czwartek, 13 czerwca 2013

225. Nie chodzi o to, by złapać koteczka, czyli Rewia mody w Nowej Hucie


Moi drodzy! Dziś mamy dla Was opko fantasy, z którego dowiemy się, jak pokonać potężnego czarnoksiężnika za pomocą odpowiednio dobranych ciuchów oraz fikuśnie ułożonej fryzury. W pakiecie dostaniemy również kurczącą się czasoprzestrzeń, “Stoliczku, nakryj się”, katalog magicznego Avonu oraz ostateczne potwierdzenie, że czarne koty to jednak diabelskie stworzenia. Nadmienię, że Pisak zna nasz blog - na forum Fantastyki, gdzie już wstępnie wytknięto mu błędy, usprawiedliwiał się tak: Nasuwa mi się tutaj analiza bestselleru Andrzeja Ziemiańskiego "Achaja" na jednym z blogów. Książkę objechano strasznie za wszystko. Niewłaściwy szyk, źle użyte słowa, kolejne zdania, które się wzajemnie wykluczały itp. A i tak nie zmienia to faktu, że jest to uznana powieść, którą można przeczytać w jeden dzień. A wielu zarzuca Ziemiańskiemu chaotyczny styl. Chodzi mi o to, że jak historia jest dobra, to i błędy mogą ujść w tle. Nie twierdzę, że nie muszę pracować więcej nad stylem i samą fabułą, ale warto może oceniać opowiadania właśnie przez pryzmat przedstawionej historii.
A zatem przyjrzyjmy się opku przez pryzmat opowiadanej historii... Indżojcie!

Analizują: Mikan, Sineira, Dzidka i Kura.


Siostry z innych światów
Dodał: LaLocco  2013-05-04  23:13



Dziewczyna obudziła się ziewając głośno i odrzucając za plecy długie czarne włosy rozejrzała się. Była sama w wynajmowanym mieszkaniu.
Albo mają jeden wspólny pokój, albo boChaterka dysponuje mocą przenikania wzrokiem przez ściany.
Mieszkają w kawalerce z aneksem kuchennym i wspólną łazienką na półpiętrze.

Jej współlokatorzy już wyszli. Spojrzała na zegarek w komórce.
- Zaspałam – stwierdziła z kwaśną miną. – Standard.
Nie mam budzika w komórce. Standard.
Ma, ale nie umie go nastawić. Standard.

Odgarnęła kołdrę wstając w poszukiwaniu kosmetyczki.
Albo ma w mieszkaniu dużo luster, albo maluje się w odbiciu innych błyszczących przedmiotów. Moim zdaniem kosmetyczka zdecydowanie powinna być w łazience?
Łazienka jest na półpiętrze, nie pamiętasz?
Albo jeszcze nie zdążyła dojechać, przez te korki.

Namalowani na ścianach Spider-Man oraz jego antagonista Venom przyglądali jej się z zainteresowaniem.
- Nigdy nie widzieliście dziewczyny szukającej swoich rzeczy? – rzuciła im dziewczyna. – Faceci. Pfff!
Szowinistka. Pff.
Albo namalowała ich wczoraj, albo dziś pierwszy raz szukała kosmetyczki...

Wzięła prysznic i po ubraniu się zaczęła nakładać makijaż.
Na ubranie.

Była bardzo ładna.
No trudno, żeby nie... *wzdech*
Ale niekoniecznie mądra, skoro standardowo zaspawszy, nie ustawi sobie w końcu alarmu.

Miała bladą cerę oraz lekko skośne, orzechowe oczy.
Jakoś nie widzę orzechowych oczu do czarnych włosów.
Osoby o naprawdę czarnych włosach to mają oczy czarne (no - bardzo ciemne), zielone, bardzo często niebieskie. Ale orzechowe?...
Ja bym się nie czepiała, genetyka różne dziwne rzeczy robi.
Nikt nie twierdzi, że to naturalny kolor.

Jej uśmiech potrafił być wieloznaczny.



Regularnie dbała o swoją urodę. Kiedy coś wpadło jej do oka, zawsze wydłubywała to zwilżoną chusteczką nigdy nie psując makijażu pochyliła się nad umywalką, aby to wydłubać. Spoglądając ponownie w lustro przeraziła się tym co ujrzała.
Zamiast paproszka wydłubała oko.
GORZEJ!!! Makijaż się jednak rozmazał!!!
A mnie naiwnej się wydawało, że wydłubywanie czegoś z oka idzie łatwiej, jeśli przy dłubaniu patrzy się w lustro, nie w głębię odpływu.

Zobaczyła w tym oku kamienną komnatę, oświetloną pochodniami zawieszonymi na ścianie. Znajdowała się w niej drewniania niania komoda oraz łóżko z baldachimem, a osobą na którą dziewczyna spogłądała głodnym wzrokiem była.... Ona sama. Jej odbicie miało zdecydowanie krótsze włosy, których co niektóre końcówki były wywinięte fikuśnie do góry (a niektóre zwyczajnie zwisały), a ubrane było w karmazynową koszulę nocną.
Końcowki były ubrane w koszulę nocną a odrosty owinęły się szlafrokiem.

Obejrzała się za siebie aby upewnić się, że to co zobaczyła istnieje naprawdę. Odetchnęła z ulgą kiedy spostrzegła jedynie płytki, jakimi wyłożona była ściana łazienki. Kiedy wszystko wróciło do normy, dokończyła makijaż i spakowawszy torbę, wybiegła na zewnątrz bloku mieszczącego się w krakowskiej Nowej Hucie.
Podziwiam żelazne opanowanie.
Och, zdarzyło mi się to już jakiś pińcsetny raz, dobrze, że tym razem nie było smoka.
W krakowskiej Nowej Hucie, w odróżnieniu od tych wszystkich innych Nowych Hut - warszawskich, gdańskich i lubelskich.

Jechała autobusem ze dwadzieścia minut zanim znalazła się w pobliżu Starego Miasta.
Krakusów poprosimy o ewentualne sprostowanie, ale gugielmapki mówią, że z Nowej Huty na Stare Miasto jedzie się samochodem około pół godziny. Autobus zaś, z definicji, staje jeszcze na przystankach.

Popędziła wzdłuż rynku kierując się w stronę Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie studiowała.
Ja się nie znam, ale wyszukiwarka połączeń krakowskiego MPK sugeruje dwie przesiadki i brak konieczności pędzenia wzdłuż rynku:

Po głowie pałętało jej się z tysiąc różnych myśli.
A każda jednoliterowa.
E tam, niektóre miały całe pięć liter, z czego pierwszą “k”.

Słońce grzało niemiłosiernie, rzucając swój blask na wszystkie witryny sklepów i kamienice. Kiedy nie było w pobliżu nikogo, pobiegła jeszcze szybciej.
Nikogo? Na Starym? W Kraku? W środku dnia? Nie wierzę.
Ćśśś, to niskobudżetowy film fantasy, na statystów zabrakło.
A jakby ktoś był, to by biegła wolniej i bardziej dystyngowanie.

Właśnie wtedy drogę przeciął jej czarny kot, który zniknął w bocznej alejce.
Dziewczyna zatrzymała się, a wszystko wokół niej ucichło. Czuła wyłącznie swój oddech i oddech kloszarda śpiącego pod Barbakanem i bicie serca. Wszystkie myśli, wyleciały jej z głowy. Wpadła w trans.
Ale dlaczego? Bo czarny kot przebiegł jej drogę? Ja rozumiem, że można być przesądnym, ale to wystarczy zmienić trasę, nie trzeba wpadać w trans.
Wystarczy splunąć trzy razy przez lewe ramię.

Skierowała się w stronę alejki, w której rozpłynął się kot.
A skierowała się tam, bo?...
Bo nigdy nie widziała kota, który się rozpływa jak masełko na patelni.
Wiesz, u nas na osiedlu mieszka taka jedna pani, trochę słaba na umyśle, która za każdym pieskiem i kotkiem goni, żeby go pogłaskać...

Zielone ślepia wyłoniły się z ciemności i pożerały ją wzrokiem.
Ślepia pożerały ją wzrokiem. Gorzej by było, gdyby pożarły ją pyskiem.
Mnie interesuje raczej ta ciemność, co nagle zapadła - widać słońce rzucało blask tylko na kamienice i witryny sklepów, alejki starannie omijając (a wystarczyłoby napisać “z cienia”).

Zamierzała zrobić krok w ich stronę....
Logiczne. Jeśli słyszysz tajemnicze odgłosy w ciemnej piwnicy, to też tam idziesz.
Wiesz, może akurat sąsiad chowa jakieś nielegalnie zdobyte dobra i chętnie się podzieli, bylebyś go nie wydała... ;)

Kiedy ktoś niespodziewanie wpadł na nią i przewróciła się.
- A niech to, zwiał mi! – usłyszała kobiecy głos, który brzmiał jej dziwnie znajomo.
Wcale nie powinien brzmieć znajomo, ale to za chwilę wyjaśnimy, dlaczego.

Słysząc go studentka ocknęła się z transu. Znowu rozbrzmiewał zgiełk i hałas Starego Miasta (straszny zgiełk, gdy wokół nikogo nie ma) (z taśmy, jak śmiech w sitcomach) , a myśli znowu zaczęły napływać jej swobodnym potokiem do głowy.
Próbowała uświadomić sobie co się stało.
- Pomóż mi wstać – poprosiła.
Trans jej się rzucił nie tylko na głowę, ale też na nogi.

Kiedy się podniosła, nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła. Dziewczyna, która ją potrąciła wyglądała prawie dokładnie jak ona. Miała czarne, krótsze włosy z wywiniętymi do góry końcówkami, bladą cerę oraz orzechowe, skośne oczy. Nosiła na sobie karmazynowy płaszcz.
A pod sobą?
Dobrze, że nie tę koszulę nocną.
Tak samo, ale inaczej, jak te wołgi, co je rozdawali na Placu Czerwonym.

Studentka miała wrażenie, że patrzy na swoje odbicie w lustrze.
- Ty! – krzyknęła. – Wyglądasz jak ja!
- Nie! – odparł sobowtór. – To ty wyglądasz jak ja!
I tu kwestia podobieństwa głosów: rozumiemy, że skoro dziewczyny są sobowtórami, głosy też mają identyczne i bohaterka rozpoznała po prostu swój własny. Tymczasem każdy, kto słuchał nagrania swego głosu, wie, że brzmi on wtedy zupełnie inaczej, niż kiedy słuchamy tego, co sami mówimy.

Równocześnie zaczesały włosy za ucho, poruszyły się w tym samym kierunku oraz pokazywały sobie nawzajem identyczne miny i gesty (wywalały języki i pokazywały środkowe palce?).
Przechodnie z zaciekawieniem przyglądali się tej pantomimie, dziwiąc się tylko, że nigdzie nie leży kapelusz na pieniądze.

- Przestań po mnie kopiować – oburzyła się studentka.
- To ty masz przestać, bo zrobię ci krzywdę! – zagroziła druga.
Wytargam cię za kudły, kopnę w kostkę i pokażę język!

- A kim ty jesteś, że śmiesz mi wygrażać, co? – spytała zajadle.
- Jestem Alchemiczką.
- Imię miałam na myśli, debilko! – szydziła z niej studentka.
No przecież mówię, Alchemiczka. Moi rodzice byli fanami Coelho.
Nie zapytałaś, jak ma na imię, tylko kim jest, bystra studentko.

- Musi wystarczyć ci to, co usłyszałaś!
- Skoro tak, to ja jestem Medyczką! – kpiła z niej dalej.
- Nie prowokuj mnie – ostrzegła Alchemiczka. – Albo użyję jednego ze swoich eliksirów, aby zmusić cię okazania szacunku.
Ciekawe skąd je weźmie, cała jej rzeczywistość została w tym drugim świecie.
Z panelu z ajtemami.

