czwartek, 20 lutego 2014

251. Zbrodnia w Zasiedmiogórogrodzie, czyli Leżało, to wzięlim! (Bezdomna, cz. 4)


Drodzy Czytelnicy!
Ponieważ wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija, my też zbliżamy się już do końca opowieści o Bezdomnej. W dzisiejszym odcinku trafimy do polskiego Zasiedmiogórogrodu, otoczonego nieprzebytymi borami i lasami, tak odciętego, że nawet internet tam zawraca i idzie szukać lepszych miejsc. Z góry przepraszamy wszystkich mieszkańców Bydgoszczy - to nie my wymyśliliśmy, że ich miasto może być synonimem zadupia.
Oraz - gdybyście o tym nie wiedzieli, to wielkonakładowe gazety drukuje się w dwóch wersjach, a wybierając się do lasu na grzyby uważajcie, bo możecie znaleźć zupełnie co innego…
Aha: to nie my wymyśliliśmy ksywkę “Autorkasia”, Katarzyna Michalak określa tak sama siebie. Myśmy tylko lekko ją przerobili, by lepiej oddawała stan faktyczny ;)
Indżojcie!


Katarzyna Michalak: Bezdomna, wyd. Znak, Kraków 2013


Analizują: Kura, Szprota i Jasza.


Aśka z Czarkiem uknuli mały spisek. Oczywiście nie przeciwko Kindze, ale dla jej dobra:
Aaaaaargh, przepraszam, ale na hasło “To dla twojego dobra” nóż mi się w kieszeni otwiera...
Kurciu, nie baw się nożem w kieszeni. Mówię ci to dla twojego dobra.
DZIAB.
...to ja tu sobie pobroczę z wyrzutem.


gdy dziennikarka wpadała w odwiedziny, dawała sygnał mężczyźnie i ten pojawiał się parę minut później. Drzwi otwierała mu Aśka, ciesząc się jak na widok starego przyjaciela, i serdecznie zapraszała go do środka.
Bo fakt, że znalazła Kindze mieszkanie, uprawniał ją do zapraszania, kogo chce. W soboty pojawiały się tam hurysy o wykarminowanych sutkach, a w niedziele gang graczy w bingo.
W skrócie zwany gangbingiem.


Kinga mogła tylko milcząco się temu przyglądać. Nadal była na łasce i niełasce dziennikarki, która zapłaciła za kaucję i pierwszy czynsz, choć już na jedzenie dla siebie i kota Kinga zarabiała samodzielnie, sprzątając mieszkanie Aśki dwa razy w tygodniu, a jej koleżanki co piątek.
Pośród tych rzek łzawego kiczu, jakie nam tu wypłakuje Katarzyna Michalak, zdarzają się jednak od czasu do czasu kawałki rzeczywiście przejmujące. Naprawdę żal mi Kingi, uwikłanej w toksyczną relację z Aśką i Czarkiem, gdzie oboje chcą ją wykorzystać, a ona - bierna, bezwolna, a także uzależniona finansowo - nie może po prostu wykopać ich ze swego życia i zatrzasnąć za nimi drzwi.
Ale jest to bardzo źle napisane.
*z filozoficzną zadumą* A co tu jest dobrze?


Powoli nabierała też zaufania do Czarka.
Facepalm dupą już był, to teraz, nie wiem, może piętą?
Okiem.


O dawnej miłości nie było mowy – Kinga nie potrafiła już kochać –
No bo oczywiście, tylko bycie CKNUK-iem usprawiedliwia, że nie rzuciła mu się w ramiona, kiedy tylko pojawił się i łaskawie zapewnił, że przecież zawsze kochał i jej szukał, i teraz to już naprawdę, jak bonie dydy i przysięgam na czaplę.


(CKNUK - Człowiek, Który Nie Umiał Kochać, patrz: analiza McDusi)


ale pozwalała, by przychodził, witał się z Kacprem, siadał na kanapie, pytając, co słychać, albo robił herbatę dla siebie, Aśki i Kingi, do ciasta, które kupował w pobliskiej cukierni.
Istna sielanka. Czekam wypieku drożdżowych bułeczek albo wspólnego robienia pizzy.


Gawędzili albo milczeli.
I w tej ciszy słychać było jak Kinga zgrzyta zębami, bo chciałaby się położyć, albo zrobić co innego.


O drobiazgach, o zwykłych, codziennych troskach: zakorkowanych ulicach, które gdy spadł śnieg, stawały się zupełnie nieprzejezdne...
W warszawskim śródmieściu i na Mokotowie? Komentuję to w trakcie ataku zimy. Jest korkowo, bo ludzie jeżdżą ostrożniej, ale wspomniane rejony odśnieżane są omal na bieżąco.
Ojtam, jak już aŁtorkasia dowala wszystkiemu dookoła jak leci, to dlaczego miałaby oszczędzać bufetową?



O tym, że z dnia na dzień podrożała żywność, czego Czarek i Aśka nawet nie zauważyli, robiąc zakupy raz w tygodniu w hipermarkecie za setki złotych, natomiast Kinga, obracająca każdy grosz, owszem... O nowym przedsięwzięciu korporacji Czarka: osiedlu szklanych domów na Wilanowie, które miały przynieść mu fortunę.
Jacy z nich mili, wrażliwi i taktowni przyjaciele, prawda?
- Aaaach, nie idzie mi ta inwestycja, nie chcą zejść z ceny, będzie trzeba wywalić z pół bańki na notariuszy! A co u ciebie, Kingusiu, dostałaś te wczorajsze bułki w Biedronce?
(swoją drogą tacy burżuje to prędzej w Almie lub w Kuchniach Świata niż hipermarkecie)


Wreszcie o pracy Aśki, która pisała właśnie artykuł o bezdomnych, w czym Kinga z początku nie chciała jej pomóc.
– Nie musisz zdradzać sekretów! – denerwowała się dziennikarka, myśląc ze złością: „Jakie to niby sekrety miałyby te łazęgi?!”.
Nie no, żadnych, ależ skąd; przecież bezdomnym zostaje się w wyniku świadomie podjętej i chłodno skalkulowanej decyzji, nieprawdaż.
W ogóle, ustalmy to sobie: bezdomni to tacy podludzie, istniejący po to, by uprzykrzać życie Aśkom i Czarkom.
Bo taki ani mieszkania nie kupi, ani nie jest malowniczy.


– Wystarczy, że opowiesz o waszym codziennym życiu widzianym okiem bezdomnej, rozumiesz?
A teraz ćwiczenie z wyobraźni: Aśka jest na oddziale dla odratowanych samobójców, podtyka im pod nosy mikrofony i mówi: - Wystarczy, że opowiesz, jakie to uczucie, gdy wykopujesz stołek spod nóg.
W przypadku Aśki - uwierzę.
Przy czym o “reportażu uczestniczącym” nie słyszała nawet na studiach.


Kinga rozumiała, oczywiście, ale niekoniecznie chciała dzielić się z  połową Polski swoim wstydem i poniżeniem.
A to ci fanaberia…


– Przecież nigdzie nie wspomnę, że ty to ty! Pozostaniesz anonimowym źródłem! Czego się boisz? Czym możesz zaszokować? Przecież wszyscy wiedzą, że bezdomni żebrzą, chlają i śmierdzą. I kradną, jeśli nie uda im się nazbierać na najtańsze wińsko.
A dziennikarze piszą bzdury, nic nie sprawdzają i żerują na nieszczęściu innych ludzi, by kosić kesz.



– Skoro wszyscy to wiedzą, po co o tym pisać? – zapytała cicho Kinga pobladła z gniewu,
czego Aśka oczywiście nie zauważyła.
– Bo ty możesz przedstawić ich z innej strony. Tej lepszej.
Pozyskiwanie źródła informacji - robisz to źle. Gdyby Aśka powiedziała “Wszyscy UWAŻAJĄ, że bezdomni tylko chlają, śmierdzą i kradną, ale ty możesz przedstawić ich z innej strony” - ok. Ale ona nie kryje bynajmniej, że sama tymi ludźmi gardzi, a ich historie nic jej nie obchodzą, a potem dziwi się, skąd opór Kingi.
I, chociaż wiem, że to postać, mam dość silne przekonanie, że odzwierciedla poglądy AutorKasi. Nie poprowadziła postaci Kingi tak, by w jakikolwiek sposób zmienić ten stereotyp.
Przecież tu są same stereotypy. Z drugiej strony - jak się wydaje sześć książek na rok, to trudno pisać inaczej.


– Nie ma lepszej strony! – krzyknęła Kinga. – Rzeczywiście, jesteśmy na samym dnie! Myślisz, że wyciągnę ci teraz jak królika z kapelusza księcia, który zmienił się w żebraka, ale w głębi gorącego serca pozostał romantycznym arystokratą?
A kim ty jesteś, Kingo K.?
Kapeluszem?
I tylko nic z niej nie da się wyciągnąć.


Ulica deprawuje. Demoralizuje. Nic nie musisz, nikogo się nie boisz, nikt nic nie może ci zrobić. Przyłapią cię na kradzieży? I dobrze! Przynajmniej spędzisz noc w ciepłej celi, gdzie będą musieli cię nakarmić, gdzie będziesz mog­ła się umyć kawałkiem mydła. Dźgną cię nożem w pijackiej burdzie? Też dobrze! Trafisz do szpitala na parę dni, gdzie warunki będą wprost komfortowe. Odwszą cię, odkarmią, wyleczą odmrożenia i wypiszą tak szybko, jak to możliwe, bo przecież nie jesteś ubezpieczona.
Ktoś tu się “Ostrego Dyżuru” naoglądał. Dalej wyjaśnimy to dokładniej, na razie tylko mała żółta kartka: polska służba zdrowia działa inaczej niż amerykańska. I całe szczęście.


Siedzisz całymi dniami z gromadą takich jak ty, skulonych na ławkach, albo – gdy zrobi się
zimniej – jeździsz autobusem, dopóki cię kierowca albo kanar nie wyrzuci. Włóczysz się bez celu, marząc tylko o jednym: flaszce wódki, bo niedopalonego peta zawsze znajdziesz. Jedyne, czego boisz się śmiertelnie, to napadu zwyrodnialców, bandytów z „dobrych domów”, którzy dla rozrywki obleją cię benzyną i podpalą, zatłuką kijami bejsbolowymi albo skopią na śmierć, a jeśli jesteś kobie­tą, to przedtem zgwałcą – nie, nie fiutem, bo będą się bali, że ich czymś zarazisz, ale kijem od szczotki albo butelką. Gdzie ty tu widzisz lepszą stronę, kretynko?!
Przepraszam, mogłabyś powtórzyć? Chyba przysnęłam po kawałku z odwszawianiem.
Tak z ciekawości, czy bandyci ze “złych domów” są mniej przerażający?
Tak. Robią to samo, ale z musu, bo pochodzenie ich pcha, a nie dla rozrywki.


– Ty nią jesteś. – Aśka dźgnęła Kingę w mostek. – Wydobyłaś się z tego bagna i zaczynasz życie od nowa.
– Bo mi pomogłaś.
– Bo tego chciałaś.
A inni nie chcą. Sami sobie winni, niewdzięcznicy.


Czarek, który słuchał tego wciśnięty w kąt kanapy, jak swego czasu Aśka, i tak samo wstrząśnięty, teraz nie wytrzymał.
Poderwał się, chwycił Kingę w ramiona i mocno przytulił. Czuł, jak drży na całym ciele, a może to on drżał?
Oto rycerz na białym koniu, który przybył na ratunek.
Jego koń też drżał. To znaczy - rżał, ten koń.


– Przyrzeknij, proszę, obiecaj, że już tam nie wrócisz – wyszeptał, z trudem powstrzymując łzy. – Że nie znikniesz któregoś dnia i nie będę musiał szukać cię po dworcach, parkach i śmietnikach, umierając ze strachu, że ktoś cię skrzywdził tak, jak opowiadasz…
Bo przecież zniknęła tylko tobie na złość, żebyś się zamartwiał.


Gdy nie odezwała się ani słowem, położył jej dłonie na ramionach i postawił ją przed sobą.
– Kinga, zamieszkaj u mnie. Mam duży, ładny dom, w którym brakuje kobiecej ręki, twojej ręki.
Brudne skarpetki nie chcą same iść do pralki, a sterta talerzy w zlewie zahacza już o sufit?
Oj, ty zlewaczała feministko. Wiadomo, że kobiece rączki są stworzone do tego, by troszczyć się o duży, ładny dom z dużym, ładnym właścicielem małego, nieładnego kutasika.


Spróbujemy od nowa. Ty i ja.
Zrobię ci kolejne dziecko, chcesz?


Jeśli nam się uda przez parę miesięcy,
Sama widzisz, długo to nie potrwa.
Nie, to okres próbny, jak w pracy.
Zawsze to lepiej niż umowa o dzieło.


weźmiemy ślub, staniemy się normalną, szczęśliwą rodziną. Urodzisz dziecko…
- Sam se urodź - zaproponowała Szpro życzliwie.
A jeśli nam się nie uda przez parę miesięcy, wywalę cię z powrotem na bruk, nawet, jeśli (właściwie: zwłaszcza, jeśli) będziesz w ciąży.


–Nie – ucięła krótko, strąciła jego dłonie z ramion, narzuciła na plecy kurtkę, wybiegła z mieszkania i tyle ją widzieli.
Czarek osłupiały spojrzał na Aśkę.
– Powiedziałem coś nie tak?
Nie, kurwa, ależ skąd.
Trochę w tym przeskoczył rekina. Nie wierzę, że można być aż takim kretynem i jednocześnie umieć samodzielnie oddychać.


Dziennikarka wzruszyła ramionami.
– Zdaje się, że dwa razy zostawiłeś ją, kiedy była z tobą w ciąży – zauważyła zjadliwym tonem. – Teraz Kindze, która nie ma zupełnie nic, tylko trzeciej do szczęścia potrzeba.
– Tym razem zaopiekuję się i nią, i naszym dzieckiem!
Soraski, ale dotychczasowe dowody wskazują na to, że raczej ciepniesz w nią testem i wulgarnym słowem, po czym pospierdalasz za granicę.


– Ją o tym przekonaj, nie mnie. Ja na miejscu Kingi pozostałabym ostrożna, jeśli chodzi o ciebie i twoje obietnice. – Aśka uśmiechnęła się w duchu, widząc, jak mężczyzna czerwienieje na twarzy.
Borze zielony, głos rozsądku. Wykujmy to w marmurze!
Marmur wyszedł, zużyliśmy na przemowę Kingi o bezdomnych. Została ino wielka płyta.



Aśka (Aśka’s POV)
Nie wiem, czemu Kinga z dnia na dzień zaczęła mnie wkurzać. Tak jak jeszcze niedawno
współczułam jej i chciałam bezinteresownie pomóc, tak teraz z tą swoją miną cierpiętnicy i
tajemnicą błąkającą się w ślicznych niebieskich ślepiach po prostu mnie wnerwia.
O, i to jest kawałek, który, na przykład, wyszedł naszej AutorKasi. Jest dla mnie naprawdę wiarygodne, że osoba, której się pomogło i podświadomie oczekuje się od niej wdzięczności, zaczyna po pewnym czasie drażnić - choćby tym, że nadal potrzebuje pomocy albo nadal cierpi.
Tam podświadomie, przecież ona stale się tej wdzięczności domaga.
Oj cicho, szukam dobrych stron.
Weź ze sobą świece, kanapki i termos z kawą.
Jakbym nie wróciła z tej ekspedycji za dwa dni, przekażcie mojej mamie, że ją bardzo kocham.


Okej, właściwie to wiem dlaczego: to pojawienie się Czarusia, ślepo wpatrzonego w swą cudem odnalezioną miłość, zmieniło ciepłe uczucia, jakie żywiłam do Kingi w... no okej, przyznam to przed samą sobą: w zazdrość.
To oczywiście nadal wiarygodne, ale jednak - szkoda, że relacja tych kobiet musiała zostać sprowadzona do rywalizacji o mocno bucowatego faceta.


Bezdomna księżniczka ma naraz wszystko: dom, pracę, kota, księcia, a ja? Co ja z tego mam?
Nieźle płatną pracę, mieszkanie w Warszawie, znajomości w celebryckim światku…
Wypasioną audicę w garażu...


Nadal jestem spasła, samotna i nielubiana.
ALE JEST SPASŁA, widzisz. Kinga wygrywa na kilogramy.
Schudnij! Zacznij ćwiczyć z Chodakowską! Wszystko się ułoży!


Czarek traktuje mnie jako dodatek do telefonu komórkowego, dzięki któremu może widywać się ze swoją ukochaną, w przeciwnym razie nie wiadomo, czy ta ukochana chciałaby widywać się z Czarkiem. To też mnie wkurwia: że Kinga nie bierze tego, co daje jej dobry los – i ja. Że nadal stoi obok, zupełnie bierna, jakby na coś czekała.
Rzecz jasna, tak śmiała myśl jak to, że Kinga chce od losu coś innego, jakoś nigdzie się nie pojawia.
AŁtorkasia podsuwa myśl: czego można chcieć więcej niż faceta? W dodatku dorodnego i płodnego?



Owszem, pracuje. Mogłabym nawet rzec, że tyra jak bury osioł, pucując mieszkania moich kumpelek na błysk, dosłownie mogłabym z podłogi jeść, tak Kingunia wypełnia swoje obowiązki, ale...
No dobra, o swoje własne mieszkanie, za które już sama płaci, też dba, nie powiem. Zaczęła również gotować dla siebie i dla mnie – weszło mi w zwyczaj codzienne wpadanie na obiad, ale dorzucam się do skromnego budżetu gospodyni.
Właściwie…co prawda Aśka jest potwornie wkurwiająca jako osoba, ale poza tym całkiem wiarygodna. Uratowała życie Kindze, więc uważa, że ma święte prawo do jej czasu i zainteresowania, a także, że Kinga powinna realizować taki scenariusz, jaki Aśka dla niej wymyśliła. Trochę jak nadopiekuńcza matka.



O burym kocie w ogóle nie wspominam, bo ta wariatka traktuje go jak własne dziecko. Tuli tego brudasa, szczególnie w obecności Czarka, tak jakby dawała do zrozumienia: bierz mnie, tul i całuj.
O, a tę interpretację z kolei rozpoznaję z Lucy Maud Montgomery - któraś ze złych bohaterek szczególną czułością obdarzała kocięta, gdy na horyzoncie pojawiali się chłopcy, i obcałowywała kocie łebki, “by chłopcom się też tego zachciało”.
Mniej Pat ze Srebrnego Gaju, więcej Błękitnego Zamku, droga AutorKasiu.
Dlaczego uparła się nazywać kota brudasem?!
U AŁtorkasi był tylko epizod weterynaryjny, nie wymagajmy więc od niej zbyt wielkiej wiedzy o świecie zwierząt.


Oczywiście to komunikat dla tego ślepego faceta, nie dla kota, i naprawdę nie pojmuję, czemu Czaruś – otwarcie prowokowany – nie weźmie tej swojej księżniczki i nie zwyobraca, aż zacznie piszczeć.
Uhm, tak, bo seks jest lekarstwem na wszystko…
Najlepiej - bez pytania, bo tak jak facet powinien być zawsze gotów, tak kobieta zawsze chętna.
Piszczenie aż do rana wyleczy Bezdomną ze wszystkich duchowych chorób.
Dobre rżnięcie to panaceum na wszystko i już wiadomo, dlaczego sanitariusze w psychiatrykach to rosłe chłopy.


Dobra, przyszło mi do głowy, że ona za tym kotem się chowa, że niby ramiona ma zajęte, jakby Czaruś chciał ją przytulić, ale to jeszcze bardziej wkurza niż zabawa w „weź mnie i zwyobracaj”.
Yyyy, a kto się w to bawi, bo chyba przegapiłam?
Wyobraźnia Aśki.


Prawdę mówiąc, nie mogę na nich patrzeć, gdy oboje są w jednym pokoju. On się w nią wpatruje jak sroka w gnat, ona tuli kota albo ucieka do kuchni.
To daleko nie ucieka, na tych szesnastu metrach kwadratowych prawdopodobnie ma tylko kuchenkę wciśniętą w kąt.


Luuuudzie!
Napięcie wisi w powietrzu.
I iskrzy.


Doczekam się w końcu tych zwierzeń czy nie?
Przecież po to tu, do kurwy nędzy, jestem!!!
Piękna wolta: odnaleźć w noc Wigilii człowieka na śmietniku, odratować dzięki koronkowym majtkom i ojej… to wszystko dla  wewnętrzej hieny drzemiącej w dziennikarce? Nie mam żalu do nikogo, tylko do ciebie niebogo - redakcjo wydawnictwa Znak.  



Mam przeczucie, że jeśli Kinga w końcu pęknie, to przy nas obojgu. Nie będzie chciała wyspowiadać się jedynie Czarkowi – nie ufa mu tak, jak ufa mnie.
Yhy.




