była ta cała akcja ze stratą słuchu [oprócz usprawiedliwienia porzucenia przez zUych Dursleyów], skoro w Hogwarcie magicznie mu go przywrócono? :D)

Aartz pisze...

ARGH. Nie rozumiem po co tworzyć fanfiki tak bardzo oderwane od kanonu. A jeszcze bardziej nie mogę znieść robienia z rodziny Harrego takich złych-złych męskich części. Ok, w kanonie może i nie byli przykładem cnót wszelakich, dla Pottera pozostawali oschli, surowi i momentami wręcz sadystyczni ale nie pozwolili by na to, by coś mu się stało (chociażby ze względu na opinię sąsiadów). To opko to stek bzdur, a ja chyba powoli tracę odporność na głupotę. Muszę rozbić tę analizę na kilka części, bo mi gula skacze, nawet pomimo Waszych celnych uwag.

mysza pisze...

Akurat oglądałam to anime o Jezusie :D Też mam fotkę akceptacji?

klawiatura_zablokowana pisze...

A ja widziałam taką stacyjkę na zadupiu, gdzie nie było peronu, a jednak pociąg zatrzymywał się. Było to gdzieś w lesie między Ustką a Słupskiem. Możliwe zatem, że autorka opisywała coś, co widziała.

Anonimowy pisze...

@up, w zachodniopomorskim sporo takich leśnych zadupiastych stacyjek, wystarczy ciapągiem się przejechać np. do Szczecina.

Anonimowy pisze...

Mam nadzieję, że w następnym odcinku analiza się rozkręci, na razie jest głupawo, ale nie tak kwikogennie jak w przypadku lamira czy kamerdynerów.

Melomanka

Anonimowy pisze...

Śliczne!
“LET ME LOVE YOU!”
Jak Petunia sięga po torebkę, to nie ma członka męskiego
A Severus obsługiwał szlaban.
A w rogu spłowiałą nicią wyhaftowane było “Król… Róż…”
I Koleje Mazowieckie!

Dziękuję za dobry początek Nowego Roku!

Chomik



Aartz pisze...

No, dotarłam do końca. Tego rodzaju fanfiki zdecydowanie robią mi bardzo źle. Przekraczają nawet ten próg żenady, od którego przestaje być kwikogennie a robi się po prostu wkuropatwiająco. W każdym razie dziękuję Wam za jak zwykle trafne i soczyste komentarze i czekam na przyszły czwartek. Pozdrawiam.

Lenn pisze...

Zilidya!! <3
Na nią zawsze można liczyć. <3

Ze wstydem przyznam, że jako nastolatka miałam lekką fazę na czytanie fanfików o dręczonych dzieciach, bo to przecież takie dHramatyczne, można się wzruszyć, przeżyć katharsis i w ogóle. Poniekąd rozumiem więc autorkę, która pastwi się nad Harrym na wszelkie możliwe sposoby, oraz jej zachwycone czytelniczki. No ale! Wszystko ma swoje granice. Kiedy w twoim opku katowanie malucha budzi raczej niesmak i politowanie niż przerażenie i współczucie, wiedz, że nie robisz tego dobrze. Metamorfoza półżywej sierotki w antypatycznego buca również nie jest tym katharsis, którego bym w tekstach szukała. A kiedy jeszcze wywalić z fanfika logikę i prawdopodobieństwo wydarzeń, a zamiast tego dorzucić Snape'a w białych kozaczkach... wychodzi, delikatnie mówiąc, kupa. :)

Sama analiza piękna. Najbardziej rozwaliło mnie to:
"Nagle zrozumiał, że to nie jest jednak oryginalny HP...
Tylko co, chińska podróbka z allegro?
Kopia bezpieczeństwa.
To był Hary Pettor. Coś jak Adadis ;)"
Hary Pettor powinien na stałe wejść do słownika osób, komentujących zUe opka. I zostać rangą na Forumie. <3

Frikey Slender pisze...

Hmm, tak. Czytałam to dwa dni.
Analiza w niektórych momentach przyprawiła mnie o napady histerycznego śmiechu :) Naprawdę, ta Zilidya już nie ma normalnych pomysłów na fanfiki. Czosnkowa woń mnie ómarła ;)

Pozdrawiam i życzę czerpliwoszczi :)

blinkowa

Anonimowy pisze...

Niż-a są 2 tomy ;-P. To w analizie dopiero początek opkowatości do potęgi Zilidyii! Ponadto proponuję zainteresować się innym jej tForem pt: "Inkub i smok" tam dopiero syndrom Sztokcholmski się szarogęsi!

Anonimowy pisze...

Ja polecam jej najlepszy po-tfór, Berbecia, w którym dzieci sprzedaje z biduli się na balach dobroczynnych niczym dziwki: na godziny/miesiące...

Anonimowy pisze...

Zerknęłam na jej profil na fanfiction.net - płodne to dziewczę niczym Katarzyna Michalak!

Melomanka

Anonimowy pisze...