- Najpierw jednak ktoś musi ciebie go nauczyć – powiedziała Medyczka i walnęła sobowtóra pięścią w twarz.
Eeeee...
Eeeee...
Eeeee...
Jakoś nic konstruktywnego nie przychodzi mi w tym momencie do głowy.
No jak to, Dzidu, nigdy nikogo nie uczyłaś na ulicy szacunku? Gdzieś Ty się uchowała?
Doobra, idę robić kisiel.

Pobiły się, szarpiąc za wszystko co się dało. Wyrywały włosy z głowy, ciągnęły za ubrania, drapały pazurami. W pewnej chwili Medyczka przejechała paznokciem po policzku Alchemiczki.
- Auaaa! – krzyknęła. – Zadrapałaś mnie!
I umieram, o!
Znaczy Medyczka krzyknęła? Bo tak wychodzi z tekstu.
Może są bliźniaczkami? Wtedy wiesz, tajemnicza więź, jak jedna się skaleczy, to druga też krwawi...

Szarpanina przyciągnęła uwagę wielu ludzi przechodzących obok, którzy otoczyli dziewczyny kręgiem.
I głośno dopingowali oraz przynosili z domów gary kiślu i wiadra gotowanego makaronu.
E tam, kisiel to ja już przyniosłam. Publiczność niech skoczy po chipsy i colę.

Medyczka w porę się opanowała. Chwyciła za ramiona Alchemiczkę wciąż kurczowo trzymającej się własnej twarzy [bo jak się puści, to odleci] i szepnęła jej do ucha:
- Pomogę ci zająć się zadrapaniem, jeśli zdołamy dyskretnie umknąć tym ludziom.
Bo, rozeźleni nagłym przerwaniem darmowego przedstawienia, gotowi je opluć?

Sobowtór skinął głową.
- Odwróć ich uwagę, kiedy ja będę szukała odpowiedniego specyfiku.
*z nadzieją* Eliksiru inteligencji?
Szukaniu odpowiedniego specyfiku towarzyszą jakieś niecne gesty, których nie można pokazywać publicznie?
Zależy, gdzie chowa te specyfiki.

Medyczka zwróciła się w stronę tłumu.
- Na co się tak gapicie? – rzuciła im cierpko. – Siostra się zadrapała, a ja na nią nakrzyczałam z tego powodu. Wiem, że jesteśmy atrakcyjne, ale to nie powód by pożerać nas wzrokiem.
Jeżu, co za bucówa...
Move along, citizens, there’s nothing to see.

Dalibyście nam odrobinę prywatności.
*krztusi się* Ejno, dopiero co męczyłam się z intymnością braci! Nie życzę sobie żadnej prywatności sióstr!
Trzeba było się szarpać prywatnie, we własnym ogródku.

Alchemiczka chwyciła ją nagle pod ramię i odciągnęła na bok, rzucając zza jej pleców czerwony flakon, który rozbił się o ziemię wzniecając mgłę w tym samym kolorze. Zgromadzeni ludzie zaczęli kichać i kaszleć. Dziewczyny wykorzystując zamieszanie przemknęły w boczną alejkę.
I nikt nie wezwał policji? Albo chociaż straży miejskiej?
A mgła uprzejmie objęła wszystkich zgromadzonych, starannie omijając nasze ślicznotki.

- To jest twoim zdaniem dyskretna ucieczka? – dziwiła się Medyczka. – Chryste, ci ludzie będą o nas buczeć tygodniami!
A skąd. Uznają, że widzieli występ performerek ze świecą dymną i do wieczora zapomną.
Zakład, że co najmniej ze dwie osoby kręciły wszystko komórkami? Jutro będziemy na youtube!

- Nie będą – zapewnił sobowtór. – Cisnęłam w nich specjalnym eliksirem zapomnienia. (Wódką?) Nie będą pamiętać o całym zajściu.
- Jak to zrobiłaś? – srudentka rozwarła oczy ze zdziwienia.
Taka mała literówka, a tyyyle radości...

- Mówiłam ci, jestem Alchemiczką – posłała jej wieloznaczny uśmiech.
Alchemiczką - if you know what I mean.

Dziewczyny udały się na krakowskie Planty. Był to mały park
W komciach pod tekstem ktoś napisał, że ten park zdecydowanie nie jest MAŁY.
Bo nie jest. Planty otaczają całe Stare Miasto! Pisak widział tylko kawałek czy co?

położony tuż obok Starego Rynku w Krakowie. Przysiadły na ławce w cieniu, otoczonej zewsząd zielenią chroniącą od nadmiaru promieni słońca. Medyczka zaczęła grzebać w torebce. Co chwila przerzucała jedne przedmioty, a inne wyjmowała aby nie przeszkadzały w poszukiwaniach.
- Nie mam spirytusu – powiedziała po chwili. – A ty nie masz może niczego takiego w swoim arsenale?
- Nie, spirytus trzymam w podręcznym barku, koniak w spiżarni a wino w piwniczce.
A piwo w lodówce.

Alchemiczka potrząsnęła głową. Studentka spytała ją zatem o fiolki jakie przy sobie posiada, pomijając wybuchowe i żrące.
Najciekawsze pominęła? Poza tym, wybuchowa czy żrąca mogła być co najwyżej zawartość fiolek. No, chyba że to coś w stylu podręcznika Hagrida do opieki nad magicznymi stworzeniami...

Zaczęła wymieniać wszystkie rodzaje eliksirów zapominania, rozproszenia, zasłony dymnej, metamorfozy.
Ehe, spory ten arsenał. A szanowny pisak nie raczy wspomnieć, czy Alchemiczka ciągnie za sobą przyczepę, czy może kieszenie jej szat są jak Tardis, większe w środku.
Może zajumała płaszczyk Hagridowi.
Albo torebkę Hermionie.
Eee tam, to małe fiolki, takie po 5 ml, jak próbki perfum. Alchemiczka była sprzedawcą obnośnym.

Medyczka zainteresowała się w końcu, kiedy przeszła do zapachów. Poprosiła sobowtóra, aby pokazał jej kilka specyfików.
W bieżącym katalogu Magicznego Avonu polecamy zwłaszcza eliksir na bazie feromonów orka.

Kiedy Alchemiczka wyciągnęła kilka fiolek (skąd? na bora skąd???) (zaprawdę, powiadam ci: NIE PYTAJ), Medyczka wzięła jedną z nich i wylała z zaskoczenia część zawartości na ranę.
Rana zasyczała i zrobiła PYF.

- Dlaczego to zrobiłaś? – oburzył się sobowtór.
- Bo te elksiry są jak perfumy i na pewno powstały na bazie spirytusu.
Aha. Jedna baba wyciąga fiolki z nieznaną zawartością, a druga baba łapie jedną z nich i wylewa sobie na ranę.
*przytrzymuje przed oczami miłą wizję dymiącego kwasu solnego*
To, że przed chwilą jedna drugiej wymierzała sprawiedliwość, już się nie liczy.
Taaaa... Nic jeszcze nie wie o świecie, z którego przybył jej sobowtór, ale już ma pewność, że perfumy produkuje się tam wedle tych samych metod, co w naszym. A może tam robią je na bazie smoczych siuśków, hę?
Skoro w naszym świecie niektóre robi się z rzygowin wieloryba... ;-)

- Nie o to mi chodzi.
- Dlatego, że ja sama nigdy bym się nie zgodziła na to, żeby marnować je w ten sposób – tym razem Medyczka uśmiechnęła się wieloznacznie.
No tak, zgodnie ze stereotypem - wolałaby wypić.

Zszyła ranę specjalną nicią, którą dała jej Alchemiczka.
Na żywca. Oh wait, środek znieczulający też się znalazł?
Rambo Siedem.
Antoni Kosiba i drewniany kołek w zęby ;)
Khem, czy nikt już nie pamięta, że to było ZADRAPANIE?
Może miała stalowe tipsy.
Jej dziadkiem był Freddy Krueger, ojcem Wolverine. A to babcia:

Ku zdziwieniu studentki nie pozostał po niej nawet szef, tylko sekretarka!
gładka skóra.
Sobowtór wytłumaczył jej (tej skórze), że spreparowała ją właśnie po to, żeby nie zostawiała żadnych śladów ani blizn.
Kto kogo spreparował i kto zostawiał ślady, bo się pogubiłam?
Morderca spreparował skórę, ale zostawił ślady.

Wymieniały się następnie różnymi doświadczeniami w tym zakresie, a Medyczka przyznała w końcu, że dopiero studiuję Medycynę na UJ.
Ha, Pisaku, mamy Cię!

Siedziały potem przez chwilę w milczeniu.
Żadnego “skąd się tu wzięłaś”, albo “co to jest te małe buczące na kółkach”?

Choć nie były spokrewnione i nie znały się do dziś, łączyło je bardzo wiele. Oprócz wyglądu miały podobne charaktery i zachowywały się w identyczny sposób.
Nie ma się z czego cieszyć, spotkały się dwie agresywne idiotki.

Teraz myślały równocześnie o tym co zaszło i jakie może to mieć konsekwencje dla obojga z nich.
Ojć, Pisaku, jednemu z Ciebie urwało od gramatyki.
Jeszcze mogą powiedzieć grzecznie “do widzenia” i rozejść się w przeciwne strony...
Komuś się logika poskręcała jak świński ogonek.

- Czego tu właściwie szukasz? – spytała Medyczka przerywając przeciągające się milczenie. – I jak trafiłaś do Krakowa?
- Szukam czegoś co utraciłam – zdecydowała się odpowiedzieć. – Goniłam za tym, dopóki na ciebie nie wpadłam.
Ojej, ojej, nie musisz się AŻ TAK wdawać w szczegóły!

- Ścigałaś kota? – doprecyzowała studentka. – Nie rozumiem jaki on ma związek z tobą.
No wiesz, im kot starszy, tym, pospolicie mówią, ogon jego twardszy... if you know what I mean.
Kuro, czy Ty właśnie uśmiechnęłaś się wieloznacznie?

- I nie zrozumiesz – odparła Alchemiczka z poważną miną. – Ja nie pochodzę z tego świata. Trafiłam tu przypadkiem i muszę się stąd wydostać. Co tam ci będę zawracać tym głowę, to długa historia.
- Aha, pobiegłaś za białym królikiem i wpadłaś do jego nory? - domyśliła się Medyczka.

Chciała odejść bez pożegnania. Medyczka złapała ją za rękę.
- Zaczekaj – powiedziała. – Nie poradzisz sobie sama w Krakowie, skoro nigdy przedtem tu nie byłaś. Spróbuję ci pomóc, ale musisz mi o wszystkim opowiedzieć.
- Opowiesz mi po drodze! - Medyczka złapała sobowtórkę za rękę i zdecydowanym krokiem ruszyła na wschód - Zaprowadzę cię teraz gdzieś, gdzie na pewno ci pomogą. To niedaleko stąd, na Kopernika*.
* Szpital Uniwersytecki - Oddział Kliniczny Kliniki Psychiatrii

Alchemiczka usiadła i westchnęła. Zaczęła opowieść.
- W swoim świecie przegrałam decydujące starcie z kimś mi bliskim i spadając myślałam, że to już koniec, kiedy....
***
Wpadła nagle do wody (chlup!), nie mogąc złapać oddechu. Czuła jak się topi. (Bulbulbulbul...) Pomyślała o tym, że chciałaby mieć czym oddychać. I stało się. Poczuła jak wynurza się ponad taflę, przestając się dusić. Alchemiczka rozejrzała się wokół. Znajdowała się sama na środku oceanu. Otaczała ją wyłącznie linia horyzontu (tak, linia, jak sama nazwa wskazuje, może otaczać. Wiemy, o co chodzi, ale przecież można napisać to inaczej.) i bezchmurne niebo, tak błękitne jak woda, w której się znajdowała. Słońce grzało niemiłosiernie. Dziewczyna popłynęła w nieznanym kierunku.
LOL. Równie dobrze mogło się okazać, że w szybkim tempie oddala się od lądu, który był kilometr za nią.
Popłynęła w nieznanym kierunku, znany zostawiając za sobą.