Ja jestem gotowa, choć Kinga, gdyby o tym wiedziała, odeszłaby natychmiast. Kurtka na grzbiet, kot pod pachę i po Bezdomnej czy raczej przeciwnie: wielki comeback na ulicę.
Jeszcze może być opcja: kop w tyłek, oddawaj klucze i wypierdalaj Asiu-hieno z mojego życia.


Ale nie tak szybko, droga Kingo, nie tak szybko. Jesteś mi coś winna za uratowanie życia. Dyktafon w ruch, pukanie do drzwi, zaproszenie do środka i... czekamy.
Tak. Kinga nie wie, że nagrywam każde jej słowo niemal od początku naszej znajomości.
Od momentu gdy szóstym zmysłem dobrej dziennikarki
...źle napisałaś: hieny z brukowca…


...wyczułam w mojej Bezdomnej temat cud, prostą drogę na pierwsze strony gazet, przepustkę na salony i Złoty Laur w kieszeni.
W tej chwili wczujmy się w AŁtorkasię, która pisząc tego gniota liczyła na Nike.


Już kiedyś byłam blisko, ale dałam ciała.



Tym razem jestem ostrożna. Nagram spowiedź Bezdomnej, sprawdzę fakty i dopiero dam czadu, by znów nie wylądować na śmietniku dziennikarskiego świata.
Jak mi [mnie!!!] – świetnej reporterce – już raz się to udało?
Ta “świetna reporterka” to chyba tylko we własnej wyobraźni...


Otóż zgłosiła się do mnie dziewczyna, piętnastolatka, moja imienniczka – Asia Nowak. Śliczna, niewinna istotka, którą od dziesiątego roku życia obracał tatuś. Obracał znaczy obracał: gwałcił ją noc w noc przez całe pięć lat.
A ja, jako wielokrotnie wspomniana harpia na sensację, ani odrobinę się tym nie przejmę, tylko opowiem historię tym cynicznym, pełnym zdrobnień stylem. Ostatecznie widziało się jedną tragedię, to widziało się wszystkie.


Owa dziewczyna, oprócz ojca pedofila, miała normalną matkę. Normalną to pojęcie względne, tak jak „pochodziła z dobrej rodziny ”– to ustaliłam w trakcie wywiadu środowiskowego: nikt z sąsiadów złego słowa na temat rodziny Nowaków nie mógł powiedzieć. Dobrzy, cisi, pracowici ludzie. Tylko starsza córka coś ostatnio szaleje, ale wiadomo: taki wiek.
Bo, jak wiadomo, porządny reportaż interwencyjny nie opowie o rodzinie, w której jednak są awantury, wrzaski, mordobicia i branie się za córki.
A weś pani, kogo obchodzi jakaś patologia, o wiele ciekawsze jest odkrywanie sekretów sąsiadów - “A tacy porządni się wydawali, myślałby kto!”.


Nie dziwiłam się, że córka szaleje, skoro od dziesiątego roku życia jest ofiarą zboczeńca! Zastanawiało mnie, co na to matka. Otóż matka nie dość, że o wszystkim wiedziała, to – trzymajcie mnie ludzie! – podstawiała starszą córkę tatusiowi, by nie brał się za młodszą! Kurrrwa, ale mnie to wkurzyło! Nienawidzę takich zboków, a jeszcze bardziej nienawidzę mamusiek, które pozwalają dla świętego spokoju krzywdzić zbokom dzieci!
Mam problem z tym fragmentem. Bo - krzywda dzieci w takich rodzinach jest bezsporna, ale problemem przemocowych rodzin jest też wyuczona bezradność. W wielu przypadkach zresztą - dokąd mają te matki pójść?
Och, Aśka nie ma najmniejszych problemów z ferowaniem wyroków, pamiętasz ten kawałek z poprzedniej części, kiedy to wytrząsała się nad różnymi “kurwami” i “mendami”? Dla niej świat jest prosty i czarno-biały jak w mordę strzelił.


Jaki ja artykuł pierdolnęłam o tej rodzince! Niby zmieniając personalia, ale tak by wszyscy – od sąsiadów, przez nauczycieli, po sprzedawczynie w spożywczaku (nie mówiąc już o policji i opiece społecznej, bo od czego są?) – dokładnie wiedzieli, o kim mowa.
A jaki miałam zaciesz nie uchroniwszy prywatności ani oprawcy, ani ofiar, to nie macie pojęcia.
Guglałam ostatnio artykuły z Super Expressu i tak, oni tak właśnie piszą, przedstawiając bohaterów na przykład:  “Joanna K., przedszkolanka z Pcimia Dolnego, jej matka Anna, urzędniczka w magistracie, ojciec Bogusław, pracownik firmy takiej-i-takiej”. A do tego zdjęcie domu.


Efekt był do przewidzenia: faceta niemal zlinczowali tego samego dnia. Mamuśka nie mogła się pokazać ludziom na oczy. Córki również nie, bo zabrali je dziadkowie. Ja zaś... przez całe trzy dni chodziłam w glorii chwały, bo uratowałam dwie niewinne dupcie.
Srupcie. Zróbcie coś z tym obleśnym językiem, którym posługuje się Aśka.
*niesie obcęgi i rozżarzony pręt*
Rozżarzony jej pręcik w odbycik.
*wsłuchuje się w skwierczenie*


Czwartego dnia wybuchła bomba: przybiegła do mnie zapłakana smarkula, ta pitolona Asia Nowak, że ona to wszystko zmyśliła, bo... chciała zemścić się na rodzicach, którzy nie pozwolili jej jechać z ukochanym pod namiot. No comments.
My też nie komentujemy.


Po prostu mnie zamurowało. Ale jeszcze bardziej mną tąpnęło, gdy „życzliwa ”koleżanka z redakcji doniosła, iż pan Nowak wieszał się i ledwie go na OIOM-ie odratowali. Po tym wszystkim rodzina spakowała manatki i wyprowadziła się na drugi koniec Polski, bo tutaj żyć by jej nie dali – w moje przeprosiny i sprostowanie, które wymusił na mnie naczelny [wyobrażam sobie to wymuszenie, naprawdę], nikt i tak nie uwierzył.
Czego nas ta historia uczy, poza powstrzymywaniem odruchów wymiotnych od wystudiowanego cynizmu BoChaterki? A otóż tego, że dzieciom nie ma co wierzyć, gdy opowiadają o molestowaniu w rodzinie. Zawsze chodzi tylko o zemstę na rodzicach.


Tak oto, wierząc na słowo głupiej gówniarze, rozpieprzyłam rodzinę i mało brakowało, a miałabym na rękach krew niewinnego człowieka. Oczywiście z roboty mnie wywalono, mimo że intencje miałam dobre...
O tak, najlepsze, zrobić łzawą sensacyjkę z tragedii młodziutkiej dziewczyny.
A potem odwalić łzawą konfesję, że wywalono ją z pracy.


…trochę ciągali mnie po sądach, sama też długo nie mog­łam dojść do siebie, bo sumienie przecież mam.
Nie powiedziałaś, gdzie. Podpowiem: tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.



Nauczyło mnie to doświadczenie jednego: dobrze sprawdzaj źródło informacji i... nagrywaj wszystko.
Na to, moja kochana, powinnaś była wpaść zanim się wzięłaś za dziennikarski fach.
Tej, ona podobno studiowała dziennikarstwo, i przez te pięć lat nikt o tym nie wspomniał?
Może to takie dziennikarstwo we wyższej szkole lansu i baunsu.


Zanim więc zapukam do drzwi gniazdka mojej przyjaciółki Kinguni, włączam dyktafon. I czekam na jej opowieść...
W tej wyższej szkole humorystyczno-erotycznej nie miała też zajęć z ochrony wizerunku. Nagrywać to może i mogła, ale  materiał bez zgody właścicielki nadawałby się tylko na podłożenie pod tramwaj.


Kinga szła przed siebie ulicami warszawskiego Mokotowa, mając w sercu burzę uczuć, a w mózgu myśli.
W mózgu miała myśli?! Niebywałe!
Ale tylko na warszawskim Mokotowie. Na pruszkowskim Mokotowie burzę uczuć miała w majtach, a myśli w pięcie.


Chciała zaufać i nie mogła. Pragnęła wierzyć, ale nie wierzyła. Nikomu ani niczemu. Nie wierzyła, że jej los, ot tak, się odmienił i teraz może być tylko lepiej. Obawiała się, że szykuje na nią pułapkę – Aśka, która podpisała umowę najmu, nagle ją zerwie i Kinga znów zostanie na ulicy; Czarek, który niczym dobry anioł ­spłynął z nieba, sypie obietnicami i przysięgami,
A że tak zapytam - zrobił cokolwiek konkretnego, żeby zasłużyć na miano anioła? Obietnice nic nie kosztują...
Wstawia wodę na herbatę.
Własnoręcznie? Cóż za dzielny, dzielny człowiek.
Anioł najprawdziwszy!
Chyba dozorca Anioł. Przepraszam: gospodarz domu!


tak naprawdę został nasłany przez Krzyśka, by Kingę pognębić jeszcze bardziej – chociaż czy można bardziej?
Ale po co tu jeszcze Krzysiek, Czaruś jest megadupkiem sam z siebie… A co do jego obietnic i przysiąg, to już dwa razy przekonała się przecież, jaką mają wartość.


Przeczuwała, że cały ten domek z kart, który zbudowała przez ostatnie tygodnie, rozsypie się ot tak, a ona, Kinga, wróci tam, skąd przyszła – na śmietnik – i już z niego nie wyjdzie. Kto będzie wtedy szukał maleńkiej Alusi?
No właśnie.
Zbliżał się czwartek.



[tu podkład muzyczny z jakiegoś horroru]



Kinga próbowała walczyć z głosem, który wzywał ją do podbydgoskiego lasu, z płaczem maleńkiej córeczki, którego nie mogła znieść, po prostu nie mogła. Musiała biec jej na pomoc! Musiała ją odnaleźć, dopóki dziecko żyje!
W piątek głos da jej spokój, kwilenie kruszynki ucichnie.
Miało być jak u Bułhakowa, a jest jak u Michalak, niestety.
Jest tak bardzo jak u Michalak, że aż do tej chwili nie miałam najmniejszych skojarzeń z Bułhakowem...
A ja sobie teraz pomyślałam, że co szkodziło AłtorKasi wprowadzić element paranormalny zamiast choroby Kingi…
Największy paranormal byłby realniejszy niż jednodniowy koszmar.


Kinga wróci, złamana niczym zapałka, tak samo jak miesiąc temu, i jeszcze miesiąc, i jeszcze, i będzie próbowała przez następne cztery tygodnie normalnie żyć. Aż nadejdzie czwartek i…
– Pomóż mi, Czarek – wyszeptała, ocierając łzy. – Pomóż mi…
O, przychodzi koza do woza. Normalnie to foch i kot w ramionach, ale jak co, to zaraz “pomóż mi Czarek”.



[Kinga po powrocie z kolejnej wyprawy do Bydgoszczy nie chce wracać do domu - wie, że czekają tam na nią Aśka i Czarek. Zamiast tego, wpierw idzie przenocować do swojej nory na działkach...


Z dworca powlokła się na działki, bez trudu odnalazła swoją szopę, a pod nią zamaskowane wejście do nory – od jesieni nic się tu nie zmieniło – wpełzła do środka, choć cała dygotała z zimna i głodu – od wczoraj nic nie jadła ani nie piła, przeszukując las metr po metrze, krzycząc aż do utraty tchu i płacząc, aż niemal oślepła od łez – zwinęła się w kłębek pod kołdrą z darów i zasnęła, po raz pierwszy od wielu miesięcy czując się bezpiecznie i spokojnie.
A ten wytarty zwrot to akurat pasuje tu jak pięść do nosa.
Bezdomna, powróciwszy do naturalnego środowiska, uspokaja się. Jej sen jest równy i mocny. Przesypia całą noc, by rano wyjść na żer, wiosną zaś będzie szykować się do godów.*czytała Krystyna Czubówna*



...a potem na Centralny, odwiedzić “bezdomną brać”]



Jeżeli myślała, że spotka się z ciepłym przyjęciem, to się myliła. Nie należała już do nich, co widać było na pierwszy rzut oka: czysta, pachnąca dobrym mydłem i szamponem, w porządnych ciuchach nie była już tą, którą z dobroduszną kpiną przezwali Księżniczką.
Aaaaha. A ten zapach dobrego mydła i szamponu tak się w nią wżarł, że można było wyczuć go nawet po nocy spędzonej w norze, a ta czystość powlekała ją tak szczelną warstwą, że nie ustąpiła nawet po dobie rycia rękami w ziemi gdzieś w podbydgoskich lasach.
Jak widać, Kinga przewidując wielogodzinną podróż PKSem i dużo brudnej roboty w lesie, jest w stanie umyć się na zapas.
Nie rozumiecie. Wystarczy mieć mieszkanie, by zapach mydła i szamponu przyczepiał się do człowieka na stałe.



Bezdomni przywitali ją burkliwymi pozdrowieniami. Od razu padły pytania, czy ma parę złotych na fajki.
A to materialistyczne sępy, no.


Nie miała. Ona za to chciała wiedzieć, gdzie znajdzie Smutaskę. Kobietę, która swego czasu wyciągnęła do Kingi rękę, gdy ta wypisana ze szpitala i wyrzucona z domu, w oszołomieniu błąkała się po ulicach bliska śmierci głodowej.
Wiadomo, jak rasowa bezdomna, nie mogła mieć imienia, choćby i przybranego, tylko fancy ksywkę od wzruszającej historii.
A ksywki mają jak z powieści o harcerzach: Ząbek, Smutaska, Księżniczka.
Jedynie Tolka Banana brak.


Smutaska, jak każdy z bezdomnych, miała swoją historię.
Kiedyś była zwykłą kobietą, szanowaną w małej podkarpackiej wsi. Miała kochającego męża, który, o dziwo, nie pił i nie bił.
Taaa, bo mężowie obowiązkowo piją i biją, a już zwłaszcza ci z małych, podkarpackich wsi mają to po prostu w ustawieniach fabrycznych.
Cała ta patologia to ze wsi przypełzła, ja pani mówię, pani Kuro. Osobliwie z tych małych, podkarpackich.


Wiodło im się nie najlepiej, bo bieda w tych rejonach aż piszczała, ale i nie najgorzej, bo Stach Borowy umiał i chciał pracować. I Alina Borowa nigdy nie trafiłaby na warszawskie ulice, i nie zostałaby Smutaską, gdyby nie pewien malarz artysta, który zawitał do Zagrodziny, szukając plenerów i natchnienia.
O, mamy zUo w postaci Artysty. Pewnie nosił brodę i wąskie spodnie.
I okulary w rogowych oprawkach. Żądał sushi na śniadanie i sam sobie spieniał mleko do latte.


Zawrócił niebrzydkiej gospodyni w głowie i natchnienia zaczął szukać między jej udami, co skończyło się tak, jak to było do przewidzenia: malarz wrócił do Warszawy, Alina została w Zagrodzinie z rosnącym brzuchem. Gdy tylko urodziła córeczkę, Lilianę, jasnowłosą i niebieskooką, która na pewno nie była dzieckiem Stacha, nim mąż nabrał podejrzeń i skojarzył fakt – jasnowłosy malarz, który wyjechał dziewięć miesięcy temu, młoda żona, usługująca artyście w dzień i w nocy, jasnowłose dziecko z brodą, w rogowych okularach - wykapany ojciec
– Alina spojrzała w głąb kołyski, krzyknęła przerażona i… porzuciła oboje, męża i maleńką córeczkę, i ruszyła do stolicy na poszukiwania swego artysty, swej wielkiej miłości.
Cóż, przynajmniej jakaś odmiana od wyrzucenia niewiernej żony z dzieckiem na bruk.


Malarza znalazła, a jakże, próbował sprzedawać swoje bohomazy na Starówce, ale dla Aliny nie było już miejsca w jego artystycznym życiu – był utrzymankiem pewnej podstarzałej bizneswoman, która lepiej, żeby się nie dowiedziała o przelotnym plenerowym romansie swojego lowelasa.
Cholera jasna, znowu. Znowu. Czy naprawdę u Michalak nie mogłaby się znaleźć choć jedna pozytywna postać męska?
Przecież to scenariusz telenoweli, grubo mazany farbami - chlapnięty czarną tu, a czarną tam. Oj Znaku, Znaku...
Poczekajmy, może Stach się okaże szlachetnym.


Alina nie miała dokąd pójść.
Do Zagrodziny wrócić nie mogła. Stach by ją zabił.
Grabiami i stereotypem faceta z Podkarpacia.
Ależ byłam naiwna.


W Warszawie nie znała nikogo.
Czuła się więc bezpieczna.


Błąkała się więc po ulicach, oszołomiona i zdruzgotana, aż zlitowała się nad nią jakaś bezdomna, tak jak kiedyś Smutaska zlituje się nad Kingą.
Pewnie miała ksywkę Babcia.
Ja bym raczej stawiała na to, że młodą, ładną, zagubioną kobietą zaopiekuje się jakiś alfons...


Tamta nauczyła Alinę, jak radzić sobie na ulicy, i tak oto młoda, normalna kobieta stoczyła się na samo dno. Zaczęła pić.
Bo w michalakowym uniwersum wystarczy dużo pić, by się uzależnić (to dość powszechny mit: nie wdając się w specjalistyczne szczegóły, to raczej alkoholizm jest przyczyną bezdomności, a nie bezdomność - alkoholizmu; aby zostać pijaczką, prócz picia na umór i sprzyjającego temu środowiska trzeba mieć jeszcze predyspozycje genetyczne).


A żeby pić, trzeba mieć na najtańsze nawet wino pieniądze. Na początku więc „robiła loda” za dychę czy dwie, potem stała się zbyt odstręczająca nawet dla najbardziej zdesperowanych, nauczyła się więc kraść, żebrać, zbierać śmieci, które można było zamienić na skromny grosz. I natychmiast ten grosz przepijała.
I oczywiście - miasto jako ten potworny Moloch, co wciąga, deprawuje i pożera niewinne i nieskażone cywilizacją wiejskie dziewczyny.
Na wsi tylko chłopy są zepsute i rozpite.


Kilkanaście lat później uciułała na podróż do domu. Do Zagrodziny.
No ja przepraszam, ale Kinga w miesiąc składa na bilet do Bydgoszczy.
No ale Smutaska przepija.
Znów się spytam: nie mogła na gapę jechać?
Przecież to jest nielegalne.


Na co liczyła? Na to, że mąż przyjmie ją z otwartymi ramionami?
Ach, ta ironia.
****
Wiemy, że dla AŁtorkasi znajomość realiów nie jest najmocniejszą stroną, ale czy ona wie, że jakieś procedury poszukiwania zaginionego człowieka są nawet na Podkarpaciu?


Mąż był pijany w sztok.
Tak oto kończą faceci opuszczeni przez żony.


Córka – prześliczna blondynka, Liliana Borowa – zelżyła matkę najgorszymi słowami i wyrzuciła z domu.
I tak oto matrix Katarzyny Michalak zapętlił się znowu, gdyż Liliana, córka Smutaski, jest bohaterką innej, wcześniejszej powieści Ałtorkasi - “Nadziei”. Co więcej - w tejże “Nadziei” powiedziane jest wprost, że Alina Borowa umarła, prawdopodobnie przy porodzie, gdyż mąż obwinia za to córkę - o, proszę, cytat:
“We wsi wszyscy wiedzieli, że kochał pierwszą żonę i nie mógł przeboleć jej śmierci, za którą obwiniał małą. Nie krył się z tym ani przed sobą, ani przed dzieckiem, zaś sarkanie sąsiadek go nie obchodziło.”
Aż dziwne, że tym razem żadna z postaci nie czyta “Poczekajki”, bądź nie odbiera we śnie wskazówek od samej autorki...



Smutaska wyjechała stamtąd mimo wszystko szczęśliwa.
Dziecko przeżyło, ona sama może wrócić tam, gdzie jej miejsce.
Bo instynkt macierzynski jej podpowiedział: dziecko żyje, więc wszystko jest okej.
To jej się przypomniało, żeby sprawdzić, po kilkunastu latach...
Lepiej późno niż wcale. Okropnie się czepiacie.


I już bez większych wyrzutów sumienia zaczęła przepijać resztę swego nędznego życia.
Po drodze do piekła zaopiekowała się jeszcze Kingą-Księżniczką.
Opieka opieką, ale o kurtkę to się z nią pobiła.
Wszystko ma swoje granice.


Teraz Kinga chciała zaopiekować się Smutaską.
Zafundować jej bilet do Leska.


– Zachlała się na śmierć – to powiedział Ząbek, niekoronowany władca bezdomnych z Centralniaka. – Znaleźlim ją sztywną, ile to będzie? Tydzień temu? Jakoś tak. Masz pożyczyć dychę, Księżniczka? Oddam... – i to było podsumowanie życia i śmierci Smutaski, która mogła żyć jeszcze wiele, wiele lat, gdyby nie pewien malarz artysta i złe wybory.
Ino ten diaboł artysta z Warsiawy, kopytem namieszał.
Obczajcie kunszt językowy ałtorki, jak doskonale modyfikuje język każdej postaci, nawet epizodycznej!