Na początku Dursley'owie jako Całe Zło Tego Świata byli wręcz niesamowicie wkurzający. Ale kurczę, najgorsze jest to, że jak dla mnie ałtorka nie tyle sama z siebie przesadziła, co po prostu nieco przerysowała oryginalnych Dursley'ów z książki. W końcu w pierwszym tomie kiedy musieli zabrać ze sobą Harry'ego do ZOO zastanawiali się, czy by go w samochodzie na parkingu nie zostawić. Pani Rowling też momentami nieźle z gupimi mugolami pojechała ;/ Poza tym mam siostrzeńca. Ma niecałe siedem lat i wiem, że nie ma co go porównywać do wychowanego w takich patologicznych warunków Pottera (choć w książce też mu takie warunki w zasadzie nie zaszkodziły...), ale wiem, że sześciolatki się nie zachowują jak ten opisany w ficzku *Captain Obvious*.
Potem zjawił się Mistrz Artur i zaczęło być naprawdę, choć pewnie nie intencjonalnie, zabawnie. W ogóle ja wiem co tam u niego się działo. Sev miał się przebrać, żeby dam nie straszyć, domek był burżujski że och i ach, i to morze kwiatów jeszcze, pewnie też dla tych dam, a rękawiczki bez palców to już w ogóle są według dam takie tru i seksi. Oni tam mieli host club! 8D Tak, totalnie kupuję tę wizję.
I tak samo jak jedna z osób powyżej myślałam, że ficzek będzie o Sevie zajmującym się małym Harry'm a tu jeb! Przeskakujemy o pięć lat do przodu! No wtf? I jeszcze dostajemy takiego niepełnosprytnego buca...


Krakatoa

Anonimowy pisze...

No, dla mnie akurat książkowi Dursley'owie we wszystkich tomach poza ostatnim też są przerysowani i niewiarygodni.

Melomanka

übercharged pisze...

Analiza jak zawsze przeborska (y) czekam na następną część Ustawki i Bezdomnej :D A tak poza tym, podjąłem się czynu wielkiego - Maratonu Analiz, czyli nie spocznę, póki nie przeczytam wszystkich analiz z NAKWy (w szczególności czekam na Hermionę z wypadającą pochwą :> )

Hasło: engerive was. Ja też was engerive! (cokolwiek to znaczy)

Anonimowy pisze...

W książkach Dursley'owie też byli do bólu przesadzeni, ale autorka nie poświęcała im za dużo czasu. Miało to niby jakiś cel w wykreowaniu lubianego kopciuszka. Poza tym pokazanie przemiany w nastawieniu Dudley'a do Harry'ego dało mi sporo radości (chociaż nastąpiło bardzo na ostatnią chwilę).

Za to tutaj... Oj autorka ma jakieś chore upodobania do maltretowania wyimaginowanych dzieci.

Btw może mi ktoś powiedzieć z jakiego anime jest pierwszy gif?

całusy

murhaaja pisze...

"Teraz chciałbym, zanim plotki rozniosą ten wiekowy przybytek, poinformować o wilkołaku przebywającym wśród nas." - muszę przyznać, że to zdanie ałtoreczki mi się spodobało :D

"Jak Petunia sięga po torebkę, to nie ma członka męskiego w miejscowości poniżej 10 000 mieszkańców!" - Kuro, zrobiłaś mi dzień :D

najlepsza ustawka jaką do tej pory zrobiliście :D

Anonimowy pisze...

@Anonimowy z 13 stycznia 2014 20:06: Gif jest z anime Saint Young Men (Saint Oniisan).

StrawCherry pisze...

Ooo! Moja ulubiona aŁtoreczka od ulubionego opka z kamerdynerem? Kwiiik!
Nie, tamto było bardziej kwikaśne. To mnie chwilami przeraża. Zwłaszcza Dursley'owie torturujący Harry'ego. Sześcioletniego Harry'ego. Shit.

Czy ja widzę Smauga? Smaaaug! *_*

P.S. Moglibyście może wyłączyć weryfikację obrazkową?

Anonimowy pisze...

Zdaję sobie sprawę, że jestem w mniejszości, ale analizy potterowskie jakoś mniej mi się podobają niż inne. Chyba dlatego, że prawie wszystko na ten temat już powiedziano, a w analizowanych tekstach wciąż powtarzają się te same błędy (sadystyczni wujostwo, elektronika w Hogwarcie) i te same motywy (zaokrąglanie się przez wakacje, wypasione moce z sufitu i polowanie na becikowe). Autorka tego "dzieła" wprawdzie poprzednio zdołała mnie zaskoczyć Harrym z Notre Dame i tymi kamerdynerami, ale bez pomocy innych fandomów robi się dość powtarzalnie.

A poza tym myślę, że w tytule zdecydowanie powinno być "zdejm hebany". "Czytam tylko Proroka, piję tylko Ognistą, palę tylko fajkę, dla ciebie mam oryginalne czekoladowe żaby - zdejm hebany".