Po dłuższym czasie zaczęła odczuwać zmęczenie. Była pewna, że nie wytrzyma dłużej. Spróbowała jednak przemieścić się dalej, zagarniając wodę ostatkiem sił. W końcu jednak zamarła w bezruchu.
Dla dobra sprawy przyjmijmy, że położyła się na wznak. Bo jeśli nie, to.... bulbulbulbul.

- Chciałabym stały ląd – powiedziała na głos, wiedząc o tym, że nikt nie ma szans jej usłyszeć.
Poczuła nagle pod rękami coś twardego. Chwyciła się tego kurczowo, a palce zanurzyły się w coś miekkiego i lepkiego.
Aha, czyli NIE leżała na wznak? To jakim cudem jeszcze się nie utopiła?

Zaciekawiona Alchemiczka spojrzała przed siebie. Przed nią rozciągała się okrągła wyspa a ona sama opierała się o mokry piasek przy brzegu. Wyszła z wody otrzepując ubranie.
Ciekawe, w czym pływała. W tamtym karmazynowym płaszczu z kieszeniami wypchanymi licznymi fiolkami?
Pisakowi się zmienia, w zależności od potrzeb.

- To cud – pomyślała. – Cud, że ten płaszcz nie ściągnął mnie na dno. Byłam na skraju śmierci kiedy ta wyspa pojawiła się nagle jak grzyb po deszczu. Jeszcze żarcie by się przydało.
Po tych coś niespodziewanie walnęło ją w głowę. Spojrzała w dół masując obolałe miejsce i zauważyła leżącego pod nogami kokosa.
Podobno spadające z drzew kokosy zabijają około 150 osób rocznie.
Ale nie licz na takie szybkie i szczęśliwe zakończenie.
Mnie zastanawia to, że na hasło “żarcie”, pojawia się kokos, a nie dajmy na to połówka upieczonego świniaka. Skoro wyspa mogła się pojawić tak nagle, to dlaczego jedzenie musiało być absolutnie niby-przypadkowe i w zgodzie z naturą?

Rzuciła się na niego łapczywie i przy pomocy jednego z eliksirów wypaliła w nim dziurę.
A eliksiry, jak rozumiem, miała ze sobą podczas podróży wpław?
Miała, miała.
Nie chcesz wiedzieć, gdzie trzymała fiolki.
Rozbijanie kokosa o skały jest soooo mainstream.
No co Ty, lepiej sobie dodać jakiejś żrącej substancji do posiłku.

Po wypiciu całego mleka w szybkim tempie, zauważyła nad sobą palmę, z której musiał spaść.
Rozumiem, że miąższem kokosa pogardziła?

- Hej! – spostrzegła. – Tego tutaj przed chwilą nie było!
Co było pierwsze - palma czy kokos?

Obejrzała ją ze wszyskich stron i polała korę eliksirem.
- Ta palma jest prawdziwa – stwierdziła po teście eliksirem rozpraszającym złudzenia. – Skoro to nie iluzja, to jaka magia sprawiła, że wyrosła tak nagle?
*zatacza się ze śmiechu* Idiotka, marnuje eliksir, który może się naprawdę bardzo przydać, na coś, co mogła zwyczajnie sprawdzić węchem, smakiem i dotykiem?
No wiesz, a może zmysły kłamią? Może przerzuciło ją w świat “Kongresu Futurologicznego”? Tak czy inaczej, powinna ten eliksir zaaplikować raczej sobie, niż palmie - w końcu to nie palma miała złudzenia.

Rozmyślała jakiś czas nad tym, analizując wszystkie możliwe rozwiązania. Przyszło jej do głowy przez moment, że posiada dużą magiczną moc (KTO? Palma???), jednak po głębszym zastanowieniu odrzuciła taką możliwość. Taka enrgia już dawno by się u niej ujawniła a nie dopiero teraz na takim odludziu, kiedy nie ma się przed kim popisać. Zastanawiała się też, czy ktoś jej przypadkiem nie pomaga. Próbowała nawet nawoływać tajemniczego wybawiciela. Nikt jej jednak nie odpowiedział, bo niby jak skoro znajdowała się na bezludnej wyspie?
Lecz wyspy nie było, była to halucynacja z niedożywienia. (MSPANC)
Myślała, myślała i nie wpadła na to, że wyspa i kokos pojawiły się na jej wyraźne życzenie. Pewnie był to przypadek.

- Nie, nie, nie! – była coraz bardziej zdesperowana. – To się nie dzieje tak po prostu. Coś musi tłumaczyć pojawienie się znikąd tej wyspy i palmy. Nie wystarczy chyba jak powiem: chcę stół z najwspanialszym żarciem?
Oczy prawie wyszły jej z orbit, kiedy niespodziewanie zmaterializował się przed nią nakryty obrusem stół, na którym spoczywały półmiski z wykwintnymi serami oraz szynkami, miski z najróżniejszymi sałatkami, zupy w garnkach, owoce morza i wiele, wiele innych....
Te zupy w garnkach musiały nieco odstawać od ogólnej wykwintności pokarmów.
Och, może to były jakieś super designerskie garnki z pokrywkami z 24-karatowego złota...
*patrzy na wyguglany sześciolitrowy garnek za cztery stówy - brzydki jak noc! - i kręci z niedowierzaniem głową*

- O kurde! – krzyknęła nie mogąc wyjść z podziwu. – Czy to możliwe? Wypowiedziałam życzenie i.... stało się.
Uważaj, to może być nieprawdziwe :P
O boru, dlugo jej to zajęło.

Spróbowała w następnej kolejności, życzyć sobie powrotu do domu. Nic się jednak nie wydarzyła. Rozczarowana, myślała dalej. Przywołała wyspę, palmę, stół z jedzeniem, same rzeczy. Nie mogłaby sprówać z czymś żywym?
Sprówała, sprówała, spróła całą palmę, a potem zrobiła z tego sprótego sfeterek.
Normalny człowiek by nie myślał, tylko testował możliwości. A nuż by się dostało luksusowy jacht?

- Chciałabym, żeby mi ktoś opowiedział o tym miejscu – powiedziała w końcu.
Z nieba spadł elektroniczny przewodnik. Wystarczyło nacinąć guziczek by usłyszeć, że wyspa jest mała, okrągła, porośnięta jedną palmą i znajduje się na środku dużego zbiornika wodnego, zamieszkanego przez pewną ilość zwierząt.

Drwiący śmiech rozległ się jakby był daleko stąd.
- Naprawdę, jeszcze nie domyśliłaś się Alchemiczko gdzie się znajdujesz?
- Kim jesteś, skąd mnie znasz? – dziewczyna rozglądała się uważnie za przybyszem.
- Przecież to bez znaczenia – odpowiedział głos. – Interesuje cię przecież, gdzie ty jesteś a nie kim ja jestem.
- Interesuje mnie wszystko! - fochnęła się Alchemiczka. - Twoje życie prywatne też, masz żonę? Dziecko?

- Przestań się ze mną zabawiać tylko odpowiadaj – odwarknęła zdecydowania.
- Dobrze już dobrze – rozległ się śmiech. – Czy słyszałaś o czymś takim jak Limbo?
- Sfera dla umarłych dusz, które mają dużo na sumieniu.
Jedno zdanie, dwa błędy. Po pierwsze: dusza jest nieśmiertelna, więc umrzeć nie może. Po drugie, Limbo jest przeznaczone dla dusz nieochrzczonych, ale przy tym nieobciążonych grzechem.

- Jak widać nie tylko.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – dociekała – Że umarłam?
- Lepiej bym tego nie ujął.
“Nie usycha, ale już uschła! Tej papugi już nie ma! Przestała istnieć! Odeszła na spotkanie ze swoim stwórcą! To zdechła papuga! Sztywniak! Opuściło ją życie, teraz spoczywa w spokoju! (...) Strzeliła w kalendarz i śpiewa teraz w anielskim chórze! To jest ex-papuga!”
(Monty Python)

Alchemiczka zaniemówiła. Wypełniła ją pustka. Znalazła się tak nagle w objęciach śmerci, nie zdając sobie z tego sprawy? Potrząsnęła głową. Coś się tu nie zgadzało
- Czegoś tu nie rozumiem? – odezwała się po chwili. – Limbo to przecież też sfera cierpienia. A tu spełniają się wszystkie moje życzenia!
No to uważaj, czego sobie życzysz...
- Dobry rybaku, wypuść mnie - prosi złota rybka - a spełnię jedno twoje życzenie.
- Chcę mieć interes do samej ziemi.
Łup! Ciach! Wziuuum! Rybakowi obcięło nogi.

- Limbo to sfera niestabilności – kontrargumentowała istota. – Nic tu nie jest trwałe, co w rezultacie powoduje wieczny smutek i ból.
Gdyby WSZYSTKO było trwałe, smutek i ból wcale nie byłyby mniejsze... Ot, wyobraźcie sobie, że wciąż chodzicie w trwałej ondulacji z lat 80-tych.
Wot, wymyślił. Skorupa ziemska nie jest stała, życie ludzkie nie jest stałe, uczucia nie są stałe, też mi...

- Przecież tu wszystko jest stabilne! – upierała się Alchemiczka.
Przecież przed chwilą nie było ani wyspy, ani palmy. Alchemiczka chyba za mocno oberwała kokosem po głowie.
Może “stabilne” myli jej się z “namacalne”?

- Czyżby? – odparł głos. – Sprawdź.
Alchemiczka podeszła do stołu pełnego jedzenia. Półmisek, którego dotknęła obrócił się w pył. Sprawdziła kolejne. Wszystkie po zetknięciu się z jej opuszkami palców zmieniły się w drobny mak.
Mogło być gorzej - na przykład jedzona właśnie zupa mogła zmienić się w jej ustach w płynne złoto.

Przestraszona dziewczyna odsunęła się od stołu, który nagle zapłonął ogniem i stopił się pod jego wpływem. Bezkształtna maź leżała na piasku.
Eeee, plastikowy...

Z kolei wyspa pod Alchemiczką zatrzęsła się, rozpadając na kilka kawałków. Przerażona odskoczyła na jeden z fragmentów.
Nie martw się, kokosa zdążyłaś zeżreć.
I palmę obmacać.

- Czy tutaj cokolwiek jest stabilne? – odezwał się znowu drwiący głos.
Nooo... Powietrze, jako stabilna mieszanina gazów?

Dziewczyna myślała intensywnie o tym, jak doszło do destailizacji.
Destalinizacji? Destylacji? Desakracji?
De-stylizacji, wszystko zrobiło się takie bylejakie.
De-lajkizacji, przestało jej się podobać.

Jednak nie mogła nic wymyślić.
- Twoje życzenia nie były niczym znaczącym – drwiła dalej istota a jej śmiech narastał. – Nie wywołałaś nimi nic!
Skoro już umarła, to i tak chyba wszystko jedno.

Jej umysł pracował na najwyższych obrotach. I to właśnie wypowiedź głosu dała jej do myślenia. Skoro nie życzenia, to jak ukształotwała (tłumaczenie bardzo dowolne: w UK jest korków drogowych od wała) to wszystko. Tylko jedna odpowiedź przyszła jej na myśl.
Było nie chlać tych eliksirów z kolegami.

- Zwątpiłam w prawdziwość tych przedmiotów i dlatego się rozleciały. Zabrakło mi woli, aby je utrzymać w istnieniu oraz pozwoliłam, żeby ogarnął mnie strach.
Głos nagle przestał się śmiać i umilkł. Alchemiczka zamknęła oczy, aby się skupić. Wyspa podzielona na kilka niezależnych, oddalających (się) kawałków, ponownie połączyła się w jedność.
Się, się, się. Nawet Pisak zauważył, że za dużo tych “się”, więc jedno zjadł.

- Bardzo bym chciała wiedzieć, z kim tak naprawdę mam do czynienia istoto – zwróciła się Alchemiczka do głosu, będąc znowu pewna siebie. – Ujawnij się!