Mogła wracać do mieszkania na Dąbrowskiego, ale... jeszcze nie czas. Jeszcze tam na nią
czekają.
Poszła więc do szpitala, gdzie spędziła długich sześć miesięcy.
Poszła i spędziła. A kto Bezdomnej zabroni.


Doktor Izbicki szczerze ucieszył się na widok byłej pacjentki. Prawdę mówiąc, nie spodziewał się, że kiedyś jeszcze Kingę Król ujrzy: wypisywał ją z ciężkim sercem na polecenie ordynatora – była nieubezpieczona i szpital nie mógł sobie pozwolić na dalsze leczenie darmozjada – wiedząc, że pacjentka jest jeszcze chwiejna emocjonalnie i co najmniej kilka miesięcy powinna być hospitalizowana. Ordynator był jednak nieugięty: nikt za Kingę Król nie zapłaci, chyba że sam doktor Izbicki, więc...?
Więc oczywiście wiemy, że świat u Michalak jest zły, ludzie wredni [w psychiatryku krępuje się pacjentów i polewa zimną wodą tak długo aż im przejdzie],  a instytucje państwowe tylko patrzą, jak nakopać w dupę obywatelom, ale… oddajmy głos osobie kompetentnej.


Ratowanie życia zawsze jest zapewnione. Jak nie jest to ratowanie, to na ogół, w przypadku bezdomnych, sprawa jest zgłaszana do Ośrodka Pomocy Społecznej (GOPS albo MOPR) i ośrodek ubezpiecza. Chyba że dana osoba jest zarejestrowana jako bezrobotna, to PUP, ale w przypadku długiej choroby nie może być bezrobotną (bo nie jest zdolna i gotowa do podjęcia pracy). Szpitale współpracują z OPSami, tak samo jak ośrodki dla bezdomnych i wszelkie instytucje pomocowe, więc nie ma sytuacji, że kogoś wywalili za brak ubezpieczenia. Szpital zgłasza sprawę do OPS i ubezpieczenie jest załatwiane. A jak jest w fazie ostrej, to szpital nie pyta o ubezpieczenie, miałam tak kiedyś z jedną laską z ośrodka dla bezdomnych. Zawiozłam ją do szpitala, okazało się, że nie jest ubezpieczona, ale jak zaczęła różne sztuki wyczyniać, to przestali pytać o ubezpieczenie, tylko od razu zaaplikowali jej wytłumiacze i wzięli na oddział.
© Kasitza



– Dobrze pani wygląda, pani Kingo! – cieszył się teraz na widok młodej kobiety, która… żyła. Po prostu żyła. Wcale nie wyglądała tak dobrze, jakby sobie tego Izbicki życzył, cień szaleństwa nadal miała w oczach, ale żyła. To było najważniejsze.
Szaleje, więc żyje. Dobra nasza!


Tak, panie doktorze. Radzę sobie – odrzekła, odgarniając kosmyk włosów dłonią, która lekko drżała. Powrót do szpitala, nawet na krótką rozmowę z lekarzem, wiele ją kosztował. – Radzę sobie przez cztery tygodnie każdego miesiąca, ale gdy przychodzi czwartek…
Czwartek przychodzi co siedem dni, tadam!
W Michalakowym uniwersum jest specjalny kalendarz z jednym czwartkiem w miesiącu.


Izbicki oparł się plecami o krzesło i spojrzał zmrużonymi oczami na swą pacjentkę.
Aby oprzeć się plecami o krzesło, musiał trochę przykucnąć i podeprzeć się ręką, nie odebrało to jednak siły wyrazu jego spojrzeniu.


Pamiętał napady szału, powracające w każdy pierwszy czwartek miesiąca, kiedy to spokojna zazwyczaj, potulna i cicha kobieta stawała się furią, gotową roznieść mury izolatki, zabić każdego, kto stanął jej na drodze, byle tylko wyjść, pojechać czy nawet na piechotę pobiec do lasu szukać dziecka.
Aaaaha, znaczy już wiemy, jak dokładnie wygląda choroba dwubiegunowa według Katarzyny Michalak: na co dzień depresja, a raz w miesiącu, jak w zegarku, napady tajemniczej furii. Bardzo to ładne i malownicze, szkoda tylko, że nieprawdziwe…
Skorelowane to ani chybi z menstruacją.
Wiadomo, baba krwawi, to od zmysłów odchodzi.


Z czasem napady furii słabły, Kinga przestała zagrażać otoczeniu – w przeciwnym razie nawet ordynator nie zmusiłby Izbickiego do wypisania niebezpiecznej psychopatki –
To, że stanowiła nadal zagrożenie dla samej siebie, nie miało już takiego znaczenia.
W świecie wyssanej z palca fabuły - dla zimnego ordynatora pewnie nie.


lecz widać czas nie do końca zaleczył tę ranę.
– Co wtedy, pani Kingo? – zapytał spokojnie.
– Wtedy kradnę pieniądze na autobus i jadę. Kradłam – poprawiła się. – Mam małe mieszkanie, sprzątam po domach, zarabiam. Radzę sobie. Ale radziłabym sobie lepiej, gdyby nie te czwartki. Może... może przepisałby mi pan jakieś leki?
O, to Izbickiemu bardzo się spodobało.
#leknaczwartek? Jasne.


– Nadal cierpi pani na chorobę afektywną dwubiegunową. Wypróbujemy lek najnowszej generacji, który powinien podziałać. A na pani czwartki, słynne swego czasu na cały oddział, silny środek nasenny. Po prostu ten czwartek pani prześpi, dobrze?
I tak oto leczy się ChAD - pigułami dającymi przespać cały cykl. Długość trwania epizodów depresji i manii waha się od kilku dni do kilku miesięcy.
Dodajmy jeszcze, że mania tylko pozornie wydaje się być tym lepszym fragmentem huśtawki - osoba chora tak samo jest zagrożona, podejmując ryzykowne dla życia działania, pochopne decyzje lub będąc agresywną.
Jesteśmy w michalakversum, tutaj trwają tylko jeden dzień.
I to tylko w jeden, wybrany dzień raz na miesiąc.


Kinga skinęła głową.
– Jeszcze jedno, pani Kingo, ten lek przeciwdepresyjny może w pierwszych tygodniach powodować nawrót myśli samobójczych czy chęć ponowienia prób. Proszę uwrażliwić na to rodzinę, by zwrócili na panią baczniejszą uwagę, dobrze? My oboje wiemy, że pani chce żyć, ale licho nie śpi. Proszę pamiętać, że jest pani młodą, mądrą kobietą, że całe życie przed panią, ale… to ostatnie życie, jakie pani zostało.
Ok, z początku żachnęłam się, że cóż to za lek antydepresyjny, który powoduje nasilenie myśli samobójczych, ale potem doczytałam, że “Przez pierwsze dwa tygodnie przyjmowania leków z grupy SSRI, mogą wystąpić mdłości, a także nasilenie stanów lękowych. (...) Często natomiast u osób cierpiących na depresję, występują myśli o samookaleczeniu lub samobójstwie, o czym należy poinformować lekarza”  (źródło). Niemniej, doktor Izbicki, skoro leczył Kingę przez pół roku, powinien być doskonale zorientowany w jej sytuacji i wiedzieć, że nie ma ona rodziny, która mogłaby jej dopilnować… a w związku z tym, zamiast wypuszczać z plikiem recept, na przykład przyjąć na oddział? Zwłaszcza, że kwestię ubezpieczenia już wyjaśniliśmy.
A SSRI są dość często przepisywane z uwagi na wysoką refundację (kosztują dosłownie kilka złotych).


Kinga w milczeniu słuchała tych truizmów. Padały z ust doktora Izbickiego tyle razy… Oczywiście wypowiadane w dobrych intencjach, bo naprawdę nie życzył swej uciążliwej czasami pacjentce źle, ale... to były jednak truizmy. Bo doktor nie zapytał Kingi ani teraz, ani poprzednio, czy ta ma w ogóle jakąś rodzinę, którą można byłoby na los Kingi „uwrażliwić”... Jedyną jej rodziną był kot.
Ach, nie zapytał… I nie zauważył, nie zainteresował się, że nikt jej nie odwiedza… A, że tak przypomnę, nie mamy tu do czynienia z lekarzem pierwszego kontaktu w osiedlowej przychodni, do którego Kinga przychodziłaby dwa razy do roku w sezonie grypowym po antybiotyk i zwolnienie, tylko z prowadzącym ją przez sześć miesięcy psychiatrą… No to ja też nie mam więcej pytań.



Plan na ten dzień obejmował jeszcze jedną wizytę. Jeśli i tutaj się Kindze powiedzie, znaczyć to będzie, że Bóg rzeczywiście jest po jej stronie i naprawdę dostała od Niego jeszcze jedną, ostatnią szansę.
Jak na razie to Bozia trochę ją przeorał, ale może to tylko takie próby wiary.



Konrad Wolski przyjął Kingę na progu pracowni niczym marnotrawną córkę, wracającą z długiej podróży.
– Dziewczyno, na Boga, skąd się tutaj wzięłaś?! Mówiono, że bujasz się na antypodach w poszukiwaniu sensu życia!
Jak Maria P. w hamaku.
O masz, kolejny facet, ciekawe, kiedy mu buc nogawką wylezie.
Dopiero pod koniec, ale bez obaw, wylezie.


Rzeczywiście Kinga wzięła zwolnienie na ostatnie miesiące ciąży, wysłała szefowi zdjęcie nowo narodzonej córeczki, odebrała esemesem gratulacje, podziękowała tą samą drogą i... to była ostatnia wiadomość, jaką Konrad, właściciel KonGarden, od Kingi otrzymał.
W związku z czym, nie doczekawszy się powrotu, zwolnił ją wreszcie? Może nawet dyscyplinarnie?
Za co? Za porzucenie pracy z dnia na dzień po kilkumiesięcznym zwolnieniu lekarskim? Nie w przypadku Kingi K.


Teraz objął swą najlepszą, najbardziej kreatywną architekt i uściskał serdecznie. Nie było w  tym uścisku żadnego podtekstu erotycznego, bo Konrad miał kochającą i kochaną żonę, od kilkunastu lat tę samą, oraz czwórkę fajnych, ułożonych, rozumnych dzieciaków.
Facet, który nie ślini się do bohaterki, nie ma lepkich łap i nie zdradza żony? Cóż za wyjątek w michalakowym uniwersum!
(Swoją drogą, nie pamiętam kto - albo Zwierz, albo Królowa Matka - omawiając powieści Ałtorkasi stwierdziła, że aby być porządnym facetem w świecie Michalak, należy być albo starcem stojącym nad grobem, albo ojcem czwórki dzieci. To przynajmniej wiemy, do której kategorii zalicza się Konrad)


– Kiedy wracasz do roboty? Zaczyna się sezon. Każda para rąk się przyda, szczególnie tak zdolnych jak twoje, więc...?
Pracownie architektoniczne mają “sezony”? Może jeszcze szefowie firm wiosną sterczą pod płotem, aby ktoś zatrudnił ich na dniówkę?
Z wiosną mieszkańcy domków i willi wyglądają przez okna i myślą: “Ej, może by tak sobie ogród zaprojektować?”.



– Patrz, nawet twoje biurko jest takie, jakie było, gdy szłaś na zwolnienie. Nikt nic na nim nie ruszał. Tylko sprzątaczka ścierała kurz. Chcesz, siadaj i bierz się do pracy.
Yyyyhyhyhy, już to widzę...
Ile to było? Dwa lata?
No wiesz, po najlepszej pracownicy to i dziesięć lat trzymaliby biurko w pogotowiu, a nuż wróci.
Hm, no niby mogli jej dać urlop, ale wolałabym mieć to napisane czarno na białym.
Czarno na białym to masz, że poszła na zwolnienie, a potem znikła bez wieści, więc...


Właśnie dostałem zlecenie na prosty projekt, teraz dla ciebie jak znalazł.
Prostokątna działka, z tyłu willa, z przodu fontanna i jakieś badziewie dookoła. Dla ciebie jak znalazł.


To co? Spojrzał na kobietę wyczekująco.
Była zmęczona, głodna i brudna – nie myła się od wczoraj, od wczoraj nie jadła – ale… nadal pachniała dobrym mydłem i szamponem, a jej ciuchy wyglądały czysto i schludnie? chciała to zrobić! Chciała siąść przy swoim biurku, odpalić swój komputer, ujrzeć na ekranie logo KonGarden, wpisać hasło [cały czas to samo. Nikt niczego nie zmienił, wszystko jest jak przed laty] i otworzyć program znany jej na wylot, a potem zająć się tym, co kochała: stwarzaniem czegoś z niczego, wyczarowywaniem pięknego ogrodu w miejscu kartofliska.
Jej, do tej pory byłam przekonana, że ona te piękne ogrody wyczarowuje tak całkiem dosłownie, kopiąc, sadząc, pieląc… Ałtorkasia opisywała nam ją jako zapaloną ogrodniczkę, nie jako siedzącą przed kompem projektantkę!
Może robi jedno i drugie?
Może. Wtedy uwagi, że sezon się zaczyna, miałyby sens.
Roztopy, wiosna idzie, więc architekci odrywają się od biurek i idą z grabiami na działki, które jesienią zaprojektowali.
A oczom ich ukazuje się las.
Las rusztowań wokół nas, to właśnie znaczy, że nie stoi tutaj w miejscu czas!


Uśmiechnęła się nieśmiało do Konrada.
Ten klepnął ją w  plecy, dał do ręki pendrive’a z danymi, zaprowadził na salę, podzieloną ściankami na stanowiska architektów, przedstawił zespołowi, którego większość Kinga znała i lubiła i przez który również była lubiana, i... mogła wracać do dawnego życia.
Na początek radziłabym jednak umyć się, przebrać, coś zjeść…
Nieno, już ustaliłyśmy, że sam fakt posiadania mieszkania generuje wokół ciebie aurę świeżości, wypoczęcia i sytości.


Nim jednak włączyła komputer, musiała wyznać szefowi przynajmniej część prawdy.
Pociągnęła go za rękaw, a gdy się pochylił, wyszeptała:
– Konrad, ja miałam depresję.
Ale już mi przeszło.
Leczyłam się psychiatrycznie.
To było dawno. Kilka godzin temu właśnie wyszłam od Izdebskiego.


Mężczyzna odparł bez zastanowienia, równie cicho:
– Gdyby coś się stało mojemu dziecku, też bym zwariował. Nic się nie martw. Praca czyni cuda. Powiedz słowo, a dostaniesz tyle roboty, że zapomnisz o depresji, okej?
– Okej – odparła z ulgą.
Bo na depresję wystarczy tylko wziąć się w garść i przestać rozczulać nad sobą.
I tę starą prawdę znali już kmiecie od czasów Piasta. Czy ktoś kiedyś widział chłopa z depresją? Jak taki po robocie wracał do chałupy, to tylko kaszy się najadł i szedł spać, a rano był jak nowy. Baba, jako że z natury bardziej melancholijna, to jeszcze krowy wydoiła, świnie nakarmiła, dziecko urodziła, strawy nawarzyła i nie miała czasu, żeby jej się w głowie poprzewracało.


Może dostanie tyle roboty, że zapomni chociaż o Czarnym Czwartku (Janek Wiśniewski padł?), od którego dzieliły ją cztery tygodnie…
Zaraz się okaże, że nie tylko biurko, ale i projekt, który dwa lata temu porzuciła, czekał do tej pory na nią, nieruszany...
A do zleceniodawcy mówili tylko: wie pan, wystąpiły trudności obiektywne, te kaktusy, co pan zamówił, jednak nam uschły.


Pracowała z radością do późnej nocy. Godziny mijały jedna po drugiej, po kolei wychodzili koledzy i koleżanki, spiesząc do swych domów i rodzin, wreszcie pożegnał się z Kingą sam szef, ze zrozumieniem patrząc, jak ta z zaciętą miną stuka z klawisze i ciska się kursorem myszy po całym arkuszu.
Nie wiem, może ja się nie znam na pracy w biurach projektowych, ale czy to nie powinno być tak, że najpierw ktoś ją wprowadza - słuchaj, tu robimy takie zlecenie dla klienta A, tam inne dla klienta B, dołączysz do tego zespołu i zajmiesz się tamtym? A nie tak o, siadaj do biurka i rób co chcesz?
Ona właśnie chciała zamieniać kartofliska w kwitnące ogrody, to strach był i nie dyskutowali.
Ale kartofle przecież bardzo ładnie kwitną, co tu zmieniać.


Kinga skończyła wstępny projekt, dziwiąc się, że niczego nie zapomniała, że pamięta każdą funkcję i każdy skrót klawiaturowy skomplikowanego programu, wreszcie, gdy oczy zaczęły odmawiać posłuszeństwa i widziała ekran przez mgłę, opadła z przeciągłym westchnieniem na oparcie krzesła.
Wzrok Kingi padł na zaadresowaną do niej kopertę.
Która od kilku godzin leżała na jej biurku.
Zajrzała do środka. Tysiąc złotych. „Tytułem zaliczki” – tak napisał Konrad, dodając do tego uśmiechniętą buźkę.


I umowa-zlecenie wstępnie na trzy miesiące.
Sam tę umowę wypisał, sam się za Kingę podpisał i sam wpisał jej dane, bór wie, skąd wzięte, bo przecież Kinga wciąż nie ma dowodu osobistego…
Nie chciał Kindze przerywać roboty, to sam je zmyślił.
No z wcześniejszych umów chyba mógł mieć dane, czy nie?
I ładnie podrobił jej podpis.
Prócz paszkwila na dziennikarzy i lekarzy Ałtorkasi wychodzi jeszcze paszkwil na architektów zieleni.


– Kochany jesteś, szefie – mruknęła Kinga z wdzięcznością.
Jutro umówi się na rozmowę z właścicielem mieszkania i przepisze umowę na siebie, uniezależniając się tym samym od Aśki. Nie chciała być niewdzięczna w stosunku do dziennikarki, ale chciała być wolna i niezależna. Aśka powinna to zrozumieć, jeśli nazywa się jej przyjaciółką.
Nie jestem pewna. Moim zdaniem fakt, że znalazła ci mieszkanie automatycznie uzależnia cię od niej do końca życia.


Do domu wracała półprzytomna ze zmęczenia, ale szczęśliwa. Na widok palącego się w pokoju światła całe to szczęście wyparowało w jednej chwili.
Czekali na nią! Oboje! Niczym dwa sępy cierpliwie sterczące nad ofiarą, dopóki ta nie wyda ostatniego tchnienia, by wtedy rzucić się na nią i rozerwać na krwawe strzępy.
Oni gdzieś pracują, coś w życiu robią innego, czy tylko już siedzą Kindze na głowie?
Aśka to chyba pracuje w tej samej redakcji, co Siatkarska Muza Agnieszka; tam, gdzie szef daje wszystkim wolne, jeśli tylko musi wyjechać z miasta.
Że Aśka pracuje z domu, to jeszcze uwierzę, bo sama miewałam zapłacone za tekst bez wizyty w redakcji. Ale że Czarek chce zarządzić nieruchomością bez ruszenia dupska w teren?


Na co liczyła Aśka – to nie pozostawiało wątpliwości: na materiał do nowego, świetnego artykułu, ale czego chciał Czarek? Zrobić Kindze kolejne dziecko i zostawić ją po raz trzeci, wcześniej nazywając tanią dziwką?
Borze, Kinga, ty myślisz! Dobrze, tak trzymaj!


– Gdzie byłaś? Nie mogłaś uprzedzić? Dlaczego zniknęłaś na dwie noce, a nie jak zwykle na jedną? My tu od zmysłów odchodzimy! Czekaliśmy na ciebie z obiadem, potem z kolacją!
Masz szlaban i nie dostaniesz kieszonkowego, a w telewizji będziesz oglądać tylko “Na dobre i na złe”!


Kinga, trochę odpowiedzialności! Przecież jesteśmy twoimi przyjaciółmi! Boimy się o ciebie!
Ale policji nie zawiadomiliśmy ani nawet nie obdzwoniliśmy szpitali. Wolimy ci robić wymówki.


Słuchała tego w milczeniu i z pokorą.
Potakiwała, kiedy tego oczekiwali, i zaprzeczała, gdy powinna zaprzeczyć, marząc, aby wreszcie sobie poszli. By mogła wziąć gorącą kąpiel, wypić kubek mleka z miodem, paść na miękkie łóżko i zasnąć spokojnie, po raz pierwszy od długiego czasu snem bez snów…
Mam wizję AŁtorkasi, która siedzi nad tekstem i pilnie sprawdza… O, na tej stronie jeszcze za mało klisz i wyświechtanych zwrotów, kopiuj, wklej, następny!



Jeszcze pół godziny się nad nią pastwili, wcis­kając w Kingę odgrzewaną chińszczyznę, by wreszcie – „ale przyrzeknij, że to ostatni raz!”– dać jej spokój. Wyjść, obiecawszy oczywiście, że jutro się zjawią, i dać jej święty spokój.
Przyszła mi do głowy śmiała myśl: a jakby tak odebrać im klucze i nie wpuszczać do domu? Albo zmienić zamki?
Co za rewolucyjne pomysły, pani Szproto, doprawdy!Bolszewickie, rzekłabymwręcz!