Spod jej nóg wypłynęła czarna maź. Uuuups. Alchemiczka krzyknęła i odskoczyła. Wyspa pod wpływem jej strachu, ponownie zaczęła się dzielić. Substancja zabulgotała i wyłoniła się z niej ludzka sylwetka. Dziewczyna wzięła się w garść i zespoliła wyspę w całość. Postać, która przed nią stała ubrana była w czarny płaszcz oraz pelerynę w tym samym kolorze.
Miała też nogawice oraz spodnie, skarpety oraz onuce i koszulę oraz bluzkę.
Szkoda, że Alchemiczka nie może go zobaczyć. Przecież skupiając się, zamyka oczy i trzyma wyspę w garści, tak?

Miał dostojną twarz o regularnych rysach. Nosił krótkie, kruczo-czarne włosy oraz brodę.
Nosił je na kiju, tuż obok tobołka.

Jedynie co odróżniało go od ludzi to oczy, zielone i o wąskich źrenicach. Przypominały oczy kota. Alchemiczka stała jak wryta. Mężczyzna przypominał jej kogoś znanego. Wiele sprzecznych emocji kotłowało się w niej walcząc o dominację. Z trudem utrzymywała wyspę w całości.
- Ty jesteś.... – zaczęła, ale nie dokończyła.
- Snidget Shadow – wszedł jej w słowo mężczyzna i uśmiechnął się chytrze.
Mam nadzieję, że chodziło tu o pierwsze znaczenie tego słowa.
***

Opowiadała z godzinę. Medyczka sprawdziła orientacyjnie czas w komórce.
- Jest mniej więcej 12.59 - oznajmiła.

Wybiła trzynasta.
BIM BOM
W tej komórce. A potem wyskoczyła z niej kukułka.
Dobrze, że to nie południe, bo zabrzmiałyby kuranty.

Rozluźniona oparła się placami o ławkę, bo i tak nie wybierała się już tego dnia na uczelnię. Zbyt wiele się działo.
Każdy pretekst dobry, by iść na wagary :)

- Co było potem? – spytała zaintrygowana całą opowieścią.
- Nie zostało mi wiele – Alchemiczka kontynuowała. – Snidget Shadow okazał się straszny. Wywołałam diabła z pudełka. Zasiał w moim sercu smutek i strach (oraz bUl i brak nadzieJi), jak się pojawił.
A nazywa się uroczo jak mały beagle. Albo jak...



Chciał mnie zdominować. Wszystko zaczęło rozpadać się na dobre.
***

Nie było wyspy, oceanu ani nieba. Góry ani dołu. Wszystko się rozpadało i mieszało. Alchemiczka była w środku tego wszystkiego. Widziała wszystkie żywioły: ziemię, powietrzę, wodę i ogień. Ocean i wyspy, które zmieniały się po chwili w lawę i skały pochłaniane przez czerwoną siłę.

Zmieniały się one w ziemię i drzewa rozwiewane przez wicher, a te w kolejne rzeczy i tak bez przerwy. Alchemiczka widziała wszystko naraz i nic zarazem. Ona sama się zmieniała. Przestała czuć swoje ręce, nogi, głowę, zupełnie wszystko. Stały i ciągły był wyłącznie jego głos:
- PODDAJ SIĘ ALCHEMICZKO! – nawoływał Snidget Shadow. – NIE MA JUŻ DLA CIEBIE NADZIEI!
- WON, UZURPATORZE! - odpowiedział Śmierć.

Był coraz silniejszy. Ulegała mu. Alchemiczka rozpadała się.
Ręka, noga, mózg na ścianie...

- STAŃ SIĘ MOJĄ CZĘŚCIĄ!
Jesteśmy Borg. Opór jest bezcelowy. Zostaniecie zasymilowani.

Zapadł nad nią zmierz, a potem zwierz ogarnął mrok.
- STAŃ SIĘ MOIM CIENIEM!
Znała ten potworny, demoniczny głos. Czuła jego właściciela. Ekhem...
Była nim wręcz. Nie chciała mu się poddać. Nie chciała być jego cieniem. Poczuła swoje myśli, które odlepiły się od niego (wydając przy tym obrzydliwy mlaszczący odgłos). Wykorzystała resztki woli, aby się wyswobodzić. We wszechogarniającym chaosie chciała tylko jednego, aby się stamtąd wydostać.
A czego mianowicie?

Zobaczyła światełko w czarnym tunelu.
Uciekaj, to pociąg!!!

Zaczęła płynąć ku niemu siłą woli. Im bardziej się do niego zbliżała, tym bardziej czuła samą siebie. Taką jaką była. Poczuła zimny oddech za swoimi plecami. Kątem oka zauważyła ciemną sylwetkę podążającą za nią.
Ciemna sylwetka w ciemności wyróżnia się bardzo.

Snidget Shadow deptał jej po piętach. To dodało jej siły. Jeszcze bardziej się skupiła i przyspieszyła. Kiedy dostrzegła pierwsze kamienice oraz niebo, wyleciała z otchłani. Wiatr musnął ją po twarzy, a ona sama upadła twarzą na bruk.
A ponieważ buźkę miała z gumy, nie uszkodziła jej ani-ani.
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności trafiła na miękkie ślady przejazdu dorożkarskiej chabety.

Podniosła się i rozejrzała. Słońce znowu świeciło na błękitnym niebie. Otaczały ją ściany starych kamienic. Panował zgiełk, a ludzie chodzili w swoim rytmie, nie zwracając uwagi na Alchemiczkę. Świat się ustabilizował. Wydostała się z Limbo. Znalazła się w Krakowie.
Kraków - dwa kroki od piekła.

Spojrzała przed siebie i zobaczyła jego. Snidget Shadow rozglądał się we wszystkie strony zdezorientowany.
Zaskoczyła go silna konkurencja. Smog był lepszy w te klocki.

To ona miała teraz nad nim przewagę. Z przerażeniem w oczach zauważył ją.
A przeraził się, bo...? Nagle wyrosły jej rogi i kły?
I czemu ona jest taka pewna siebie? W końcu znalazła się w świecie, którego także nie zna.

Okręcając się peleryną przemienił się w czarnego kota. I zaczął uciekać.
No i paczpani, wyjaśniło się: peleryna służyła do przemiany w kota, a płaszcz pewnie w psa.

Alchemiczka ruszyła w pościg. W tym momencie tylko on się dla niej liczył. Puściła się Starówką w ślad za nim. Na nic nie zwracała uwagi.
Nawet na narratora, który dostał nagłej zadyszki.

W pewnym momencie kot wpadł w ciemny zaułek. Kiedy Alchemiczka była blisko poczuła nagle, że kogoś potrąciła.
Bo, nie wiedzieć czemu, biegła z zamkniętymi oczyma.
Albo tak była skupiona na kocie, że nie widziała nic poza nim - ludzie, nie ludzie, drzewa, nie drzewa...
Tramwaj...

- Kurde, a niech to zwiał mi! – powiedziała i zatrzymała się.
Osobą, którą potrąciła była Medyczka. Tak skrzyżowały się ich ścieżki.
Z łomotem.

***

- Już wiem skąd cię znam – powiedziała Medyczka, kiedy sobowtór skończył opowieść. – Tylko skąd on właściwie znał ciebie?
Pytanie bezsensowne w kontekście tego, czego dowiemy się za parę stron. Ale nie spoileruję ;)

- On jest....
Alchemiczka skierowała wzrok w inną stronę. Medyczka za jej przykładem odwróciła głowę. I spostrzegła go. Na pustej drodze pośród drzew w parku stał czarny kot. Zielonymi oczami pożerał obie dziewczyny. Tak jak poprzednio, Medyczka przestała wszystko słyszeć, a myśli jakie miała wyleciały jej z głowy.
Te, których nie miała, pozostały nienaruszone w okolicach śledziony.

Czuła wyłącznie swoje tętno i oddech. Wpadła w trans. Tylko kot się dla niej liczył.

- Gońmy go! – usłyszała stłumiony dźwięk, który przebijając przez bębenki okazał się głosem Alchemiczki.
A ponieważ przebił bębenki, był ostatnim głosem jaki usłyszała.

Zwierzę chciało wyraźnie uciec przed dziewczynami.
Tia. I specjalnie pojawiło się tuż przed nimi i najwyraźniej pożerało je wzrokiem.

Skierowało się w stronę rynku, gdzie po południu było najtłoczniej. Przemieszczało się zwinnie, przechodząc pod nogami przechodniów nie zauważone przez nikogo. Medyczka gnana dziwną siłą (niestrudzoną wyobraźnią Pisaka), prawie go dogoniła.
Również przechodząc ludziom pod nogami, niezauważona?

Zrobiła zdecydowany zamach i.... Złapała go za sierść.
- Mam cię – krzyknęła triumfalnie.
Pisaku, kota to ty w domu nie masz, z całą pewnością.

Kot zjeżył się, drapiąc dziewczynę i uwolnił się z jej uścisku. Studentka zaklęła szpetnie. Alchemiczka dogoniła ją i odciągnęła w boczną alejkę. Wyjęła fiolkę z niebieskim płynem, polewając zawartością podarty rękaw ubrania Medyczki. Po chwili pojawił się na nim błękitny ślad łapy. Raczej pazurów. Dziewczyna w mig pojęła o co chodzi sobowtórowi. Uśmiechnęły się do siebie wieloznacznie.
Ktoś tu ma obsesję na punkcie epitetu “wieloznaczny uśmiech”.

Wróciły do miejsca gdzie zgubiły kota.
Może tam jeszcze stoi i wciąż wygląda, jakby chciał uciec.

Alchemiczka polewała bruk płynem, a Medyczka odciągała uwagę ludzi robiąc sobowtórowi przestrzeń do działania.
Podręczną cysternę (niewielką, tak z tysiąc litrów), pompę i szlauch Alchemiczka wyciągnęła z wyżej wzmiankowanego panelu z itemami.
Ciekawe, jak Medyczka odwracała uwagę ludzi... Pokazywała cycki?

Ślady kocich łap ujawniały swą obecność w postaci niebieskich fosforyzujących smug. Zatoczyły kółko wokół krakowskiego rynku, po czym znalazły się w okolicy wzniesienia, na którym stał zamek.
Rozumiem, że eliksir działa w taki sposób na ślady tego jednego, jedynego, nazwijmy go umownie - animaga? Bo jeśli ogólnie na ślady łap dowolnych kotów, to czarno widzę sukces takiego przedsięwzięcia :D
To aż trzeba było gonić kota? Nie można było go śledzić za pomocą eliksiru, gdy tylko pojawił się parku? Może zadrapanie ma tu znaczenie, ale oczywiście Pisak nie raczy o tym wspomnieć.

- Ślady prowadzą na Wawel – stwierdziła Medyczka widząc po tym jak odciski kocich łap się wznoszą.
Jak się wznoszą? W powietrzu? I to ma oznaczać, że ślady prowadzą na Wawel? :D A może po prostu to ulica się wznosi?
To nie był kot, to był latający smok. Wawelski.
Smokot.
Smokotolot.

- Gdzie? – spytała Alchemiczka.
- Na to wzgórze, które widzisz – wytłumaczyła jej Medyczka. – To jedno z najważniejszych miejsc w historii naszego kraju. Koronowano tam naszych królów.
Nie tylko koronowano i nie tylko królów.
Pewnie chce zaczerpnąć mocy z czakramu, mag jeden przebrzydły.

Po wejściu na szczyt zauważyły, że ślady stóp zmierzają w kierunku schodów prowadzących w dół do kamiennej groty.
Kwiiik, zgadłam z tym smokiem!:D

Medyczkę to zaniepokoiło. Chwyciła Alchemiczkę za ramię.
- Zaczekaj – powstrzymała ją przed wejściem. – Nie podoba mi się to.
- Dlaczego? – spytała Alchemiczka.
- Te schody prowadzą do jaskini, która ma swoją legendę – odpowiedziała Medyczka. – Mieszkał w niej ponoć dawno, dawno temu wawelski smok.
- Co to ma do rzeczy? – nie rozumiała Alchemiczka.
- Boję się, że Snidget Shadow zastawił na nas pułapkę.
Tak, poszczuje was legendarnym gadem. Albo tym tłumem turystów, który się tam wiecznie kłębi.
Zaczai się przy wejściu jako sprzedawca pamiątek.
Jeżeli z chińszczyzną, to może być groźnie.

- I tak musimy tam wejść, by spróbować go złapać. Trzymajmy się blisko siebie i nie dajmy się rozdzielić – zaproponowała.
- Zgoda.
Kiedy zaczęły schodzić powiało chłodem. I to takim od którego ciało przeszywały ciarki. Schodziły, a wręcz zanurzały się.... albo zapadały się głębiej i głębiej w jaskinię, zamieszkaną ponoć kiedyś przez smoka.
A kto je tam wpuścił bez biletów? Oraz bez jaj, w tej akurat jaskini jest - jak na jaskinię - cieplutko.

Alchemiczka czuła, że przechodzi do innego świata. Jeszcze nie wiedziała jakiego. Coś ją ciągnęło za nogi. Nie było już odwrotu. Robiło się coraz bardziej czerwono i.... strasznie. Do jej nozdrzy przebił się stęchły odór siarki, który ją kłuł niemiłosiernie (w zadek). Po jakimś czasie usłyszała wrzask. To były krzyki osób uwięzionych na dole. Darły się z bólu i cierpienia.
Darły się jak stare szmaty i puszczały na szwach.
Wątpliwe, żeby darły się z radości.

- To nie może być miejsce dla śmiertelników – pomyślała i odwróciła się.
Niii, trafiają tu wyłącznie mroczne elfy i upadłe anioły.

Przeraziła się kiedy Medyczka zniknęła. Zaczęła schodzić szybciej.
Czy Medyczka zniknęła na jej oczach powoli niczym kot z Cheshire? Bo jeśli znika ktoś, kto schodził po schodach ZA nami, to chyba wchodzimy, by go odnaleźć, a nie schodzimy szybciej?
Sine, ty szukasz logiki???

Uświadomiła sobie, że rozpoznaje głosy, które dochodziły do jej uszu. To były jej przyjaciółki. Była z nimi ostatnio w.... jamie demona. Tak dawno temu. Alchemiczka ruszyła pędem i przewróciła się. Podniosła się z brudnych kamieni i rozejrzała się. Jej najgorsze przypuszczenia sprawdziły się. Znała to miejsce.
To była Jama Demona, parszywa mordownia, którą namiętnie odwiedzała z koleżankami, kiedy chciała się poczuć dorosła.
A one wciąż tam były, bo nie zapłaciły za drinki i odpracowywały swoje na zmywaku.

Do kamiennych tuneli sączyło się czerwonawe światło. Ryki dziewczyn nasiliły się.
- Ratuj nas! – krzyknęła jedna.
- Zaraz nas zeżre! – wrzasnęła druga.
- Muuuuu! - zaryczała trzecia.
- Wrrraauuu!!! - zaryczał legendarny smok, uciekając w popłochu.



Zza ściany wyłoniły się karmazynowe macki, w których były trzymane przyjaciółki.
A na podłodze walały się kartonowe pudełka, w których były trzymane guziki.
A przyjaciółki wzięły się prosto z dupy.

Płakały z rozpaczy i wyciągały ręce w kierunku Alchemiczki. Dziewczyna bała się tak samo jak w sferze Limbo. Nie wiedziała skąd i jak się tu wzięły lecz wiedziała, że musi je ratować. Przemogła się i stanęła prosto. Wyjęła zza pazuchy wybuchowe fiolki.
… i wysadziła koleżanki w powietrze.
Cóż, uratowała je raz a dobrze :D

- Tak jak wtedy, nie boję się ciebie i teraz demonie! – krzyknęła i runęła do ataku.
Zamieniła swój strach na odwagę. Po kursie NBP. Dziewczyny zniknęły za sąsiednią ścianą, zza której rozległo się głośne mlaskanie. Macki wystrzeliły w jej kierunku. Uchyliła się przed ciosem i rzuciła w nie fiolką. Eksplozja eliksiru rozerwała kilka z nich na strzępy, a pozostałe odrzuciła do tyłu. Zaczęły się cofać przed dziewczyną.
- PODDAJ SIĘ ALCHEMICZKO – odezwał się demon. – ALBO ONE ZGINĄ!
Te macki.

Jak samo miejsce, znała również ten głos, który przerażał ją najbardziej. Głos należący jednocześnie do jej wroga i do kogoś bliskiego.
- Ty nie istniejesz naprawdę! – odpowiedziała. – Nic mi nie zrobisz!
Nieeee? A skąd się wzięłaś w Krakowie, z dala od swojego świata?

Pobiegła w stronę macek i ciskała w nie kolejnymi fiołkami eliksiru.
Kiedy fiołki się skończyły, ciskała bratkami napojów i stokrotkami wywarów.
Miała jakieś kieszenie z niekończącą się zawartością, czy jak?
Róg obfitości.



Eksplozje powstrzymywały je, ale również naruszyły strop jaskini. Kamienie zaczęły się sypać na dół.
Znalazło się kilka bardziej hipsterskich, które zaczęły się sypać w górę, ale w ogólnym zamieszaniu nikt nie zwrócił na nie uwagi.

Alchemiczka zasłoniła się próbując przejść dalej.
I tym sposobem żaden kamulec nie zrobił jej krzywdy. Brilliant!

Odgoniła kolejne natarcia macek,
A idźcie precz, wy przeklęte, natrętne macki! Sio, sio, no już!

które próbowały ją otoczyć i stanęła jak wryta.

Macki dalej macały trzymały jej przyjaciółki i przesłaniały jednocześnie postać właściciela, do którego należały.
Mam wizę samobieżnych macek. Albo...

- DAM CI JESZCZE JEDNĄ SZANSĘ – powiedział demon. – WYRZUĆ SWOJE FIOLKI I DAJ MI SIĘ ZŁAPAĆ!
BRAKUJE MI CZWARTEJ DO BRYDŻA.
Nie zrobię ci krzywdy, chcę cię tylko potrzymać!

- Dlaczego przeżywam to jeszcze raz – zastanawiała się w myślach. – Trauma powróciła. Nie dam rady drugi raz z nim walczyć.
Przyjaciółki krzyczały i płakały.
- Pomóż nam! – darła się jedna.
Po czym przestała się drzeć, bo została rozdarta na strzępy. Był to rozdzierający widok.
Reszta zapłakała rozdzierająco.

- Zrób co ci każe! – mówiła druga przez łzy, które spływały jej po policzkach.
Halo, Pisaku! Czy w normalnych warunkach łzy mogą spływać po czymś innym?
No, jak cię powieszą nogami do góry, to po czole.

Przygnębiały Alchemiczkę jeszcze bardziej.
Słowo “przygnębiały” pasuje tu mniej więcej równie dobrze co np. “przyprawiały o melancholię”.
Nostalgia ją ogarnęła.

Tak jak przed wieloma laty. We trzy wyprawiły się pokonać potężnego demona. Zuchwalcza młodzieńcza wyprawa. I na końcu brutalna konfrontacja z rzeczywistością. Jej najlepsze przyjaciółki w sieci potwora, a ich życie znowu spoczywa w jej rękach.... Ją samą znowu pochłonie ciemność.... Wszechogarniająca, nieprzenikniona nicość.... Tym razem.... Na zawsze....
I zasypie... lawiną... zmutowanych wielokropków...
Cicho... bądź... To... takie... pasjonujące... … ...

W ostatniej chwili przypomniała sobie coś jeszcze. Podniosła głowę.
- Możesz mi mówić co chcesz, ale one nigdy nie były uległe! – krzyknęła.
- CO?!
Były dominami w każdym calu. Żaden Grey im nie podskoczył.

- Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami – powiedziała Alchemiczka. – Każda z nas umiała się poświęcić za pozostałe, ale żadna z nas też nie chciała, żeby pozostałe się poświęcały dla niej samej.
W rezultacie starannie unikały sytuacji wymagających jakiegokolwiek poświęcenia.

Triumfowała w tym momencie.
- Może i znasz moje wspomnienia, ale nie zmienisz ich treści, nieważne jak bardzo byś się starał – zrobiła chytrą minę.
O, moja droga, jak ty mało wiesz o metodach prania mózgu...

– Zrozumiałam twoją iluzję. Przegrałeś Snidget.
A ja, prawdę mówiąc, nie rozumiem. Została zaatakowana wspomnieniami poprzedniej wyprawy, w której jej przyjaciółki, eee... zginęły? Bo ona się nie poświęciła? Czy jak? Po czym wygrała (?), bo przypomniało jej się, że przyjaciółki nie były uległe? A jakie to miało w tym momencie znaczenie?
Cała historia służy temu, żeby pokazać, że oto mamy prawdziwą Bochaterkę, przez duże Be. Nic nie jest w stanie jej przechytrzyć.

Macki rozsunęły się częściowo ukazując świecące się kocie oczy.
Eeee, miałam nadzieję... nieważne ;)
Ja tu widzę grzywkę z macek.
Dzielną!

Dziewczyna dostrzegła w nich mieszaninę złości i przerażenia. Wzięła błyskawiczny zamach i cisnęła fiolką w kota (kota?! A nie stwora z mackami? A może demon dręczył też niewinne stworzenie, hę?) (to był kot z mackami) nie zwracając więcej uwagi na przyjaciółki. Eksplozja rozerwała strukturę iluzji, która po chwili prysła.
Strop jaskini też prysnął, po czym Zamek Królewski zwalił się boChaterkom na głowy. Koniec.
Sarkofagi je poprzygniatały, cóż za urocza wizja ;)

Snidget ryknął z bólu. Alchemiczka ruszyła w pogoń za majaczącą w tle ciemną sylwetką kota, nie zwracając uwagi na prawdziwy wygląd oświetlonej jaskini pod Wawelem.
W związku z czym walnęła głową w strop / nadziała się na stalagmit / spadła ze schodów (niepotrzebne skreślić) i zginęła na miejscu.
Sine, odnoszę wrażenie, że masz dość tego opka :>

[Alchemiczka znów wraca do naszego świata, tj. do Smoczej Jamy. Okazuje się, że Medyczka w ogóle jej nie opuściła i nie ma pojęcia o tym, co się działo]

Medyczka wysłuchała uważnie całej relacji.
- Powiedz mi, tak z innej beczki – spytała po chwili uśmiechając się wrednie. – Masz chłopaka?
Łot de fak...?!

- Po cholerę o to pytasz! – oburzyła się Alchemiczka. – Miałaś mi pomóc, a nie o głupoty pytać!
- Jak chcesz – odpowiedziała Medyczka uśmiechając jeszcze bardziej zajadle. – Wiesz, nie chce się chwalić, ale mój były był bardzo przystojny i na dokładkę wysoki, takie ciacho....
Ach, jaka miła, słodka, niczym nieuzasadniona wredota. Pisaku, czemu ma służyć robienie z boChaterki chamskiej i nadętej zołzy?
Też sobie znalazły miejsce i czas na ploteczki, doprawdy...
A ja od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że Pisak jest rodzaju żeńskiego.
Mamy na forum taką jedną, co go zna i ona twierdzi, że facet.

- Tak? – wyprowadziła Alchemiczkę z równowagi. – A mój był piekielny i to dosłownie.
- Mówisz o Lucyferze Piekielnym? – spytała konkretnie. – Władcy Demonów?
- Nie, mówię o Kubusiu Piekielnym, tym z komiksu Szarloty Pawel.
A może o Piekielnym Piotrusiu z Teatrzyku Zielona Gęś?

Sobowtóra zamurowało.
- Skąd wiesz? – na jej twarzy wyskoczył rumieniec, jakby ktoś zdradził jej intymny sekret.
Nic dziwnego, też bym się zawstydziła, gdyby ktoś odkrył, że mój chłopak to postać fikcyjna.
Obawiam się, że tym stwierdzeniem możesz obrazić uczucia religijne niektórych.