Kinga zamknęła za nimi drzwi, przekręciła dwukrotnie zamek, oparła się plecami o gładkie drewno i rozpłakała.
Nie wiedziała właściwie, dlaczego płacze, ale miała przeczucie, że trafiła z jednego piekła do drugiego. I z tego drugiego nie będzie ucieczki.
W sensie, że to normalne życie, z pracą zawodową itd., miałoby być piekłem?
Znaczy, w poniedziałek rano byłabym skłonna się z tym zgodzić.



Od tego dnia Kinga sukcesywnie zaczęła odbudowywać swoje życie. Podpisała nową umowę z właścicielem mieszkania, gdzie jednym z warunków była możliwość meldunku
Oczywiście - jednym z warunków stawianych przez lokatora, bo jak nie, to się obrazi i więcej nie wróci?



na czas określony ale jednak: Kinga mogła wyrobić sobie teraz nowy dowód osobisty, a tym samym z powrotem została oficjalnie przyjęta na łono społeczeństwa.
A swoją drogą, ciekawe, co zrobiła z poprzednim. Wydawać by się mogło, że gdzieś go zgubiła w swoich czasach bezdomności, ale… wspominając, jak to wypisano ją ze szpitala, Kinga stwierdza, że nie miała nic, nawet ciuchy dali jej po jakiejś pacjentce, bo inaczej musiałaby iść w świat w samej koszuli nocnej, tak jak wybiegła z domu pewnej nocy. Wygląda na to, że cały czas śledztwa, procesu i leczenia przesiedziała w tej koszuli, bez dokumentów i bez niczego.
Nie ogarniam tego. Po prostu - nie.
Btw, dowód można jak najbardziej wyrobić nie posiadając meldunku.


Kłania się tu kocopoł z intercyzą. Król nie mógł ani sprzedać, ani wymeldować Kingi z mieszkania bez zgody współwłaścicielki. Dura lex, sed lex.
No, ja z tej intrygi zrozumiałam, że Kinga zgodziła się na podpisanie intercyzy, z której wynikało, że właścicielem mieszkania jest tylko i wyłącznie Krzysiek.



[Kinga zaczyna nowe życie: pracuje w KonGarden, w weekendy zaś pomaga jako wolontariuszka w kuchni dla bezdomnych. Jednym z elementów nowego życia jest też próba uniezależnienia się od Aśki: Kinga żąda zwrotu kluczy do swej kawalerki, a w zamian oddaje klucze do mieszkania Aśki, które kiedyś gwizdnęła z kieszeni swojemu mężowi (no nie wiem, ale nie ufałabym aż tak kochankowi od szybkich numerków… ale może to tylko ja).]


– Podwędziłam je Krzysztofowi po tym, jak uprawialiście seks w moim łóżku.
To znaczy - oni zapalają postcoitalnego szluga, a Kinga w tym czasie grzebie mężowi w kieszeniach?
I przegląda SMS-y. I wrzuca z telefonu głupie posty na fejsa.


Chciałam zrobić ci równie paskudny numer,
Znaczy: uprawiać seks w jej łóżku? Z jej facetem, znaczy, eeee… ze swoim własnym mężem?


więc wzięłam te klucze, obejrzałam sobie twoje mieszkanie, wyrzuciłam przez okno twoją najładniejszą bieliznę, ale na nic bardziej podłego nie było mnie stać.
A zalać mieszkanie? Zmasakrować młotkiem fortepian? Poniszczyć obrazy na ścianach i wytłuc szyby w oknach - to nie łaska? Ech, ta dzisiejsza młodzież…
Chciała, naprawdę chciała, ale co poradzić, kiedy Aśka nie miała fortepianu ni obrazów, a tylko kupowane na metry i nigdy nieczytane ksiażki.
Za to wywaliła bieliznę przez okno. Bieliznę tej grubej jak wieloryb Aśki - jej desusy i biusthatery rozmiaru namiotu wojskowego łopotały na wietrze. Ojej, jakie to śmieszne.
Eno, jak wywalała bieliznę, to Aśka jeszcze była szczupłą nimfą. Wiem! Pozbawiona bielizny Aśka przez roztargnienie kupiła sobie majtki o rozmiar większe… i tak jakoś poszło.


Klucze, nie wiem czemu, zatrzymałam.
Imperatyw Narracyjny podpowiedział, że to może być dobry pomysł na później.
Jedni kolekcjonują bilety na mecze, a inni klucze. Szanuję to.


Miałam je przy sobie, gdy mnie zgarnęli, oddali mi je przy wypisie ze szpitala,
Yhy. Uciekając w dramatycznych okolicznościach, w kurtce narzuconej na koszulę nocną, dowodu nie wzięła, pieniędzy nie wzięła, kluczy od własnego domu nie wzięła, ale te od mieszkania kochanki męża już tak.
No i widzisz? - Przydały się!
Może nosiła je na sznurku na szyi, jak zaniedbane dziecko z blokowisk.


użyłam jednego z nich, by otworzyć sobie śmietnik i tam w spokoju umrzeć, ale Kacperek mi na to nie pozwolił.
Heh, mówiłam, że specjalnie poszła do TEGO śmietnika na TO osiedle - “Zobacz, co mi zrobiłaś, ty zła kobieto!”.
A gdyby użyła drugiego klucza i poszła umrzeć w jej mieszkaniu, to byłoby jeszcze bardziej dramatycznie, prawda?
Powiedzmy, na klatce schodowej. Bardziej skutecznie przede wszystkim, w śmietniku mógłby ją znaleźć ktokolwiek inny...
To właściwie czemu tego nie zrobiła?
Bo na tym etapie aŁtorkasi jeszcze nie przyszło to do głowy, naprawdę okropnie się czepiacie.


Aśka niechętnie schowała klucze do swego mieszkania do kieszeni i podniosła się równie niechętnie, mając nadzieję, że Kinga ją zatrzyma.
Właściwie, dlaczego Kinga widząc, że te dwa sępy wciąż siedzą w jej mieszkaniu, nie idzie spać do Aśki? Klucze przecież ma.
Bo to niegrzeczne wchodzić do mieszkania pod nieobecność jego właścicielki. Chyba że jest się spasłą dziennikarską hieną. Albo tępym ciulem zaciążającym kobiety i wyrzucającym je na bruk.


[Niestety, nikt nie proponuje Aśce, by została, przeciwnie - zostaje sromotnie wygnana do “z dnia na dzień coraz bardziej obcego i zimnego” apartamentu przy Narbutta]


– Zapłacisz mi, niewdzięcznico – mruknęła pod adresem Kingi. – Ty też, kutafonie – dodała, mając na myśli Czarka, po czym wyłączyła dyktafon i powlokła się do siebie, na Narbutta, próbując nie wyobrażać sobie, co tych dwoje zacznie wyprawiać, gdy zostaną sami.
Zazgrzytała zębami.
– Zapłacicie mi za to. Oboje.
Mhrock i zgroza, uderzenie gromu!
Przeszył was dreszcz? Mnie też nie.


A kto myśli, że czas na ruję i porubstwo, to się myli.
Zielone kółeczko:


Czarek
Chciałem chwycić Kingę za ramiona i potrząsnąć nią.
Albo capnąć zębami za kark. Nie mogłem się zdecydować.
Nie znasz się, Szpro, zębami to się staniki rozpina! A w wersji yaoi - zamki u spodni.


– Nie bój się mnie! Zaufaj mi! Jestem po twojej stronie!
Chyba że zajdziesz w ciążę, wtedy natychmiast przestanę.


Chciałem ją chwycić i przytulić. Tak mocno, by usłyszeć bicie jej serca, i tak mocno, by ona słyszała bicie mojego.
Zamiast tej gimnastyki z uszami, można po prostu mocno położyć palce na tętnicy szyjnej.
Ależ Jaszu, on chce romantycznie, a nie medycznie.
Chodzi mi o naprawdę silne przyłożenie palców...


– Kocham cię, więc pozwól mi kochać siebie.
Mać gamratka Gramatyka mruga oczkiem - oto mamy wyznanie egoisty.
A kochaj waćpan siebie ile chcesz, a nawet idź na stronę i wychędóż się sam!
Do życzeń dołączamy piosenkę:


Już więcej cię nie zawiodę, nie zdradzę. Zaufaj mi. Dlaczego patrzysz na mnie z takim chłodem? Czemu odsuwasz się na bezpieczny dystans, bym nie mógł cię nawet dotknąć? Nie skrzywdzę cię, Kinga, nigdy więcej.
Wzruszyło nas to szczere cierpienie.
Kocham cię (i się), ale pod warunkiem, że będziesz mi żoną i zajdziesz w ciążę. Tak zupełnie bezwarunkowo to jednak nie.


Zamiast tego nastawiłem wodę w czajniku i zapytałem głosem tak zwyczajnym i wyprutym z emocji, jakbym nie czuł do tej kobiety zupełnie nic.
– Zrobię sobie herbaty. Tobie także zrobić?
- A jaką masz?




Splotła ręce na piersi i odpowiedziała pytaniem na pytanie:
– Czego ode mnie chcesz?
„Kochać cię”– już miało mi się wymknąć, gdy w porę ugryzłem się w  język.
Kochać cię, kochać cię, już dzisiaj za późno - zanuciła melancholijnie Kura.
A kochaj se, kto ci broni.


– Chcę sprawić, byś była szczęśliwa – powiedziałem na głos, wiedząc, że zabrzmiało to, jakbym grał w tanim melodramacie, ale to było bezpieczniejsze niż tamte dwa słowa, które Kinga mogła opacznie zrozumieć.
Tani melodramat to byłoby arcydzieło. Niestety, znalazłeś się w znacznie gorszym miejscu.
Jest to melodramat kosztowny. Kosztuje nas krew, pot, łzy i mnóstwo bicia w twarz.


Bo tak też było: pragnąłem jej jak jeszcze nigdy w życiu. Nie, już wcześniej wzbudzała we mnie takie pożądanie – wtedy gdy jeszcze była nietknięta, gdy się broniła przed moimi gorącymi dłońmi, gdy odpychała spragnione usta, gdy wymykała się z objęć i mówiła „nie”.
Ta cała narracja trąci mi… no właśnie, tanim XIX-wiecznym melodramatem. Jak wiadomo, kobieta wzbudza pożądanie tylko wtedy, gdy jest niewinna i broni swej cnoty, potem automatycznie staje się kobietą upadłą i pogardzaną. No, chyba że wyjdzie za mąż.
No wiesz, taka, co ma libido, to jakaś podejrzana i może się zorientować, że z chłopa nie taki adonis, jak o sobie myśli.


Dziś wieczór pragnąłem jej tak samo jak wtedy. Jedno jej słowo, jeden gest i wziąłbym ją w tej kuchni, na stole albo na podłodze, w przejściu do pokoju, w korytarzu, nawet w łazience, opartą o drzwi. Wziąłbym ją na kanapie i na podłodze obok kanapy. Wystarczyło, żeby wyciągnęła rękę…
Yyyy, czy ja mówiłam, że rzygam Aśką? Odwołuję, na prawdziwy womit zbiera mi się dopiero przy Czarku.
Ależ żądze nim miotają! Facet ledwo nie wybuchnie jak kocioł u Konopnickiej, a tu same przeszkody:
(Jaszu, zrób, żeby pan jednak wybuchł!)


Ale Kinga cofnęła się o krok, jeszcze bardziej zwiększając dzielący nas dystans.
– Kocham cię, Kinga. Daj mi szansę – poprosiłem cicho, nienawidząc siebie za ten błagalny ton. Wiele kobiet oddałoby pół życia, by zaciągnąć mnie do łóżka, a ta... a ona... a Kinga…
Taż mówiłam, lesba jak nic.
Albo, co gorsza, feministka. Tfu.


– Będziesz miał swoją szansę – odparła chłodno, nie patrząc mi w oczy. – Za cztery dni.
Na ten czas zawiąż kuśkę na supeł.
Będę cię czule nazywała słoniem Trąbalskim.


Przecież obiecałam. Wysłuchasz mojej spowiedzi i albo dasz mi rozgrzeszenie, albo stąd wyjdziesz i więcej się nie zobaczymy. Dostaniesz swoją szansę – powtórzyła, podnosząc na mnie wzrok. Co miała w oczach? Miłość i nienawiść.
W prawym oku jedno, w lewym - drugie.
Jedno się świeciło na niebiesko, a drugie na czerwono.


I dźgnęła mnie tymi dwoma uczuciami, niczym rozpalonym prętem.
Borze, jaki on pewny, że to, co widzi w jej oczach to właśnie miłość… Jak raz go pokochała w nastolęctwie, to nie ma wyjścia, musi kochać do śmierci, choćby ją nie wiadomo ile razy zawiódł i porzucił.


Doskoczyłem do niej, chwyciłem w ramiona tak, jak o tym marzyłem od lat, wpiłem się ustami w jej usta


http://a.gifb.in/032012/1331316519_cemel_kiss.gif

i całowałem dotąd, aż zabrakło mi tchu, nie zważając na jej szaleńcze próby wyswobodzenia się.
Wiedziałem dobrze, że tylko się tak droczy.


Trzymałem ją nadal.
Można sądzić, że pisząc to p. Michalak wyobrażała sobie jak wielbicielki jej tFurczości przymykają oczy i marzą o oddawaniu się opętanemu żądzą brutalowi, i że to taki piękny, romantyczny i podniecający fragment.
Not.


Staliśmy twarzą w  twarz, niczym przeciwnicy na śmierć i życie.
– Nie mam cię z czego rozgrzeszać. Nie zrobiłaś niczego tak strasznego, czego nie mógłbym ci wybaczyć, rozumiesz? – w tej chwili powiedziałbym wszystko, byleby tylko mnie do siebie dopuściła.
Dopuściła. Jak ogiera do klaczy, jak byka do krowy… Skąd, do ciężkiej i nieprzeciętnej cholery, aŁtorkasia bierze ten język?!
Może z weterynarii jej to zostało?
Mam nadzieję, że opuściła zajęcia z inseminacji.


Bylebym mógł wziąć to, po co od tylu tygodni tutaj przychodziłem.
DKJP, facet, idź już stąd, zejdź z naszych oczu, nie kompromituj się jeszcze bardziej niż dotychczas. Wszyscy już wiemy, że myślisz nie tą głową, której wymaga sytuacja, nie musisz tego aż tak podkreślać (ty mały chujku, złamany, niemyty, krótki, krzywy i śmierdzący).


Swoją drogą, co miał na myśli, mówiąc “mogłaby mnie OPACZNIE zrozumieć”? Bo wychodzi na to, że zrozumiałaby go dokładnie zgodnie z jego intencjami...
Może dla AłtorKasi kochać = chcieć wziąć na biurku, stoliku, w kinie w Lublinie?
A weź, chciałam iść na Dżeka Pstrąga, a teraz będę się bała!



Gdy nadal patrzyła na mnie bez słowa, z mieszaniną miłości i nienawiści, wrzasnąłem, doprowadzony do ostateczności: – Przecież nikogo, kurwa, nie zabiłaś!
Borze zielony, ile razy jeszcze aŁtorka będzie nam wmawiać, że historii Kingi nikt nie zna, czy naprawdę uważa czytelników za idiotów?
Tak. Całe to blubranie jest wygenerowane jako literatura wagonowa, dobra na tyle, aby zająć czymś wzrok przez trzy nudne godziny podróży. I aby na stacji docelowej bez żalu cisnąć tym do kosza na śmieci.
Gdyby to jeszcze kosztowało 5 złotych, a nie 30 - zgodziłabym się w całej pełni.


To była sekunda, jak wywinęła mi się z rąk, chwyciła z wieszaka kurtkę i wybiegła w noc.
Nim zdążyłem narzucić płaszcz, po Kindze nie zostało nawet wspomnienie.
Nawet dziury w drzwiach w formie jej sylwetki?


[Kinga ucieka do jakiegoś hoteliku na przedmieściach, gdzie za pomocą leków nasennych popijanych wódką zamierza… nie, nie zabić się, a przespać Czarny Czwartek. Niestety, wystartowała nieco za wcześnie, do fatalnej daty zostało jeszcze trzy dni, więc budzi się akurat w czwartek rano. A ponieważ obiecała Aśce i Czarkowi, że tego dnia wszystko im opowie…]


Czarek z Aśką stawili się punktualnie jak w zegarku – o osiemnastej. Zupełnie jakby umówili się do kina na pasjonujący film. Przynieśli ze sobą ptysie nadziewane bitą śmietaną – „trzeba cię trochę podtuczyć, bo znów schudłaś” [powiedziała z zawiścią Aśka] – colę, chipsy – tylko popcornu brakowało, jak Boga kocham [narrator nie wytrzymał?] [a dziwisz mu się?]– i  butelkę wódki – „rozwiąże ci język”– a gdy Kinga pokręciła głową, Aśka wyczarowała spod kurtki, niczym magik królika z kapelusza, butelkę szampana.
Pij, pij - będziesz łatwiejsza.
Po seansie prochów z wódką raczej zbiłoby ją to z nóg, ale co ja tam wiem.


Kinga spojrzała na nią jak na kretynkę:
– I co tu świętować?
Właśnie?


– Pierwszy dzień  reszty twojego życia – odparła słodko dziennikarka. – Naszego – poprawiła się. Wolała Kingi nie naciskać, jeszcze nie.
Jak nic - oddała Czarkowi pierwszeństwo w naciskaniu.


A nuż zamknie się w sobie jeszcze bardziej i z artykułu nici? A Aśka potrzebowała tego materiału. I pieniędzy, jakie za niego dostanie. Bardzo.
Ciekawe, ile płacą w tym szmatławcu, że ją stać na to, aby tygodniami (!) zabierać się do jednego artykułu.
Nie wiesz, że dziennikarz to ma klawe życie? Machnie sobie jeden artykulik na miesiąc i już ma na czynsz za apartament, na benzynę do audicy i na zakupy za setki złotych w hipermarketach.
*łapie odeśmianą dupę szybującą nad Pałacem Kultury*


Czarek jak zwykle nastawił wodę na herbatę, czując się w maleńkiej kuchni bardziej swojsko niż Kinga, a gdy czajnik zaczął szumieć, stanął przed kobietą, położył jej dłonie na ramionach i zapytał poważnym tonem:
– Jesteś gotowa o tym opowiedzieć?
- O herbacie? - zdziwiła się Kinga. - Czarną herbatę powinno się zalewać wrzącą wodą (100 °C). Najczęstszym błędem popełnianym podczas przyrządzania czarnej herbaty jest użycie wody o zbyt niskiej temperaturze. Herbatę powinno się zaparzać trzy do pięciu minut, po tym czasie zaczynają się uwalniać taniny, które neutralizują pobudzające działanie teofiliny i kofeiny, dodatkowo herbata staje się gorzka.


– Nie dotykaj mnie – powiedziała cicho i odsunęła się od Czarka.
Urażony [patrzcie go, jaśnie pana łaskawcę], usiadł przy stole. Aśka, zapomniawszy o szampanie (ale nie o włączeniu dyktafonu), również.
Zabrali też ciasteczka i czipsy. Nie będzie opowieści, nie będzie deseru.


Kindze nie pozostało nic innego, niż usiąść naprzeciw nich, spleść dłonie tak silnie, że paznokcie wpiły się w ciało – ten ból, ból fizyczny, zaraz się jej przyda – i rozpocząć swą opowieść.


[Opowieść Kingi streszczamy, bo jest długa i rozwlekła. Urodziła córeczkę Alę, drugie dziecko Czarka, po czym po porodzie wpadła w depresję, a następnie psychozę poporodową; wydawało jej się, że dziecko chce porwać mafia z Kaliningradu na narządy do przeszczepów. Przy okazji dostajemy kolejną falę hejtu na służbę zdrowia - Kinga po cesarskim cięciu nie dostaje środków przeciwbólowych...
- Może choć znieczulili ją przed operacją?
- A cholera wie, może na żywca rżnęli.
... “co podobno jest standardem, ale pewnie ktoś zapomniał”, a kiedy sugeruje, że może ma depresję, lekarka radzi jej popijać meliskę. Jako wisienka na torcie - którejś nocy na oddziale odbywa się imieninowa balanga, przez co wykrwawia się i umiera, pozbawiona opieki, jedna z pacjentek. Po tym wszystkim, Kinga wypisuje się na własne życzenie i wyjeżdża do  rodziców w Bydgoszczy, ale ponieważ i tam wydaje jej się, że ją ścigają - ucieka w nocy z dzieckiem do lasu i zostawia je w jakiejś jamie, przykryte liśćmi, żeby zmylić pogoń. Uciekając, wpada pod samochód i trafia do szpitala, gdzie nikt nie wie o jej dziecku.]



Natychmiast po tym jak Kinga ocknęła się w szpitalu, na sali intensywnej opieki medycznej, rozejrzała w narastającej panice i wyszeptała:
– Gdzie Alusia? Co z moim dzieckiem?
A pielęgniarka, zamiast odpowiedzieć: „Wszystko w porządku, jest tutaj, obok”, spojrzała
na Kingę przerażona i wybiegła szukać lekarza.
Żeby dał jej jakieś kropelki na uspokojenie, bo ta pacjentka tak strasznie szepce, że ojej.
Może Kinga jednocześnie ziała ogniem z pyska.


Zaraz potem przez szpitalny korytarz przetoczyło się niemal nieludzkie wycie: „Gdzie moje dziecko?! Porwali moje dziecko!!!”.
I przeszło ludzkie pojęcie.


Rozległ się rumor przewracanego stojaka na kroplówki – to Kinga zerwała się z łóżka i odrywając monitorujące jej stan kable, wyrywając wenflon z żyły, nie zważając na nic ani na nikogo, rzuciła się do drzwi na ratunek dziecku.
Jak na kogoś, kto po wypadku nieprzytomny leżał na OIOMie, to Kinga siłę ma jak tur i zwinność gazeli.
Mówię wam, symulantka. Ta depresja to też z gnuśności ino.


Lekarz już dzwonił na policję,
Dlaczego nie po pogotowie?
Bo miał zakaz współpracy z konkurencją.


dwie pielęgniarki i salowa próbowały zatrzymać oszalałą kobietę, oddziałowa trzęsącymi się dłońmi [bo nigdy wcześniej nie miała do czynienia z agresywnym pacjentem] przygotowywała silny środek uspokajający, który udało się jej podać pacjentce, nim ta wyrwała się kobietom i dotarła do zamkniętych na kodowany zamek drzwi.
Zaraz… te kodowane zamki mają być na urazówce? Bo gdzie mogła trafić kobieta potrącona przez samochód?
Znając zdanie Michalak o lekarzach, pewnikiem do oddziału chorób zakaźnych.


Jeszcze parę chwil szarpała za klamkę, wrzeszcząc jak opętana, by wreszcie ze szlochem osunąć się po ścianie, skulić na podłodze niczym embrion i zastygnąć w bezruchu.
Napawajmy się dramatyzmem. A potem obejrzyjmy sobie to samo w lepszym wykonaniu ;)



Tak znaleźli ją policjanci.
Gdyż nikt nie podniósł pacjentki i nie położył na łóżku. Leżała tak na podłodze (?) w izolatce zamkniętej jak sejf na zamek szyfrowy (?) na chirurgii (?), ale za to na OIOMie,  choć Kinga nie jest nawet połamana, tylko lekko potłuczona.
Za to przez dwa dni była nieprzytomna. Sądząc z tego, jak energicznie teraz się miota, faktycznie, nic poważniejszego jej nie jest, więc… Śpiączka Opkowa?
Jak wiadomo, reanimowanych pacjentów trzyma się pod kluczem, bo mają w zwyczaju wymykać się spod respiratora i biegać po szpitalu.
W ogóle opis wypadku jest… Samochód niby jedzie wolno i ostrożnie, ale chyba jednak szybko, bo podczas hamowania aż go obraca. Kinga leci kilka metrów w powietrzu i traci przytomność na dwa dni, ale po wybudzeniu wydaje się nie mieć żadnych fizycznych urazów, przeciwnie, energię i siły ma jak jakaś she-Hulk.
Cała ta scenka jest epicka.
Mnie to wygląda bardzo filmowo. Na filmach samochody jadą w slo-mo, więc wydaje się wolno, ale jednak jest malowniczy drift na pobocze. A potrącona albo umiera od razu, albo wstaje, otrzepuje kolana i stwierdza, że taka impreza, zostaje do wtorku.
A na koniec jeszcze samochód wybucha. Tu nie wybuchł, szkoda.


Tak odpowiedziała na pierwsze pytania, po jakich dwóm mężczyznom, którzy niejedno widzieli i przeżyli, włosy stanęły dęba.
Po tych pytaniach, tak? Które sami zadali, tak?
Ci policjanci. Tak.


– Co pani mówi? Niech pani powtórzy –poprosił młodszy, licząc na to, że się przesłyszał.
Ale Kinga, Kinga-normalna, wyszeptała, nagle przerażająco przytomna, do bólu przytomna, przytomna do obłędu:
– Ukryłam moją dwutygodniową córeczkę w lesie. Położyłam w jamie pod drzewem i zasypałam liśćmi. Znajdźcie ją, błagam. Może jeszcze żyje, może żyje…



Szukało maleńkiego dziecka ponad stu policjantów, ściągniętych pilnie z sąsiednich posterunków,
W których pracowało po kilku policjantów, wygląda na to, że ściągnięto siły z całego województwa.
Co tam województwa. Unii Europejskiej!


szukali zaalarmowani mieszkańcy okolicznych wsi, szukali sąsiedzi Kingi i jej przyjaciele.
Niektórzy wzięli kosze, bo zaczynał się sezon na grzyby.
Inni - czerwone kapturki, licząc na weselsze przygody.


Przez dwie doby, mimo że szanse na znalezienie dziewczynki żywej graniczyły z cudem, kilkuset ludzi przeczesywało podbydgoskie lasy metr po metrze,
Żadnych psów tropiących, żadnych przesłuchiwań świadków? W Michalakwersum wszystko działa jak oczadziałe...


do chwili gdy z rzeki, kilkaset metrów od miejsca, gdzie ford potrącił Kingę, wyłowiono kocyk, który rodzice Kingi, pozostający w potwornym szoku, rozpoznali jako kocyk Ali, a inspektor prowadzący sprawę przyszedł na oddział psychiatryczny, gdzie matka dziecka pozostawała w stanie półżywym, pół martwym, i oznajmił głosem stłumionym z gniewu i odrazy:
– Pani jej nie ukryła, pani ją utopiła.
A skoro już to ustaliliśmy, to szukać dalej nie będziemy, po co nam jakiś trupek.


Kinga spojrzała na Aśkę oczami, które przypominały dwie czarne dziury w białej jak ściana twarzy.
Dziennikarka długo nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wreszcie wykrztusiła:
– Zrobiłaś to? Wrzuciłaś ją do rzeki? Mnie możesz powiedzieć prawdę.
- Jestem jak Rutkowski, wierzaj mi.
- Taaak. Wcześniej poćwiartowałam i ukisiłam w beczce.


– Nie!!! – kobieta zerwała się z zaciśniętymi pięściami i furią w oczach. – Po co miałabym łgać?! No po co?! Żeby uniknąć kary?! Błagałam ich: osądźcie mnie i ukarzcie! Zasługuję na więzienie! Na dożywocie! Zasługuję na karę śmierci! Zróbcie mi to, co zrobiłam Alusi! Zakopcie żywcem! Błagałam o to na komendzie, u prokuratora, przed sądem. Sprawdź w aktach, jeśli nie wierzysz! Przyznałam się do wszystkiego i prosiłam o karę, bo zasłużyłam na to!
A jednak ją uniewinnili. Czy z braku dowodów, bo ciała przecież nie znaleziono? Czy z powodu niepoczytalności? Czy może adwokat, wbrew wysiłkom swojej klientki, uczepił się tego, że przecież chciała dobrze, chciała ukryć dziecko, by odciągnąć pogoń? A co z leczeniem psychiatrycznym - czy to sąd ją na nie skierował? Tyle pytań...
Pani Michalak zostawia nam tu takie niedomówienie, ceni sobie bowiem czytelników z rozwiniętą wyobraźnią.


Po co miałabym ci kłamać?!
Aśka nie znalazła odpowiedzi.
Wiedziała, że Kinga mówi prawdę.
W normalnych okolicznościach uznałabym, że najwyraźniej Aśka, po wtopie z rodziną Nowaków, pokutowała w klasztorze klauzurowym i dlatego nie ma pojęcia o historii, która przecież musiała wstrząsnąć całą Polską i być relacjonowana przez wszystkie media od rana do nocy. Ale to nie są normalne okoliczności, to jest powieść aŁtorkasi. W tym świecie cudów znajdzie się miejsce i dla dyskretnych brukowców, które nie zainteresowały się dzieciobójczynią i jej procesem, tak że dopiero teraz, po dwóch latach, cała sprawa wychodzi na światło dzienne, a Aśka jest pierwszą, która o niej słyszy.
Tak nawiasem mówiąc, oficjalnie za ojca dziecka uznawany był przecież Krzysiek Król, kochanek Aśki… i co, nadal mamy wierzyć, że nie dotarły do niej nawet strzępy informacji? Żadna życzliwa koleżanka nie doniosła?


[Kinga wyjaśnia Aśce, jakie ma skutki psychoza poporodowa]


Przez tę nieświadomość zagrożenia, przez zmowę niesłuchania wiesz, ile kobiet co roku przeżywa takie piekło jak ja? Powiedział mi o tym doktor Izbicki: około trzystu. A wiesz, ile z nich zabija swoje dziecko albo siebie, albo i siebie, i dziecko? Piętnaście.
Piętnaście istnień ludzkich. Piętnaście ludzkich tragedii.
Tylko dlatego że hormon macierzyństwa w mózgu przestawi wajchę nie w tę stronę co trzeba…
A co się stało z Kingi dwubiegunówką, tego nie wie nikt. Czy depresja poporodowa ją uaktywniła, czy może w nią przeszła, czy istniały równolegle, czy może zwyczajnie aŁtorkasia zapomniała, co napisała wcześniej...
I co się stało z obłędem?
Postanowił zaczekać z boku, aż ten tłum przejdzie.


Moi rodzice uciekli, nawet nie wiem dokąd, przed społecznym potępieniem i piętnem rodziców dzieciobójczyni.
Na drzwiach domu ktoś z sąsiadów napisał czarnym sprayem MORDERCZYNI.
Wiemy, wiemy. To tak przerażające, że aż rodzice zniknęli.
Napisy na drzwiach od zawsze otwierały portale chaosu, za którymi znikali zawstydzeni rodzice.


I miał rację: tak właśnie się czuję. Zamordowałam moje dziecko i nie mam nic na swoją obronę…
Niepoczytalność oczywiście w żaden sposób jej nie usprawiedliwia.


Aśka poderwała głowę.
– Pieprzysz, Kinga! Pierdolisz jak potłuczona!


(tu w namiętnej przemowie Aśka wymienia przykłady innych dzieciobójczyń, wraz z drastycznymi szczegółami - darujemy sobie)


Ty nie... Kurwa, Kinga, nie porównuj się do tych zwyrodnialców!!! Nic cię z nimi nie łączy, rozumiesz, nic!!!
– Owszem – odezwała się Kinga – coś jednak łączy: dzieci. Nasze dzieci – moje i ich – nie żyją. Nie ma żadnej różnicy...
– JEST RÓŻNICA, BO TY ŻAŁUJESZ TEGO, CO ZROBIŁAŚ, A ONE ŻAŁUJĄ, ŻE DAŁY SIĘ ZŁAPAĆ!!!
A wiemy to właściwie skąd?
Z tak zwanego zasobu wiedzy ogólnej. Tak samo jak wiemy, że każdy pijak to złodziej.


Aśka wywrzeszczała to capslockiem i opadła na krzesło, dławiąc się powietrzem. Nie miała więcej argumentów.
A te, które miała, były inwalidami.
Prawdę powiedziawszy, jakoś przeoczyłam choćby jeden argument, ale może nie czytałam uważnie.


Aśka przygotowuje swój wielki artykuł, który poprzez historię Kingi ma pomóc kobietom znajdującym się w podobnej sytuacji. Tymczasem zgadnijcie, jaka była reakcja Czarka na całą opowieść? Oczywiście, spierdzielił.
A po co miał zostawać z babą, która zabiła JEGO dziecko?
Ba, lepiej: miał pretensje, jak ona mogła JEMU to zrobić.
Jego też należałoby zakopać w lesie.
Żywcem.


Znając wreszcie miejsce, gdzie Kinga dokonała swej zbrodni: podbydgoskie lasy, udała się do Bydgoszczy, gdzie ludzie, owszem, pamiętali dramatyczne poszukiwania zakopanego żywcem niemowlęcia.
Wychodzi na to, że Bydgoszcz faktycznie jest czarną dziurą, z której żadna informacja nie wycieka na zewnątrz… Co działo się w Bydgoszczy, zostaje w Bydgoszczy.



– Cicha woda, cicha woda! Kto by pomyślał, że to niewiniątko jest zdolne do takiej zbrodni.
– A ile my się tego dzieciaka naszukali?! Dwa dni las przeczesywalim razem z policją i strażą. Pod każdy kamień, każdy pień zaglądalim…
I tak przy tym ładnie po wiejsku mówilim, bo przecież wiadomo, że poza Warszawą, to już wszyscy gwarą zaciągają!
W bydgoskiem to już prędzej jakieś naleciałości z kaszubskiego, jakieś jo zamiast tak, a nie zaciąganie z Podlasia.


Aśka odwiedza jeszcze rodziców Kingi, których nie obchodzi, co się dzieje z córką, a jedynie, co ludzie powiedzą, oraz jej eks-męża, który jako jedyny wykazuje odrobinę współczucia (btw, nie mogło się obejść bez uwagi, że gdy Aśka usiadła na plastikowym krzesełku, to mało pod nią nie pękło). Następnie pisze artykuł, wybiera poruszający tytuł (“Zabiła swoją córeczkę. Ta tragedia może się zdarzyć każdej z nas!”) oraz smutne zdjęcia Kingi klęczącej przy grobie córeczki (jakim, na litość, grobie, skoro ciała nie znaleziono? Nie wnikajmy).
Fotomontaż z pokazu mody na żałobnej sesji zdjęciowej Justyny Steczkowskiej.
Niestety, wredny naczelny gazety “Skandale”  ma inny pomysł: przewiduje, że Aśka zechce chapsnąć egzemplarz gazety prosto z drukarni, więc każe wydrukować dwa nakłady - pierwszy, który ma zobaczyć Aśka i drugi, w którym zmienia tytuł i zdjęcie na bardziej sensacyjne, a także manipuluje przy treści - np. zamiast kwestii “Ty żałujesz, że to zrobiłaś, a one, że dały się złapać” zostaje tylko “Ty żałujesz, że dałaś się złapać”. Ten pierwszy nakład ma zostać wysłany do jakiegoś najbardziej zadupiastego zadupia w Bieszczadach, a drugi - na całą Polskę.
Ma rozmach nasza AłtorKasia. W obecnej sytuacji prasy papierowej lekką ręką dwa różne nakłady. Kto bogatemu zabroni.


Jacek Sonder siedział chwilę, bujając się na krześle z rękami splecionymi na karku i wzrokiem wbitym w sufit, wreszcie wycedził:
– To kurewsko dobry materiał. Dajemy to na pierwszą stronę w najbliższy weekend. Sama mamusia nas o to prosi, wręcz błaga! Świetna robota, Aśka, naprawdę świetna. Ile za to chcesz?
Tak tylko półgębkiem zauważę, że “świetna robota” to spisana żywcem z dyktafonu rozmowa Kingi z Aśką. “I, niech mnie szlag, nie będę nic zmieniać, nic ubarwiać. Po prostu opiszę historię mojej znajomości z Kingą, od momentu gdy znalazłam ją w śmietniku, a zakończę jej spowiedzią nagraną na dyktafon. Słowo w słowo.
No więc zróbcie sobie taki eksperyment ze spisaniem dosłownie nagranej rozmowy i zobaczcie, co wyjdzie...
Robiłam raz, jak miałam na studiach do zrobienia wywiady swobodne. Efekt był zabawny i kompletnie nie nadający się do jakichkolwiek publikacji.


Bez mrugnięcia okiem przyjął zawrotną kwotę, której zażądała dziennikarka,
Ja też chcę do takiej redakcji, gdzie płaci się po uważaniu autora i gdzie szef grzecznie godzi się na zawrotne kwoty.
I gdzie płacą z góry, a nie po publikacji materiału.
Mogą nawet płacić z dołu, ale tyle, ile powiem. Dajcie trzysta koron.


puszczając mimo uszu jej: „Połowę oddam Kindze, jest biedna jak... jak to bezdomna”, wypisał od razu przelew, złożył zamaszysty podpis i podał go Aśce, myślami będąc już zupełnie gdzie indziej.
A to szef Takiej Dużej Firmy nie załatwia tych rzeczy przez księgowość?
Nie. Bo każdy w miarę normalny księgowy dostałby hysia gdyby miał  “wypisywać przelewy z zamaszystym podpisem”. W dodatku po to, aby odbiorca musiał pójść złożyć swój przelew w banku.
To wygląda raczej, jakby płacił jej czekiem. Przelew, czek, już tyle rzeczy się Ałtorkasi ze sobą nawzajem merdało, że to naprawdę jeden czort (btw, znacie kogokolwiek, kto płaci/odbiera wypłatę w ten sposób?).
Dobrze, że nie wzięła od niego akcji giełdowych na przekaz pocztowy.
To znów zdarzenie opisane językiem filmu, nie literatury: o ileż bardziej malowniczo wygląda zamaszysty podpis od wpisania loginu do bankowości internetowej.


Gdy zaś dziennikarka, uszczęśliwiona jak nigdy w życiu, wybiegła złożyć przelew w banku,
A ja składam wyrazy uznania w ręce AŁtorkasi za kocopoły tak srogie, że się w głowie nie mieszczą.
Ja z kolei podejrzewam w scenie z przelewem/czekiem wpływ jakiegoś amerykańskiego serialu, a w jej ciągu dalszym - meksykańskiej telenoweli.
(szczęście, że Ałtorkasia nie zechciała nam opisać procesu Kingi, bo jeszcze dowiedzielibyśmy się, że na sali siedzi ława przysięgłych, a adwokat wrzeszczy “Sprzeciw!”)
Wiecie co… no ale sąd, to ja jeszcze rozumiem, że człowiek się z tym nie styka na co dzień. Ale przelewy? Jak ona płaci rachunki? W jaki sposób otrzymała pieniądze za tę książkę?
Konny posłaniec przywiózł jej skórzaną kieskę pełną luidorów i list dziękczynny od kardynała Richelieu.


wcisnął guzik interkomu i rzucił do sekretarki:
– Daj mi tu Adasia. Mam dla niego robotę.
Gdy chłopak się zjawił, ten sam, który robił dla Aśki zdjęcia Kingi, naczelny nie musiał go nawet wysyłać w teren.
– Masz zdjęcie tej laski, co zabiła dziecko, idącej ulicą? Najlepiej pod jej domem?
Adaś uśmiechnął się szeroko. Pewnie, że miał. Znał się na swojej pracy nie gorzej niż Aśka i zrobił Kindze Król tyle zdjęć, że mógłby obdzielić nimi wszystkie konta na facebooku w całej Polsce.
Polski Facebook mieści się na ośmiu płytach CD. Domyślamy się, że tych zdjęć musiało być bardzo dużo.
Facebooka ogarnia, a przelewu nie ogarnia. Zrozumiałabym: dziecko sieci, co wiedzę ma tylko z wikipedii i google’a, ale nie dorosła kobieta, wykształcona w czasach przedinternetowych.


A naczelny „Skandali” miał nadzieję, że Kinga w niedługim czasie stanie się gwiazdą wszystkich mediów w Polsce, nową celebrity, godną następczynią Karoliny M., słynnej dzieciobójczyni ze Śląska. Już jego, Sondera, w tym głowa, by tak się stało.
Jasne. A media, które dwa lata temu nie wpadły na pomysł, by zająć się tematem dzieciobójczyni - teraz rzucą się jak wygłodniałe wilki, bo Sonder wskazał trop. Co oni by bez niego zrobili!


(Totalnie wyobrażam sobie rozmowę w redakcji “Skandali” dwa lata wcześniej: “- Andrzej, pojedziesz do Bydgoszczy, tam jakaś laska zakopała żywcem dziecko w lesie, zrobisz reportaż. - Oj, szefie, do Bydgoszczy? A kogo obchodzi, co tam się dzieje! Żeby tak w Warszawie, to co innego! - No dobra, masz rację, nie jedź.”
Nie tylko w Skandalach, ale tak musiało być we wszystkich mediach. Nawet w tych lokalnych, bydgoskich.)


Gazeta ukazuje się ze zmienionym tytułem i zdjęciami (Ociekające krwawymi kroplami litery krzyczały: „ŻYWCEM ZAKOPAŁA MALEŃKIE DZIECKO! SĄD JĄ UNIEWINNIŁ!!! ”. I moje zdjęcie na pół strony: zdjęcie wrednie uśmiechniętej morderczyni zadowolonej z tego, co zrobiła). Rozpętuje się piekło, dziennikarze szturmują mieszkanie przy Dąbrowskiego i pięściami łomocą w drzwi. A, Szpro pytała, kiedy Konradowi buc nogawką wylezie? Otóż Konrad z miejsca, nie czekając na żadne wyjaśnienia, wyrzuca Kingę z pracy. Zaszczuta Kinga ucieka nie wiadomo gdzie. Tymczasem u Aśki dzwoni telefon...
– Może pani rozmawiać tak, żeby nikt tego nie słyszał i nie nagrywał? – ten cichy, pełen rezerwy i podejrzliwości ton zmroził Aśkę, a jednocześnie przyprawił o żywsze bicie serca. Instynktem dziennikarki czuła, po prostu czuła, że zaraz coś się wydarzy…
Przyszli Misza i Sierioża, nasłani przez rzetelnie wkurwioną już Kingę? - ucieszyła się Szpro.