- Jedziemy do mnie – słowa Medyczki brzmiały jak polecenie, a nie propozycja. – Tam ci wyjaśnię.
- A.... Snidget? – Alchemiczka wciąż z trudem trzymała się na nogach.
A Snidget? A Snidget? A Snidget mu mordę lizał!

- Jesteś zbyt zmęczona, by móc znowu stanąć z nim w szranki – Medyczka ostro przeciwstawiła się pomysłowi gonienia kota. – Wchłonie cię przy pierwszej okazji. Już wiem skąd cię zna. On jest twoim cieniem, który w Limbo i teraz przypominał twojego byłego.
Protestuję. Nie było ani słowa o tym, że Snidget ma rogi, ogon i kopyta.
No weŚ, te rogi i reszta to tylko wroga propaganda.
Nie ogarniam. Cień Alchemiczki przypominał jej byłego?
Po prostu chodziła kiedyś z bardzo chudym i wysokim Murzynem.

- A tego jak się dowiedziałaś?! – rumieniec na twarzy zrobił się jeszcze większy.
- To proste – odpowiedziała. – Ja mam cień za sobą, a ty nie.
I zauważyła to dopiero teraz, po całym dniu ganiania po mieście - a przypomnijmy, że dzień był słoneczny. Aha.
One obydwie zawsze długo zatrybiały.

Kilkanaście minut jechały ze Starego Miasta do mieszkania znajdującego się w Nowej Hucie.
Łooo, czasoprzestrzeń znów się trochę skurczyła.

- Powiedz mi, ale bez owijania w bawełnę – sobowtór zaczął prosto z mostu. – Skąd o mnie wiesz?
Znikąd, kutwa. Kiedy pojawiłaś się dziś rano, nie miałam pojęcia, kim jesteś, pamiętasz?

Medyczka nie odzywając się opuściła balkon. Wróciła, niosąc w ręku książkę, którą podała Alchemiczce. Na okładce widniała rogata postać. Sobowtór intensywnie kartkował ją i z każdą chwilą był coraz bardziej blady.
Mnie zaś blednie wszystko od tej ciągłej zmiany płci głównej boChaterki.

- Jak to możliwe? – dziwiła się na głos. – Tu jest wszystko! Pojawiam się ja oraz Lucyfer Piekielny, mój były, z którym walczyłam w swoim świecie! Kto mógł znać tak dokładnie te wydarzenia, żeby móc je zapisać szczegółowo na kartkach książki!
No. Wybacz, że z powodu galopującej sklerozy nie opowiedziałam ci tego wszystkiego wcześniej, zanim zaczęłyśmy gonić za kotem.

- Nie mam pojęcia – odpowiedziała Medyczka. – Jak widzisz, na okładce nie ma nazwiska autora. Oprócz tego, że dziewczyna z powieści pojawiła się w moim życiu. Niestety, brakuje również ostatnich kartek, więc nie mogę ci powiedzieć, jak to wszystko się skończy.

[Dziewczyny postanawiają zastawić pułapkę na Snidgeta - przebierając się jedna za drugą.]

Dziewczyny urządziły sobie wybieg dla modelek.
Zbudowały go ze skrzynek po pomarańczach.
Zagrożenie czyha, potężny czarownik szlaja się po naszym świecie, ale na plotki i przebieranki zawsze jest czas.

Medyczka wyjęła wszystkie swoje ubrania z szafki i rzuciła na łóżko.
- Ile ty tego masz? – Alchemiczka nie mogła nadziwić się ilością ciuchów oraz ich różnorodnością. – U mnie na taki luksus może pozwolić sobie jedynie monarcha!
Po czym dostrzegła ich jakość i mina jej zrzedła.

- To co ty trzymasz w swojej szafie? – spytała zaciekawiona Medyczka. – Skoro moja garderoba to twoim zdaniem jest luksus?
- Głównie szaty i suknie w karmazynowym kolorze – odpowiedziała. – To najpiękniejszy kolor …Wiele więcej nie potrzebuję.
Fajnie, tyle że nie. Nie bez kozery w dawnej Polsce karmazynem nazywano magnata, który miał przywilej noszenia szkarłatnego żupana. Czerwony barwnik (koszenila), otrzymywany z czerwca (taki owad), był niezwykle cenny, podobnie zresztą jak wpadająca w fiolet purpura, uzyskiwana ze śródziemnomorskich mięczaków. Tak więc “szaty i suknie w karmazynowym kolorze” to nic innego jak właśnie luksus.
Innymi słowy, Medyczka stawiała na ilość, Alchemiczka na jakość.
Jedna zbiera ciuchy, druga fiolki.

Przebierały w ciuchach. Alchemiczka zachwyciła się czerwoną spódniczką i koszulą w czarną kratkę, z krótkim rękawem. Studentka wskazała łazienkę, w której mogła się przebrać. Po chwili wyszła w swoim nowym wcieleniu. Koszula pasowała na nią jak ulał. Idąc równym krokiem przez korytarz spódnica unosiła się i opadała, regularnie ukazując jej nogi.
Samobieżna spódnica, w podskokach przemierzająca korytarz i machająca nogami. Coś jak Bagaż, tyle że w wydaniu tekstylnym.
Albo ma wiatraczek zamontowany w wulwie.
Kuro, spójrz jeszcze raz. Idąc (...) spódnica unosiła się.
Oraz regularnie ukazywała. Z niezwykłą precyzją. Z tego wniosek, że musiała to być długa spódnica (mimo, że nazwana spódniczką), która raz ukazywała, a raz nie. Bo krótka ukazywała by nogi nieprzerwanie, ciągle. Chyba, że Pisak jeszcze jakieś inne nogi ma na myśli.

- I jak wyglądam? – spytała stając na środku pokoju i obracając się dookoła.
- Zupełnie jakbym siebie widziała w lustrze – powiedziała Medyczka śmiejąc się żartobliwie (Jak można się śmiać żartobliwie, na Bora?) (nie na serio) – Bardzo mi się podoba. Tylko zastanawia mnie, czy zawsze musisz ubierać się w jednej tonacji?
- A coś w tym złego?
- Świat jest różnorodny i kolorowy – tłumaczyła studentka. – Widziałaś ludzi na rynku? Warto czasami poeksperymentować. Coś zmienić.
Zanim się ucieszycie, że dziewczyna wreszcie gada z sensem, poczytajcie dalej...

- Ale powiedz mi: dlaczego?
- Dla zabawy, dla lepszego samopoczucia – Medyczka uśmiechnęła się tajemniczo i dodała – wiesz, wielobarwna dziewczyna, to atrakcyjna dziewczyna. Więcej przystojniaków na ciebie spojrzy.
Powiem krótko: wrrrr.
No nie wiem, jak się ubierze całkiem na tęczowo, to niekoniecznie ;)
Nieno, spojrzeć - spojrzą. Potem postukają się w przystojne czółka.

- Nie zależy mi na nich! – żachnęła się Alchemiczka. – Miałam już jednego.
Studentka spojrzała w górę i westchnęła, kręcąc głową.
- Nikt nie mówi, że musisz zwracać na nich uwagę. Chodzi mi o to, że będziesz w lepszym nastroju i szczęśliwsza jak ktoś chociaż na ciebie popatrzy z zainteresowaniem! – Medyczka skrzywiła się. – Rzeczywiście zachowujesz się jak nie z tego świata. Widać, że stworzył cię facet!
O, serio? A może ma w głowie coś więcej niż tylko potrzebę bycia podziwianą przez przypadkowe osoby?

- Dobra wygrałaś! – odkrzyknął sobowtór. – Co sugerujesz?
- Spoko, żartowałam – uśmiechnęła się szeroko. – Niektóre kolory pasują do siebie bardziej inne mniej. Dobre ich dobieranie to podstawa sukcesu.
No nie, nie mówcie, że teraz będzie kawałek o ciuchach, no bez jaj...

Medyczka skomponowała kilka kompletów ciuchów, które wręczyła Alchemiczce, a ta poszła się przebrać. W krótkich odstępach czasu pokazywała się w kolejnych kreacjach na domowym wybiegu.
*gryzie kostki i cichutko wyje*
Tak, kurna, przecież najważniejsze w tym momencie jest przymierzanie ciuchów. Ja pitolę. Niech ją jakiś demon zeżre!
Snidget, gdzie jesteś? Masz je jak na patelni, bezbronne!
Snidget zasłonił się mackami z rozpaczy i postanowił to przeczekać.

Najpierw wyszła w różowym T-shircie i jeansach przepasanych jasnoniebieskim paskiem ze srebrną klamrą. Studentka uśmiechnęła się ciepło. Zazdrościła sobowtórowi tak ustylizowanych (WY! WYstylizowanych!) włosów.
Co te włosy mają wspólnego z jeansami? Z nogawek wystają???
Nie zapięła zamka.

Następnym zestawem był żółty top i jeansowe shorty.
Ok,  pisowni “jeans” wciąż się używa, ale “shorty”? To słowo spolszczyło się już kilkadziesiąt lat temu!

Alchemiczka szła śmiało po wybiegu, stanęła obróciła się zarzucając włosami i puściła dla żartu całusa Medyczce.
I rozumiem, że to zachowanie, tak charakterystyczne dla alchemików, magów czy innych pogromców demonów, przyszło jej do głowy całkiem naturalnie, z głębi kobiecości.
Taaak, wiesz, w jej świecie tak właśnie zdawało się magiczne egzaminy.
I żadnej nie przyjdzie do głowy, że jeszcze nic nie jadły.

[Alchemiczka ostatecznie, po przegrzebaniu całej szafy Medyczki, wybiera czarną sukienkę i zielony szal]

Zrezygnowana Medyczka i wyjęła z szafki buty. Kapciowate, czarne z czarnymi kokadkami na wierzchu.
- Masz – powiedziała. – Będą pasować do reszty.
Pisaczku, doceniam Twoją próbę wczucia się w kobiecy punkt widzenia, ale błagam, nie rób tego więcej. A to kapciowate coś nazywa się “baleriny”.

- Dzięki – powiedziała uradowana Alchemiczka. – Czas na rewanż. Zajmijmy się tobą.
Usadowiła studentkę przed lustrem w łazience i uśmiechnęła się wieloznacznie. (Aghhhrrr.)
Trochę zmysłowo, a trochę jakby zachęcała do zjedzenia zupy pomidorowej.
Wahała się pomiędzy wydłubaniem jej oczka z przyjemnością, a poklepaniem dobrotliwie po ramieniu.

- Zauważyłam, że przyglądasz się mojej fryzurze – powiedziała bawiąc się kosmykami swoich włosów. – Podoba ci się?
Medyczka milczała.
Tak, wiemy, tej zołzie nie przejdzie przez gardło, że ktoś ma coś ładniejszego od niej.

- Z miny wnioskuję, że tak – odpowiedziała za nią. – Tym lepiej, bo skoro masz być mną, to musisz wyglądać jak ja. Włącznie z włosami.
Wyjęła przezroczystą fiolkę z jasnym, zielonym płynem łagodnie bulgoczącym w środku.
Uuuu, w filmach to się zawsze źle kończy...
Czemu nie ma tam fiolki na Dobre Opko?!

- Co to jest? – spytała zainteresowana studentka. – Pianka? Żel do włosów? Utrwalacz?
Alchemiczka prychnęła.
- Chyba żartujesz – powiedziała. – Myślisz, że dzięki takim rzeczom moje włosy wytrzymałyby tyle czasu nienaruszone?
Świat, z którego pochodzi Alchemiczka, prowadził bowiem od dawna ożywioną wymianę handlową z naszym światem. Dlatego boChaterka wiedziała, że wszystkie wymienione mazidła to straszne badziewie.
Wyczuwam lokowanie produktu...