– To mój prywatny telefon. Jestem sama w sypialni mojego domu. Nikt mnie nie podsłuchuje i na pewno nikt nie nagrywa.


– „Bo od nagrywania ja tu jestem specem”, dodała w myślach. Po następnych słowach mężczyzny musiała usiąść, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
– Widzi pani, my z żoną jakieś dwa lata temu, 8 lipca 2011 roku, znaleźliśmy w lesie pod Bydgoszczą noworodka. Maleńką dziewczynkę zawiniętą w pieluszki i położoną w żłobie przysypaną liśćmi, usmarowaną złotem, ućpaną kadzidłem i mirrą.
Która pod tymi liśćmi przeżyła dwa miesiące, bo przecież Kinga wspomina, że zakopała ją “pewnej majowej nocy”...
Na drugie miała Mowgli. Na trzecie Tarzan. A na czwarte i piąte Kaspar Hauser.
Na szóste Piętaszka, bo znaleźli ją w piątek.


Maj, lipiec… Gdzie, do kurwy nędzy, była redakcja w dużym, znanym i cieszącym się renomą wydawnictwie Znak?!
Pewnie wzięli ze sobą przelewy i wyjechali do Bydgoszczy.



Właściwie to Dora, nasza collie, ją znalazła. Był ranek. Jechaliśmy na wczasy pod lipą
To się nazywa “wczasy pod gruszą”.
Lecz tu takie grusze, że każdy mówi: e, lipa…


...wysiedliśmy na leśnym parkingu, żeby pies pobiegał,
Nie mam zamiaru komentować pomysłu wypuszczania psa w lesie.
Jak pani weterynarz mówi, że piesek ma się wybiegać po lesie, to trzeba się jej słuchać.
A jak piesek zająca pogoni, to przecież normalka, mieszczuchu.


a Dora prosto do lasu i ujada jak szalona. To my za nią, a odbiegła daleko. Gdyśmy ją dogonili, patrzymy, a ona odgarnia nosem liście, a pod tymi liśćmi coś kwili jak kociak. Moja żona łapie się za serce, ja zaczynam kopać. I jak zobaczyłem...
rumiane dzieciątko zajadające się tłustą dżdżownicą...
a obok gąsienicę z nargilą, pytającą groźnie: - Czego?!


– Mężczyzna umilkł, biorąc głęboki oddech. Milczała i Aśka zastygła z komórką przyciśniętą do ucha.
- Jeśli to wszystko - odezwała się z delikatnym uśmiechem - to myślę, że powinien pan odstawić preparat.


Wreszcie odchrząknął, odzyskał głos. – Myślę, że to Alusia z  pani artykułu. Myśmy się nią zaopiekowali jak własną, bo nie możemy mieć dzieci, choć oboje chcieliśmy
a żona już zawczasu nosiła poduszkę na brzuchu. I patrz pani! Jak znalazł!
i, rozumie pani, nikomu o tym nie powiedzieliśmy, że jest znaleziona.
Odnoszę wrażenie, że świat aŁtorKasi zatrzymał się w rozwoju gdzieś w XIX wieku, kiedy to można było znaleźć na progu i ot, tak wziąć na wychowanie porzucone niemowlę, a jeśli ktoś wyjechał do innego miasta, to automatycznie wszelki ślad po nim ginął.
I wszystko jest jak w bajce - skoro jest sierotka, to małżeństwo musi być bezdzietne.
Ot, taka Calineczka. Tylko nieco wyrośnięta na tych dżdżowniczkach.


Bo, rozumie pani, co to za matka, co zakopuje maleństwo w lesie – tak pomyśleliśmy, gdyśmy Anię, bo nazwaliśmy córeczkę Ania, znaleźli.
I jak pojechali na te wczasy pod lipą, tak nie dotarł do nich nawet strzęp informacji o poszukiwaniach noworodka… Dobra, czemu ja się właściwie dziwię.
Nie zwrócili na siebie uwagi setek poszukiwaczy, którzy ponoć sprawdzali las metr po metrze.
Widocznie Bydgoszcz to miasto pełne dyskretnych ludzi, którzy nie kłapią dziobami przed obcymi.
Domniemywam, że wstrzelili się akurat w te dwa dni, kiedy Kinga leżała nieprzytomna i o dziecku nikt nie wiedział.
Ale tak czy siak, że nikt ich nie zobaczył z usmarowanym ziemią i zdziczałym dzieckiem?


Odbiorą ją nam, oddadzą do sierocińca albo jeszcze gorzej: z powrotem tej wyrodnej matce – tak myśleliśmy.
Nie, z powrotem do dołka w lesie!
Bo oczywiście to musiała być matka wyrodna. Nie mogło być tak, że umarła. Albo że ojciec dziecka je porzucił. Albo ktokolwiek inny skrzywdził. Zła matka.


No to nikomu się nie przyznaliśmy, że to nie nasze rodzone dziecko. Wyprowadziliśmy się na drugi koniec Polski, żeby nikt z sąsiadów za dużo nie gadał, i tu wszyscy wiedzą, że Ania jest nasza.
Khę, ciekawa jestem, co robili z dzieckiem i gdzie je ukrywali do czasu przeprowadzki - trzymali w kartonie w piwnicy, żeby nikt z sąsiadów nie zobaczył?
W schowku na miotły.
A może przeprowadzka w świecie aŁtorkasi to jak wyjazd pod gruszę, ot, spakować walizki do samochodu i wio, zostawiając za sobą pracę, zobowiązania, rodzinę…?
Rodzice Kingi wyprowadzili się z własnego domu też tylko dlatego, że im ściany farbą zasmarowano.
Aż dziw, że dziecko kąpali zamiast zrobić nowe.


I, rozumie pani, wcale niespieszno nam byłoby przyznawać się, bo to przecież przestępstwo,
Zastanawiam się w takim razie, jak załatwili kwestię rejestracji dziecka w USC, co należy zrobić w przeciągu dwóch tygodni od urodzenia.
A tu mamy do czynienia z dwumiesięcznym oseskiem, więc tak czy siak - przeterminowanym.
Jednym z wymaganych dokumentów jest pisemne zgłoszenie urodzenia dziecka, wystawione przez lekarza, położną lub zakład opieki zdrowotnej...
A jeśli dziecko jest adoptowane, to dochodzi kolejny plik dokumentów.
No właśnie oni nie chcieli oficjalnie adoptować, tylko tak po prostu… leżało, to wzięlim.
Do przedszkola i szkoły nie poślem. Leczyć też nie będziem, a jak nam to kojfnie, to do lasu pójdziem po drugie.
Zaczynam myśleć, że między lasem a ich domem była niewielka różnica.
Ale jak chłopak, to nie weźmiem, bo może mieć w pakiecie jakąś klątwę typu: zabijesz ojca i prześpisz się z matką.
Dziewczynka, co najwyżej, ufarbuje włosy na zielono i złamie nogę skacząc po dachach.


ale żona kupiła dziś gazetę, przeczytała o tej Kindze, popłakaliśmy się oboje, bo jakże to tak, kobieta wpada w taki stan i nikt jej nie pomaga, ani rodzina, ani mąż. I ucieka przed mafią – oczywiście w swojej głowie, ale przecież wiadomo, jakie figle potrafi płatać wyobraźnia – i też nikt jej nie pomaga.
Oczywiście PSZYPADGIEM nakład gazety z pierwotną wersją artykułu trafił akurat do miejscowości, gdzie mieszkają przybrani rodzice Ali. Oczywiście.
I po to właśnie wydano dwie wersje gazety. Specjalnie dla nich.
W ogóle, gdyby aŁtorkasia żyła współcześnie, a nie w wieku XIX, może przyszłoby jej do głowy, że znacznie prościej zamieścić pierwotną wersję artykułu po prostu w Internecie i tam Aśka mogłaby  ją sobie sprawdzić (zamiast czekać w drukarni na egzemplarz prosto z maszyn), tam też mogliby ją przeczytać przybrani rodzice Ali.
Dostałaby chyba, tak poza tym, egzemplarz autorski.


I pomyśleliśmy: co powie nasza Ania, czyli Alusia tej Kingi, gdy się kiedyś dowie, gdy zapyta, czemu nie powiedzieliśmy jej mamie, która tak bardzo teraz cierpi i się obwinia za jej śmierć, że ona, Ania czyli, nie, Alusia, znaczy, że ona żyje. Rozumie pani? – głos mężczyzny się załamał.
Załamałam się i ja. Mam dziś depresję, zakopcie mnie pod liśćmi.


Niestety, kiedy Aśka odnajduje Kingę gdzieś na działkach i chce podzielić się z nią radosną wieścią, jest już za późno - ta, przekonana, że idą ją aresztować, popełnia samobójstwo.
Piękna kompozycja ramowa. Zaczyna się od samobójstwa i na samobójstwie się kończy. Wtedy była Wigilia, magia świąt, a teraz - wiosna, kwiaty, ptaki, przyroda budzi się do życia, a Kinga umiera.
Wszystko spod ziemi wyłazi.


Aśka wpierw pociesza się, że w sumie to i tak najlepsze, co mogło się stać, bo gdyby wszyscy zainteresowani, tj. Kinga, Czarek - biologiczny ojciec, Krzysiek - ojciec według prawa oraz małżeństwo, które znalazło dziecko, zaczęli się sądzić o prawa rodzicielskie, to mała Ala siedziałaby w domu dziecka do pełnoletniości. Następnie nad grobem Kingi Aśka składa patetyczną przysięgę:


MUZYKA POTĘGUJĄCA NASTRÓJ
BURZOWE NIEBO I WIATR SZARPIĄCY WŁOSY
Krakanie wron wkurzonych na babę chwiejącą się nad nagrobkiem.


Ech, parszywy ten świat, wredny los, podli ludzie…
Kiepskie pisarki tworzące chujowe powieści…
I jeszcze brzuch mnie trochę boli. Szmata to, nie życie.


Przyrzekam ci, jak tu klęczę przed twoim grobem, że odnajdę Alusię i będę pilnować, by nikt twojej dziecinki nie skrzywdził. Jestem to i tobie, i jej winna.
Ty już lepiej nikogo nie pilnuj.


A kiedyś przyprowadzę ją na twój grób i opowiem, jak bardzo... jak bardzo ją kochałaś.
To właśnie powiem twojej córce.
Przyrzekam, Kinga.
Na czaplę.



Przyrzekamy, to już
KONIEC



Z dna oceanu wypłakanych łez pozdrawiają: Jasza z trudem łapiący oddech, Kura zbierająca porzucone dzieci do koszyczka, Szprota pochowana pod liśćmi oraz Maskotek, który z kanciapy w psychiatryku zajumał płetwy i teraz wesoło figluje w wodzie.

66 komentarzy:

Straw Cherry pisze...

OMG. Jakim cudem to "dzieUo" zostało wydane? Mało tego! Zbiera niekiedy pozytywne recenzje? ;o Tracę wiarę w literaturę. Moje opowiadania z czasów podstawówki mają bardziej spójny świat przedstawiony niż Michalakwersum. Swoją drogą, dziwię się, że nie skończyło się jakimś cukierkowym happyendem z Kingą, Czarkiem i Alusio-Anią jako szczęśliwą rodzinką oraz Aśką w roli wzruszonej matki chrzestnej. A jak już o Czarku mowa... Borze wielki i zielony (gdzie dzieci pod drzewami jak grzybów po deszczu), widzisz i nie grzmisz, gdy ktoś tworzy takie postacie. I jeszcze próbuje je nieudolnie przedstawić jako kochających mężczyzn. Mam nadzieję, że ta szuja po śmierci Kingi się chociaż Kacprem zaopiekowała. I takie pytanie na zakończenie - co brali w Znaku, kiedy robili korektę i wydawali to do druku?

Anonimowy pisze...

"Konny posłaniec przywiózł jej skórzaną kieskę pełną luidorów i list dziękczynny od kardynała Richelieu".

Jego Eminencji wystarczało sześć linijek, żeby powiesić nawet najuczciwszego człowieka. Ciekawe, co powiedziałby po przeczytaniu AutorKasi. :D

Chapeau bas, dzielni analizatorzy! Może teraz Czarny Księciuno? :3

Kasitza pisze...

Czy AŁtorKasia nie zamierza organizować jakichś spotkań autorskich? Chętnie bym na jedno poszła. Zaczęłabym niewinnie, od pytania czy zwiedziła już zoo w Lublinie. Potem bym zapytała gdzie są najtańsze kawalerki w Warszawie, co sądzi o opiece społecznej i stanie szpitali psychiatrycznych w Polsce, poradziłabym się jej w sprawie intercyzy i zapytała jak często należy kąpać kota.

Majza pisze...

Tak, kurde. Zapisanie człowiekowi, o którego sytuacji rodzinnej nic się nie wie SSRI. Już to widzę. Bez żadnego "wstępnego leku wspomagającego" (tzn. mającego na celu wykluczenie wstępnego "dołka" przy SSRI).
Brałam SSRI przez kilka lat, najpierw w szpitalu psychiatrycznym, potem miałam pewien okres odstawienia, a przy nawrocie znowu mi je zapisano (bo w historii choroby był zapisany konkretny lek z grupy SSRI, który dobrze na mnie działał). Lekarz (psychiatra na NFZ) przeprowadził ze mną taką rozmowę:
-Czy mieszka pani sama?
-Nie, z mamą.
-Czy mogę prosić o numer do mamy?
-XXXXXXXXX
Lekarz dzwoni.
-Dzień dobry, z tej strony dr Taki-i-taki, czy mam przyjemność z panią Taką-a-taką, matką pani Takiej-a-takiej? [...] Jest tu u mnie pani córka z nawrotem depresji, chciałbym zapisać jej taki-a-taki lek, który we wcześniejszym leczeniu dobrze na pani córkę działał, ale na początku stosowania i po dłuższej przerwie mogą się pojawić nasilone epizody depresyjne, włącznie z myślami samobójczymi, czy jest pani w stanie obserwować córkę przez najbliższe trzy tygodnie? [...] Dobrze, dziękuję.
I dopiero potem wypisał receptę. Podejrzewam, że pani Michalak nigdy nie miała do czynienia z lekarzem, który zadaje pacjentowi jakiekolwiek pytania. Nie wiem, czy to świadczy o tym, że zdrowie jej dopisuje i nie potrzebuje lekarzy, czy o tym, że ma samych beznadziejnych (albo działa na zasadzie "pan da antybiotyk i będzie dobrze").

Anonimowy pisze...

Ej, a ten Czarek to przypadkiem z "Przedwiośnia" nie uciekł? No bo szklane domy buduje i jeszcze te problemy z kobietami...
Sin

Anonimowy pisze...

Trzymajcie mnie, słabo mi… Nawet nie wiem, od czego zacząć. Kinga będzie mieć w dowodzie adres zameldowania tymczasowego. Właściciel mieszkania nie ma najmniejszego problemu z tym, że jakaś obca babka przychodzi podpisać umowę na mieszkanie, które przecież wynajął już Aśce (chyba że właściciel wiedział, że wynajmuje jednej, a mieszka druga - poważnie, kto idzie na taki układ? W Wawie, gdzie nie chcieli mi wynająć tylko dlatego, że byłam studentką?).

"dziecko chce porwać mafia z Kaliningradu na narządy do przeszczepów" - poważnie, nie jestem w stanie powiedzieć, czy to wasz dowcip czy fragment książki. Poza tym jeśli Kindze wydaje się, że ktoś ją ściga i w środku nocy ucieka z domu i chowa dziecko w lesie, to nie jest ani depresja, ani dwubiegunówka, to już jest jakaś bardzo poważna choroba psychiczna, z omami, manią prześladowczą, oderwaniem od rzeczywistości. AłtorKasia pojechała.

Adopcja z lasu, wypisywanie przelewu, ratowanie niewinnych dupci przez Aśkę… Ach ten cudowny świat, gdzie nikt nie bierze odpowiedzialności za słowa, nikt nikogo nie pozywa o zniesławienie (Aśka mogłaby pozwać własnego wydawcę…). Takiego nagromadzenia bzdur dawno na oczy nie widziałam, to już chyba mafia z "Nadziei" się bardziej kupy trzymała.

A najgorsze, że ludzie to czytają i uczą się - wszędzie brud, smród i ubóstwo, kryjmy się przed patologię i niech Bór broni, by nie przyszło nam do głowy jakieś, tfu, współczucie czy zrozumienie dla człowieka w trudnej sytuacji…


Wstyd.

Ag

Anonimowy pisze...

Najbardziej Ałtorkasi nie lubię za charakter, a analizy jej tfórczości tylko potęgują to wrażenie, że jest nadętym babskiem...

http://katarzynamichalak.blogspot.com/2013/11/katarzynkowe-zyczenia.html
Konkurs na życzenia dla siebie? No ok.

Anonimowy pisze...

Czekałam, czekałam i się doczekałam. Jedna rzecz mnie zaskoczyła, samobójstwo Kingi, sądziłam że mili państwo z zadoopia przygarną Kingusię i będą mieć 2w1, a Aśka będzie lalki i czekolade kupować.
BTW, zabierzecie się do Cesarzowej Achai??? To była pierwsza analiza jaką przeczytałam po tym jak trafiłam do Was poprzez McDusię i brzuch mnie bolał od śmiechu...

Anonimowy pisze...

Była to długa i sroga podróż - ale na szczęście skończyła się szczęśliwie.

Combeferre pisze...

C'est quoi ce bordel?!

Siberian tiger pisze...

Będzie długi komentarz, a dopiero do połowy dotarłem, z góry przepraszam:)
„Owszem, pracuje. Mogłabym nawet rzec, że tyra jak bury osioł, pucując mieszkania moich kumpelek na błysk, dosłownie mogłabym z podłogi jeść, tak Kingunia wypełnia swoje obowiązki, ale...
No dobra, o swoje własne mieszkanie, za które już sama płaci, też dba, nie powiem. Zaczęła również gotować dla siebie i dla mnie – weszło mi w zwyczaj codzienne wpadanie na obiad, ale dorzucam się do skromnego budżetu gospodyni.”
Właściwie…co prawda Aśka jest potwornie wkurwiająca jako osoba, ale poza tym całkiem wiarygodna. Uratowała życie Kindze, więc uważa, że ma święte prawo do jej czasu i zainteresowania, a także, że Kinga powinna realizować taki scenariusz, jaki Aśka dla niej wymyśliła. Trochę jak nadopiekuńcza matka.
Ok., tutaj się zgadzam, że faktycznie, Aśka brzmi całkiem wiarygodnie. Choć z drugiej strony irytujące jest to upraszczanie sobie sprawy przez autorkę – zamiast spróbować to pokazać, dać jakąś scenę, w której Kinga sprząta na błysk, a Aśka z wyższością komentuje „Ty flejo! Zobacz, jaki brud przeoczyłaś! O, a jednak to tylko światło tak pada, no kto by pomyślał”, to oczywiście autorka idzie na skróty, robiąc z Aśki paralityka, który sam sobie tłumaczy, jak krowie na rowie, najprostsze rzeczy. Coś jak w hollywoodzkich filmach, kiedy Ten Zły wyjaśnia wszystkim, na czym jego plan polega. I generalnie cały ten fragment pisany z jej punktu widzenia jest taki hollywoodzki.

„Jaki ja artykuł pierdolnęłam o tej rodzince! Niby zmieniając personalia, ale tak by wszyscy – od sąsiadów, przez nauczycieli, po sprzedawczynie w spożywczaku (nie mówiąc już o policji i opiece społecznej, bo od czego są?) – dokładnie wiedzieli, o kim mowa.”
Ja z kolei mam problem z tym fragmentem. Niby ok, nie dziwi mnie zachowanie Aśki, ale z drugiej strony, niezrozumiałe pozostają dla mnie jej motywacje. Bo gdyby od razu zaznaczała, że zrobiła to, żeby po linczu te dzieci jej przed kamerami dziękowały za to, że je wybawiła czy coś, to by mi pasowało do jej postaci. Ale skąd taki wkurw na matkę i ojca? Przecież jak to wcześniej mówiła cynicznie, dzięki takim osobom wypływa jako dziennikarka.

„Tak oto, wierząc na słowo głupiej gówniarze, rozpieprzyłam rodzinę i mało brakowało, a miałabym na rękach krew niewinnego człowieka. Oczywiście z roboty mnie wywalono, mimo że intencje miałam dobre...”
No właśnie… chyba raczej większy nacisk powinna kłaść na utratę pracy, a nie na rozpieprzenie rodziny? To powinno być dla niej raczej „ok, so what’s new?”.