Medyczka nie wiedziała co odpowiedzieć. Jednak w jednym mogła się zgodzić. Mimo wszystkich przejść, włączając w nie przygody w Limbo, gonitwę za kotem, przygodę w jaskini pod Wawelem oraz przebieranki u niej w domu, włosy sobowtóra błyszczały jak świeżo umyte i wysuszone, kosmyki nadal były równe i wywinięte do góry.
- Dobra, nakładaj co tam masz – poleciła studentka nie wchodząc więcej w szczegóły.
No przecież nawet nie zapytała - pomyślała Alchemiczka, uspokajając nieśmiało popiskujące sumienie. - Dla dobra sprawy lepiej nie mówić, że za parę dni włosy jej wypadną, a nowe wyrosną dopiero po nałożeniu kolejnej dawki eliksiru.
Przy czym pierwsza dawka jest darmowa, ale druga kosztuje już sporo...

Alchemiczka nalała na rękę trochę eliksiru i rozprowadziła go w dłoniach. Następnie zaczęła masować włosy Medyczki. Dziewczyna czuła delikatne, przyjemne w dotyku ruchy rąk sobowtóra. Z precyzją nakładał płyn. Delikatna wilgoć przechodziła przez całą jej głowę. Nagle poczuła jakiś dziwny smak w ustach. Prawie przysnęła.
- Jaką chciałabyś mieć fryzurę? – spytała nagle Alchemiczka.
Przypomnijmy: “(...) skoro masz być mną, to musisz wyglądać jak ja. Włącznie z włosami.”

Uwaga, zbliża się Element Komiczny:

Nim Medyczka zdołała zareagować, odpowiedziała za nią.
- Myślę, że przetłuszczone.
Włosy studentki nagle oklapły, wyglądając jak mokre.
- Coś ty zrobiła?! – krzyknęła na sobowtóra.
- Kazałam im zrobić, to co chciałam – odpowiedziała Alchemiczka spokojnie.
- Komu kazałaś?
- Twoim włosom. I posłuchały się mnie.
- Zaraz cię zabiję! – Medyczka zerwała się z krzesła.
- Lepiej usiądź – ostrzegła ją Alchemiczka. – Bo mogę rozkazać im równie dobrze wypaść.
Naburmuszona studentka usiadła.
I czego się burmuszy, skoro sama chciała, hę?

- Nałożyłam na twoje włosy eliksir woli – wytłumaczyła Alchemiczka. – Spełnia każde życzenie właściciela, czyli tego kto go nałożył. Możesz mieć taką fryzurę jaką będę chciała, żebyś miała.
Mujborze. Ona pracuje chyba w Ministerstwie Głupich Zastosowań.
Nie gadaj, nie kupiłabyś?
Owszem! Ale nie marnowałabym na stylizację włosów!
Nie przyszło jej do głowy, żeby rzucić tym w przeciwnika?

[Tu scenka z zakładu fryzjerskiego - ciach]

- I jak ci się podoba? – spytał sobowtór.
- Bardzo – odparła Medyczka urzeknięta całym tym magicznym pokazem.
Urzeknęła mnie twoja historia.

- Jakbyś chciała się pozbyć tego płynu potem, to po prostu porządnie się spoć go zmyj – dodała. – Ale moim zdaniem to najlepszy sposób na stylizację włosów. (A brud po pięciu milimetrach sam odpada.) Przebierz się w moje ciuchy.

- Gdzie proponujesz rozpocząć poszukiwania? – spytała Alchemiczka.
- Nie wiem, nie zastanawiałam się – odparła rozbrajająco szczerze Medyczka. – Zresztą on sam nas znajdzie. Kiedy byłyśmy u mnie na pewno węszył za nami i już dawno wpadł na nasz trop. Co zresztą ułatwia nam zadanie?
Ja nie wiem! Mnie nie pytaj!
A teraz czeka grzecznie, aż się poprzebieracie, taki z niego demon fair. Bo jeżeli traciłyście czas na pokazy mody, wiedząc, że lada chwila może tu wpaść...

- A właśnie, tak się zastanawiałam czy mamy jakiś konkretny plan działania?
Medyczce zrzedła mina i pobladła jeszcze bardziej. Ta mina.
- Tylko jeden – powiedziała. – Spontan.
No ba. Przecież domowa rewia mody była ważniejsza od obmyślania jakichś tam planów. A już na pewno ważniejsza od zaopatrzenia się w jakiś sprzęt - nie mówię, że zaraz specjalistyczną sieć weterynaryjną, ale może chociaż zwykłą siatkę do łapania kotów...
Czyżby odpowiednie eliksiry też już się skończyły?

Dzień zbliżał się ku końcowi. Niebo pociemniało. Słońce zachodziło. Cienie się wydłużały. Pomiędzy blokowiskami Nowej Huty na trawniku rosło drzewo.
Też w ramach zbliżania się dnia ku końcowi. Wyrastało codziennie wieczorem, by zniknąć tuż przed nadejściem świtu.

Z liści wyłoniły się zielone oczy z pionowymi szparkami. Na jednej z gałęzi drzewa, w otoczce zapadającego mroku siedział czarny kot. Snidget Shadow.
Przybył na miejsce i uprzejmie poczekał, aż laski będą gotowe go złapać.

Dziewczyny ruszyły w jego stronę.
Od razu wiedziały gdzie go szukać???

Snidget zgrabnym susem zeskoczył z drzewa i rzucił się do ucieczki. Rozpoczęła się gonitwa.
Zniknął za rogiem i przepadł jak hreczka
Ale nie płaczmy bo...
Nie o to chodzi by złowić koteczka
Ale by gonić go...

Snidget Shadow uciekał główną ścieżką, a dziewczyny podążały w ślad za nim. Po długim pościgu wbiegł na klatkę jednego z bloków.
- Wiesz, że to jest pułapka? – spytała Alchemiczka. – Jak pod zamkiem.
- Tak – Medyczka kiwnęła głową i uśmiechnęła się (no jak? jak?) wieloznacznie (aha). – Tylko tym razem na niego.

Zanurzyły się w głąb klatki. Otoczył je zielono zgniły kolor ścian i ponury nastrój. Zresztą panował półmrok, bo słońce już zachodziło. O tym, że niektóre światła były zepsute nie warto mówić. Dziewczyny rozejrzały się. Ani żywego ducha…

- Gdzie on może być? – spytała Alchemiczka.
- Tam gdzie jest największy cień i mrok – odpowiedziała Medyczka. – W piwnicy.
*Pokwikuje lekko z wizji czarnoksiężnika wśród półek z przetworami na zimę*
Zakamuflował się za dżemem z czarnej porzeczki, może go nie znajdą.

Nagle coś zatrzepotało za ich plecami. Netoperek? Nim Alchemiczka zdążyła się odwrócić, czarna pięść w rękawiczce trzasnęła ją w tył głowy. Nieprzytomna osunęła się na ziemię. Kiedy Medyczka chciała krzyknąć istota chwyciła ją za gardło, a drugą ręką przymknęła usta.
- Nie radzę! – powiedział zimno mężczyzna.
Kiedy przestała się szarpać, zepchnął ją ze schodów. Medyczka poturlała się po stopniach prosto do piwnicy. Zrobił to tak umiejętnie, że nie odniosła żadnych obrażeń.
Wróg ją umiejętnie zepchnął, ludzki pan, a mógł zabić.

Bała się strasznie i przestała nad sobą panować. Pobiegła ciemnym korytarzem. Po lewej i po prawej boxy (what? coś jak shorty, tylko bardziej kwadratowe) piwniczne, które przypominały klatki, z których za chwilę uderzą potwory w zmasowanym ataku.
Atak Morderczych Ogórków :D

Uciekała aż znalazła się pod ścianą. Ślepy zaułek. Koniec gry – Pomyślała.
Usłyszała głośne kroki ciężkich butów.
Samobieżne buty, nieodrodni bracia samobieżnej spódniczki.

Mężczyzna schodził spokojnie regularnym krokiem.
Regularność - jest!

Był ubrany na czarno. Nosił płaszcz i pelerynę z ptasich piór. Światło sączące się z piwnicznego okienka znajdującego się nad dziewczyną oświetliło wyraźnie jego twarz.
Słońce, które kilka linijek temu zachodziło, postanowiło na chwilkę wrócić. Pewnie zapomniało wyłączyć żelazko.

Miał regularne rysy, krótkie czarne włosy oraz brodę. I kocie oczy.... Medyczka po raz pierwszy widziała Snidgeta Shadowa w całej okazałości. Bała się spojrzeć mu w oczy.
Skuliła się pod ścianą i zasłoniła twarz.
- To koniec, Alchemiczko – powiedział cień. – Już nie masz, dokąd uciec.
I cisnął w nią nadprogramowym przecinkiem.

- Snidget Shadow – powiedziała studentka powoli opuszczając ręce.
- Tak – odpowiedział. – To ja. A wszystko co cię otacza jest prawdziwe.
Spojrzała uważnie. Wokół niej nic się nie zmieniło. Nadal znajdowała się w ciemnym korytarzu piwnicy. I nic więcej.
Nic? Nie było łoża z różową pościelą i czarnych świec? (MSPANC)

– Stań się moją częścią! Moim cieniem!
Jego głos miał być straszny, ale nie był.
Mutacja to wredna sucz.

Medyczka wstała nie bojąc się już.
- Mylisz się – powiedziała. – To jest twój koniec Snidget. Nie jestem tą, za którą mnie bierzesz. Twoja iluzja nie działa na mnie. Przegrałeś!

Nim zdążył odpowiedzieć otworzyła swoje brązowe oczy o orzechowym odcieniu [bo przedtem spoglądała przez zamknięte powieki] i spojrzała w jego oczy kocie doprowadzając do konfrontacji. Poddała się transowi. Wszystkie myśli wyleciały jej z głowy. Liczył się tylko on i jego spojrzenie.
Zatopiła się w jego oczach, bul, bul, bul.

Snidget stanął jak wryty. Jego źrenice rozszerzyły się. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Medyczka poczuła jak przenikające jest to spojrzenie, które spadło na nią niczym grom z jasnego nieba. Z ciemności wyłonił się zielony szal w kolorowe szlaczki mieniące się wszystkimi kolorami tęczy, który oplótł ręce i szyję upiora. Zaczął się dusić. Ten szal. Alchemiczka, która wyszła nagle z otaczających ją ciemności ciągnęła go do tyłu. Kolor jej stroju zlewał się z ciemnym otoczeniem. Była jak kameleon.
Czarny kameleon na czarnym tle. No w sumie można i tak.

- Wróć i bądź częścią mnie! – rozkazała. – No już. Na powrót stań się moim cieniem!
Gdzieś w Ziemiomorzu Ged pokiwał głową z aprobatą.

Jej rozkazy nie przynosiły rezultatu. To nie od niej zależał los. Medyczka patrzyła na jedno i drugie. Zrozumiała, że w tym świecie to ona jest prawdziwa. A oni są wyłącznie fikcją, której istnienie spoczywa w jej rękach. To ona była teraz na szczycie łańcucha pokarmowego.
I wzięła, i zeżarła ich oboje na kolację.
Praca domowa dla Pisaka - dowiedzieć się, co to jest łańcuch pokarmowy i narysować przykładowy łańcuch w zeszycie. Oraz przepisać pod spodem tysiąc razy zdanie “nie będę używał wyrażeń, których nie rozumiem”.

Snidget też to zrozumiał. I tym większe było jego przerażenie. Przez głowę przeszła jej jedna, jedyna myśl.
Kurde, siku mi się chce!

Kiedy ostatnie promienie zachodzącego słońca padły na twarz i kocie oczy Snidgeta, wysłała tę myśl w jego kierunku. Upiór wyprężył się, oczy wyszły mu z orbit i zaczął wyć. Z bólu i przerażenia.
Jako postać fikcyjna, nigdy przedtem nie doświadczył jak to jest, kiedy doskwiera przepełniony pęcherz.

Jego ryk był ludzki, a potem coraz bardziej koci.

Coraz cichszy i słabszy. A na końcu ustał zupełnie. Snidget Shadow rozpłynął się w ciemności, z której powstał. Po kocich oczach nie było śladu. W korytarzu zostały we dwie. Medyczka i jej sobowtór, Alchemiczka. Spojrzały na siebie. Na ich twarze wdarł się uśmiech. Jednoznaczny. [Niemożliwe!!!] Czystej radości i szczęścia. Dziewczyny skoczyły sobie w objęcia.
Niestety, ponieważ Alchemiczka była postacią fikcyjną, Medyczka wyrżnęła twarzą w ścianę.



[Dziewczyny wracają do mieszkania Medyczki, skąd Alchemiczka przez lustro udaje się do swojego świata, fanfary, koniec.]



*) MSPANC -  Mogłam Się Powstrzymać, Ale Nie Chciałam.

Z najczarniejszych czeluści Smoczej Jamy pozdrawiają analizatorki w karmazynowych sukniach z mnóstwem fiolek w kieszeniach,
a Maskotek testuje eliksir na porost włosów (nie sądziliście, że Chewbacca był kiedyś łysy, prawda?).


26 komentarzy:

Suze pisze...

Jakie Stare miasto?! Rynek!!! Jak chciała na stare miasto, to na dworzec główny i do Warszawy...

Wdech-wydech, czytam dalej.

Anonimowy pisze...

Nowa Huta, Lucyfer,koty jakieś...
Wyrywały mi się niecenzuralne okrzyki
już tak od połowy.
Historia banalna,wrogi mag nie straszny,język średni,bohaterki do niczego..
Jaki pryzmat, jaka historia?
No,Zajdla to on nie dostanie..

Chomik

Anonimowy pisze...

Stare Miasto jeszcze ujdzie, na szczęście nie Starówka ;)

Aczkolwiek co do dojazdów - 20 minut to faktycznie niewiele, ale fakt, że jechała na UJ jest bardziej zastanawiający - UJ jest wszędzie, od Rynku po Ruczaj więc to cokolwiek ogólnie stwierdzenie, na dodatek jeśli Medyczka studiuje medycynę, to chyba powinna jechać na Kopernika...

minimysz pisze...

Kot z mackami ♡

Arkadiusz pisze...

Bronię Starego Miasta. Istnieje zarówno w języku nieformalnym (gdzie oznacza wielki obszar, a "Rynek" oznacza wszystko, co otoczone plantami), jak i bardziej formalnym (Stare Miasto w obrębie Plant, "Rynek" to Rynek Główny), a nawet w urzędowym (Dzielnica I nazywa się Stare Miasto).

UJ jest wszędzie - bardzo słuszna uwaga.

Czas dojazdu z Nowej Huty - zależy. Jeśli przyjmiemy bardzo szeroką definicję Nowej Huty (wg podziału Krakowa na cztery części: Podgórze, Stare Miasto, Zwierzyniec, Nowa Huta), to z niektórych miejsc pewnie można dojechać w okolice Rynku w 20 minut, kiedy nie ma korków.

W analizie najbardziej rozbawiła mnie siatka no koty jako broń przeciw demonowi.

Mam wrażenie, że jest jedno niesłuszne czepialstwo:

Jej odbicie miało zdecydowanie krótsze włosy, których co niektóre końcówki były wywinięte fikuśnie do góry (a niektóre zwyczajnie zwisały), a ubrane było w karmazynową koszulę nocną.
Końcowki były ubrane w koszulę nocną a odrosty owinęły się szlafrokiem

Moim zdaniem rodzaj gramatyczny (odbibe - ubrane było) jednoznacznie wskazuje, o co chodziło Pisakowi.

Arkadiusz pisze...

"Odbibe" miało być odbiciem.

(A "Planty" oczywiście zawsze wielką literą.)

Anonimowy pisze...

Ocenię uczciwie opko przez pryzmat opowiedzianej historii: Rany kota z mackami, jakie to było głupie i o niczym!

Anonimowy pisze...

Tak nawiasem, zamierzacie wrócić w najbliższym czasie do Achaji?

Kobalamina pisze...

Borze Wszechlistny, jakie to było menconce!
Już chyba wolę Ziemiańskiego, on przynajmniej nie udawał, że zna się na kobiecej psychice, strojach i fryzurach.

"Chodzi mi o to, że będziesz w lepszym nastroju i szczęśliwsza jak ktoś chociaż na ciebie popatrzy z zainteresowaniem!"
Drogi Pisaku, to że Ty potrzebujesz do życia aprobaty płci przeciwnej, nie znaczy, że wszyscy tak mają.

Wnerwiłam się, idę mordować zombie w celu rozładowania napięcia.

Anonimowy pisze...

Mam przeczucie, że pomysł alchemika jako profesji bojowej został zaczerpnięty z jakiejś gry komputerowej. Czy tylko mi rzucanie fiolkami we wrogów wydaje się idiotyczną metodą walki? Coś jak w Diablo 3, gdzie ponoć można atakować słoikiem z pająkami.

Reverentia

Niko pisze...

Jako rodowita Krakowianka zaciskam zęby w bezsilnej złości czytając te bzdury.
20 minut z Nowej Huty do centrum? Taaa, helikopterem chyba.
Wiadomo, że wszystko zależy od tego skąd kto jedzie, ale Pisak jest tak nieprecyzyjny, że nic tylko facepalmować.
Grrr, powyżywałam się. Wracam do czytania.
Ale komentarze oczywiście przeborskie!

Babatunde Wolaka pisze...

"Namalowani na ścianach Spider-Man oraz jego antagonista Venom przyglądali jej się z zainteresowaniem.
- Nigdy nie widzieliście dziewczyny szukającej swoich rzeczy? – rzuciła im dziewczyna. – Faceci. Pfff!"
Żywy kostium Venoma może się zmieniać w dowolne ubranie, toteż poszukiwanie rzeczy istotnie mogło być dla niego egzotycznym problemem.

"Spoglądając ponownie w lustro przeraziła się tym co ujrzała.
Zamiast paproszka wydłubała oko."
Kwiiik!

"Popędziła wzdłuż rynku kierując się w stronę Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie studiowała."
Jeżeli studiowała medycynę na Kopernika, to w takim razie pewnie wysiadła przy Teatrze Bagatela.

"Nikogo? Na Starym? W Kraku? W środku dnia? Nie wierzę."
W niedzielę rano to się czasem zdarza...

"W pewnej chwili Medyczka przejechała paznokciem po policzku Alchemiczki.
- Auaaa! – krzyknęła. – Zadrapałaś mnie!"
To musiał być bardzo szorstki policzek.

"krakowskie Planty. Był to mały park położony tuż obok Starego Rynku w Krakowie"
Określenie "tuż obok" się zgadza, jeżeli przyjąć bardzo szeroką definicję Rynku. A mały ten park jest w porównaniu z Lasem Wolskim.

"Pomyślała o tym, że chciałaby mieć czym oddychać. I stało się."
Nie będę mieć skojarzeń. Nie ma mowy.

"- Boję się, że Snidget Shadow zastawił na nas pułapkę."
Biorąc pod uwagę dawne zastosowanie Smoczej Jamy - będzie zarażał rzeżączką?

Pytanie "Masz chłopaka?" pojawia się tak kompletnie ni z gruchy, ni z pietruchy, że prawie nokautuje.

@Anonimowy z 00:24: "Stare Miasto jeszcze ujdzie, na szczęście nie Starówka ;)"
No jak to nie? "Puściła się Starówką w ślad za nim"

Anonimowy pisze...

Ómarłam przy lokowaniu produktu.

Anonimowy pisze...

Na serio miałam wrażenie, że to pisze jakaś nastolatka, a nie facet O_O . A może nasz Pisak tak się zaczytał w kanoniczne opcia tylu aŁtoreczek, że sam zaczął pisać tak jak one (wicie, te rewie mody, chamstwo głównej boCHaterki itd.)? Jak zwykle, analiza przeborska :) .

MaiCroft

Anonimowy pisze...

wyobrażenia Pisaka o tym, jak kobiety spędzają ze sobą czas są przezabawne.

Anonimowy pisze...

Jeśli chodzi o to zdanie, które przedmówca Arkadiusz wytknął jako zbędne czepialstwo - ja mam wrażenie, że to odbicie ubrane było w karmazynową koszulę nocną :D
Opko beznadziejnie niespójne i nudne, niezależnie od patrzenia przez pryzmat. Czarny kot zakamuflowany za dżemem z czarnej porzeczki mnie ómarł...

Nadira

Anonimowy pisze...

Ta cała alchemiczka kojarzy mi się z inżynierem z Guild Wars 2. Rzucanie eliksirami i te sprawy. Opko sobie rozkładam na parę posiedzeń przy herbie, bo strasznie długaśne, ale to dobrze :)

Anonimowy pisze...

Analiza ubergenialna! Boska! A opko to prawdziwa perełka - lekkie i głupie, co to bawi i uczy, jak pisać opka, które budzą jedynie uśmiech politowania, wieloznacznego, rzecz jasna.

Anonimowy pisze...

Nie wierzę, że to pisał facet. To opowiadanie jest tak do bólu ałtoreczkowe, że po prostu nie wierzę.

Ysabell pisze...

Kot z mackami = Mackot. A może nawet mackotek. Prawie jak Maskotek.

A co się tyczy opowiadania, to cały czas fascynowała mnie ta magiczna kraina, w której ludzie mówią po polsku (no dziewczyny nie maiły problemu z dogadaniem się, nie?), ale nikogo nie dziwi imię Snidget Shadow. Może to i lepiej, że nic o niej więcej nie wiemy...

Dzięki za analizę!
Ys.

Anonimowy pisze...

Nie doceniłyście jeszcze jednej inwencji AŁtoreczki.Stary Rynek, jak wiadomo, leży obok Nowego Rynku i nigdy nie wiadomo, który jest który.

Korodzik pisze...

Ku zdziwieniu studentki nie pozostał po niej nawet szef

Haha, pamiętam, jak w "Przekroju" obśmiano taki cytat z artykułu: "Jeśli mamy problem z szyciem grubego, twardego materiału, posmarujmy miejsce, gdzie będzie przebiegał szef, kawałkiem mydła..."

Jedno zdanie, dwa błędy. (...) Limbo jest przeznaczone dla dusz nieochrzczonych, ale przy tym nieobciążonych grzechem.

Tu bym się nie czepiał. Wszak alchemiczka pochodzi z innego świata, a tam "Limbo" niekoniecznie musi oznaczać to samo co w naszej rzeczywistości. Przecież w Planescape też istnieje wymiar zwany Limbo, z katolickim pojęciem niewiele mający wspólnego i jakoś nikomu to nie przeszkadza.

Anonimowy pisze...

To jest tak bardzo, strasznie złe opko...
Podziwiam każdego analizatora i czytelnika.

Winky pisze...

Nie wiem czemu, ale to ópojne opko strasznie mi się kojarzyło z twórczością Terakowskiej. Tylko mniej natchnione, a bardziej głupie. Może to przez tego kota...
Snidget Shadow? Really? A ludzie się mojego Tyrpatora czepiają, foch. xD

Anonimowy pisze...


Na dzisiejszej lekcji nauczyłam się, że w języku anglosaksońskim istnieje osobne słowo na włożenie pijanej dziewczynie piórka w rectum. Ale głupi ci Rzy... Anglosaksończycy

A analiza świetna, zakończenie dzięki wam nabrało uroku "vDziewczyny skoczyły sobie w objęcia.
Niestety, ponieważ Alchemiczka była postacią fikcyjną, Medyczka wyrżnęła twarzą w ścianę."

zla.m

Anonimowy pisze...

Snidget z obrazka wygląda wypisz, wymaluj jak ten słowik z piosenki Agnieszki Osieckiej "wśród liści gruby słowik, jak jabłko na jabłonce/ozdabia dni gorące" :D

Dzisiejsze hasło (Elizabeth, jovite) uroczyście dedykuję bohaterkom, Medyczce i Alchemiczce, niech mają wreszcie jakieś imiona.