„Zanim więc zapukam do drzwi gniazdka mojej przyjaciółki Kinguni, włączam dyktafon. I czekam na jej opowieść...”
W tej wyższej szkole humorystyczno-erotycznej nie miała też zajęć z ochrony wizerunku. Nagrywać to może i mogła, ale materiał bez zgody właścicielki nadawałby się tylko na podłożenie pod tramwaj.
Tutaj moje prawnicze podejście do tematu wzięło górę i postanowiłem bronić autorkę: ok, pomijam kwestię wizerunku, bo nie do końca o wizerunku tutaj rozmawiamy (wizerunek to jest „wytwór niematerialny, który za pomocą środków plastycznych przedstawia rozpoznawalną podobiznę danej osoby (lub danych osób)”, tj. skupiający się na cechach fizycznych, wygląd). Raczej dyktafonem wizerunku nie utrwaliła. Jeżeli chodzi o same nagrania, to na początku sądy podchodziły bardzo sceptycznie do takich prywatnych nagrań i tutaj masz rację. Jednak już od jakiegoś czasu linia orzecznicza się w tym zakresie zmieniła, w szczególności w procedurze cywilnej, a w jeszcze większej szczególności w sprawach rodzinnych i opiekuńczych (to tylko ciekawostka, bo tu nie ma zastosowania). Na poparcie tego np. wyrok sądu apelacyjnego w Poznaniu z dn. 23 stycznia 2013 r. (czyli świeży) sygn. I ACa 1142/12: „Nie ma zasadniczych powodów do dyskwalifikacji dowodu z nagrań rozmów telefonicznych, nawet jeżeli nagrań tych dokonywano bez wiedzy jednego z rozmówców”. Oczywiście inna historia, gdyby np. Aśka chciała nagrywać rozmowy Kingi z Czarkiem, wtedy już miałaby poważny problem.

Straw Cherry pisze...

Uch, z ciekawości zajrzałam na bloga Ałtorkasi... Ile lukru w komentarzach, mam dość słodyczy na najbliższe kilka dni :D

Anonimowy pisze...

"Ale jak chłopak, to nie weźmiem, bo może mieć w pakiecie jakąś klątwę typu: zabijesz ojca i prześpisz się z matką" - płaczę jak Kinga po oparciu się plecami o gładkie drewno, tyle, że ze śmiechu.
"Nie było w tym uścisku żadnego podtekstu erotycznego, bo Konrad miał kochającą i kochaną żonę oraz czwórkę fajnych, ułożonych, rozumnych dzieciaków"
Nie pojmuję związku logicznego. Od kiedy szczęśliwi ojcowie magicznie tracą zainteresowanie walorami wszystkich kobiet, które nie są ich żonami?
Ile razy Kinga opowiada o gwałceniu bezdomnych kijem od szczotki? Rozumiem, strony trzeba czymś zapełniać, ale bez przesady.
PS. Analizatorzy popełnili pleonazm. "Panaceum" to właśnie "lek na wszystko".

murhaaja pisze...

Brak mi słów. Po prostu. Nie ogarniam, jak można było taki szmatławiec wydać.
Jestem załamana

szarosen pisze...

Kiedy przeczytałam fragment, że nie znaleziono w lesie tego dziecka, to od razu do głowy przyszła mi myśl, że gdyby to była bajka dla dzieci, to pewnie by się okazało, że ktoś inny przygarnął małą Alusię, np. wychowałyby ją leśne zwierzęta albo jacyś bezdzietni wieśniacy. Czytam dalej i, cholera, spełniło się.

Rozumiem więc, że to jest po prostu taka baśń jak Opowieści z Narnii czy coś w tym stylu. To wyjaśnia, dlaczego są tu mieszkania za trzy stówy w Wawie albo dlaczego dziecko potrafi przeżyć kilka tygodni pod ziemią - bo w baśniach wszystko jest możliwe! To wszystko to magia! To też od razu wyjaśnia, dlaczego złe postacie są BARDZO ZŁE - bo to tacy czarni bohaterowie jak z filmów Disneja.

PS. Błagam, porzućcie analizy opek na rzecz analizowania książek, wychodzi Wam to genialnie i czyta się świetnie. Zabierzcie się za jakiś bestseller, BŁAGAM. CHCĘ WIĘĘĘCEEEJJJ.

Anonimowy pisze...

Pozwólcie, że zapomnę o samej książce, ale analiza jest genialna, chyba najlepsza do tej pory ^^ Ledwo doczytałam do końca, bo śmiałam się jak głupia :D

Anonimowy pisze...

Rany, jak mi źle :< To jest tak fatalne, że aż mnie psychika boli :< I jeszcze słodka Kinia ma takie samo nazwisko, jak ja :<

Szprota pisze...

@Siberian: dzięki za doprecyzowanie kwestii wizerunku :)

Anonimowy pisze...

Fakt, że córka okazała się żywa był do bólu przewidywalny! No dobra, zanim w ksionrzce zostało dokładnie wyjaśnione jak Ania (jej pierwszego imienia JUŻ nie pamiętam, więc będzie Anią :P) została zabita to jeszcze można się było nie domyślić. No bo gdyby Kinga jej np skręciła kark, albo gdyby Ania przypadkiem się ześlizgnęła z kocyka to raczej trudno by było, żeby przeżyła. Ale gdy się okazało, że została zakopana żywcem... W połączeniu z faktem, że nie znaleziono ciała... No serio. Chyba tylko największy DEBIL by się nie domyślił.

Jedyne co mnie w tej ksionrzce zaskoczyło to brak happy endu. Jak to, Kinga nie skończyła wiodąc szczęśliwe życie z Księciem z Bajki, Anią i jej rodzicami, Aśką, kolejnymi dziećmi, świetną pracą i różowymi jednorożcami srającymi tęczą? To tak mało opkowe...

Anonimowy pisze...

Zwykle zostawiam dłuższe komentarze, ale tym razem stać mnie tylko na jedno wielkie BLEEEE

alessandra

mmorgan pisze...

Przyłączam się do błagań o więcej analiz książek. A co do wymienionego w komentarzach konkursu na życzenia dla Autor Kasi, to nie wytrzymałam, przeczytałam te nagrodzone i były tam przecudne wersy:
"Niech się Pani cieszy z uwielbienia fanów,
A wrogich krytyków uważa za tumanów."
To jest zdaje się oficjalne i promowane stanowisko i autorki i fanklubu. :)

Kerri pisze...

O chorobach psychicznych, leczeniu i sprawach prawno-majątkowych nie mam bladego pojęcia, to się nie wypowiem.
Najbardziej wiarygodne w tej historii było dla mnie zachowanie tego małżeństwa, które znalazło dziecko - podobnie jak zachowanie Kingi, która się od razu przywiązała do cudzego kota [BTW czy zauważyliście, że kot Czarka znalazł się w śmietniku Aśki? co oni, byli sąsiadami? czy Czarek go wyprowadzał na spacery po obcych osiedlach?...]. Ciąg dalszy, że zabrali dziecko i przez dwa lata udawali, że to ich, i cały świat im wierzył, to już poważne przegięcie. Ale i tak ze wszystkich bohaterów oni wg mnie są chyba najbardziej normalni ;>

Co do Czarka, to podobno istnieją na świecie naprawdę potworni buce, ale mój mały rozumek zwyczajnie nie ogarnia czegoś takiego, co zaprezentowano w jego osobie.

Poza wszystkim, podczas lektury zamieszczonych tu cytatów z "Bezdomnej" jęczałam tylko "o-ja-pierdzi*lę" [przepraszam, prawie nigdy nie przeklinam, ale tutaj mi zabrakło środków wyrazu i musiałam się posłużyć tym] i tym samym ta książka zostaje dla mnie Gniotem Wszechczasów. Nie mogę sobie przypomnieć niczego gorszego, a przeczytałam całkiem sporo książek.
Teraz mnie kusi, żeby sięgnąć po inne dzieło aŁtorkasi [no co, czasem dla takich emocji oglądam też durne filmy ;)]

Mirror Queen pisze...

Chciałam powiedzieć, że Was uwielbiam i przez cały tydzień z niecierpliwością czekam na kolejną analizę, ale... "Bezdomna" jest tak kiepska, że nie jestem wstanie przeczytać czwartej odsłony tego tańca z dramatami. Nawet Wasze genialne komentarze nie poprawiają sytuacji. *nieutulona w żalu padam na podłogę i tak będę leżeć do następnego czwartku*

Siberian tiger pisze...

Ciąg dalszy komentarza, już będzie krócej:)
„Bezdomna, powróciwszy do naturalnego środowiska, uspokaja się. Jej sen jest równy i mocny. Przesypia całą noc, by rano wyjść na żer, wiosną zaś będzie szykować się do godów.*czytała Krystyna Czubówna*” - Rewelacja:)

„– Radzę sobie przez cztery tygodnie każdego miesiąca, ale gdy przychodzi czwartek…”
Czwartek przychodzi co siedem dni, tadam!

Zabić czytelników próbujecie, czy jak?:)))

„Podpisała nową umowę z właścicielem mieszkania, gdzie jednym z warunków była możliwość meldunku na czas określony”
Oczywiście - jednym z warunków stawianych przez lokatora, bo jak nie, to się obrazi i więcej nie wróci?

Jeżeli umowa najmu lokalu ma charakter cywilnoprawny, to niby po jakie licho mieliby w nią wrzucić *możliwość* zameldowania, całkowicie wynikającą z przepisów prawa administracyjnego? Ustawa dość precyzyjnie mówi, kto, kiedy, gdzie i na jakiej podstawie może się zameldować na czas określony lub nieokreślony. I bynajmniej, nie jest to jakaś tajemna wiedza zastrzeżona dla prawników. Niby mogli wpisać, papier wszystko przyjmie, nie takie głupoty się w umowach widziało, no ale. Już abstrahuję całkowicie od faktu, że ta „możliwość meldunku”, która miałaby być „jednym z warunków” umowy, Kindze ani w niczym nie mogła pomóc, ani przeszkodzić. Zwłaszcza przy dowodzie osobistym, gdzie po prostu, jak nie ma zameldowania, to pomija się dane o adresie. Problem solved, jak już wcześniej Kura wskazała.

– Kocham cię, więc pozwól mi kochać siebie.
Mać gamratka Gramatyka mruga oczkiem - oto mamy wyznanie egoisty.
A kochaj waćpan siebie ile chcesz, a nawet idź na stronę i wychędóż się sam!

Oł yeah :)

„Bo tak też było: pragnąłem jej jak jeszcze nigdy w życiu. Nie, już wcześniej wzbudzała we mnie takie pożądanie – wtedy gdy jeszcze była nietknięta, gdy się broniła przed moimi gorącymi dłońmi, gdy odpychała spragnione usta, gdy wymykała się z objęć i mówiła „nie”.”
Niech ją zapłodni, od razu mu przejdzie.

„– Jesteś gotowa o tym opowiedzieć?
- O herbacie? - zdziwiła się Kinga. - Czarną herbatę powinno się zalewać wrzącą wodą (100 °C). Najczęstszym błędem popełnianym podczas przyrządzania czarnej herbaty jest użycie wody o zbyt niskiej temperaturze. Herbatę powinno się zaparzać trzy do pięciu minut, po tym czasie zaczynają się uwalniać taniny, które neutralizują pobudzające działanie teofiliny i kofeiny, dodatkowo herbata staje się gorzka.”

Jak z Monty’ego Pythona. ;)

„– Pani jej nie ukryła, pani ją utopiła.”

A dowodem na to, że pani ją utopiła jest… (werble) tadam! mokry kocyk.

Znów z przyjemnością przyznaję – jedna z najlepszych analiz ever. Generalnie mi bardzo fajnie czyta się analizy takich książek, bo nie ma odniesień do kanonów, na których się nie znam, typu HP, yaoi, Sakura (chociaż po wielu analizach już trochę się nauczyłem:)))) Tak trzymajcie!
PS. Kuro, pytanie na marginesie – czy można prosić o jakiś kontakt? Tzn. pytanie, czy byłabyś zainteresowana podesłaniem Tobie opka i, w tym kontekście, czy kojarzysz może serial „The Following”?

Kurcze, staram się nie powtarzać Waszych uwag w swoim komentarzu, ale za dużo perełek, żeby sobie darować.
Hasło: Mazarine tiffyi: FYI: mizogin, tif (tif: http://www.urbandictionary.com/define.php?term=tif)

Anonimowy pisze...

Wolę analizy książek niż opek. Ale po tym arcydziele, zaczynam się zastanawiać, co tu robi analiza ,,McDusi", skoro drukuje się takie cuda.

Swoją drogą, boli mnie świadomość, że ałtorkasia popełniła coś, co zatytułowała ,,Poczekajka". Od pół roku mieszkam na lubelskiej Poczekajce i lubię to miejsce i tę nazwę. :(

Mathair pisze...

Tej kobiecie ktoś musiałby w końcu odciąć dostęp do Internetu i wszystkich programów do edycji tekstu. Bazgrząc sobie w zeszyciku nikomu raczej krzywdy nie zrobi.

Jesteście wielcy, serio. Kiedy próbowałam to przeczytać samodzielnie uznałam, że bez alkoholu nie da rady, bo stężenie głupoty przypadającej na jedną stronę było zbyt duże. Komentarze jednak uczyniły to códo chociaż odrobinę znośniejszym.

I błagam, powiedzcie mi, że książka Kate o powstaniu warszawskim to tylko taka tam plotka, mało śmieszny żart? Serio, ona nie rozpoznałaby faktów historycznych, nawet gdyby zaczęły tańczyć hula przed jej oczami!

Washergirl pisze...

Cztery grosze wtrącam.
To, co piszecie o ubezpieczeniach w Polsce zdrowotnych – nie wiem, skąd to macie, ja znalazłam się w sytuacji, w której rodzicielka odmówiła wpisania mnie na swoje ubezpieczenie podczas gdy byłam na studiach i z tego powodu nie miałam żadnego i nigdzie nie mogłam iść nie płacąc za to. Mogłam chodzić tylko do prywatnych. Żadna organizacja paluszkiem nie kiwnęła – a w tamtym momencie było mi o krok od bezdomności i nie zaważyło to na niczym. Po drugie, wtedy mój (MOPRowy) terapeuta zasugerował psychiatryk, bo jak on dzwonił, to mu powiedziano, że ubezpieczenie jest drugorzędne przy zdrowiu pacjentki. Do dziś się zastanawiam, kto mu to powiedział, bo lekarz, który mnie przyjął, opieprzył na czym świat stoi, że przecież ja wiem, że nie mam ubezpieczenia. Wziąć mnie nie chcieli, uznali, że nie ma potrzeby, ale mogli złoić z kasy nawet za to, że jednak zaliczyłam rozmowę z psychiatrą w towarzystwie pielęgniarki – lekarz się zmartwił, że mam terapeutę idiotę.
Kolejny kawałek – maleńkiego dziecka szuka ponad stu gliniarzy. Widziałam podobną sytuację z zagubionym trzylatkiem, stu to może nie, ale owszem, szukałoby naprawdę wielu, a jeśli zaangażowaliby sąsiadów, co często się zdarza, sto osób do takiej kruszyny jest wiarygodną możliwością.
Inną rzeczą, moje słówko o psychiatrykach. Było już wielokrotnie zauważone przez komentatorów, że psychiatryki tak nie wyglądają, jak opisuje ja Ałtorkasia. Ale tym szpitalom do których bierze się pacjentów poniżej osiemnastego roku życia jest o wiele bliżej. Nie, nie ma polewania wodą ani tortur, ale cały system jest dwa razy bardziej pozbawiony szacunku niż szpital dla dorosłych. Gówniarstwo traktuje się gorzej na wszystkie sposoby, system nagród, kar i pasywnej agresji jest naprawdę zachwycający. Nie wymyślam sobie tego, psychiatryk dla młodzieży zaliczyłam i przy okazji wypytałam pielęgniarkę, jaka jest różnica między naszym oddziałem, a tym, dla dorosłych. Potem sprawdziłam informacje sama.

Washergirl pisze...

Cztery grosze część druga:

Natomiast informacja o tym, jak działa choroba afektywna dwubiegunowa... tu mi się kończy cywilizacja. Ałtorkasię należałoby zlinczować za to, co ona wymyśla, za to, co ona robi z wikipedią, bo to nie jest źle opisane na wiki, ale ałtorka siada sobie i rozmyśla: jak to zrobić, żeby w procesie chorobowym zamknąć metaforę, która mi odpowiada? Metaforę strasznego i niedobrego świata, w którym kobieta krzyczy co czwartek?
Po drugie, zauważyliście idealnie portret męski – każde słowo, gest i zachowanie opisuje narcystę na polowaniu. Ałtorkasia chyba nie wie, ale odmalowuje bardzo świadomie męskiego Narcissistic Personality Disorder – w sensie, tak może pisać o męskich narcystach człowiek, który zna co najmniej jednego i przynajmniej częściowo dobrze go odbiera– tylko że nie wie, że to zaburzenie, a o facecie nie ma najgorszej możliwej opinii wśród tylu innych podłych samców. Nie mam na myśli tylko zachowania Czarka, ale dosłownie wzory mowy. Owszem, narcyści mają swoje wzory mowy, które zmieniają gramatykę w fascynujący sposób. Zdanie: „kocham cię, więc pozwól mi kochać siebie” jest naprawdę żywcem wyjęte z ust pełnego NPD. A co do wstawek „chciałem ją przytulić, by poczuc bicie jej serca” to także wiarygodne. Narcysta, który poluje na ofiarę, naprawdę odczuwa miłosnopodobne emocje, zwykle odczuwa je tak intensywnie, że techniką tzw. emotional contagion (manipulacja) sprawia, że ofiara odczuwa je także i zaczyna związek – a to był cel narcysty. Dlatego tak łatwo narcystom zacząć nowe związki. Potem łamią psychiki ofiar, jak im wewnętrzna spirala nakazuje. To, jak ałtorka opisuje narcystę, to jest arcydzieło – dokładnie tak powinno się to opisywać, niechcący, kompletnie, zrobiła to idealnie. Idealnie oddała kontrast między czystością percepcji siebie, a faktycznym zachowaniem, a także „wymsknięciami”. Narcysta tak naprawdę wie, że inni są dla niego rzeczami – romantyzuje rzecz-człowieka, ale wie, że ona jest rzeczą, więc momentami jasno sam przed sobą myśli o niej, jak o rzeczy – pokazywania czego będzie unikał przed rzeczą przez większość czasu.
Chyba ostatnia rzecz: bezdomni mają dowody. Dla własnego dobra. Policja często ich sprawdza i łatwiej o problemy, jeśli nie ma się dowodu.
A nie, jednak to ostatnia rzecz: na jednej ze stron o książce ukazał się opis spotkania czytelniczki z pisarką. Czytelnika ma ChAD, a pisarka początkowo zachwycona, kiedy usłyszała, że ta choroba nie wygląda w ten sposób, uznała, że dziewczyna nie rozumie jej geniuszu, bo jest chora psychicznie. I gdybym miała oceniać okiem psychologa którym już niedługo zostanę: Ałtorka ma poważne problemy ze sobą. Nie zaburzenia osobowości, ale naprawdę na granicy. Naprawdę, naprawdę blisko granicy. Nie zarzucajcie mi, że nie można diagnozować ludzi nie znając ich, bo to nie jest diagnoza, to jest odczucie i osąd – a książka naprawdę jest pisana pełnym rozstrzałem i szczerością, naprawdę widzimy umysł, który sprawił, że takie coś powstało. I ten umysł naprawdę nie jest zdrowy.
Natomiast to, jak Ałtorkasia obeszła się z tematem kazirodztwa wstrząsnęło mną do głębi. Kazirodztwo jest oceniane jako największa trauma, jaką można zaliczyć, jeśli traumy się stopniuje. W pewien sposób to o wiele mniej niszczące iść na wojnę i wrócić z PTSD – w kazirodztwie to PTSD zaczyna się w domu rodzinnym, w miejscu, w którym nie powinno być żadnych zagrożeń, od strony ludzi, od których nie powinno być zagrożeń. To, jak autorka strywializowała kłamstwo nastolatki (już nie wspominając o tym, że to jest ostatnie kłamstwo, jakie mszcząca się nastolatka by powiedziała) woła o pomstę do nieba. To, co pisze ta kobieta, nie jest po prostu złe literacko. To jest po prostu złe. To jest perfekcyjny podręcznik, jak o rzeczach nie myśleć, nie czuć, nie mówić i nie pisać.

Anonimowy pisze...

Washergirl: "znalazłam się w sytuacji, w której rodzicielka odmówiła wpisania mnie na swoje ubezpieczenie podczas gdy byłam na studiach i z tego powodu nie miałam żadnego"

Może coś się zmieniło od czasu, kiedy studiowałam, ale czy studentom ubezpieczenie zdrowotne nie przysługuje przypadkiem z automatu? Nawet powyżej 26 roku życia można być ubezpieczonym z tytułu konytnuowania nauki, trzeba tylko złożyć o to wniosek. Znaczy, ja nic nie podważam, tylko się zastanawiam i pytam.

A poza tym dzięki, że chciało Ci się podzielić wiedzą i doswiadczeniami, niesamowicie gruntowne komentarze.

Anonimowy pisze...

Washergirl: Jeszcze jedno. To zdanie: "To jest po prostu złe. To jest perfekcyjny podręcznik, jak o rzeczach nie myśleć, nie czuć, nie mówić i nie pisać" należałoby wstawiać do sygnaturek, wykrzykiwać z dachów, malować (czarnym!) sprayem na murach i wysyłać pracownikom wydawnictwa Znak, aż w końcu zrozumieją swój błąd i przemielą wszystkie wydrukowane egzamplarze Bezdomnej, choćby mieli je wyrywać ludziom z biblioteczek.

Lenn pisze...

Paru komentujących dziwi się, że w książce zabrakło happy endu. Tymczasem mam wrażenie, że AŁtorKasia celowo wali w swoich książkach tragicznymi zakończeniami (jeśli nie całości, to przynajmniej części wątków), bo zdaje jej się, że wtedy pisze taką poważną, życiową, ambitną literaturę, nie jakieś bajeczki. Serio tak to widzę.

A propos bajek:

@szarosen
"Rozumiem więc, że to jest po prostu taka baśń jak Opowieści z Narnii czy coś w tym stylu."
Boru, widzisz i nie szumisz: jak można porównywać wspaniałe dzieło Lewisa do płodów AŁtorKasi?!

@Anonimowy z 23:55
"Może coś się zmieniło od czasu, kiedy studiowałam, ale czy studentom ubezpieczenie zdrowotne nie przysługuje przypadkiem z automatu? Nawet powyżej 26 roku życia można być ubezpieczonym z tytułu konytnuowania nauki, trzeba tylko złożyć o to wniosek. Znaczy, ja nic nie podważam, tylko się zastanawiam i pytam."
Z tego, co wiem z netu i z własnych doświadczeń na uniwerku, do 26. roku życia obowiązek ubezpieczenia studenta spoczywa na rodzicach/ opiekunach prawnych. Dopiero po ukończeniu tego wieku można wnioskować o ubezpieczenie z uczelni.

kura z biura pisze...

@ Siberian Tiger
Kontaktować się ze mną można pod meduza7[małpa]gazeta.pl ale serialu nie znam ani trochę...

kura z biura pisze...

@Washergirl: to niesamowite, co piszesz o narcyście. Wygląda na to, że aŁtorkasia podobnie jak Musierowicz: widzi i opisuje, ale nie ma pojęcia, co zobaczyła i opisała...

I.P. pisze...

Washergirl, nieprawdę piszesz. KAŻDA osoba lecząca się psychiatrycznie jest z automatu ubezpieczona na okoliczność leczenia. Tak było za PRL, w III a nawet IV RP. Robi to budżet państwa za pośrednictwem MOPS. Tak samo mają kobiety w ciąży, dzieci, chorzy na gruźlicę czy AIDS.

Za to istnieje coś takiego jak limit pełnej refundacji leczenia finansowanego przez NFZ. W CHAD czy psychozach NFZ płaci pełną stawkę do 70. dnia leczenia. Od 71. dnia płaci 70% stawki dobowej. Ponieważ już stawka 100% jest poniżej kosztów, więc 70% to katastrofa finansowa dla szpitala i dlatego pacjentów wypisuje się przed tym terminem.

Pobyt Kingi trwający wiele miesięcy jest bajką. Ustabilizowanie CHAD zajmuje kilka tygodni, potem jest leczenie w oddziałach dziennych lub ambulatoryjne.

Oczywiście diagnozy podawane przez autorkę i ich opisy to farsa, nie warta nawet komentarza. Tak samo metody leczenia i traktowania pacjentów.


Pozdrawiam z nocnego dyżuru na oddziale psychiatrii. Wszyscy pacjenci już uwiązani w izolatkach i polani zimną wodą. Można odpocząć. ;)

Anonimowy pisze...

I.P., dużo izolatek tam macie ;)

I.P. pisze...

Same izolatki, a w każdej hydrant leczniczy. Dawniej było wiadro z wodą czerpaną zimą ze studni, ale idziemy z duchem czasu i postępem. Cóż, metody naturalne odchodzą w zapomnienie, zastępowane są nowoczesną techniką.

Anonimowy pisze...

I.P: "Pozdrawiam z nocnego dyżuru na oddziale psychiatrii. Wszyscy pacjenci już uwiązani w izolatkach i polani zimną wodą. Można odpocząć. ;)"

Ten komentarz zrobił mi noc! :D

Anonimowy pisze...

I jeszcze mała errata od pracownika redakcji dziennika ogólnopolskiego - przy odpowiednio dużym nakładzie możliwe jest zrobienie kilku wersji gazety, zależnych od miejsca wydawania. Po prostu jedną wersję (najwcześniejszą) wysyła się do drukarni obsługującej najdalsze miejsca kraju(która musi zacząć pracę najwcześniej, coby kolportaż wyrobił z dostarczeniem), a inne drukarnie (z późniejszym deadlinem) dostają inne wersje. Oczywiście zdarza się to rzadko - w przypadku newsów dużej wagi, które powinny zostać wydrukowane konkretnie dziś (nie wiem, wojna w Iraku, nowy budżet Unii Europejskiej). Jest to zatem możliwe choć absolutnie nieprawdopodobne (ze względu na wielkość i powagę tytułu). Oczywiście nie dotyczy to sytuacji, w której wydanie kierowane jest tylko do jednej miejscowości - to jest błąd ewidentny.

Annorelka pisze...

Hej, ale pan doktor może i jest bardzo kiepskim doktorem, ale mimo, że facet to na buca kompletnego nie wyszedł - taki wyjątek potwierdzający regułę?

Anonimowy pisze...

Anonimowy: OK, przyjmuję, że czasem różne drukarnie mogą dostać różne wersje tego samego artykułu (tzn. bez późniejszych poprawek). Ale czy świadome drukowanie tego samego artykułu w dwóch skrajnie odmiennych wersjach to nie jest przypadkiem wystawianie gołego tyłka do kopania? Aśka ma przecież artykuł w wersji oryginalnej, są maile z załącznikami, mało tego - jest nawet wydrukowany cały nakład gazety z oryginalną wersją, więc wszelka linia obrony, jaką gazeta mogłaby zastosować w sądzie, natychmiast rozpada się w drebiezgi. Nie da się tego wytłumaczyć inaczej niż złą wolą. I ten idiota redaktor naczelny chce się na tym wypromować? Co trzeba mieć zamiast mózgu, żeby uznać to za dobry plan?

Anonimowy pisze...

http://www.youtube.com/watch?v=lG2kFXDPot8

Tylko tyle w tym temacie, ta ksiONżka to zUo.

MaiCroft

Washergirl pisze...

I.P., naprawdę mi przykro, ale nie wymyśliłam sobie całej tej sytuacji. Odmówiono mi przyjęcia do szpitala, ponieważ nie byłam w aż tak złym stanie, ale powiedziano mi jasno, że musiałabym za to płacić z własnej kieszeni. Przykro mi, ale naprawdę tak było. Szpital był publiczny.

Anonimowy: Dziękuję ci bardzo za słowa o gruntowności komentarzy:))
tak, jak napisano pod spodem, rodzice podpinają pod swoje ubezpieczenie.

Kuro z biura: Wiesz, że to ja, Lukseja?:))) Ja studiuję narcyzm cholernie głęboko, znam paru narcystów i zaczynam mieć naprawdę dobrze owiniętą głowę dookoła tematu. Jakbyś cokolwiek chciała pogadać, to znajdź mnie na mirriel:)))
I fakt, Musierowicz też ma taką cechę, że opisuje całkiem spoko, ale nie wie, co opisuje. Gaba jest oczywiście alter ego Musierowicz, wszyscy kochają Gabrielę, która myśli tylko w jednym wymiarze, wyśmiewa komplikacje świata i jest cholernie współuzależniona. Akcja 'Janusz' to nic innego jak robienie kozła ofiarnego. Mnie zaszokowało, że autorka nie zmieniła się, nie dorosła przez tyle lat. Czytałam Jeżycjadę jako dzieciak, pierwsze książki i jak zerknęłam do najnowszych książek, to mnie strach ogarnął - jak można aż tak nie zmienić się, tylko utwierdzać przekonania przez tyle lat? Jak można nie pozwolić, by coś się zmieniło?

Anonimowy pisze...

Jestem załamana tym, że te nędzne wypociny zostały wydane. Jak można, uważając się za poważnego autora, nie sprawdzić rzeczy, które ma się zamiar opisać? Polska służba zdrowia, wiele nowego się o niej dowiedziałam. Po tej lekturze już kompletnie mogę porzucić marzenia o znalezieniu porządnego, miłego, troskliwego facet, bo przecież tacy nie istnieją.

Gratuluje analizatorką, za przewspaniałą analizę! Trzeba mieć anielska cierpliwość, by nie spalić tego dzieła (tfu!) podczas czytanie. Tylko tak dalej.

S.H

I.P. pisze...

Washegirl, nie lubię być gołosłownym więc przesyłam linka:
http://www.infor.pl/prawo/ubezpieczenia/ubezpieczenia-zdrowotne/268943,Kto-ma-prawo-do-bezplatnych-swiadczen-zdrowotnych.html#


Źle się wyraziłem. Nie jest nieprawdą, że cię to spotkało (bo łamanie przepisów przez ich nieznajomość jest w Polsce powszechne), ale nieprawdą jest, że świadczenia ci nie przysługiwały. Po pierwsze, jako studentce przed 26rż przysługiwało ci ubezpieczenie - jeżeli nie zgłosiła cię matka, powinnaś poprosić o to dziekanat. Po drugie, zawsze osoba lecząca się psychiatrycznie jest ubezpieczona na tę okoliczność. Czyli może iść bezpłatnie do psychiatry czy psychologa, ale już nie do ginekologa.

Anonimowy pisze...

@ S.H. - Wybacz, ale "Gratuluje analizatorkĄ" przygięło mnie do ziemi. Mam potworną, niewypowiedzianą wręcz alergię na ten błąd i poprawić go muszę, inaczej się uduszę. "Gratuluję analizatorkOM", tylko i wyłącznie. Chyba że masz jakąś analizatorkę i nią gratulujesz, to wtedy się zgodzę, że "gratuluję analizatorką".

Anonimowy pisze...

Pogrzebałam w necie i ukazało mi się, że Pani Michalak jest 'fabryką książek' (kilka w roku) oraz osobą bardzo, ale to bardzo przewrażliwioną na własnym punkcie. Nie znosi krytyki do tego stopnia, że aż niemal wyzywa osoby, którym się jej twórczość nie spodobała, od zazdrosników i pisarzy-nieudaczników, tudzież grafomanów. Nie wiem, w której piaskownicy Pani Michalak siedzi, ale pora z niej wyjść.
Co do 'fabryki' zaś - tu mój szacun, bo ona coś pisze. Nie każdy ma cierpliwosć i pasję do pisania. Ja na ten przykład nie mam, chociaz mam kilka pomysłów na opowieści. Ale tu mój szacun się kończy - bo zaczyna się - TAM TADAM - drukowanie tego. Dlaczego wydawnictwo nie powie: proszę to dopracować, proszę się nie spieszyć, proszę posprawdzać szczegóły i ogóły. Dlaczego? Przecież np. 'Bezdomna' to tylko taki zarys, jakby 'pierwszy szkic'. Sama akcja - nawet niezły pomysł i spory mój plus za zakończenie (w znaczeniu, że 'i żyli długo i szczęśliwie'). Ale jest tyle niuansów, tyle zagwozdek prawniczych, medycznych - że naprawdę wypadałoby przejść się do biblioteki, do lekarza, do prawnika - po opinię i pomoc. Nie lepiej napisać jedną książkę a porządnie niż kilka bylejakich? Pani Michalak chyba szybciej pisze niż czytelnicy czytają, a to musi się skonczyć brakoróbstwem.
No i na koniec, bo to prywatna opinia - nie podoba mi się język oraz opisywanie wydarzeń, czyli tzw. styl, a konkretnie kompletny jego brak. Żadna akcja, żadna scena - moim zdaniem - nie jest napisana od A do Z(et), tylko po przysłowiowych 'łebkach'. Tak sie nie pisze książek, a wypracowania w szkole 'na tróję'(aby było zaliczone). Największym szokiem jednak dla mnie jest to, że ktos to wydaje i że nikt tego w wydawnictwie - najwyraźniej - przed wydaniem nie nie czyta, nie sprawdza, nie poprawia.

Anonimowy pisze...

Pani Michalak jest weterynarzem z zawodu i wykształcenia. czy naprawdę w tym świecie nie ma tematów do opisów? Na przykład książka składajaca się z 10 nowelek o włascicielach zwierząt, którzy przyszli do weta, by uspic swoich pupilów. Staruszka, która umiera i boi sie o przyszłość swojej starej suczki... dziewczynka, której kotek jest bardzo, beznadziejnie chory i 'trzeba go uspić' ... świetny koń wyscigowy, derbista i wogóle, łamie nogę, nie ma szans na ratunek, trener płacze, dżokej płacze, zamiera cała społeczność Służewca... Takich historii sa setki, weterynarz z nerwem pisarskim naprawde ma szanse stworzyc cos niesamowitego, dokument wręcz. Dlaczego, do cholery, pani Weterynarz nie napisze czegoś ze swojej działki, nie opisze dramatów ludzi prowadzacych swoje zwierzęta na śmierc - śmierć jako jedyne rozwiazanie sytuacji? To byłoby mocne, to naprawdę byłaby dobra, chociaz bardzo smutna, książka. A łapie sie za tematy, o których przeczytała 2 zdania w wikipedii i udaje eksperta.

Babatunde Wolaka pisze...

Niestety, Michalak brała się też niekiedy za tematykę weterynaryjną i wychodzi jej ona tak samo dobrze, jak wszystko inne; niejeden czytelnik wyrażał nadzieję, że AłtorKasia nie pracuje w wyuczonym zawodzie.

Aartz pisze...

Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że śmierć Kini ma na celu coś więcej niż tylko wprowadzenie dramy? Przecież aŁtorKasia sama słowami włożonymi w usta Aśki stwierdza, że to byłoby bardzo skomplikowane gdyby Kinia się dowiedziała o cudownym przeżyciu własnej córeczki. Kejt prawdopodobnie nie chciało się teraz wszystkiego odkręcać. Ostatecznie opisanie tej całej sytuacji, procesów, rozterek i dramatów byłoby bardzo wyczerpujące. A tak proszę - Kinga się zabija, jest i dramatycznie i wygodnie dla wszystkich.
Lenistwo tak bardzo.

Bardzo Wam dziękuję za czas i wysiłek jaki włożyliście w analizę tego gniota. Chałwa Wam w ilościach hurtowych! (No, chyba że nie lubicie, to wtedy może lepiej nie.)

Anonimowy pisze...

Co do obowiązku meldunkowego - zniesiony będzie dopiero za 2 lata
https://msw.gov.pl/pl/sprawy-obywatelskie/ewidencja-ludnosci-dowo/obowiazek-meldunkowy/8876,ZNIESIENIE-OBOWIAZKU-MELDUNKOWEGO.html

Anonimowy pisze...

Jestem ciekawa, czy AłtorKasia wie o tych analizach?

Falco pisze...

Ja również przychylam się do wniosku o analizowanie książek. Opka mogą być, pod warunkiem, że mają chociaż jakiś ślad fabuły, a nie kolejna Mary Sue schodząca na śniadanie, bo to po setnym razie już denerwuje, a nie śmieszy, a analizy książek mają większą szansę mieć jakiś skutek w postaci uświadomienia kogoś "jak nie pisać" :)

Co do dyskusji o ubezpieczeniach itd- prawo prawem, praktyka praktyką niestety. Przepisy z zabezpieczeń społecznych są tak skomplikowane i tak często się zmieniają, że trudno się w tym połapać nawet prawnikom, lekarze już totalnie mogą nie wiedzieć, co z tym robić i bywa, że ktoś zostanie wywalony, chociaż leczenie jak najbardziej mu przysługuje tylko dlatego, że "na wszelki wypadek, bo jeszcze mnie o coś posądzą".

Washergirl pisze...

IP, jak najbardziej.Sytuacja, w której się znalazłam miała bardzo wiele znamion łamania prawa z niewiedzy. Wiele osób nie wiedziało, jakie są przepisy, co ze mną zrobić. Podejrzewam, że wiele rzeczy wydarzyło się z ostrożności. Ale koniec końców, legalnie byłam bezdomna, legalnie bez opieki medycznej. Legalnie przejebana sytuacja i żadna instytucja nie musiała mi pomóc, nawet policja. Więc prawo prawem, rzeczywistość czasem swoje:)

Beata P. pisze...

Jestem przerażona wizją podkarpackiej wsi, którą przedstawiła tutaj autorka. Szczerze mówiąc, jest chyba jeszcze gorsza niż ludzie, którzy sądzą że w Bieszczadach nie mamy prądu, internetu i ciepłej wody oraz śpimy w lesie z misiami... O innych wątkach poruszanych w tej książce i samym sposobie pisania Katarzyny Michalak nawet nie będę się wypowiadać.

Anonimowy pisze...

Do kwestii finansowych, prawnych, geograficznych itp. dodam jeszcze genetykę - skoro Liliana była jasnowłosa i niebieskooka, to musiała być bękartem... Nie oczekuję od Stacha Borowego z największego na świecie zadupia znajomości podstaw genetyki, ale chyba nie raz w życiu widział jasnowłose dzieci ciemnowłosych rodziców?

Melomanka

Anonimowy pisze...

Nawet jeżeli nie, to można ją powiadomić. ;)

Dera

Anonimowy pisze...

http://mistrzowie.org/579628 tak mi się skojarzyło z milenką/marlenką i innymi takimi ;)

Cal pisze...

Ona naprawdę wierzy w to, że jest lepsza od Sapkowskiego ( cytując opinie jakiegoś przymuła, którego Sapkowski w przeciwieństwie do Michalak - nuży...). Ona przytacza na blogasku takie opinie. Przestańcie się nad nią pastwić, przecież ona żyje w innej rzeczywistości.

Babatunde Wolaka pisze...

Żyje w innej rzeczywistości, ale książki wydaje w tej, niestety. :(

Siberian tiger pisze...

Kuro, to jednak nie będę zaśmiecał, bo jednak znajomość kanonu jest potrzebna o tyle, że sporo nawiązuję do wydarzeń (same postaci kanoniczne są tylko w tle). Niemniej polecam sam serial - kryminalny, o seryjnym mordercy, którym jest wykładowca literatury, specjalizujący się w twórczości Poego (do czego nawiązują jego zbrodnie). To nie jest spoiler, bo on już w pierwszym odcinku jest za kratkami:) Coś jak Hannibal Lecter w wersji literaturoznawca.

Anonimowy pisze...

Nie. Ona serio uwaza, ze przebila Sapkowskiego? Coz, moge zrozumiec, pewnie sa dla niej po prostu za skomplikowane, te postacie jakies dziwne niesprecyzowane, nawet nie wiesz, kto tak na stowe jest po Ciemnej Stronie Mocy!

Przygode z Altorkasia zaczelam od podarpwanej w prezencie Poczekajki. Niezbyt ambitna literatura, uznalam wtedy, ale chwilami nawet zabawna. Lekture zepsulo mi kilka powaznych zgrzytow, jak chocby Amre trulawer i jego jakze romantyczna i poruszajaca przeszlosc plus zwalanie winy na zgwalcona. Po analizie Betdomnej i Nadzieji widze, ze Altorkasia stala co prawda nad przepascia, ale wielki krok naprzod zrobila. I wiem, co zrobie! tez napisze takiego gniota, ciekawe, czy ktos wyda!

Anonimowy pisze...

Do beaty P. - no, nie bądźmy za bardzo, jakąś wieś musiała wplątać, wplątała akurat podkarpacką. Równie dobrze mogłaby to być wieś podłódzka czy podkielecka. To nie ma znaczenia, jaka wieś. Ma Ałtokasia po prostu zakodowane: wieś równasię kompletny coś tam. BO W MIEŚCIE TO AKURAT, DROGA PANI, PANIENKI NA ARTYSTÓW NIE LECOM. A już na pewno nie w Bydgoszczy - hi hi hi.
To pisałam Ja - mieszkanka wsi podjasielskiej.

Leleth pisze...

Akurat podkarpackie wioski przewijają się w twórczości AłtorKasi często.

Anonimowy pisze...

Ech, uwielbiam analizy wydanych książek, ale za to tęskno mi za gunwoburzą aŁtoreczek w komentarzach...
~ Hypnos

melionna pisze...

Fajne te Wasze analizy, można się pośmiać. Tylko proszę Was, przemyślcie zmianę tła na białe. Od razu będzie się o niebo lepiej czytać.

steff/ciociacesia pisze...

zima to martwy sezon jesli chodzi o projektowanie terenów zielonych :P ludzie sa dziwni bo jak za oknem snieg nie mysla zeby se ogród projektowac